Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Chmury [lutowa Chwała]

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Chmury [lutowa Chwała]

Post autor: Siemomysła » 30 grudnia 2015, 17:50

Od jakiegoś czasu wrzucałam sobie w Sztambuch urywki tekstu. To takie coś, co mi się zalęgło jeszcze latem. Chciałam napisać komedię romantyczną, a wyszło jak zwykle. Ale jeszcze kiedyś! Jeszcze kiedyś mi się uda. Tymczasem prezentuję "Chmury". Domyślam się, że jeszcze wiele w nich poprawek potrza. I zdania kanciaste być mogą i może nie wszystkie literówki zauważyłam, a o przecinkach nie będę rozmawiać :bag: Znaczy - nie! Będę rozmawiać oczywiście. Ciągle się uczę :bag:
No dobra, bo już czas. Miłej lektury :) I bardzo, bardzo czekam na wszelkiego uwagi.
A! I nie zmieściło się w jednym poście. Zatem wrzuciłam podzielone na dwie części.

Wstydem nie rządzi rozum. Wstyd rodzi się z dokonywanego nieustannie porównania z obrazem człowieka takiego, jakim chcielibyśmy być.
Jacek Dukaj – Inne pieśni
Chmury Lubię chmury. To banalne, owszem. Każda licealistka powie, że lubi chmury. Cóż. Ja przynajmniej od dawna już nie jestem licealistką.
W chmurach jest spokój. Żeglują wysoko, statecznie, jak ogromne dawne okręty gnane łagodną bryzą. Nie spieszą się – nawet jeśli jedna drugiej depcze po piętach, nie widać w tym nerwowości znanej z powierzchni planety, którą opływają w nieskończonej podróży.
Są wytrwałe. Pozwalają się szarpać wiatrom, rozrywać na części, rozwiewać. A potem od nowa budują swe brzuchate cielska, albo układają jedno na drugim, niczym warstwy tortu.
Patrzenie w chmury to dobry sposób, jeśli chcę się poczuć oddalona od wszystkiego. Są tylko one i ja. Suną ponad moją zadartą głową i nie widzę ani bloków, ani pustego placu zabaw, ani dwóch pijanych mężczyzn stojących na rogu i liczących monety. Monety się sypią i przekleństwa się sypią. Te pierwsze brzęczą na płytach chodnika, te drugie giną wchłonięte przez szare mury. Tak było.
Teraz jedynym dźwiękiem, jaki słyszę jest nieśmiałe szuranie fal po stwardniałej od mrozu plaży. Chmury nad moją głową zdają się stać w miejscu. Ich ruch jest tak leniwy, że ledwie zauważalny. Zdrętwiała mi szyja od tego czekania, by się przesunęły o jakiś zauważalny fragment przestrzeni. Nie wiem, ile już tak stoję; wiem natomiast, że mi zimno i że już czas i że jak w każdej sprawie i teraz mam problem z wykonaniem pierwszego kroku.
Chmury drgają; uwolniony z klatki promień słońca trafia mnie prosto w twarz. Słyszałam, że od patrzenia w słońce można oślepnąć.
Jaka to prawda!

###

Śluby to specyficzny rodzaj rodzinnej rozrywki i zdecydowanie nie plasują się w dziesiątce moich ulubionych.
– Weź się uśmiechnij, Dorota, to wesele, nie egzekucja – przywitał mnie brat, gdy zeszłam do samochodu z premedytacją idąc po schodach, by choć odrobinę odroczyć wyrok.
– Nie przepadam – zaczęłam, ale mi przerwał.
– Nie przepadasz za rodziną, wszyscy to wiedzą.
Jego dziewczyna obrzuciła go spojrzeniem, które chyba miało oznaczać „daj spokój”, więc zdecydowałam się wytłumaczyć.
– Nie lubię tłumu, hałasu i nie lubię tańczyć.
– To polub – parsknął, a Monika pacnęła go w ramię. – No co? – spojrzał na nią wyzywająco. – Też nie przepadam, ale nie robię miny, jakbym jechał na tortury.
– Nie – odparła. – Ty po prostu robisz aferę od rana, o wszystko warczysz, wszystko ci przeszkadza. Jesteście tacy sami. Świetnie wyglądasz, Dorota. Pasuje ci ta sukienka.
Podziękowałam zdawkowo, odsuwając od siebie poczucie, iż jestem elegancko okłamywana. Nie było w tym przecież złej woli, raczej potrzeba normalności, której w tej chwili ani ja, ani mój brat nie byliśmy w stanie Monice zapewnić. Miała rację: pod tym akurat względem byliśmy tacy sami, choć inaczej radziliśmy sobie ze stresem wynikającym z konieczności uczestniczenia w rodzinnym spędzie. Ja nie panowałam nad mimiką. Rafał źle adresował gniew. Pod blokiem rodziców oboje mieliśmy już na sobie maski. Moją wciągnęłam z niemałym wysiłkiem i musiałam się mocno skupiać, żeby nie opadła.
Do kościoła dotarliśmy nieco za wcześnie, choć wolałabym się spóźnić – tego jednak nie zniosłaby nasza mama. Maska się trzymała jako tako: dałam radę uściskom i pocałunkom, uśmiechałam się, gdy padały czcze komplementy pod adresem mego świetnego trzymania się, niemal dowcipnie zbagatelizowałam problem braku osoby towarzyszącej.
Ceremonia stanowiła moment ulgi, choć i tak czułam spojrzenia ciotek wbijające się bezlitośnie w moje plecy i postanowiłam następnym razem usiąść w ostatniej ławce.
Chaos po opuszczeniu kościoła – ryż, monety, życzenia oraz problemy logistyczne, kto z kim, kto przodem, poradzę sobie mam GPS – przetrwałam, stojąc z boku i słuchając komentarzy nastoletnich dzieciaków naszego najstarszego kuzyna. Trafne i zabawne. Pożałowałam, że różnica wieku czyni mnie osobą niepożądaną w ich radosnym kółku.
Zanim dojechaliśmy na miejsce zdążyła mnie rozboleć głowa – zapewne z głodu, choć żołądek miałam ściśnięty. Jakoś zapomniałam o śniadaniu w przeczuciu czekającego mnie obżarstwa. Sala na szczęście była klimatyzowana, a zanim zdążyłam pomyśleć, że nie mam pojęcia, gdzie usiąść, podbiegła do mnie siostra pana młodego i pociągnęła do wyznaczonego miejsca. Między wujkiem Fredkiem, a pustym krzesłem, jak się okazało. Usiadłam, uśmiechnęłam się obowiązkową ilość razy i zaczęłam się bawić wizytówką z moim imieniem i nazwiskiem, spoczywającą do tej pory grzecznie na talerzu. Miejsce obok pozostało wolne nawet, gdy na stół wjechał obowiązkowy rosół, a potem półmiski z siedmioma rodzajami mięs.
Maciej Kamieński, odczytałam prawie niechcący, gdy kelnerka rzuciła się zbierać głębokie talerze.
– Może zostawię wizytówkę? – spytała, patrząc na mnie, jakbym była władna decydować. – Może pan Maciej się spóźni?
– Jasne, to chyba dobry pomysł – uśmiechnęłam się uprzejmie po raz setny, a może dwusetny; maska przylegała coraz lepiej: wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.
Kiedy w końcu mój nieznany sąsiad raczył dotrzeć na imprezę, byłam w trakcie pochłaniania trzeciej dokładki klusek i sosu. Mogę nie jeść mięsa, ale kluskom nie jestem w stanie odmówić. Jeśli już musiałam tu być, to jakaś korzyść mi się należała.
– Ależ ma dziewczyna spust – mówił właśnie wujek Fredek z nieudawanym podziwem, gdy puste krzesło zostało odsunięte.
– Dzień dobry i smacznego – powiedział Maciej Kamieński, siadając. – Strasznie mi głupio, że się spóźniłem.
– No, zdążył pan w ostatniej chwili, parę klusek jeszcze zostało – wzdłuż stołu poniósł się radosny rodzinny rechot, a ja, zamiast spojrzeć na nowoprzybyłego, wbiłam wzrok w talerz. – Pan jest kolegą Michała?
– Julii, pracowaliśmy kiedyś razem – wyjaśnił. – Maciej Kamieński – przedstawił się z mojego punktu widzenia zupełnie niepotrzebnie, a nad punktem widzenia wujka Fredka i reszty się nie zastanawiałam. – Między mszą, a weselem musiałem jeszcze coś załatwić i naprawdę nie spodziewałem się, że zajmie mi to tak dużo czasu.
– Nie widziałam pana w kościele – powiedziała surowo ciotka Patrycja zajmująca miejsce dokładnie naprzeciwko mnie. – Na pewno bym zapamiętała.
To już brzmiało tak, że musiałam spojrzeć, więc odwróciłam się w prawo z widelcem w połowie drogi do ust. Właściwie widelec tkwił w tej pozycji odkąd Maciej Kamieński odsunął swoje krzesło, a teraz opadł miękko na talerz, bo nagle omdlała mi ręka.
Ja też nie widziałam go w kościele i podobnie jak ciotka byłam pewna, że bym go zapamiętała.
Maciej Kamieński wyglądał tak, jakby wyszedł z okładki harlequina. Wydawał się absolutnie nieprawdziwy: z chłopięcym uśmiechem, błękitnymi oczyma i podwiniętymi rękawami białej koszuli. A do tego miał włosy w odcieniu wypolerowanej miedzi. Zaczesane do tyłu wiły się na karku, a mnie zadrżała ręka i wypuściłam widelec, usprawiedliwiając brzęknięcie.
Pewnie wypadało coś powiedzieć, przedstawić się, albo chociaż uśmiechnąć, ale przyznaję nieco zdębiałam.
Uratował mnie tort.

Wjechał na salę, plując zimnymi ogniami, a zespół, który dość niepostrzeżenie zajął miejsce w rogu obszernej sali, huknął werblami i wszyscy, jak na komendę odwrócili się w stronę pary młodej. Ja też. To był odruch, z którym nawet niecodzienny wygląd Macieja Kamieńskiego nie mógł konkurować.
Miałam nadzieję, że tort będzie czekoladowy, bo jak już wspominałam, jeśli musiałam tu być, to chciałam wyciągnąć z tego maksymalnie dużo korzyści. W tym kontekście obecność przystojnego mężczyzny po prawej w jakiś sposób podnosiła rangę wydarzenia.
Zespół jak się okazało także ją podnosił. A przynajmniej czynił całość mniej przykrą: był dobry i nie skupiał się jedynie na obowiązkowych weselnych kawałkach. Delikatna bluesowa muzyka, którą grał w czasie, gdy ja zasładzałam się tortem, świadczyła o klasie. Było zupełnie sympatycznie i na chwilę zdołałam zapomnieć, iż nie cierpię wesel, ale wtedy gdzieś z lewa dobiegła mnie wymiana zdań, jaką moja własna matka prowadziła z którymś z wujków.
– Och to nie tak, to dobra dziewczyna i ładna – mówiła mama – tylko wie, czego chce. To dobrze, bo to decyzja na całe życie.
– Jest ładna, ale smutna – zripostował wujek, chyba Robert, szwagier mamy – mężczyźni się takich boją.
– Po prostu jest poważna. Zawsze była. Nie chichrała z byle powodu, była rozsądna.
– No i to się chwali, ten rozsądek, ale nie można zawsze tak poważnie. Życie jest poważne, trzeba go sobie rozcieńczać trochę, bo można zwariować. A słyszeliście taki dowcip…?
Brzdęknęła struna gitary i pierwsze nuty kolejnego kawałka zagłuszyły dowcip, którym wuj najwyraźniej zamierzał rozcieńczyć życie mojej mamy i paru innych osób w zasięgu. Poczułam się nagle miękka. To było dziwne uczucie – jakby ktoś wyjął ze mnie podtrzymujące konstrukcję druciki. Dopiero teraz zauważyłam, że w gruncie rzeczy aż do tej chwili miałam nadspodziewanie dobry nastrój.
– Ja się nie boję.
Drgnęłam, bo zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że ktoś jeszcze jest świadkiem rozmowy.
– Gratuluję – odparłam, wzruszając ramionami; zdecydowana okazać jedynie luz i obojętność, bo przecież, co mnie mogło obchodzić zdanie szwagra mojej mamy na mój temat. I to, że mama broniła mnie z całej siły, choć wyraźnie sprawiało jej to trudność. Uświadomiłam sobie, że ona najpewniej podziela zdanie męża swej siostry. – I co? – spytałam nieco grubiańsko, przelewając na nieznajomego przystojniaka nieco goryczy, która właśnie wypełniła mi żołądek.
– Nie uważasz, że to się kwalifikuje do nagrody?
– Nie-
Przerwał mi, podnosząc się i wyciągając dłoń w moją stronę.
– Ja uważam.
Coś w jego głosie, a może chęć ucieczki od stołu, spowodowało, iż wstałam i pozwoliłam się poprowadzić na parkiet, a spojrzenia ciotek, wujków i przede wszystkim mojej zdesperowanej mamy wypalały mi w plecach dziury. Czułam je wszystkie – małe piekące otworki, przez które mogli mi zajrzeć do wnętrza.
– Nie bawisz się szczególnie dobrze, co? – zapytał po pierwszym obowiązkowym obrocie.
– To nie jest mój ulubiony typ rozrywki – przyznałam.
– Więc może po prostu wyjdziemy stąd, złapiemy autobus, a potem będziemy się kochać długo i powoli? – Zesztywniałam, gdy to powiedział tonem tak obojętnym, jakby mówił o tym, że śliwki to jego ulubione owoce. – No chyba że wolisz szybko i krótko – dorzucił, zmuszając mnie do kolejnego obrotu.
Milczałam, bo walczyły we mnie dwie Doroty. Pierwsza myślała o tym, że wpuszczanie obcego mężczyzny do mieszkania to głupota. Druga skupiała się na materiale koszuli, nieudolnie kryjącej łagodne łuki muskułów. Pierwsza czuła już zażenowanie poranka. Druga rozchylała usta w oczekiwaniu.
– Nie wiem jak wolę – powiedziały obie na raz i kolejny obrót skierował całą naszą trójkę w stronę wyjścia. – Ale może poczekajmy z ucieczką do zmierzchu, żeby wszystko było jak należy.
Nie mam pojęcia, skąd wzięłam te słowa, ani która z nas je powiedziała, ale Maciejowi Kamieńskiemu się spodobały: jego śmiech łaskotał mnie w ucho, gdy zawrócił nas na środek sali.
Nie puścił mnie, gdy muzyka umilkła na chwilę, ani przez następne trzy utwory. Na ile umiałam ocenić – tańczył świetnie. Prowadził pewnie i tuszował moje błędy; przy nim i ja awansowałam do miana dobrej tancerki.
Spojrzenia rodziny lepiły się do nas, a im dłużej patrzyli, tym mocniej wpadałam w nową rolę. Rolę Doroty w blasku reflektorów, atrakcyjnej i adorowanej. Pomagał szampan mieszany z czerwonym winem. Nie, nie upiłam się i nie straciłam kontroli. Byłam tylko trochę bardziej miękka, nieco lżejsza i miałam odrobinę więcej pewności siebie.
Rozmawialiśmy o wszystkim o czym się rozmawia w takich sytuacjach. O tym, że nigdy nie byłam w Toruniu. O morderczym zapachu lilii. O muzyce. O tym, że może nawet mijaliśmy się na korytarzach podstawówki, choć nie zwróciłabym na niego uwagi z racji różnicy wieku.

Od czasu do czasu pozwalałam się porwać do tańca któremuś z wujków i parskałam śmiechem w odpowiedzi na ich rubaszne żarty, jednocześnie wypatrując Maćka, wirującego z którąś z moich ciotek lub kuzynek.
Lustro w toalecie było wprost stworzone do takich okazji. Pokazywało mi Dorotę od stóp do głów – znajomą, a jednak obcą: zarumienioną, z błyszczącymi oczyma i włosami umykającymi z niedbałego upięcia. Ładną.
– To jak w filmie – powiedziałam sama do siebie przy okazji którejś wizyty, powoli wymawiając słowa. – Jak w filmie.
Powtórzyłam to, bo chciałam dobrze zrozumieć; to było jak ostrzeżenie, które próbowałam sobie dać i które wywołało tylko kolejny atak śmiechu. Nie wierzyłam wtedy, że naprawdę wyjdziemy, zostawiając za sobą moich rodziców, młodych i grający jakiś rzewny kawałek zespół, ale Maciek miał cel, o którym nie zapomniał. W pewnym momencie po prostu szepnął mi do ucha:
– Zmierzch. To już.
I chwilę później opuszczałam salę, czując tylko mocny uścisk jego dłoni i dziwnie bolesny łomot spanikowanego serca.
– Nie mam torebki – udało mi się wykrztusić tuż za drzwiami, bo Dorota numer jeden na chwilę zyskała przewagę. – Została na krześle, a bez niej nie wejdę do mieszkania.
– Pójdziemy do mnie – zdecydował i zachwycona Dorota numer dwa zatkała usta Dorocie numer jeden.
Przystanek był kompletnie pusty, a w autobusie oprócz nas jechały może trzy osoby. Nie pamiętam dokładnie, bo cały czas patrzyłam tylko na niego. Kiedy czekaliśmy, oparci o wiatę, uznałam, iż nasza znajomość nie potrwa dłużej niż do jutrzejszego poranka. Mogłam sobie zatem pozwolić na wszystko: czułam się całkowicie bezkarna. Ani wstyd, ani zażenowanie nie miały do mnie dostępu. Przynajmniej do jutra.
Usiedliśmy po przeciwnych stronach przejścia, bokiem do kierunku jazdy, a przodem do siebie. Gapiłam się zatem bezwstydnie na przedramiona wychylające się spod podwiniętych rękawów koszuli i na dłoń o długich palcach zaciśniętych na rurce siedzenia przed nim. Druga tkwiła beztrosko w kieszeni czarnych spodni prasowanych w kant. Rozchylony kołnierzyk białej koszuli dawał mi widok na ostry zarys jabłka Adama, a gdy podniosłam oczy odrobinę wyżej mogłam podziwiać łuk szczęki i wąskie blade usta wygięte w nieco łobuzerskim uśmiechu, który nie był ani trochę pretensjonalny, za to pasował idealnie do oczekiwań Doroty numer dwa. Jedynej Doroty, jaka weszła do autobusu.
Jechaliśmy długo, a ja przez cały ten czas pożerałam go wzrokiem i pozwalałam jemu pożerać siebie. Stopniowo czekanie stawało się nieznośne. W głowie krążyła pojedyncza myśl – co zrobię, kiedy ta podróż się skończy? Wtedy Maciek znów podał mi rękę – tę, którą wcześniej trzymał w kieszeni: była ciepła i sucha. Podniosłam się, ponaglana delikatnym szarpnięciem, a autobus stanął, po czym sapnął, otwierając drzwi. Wypadliśmy w ciepły wieczór i dotarło do mnie, że nie mam pojęcia, gdzie jestem. Ta świadomość spowodowała, że Dorota numer jeden omal się nie obudziła. Omal, bo smukłe palce mocniej ścisnęły moją dłoń i, choć alkohol wyparował, pozwoliłam się prowadzić przez uśpione osiedle niskich domków, aż na koniec ślepej uliczki, gdzie czekała na nas skrzypiąca furtka obrośnięta dzikim winem.
Urwałam dwa listki i oddychałam przez nie, gdy wyjmował z kieszeni klucze, obracał je w zamku, naciskał klamkę. Wewnątrz królował zapach jabłek i cisza.
Szłam za nim po omacku z wstrzymanym oddechem. Mieszały się we mnie strach i ekscytacja. Prowadził mnie długim korytarzem do schodów, a potem w górę. Drzwi sypialni były otwarte, a przy łóżku paliła się nocna lampka z zielonym abażurem. Stanęłam w miejscu, patrząc na tę lampkę, latarnię morską, ostrzeżenie, wskazówkę, ratunek.
– To tak, jakby ktoś na mnie czekał – powiedział i były to pierwsze słowa, jakie usłyszałam od niego po wyjściu z sali weselnej.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego podeszłam blisko, bardzo blisko i nadstawiłam usta do pocałunku.
Ten pierwszy raz stanowi w moich myślach zbiór pojedynczych wspomnień, nie składających się w całość. Tak bardzo starałam się wszystko zapamiętać, że w efekcie zapomniałam cokolwiek czuć. Skupiałam się na dotyku jego ręki pod kolanem, na temperaturze prześcieradła, na kształcie ucha, które obrysowywałam palcami. Nie pozwoliłam sobie nawet na krótki moment uniesienia, bo to wyłącza zapis, a przecież Dorota numer dwa życzyła sobie pamiętać każdą sekundę pobytu na scenie.
Teraz myślę, że zupełnie niepotrzebnie zmarnowałam naszą pierwszą noc, a potem obudziło mnie słońce.
Okno sypialni, pozbawione zasłon wychodziło prosto na wschód i otworzywszy oczy od razu zrozumiałam, że coś jest nie tak. Nie byłam u siebie, a obok spał mężczyzna, o którym wiedziałam tylko tyle, że nazywa się Maciej Kamieński. Ścisnął mi się żołądek, poczułam gorąco i pieczenie w przełyku. Dorota numer jeden obudziła się pierwsza.
Bardzo powoli i ostrożnie wysunęłam spod kołdry lewą nogę. Drewniana podłoga groziła skrzypnięciem, więc podwoiłam ostrożność. Dałam radę wyjść z łóżka, znaleźć majtki, stanik i nawet je nałożyć. Trzymałam w rękach zrolowane rajstopy, gdy łóżko za moimi plecami ożyło.
– Czemu chcesz uciec?
Zaczęły mi się trząść ręce i wciągnięcie rajstop stało się nagle niewykonalne. Gdzieś na wysokości krtani uformowała się kula złożona z palącego wstydu i całkiem sporej porcji strachu. Nie potrafiłam jej przełknąć i nie potrafiłam odpowiedzieć.
Sprężyny jęknęły i wyobraźnia podpowiedziała mi, że mój przygodny kochanek usiadł.
– Odwiozę cię przecież.
Spojrzałam przez ramię: siedział na brzegu łóżka bezwstydnie nagi i drapał się po brzuchu. Słońce tańczyło w rudych kosmykach, barwiąc je miedzią. Kula zsunęła się w dół przełyku i wylądowała w żołądku. Jeśli wczoraj uznałam go za przystojnego, to w świetle poranka, ubrany jedynie w powidok snu, miał w sobie coś z greckich bogów, jakimi wyobrażałam ich sobie w czasach szkolnych.
Ogarnęła mnie panika i bolesna świadomość każdej niedoskonałości własnego trzydziestopięcioletniego ciała. Zebrałam się w sobie i przezwyciężając paraliż pospiesznie dokończyłam ubieranie.
Nie przestał się gapić, lustrując mnie w świetle wschodzącego dnia tak samo bezpardonowo, jak w nocnym rozmytym świetle autobusowego wnętrza. Nie odezwałam się ani razu, cały czas myśląc o tym, że robię z siebie idiotkę. Naprawdę chciałam coś powiedzieć. Chciałam być swobodna, jak on. Chciałam być normalna. Zamiast tego analizowałam każde zdanie, które przychodziło mi do głowy i każde wydawało się nieodpowiednie. Pretensjonalne, nudne, albo zwyczajnie głupie. Kompletnie wypadłam z roli – Dorota z wczorajszego filmu rozwiała się w świetle dnia.
Gdy byłam gotowa, stanęłam tuż przy drzwiach, sztywno wyprostowana i z całej siły starałam się nie skrzyżować rąk na piersi. Widziałam jak mężczyzna, z którym spędziłam noc, tłumi westchnienie. Przeczesał włosy palcami, a potem wstał, a ja spłoszona spuściłam wzrok, jakby właśnie po raz pierwszy zobaczyła nagiego faceta.
– Umyję tylko zęby, dobra?
Skinęłam głową i dopiero, gdy był o krok ode mnie pojęłam, że muszę się odsunąć, żeby mógł wyjść do łazienki. Mam wrażenie, że prosta czynność szczotkowania zębów zajęła mu ogromnie dużo czasu, bo zaczęły mnie już boleć mięśnie wciąż gotującego się do ucieczki ciała.
Kiedy wreszcie wrócił był już ubrany. Świeża koszula lśniła bielą, nogawki ciemnych dżinsów odsłaniały nagie stopy.
Zeszliśmy do ogrodu wciąż otoczeni milczeniem.

Przed furtką stał biały samochodzik: nie wiem, jak mogłam go wczoraj nie zauważyć.
– Nie powiesz mi nawet jak masz na imię? – spytał, otwierając dla mnie drzwi od strony pasażera.
– Dorota – wybąkałam wsuwając się do środka. – Przecież musiałeś słyszeć.
Wątpię, dotarły do niego moje słowa – był zajęty drzwiami, którymi trzasnął odrobinę zbyt mocno. I tak nie chciały się zamknąć. Poprawił raz, a potem drugi, mamrocząc coś pod nosem. Gdy wreszcie mu się udało, obszedł maskę i wsiadł za kierownicę. Zanim odpalił popatrzył na mnie uważnie.
– Maciek – powiedział niepotrzebnie; może odczuwał potrzebę przypieczętowania oficjalnego rozpoczęcia znajomości. – I nie chcę żeby to było nasze ostatnie spotkanie, Doroto.
Jego głos zawibrował w ciasnej przestrzeni samochodu, a w mojej głowie pojawiła się mała kolczasta kulka.
Nie chcesz, pomyślałam, a jeśli nawet, to szybko ci minie, Macieju Kamieński.
– Planujesz coś z tym zrobić? – zapytałam ostrożnie, ignorując sama siebie i spoglądając na niego z ukosa.
Miał poważną, ściągniętą w skupieniu twarz i patrzył na wprost, jakby kontrolował trudną trasę, choć samochód nadal stał przy krawężniku ślepej uliczki.
– Zaproszę cię na kawę łamane przez spacer łamane przez kino łamane przez podróż dookoła świata, choć to ostatnie może nie w najbliższym czasie.
Odwrócił się w moją stronę z niedokończonym uśmiechem, który był niczym ilustracja znaku zapytania. Moje serce biło tak, jakby taka sytuacja przytrafiała mi się pierwszy raz w życiu. Bo może zresztą tak właśnie jest i nieważne ilu było wcześniej Andrzejów, Jaśków i Piotrów za każdym razem jest pierwszy raz.
– Herbata – powiedziałam. – Na początek będzie w sam raz.
Uśmiech Maćka poszerzył się i kluczyk został w końcu przekręcony.
– Zapnij pasy – polecił, a samochodzik szarpnął ostrym zrywem i omal nie wylądowałam na przedniej szybie. – Przepraszam. Sprzęgło – wyjaśnił. – Nie dogadujemy się.
Parsknęłam śmiechem, który w moich uszach był zbyt głośny i miał w sobie zdecydowanie za dużo ulgi. Zapięłam pas i szukałam w myślach tematu, który mogłabym podjąć, by nie wyjść na niemądrą idiotkę, którą czułam się od przebudzenia. Tymczasem Maciek włączył radio: z głośników rozległ się głos Niemena.
– Dziwny jest ten świat – zaintonował fałszywie (oczywiście Maciek, nie Niemen) i też parsknął śmiechem.
Znów rozmawialiśmy o muzyce. Tytuły, nazwiska, rzeczy, których nie byliśmy w stanie słuchać. Cały czas śmiałam się odrobinę zbyt głośno, a ze strachu, że palnę coś głupiego kurczył mi się żołądek. Próbowałam odszukać siebie z wczoraj. Nie było to łatwe, jednak powoli ponad wszystkimi uczuciami zaczęła górować zwyczajna przyjemność z faktu, iż jadę w towarzystwie przystojnego mężczyzny, który po spędzonej wspólnie nocy i koszmarnym poranku najwyraźniej zamierzał kontynuować ze mną znajomość.
Taka byłam na tym skupiona, że zupełnie nie przyglądałam się trasie i bardzo się zdziwiłam, kiedy znaleźliśmy się pod hotelem, z którego wczoraj uciekliśmy.
– Tutaj…? – spytałam niepewnie.
– Torebka – przypomniał. – Klucze. Bo nawet jeśli przypadkiem potrafię korzystać z wytrychów, to nie wiem, gdzie mieszkasz.
– A potrafisz? – zamrugałam trochę zaskoczona, ale też w dziwny sposób podekscytowana taką możliwością.
– Jesteś pewna, że chcesz to wiedzieć?
– Teraz już tak.
Zaśmiał się, jak z dobrego żartu i wyłączył silnik. Kiedy wyszedł i okrążył maskę, żeby otworzyć przede mną drzwi – co jak już zrozumiałam niekoniecznie było dowodem kurtuazji, a czystym pragmatyzmem, bo z drzwiczkami dogadywał się najwyraźniej tak samo słabo jak ze sprzęgłem – nagle dotarło do mnie, że wczoraj wyszłam z wesela kuzynki bez pożegnania z kimkolwiek i że, znając moją rodzinę, najpewniej już szuka mnie policja.
– Cholera…
Zabrzmiało to słabo i Maciek nachylił się do mnie, patrząc pytająco.
Przełknęłam nadmiar śliny, który nagle wypełnił mi usta.
– Pewnie mnie szukają…
Nie potrzebował dalszych wyjaśnień i chyba to właśnie mnie w nim ujęło. Oczywiście nie licząc tego, że był diablo przystojny, rudowłosy i podwijał rękawy koszuli, co z całą pewnością powinno być zabronione ze względów bezpieczeństwa publicznego.
– Dobra. Robimy tak: ja tam wejdę po cichu, a nuż ta torebka tam sobie zwyczajnie leży i czeka. Przyniosę, sprawdzisz połączenia, oddzwonisz, czy odpiszesz, a ja cię odwiozę do domu. Pasuje?
Pasowało idealnie: unikałam konfrontacji, mogłam przeczekać, aż się wszyscy uspokoją, jeśli się przypadkiem denerwowali, a mama na pewno się denerwowała, a na dodatek nie musiałam znosić porozumiewawczych uśmiechów kuzynek.
Poczułam, jak uśmiecham się pod nosem.
– Maciek – powiedziałam prawie bezgłośnie.
Tak. To tamten moment – wpadłam i wciąż myślę, iż było warto.
Czekałam na niego, bezmyślnie łowiąc wzrokiem przesuwające się po niebie strzępy chmur. Zmieniały się bezustannie. Gęstniały i rzedły. Przybierały kształty dzikich zwierząt i pojazdów rodem z science fiction. Były, a chwilę później znikały bez śladu. Zanim Maciek wrócił uwolniły niebo od swego brzemienia: nieskalany błękit wlał się we mnie, musując jak najlepszy szampan.
Torebkę pokazał mi, gdy tylko stanął na szczycie schodów. Odetchnęłam z ulgą. Zbiegł do auta i ruszyliśmy z piskiem, a żwir spod kół prysnął obijając auta wujków.
Wygrzebałam telefon i przejrzałam połączenia. Trzy od mamy – potem widać spacyfikowały ją kuzynki. Jedno od brata – pomiędzy tymi od mamy, więc pewnie to ona go zmusiła. Kuzynki słały SMS-y: „Absolutnie niezły!”, „Baw się dobrze!”, „Nie wracaj do rana!”. Ostatni kontakt z godziny dwudziestej drugiej pięćdziesiąt jeden. Uznałam, iż potem pewno się zorientowali, że torebka spoczywa grzecznie przytulona do oparcia krzesła i w sumie mnie to ucieszyło.
Po namyśle wystukałam SMS-a do brata: „Hej. Uspokój mamę proszę. Nic mi nie jest. Jestem dorosła. Kocham was”. To ostatnie dodałam po lekkim wahaniu, ale doszłam do wniosku, że mają prawo poczuć odprysk tego, co mnie właśnie wypełniało od stóp do głów. Byłam lekka i szczęśliwa. Przezornie wyłączyłam telefon i dopiero wtedy Maciek spytał:

– Gdzie? Bo mogę oczywiście jeszcze trochę pokręcić się pomiędzy rondami, ale w końcu skończy się benzyna.
Poczułam mrowienie w stopach i ciepły ucisk w piersi. Wpadłam głębiej.

– Wejdziesz? – spytałam, gdy po raz kolejny otworzył przede mną drzwiczki i spadła na nas perspektywa rozstania.
– Oferujesz śniadanie?
Wahałam się tylko przez moment.
– Jadasz owsiankę?
Jego wahanie było o ułamek sekundy dłuższe, lecz odparł dzielnie:
– Jeśli występuje w komplecie z kawą to myślę, że mogę jadać.
– Nie jestem pewna, czy to bezpieczne połączenie – mruknęłam i natychmiast tego pożałowałam, bo Dorota-gwiazda z pewnością nigdy w życiu nie pozwoliłaby sobie na taką głupią uwagę.
Maciek natomiast się zaśmiał.
– Tam jest piekarnia i wygląda na otwartą – wskazał palcem na osiedlowy sklepik z gatunku „mydło i powidło”, na którym faktycznie pyszniła się nazwa „Piekarnia Leona” – może po prostu zminimalizujemy ryzyko, kupując bułki?
Nie zjedliśmy tego śniadania. Nie od razu w każdym razie i w końcu bardziej pasowało do niego słowo „lunch”.

Tym razem – gdy tylko Maciek stanął za mną w kuchni i objął mnie jedną ręką a drugą wyłączył gaz pod czajnikiem – zdzieliłam gwiazdę pałką.
Pamiętam głównie nieznośną powolność pocałunków. To, że ledwie muskał moje usta, a ja czułam, jak znikam w nadmiarze wrażeń.
Trzeci raz kochaliśmy się po południu tego samego dnia i naprawdę nie wiem od czego się zaczęło.
Kiedy zamknęłam za nim drzwi, wcześniej wbiwszy własny numer w pamięć jego telefonu, śmiałam się i płakałam równocześnie. Fala emocji przepaliła jakieś styki w moim mózgu i nie byłam w stanie usiedzieć w bezruchu. Zaczęłam czytać książkę i po dwudziestu stronach uświadomiłam sobie, że nie wiem nawet jaki gatunek wpadł mi w ręce. Pomyliłam wzór swetra kilkanaście razy, a przy ostatnim sprułam robótkę prawie do końca, bo zapomniałam, że w ogóle pruję. Prasowanie odpadało, układanie rzeczy w szufladach też. Pewne szanse powodzenia miało czyszczenie fug, ale nie miałam po temu odpowiednich środków.
W końcu poszłam na spacer i obeszłam pół miasta, uśmiechając się i mówiąc do siebie.
Kiedy wreszcie zasnęłam – śnił mi się Maciek.
Kiedy zadzwonił budzik, przywitałam dzień jego imieniem.
W poniedziałek mój stan nie uszedł uważnemu oku Baśki. Prawdę mówiąc, nie uszedł oku żadnego z moich współpracowników, bo podskakiwałam zaalarmowana każdym dzwonkiem telefonu.
Maciek nie zadzwonił.
Ani pierwszego dnia, ani drugiego, ani trzeciego.
Radość powoli parowała, zostawiając gorzki osad.
Nie pomagało tłumaczenie, że tak jest dobrze, że przecież o to chodziło – o dobrą zabawę, przygodę, o coś niezwykłego.
Czułam się porzucona, choć niczego mi nie obiecywał.
– Idiota jakiś – skwitowała Baśka. – Albo nieśmiały – dodała, patrząc na mnie uważnie, jakby próbowała zgadnąć, które określenie bardziej przypadło mi do gustu.
Wzruszyłam ramionami i skupiłam się na liczbach przeskakujących przede mną na ekranie monitora.
Zadzwonił w niedzielę.
– Masz ochotę na spacer? – spytał, a ja pokiwałam głową, niezdolna do wyartykułowania choćby słowa. – Dorota…?
– Jasne! Spacer! Kiedy?
– Będę u ciebie za mniej więcej piętnaście minut. Bardziej więcej.
Spędziłam te piętnaście minut, błądząc bezmyślnie po mieszkaniu, a gdy zadzwonił dzwonek domofonu, uświadomiłam sobie, że mam na sobie domową koszulkę i dresowe spodnie.
– Idź schodami – rzuciłam, naciskając guzik otwierania drzwi i pobiegałam do szafy, modląc się, żeby posłuchał.
Wyciągałam ciuchy z szafy na chybił trafił wściekła na siebie za bałagan, nad którym nie potrafiłam zapanować. W końcu miałam wokół siebie stos rzeczy i niczego, co by do siebie pasowało. Wciągałam stare niewygodne dżinsy, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Złapałam pierwszą z brzegu koszulkę i pobiegłam do przedpokoju. Ubierałam ją, jednocześnie walcząc z opornym zamkiem.

– Dostanę kawy?
Popłoch na mojej twarzy lekko go stropił.
– Pójdziemy gdzieś na kawę…?
W myślach przeszłam się po mieszkaniu.
– Mogę cię wpuścić do kuchni, jeśli obiecasz zanadto się nie rozglądać.
– Umowa – odparł i wtedy dopiero się odsunęłam, by mógł wejść.
Poparzyłam sobie język, dotrzymując mu towarzystwa. Smoliście czarna kawa wlała mi się do żył, przyspieszając puls. Siedzieliśmy w kuchni, przy stole przykrytym zieloną ceratą i rozmawialiśmy tak, jakby nie było między nami tygodnia mojej niepewności, złych myśli i przełykanych łez zawodu. Starł to wszystko jednym telefonem i nawet nie przyszło mi do głowy pytać, czemu zwlekał aż tydzień.
Maciek nigdy się do mnie nie wprowadził. Gdy któregoś razu zdarzyło mu się zostać na noc, rankiem zbiegł do sklepiku – tego samego, w którym pierwszego dnia naszej znajomości kupowaliśmy bułki – i oprócz pieczywa nabył szczoteczkę do zębów. Ta szczoteczka tkwiąca obok mojej w żółtym plastikowym kubku była jedynym widocznym znakiem, że w moim życiu pojawił się nowy mężczyzna.
Podobało mi się to – po związku z Piotrem, który właściwie w przeciągu tygodnia wskoczył w buty „stare dobre małżeństwo”, stanowiło cudną odmianę.
Spotykaliśmy się w najróżniejszych miejscach, o dziwnych godzinach, czasem nie widzieliśmy się kilkanaście dni, a kiedy wreszcie nadchodził dzień spotkania nieomal mdlałam przytłoczona falą endorfin.
Czułam się, jak podlotek przeżywający pierwszą miłość, choć jednocześnie miałam świadomość, że jestem o wiele mądrzejsza, niż była Dorota siedemnastolatka, umawiająca się na randki z Andrzejem z równoległej klasy. Byłam mądrzejsza o świadomość, że wszystko cokolwiek się dzieje należy brać nie pytając, bo wszystko cokolwiek ma początek, zwykle miewa też koniec.
Czasem ta myśl była tak silna, że nie dawała mi zasnąć. Leżałam wtedy skulona, z szeroko otwartymi oczyma i gapiłam się w ścianę, tłumacząc sobie, iż ważne jest teraz i ważne jest, że kiedyś będę mogła o tym pamiętać. Niewiele to dawało.
Myślę, że tak naprawdę większość życiowych katastrof ściągamy na siebie sami. Boimy się, że nadejdą i uzbrajamy się przeciwko nim. Zbroja zaś ma to do siebie, że czyni nas niezgrabnymi i nagle wokół nas sypie się potłuczona porcelana. Niszczymy, poczynając od drobiazgów. Niechcący. Zupełnie nie zdając sobie sprawy ze szkód.
Był taki dzień, kiedy dałam Maćkowi klucze, bo obiecał mi niedzielne śniadanie do łóżka, a potem się okazało, że jest umówiony na wieczór. Trzy niepozorne kawałki metalu trafiły w jego ręce niejako mimochodem – oboje udawaliśmy, że noszenie przy sobie zapasowych kluczy to norma. Siedzieliśmy przy okrągłym drewnianym stoliczku w kącie pijalni czekolady. Lubiłam tu przychodzić na kawę z odrobiną likieru miętowego i płatkami gorzkiej czekolady. Specjalność zakładu.
Nie zapytałam go wtedy, gdzie jest umówiony. Korciło mnie, owszem, ale uznałam, że wyjdę na znacznie dojrzalszą, gdy nie zapytam. Bo nawet mając lat trzydzieści pięć potrzebowałam sobie udowadniać, że jestem dorosła.
Brałam maleńkie łyki kawy i rozcierałam ją językiem na podniebieniu. Stare ozdobne kafle w drobne kwiatki przyciągały mój wzrok, a wzrok Maćka przyciągała stojąca za barem kelnerka.

Dzwonek u drzwi zadzwonił cichutko, jakby wstydliwie i kolejni klienci przesłonili Maćkowy obiekt obserwacji.
– Zwróciłaś uwagę, jaka jest ładna? – Gdy zadawał to pytanie na jego twarzy widać było fascynację.
Oczywiście, że poczułam kolec zazdrości. Nie wyobrażam sobie kobiety, która na tym etapie związku, by go nie poczuła, a jednak odpowiedziałam jak należało – jak dojrzała, pewna siebie osoba.
– Ma niezwykłe oczy.
– Tak! – ucieszył się. – Bystre i ciepłe. Nie ucieka spojrzeniem i nawet, kiedy jest poważna, jak teraz, zobacz – dziewczyna ze skupieniem odmierzała porcję kawy – to wygląda, jakby gdzieś w środku się śmiała.
Kawa przestała mi smakować.
Tej nocy patrzyłam na przemian w ścianę i w sufit, a gdy w końcu zasnęłam, spałam ciężkim kamiennym snem bez snów i chrobot klucza w zamku nie zdołał mnie obudzić. Obudziła mnie chłodna dłoń, sunąca po moim udzie, a okrzyk przestrachu utonął w pocałunku równie chłodnych ust. Maciek pachniał wiatrem – niechybny znak, że nadeszła jesień.
Wtedy też – wciąż jeszcze na wpół ubrany – powiedział, że mnie kocha, ale ja miałam kolec w sercu i mu nie uwierzyłam.

Potem nastąpił okres krótkich zmierzchów, szarych poranków i coraz dłuższych nocy. Szwendaliśmy się z Maćkiem po okolicy, nie bacząc na wiatry i deszcze, wspólnie gotowaliśmy jesienne zupy i piliśmy mnóstwo kakao. Lubiłam, gdy zostawał na noc i lubiłam, gdy przychodził rankiem. Cieszyłam się każdym nowym miejscem, w którym się ze mną umawiał i każdym filmem, na który zabierał mnie do kina.
Nie rozmawiałam o nim z nikim poza Baśką. Pracowałyśmy razem szósty rok i Barbara – choć zupełnie inna niż ja, a może właśnie dlatego – była jedyną osobą w firmie, z którą się zaprzyjaźniłam. Jakimś cudem potrafiła wyciągać ode mnie szczegóły dotyczące mojego życia w taki sposób, że nie czułam się potem zawstydzona własną szczerością.
Zupełnie inaczej było z moją rodziną, z którą o Maćku nie rozmawiałam w ogóle. Bałam się zobaczyć nadzieję w oczach rodziców i kpinę w oczach brata. Za ucieczkę z wesela oczywiście otrzymałam reprymendę jak nastolatka po zbyt późnym powrocie z dyskoteki. W jakiś pokrętny sposób mnie to ucieszyło – pasowało do obrazka z podlotkiem w jaki ubrałam mój najnowszy związek. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że ten obrazek wraz z przeświadczeniem, iż oczekuje się ode mnie dojrzałego zachowania to zalążki zbroi, ale kiedy kolec przyniesiony z czekoladziarni wcale nie zniknął i coraz częściej dawał o sobie znać, zaczęłam się zbroić lepiej. Musiałam być wszak gotowa przeciwko temu, co musiało nadejść. Cokolwiek by to miało być.
Katastrofa nadciągnęła cichcem i przybrała postać niepozornego SMS-a.
Michasia widziała cię z Maćkiem. Spotykacie się?
SMS-a napisała moja kuzynka Jagoda. Niby nie było w tym nic dziwnego, ale zaskoczyło mnie, że Jagoda z Michasią znają imię faceta, który był dawnym kolegą z pracy świeżo upieczonej żony naszego wspólnego kuzyna. Nie widziałam, żeby którakolwiek z nich rozmawiała z nim na weselu – zdołałam go przecież praktycznie zmonopolizować. Oczywiście mogłam nie zauważyć wszystkiego, mogły dowiedzieć się jak ma na imię od mojej ciotki, a ich matki, czułam się głupio, tłumacząc sama sobie, że nie ma w tej sytuacji niczego, w czym należy wietrzyć podstęp.
A jednak…
Michasia widziała cię z tym gościem z wesela. Spotykacie się?
Tak powinien brzmieć ten SMS. Rzucanie imieniem w ten sposób sugerowało swobodę wynikającą ze znajomości, a znajomości nie kryliby przede mną na weselu, bo po co?
To, co się we mnie wtedy zalęgło, zwyczajowo określane jest mianem przeczucia. Ja mówię o tym – umiejętność łączenia poszlak.
Zbierałam je kolejno:
reakcja Maćka na pytanie o Jagodę – najpierw się zdziwił, potem lekko zmieszał, a jeszcze potem zmienił temat;
fakt, że poza naszą pierwszą wspólną nocą nigdy nie byliśmy u niego;
wreszcie to, w jaki sposób mówił do mnie o kobietach – młodych, starych, spotykanych na ulicy, widzianych na ekranie, uśmiechniętych, płaczących, pewnych siebie, grubych, ubranych w spódnice, na obcasach, w trampkach, w kawiarniach.
Dla Maćka wszystkie były piękne, każda z osobna miała w sobie coś, co go fascynowało; zapamiętywał się, kiedy o nich mówił, zapominał, gdzie jest i z kim.
W którymś momencie przestałam odczuwać zazdrość – przejmowałam jego fascynację, a jednocześnie się jej bałam. Obsesja artysty. Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć.
A jednocześnie – niejako równolegle – wciąż byłam nieprzytomnie szczęśliwa. Jakby różne Doroty bawiły się w przeciąganie liny i żadna nie uzyskiwała znaczącej przewagi.
Pamiętam pierwszy śnieg – staliśmy na balkonie i mordowaliśmy śnieżynki chwytając je w dłonie. Granatowe pasma chmur tkwiły w miejscu, tnąc na pasy niebo barwione elektryczną łuną. Ruch uliczny powoli zamierał, piski dzieciaków, skaczących pomiędzy równie szybko powstającymi, jak topniejącymi zaspami, niosły się między blokami.
Maciek zdmuchiwał płatki z moich włosów i śmiał się. Pomyślałam, że kocham jego śmiech i że tego dźwięku będzie mi brakować najbardziej.
Pamiętam smak czekoladowych lodów jedzonych wspólną łyżką.
Pamiętam czekanie na niego na przystanku pod radiostacją. Mróz szczypał mnie w policzki, czapka irytująco zsuwała się na oczy, a mały Maćkowy samochód wpadł w poślizg podczas hamowania i moje serce na moment się zatrzymało.
Pamiętam to wszystko tak dobrze nie dlatego, że było takie ważne, choć przecież było, ale dlatego, że zdarzyło się niedawno.
Demony, balansujące na granicy jawy od jakiegoś czasu, obudziły się na dobre ledwie tydzień temu, a ja zamiast je uciszyć, pozwoliłam im szaleć.
Jagoda parę razy próbowała się ze mną umówić. Proponowała pogaduchy przy kawie, kawę i zakupy, kino, ale najpierw obowiązkowo skoczymy na kawę. Kawa urosła w tych próbach do rangi jakiegoś symbolu i nawet trochę mnie bawiło, gdzie jeszcze uda się jej ją wcisnąć, zanim w końcu damy radę ustalić jakiś termin, który pasowałby nam obu. Posiadanie chłopaka dochodzącego angażuje znacznie bardziej niż mieszkanie pod jednym dachem z mężczyzną – najważniejsze było wszak zgrać własny grafik z Maćkiem, nie z kuzynką, z którą nie byłyśmy w szczególnie bliskich stosunkach i która z całą pewnością chciała jedynie zebrać garść plotek na temat mojego życia osobistego.
Ostatni raz kochaliśmy się z Maćkiem nad ranem w piękną styczniową noc. Za oknem mróz srebrzył gałęzie, a mnie obudziło coś nieokreślonego – jakaś myśl, cień złego snu, coś, co powoduje, że nagle w środku nocy otwierasz oczy i musisz uspokoić bijące zbyt mocno serce. Maciek spał odwrócony do mnie tyłem i chwyciłam się nagich męskich pleców jak koła ratunkowego. Ocknął się chwilę później i mrucząc pod nosem słowa, których nie rozumiałam sięgnął ręką do tyłu. Oplotłam go ramionami, pozwoliłam mu unieść moją nogę i zarzucić ją sobie na biodro. Trwaliśmy tak długą, rozedrganą chwilę, a cienie firanek tańczyły leniwy taniec na ścianach pokoju.
Pamiętam wszystko. Jak w końcu wykręcił się w moich objęciach, lecz nie pozwolił mi opuścić nogi. Jak całował moje policzki, brodę i szyję. Jak jęczał dochodząc i jak smakowała jego napięta, rozgrzana skóra. Chciałam mu powiedzieć, że go kocham, ale inna Dorota zacisnęła kościste palce na moim gardle i nie powiedziałam nic. Może lepiej.
Dwa dni później wreszcie spotkałam się z Jagodą.
Usiadłyśmy naprzeciwko siebie w cukierni w centrum handlowym i popijałyśmy każda swoją kawę. Ja mocną – Jagoda słodką.
– Fajny ten Maciek? – spytała w końcu, po serii pytań zmyłek, którymi najwyraźniej przygotowywała się do ofensywy.
– Fajny – powiedziałam. – Skąd się znacie?
– Właściwie to się nie znamy – przyznała. – Dużo o nim słyszałam, ale nie poznaliśmy się tak żeby, wiesz, rozmawiać, czy coś.
– I co słyszałaś? – Uznałam, że jeśli jej to maksymalnie ułatwię będzie szybciej; z każdą chwilą miałam większą ochotę na ucieczkę.
– Wiesz gdzie on pracuje? – odbiła pytanie, wyraźnie szykując grunt pod najważniejsze.
– Prawdę mówiąc nie wiem. Wiem tylko, że nie ma regularnych godzin pracy. Założyłam, że jest jakimś freelancerem, grafikiem albo programistą.
Zaskoczyłam ją. Nie spodziewała się chyba, że mogę być aż tak beztroska w sprawach fundamentalnych. Nie znać zawodu faceta, z którym się sypia? Nieprawdopodobne.
Oczekiwała raczej, że Maciek nakarmił mnie jakimś kłamstwem, a nie, że po prostu nigdy go nie zapytałam, jak zarabia na życie.
– On jest chłopakiem do wynajęcia.
Zrzuciła bombę i cofnęła się lekko, jakby bojąc się, że wybuch porani i ją. Ja jednak nie zrozumiałam od razu.
– Chłopakiem do wynajęcia? – powtórzyłam bezmyślnie, czując jak ciało napina się instynktownie.
– No wiesz, sypia z kobietami za pieniądze.
Milczałyśmy może dziesięć, może dwadzieścia sekund. Gwar centrum handlowego narastał wokół nas, gdy przebiegałam prędko po wszystkich zgromadzonych do tej pory poszlakach.
– Co robił na weselu? Naprawdę pracował kiedyś z Julią?
Jagoda odsunęła się jeszcze dalej. Nogi krzesła zazgrzytały lekko na kaflach, którymi wyłożona była podłoga.
– Dorota… Nie chciałyśmy niczego złego. Taka byłaś zgaszona przez tego Piotrka. – Moja kuzynka uniosła ręce, jakby chciał się przed czymś zasłonić, a może od czegoś odciąć, a potem powiedziała odważnie: – To był mój pomysł. Dziewczynom się spodobał. Myślałam, że może potrzebujesz uwierzyć w siebie…
– Rozumiem – powiedziałam z wysiłkiem. – A teraz myślisz, że może potrzebuję w siebie zwątpić i dlatego mnie oświecasz?
Bolało mnie w środku. Jakbym się dusiła z braku możliwości zaczerpnięcia powietrza. Musiałam wyjść na zewnątrz; szybko. Zostawiłam Jagodę z dwoma niedopitymi kawami i rachunkiem. Nie wiem nawet, czy próbowała mnie gonić. Całą drogę do domu, gdy szłam wielkimi susami ślizgając się na oblodzonych chodnikach, w głowie kołatała mi się uporczywa, paskudna myśl: czego niby się spodziewałaś, głupia Dorotko?
To nie była kwestia decyzji, czy chcę z nim być czy nie. To była kwestia przyznania przed samą sobą iż mniej boli mnie fakt, iż Maciek najprawdopodobniej właściwie bez przerwy mnie zdradza, niż to, że wiedział, jak bardzo jestem żałosna.
Samotna kobieta w pewnym wieku, której kuzynki opłacają randkę z młodym adonisem.
Pierwsze, co zrobiłam, gdy weszłam do domu, nawet przed rozebraniem płaszcza i butów to wyrzucenie jego szczoteczki do zębów. Rzuciłam nią tak mocno, że odbiła się od kosza i musiałam ją podnieść z podłogi i wyrzucić drugi raz. Potem nalałam sobie wina. Nie wiem właściwie czemu. Pewnie dlatego, że nie miałam papierosów i wino pite ze szklanki było jedynym sposobem, by choć spróbować się upodlić.
Telefon zadzwonił, gdy szukałam jakiegokolwiek ukrytego alkoholu w moim boleśnie praworządnym mieszkaniu. Na wyświetlaczu pojawiło się serduszko, które zdążyło już stracić cały romantyzm, a zyskać idiotyczną pretensjonalność. Odrzuciłam połączenie i wyłączyłam telefon.
Przyszedł niecałą godzinę później.
– Telefon ci się rozładował! – rzucił beztrosko, wieszając kurtkę. – A chciałem cię zabrać do kina.
Odsunęłam się, gdy chciał mnie pocałować.
– Gdzie pracujesz? – spytałam, nie mając pojęcia po co to robię.
Zmieszał się i także odsunął.
– Ten dom należy do agencji, czy faktycznie jest twój? – parłam dalej, bo wydawało mi się, że wciąż boli za mało.
– Należy do babci mojego przyjaciela, ona mieszka w domu pomocy, on pracuje zagranicą. Opiekuję się nim.
– I wykorzystujesz czasem do pracy, tak?
Drgnął, ale zrobił krok w moją stronę.
– Jesteś wzburzona – powiedział powoli. – To nie jest dobry moment na rozmowę, Dorota.
Mówił do mnie jakbym była dzikim zwierzęciem – ostrożnie i cicho. Nawet rękę uniósł przed sobą w obronnym geście.
Pokiwałam głową.

– Zależy mi na tobie. – Patrzył mi prosto w oczy i brnął, choć wyraźnie nie przychodziło mu to łatwo. – Wyobrażam sobie o czym możesz teraz myśleć… jak… co możesz czuć.
Wzdrygnęłam się: miałam nadzieję, że nie może sobie tego wyobrazić. Czując wzbierającą falę wściekłości, odwróciłam od niego twarz.
– Dorota… – Zrobił kolejny krok w moją stronę i prawie mnie dotknął, ale się powstrzymał; wciąż jeszcze się kontrolowałam, choć wysiłek powoli zaczynał mnie przerastać. Maciek wyczuł to wszystko, jak zwykle bezbłędnie. – Porozmawiamy o tym, dobrze? Ochłoniesz i pozwolisz mi wszystko wytłumaczyć. Dobrze?
Znów pokiwałam głową. Chciałam żeby sobie poszedł i nie obchodziło mnie na co się zgadzam. Tak naprawdę myślałam, że on po prostu ucieka i że więcej go nie zobaczę.
Na drugi dzień nie miałam ochoty iść do pracy, więc skłamałam Baśce, że złapałam żołądkówkę i jestem za słaba nawet na wizytę u lekarza. Chciała mnie natychmiast ratować, ale wyperswadowałam jej to, grożąc niechybnym rozsianiem wirusa po całym biurowcu. Spędziłam dzień na przemian drzemiąc po nieprzespanej nocy i gapiąc się w lustro na zwiędłą kobietę, którą się stałam praktycznie z dnia na dzień, albo może którą byłam od dawna, tyle, że zapomniałam o tym, głupio bawiąc się w podlotka.
Obwisłe policzki, obwisłe ramiona, obwisłe piersi. Pomarszczona szyja, kurze łapki, zmarszczki na dekolcie. Zmiany skórne. Krostki, plamki, piegi, których przecież nigdy nie miałam. Czułam ciężar każdego z moich trzydziestu pięciu lat. Przygniatał mnie do ziemi. I za co właściwie? Na co wydałam te wszystkie godziny, dni, miesiące? Na mieszkanie kupione z pomocą pieniędzy dziadka i banku? Na nudną pracę w nudnym biurze przy tworzeniu niczego? Na niespełnione marzenia moich rodziców?
Czego się spodziewałaś, głupia Doroto?
Zadawałam sobie to pytanie w kółko. Najpierw jedynie w głowie, później szeptem, a potem na głos, bijąc pięścią lustro, które nie miało najmniejszego zamiarupękać.
To przecież nie był pierwszy raz. Powinnam już być odporna. Po Andrzeju, Jaśku, Piotrze powinnam być zahartowana, a bolało bardziej.
To nie tak, że nigdy o niczym nie marzyłam, że nigdy niczego nie próbowałam dokonać. Przecież kiedyś świat stał przede mną otworem, czekał, żebym zaczęła go zdobywać. Na pewno. Przecież kiedyś byłam szczęśliwa, miałam na co czekać.
Powierzchnia lustra straszyła mnie opuchniętą twarzą przegranej po raz kolejny Doroty. Prawdziwej Doroty.
Maciek dał mi dokładnie dwadzieścia cztery godziny. Nie zadzwonił jednak, a jedynie przysłał SMS-a z pytaniem, czy możemy porozmawiać. Zgodziłam się, bo ochłonęłam, jak sobie życzył i mogłam się znów zachowywać tak, jak zachowują się dorosłe kobiety.
Nie otworzył sobie sam, choć przecież miał klucze. Zapukał, a mnie ścisnęło w dołku. Potrafił się zachować w każdej sytuacji i było to coś, co doceniały nawet demony. Zaprowadziłam go do kuchni, posadziłam przy stole i podałam herbatę. Sama wbiłam się w kąt między oknem, a komodą i ściskałam w rękach własny kubek. Mój ostatni szaniec i jakże wątła tarcza.
Długo milczeliśmy. Ja patrzyłam na jego dłonie ułożone płasko na blacie i od czasu do czasu podnosiłam wzrok na jego ściągniętą twarz. Za każdym razem napotykałam zatroskane spojrzenie, którym zdawał się mnie skanować, jakby notował wszystkie zmiany jakie zaszły we mnie od wczoraj.
– Chciałeś porozmawiać – powiedziałam w końcu, bo nie mogłam już wytrzymać ciszy i zalewających mnie na przemian fal gorąca i chłodu.
– Chciałem wytłumaczyć – powiedział powoli.
– Tłumacz – zezwoliłam i coś twardego wbiło mi się w ciało tuż pod mostkiem.
– Doroto… – zaczął, ale coś, najpewniej skurcz na mojej twarzy, spowodowało, że zrezygnował z tego, co chciał powiedzieć. Drżały mu ręce i nie był w stanie tego ukryć, a ja chciałam naraz przytulić go mocno i uciec stąd, bo to wszystko i tak przecież nie miało sensu. – Dobrze więc – zaczął od nowa. – Po kolei. Owszem. Poznaliśmy się tylko dlatego, że twoja kuzynka, Jagoda, mnie wynajęła. Inaczej nie byłoby to możliwe, obracamy się w innych kręgach, a Jagoda słyszała o mnie, bo siostra jej chłopaka zna moją siostrę. Nie spotykasz się zbyt często z kuzynkami poza okazjami rodzinnymi, prawda?
Niechętnie skinęłam głową. Nie spotykam się z kuzynkami zbyt często poza okazjami rodzinnymi, ale jakimś cudem zdołały stwierdzić, że moje życie jest tak żałosne, że trzeba mi podesłać płatnego kochanka, żeby je choć trochę ożywił. Wniósł nieco blasku. Ożywczego powiewu. Podniósł na duchu żałosne, głupie babsko, którego boją się mężczyźni.
– Dorota!
Głos Maćka wyrwał mnie z tego samobiczowania, któremu poddawałam się z lubością i za które nienawidziłam siebie wtedy i nienawidzę siebie teraz. Popatrzyłam na niego.
– Musisz mnie słuchać, rozumiesz? Inaczej to nie ma sensu. Nie działa, kiedy uciekasz przede mną w ten sposób.
Przełknęłam ślinę i znów skinęłam. Zacisnęłam dłonie na kubku najmocniej, jak potrafiłam. Chciałam się skupić na słowach Maćka. Naprawdę.
– Poznaliśmy się w nietypowych okolicznościach.
– Ile je kosztowały te okoliczności? – spytałam, zanim zareagowały hamulce.
– Pięćset złotych.
Nie zrozumiałam właściwie tej natychmiastowej odpowiedzi. Zamiast docenić jego absolutną szczerość, wściekłam się.
– Pięć stów za trzy numerki, tak? To chyba całkiem tanio.
– Pięć stów za noc – sprostował spokojnie. – Potem popełniłem błąd z zawodowego punktu widzenia: powiedziałem, że nie chcę, by nasze spotkanie było ostatnim. Potem kolejny: wszedłem do ciebie do mieszkania. Jeszcze potem wziąłem twój numer telefonu. A potem próbowałem to naprawić…
– I zniknąłeś – wtrąciłam się niepotrzebnie.
– Zniknąłem. Widzisz, przecież ja nie jestem jakimś dzieciakiem bez wyobraźni. Myślisz, że było trudno przewidzieć, jak zareagujesz? Gdybyś wiedziała od początku mogłoby być inaczej. Ale nie wiedziałaś, a nawet ta chwila, którą spędziliśmy razem… dała mi jakiś obraz ciebie, jakieś wrażenia, materiał do rozmyślań, stu-
Nie dokończył, bo znów mu przerwałam, tym razem gwałtownie. Przewrócony kubek krwawił resztkami herbaty.
Już nie chciałam go słuchać. Nie byłam czymś, co można studiować, nie byłam okazem przeznaczonym do wiwisekcji. Nie chciałam być.

– Dorota, do cholery, mam przepraszać, bo się zakochałem?
– Nie wiem…
Naprawdę nie wiedziałam. Nie wiedziałam o co mi chodzi, nie potrafiłam sformułować zarzutów. Czułam tylko nieznośny ucisk w środku i swędziały mnie przedramiona.
– Zakochałem się. Spodobałaś mi się, zdarza się. W łóżku byłaś taka ostrożna, napięta, nie potrafiłem się do ciebie przebić. Zaciekawiłaś mnie. Za drugim razem byłaś zupełnie inna. Wiedziałem, że robię źle, że nie powinienem, ale każdego dnia wstawałem, robiłem zwyczajne rzeczy: piłem kawę, goliłem się i łapałem się na tym, że zastanawiam się, co ty robisz. Nie chciało przejść.
– Mogłeś poczekać kolejny tydzień.
Nie patrzyłam na niego, patrzyłam na wydłużoną kałużę herbaty, która powoli zmieniała się w strumyczek nieubłaganie sunący ku brzegowi stołu. W końcu wstałam, opuściłam mój bezpieczny kąt i zaczęłam wycierać stół.
Maciek milczał. Myślę, że udało mi się zachwiać jego postanowieniem w tamtym momencie. Jakiekolwiek postanowienie towarzyszyło jego wizycie.
– Życzysz sobie, żebym zniknął na dobre?
Złapał mnie za rękę, którą uparcie rozmazywałam brązową plamę. Miał chłodne palce i ścisnął za mocno. Czułam jego gniew: przekazywał mi go tym uściskiem, a ja wiem że miał prawo być zły, tak samo, jak ja miałam prawo się przed złością bronić.
– Życzę sobie nigdy więcej nie czuć się tak, jak w tej chwili.
Obolała w środku, bezradna, przekonana o własnej beznadziei i winie.
Nie powiedziałam mu tego, nie wyjaśniłam jak się czuję, choć próbował pytać. Poprosiłam, żeby oddał klucze i wykasował mój numer z telefonu. Chciał jeszcze mówić, ale tak długo potrząsałam głową, nie patrząc na niego, aż dał spokój. Puścił mnie i wyszedł, a po chwili wrócił i położył na stole trzy klucze spięte kółeczkiem z cieniutkiego drutu. Tuż obok rozmazanej herbacianej plamy. Pewnie leżą tam do teraz.

###
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: Siemomysła » 30 grudnia 2015, 18:11

Kolejna chmura zakrywa słońce, zostawiając na mojej siatkówce kilkanaście pulsujących powidoków. Mrugam odruchowo, żeby się ich pozbyć, a potem wreszcie rozpinam kurtkę. Plaża jest zupełnie pusta, jak okiem sięgnąć nie widać żadnego człowieka, ani nawet ptaka. Jestem sama. Jest cicho. Kurtka opada na zmrożony piasek prawie bezgłośnie.
Waham się chwilę, a potem ściągam szalik i czapkę, ale resztę ubrań zostawiam. Ubrane zwłoki uważam za bardziej estetyczne. Słońce ponownie przebija chmurę, a ja znów nie zamykam oczu. Morze szumi. Wyobrażam sobie, że mnie woła.
Boję się.
Ale to już ostatni raz.
Woda jest zimna. Czuję to przez podeszwy butów, ale zaciskam zęby i wchodzę głębiej, pozwalam jej przelać się przez cholewki i klnę – w duchu, bo lodowate kleszcze wyciskają mi oddech z piersi, ale i dlatego, że nie chcę psuć tej ciszy, która mnie otacza.
Zmuszam się do kolejnego kroku i jeszcze następnego. Bolą mnie zmrożone kostki, mróz paraliżuje kolana, oplata uda. Jęczę przez zaciśnięte zęby i robię kolejny krok. I jeszcze jeden. Woda sięga mojego brzucha, przepona kurczy się w proteście. Zaciskam zęby jeszcze mocniej i jeszcze mocniej. Bolą mnie dziąsła. Boli mnie wszystko. Chmury się rozstąpiły i patrzę w słońce, które oślepia, ale nie grzeje.
Teraz.
Już.
Uginam z wysiłkiem zmrożone na kamień kolana. Wydaje mi się, że słyszę zgrzyt protestujących stawów. Zanurzam się po szyję i słyszę krzyk. Piskliwy, bolesny krzyk, który wydobywa się z moich ust dopóki woda ich nie zakryje. Morze zamyka się nade mną na krótką chwilę, bo nie jestem w stanie tego wytrzymać i wyskakuję na powierzchnię niczym gumowa zabawka.
Wracam na brzeg. Biegnę, potykam się, przewracam, wstaję i znów biegnę. I cały czas cicho krzyczę, czy może raczej wyję, aż w końcu upadam na plażę ze złudnym poczuciem bezpieczeństwa: tam gdzie nie sięga fala przyboju.
Boli.
Każda kość, każde ścięgno, każdy mięsień. Płuca. Mózg. Wszystko boli gryzione wstrętnym paskudnym mrozem. Nie miało boleć. Miałam zasnąć w złudnym cieple hipotermii.
Czuję, jak w środku pod pokrywą mrozu, tam gdzie trzymam ranę po wyrwanym kolcu, rodzi się szloch.
Umieranie w niczym nie jest lepsze od życia.


###

Samotna kobieta w pewnym wieku musi się przyzwyczaić do kilku rzeczy, albo wyjechać na inny kontynent. To ostatnie dość skutecznie ogranicza ilość spotkań rodzinnych, a co za tym idzie wygłusza – bo z pewnością nie likwiduje – współczujące uwagi ciotek, podszyte mniej więcej równą porcją dobrodusznej litości i nieuświadomionej pogardy uwagi kuzynek, a także najzupełniej niewinne, choć mocno nieprzemyślane „nie martw się, każda potwora znajdzie swego amatora” wujków. Najlepiej wypadają w tym gronie kuzyni, wciąż z tą samą siłą walący w łopatkę i zapewniający, że gdyby nie te nie do końca zrozumiałe sprawy prawne, już dawno klęczeliby u stóp nieszczęsnej z pierścionkiem w zębach. Ich żarty są swojskie i łatwo je sparować, a przy tym wciąż żywe są wspomnienia wspólnego zasypiania nad filmem dla dorosłych, więc da się wierzyć, że w tym, co mówią, tkwi ziarno prawdy.
Najmniejszego ziarna prawdy nie da się natomiast odnaleźć w słowach rodziców ani nawet w ich milczeniu i to oni wypadają w zestawieniu najgorzej. Oczywiście nie chcą zranić ukochanego dziecka, czasem bredzą coś o poszanowaniu wyborów ale pani Irenka spod dwunastki na wiosnę będzie miała trzeciego wnuka i tak naprawdę to z naszą Dorotą chyba jest coś nie tak.
Nie czuję do nich żalu. Mamy to w genach, jak każde zwierzę – odwieczny instynkt łączenia się w pary i znoszenia jaj. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu wyrywa się z tego kręgu musi się liczyć z tym, że stawia go to pod pręgierzem ocen, prób usprawiedliwienia i czasem odtrącenia.
Czasem też sam usuwa się w cień, a przynajmniej próbuje, nie chcąc tkwić w świetle porównań i tłumionych westchnień.
Oczywiście nigdy nie wyjechałam na inny kontynent. Wersja oficjalna zamyka się w „nie mogłabym zostawić rodziców”. Prawda mówi o tym, że jestem zwyczajnym tchórzem i nigdy nie znalazłam w sobie tyle odwagi, by to po prostu zrobić. Mogło mi się przecież nie udać. Mogło się okazać, że obcy język, którego uczyłam się dziesięć lat na różnych etapach edukacji, wyparował z mojej głowy i nie pozwala się komunikować zagranicą. Mogłam nie znaleźć pracy. Być może tam moje życie byłoby takie samo, jak tu.
A w takim razie – po co przepłacać?
Przyznaję. Bywały takie chwile, gdy potrafiłabym znaleźć odpowiedź na to pytanie .
Ot, choćby początek sierpnia, dzień wesela najmłodszego z moich kuzynów, gdy patrzyłam na zwisającą smętnie z przekrzywionego wieszaka sukienkę. Absurdalnie pomarańczowe kwiaty wyglądały groteskowo w moich oczach. Moje były barwy, które poetycko (a przynajmniej wierzyłam, że to poetyckie) nazywałam barwami miasta – stalowe, przybrudzone, stłumione. Bezpieczne. Ta nietypowa orgia kolorów wywoływała we mnie odczucia zaskakująco bliskie bólowi.
Mimo to nie potrafiłam przestać się przyglądać. Sukienka wyglądała jakby miała za chwilę spaść i w tamtej chwili fascynowało mnie to, w jaki sposób sytuacja sukienki koresponduje z moim nastrojem. Też byłam bliska upadku i nie robiłam niczego, by temu upadkowi zapobiec.
Po prostu czekałam.
Musiałam jeszcze tylko trochę poczekać.
Bardzo starannie wyznaczyłam granicę. Tak jak starannie narysowałam tabelę, dzieląc ją na trzy kolumny i siedemdziesiąt trzy wiersze. Każdego piątego dnia zadawałam sobie pytanie: czy chcę żyć? I notowałam odpowiedzi: tak, nie, uzasadnij.
Dałam sobie rok. Uznałam, że to nie powinna być decyzja chwili – zbyt łatwo kierować się w takiej sprawie fałszywymi przesłankami. Ja chciałam być szczera, uważna i dokładna. Chciałam być pewna.
Widzicie, depresja to cholernie głupia sprawa, a najgorsze, że – jak myślę – była we mnie od zawsze.
Niejeden raz usiłowałam sobie przypomnieć moment kiedy przestałam być szczęśliwa, ale za każdym razem, nawet w tej chwili uświadamiam sobie, że nie ma żadnej ostrej granicy między teraz a wtedy.
I naprawdę nie ma to nic wspólnego ani z Andrzejem, z którym uczyłam się do matury, ani z Jaśkiem-podróżnikiem, ani z Piotrem, który chciał się ze mną kochać w windzie, lecz stanowczo odmówiłam i może to właśnie ostatecznie przekonało go do spakowania rzeczy pierwszej potrzeby w szeleszczącą reklamówkę z logiem marketu zza rogu i wyjścia z mojego mieszkania bez słowa pożegnania. I nie, nie myślę o nim źle. Zrywanie musi być równie nieprzyjemne dla obu stron, a co właściwie miał mi powiedzieć? Przepraszam? Do widzenia? Bądź szczęśliwa?
Mieszkał ze mną prawie trzy lata – wiedział, że ja nie potrafię być szczęśliwa. Wyobrażam sobie, jak schodził po schodach, dziewięć pięter w dół i z każdym krokiem robił się lżejszy. Opadały z niego szare płaty popiołu, którym pokrywał się stopniowo od dnia, gdy po raz pierwszy zostawił u mnie swoją szczoteczkę do zębów.
Bo smutek jest niczym popiół.
Powiecie, że popiół nic nie waży. Że wystarczy dmuchnąć i unosi się w powietrze, a potem znika.
Powiedzcie to mieszkańcom Pompejów.

Chmury tamtego dnia to pasma waty cukrowej. Cieniutkie jak mgiełka, łatwe do rozerwania przez byle podmuch. Stałam na balkonie i odprowadzałam go spojrzeniem, gdy szedł na parking, by zniknąć we wnętrzu błyszczącej woskiem fiesty, a potem dalej aż do skrzyżowania, na którym skręcał w lewo i które pokonał nieco zbyt szybko aż zarzuciło mu tyłem na zmrożonym asfalcie.
Zostałam sama z pudełkiem czekoladek marcepanowych i butelką wina. Zwymiotowałam nimi nad ranem, zaparzyłam kawę i poszłam do pracy, żeby Baśka mogła mi współczuć, tłumaczyć, że mam prawo go nienawidzić i że to nie jest naturalne myśleć dobrze o swoich eks. Przez jakiś czas mogłam być smutna w majestacie prawa. Mogłam odmawiać wspólnych wyjść na kawę po pracy i eskapad na ciuchy.
– Rozumiem cię kochana. Też bym nie miała ochoty na ludzi. Tylko pamiętaj, nie możesz się zamknąć w czterech ścianach – groziła mi palcem, a potem wyciskała mokry siostrzany pocałunek na moim policzku. – To pa! Ale w sobotę tur de knajp i nie wymigasz się!
Ale się wymigiwałam, tkwiąc w bezpiecznych objęciach mego mieszkania, naciągając do granic możliwości społecznie akceptowalny okres żałoby po facecie, którego skarpetki walały się po moim mieszkaniu dwa lata, dziesięć miesięcy i dwanaście dni.
Dopiero ślub Michała zmusił mnie do opuszczenia wygrzebanej nory, w której tkwiłam od dobrych siedmiu miesięcy. Od takiej okazji nie da się wymigać, choć przemknęła mi przez myśl możliwość złamania nogi. Rozważyłam ją ostrożnie i doszłam do wniosku, że wygeneruje zbyt dużą ilość współczujących gości niosących pomoc w trakcie rekonwalescencji, żeby to się miało opłacać. No i jednak cholernie trudno spaść ze schodów z odpowiednią precyzją, a złamana ręka była za słabą wymówką dla mojej rodziny.
Patrzyłam zatem na sukienkę i aż skręcało mnie w środku na myśl o tym, ile jeszcze będę musiała znieść zanim przyjdzie pierwszy lutego, a z nim czas na podsumowanie, nocny pociąg relacji Katowice-Gdynia i mróz. Mróz był kluczowy, lecz na razie było lato, a ja stałam w źle dobranym staniku i paskudnych majtkach i gapiłam się na tę cholerną sukienkę, która już prawie spadała i wciąż wisiała. Byle jaka, pokraczna, sztucznie wesoła.
Jak ja.
Jak ja będę.
Jak ja będę musiała być przez cały ten czas od chwili, gdy zamknę drzwi mieszkania wezwana pojedynczym sygnałem, który puści niecierpliwiący się pod blokiem brat; przez całą drogę do kościoła, mszę, przez życzenia, obiad, tort, głupawe zabawy, odmawianie pijanym wujom; aż do bólu odzwyczajonych od uśmiechu ust i zaciskanych nieświadomie zębów.
Tak myślałam ubierając się i tak myślałam nalewając sobie soku, wdzięczna państwu młodym za mszę rozpoczynającą się dopiero o szesnastej, co pozwoliło mi zaoszczędzić dobre cztery godziny zwyczajowego koszmaru. Tak myślałam, czekając na windę z sercem tłukącym się w przełyku i wchodząc do samochodu Rafała skulona pod ciężarem jego krytycznego spojrzenia.
A potem zdarzył się Maciek. Zagrałam w filmie i na chwilę zapomniałam o tym, że jestem chora na nieuleczalną chorobę polegającą na wrodzonym braku umiejętności bycia szczęśliwą.
Na chwilę.
Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa nie dotyczy chmur i ma zapach konwalii. Mam trzy, może cztery lata i jestem chora.
Wizyta lekarza, mokra od potu piżamka, buteleczki po zastrzykach, które później układałam w wieże jak klocki. Zupełnie nie pamiętam, co to była za choroba, ale pamiętam, że w którymś momencie znudziło mi się leżenie, a na niezapamiętanym meblu, do którego byłam w stanie sięgnąć ręką, stał bukiecik konwalii. Szkliwo na pękatym brązowym wazoniku pękło w kilku miejscach, zapach przebijał się przez smarki wciąż lecące mi z nosa, a białe kwiatuszki były takie przyjemne w dotyku. Oskubałam te nieszczęsne konwalie co do jednego małego dzwoneczka i jakimś cudem upchnęłam je wszystkie w butelce po zastrzyku. Trochę byłam zawiedziona, że jakoś tak się pogniotły i zmieniły kolor na brudno pomarańczowy.
Nie wierzę, że chciałam zrobić coś złego. Myślę, że mogło mi się wydawać, że wrzucając je do buteleczki zachowam je na zawsze – w końcu wtedy robiło się kompoty, układając owoce w szklanych słojach.
A jednak spojrzenie mamy i zmiana na jej twarzy, gdy zobaczyła puste łodyżki i tę nieszczęsną wypchaną zwłokami konwalii buteleczkę, świadczyły o czymś zgoła innym.
– Czemu zniszczyłaś kwiatuszki, Dorotko?
Wazonik, łodyżki i buteleczka zostały zabrane. Drzwi zamknęły się za mamą, a ja zostałam w towarzystwie wyrzutów sumienia i poczucia winy, którego ostre zęby wbite głęboko w brzuch wywołały mdłości. Wezwana ponownie pani doktor orzekła, że to z gorączki i że muszę dużo pić. Mama chyba jednak się domyśliła, co było prawdziwą przyczyną wymiotów, bo kiedy już pani doktor wyszła i dostałam porcję wody z miodem, którą bardzo lubiłam i której wypicia uparcie odmawiałam, powiedziała:
– To tylko kwiatki. Nazrywamy nowych, jak wyzdrowiejesz i będzie dobrze.
Ale nie było dobrze, bo sklejona filiżanka jest tylko sklejoną filiżanką, a ja do teraz, gdy myślę o konwaliach, czuję ucisk w żołądku – zupełnie jakbym tę buteleczkę połknęła – i skręcam się z zażenowania.
Jak wtedy, gdy siedziałam w ławce obok Magdy uczesanej w dwa kucyki, a pani Koterska rozdawała dyktanda. Zajmowaliśmy miejsca w klasie zgodnie z kolejnością alfabetyczną, bo nasza pani lubiła porządek. Dyktanda też układała alfabetycznie i dzięki temu mogła przemierzyć klasę szybkim krokiem, czasem tylko zerkając na kogoś zmrużonymi oczyma. Tamtego dnia jednak zatrzymała się przy mnie. Czułam jej spojrzenie wwiercające się w czubek mojej głowy i zapach lawendy, której pęki trzymała w szafie. Wiem o lawendzie, bo parę razy byłam u niej w domu, gdy przygotowywałam się do olimpiady. Ale to później. W dniu, o którym mówię, nie wygrałabym żadnej olimpiady – moje dyktando świeciło czerwienią. Nauczycielka nie powiedziała ani słowa. Po prostu nade mną stała, a zanim odeszła cmoknęła dwa razy i wtedy na nią spojrzałam. Politowanie to dobre słowo, by określić wyraz jej twarzy, ale wtedy go jeszcze nie znałam.
Nie wiedziałam, skąd w moim dyktandzie wzięły się błędy. Znałam przecież pisownię każdego ze słów, które śmiały się do mnie drwiąco z kartki.
Siedziałam w klasie i płonęłam ze wstydu, lecz najgorsze było dopiero przede mną.
Tato
Jego kanciasta miłość przejawia się w planowaniu mojej przyszłości i w podarunkach, które jemu wydają się trafione, a ja udaję, że tak rzeczywiście jest. W drugą stronę to nie działa i każda okazja, która wymaga prezentu jest dla mnie ciężką próbą. Panicznie się boję momentu, gdy zacznie rozwiązywać tasiemkę i ściągać papier.
– Aleś to porządnie związała!
Tak brzmi pierwsze zdanie rytuału, któremu towarzyszy uśmiech.
– Danka, przynieś nożyczki!
Tak drugie – skierowane do mamy.
Zwykle w tym momencie zaczyna mi walić serce.
– Książka!
Jedyna, jaką mu podarowałam – potem trzymałam się raczej skarpet, czekolad i kawy. Nie rozpakował jej nawet wtedy do końca. Widzę ją za każdym razem, gdy jestem u rodziców – stoi na półce zaraz obok słownika wyrazów bliskoznacznych. Nigdy nie zapytałam, czy została przeczytana.
Dla mnie czytanie było przygodą, tajemnicą, ucieczką. Wszystkim, czego potrzebuje nastolatka. Nie różniłam się od tysięcy innych dziewcząt, które były i będą w moim wieku. Siadałam w oknie, patrzyłam w chmury i wymyślałam odpowiedzi na niezadane pytania chłopców, którzy akurat mi się podobali.
Andrzej chodził do równoległej klasy i bardzo rzadko zadawał pytania, a jeśli nawet to pytał o konkrety i odpowiedzi nie wymagały rozważań filozoficznych. Kiedyś zapytał, czy umiem jeździć na rowerze, a kiedy odpowiedziałam twierdząco zabrał mnie na wycieczkę po okolicznych wsiach. W jednej z nich postawił mi colę, pokazał ruinę zamkowej wieży i pocałował mnie prosto w usta, gdy siedzieliśmy na łące. Obok nas pasły się dwie łaciate krowy.
Chodziłam z Andrzejem całą trzecią klasę i prawie całą czwartą. Dopóki było w miarę ciepło jeździliśmy na rowerach, gdy zaczynały się jesienne słoty przesiadaliśmy się na łyżwy. Często uczyliśmy się wspólnie, siedząc w dwóch przeciwległych kątach mojego pokoju i uwielbiałam mu się ukradkiem przyglądać. Marszczył czoło, gdy był skupiony, a czasem pocierał je środkowym palcem prawej ręki, jeśli materiał był wyjątkowo zawiły.
Tuż po próbnej maturze postanowiłam go uwieść.
Dwie moje najlepsze przyjaciółki miały to już za sobą i uznałam, że najwyższa pora do nich dołączyć.
Wszystko zaplanowałam: ustaliłam dzień, gdy rodzice i Rafał wychodzili na urodziny wuja Fredka, z których ja wymigałam się koniecznością nauki, kupiłam butelkę wina jeżynowego w sklepie na drugim końcu miasta, żeby nie spotkać nikogo znajomego, długo przeglądałam szufladę z bielizną. Nie chciałam być wyzywająca, tylko elegancka, więc komplet sprezentowany mi przez koleżanki z klasy na osiemnastkę odpadał.
Szło nam całkiem nieźle, jak na dwójkę dzieciaków, które nie wiedzą do końca co i jak. Literatura bywa pomocna, ale nie zawiera na ogół szczegółowych instrukcji. Byliśmy już zupełnie nadzy, gdy otworzyły się drzwi. Ojciec pokłócił się z wujkiem, nie pierwszy raz zresztą. Być może, gdyby nie był już zirytowany zareagowałby inaczej i nie ściągnął Andrzeja ze mnie w ten sposób.
– Poszaleliście gówniarze? Matura na karku, o studiach trzeba myśleć!
Andrzej, pchnięty na meblościankę, wyglądał jakby miał się rozpłakać. Nie dziwię mu się – tato w gniewie wyglądał przerażająco. Robił się czerwony, twarz wykrzywiały mu skurcze, żyły napinały się, jakby lada chwila miały pęknąć.
– Ubierać się! – ryknął i Andrzej zaczął się trząść, a we mnie wezbrała bezsilna wściekłość.
– Idź stąd! – wrzasnęłam i dopiero teraz się podniosłam. – Wyjdź! Jak możesz tak się włazić bez pukania! – Skoczyłam do ojca i pchnęłam go w pierś. – Idź stąd!
Podniósł rękę i bardzo chciałam, żeby mnie uderzył, ale tego nie zrobił.
Andrzej też nie zrobił niczego. Nie odezwał się stanowczo, nie próbował mnie bronić, czy chociażby czymkolwiek okryć. Zamiast tego zaczął nieporadnie przepraszać ojca, którego mama – milcząca przez cały ten czas – w końcu wyprowadziła. Zostaliśmy z Andrzejem sami i oboje jednakowo staraliśmy się na siebie nie patrzeć. Wstydziliśmy się swojej nagości. Jeszcze parę minut wcześniej była piękna i dojrzała, teraz podkreślała nasze upokorzenie. Widziałam kątem oka, jak Andrzej nieporadnie zasłania przyrodzenie i poczułam się zażenowana. Sama bardzo chciałam się stać niewidzialna, a zamiast tego musiałam pozbierać moje rzeczy i włożyć je na siebie. Czułam jak coraz bardziej pieką mnie policzki.
Mój chłopak, który nie był już moim chłopakiem wyszedł bez słowa. Nie odprowadziłam go do drzwi.
Właściwie nigdy żadne z nas nie zerwało. Po prostu przestaliśmy się spotykać. Myślę, że Andrzej nie potrafił sobie poradzić z tym, że widziałam go bezradnego, a i ja nie czułam się już dobrze w jego towarzystwie. Resztę wiosny przesiedziałam w domu. Tato był zadowolony – w jego mniemaniu pilnie przygotowywałam się do matury – ale mnie unikał. Wydaje mi się, że to niełatwy moment w życiu rodzica, gdy trzeba przyznać, iż dziecko dorosło. Mama złamała się w połowie kwietnia. Zajrzała do pokoju pod pretekstem, którego już nie pamiętam i od razu siadła obok mnie na tapczanie.
– Już się nie uczycie z Andrzejem? – zagadnęła, gdy spojrzałam na nią pytająco. Zesztywniałam natychmiast, jakby dotknęła odsłoniętego nerwu.
– A widzisz go tutaj?
To było jak katharsis. W jednej chwili mówiłam te słowa z pozorną lekkością, spokojna i uśmiechnięta. W drugiej krzyczałam na moją biedną mamę, wyrzucając jej obojętność, brak zrozumienia i podłość.
– Jeśli będę miała córkę, to będę z nią rozmawiać i ona będzie wiedziała, że to ważne i piękne, nie będzie się musiała chować, nie będzie się wstydzić, ani bać!
Nie pozwoliłam się objąć, strząsnęłam dłoń, którą próbowała mnie pogłaskać. To było moje cierpienie, zapracowałam na nie i w żadnym razie nie zamierzałam pozwolić, by je w jakikolwiek sposób złagodziła.
Długo płakałam, gdy już wyszła. Siedziałam na tapczanie, tam gdzie mnie zostawiła i płakałam chowając głowę na kolanach, jak pasażerowie boeinga, który ma się za chwilę rozbić. Dopiero teraz – zupełnie jakbym potrzebowała sygnału z zewnątrz – poczułam gorzkie pieczenie żalu. Brakowało mi go. Spacerów, wspólnej nauki, zapachu jego koszulek. Nie mogłam się już bawić jego włosami ani siadać mu na kolanach na ławce w parku. I już nigdy miał mnie nie połaskotać źdźbłem trawy, a mały słoń z zadartą trąbą, którego chciałam mu dać w dniu matury zostanie ze mną, bo i tak nie przyniósłby mu szczęścia.
Kiedy przestałam płakać i wytarłam oczy, zobaczyłam na palcach ślady zębów. Dłonie pulsowały słabym bólem i całkowicie skupiłam się na tym odczuciu. Cierpiałam z miłości. Czasem, gdy szukam ładu, wyobrażam sobie, że to właśnie wtedy pozwoliłam demonom po raz pierwszy zatańczyć w moim sercu.
Wstyd.
Poczucie winy.
I smutek wynikający z dwóch pierwszych i z wielu innych rzeczy i często z niczego.
A przecież ze smutkiem jest tak, że aby nie uruchamiał dzwonków alarmowych, trzeba mieć do niego powód. Wtedy oczywiście wszystko jest w porządku i raczej nikt nie wysyła człowieka do psychologa, psychiatry, ani żadnego innego psych.
Ja niestety, biorąc pod uwagę bezwzględną matematykę i to, co nazywamy patrzeniem obiektywnym, przez większość swojego życia, takich powodów nie miałam. Za to całkiem nieźle radziłam sobie z wynajdywaniem ich i nakładaniem na siebie, jakby były teatralnymi maskami, które mogę dowolnie zmieniać. Byłam w tym tak dobra, iż sama nie zauważyłam, kiedy smutek zalągł się we mnie na stałe, zapuścił korzenie i rósł. I gdy w końcu zobaczyłam go w całej okazałości – paskudny ropiejący wrzód – było już za późno na skuteczną obronę. Pod tym względem depresja przypomina trochę nowotwór płuc: cichego zabójcę z czołówki rankingów.
Gdy Piotr się poddał, niewiele się u mnie zmieniło. Rzadziej robiłam pranie i prawie przestałam gotować. I tak nie chciało mi się jeść.
Wstawałam rano, bo zmuszał mnie do tego bezlitosny budzik, nie całowałam niczyjego policzka na dzień dobry, piłam kawę, snując się po mieszkaniu niezdolna do podjęcia decyzji w co się ubrać, a potem w tych samych dżinsach i pierwszej z brzegu niewyprasowanej koszuli wychodziłam do pracy.
Osiem i pół godziny później opuszczałam biuro i jechałam do domu. Wyjechać na główną, długa prosta do ronda, na rondzie w prawo, znów długa prosta, zjechać z głównej łagodnym łukiem w lewo, prosta, na światłach w prawo, ruchliwe skrzyżowanie, na które wjeżdżam z podporządkowanej, prosta, lewo, światła, prawo, światła, prosto i długa, długa prosta, której często w ogóle nie pamiętałam. Po prostu nagle byłam już pod domem, puszczałam kierownicę i biegłam szybko do klatki, by schować się w windzie zanim pojawią się pierwsze łzy.
Naprawdę niewiele się zmieniło, gdy Piotr się wyprowadził. Tyle, że nie musiałam się już kryć z płaczem w łazience, nie musiałam wciskać twarzy w poduszkę, a potem tłumaczyć głupio, że czytałam wzruszającą książkę, że to kolejna rzęsa wpadła mi do oka.
Nienawidziłam tego uczucia, a przyszedł moment, gdy nie znikało ani na chwilę. Wiedziałam, ja to po prostu wiedziałam, że nie będzie dobrze, że nigdy nic się nie zmieni, że powietrze już zawsze będzie miało smak popiołu i że to moja wina.
A gdy ktoś – jak Piotr – próbował pytać, czego pragnę, co chciałabym, aby się zmieniło, nienawidziłam także siebie, bo nie potrafiłam mu odpowiedzieć.
Smutek naprawdę ma ciężar fizyczny. Naciska na klatkę piersiową, jakby stale działała na nią prasa hydrauliczna. Oddychanie jest nieprzyjemne. Żołądek zaciska się w proteście. Ramiona kurczą pod niewidocznym brzemieniem. Ale to już później. Bo na początku po prostu było mi smutno.
Bo widziałam martwego kota opierającego łebek na krawężniku.
Bo mówią o wojnie.
Bo hormony.
Bo zmarła babcia koleżanki.
Bo uporczywe gorączki Jaśka to nie żadna tropikalna choroba, którą przywiózł z Ameryki Południowej tylko chłoniak.
Dobrze. Przyznaję, że ten ostatni powód był całkiem dobry.
Tyle że – co bardzo szybko sobie uświadomiłam – on dla odmiany wyrwał mnie ze smutku. Nie miałam czasu na smutek. Konsultacje, lekarze, leki, poszukiwania dawcy. Podróże po całej południowej Polsce. Przeszczep. Siedziałam na podłodze oparta plecami o ścianę i liczyłam upływające sekundy. Ojciec Jaśka liczył kroki, wędrując w tę i z powrotem po pokrytym żółtą lamperią korytarzu. Matka Jaśka liczyła paciorki różańca i od czasu do czasu spoglądała na mnie. Na jej twarzy gościł wtedy taki łagodny wyraz wdzięczności, a ja byłam pewna, że co najmniej jedna zdrowaśka w dziesiątce to w podziękowaniu za to, że jej syn ma taką wspaniałą narzeczoną.
To było bardzo chmurne lato. Chmury kłębiły się jak szalone nad naszymi głowami, gdy pędziliśmy autostradą A4 z poradni do szpitala, ze szpitala do gabinetu doktora w jego pięknym domu, z gabinetu z powrotem do poradni. Perłowo białe, obramowane złotem, sine. Miały tyle kształtów, że kręciło mi się w głowie od beznadziejnych prób ich liczenia.
Jasiek zerwał ze mną pięć miesięcy po ostatniej diagnozie potwierdzającej, iż nowotwór został pokonany. Na odchodnym powiedział, iż jest mu przykro, bo byłam bardziej szczęśliwa, gdy myślałam, że on umrze, niż kiedy wywinął się kostusze i że życzy mi, abym nauczyła się widzieć w świecie nie tylko chmury.
Jasiek to dobry obserwator – to dlatego jego zdjęcia tak świetnie się sprzedają.
Ale nawet on dał się nabrać na moje maski.
A depresja to nie jedynie gorszy dzień.
To ciągłe posypywanie głowy popiołem. Przy najmniejszej oznace czyjegoś niezadowolenia – wystarczy jedno słowo, spojrzenie, brak uśmiechu – wiem, że jestem winna. Popiół zasypuje mnie całą, oddycham popiołem, wchłaniam go w siebie, asymiluję, jestem popiołem, rozwiewa mnie wiatr.
To ból. W mostku. Pod łopatką. W zaciśniętych kurczowo na kierownicy palcach.
To kula w gardle blokująca przełyk i nie pozwalająca rano normalnie powiedzieć „dzień dobry” koledze z pracy.
To żelazne pręty ciasnej klatki, których nacisk jest stale odczuwalny i tak głęboko wżarty w istnienie, że chwilowa ulga wywołuje panikę.
To te chwile, kiedy trzeba zjechać na pobocze i przeczekać, bo przecież nie chciałabym nikogo zabić.
Oprócz siebie.
– Nie chcę z tobą kończyć – powiedział Maciek stanowczym tonem zanim wyszedł z mojego mieszkania ledwie wczoraj.
Zamknęłam drzwi równie stanowczo, nie mówiąc ani słowa i oparłam o nie czoło. Przez kilka sekund słyszałam echo jego kroków na schodach, a potem nastała cisza przemieniająca mój wszechświat w nicość. Powoli odsunęłam się od drzwi. Powoli poszłam do pokoju i siadłam przy biurku. Powoli wysunęłam szufladę.
Poszukiwania zajęły mi krótką chwilę. W szufladzie panował bałagan i sporo kartek łagodnie sfrunęło na podłogę zanim znalazłam tę, której szukałam.
Ostatni raz miałam ją w ręku rankiem trzeciego sierpnia. Napisałam: NIE, bo ta sukienka do mnie nie pasuje.
A potem Jagoda podarowała mi Maćka i wbrew wszystkim konsekwencjom, wbrew logice i poczuciu krzywdy, jestem jej za to wdzięczna.
Dwie filiżanki niedopitej kawy. Czy naprawdę miała w oczach tyle poczucia winy?
Wina.
Zabawna rzecz.
Nie było w tym winy mojego ojca, że dla niego liczył się sam fakt dawania prezentu, że nie przywiązywał wagi do tego, jaki przedmiot otrzymał, czy dawał. Jednakowo cieszył się z pary skarpet do garnituru, jak z drogiego zegarka. Zrozumiałam to, nawet jeśli lęk przed sytuacją pozostał.
Mnóstwo innych rzeczy także prędzej, czy później zrozumiałam. Na przykład to, że w ogromnej wielości przypadków w ogóle nie istnieje pojęcie winy. Wina zakłada pewnego rodzaju celowość czyjegoś działania, czasem bierze się z dążenia do osiągnięcia satysfakcji, czasem wiąże się z usiłowaniem ucieczki. Ale czasem nie istnieje. Nie ma winy między dwoma dziewczynkami, z których jedna spędziła kilka dni na nauce i dostała ocenę mierną, a druga rankiem przed sprawdzianem przypomniała sobie wzory i bez wysiłku zarobiła kolejną piątkę.
A przecież ilekroć spotykam Magdę, powraca tamto zawstydzenie. Pamiętam, jak patrzyła na mnie spod krzywo obciętej grzywki – wtedy nie miała już kucyków – z odrobiną zazdrości, ale też zdziwienia, gdy ze starannie wystudiowaną obojętną miną chowałam niedbale złożoną kartkę do tornistra.
– To niesprawiedliwe – powiedziała wtedy, wydymając usta w najlepszym trzynastoletnim stylu. – Niesprawiedliwe marnotrawstwo. Dla ciebie to żaden powód do radości, a masz pojęcie, jak ja bym się cieszyła z takiej piątki?
Nie ma winy w nieudanym biszkopcie, w odruchowej reakcji niechęci, gdy ktoś jest niemiły, w posiadaniu innych poglądów, odczuć, marzeń.
Jagoda nie chciała, by mnie bolało. Wiem to, choć jej tego nie powiedziałam.
Demony śmieją się we mnie przez łzy.
Czasem, gdy patrzę na siebie w tych na wpół rzeczywistych chwilach wyostrzonej świadomości widzę kilka różnych Dorot.
Jedna to ta, jaką chciałabym być.
Druga – ta, jaką uważam, że powinnam być.
Trzecia jest taka, jaką chcieliby widzieć rodzice, a przynajmniej taka, jak ja sobie wyobrażam, że oni by chcieli.
Czwarta…
Piąta…
Aktorki, kryjące się za rolami. Teatralne maski. Lalki.
Pomiędzy nimi tkwi prawdziwa Dorota. Z uczuciami posiniaczonymi i opuchniętymi od wstydu, kuli się u stóp tamtych hałaśliwych istot.
To Dorota, która kupuje bilet na nocny pociąg z Katowic do Gdyni.
Która zasypia z czołem wspartym na szybie, wpatrzona w czerń przesuwającą się za oknem.
Ta, która nie wie, jak dojechać do Orłowa, a słyszała, że tamtejsza plaża jest ładna.
Ta, która zostawia w taksówce torebkę.
Ta, która patrzy na chmury stojące w miejscu ponad jej zadartą głową.
Ta, która trzęsie się z zimna i płacze z bólu, tuląc się do skamieniałego od mrozu piasku.

###

Życie podzielone na kadry przesuwa się po mnie coraz szybciej. Znów trzymam w ręku tę cholerną kartkę-kalendarz, znów liczę dni zaznaczone na nie. Znów mało mnie obchodzi wynik. Znów wyrzucam sobie głupotę, tłumaczę, że zawsze będzie tak samo. Zaciskająca się obręcz strachu, bólu i poczucia winy pozbawia mnie oddechu.
Ból osiada na mnie: usztywnia mięśnie, paraliżuje stawy, rozdziera kości.
Umieranie miało być inne.
Nie po to tyle nad tym myślałam, nie po to przebierałam w metodach i możliwościach, żeby teraz tak bardzo bolało.
Nie mogłam strzelić sobie w usta z pistoletu, bo nie mam pojęcia, skąd wziąć pistolet.
Nie podcięłam sobie żył, żeby nie słyszeć zgrzytu rozcinanych ścięgien.
Nie rozbiłam się samochodem, bo trudno znaleźć kompletnie pustą drogę, na której da się odpowiednio rozpędzić.
Nie powiesiłam się – żeby nie miotać się w próbie zaczerpnięcia ostatniego oddechu i z tego samego powodu nie utopiłam się w stawie, rzece, ani też dzisiaj w morzu.
Nie najadłam się tabletek, bo nie cierpię, kiedy kręci mi się w głowie i nie chciałam, żeby znaleźli mnie zarzyganą.
I to wszystko na nic.
Ból mnie oślepia.
Stopy, dłonie, kolana, łokcie.
Serce zdeptane przez demony.
Pokrywa mnie ostra niczym szkło warstwa lodu i wiem, że mam dość.
Mówiłam, że zawsze mam problem z pierwszym krokiem. Widzicie, nie potrafię też kończyć. Wycofuję się, podwijam ogon i uciekam. Zawsze jest tak samo.
Teraz też.
Mam dość umierania.
Oszukało mnie.
Nie jest łatwo się podnieść. Nie jest łatwo zdjąć zmrożony sweter. Sztywne nogi nie chcą słuchać, wzrok się rozmazuje. Idę, prawie nie odrywając stóp od twardego piasku, bardziej sunę w tę stronę, gdzie zostawiłam kurtkę. Zaczynam się trząść, ubieranie zajmuje mi strasznie dużo czasu, bo palce nie są moje, nie ma mowy, żebym zapięła zamek. Płoną mi uszy, kłucie w bębenkach wyciska łzy z oczu.
Muszę stąd iść, myślę i stawiam krok.
Muszę stąd iść, myślę i stawiam następny.
Szczekanie psa niesie się po pustej plaży, wskakuje na falującą wodę, odbija od niej i wraca. Ciepły język liże mnie po twarzy i rozumiem, że musiałam upaść, choć tego nie pamiętam.
– Drako, zostaw! Zostaw! – Język znika, pies się odsuwa, a może ktoś go odciąga. – Nic pani nie jest? Wszystko w porządku? – Głos jest niepewny, nieco zatroskany, budzi zaufanie. – Pomogę pani wstać.
Ledwie czuję uścisk rąk, ale po chwili stoję na nogach i patrzę w pomarszczoną twarz szpakowatego mężczyzny.
– Pani jest zimno – konstatuje, a ja się trzęsę w niekontrolowanych drgawkach. – Mam w samochodzie termos z herbatą – macha ręką gdzieś za siebie, a pies znów szczeka. – Chodźmy – mówi mężczyzna i obejmuje mnie ramieniem. – Chodźmy. – Jego oczy są bystre, widzę, jak przesuwają się po mojej twarzy, rejestrują sople tworzące się na włosach wystających spod krzywo założonej czapki, schodzą w dół na sztywne pokryte szronem dżinsy.
– Weszłam do wody – mówię, bo i tak się domyślił.
– I potrzebuje się pani rozgrzać – odpowiada i obejmuje mnie drugą ręką.
Tkwimy na pokrytej zmarzniętym piaskiem plaży, przytuleni niczym kochankowie i nie czuję z tego powodu żadnego dyskomfortu. Uświadamiam to sobie nagle, olśnienie spada na mnie wraz z kolejnym promieniem słońca, wraz z tym jak wraca mi czucie w plecach, które obcy mężczyzna rozciera przez materiał kurtki.
– Chodźmy – powtarza, ale zanim ruszymy ściąga rękawice i podaje mi najpierw jedną, potem drugą, pomagając mi je wciągać na wciąż pozbawione czucia dłonie.
W drodze do samochodu wyjmuje telefon i jednym kliknięciem wybiera numer.
– Kochanie – mówi. – Będziemy mieli gościa. – Uśmiech wygładza jedne zmarszczki, pogłębia inne. – Nie, nie, nikt kogo znasz. – Dłuższa pauza, uśmiech staje się szerszy. – Cierpliwości, cierpliwości. – Znów chwila ciszy. – Tak, woda na herbatę. I jakieś ubrania, pani musi się przebrać. – Tym razem przerwa jest krótka, mężczyzna natychmiast ucina wszelkie domysły. – Nie, nic się nie stało, wszystko jest w porządku. – Wyjmuje kluczyki i naciska przycisk na pilocie; biała skoda miga, jakby dawała nam znaki. Mężczyzna puszcza mnie i otwiera tylne drzwi, pies szczeka krótko i wskakuje na siedzenie. – Jestem już przy samochodzie, rozłączam się. Tak. Na plaży. Już.
Nie wiem, co robić, więc czekam, a on patrzy na mnie zdziwiony.
– Czemuż pani nie wsiada?
– Zmoczę panu tapicerkę – tłumaczę, a on parska, jakbym powiedziała coś strasznie głupiego.
– Drako, posuń się, ogrzejesz panią trochę. – Pies znów szczeka i posłusznie robi krok w tył; mężczyzna wyjmuje spod niego koc. – Nie boi się pani psa, prawda?
Kręcę głową przecząco i w końcu wsiadam. Mężczyzna otula mnie kocem, a pies ciężko wali się na siedzenie i kładzie mi łeb na kolanach. Zanim ruszymy dostaję jeszcze herbaty i chwilę na jej wypicie. Mężczyzna prowadzi łagodnie. W niczym nie przypomina to szalonych zrywów Maćka.
Zaciskam powieki, by przegonić wspomnienie, ale ono jest uparte i nie chce odejść.
– Czy…? – zaczynam, ale nie kończę, bo strach znów podnosi łeb i potrzebuję chwili, by go pokonać.
– Tak?
Pytające spojrzenie odbite od lusterka wstecznego zawisa na mojej twarzy, pies unosi pysk, jakby też czekał. Wszystkie Doroty walczą we mnie, okopane na swoich stanowiskach. Cichcem powraca szum morza, w którym próbowałam rozpuścić demony i nie wyszło.
– Nie wzięłam telefonu – mówię w końcu. – A trzeba… – zacinam się i próbuję od nowa: – A muszę… – Znów źle. – Potrzebuję…
Mężczyzna wyjmuje telefon, przesuwa palcem po ekranie i podaje mi do tyłu bez słowa.
Pośpiesznie ściągam rękawiczkę i chwytam aparat w zgrabiałe palce. Wystukuję numer i waham się. Demony patrzą, jak tkwię z palcem wycelowanym w obrazek zielonej słuchawki. Nie. Jeszcze nie. Decyduję się na SMS-a.
Zrobiłam coś bardzo głupiego, ale nie chcę z Tobą kończyć.
Klikam wyślij i zwracam mężczyźnie telefon. Sięga po niego, gdy rozlega się dzwonek.
– To raczej nie do mnie – mówi, koncentrując się z powrotem na trasie.
Trzęsę się cała, już nie tylko z zimna, które powoli opuszcza moje ciało.
– Słucham?
– Gdzie jesteś?
– W Orłowie. W Gdyni Orłowie.
Cisza po drugiej stronie nie trwa dłużej niż pół uderzenia serca.
– Już jadę, bądź pod tym telefonem, dobrze?
– Dobrze – mówię i odwracam głowę w stronę okna.
Dobrze, myślę.
Chmury przesuwają się leniwie.


KONIEC
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: R. Bates » 03 stycznia 2016, 11:22

No i przeczytałem.
Opko jest całkiem fajne, dobrze mi się czytało i szybko. Nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał - po prostu powiem co myślę. Najbardziej podobała mi się tu sama Dorota - postać dziwna, skomplikowana, ale jak chwilę pomyślę, to dochodzę do wniosku, że ludzie tacy są (sam dostrzegłem w niej część siebie). Większość z nas. Reszta bohaterów wydaje mi się symboliczna - niezbędna do realizacji planu. A plan był dosyć prosty. 1/3 tekstu to część fabularna - romans. Początkowo mnie wkurzyło, że wszystko się tak dzieje szybko, prosto z marszu. Potem zrozumiałem, że tak miało być. Bo potem zaczyna się cała część obyczajowo-przemyśleniowa, która jest niejako analizą tego, co się stało i dlaczego stało się tak a nie inaczej. W końcówce mamy powrót do "fabuły" i światełko w tunelu (taki zalążek happy endu).
Myślę, że zamierzenie wyszło dobrze.
Teraz słowo o tym czego zabrakło i co imho wzbogaciłoby tekst. Praktycznie wszystko (cały tekst) dotyczy spraw sercowych. Zupełnie jakby w życiu Doroty nie istniały inne zajęcia, niż wzloty i upadki miłosne - problemy z facetami. Andrzejem, Jaśkiem, Piotrem, Maćkiem. Praca sprowadza się do Baśki. Życie rodzinne do prezentów lub interwencji ojca podczas nieudanego seksu z Andrzejem i do kilku rozmów z kuzynami i kuzynkami - notabene też raczej o facetach i związkach. Nie ma żadnych pasji, zajęć, żadnego życia równoległego do tego miłosno-depresyjnego. To w sumie taka bardziej rozprawka na temat miłosnych dylematów Doroty niż klasyczne opowiadanie (w sensie z fabułą/historią). Wiem, że tak to zaplanowałaś i raczej każdemu nastawionemu na babski romans to wystarczy, ale mi jednak tej reszty nieco zabrakło. Wiem też, że wplecenie w ten tekst drugiego tyle związanego z wątkami pobocznymi i sprawami poza sercowymi, sprawiłoby wiele trudu i pracy - a opko zrobiłoby się długie.
Tak więc postawię w tym miejscu kropkę, pisząc, że było naprawdę nieźle. Tak trzymaj.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: nuklearna_wiosna » 04 stycznia 2016, 20:48

Nie przepadam za romansami. Nie dlatego, że są o miłości, a ja gardzę i mnie mierzi, bo nie gardzę i mnie nie mierzi. Chodzi o to, że ludzkie uczucia są subtelne, często poważnie pokręcone, niejednoznaczne i można z tego wyciągnąć dużo, naprawdę dużo, a tak rzadko się komuś chce. Bardzo chętnie przeczytałabym dobrze poprowadzoną, wiarygodną historię miłosną, w której autor nie tłucze mnie każdym zdaniem po łbie, żebym pojęła w końcu tym swoim małym móżdżkiem, że bohaterowie się kochają, są sobie przeznaczeni i pokonają wszelkie przeszkody na drodze do szczęścia. Zatem w poszukiwaniu takowej zabrałam się za Twój tekst.
Przeczytałam na jeden raz i przeczytałam z zainteresowaniem, ale nie potrafię powiedzieć, czy znalazłam to, o co mi chodziło. Tak naprawdę nie potrafię powiedzieć, co w ogóle znalazłam, bo opowiadanie pozostawiło mnie ze strasznym mętlikiem w głowie.

W moim odczuciu nie napisałaś dwóch części tego samego opowiadania, tylko dwa zupełnie różne teksty i powołałaś w nich do życia dwie różne bohaterki. Wspomniałaś, że zaczynałaś z zamiarem napisania komedii romantycznej, a potem tekst pożeglował w inną stronę. Tak faktycznie jest, w dodatku obie strony – ta lekka, komediowa i ta druga, cięższa, nijak się nie łączą i nie przenikają. Po pierwszej części za nic bym nie zgadła, że Dorota ma depresję. Zachowuje się zupełnie stereotypowo, jak wzorcowa bohaterka komedii romantycznej - od jakiegoś czasu samotna, z wyglądu przeciętna, o ironicznym usposobieniu, trochę zakompleksiona, pozornie najeżona na facetów, a jednak poszukująca księcia z bajki. Bardziej schematycznie chyba już się nie dało.
Rzeczony książę się pojawia, wyrywa bohaterkę z marazmu i samotniczej egzystencji, Dorota rozkwita, po czym pojawia się przeszkoda życiowa.
Normalnie w takim momencie cała akcja zaczyna się nakręcać, u Ciebie natomiast klapnęła i z komedio-romantyczności zrobiła ostry skręt w stronę dramatu, którego nic wcześniej nie sygnalizowało (prócz początku, ale na początku nie wiemy, co bohaterka właściwie robi). Dorota pod wpływem Maćka odżyła podejrzanie łatwo jak na osobę z tak poważnymi problemami. Przez całą druga część opowiada o tym, że nie potrafi być szczęśliwa. Problem wydaje się naprawdę głęboki i trudny do przezwyciężenia, ale ja przecież pamiętam, co się działo kilka akapitów wcześniej, co Dorota sama powiedziała - bo przecież wprost wyznała, że będąc w związku z Maćkiem czuła się szczęśliwa. Miałam ochotę nią potrząsnąć i zapytać, jak to w końcu jest. Potrafi, psiakrew, czy nie?!
Jeśli naprawdę dzięki Maćkowi poczuła się szczęśliwa, jej problem nie jawi mi się zupełnie w kategoriach depresji. Jest to raczej dramatyczna potrzeba bycia z kimś, być może spowodowana niskim poczuciem własnej wartości - uzależnienie od zachwytu w oczach mężczyzny. Płynne przejście od myśli, czy wręcz planów samobójczych do dzikiej euforii i radości z życia wyłącznie pod wpływem zainteresowania, którym obdarzył ją Maciek, wskazuje na coś takiego właśnie. Bo gdyby naprawdę znajdowała się w stanie, jaki opisujesz później, mam wrażenie, że nie poszłoby tak łatwo. Szczęśliwy związek może pomóc w radzeniu sobie z chorobą, ale nie leczy jej, a objawy Doroty zniknęły wszak jak ręką odjął. Zgoła cudowne uzdrowienie! ;)
Bardzo ładnie i wiarygodnie przedstawiłaś depresję, po prostu to, co napisałaś, zdaje się zupełnie nie odnosić do bohaterki, którą stworzyłaś. Zatem czy Dorota choruje na depresję i nie potrafi być szczęśliwa, cokolwiek by się nie działo, czy też jej stan wynika z samotności i aby poczuła się dobrze, musi tylko znaleźć odpowiednią osobę? To są dwie różne rzeczy i w moim odczuciu dobrze by było zdecydować się na jedną, bo ich współistnienie wprowadza chaos i problem z odniesieniem się do całości tekstu. Bo cóż mogę rzec, otrzymując sprzeczne sygnały i w efekcie nie wiedząc, kim jest właściwie Twoja bohaterka?

Nawet pomijając ten problem, wiadomo o niej bardzo niewiele, a to, co wiadomo w niczym nie pomaga. Dorota jest, no cóż, raczej nijaka, co samo w sobie nie przeszkadza aż tak, jednak rodzi pytanie, co Maciek właściwie w niej zobaczył. Spotykał w życiu zapewne najróżniejsze kobiety, ale akurat w Dorocie coś go szczególnie ujęło, a ja nie wiem za bardzo, co takiego. Wiemy tyle, ile nam o sobie powiedziała, czyli mało – że ma trochę kompleksów, nie najlepsze stosunki z rodziną, nie lubi wesel, za to lubi kluski ;) No ale – właśnie – narracja pierwszoosobowa. Bo przecież Dorota nie będzie sama siebie wychwalać pod niebiosa i opowiadać szeroko o swych zaletach, a Maćkowi do głowy wejść nie możemy. Dlatego chętnie poobserwowałabym dłużej rozwój tej znajomości, „posłuchała” rozmów, „popatrzyła” na gesty, żebym mogła powiedzieć: „No tak, rozumiem, czemu ją wybrał!” tudzież: „Ha, nic dziwnego, że tak ją wzięło!”. Bo tak, afektu Doroty względem Macieja również nie czuję. Zainteresował się nią, zgoda, był przystojny, miły i... tyle. Poza tym nie kontrolował zboczeń zawodowych ;) Bo te komentarze o innych kobietach... Człowiek z pracy wyjdzie, ale praca z człowieka najwyraźniej nie tak łatwo xD
W każdym razie tak naprawdę z pierwszej części dowiedziałam się tylko, że ot, zakochało się w sobie dwoje ludzi. Ale jakich ludzi?
Druga część przedstawia już tę inną Dorotę. Sama bohaterka mówi, że są jej dwie, choć ona dostrzega chyba inny dualizm niż ja, albo w istocie są trzy Doroty. Pierwsza jest samotna, ale udaje, że wszystko okej, drugiej ta sytuacja przeszkadza, chciałaby się podobać, być kochana i doceniona. Co ciekawe, ta druga Dorota nie boi się sięgnąć po to, czego pragnie, gdy nadarza się szansa, szybko przejmuje dowodzenie, wyganiając pierwszą, gdzie pieprz rośnie. To właśnie nie pasuje do trzeciej Doroty, która do połowy w ogóle nie wyściubia nosa po czym nagle wyskakuje jak filip z konopi i uświadamia nam, że historia miłosna jako taka nie jest tu aż tak istotna, bo bohaterka ma poważny problem, oderwany zupełnie od dotychczasowej linii fabularnej.
Ostatecznie po jej wyznaniach trudność, przed którą stanęła para, zupełnie gdzieś umyka, a nie jest to trudność błaha. Maciej zarabia na życie w sposób budzący kontrowersje i trudno przejść nad tym do porządku dziennego. Jeśli Dorota będzie chciała z nim być, stanie przed problemem - być może najpoważniejszym w jej życiu (pomijając depresję, o ile ją ma). Ich relacja, nawet, jeśli ją odnowią, nie będzie już taka, jak dawniej, co sprawia, że nie postrzegam końcówki jako zalążka happy endu, a raczej jako wstęp do kolejnego dramatu. Niezależnie od tego, jakie problemy emocjonalne ma Dorota, zapewne nie znikną po tym wszystkim i jeszcze dadzą o sobie znać.

Podsumowując, chętnie przeczytałabym tekst o kobiecie, która źle znosi samotność, tylko w związku potrafi być szczęśliwa i wierzyć w siebie. Równie chętnie poznałabym historię takiej, która cierpi na depresję i która, nawet gdy wszystko jest dobrze, nie potrafi się cieszyć. Chętnie, naprawdę, o ile te kobiety będą różnymi kobietami, nie jedną.
To fajnie napisany, wciągający tekst, tylko ja nie wiem, o czym on jest. Myślę, że wyszłoby mu na dobre, gdybyś odcięła się od komediowo-romantycznych planów z początku i od razu postarała o wyraźniejszą rysę na sielankowym obrazku z pierwszej części – bez odkrywania od razu wszystkich kart, ale żeby potem nie było zaskoczenia, zdziwienia i dezorientacji.
Depresję można uczynić pełnoprawnym bohaterem tekstu, główną przeszkodą na drodze do szczęścia, zwłaszcza w połączeniu z ujawnioną tajemnicą Maćka, tylko ona musi być, czaić się gdzieś od samego początku, bo te początkowe kompleksy, wątpliwości i smutki Doroty nie różnią się niczym od kompleksów, wątpliwości i smutków większości ludzi. Są tak przedstawione, że nie zwiastują nieszczęścia. Nie czułam, że coś jest z nią nie tak, odbierałam jako dziewczynę, jakich wiele, więc potem trudno mi się było odnaleźć w nowej perspektywie, trudno mi w tę perspektywę było w ogóle uwierzyć. Ale gdyby powoli zagęszczać atmosferę od samego początku, przeplatać to, co piękne w miłości z tym, co niepokojące w chorobie... No, jakoś tak bym to widziała ;)
I w takim wypadku fajnie by było wiedzieć, co dalej, ale zakończenie otwarte jest niezbywalnym prawem autora i sama zażarcie walczę o przestrzeganie tego prawa, więc pozostawiam to do Twojego uznania. Jak i wszystko zresztą w sumie.
Mam nadzieję, że może chociaż na coś tam się przydałam - ja i moja krótka (ym razem naprawdę krótsza niż zwykle! O.o ) opinia ;)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: Siemomysła » 04 stycznia 2016, 21:08

Ekspresowa odpowiedź na dzikich emocjach, Wiosno:
Jasne, że się przydałaś <3 Żeby było zabawniej, w pewien sposób rzekłaś mi, że to, co robiłam pracowicie przez dwa tygodnie po napisaniu całości, kombinując z puzzlami, żeby zupełnie oddzielić Maćka od choroby mogło okazać się błędem. Albowiem napisałam to początkowo właśnie tak - z przeplataniem się, a pierwszym zdaniem po wejściowym fragmencie z plaży było to o sukience i korespondowaniu stanu Doroty z jej przewidywanym upadkiem. Komedia romantyczna odfrunęła w niebyt jeszcze zanim napisałam pierwsze słowa - na etapie planów.
Uch, mam o czym myśleć, a wszystkie uwagi o tym, że to początek kłopotów, że jego zawód to problem, że nie wiadomo, co on w niej widzi i vice versa - cóż, przyznam, że zdawałam sobie z tego sprawę, gdy to pisałam. Istnieje spora szansa, że miałabym podobne uwagi do tego tekstu, gdybym go komentowała :bag:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Heap
Posty: 27
Rejestracja: 18 października 2015, 15:55

Re: Chmury

Post autor: Heap » 05 stycznia 2016, 23:53

Jest późno, mam trochę spraw na głowie... ale i tak mój mózg kontynuuje bojkot i wciąga mnie w wir robienia nieprzydatnych rzeczy. A tu nagle trafiła kosa na kamień.

Ja nie lubię się rozpisywać pod czyjąś twórczością, bo brak u mnie predyspozycji do tego. Więc wygłupiając się jeszcze bardziej i przechodząc do meritum sprawy...

Dobre. Chociaż początek, kilkanaście pierwszych akapitów nie było obiecujących (sam nie wiem jak nazwać to odczucie), czytałem dalej. Przyzwyczaiłem się i polubiłem styl pisania (momentami bardzo bardzo, minimum bardzo), ba, do końca pierwszego tekstu z przyjemnością pochłaniałem kolejne zdania. Zero zastanowienia, po prostu jazda do przodu. Czyli to dobry znak, wbrew pozorom ;D

Drugi tekst zmusił mnie niejako do lekkiego zastanowienia i złapałem się na odniesieniach cech bohaterki do samego siebie. Ciut ta część zdaje mi się... przeciągnięta? Ociupkę zastygła? Ale tak ociupkę ociupkę.
Ogólnie przemyślałem o co tu komu chodzi, pochłonąłem resztkę zdarzeń w tym drugim tekście i mam chyba podobne odczucia jak i inni. Tak, nikogo to nie obchodzi, ale mój mózg chyba jest zbyt śpiący na coś głębszego ;<
Heap jest tylko jeden.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Chmury

Post autor: szczepantrzeszcz » 13 stycznia 2016, 19:08

Bardzo, bardzo dobrze się czytało. Udane studium samotności podszytej depresją i do tego arcysympatyczny styl. Pomijając drobne fragmenty, kiedy zgrzyta, tekst płynie, a wstawki o chmurach... aż szkoda, że Gorgiasz się na Literce rzadko udziela. Pewnie by zapadło głęboko w jego malarską duszę.

Teraz nieco uwag technicznej natury:
Ich ruch jest tak leniwy, że ledwie zauważalny. Zdrętwiała mi szyja od tego czekania, by się przesunęły o jakiś zauważalny fragment przestrzeni.
...to drugie "zauważalny" trzeba zamienić.

...że mi zimno i że już czas i że jak w każdej sprawie i teraz mam problem z wykonaniem pierwszego kroku.
Ja, Szczepan, samozwańczy mistrz powtórzeń, grzmię: trzecie "i" zbędne. Lepszy przecinek... ale pierwszymi dwoma ujęłaś mnie. Doskonałe.

Zespół jak się okazało także ją podnosił. A przynajmniej czynił całość mniej przykrą: był dobry i nie skupiał się jedynie na obowiązkowych weselnych kawałkach. Delikatna bluesowa muzyka, którą grał w czasie, gdy ja zasładzałam się tortem, świadczyła o klasie. Było zupełnie sympatycznie
Zrobię małego off-topa. Podoba mi się, kiedy ktoś narzekając na wszystko dostrzega plusy. Być może moje rozumienie sprawy wyda się irracjonalne, ale taki zabieg podnosi autentyczność przekazu.

nieważne ilu było wcześniej Andrzejów, Jaśków i Piotrów za każdym razem jest pierwszy raz.
– Herbata – powiedziałam. – Na początek będzie w sam raz.
Przecinek po "Piotrków" i "w sam raz" zamienić na coś, bo "raz" nieprzyjemnie bije po oczach... i uszach.

Pasowało idealnie: unikałam konfrontacji, mogłam przeczekać, aż się wszyscy uspokoją, jeśli się przypadkiem denerwowali, a mama na pewno się denerwowała, a na dodatek nie musiałam znosić porozumiewawczych uśmiechów kuzynek.
Powtarzasz "a", jednak w tym miejscu sprawa bardziej skomplikowaną mi się wydaje. Można zostawić, tak jak jest, jednak dobrze byłoby dodać jeszcze jeden krótki fragment zaczynający się od "a" - czytelnik będzie mieć lepsze wrażenie gonitwy myśli.

– Masz ochotę na spacer? – spytał, a ja pokiwałam głową, niezdolna do wyartykułowania choćby słowa. – Dorota…?
Jakoś to niezgrabnie wyszło. Może tak:

– Masz ochotę na spacer? – spytał

Pokiwałam głową, niezdolna do wyartykułowania choćby słowa.

– Dorota…? - w jego głosie dało się wyczuć...

Zbroja zaś ma to do siebie, że czyni nas niezgrabnymi i nagle wokół nas sypie się potłuczona porcelana.
Powtórzone "nas". Ja bym przerobił to zdanie. Jak? Nie wiem.

niechybny znak, że nadeszła jesień.
Wtedy też – wciąż jeszcze na wpół ubrany – powiedział, że mnie kocha
Niepotrzebnie od nowej linii.

Potem nastąpił okres krótkich zmierzchów, szarych poranków...
szare poranki i krótkie dni
każde z nas ma dziś tylko dla siebie
tysiąc listów strawił pieca żar
w tym dwieście pięćdziesiąt od ciebie


...jakoś tak mi się skojarzyło.

i nawet trochę mnie bawiło, gdzie jeszcze uda się jej ją wcisnąć, zanim w końcu damy radę ustalić
"jej ją" - okropne! Dostałem wysypki :)

...które nie miało najmniejszego zamiarupękać.
brak spacji

Jeśli ktoś z jakiegoś powodu wyrywa się z tego kręgu musi się liczyć z tym, że stawia go to pod pręgierzem ocen,
To zdanie jest dosyć ważne, warto je przerobić... a już chciałem napisać, że zaimkoza nie występuje ;)

...i nie pozwala się komunikować zagranicą.
W tym przypadu chyba za granicą.

Powiecie, że popiół nic nie waży. Że wystarczy dmuchnąć i unosi się w powietrze, a potem znika.
Powiedzcie to mieszkańcom Pompejów.
Świetne, choć dobrze byłoby zdacydować: podział na akapity, czy nie.

A potem zdarzył się Maciek. Zagrałam w filmie i na chwilę zapomniałam o tym, że jestem chora na nieuleczalną chorobę polegającą na wrodzonym braku umiejętności bycia szczęśliwą.
Na chwilę.
Ten fragment (w tym miejscu) sprawił, że pogubiłem się zupełnie... Kiedy zaczynasz retrospekcję, dobrze byłoby pomiędzy niektóre akapity jakąś gwiazdkę wstawić... albo trzy krzyżyki, a fragmentom, na które podzieliłaś tekst, nadać tytuły. Co Ty na to?. Dzielenie na części jest bardzo wygodnym narzędziem i pozwala wprowadzić nie tylko porządek, nie tylko efekt suspensu. Kilka zdań, potraktowanych jako osobny podrozdział, znacznie mocniej dotrze do czytelnika. Ty oddzieliłaś jedynie blok wspomnień. Czasami trudno było załapać, gdzie kończy się "wtedy", a zaczyta "teraz". Aby uporządkować i ułatwić odbiór, akapit ten urozmaiciłbym przemyśleniami na temat upływającego czasu i aktualnego wieku narratorki.

Gdy Piotr się poddał, niewiele się u mnie zmieniło.
Powtórzone "się".

Rzadziej robiłam pranie i prawie przestałam gotować. I tak nie chciało mi się jeść.
Można napisać: Rzadziej robiłam pranie... i prawie przestałam gotować... i tak nie chciało mi się jeść.

by schować się w windzie zanim pojawią się pierwsze łzy.
Naprawdę niewiele się zmieniło, gdy Piotr się wyprowadził. Tyle, że nie musiałam się już kryć
Tutaj mocna siękoza. Kilka zdań więcej nie zaszkodzi.

To te chwile, kiedy trzeba zjechać na pobocze i przeczekać, bo przecież nie chciałabym nikogo zabić.
Oprócz siebie.
A tutaj dwa akapity bardzo mi się spodobały.
Bardzo.


Szczepan dziękuje ogromnie za przepyszną lekturę.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: Krin » 15 stycznia 2016, 14:04

Podobało mi się. W taki zupełnie subiektywny sposób, bo teraz myślę nad tym, co napisała wiosna i muszę jej przyznać rację, choć nie czułam tego czytając. Najbardziej mi się podobało chyba to napięcie w chwili, gdy już wiadomo, że z Maćkiem jest coś nie tak, ale jeszcze nie można się domyślić, o co chodzi konkretnie. Cóż jeszcze mogę powiedzieć, co nie zostało powiedziane? Podoba mi się też ten wątek z kalendarzem i to ustalenie terminu. Nie miałam wiele do czynienia z tego typu literaturą, ale wydaje mi się o wiele prawdziwsze niż przedstawiane wielokrotnie nagłe porywy, łzy i ogólna dramatyczność. Dorota tak naprawdę nie chce się zabić. Walczy. Cały czas ma nadzieję, cały czas odkłada to na później i dokładnie rozważa różne sposoby. Nie wiem czemu tak mnie to poruszyło, ale poruszyło mnie bardzo. Pamiętam, że przez chwilę się bałam, że Dorota odnajdzie miłość tam na plaży w postaci tego mężczyzny, który ją wyciągnął i teraz się zastanawiam, czy ty specjalnie tak, czy tylko mój przyzwyczajony do podobnych historii umysł podpowiedział mi taki ciąg dalszy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Chmury

Post autor: Prophet » 17 stycznia 2016, 15:46

Co mogę powiedzieć, co nie zostało powiedziane? Praktycznie nic :bag:
Tak samo jak Bates'owi brakuje mi takiego "szerszego ujęcia", przecież nie tylko miłością i depresją żyje człowiek ( ;) ). O tym, że się pogubiłam (bo nie umim czytać) w retrospekcji to wspomniałam wcześniej, prawda? Prawda. Bo to takie pomieszane jest, ale doszłyśmy, że pomieszane powinno być, bo mózg tak działa. Czy jakoś tak. Zapisuję tylko, żeby nie przepadło ^^
Lubię jak budujesz klimat. Gdzie ma być miło, jest miło. Gdzie ma być dramat, jest dramat. Umisz. Poza tym cały tekst jest, przynajmniej dla mnie, taki... spokojny, nostalgiczny. I chyba tak miało być?
No, to chyba na tyle. Ave.
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: Martys » 22 stycznia 2016, 13:55

Ok, napisałam już mega komentarz prywatnie, ale jeszcze oficjalnie dorzucę, że mimo iż zgadzam się z przedmówcami - Bates, Wiosna - że czegoś brakuje, głębi, perspektywy, kolorów, nie wiem - to mimo wszystko tekst się broni, bo jest po prostu dobrze napisany. Można rozwinąć niektóre elementy - dać Dorocie pełnowymiarową pracę, współpracowników, dać jej kilkupokoleniową rodzinę, każdy krewny dostałby własną historię, można rozwinąć Maćka z imienia do pełnej postaci - można wzbogacić ten tekst, ale wtedy otrzymamy mini-powieść czy powieść, a nie opowiadanie. Nie mówię, że tekst jest skończony, bo można jeszcze wiele z nim zrobić (o czym pisałam w mega-komentarzu, Siem ;)), ale broni się. Mi się podobało. Bo o ile nie wgryzałam się w samą historię (która u mnie skończyłaby się śmiercią Doroty, gdy Maciek zabrał ją do domu ;)), to stwierdzam, że styl jest ładny, płynny, nie ma dziwacznych sformułowań, czyta się to po prostu przyjemnie. Klimat jest, uczucia i emocje są (no, może poza samą miłością, co jest trochę minusem ;)), a jako tragi-romans to kupuję. Na depresji się nie znam, do tego wiedziałam, że Dorota ma ją mieć, więc tego akurat nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, czy zostało oddane w pierwszej części czy nie.

Ogólnie: nadal łał, bo tak :)
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Chmury

Post autor: Siemomysła » 22 stycznia 2016, 16:15

Kochani moi wszyscy Komentatorzy!
Uznałam, że jestem paskudem, że Wam nie piszę, jacy jesteście cudowni! Jak mnie budujecie tutaj! Aż się robi tak, że mi się chce teraz już poprawiać, a obiecałam sobie, że nie tknę przed końcem marca, bo już się nauczyłam, że ja muszę długo sypiać ze wszystkim, zanim jestem w stanie się ustosunkować. Może zatem wezmę i ogarnę babolki stylistyczne i takie tam, za wytknięcie których jestem ogromnie wdzięczna. Bo to, czy chcę i czy widzę sens w zmienianiu tego w pełnowymiarową historię to jeszcze nie wiem. Mogłaby wtedy coś zyskać, ale chyba też coś stracić. Nie wiem, czy da się bez takiej wymiany.

:heart:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Chmury

Post autor: szczepantrzeszcz » 22 stycznia 2016, 17:06

Siemomysła pisze:Bo to, czy chcę i czy widzę sens w zmienianiu tego w pełnowymiarową historię to jeszcze nie wiem.
Warto.
Siemomysła pisze:Mogłaby wtedy coś zyskać, ale chyba też coś stracić. Nie wiem, czy da się bez takiej wymiany.
Stracić? Z całą pewnością. Dłuższe przeczyta mniej osób, ale zyski, mam nadzieję, będą większe niż strata.

ODPOWIEDZ