Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Zuzka

OBYCZAJ, PSYCHOLOGICZNE, HISTORYCZNE
Nie ma psychologii. Jest tylko biografia i autobiografia. ~ Thomas Szasz
Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Zuzka

Post autor: Joa » 03 lipca 2017, 22:40

Trochę dodane, poprawione, zredagowane, ale już nie mam do tego tekstu siły. Proszę o pomoc, hop.


Zuzka Miłość po alkoholu przychodzi jakby łatwiej.
I nie chodzi mi tylko o tę fizyczną, bo ona wydaje mi się wtedy jedynie żałosna i nieporadna, a o jej wewnętrzną formę. Słowa wypowiada się jakby odważniej i nic, co w stanie trzeźwości wydawało się głupie, już tak głupie nie jest.
Możliwe że to tylko moje zdanie i nikt go nie podziela, a wpływ na nie miały niefortunne zdarzenia z przeszłości i różnorakie przemyślenia, ale wydaje mi się, że alkohol do niczego nam nie był potrzebny.
Pierwsze wypowiedziane kocham cię przyszło po butelce wina i połowie nalewki, w akompaniamencie śmiechu i załzawionych oczu. Trzymałem ją za śliską od potu dłoń, gdy tańczyliśmy poloneza, kiedy wyrzuciła z siebie, chichocząc, że kocha.
— Kocham!
— Co kochasz, Zuzka? — spytałem głupio, przekrzykując słabej jakości nagranie z Pana Tadeusza. Uśmiechnąłem się szerzej, nachylając się nieco. Mierczakówna była ode mnie o dobrą głowę niższa i za każdym razem musiałem się zginać.
— Ciebie. Kocham cię.
Nie wiem nawet teraz — oceniając to z perspektywy czasu — co powinienem wtedy zrobić, ale ścisnąłem mocniej dłoń Mierczakówny i odparłem, że ja również. Poczułem nawet coś na kształt ciepła, rozlewającego się w okolicach żeber, ale chyba nic poza tym. Sam polonez skończył się chwilę później, gdy Zuzka pogubiła oba pantofelki, uprzednio o mało co nie skręcając sobie kostki.
Uczepiła się mojej koszuli i wdychała zapach perfum, których w pośpiechu użyłem przed wyjściem z mieszkania. Zaciągała się, świszcząc, bo miała zatkany przez katar nos, ale i tak jej obecność sprawiała, że było mi w życiu albo chociaż w tamtym momencie trochę lepiej. Spokojniej.
Nie twierdzę, że bez niej czułem jakiś bezsens, a ona swoją postacią zapełniła dziurę w moim sercu. Tak już chyba jest — mówię też o sobie — że niektórzy potrafią żyć bez miłości, a gdy w końcu się pojawia, uważają ją za wartościowy, ale nie niezbędny dodatek. Bezduszne? Nieludzkie?
Może, nigdy nie twierdziłem, że jestem dobrym człowiekiem.
Jakoś tak się złożyło, że w naszym wypadku mieszanka alkoholu i tańca zawsze w pewnym momencie prowadziła do pozbycia się (przynajmniej) części ubrań i znalezienia sobie w miarę intymnego miejsca. Nie wiem, na ile było to szczere i prawdziwe, a na ile podyktowane przez procenty, bo do rozmowy kończącej i podsumowującej znajomość tak naprawdę nie doszło. Niemniej jednak — zdarzyło się wielokrotnie i w tamtych momentach nic nam nie przeszkadzało.
Związek, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, zakończyliśmy w poczuciu, że nic nie jesteśmy sobie winni. Ja Zuzce, a ona mi. I choć było ciężko, bo trwaliśmy przez te kilka tygodni w stanie zakochania, a jak wiadomo niesie ono ze sobą myśli, że to, co teraz, to na zawsze, to rozstaliśmy się w zgodzie. W każdym razie ja mam takie wrażenie. Żal, smutek, złość... Chyba nie zdążyłem tego poczuć. Niekiedy trzeba pójść dalej, nie oglądać się za siebie, podejmować trudne, ale właściwe decyzje. My taką podjęliśmy szesnastego marca, dwadzieścia sześć dni po polonezie w starej szklarni.
To ja zacząłem.
Nic się nie zmieniło, nie przestałem z dnia na dzień kochać, podziwiać czy pożądać, po prostu poprzednia noc dała mi wiele do myślenia. Podjąłem decyzję, a Zuza przytaknęła i się zgodziła.
Znaliśmy się co prawda krótko, ale pomimo to, nasza relacja wydawała się być idealna, bo oboje czuliśmy się w swoim towarzystwie dobrze i komfortowo. Zuza słuchała mnie i akceptowała wszystkie moje przyzwyczajenia.
Nie jestem idealny, wiem o tym. Niczego prócz idei nie potrzebuję. Autorytety, filozofia, sposób na życie. Cel. Tylko tego pragnę. Zapominam o ludziach, ważnych sprawach i ciężko mi się wczuć w sytuację drugiego człowieka. Jestem zero-jedynkowy, wypunktowuje innym popełniane przez nich błędy i często nie umiem słuchać. Muszę wiedzieć po co żyć, a drogę wyznaczają mi mądrzy ludzie. Kawalerkę zawaliłem stosem starych podręczników do filozofii i etyki, studiuję je w każdej wolnej chwili.
Mierczakówna zamieniła moje wady w słabości, nad którymi mogłem pracować. Czułem się przy niej lepszy. Jako mężczyzna i jako człowiek. Zaszczepiła we mnie chęć bycia codziennie o krok dalej; motywowała samą swoją obecnością do działania i sprawiła, że doszedłem do punktu, w którym dokładnie wiedziałem, co chcę w życiu robić i co daje mi szczęście i upragniony od wielu lat spokój.
Okazało się, że paradoksalnie to nie obecność drugiej osoby mnie uwalniała, ale coś zupełnie innego.
Spotkaliśmy się przed starą szklarnią, na parkowej ławce. Za chwilę miał spaść śnieg i usypywać małe kopce na naszych płaszczach, roztapiać się we włosach i mrozić nieosłonięte rękawiczkami palce. Zuza czekała już od kilku minut, mrużąc oczy w zmęczeniu i gładząc się po nadgarstku. Zauważałem nieraz, jak w zdenerwowaniu zasłania twarz, ściska materiał bluzki czy spódnicy albo mruczy w niezadowoleniu, ale taki przejaw stresu był dla mnie nowością. Nagle uzmysłowiłem sobie, jak niewiele o niej wiem.
Widząc mnie, wstała i nie usiadła, dopóki nie podszedłem bliżej. Przez rozpięty płaszcz zauważyłem, że nie zmieniła ubrania i przyszła na spotkanie ze mną w sukience w szare grochy i porwanych na udach rajstopach, w których widziałem ją dzień wcześniej. Skrzywiłem się mimowolnie. Gdzie się podziewała?, myślałem, rozgrywając w głowie przeróżne scenariusze. Opuściła moje mieszkanie chwilę po jedenastej wieczorem; makijaż spływał jej po policzkach, znacząc je zszarzałymi smugami, oczy iskrzyły się wzmożoną przez płacz szarością, a wargi drżały w spazmatycznie nabieranych haustach powietrza. Mogłem ją odprowadzić, ale była dorosła i wiedziała, co robi, wychodząc sama wieczorem na ulice mojej dzielnicy. Zresztą oboje potrzebowaliśmy chwili na przemyślenia i uspokojenie.
Wyjmując telefon, patrzyłem przez okno, jak kieruje się szybkim krokiem w stronę Wrocławskiej, w drodze odpalając papierosa. Wieczór musiał być zimny, bo lekko prószyło śniegiem, pokrywającym osiedle pożółkłą w świetle latarni bielą. Gdy zniknęła za blokiem, odszedłem od okna i napisałem do niej wiadomość z prośbą o spotkanie przy starej szklarni następnego dnia. Miałem nadzieję, że odpisze szybko i nie pomyliłem się. Trzy minuty później dostałem oszczędne okej.
Tej nocy podjąłem decyzję, więc siedząc z Zuzką na ławce, miałem już ułożone w głowie zdania.
— Nie wyobrażam sobie bycia z kimś, kto ciągnie mnie w dół, o kogo muszę się non-stop martwić i kim muszę się zajmować... — zacząłem wtedy, wlepiając wzrok w pobite szyby. Wiosną i latem było tu pełno paproci, a sama szklarnia ginęła w cieniu potężnych drzew. Znałem to miejsce od kilkunastu lat, gdy dzieciaki rzucały kamieniami w oszklony dach, szukały skarbu zakopanego w środku i oglądały korony drzew leżąc na posadzce wewnątrz zdewastowanego budynku. Teraz nad szklarnią zwisały nagie gałęzie, mające za kompanów posępne wrony. — Rozumiesz?
Kiwnęła głową — zauważyłem to kątem oka, bo patrzenie na nią przychodziło mi z trudem. Wciąż żywiłem do niej szereg uczuć, nic się nie zmieniło — ani przez tę jedną, ani przez kolejne noce, a gdybym zaczął studiować z uwagą jej twarz, mógłbym zmazać wszystkie wieczorne przemyślenia i wnioski. A tego nie chciałem. Byłem przekonany o tym, czego pragnę.
— Chcę spokoju, Zuza. Nie mogę zrobić dla ciebie nic, co ci obiecałem. To się nie uda, wiesz? Nic się w moim postrzeganiu ciebie nie zmieniło, to po prostu... Nie ma co się smucić, było nam dobrze, prawda?
Im częściej kiwała głową, a robiła to po każdym wypowiedzianym przeze mnie zdaniu, tym bardziej upewniałem się w tym, że mam rację.
— Wróć dzisiaj do siebie. Muszę się zająć pracą, nie mielibyśmy dla siebie czasu. Ty też... Ty też chyba nie czujesz się w takiej relacji dobrze. To męczące. Nie mówię, że teraz, nie. Uświadomiłem to sobie wczoraj. Idealizowałem... Idealizowałem to wszystko chyba trochę. Nie wiem jak ty. Co o tym myślisz?
Po chwili milczenia i przypatrywania się swoim dłoniom, odparła, że mam rację. Nie wyczułem fałszu w jej głosie.
— Nie siedź taka posępna! — rzuciłem, gdy kątem oka złapałem, że szklą jej się oczy. Możliwe że się obwiniała za coś, co zrobiła, a co uznała za błąd. Złapałem ją za ucho i lekko pociągnąłem. — Hej... Nic się w moim stosunku do ciebie nie zmienia... Słyszysz? Nic.
Po chwili milczenia zauważyliśmy, że robi się wokół nas coraz śnieżniej, a sześcioramienne mroźne gwiazdy roztapiają się na materiałach płaszczy. Wcisnąłem dłonie w kieszenie i spojrzałem na nią odważniej.
Nasza relacja była piękna, nie miało sensu przekreślanie przeszłości tylko dlatego, że w pewnym momencie stwierdziliśmy, że związek przyniesie więcej zmęczenia niż radości. Uśmiechnąłem się delikatnie na tę myśl. Jakie życie byłoby łatwiejsze, gdybyśmy tak podchodzili do większości zdarzeń.
— Więc co... Co teraz? — wydusiła nagle sama z siebie, chowając brodę w szaliku.
— Nie czuję, by to był związek — odpowiedziałem.
Nawet nie mruknęła. Patrzyła tylko przed siebie jak kamienny posąg, raz za razem pociągając nosem.


Gdy pierwszy raz się zobaczyliśmy, tańczyła w otoczeniu dwóch mężczyzn. Urzekło mnie to, że pomimo dwutysięcznego szesnastego roku przeniosła mnie w nieznane mi z autopsji czasy. Stawiała kroki w sposób subtelny i pozbawiony wulgarności, z uwagą naśladując ruchy towarzyszących jej tancerzy, w przydużym, rozciągniętym swetrze, męskim kapeluszu nałożonym na głowę i w kraciastej spódnicy uosabiając to, co uważałem za kobiecość. Nie uśmiechała się, skoncentrowana tylko na choreografii.
Nie było w niej nic z profesjonalnej tancerki, ale miała jakiś taki koci krok, zmysłowość i klasę. Przyciągnęła mnie i zafascynowała. Osobowość, którą poznałem za ekranem i ruch połączony z wyglądem zaobserwowane dopiero w dusznym wnętrzu kawiarni, dopełniały się i tworzyły całość, której nie mógł się oprzeć nikt na sali.
Zuza i jej nieskomplikowany taniec przyciągnął wzrok całej męskiej widowni.
Podskok, dwukrotne klaśnięcie w dłonie, wyrzut nogi w lewy i prawy bok, prawa ręka i prawa noga w przód, potem to samo z drugiej strony. I tak w kółko,
Najpierw odłączył się niski wąsacz, a chwilę po nim młody blondyn. Tylko ona została, zatracona w ciągle ćwiczonej sekwencji ruchów. Nikomu nie przeszkadzało, że dla większości jest anonimową postacią, a taniec nie wychodzi jej najlepiej.
Dopiero gdy zeszła z parkietu i roztańczona pojawiła się koło mnie, pochylonego nad filiżanką kawy, zrozumiałem, że ją chcę. Całą.
Chciałem ją znać, wąchać i dotykać. Czuć. Tańczyć z nią cokolwiek, byleby być blisko. Zuzy nie znałem wtedy dobrze. Mogłem powiedzieć dużo o jej życiu, ale tylko to, co sama mi przekazała. Główną naszą bolączką było to, że nie znaliśmy swoich codzienności. Mimo to, ciągnęło mnie do niej, więc uśmiechnąłem się, gdy zmęczona usiadła przy moim stoliku. Nie mogłem pokazać, jak bardzo mi zależy, a mimo to szczerzyłem się jak chłopiec.
— Ładny taniec — powiedziałem, wznosząc do góry filiżankę i pociągając łyk.
— Naprawdę? — zapytała tonem pobrzmiewającym uprzejmym zdziwieniem. Spuściła przy tym wzrok i uśmiechnęła się — prawie — nieśmiało.
— Zatańczymy kiedyś razem?
— Tak! Jasne! — potwierdziła i nie miałem wątpliwości, że kiedyś spełni tę obietnicę.
Później kilkakrotnie miałem okazję czuć ją w tańcu. Zazwyczaj pachniała winem, mieszaniną potu i dezodorantu, jakimiś niedrogimi perfumami i nagrzaną skórą. Lepkie dłonie splatała mi na karku, kładąc czoło na wysokości mostka i przysuwając się coraz bliżej, tak, że dotykałem jej brzucha i piersi, ud i kolan, gdy się nie zsynchronizowaliśmy. Zuza była wcieleniem Anny Kariny, choć o wiele ciekawszym. Miała widocznie niesymetryczną twarz i długie ręce, o starannie wypielęgnowanych dłoniach. Uśmiechając się widać było przez chwilę lekkie znużenie lub smutek (szczególnie oczy dawały o tym znać). Lekko przyklapnięte uszy chowała pod włosami, wstydząc się ich kształtu.
Studiowałem ją bez końca. Potrafiłem przez godzinę przypatrywać się tylko stopom, łydkom, kolanom, udom i biodrom, by w następnej kolejności przejść do nagich pleców i wodzić wzrokiem od łopatki do łopatki. Wiedziałem, że na wysokości kości ogonowej ma cztery, tworzące trapez pieprzyki o tej samej wielkości ziarnka ryżu, na kostce bliznę, wyglądającą jak ślad po przypaleniu papierosem, a na skrzydełkach nosa tworzyły jej się fioletowe żyłki od kataru alergicznego, które zakrywała makijażem.
Stopy, kostki, dłużej przy łydkach, kolana i uda. Uda, pośladki, brzuch i piersi. Ręce, jedna po drugiej. Dłonie, ramiona, szyja. I twarz — na zwieńczenie podróży.
Poznawałem ją, ilekroć miałem okazję. Pytaniami, nad którymi rozmyślała i nigdy nie potrafiła odpowiedzieć od razu i wprost. Dłońmi błądzącymi w te i we w tę. Całym sobą...
I robiłbym to wciąż, gdyby nie pewne niedogodności.
Pomijając wygląd, Mierczakówna była inteligentna. Po prostu. Ostrożna, nieco płochliwa, bo unikała jakichkolwiek starć światopoglądowych, ale też pięknie dobra. W jakiś sposób ożywiła idee, które kiełkowały we mnie od dzieciństwa, ale zostały zapomniane i przysypane rzeczywistością. Nie robiła tego być może świadomie, ale...
Była. Po prostu była.
I choć dzieliła nas odległość, miałem wrażenie, że wciąż mi towarzyszy. W snach, myślach, rozmowach. Cała jej postać tak mnie fascynowała, że nie potrafiłem mówić o niczym innym.
Zuza jest muzykiem, Zuza gra na fortepianie, Zuza mówiła mi o Akademii Muzycznej i wymaganiach w...
Nie byłem stalkerem, choć tak to mogło wyglądać. Miałem jej przyzwolenie na przeglądanie miejsc w sieci, w których istniała jako Yeter, zresztą — wszystkie konta ustawiła jako publiczne, więc codziennie pogłębiała się moja wiedza o niej. Wiedziałem, co robiła, co jadła, co miała na sobie. Jak się czuła, co polubiła.
Potrafiłem, pracując, przeglądać zdjęcia, które przysyłała mi z Akademii, i zamiast zajmować się obowiązkami, zapamiętywałem drobne szczegóły fizjonomii. Nigdy bym nie pomyślał, że tyle radości sprawiłoby mi kiedykolwiek słuchanie i przypatrywanie się nikomu nieznanej studentce Instytutu Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki.

Tego wieczoru był taniec. Było też stanowczo za dużo alkoholu, bólu i smutku, który wypłynął z Zuzy, jakby pękła w niej jakaś tama, którą stanowiła w życiu względna trzeźwość. Nie oskarżała mnie o nic, nie powiedziała, że nie dbam, że ranię, że skoro ją zdobyłem, to nagle moje zaangażowanie spadło. Nie.
Płakała. Wcisnęła się w kąt pokoju i ryczała, szorując plecami po szorstkiej ścianie. Stało się to nagle, w trakcie jakiejś wolnej piosenki, gdy poczułem, że się odsuwa, że cofa, że siada na panelach. Alkohol sprawił, że nie przeszkadzała jej podwinięta sukienka i ogólny obraz nędzy i rozpaczy, który zaczęła sobą reprezentować.
W pierwszej chwili zacząłem ją uspokajać. Odruch bezwarunkowy, objaw czułości. Skuliła się bardziej, zaciskając powieki, kciuki i palce u stóp. Próbowałem jeszcze kilkakrotnie, choć bezskutecznie, nim podniosłem głos. Nie wiedziałem, co się wydarzyło i jedyne co mogłem, to być stanowczym.
Szloch zamienił się w histerię i panikę. Miałem wrażenie, że zamyka się w sobie i powoli znika, rozpuszcza jak zalany wrzątkiem cukier.
— Co się dzieje? — pytałem kilkakrotnie, ale nie umiała odpowiedzieć. — Weź wdech... Głęboki, proszę, Zuza...
Tamtego wieczoru puściły mi nerwy, tyle wiem na pewno.
...Ann wants to yell, she can only moan. For him... For him...
Zapętlony numer Papooz przerywał nierówny oddech Zuzki. Zmęczony pytaniami położyłem się na materacu, ugięte ramiona kładąc pod kark i wgapiając się w sufit.
Zmęczyła mnie. Przestraszyła. Zagmatwała obraz, który zaczynał się krystalizować.
Słyszałem, jak powoli się uspokaja, smarkając cicho, i wstaje, podchodząc do mnie. W drodze do materaca zaczepiła czymś o beniaminka i w ostatniej chwili niezgrabnie złapała roślinę.
Pamiętam, że przekręciłem się na bok i utkwiłem wzrok w żebrach kaloryfera. Nie chciałem jej obok, pierwszy raz od kiedy się poznaliśmy. Wsunęła się pod kołdrę. Poczułem dotyk zimnej stopy na łydce i automatycznie zbliżyłem się do ściany.
— Ej... Nie odsuwaj się... — Próbowała złapać mnie za rękę, ale odtrąciłem ją. Chciałem spać. Byłem zmęczony.
Musiałem pomyśleć, a ona nie dawała mi spokoju, przysuwając się, wczepiając dłońmi w koszulkę, mocząc plecy łzami.
Stałem się czymś na kształt skały, od której się odbijała, bo spinałem mięśnie, gdy tylko poczułem, że się przymila.
Było po dwudziestej trzeciej, gdy szepnęła chyba coś, że sobie pójdzie, bo wstała, spakowała się pośpiesznie i wyszła, nie czekając na moją reakcję.
Miałem wcześniej kilka kobiet. W każdej byłem zakochany i bez reszty oddany do takiego stopnia, że chciałem, by czuła się przy mnie wyjątkowo. Zuzę kochałem, ale uświadomiłem sobie tego wieczora, że łącząca nas relacja niechybnie może zmierzać do tej pomiędzy opiekunem i dzieckiem, a oczekiwałem czegoś innego —
zwykłego związku między kobietą a mężczyzną. Nie chciałem zbierać Mierczakówny z kolan, ciągnąć za sobą, obejmować opieką i domyślać się, co jej dolega. Miałem dostatecznie dużo swoich problemów.
Tańcząca na dancingu Anna Karina z dziurą w sercu nie była mi potrzebna. Chciałbym ją bez tej broczącej szczeliny w duszy. Szczęśliwą oraz silną na zewnątrz i wewnątrz.
Tylko w tańcu to miała. Gdy ruszała się do soundtracku z ¡Átame!, do Wicked Game czy Parov Stelar.
Jak miałbym żyć z nią w takiej bliskości, jeśli wciąż z tyłu głowy kołatałaby mi się myśl, że może dziś się zabije? Ja przyjdę i znajdę ją martwą, bo nie dała sobie rady? Nie mógłbym tak żyć.

Czasami przypominam sobie tylko, jak tańczy. Miga mi jej sylwetka w różnych scenografiach. Mogłaby być jak Kim Basinger lub Ginger Rogers. Widzę, gdy powoli sunie po parkiecie, bosymi stopami krąży w kółko, wije się i kręci całkowicie oddana tańcu. Raz i dwa, raz i dwa, szepczę pod nosem.
I tak w kółko, bez końca.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Zuzka

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 lipca 2017, 10:09

Kiedy fascynacja nie przechodzi w miłość...

Każde inne uczucie pozwala uszeregować: ja -> reszta Wszechświata. Wszystko zależy od "ja". Kochanie jest bezwarunkowe.
Tak już chyba jest - mówię też o sobie - że niektórzy potrafią żyć bez miłości, a gdy w końcu się pojawia, uważają ją za wartościowy, ale nie niezbędny dodatek. Bezduszne? Nieludzkie?
Rzekłbym: złudne. Jeżeli jest tak, jak napisano powyżej, doświadczamy zauroczenia.

Dobre studium. Dobrze napisane.

Postarałaś się o dobrą szatę graficzną, ale kiepsko wyszło. Nie chodzi o błędy, które dałem w spoilerze i które można poprawić, ale o to, że zamiast dywizów powinny być pauzy. Bez tego wygląd opka będzie infantylny, niczym relacje Twoich bohaterów ;)
► Pokaż Spoiler

Awatar użytkownika
Dahaka
Posty: 9
Rejestracja: 04 lipca 2017, 15:08

Re: Zuzka

Post autor: Dahaka » 06 lipca 2017, 14:34

Zręcznie napisane, dobrze się czytało.

Główny bohater to trochę buc. Kiedy tylko pojawiła się rysa na wyidealizowanym diamencie, podwinął ogon i zwiał. A to była tylko jedna noc, jeden incydent. Coś na wzór pierwszej kłótni, gdzie zamiast naprawić, to kiełkujący związek wyrzucił. Nie miał żadnej pewności, czy to tylko chwila słabości, czy płacz o atencje, który miała w krwi, ale nawet jeśli było to drugie, to z osobą inteligentną, za jaką ją miał, można by nad tym popracować.

O "nie chce być z osobą, która ciągnie mnie w dół" nawet nie chcę wspominać. Powiedzieć coś takiego osobie, którą się szanuje, kocha, czy choćby po prostu lubi, to trzeba być dupkiem do kwadratu. Zuzka nie ma co płakać, na dobre jej to wyjdzie :P

Cienka jest warstwa między człowiekiem, który wie, czego chce, a człowiekiem, który nie rozumie, czym jest związek z drugą osobą. Tutaj poczułem, że mam do czynienia z tym drugim ;)

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Zuzka

Post autor: Kanterial » 08 lipca 2017, 00:40

To słabe, że tak się rozpisuję w swoich komentarzach, a przy twoim tekście nie potrafię. Chociaż nie - dawno nie komentowałam miniatur. Bo to taki właśnie instantowy mini, coś, co można niby zinterpretować i odebrać, ale to jest... no, wiesz sama. Jedna rzecz. Jeden temat. Nie zwroty akcji, fabuła i wybuchy. I zapomniałam już jak się brać za takie teksty, krótkie i treściwe, obrazujące zamkniętą całość, epizod (bo tu ewidentnie był epizod, nie wiem nawet, czy nazwać to związkiem, podobnie jak narrator wyraża wahanie w tej kwestii).
Więc nie będzie aż takiego eseju. Dla mnie najmocniejszą rzeczą w tekście jest odbiór głównego bohatera i uważam, że ten tekst jest właśnie o nim. Nie o zauroczeniu i nie o Zuzce, nawet nie o tym, jak ona tańczy. Nawet nie o uczuciu. To jest tekst, który mi rzuca światło na wnętrze jednej postaci - odrzucające wnętrze - i który (tak czuję czytając któryś raz) denerwuje mnie, jakoś tak wnerwia, niepokoi, wzbudza obrzydzenie. Nie mogę znieść tego tekstu, nie mogę znieść jakiejś "nieludzkości" totalnej, która wyziera z poglądów, myśli narratora. I tu poprę przedmówcę - dobrze się stało dla tej dziewczyny. Szybka, przykra historia. Dająca do myślenia.
Heh - dająca do myślenia wszystkim (czytelnikowi i Zuzce) poza samym narratorem. Bo to jest chyba najgorsze. Tak. On nawet nie czuje, że coś jest niehalo. Że on chyba jest trochę niehalo. Nie, dla niego wszystko gra. On ocenia, a Zuzka na pewno ocenia wszystko tak samo (przecież potwierdziła! nie sprzeciwiała się!). Jasne, że rozstali się w zgodzie. Jasne, że wszystko było w porządku. Jasne, że to nic takiego. W ogóle czym się przejmować, w sumie same pozytywy, fajna przygoda, a teraz hop do przodu i fajne wspomnienia, lecimy.
Najgorsze jest takie poczucie bezsensu, które mam czytając, ono też często mi towarzyszy w normalnym życiu. Bez sensu jest liczyć na refleksję narratora - on nie dostrzega patologiczności swoich nienaturalnych cech i działań. Bez sensu szukać jakiegoś wyjścia - bo w sumie faktycznie, logiczne jest urwanie tej dziwacznej historii. I niech Zuzanna Mierczak (tak ma na nazwisko? w ogóle ta Mierczakówna jest tak... archaiczne, takie nienaturalne, dodatkowo mnie wkurwia w ustach narratora, jakby stylizował nawet to i grał kogoś, w końcu jest taki niezwykły) będzie jak najdalej, ona i jej tańce, problemy, jej ręce i twarz i skrzydełka nosa. Tak. Czuję ulgę, że to się kończy, mimo że wierci mi w brzuchu dziurę taki irytujący wkurw - stosunek do bohatera, którego mam okazję... em, nie, nieprzyjemność poznać.

Dużo emocji wzbudza we mnie tekst i są to negatywne emocje. Pozytywne wzbudzają jedynie opisy Zuzki, a jest ich relatywnie niewiele. Jednak w pisaniu emocja to emocja - czy nienawiść czy zachwyt - i punktuję je na równi. Więc tekst oceniam wysoko. I nie zawstydza mnie aż tak, jak inne teksty, bo to jedno umiesz bezbłędnie i jesteś jedyną osobą, która potrafi mi to zrobić. Zawstydzasz mnie słowami. Całe szczęście tu odwracam wzrok tylko w trzech momentach. A nie co zdanie.

Nie wiem, czy coś jeszcze chcę pisać. Technicznie nie czepiam się niczego (doceniam, powtórzę, ten zabieg z przecinkiem, który wyłapałam, ale jednak odrzuciłam pierwotnie. Wiesz, o czym mówię - 'i tak w kółko'). Nietypowe. Dla mnie nowe. I fajne. I co jeszcze... Ach, redakcja mocno ten tekst poprawiła. Bo teraz jest pełny. Wszystko, co dopisane, pasuje do bazy, którą czytałam jeszcze w trakcie instanta. Wspominałaś, że nie jesteś zadowolona z końcówki - nie wiem jednak, co mogłabyś w niej zmienić. #niepomocnaprzyjaźń

Cieszę się, że zawisło. I może jedno słowo na podsumowanie - progres. Progres widoczny. Z każdym kolejnym tekstem.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Zuzka

Post autor: Siemomysła » 10 lipca 2017, 09:04

Związek, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, zakończyliśmy w poczuciu, że nic nie jesteśmy sobie winni. Ja Zuzce, a ona mi

To zdanie chyba najwięcej mówi o narratorze. Zakończyliśmy - "ja Zuzce, a ona mi". Niby my. Ale przecież wcale nie my, bo ja i mi. I skąd on niby może wiedzieć, jakie było poczucie Zuzki?
Kawalerkę zawaliłem stosem starych podręczników do filozofii i etyki, studiuję je w każdej wolnej chwili.

Filozofia i etyka, a gdzie miejsce na człowieka? I ja bym zrozumiała, że on się przestraszył, gdy ona tak z niczego zaczęła płakać, że się przestraszył, że nie umie pomóc, że nie wie, jak i tak dalej. Ale on po prostu oświadczył, że nie chce być ciągnięty w dół. Tak od razu. Tak bez sprawdzenia. Bez próby zrozumienia. Szybka ocena sytuacji na polu walki i odwrót. Zobaczył najczarniejszą czerń. Bo może chciał ją zobaczyć? Bo skąd u niego tak od razu myśli, że ona się będzie chciała zabić? I mnie go nawet żal. Tak umie widzieć rzeczy, szczegóły - nie wiem, w jakimś sensie mnie ujęło to wspomnienie o katarze Zuzki. Ale jest taki zewnętrzny z tym. Podziwia taniec jak rzeźbę. A może ta jego interpretacja to stąd, że ona odbiła jego? Bo przecież tak nam najłatwiej - interpretować innych przez siebie samych, przez to, co my czujemy, może to w nim jest ta czerń? W końcu - "ma dostatecznie dużo swoich problemów".

To jest dobry tekst. Zapada w pamięć, pobudza myślenie, zastanawianie się, chęć rozmowy z bohaterem. I jest dobrze napisany. Uwielbiam jak operujesz szczegółem. Uwielbiam widzieć ważne rzeczy Twoimi oczami.

Joa, Ty po prostu pisz, bo robisz to z takim wyczuciem. Masz wrażliwość. Patrzysz jakby z nieco innego kąta. Chce się czytać Ciebie.

Pisz.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Zuzka

Post autor: Ag. » 17 lipca 2017, 17:44

To ja chyba podejdę do tego od zupełnie innej strony. Ja to z głową coś chyba mam >.<

Ja akurat narratora rozumiem. Nie można nikogo zmusić do miłości. A jeśli nie można zmusić do miłości, to i nie można zmusić do poświęcenia. Słusznie więc robi, że zrywa z Zuzką, bo żadnemu z nich nic by dobrego z tego nie przyszło. Może takim jest typem człowieka, który rzeczywiście tej miłości nie rozumie i nie potrafi tego stanu osiągnąć. Może najlepiej mu, gdy jest odgrodzony od innych ludzi. Może zaangażowanie po prostu nie leży w jego naturze. Nie ma w tym jego winy. Taki po prostu jest...

Natomiast wszyscy wyżej z góry założyli, że narrator celowo ucieka bardzo szybko, już przy pierwszych oznakach kłopotów, bez próby zrozumienia problemu. Trochę mnie to zaskoczyło, bo z jakiegoś powodu nie odebrałam takie przedstawienia tej historii, tzn. nie odniosłam wrażenia, że narrator rezygnuje ze związku z powodu jednego płaczu. Wydawało mi się, że jest to raczej kwestia techniczna, czyli niepokazania przez Ciebie, autorkę, tych wszystkich sytuacji, gdzie rzeczywiście musiał być opiekunem. Albo że to wina formy, bo w narracji pierwszoosobowej bohater tak się skupia na własnych doznaniach i emocjach, że zapomina więcej opowiedzieć o samej Zuzce. Myślałam, że narrator w scenie płaczu ma po prostu dość czegoś, co jest już trwającym od pewnego czasu problemem. Myślałam, że Zuzka rzeczywiście była słaba i potrzebująca ciągłej pomocy, tylko po prostu w tekście nie jest to wystarczająco dobrze pokazane.No bo inaczej dlaczego narrator sugeruje, że mogłaby się zabić, a on nie chciałby jej znaleźć martwy? Czegoś takiego nie stwierdza się łatwo. A narrator ma prawo nie brać na siebie odpowiedzialności za czyjś bardzo zły stan psychiczny. I w tym sensie właśnie go rozumiem, jako człowieka, który zdaje sobie sprawę, że ja odpowiedzialność za drugiego człowieka go przygniecie. Natomiast jeśli on ten fragment o samobójstwie rzuca bez żadnego powodu, to... to ja już nic nie rozumiem. Może to wszystko odczytałam źle. Może mi ostatnio życie trochę przypiekło i stąd mój ponury nastrój i wykręcanie tego tekstu na wszystkie strony.

Z innych rzeczy, podoba mi się sam opis Zuzki, bo przedstawia ją bardzo realistycznie, bez wygładzania, idealizowania – są więc żyłki na nosie, oklapłe uszy i inne niedoskonałości cielesne. Ale są na swój sposób urocze i pociągające, tak samo jak jej niewprawny, ale pełen pasji taniec. Świetne.

Z drobiazgów:

Czemu dialogi są kursywą? Nie powinny być. Zwłaszcza że potem słowa piosenki też są kursywą.
Złapałam ją za ucho
literówka – złapałem
Urzekło mnie to, że pomimo dwutysięcznego szesnastego roku przeniosła mnie w nieznane mi z autopsji czasy.
? Nic w tekście nie tłumaczy, co ma na myśli.

PS. Zagłosowałam na ten tekst w instancie.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Zuzka

Post autor: Kruffachi » 18 lipca 2017, 13:54

I nie chodzi mi tylko o tę fizyczną, bo ona wydaje mi się wtedy jedynie żałosna i nieporadna, a o jej wewnętrzną formę.
Możliwe że to tylko moje zdanie i nikt go nie podziela, a wpływ na nie miały niefortunne zdarzenia z przeszłości i różnorakie przemyślenia, ale wydaje mi się, że alkohol do niczego nam nie był potrzebny.
Tu jest troszeczkę niezręcznie i pierwszą sprawą jest powtórzenie treści, bo to tylko moje zdanie = nikt go nie podziela, a drugą – to zdanie podrzędne od „a”, no bo w sumie skąd się bierze zdanie, jeśli nie z doświadczeń i przemyśleń? Ale to drugie też jest już takim czepialstwem, bo może narrator po prostu tak ma, że musi podkreślać te swoje doświadczenia i swoje przemyślenia. Mało ludzi tak ma?
Pierwsze wypowiedziane kocham cię przyszło po butelce wina i połowie nalewki,
To kocham cię wyróżniłabym kursywą lub cudzysłowem.
a jak wiadomo niesie ono ze sobą myśli, że to, co teraz, to na zawsze, to rozstaliśmy się w zgodzie.
Tak o jedno „to” za dużo.
Mierczakówna zamieniła moje wady w słabości, nad którymi mogłem pracować.
Bardzo mi się to podoba.
Uśmiechając się widać było przez chwilę lekkie znużenie lub smutek (szczególnie oczy dawały o tym znać).
Kiedy się uśmiechała. Błędne użycie imiesłowu – imiesłów sygnalizuje czynność wykonywaną przez ten sam podmiot, na który wskazuje orzeczenie, a tu podmioty masz dwa, bo Zuzka się uśmiecha, ale nie Zuzka widać było.
i wstaje, podchodząc do mnie.
Tu też błędnie, bo to imiesłów oznaczający, że obie czynności wykonywane są jednocześnie, a przecież, żeby podejść, trzeba najpierw wstać – nie naraz.

A ja podejdę od trzeciej strony i postaram się nie oceniać ani narratora, ani tej relacji XD Napisano już na ten temat wiele, a ja zostawiam to o tyle, że dla mnie to obraz młodzieńczej niedojrzałości obu stron.

Cóż rzec. Jesteś dobra w portrety – te malowane pędzlem, i te malowane słowem. Że mało piszesz i publikujesz, to jedyny Twój świeższy tekst, do jakiego mogę się odwołać, to Paleta. I tak – jednocześnie ten jest mi bliższy i zrobił na mnie nieco mniejsze wrażenie. Ale nie przez temat – temat właśnie działa na plus, bo były takie frazy, takie zdania, które mnie (i sądzę, że nie tylko) trafiały, które uruchamiały proste odniesienie do własnych doświadczeń. Temat ciężkiej choroby jest ważny, ale jednak procentowy stosunek tych, którzy się z nią zmagali, do tych, którzy odrzucili, zostali odrzuceni albo po prostu wleźli w uczuciowy ślepy zaułek, działa oczywiście na korzyść tego drugiego. Ale tutaj troszeczkę mi przeszkadzała kompozycja, to przeplatanie wrażeń z różnych etapów nie chronologicznie i nie z klasyczną klamrą, a tak bardziej punktowo. Tu trochę światła, tam trochę światła. To obniżało napięcie, choć oczywiście nie w takim czysto fabularnym sensie, i nie nawet emocjonalnym, a towarzyszącym śledzeniu psychiki narratora. Tu mi zabrakło nieco cynizmu w kwestii manipulowania czytelnikiem, a pole do popisu było szerokie, bo wszak oboje pokazujesz tylko wyrywkami – Zuzkę głównie gestami, ruchem, a narratora myślami.
Choć uderzające - i szalenie mi się to podobało – że w momencie kulminacyjnym role się odwracają. To myśli Zuzki są kluczowe, chociaż czytelnik nigdy ich nie poznaje, i to narrator określa się gestami oraz emocją – strachem. I to nie działa, chociaż przecież Zuzka nie jest tylko ciałem, pada również uwaga o jej inteligencji i osobowości. Nie może działać, bo przecież miało być tak dobrze. Uderzyło mnie też, że narrator źródeł stanu Zuzki upatruje w tym, co jest miedzy nimi. Jakby nie miała innego życia, które przecież tak śledził i którym się niby interesował. Jakby nie mogła po prostu przyjść z bagażem i chcieć go zrzucić. No tak, to egotyk, bez wątpienia. Ale też nie ktoś, kto nie widziałby swoich wad i nie uważał je za problem. Może jeszcze powinien zobaczyć kilka spraw. Może Zuzka powinna nauczyć się pytać, domagać i stać o własnych siłach. I tak ja to właśnie widzę – jak portret młodzieńczej przygody i być może po prostu przystanek na drodze do dojrzałości. Pewnie bardziej chcę to zobaczyć, ale dla mnie tkwi w tym taka słodka gorycz.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Miranda Calle
Posty: 13
Rejestracja: 26 lipca 2017, 12:20

Re: Zuzka

Post autor: Miranda Calle » 26 lipca 2017, 13:40

Bardzo dobre pisanie. Masz dobry warsztat, sprawnie budujesz fabułę. Niebanalne spostrzeżenia (najbardziej utkwiły mi w głowie te nieszczęsne podarte rajstopy, heh).

Jedna fraza mi zazgrzytała: "tańczyła w otoczeniu dwóch mężczyzn" - brzmi niezręcznie, ja bym zmieniła.

Pozdrawiam.

ODPOWIEDZ