Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Nazywam się Legion [kontynuowane] [Proza Roku 2017]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 30 maja 2017, 08:26

Bry Wiosno!

Głupio mi zaczynać komentarz od wyrażenia pewności, że nic nie wniesie, to tak, jakbym oczekiwała zaprzeczeń. W żadnym razie tak nie jest. Po prostu mam świadomość, jak działa obecnie mój umysł, nie jestem w stanie krytycznie podchodzić do lektury kolejnych wstawek, po prostu traktuję obecnie forumowe teksty, jako rozrywkę, oderwanie od świata realnego i tyle. Twoje teksty czyta się dobrze, nie męczą mnie w żaden sposób, są klarowne i jasne.
Jeśli zauważyłam coś innego niż do tej pory, to mam wrażenie, że bardziej skupiasz się na wnętrzu bohaterów, pozwalasz im czuć i okazywać cierpienie. Podobał mi się bardzo Paweł na końcu. Wyobrażam sobie taką niemoc artykułowania, wywołaną i alkoholem i tym, że to po prostu trudne, wyobrażam sobie to porównanie rzeczywistości do filmów. To poczucie, że być może czegoś się od niego oczekuje, że skoro bohaterowie w takiej sytuacji działają, to i on powinien, a tak naprawdę on nie wie jak. Tak naprawdę ma świadomość, jak wygląda w oczach policji i to jest taki dziwny moment, jak mi się wydaje - wie, że tego nie zrobił, ale skoro ktoś myśli, że mógł zrobić, to czy to ma znaczenie, co on wie? Myślę, że można spanikować.

Druga rzecz, na którą zwróciłam uwagę to scena narady (no dobra, wiem, że rozdział trzeci to była scena narady i Paweł, gdzie pamiętnik Laury tak w ogóle? - Laura to taka zmyła, nie? żeby można było ją podejrzewać, bo ewidentnie ma problemy z pamięcią, może przełączają jej się osobowości, ona sama siebie próbuje zdiagnozować, tak myślę)...
Wracam na tor...
W scenie narady zwróciłam uwagę na to, że kobieta musi być twardsza niż mężczyzna, jeśli współpracuje z mężczyznami. W trakcie panelu o kobiecych postaciach rzuciłam takim hasłem - że często kobiece postaci są "mocniej, bardziej, dobitniej", muszą się bardziej starać, bardziej udowadniać. Trochę tak tu odebrałam dziewczyny. Poza tym w narracji też pojawia się stwierdzenie, że na początku było ciężko, ale teraz już są zgranym zespołem (tu przyznam, że nie odczułam ich zgrania). Nie wiem, czemu miałam wrażenie, że kobiety odpuszczają dla świętego spokoju, bo inaczej współpracy by nie było. Nie neguję bynajmniej tego, że babki mogą się odnajdywać w takich sytuacjach, czaić, że żarty są żartami w gronie znanych sobie i bliskich na pewnym poziomie osób, ale one obie cały czas komentowały te "męskie" zachowania na nie (czy to w głowie, czy na głos), więc zdaje mi się, że im się to nie podoba. I tu nasuwa się myśl, że ciężki jednak los babki w zawodzie, który jakaś tam tradycja wciąż jeszcze uważa za męski. Ogólnie to chciałam chyba powiedzieć, że chłopaki polismeny mnie irytowały :bag:

Generalnie, Wiosno, niektóre tam podejrzenia w komentarzach ponad moim wydają się sensowne, ale ja czytałam sobie nie próbując rozwiązać zagadki jakoś strasznie, tylko płynąc i myśląc raczej w sposób: "nie, nie chciałabym, żeby Paweł okazał się mordercą" albo "Natalia, skup się na robocie, bo się jakoś rozciapkowujesz, choć cię, kobito, rozumiem" albo "jebłabym temu Damianowi". Fajna rozrywka.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Ag. » 21 czerwca 2017, 14:19

Obawiam się, że ten komentarz będzie mocno subiektywny, a tym samym pewnie w jakimś stopniu średnio wartościowy. No ale.

Miałam taką fazę, że czytałam masę skandynawskich kryminałów (ale trafiały się też inne, co mi w ręce wpadło). Bo ogólnie kryminały lubię. Ale tym, czego nigdy w nich nie lubiłam, byli seryjni mordercy. Im więcej trupów, im więcej okrutnych szczegółów, bo wiadomo, że musi być okrutnie i paskudnie, tym bardziej mnie odrzucało. Bo dla mnie to jest takie tanie epatowanie, byleby zaszokować czytelnika, że tu gwałt, tu odcięty sutek, tu jeszcze jakaś inna tortura. A mnie to męczy i brzydzi, nie widzę w tym nic zupełnie ciekawego i wartego uwagi.Na dłuższą metę ci wszyscy seryjni mordercy są tacy sami, tylko się różnią trofeami, które zbierają...

Ale to, jak powiedziałam, jest moja subiektywna opinia. Po prostu nie lubię czytać o seryjnych i nie lubię epatowania okrucieństwem.

Nie przepadam też zbytnio za grupą policjantów. Raz, że właśnie co chwila używają słowa "zwyrol". Jakoś tak brakiem profesjonalizmu mi to trąci. Tylko zwyrol i zwyrol. Nie mają nic ciekawszego do powiedzenia? Albo trup i trup. Jakoś tak bez szacunku o tej całej sytuacji mówią, jakby brakowało im dystansu.

Kolejna rzecz to ta ich narada – kompletnie nic nie wnosząca, gadają o tym, co już i tak wiedzą, do tego jakoś tak chaotycznie. Informacja o tym, że Tomek został zabity na działce, a nie w mieszkaniu została jakoś tak przedstawiona, że nie miałam przez chwilę pojęcia, o czym oni mówią. Może dlatego, że wcześniej byli w mieszkaniu trzeciej ofiary, a na tej działce ich nie pokazałaś, dlatego mi się poplątało.

Nie jestem też zachwycona relacjami w tym zespole – niby trzymają się razem, bo wszyscy na komendzie są seksistami i się z nich śmieją, ale nigdzie tego nie widać. Sami bohaterowie też nie wykazują się większą, że tak to nazwę, wrażliwością społeczną – panowie to buce rzucający głupie komentarze o okresie, panie tylko przewracają oczami, myśląc sobie cicho, że wszyscy faceci to świnie. Oni beznadziejny, one silne i profesjonalne. Trochę to zbyt czarno-białe, trochę zbyt stereotypowe. I w ogóle nie mam wrażenia, że panie są z tymi dowcipami ok, że panuje koleżeństwa atmosfera i wszyscy się lubią. To raczej wygląda, jakby one resztką sił próbowały utrzymać swój autorytet, a ci panowie i tak mieli to w dupie, ale na chleb trzeba zarobić.

Natalii też nie lubię. Jej stosunek do Adriana jest jakiś dziwny. Najpierw, że facet taki sobie, nudnawy, a po drugie, i tak planowała go tylko na szybki numerek, to niby czemu się przejmuje, czy dzwoni czy nie? To się po prostu kupy nie trzyma. Czemu nie postawi na nim krzyżyka i nie poszuka kogoś innego? Czego ona w końcu chce, związku czy jednorazowej przygody? Bo ciężko powiedzieć.

Co do Karoliny, to trochę mnie dziwi, że jest mąż jest kreowany na przemocowca, ale jednocześnie pozwala jej wyjść na całą noc szukać przyjaciółki??? A potem na spotkanie do klubu? To się kupy nie trzyma. Widać wyraźnie, że Karolina się go boi nawet za najmniejsze przewinienie, nawet za te, o których Damian nigdy się nie dowie, bo przecież w końcu nakarmiła dzieci przed jego powrotem. Wszystko, co ona robi, jest przepuszczone przez filtr "byle go nie sprowokować, byle nie rozzłościć", nawet gdy przypadkiem rani samą siebie. I ten facet nie próbuje jej odciąć od znajomych, zamknąć w domu? Przecież to powinna być podstawa...

A co do zgadywanki, kto zabił to taki jest mój typ:
► Pokaż Spoiler
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Krin » 23 czerwca 2017, 13:52

Obawiam się, że przeczytałam i teraz będziesz musiała skończyć ten tekst, bo inaczej pożyczę pora od Kruffy i no wiesz... wiem, gdzie mieszkasz. ;)

Mam parę zastrzeżeń, przede wszystkim znaczną niezręczność przy przedstawianiu dotychczasowych ustaleń. Nawet nie o to chodzi, że policjanci powinni mieć już to wszystko w małym palcu, choć to też bardzo mocno mi zgrzytnęło. Po prostu te dialogi wypadają jakoś tak nienaturalnie, jakbyś nie była pewna tego, co piszesz. Jakbym podczas przedstawienia dostrzegała elementy podtrzymujące scenografię. Albo jakbym podczas oglądania filmu zobaczyła kamerzystę, który na domiar złego nie wie, gdzie właściwie powinien stanąć.

Nieszczególnie też do mnie przemawia przestrzeń, te postacie trochę w niej lewitują, choć tu akurat nie mam dużego zarzutu. Po prostu rzadko czytam teksty z akcją toczącą się w Łodzi (dobra, właściwie to nigdy wcześniej nie czytałam) i chciałabym się dopatrzeć tego łódzkiego klimatu, a tu nawet jak wspomniałaś o pojechaniu na OFF-a wyszło tak bezpłciowo, że dopiero po chwili się skapnęłam, że ja przecież byłam tam wielokrotnie, kilka razy z tobą nawet i nie piszesz o jakimś tam dziwnym miejscu np. w Warszawie, o którym wszyscy słyszeli, tylko ja jedna nie słyszałam.
Znacznie lepiej wychodzą ci akcję wewnątrz budynków.

A teraz część, której aż nie mogę się doczekać, czyli bohaterowie i moje podejrzenia wobec nich. Bo domyślam się, że, jak na dobry kryminał przystało, nie wyciągniesz mordercy z kapelusza.

1.Paweł - absolutnie nie podejrzany

Nie podejrzany, bo przecież towarzyszyliśmy mu przez ten cały czas. Mamy za duży wgląd w jego uczucia, by mieć wątpliwości, czy mocno rzecz przeżywa. Nie wygląda też na zamieszanego w całą sytuację. To taki biedny chłopak, któremu nieszczęście bez zapowiedzi weszło z butami do domu. Jest przy tym trochę skrzywiony, bo jednak potrzeba bycia poniżanym przez kobietę o czymś świadczy. Nie zdziwiłabym się, gdyby Laura go oszukiwała albo chciała wykorzystać w jakichś sposób. Z pewnością też nie był pierwszym mężczyzną żyjącym z nią w takim układzie.

2. Ewa - lekko podejrzana

Ewa jest dziwna i, jak widać po scenie w barze, zupełnie nieczuła, czyli bardzo zły materiał na psychopatkę. O ile wiem, tacy ludzie potrafią doskonale się maskować a Ewa wcale nie próbuję. Za to miałaby tę sposobność, że żyje sama i znała co najmniej jedną z ofiar, nawet dwie, jeśli uznać Laurę za straconą.

Lubię tę postać przynajmniej do momentu, gdy zamiast wesprzeć Pawła gada z obcymi ludźmi na OFFie. Jest taką szaloną artystką i widzę te jej nawlekane koraliki. :3

3. Karolina - lekko podejrzana

Umieściłabym ją w absolutnie nie podejrzanych, ale skoro nie wiemy, co robiła w tamtym czasie nadal jest podejrzana, znała też Tomasza. Nie sądzę jednak, by okoliczność jaką jest dwójka dzieci i znęcający się mąż pozwoliła jej spędzić tyle czasu na szukaniu i dręczeniu ofiary. Bo nie zgodzę się z którymś z moich przedmówców, że nie jest izolowana od otoczenia. Zdaje się być po prostu na początku tej drogi, dlatego poszła na piwo, ale zwiała jak najprędzej.

4. Laura - bardzo podejrzana, niekoniecznie o morderstwo

Powiedziałabym, że jest wręcz zbyt podejrzana. Nie bardzo też rozumiem jej problem. Ona ma zaniki pamięci czy przekonanie, że ktoś ją śledzi? Czy to i to? Sama uważa, że nie jest szalona, ale ja nie ufam jej osądowi. Trudno, żebym ufała, skoro nie bardzo rozumiem, o co jej chodzi. Choć to by mogło wiele wyjaśnić. Nie mówię, że zabijała podczas tych chwil, których nie pamięta, to już u ciebie ograny motyw :P Ale mogła cóż... mieć bardzo krótką, nocną znajomość z Tomaszem i dlatego była wzburzona podczas spotkania. Po tym wyszła, może on ją potem odnalazł, może pojechali razem na tę działkę i wtedy wkroczył morderca, który myślał, że Tomasz jest sam. Nie wiem tylko dlaczego w takim razie Tomasz nie odwołałby wizyty. W ogóle wiem, że teoria dziurawa, ale Laura cały czas jest niepasującym elementem w tej układance.

5. Kamila - umiarkowanie podejrzana

Nie wiemy o niej wiele, ale teoretycznie miała okazję sprzątnąć zarówno Laurę i Tomasza. Miałaby też okazję poznać wszystkich pozostałych zamordowanych, bo przecież w hotelu może spać każdy i nikt o tym nie musi pamiętać. (Teorię z pacjentami Laury odrzucam ze względu na fakt, że ktoś raczej by wiedział, gdyby leczyli się u psychiatry. ) Poza tym jest przecież recepcjonistką w hotelu, a do tego trzeba mieć morderczość w CV.

6. Natalia - absolutnie nie podejrzana

Podobnie jak w przypadku Pawła za dużo o niej wiemy. Jak zakłada majty uwiera ją praworządność. Jest takim trochę jajeczkiem - niby skorupka, ale stłuczesz bez trudu i będziesz mieć syf, że hej. Uwiera mnie ta jej potrzeba mężczyzny, skoro mężczyźni i tak są tacy beznadziejni... Taka zakompleksiona strasznie baba, co niby próbuję stawić czoła problemom swojej płci, ale daje się zwariować.

7. Irma - lekko podejrzana

Genialna postać, genialna historia rodziny i genialne kołki na potwory XD Chyba moja ulubiona postać i ogólnie fajna babka, którą chciałabym poznać w rzeczywistości. Wydaje mi się, że ona w przeciwieństwie do Natalii nie musi nic udowadniać. Ma chore poczucie humoru i wydaje się nienormalna, co stawia ją dość nisko na liście podejrzanych, ale ktoś ma rację, że byłaby idealna do tej roli, bo potrafi zacierać ślady, ma wzgląd we śledztwo i każdy otworzyłby policjantce w mundurze. Nie wiemy też, czym się zajmuje w wolnym czasie. Nie ma tylko żadnego motywu.

8. Adrian - umiarkowanie podejrzany

Nic prawie o nim nie wiemy poza tym, że korzysta z portali randkowych, co faktycznie daje mu sposobność spotkania się z każdą ofiarą. Problem jest tylko taki, że część zamordowanych miała małżonków, co może, a przynajmniej powinno, utrudniać jawne szukanie w internecie okazji do zdrady. Bo tak mi się wydaje, że jakby ktoś trafił na znajomą osobę na takim portalu to trochę dupa blada, ale załóżmy, że ludzie są nieostrożni. Byłby wówczas kandydatem idealnym. Ale czy wówczas nie nawiązałby kontaktu z Natalią? Bo mógłby się domyślić, że ten trup to jego trup, w końcu ile tych trupów codziennie zyskuje Łódź i jak wiele jest na tyle pilnych? A jeśli nawet nie, i tak chętnie szukałby kontaktu z policjantką.
Tak sobie myślę, że może to Adrian będzie jedną z kolejnych ofiar, jeśli faktycznie ofiary wybierane są przez portale randkowe.

9. Damian - lekko podejrzany

Znów niewiele wiemy o bohaterze poza tym, że jest brutalem i żona zapewne nie wie, jak spędza czas, więc spędzać może jakkolwiek, nawet na mordowaniu ludzi.

10. Sara - lekko podejrzany

Asystentka Laury, o ile dobrze pamiętam. Postać czwartoplanowa, wspomniana tylko przy okazji notatek Laury, więc raczej słaby trop, ale teoretycznie mogłaby należeć do ludzi, którzy w mniemaniu Laury ją obserwują. W końcu spędzają ze sobą pewnie sporą część dnia.

11. Policjanci - lekko podejrzani

Nic o nich nie wiem poza tym, że są beztroskimi debilami, więc raczej nie podejrzewam ich o morderstwo. Zbyt prostoduszni na to.

12. Kozieradka - lekko podejrzany

Nieprzyjemny człowiek bez twarzy, który by chętnie oskarżył byle kogo, żeby tylko oskarżyć. Naciska na śledztwo, ale być może wie, że naciskając skłania policjantów raczej do działań mało sensownych, mających na celu obronę przed przełożonymi. Mało prawdopodobne, ale możliwe.

13. Ludzie z internetów - umiarkowanie podejrzani

Już o nich wspominałam, ale ludzie z internetów są tak groźni, że wspomnę raz jeszcze. To jest trop. Popatrzcie na ludzi z literki, gdyby nas zamordować, też nie każdy wpadłby na pierwszy rzut oka, w jaki sposób jesteśmy powiązani. Internety to piękne i straszne miejsce, w którym spotykają się ludzie zewsząd i nikt nie musi wiedzieć, że mieli coś wspólnego. Portale randkowe są dobre, mimo tego o czym pisałam przy Adrianie, bo na razie jako jedyne się pojawiły :P

14. Starzy esbecy - bardzo podejrzani

Najbardziej prawdopodobny typ albowiem starzy esbecy są wszędzie i stoją za wszystkimi problemami tego kraju. Założę się, że za wszystkim stoi grupa starych esbeckich dewiantów, których dawna władza werbowała do dręczenia ludzi. Teraz na zlecenie rosyjskiego wywiadu zajmują się sianiem grozy na ulicach Łodzi, by rozsadzić nasze piękne miasto od środka. Jako, że nikt nie wpuściłby do mieszkania starego esbeka posiłkują się wsparciem policjantów (Irma), prokuratorów (Kozieradka), matek z dziećmi (Karolina), lekarzy (Laura), studentów (Tomasz) oraz kierowców Ubera, bo ci są najgorsi. Nie dosyć, że z internetu, to przecież już Conan Doyle pisał, że dorożkarze cię załatwią.

Dziękuję, tyle ode mnie, zapewne z następnymi wstawkami pojawią się nowe teorie. A teraz pisz, wiosno, bo ci nogi z dupy powyrywam.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: pierdoła saska » 13 lipca 2017, 21:17

Słowem wstępu: wiosen, ty to pisz. Błazna też pisz, ale to pisz bardziej. xD

A dalej będzie chaos, bo nie umiem sobie tego poukładać. Może trochę z winy tego, jak to czytałam, ale chyba nie. Bardzo dobrze mi się przez ten tekst płynęło, pożerałam go, nie zatrzymywałam się i nawet nie bardzo mam notatki. To jest tak napisane, że ci ufam. Tobie, jako autorce. Nie czuję tego imperatywu, żeby zrozumieć wszystko już tu teraz, pozwalam się oprowadzać i możesz mnie nawet wieźć fabularnie do Wawy przez Gliwice i Częstochowę, a ja to kupię póki co. Będę wierzyła w to, ze może teraz przełomy nie gonią jeden drugiego, ale ta cała zdobyta wiedza stanowi fundament, że diabeł siedzi tu w szczegółach i tylko z nimi całość będzie pełnowymiarowa (co przekłada się pośrednio stety-niestety na chaotyczność i brak konkretu w tym komentarzu xD).
Przyjemnie wciągnęłam się w świat i bohaterów, dałam się nieco zaskoczyć początkowej liczbie głów zaginionych (trupio lub nie) i póki co jestem na etapie wsiąkania. Jeszcze nie oskarżam, nie podejrzewam nikogo, a obserwuję, oswajam się z ludźmi. I tak na przykład czytając miałam poważne obawy co do tego co robi Paweł, jakieś takie wojenne flashbacki odnośnie osób cywilnych grzebiących w sprawach xD Tu co prawda Paweł głównie mnie martwi. Jest taką trochę kluską i im dalej w las, tym bardziej obawiam się, że zrobi coś, co go pogrąży. Dość szybko chłopina wywołał we mnie matczyne odruchy xD
Żeby nieco zamieszać w średniej odczuć między komentarzami (bo zerknęłam po przekątnej, co pisali inni), to ja sobie bardzo cenię scenę policyjnej narady, nawet jeśli ona nie prowadzi do niczego bardzo konkretnego i wielkiego. Na jej początku dostatecznie znam część ekipy, żeby być ciekawa jak wyglądają ich interakcje, a resztę poznaję w czasie trwania narady. Powiedziałabym nawet, że jest ona cholernie życiowa.
Co do czucia miasta, coś czego Krin nie czuła, to w sumie dumam, dumam i dumam i nie wiem. Moja znajomość Łodzi jest niemal zerowa, a tam gdzie nie jest zerowa śmierdzi stereotypem, więc trudno mi odnieść nazwy do miejsc i fakt faktem, że czytając bardziej myślałam o lokalizacjach na mapie niż o jakiś widokach. No poza kamienicą, gdzie zabili Tomka. Tam się malowało. Inna rzecz, że nie wadzi mi to. Bohaterowie skutecznie wypełniają całą przestrzeń :3
No i są te zapiski Laury, które sprawiają, że wszystko robi się popapranie niepokojące. Gdzieś mi dzwoni taka jedna kniżka, gdzie bohater miał dziury w pamięci, ale tam to dawało zupełnie inne wrażenie. Fakt, że Laura to tak cholernie analizowała sprawia, że robi się to bardziej dreszczogenne - a z drugiej strony pozwala zostawiać radosne pułapki w postaci domysłów Pawła. Doceniam te fragmenty dziennika Laury zarówno z perspektywy czytelnika jak i osoby piszącej :D
Generalnie chcę więcej, żeby zacząć zmóżdżać :3
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 23 sierpnia 2017, 01:17

IV
16 listopada 2015 r., poniedziałek
DZIEŃ CZWARTY


1.
Poznań powitał Natalię i Irmę wichurą oraz ulewą gorszą chyba jeszcze niż ta, którą zostawiły za sobą w Łodzi. Deszcz bębnił nieprzerwanie o szyby samochodu i spływał rwącymi strugami. Kobiety spoglądały ponuro jedna na drugą. Żadna nie miała ochoty opuszczać ciepłego wnętrza auta, mimo że do przejścia było zaledwie kilkanaście kroków.
Rodzice Laury Karpińskiej mieszkali w ładnie utrzymanym, piętrowym domu na obrzeżach miasta. Budynek niczym szczególnym się nie wyróżniał. Posesje po obu jego stronach prezentowały się niemal identycznie, choć może była to wina pogody – w takiej paskudnej aurze wszystko zdawało się tracić urok i indywidualny rys na rzecz przygnębiającej, smętnej szarości.
Policjantki niechętnie wysiadły z wozu. Podczas krótkiej walki z parasolami zmokły tak, że równie dobrze mogły już wcale ich nie rozkładać. Irma nacisnęła dzwonek przy furtce i zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi, gdy rozległ się dźwięk otwierania. Przebiegły ścieżką, wyłożoną jasną kostką, by jak najszybciej schronić się pod daszkiem nad drzwiami wejściowymi. Nie musiały dzwonić ponownie. Od razu zostały wpuszczone do środka przez atrakcyjną, ciemnowłosą kobietę, która nie mogła być nikim innym, jak tylko matką Laury. Miała takie same ciemne oczy i włosy, jak kobieta ze zdjęcia, które dostarczył na policję Paweł Echkart, tę samą oliwkową cerę i wydatny nos.
- Dzień dobry – przywitała je, zanim zdążyły cokolwiek powiedzieć. - Paskudna pogoda. Proszę dać mi parasole, wysuszę je w kuchni. Nazywam się Julita Karpińska.
Policjantki przedstawiły się, zdejmując jednocześnie mokre kurtki i buty. Pani Karpińska wskazała im wieszak, a sama zniknęła w głębi domu razem z parasolami. Wróciła po chwili i poprowadziła obie kobiety do salonu, w którym siedział już chudy, szpakowaty mężczyzna. W nim, dla odmiany, nie było nic mogącego świadczyć o pokrewieństwie z Laurą. Dziewczyna całkowicie wdała się w matkę.
- Karpiński – przedstawił się krótko chudzielec, wstając z kanapy na powitanie. Natalia i Irma jeszcze raz wymruczały swoje nazwiska.
- Proszę usiąść – zachęciła pani Julita.
Policjantki zajęły miejsca na fotelach po obu stronach kanapy.
- Wstawiłam wodę. Czego się panie napiją?
Obie zgodnie poprosiły o kawę. Pani domu znów zniknęła im z oczu, by przygotować napój. Irma i Natalia bez większego zaciekawienia lustrowały czysty, nowocześnie urządzony pokój w nudnych odcieniach beżu. Pan Karpiński milczał. Widocznie nie czuł się w obowiązku zabawiać gości konwersacją, ale w tej ciszy nie było niczego ciężkiego, czy nienaturalnego. Mężczyzna prawdopodobnie nie należał po prostu do rozmownych. Zamiast na siłę inicjować pogawędkę o niczym, wolał poczekać aż małżonka wróci i będą mogli przejść do rzeczy.
Oboje Karpińscy na pierwszy rzut oka wydawali się spokojni, aż nazbyt spokojni, a jednak ich wewnętrzne napięcie było aż nazbyt wyczuwalne. Przez telefon deklarowali, że nie martwią się o córkę, że Laura jest poważną, ostrożną, odpowiedzialną kobietą i nie zrobiłaby niczego głupiego, a skoro zniknęła, najwyraźniej taka była jej wola i musiała mieć ku temu ważny powód. Teraz, gdy Natalia na nich patrzyła, wiedziała, że to wszystko były tylko słowa, nawet jeśli oni sami usilnie starali się w nie wierzyć.
Gospodyni wróciła wreszcie z tacą. Stał na niej dzbanek, cztery filiżanki cukiernica i kartonik z mlekiem. Karpińska postawiła to wszystko na stole, po czym usiadła obok męża.
- Możemy zaczynać? - zapytała Natalia.
Rodzice Laury jednocześnie kiwnęli głowami.
- Jak doskonale Państwo wiecie, jesteśmy tu, żeby porozmawiać o państwa córce – kontynuowała komisarz. - Czy macie jakikolwiek pomysł, gdzie Laura może aktualnie przebywać?
- Nie – odpowiedziała pani Julita głosem bez wyrazu. Karpiński tylko pokręcił głową.
- A może przychodzi państwu do głowy jakiś powód, dla którego miałaby chcieć uciec?
- W taki sposób? - Julita Karpińska pokręciła głową. - Raczej nie.
- W taki sposób? - podchwyciła Irma. - Co pani ma na myśli?
- Kiedy Paweł do mnie zadzwonił, byłam przekonana, że dramatyzuje. Że Laura zdecydowała się po prostu od niego odejść, a on nie potrafi się z tym pogodzić i wygaduje jakieś bzdury o zaginięciu. Myślałam, że po prostu czara goryczy się przelała, coś w niej pękło i go zostawiła.
- Wyprowadziła się z własnego mieszkania, zamiast wyrzucić jego? W dodatku podjęła decyzję będąc poza domem i nawet nie wróciła po rzeczy? - Dla Natalii to wszystko nie trzymało się kupy.
Karpińska wzruszyła ramionami.
- Skąd mogę wiedzieć, co się między nimi wydarzyło? - powiedziała. - Nie uznałam, że się wyprowadziła, raczej że potrzebowała sobie to i owo w spokoju przemyśleć, że może zatrzymała się u jakiejś przyjaciółki, albo wyjechała na kilka dni za miasto... Wyobrażałam sobie, że... nie wiem właściwie, co sobie wyobrażałam. Chyba założyłam, że na tej imprezie komuś się zwierzyła, z kimś rozmawiała, i pod wpływem tej rozmowy postanowiła... coś zrobić. Zmienić coś w swoim życiu. Ale się pomyliłam. To nie było tak. W przeciwnym razie do kogoś by się odezwała. Przecież powinna się spodziewać, że Paweł będzie jej szukał, że zadzwoni do nas, skontaktuje się z jej znajomymi, wywoła panikę. Laura, którą znam, którą wychowałam, nie pozwoliłaby nam się martwić. Dałaby znak życia nawet z końca świata, żeby uspokoić swoich bliskich.
Natalia spojrzała na pana Karpińskiego. Miarowo kiwał głową, jakby zgadzał się z każdym słowem żony, ale nieobecne spojrzenie zdradzało, że nie słuchał jej szczególnie uważnie. Prawdopodobnie we własnym gronie przeprowadzili podobną rozmowę już wcześniej. Możliwe, że nawet więcej niż raz. Natalia postanowiła na razie dać mu spokój i ponownie skupiła uwagę na pani Julicie.
- Od początku zakładała pani, że córka postanowiła opuścić swojego chłopaka...
- Owszem.
- Czy miała jakiś powód, żeby to zrobić?
- Och, miała całe mnóstwo powodów. - Karpińska skrzywiła się, ale nie rozwinęła tematu.
- Jakich na przykład? - ponagliła Natalia.
- Nie lubię o tym mówić. Nie raz już zostałam posądzona o wtrącanie się w nieswoje sprawy, więc proszę się nie dziwić, że nie jestem chętna do wyrażania głośno pewnych opinii.
- To jest śledztwo policyjne – przypomniała Irma, wyraźnie rozdrażniona. - Ma pani obowiązek wyrazić tę opinię, niezależnie od tego, czy jest pani chętna, czy nie.
Natalia odwróciła głowę, by Karpińscy nie zauważyli, że uśmiecha się do siebie. Jej partnerka nigdy nie miała cierpliwości do świadków, do ich wybiegów i wykrętów.
Pani Julita nie wydawała się urażona tym obcesowym upomnieniem. Obojętnie wzruszyła ramionami.
- Jeśli to w czymś pomoże... – powiedziała.
- Pomoże – zapewniła Irma. - Czy mogłaby pani przejść do rzeczy? Proszę powiedzieć, dlaczego Laura miałaby odejść od swojego chłopaka?
- Nie chciałabym, żeby panie wyrobiły sobie na temat Pawła złe zdanie tylko na podstawie tego, co ode mnie usłyszycie – zaczęła niepewnie Karpińska. - Nie twierdzę, że to zły człowiek. Po prostu... Proszę zrozumieć. Zapewniliśmy Laurze przyzwoity start. Przyzwoity, to dobre słowo. Nie opływamy w luksusy, ale nigdy niczego jej nie brakowało. Staraliśmy się nie wywierać na nią presji, jednak zachęcaliśmy do nauki. Daliśmy podstawy, ale całą resztę nasza córka osiągnęła sama. Własną ciężką pracą. W swoim środowisku jest znana, ma doskonałą opinię, nieźle też zarabia. Boli mnie myśl, że zamiast swobodnie korzystać z owoców tej pracy, przeznacza je na utrzymanie tego całego Pawła.
- Odnoszę wrażenie, że korzysta z nich w pełni swobodnie. – Irma najwyraźniej nie mogła się powstrzymać. - Tylko po prostu nie po pani myśli. To ich prywatna sprawa, kto będzie zarabiał na dom. Poza tym, o ile wiem, Paweł Eckhart uczciwie pracuje na uczelni i pobiera za to wynagrodzenie.
- Wiedziałam, że źle mnie zrozumiecie. - Karpińska pokręciła głową zrezygnowana. - Nie twierdzę, że nie mają prawa do tego, co robią, ani że ten chłopak ma złe intencje. Po prostu... On jest jeszcze bardzo młody, nie wie, czym jest prawdziwa odpowiedzialność. I nigdy się nie dowie, jak tak dalej pójdzie, bo oto Laura spadła mu jak z nieba, zanim jeszcze na dobre wkroczył w dorosłość. Dzięki temu, że się z nią związał, nigdy o nic nie musiał się martwić, o nic samemu zabiegać, i prawdopodobnie uważa to za zupełnie naturalne. Nie zna innego życia. Pracuje, mówi pani. Ja raczej powiedziałabym, że uprawia hobby. Studiuje sobie spokojnie, czasem poprowadzi jakieś zajęcia, czasem napisze artykuł, przy okazji zarobi na swoje zachcianki, a o takie rzeczy, jak utrzymanie domu nie musi się martwić. W jego świecie rachunki płacą się same.
- Mówi pani tak, jakby Laura mieszkała pod jednym dachem z dzieckiem, nie z dorosłym mężczyzną – zauważyła Natalia, zanim Irma zdążyła wybuchnąć.
- Pod pewnymi względami tak właśnie jest - zgodziła się spokojnie Karpińska. - Paweł nie miał szansy wyrosnąć z dzieciństwa. A im dłużej to trwa, tym trudniej mu będzie dojrzeć. Wątpię, żeby w ogóle tego chciał. Po co, skoro dobrze mu tak, jak jest.
- A Laura? - zapytała Natalia. - Jej nie jest dobrze? Uznała pani za oczywiste, że chciała odejść. Dlaczego?
- Przecież powiedziałam właśnie...
- Nie – przerwała Irma. - Powiedziała pani, dlaczego pani chciałaby odejść, będąc na jej miejscu. Teraz chcemy wiedzieć, jak ona zapatrywała się na to wszystko.
- Nie wiem. Znała moje zdanie i nie podzielała go. Przynajmniej do pewnego momentu. Być może później zaczęła, ale była zbyt dumna, by przyznać mi rację. Nie wątpię, że z początku zainteresowanie młodszego mężczyzny jej pochlebiało. Poza tym Paweł był jej studentem. Z tego, co wiem, przez jakiś czas spotykali się w sekrecie. Rozumiem, że mogło jej się to wydawać pociągające. Ale wspólne życie z drugą osobą, przeżywanie razem codzienności, weryfikuje pewne przekonania. Czasami bardzo boleśnie.
- Panie Karpiński, a co pan sądzi na ten temat? - zapytała niespodziewanie Irma.
Wywołany drgnął i powiódł wzrokiem po pokoju, jakby dopiero się obudził. Zresztą może i tak właśnie było. Może zapadł w krótką drzemkę, ukołysany monotonną tyradą żony.
- Nie jestem od sądzenia – powiedział w końcu. - Skoro moja córka wytrzymała z tym chłopakiem sześć lat, to coś musiała w nim widzieć. Ale Bóg mi świadkiem, że nie mam pojęcia, co.
- To znaczy, że pan również nie lubi Pawła? - upewniła się Natalia.
- Ani go lubię, ani nie lubię. Spotkałem go ledwie parę razy. Chłopak, jak chłopak. Po prostu myślę, że Laura powinna znaleźć sobie kogoś na swoim poziomie. - Pan Karpiński był znacznie mniej subtelny od swojej małżonki. - Kogoś z pozycją, z perspektywami, z pieniędzmi...
- Czasy mezaliansów dawno już minęły – przerwała zgryźliwie Irma.
- Teoretycznie owszem. - Karpiński nie wydawał się zbity z tropu. - Ale dbanie o własny interes jest ponadczasowe. A Laura zasługuje na wszystko, co najlepsze. Nie rozumiem, dlaczego dokonała takiego bezsensownego wyboru.
- Ale jeśli od niego nie uciekła, to co się z nią stało? - zapytała Karpińska, nie zwracając się do nikogo konkretnego. Sprawiała wrażenie, jakby powaga sytuacji docierała do niej bardzo powoli.
- Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć - odpowiedziała Natalia. - Czy przychodzi państwu do głowy ktoś, kto chciałby skrzywdzić państwa córkę.
Oboje pokręcili głowami. Milczeli przez chwilę, jakby jeszcze, dla pewności, zastanawiali się nad pytaniem.
- Rozumiem, że Pawła wykluczyliście? - odezwała się w końcu pani Julita głosem bez wyrazu.
- Nikogo jeszcze nie wykluczyliśmy - poinformowała ją Natalia. - Czy, pani zdaniem, chłopak Laury miał powód, żeby coś jej zrobić?
- Dopóki byli razem, to nie, ale gdyby postanowiła go zostawić… Miał sporo do stracenia.
- Nosiła się z takim zamiarem? - wtrąciła Irma. - Cały czas mówi pani o jej odejściu, ale czy Laura faktycznie chciała zerwać z Pawłem?
- Nic o tym nie wiem. Mówię tylko, że gdyby chciała, mogłoby mu być trudno się z tym pogodzić.
- Byłby w stanie ją skrzywdzić?
- Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć. Nie znam go na tyle.
- Rozumiem. A inni? Czy przychodzi państwu do głowy ktoś, kto byłby skonfliktowany z Laurą, miał do niej o coś pretensje?
Tym razem nie zaprzeczyli. Przez chwilę wyglądali na pogrążonych w myślach. Policjantki czekały cierpliwie.
- Nie przychodzi - odezwała się w końcu cicho Karpińska. - Ale to nie znaczy, że nikogo takiego nie było. Laura pracuje z ludźmi, mającymi... szczególnego rodzaju problemy. Nie wiadomo, co takim może przyjść do głowy.
- Czy córka wspomniała, że zachowanie któregoś z pacjentów ją niepokoi?
- Laura nie rozmawiała z nami o swojej pracy - odezwał się nieoczekiwanie pan Karpiński. - W ogóle niewiele z nami rozmawiała. Owszem, dzwoniła raz w tygodniu - dodał szybko, widząc, że jego żona próbuje zaprotestować. - Dzwoniła, ale nie mówiła niczego ważnego. Niczego, co teraz mogłoby wam pomóc.
- Kiedy ostatnio kontaktowała się z państwem?
- Wczoraj minął tydzień - szepnęła pani Julita. Po słowach męża wyglądała na wytrąconą z równowagi. - Wczoraj powinna była zadzwonić…
Kobieta ewidentnie zaczynała się rozklejać i Natalia zdecydowała, że czas powoli kończyć rozmowę.
- Mówi coś państwu nazwisko Kaczmarek? Tomasz Kaczmarek? - zapytała.
Karpińscy zaprzeczyli. Nie zareagowali też na nazwiska pozostałych ofiar z Łodzi.
- Jeszcze tylko jedno, ostatnie pytanie – zapewniła Natalia. Karpińska płakała już całkiem otwarcie i policjantka musiała niemal krzyczeć, by jej głos dało się usłyszeć pośród szlochów. - Czy Laura w ostatnim czasie zachowywała się jakoś inaczej? Wydawała się przestraszona, zaniepokojona? Mówiła, że czegoś się boi?
- Nie - chlipnęła matka. - Nie. Przez cały czas była normalna. Zupełnie normalna. Taka, jak zwykle.
- Dobrze. - Irma wstała. Natalia dopiero teraz zwróciła uwagę, że partnerka nie tknęła nawet swojej kawy. - Gdyby przypomniało się państwu coś istotnego, albo gdyby Laura skontaktowała się z państwem, proszę od razu do nas zadzwonić. Z naszej strony to na razie wszystko. Być może jeszcze skontaktujemy się z państwem.
- Znajdźcie ją – załkała pani Julita. - Znajdźcie moją córkę całą i zdrową!
- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy – zapewniła Natalia. Skrzywiła się, zanim jeszcze dokończyła zdanie. Wiedziała, że zabrzmiało jak klepana bezmyślnie wyuczona formułka.
- Odprowadzę panie – zaproponował Karpiński. Rzucił małżonce zaniepokojone spojrzenie, ale chyba uznał, że na chwilę może zostawić ją samą.
Przyniósł z kuchni parasolki, podczas gdy policjantki, krzywiąc się i sarkając pod nosem, wkładały mokre kurtki i buty. Natalia uświadomiła sobie, że będzie mogła przebrać się dopiero w Łodzi. Na tę myśl miała ochotę się rozpłakać.
- Dziękujemy za pomoc – powiedziała do Karpińskiego. - Gdyby przyszło państwu do głowy cokolwiek, co mogłoby okazać się istotne...
- Mamy dzwonić, wiem.
- Właśnie.
- Chciałem tylko powiedzieć...
- Tak?
- Moja żona pewnie by się ze mną nie zgodziła. Albo przynajmniej powiedziałaby to innymi słowami. Ale prawda jest taka, że niewiele wiemy o życiu Laury. Ona... nie była zbyt otwartą osobą, jeśli rozumie pani, co mam na myśli.
- Może to przez państwa niechęć do jej chłopaka? - zasugerowała Irma tonem, który chyba tylko jej wydał się neutralny.
- Po części być może – zgodził się Karpiński. - Ale nie tylko o to chodzi. Ona jest po prostu bardzo skryta. Zawsze była. Może mieć, i na pewno ma, mnóstwo spraw, o których nie mamy pojęcia, i myśli, którymi się z nami nie dzieli. Jeśli coś było nie tak, wcale nie musieliśmy o tym wiedzieć.

- Co sądzisz?
Siedziały z powrotem w samochodzie, wlokąc się zakorkowaną Opolską w stronę Śródmieścia, gdzie w kamienicy przy ulicy Krakowskiej mieszkała matka Pawła. Włączyły ogrzewanie w samochodzie, więc mogły porozmawiać, bez szczękania zębami, ale trasa była zbyt krótka, by przemoczone ubrania zdążyły wyschnąć. Co gorsza deszcz nie odpuszczał i istniała uzasadniona obawa, że ledwie wysiądą, przemokną od nowa.
- Sądzę, że średniowiecze, ciemnota i zacofanie – burknęła Irma. - Nie dziwię się, że Laura nie była z nimi blisko. „Ą”, „ę”, bułkę przez bibułkę, a słoma z butów wlecze się za nimi na kilometr.
- Czy ty aby nie przesadzasz?
- Nie wydaje mi się. Skąd w ludziach ta chora potrzeba niszczenia innym dobrego samopoczucia? I to całkowicie bez powodu? Nie powinna im wystarczyć świadomość, że ich córka jest szczęśliwa? Powinna, prawda?
- Powinna.
- Ale nie, bo przecież jeśli coś się nie mieści w ich ciasnym światopoglądzie, to trzeba się dopierdolić. Z jakiej niby racji?
- Nie wiem. Ale może mi powiesz, co co cię dzisiaj ugryzło w dupę?
- Nie tylko dzisiaj. Wiesz przecież.
Owszem, Natalia wiedziała. Irma, ze względu na swoją wyjątkową rodzinę, zawsze była wyczulona na wszelkie przejawy nietolerancji. Ale rzadko pozwalała, by w trakcie śledztwa do tego stopnia poniosły ją emocje.
- Dzisiaj wyjątkowo – upierała się Łagoda.
- Może i tak. Po prostu mnie szlag trafia, jak ludzie są tak bezsensownie uprzedzeni.
Natalia nic nie powiedziała. Sama nie miała dzieci, ale chyba potrafiła, przynajmniej po części, zrozumieć Julitę Karpińską. Irma założyła, że Laura była z Pawłem szczęśliwa, ale skąd tak naprawdę ktokolwiek mógł to wiedzieć? Kobieta niewiele mówiła o sobie, niechętnie się zwierzała. Być może matka wzięła jej powściągliwość za sygnał, że coś jest nie tak. Czy miała rację, czy nie, to już była inna sprawa. Tak czy inaczej, warto było wziąć pod uwagę jej spostrzeżenia, ale Natalia nie zamierzała mówić tego Irmie. Przynajmniej nie teraz, gdy partnerka była w takim stanie.
- Ludzie obawiają się rzeczy, których nie rozumieją – powiedziała zamiast tego. - Pewnie byli wychowywani inaczej i taki sposób życia, jaki wybrała ich córka, nie mieści im się w głowie.
- To ich problem, nie muszą zaraz...
- Irma, czy coś się stało? - przerwała Natalia, nagle poważnie zaniepokojona. - Naprawdę jesteś dzisiaj bardzo...
- Tak, stało się, jeśli musisz wiedzieć! Miałam poważną rozmowę z nauczycielką z przedszkola chłopaków. Powiedziała, że Kajtek i Emil ostatnio ciągle wdają się w bójki z innymi dziećmi.
- Och...? - Nawet, jeśli było to niepokojące, Natalia nie potrafiła sobie wyobrazić, co mogło mieć wspólnego z przesłuchiwanymi przed chwilą świadkami.
- Uznałyśmy z Magdą, że trzeba z nimi porozmawiać – kontynuowała Irma. - I wiesz, co nam powiedzieli? Powiedzieli, że koledzy w przedszkolu ich przezywają. Że wołają za nimi – Irma przełknęła ślinę - „pedały z aborcji”.
Natalia jęknęła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Znała swoją partnerkę od dawna. Pamiętała czasy sprzed sześciu lat. Spędzały wówczas długie godziny na rozmowach, gdy Irma, niespodziewanie dla wszystkich, a zwłaszcza dla samej siebie, odkryła, że zakochała się w kobiecie poznanej w szkole rodzenia. Kiedy okazało się, że Magda jest gotowa odwzajemnić to uczucie, całe życie Irmy przewróciło się do góry nogami. To były burzliwe miesiące. Natalia przez cały czas wspierała przyjaciółkę, jednocześnie obie były świadome, że nowa sytuacja może nastręczać wielu trudności. Co innego jednak przerabiać w głowie możliwe scenariusze, a co innego stanąć przed realnym problemem, zwłaszcza, gdy cierpią dzieci.
- Sami na to nie wpadli, prawda? Ci gówniarze z przedszkola – gorączkowała się Wilińska. - Musieli to usłyszeć. Pewnie od swoich rodziców. Od takich samych średniowiecznych zacofańców z jaskini, jak tamci dwoje!
Teraz oburzenie Irmy stało się dla Natalii całkowicie zrozumiałe. Ale nie można było pozwolić, by jej prywatne problemy i poglądy wpłynęły na przebieg śledztwa.
- Masz rację – powiedziała, by uspokoić partnerkę. - To...
- Czy ty ich w ogóle słyszałaś? - Irma najwyraźniej nakręciła się bardziej, niż się Natalii z początku wydawało. - Zwłaszcza ją? Te zdania, jak z podręcznika uprzejmego pierdolenia! „Proszę mnie źle nie zrozumieć”, „to nie tak, jak myślicie” „ależ, wszakże, jednakże, sralis mazgalis!”
- Co na to nauczycielka? - zapytała Natalia. - Powiedziałaś jej?
- O tym, że Karpińska pierdoli? - Irma prychnęła. - Nie, nie powiedziałam. A poważnie, to nie mam pojęcia, jak zacząć temat. W przedszkolu oficjalnie nikt nie wie. Nie chciałyśmy robić z tego jakiejś wielkiej sprawy. Każda z nas jest upoważniona do odbierania obu chłopaków i tyle. A co tam sobie ludzie dopowiedzieli... Okej, jesteśmy już prawie na miejscu. Tam się zatrzymaj, przy tamtym...
- W porządku, widzę.
Natalia jakimś cudem wcisnęła się w ostatnie wolne miejsce na parkingu i ostrożnie uchyliła drzwi, żeby nie porysować sąsiedniego auta. Przecisnęła się przez szczelinę, klnąc pod nosem. Deszcz nieco zelżał, za to lodowaty wiatr dął, jakby się ktoś powiesił. Policjantki w swoich wilgotnych kurtkach natychmiast zaczęły dygotać z zimna.
- Skąd tu tyle aut o tej godzinie? - zastanowiła się głośno Natalia. - Ci ludzie do pracy nie jeżdżą, czy jak?
Irma wzruszyła ramionami i rozłożyła parasolkę. Natalia zorientowała się, że własną zostawiła w samochodzie.
- Zmieścimy się obie pod twoją? - zapytała. - Oszaleję, jak będę musiała znowu otwierać te drzwi.
- Co się mamy nie zmieścić? Chodź.
- Co do tej sprawy z przedszkolem...
- Daj spokój, coś z Magdą wymyślimy. Przepraszam, że mnie poniosło. A teraz skupmy się na matce Pawła. I tak, postaram się trzymać nerwy na wodzy, nie patrz tak na mnie.
Nie rozmawiały więcej, zajęte osłanianiem się od wiatru i pilnowaniem, by nie powyginał drutów w parasolce. Na szczęście nie musiały iść daleko i już po chwili skręciły w bramę pod numerem dwudziestym pierwszym.
Kobieta, która otworzyła im drzwi, na pierwszy rzut oka zdawała się być całkowicie bez właściwości, tak nijaka, że niemal przezroczysta. Dopiero po dłuższej chwili Natalia zauważyła, że oczy patrzą bystro zza grubych szkieł okularów, a twarz jest znacznie młodsza i ładniejsza, niż się z początku zdawała. To workowata, bura sukienka i zawiązana na głowie chusta sprawiły, że policjantka wzięła matkę Pawła niemal za staruszkę.
- Dzień dobry. Pani Agnieszka Zielińska? - Natalia, przesłuchując Pawła poprzedniego dnia, dowiedziała się, że chłopak nosi nazwisko ojca, z którym jego matka nigdy nie wzięła ślubu, choć byli parą i wychowywali syna wspólnie aż do śmierci Ireneusza Eckharta siedem lat temu.
Kobieta potwierdziła skinieniem głowy, funkcjonariuszki wylegitymowały się i weszły do środka.
- Nie znalazła się? - zapytała Zielińska, chyba po to tylko, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Nie, wciąż nie ma po niej śladu.
Kobieta westchnęła ciężko. Natalia i Irma odbyły kolejną walkę z przemoczonymi kurtkami i poszły za gospodynią do pokoju.
Mieszkanie Agnieszki Zielińskiej w niczym nie przypominało schludnego, jasnego domu Karpińskich. Nieduży, ale bardzo wysoki salonik był zagracony i duszny. Jedną zasłonę zaciągnięto, choć i bez tego przy takiej pogodzie, jak dzisiaj, byłoby tu ciemno. Tapeta wyglądała na starą, w niektórych miejscach pożółkła, a ciężkie, drewniane meble pokrywała cieniutka warstwa kurzu. Natalia nigdzie nie dostrzegła też telewizora, komputera, ani żadnych sprzętów wskazujących na to, że mieszkająca tu osoba ma świadomość, że żyje w dwudziestym pierwszym wieku, za to na półkach piętrzyły się stosy książek i czasopism.
- Proszę, siadajcie. - Zielińska wskazała im dwa głębokie wysiedziane fotele. - Coś do picia? Kawa? Mam tylko rozpuszczalną. Herbata? Z cytryną?
- Brzmi dobrze. Herbata z cytryną brzmi dobrze. - Natalia uśmiechnęła się.
Irma podziękowała, a Natalia przypomniała sobie, że jej partnerka nie skosztowała również kawy u Karpińskich. Musiała być w naprawdę kiepskim nastroju. Sama Natalia, która zawsze źle znosiła chłodną i wilgotną aurę, uważała, że przy takiej paskudnej pogodzie nigdy za dużo ciepłych napojów.
Zielińska wróciła błyskawicznie, niosąc duży, kolorowy kubek z gorącą herbatą. Postawiła go przed Natalią, a sama usiadła na kanapie, podwijając nogi pod siebie. Z kieszeni bezkształtnej sukienki wyjęła elektronicznego papierosa, który tak bardzo do niej nie pasował, że Natalia z trudem powstrzymała cisnącą jej się na usta uwagę.
A więc jednak i tu dotarła nowoczesność.
- Nie wiem, jak mogłabym wam pomóc – powiedziała Zielińska. - Nie widziałam Laury, odkąd wyprowadzili się z Pawłem z Poznania, a wcześniej też nie rozmawiałam z nią za wiele. Jeśli miała jakieś plany, to jestem chyba ostatnią osobą, której mogłaby się z nich zwierzyć, więc...
- Czy wie pani, jak układało się Pawłowi z Laurą? - zapytała Natalia.
Zielińska wciąż obracała w dłoniach elektronicznego papierosa. Chyba wcale nie miala zamieru go zapalić, raczej chciała po prostu zająć czymś ręce.
- Coś tam wiem – mruknęła niechętnie. - Niewiele, bo Paweł zdaje sobie sprawę, że ja tej jego całej Laury nie pochwalam. Nie życzę jej źle i mam nadzieję, że nic jej się nie stało, ale może i lepiej by było, jakby nie wracała.
- Do tego, co pani sądzi o ich związku jeszcze wrócimy. Na razie proszę powiedzieć, jak im się układało.
- Z tego, co mi mówił Paweł, to chyba dobrze – zaczęła Zielińska i zawiesiła głos, jakby zastanawiała się, co powiedzieć dalej.
- Ale...? - zachęciła ją Irma, bo widać było ewidentnie, że jest tu jakieś „ale”.
- Ale ja mu nie wierzę – przyznała Zielińska. - Przynajmniej nie do końca.
- Dlaczego?
- Obserwowałam ten ich związek jeszcze tutaj, w Poznaniu. Chyba się panie domyślają, że nie byłam zachwycona, jak się dowiedziałam, że mój syn spotyka się ze swoją wykładowczynią ze studiów starszą od niego o sześć lat. To było rok po śmierci mojego Irka. Jeszcze nie oswoiłam się porządnie z myślą, że zostałam samotną matką dwudziestolatka, który właśnie rozpoczął studia, wszedł w nowe środowisko... Ledwie zaczęłam się jakoś odnajdywać w nowej sytuacji, dowiedziałam się o tej jego Laurze. Sam mi powiedział. Chciał się podzielić szczęściem. Nie wiedziałam, co mam robić. Ale z drugiej strony, co w ogóle można w takim przypadku zrobić? Zakochani młodzi ludzie nie słuchają rad i ostrzeżeń. Rozmawiałam z nim, owszem, tłumaczyłam, że to niecodzienna sytuacja, że może być im trudniej niż innym parom, ale dałam sobie spokój z przekonywaniem, że to nie ma sensu. Bo z drugiej strony przecież mogło im się udać, prawda? Zdziwiłabym się bardzo, gdyby tak się stało, ale to nie było wykluczone.
- Są ze sobą już od sześciu lat, czyli wygląda na to, że się jednak udało – zauważyła Irma.
- Czy ja wiem... - Zielińska skrzywiła się i poprawiła pozycję na kanapie. - To, że ze sobą są, jeszcze nie oznacza, że im razem dobrze.
- Co ma pani na myśli? - zapytała Natalia zaciekawiona. Obie matki wyraźnie sugerowały, że w tym związku źle się działo.
- Na początku myślałam, że wszystko układa się nieźle... - przerwała i spojrzała na e-papierosa, którego wciąż obracała w dłoni. Przyglądała mu się w skupieniu, jakby nie bardzo wiedziała, skąd się tam wziął. - Nie powiem, żebym polubiła Laurę od pierwszego wejrzenia, ale też jej nie znienawidziłam. Wydawała się trochę zarozumiała, ale mogłam się tego spodziewać. Pochodziła z dobrej, zamożnej rodziny. Jej rodzice prowadzą jakąś firmę odzieżową, czy coś w tym rodzaju. Poza tym już w dzieciństwie okrzyknięto ją geniuszem, rodzice na nią chuchali i dmuchali, więc nic dziwnego że była skoncentrowana głównie na sobie. Myślałam, że może jej przejdzie, bo jednak bycie z drugą osobą wymaga jakichś kompromisów, zwracania uwagi na potrzeby drugiej strony...
- I przeszło jej? - spytała Irma. Do Agnieszki Zielińskiej nastawiona była nieco mniej wrogo niż do Karpińskich, ale i tak w jej głosie pobrzmiewała niechęć.
Natalia pomyślała, że jej partnerka chyba postanowiła konsekwentnie nie lubić wszystkich stojących na drodze miłości Pawła i Laury. Irma chyba zbyt osobiście traktowała całą tę sprawę. Sama Natalia tak naprawdę nie miała jeszcze czasu, by zastanowić się, co o tym wszystkim myśli.
Zielińska wstała, włączyła dużą stojącą lampę i wróciła na swoje miejsce. Pochmurne niebo za oknem sprawiało wrażenie, jakby już nadciągał wieczór, choć jeszcze było do niego daleko.
- Nie wiem, czy przeszło. Zbyt rzadko ją widywałam, żeby móc to stwierdzić. Wydaje mi się, że nie.
- Do czego pani właściwie zmierza? - zniecierpliwiła się Irma.
Natalia westchnęła. Sama zawsze wolała pozwolić świadkowi mówić swobodnie, dopóki miał coś do powiedzenia, a widać było, że Zielińska miała. Teraz, po ponagleniu, mogła zbyt szybko przejść do konkluzji.
-Zmierzam do tego, że Paweł bardzo się zmienił przez tę kobietę. A przecież to ona miała się zmienić i nauczy żyć, nie myśląc tylko o sobie. Nic takiego się nie stało, za to ostatecznie mój syn podporządkował się jej we wszystkim. Wszystko robił z myślą o niej, o tym, co ona powie, jak zareaguje, czy będzie z niego zadowolona. Na początku nawet się trochę cieszyłam, bo Laura, co by o niej nie mówić, była ambitną osobą i bardzo motywowała Pawła. Dało się to zauważyć. Wziął się w końcu na poważnie za naukę, przestał się szlajać z podejrzanym towarzystwem i nawet byłam dumna, że nie poszedł na łatwiznę, jak jego koledzy, i nie znalazł sobie jakiejś głupiej gęsi, przed którą mógłby zgrywać samca alfa. Ale po jakimś czasie zaczęło mnie to wszystko martwić.
- Dlaczego? - zapytała Irma takim tonem, jakby wcale nie chciała usłyszeć odpowiedzi.
Zielińska westchnęła. Wyraźnie nie było jej łatwo jej o tym mówić.
- Pewnie zabrzmię, jak sfiksowana matka i nawet nie będę mogła mieć pretensji, jeśli nie potraktujecie mnie poważnie, ale... po prostu... ta kobieta zabrała mi mojego syna. Sprawiła, że już go nie znałam. Zaczął mieć przede mną tajemnice. I to nie takie z gatunku „idę do kolegi się uczyć, a tak naprawdę pójdę na imprezę”.
- Czyli? - zapytała Natalia, nagle zainteresowana.
- To jest drażliwy temat. I dla niego i dla mnie. On nie chciał mówić, bo ludzie, zwłaszcza mężczyźni, którzy przechodzą to, co on, rzadko się do tego przyznają. A ja... Mnie jest głupio, niezręcznie oznajmić głośno, że wiedziałam o krzywdzie mojego syna, ale nic nie zrobiłam. Tylko co mogłam zrobić? Co, skoro on nie chciał mojej pomocy?
- Pomocy w czym? - Irma, swoim zwyczajem, zaczynała się niecierpliwić.
- Laura się nad nim znęcała – wypaliła Zielińska. - I daruję sobie to całe „wydaje mi się”, „mam wrażenie” i tak dalej, bo nic mi się nie wydaje, ja to wiem. Widziałam siniaki, odwiedzałam go w szpitalu...
- W szpitalu? - To było dla Natalii coś nowego. - Paweł był w szpitalu?
- Trzy razy. Ze śladami ciężkiego pobicia. Uparcie milczał, nie chciał powiedzieć, kto mu to zrobił.
- Więc skąd wiadomo, że to Laura?
- Był wtedy u niej. Za każdym razem. We wszystkich trzech przypadkach to ona go zawiozła do szpitala. Poza tym gdyby to był ktoś inny, dlaczego Paweł miałby milczeć?
Brzmiało to logicznie i Natalia zastanowiła się, czy przypadkiem nie popełniła błędu wierząc w niewinność Pawła. Jeśli Zielińska się nie myliła, chłopak miał całkiem solidny powód by chcieć pozbyć się Laury.
- Próbowała pani z nim o tym porozmawiać? – zapytała Irma.
- Próbowałam, oczywiście. Obraził się na mnie. Powiedział, że nie muszę jej lubić, ale rzucanie bezsensownych i fałszywych oskarżeń jest poniżej wszelkiego poziomu. Wracałam do tej rozmowy kilka razy i zawsze kończyło się tak samo. Niczego się nie dowiedziałam, ale pozostaje faktem, że przynajmniej trzy razy ktoś pobił mojego syna do nieprzytomności w czasie, gdy teoretycznie był ze swoją dziewczyną. Jeśli ona tego nie zrobiła, to gdzie się tak naprawdę podziewał, kiedy twierdził, że jest u niej?
To było cholernie dobre pytanie i Natalia już nie mogła się doczekać, by zadać je Pawłowi.
- Czy ktoś jeszcze o tym wie? – zwróciła się do Zielińskiej. – O tym, że Paweł leżał pobity w szpitalu? Ktoś go wtedy odwiedzał? Jacyś koledzy? A może przychodzi pani do głowy osoba, której syn mógłby się zwierzyć z tego, z czego pani się zwierzyć nie chciał?
- Nie – odpowiedziała Zielińska bez zastanowienia i gwałtownie pokręciła głową. – Nie, to nie był tego rodzaju związek.
- Co chce pani przez to powiedzieć?
- Paweł i Laura nie byli z tych par, co to wspólnie chodzą ze znajomymi na grilla i plotkują jedno o drugim na babskich, czy tam męskich wieczorach. Oni przez długi czas się ukrywali, bo przecież Paweł studiował na uczelni, na której Laura wykładała. Co prawda przeniósł się do innej grupy, kiedy zaczęli się spotykać prywatnie, tak mi przynajmniej później powiedział, mimo wszystko sytuacja była niezręczna. Ale to trwało i trwało i po dwóch latach mieli chyba dosyć. W końcu powiedzieli kilku osobom. Jakimś bliższym znajomym, poza tym oczywiście Paweł mnie, Laura swoim rodzicom… Nie rozgłaszali tego może od razu na cały Poznań, ale też przestali robić tajemnicę. Tylko że nikomu się ta nowina nie spodobała. Ja byłam nastawiona sceptycznie, rodzice Laury jeszcze bardziej. Poza tym środowiska Laury i Pawła się wzajemnie nie przenikały. Ani jego ani jej znajomi nie rozumieli jak to się stało, że ci dwoje w ogóle są razem, i tylko czekali, aż to się posypie, bo, zgodnie z logiką, musiało się posypać. Przynajmniej tak przedstawiał mi to Paweł, jak już łaskawie zgodził się ze mną w ogóle porozmawiać. W tych jego opowieściach wszyscy byli źli, niczego nie rozumieli i tylko im rzucali kłody pod nogi. Nie mogę być tego na sto procent pewna, ale nie sądzę, żeby w takiej sytuacji mówili komukolwiek o swoich problemach. Nikt nie lubi słuchać „A nie mówiłem!” Możliwe, że Paweł w końcu przejrzał na oczy i chciał od Laury odejść, ale wtedy ona go wywiozła do tej Łodzi i od tej pory rozmawiam z nim sporadycznie, widuję go jeszcze rzadziej. Zresztą nie wątpię, że taki był jej cel.
- Słowo „wywiozła” sugeruje, że zabrała Pawła do Łodzi wbrew jego woli – zauważyła Natalia. – Czy chce pani powiedzieć, że tak właśnie było?
- Nie chcę powiedzieć, bo nie wiem. – Zielińska wstała, poprawiła sukienkę i usiadła z powrotem. – Jeszcze herbaty? – Wskazała na pusty kubek Natalii.
- Nie, dziękuję – mruknęła policjantka z roztargnieniem. – Ale, pani zdaniem, istnieje możliwość, że Paweł nie przeprowadził się tak całkiem dobrowolnie?
Zielińska wykonała nieokreślony ruch głową – jakby w pierwszej chwili chciała skinąć twierdząco, ale jednak się rozmyśliła.
- Nie wiem, co o tym myśleć – wyznała. – Mniej więcej pół roku przed tym, jak się wyprowadzili, zauważyłam, że Paweł się zmienił. Zupełnie jakby zaczął dochodzić do siebie, otrząsać się z jakiegoś zaślepienia, czy jakby to tam nazwać. Odzyskał swoje życie, swoich przyjaciół, nie potrzebował już jej pozwolenia, żeby gdzieś wyjść, czy coś zrobić. Bo wcześniej to chyba nawet oddychać nie mógł, o ile mu nie dała błogosławieństwa. Nie mówił wprost o rozstaniu, ale wyglądało to na pewne… rozluźnienie relacji. A tu nagle ta decyzja o przeprowadzce. Wiedziałam, że Laura ma jakieś mieszkanie w Łodzi, odziedziczyła je całkiem niedawno. Rodzina jej ojca stamtąd pochodzi. Ale mówiła, że je komuś wynajmuje. I nagle, ni z tego, ni z owego, postanowiła, że chce tam z Pawłem zamieszkać, chociaż miała w Poznaniu pracę, on studia… Nie trzymało się to zupełnie kupy. Nie wiem, czy go zmusiła, ale wciąż miała na niego duży wpływ i jakoś zdołała go przekonać. Zobaczyła, że traci kontrolę, że Paweł odzyskuje kontakt z rodziną i przyjaciółmi, więc zaplanowała przeprowadzkę gdzieś, gdzie nikt go nie zna i nikt mu nie uwierzy, nawet, gdyby zdecydował się powiedzieć prawdę. O ile oczywiście jest jakaś „prawda”, o której miałby mówić. Ale sądzę, że jest. Sądzę, że nie przesadzam. Sam się przecież nie pobił.
- Czy Paweł zamieszkał z Laurą dopiero w Łodzi? – chciała wiedzieć Irma. – Póki się nie przenieśli, mieszkał z panią?
- Przez większość czasu tak. Mówił, że chce poczekać ze wspólnym mieszkaniem aż skończy studia i dostanie posadę na uniwersytecie. Bardzo na to liczył. Ale czasem zaszywał się u niej na parę tygodni. I wtedy miały miejsce te… incydenty. Ze szpitalem. Tym bardziej niepokoi mnie myśl o tym, co się może wyprawiać teraz.
Natalia wpatrywała się w zmartwioną twarz Zielińskiej. Cieszyła się, że kobieta wyczerpująco odpowiada na pytania, a jednocześnie czuła żal. Matka Pawła najwyraźniej nie orientowała się, jak poważna jest cała ta sprawa ze zniknięciem i nie miała świadomości, że tym, co mówi, głównie pogrąża swojego syna. Pani komisarz nie chciała być tą, która jej to uświadomi, ale musiała zadać następne pytanie.
- Czy Paweł mógł mieć dosyć Laury?
- Myślę, że tak – odpowiedziała kobieta spokojnie. – Jak już mówiłam, wydawało mi się, że jeszcze w Poznaniu zaczął się od niej oddalać.
- Ale mimo tego jakoś go nakłoniła do przeprowadzki. Skoro nie chciał już tego ciągnąć, dlaczego zgodził się wyjechać z nią gdzieś, gdzie nikogo nie znał? Mogła go zaszantażować?
- Trudno mi to sobie wyobrazić. Bo niby czym? Nie, raczej myślę, że się zgodził, bo miał nadzieję na tak zwane nowe życie w nowym miejscu. Może mu obiecała, że się zmieni, że zaczną wszystko jeszcze raz…
- A jeśli się nie zmieniła?
- To co?
- No właśnie: to co? Co Paweł mógłby zrobić, gdyby się okazało, że to nowe życie nie wygląda tak, jak miało wyglądać?
- Bóg raczy wiedzieć. – Westchnęła. – Obawiam się, że nic. Tkwiłby w tym, póki to ona by się nim nie znudziła. To straszne mówić coś takiego o własnym dziecku, ale myślę, że nie miałby wystarczająco dużo charakteru, żeby odejść.
- A gdyby czara goryczy się przelała? – wtrąciła Irma. – Myśli pani, że byłby w stanie ja skrzywdzić?
Ta jak zwykle nie bawiła się w subtelności, ale Zielińska nie wydawała się wcale oburzona ani zszokowana tym pytaniem. Roześmiała się gorzko i pokręciła głową.
- A skąd! Zresztą… mówicie, że Laura zniknęła, prawda? Nie ma dowodu na to, że ktokolwiek coś jej zrobił. Myślę, że w ogóle nikt jej nie skrzywdził, raczej sama to wszystko zaaranżowała. To musi być jakaś jej chora gra.
- Robiła już wcześniej coś podobnego? – zapytała Natalia zdziwiona taką sugestią.
- Nie wiem, ale to wariatka. Normalni ludzie nie tłuką innych ludzi do nieprzytomności, nie starają się ich sobie całkowicie podporządkować i nie wywożą z dnia na dzień setki kilometrów od rodziny i przyjaciół. Może ukryła się, żeby go wrobić w coś paskudnego? Żeby policja zaczęła zadawać takie właśnie pytania, jakie wy mi teraz zadajecie? A może po prostu jest ciekawa, co Paweł bez niej pocznie? Chce go sprawdzić? Albo tylko nastraszyć? Nie wiem. Ale wiem na pewno, że on jej nic nie zrobił. To nie w jego stylu. Musiałby wymyślić plan i się go trzymać, a on nie umie planować. Mogę sobie wyobrazić, że jakimś cudem pęka i ucieka od niej, ale nie że knuje plan zabójstwa i upozorowania zaginięcia. Wiem, że go nie więziła, ani nic z tych rzeczy. Mógł się normalnie przemieszczać, jeździł do pracy, wychodził ze znajomymi, często był w domu sam. Jeśli nie chciał konfrontacji, mógł się spakować i odejść, jak jej akurat nie było. Przecież miałby gdzie wrócić. Zresztą dzwonił do mnie po tym jej całym zniknięciu. Był autentycznie spanikowany. Czegoś takiego nie da się odegrać. Nie przed własną matką.
Natalia darowała sobie uwagę, że Pawłowi przez dwa lata jakoś udało się ukrywać przed własną matką - i nie tylko - swój związek z nauczycielką, więc może nie jest wcale takim znów beznadziejnym kłamcą.
- Jerzy Jachimiak, Jowita Tokarek, Piotr Bocian, Tomasz Kaczmarek – wyliczyła zamiast tego. – Czy te nazwiska coś pani mówią?
- Dwa pierwsze… - przyznała Zielińska niepewnie. – Chyba słyszałam w telewizji. – Jej oczy rozszerzyły się nagle. – To ci zamordowani z Łodzi! – skojarzyła. – Ale… dlaczego pani o nich pyta? Przecież zniknięcie Laury nie ma nic wspólnego z… Nie ma, prawda?
- Nic na to nie wskazuje – uspokoiła ją Natalia. – Ale chcemy się upewnić. Czy Paweł albo Laura mogli znać którąś z wymienionych osób?
- Niewiele wiem o ich łódzkich przyjaciołach. Ale nie sądzę, żeby coś go łączyło z którąś z tych osób. Może nie mamy najlepszego kontaktu, ale raczej nie przemilczałby faktu, że ktoś z jego znajomych został zamordowany. Zwłaszcza, że rozmawialiśmy o tej sprawie.
- Rozmawialiście?
- Oglądam telewizję, czytam gazety, dotarły do mnie informacje o tym, co się dzieje w Łodzi. Mówiłam Pawłowi, żeby na siebie uważał. Chyba się za bardzo nie przejął. Nie potraktowałby tego tak lekko, gdyby znał ofiary, prawda?
- Tak, prawdopodobnie ma pani rację – przyznała Natalia.
Czuła, że wyczerpały temat. Poprosiła jeszcze Zielińską o podanie adresu szpitala, w którym leżał Paweł, zostawiła wizytówkę i razem z Irmą opuściły mieszkanie.
Powoli zapadał wczesny zmierzch, wiatr zelżał nieco i na szczęście przestało padać. Natalia westchnęła w duchu na myśl o wizycie w szpitalu. Przez to będzie w domu znacznie później niż zakładała. Może i lepiej. Wyczerpana położy się spać, a jutro wstanie rano gotowa do dalszej pracy. Nie będzie miała czasu na użalanie się nad sobą.
- Myślisz, że to prawda? – Głos Irmy wyrwał ją z zamyślenia.
- Że co prawda?
- Że ona go biła.
Natalia nie odpowiedziała, zajęta przeciskaniem się przez drzwi auta tak, by nie porysować sąsiedniego pojazdu.
- Nie jest to niemożliwe – stwierdziła, gdy obie siedziały już w środku. Uruchomiła silnik.
Do tej pory nie natknęła się w swojej karierze na podobną sprawę i właściwie fakt, że ofiarami przemocy domowej padają także mężczyźni, przyjmowała na wiarę. To było coś, co hipotetycznie mogło się zdarzyć, bo czemu nie, ale się nie zdarzało. Nie powszechnie. Owszem, Natalia czytała statystyki, z których wynikało, że problem w jakimś stopniu istnieje, ale też ani ona, ani nikt, kogo znała, nie spotkał się z tym osobiście.
Irma milczała, jakby zasmucona tym, że idealny obraz związku Laury i Pawła, jaki sobie stworzyła, w toku śledztwa wyraźnie rozłaził się w szwach.
- Nie jest niemożliwe – powtórzyła Natalia. – Myślę, że możemy bez większych wątpliwości stwierdzić, kto dominował w tym związku. Laura miała pieniądze i pozycję. On kokosów nie zarabiał, można uznać, że był od niej finansowo zależny, poza tym, gdyby się uparła, mogłaby mu zniszczyć karierę. Trzymała go w garści i mogła się czuć bezkarna.
- Ale coś mi tutaj nie pasuje – mruknęła Irma, wbijając wzrok w mokrą jezdnię. – Przemoc kobiet wobec mężczyzn istnieje, tak, ale, o ile wiem, wygląda trochę inaczej niż kiedy jest na odwrót. Kobiety, które „spadły ze schodów”, albo „uderzyły się o futrynę” faktycznie często lądują w szpitalu, bo „schody” i „futryny” mają dużo siły i potrafią porządnie przypierdolić. Ale jeśli ofiarą jest facet, to obrażenia fizyczne nie są na pierwszym miejscu listy krzywd, których doznają i zwykle nie prezentują się szczególnie spektakularnie.
Irma nie miała już w sobie tej zawziętości i przekory, jakie prezentowała po rozmowie z Karpińskimi. Choć nie porzuciła całkowicie wcześniejszego toku myślenia, zdawała się powoli wracać do siebie i rozumować jak policjantka, nie jak ofiara dyskryminacji.
- Kobiety stosują raczej przemoc psychiczną – kontynuowała. – Mogą uderzyć, podrapać, ale dla mężczyzn bardziej uciążliwe jest ciągłe poniżanie, kontrola, ograniczanie kontaktów z otoczeniem. Zielińska nam powiedziała, że Laura trzy razy załatwiła Pawła tak, że wylądował w szpitalu, a jednocześnie przyznała, że chłopak ma dużo swobody. Ona go nie zamyka w domu, ani nic. To mi się gryzie.
- Odizolowała go od matki – przypomniała Natalia. – Zielińska nie wie, ile faktycznie swobody ma jej syn. Przez telefon może jej naopowiadać wszystko. Cokolwiek Laura mu każe.
- Niby tak. Ale przecież wiemy, że chodzi na uczelnię, spotyka się z jakimiś znajomymi…
- Nie wszystkie ofiary przemocy siedzą przykute do kaloryfera.
- Pewnie masz rację.
- Jeśli Paweł nie zdecyduje się być z nami szczery, cholernie ciężko będzie pchnąć do przodu ten wątek. A raczej się nie zdecyduje. Bo jeśli przyzna, że Laura go biła, sam sobie zaszkodzi. Okaże się, że miał motyw, żeby coś jej zrobić. Nie jest głupi, wpadnie na to.
- Albo może nie przyznać, bo to po prostu nieprawda.
- Też niewykluczone – zgodziła się Natalia. – Ale i tak nie będziemy wiedzieli, jak to sprawdzić. Poza tym, czy to nam w ogóle coś daje? Uczepiliśmy się tej Laury, jak rzep psiego ogona, a coraz bardziej się obawiam, że ona może nie mieć z tym wszystkim nic wspólnego. To, że rozmawiała z Tomkiem Kaczmarkiem i tej samej nocy zniknęła, a on został zamordowany, to może być zbieg okoliczności.
W tym momencie zabrzęczała jej komórka. Tkwiła, jak zwykle, w specjalnym uchwycie. Natalia tylko rzuciła okiem na wyświetlacz, na którym świecił za zielono numer z komendy, i automatycznym ruchem przełączyła na tryb głośnomówiący.
- Cześć, wracacie już? - Mówił Arek Stasiak, ale Natalia podejrzewała, że pozostali też tam są.
- Jeszcze nie. Musimy podjechać do szpitala i dopiero...
-Do szpitala? - przerwał wystraszony Rudzki, utwierdzając Natalię w przekonaniu, że na rozmowę przybył cały zespół. - Coś się...
- Nie, nic się nie stało – uspokoiła go szybko. - Badamy trop. A co u was?
- Padamy na ryje – wyznał Rudzki z rozbrajającą szczerością. - Objechaliśmy wszystkie dworce kolejowe ze zdjęciem tej Karpińskiej. Byliśmy też na lotnisku. W końcu wyszła z hotelu wystrojona, jak stróż w Boże Ciało. Jeśli poszła na pociąg, albo na samolot, ktoś mógł zwrócić na nią uwagę. Ale nie, nikt jej nie kojarzy. Zabezpieczyliśmy taśmy z monitoringu z tamtego wieczora, technicy już się tym zajmują, ale skoro do tej pory niczego nie znaleźli, pewnie już nie znajdą. Przemaglowaliśmy jeszcze raz rodziny wszystkich zamordowanych, nikt sobie Laury nie przypomina, nic nie wiedzą o tym, żeby ofiary ją znały. Teraz zespół informatyków grzebie w komputerach wszystkich ofiar, zabezpieczyliśmy też komputer Laury. Do tej pory przetrząsnęli dokładnie tylko komputery dwojga pierwszych denatów. Teraz mamy już czworo i jedną zaginioną. Jeśli znajdziemy jakikolwiek wspólny element, prawdopodobnie nie będzie to przypadek. Skoro nie znali się osobiście i nie widywano ich razem, pozostaje tylko internet. Rozmawialiśmy jeszcze raz z Pawłem Eckhartem. Powiedział nam kilka ciekawych rzeczy. Mamy też zeznania studentów i wykładowców z wydziału Laury i Pawła, poza tym przyszło sporo fascynującej lektury od techników i z laboratorium. Zaraz będziemy się zbierać po dokumentację pacjentów Laury. Ogólnie mówiąc, całe stosy papierów. Na razie nawet nie próbowaliśmy wyciągać na ich podstawie żadnych wniosków. Zbieramy, co się da i czekamy na was.
- Dobra robota – pochwaliła Natalia. - Odwaliliście to wszystko we trójkę?
- A skąd – mruknął Bauer. - Prędzej byśmy się zarżnęli. Komendant przydzielił do nas Norberta Kalisiaka i dał do pomocy cały zespół Koseckiego i Bryka. Chyba wreszcie zrozumiał, że sytuacja jest poważna.
Szczęście w nieszczęściu, pomyślała Natalia, przypominając sobie, jak ciężko w ostatnim czasie było jej się dogadać z komendantem i prokuratorem Kozieradką. Podczas, gdy ona i Irma upierały się, że zabójstwa Jerzego Jachimiaka i Jowity Tokarek były dziełem tej samej osoby, oni naciskali, by prowadziły śledztwo w zupełnie innym kierunku. Twierdzili, że te zbrodnie nie mają ze sobą nic wspólnego i należy szukać dwóch różnych, niezwiązanych ze sobą sprawców, nie jednego. W jego mniemaniu fakt, że ofiar nic nie łączyło, był wystarczającą przesłanką do odrzucenia hipotezy o seryjnym zabójcy. Przecież tacy zawsze mają swój typ, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi gwałt. Trudno mu było zrozumieć, jak ten sam człowiek mógł upatrzyć sobie na ofiary dwie tak różne osoby jak Jachimiak i Tokarek. Irma w końcu zwróciła się z prośbą o zaangażowanie w sprawę profilera, żeby rozstrzygnął spór, ale się nie doczekała. Może teraz wreszcie coś się ruszy.
- A, właśnie – odezwał się Stasiak, jakby czytał jej w myślach. - Przysłali nam psychologa.
- Nareszcie! - wyrwało się Irmie.
- No i zajebiście – Natalia też się ucieszyła.
- Ja tam nie wiem – rzucił Rudzki z powątpiewaniem i zarechotał złośliwie.
- Co? Coś z nim nie tak? - zainteresowała się Łagoda.
- Z nią – poprawił kwaśno Stasiak - I nie wiem, czy nie tak, ale... coś czuję, że to będzie ciężka przeprawa. Wracajcie jak najszybciej.
Chłopaki się rozłączyli. Natalia i Irma popatrzyły po sobie skonsternowane. Co mogło tak bardzo zniesmaczyć ich kolegów, że zamiast cieszyć się ze wsparcia, snują czarne scenariusze?
- O co im chodziło? - zastanowiła się Irma.
- Diabli wiedzą. Może mają po prostu swoje humory. To śledztwo już nam daje w kość, a jeszcze się nawet porządnie nie rozkręciliśmy.
Natalia westchnęła na myśl o czekających na nią stosach papierów – zeznań, nowych raportów z sekcji zwłok, ustaleń techników, wyników z laboratorium... Wszystko to trzeba będzie przeczytać i wyłowić z morza informacji tylko rzeczy istotne. O ile takowe w ogóle się tam znajdowały.
Powoli oswajała się z myślą, że nie będzie jej dane pójść dzisiaj spać.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 23 sierpnia 2017, 02:39

2
Jeździł tramwajem po Łodzi, szukając Laury. Przynajmniej on sam pewien był, że to Łódź, jakkolwiek miasto ze snu ani trochę nie przypominało tego, w którym mieszkał. Wszystko wokół zasnute było dymem, albo mgłą, z której wyłaniały się gigantyczne bryły ponurych, ceglanych budowli z zakratowanymi oknami. Tramwaj wlókł się niemiłosiernie, a Paweł przyciskał twarz do szyby, by cokolwiek zobaczyć. Na przystankach stali ludzie. Szarzy, półprzezroczyści, jakby utkani z dymu. Rozpoznawał znajome twarze: Ewa, Karolina, koledzy z uczelni, nawet jego matka. Wiedział, że go widzą. Poruszali ustami, ale nic nie dało się usłyszeć. Chciał wysiąść, porozmawiać z nimi – na pewno mieli do powiedzenia coś ważnego! Ale tramwaj się nie zatrzymywał. Powoli acz nieubłaganie parł do przodu, w coraz gęstszą mgłę. Paweł czuł, że powinien coś zrobić, za wszelką cenę zmienić bieg pojazdu, zmierzającego – był tego pewien – do miejsca, z którego nie ma powrotu.
I nagle siedział już na miejscu motorniczego, a wszechobecny dym powoli się rozwiewał, ukazując stojącą na torach postać. To była Laura. Nie utkana z cienia, jak pozostali, ale całkowicie realna, namacalna, ubrana w fioletową sukienkę wieczorową, z lekko rozmazanym makijażem. Miała złamany obcas, a w dłoni trzymała torebkę. Rejestrował te wszystkie szczegóły, mając jednocześnie świadomość, że nie zdąży zahamować. Zadzwonił dzwonkiem i przeraźliwy brzęk rozdarł ciszę. Dzwonił rozpaczliwie, ale ona wciąż stała na torach i patrzyła na niego wymownie, jakby chciała mu coś przekazać. Wiedział, że powinien umieć zinterpretować to spojrzenie. Ale nie umiał. Mógł tylko dzwonić, coraz głośniej, coraz bardziej natarczywie.
Otworzył oczy.
Obraz Laury się rozwiał. Wyraz jej twarzy tuż przed zderzeniem zastąpiony został widokiem bujnej szeflery, rosnącej w donicy w rogu pokoju, jednak brzęczenie trwało nadal.
Telefon. Oczywiście.
Paweł wymacał aparat pod łóżkiem. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na ścienny zegar, ale wskazówki dwoiły mu się w oczach.
- Słucham? – wychrypiał do telefonu.
- Cześć. Zamierzasz się w ogóle pojawić dzisiaj na wydziale?
- Nie.
Wydział. Jezu.
- Wzięłam za ciebie zastępstwo rano z pierwszą grupą, ale po południu już nie dam rady. Przyjdziesz, czy mam ich zwolnić?
Iza. Mózg Pawła z trudem dopasował głos do twarzy. Iza Garncarek. Dziewczyna, z którą dzielił gabinet. Dzwoni i pyta go, czy przyjdzie na uczelnię. Pojebało ją?! Jak po tym wszystkim miałby normalnie pracować, prowadzić zajęcia?
- Paweł?
- Yhm?
Powoli zaczynało do niego docierać, że ona prawdopodobnie o niczym nie wie. Policja, o ile się orientował, nie była jeszcze na uczelni.
- Przyjdziesz, czy mam ich zwolnić?
- Zwolnić.
- Aha. Okej. Słuchaj, to nie moja sprawa, ale czy coś się…
Przerwał połączenie. Iza ma rację. To nie jej sprawa. Zresztą co miałby jej powiedzieć? Nie był nawet w stanie porządnie zebrać myśli. W ustach czuł suchość i paskudny smak, a gdy chciał zwlec się z łóżka w poszukiwaniu czegoś do picia, jego wnętrzności zaprotestowały gwałtownie, wymuszając na nim powrót do pozycji horyzontalnej.
Skutki chlania piwa na pusty żołądek. Jęknął w duchu na wspomnienie wczorajszego wieczora. Co za licho go podkusiło?
Gdy po przebudzeniu doszedł odrobinę do siebie, od razu zadzwonił na policję, tak, jak planował, ale zdołał wykrztusić tylko tyle, że ma nowe informacje na temat Laury. Kazali mu czekać, obiecali, że przyjadą po niego i zabiorą na komendę. Zdecydowanie nie powinni zastać go ledwie żywego, wymiętego i cuchnącego przetrawionym alkoholem. Przecież powinien być dzisiaj na tyle w formie, na ile to tylko możliwe w takich okolicznościach. W tym stanie zrobi fatalne wrażenie i Bóg wie, co mogą sobie o nim pomyśleć.
Trochę za późno było już na te skądinąd mądre wnioski. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to spróbować doprowadzić się do stanu używalności.
Gdy o czternastej przyjechali funkcjonariusze, Paweł jakimś cudem był umyty i przebrany. I niewiele ponadto. Zjadł dość mizerne późne śniadanie, po chwili je zwrócił, ale wcale nie poczuł ulgi. Nadal miał mdłości, zawroty głowy i niemiłosiernie się pocił. Nie umiał sobie przypomnieć, ile dokładnie wczoraj wypił. Doliczył się w mieszkaniu pięciu pustych butelek, ale prawdą też było, że nie miał siły szukać dokładnie. Prawdopodobnie gdzieś była szósta, bo mgliście pamiętał, że doszczętnie opróżnił lodówkę z tego napoju. Wcześniej jeszcze dwa z Karoliną i Ewą...
Właśnie, Ewa. Powinien do niej zadzwonić, dać znać, że żyje i nie robi nic głupiego. Poza zachlewaniem się w trupa z rozpaczy, co mądre bynajmniej nie jest, ale dla śledztwa raczej nieszkodliwe.
To później. Na razie jechał policyjnym samochodem, patrząc przez szybę na szary, mokry świat na zewnątrz. Pogoda od kilku dni była fatalna, jakby i ona reagowała na ostatnie wydarzenia. Auto toczyło się wolno, co jakiś czas przystając na światłach. To ciągłe hamowanie i ruszanie sprawiało, że żołądek podchodził Pawłowi do gardła. Miał nadzieję, że dojadą szybko, bo wymiotowanie żółcią w policyjnym wozie wydało mu się nie do końca mądrym posunięciem.
Jednocześnie próbował myśleć. Nie szło za dobrze. Wszystkie odkrycia wczorajszego wieczora rozmywały mu się, zacierały. Nie potrafił znaleźć niczego, czego mógłby się uchwycić. W nocy, gdy prowadził w mieszkaniu swoje małe, pijackie śledztwo, zdawało mu się, że natrafił na bardzo ważne rzeczy, że wszystko się ze sobą łączy, tworząc sensowny i solidny trop. Teraz nie bardzo był w stanie sobie przypomnieć, co takiego właściwie odkrył, co miało się niby łączyć i z czym. Za chwile policjanci będą mu zadawali pytania, a on będzie musiał odpowiadać na nie z sensem i nie obrzygać funkcjonariusza. Obawiał się, że to zadanie ponad jego siły.
Tuż po wyjściu z samochodu wdepnął w kałużę. Lodowaty chłód wody, która wlała mu się do buta, przywrócił go do rzeczywistości. Odetchnął głęboko, żeby powstrzymać pawia. Chyba się udało, przynajmniej na razie, ale i tak czuł, jakby chodził po powierzchni innej planety. Wiedział, że zrobi fatalne wrażenie.
Po wejściu do komendy przejęli go dwaj funkcjonariusze. Jednym był ten, który wczoraj przyprowadził go do komisarz Łagody. Przedstawił się wtedy, ale Paweł nie słuchał. Drugi, starszy, wyglądał ponuro, spozierał ponuro i roztaczał wokół siebie aurę ogólnie pojętego ponuractwa.
- Starszy sierżant Ludwik Bauer – przedstawił się. Jego głos zdecydowanie pasował do powierzchowności.
- Młodszy aspirant Marek Rudzki. Już się wczoraj spotkaliśmy.
A, Rudzki, faktycznie. Paweł dopiero teraz skojarzył nazwisko niewiele od siebie starczego chłopaka z odstającymi uszami i strzechą rudoblond włosów.
- Dziękujemy, że znalazł pan czas – powiedział Rudzki.
Uwaga wydała się Pawłowi co najmniej nie na miejscu. Jakby policjant sugerował, że Paweł, w sytuacji, gdy zniknęła jego dziewczyna, mógłby być na tyle zajęty, by nie mieć czasu pomóc policji w dochodzeniu. Może wiedzieli o jego wczorajszej wizycie w pubie? Może zinterpretowali ją dokładnie tak, jak się tego obawiał?
- Jak miałem nie znaleźć? - burknął. - Niczego innego nie mam do roboty. Chcę zrobić wszystko, żeby znaleźć Laurę.
Rudzki rzucił mu przeciągłe spojrzenie i uniósł brwi, jakby w niemym niedowierzaniu.
Wiedzieli. Wiedzieli na pewno, że wczoraj wyszedł. Że schlał się jak ostatni menel zamiast robić coś sensownego. A nawet, jeśli nie wiedzieli, wystarczyło przecież na niego popatrzeć, żeby wyciągnąć właściwe wnioski.
- Wszystko w porządku? - Młodszy aspirant jakby czytał mu w myślach. - Strasznie blady pan jest.
- To ze stresu. - Paweł czuł, że coraz mniej lubi tego gnojka. - Moja dziewczyna zaginęła. Trudno, żebym w takich okolicznościach promieniał, prawda?
- Pewnie tak.
- Chodźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać – zaproponował Bauer takim tonem, jakby oznajmiał, że nadchodzi apokalipsa.
- A czynienie honorów pozostawmy Stasiakowi. - Rudzki zachichotał, spoglądając w stronę kontuaru dyżurnego policjanta.
Samego dyżurnego akurat nie było, natomiast na krześle pod ścianą siedziała ubrana w ołówkowy kostium kobieta o czarnych, kręconych włosach do ramion. Jej wyraz twarzy i ogólna postawa sugerowały, że miała naprawdę zły dzień i z tej okazji z rozkoszą popsułaby cudzy. Owemu Stasiakowi, kimkolwiek był, prawdopodobnie należało szczerze współczuć.
Policjanci nie zaprowadzili Pawła do pokoju przesłuchań. I tym razem rozmowa miała odbyć się w zwykłym gabinecie, podobnie jak wczoraj, choć nic nie wskazywało na to, by policjantki, które z nim wówczas rozmawiały, miały być przy tym obecne. Dziś najwyraźniej oddelegowano do niego tylko Rudzkiego i Bauera.
- Nie mam wam do powiedzenia wiele więcej niż wczoraj – oznajmił Paweł i usiadł bez zaproszenia, co spowodowane było mniej złym wychowaniem, a bardziej tym, że ledwie był w stanie ustać na nogach.
- Niewiele więcej, ale coś pan ma – podchwycił Bauer, sadowiąc się po przeciwnej stronie biurka.
- Właściwie sam nie wiem. - Paweł spróbował zebrać myśli. - Tak, jak prosiliście, próbowałem przypomnieć sobie coś, co mogłoby pomóc. Przejrzałem w domu rzeczy Laury, zerknąłem też do jej komputera...
- I co?
Paweł z trudem składał w całość wszystko, co w nocy zdołał wykoncypować.
- Trudno powiedzieć – zaczął ostrożnie. - Być może widzę wskazówki w czymś zupełnie zwyczajnym, tylko dlatego, że chcę je znaleźć.
- Do rzeczy proszę. Niech pan mówi wszystko, a ocenę tego, czy coś jest wskazówką, czy nie jest, pozostawi nam.
- W porządku. - Paweł odchrząknął i zaczął mówić.
Wydawało mu się, że opowiada szalenie nieskładnie, a miny policjantów potwierdzały to wrażenie. Mówił, o studentach, ponaglających Laurę, bo odpisała na wiadomości, których nie było w ogóle w jej skrzynce odbiorczej. Trochę trudniej było mu wyjaśnić wątpliwości dotyczące tajemniczej notatki na temat fioletowego płaszcza. To mogło nie mieć zupełnie żadnego związku ze sprawą i stanowić całkowicie niewinne zapiski.
- Myślę, że trzeba się dokładnie przyjrzeć jej komputerowi – zakończył. - Czy naprawdę nie dostała na Facebooku wiadomości od studentów, czy je usunęła. A jeśli usunęła, to czy było w nich coś... niecodziennego. Wątpię, żeby tak po prostu skasowała wiadomości, nie odpowiadając na nie. Wiecie, ona bardzo poważnie traktowała swoją pracę. Właściwie wszystko traktowała poważnie. Dzień i noc była pod telefonem, z dziesięć razy dziennie sprawdzała pocztę, nawet w wolne dni. To do niej niepodobne, żeby całkiem zignorować kilka wiadomości, dotyczących spraw studentów.
Bauer tylko kiwał głową i marszczył czoło. Rudzki wyglądał, jakby odpłynął myślami gdzieś bardzo daleko.
- A ta notatka? - odezwał się nagle, udowadniając, że jednak słucha. - Mówił pan, że przejrzał wszystkie jej papiery i tylko to jedno pana zaniepokoiło. Dlaczego?
- Bo było... takie jakieś... inne – bąknął Paweł i od razu zorientował się, jak głupio to zabrzmiało.
- W jakim sensie „inne”? - drążył Rudzki.
- Wszystkie pozostała rzeczy potrafiłem do czegoś przyporządkować, wiedziałem, po co jej było. A to... nie wyglądało jak notatka z przypomnieniem o czymś, ani tym bardziej jak lista zakupów, czy plan dnia. Raczej jakby rozwiązywała jakąś zagadkę.
- Może pan jeszcze raz powtórzyć treść tej notatki?
- „Piątek. Rozmowa z Sarą. Fioletowy płaszcz...” - wrecytował. Tu trzy znaki zapytania. „Czwartek około osiemnastej piętnaście w domu z Pawłem. Na pewno. Sprawdzone”. „Sprawdzone” było dużymi literami.
- Przywiózł pan ze sobą tę kartkę?
- Nie. Nie chciałem, żeby się... yyy... uszkodziła.
Prawda była taka, że skupiony na poalkoholowych cierpieniach, zwyczajnie o niej zapomniał. Rudzki przypatrywał mu się uważnie, a kpiący błysk w jego oczach, który w trakcie rozmowy zniknął, teraz pojawił się ponownie.
- Czy pana dziewczyna prowadziła może pamiętnik? Dziennik? - zapytał Bauer.
- Albo bloga? - dorzucił Rudzki.
- Nie, nic o tym nie wiem. Miała tylko kalendarz, ale zawsze nosiła go przy sobie. Nie ma go teraz w domu, sprawdziłem dokładnie.
Policjanci długo wypytywali go jeszcze o znajomych Laury, o jej pacjentów, studentów, o aktywność internetową, konflikty z ludźmi. Odpowiadał najbardziej wyczerpująco, jak potrafił, ale czuł, że niczego dzięki temu nie wniesie do śledztwa. Laura prowadziła spokojne, uporządkowane życie, nie miała wrogów, pacjenci bardzo ją sobie chwalili, wśród studentów miała dobrą opinię. Jej znajomi byli równie zwyczajnymi, przewidywalnymi ludźmi.
Paweł nagle zobaczył siebie oczami policjantów. Siedział tu i tylko w kółko powtarzał, że wszystko było w porządku, normalnie, nic dziwnego się nie działo i życie toczyło się jak zwykle. Ale przecież Laura zniknęła. Coś musiało się stać. Coś być może działo się już od dawna. A skoro on nic o tym nie wie, to albo kłamie, albo zupełnie nie zna swojej dziewczyny.
Czy to możliwe? Czy może tak mu się tylko wydaje, że ją zna? Że nie wie o niej czegoś ważnego? Czegoś, co mogło się teraz okazać kluczowe? Wątpił w to. Spędzali wspólnie dużo czasu. Niejednokrotnie wybierali własne towarzystwo, zamiast większego wyjścia ze znajomymi. Ostatnio przebywała z nim nawet chętniej niż zwykle i częściej rezygnowała ze spędzania czasu na mieście. Mówiła,że lubi tak po prostu siedzieć w domu i nie musieć nigdzie wychodzić. Dużo pracowała, owszem, ale przecież wiedział, co wtedy robiła. W końcu wykładali na tej samej uczelni i zawsze była w pracy zgodnie z planem. W gabinecie, o ile wiedział, również. Za każdym razem, jak zadzwonił, odbierała. Zastawał ją, gdy wpadał bez zapowiedzi przynieść jej obiad. Do domu wracała zawsze punktualnie. Jak, żyjąc tak uporządkowanym rytmem, można było jednocześnie robić coś... co właściwie? Nic nie wskazywało na to, by mogła mieć jakieś tajemnice, robić coś bez jego wiedzy.
Jednocześnie, podpowiadał cichy głosik w jego głowie, Laura była przecież niemożliwie wręcz zdyscyplinowana i szalenie inteligentna. Bez większego trudu potrafiłaby ukryć coś przed nim, gdyby jej na tym bardzo zależało, zwłaszcza że nie kontrolowali się wzajemnie i dawali sobie dużo swobody.
Ale co takiego mogłaby ukrywać?
Zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy.
Przypomniał sobie swoje wrażenia po przeczytaniu tajemniczej notatki. Laura coś albo kogoś sprawdzała. Możliwe, że właśnie jego. Czyżby cała jej tajemnica polegała po prostu na śledzeniu go? To nie było do niej podobne. Raczej po prostu otwarcie by z nim porozmawiała, gdyby miała jakieś podejrzenia, ale kto wie? Przecież nawet ona miewa momenty słabości. Może coś sobie ubzdurała i postanowiła to zweryfikować, zanim wygłupi się, wprost rzucając mu w twarz swoje przypuszczenia. Nie było to wykluczone. Ale nadal niczego nie wyjaśniało.
Myślał o tym wszystkim, kierując się wraz z policjantami w stronę wyjścia, gdy nagle drzwi jednego z gabinetów na początku korytarza otworzyły się z hukiem i stanęła w nich ta sama skwaszona kobieta, którą Paweł widział wcześniej w przy stanowisku dyżurnego. Tuż za nią wyszedł szczupły, ogolony na łyso funkcjonariusz z wyjątkowo nieszczęśliwą miną, a powód tego nieszczęście stał się jasny aż nazbyt szybko.
- Ja jeszcze nie skończyłam, ani z panem, ani z wami wszystkimi! - oznajmiła lodowato kobieta, najwyraźniej kontynuując wcześniejszą rozmowę. - Wręcz przeciwnie, ja dopiero zaczynam i, niech mi pan wierzy, zrobię z tym wszystkim porządek, skoro nikt inny nie potrafi! To nie jest śledztwo, tylko jakiś kabaret i jeśli się natychmiast nie weźmiecie do roboty...
- Przepraszam panią na chwilę. - Łysy, prawdopodobnie ów Stasiak, o którym mówili wcześniej, dostrzegł Rudzkiego i Bauera zmierzających w jego stronę. Zupełnie zignorował Pawła i zwrócił się do kolegów. - Przyszły raporty od techników i wyniki ostatnich sekcji. Są u mnie na biurku, możecie je zabrać.
- Coś ciekawego? - zapytał Rudzki.
Bauer zgromił obu wzrokiem, jakby chciał powiedzieć „pogadamy później”. Prawdopodobnie chodziło o to, że Paweł nie powinien być świadkiem tej rozmowy. Ale łysy zupełnie się tym nie przejął. Chyba w tej chwili zrobiłby wszystko, by chociaż przez moment nie słuchać pretensji swojej towarzyszki.
- Z najważniejszych rzeczy, to na pewno odciski damskich butów na obcasie na działce Kaczmarków – oznajmił. - Nie udało się ich dopasować do żadnego obuwia znalezionego w mieszkaniu, a pani Kaczmarek zapewnia, że nikt z wyjątkiem rodziny tam nie bywa. Przynajmniej na pewno nie o tej porze roku, a ślady były świeże. Według naszych specjalistów powstały w noc zabójstwa.
- To już coś – ucieszył się Rudzki, zerkając na stojącą wciąż pośrodku korytarza kobietę, jakby się zastanawiał, kiedy straci cierpliwość.
- Nie miałem kiedy porządnie się wczytać – powiedział domniemany Stasiak i wymownie przewrócił oczami.
Rudzki parsknął.
- Usiądziemy nad tym wieczorem – powiedział.
- Jest coś jeszcze. - Łysy nic sobie nie robił ani ze znaczącego pochrząkiwania za plecami, ani z ostrzegawczych syknięć Bauera. - W domku na tej samej działce chłopaki znaleźli długi, brązowy włos.
Paweł poczuł, że robi mu się słabo. I to nie tylko z powodu kaca.
Ślady butów na obcasie. Długi, brązowy włos.
To przecież niemożliwe!
Zakręciło mu się w głowie. Odszedł kilka kroków i oparł się o ścianę.
- Czy długo będę jeszcze na pana czekać? - Ostry głos czarnowłosej, rugającej Stasiaka, przywrócił go do rzeczywistości. - Pominę już, że zachowuje się pan nieuprzejmie, bo niczego innego się nie spodziewałam, ale oczekuję, że będzie pan przynajmniej szanował mój czas.
- Ja pierdolę... - szepnął policjant, zawierając w tych dwóch słowach taki ładunek frustracji, że aż Pawłowi zrobiło się go żal. - Tak, przepraszam, już idę. - powiedział głośno.
Westchnął i powlókł się za kobietą, która natychmiast powróciła do swojej tyrady. Paweł już jej nie słuchał. Czuł denerwujące pulsowanie w skroniach. Chciał usiąść i pomyśleć, jednocześnie miał wrażenie, że jego mózg zmienił się w rozmiękły, obślizgły wodorost i nie będzie już zdolny do myślenia nigdy w życiu.
Policjanci odwieźli Pawła do domu, żeby przy okazji zabrać komputer Laury i jej papiery. Chłopak miał nadzieję, że nie zapodział nigdzie notatki, o której opowiadał. Ładnie by wyglądał, gdyby się nie znalazła! Na szczęście była. Zostawił ją na widoku. Niestety dokładnie tak samo, jak puste butelki po piwie. Funkcjonariusze litościwie nie skomentowali tego obrazu nędzy i rozpaczy, ale Paweł i tak chciał zapaść się pod ziemię ze wstydu. Właściwie mógł wpaść na to, że będą chcieli tu z nim przyjechać, gdy usłyszą o mailach i zapiskach, ale nie był dziś zdolny do tak skomplikowanej operacji intelektualnej, więc nie wpadł.
Rudzki i Bauer uwinęli się szybko i wyszli, zostawiając Pawła samego z bezładną gonitwą myśli. Chciał coś zrobić, czymś się zająć. Najlepiej czymś pożytecznym, co mogłoby doprowadzić do odnalezienia Laury. Nie miał tylko żadnego pomysłu, co takiego miałoby to być.
Sara.
Tylko to jedno przychodziło mu do głowy. W notatce była mowa o jakiejś rozmowie z Sarą. Nie był to szczególnie mocny trop, ale zawsze jakiś punkt zaczepienia. Spodziewał się, że policja również przemagluje sekretarkę Laury, ale czuł, że on sam też powinien z nią porozmawiać. Dziewczyna może powiedzieć coś, co tylko on będzie w stanie właściwie zinterpretować.
Tylko jak ją złapać? Laury nie było, więc gabinet był zamknięty, a prywatnego telefonu Sary nie miał. Laura miała, ale zapisała go tylko w swojej komórce, a tę zabrała ze sobą. Nie licząc na wiele, wybrał numer gabinetu. Zdziwił się, gdy już po pierwszym sygnale ktoś podniósł słuchawkę.
- Gabinet doktor Karpińskiej, w czym mogę pomóc? - Rozpoznał głos Sary. Wydawała się podenerwowana.
- Cześć, z tej strony Paweł.
- Paweł? - Minęła chwila zanim skojarzyła. - Paweł! Jezu, co się dzieje?
- Sam chciałbym wiedzieć. Policja już u ciebie była?
- Policja? Nie, nie było policji... Czy... czy coś...
- Nie. - Spróbował ją uspokoić. - Nie. To znaczy...
Wreszcie zrozumiał, dlaczego Sara odebrała telefon. Nikt nie poinformował jej o zniknięciu Laury, a policja jeszcze z nią nie rozmawiała. Dzisiaj był poniedziałek, więc sekretarka przyszła do pracy jak zwykle, otworzyła gabinet, a Laura się nie pojawiła.
- Dlaczego nikt mnie nie uprzedził? - zapytała z pretensją. - Od rana robię z siebie idiotkę i świecę oczami przed pacjentami!
Pawła ogarnęło nagłe poczucie winy. Odkąd to wszystko się zaczęło, był skupiony wyłącznie na sobie. Ani jednej myśli nie poświęcił innym ludziom, którzy gdzieś tam czekali na Laurę. Nawet z jej rodzicami czy z Karoliną porozmawiał tylko dlatego, że potrzebował od nich informacji. Gdy już o wszystko wypytał, natychmiast o nich zapomniał i nie przyszło mu do głowy, że oni także się martwią, czekają na wiadomości starają się odegnać najczarniejsze myśli. Kompletnie zignorował jej najbliższych, a co dopiero mówić o współpracownikach, studentach, pacjentach, dalszych znajomych.
Zastanowił się nad tym, ilu ludzi przez ten czas próbowało skontaktować się z Laurą, ilu się o nią martwiło, albo chociaż zaniepokoiło tym, że nie daje znaku życia.
Powinien był tuż po otwarciu zadzwonić do gabinetu i wszystko Sarze powiedzieć, żeby wiedziała, ale też żeby mogła zorganizować sobie pracę, odwołać pacjentów...
- Przepraszam – powiedział szczerze. - Nie pomyślałem. Jestem... no, wiesz. Trochę wytrącony z równowagi.
- Ale co się właściwie stało? - Głos Sary złagodniał. - Laura miała wypadek? O co chodzi z tą policją.
- Laura zaginęła – wyrzucił z siebie Paweł. Już kilkakrotnie wypowiadał głośno te słowa, a jednak ich znaczenie jeszcze do końca do niego nie docierało.
- Zaginęła? - Sara była wstrząśnięta. - Jak? To... przecież...
- Mam do ciebie pytanie. - Nie dał jej czasu na otrząśnięcie się z szoku. - W związku z tym właśnie.
- W związku z zaginięciem? Do mnie? Ale... ja nic nie wiem.
- Po prostu muszę z tobą porozmawiać.
- Dobrze. - Sara wzięła się w garść. - Ale nie przez telefon. Nie mogę blokować linii. Mam... mam tu mnóstwo pracy. Przyjedź do mnie. Znaczy do gabinetu.
- W porządku. Będę za pół godziny.
Sara mruknęła coś niezrozumiałego i przerwała połączenie.
Na myśl o parszywej pogodzie za oknem i długiej jeździe bujającym tramwajem od razu poczuł mdłości. Zadzwonił po taksówkę i przed kamienicą na Kościuszki znalazł się nawet wcześniej niż zapowiadał.
Na dworze było już ciemno. Rozświetlony i skąpany w deszczu łódzki Manhattan wyglądał jak dziwaczna, niepokojąca akwarela. Ludzie przemykający ulicą przywołali wspomnienie porannego snu i cienistych postaci, stojących na przystankach. Oni również nie wydawali się realni. W tej chwili Pawłowi nic nie wydawało się realne. Zaglądał przez okna do rozświetlonych wnętrz tramwajów przejeżdżających przez Przesiadkowo, przyglądał się pasażerom z surrealistycznym wrażeniem, że gdy tylko pojazdy znikną mu z oczu, stoczą się w otchłań, spadną za krawędź świata. Myśl o tym, że ci wszyscy ludzie dokądś podążają, mają jakiś cel, swoje życie, uczucia, była dla w tej chwili całkowicie abstrakcyjna. Nie potrafił myśleć o nich inaczej, jak tylko o dekoracji zaaranżowanej specjalnie dla niego, by mu udowodnić, że Ziemia nadal się kręci, miasto żyje własnym rytmem. Że świat się nie skończył.
Odprowadził wzrokiem kolejny tramwaj i w końcu wszedł na klatkę schodową. Na drzwiach widniała wypisana wielkimi literami nazwa jakiegoś przedsiębiorstwa, oferującego usługi w zakresie sprzątania, ale w budynku znajdowało się też wiele innych firm. Od razu skierował się na czwarte piętro. Zapukał i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka.
Sara siedziała przy biurku i zawzięcie klepała w klawiaturę. Była jak zawsze elegancka i jak zawsze mało charakterystyczna. Paweł był zdania, że jej twarz, choć ładna, nie mogła na dłużej zapaść w pamięć. Dziewczyna podniosła na niego nieprzytomny wzrok.
- A, to ty. Cześć. Już się bałam, że kolejny pacjent z awanturą. Chciałam wszystkich poinformować, że dzisiejsze wizyty są odwołane. To nie moja wina, że nie odbierają telefonów! - wyrzucała z siebie słowa z nieprawdopodobną prędkością. - Muszę jeszcze rozesłać parę maili. Mogę to robić, jak będziesz mówił. Nie potrzebuję do tego skupienia. Tylko kopiuję i wklejam wiadomość. No, to opowiadaj. Co się stało? Jak to Laura zniknęła?
Powiedział jej część tego co wiedział. Nie wszystko. Zachował dla siebie informację, że chłopak, z którym Laura rozmawiała w noc zaginięcia, został zamordowany. Powiedział o tym już Ewie i Karolinie, a sądził, że policja raczej by wolała, żeby nie szafował zanadto tą informacją.
- Czy ty coś z tego wszystkiego rozumiesz? - spytał na koniec.
Sara od dłuższej chwili wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. Na śmierć zapomniała o mailach i tylko siedziała bez ruchu, a na jej twarzy malował się szok, jakby dopiero teraz naprawdę uwierzyła, że stało się coś złego.
- Boże... - wyszeptała w końcu. Zakryła twarz dłońmi i siedziała tak dłuższą chwilę. - Boże – wymamrotała. - Powinnam się była domyślić!
- Domyślić? Czego? - Paweł nie zdołał ukryć zaskoczenia.
- Że naprawdę coś jej grozi. Że to nie tylko paranoja i głupie wymysły.
- Jaka paranoja?
Odjęła ręce od twarzy i spojrzała na niego, jak na idiotę.
- No, całe to jej zafiksowanie na punkcie bezpieczeństwa i w ogóle.
- Jakie...? Przecież ona niczego takiego nie...
- Może po prostu nie zauważyłeś. Widuję ją prawie codziennie i mówię ci, że od jakiegoś czasu zachowywała się co najmniej dziwnie.
Ja też widuję ją codziennie, pomyślał tępo. A niczego nie dostrzegłem. Jak to się mogło stać?
- Dziwnie – powtórzył. - To znaczy?
- Za każdym razem gdy to ja otwierałam, albo zamykałam gabinet, dzwoniła do mnie i zadawała mi różne dziwne pytania. O to, jak ułożone są rzeczy na biurku, czy nie widziałam w okolicy nikogo podejrzanego... Właściwie wcale mnie to nie dziwiło. Mamy różnych pacjentów. Sama nie wiem o nich za wiele, w końcu jestem tylko sekretarką, ale potrafię sobie wyobrazić, że niektórzy z nich byliby w stanie Laurę zaniepokoić, może nawet przestraszyć. Ale nie sądziłam, że w grę mogło wchodzić prawdziwe niebezpieczeństwo. Wiesz, założyłam, że może uznała jakiegoś pacjenta za wyjątkowego dziwaka i postanowiła być ostrożniejsza na wypadek, gdyby on, albo ktoś jego pokroju, upatrzył ją sobie na ofiarę. A teraz wychodzi na to, że ona faktycznie się kogoś bała. I to chyba nie bez powodu. Boże, Paweł, kto mógłby chcieć jej coś zrobić?
- Nie wiem – wykrztusił. - Nie mam pojęcia. W domu tak nie miała. Znaczy nie zachowywała się... no. Była normalna.
Ale czy na pewno? Głos z tyłu głowy oczywiście musiał wtrącić swoje trzy grosze. Czy nie zaczęła jakiś czas temu dokładniej sprawdzać zamków, zanim położyła się spać? Czy nie upewniała się bardziej natarczywie niż zwykle, że w domu wszystko w porządku? Czy nie nabrała zwyczaju żegnania ludzi słowami „uważaj na siebie”, chociaż wcześniej tego nie robiła?
Oczywiście, że tak.
Były sygnały. Były, a jakże, tylko on ich nie dostrzegał. To się nie stało z dnia na dzień i nigdy nie przyjęło formy tak jaskrawej, jak w opowieści Sary, ale nie mógł zaprzeczyć, że w ostatnim czasie coś się w Laurze zmieniło.
Jak mógł być tak ślepy, tak głupi?!
To na pewno była sprawka jakiegoś pacjenta. Paweł nie bardzo wiedział, jaki związek z tym wszystkim ma zabity chłopak, ale nie do niego należało rozwiązanie tej zagadki. Niech się tym zajmie policja. Zresztą zaraz ich o wszystkim powiadomi.
Nagle przypomniał sobie, po co tu właściwie przyszedł. Zdobył wystarczająco dużo informacji, by podsunąć śledczym jakiś trop, a jednak kwestia tajemniczej notatki o płaszczu wciąż nie dawała mu spokoju..
- Słuchaj – odezwał się niepewnie. - Czy Laura rozmawiała z tobą ostatnio o czymś innym niż zwykle?
- No tak, przecież mówiłam. Cały czas dopytywała, czy wszystko w porządku, czy nie wydaje mi się, że ktoś w nocy wchodził do gabinetu... W końcu jej paranoja mi się udzieliła i sama zaczęłam mieć wrażenie, że niektóre rzeczy nie są na swoim miejscu, że ktoś je poprzekładał, gdy nas nie było. Ale to przecież niemożliwe. Nikt oprócz nas nie ma klucza. Nawet nie wynajmujemy firmy sprzątającej, zwykle ja robię porządki, Laura mi czasem pomaga, ale oprócz nas nikt tutaj nie bywa.
- A płaszcz Laury? - zapytał. Zabrzmiało to absurdalnie i widział, że Sara nie zrozumiała, o co mu chodzi. Postanowił po prostu powiedzieć jej prawdę. Notatka stanowiła dowód w śledztwie, ale też bez wspomnienia o niej raczej nie zdołałby niczego z Sary wyciągnąć. Nabrałaby tylko w stosunku do niego podejrzeń, gdyby nie potrafił sensownie wyjaśnić, po co w takiej sytuacji wypytuje o jakiś płaszcz.
Gdy skończył mówić, milczała zamyślona jeszcze przez chwilę. Ściągnęła brwi, bezwiednie czochrała dłonią krótkie, jasne włosy.
- Chyba nie przypominam sobie płaszcza – powiedziała w końcu. - Mam na myśli, że nie przypominam sobie tej konkretnej rozmowy. Ale wiem, o co może chodzić. Kilka razy wydawało mi się, że widziałam Laurę na ulicy. Wspominałam jej o tym później, a ona upierała się, że nie mogła tam być o tej porze. Pewnie opisywałam, w co była ubrana, żeby sobie skojarzyła. Miała taki charakterystyczny, fioletowy płaszcz. To w nim musiałam ją widzieć. Ale to nie była jedna sytuacja. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzało się to co jakiś czas. Laura zawsze chodziła potem smutna, albo wściekła. Nie wiem, co takiego mogła robić, że aż tak gwałtownie się tego wypierała...
Paweł czuł, że mózg za chwilę eksploduje mu od nadmiaru informacji. Czuł się, jakby słuchał o kimś zupełnie innym, nie o swojej dziewczynie, z którą był przecież tak blisko, którą, jak sądził, znał na wylot.
- Powtórz to wszystko policji, dobrze? - poprosił słabo.
Sara kiwnęła głową.
- Znajdą ją – zapewniła bez większego przekonania. - Na pewno.
- Tak – mruknął, bo co innego można było powiedzieć. - Będę leciał. Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy.
Gdy zamknął za sobą drzwi, wydało mu się, że ze środka usłyszał szloch, ale być może to jego nadwyrężony kacem i stresem umysł płatał mu figle.
Do mieszkania dotarł jak na autopilocie. Ulice sprawiały jeszcze bardziej surrealistyczne wrażenie, niż wtedy, gdy przyglądał im się z chodnika przed kamienicą, w której mieścił się gabinet Laury. Tym razem nie przejmował się że będzie bujało, że na pewno zaraz powrócą mdłości. W ogóle o tym nie myślał. Gdy na przystanek wtoczył się jego tramwaj, po prostu wsiadł do wagonu, tak, jak to robił zawsze, w te wszystkie zwyczajne dni, kiedy odwiedzał Laurę w pracy, by ustalić plany na wieczór, po czym jechał do domu, przygotować kolację, albo robić cokolwiek, byle jakoś zabić czas do jej powrotu. Ta podróż była zbyt zwyczajna, okolica, przez którą przejeżdżał, zbyt znajoma. Jakby miasto drwiło sobie z niego. Miał nadzieję, że tramwaj, jak w jego wcześniejszych wizjach, za chwilę zjedzie z toru i naprawdę zsunie się za krawędź świata. To byłoby bardziej logiczne, miałoby więcej sensu niż to spokojne, monotonne rozwożenie ludzi do domów, jakby zupełnie nic się nie stało.
Wysiadł w końcu i powlókł się ciemną jak zawsze Sejmową. Zwalczył pokusę by wstąpić do monopolowego. Już wystarczająco dużo cierpień sobie dzisiaj przysporzył zaledwie kilkoma piwami, a wiedział, że tym razem na piwie by się nie skończyło.
Po wejściu do domu nawet nie zapalił światła. Po co? Nie było tu niczego, co chciałby oglądać. Nie mógł nawet kontynuować wczorajszego śledztwa, bo policjanci zabrali wszystkie potencjalnie interesujące rzeczy. Zdjął kurtkę, buty i poszedł do pokoju, z zamiarem zwalenia się w ubraniu na łóżko, po drodze jednak coś go tknęło.
Laura pisała o fioletowym płaszczu. Rozmawiał dzisiaj o nim z Sarą. Kojarzył go zresztą bardzo dobrze. Laura chętnie go nosiła. Fioletowy był jej ulubionym kolorem. Problem w tym, że Paweł od tygodni nie widział tego płaszcza. A przecież jest jesień. Od dłuższego Laura chodziła w zielonej kurtce, albo szarym trenczu, który zresztą miała na sobie tego dnia, gdy udawała się na konferencję. To znaczy, że płaszcz powinien być gdzieś w domu.
Zrezygnował z bezproduktywnego zalegania na kanapie i pozapalał światła w całym mieszkaniu. Rzut oka na wieszak wystarczył, by stwierdzić, że płaszcza tam nie ma. Przetrząśnięcie szafy w przedpokoju również nic nie dało. Dla pewności sprawdził wszystkie możliwe szafki i szuflady i schowki. Przeszukał nawet kuchnię i, chyba tylko z rozpędu, łazienkę, w której prócz jednej zamykanej szafki na leki nie było miejsca nadającego się do ukrycia czegokolwiek.
Płaszcza nie znalazł.
Nie wiedział, co o tym myśleć. Laura nie zostawiała swoich rzeczy na uczelni ani w gabinecie. Zawsze po skończonej pracy wszystko zabierała do domu. Zresztą jak miałaby go zostawić? Cała jesień była przeraźliwie zimna i trudno było sobie wyobrazić, by przyszła w płaszczu, a wyszła bez niego. Coś podobnego mogłoby się może zdarzyć we wrześniu, kiedy poranki są chłodne, a popołudnia wciąż jeszcze przyjemnie słoneczne. Ale nawet w takim przypadku szybko by go odzyskała.
Spróbował przypomnieć sobie, kiedy widział fioletowy płaszcz po raz ostatni. Przed oczami przelatywały mu jakieś migawki z zeszłego roku, ale w tym? Nie umiał stwierdzić, czy tej jesieni Laura w ogóle kiedykolwiek miała go na sobie.
Musiał się jeszcze upewnić.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta.
Mirka, koleżanka Laury, pracująca w tej samej katedrze, mogła być jeszcze na wydziale.
Wyłuskał z kieszeni telefon i zadzwonił na telefon stacjonarny w pokoju, gdzie urzędowały obie kobiety. Miał szczęście. Mirka natychmiast podniosła słuchawkę. Ledwie się tylko przedstawił, zasypała go pytaniami. Wreszcie policja dotarła na uczelnię i teraz wszyscy wiedzieli już o zniknięciu Laury. Paweł gratulował sobie, że tak niewielu ludziom podał prywatny numer. Przynajmniej nie wydzwaniali do niego przez cały dzień. Choć możliwe, że i tak by tego nie robili. W końcu ci, którzy mieli taką możliwość, również się nie odezwali. Nie miał ochoty zastanawiać się w tej chwili, czy to dobrze, czy źle.
Poinformował Mirkę, że nie może jej udzielić żadnych informacji, przyjął wyrazy współczucia i wreszcie przeszedł do rzeczy. Trochę się zdziwiła, ale zajrzała do szafy w pokoju, który dzieliła z Laurą.
Nie, nie ma tam żadnego płaszcza, nie, na wydziale też nie znaleziono, żadne ogłoszenie nie wisi. I nie, Mirka nie wie, czy Laura ostatnio chodziła w czymś takim, nie zwracała uwagi.
Sara była znacznie bardziej ciekawska. Złapał ją jeszcze w sekretariacie gabinetu, powiedziała, że nadal odwołuje pacjentów z całego tygodnia i porządkuje sprawy. Między wyjściem Pawła, a jego telefonem była u niej również policja. Paweł przedstawił jej swoją prośbę, a ona przeszukała gabinet i zapewniła, że nigdzie nie ma fioletowego płaszcza.
- To jest ważne? Ten płaszcz? - dociekała.
- Właśnie nie wiem.
- Może powiedz o nim policji?
- Powiem. Dobranoc, Sara.
- Paweł?
- No?
- Myślałam o tym, o co mnie pytałeś. O tych dziwnych rozmowach z Laurą, kiedy się zapierała, że ona, to nie ona.
- Tak? - zainteresował się. - I co?
- Nie było ich tak znowu dużo. Pomyślałam, że uda mi się przypomnieć sobie tę z płaszczem, skoro to może pomóc, no wiesz, znaleźć ją...
- Yhm.
- I chyba coś mi się kojarzy. Ona wtedy powiedziała, że to nie mogła być ona, bo już nie chodzi w takim płaszczu. I faktycznie, jak tak o tym pomyślałam, to naprawdę nie chodziła. Dlatego miałam problem, żeby sobie przypomnieć. Bo byłam pewna, że się pomyliłam, a podczas naszej rozmowy przychodziły mi do głowy tylko te sytuacje, kiedy dałabym sobie rękę uciąć, że to właśnie ją widziałam.
- Pamiętasz, kiedy to było?
- No właśnie nie bardzo.
- Ale w tym roku?
- Tak, jakoś we wrześniu, zdaje mi się, że chyba na początku.
Paweł nie potrafił ocenić, na ile ważna jest to informacja, nie wiedział nawet, w jaki sposób niby miałaby być ważna, ale był niemal przekonany, że oto trafił mu w ręce kolejny element układanki.
Oczywiście brał pod uwagę, że może to być coś zupełnie nieistotnego. Ot, płaszcz po prostu nie nadawał się już do noszenia, więc Laura go wyrzuciła. Brzmiało to całkiem logicznie, ale z jakiegoś powodu nie sądził, by miało okazać się prawdą.
Podziękował Sarze za pomoc i w końcu uwalił się na kanapie, jak to wcześniej planował. Przez dłuższą chwilę gapił się w sufit, od czasu do czasu przenosił wzrok na szeflerę, a w głowie czuł gonitwę myśli. Próbował sobie to wszystko poukładać – Laura czuła się zagrożona, być może robiła coś, o czym nikomu nie chciała powiedzieć. Ale co? Sara widziała ją zwyczajnie, na ulicy. Samą. Po prostu sobie idącą. Nie w podejrzanym miejscu, nie w niezręcznej sytuacji. A jednak Laura się wypierała, jakoby miała to być ona. Z domu zniknął jej ulubiony płaszcz. Laura utrzymywała, że już go nie nosi, a jednak była w nim widziana. No i ta rozmowa policjantów. O śladach i włosie znalezionym w domku działkowym zamordowanego chłopaka. Nie był pewien, czy ten domek to miejsce przestępstwa, ale pewnie tak, skoro przeczesali go na tyle dokładnie, żeby znaleźć włos. Paweł wcale by się nie zdziwił, gdyby policja odwiedziła go niebawem, prosząc o włosy ze szczotki Laury, lub coś podobnego.
Zerwał się na równe nogi.
Cholera jasna!
Przecież nie może im tego dać!
Jeśli dopasują DNA, Laura będzie ich główną podejrzaną!
Popędził do łazienki tak szybko, jakby policja już deptała mu po piętach. Na szczotce znalazł zaledwie dwa włosy. Zdjął je i spuścił w toalecie, a samą szczotkę wyszorował nad umywalką.
Będzie musiał dokładnie wysprzątać całe mieszkanie, żeby niczego nie mogli znaleźć. Ale co z innymi miejscami, gdzie bywała? Jak się bardzo uprą i dobrze poszukają, na pewno natrafią na jakiś włos, choćby w gabinecie. Przecież nie będzie prosił Sary, żeby tam sprzątała, a sam nie miał jak tego zrobić.
Po chwili zreflektował się. Odłożył na bok szczotkę, którą do tej pory kurczowo ściskał. Wciąż ociekała wodą, ale nie zwracał na to uwagi. Usiadł na podłodze i oparł się o zabudowanie wanny.
Co ja, do kurwy nędzy, wyprawiam, myślał.
Jeśli policja powiąże Laurę z morderstwem, będą jej na pewno szukać z większym zaangażowaniem, niż gdyby była dla nich po prostu kolejną zaginioną. A kiedy ją znajdą, będzie przecież potrafiła udowodnić, że jest niewinna.
Bo jest niewinna.
Na pewno.
Złośliwy głos z tyłu głowy odezwał się ponownie, przypominając Pawłowi o jego własnych pobytach w szpitalu, o ranach i siniakach...
Ale przecież to było zupełnie coś innego, inna sytuacja. Poza tym nawet wtedy nigdy nie przekroczyła pewnej granicy. Nie, Laura na pewno by nikogo nie zabiła!
Nie miał pojęcia, jak długo tak siedział. Godzinę? Dłużej? Stracił rachubę czasu, a może nawet zasnął na chwilę, wyczerpany całym tym dniem. Dźwięk telefonu przywołał go z powrotem do rzeczywistości.
O tej porze? Serce podskoczyło mu do gardła. Kto może chcieć coś od niego w środku nocy?
Pobiegł do pokoju i chwycił komórkę. Na wyświetlaczu widniał numer Karoliny.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 23 sierpnia 2017, 03:13

3

Karolina siedziała w kuchni, obejmując dłońmi kubek z zieloną herbatą z dodatkiem ananasa. Napój pachniał oszałamiająco, ręce bolały od gorąca, a cisza aż dzwoniła w uszach. Reszta rodziny już spała, tylko ona jedna nie mogła zmrużyć oka. Wyślizgnęła się z łóżka ostrożnie, żeby nie obudzić Damiana, wzięła szlafrok i poszła zrobić sobie coś do picia. Teraz, ze wzrokiem wbitym w ścianę, rozmyślała o ostatnich wydarzeniach.
Działo się coś bardzo złego.
To znaczy oczywiście, że się działo. W Łodzi grasował seryjny zabójca. Samo to było dostatecznie złe. Ale dziwne uczucie Karoliny nie brało się stąd. Albo może raczej nie tylko stąd. To było coś bardziej... osobistego. Jakby nagle, poprzez śmierć Tomka i zniknięcie Laury znalazła się w środku czegoś, czego nie rozumiała, a co w jakimś stopniu dotyczyło jej osobiście.
Tłumaczyła sobie, że to głupota. Nawet nie potrafiłaby logicznie wyjaśnić tych przeczuć. Nie znała młodego Kaczmarka zbyt dobrze. Rozmawiali tylko w przedszkolu i czasami w drodze, gdy podrzucała jego i jego siostrę do domu. Ta śmierć była wstrząsająca, to jasne, ale przecież nie mogła mieć nic wspólnego z samą Karoliną. A cała sprawa z Laurą... To było jeszcze dziwniejsze.
Coś musiało się stać. Laura rozmawia z Tomkiem i znika. Tej samej nocy Tomek zostaje zamordowany. Po Laurze nadal nie ma śladu. Karolina od jakiegoś czasu czuła, że jej przyjaciółka ma problemy. Czy Laura, choćby nieświadomie, zdradziła się z czymś, co teraz mogłoby pomóc w rozwiązaniu zagadki?
Karolina sięgnęła po leżący na stole notatnik, którego zwykle używała do sporządzania list zakupów i notowania przepisów. Zastygła nad kartką z ołówkiem w ręce. Wiedziała, że nie powinna tego robić i czuła się ze sobą paskudnie.
Tuż przed pójściem do łóżka odbyła z Damianem długą rozmowę. Powiedziała mu w prost, że nie wytrzymuje, że dłużej nie może tak być. Przyznał jej rację, obiecywał, że się postara, a ona wiedziała, że dotrzyma obietnicy. Jednocześnie prosił ją, żeby mu nie utrudniała, żeby miała na względzie jego uczucia i nie robiła rzeczy, których nie mógł zaakceptować. A do tych niewątpliwie należało angażowanie się w śledztwo. Przyrzekła, oczywiście, że tak. Przecież powinni sobie wzajemnie ułatwiać życie, wypracowywać kompromisy. Tak, przyrzekła, a teraz, ledwie dwie godziny później, siedziała pod osłoną nocy, jak jakaś konspiratorka, i z pełną świadomością łamała to przyrzeczenie. Jak mogła oczekiwać od męża, że będzie wobec niej w porządku, skoro ona wobec niego nie była?
Rozumiała Damiana i naprawdę chciała spełnić jego prośbę, ale siedzenie z kartką i ołówkiem we własnej kuchni nie było czymś, o co mógłby być na nią zły, przekonywała samą siebie. Nigdzie nie wychodziła, nie narażała się na niebezpieczeństwo. Chciała tylko pomyśleć. Chyba wolno jej było myśleć.
Nagle kątem oka dostrzegła za oknem jakiś ruch. Serce podskoczyło jej do gardła, ale szybko się opanowała. To nic takiego. Tylko przywidzenie. Albo może sama bezwiednie się poruszyła i ujrzała po prostu własne odbicie w szybie? Gdyby w kuchni było całkowicie ciemno, zdołałaby pewnie zobaczyć coś na podwórku. Ale przecież włączyła sobie stojącą na stole maleńką lampkę, oświetliła wnętrze, więc niemożliwością było cokolwiek wypatrzeć.
Uspokoiła oddech.
To tylko jej wyobraźnia. Wybujała wyobraźnia, pobudzona rozmyślaniem o mrocznych tajemnicach, których zaskakująco dużo namnożyło się w ciągu ostaynich dni.
Może Damian ma rację? Ba, na pewno ma! Karolina wiedziała, że dla własnego dobra powinna trzymać się z daleka od wszystkiego, co mogłoby ją narazić na niebezpieczeństwo - od policyjnych dochodzeń, zaginięć, brutalnych zabójstw. Jeśli będzie mogła pomóc, to oczywiście będzie musiała to zrobić, ale tylko w takim zakresie, w jakim zażądają tego od niej śledczy. Nie ma sensu się wychylać, a potem siedzieć jak na szpilkach i bać się własnego cienia. Ucierpi na tym ona sama, ucierpi rodzina...
Podjęła decyzję. Odłożyła notes i ołówek. Nawet odsunęła je od siebie demonstracyjnie, choć nie było obok niej nikogo, kto mógłby docenić ten gest.
Siorbnęła herbaty. Płyn był już chłodny i zaskakująco bez smaku, choć przecież pachniał wcześniej tak ładnie. Pożałowała, że nie wypiła od razu, jak było jeszcze gorące. Szybko opróżniła kubek. Nie czuła jeszcze zmęczenia, ale nie było sensu dłużej tu siedzieć, jeśli nie chciała, by nachodziły ją głupie myśli.
Wstając spojrzała w okno i krzyknęła mimowolnie.
Za szybą zobaczyła twarz.
Ktoś stał w ogrodzie i spoglądał przez okno do jej kuchni.
Cofnęła się gwałtownie, uderzyła plecami w ścianę.
Patrzył na mnie, uświadomiła sobie, Nie przyglądał się pomieszczeniu, przyglądał się mnie. Z wysiłkiem uniosła głowę i jeszcze raz utkwiła wzrok w ciemnym prostokącie okna.
Na zewnątrz nie było nikogo.
Już nie.
Ale stał tam, z całą pewnością. Albo stała. Karolina nie potrafiła określić nawet płci intruza, a co dopiero mówić o jakichkolwiek cechach charakterystycznych. Nie przyjrzała się. Spanikowała, gdy zobaczyła majaczący w mroku jasny owal twarzy i odruchowo odwróciła wzrok. Ale tym razem była pewna, że nie miała do czynienia z żadnym odbiciem światła, ani złudzeniem. Ktoś był w jej ogrodzie jeszcze chwilę temu. Być może wciąż jeszcze tam jest.
W kuchni nie było telefonu, a komórkę Karolina zostawiła w sypialni. Bała się ruszyć. Bała się choćby głośniej odetchnąć, a przecież powinna jak najszybciej zadzwonić na policję.
Przez chwilę słyszała tylko łomot własnego serca i cichutki szum na który wcześniej nie zwróciła uwagi. Deszcz. Cholera jasna, padał deszcz! Jeśli ten ktoś zostawił ślady, woda za chwilę je zmyje!
Porażona tą myślą rzuciła się na oślep w głąb ciemnego korytarza. Nerwowo wymacała włącznik, zapaliła światło. Zmrużyła oczy, nieprzyzwyczajona do jasności, po panującym w kuchni półmroku.
A jeśli on gdzieś tu jest? Jeśli dostał się do środka?
Pamiętała, że zamykała drzwi przed pójściem do łóżka. Nie słyszała żadnych niepokojących odgłosów, więc intruz raczej ich nie sforsował.
W pokoju również natychmiast włączyła światło. Wyobraziła sobie reakcję Damiana, jakby zszedł teraz z góry, zobaczył dom rozświetlony jak bożonarodzeniowa choinka i roztrzęsioną Karolinę, niemogącą nawet porządnie utrzymać telefonu w drżących dłoniach.
Ta wizja przywołała ją do rzeczywistości.
Zdołała w końcu wybrać numer na klawiaturze i połączyła się z centralą.
Chwilę później siedziała na kanapie, zawinięta w koc i czekała na funkcjonariuszy. Nie mogła zebrać myśli. To było za wiele. O jeden zbieg okoliczności za dużo. Coś się działo, a ona w tym tkwiła, czy tego chciała, czy nie. Jeszcze pół godziny temu sądziła, że ma wybór, że jeśli nie będzie zanadto interesować się podejrzanymi sprawami, zapewni spokój sobie i swojej rodzinie. Teraz to przekonanie runęło.
Nie miała wyjścia, musiała pójść i obudzić Damiana. Miał mocny sen i mógłby nawet przespać wizytę policji, ale sąsiedzi rano o wszystkim by mu powiedzieli. Karolina wolała, żeby dowiedział się od niej. Zresztą sami policjanci pewnie też będą chcieli z nim porozmawiać.
Zanim udała się na górę, jeszcze raz sięgnęła po telefon. Bardzo chciałaby wierzyć, że pojawienie się nocnego intruza nie miało nic wspólnego z Laurą, ale jakoś nie potrafiła. A jeśli miało, Paweł również powinien o tym wiedzieć.


* * *
03 września
dwa i pół miesiąca wcześniej


Laura
Moje prywatne śledztwo nie przynosi, jak na razie, żadnych widocznych rezultatów. Ciągle nie udało mi się odkryć, co takiego dzieje się wokół mnie i dlaczego. Bo tego, że coś się dzieje, już jestem pewna w stu procentach. Nie mam zaników pamięci, dokładnie pilnuję godzin, zawsze wiem, gdzie byłam i co robiłam o danej porze. Wiem, że nie przychodzę do gabinetu po zamknięciu, nie wracam też do swojego pokoju na uczelni. Gdy kończę pracę, idę do domu i już się w tych miejscach nie pojawiam aż do następnego dnia. A jednak ktoś tam po mnie przychodzi. Rzeczy leżą inaczej, czasami coś ginie. Zwykle nic dużego, czy wartościowego. Myślę, że ta osoba przychodzi też do naszego domu. Stamtąd zabiera najwięcej, ale też same drobiazgi. Na ogół. Raz zginął mi płaszcz. To była chyba najbardziej spektakularna kradzież. Oprócz tego apaszka, kolczyki, zdjęcie z tablicy korkowej... Wiem, że sama nie zgubiłam tego wszystkiego.
Ten ktoś prawdopodobnie ma klucze. Wszystkie moje klucze. Ukradł cały pęk, dorobił i podłożył z powrotem. Nie wiem, jak znalazł odpowiednią okazję. Klucze mam w torebce i raczej nie zostawiam jej w przypadkowych miejscach, ale nie mogę z czystym sumieniem przysiąc, że mam ją na oku bez przerwy. Jeśli komuś zależało, mógł znaleźć dobry moment.
Tylko dlaczego komuś miałoby zależeć na czymś takim?
Wciąż nikomu o niczym nie powiedziałam. Nawet nie mam pomysłu, jak mogłabym zacząć. Żadnych dowodów, żadnych świadków. Ludzie uznaliby, że jestem niezrównoważona.
I może właśnie o to komuś chodzi.
Gdybym zaczęła głośno o wszystkim mówić, wyszłabym na wariatkę. Już sobie wyobrażam te spojrzenia. „Tak, tak, ktoś włamuje ci się do domu i miejsc pracy, żeby poprzekładać rzeczy i ukraść chustkę w kolorowe romby. Na pewno.” Sugerowaliby mi nadmiar stresu, przemęczenie, albo jeszcze coś gorszego.
Nie wiem też, jak zareagowałby mój prześladowca. Z początku sądziłam, że jeśli zignoruję to, co się dzieje, on albo przestanie, albo zintensyfikuje swoje działania i sam się przez to zdradzi, ale nic z tego się nie stało. Cały czas działa tak samo. Nie grozi mi, nie wysuwa żądań, nie kontaktuje się w żaden sposób. Bardzo prawdopodobne, że mam do czynienia ze stalkerem. Przeraża mnie ta myśl. Takich trudno się zwykle pozbyć, a ten jest bardzo sprytny i ostrożny, o ile mogę stwierdzić. Poza tym jego zachowanie może eskalować. To, że na razie nie zmienia niczego w swoim postępowaniu, nie znaczy, że nie zmieni nigdy. Może potrzebuje jakiegoś bodźca. Na pewno mnie obserwuje. Gdybym zaczęła ludziom o nim opowiadać, Bóg wie, do czego mogłoby go to pchnąć.
Policja tym bardziej nie wchodzi w grę. Mógłby zrobić coś nieobliczalnego, gdyby się dowiedział, że zgłosiłam tę sprawę. Nawet byłabym skłonna podjąć ryzyko, gdybym miała nadzieję, że policja mi pomoże, ale przecież ten człowiek, kimkolwiek jest, nie zostawia żadnych śladów, nie włamuje się, tylko używa kluczy, nie zabiera cennych rzeczy... Właściwie nie potrafiłabym udowodnić, że on w ogóle istnieje. Wyszłabym tylko na histeryczkę, która próbuje zwrócić na siebie uwagę.
Ostatnio wpadłam na pomysł zainstalowania sobie kamer. Na wydziale raczej się nie uda, byłaby afera, gdyby ktoś to odkrył, ale dom i gabinet mogłabym monitorować. Zupełnie się nie znam na takich rzeczach, nie sądziłam, że kiedykolwiek będę potrzebowała tego rodzaju technologii, ale dowiem się, gdzie kupić sprzęt i jak go używać. Aż dziwne, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Ale też nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, myśli o ukrytych kamerach nie są dla mnie czymś naturalnym.
Trochę boję się tego, co zobaczę na nagraniach, ale chcę wiedzieć. Muszę się w końcu dowiedzieć. Nie mogę dłużej żyć w tym stresie. Napisałam wcześniej, że przeraża mnie myśl o stalkerze, ale prawda jest taka, że jeszcze gorsza jest druga możliwość. Bo co jeśli ktoś, próbuje mi zaszkodzić? Jeśli to nie „zwykłe” stalkowanie, a próba doprowadzenia mnie do obłędu? Nie tylko chęć sprawienia, że ludzie wezmą mnie za wariatkę, ale faktyczne starania o to, żebym się tą wariatką stała, albo przynajmniej uwierzyła, że nią jestem?
Kto mógłby mieć do mnie aż taki żal?
Naprawdę nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie jestem święta, miewałam konflikty z ludźmi. Nie jakieś spektakularne, ale się zdarzały. Miewałam też trudnych pacjentów. Ale nie potrafię sobie wyobrazić, żebym mogła zdenerwować kogoś do tego stopnia, by ułożył aż tak skomplikowany, misterny plan, żeby mnie ukarać.
Ta myśl w ogóle nie przyszłaby mi do głowy i zostałabym przy wersji ze stalkerem, gdyby nie kilka niepokojących rozmów, które odbyłam w ostatnim czasie. To się zdarzało już wcześniej, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Ktoś mówił, że widział mnie na ulicy, a ja odpowiadałam, że się pomylił, to nie byłam ja, w tym czasie siedziałam w domu. I tyle. Kiedy zaczęło się to wszystko, przypomniałam sobie te sytuacje i zdwoiłam czujność. Tak, jak się obawiałam, zaczęły do mnie docierać kolejne informacje o tym, jakobym była gdzieś, gdzie mnie nie było. Ot jak choćby ostatnio. Rozmowa z Sarą. Upierała się, że widziała mnie wieczorem, jak wychodziłam z Galerii Łódzkiej. Od wieków nie byłam w Galerii, a tamtego wieczora siedziałam w domu z Pawłem, pamiętam to doskonale. Nawet się upewniłam. W jakiejś rozmowie nawiązałam do tamtego dnia i powiedziałam coś o tym, że fajnie było tak razem posiedzieć i nie musieć nigdzie wychodzić. Gdybym wtedy wyszła i teraz po prostu o tym nie pamiętała, Paweł spojrzałby na mnie, jak na wariatkę i powiedział coś w rodzaju: „Jak to nigdzie? Przecież nie usiedziałaś na tyłku i wylazłaś na godzinę”, czy ile tam by mnie nie było. Ale nie, po prostu przyznał mi rację, chyba nic go nie zaniepokoiło.
Czyli byłam w domu, a Sara twierdziła, że widziała mnie na mieście. W dodatku – co ciekawe – w fioletowym płaszczu, który mi skradziono.
Nie wiem, w co i komu mam wierzyć. Jeśli to wszystko wymyśliła, to jaki miała powód? Równie dobrze może mieć z tym wszystkim coś wspólnego. Miałaby okazję, żeby mi ukraść klucze, wie, gdzie mieszkam, na jakiej uczelni pracuję... Ale nie przychodzi mi do głowy zupełnie żaden powód, dla którego mogłaby mi zrobić coś podobnego. Lubimy się. Dogadujemy. Dobrze nam się razem pracuje.
Mam wyrzuty sumienia, że podejrzewam ją o coś takiego. Ale nie tylko ją. Tak naprawdę w tej chwili podejrzewam wszystkich. Nawet Pawła. Czuję się przez to fatalnie, ale nic na to nie mogę poradzić. Nie ufam nikomu. Przecież może brać w tym udział więcej osób. Boję się. I zupełnie nie wiem, co robić. Może nagrania z kamer coś wyjaśnią.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Ag. » 27 sierpnia 2017, 21:48

1.

Bardzo dobrze mi się tę wstawkę czytało i w ogóle mocno wkręcił mnie ten tekst – chciałabym więcej i chciałabym wiedzieć w końcu, co też za dziwne i tajemnicze rzeczy się tu dzieję. Także masz ode mnie plusa za umiejętność podtrzymania suspensu oraz zaciekawienia czytelnika.

Co do Natalii, to jest dosyć przezroczysta w tym fragmencie i dobrze – zostawia to miejsce na zeznania oraz nowe informacje. Natalia służy bardziej jako środek do popchnięcia fabuły na przód. Wydaje mi się, że w tym momencie właśnie coś takiego było potrzebne.

Irma początkowo mnie wkurzała swoimi reakcjami, ale gdy wyjaśniło się, czemu to robi, ucieszyłam się, że to nie głupota, tylko kryje się za jej złym humorem sensowny powód. W sumie jest więc dobrze poprowadzona, i w swoich wybuchach, i gdy „znika” w trakcie rozmowy z matką Pawła, i gdy w końcu zaczyna rozsądniej patrzeć na sprawę. Udała ci się więc ją poprowadzić, kupuję jej zachowanie.

2.

Mam problem z Pawłem, bo z jednej strony rozumiem, że jego zachowania i reakcje muszą być takie a takie. Ma mętlik w głowie, jest zrozpaczony, nie wie, co robić. Rozumiem to jego picie i zagubienie. Trzeba go tak poprowadzić, by był wiarygodny. Z drugiej jednak strony – nie lubię tego jego jęczenia i użalania się. Męczy mnie to po prostu i czytam to bardziej na zasadzie "ten fragment musi tu być, bo inaczej historia nie miałaby sensu". Nie wiem, czy w ogóle można coś z tym zrobić. A może jest to tylko moje osobiste odczucie, a innym to nie będzie przeszkadzać. Próbuję powiedzieć, że ta jego rozpacz wygląda bardziej na fragment tekstu, który musiał zostać napisany i odhaczony niż rzeczywiście wciągający kawałek fabuły czy przedstawienia postaci.

3.

Hmmm, w zasadzie nie dowiadujemy się z tego fragmentu niczego nowego, tylko potwierdzenie wcześniejszych obsesji, zniknięcie płaszcza... być może jest to zapowiedź, że istniały ukryte kamery i obraz z nich się w jakiejś formie odnajdzie. Poza tym Laura dosyć dobrze w tych wstawkach wypada, widać i jej metodyczność, spokój, ale podszyty strachem i paniką.

I jeszcze lubię zapadaną, ponurą atmosferę miasta.

Także cóż mam powiedzieć, czekam zdecydowanie na więcej :)

Zmasowany atak korektorski!

1.
Ireneusza Eckrarta
Nazwisko się pokićkało.
zbieg okoliczności[.]
Zgubiona kropka na końcu zdania.

2.
- Aha. Okej. Słuchaj, to nie moja sprawa, ale czy coś się…
? Jak to nie jej sprawa? Tocz nie można się tak po prostu nie pojawić w pracy. Ma prawo żądać wyjaśnień.
Drugi, starszy, wyglądał ponuro, spozierał ponuro i roztaczał wokół siebie aurę ogólnie pojętego ponuractwa.
A to tylko chciałam powiedzieć, że mi się opis podoba. :)
jakby oznajmiał[,] że nadchodzi apokalipsa.
Przecinek brakujący.
pocznę
pocztę
Wszystkie pozostała rzeczy
pozostałe
wtrecytował
wyrecytował
pojawił się ponownie[.]
Zgubiona kropka na końcu zdania.
albo zupełnie nie zna swojej .
Zdanie urwało się w połowie.
odwieźli Pawla
Pawła
sekretarką Laury
sekretarkę
już o pierwszym
po
- Zaginęła? - Sara była wstrząśnięta. [–] Jak? To... przecież...
zgubiony myślnik
zwsze
zawsze
Na śmierć zapomniała o swoich superważnych mailach
Nie jest trochę przesadne to zdanie? Jakaś złośliwość z niego wypływa, a przecież to jej praca i rzeczywiście trudna sytuacja i dla niej i dla pacjentów.
płaszcz po prostu się zepsuł
Nie wiem, czy to dobre określenie, psują się raczej części mechaniczne/elektroniczne, materiały się zużywa, starzeje, rwie…

3.
osyaynich dni
ostatnich
głośno o wsztstkim mówić
wszystkim
Naprawdę mnie wiem
nie
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Krin » 30 sierpnia 2017, 18:39

1. Ty masz problem z opisami, wiosno, przynajmniej w mojej opinii, gdyby ktoś pytał. Często piszesz, że rzeczy są tak bardzo normalne, że normalniejsze być nie mogą. Albo że jest nijakie. Ale to nic nie mówi. Na przykład w przypadku matki Pawła potrafię ją sobie wyobrazić po opisie jej domu, w którym nie ma żadnych urządzeń elektronicznych jako starszą już kobietę, która o modzie słyszała ostatni raz trzydzieści lat temu i nosi się jeszcze na sposób z tamtych czasów. Coś takiego, tylko ja nie umiem, w fantasy rzadko stosuję takie porównania XD W sensie takimi porównaniami bym spróbowała na twoim miejscu, jeśli nie potrafisz kogoś opisać dokładnie. Myślę, że o tym wiesz, ale nie zawsze stosujesz ;) Bo niby można być nijaki, ale tak naprawdę to każdy jest jakiś, a jeśli nawet nie, to w literaturze dobrze, żeby był, bo będziemy poruszać się w pustce.

Podobnie miałam w przypadku nijakiej okolicy domu rodziców Pawła. Pierwsza okolica domkowa, jaka mi przychodzi na myśl to moja własna okolica, choć ona jest w zasadzie segmentowa. Więc teraz rodzice Pawła mieszkają dla mnie w segmencie albo w domku pomiędzy nimi, może w takiej wielkiej białej chacie przypominającej trochę szlachecki dworek i otoczonej potwornie wysokim ogrodzeniem, co sobie ktoś strzelił w mojej okolicy. Obok tego domku jest też inny, znacznie starszy, gdzie chyba do niedawna ktoś miał oborę, a przynajmniej coś, co śmierdziało niemożebnie. A może to te domki, co ludzie tam mają kozy i owce, to też niedaleko mnie. Może chodzi o ten stary, szary dom obok sklepu, na którego podwórku jest straszny bałagan... Mogłabym tak w nieskończoność.

Przeszkadzało mi to głównie na początku, bo potem wciągnęłam się zupełnie w fabułę, zapominając, że tekst to musi mieć jakiś ład i skład. Ty mnie zawsze uwodzisz historią, a rzadko językiem ;)


2. Historia Irmy i jej związku jest tu opowiedziana po raz drugi i odnoszę wrażenie, że prawie w identyczny sposób, jak za pierwszym razem, co mnie trochę uderzyło.


3. Zastanawiam się cały czas, czy to, że Paweł miał siniaki i trafił do szpitala to faktyczna przemoc domowa ze strony Laury, czy tylko jakiś wypadek przy ich ekhem zabawach. W sumie to obie opcje wydają mi się trudne do wyobrażenia, zarówno tak daleko idąca nieostrożność, by zakatować Pawła jak i brak obrony ze strony dorosłego faceta. Nie napisałaś nic o tym, że Paweł to mała kluseczka, a Laura to dwumetrowy ogr, więc siłę to chyba mają standardową.

Nie wiem teraz, czy mam to traktować jako wskazówkę, czy fałszywy trop dla policjantek i niebezpieczeństwo dla Pawła.


4. Gdyby nie wspomniana przez Laurę rozmowa z Pawłem i wzmianka o kamerach (których jestem zresztą ogromnie ciekawa) byłabym absolutnie pewna, że babka jest chora. Bo mogła przecież chować rzeczy przed samą sobą, nie takie rzeczy świat widział. Ciekawe tylko, że Pawłowi nic w takim razie nie ginęło, tajemniczy stalker musiał się nieźle orientować co jest czyje.


5. Nabieram coraz głębszego przekonania, że za wszystkim stoją starzy esbecy. Bo jeśli nie oni to kto? Wcześniej podawałam swoje typy, ale dziś, kiedy wiem, na jak zaawansowaną skalę odbywało się szpiegowanie Laury, żaden z nich mi nie pasuje. No chyba, że te dwie sprawy - morderstw i szpiegowania nie są ze sobą bezpośrednio powiązane, bo że w ogóle nie są powiązane to nie uwierzę. (To by nie miało sensu :P)

Chyba jedyną osobą, która miałaby dość czasu na przeprowadzenie tak skomplikowanej operacji jest Karolina, ale ona za bardzo histeryzuje, choć mam wrażenie, że ona wie coś jeszcze, skoro aż tak ją to wszystko przeraża. Damian jest podejrzany z tą niechęcią do policji, ale to raczej podejrzewam, że ze strachu, by ktoś przez przypadek nie odkrył jego znęcania się nad żoną. Ma w sumie gościu żelazne alibi, skoro spał we własnej sypialni, gdy pojawił się intruz, jeśli to oczywiście nie był wspólnik Damiana.

Tak też się zastanawiam... A może Karolina była tak zaniepokojona intruzem, bo sama doświadczyła czegoś takiego jak Laura? Może była ona jedną z wielu ofiar? Może wszystkie ofiary tajemniczego zabójcy przeszły najpierw przez coś takiego, bo sprawca zarówno lubił swoje ofiary przerażać jak i chciał dobrze rozeznawać się w ich życiu, by popełnić tzw. "zbrodnię idealną", o której nikt nie miałby prawa się dowiedzieć.

Ale starzy esbecy to też opcja. Oni przecież są wszędzie, śledzą wszystkich i na każdego mają haczyk. Mają odpowiednie narzędzia by móc włamywać się do mieszkań, mają odpowiednich ludzi, by to wszystko zorganizować. Nie bez powodu uważa się w końcu, że za wszystkim stoją starzy esbecy, skoro oni to się zajmują samymi podejrzanymi sprawami.


6. Inną moją teorią, która mi dopiero teraz przyszła na myśl jest to, że Laura i Tomasz dokonywali morderstw wspólnie, a tamtej nocy w hotelu pokłócili się np. o to, że Tomasz okazał się tym, który ją śledził, bo chciał później zrzucić całą winę na nią i jej rzekomą chorobę. Zwróćmy przecież uwagę, że od czasu śmierci Tomasza nie było żadnych nowych ofiar.
A Laura nie wspomniała w swoim dzienniku o zabijaniu ludzi, bo przecież nikt normalny by nie wspominał. Tylko czy nie bałaby się robić czegoś takiego ze świadomością, że jest pod stała obserwacją? A może specjalnie napisała to wszystko zawczasu, by później uwiarygodnić chorobę/spisek. W przypadku choroby to nawet doskonale wiedziała, jak się za to zabrać.

Tak też myślę... A nuż Tomasz był poprzednim chłopakiem Laury? Według jej znajomych nic ją z nim nie łączyło, ale przecież tak samo ukrywała wcześniej romans z Pawłem. Kurczę, przyznam, że nie pamiętam, ile lat miał Tomasz i czy coś studiował. :bag:

7. Podsumowując, fakt, że chciało mi się powyżej rozpisywać przeróżne teorie spiskowe chyba najlepiej świadczy o moim zaangażowaniu w czytaną opowieść. Powiadam ci, wiosno, pisz, skończ to, a będziesz zbawiona i hej.

Niech starzy esbecy będą z tobą!
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kimchee » 01 września 2017, 21:11

Nowe wstawki przeczytałam już wcześniej, ale wciąż nie mogę napisać komentarza, bo wydaje mi się, że cokolwiek napiszę, to będzie zbyt mało w stosunku do objętości nowych fragmentów, które mi się bardzo podobały. Nawet nie mam nic za bardzo ponaznaczane w tekście (tak mi się dobrze czytało), więc wypiszę ogólniki.

Coraz bardziej lubię Pawła, nawet gdyby (w co nie bardzo na razie wierzę) to on odpowiadał za morderstwa, to go lubię.

Podoba mi się, że stopniowo odkrywasz kulisy związku Pawła i Laury. Niby od początku było wiadomo, że coś z nimi jest nie tak, to teraz wszystko widzę jakby w innym świetle. Początek sugerował, że to Paweł ma większe (mówię większe, bo skoro Laura uczestniczyła w tych zabawach, to też do końca nie mogło być z nią w porządku) problemy. Teraz w zasadzie można znaleźć wiele argumentów za i przeciw. Jasne, że każde z rodziców będzie stało murem za swoim dzieckiem i na wiele, co zostało powiedziane, trzeba przymknąć oko, ale poszlaki są ciekawe.

Mnożna się pytania odnośnie zniknięcia i problemów Laury. Część hipotez ona sama przedstawiła w swoim „pamiętniku”. W kręgu podejrzanych co do bycia stalkerem jest wiele osób. Sekretarka, ktoś z uczelni (byłoby im najłatwiej podrobić klucze), ktoś kto na tyle Laury nie lubi albo jej zazdrości, by uciekać się do takich metod. Nie wiem, czemu, ale jako pierwsza mi przychodzi na myśl Ewka. Nie mam żadnych konkretnych wskazówek – ot tak – intuicja.

Coraz ciekawiej dzieje się u Karoliny.

Policjanci w końcu zaczęli zachowywać się bardziej jak policjanci i wykonują policyjną robotę. Narzekałam na to i pod tym względem muszę powiedzieć, że jest lepiej.

Teraz marudzenie.

Nadal brakuje mi atmosfery miasta, w którym – nawet jeśli nie szaleje seryjny morderca – to wydarzyło się kilka morderstw. Co z tego, że wśród policjantów nie ma jeszcze pełnej zgody, media na bank w takiej sytuacji przypięłyby łatkę i siały strach. Tego nadal nie widać. Policjanci się cieszą, że jakimś cudem dostali wsparcie i psychologa, a sami wciąż się zachowują trochę tak jakby ścigali gang złodziei rowerów.

Nie lubię Natalii ani Irmy. Niczym sobie szczególnie nie nagrabiły, ale też nie ma w nich na tę chwilę niczego, za co bym mogła je polubić. Pojawiły się jakieś sugestie co do związku tej drugiej. Lubię jak policjanci w kryminałach mają jakieś życie osobiste (bo przez to bardziej się do nich przywiązuję), ale niech to będzie faktycznie jakieś życie i wątki, a nie uwaga rzucona od czasu do czasu, żeby np. usprawiedliwić zły humor pani. To w sumie nie jest zarzut – poczekam, czy się sytuacja nie rozwinie.

Rodzice Laury zachowują się co najmniej dziwnie. Córki nie ma, znikła gdzieś, nikogo nie powiadamiając, ba nawet pacjentów (a przecież jest ponoć poukładana i sumienna), a ci siedzą w Poznaniu i nawet nie widać, żeby się przejmowali. Przejmujący się rodzice, by pofatygowali tyłki do Łodzi. Ale ostatecznie ludzie są różni, a może ich postawa będzie miała jakieś logiczne wyjaśnienie w tekście, więc tego też nie liczę jako zarzut, a jak uwagę.

Dziennik/pamiętnik Laury nie wygląda jak pisany przez osobę, która ma doktorat z psychologii. Ja wiem, że szewc w podartych butach chodzi, ale Laura – ze swoimi specjalizacjami i praktyką... pacjentowi by z pewnością nie doradziła, żeby zachował się tak jak ona się zachowała. Te argumenty z pamiętnika są takie trochę na siłę – wszystko żeby tylko tajemnica się nie wydała. Oki przyjmuję, że Laura była osobą, która bardzo dbała o swój wizerunek i pewnie była w stanie znieść wiele, byle fasada się nie rozpadła. Łyknęłabym bez popicia ten pamiętnik, gdyby był pisany przez osobę z innego środowiska i innym wykształceniem.

No, to tyle. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy (byle nie znów dwa miesiące), bo mam wiele hipotez.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 08 września 2017, 12:06

Nie mam wiele odkrywczego do napisania, bo, jak wiesz, brakuje mi materiału porównawczego. Możliwe też, że się powtórzę względem poprzednich komentarzy, bo pisałam je dawno i trochę już nie pamiętam. W każdym razie to, co zwróciło moją uwagę podczas tego czytania, to przede wszystkim styl. Akurat to, że Twój styl jest bardzo transparentny pisałam Ci przy innych okazjach, wiem i pamiętam, ale tu - wydaje mi się - gra to szczególną rolę, więc nawet jeśli powtarzam mantrę, to powtarzać będę. Zresztą to chyba dobrze dla kryminału, kiedy opis zdarzeń oraz - może przede wszystkim - introspekcje prowadzone są w sposób czytelny i jasny. Jednocześnie sprawia to, że trudno mi się w historię zaangażować emocjonalnie, z czego jednak nie czynię zarzutu, a tylko spostrzeżenie. Ot, siedzę w historii bardziej mózgiem niż sercem i pewnie to dobrze. Wczoraj mnie naszła taka myśl w jakiejś przerwie na dolewkę herbaty, jak to dobrze, że nie ma u Ciebie kolejnego pięćdziesięcioletniego rozwodnika alkoholika - takiego gbura-detektywa, jakich setki i jaki próbowałby mi grać na emocjach. Nie to, że uważam, że byś sobie nie poradziła, bo sądzę, że poradziłabyś sobie świetnie wbrew temu, co sama możesz twierdzić, ale, myśląc o teoretycznych przynajmniej modelach kryminału, wydaje mi się, że wolę to, co serwujesz, niż kolejny odgrzewany kotlet po skandynawsku albo kolejną roztrzepaną detektyw-amatorkę od pieczenia ciastek, bo i taki schemat gdzieś tam mi się zakodował podczas śledzenia pozycji wydawniczych. U Ciebie faktycznie jest wielogłos, zaczyna mówić miasto, ten tytułowy legion. Prezentujesz różne postawy, różne typy i osobowości, a wszystkie to tacy ludzie z klatki obok. Czasem (co ktoś przede mną zauważył, chyba Krin) ciut przesadzasz w podkreślaniu tej normalności - ona jest wyczuwalna, ta nijakość stała się już dawno domyślna, więc chyba nie ma potrzeby o niej pisać. Ale to jest drobiazg.

Transparentna jest też konstrukcja, kolejność, w jakiej pokazujesz figury ważne dla sprawy oraz odsłaniasz fakty. Dzięki temu ja-czytelnik może nie przecieram oczu z zaskoczenia, ale potrafię sobie ze spokojem kolejne kawałki do układanki dopasowywać. Teraz znów intensywnie zastanawiam się, czy Laura ma sobowtóra, czy stalkera, który się do niej upodabnia, bliźniaczą siostrę i czy jest to morderca (co podważałoby wszystkie moje wcześniejsze teorie), czy w miejscu zbrodni była faktycznie ona, czy ta druga? Może jakaś jej pacjentka? Spodziewam się, że odpowiedź faktycznie znajduje się na nagraniach (o ile powstały) i tak sobie myślę, że to one mogły być tematem rozmowy z Tomkiem i powodem zaginięcia. I jednocześnie zastanawiam się, czy bardziej morderstwa mają służyć odciągnięciu uwagi czytelnika od Laury, czy na odwrót - to Laura służy maskowaniu szczegółów zdradzających tożsamość mordercy. Bo wydaje mi się, że tym grasz, choć też nie mam pewności. No ale gdzieś spodziewam się haczyka ;)

Był taki moment, w którym bardzo wyraźnie dało się wyczuć autora i jego osobistą tyradę, i chodzi oczywiście o dialog z Irmą i jej opowieść, ale i to jest czasem autorowi potrzebne, choć może czasem chciałabym, żeby było mniej czytelne. A może bym nie zauważyła, gdybym czytała zupełnie sobie obcą osobę? Nie jestem pewna.

Typ na ten moment, ale taki bardzo w ciemno i wątpliwy: sobowtór Laury i jednocześnie jej pacjent.

A, i plusy dodatkowe za Poznań :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ