Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Nazywam się Legion [kontynuowane] [Proza Roku 2017]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Nazywam się Legion [kontynuowane] [Proza Roku 2017]

Post autor: nuklearna_wiosna » 15 maja 2017, 20:16

Jest to typowy kryminał niskich lotów, w którym z pełną świadomością używam wszelkich mało wyszukanych chwytów i zagrań typowych dla tego rodzaju literatury. Można mnie za to batożyć porem.
Bawcie się dobrze. Batożąc. Czytając też, na ile to możliwe ;)


NAZYWAM SIĘ LEGION



PROLOG


ROK WCZEŚNIEJ

Dała mu sygnał już wczesnym wieczorem, ledwie tylko rozpoczęła się impreza. Odpowiedział w umówiony sposób i od tej chwili nie był już w stanie skoncentrować się na zabawie. Siorbał piwo i spoglądał na twarze zgromadzonych, mając nadzieję, że jego mina wyraża choćby śladowe zainteresowanie toczącą się rozmową.
W drodze powrotnej milczeli, nastrajając się, każde na swój sposób. Taksówkarz na szczęście również nie był gadatliwy, a może po prostu wziął ich za parę po ostrej sprzeczce i chciał uniknąć niezręczności mogących wyniknąć z próby nawiązania grzecznościowej konwersacji.
Formalnie milczenie nie stanowiło koniecznego elementu gry, ale przyjemnie potęgowało napięcie. A przecież wszystkie rzeczy, które musiały zostać wypowiedziane, zostały wypowiedziane już dawno. Dziś, po pięciu latach, Laura i Paweł rozumieli się bez słów.
Sobotnia noc trwała w najlepsze. Samochód toczył się wolno po ulicach Łodzi, mijając grupki okutanych w płaszcze, roześmianych ludzi, przesuwających się na tle rozmytych w deszczu świateł miasta. Z radiowego głośnika dobiegały przesadnie słodkie dźwięki jakiegoś popowego utworu , będącego kolejnym hitem jednego sezonu.
Deszcz nie padał już, gdy dotarli wreszcie na Łączną, pod interesujący z architektonicznego punktu widzenia, ale cokolwiek zaniedbany blok z okresu międzywojennego, w którym znajdowało się jedno z dwóch mieszkań Laury. Od strony ulicy Sejmowej weszli na podwórze i, trzymając się za ręce, wciąż w milczeniu, otworzyli drzwi na klatkę schodową. Żadne z nich nie zwróciło uwagi na stojący w głębi ulicy, ciemny, niewyróżniający się niczym samochód. Bo też i czemu by mieli, w końcu parkowało tutaj wiele aut.
Tuż po przekroczeniu progu mieszkania Laura skierowała się do maleńkiej garderoby, a potem do łazienki, żeby się przygotować. Paweł również wiedział doskonale, co powinien zrobić. Nie potrzebował już instrukcji i Laura od dawna nie musiała karać go za głupie niedopatrzenia.
Rozebrał się do naga i starannie złożył ubranie. Potem udał się do kuchni, w nadziei, że znajdzie w lodówce coś do jedzenia. Jednym z jego obowiązków było przygotowanie przekąski, a tłumaczenie, że przecież kuchnia świeci pustkami nie stanowiło w oczach Laury żadnego usprawiedliwienia. Oczywiście mógł ją po prostu zapytać. Na pewno by odpowiedziała, a on miałby szansę zrobić po drodze zakupy, nie chciał jednak rezygnować ze słodkiego dreszczu niepewności.
Znalazł czerwone wino, trochę owoców - głównie zielone winogrono i małe, twarde gruszki, a także opakowanie sera pleśniowego. Może wystarczy. A może nie. Spieszył się, układając wszystko na małych talerzykach i nalewając do kieliszka wino. Spodziewał się, co prawda, że Laura nieprędko opuści łazienkę. Na ogół zostawiała mu wystarczająco dużo czasu, ale gdyby szukała pretekstu do wymierzenia kary, wystarczyłoby, żeby wyszła teraz i zastała go nieprzygotowanego. Mogła to zrobić, zdarzyło się to już kilka razy, ale dzisiaj był niemal pewien, że nic takiego się nie stanie. Wyczuwał nastroje Laury na tyle dobrze, by mieć przeczucie graniczące z pewnością, że dziś nie będzie szczególnie brutalna. Mimo wszystko wciąż jeszcze potrafiła go zaskoczyć, więc wolał mieć się na baczności.
Zaniósł wino i jedzenie na stół i zajął się zapalaniem świeczek. Z łazienki dobiegał szum prysznica i nucenie na tyle ciche, że nie dało się rozpoznać melodii. Miał jeszcze około kwadransa. Wystarczy, o ile znów nie pochowała przed nim niezbędnych akcesoriów, jak ostatnio. Szukał ich w panice do ostatniej chwili, wiedząc, co się stanie, jeśli nie znajdzie ich na czas.
Ale nie, nie tym razem. Smycz i szpicruta leżały na swoim miejscu w dolnej szafce komody. Niczego innego tam nie było, co oznaczało, że Laura wcześniej zaplanowała zabawę, wybrała już, na co ma ochotę, a resztę przełożyła w inne miejsce. Teraz wystarczyło tylko zapiąć sobie obrożę na szyi, uklęknąć w kącie pokoju twarzą do ściany, położyć szpicrutę obok, by w odpowiednim momencie, gdy zostanie wezwany, trzymając ją w zębach pełznąć na czworaka i błagać o ból.
Tak, Paweł Eckhart zakończył swoje przygotowania i przyjął ustaloną pozycję, w pełni gotowy do służby.
Wreszcie wszystko było dobrze.


I

13 listopada 2015 r., piątek
DZIEŃ 1


1

Paweł nie mógł się zdecydować, czy jest bardziej zmartwiony, czy zmarznięty. Był skłonny przypuszczać, że tak mniej więcej po równo. Czekał na Laurę już dwie godziny. Jeśli za chwilę zamarznie tu na śmierć, erotyczna niespodzianka, którą dla niej przygotował, raczej się nie uda.
Narzucił koszulę na posiniaczone plecy. Pamiątki po ostatnim wyjątkowo intensywnym seksie powoli zaczynały już żółknąć. Zdecydowanie najwyższy czas na nowe. Niestety, autorce upiornych arcydzieł najwyraźniej nie spieszyło się do domu.
Po raz kolejny wybrał numer jej komórki i po raz kolejny usłyszał, że nie może nawiązać połączenia. Posłał wiązankę przekleństw pod adresem automatycznego głosu i odrzucił ze wstrętem aparat. Ten, ciśnięty na fotel, odbił się od obicia i wylądował na podłodze, prowokując Pawła do wyrzucenia z siebie kolejnego potoku słów powszechnie uważanych za niecenzuralne.
No bo nie było normalne. Jasne, może w przypadku innych ludzi tak, ale Laura nigdzie nie ruszała się bez telefonu i zawsze uprzedzała o możliwym spóźnieniu. Przez sześć lat znajomości nigdy nie wyłączyła komórki bez uprzedzenia i nie spóźniła się, wcześniej o tym nie informując. Paweł wiedział, że traktowała ich związek bardzo poważnie, zresztą jak wszystko. Była najbardziej odpowiedzialną i zorganizowaną osobą, jaką kiedykolwiek spotkał. Czasem bywało to wręcz przerażające.
Tym bardziej teraz nie mógł uwierzyć w to, że ot tak po prostu coś ją zatrzymało. Po tylu latach funkcjonowania jak najnowszej generacji cyborg nagle spóźnia się ponad dwie godziny, zapomniała o naładowaniu telefonu, a zakładając, że faktycznie nie może z niego skorzystać, nie zdołała znaleźć innego sposobu na nawiązanie kontaktu.
Nie. Po prostu - nie!
Coś było nie w porządku, ale zwrócenie się w tej chwili o pomoc z oczywistych przyczyn odpadało. Dorosły człowiek panikuje, bo jego również dorosła dziewczyna spóźnia się dwie godziny z konferencji zorganizowanej w centrum miasta, ledwie kilkanaście minut samochodem od jej domu. Gdyby spróbował komukolwiek to wyjaśnić, wyśmialiby go. Sam by się wyśmiał na ich miejscu.
Niedawno minęło południe, wiatr gnał po niebie ciężkie chmury i zrywał ostatnie liście z drzew. Paweł zapiął koszulę, założył bokserki i dżinsy. Wystarczająco już zmarzł, zresztą nastrój na erotyczne niespodzianki minął mu całkowicie. Nawet gdyby w końcu doczekał się Laury, nie zdołałby już odbudować tego nastroju, w którym znajdował się jeszcze dwie godziny temu. Teraz, stojąc przy oknie w mieszkaniu przy Łącznej, spoglądał na ulicę bez większych nadziei, że dojrzy na niej znajomą sylwetkę. Jakby na potwierdzenie jego złych przeczuć w okna uderzyły pierwsze krople deszczu.
Trzy godziny później całe mieszkanie było dokładnie wysprzątane, koszule uprasowane – wszystkie, nawet te, w których ani Paweł ani Laura od dawna już nie chodzili, a w ustawionym na kuchence gazowej garnku bulgotała leniwie gęsta zupa, do której Paweł wkroił chyba wszystkie warzywa, jakie znalazł w domu. Nie miał pewności, czy to w ogóle będzie zdatne do spożycia, ale nie bardzo się przejmował, bo i tak nie zamierzał tego jeść. Na samą myśl o przyjęciu do wnętrza czegokolwiek jego ściśnięty ze strachu żołądek gwałtownie protestował.
Gdy skończyły mu się produktywne zajęcia, zaczął rozważać zrobienie bałaganu wyłącznie po to, by móc znowu posprzątać. Tylko to pozwalało mu oderwać na chwilę myśli od Laury i jej wciąż wyłączonego telefonu.
Sprawdził, czy komórka działa po ostatnim razie jak nią rzucił. Działała, na szczęście, wybrał więc numer Karoliny, najlepszej przyjaciółki Laury. Trudno, najwyżej uzna go za przewrażliwionego histeryka. Zresztą pewnie słusznie, przekonywał sam siebie, ale jakoś w to nie wierzył.
Odebrała po drugim sygnale.
- Halo? - Głos miała dziwny, trochę stłumiony, jakby niedawno się obudziła, albo płakała.
- Karolina? Cześć, tu Paweł.
- Paweł...?
- Chłopak Laury.
- Tak, tak, oczywiście. Co... Czy coś się stało?
- Nie. To znaczy nie wiem. Możliwe. Czy Laura odzywała się dzisiaj do ciebie?
- Dzisiaj? - Karolina zamyśliła się, jakby nie pytał o bieżący dzień, a o jakiś szczegół sprzed kilku tygodni. - Nie, dzisiaj nie. A czy ona nie jest przypadkiem na tym tam czymś dla psychiatrów?
- Na konferencji. No tak, jest. To znaczy była. Miała wrócić dzisiaj rano i nadal jej nie ma, a ja nie mogę się dodzwonić.
- Trochę to do niej niepodobne, co?
- Nawet bardzo. - Paweł odetchnął z ulgą. Obawiał się, że Karolina nie potraktuje go poważnie, ale ostatecznie przecież ona też znała Laurę. - Myślałem, że może kontaktowała się z Tobą, mówiła, że ma jakieś plany...
- Nie, nie, nic z tych rzeczy. Ale nie ma się czym martwić. Może wymeldowali się z hotelu i poszli jeszcze na miasto czy coś – głos Karoliny wcale nie brzmiał przekonująco.
- Tak, chyba masz rację – odparł Paweł równie niepewnie, podziękował za rozmowę i rozłączył się.
Nie znał Karoliny na tyle, by zwierzyć się jej ze swoich niepokojów, ale poczuł, że ona także się zmartwiła. Od początku była co prawda jakaś nieswoja, jednak po informacjach od niego wyraźnie spochmurniała. Tak czy inaczej, w niczym mu ta rozmowa nie pomogła, a żadna inna osoba, do której mógłby zadzwonić w sprawie Laury nie przychodziła mu do głowy.
Zatem zrobił bałagan.
A potem go posprzątał.

Po południu pojechał na Dąbrowę, do drugiego mieszkania Laury, by sprawdzić, czy aby z jakiegoś powodu nie zaszyła się tam w poszukiwaniu samotności i świętego spokoju, ale jej nie znalazł. Niepozorna kawalerka wyglądała jakby od dawna nikt tam nie przebywał. Paweł wrócił więc na Łączną i ponownie zrobił bałagan, tym razem już nie intencjonalnie, a przy okazji poszukiwania informacji o tym, gdzie została zorganizowana ta cholerna konferencja. Laura intensywnie się do niej przygotowywała i sporo rozmawiali na ten temat, ale jakoś nie mógł sobie przypomnieć, czy choć raz wymieniła nazwę miejsca, w którym to wszystko miało się odbyć.
W hotelu. Na pewno w jakimś hotelu, żeby łatwo dało się połączyć naukowe spotkanie z imprezą integracyjną. Laura uparła się, że wynajmie sobie pokój i nie wróci na noc do domu, bo skoro ma się integrować, to powinna robić to samo, co reszta grupy, a tak się złożyło, że wszyscy pozostali przyjeżdżali spoza Łodzi.
Dzwoniła wczoraj przed imprezą, mówiła, że wszystko w porządku, że hotel może być. Tylko czy wymieniła wtedy nazwę? Czy wymieniła ją kiedykolwiek? Szlag, niemożliwe, żeby ani razu nie nawiązała do tego, gdzie właściwie się wybiera. Hotel w centrum. Tyle wiedział. Doprawdy, szerokie pole manewru. Że też nie zapytał. Ale skąd mógł wiedzieć, że ta informacja okaże mu się potrzebna?
Rozrzucił po mieszkaniu wszelkie możliwe papiery, w poszukiwaniu kalendarza Laury, bądź jakichś notatek. Robił to tylko po to, by nie siedzieć bezczynnie, wiedział przecież, że nic nie znajdzie. Kalendarz Laura miała na pewno przy sobie, podobnie jak wszystko, co związane z konferencją. Nie było powodu, dla którego miałaby zostawiać na wierzchu adres hotelu. Próbował oczywiście wpisać w wyszukiwarkę internetową temat konferencji, ale najwyraźniej było to na tyle kameralne przedsięwzięcie, że niczego nie znalazł.
Przecież nie będzie obdzwaniał wszystkich hoteli w mieście.
A może będzie?
Sięgnął po telefon, ale zamiast szukać w internecie numerów do hoteli, ponownie połączył się z Karoliną. Tym razem czekał długo, ale w końcu raczyła odebrać.
- Czy ona ci mówiła, gdzie to ma być? - wypalił bez wstępów.
- Czy kto mi mówił że gdzie ma być co?
- Cholera, przepraszam... To znowu ja...
- Paweł?
- Yhm.
-Laura się nie pokazała?
- Nie, właśnie dlatego dzwonię. Przypomnij sobie, czy ona ci przypadkiem nie mówiła, gdzie ta cała konferencja miała się odbyć? Nie obiło ci się czasem o uszy, jak się nazywa ten hotel?
- Obiło, owszem - w głosie Karoliny zabrzmiało zdziwienie. - Powiedziałabym ci wcześniej, ale myślałam, że wiesz.

Niecałe pół godziny później wysiadł z taksówki przed hotelem Ibis na Piłsudskiego. Jeszcze chwilę temu myślał, że to doskonały pomysł, teraz natomiast czuł się jak skończony idiota. A co, jeśli po prostu postanowiła zostać jeszcze jedną dobę? Albo poszła zabawić się ze znajomymi? Była wolnym człowiekiem, nie miała obowiązku meldować o każdym swoim kroku, a fakt, że do tej pory zawsze to robiła, wynikał wyłącznie z jej własnej nieprzymuszonej woli. Być może akurat ten jeden raz nie miała ochoty się tłumaczyć, a on przyjechał tu za nią jak jakiś psychopata. I co pomyśli obsługa hotelu, gdy zacznie ich wypytywać o Laurę? Że czubek, prześladowca, zazdrosny świr. Pewnie nawet nie będą chcieli niczego mu powiedzieć.
Stał tak przed wejściem do Ibisa, marznąc coraz bardziej i poważnie zastanawiał się, czy nie wrócić do domu. Zrobiło się już całkiem ciemno, ale jeszcze nie na tyle późno, by na ulicę wylegli imprezowicze spragnieni szaleństw piątkowego wieczoru. Chwilowo przestało padać, powietrze było nieprzyjemnie wilgotne i ciężkie. Ludzie przemykali chodnikiem z rękami w kieszeniach i postawionymi kołnierzami płaszczy, chroniąc się przed lodowatym wiatrem. Niektórzy zerkali na Pawła podejrzliwie, jakby sam fakt, że stoi w miejscu i zdaje się donikąd nie spieszyć, z automatu czynił go jednostką potencjalnie niebezpieczną. Jeśli obsługa hotelu też zwróciła na niego uwagę, zapewne nie zechce w ogóle z nim rozmawiać. Ale skoro już tu przyjechał...
Porzucił wątpliwości i jałowe rozmyślania. Najwyżej każą mu wyjść i nie udzielą żadnych informacji, a Laura, jak dowie się o jego „śledztwie”, nogi mu z dupy powyrywa.
Z tą jakże pocieszającą myślą przestąpił próg hotelu. Zmrużył oczy, oślepiony jasnym światłem, a gdy je otworzył, złowił wyjątkowo ponure spojrzenie recepcjonistki, młodej blondynki z włosami zebranymi w schludny kok. Chwilę później dziewczyna uśmiechnęła się i żądza mordu zniknęła z jej oczu, jakby nigdy jej tam nie było.
- Dobry wieczór, w czym mogę panu pomóc? - Nawet jeśli Paweł chciał wierzyć, że wrogość w jej spojrzeniu była tylko wytworem jego wyobraźni, nie mógł nie zauważyć napięcia w z pozoru uprzejmym tonie dziewczyny.
- Dobry wieczór – powiedział zrezygnowany. - Nazywam się Paweł Eckhart i szukam mojej dziewczyny, która była tu ostatnio na konferencji.
- Nie wolno mi udzielać informacji o naszych gościach – odpowiedziała recepcjonistka, zerkając na niego podejrzliwie. – Ochrona danych…
- Tak, rozumiem – westchnął.
Czego właściwie się spodziewał?
- Jedyna informacja, jaką mogę panu służyć, to ta, że wszyscy goście, uczestniczący w ostatniej konferencji wyjechali, nikogo z nich już nie ma.
Zawsze coś.
Brał pod uwagę, że może usłyszeć coś podobnego, a jednak poczuł głębokie rozczarowanie i strach. Gdyby ją tutaj znalazł, mógłby założyć, że z jakiegoś powodu nie chciała do niego wracać, co było niepokojącą myślą, ale nie aż tak niepokojącą jak ta, że Laura wyszła stąd dzisiaj normalnie i ślad po niej zaginął.
Już chciał podziękować i opuścić hotel, gdy dziewczyna zwróciła się do niego z nagłym ożywieniem.
- Przepraszam, jak nazywa się ta pani, której pan szuka?
W pierwszym odruchu chciał się żachnąć, bo skoro recepcjonistka nie może mu pomóc, to po co drąży temat? W ostatniej chwili ugryzł się w język. Bez powodu by nie pytała. Zwłaszcza po tej całej gadce o ochronie danych.
- Karpińska – odpowiedział ostrożnie. – Laura Adela.
Dziewczyna wyglądała na wstrząśniętą.
- Czy... Czy coś się stało? – wykrztusił Paweł. Obawiał się, że nogi z chwilę odmówią mu posłuszeństwa, a własny głos słyszał jak z oddali.
- Nie... - odpowiedziała z wahaniem recepcjonistka. - To znaczy... tak naprawdę, to nie wiem. Właściwie nie powinnam o tym mówić, ale nie bardzo wiemy, co robić. Może pan…
- O co chodzi? No niechże pani mówi!
Blondynka zastanawiała się jeszcze przez chwilę, ale w końcu podjęła decyzję.
- Pani Karpińska wczoraj wieczorem wyszła, zostawiła w pokoju wszystkie swoje rzeczy i do tej pory po nie nie wróciła. – wyrecytowała beznamiętnie na jednym wdechu, jakby powtarzała wyuczoną formułę. - Nie wiem...
- Nie było jej tu od wczoraj? - przerwał Paweł osłupiały. - O której wyszła?
Recepcjonistka spojrzała na niego niepewnie.
- Według nagrania z kamery chwilę po dwudziestej drugiej – odpowiedziała.
Paweł zamyślił się. Dwie godziny przed opuszczeniem hotelu dzwoniła do niego, mówiła, że właśnie zaczyna się impreza integracyjna, że przez dwa poprzednie dni, podczas części naukowej spotkania, wszyscy byli strasznie sztywni, ale może po paru głębszych się rozkręcą. Sprawiała wrażenie, jakby naprawdę miała ochotę na tę imprezę i zamierzała dobrze się bawić, więc dlaczego już dwie godziny później zrezygnowała z towarzystwa? A nawet jeśli po prostu jej się nie podobało, czemu wyszła na jesienną pluchę, zamiast pójść do pokoju, wziąć prysznic i wskoczyć z książką pod kołdrę? Może przesadziła z alkoholem i chciała ochłonąć? Był to scenariusz najbardziej chyba prawdopodobny, a jednocześnie najbardziej przerażający, bo nie pozostawiał wątpliwości – wyszła pijana w nocy na ulicę i przytrafiło jej się coś złego. Chyba miał już wystarczające powody, by zawiadomić policję.
- Mówi pani, że zostawiła w pokoju wszystkie rzeczy? - zwrócił się do recepcjonistki.
- Chyba większość. Ale zdaje się, że portfel wzięła ze sobą. Zebraliśmy wszystko, bo trzeba było zwolnić pokój, teraz walizka jest w przechowalni bagażu, ale portfel i ewentualne cenne rzeczy chcieliśmy włożyć do sejfu, tylko że niczego takiego nigdzie nie było.
To znaczy, że wychodząc miała ze sobą torebkę. Zabrała ją z przyzwyczajenia, czy w jakimś celu? Miała ją na sali, czy specjalnie przed wyjściem zabrała z pokoju?
- Proszę mi powiedzieć – zagadnął jeszcze raz – czy zanim wyszła, wydarzyło się może coś niecodziennego?
Dziewczyna prychnęła, a na jej twarzy znów pojawił się dziwnie zacięty wyraz.
- A wie pan, że tak – powiedziała wyraźnie zdenerwowana. - Owszem, zdarzyło się.


2

Komisarz Natalia Łagoda zachichotała wdzięcznie i dyskretnie poprawiła obcisłą bluzkę z falbanką. Niepozorna szmatka kosztowała jedną piątą jej wypłaty, a szew drapał gorzej niż ten w domowych getrach, które dawno temu kupiła na rynku. Mogła tylko mieć nadzieję, że znoszenie tej niewygody zaprocentuje atrakcyjnym wyglądem i prawdopodobnie tak właśnie było, wnioskując z rozmarzonego spojrzenia, jakie wbijał w nią siedzący naprzeciwko całkiem przystojny szatyn w okularach.
Poznali się trzy dni temu przez internet, ale Natalia nie miała cierpliwości do wirtualnych randek. Uparcie dążyła do tego, by przenieść znajomość na realny grunt i dopięła swego.
Spotkanie zapowiadało się umiarkowanie ciekawie. Facet miał na imię Adrian i pracował w branży ubezpieczeniowej. Natalia nie potrafiła wyobrazić go sobie w roli aktywnego sprzedawcy. Mówił niewiele, a jeśli już, to nic wybitnie interesującego. Ale z drugiej strony nie wyglądał obrzydliwie, umiał słuchać i, co najważniejsze, był Natalią wyraźnie zainteresowany. Zresztą zawsze istniała nadzieja, że nie jest wcale nudny, tylko uroczo nieśmiały i jeszcze się wyrobi.
Spotkali się oczywiście w Manufakturze. Natalia z zasady nie umawiała się na randki nigdzie indziej, bo stąd miała blisko do domu, co było sprzyjającą okolicznością, niezależnie od przebiegu spotkania. Jeśli jej towarzysz okazywał się kretynem, jak najszybciej wymyślała pretekst, żeby prysnąć i kilka minut później była już u siebie. Ryzyko, że z frustracji zdąży po drodze poderwać pierwszego, który się nawinie, było znacznie mniejsze, niż gdyby mieszkała dalej. Doświadczenie nauczyło ją, że pierwszy, który się nawinie, nigdy nie jest dobrą opcją, a rozczarowanie kolejną znajomością bez perspektyw lepiej przeżywać we własnym łóżku z herbatą i książką, niż w cudzym z, no, z tym cudzem właśnie. I z moralnym kacem. Natomiast jeśli facet wydawał się sensowny, mogła zabrać go do domu na tyle szybko, by zwyczajnie nie mieć kiedy przypomnieć sobie, że jest przecież stateczną i rozsądną kobietą, która absolutnie nie zabiera mężczyzn do domu po pierwszej randce.
W kwestii Adriana nie podjęła jeszcze decyzji, ale skoro do tej pory nie uciekła, wciąż najwyraźniej widziała szansę na owocną znajomość. W neutralnym ale estetycznym wnętrzu restauracji La Vende, w towarzystwie tego małomównego, przystojnego faceta czuła się zaskakująco nieźle i już wiedziała, że nawet jeśli nie wylądują w łóżku, to i tak nie będzie to zupełnie stracony wieczór. Z apetytem zabrała się za pałaszowanie gnocchi z krewetkami, jednocześnie rozwodząc się z przejęciem na temat wystroju sali. Miała problem ze znalezieniem tematu, który nie wiązałby się z jej pracą, bo tak się właśnie złożyło, że o pracy akurat rozmawiać nie chciała.
Mężczyźni z jakiejś przyczyny absurdalnie dużą wagę przywiązywali do faktu, że Natalia jest komisarzem policji i pracuje w wydziale kryminalnym. Na próżno tłumaczyła im, że to przecież praca jak każda inna, i tak traktowali ją, jakby przyleciała z kosmosu. Niektórzy w ogóle nie chcieli się z nią zadawać, innym włączały się perwersyjne fantazje, jeszcze inni wyskakiwali z przestrogami i dobrymi radami dla niej jako kobiety, przyszłej żony i matki. Tylko że Natalia skończyła niedawno czterdzieści lat i nie spodziewała się już zostać matką. Żoną pewnie by i mogła, tylko czyją niby, skoro dookoła same buraki, uważające, że jak kobieta, to już nie może łapać morderców.
Więc w końcu przestała się tym chwalić. Przecież ostatnio i tak szukała głównie przygód na jedną noc, w porywach na dwie, a wysłuchiwanie kazań od przygodnego kochanka zdecydowanie nie mieściło się w jej rozumieniu niezobowiązującego seksu. Adrianowi też zełgała coś niezbyt przekonująco, dodała, że nie lubi swojej pracy i poprosiła, by o niej nie rozmawiali. Prawda była jednak taka, że o niczym innym rozmawiać nie potrafiła, dlatego teraz paplała bez ładu i składu, byle podtrzymać konwersację, a Adrian potakiwał uprzejmie, chociaż nie była pewna, czy cokolwiek do niego docierało Jeśli nie docierało, to w sumie mała strata.
- I dlatego naprawdę lubię tu bywać – mało odkrywczo zakończyła swój monolog na temat dekoracji wnętrz. - A ty? Masz jakieś ulubione miejsce w Łodzi?
Zanim zdążył odpowiedzieć, w przepastnej torbie Natalii rozdzwonił się telefon. Wiedziała, że to z pracy. Nikt inny nie dzwonił do niej o tej porze, ani o żadnej innej. Ostatni facet, z którym spotykała się regularnie, wrócił do żony, a przynajmniej tak twierdził. Z tego, co wiedziała Natalia, znalazł sobie po prostu kolejną kochankę i żeby obskoczyć wszystkie, tygodnia by mu nie starczyło, dlatego z którejś musiał zrezygnować. Wolała się nie zastanawiać, dlaczego padło akurat na nią. Tak czy inaczej, od tego niezbyt zresztą bolesnego rozstania, nikt już nie dzwonił do niej prywatnie późnymi popołudniami.
No to po randce, psiakrew!
- Przepraszam – powiedziała i wstała od stolika. - Muszę to odebrać.
Adrian skinął głową wciąż z tym nieobecnym uśmiechem. Natalia przeszła na koniec sali i niechętnie wcisnęła przycisk z zieloną słuchawką. Rzut oka na numer upewnił ją, że nie będzie to przyjemna rozmowa.
- Łagoda, masz trupa! - usłyszała, nim sama zdążyła się odezwać.
- Nie, panie komendancie, mam randkę – odpowiedziała chłodno.
- Rewolucji pięćdziesiąt osiem, przy skrzyżowaniu ze Sterlinga. Jak wejdziesz w bramę, klatka po lewej stronie, drugie piętro.
- Pozwolę sobie nieśmiało napomknąć, że nie jestem dzisiaj na służbie - warknęła bynajmniej nie nieśmiało.
- Ale to jest twój trup.
Cholera jasna!
Jej trup.
Poczuła na plecach lodowaty dreszcz.
- Dzwoń do Wilińskiej, Jerzmanowską i Kozieradkę już powiadomiłem.
Natalia jęknęła. Perspektywa spędzenia najbliższych kilku godzin w towarzystwie prokuratora Kozieradki stanowiła gwóźdź do trumny jej dzisiejszego dobrego samopoczucia.
- Jadę – rzuciła tylko i rozłączyła się bez pożegnania.
Trudno, nie będzie ten, to będzie następny. I tak żaden cud z tego Adriana.
Wróciła do stolika i znalazła portfel. Fakt, zrujnowała facetowi wieczór, w ramach rekompensaty może podzielić się rachunkiem.
- Muszę lecieć – powiedziała i położyła banknot na stole. - Praca.
Zdziwił się. No pewnie, że się zdziwił, a co miał zrobić? Powiedziała mu, zdaje się, że jest księgową w biurze.
- Jak to: praca? - wykrztusił. - Przecież...
- Naprawdę nie mam czasu, przepraszam – porzuciła sztucznie słodki, kokieteryjny ton, którym szczebiotała od początku spotkania. - Trup mi stygnie.
Nie czekając na reakcję, pospiesznie opuściła restaurację. Biegła na tyle szybko, na ile było to możliwe w butach na obcasie i wąskiej spódnicy. Nie przejmowała się zakładaniem płaszcza, i tak miała się za chwilę znaleźć w ciepłym wnętrzu samochodu. Przeszła na drugą stronę Zachodniej i już była przed swoim blokiem. Przez chwilę zamierzała wejść na górę i się przebrać, ale uznała, że nie warto tracić czasu.
Jej trup. Kurwa mać!
Manewrując na zapchanym parkingu usiłowała bezkolizyjnie wyjechać swoją toyotą na ulicę, a jednocześnie uparcie odsuwała od siebie wyrzuty sumienia. Tak, to prawda, że nie spędzała każdej wolnej chwili nad aktami. Tak, wyszła, żeby się zabawić, a ten zwyrodnialec znowu zabił. Może akurat wtedy, gdy szykowała się w łazience, próbując tak dopasować nową bluzkę, żeby szew jak najmniej drapał. Może w czasie gdy szła na umówione miejsce z słuchawkami w uszach, nucąc beztrosko jakąś skoczną piosenkę. Może, ale co z tego? Czy gdyby siedziała w domu, albo na komendzie i lamentowała nad okrucieństwem tego świata, psychopata przemyślałby swoje postępowanie i postanowił się nawrócić? To chyba mało prawdopodobne. Więc dlaczego czuła się, jakby popełniła taką samą zbrodnię, jak ten zwyrodnialec, który torturował i zamordował kolejną, trzecią już osobę?
Włączyła zestaw głośnomówiący i wybrała numer.
- Ostrzegam cię, że jeśli znowu dzwonisz do mnie, żeby omawiać pozycje seksualne z Dalekiego Wschodu, to cię normalnie...
- Nie, nie, Irma, nie tym razem niestety, to kiedy indziej. Nasz psychol znowu się uaktywnił.
Natalia usłyszała, jak partnerka z sykiem wciąga powietrze.
- Jesteś pewna, że to on?
- Skoro stary tak mówi... Osoba, która złożyła zawiadomienie, musiała podać jakiś charakterystyczny element jego modus operandi. Zresztą zaraz się przekonamy. Róg Rewolucji i Sterlinga. Ja już jestem w drodze. Patolog i prokurator też jadą.
- Nie może mnie tam zabraknąć – starsza aspirant Irma Wilińska westchnęła ponuro. - Magda będzie musiała położyć chłopaków spać. Znowu im naopowiada jakichś strasznych bajek i będą się bali. Już i tak muszę zastawiać szafę krzesłem.
- Wasze chłopaki są twarde, nie dadzą się potworom z szafy. Czekaj, muszę kończyć, ktoś się próbuje do mnie dodzwonić. Może to stary z nowymi rewelacjami.
- W porządku, do zobaczenia na miejscu.
Ledwie zakończyła połączenie, sygnał zabrzmiał znowu. Nie rozpoznała numeru.
- Łagoda, słucham – rzuciła sztywno.
- Że co ci stygnie?
- Że co mi... Adrian? Skąd masz mój numer?
- Dałaś mi przed spotkaniem, jakbyśmy w razie nie mogli się dzisiaj znaleźć. To było wczoraj. Masz sklerozę?
-Nie wiem – mruknęła roztargniona. - Może.
- Więc... co takiego ci stygnie?
- Zwłoki.
- Zwło...
- Tak! - przerwała mu ostro. Dojeżdżała właśnie na miejsce i nie bardzo miała czas na gierki i podchody. - Skłamałam, nie pracuję w żadnym biurze, jestem policjantką i właśnie idę oglądać miejsce zbrodni, więc pozwól, że...
- Jesteś policjantką? - zapytał z niedowierzaniem. - Fantastycznie!
- Mój były mąż z początku też tak twierdził, ale szybko zmienił zdanie.
Sprawnie zaparkowała przy Rewolucji, pomiędzy dwoma radiowozami. Na ulicę wyległo sporo osób, choć jeszcze nie można było mówić o tłumie. Wysiadła i zaczęła lawirować między nimi. Odłączyła zestaw głośnomówiący i teraz kurczowo przyciskała telefon do ucha, żeby słyszeć coś w tym gwarze.
- Dlatego mi nie powiedziałaś? - zapytał Adrian. Nie wydawał się oburzony jej kłamstwem.
- Nie wiem – odburknęła całkiem już rozdrażniona. - To nie jest dobry moment na rozmowę. Trup...
- Trup poczeka. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby się okazało, że gdzieś mu się spieszy – w głosie Adriana zabrzmiało rozbawienie.
Natalia pomyślała, że może za szybko spisała go na straty.
- Zadzwoń później – powiedziała tylko. Przerwała połączenie i weszła w bramę pod numerem pięćdziesiątym ósmym.
Podwórko wyglądało wyjątkowo przygnębiająco. Choć może wcale nie tak wyjątkowo, biorąc pod uwagę, że podobnie wyglądała większość łódzkich podwórek-studni, ze wszystkich stron otoczonych odrapanymi, ponurymi murami kamienic, z trzepakiem i śmietnikiem w charakterze jedynych atrakcji. Tutaj obok śmietnika stał jeszcze upiornie brudny, zarwany tapczan, po którym z dzikim piskiem skakało kilkoro dzieci. Spychały się wzajemnie z zaimprowizowanej trampoliny, w głębokiej pogardzie mając względy bezpieczeństwa. Niefortunny upadek, płacz i zbieranie zębów z brudnego chodnika pozostawały tylko kwestią czasu, ale nikt ze zgromadzonych na podwórzu dorosłych nie wydawał się tym przejmować.
Z uchwyconych w przelocie strzępów rozmów Natalia wywnioskowała tyle tylko, że nikt niczego nie widział i nie słyszał.
- Tak tuż pod nosem sąsiadów zamordowany!
- I to we własnym mieszkaniu!
- I jak ma się człowiek gdziekolwiek czuć bezpiecznie w tych czasach?
Jakby w jakichkolwiek innych mógł, pomyślała cierpko komisarz.
- I komu ten chłopak przeszkadzał? Zawsze taki grzeczny był...
- A bo to nigdy nie wiadomo, co w człowieku siedzi. Pewnie się zadał z jakimś szemranym towarzystwem.
- To przez narkotyki wszystko. Taka ta młodzież teraz...
Że aż trzeba ich zabijać, dokończyła w myślach Natalia i z niesmakiem pokręciła głową. Na razie jeszcze nikt nie skojarzył tego morderstwa z dwoma poprzednimi, o których rozpisywała się prasa, ale komisarz nie łudziła się, że zdołają zachować to w tajemnicy. Wybuchnie panika i policja jak zawsze oberwie po dupie. Poniekąd słusznie, bo prawda była taka, że nie mieli na zwyrodnialca kompletnie nic. Żadnego punktu zaczepienia, żadnej najdrobniejszej wskazówki. Od niemal sześciu miesięcy stali w miejscu, mogąc tylko obłudnie zapewniać opinię publiczną, że sprawdzają wszystkie tropy i robią co w ich mocy.
Natalia przywitała się z dwoma technikami, stojącymi przed klatką.
- To on? - zapytała, chociaż wiedziała, jaką usłyszy odpowiedź.
Obaj mężczyźni skinęli głowami tym samym oszczędnym ruchem.
- Potwierdzenie to formalność – mruknął ponuro młodszy. - Wszystko jak zwykle. Jerzmanowska i ten cały Kocimiętka są już na górze.
- Kozieradka – poprawił go drugi.
- Mówię przecież.
- A Irma...?
- Jestem, jestem! - Starsza aspirant Wilińska wbiegła zdyszana na podwórze. Ubrana była jak zwykle w za duży płaszcz, workowate spodnie i glany, zdecydowanie pamiętające lepsze czasy. - Ej, gówniarzeria! – ryknęła na wstępie. - Co wy tam wyprawiacie, jedno z drugim, na tym tapczanie? Zaraz któreś zleci i kły sobie wychlaśnie! Jazda mi do domu, grzeczne dzieci o tej porze śpią!
Któraś z matek usiłowała zaprotestować przeciwko takiej bezczelności, ale Irma pomachała jej przed nosem odznaką i warknęła coś o interwencji prewencyjnej.
Natalia uśmiechnęła się pod nosem.
- Potwory spod łóżka wygnane? - zagadnęła, gdy partnerka podeszła bliżej.
- Z szafy, moja droga. Są na etapie potworów z szafy. Ale Magda obiecała, że wystruga im kołki i nauczy, jak najskuteczniej wbijać je w serce.
Natalia nie po raz pierwszy pomyślała, że nie zna dziwaczniejszej i szczęśliwszej rodziny niż Irma, Magda i ich dwaj nie-bliźniaczy synowie. Kobiety poznały się, gdy obie były w ciąży i zakochały w sobie od razu. Urodziły w odstępie kilku dni, a teraz wspólnie wychowywały dwóch uroczych chłopców z ponadnormatywnie rozwiniętą wyobraźnią. To, że Irma pracowała w wydziale kryminalnym, a Magda w domu pogrzebowym nie stanowiło żadnej przeszkody w zgodnym i pełnym miłości pożyciu, przynajmniej dopóki Kajetan i Emil nie zamierzali używać swoich kołków i pozostałych zaimprowizowanych rodzajów broni do celów innych niż straszenie potworów z szafy.
- Może nam też przydałby się jakiś kołek – westchnęła Natalia i weszła na obskurną klatkę schodową.
- Nie wiem, czy na te prawdziwe potwory to działa – odpowiedziała ponuro Irma, podążając za nią po drewnianych, niebezpiecznie śliskich schodach.
- Tak czy inaczej, żeby to sprawdzić, najpierw trzeba je złapać.
Zagrodzone taśmą drzwi mieszkania na drugim piętrze sprawiały upiorne wrażenie. Natalia nie sądziła, by mogła kiedykolwiek przyzwyczaić się do tego widoku. Dowolne miejsce, w którym ludzie przebywają, żyją, śmieją się, bawią i płaczą, oplecione tą wstęgą zmieniało się w teren skażony śmiercią.
Policjantki wpisały się do zeszytu wejść, założyły lateksowe rękawiczki, ochraniacze na buty, i przeszły pod taśmą do wąskiego, ciemnego przedpokoju, w którym nie było nic, prócz staroświeckiej komody z lustrem. W ścianę pokrytą obłażącą, wzorzystą tapetą wbito kilka gwoździ. Na jednym z nich powieszona była za kaptur ciemna, pikowana kurtka, z całą pewnością męska, podobnie jak jedyne buty, zrzucone byle jak tuż obok zmiętej szmatki, na której chyba teoretycznie powinny stać.
Kobiety przeszły do pokoju umeblowanego równie ubogo, acz zadziwiająco czystego jak na siedzibę młodego mężczyzny, który, jak wszystko wskazywało, żył samotnie. Zastały tam fotografa, dwóch techników i prokuratora Kozieradkę, który od wejścia obrzucił je nieprzychylnym spojrzeniem.
- Nie spieszyło się paniom – burknął zamiast powitania chwilę po tym, jak Natalia skończyła mówić to zdanie w myśli. Spotkała prokuratora zaledwie kilka razy, a już wiedziała, czego może się po nim spodziewać, czyli że konkretnie niczego dobrego.
Kozieradka miał prawie pięćdziesiąt lat i szczególną fizjonomię, sprawiającą, że jego oblicza nie można było zapomnieć, choć dla własnego zdrowia psychicznego bardzo się chciało. Poszczególne elementy twarzy zwyczajnie nie pasowały do siebie i Natalia, patrząc na niego, nie mogła pozbyć się wizji pozszywanego ze skrawków ciał potwora Frankensteina.
- Też mi niezmiernie miło pana widzieć w tych jakże pięknych okolicznościach przyrody. - Uśmiechnęła się.
Razem z Irmą podeszły do ciała, omijając pozostawione przez techników oznaczenia.
- Mężczyzna, jak widać, rasy białej, jak też widać, między dwudziestym piątym a trzydziestym piątym rokiem życia. Prawdopodobna przyczyna zgonu to uduszenie, ale stuprocentowo pewna będę dopiero po sekcji.
Funkcjonariuszki odwróciły się jednocześnie na dźwięk znajomego głosu. Doktor Berenika Jerzmanowska stała w drzwiach i patrzyła na nie bladymi, wyłupiastymi oczami.
- Liczne ślady tortur na ciele – kontynuowała beznamiętnie. - Tu też Ameryki nie odkryłam, wszystko macie przed oczami. To samo, co u poprzednich. Odbył również stosunek analny, nie wiemy, czy za przyzwoleniem, czy nie, za to na pewno z prezerwatywą. Brak charakterystycznych śladów świadczących o stawianiu oporu, ale mógł być skrępowany, gdy go gwałcono. Zasinienia na kostkach i nadgarstkach...
Natalia przestała słuchać. Nie musiała. Widziała to już wcześniej dwukrotnie i nigdy nie chciała zobaczyć ponownie. Wpatrywała się w rozciągnięte na podłodze nagie ciało, które sprawca zmienił w dzieło szalonego abstrakcjonisty. Okaleczenia wydawały się zupełnie przypadkowe. Niektóre były powierzchowne, inne bardzo głębokie. Nic, co świadczyło o tym, że w sposobie zadawania cierpień ofiarom kryła się jakaś wskazówka, zamysł czy przesłanie, pozwalające zidentyfikować mordercę, albo chociaż zrozumieć, o co mu chodzi, o ile o cokolwiek.
Jezu, co musi siedzieć w głowie człowieka, który robi takie rzeczy?!
- Jak długo tu leży?
- Dwa dni, nie dłużej.
- Ślady włamania?
Prokurator pokręcił głową.
- Nic, tak samo, jak poprzednio. Prawdopodobnie sam wpuścił do domu mordercę, który po wszystkim najspokojniej w świecie wyszedł z mieszkania, dokładnie zamykając drzwi kluczem ofiary. Nieszczęśnik mógłby tu leżeć aż do dnia sądnego.
- Kto go w ogóle znalazł?
- Właściciel mieszkania. Przyszedł po czynsz. Byli na dziś wieczór umówieni, ale gdy zapukał, nikt mu nie otworzył. Twierdzi, że miał złe przeczucia i dlatego wszedł do środka, ale na mój gust po prostu wystraszył się, że facet zwiał i mu nie zapłaci.
- No to dużo się nie pomylił, przynajmniej w kwestii płatności – mruknęła Irma. - Gdzie on teraz jest?
- Na dole w radiowozie. Próbuje dojść do siebie. Pogadamy z nim, jak tu skończymy, ale nie sądzę, żeby miał coś ciekawego do powiedzenia. - Prokurator westchnął ciężko. Wyglądał jakby chciał jeszcze coś dodać, ale się powstrzymał.
- Kimkolwiek on jest, nie przestanie. - Komisarz pomasowała skroń, czując nadchodzącą migrenę. - Zabije znowu, sterroryzuje całe miasto, a na nas gazety nie zostawią suchej nitki. To się musi skończyć.
- Mnie to mówisz? - Irma uważnie rozglądała się po pokoju. - Cholera, tu nic nie ma. Gdyby nie to, że niektórych z tych obrażeń nie mógł zadać sobie sam, pomyślałabym, że nikogo oprócz niego tu nie było. Jeśli znaleźliby go powieszonego, z miejsca przyjęłabym teorię o samobójstwie.
Natalia zastanowiła się nad słowami partnerki. Faktycznie, zbrodniarz we wszystkich przypadkach miał sposobność, by upozorować samobójstwo, a nigdy tego nie zrobił, więc być może w sposobie zadawania śmierci należało jednak dopatrywać się wskazówki...
Zanim zdążyła pociągnąć dalej tę myśl, zabrzęczała jej komórka. Chwilę później rozdzwoniły się telefony prokuratora Kozieradki i doktor Jerzmanowskiej. Wszyscy troje popatrzyli po sobie zdezorientowani i jednocześnie odebrali telefony. Chwilę później zakończyli rozmowy. Stali w milczeniu nad ciałem, pośrodku pokoju, żadne z nich nie chciało być tym, które odezwie się pierwsze.
- Może mnie tak ktoś oświeci? - rzuciła z przekąsem Irma. Najpewniej i tak się domyśliła, ale nie chciała przyjąć do wiadomości, póki nie usłyszy na własne uszy.
- Mamy następnego – wykrztusiła w końcu Natalia, potwierdzając najgorsze przeczucia partnerki.


* * *
09 lipca 2015
CZTERY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ


Laura
Od pewnego czasu zapisuję różne rzeczy. Nie takie zwykłe, codzienne rzeczy, jak lista zakupów, czy notatki w kalendarzu. Od pewnego czasu zapisuję niemal wszystko, co robię, gdzie odkładam przedmioty, w jakim stanie zostawiam mieszkanie i gabinet, gdy z nich wychodzę. Ostatnio robię też zdjęcia, bo któż lepiej ode mnie wie, jakie figle może płatać człowiekowi pamięć.
Specjaliście wcale nie jest tak łatwo przyznać się, że ma jeden z tych problemów, z którymi codziennie spotyka się u pacjentów. Jakoś na co dzień nie myślimy o tym, że przecież jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy i że choroba, że to coś, co potocznie zwykło się nazywać szaleństwem, w każdej chwili może dotknąć i nas.
A może to tylko ja tak mam? Może to tylko ja jestem tak zadufana w sobie, by sądzić, że obłęd mi nie grozi?
Jeśli tak, to cóż, rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię.
Skoro trudno mi przyznać samej przed sobą, że coś jest nie tak, raczej nie popędzę ochoczo do kolegi po fachu, by zwierzyć mu się i wypłakać w rękaw. Oczywiście poszukam pomocy, kiedy przyjdzie na to czas, ale na początek chcę sprawdzić, na ile faktycznie mam powody do obaw.
Dlatego od pewnego czasu zapisuję różne rzeczy.
Wcześniej używałam w tym celu tego, co akurat wpadło mi w ręce – luźnych kartek, wewnętrznej strony okładki od zeszytu, albo ulotki reklamowej, a same notatki miały formę zapisków-przypominajek: gdzie co położyłam, w jakich miejscach byłam, z kim danego dnia rozmawiałam. Po każdorazowym zweryfikowaniu listy po prostu ją wyrzucałam. Od teraz będę zbierać notatki w jednym miejscu, w jednym zeszycie, żeby mieć pewność, że nie umknie mi żaden szczegół, a także postaram się wyjaśniać i komentować wszelkie niezgodności.
Bo tak, pojawiały się niezgodności między tym, co zapisałam, a tym, co zastawałam później, albo słyszałam od innych ludzi. Nie przypominam sobie wizyt w kilku miejscach i nawet jednej całej rozmowy telefonicznej. A przecież miałam na kartce zapisany cały przebieg dnia, godzina po godzinie...
Zaczynam się poważnie niepokoić, ale zanim cokolwiek postanowię, utrwalę na piśmie wszystko, co się ze mną dzieje. Może dzięki temu sama uporządkuję sobie w głowie pewne rzeczy. Na razie nie chcę niepokoić Pawła, ale jeśli będę już musiała mu powiedzieć, chcę wszystko wytłumaczyć najlepiej, jak to tylko możliwe.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1777
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 16 maja 2017, 14:54

Od razu zaznaczam, że czytelnikiem kryminałów nie jestem. I to nie to nawet, że nie lubię, bo nie wiem, czy nie lubię ^^ Ot, kiedyś jakiś zaczęłam, nie chwyciło mnie, a że jestem typem, który nie czuje przymusu kończenia zaczętych książek, po prostu podziękowałam i jakoś potem nie wróciłam do konwencji, bo uznałam, że może niekoniecznie dla mnie. Więc moje komentarze będą takimi komentarzami naiwniaka-żółtodzioba. Nie wiem, może faktycznie będziesz sięgać po jakieś chwyty i zagrania, które powinnam wyłapać, ale zapewne tego nie zrobię. No, natomiast mogę pisać ogólnie, jak o wiosennym pisaniu :D

Pamiętam, jak mówiłaś, że boisz się tej pierwszej sceny, bo ma być seks i to jeszcze sado-maso, a Ty seksów nie piszesz. I faktycznie - seksu jako takiego nie ma, nie ma nawet klasycznego zbliżenia na żyrandol XD Natomiast - wydaje mi się - jest Twój lęk. W moim odczuciu to najsłabsza scena wstawki. Coś jest w stylu, w sposobie pisania. Coś sztywnego, co każe Ci sięgać po dość prostą gramatykę i po prostu opisywanie zdarzeń. I OK, ja wiem, styl wiosny jest transparentny, rzeczowy i konkretny, i to jest super, to jest dla Ciebie charakterystyczne i bardzo to lubię, bo zwykle nie mam przy okazji wrażenia nadmiernej prostoty. Potrafisz tak zakręcić słowami, że z jednej strony niby czytelnie przekazujesz treść, a z drugiej, między wersami utykasz całą resztę. Emocje, klimat, sugestie, nieoczywiste informacje. I potem widać, że wracasz na swoje tory, ale nie w tym prologu. Usztywniłaś się i zdenerwowałaś, i moje odczucia to chyba nie tylko efekt tego, że znam historię tego prologu. Wydaje mi się też, że ciut za szybko zdezerterowałaś z tej sypialni. I nie chodzi mi o opisywanie samego aktu, a przynajmniej nie finału tego aktu. To mogłoby być niepotrzebne. Ale Ty często pokazujesz postaci nie przez to, co myślą i czują, a przez to, co robią i mówią - w tym także relacje między nimi. Tymczasem mamy Pawła i Laurę, parę kluczową dla intrygi, jak się zdaje, ale widzimy ich, kiedy jadą samochodem i milczą, a potem milczą jeszcze trochę, a potem Laura jest już w łazience, a Paweł się krząta. Jego zachowanie, jego myśli coś tam mówią, ale chyba chciałabym jeszcze przez chwilę widzieć ich razem. Tak czuję, że coś cennego mi umknęło. No ale autorem jesteś Ty, wiesz lepiej i być może wcale nie umknęło. Niemniej mam takie wrażenie, że mogłam się ciut bardziej w tę parę zaangażować, a tak są dla mnie na razie przypadkiem dość odległym, zwłaszcza że nie mam szans się z którymkolwiek zidentyfikować, przyjmuję ich zachowanie, ale go nie rozumiem, bo po prostu inne planety. I może gdybyś mi pokazała trochę więcej, trochę więcej bym zrozumiała.

Drugi wątek wywołał we mnie więcej emocji. Też odrobinę dlatego, że pamiętam Natalię z fragmentów na NaNoForum i może też ze Sztambucha i wywołała we mnie parę ciepłych uczuć. Lubię ją jako postać. Na starcie mój mózg dał jej tymczasowy kostium szczebioczącej psiapsióły głównej bohaterki telenoweli - strzelam, że przez tę obcisłą bluzkę z falbanką ;) I wiem, że to kostium fałszywy i zaraz mi przejdzie, ale takie skojarzenie gdzieś mi ją przesunęło po spektrum w kierunku postaci komicznej, więc w ogóle patrzyłam na nią przez palce. Mocny kontrast z Pawłem, to na pewno. Ona wydaje się mega ekstrawertyczna (i to może z czasem zacząć mnie w niej wkurzać), taki kolorowy ptak, który najpierw wlezie w kałużę, a potem przypomni sobie, że nie ma kaloszy. A Paweł wszystko musi przeanalizować, jest taki niepewny, jakby potrzebował przyzwolenia nawet na wydmuchanie nosa. To mi się rzuciło w oczy na początku. O pozostałych postaciach nie potrafię się jeszcze jakoś szerzej wypowiedzieć, ale na pewno intrygująca wydaje się Magda, a Adrian to całkiem sympatyczny gość, choć naszkicowany przez oczy Natalii, więc dość powierzchownie, bo z założeniem, że to raczej tak na raz. No ale wiadomo, że z wiosną bohaterowie nie są na raz ;)

Fajny zabieg z tą notatką na końcu, chociaż wniosków jeszcze nie wyciągam. To znaczy miałam tam jakieś głupie pomysły, ale, jak wspomniałam, kryminałów nie czytam, więc oczywiście łatwo mnie nabrać, poza tym, gdybym po pierwszym rozdziale była w stanie podać dobrą teorię, to byłoby chyba źle. No ale ofkoz, było, że może Adrian jest mordercą, że może Ardian będzie następną ofiarą, żeby trochę wejść Natalii na psychę, że może to Laura - ha, ha - jest mordercą i nie pamięta, że morduje. Nie no, coś jednak z tych zagrań mi się musiało przebić do mózgu - że prokurator musi być niesympatyczny i jakiś koślawy XD

Tyleż. Nom. Tytuł zarąbisty.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 16 maja 2017, 23:34

II
14 listopada 2015 r., sobota
DZIEŃ 2


1

Paweł nerwowo skubał brzeg koszuli. Ręce drżały mu tak bardzo, że nie odważył się nawet sięgnąć po kawę, którą przyniósł mu ponuro wyglądający policjant, choć kawa zdecydowanie była tym, czego teraz potrzebował.
Po rewelacjach hotelowej recepcjonistki zadzwonił od razu do Karoliny. Pomyślał, że pewnie chciałaby wiedzieć i nie pomylił się. Z przejęciem zaproponowała pomoc w poszukiwaniach. Obdzwonili wszystkie szpitale – bez skutku. Całą noc jeździli więc po mieście samochodem Karoliny i odwiedzali wszystkie miejsca, jakie przyszły im do głowy w związku z Laurą. Ta oczywiście od dawna mogła być już poza Łodzią, ale w takim wypadku tym bardziej nie mieli żadnego punktu zaczepienia. W międzyczasie dzwonili, do kogo się tylko dało, bez wyrzutów sumienia wyrywając ludzi ze snu.
Dla dobra sprawy Paweł skontaktował się nawet z rodzicami Laury, od których usłyszał tyle, że ich córka najpewniej zmądrzała i zostawiła go w końcu, bo przecież od lat jej powtarzają, że taki gówniarz i darmozjad... Odłożył słuchawkę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego potem mógłby żałować.
Rozmowa z jego własnymi rodzicami nie przebiegła wiele lepiej. Co prawda nie sądził, by wiedzieli coś na temat Laury, ale i tak wolał się upewnić. Usłyszał oczywiście spodziewane „a nie mówiłam”, na wypowiedzenie którego jego matka czekała tyle czasu. No jasne, że uciekła, to się tak musiało skończyć, niczego innego nie można się było przecież spodziewać po takiej zarozumiałej burżujce! Uznał, że rozsądniej będzie zakończyć rozmowę, zanim udusi pierwszą osobę, która mu się nawinie pod rękę, jako że matki akurat z przyczyn logistycznych nie mógł.
Wszystko na nic. Laura zapadła się pod ziemię. W jednej chwili bawiła się na imprezie integracyjnej, w drugiej wyszła, niemal tak, jak stała, i ślad po niej zaginął.
Nad ranem wyczerpali z Karoliną wszystkie pomysły, więc gdy tylko się rozwidniło, Paweł z czystym sumieniem poszedł na policję, by złożyć zawiadomienie o zaginięciu.
Z jakiegoś powodu spodziewał się ciężkiej przeprawy – upokarzających insynuacji, jakoby jego dziewczyna zabalowała z kochankiem, pełnych nieszczerego żalu wyjaśnień, że nic nie da się zrobić, bo Laura jest dorosła i może sobie chodzić gdzie chce, kiedy chce i nikomu nie musi się z tego tłumaczyć. Ale nie, nic z tych rzeczy. Policjanci potraktowali zgłoszenie poważnie, szczególnie gdy usłyszeli o pozostawionych w hotelu rzeczach, o nagłym opuszczeniu sali, w której odbywała się zabawa, a także o tym, co wczoraj wieczorem powiedziała Pawłowi naburmuszona recepcjonistka.
Trudno się dziwić, że dziewczyna miała wtedy zły nastrój. Zapytana o niecodzienne zdarzenia związane ze zniknięciem Laury rozgadała się, głównie pomstując na kolegę, który miał tego wieczora przyjść do pracy na nocną zmianę.
- Wczoraj wieczorem pracowaliśmy razem – opowiadała. - Pomagaliśmy obsługiwać imprezę, właśnie tę, z której ta pani wtedy wyszła tak nagle. Jeszcze mu przypomniałam, że następnego dnia też przychodzi na nocną zmianę, bo się zamieniliśmy. Obiecał, że przyjdzie, a dzisiaj dostałam wiadomość, że się nie pojawił i nie odpowiada na telefon, więc musiałam zrezygnować z ważnych planów i wziąć za niego tę zmianę!
Paweł rozumiał rozgoryczenie dziewczyny, ale nie bardzo dostrzegał, jaki związek miało to wszystko z Laurą.
- Hm, tak... - spróbował nieśmiało przerwać tyradę rozgoryczonej recepcjonistki. - Tylko że...
- Nie wiem, co się stało – kontynuowała, jakby go nie usłyszała. - Ale to może mieć związek z tą kobietą. Jak pan tak teraz mówi, to wydaje mi się... - urwała raptem.
- Tak? - Paweł na wzmiankę o Laurze wzmógł czujność.
- Nie wiem... - dziewczyna wyraźnie się wahała. - Może ja coś wymyślam? To może być tylko zbieg okoliczności...
- Ale co?
Nieważne głupoty to potrafiła wygłaszać pełnymi zdaniami, a jak wreszcie przeszła do rzeczy, to nagle jakby języka w gębie zapomniała, wściekał się Paweł w myśli. Zgodnie z prawidłami kryminalnej intrygi powinna jeszcze teraz paść trupem na miejscu i zabrać swoją tajemnicę do grobu!
- Proszę powiedzieć – zachęcił ją, próbując nie okazać irytacji. - Niewykluczone, że to ważne. Odkąd Laura stąd wyszła, nikt jej nie widział, więc to, co się działo przed wyjściem może mieć znaczenie. Zresztą policja i tak panią o to spyta, kiedy zaczną jej szukać.
- Tak, pewnie tak.
Nie no, szlag mnie trafi, pomyślał Paweł, bo dziewczyna po wygłoszeniu tej odkrywczej uwagi ponownie zamilkła i wpatrzyła się w przestrzeń, przygryzając wargę.
- Czy może pani powiedzieć, co wydarzyło się na tej imprezie? - poprosił. Tym razem nie starał się ukryć zniecierpliwienia.
- Nie, właściwie to chyba nie.
Paweł zastanowił się przez chwilę, czy jej przypadkiem nie zamordować, ale ostatecznie odstąpił od tego mało szlachetnego zamiaru.
- Przecież mówiła pani...
- Tak, przerwała mu gorączkowo, mówiłam, ale naprawdę to nic konkretnego nie wiem. Tomek, ten mój kolega, rozpoznał tę panią. Powiedział, że chyba ją zna, ale ona nie zwracała na niego uwagi. Zapytałam, kto to taki, ale powiedział tylko, że dalsza znajoma, więc nie wnikałam. Wyglądało na to, że go nie poznała, a on nie zamierzał jej się przypominać, przynajmniej z początku. Trochę się nawet zdziwiłam, bo Tomek jest na drugim roku studiów, ma niecałe dwadzieścia lat, a ta kobieta wyglądała na starszą od niego, no ale przecież nikt nie powiedział, że ludzie mogą mieć znajomych tylko w swoim wieku, prawda?
- Prawda – mruknął Paweł odruchowo.
- No więc wróciłam do pracy, ale on cały czas się na nią gapił, aż go musiałam szturchnąć parę razy i pogonić do roboty, bo autentycznie, mówię panu, stał jak kołek z głupkowatą miną i wlepiał w nią oczy. Jezu, przepraszam! - zreflektowała się. - To pańska dziewczyna, a ja tu opowiadam, że jakiś szczeniak w nią gały...
- Nie szkodzi, nie szkodzi – zapewnił Paweł pospiesznie.
Laura potrafiła robić wrażenie i wlepianie gałów było całkowicie uzasadnione, ostatecznie sam tak zaczynał. Tylko skąd ten wlepiacz z głupią miną mógł ją znać? Do głowy przychodziła mu tylko jedna odpowiedź.
- Czy pani kolega studiuje?
Zamrugała i spojrzała na niego zdziwiona tym pytaniem.
- Owszem. Technologię żywienia, czy coś takiego, jeśli dobrze pamiętam.
Pudło. W takim wypadku nie mógł być studentem Laury. A szkoda. Wtedy przynajmniej byłby jakiś punkt zaczepienia.
- A czy ktoś z jego znajomych nie studiuje przypadkiem na Uniwersytecie Medycznym? Albo psychologii na Uniwersytecie Łódzkim?
- Aż tak blisko nie jesteśmy, żebym wiedziała dużo o jego znajomych. O nikim takim nie słyszałam, ale to nie znaczy, że nikogo takiego nie ma. Musiałby pan z nim porozmawiać, ale na razie to Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie on się podziewa. - Przypomniała sobie o swojej złości na kolegę i znów zrobiła tę zaciętą minę, którą widział u niej na początku.
- Myśli pani, że dziś nie przyszedł, bo ją zobaczył?
Dziewczyna przekładała jakieś papiery i Paweł pomyślał, że chyba go nie usłyszała, ale zanim zdążył powtórzyć pytanie, odezwała się.
- Nie - westchnęła. - Bo wie pan, on w końcu do niej podszedł i rozmawiali chwilę. Wrócił taki jakiś dziwny, nic mi nie chciał powiedzieć, a zaraz potem ona wyszła. Też wydawała się mocno wzburzona. Nawet bardziej niż on. On był taki, nie wiem... jakby trochę zaskoczony, trochę zawstydzony, czy zły, a ona za to bardzo zdenerwowana. Pamiętam to dokładnie, bo pierwszy raz widziałam Tomka w takim stanie. On się zazwyczaj niczym za bardzo nie przejmuje, a wczoraj zupełnie go nie poznawałam. Poza tym mieliśmy dużo pracy, a on zamiast mi pomagać, snuł się bez celu z tym pustym spojrzeniem i za nic nie mogłam z niego wydusić, co się stało. Mówił, że nic takiego i snuł się dalej. Po imprezie poszedł do domu, ja zostałam do rana. Ta kobieta nie wróciła, a Tomek dziś wieczorem też się nie pokazał. Telefon nie odpowiada... Nie wiem, co o tym myśleć. Dziwne było to wszystko.
Dziwne to mało powiedziane, pomyślał Paweł. Tak bardzo to wszystko było niepodobne do Laury, że zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno to ona była kobietą, o której opowiadała recepcjonistka. Może zamieniła się pokojami z jakąś koleżanką nie informując nikogo, i w recepcji są przekonani, że w hotelu zostały rzeczy Laury Karpińskiej, a tak naprawdę wszystko dotyczy kogoś zupełnie innego.
Co, jak co, ale Laura nie dałaby się wyprowadzić z równowagi jakiemuś dzieciakowi. Wyprowadzanie ludzi z równowagi to była jej specjalność i bardzo nie lubiła jak ktoś jej się wcinał w kompetencje.
- Powtórzy pani to wszystko policji, jeśli będzie trzeba? - zapytał coraz bardziej przygnębioną recepcjonistkę.
- Powtórzę, pewnie – odpowiedziała apatycznie. - Ale żałuję, że nie mogę bardziej pomóc. Myśli pan, że któremuś z nich coś się stało? Albo... obojgu? - Chyba dopiero teraz, rozmawiając z nim, uświadomiła sobie w pełni, jak niepokojąca była cała sytuacja. Chciał ją pocieszyć, ale nie przychodziło mu do głowy nic, co zabrzmiałoby szczerze. Podziękował za rozmowę i natychmiast po wyjściu z hotelu zadzwonił do Karoliny.
I teraz, po nocy bezowocnych poszukiwań, siedział na komisariacie i ledwie żywy dzielił się swoją wyjątkowo skąpą wiedzą z ponurym funkcjonariuszem, tym samym, który przyniósł mu kawę, aktualnie już zimną i nieapetyczną, o ile nalana do papierowego kubka bura breja z automatu w ogóle kiedykolwiek była apetyczna.
Oprócz całej tej historii musiał także dokładnie opowiedzieć o Laurze, a policjant wszystko skrzętnie notował. Zerkał przy tym na Pawła dziwnym, nieodgadnionym wzrokiem, trochę jakby chciał mu coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. Czy to możliwe, żeby wiedzieli już coś na temat Laury, albo jej tajemniczego wieczornego rozmówcy?
Ledwie wyszedł z komisariatu wprost w jesienną mżawkę, zadzwonił telefon. Paweł naderwał sobie kieszeń od kurtki, tak bardzo się spieszył, by wydobyć komórkę, ale gdy zobaczył numer na wyświetlaczu natychmiast opuściła go cała energia. Wiedział, że nie będzie żadnych wieści, za to będą wyrzuty i obraza majestatu. Nie wiedział jeszcze z jakiego powodu, ale to w zasadzie nie miało znaczenia. Korciło go, żeby odrzucić połączenie, ale obawiał się, że potem będzie jeszcze gorzej.
- Halo? - mruknął bez entuzjazmu.
- Czy ty mnie możesz oświecić, czego, do cholery, chciałeś ode mnie wczoraj w środku nocy? Pijany byłeś, czy jak? Może cię to zdziwi, ale normalni ludzie o tej porze już śpią!
- Cześć, też się cieszę, że cię słyszę.
- Bujaj się.
- Ewka, bądź człowiekiem – jęknął.
Prośba ta prawdopodobnie nigdy nie miała zostać spełniona, bo Ewie dalej niż do człowieka było chyba tylko do uprzejmego człowieka. Permanentnie naburmuszona, z jakiegoś powodu akurat Pawła wybrała do tego, by zbierał od niej opieprz za cały świat.
- Sam sobie bądź człowiekiem! Mów, czego chciałeś!
- Na litość boską, przecież odebrałaś wczoraj ten telefon, rozmawiałaś ze mną, więc chyba wiesz, czego chciałem!
- Nie wiem, spałam, odebrałam przez sen! Wiem, że dzwoniłeś, tylko za diabła sobie nie mogę przypomnieć, po co.
Zdziwił się, bo wydała mu się całkiem przytomna, ale wiedział, że istnieją ludzie, którzy wyrwani ze snu potrafią rozmawiać najzupełniej sensownie, a potem w ogóle tego nie pamiętać. Widocznie Ewa do nich właśnie należała.
- Laura zniknęła, pytałem, czy nie wiesz, gdzie może być.
- Nie wiem, gdzie może... - zaczęła swoim zwykłym gderliwym tonem zanim dotarło do niej, co właściwie usłyszała. - Jak to zniknęła?
- Nie wróciła wczoraj z konferencji, jej rzeczy zostały w hotelu, a ona sama rozpłynęła się w powietrzu.
- No nie pierdol! I ty mi to w nocy powiedziałeś, a ja nic? No to musiałam być ładnie nieprzytomna, że po takiej bombie się nie rozbudziłam. Nie sraj żarem, na pewno nic jej nie jest, ale, kurde, niezły numer!
- Mam to traktować jako wyraz troski i współczucia?
- A traktuj, jak tam sobie chcesz.
- Byłem na policji, powiedzieli, że zaczną jej szukać.
- Aż tak? No to niezły gnój. Chcesz, to przyjedź do mnie, pogadamy. Nie robię dzisiaj niczego ważnego, nawlekam tylko koraliki, a to tak debilne zajęcie, że towarzystwo przyda mi się chociażby po to, żeby nie oszaleć.
- Ty już jesteś szalona. - Paweł westchnął ciężko. - Dobra, przyjadę. I tak nie wytrzymałbym sam w domu.
- No to spoko. W najgorszym wypadku oszalejemy razem.
Chwilę później pożałował swojej decyzji, gdy tylko dotarło do niego, że żeby z komisariatu na Wólczańskiej dostać się na Teofilów, gdzie mieszkała Ewka, będzie musiał przejechać pół miasta tramwajem, a nie zabrał ze sobą żadnej książki.
Tak naprawdę miał ochotę na towarzystwo kogoś życzliwego, ale – no właśnie – życzliwego. Po Ewce można było spodziewać się wszystkiego. Niewykluczone, że postara się być miła, ale bardziej prawdopodobne, że swoim zwyczajem wypali coś chamskiego i uszczypliwego. Nie przepadała za Laurą i chociaż pewnie nie życzyła jej źle, powstrzymanie się od niewybrednych żartów mogło być ponad jej siły. Toteż Paweł nie był wcale pewny, czy chce jechać do Ewy. Ale jeśli miałby być ze sobą szczery, czego na ogół starał się unikać, musiałby przyznać, że nie ma nikogo innego, przy kim nie czułby się niezręcznie w tej sytuacji. Ludziom na co dzień bliscy nie znikają w tajemniczych okolicznościach i jeśli komuś coś podobnego się przytrafi, nie bardzo wiadomo, jak się wobec takiej osoby zachować. Gdy Paweł myślał o wspólnych znajomych jego i Laury, o kolegach z uczelni, do głowy nie przyszedł mu nikt, kogo mógłby obarczyć swoim problemem bez wyrzutów sumienia. Co prawda Karolina w nocy nie tylko bardzo pomogła mu w poszukiwaniach, ale także szczerze pocieszała i podtrzymywała na duchu. Możliwe, że wolałby zwrócić się do niej niż do Ewy, ale Karolina miała męża, dwoje dzieci cały dom na głowie. Zamęczanie jej nie byłoby w porządku, zwłaszcza że przecież wystarczająco martwiła się o Laurę i bez jego lamentów. Myślał o tym, że Ewa jest przecież rodzoną siostrą Karoliny, więc może ma choćby śladowe ilości empatii zaszyfrowane w genach, ale nie bardzo w to wierzył.
Poznali się na studiach doktoranckich i szybko stali się bliskimi kumplami, jeśli stopień zażyłości mierzyć liczbą prac, które za nią napisał i fochów, które regularnie strzelała mu bez powodu. Nie powiedziałby, że zupełnie jej nie lubił, ale przyczepiła się do niego jak rzep i czasami naprawdę bywała męcząca. Tylko że teraz, gdy potrzebował pomocy i wsparcia, miał, cholera, tylko ją.
W tramwaju zepsuło się ogrzewanie, przez co było niemal tak samo zimno, jak na dworze. Przynajmniej nic nie siąpiło na głowę, jednakże czterdziestominutowa podróż w przemoczonym płaszczu i tak nie należała do przyjemności. Zbliżała się dziesiąta rano, ale patrząc na wiszące nisko ciemne chmury, równie dobrze można by pomyśleć, że jest wieczór. Deszcz rozpadał się na dobre i gdy Paweł wysiadł przy skrzyżowaniu Aleksandrowskiej i Traktorowej, musiał przeczekać dłuższą chwilę pod wiatą przystanku. Jak zwykle nie zabrał ze sobą parasola, bo uznał, że przecież pada tylko trochę. Teraz trząsł się z zimna, przeklinając w myśli swoją głupotę. W końcu ulewa nieco zelżała, Paweł postawił więc kołnierz płaszcza i z pochyloną głową ruszył niemal biegiem w stronę ponurego bloku, w którym mieszkała Ewa. Prawie wpadł pod samochód, przechodząc przez ulicę. Nie zauważył, że tuż przed jego wejściem na jezdnię, światło zmieniło się na czerwone. Usłyszał tylko głośne trąbienie i odruchowo spojrzał w lewo, by zobaczyć, jak wzburzony kierowca wygraża mu pięścią. Na kolejnych światłach poczekał, owszem, grzecznie, jak kodeks drogowy przykazał, ale najwyraźniej stanął za blisko jezdni. Zorientował się dopiero, gdy został ochlapany od stóp do głów.
Kiedy dotarł wreszcie pod klatkę Ewy, stanowił istny obraz nędzy i rozpaczy. W windzie zostawił po sobie kałużę, niczym ociekająca wodą kreskówkowa postać, a gdy koleżanka otworzyła mu drzwi, zaszczękał tylko zębami i głośno pociągnął nosem.
- Jezu, wyglądasz jak gówno – mruknęła Ewka z dezaprobatą.
Nie był w nastroju na sprzeczkę, zresztą miała przecież rację, przemilczał więc to niecodzienne powitanie. Jak na nią i tak nie było źle.
- No i co ja mam zrobić z tobą, co? - spytała kwaśno.
- Dobić – jękną.
- Okej.
Zdjął buty i płaszcz, ale nie wszedł do pokoju, zbyt przemoczony, by poruszać się swobodnie.
Ewa zniknęła w głębi mieszkania, a po chwili wróciła, niosąc ręcznik i szarą, dresową bluzę.
- Nie mam w domu męskich ciuchów – powiedziała. - Masz, wytrzyj się. - Rzuciła mu ręcznik.- Potem możesz sobie tym zasłonić tyłek. Jak nie chcesz paradować z gołą klatą, załóż bluzę. Może być trochę za mała. Doprowadź się do porządku, a ja zorganizuję jakąś herbatę, czy coś.
Paweł wolał nie myśleć, czym właściwie może być „czy coś”. Wymruczał podziękowanie i zniknął w łazience. Zdejmując mokre ubrania myślał tylko o tym, że przed wyjściem od Ewki będzie je musiał znowu założyć. Na pewno mu do tego czasu nie wyschną, a w ręczniku raczej do domu nie wróci...
- Umarłeś tam?! - ryknęła Ewa, subtelna jak zawsze.
- Jeszcze nie!
- Pospiesz się! Nie z umieraniem, tylko z tą toaletą. Nie mam całego dnia!
- Twierdziłaś, że masz.
- No bo mam. Tak się tylko mówi.
Wyszedł, wyglądając przeraźliwie głupio w błękitnym ręczniku na biodrach i przykrótkiej szarej bluzie. Ewka oszczędziła sobie komentarza, za to od razu wepchnęła mu w ręce wielki kubek gorącej herbaty.
- Dobra, teraz cię mogę wpuścić do pokoju, przynajmniej nie zrobisz bagna.
- Jakby temu pokojowi coś jeszcze mogło zaszkodzić.
- Spadaj, ja tu tworzę!
Prawda była taka, że tworzyła na ogół nie tu, a w drugim pomieszczeniu, ale nawlekania koralików, o którym wspomniała wcześniej przez telefon, nie uważała najwyraźniej za twórczość, bo ulokowała się z tym w „części mieszkalnej”, która wyglądała teraz jak komnata bajkowej królewny o wyjątkowo złym guście.
- Wszystko to musisz nawlec? - zapytał Paweł.
Odsunął ostrożnie kupkę drobnych, czerwonych kuleczek i postawił kubek z herbatą na niskim stoliku.
- Wszystko – odpowiedziała ponuro. - Ale nie przejmuj się. Nie wymaga to ode mnie wielkiego zaangażowania, spokojnie mogę cię słychać.
- I co z tego będzie?
- Kolczyki. Dostałam gigantyczne zamówienie.
- Chcesz zaopatrzyć kobiety ze wszystkich wiosek afrykańskich? - Paweł rozejrzał się po zawalonym koralikami pokoju.
- Mniej więcej.
Ewa po dwóch latach porzuciła studia doktoranckie z psychologii i zupełnie odcięła się od swojego wykształcenia, by zostać artystką, ale ze sztuki wysokiej niełatwo było wyżyć, dlatego w wolnym czasie parała się także wyrobem biżuterii i innych ozdób, oraz malowaniem kiczowatych jeleni na rykowisku, które na aukcjach internetowych schodziły jak świeże bułeczki.
- Usiądź gdzieś, jak znajdziesz miejsce, i mówże, co się dzieje – poleciła. - O co chodzi z Laurą?
Przełożył przezroczysty, foliowy worek z kolejną porcją koralików, usadowił się na kanapie i zaczął opowiadać. W połowie monologu poczuł, że ciepło w pokoju, sucha bluza i gorąca herbata zaczynają działać na niego usypiająco. W końcu przez całą noc razem z Karoliną intensywnie szukali Laury, nie miał nawet kiedy się zdrzemnąć.
- To jest faktycznie dziwne – mruknęła Ewa, gdy skończył mówić.
Przez cały czas słuchała go uważnie, wbrew zapowiedziom nie interesując się zupełnie swoimi koralikami, teraz jednak wstała, zapaliła światło pod sufitem i dwie lampki, ponieważ na dworze było wciąż ciemno jak pod wieczór, po czym sięgnęła po przezroczystą żyłkę. Przez dłuższą chwilę pracowała w milczeniu. Paweł też się nie odzywał. Powiedział już, co miał do powiedzenia i teraz zastanawiał się tylko, czy Ewa nie dałaby mi się przespać na kanapie, bo nie miał siły wracać do domu.
- Ten chłopak, z którym Laura rozmawiała w Ibisie – wymamrotała Ewa, nie podnosząc głowy znad kolczyka. - Wiesz może, jak on miał na imię?
- Recepcjonistka chyba mówiła, tylko że... - Paweł zamyślił się. - Tomek chyba, o ile dobrze pamiętam, a co?
- A bo możliwe, że znam gościa.


2

- Pani Kamila Wasilewska?
- A, wy pewnie w sprawie tej zaginionej lekarki?
Irma i Natalia spojrzały po sobie zdziwione. Drobna blondynka w koszulce i szortach, która otworzyła im drzwi, nie wyglądała na zachwyconą wizytą, ale też bynajmniej nie na zdziwioną. Tylko że one akurat nie wiedziały nic o żadnej lekarce.
- Nie, my... zaczęła Irma, ale dziewczyna jej przerwała.
- Czy naprawdę nie możecie przysłać wezwania na przesłuchanie, jak normalni ludzie? Jestem po nocnej zmianie i nie obraziłabym się, jakbyście mi pozwolili pospać, zanim mnie zaczniecie maglować. Zwłaszcza że ten jej facet chyba wam już wszystko powiedział. Ja naprawdę nic więcej nie wiem, więc...
- Chwila, moment, o czym pani właściwie mówi? - zapytała zdezorientowana Natalia.
- No o tej całej, jak jej tam. Laurze. A panie?
- Może wejdziemy do środka? - zaproponowała Irma. - Przykro mi, że panią obudziłyśmy, ale...
- Dobrze już, dobrze. - Wasilewska odsunęła się, wpuszczając policjantki do przedpokoju połączonego z kuchnią.
Miały stamtąd widok na jedyny pokój w mieszkaniu, zdejmując buty obserwowały więc, jak dziewczyna pospiesznie przykrywa narzutą rozłożoną kanapę ze skłębioną na niej pościelą. Chwilę później zerknęła na funkcjonariuszki ponuro i kiwnięciem głowy dała znak, by weszły dalej.
- Kawy, herbaty? - zapytała obojętnym tonem.
Obie policjantki zgodnie odmówiły.
- A mi się kawa przyda – rzuciła dziewczyna zgryźliwie i poszła nastawić wodę.
Irma i Natalia usiadły na dwóch niskich pufach i poczekały, aż świadek łaskawie do nich dołączy. Po chwili Kamila Wasilewska wróciła z dużą filiżanką czarnej kawy i usiadła na przykrytej narzutą kanapie.
- No dobrze – powiedziała i westchnęła demonstracyjnie. - Co panie jeszcze chciałyby wiedzieć.
- Po pierwsze, jak to: jeszcze? - zdenerwowała się Natalia. - Przecież wcześniej z panią nie rozmawiałyśmy.
- No, bezpośrednio nie, ale przecież ten chłopak ze mną rozmawiał i naprawdę powiedziałam mu wszystko. Jeśli wam to powtórzył, to fatygowałyście się panie na próżno, bo nie mam nic do dodania.
- Zacznijmy od tego, że naprawdę nie mamy pojęcia, o czym pani mówi. Najwyraźniej zaszło tu jakieś nieporozumienie – wyjaśniła rzeczowo Irma. - Nie wiemy nic o żadnej zaginionej lekarce i ktokolwiek rozmawiał z panią wcześniej, nie dotyczyło to sprawy, z którą przychodzimy.
- Nic z tego nie rozumiem.
- Pani Wasilewska, gdzie pani była w nocy z dwunastego na trzynastego listopada?
- No przecież w pracy byłam! I wtedy właśnie...
- Całą noc pani była w pracy?
- Tak, całą, od dziewiętnastej do siódmej.
- Czy Tomasz Kaczmarek był z panią?
- Był, ale tylko do północy, a co...
- A potem? Mówił pani, co będzie robił potem?
- Nie mówił, ale sądzę, że zamierzał pójść spać. O co tu chodzi, do cholery?
- Tomasz Kaczmarek został zamordowany – oznajmiła sucho Irma. - A pani, zgodnie z tym, co wiemy, była ostatnią osobą, która widziała go żywego. Oczywiście wyłączając zabójcę.
Policjantki dały Kamili chwilę na ochłonięcie po tej informacji. Wyglądała, jakby naprawdę tego potrzebowała. Pobladła, wciągnęła głośno powietrze. Rozszerzonymi oczami wpatrywała się w twarz Irmy, próbowała zrozumieć to, co przed chwilą usłyszała. Chciała odstawić kawę na szklany stolik, jednak trafiła w krawędź i filiżanka upadła na podłogę. Nie potłukła się, ale struga brunatnej cieczy popłynęła po jasnych panelach aż do przeciwległej ściany. Kamila nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.
- Jasna cholera – powiedziała głośno i bardzo wyraźnie. - O jasna cholera, kurwa mać!
Natalia zastanowiła się przelotnie, czy zamordowany chłopak nie był czasem dla Kamili Wasilewskiej kimś więcej niż tylko z kolegą z pracy, ale uznała, że będzie jeszcze czas, by się tego dowiedzieć. Poza tym od kiedy sama na poważnie zaczęła szukać miłości, nagle okazało się, że widzi ją wszędzie dookoła, czasem także i tam, gdzie jej wcale nie ma.
- Bardzo nam przykro – powiedziała całkiem szczerze. - Rozumiem, że jest pani w szoku, ale potrzebujemy pani pomocy. Proszę spróbować się skupić i przypomnieć sobie, czy w ostatnim czasie nie zauważyła pani niczego niepokojącego. Czy pani kolega nie zachowywał się przypadkiem inaczej niż zwykle?
Kamila odpowiedziała natychmiast, a jej słowa zaskoczyły Natalię, która spodziewała się raczej częstych w takich przypadkach zapewnień, że wszystko wydawało się w porządku i żadne odstępstwa od normy nie miały miejsca.
- No właśnie zachowywał się inaczej niż zwykle! - wybuchła nieoczekiwanie Wasilewska. - Ale to się wszystko kupy nie trzyma!

- Jeszcze jakiejś zaginionej nam tu brakowało – jęknęła Natalia.
Siedziała przy swoim biurku na komendzie przy Sienkiewicza i próbowała myśleć, ale nie za bardzo jej wychodziło. Adrian nie dzwonił, odkąd spławiła go przed pójściem na miejsce zbrodni. Nie powinna była tak go potraktować. Przecież ten trup naprawdę by nie uciekł. Za to Adrian uciekł najwyraźniej.
- Nie marudź, królewno, wreszcie mamy trop. - Irma stukała zawzięcie w klawiaturę swojego komputera, prawdopodobnie szukając czegoś na temat tajemniczej Laury Karpińskiej.
- Nie podoba mi się to wszystko – narzekała dalej Natalia. - Chłopak z Rewolucji został zabity nie dalej niż trzy dni temu, a teraz już następny? Do tej pory ten chory zwyrol nie był aż tak produktywny. Jak zacznie zabijać jedną osobę co dwa dni, to zdąży spustoszyć pół miasta, zanim go złapiemy. Może to w ogóle nie on?
- Ten sam sposób działania, łącznie ze szczegółami, których nie podaliśmy do publicznej wiadomości – przypomniała Irma. - Nasz zespół szuka wszystkich gości hotelowych z nocy, kiedy zginął Kaczmarek. Wysłałam też kogoś, żeby znalazł chłopaka, który zgłosił zaginięcie Karpińskiej, ale dostałam informację, że nie ma go w domu.
Nie pierwszy raz komisarz Natalia Łagoda pomyślała, że gdyby nie Irma, szlag by trafił cały ten zespół. Ona sama nie mogła się zmusić choćby do myślenia o śledztwie, a co tu mówić o wydawaniu jakichkolwiek dyspozycji podwładnym. Milczący uparcie telefon stanowił z pewnością jedną z ważniejszych przyczyn jej rozkojarzenia.
- Dobrze by było do jutrzejszej odprawy mieć jakiś pomysł, co łączy zaginięcie Karpińskiej i zabójstwo Kaczmarka - drążyła niestrudzenie Irma.
- Może nic. - Natalia wzruszyła ramionami.
- Może nic – zgodziła się jej partnerka. - Ale i tak trzeba to zweryfikować.
- Jak mamy się dowiedzieć, o czym rozmawiali na imprezie w hotelu, skoro jedno zaginęło, a drugie nie żyje?
Po informacjach od Kamili Wasilewskiej, policjantki od razu zawiozły dziewczynę na komendę, by złożyła zeznanie, ignorując utyskiwania, że nie dadzą jej pospać. Zeznanie nie zawierało żadnych konkretów, jedynie tyle, że ostatnia, czwarta już ofiara działającego w mieście od kilku miesięcy seryjnego zabójcy, niedługo przed śmiercią odbyła rozmowę z kobietą, która tej samej nocy zaginęła. Po tej rozmowie Tomasz Kaczmarek był jakiś nieswój, a Laura Karpińska bardzo wzburzona. To mogło przecież oznaczać cokolwiek. Naprawdę cokolwiek.
Natalia czuła, że znalezienie Pawła Eckharta, chłopaka, który zgłosił zaginięcie Laury, na nic się nie przyda. Wedle słów Wasilewskiej, Eckhart nic nie wiedział, nie słyszał nigdy o Tomaszu Kaczmarku, a powody, dla których zwykła, kilkuminutowa rozmowa z jakimś dzieciakiem tak wstrząsnęła Laurą, pozostawały dla niego tajemnicą. Ale tak swoją drogą dobrze byłoby go jednak zlokalizować. Mimo wszystko mógł okazać się pomocny.
Jeśli chodziło o ludzi uczestniczących w imprezie, dotarcie do nich nie stanowiło problemu, niestety z większością trzeba było kontaktować się telefonicznie, bowiem pochodzili spoza Łodzi. Przyjechali tu jedynie na konferencję i teraz prawdopodobnie zdążyli już wrócić do siebie. Nie było ich wielu, zaledwie trzynaście osób, wszystko szanowani lekarze psychiatrzy. Natalia wątpiła, by mieli do powiedzenia coś ciekawego, chyba żeby ktoś przypadkiem usłyszał treść rozmowy Laury z recepcjonistą, ale na takie szczęście nie liczyła.
- Trzeba będzie dokładnie przemaglować rodziny i znajomych zarówno Kaczmarka, jak i Karpińskiej. Musimy dojść do tego, skąd się znali – stwierdziła Irma. - Dzięki temu może w końcu znajdziemy coś, co łączy ofiary, bo jak na razie nasz psychol zdaje się wybierać je przypadkowo, a to rzadko spotykane u seryjnych zabójców. Musi mieś jakiś klucz... Hej, Łagoda, jesteś tu? - Irma podniosła głos, wyrywając Natalię z zadumy. - Pobudka, lasko, pracujemy!
- Jestem, jestem – skłamała Natalia. - Pracujemy, no jasne.
- Co się z tobą dzieje, dziewczyno? Wyglądasz, jakbyś myślami była dawno, dawno temu, w odległej galaktyce.
- A bo Adrian nie dzwoni... - mruknęła, choć nie była pewna, czy w ogóle powiedziała Irmie kiedykolwiek, kim jest Adrian.
Partnerka najwyraźniej jednak domyśliła się od razu, bo ostentacyjnie przewróciła oczami.
- Łagoda, na litość boską, ile ty masz lat? Wydawało mi się, że okres dojrzewania masz już za sobą od jakiegoś czasu.
Natalia nie zdążyła się odgryźć, gdyż rozległo się pukanie do drzwi. Należący do zespołu Natalii i Irmy młodszy aspirant Marek Rudzki, nie czekając na zaproszenie, wetknął głowę do gabinetu. Natalia darowała sobie reprymendę, spojrzała tylko na Rudzkiego pytającym wzrokiem.
- Pani komisarz – odezwał się z przejęciem mężczyzna. - Melduję, że Paweł Eckhart się zalazł.
- Wypraszam sobie! - rozległo się z korytarza. - Przecież nigdzie nie zginąłem!
Natalia nabrała nagle pewności, że to będzie ciężki dzień.


3

Karolina Sawicka zupełnie nie mogła się skupić. Za cokolwiek się brała, natychmiast leciało jej z rąk. Gdy próbowała ratować zupę przed wykipieniem, spuściła oko z Hani, a ta natychmiast nabiła sobie guza, spadając z wersalki. Z zupy zostało niewiele, Hania płakała, Kinia domagała się obiadu, którego nie mogła dostać, bo właśnie wykipiał. Przy próbie zrobienia córce kanapki, Karolina skaleczyła się w rękę świeżo naostrzonym przez Damiana nożem i mało nie zemdlała, gdy krew trysnęła jej obficie z palca i zaczęła kapać na podłogę. Krzyknęła odruchowo, czym przestraszyła córki i teraz płakały już obie. Karolina owinęła dłoń byle jak kuchennym ręcznikiem i pomyślała, czy może też by się nie rozpłakać.
Ostatnio coraz częściej zdarzały jej się takie dni, a wiedziała, że to dopiero początek. Nie bez znaczenia był oczywiście fakt, że miała za sobą nieprzespaną noc, spędzoną na poszukiwaniu Laury. Na szczęście zdążyła wrócić, zanim Damian wyszedł do pracy. Zdawała sobie sprawę, że mąż nie był tym wszystkim zachwycony, ale wiedział, jak bardzo zależało jej na Laurze, dlatego tym razem nic nie powiedział. Ale jak wróci i zobaczy to pobojowisko w domu, na pewno nie zdoła się powstrzymać. Karolina starała się jak najmniej go denerwować, ale to nie było wcale takie łatwe. Wiedziała, że jak tylko dziewczynki pójdą spać, znowu się zacznie.
Teraz jednak nie chciała o tym myśleć. Właściwie najchętniej nie myślałaby o niczym, jednak niepokój wywołany zniknięciem Laury był zbyt silny. Z tą dziewczyną już od jakiegoś czasu było coś nie tak. Możliwe, że tylko ona jedna to widziała, bo Laura nie należała do szczególnie otwartych osób. Zawsze dusiła w sobie smutki i zmartwienia, by nie niepokoić Pawła i Karoliny, dwóch najbliższych sobie osób. Paweł zwykle dawał się nabrać. Był sympatycznym, naiwnym chłopcem, niezachwianie wierzącym w to, że jego dziewczyna jest doskonała i pozbawiona zwykłych ludzkich słabości.
Karolina postrzegała Laurę zupełnie inaczej. Odkąd poznały się półtora roku temu, niedługo po przeprowadzce Pawła i Laury do Łodzi, przez cały czas wyczuwała w tej kobiecie jakieś nieokreślone napięcie.
Oczywiście Laura, zagadywana wprost, zbywała wszystkie pytania. Tak, oczywiście, ma się świetnie, wszystko jest w najlepszym porządku. Na co niby miała narzekać? W wieku trzydziestu dwóch lat miała doktorat z psychiatrii i magisterium z psychologii klinicznej, prowadziła doskonale prosperujący prywatny gabinet i wykładała na uniwersytecie. Związek z Pawłem funkcjonował doskonale, mimo różnicy wieku, która tak dziwiła wielu ich znajomych, a życie towarzyskie, choć może niezbyt bujne, nie pozostawiało nic do życzenia. Laura była lubiana, zarówno wśród kadry uniwersyteckiej, jak i w środowisku psychiatrów.
Karolina nie była ani wykładowcą, ani lekarzem, być może dlatego właśnie miała z Laurą inne relacje niż reszta jej kolegów i koleżanek. Ostatecznie nawet po pracy Laura przebywała zwykle wśród ludzi związanych z branżą i musiała się zachowywać, jak przystało na profesjonalistkę. Gdyby nie to, że Paweł i Ewa, młodsza siostra Karoliny, przez jakiś czas studiowali razem, Karolina i Laura nigdy by się nie poznały. Spotkały się pierwszy raz na urodzinach Ewy. Karolina, jako siostra, była oczywiście zaproszona, podobnie jak Paweł, Ewki dobry znajomy. Laura przyszła z nim, jako osoba towarzysząca. Obie kobiety nie czuły się zbyt dobrze w studenckim towarzystwie i, zupełnie naturalnie, niemal od razu nawiązały nić porozumienia. Przypadkowa znajomość przerodziła się w przyjaźń. Byli ludzie, jak choćby Ewa, których to zdumiewało, bo co niby wspólnego mogą mieć ze sobą gospodyni domowa i uznany naukowiec. Najwyraźniej coś jednak mogły i to prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek by się spodziewał, biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie Karolina była jedyną osobą, która dostrzegła, że coś jest z Laurą nie w porządku. Jednak nawet jej nie udało się nakłonić przyjaciółki do zwierzeń.
Może to nic takiego, powtarzała sobie przez cały ten czas. Może przesadzam. Laura zawsze miała mnóstwo pracy. Ciężkie przypadki, problemy ze studentami, w dodatku cała ta biurokracja... Miała prawo być przemęczona i rozkojarzona. Teraz wiedziała już, że to nie to. Ale teraz było za późno. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, co mogła, co powinna była zrobić, by pomóc przyjaciółce.
- Mama? - Kinga pociągnęła Karolinę za skraj zielonej tuniki noszonej w charakterze podomki.
- Tak, kochanie? - Karolina zorientowała się, że od dziesięciu minut stoi pośrodku kuchni, trzyma w ręku garnek z resztką zupy na dnie, a z drugiej dłoni na podłogę kapie krew, bo cienka, kuchenna szmatka zdążyła już dawno przesiąknąć. Dziecko zdecydowanie nie powinno oglądać tego obrazu nędzy i rozpaczy. - Przepraszam, zamyśliłam się.
- Zrobiłaś sobie ksywdę? - Kinia wystraszona wskazywała na poplamioną krwią ściereczkę.
- To nic, skarbie, trzeba tylko umyć i będzie dobrze. - W tej chwili pomniała sobie o niedokończonej kanapce dla córki.
Boże, co ze mnie za matka, pomyślała. Stoję sobie spokojnie i wykrwawiam się, jak gdyby nigdy nic, a dziecko głodne...
Paplając jakieś nieskładne słowa, które w zamyśle miały uspokoić Kingę, Karolina poszła do łazienki, zrobić sobie porządny opatrunek. Okazało się, że palec jest rozcięty głębiej niż myślała. Sieknęła się do samej kości. Wolała nie myśleć o tym, jak zareaguje Damian, kiedy to zobaczy. Obmyła ranę, nakleiła plaser i okręciła wokół palca kilka warstw bandaża. Zakrwawioną ścierkę wyrzuciła, dokładnie wytarła blat i podłogę.
- Kinia, chcesz bułę z dżemem? - zagadnęła córkę najbardziej beztroskim głosem, na jaki mogła się w tej chwili zdobyć. Straciła trochę krwi i czuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie.
- Tak! - zawołała ucieszona córka.
Karolina szybko przygotowała przekąskę i zabrała się za przecieranie resztki zupy przez sitko, bo wiedziała, że Hania też za chwilę zacznie się domagać jedzenia. To, co zostało w garnku powinno wystarczyć.
Przerabiając na papkę ugotowane jarzyny powróciła myślami do swojej przyjaciółki.
Paweł powiedział, że Laura podobno wyszła z hotelu sama i z własnej woli. Można by to uznać za zwykły wieczorny spacer, gdyby nie wcześniejsza rozmowa z recepcjonistą. Oboje wydawali się po niej zdenerwowani i Karolina nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to może okazać się ważne. Oczywiście pewnie tak naprawdę w grę wchodził zwykły zbieg okoliczności – chłopak czymś rozzłościł Laurę, wyszła ochłonąć, po czym wydarzyło się coś zupełnie niezwiązanego z incydentem w hotelu, co sprawiło, że Laura już ze spaceru nie wróciła. Tak, pewnie, że mogło tak być, ale Karolinie jakoś to nie pasowało.
Bardzo chciałaby pomóc policji, ale nie pójdzie przecież na komisariat tylko po to, by powołać się na swoją kobiecą intuicję. Zresztą już pewnie znaleźli tego recepcjonistę i, o ile wszystko dobrze poszło, zdradził im treść tajemniczej rozmowy.
Zorientowała się, że od jakiegoś czasu bez sensu gmera łyżką w pustym sitku.
Cholera, naprawdę zagłodzę dzisiaj te dzieci, ofuknęła się w myśli i ruszyła z miską do pokoju, by nakarmić wreszcie młodszą córkę.
Hania siedziała grzecznie na swojej kolorowej piankowej macie. Zapomniała już o niefortunnym zajściu z wersalką i teraz zawzięcie rozsmarowywała ciastolinę po grzbiecie pluszowego miśka.
Skąd ona wzięła ciastolinę, pomyślała spanikowana Karolina. Przecież jest jeszcze na to za mała. A tyle razy mówiło się Kindze, żeby dobrze chowała swoje zabawki!
- Chodź tu, Fasolko. - Karolina jedną ręką zgarnęła Hanię z maty, jednocześnie drugą stawiając miskę na stole. - Chodź już. Co ty wyprawiasz, brzdącu? Mam nadzieję, że nie brałaś tego do buzi?
Hania z oczywistych przyczyn nie odpowiedziała, za to z fotela dobiegł niewyraźny, obrażony głosik.
- No pewnie, ze nie – wymamrotała Kinga, przeżuwając z zapałem swoją bułkę. - Psecies pilnuję!
- Dziękuję, kochanie, jesteś bardzo dobrą siostrą – uśmiechnęła się Karolina, szczerze dumna ze starszej córki.
Kinga obojętnie wzruszyła ramionami, jakby niespecjalnie zależało jej na byciu dobrą siostrą, a bardziej na tym, żeby mała nie zeżarła jej ciastoliny.
Po kilkunastu minutach Hania malowniczo wypluła ostatnią łyżkę zupki, co było wystarczającym znakiem, że czas zakończyć karmienie. Karolina wytarła córkę i odłożyła ją na matę, skąd dla pewności zabrała ciastolinę. Włączyła Kindze jakąż bajkę na DVD i zamierzała posprzątać w kuchni, ale właśnie wtedy zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz i serce zabiło jej szybciej.
- Paweł? - zaczęła bez wstępów, nie dając rozmówcy dojść do głosu. - I co? Wiadomo coś?
- Kurwa, Karolina, to jest wszystko jakaś grubsza sprawa! - Pawłowi, jak widać, też nie w głowie były uprzejmości.
- O czym ty mówisz?
- Wróciłem właśnie z komendy...
- Z komendy? - przerwała mu. - Przecież zawiadomienie o zaginięciu składałeś rano.
- Tak, na komisariacie przy Wólczańskiej. A teraz znaleźli mnie u twojej siostry i ściągnęli na Sienkiewicza, wyobraź sobie, w zupełnie innej sprawie.
- Jak to: znaleźli? - zaniepokoiła się Karolina. - Czemu się u niej ukrywałeś?
- Wcale się nie ukrywałem. Co wy wszyscy z tym ukrywaniem? Pojechałem, bo potrzebowałem z kimś pogadać. A policja akurat teraz uznała, że jestem im do czegoś niezbędny. Na wydziale dowiedzieli się, gdzie mieszkam, wypytali o moich najbliższych przyjaciół i skoro nie zastali mnie w domu, od razu przyjechali do Ewki i zgarnęli mnie od niej na przesłuchanie.
- Ale po co?
- Chłopak, o którym mówiła recepcjonistka. Kojarzysz?
- No jasne.
- Tej nocy, której zginęła Laura, został zamordowany. Czytałaś dzisiaj gazety? Oglądałaś jakieś wiadomości?
- Nie, dziecko okupuje telewizor, a po gazetę nie miałam czasu wyjść, zresztą nie mam głowy teraz...
- To ją lepiej znajdź – przerwał Paweł nieoczekiwanie ostro. - Policja nic mi nie powiedziała, ale prasa już zwęszyła temat. Wszędzie piszą, że to kolejna ofiara tego seryjnego świra, o którym wszyscy ostatnio trąbią.
Karolina zaniemówiła. Słyszała oczywiście o dwóch zamordowanych ze szczególnym okrucieństwem osobach, kobiecie i mężczyźnie. Oboje znaleziono w ich własnych mieszkaniach. Zostali zgwałceni i okrutnie torturowani, a mimo tego na miejscu nie było żadnych śladów, pozwalających zidentyfikować sprawcę. Morderca pojawiał się jak duch i tak samo tajemniczo znikał. Dziennikarze od razu byli skłonni przypisać oba morderstwa tej samej osobie. Policja była bardziej powściągliwa, ale nigdy wprost nie zaprzeczyli, że może to być robota seryjnego zabójcy. Karolina słuchała tych doniesień przestraszona, bo takie rzeczy, odkąd pamiętała, przyprawiały ją o dreszcz zgrozy. Z drugiej jednak strony, tego rodzaju informacje napływały masowo z całego świata i wszystkie zawsze traktowała tak samo – jako coś okropnego, co po prostu czasem się przydarza. Innym. Jakoś nie do końca dotarł do niej fakt, że ten zbrodniarz z nagłówków gazet żyje i atakuje w jej mieście, tam gdzie żyje ona sama, jej znajomi, jej mąż i dzieci.
- Ewa mówi, że podobno go znałaś. - Głos Pawła wyrwał Karolinę z zadumy.
- Kogo, zabójcę? - zapytała zdumiona. Przed chwilą rozmyślała o mordercy i zgubiła wątek.- Ja nie znam żadnych zabójców!
- Nie zabójcę, tylko ostatnią ofiarę. To podobno jakiś chłopak, którego siostra chodziła do tego samego przedszkola, co twoja córka. Odprowadzał ją często i odbierał. Ewa mówiła, że rozmawiała z nim kilka razy, jak wysyłałaś ją po Kingę. Powiedziała, że ty też go znasz.
- Tak, Jezu... - Na całe szczęście siedziała już, ale i tak chwyciła się krawędzi stołu, bo zawroty głowy wywołane wcześniejszą utratą krwi, teraz jeszcze się wzmogły.
Spojrzała na swoje córki – jedna z wypiekami na twarzy wlepiała szeroko otwarte oczy w ekran telewizora, druga gaworzyła na macie, ściskając pluszowego zająca, jakby chciała go udusić. Wszystko było takie normalne, jak co dzień, a przecież właśnie dowiedziała się, że tragiczną śmiercią zginął człowiek, którego znała! Czy coś nie powinno się zmienić w takiej chwili? Czy kolory nie powinny stracić intensywności, a dochodzące zza okna dźwięki ulicy zamilknąć choćby na moment? A jednak nic podobnego się nie wydarzyło. Porozrzucane dookoła zabawki były równie barwne, jak zawsze, a na dworze irytująco ujadał pies.
- Karolina, jesteś tam? - zaniepokoił się Paweł. - Wszystko w porządku?
- Jeśli można tak powiedzieć... - jęknęła słabo. - Boże, Tomek..?. Komu on mógł zawinić? To był taki porządny chłopak. Studiował, pracował, zajmował się siostrą... Jego mama wychowywała ich sama, nie było jej lekko więc starał się pomagać. Kto mógł chcieć zabić takiego fajnego dzieciaka? - Zorientowała się, że płacze. - Jesteś pewny, że to był on? Obiło mi się o uszy coś o trzeciej ofierze, ale to był, czekaj... Chyba jakiś pracownik stacji benzynowej, czy coś takiego. I został zabity wcześniej, nie przedwczoraj w nocy.
- A, to masz nieaktualne informacje – mruknął Paweł. - Tamten ze stacji benzynowej był faktycznie trzeci. A ten z hotelu jest czwarty.
- Co...? Nie... Niemożliwe! Paweł, cholera, co się dzieje w tym mieście? I co to ma wspólnego z naszą Laurą?
- Nie mam pojęcia, ale musimy się tego dowiedzieć i to szybko.
- Jak to: my? Przecież...
- Karolina – przerwał, a w jego i tak już zaniepokojonym głosie pojawiło jakieś szczególne napięcie. - Pomożesz mi?
- Pytasz, czy pomogę ci znaleźć Laurę? - zapytała niepewnie. - Tak, oczywiście, jeśli tylko mogę coś zrobić... Ale morderstwo Tomka to zupełnie inna sprawa.
- Nie byłbym tego taki pewny.
- Co masz na myśli?
- Policja chyba sądzi, że to ja go zabiłem.

* * *
13 sierpnia 2015
TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ


Laura
Przez kilka dni był spokój. Zaczęłam nawet skłaniać się ku wyjaśnieniu, że jednak wszystko sobie wymyśliłam, ale przeczytałam te notatki od początku i naprawdę nie sądzę, by to, co zapisałam, stanowiło wyłączne wytwór mojej wyobraźni.
Postanowiłam komentować na bieżąco wszystko, co będzie się działo, ale przyznaję że przez ponad miesiąc nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo siły, żeby to robić. Musiałabym wtedy dopuścić do siebie wszystkie wnioski płynące z dotychczasowych obserwacji, a nie byłam gotowa, by się z nimi zmierzyć. Dlatego też nadal jedynie dokumentowałam wszystko tak sucho, jak tylko się dało. Może i dobrze. Dzięki temu przeglądając dziś ten zeszyt mogę stanąć oko w oko z faktami, a nie z własną histerią. Gdyby wszystkie notatki były okraszone moimi lękami i domysłami, nie stanowiłyby wiarygodnego dowodu. Nie uwierzyłabym sama sobie, zbagatelizowała wszystko, tłumacząc się przemęczeniem i paranoją. Teraz jednak mam wszystko czarno na białym i nie mogę udawać już dłużej, że nic się nie dzieje.
Dobra wiadomość jest taka, że prawdopodobnie nie tracę zmysłów.
Zła natomiast – że prawdopodobnie jestem prześladowana. I że ktoś mnie wkręca w coś bardzo niedobrego.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 17 maja 2017, 01:35

Mmm, przepraszam z góry, jeśli cię zawiodę tym komentarzem.

UWAGA, TO MÓJ KOMENTARZ WSTYDU Z MYLNYMI DOMYSŁAMI T~~T PROSZĘ SIĘ NIE ŚMIAĆ


Najpierw może trochę o tekście jako takim, bo później się rozpiszę o fabule i teoriach spiskowych XD Więc tak. Piszesz zmiennie, taka sinusoida - czasem widzę wszystko wyraźnie i umiem wczuć się w "...Legion" jak w film, piękny i kolorowy, a czasem brakuje choćby paru zdań kreślących otoczenie. Właściwie przeważają te pierwsze odczucia (piszesz zwięźle i cholernie sugestywnie, podziwiam oszczędną formę, która tak dobrze funkcjonuje). Bo jednak większość rzeczy widziałam, wyobrażałam sobie bez wysiłku. To tylko przebłyski były "gołe". Dialogi hotelowe (Paweł-recepcjonistka), ten ostatni dialog między Natalią a Irmą, jakieś sceny z początku (kiedy Paweł dzwonił 1 raz do Karoliny). Więc masz u mnie plusa jak przy "Na obraz" za obrazowość. Brakowało mi jej w "Spirytusie" miejscami, tu brakuje jej bardzo, bardzo rzadko.

a, wspominałam, że będę bredzić? nie spałam 30 godzin

Chyba ulubione moje sceny to te z Pawłem. On w ogóle jest cholernie, naprawdę cholernie sympatyczny, tak łatwo można go polubić, tak przyjemnie się wchodzi w jego głowę. Bo wiesz
nietrafiony spoiler?
sądzę, że Paweł jest moim numerem 1 jeśli chodzi o kandydata na największego popier*oleńca w tym tekście. Nie mówię od razu, że to on morduje - choć sądzę, że tak - ale bardzo wiele rzeczy układa mi się w głowie i to bynajmniej nie jest wesoły obrazek. Oto, co myślę: Paweł ma w głowie Legion. I to porządny legion. Rozbudowany bardziej niż się spodziewałam, gdy pierwszy raz zerknęłam na tytul. Bo tak - zasugerowało mi to coś na kształt rozdwojenia jaźni, ale... ale no jakoś mimo "legionu" nie pomyślalam, że będzie to AŻ TYLE JAŹNI. Ach, nadal nie zdradziłam, co podejrzewam :facepalm: podejrzewam, że Paweł = Karolina = Ewka. I bardzo prawdopodobnie = Laura. Tak. Ale ta trójka (P+K+E) to musi być jedna osoba. Te kobiety są z głowy Pawła. To, jak prowadził z Karoliną rozmowę, jej odpowiedzi (jakby akceptowała to, że Paweł jednocześnie jest Laurą i Pawłem), ta sugestia, że sądziła, że znany jest mu hotel. I to pytanie przy drugim telefonie. ("Kto tym razem? Paweł. Aha. Czyli Laura się nie odzywała?") No cholernie mnie to zmusiło do połączenia jej z chorą, zwichrowaną głową głównego(?) bohatera.

I też nie wiem, czy zrobiłaś to specjalnie, czy przypadkiem, ale pojawiły się inne zapisy dialogów. Przy rozmowie Pawła z Karoliną (zabrakło myślnika, jakby nie gadał z innym człowiekiem, tylko słyszał swoje myśli). I przy rozmowie z Ewką (tam z kolej dałaś przecinki zamiast myślników i też mindfuk). No i to wszystko tak się dobrze łączy. To, że on (przebrany za Laurę?) został rozpoznany przez kumpla, bo przecież jest młodszy, moze jest z nim na kierunku. To, że Tomek był na technologii żywienia, a wspominałaś na początku o tym przygotowywaniu Laurze posiłków (wiem, że to głupie skojarzenie). To, że Paweł robi bałagan i sprząta, a Karolina chyba podobnie. No i te gry słów (ja nie zaginąłem! - mówi Paweł, a policjantki są zaskoczone zaginięciem jakiejś z palca wyssanej Laury, które sam Paweł zgłasza).

I jednak gwałt.
I jednak mężczyzna bardziej się nadaje na sprawcę gwałtu.

Tylko że nie jest aż tak prosto i tęczowo. Wbijasz mi klina w rozumowanie, dodając milion pobocznych postaci. Rodzice Pawła, rodzice Laury, mąż Karoliny, dzieci Karoliny. Skoro Karolina nie istnieje, a Paweł jest jeden... czyżby naprawdę wymyślił sobie aż tyle osób, by przed samym sobą uwiarygodnić tę paranoję? Cóż. Legion, myślę. Legion. I znów zaczyna pasować.

Przez to, że skupiam się na Pawle i (hehe) innych postaciach, ucieka mi mocno postać Natalii, Irmy, Adriana. Adrian to jest świetna zagrywka i intrygujący facet, świetny mylny (albo nie mylny?) trop. I polubiłam go z jakiegoś powodu, chyba dlatego, że trochę utarł Natalii nosa, okazując się "takim nie do końca pantoflarzem i nudziarzem", wiesz, o co chodzi.
Sama Natalia z kolei mocno mnie wkurwia. I to niezmiennie od pierwszej sceny. Jest pewna siebie (jasne, musi być, taka praca) i tak jakoś nieprzyjemnie uszczypliwa momentami, nie powiem, że zarozumiała, prędzej... mmm taka "siema, ja tu jestem kierownikiem, nie dam sobie w kaszę dmuchać". Ale jakby na pokaz. Bo jednocześnie jest w niej jakiś pierwiastek zmienności, kobieca wrażliwość. Jprdl, ale mnie zażenowała tym "trup mi stygnie" rzuconym do Adriana. Serio. To było takie "yy jestem fajna i ciekawa, zwróć na mnie uwagę, trup mi stygnie, tak bardzo pracuję w policji, papatki, wychodzę". Serio-serio.
SpoilerShow
tak, nienawidzę kobiet.
yyyyyyyyyyghhh od tamtej pory miałam złe nastawienie. Trochę przeszło (to takie najgorsze zło XD) ale jednak Natalia mnie nie kupuje. Totalnie nie mój typ. Ewka jest chamska, Irmę średnio znam... Karolina to jedyna babeczka, która mnie rozczuliła i dla której czułam pozytywne emocje.
SpoilerShow
A to ci heca, była taka podobna do Pawła.
raz jeszcze przepraszam za nieskładność i debilność tego komentarza, ale nie zasnę, jak go nie sklecę

wiesz, widać cię tu. Widać cię tak po prostu. Twoje słowa, twój humor, totalną ciebie z SB momentami. Jakbym czytała kolejną wiadomość na czacie. Miałam to uczucie przy Ewce (kiedy gasiła Pawła przez telefon i miała takie "wyjebongo"), miałam to uczucie przy recepcjonistce (zwłaszcza, gdy się rozpędzała, mówiąc), no i wiadomo - dzieciaki z kołkami drewnianymi, cóż... CÓŻ. . .
A tak na serio, to mi się to podoba. I lubię. Bardzo.

jestem zaintrygowana, Paweł jest podejrzany o morderstwo, Laura znów udostępnia notatki... czekam!
++edit:
miałam napisać, że cholernie udane sceny z dziećmi. I nie irytowały mnie tam zdrobnienia, dobrze nimi zagrałaś. Bardzo ci daję 10/10 za córki Karoliny, słyszałam je i widziałam. I teraz jeszcze - czy one istnieją...


chyba tyle chwilowo, wybacz chaos
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 17 maja 2017, 20:34

Nie przyjmuję do wiadomości, że nie piszesz dalej, co tam nabredziłaś pod ciastkiem dla Kanteriala miszcza spisku.
Wkręciłam się. Jestem ciekawa kto, jak, kto do tego dojdzie, kto jeszcze zginie? Natalia musi faktycznie mieć głośne tykanie zegara, bo w tej drugiej wstawce profesjonalizm jej pozostawia wiele do życzenia xD Wierzę w nią. W Pawła i Laurę też, choć byli sztywni na początku. Cała scena przygotowań do aktu była dość sztywna, taka jakby wyjęta z innego tekstu. Potem już jest po prostu dobrze.
Nieco się zwiesiłam przy retrospekcji na początku drugiej wstawki. I jest mi z tego powodu wstyd, że nie załapałam od razu, bo ja je przecież kocham i w ogóle i uważam, że mój stan umysłowy zakłóca moje zdolności komentowania :C
Lubię motyw z dzieciakami Magdy i Irmy. Poczułam żal przy kawałku Karoliny i złość na tego jej męża, którego laska zwyczajnie się boi (to też by pasowało do Kanterialowej teorii, że ona to Paweł). Mam wrażenie, że dowiaduję się dużo o ludziach, a morderstwo i śledztwo idą sobie bokiem i to jest dobre. Dobre otwarcie.
Przepraszam, że tak mało, chcę tylko dać znać, że żyję, czytam, podziwiam i szanuję.


PS. ADRIAN NA PREZYDENTA :P
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1777
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 18 maja 2017, 12:03

No, to zacznę od tego, co mnie zaskoczyło najbardziej, a była to druga notatka Laury. Niby lekko zaspoilowałaś na SB, pisząc, że robisz sobie odwyk od osobowości dysocjacyjnych, bo za często po nie sięgałaś, ale i tak dałam się zaskoczyć i to było fajne :D Jednocześnie mam taką myśl, jak to dużo mówi o Laurze, że kiedy zaczęła zauważać dziwne rzeczy, pierwszą opcją, jaka pojawiła się w jej głowie, była ona sama i choroba. Przynajmniej moim zdaniem ustawia ją to bardzo jako perfekcjonistkę, dopełnia tego obrazu, który kreśliłaś wcześniej. To, że ustawianie świata i sprzątanie zaczyna od siebie i to w sobie najpierw doszukuje się problemu, ale nie tak, jak robiłaby to osoba o niskim poczuciu własnej wartości, czyli przez pryzmat obwiniania się, a po prostu rzeczowo, na zasadzie rozważania najbardziej prawdopodobnych opcji. Psychologiem ani psychiatrą nie jestem, ale to mi się też składa z tym, w jaki sposób rozładowuje napięcie - przez specyficzne zachowania seksualne, szukanie krawędzi. I to wszystko sprawia, że chyba wylądowała w tym momencie na pierwszym miejscu postaci, które mnie zwyczajnie ciekawią. Nie spodziewam się nadmiernej identyfikacji czy emocjonalnego związku (chociaż kto tam wie, to druga wstawka dopiero), ale po prostu mam ochotę ją obserwować, dowiadywać się więcej, uzupełniać obraz.

Totalnie nie pokazałaś Tomka, ale jakoś tak żal mi chłopaka, może przez to, że wydaje się taki normalny i raczej dobrze o nim mówią - chociaż wiadomo, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. I ja nie wiem, może za jakiś czas okaże się, że nie taki z niego chłopak z sąsiedztwa i coś tam za uszami miał, coś ściągnęło na niego uwagę mordercy i w ogóle wszystko wywróci się na drugą stronę, ale tak na ten moment jest mi go zwyczajnie żal, chociaż nie poznałam. Żal mi też Karoliny. Coś czuję, że z tego Damiana zwyrol (może on morduje? Teraz wszyscy są podejrzani XDDD) i że biedna kobieta ma piekło w domu. Na pewno sprawia wrażenie przestraszonej, a do tego lekko zaburzonej, nadwrażliwej. Ujmujące sceny z dziećmi, takie trochę bolesne, bo w sumie nic strasznego nie robią, normalne dzieciaki, a jednak oczy trzeba mieć dookoła głowy i wszystko z rąk leci. Ciągła improwizacja, jak z tą zupą chociażby - jaki to potężny kontrast dla Laury i jak mi dzięki temu łatwo uwierzyć w tę przyjaźń.

Ewa to też ciekawa postać. Taki słoń w składzie porcelany i nie mogę powiedzieć, żebym zapałała sympatią (do Karoliny zapałałam sympatią zdecydowanie, obawiam się o nią trochę), ale to ciekawa postać, która może w odpowiednim momencie mocno pociągnąć wydarzenia, a na pewno będzie dobrym kijem dla pierdoły Pawła (jprdl, ta scena, kiedy on wychodzi w tym ręczniku i bluzie, tak widzę i tak :facepalm: ) No i ha! Adrian jednak utarł nosa Natalii XD Trafiła kosa na kamień.

I podejrzenia na obecną chwilę:
SpoilerShow
Nie mam ich dużo, bo też tekstu niewiele, ale jak Ci pisałam na SB, na razie podejrzewam, że mordercą jest mężczyzna - bo stosunek analny i prezerwatywa, jakkolwiek tę prezerwatywę mi trochę wyprostowałaś. Ale po prostu pomyślałam, że znaleźli jakieś ślady lateksu i że to pewne, a nie tylko brak spermy. Pewnie będę się najpierw doszukiwać tego, co łączy ofiary, zanim zacznę typować mordercę (ale coś mi mówi, że jeszcze się nie pojawił), bo czuję jakoś podskórnie, że tu może tkwić klucz i on nie wybiera ich tak całkiem przypadkowo. Zdaje się przygotowany do akcji, przecież, żeby nie zostawić śladów, to nie można tak sobie po prostu do kogoś wparować i zrobić rozpierduchę. No.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 206
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 19 maja 2017, 13:27

To będzie trzeci raz, gdy podchodze do tego komcia :facepalm: Niż, wyż, czy coś, ale bez przerwy łupie mnie czaszka =.= Takze za farfoclenie bez sensu wybacz :P W razie czego uzyczę tego mrozonego pora tobie jak za bardzo będę pierdzielić xD

W Scenie-Seksów-Bez-Seksów opis był bardzo pobieżny. Niby z punktu widzenia Pawła, ale brak tam jest tego pożądania... Ba! Jakiegokolwiek uczucia. Jest beznamiętnie. Cicho, statycznie. Jestem wzrokowcem, więc bardzo brakowało mi też opisu wyglądu Laury i Pawła, a w takiej scenie powinien raczej być. Zwłaszcza gdy jest pisana z punktu widzenia faceta, bo to wzrokowcy właśnie! Więcej miejsca poświęcasz na opis kamienicy, czy przekąskom :facepalm: Gdyby Paweł się trochę pozachwycał swoją partnerką wyszłoby bardziej przekonująco. Choćby tym jak sprawnie jej [drobe/duże/małe/ jakie?] dłonie operują tą szpicrutą czy czymkolwiek. Bo ja ani Laury, ani Pawła nie widzę. Trochę jak obraz rodziców z Krowy i kurczaka ucięty do połowy =.=

Poza tym po zaznajomieniu się z całym tekstem podczas czytania pierwszej wstawki zapaliły mi się dwie czerwone lampeczki w głowie. Pierwsza, gdy zwróciłaś uwagę na samochód (o tym przypomniałam sobie podczas czytania drugiego notatnika Laury i o prześladowcach), a druga przy tym, jak Paweł zwrócił uwagę na to, że raz Laura pochowała przed nim rzeczy i nie mógł ich znaleźć (w pierwszym notatniku Laura pisze o tym, że nie zawsze rzeczy są tam, gdzie je zostawiła).

Bardzo rozumiem Pawłowe zmartwienia. Miałam taką koleżankę, która nigdy się nie spóźniała. Wystarczyło, wtedy 5 min spóźnienia, a ja zaczynałam odchodzić od zmysłów. W wypadku takich osób pierwsze co to się myśli "wypadek samochodowy", albo zemdlała, albo... Itd. Coś musiało się stać niedobrego.
Zatem zrobił bałagan.
A potem go posprzątał.
:facepalm:
Nie wiem, czy to w ogóle ma znaczenie, ale zdziwiło mnie trochę, że młoda psycholożka posiada dwa mieszkania. Z psychologii raczej nie ma się kokosów... Hm, hm...

W scenie w hotelu uderzyło mnie, że recepcjonistkę opisujesz dokładniej, niż którekolwiek z głównych bohaterów :grzybki:
Lubię postacie w tym typie co Łagoda :D Wiedzą, czego chcą, szybko myślą, szybko działają.
- Łagoda, masz trupa! - usłyszała, nim sama zdążyła się odezwać.
- Nie, panie komendancie, mam randkę – odpowiedziała chłodno.
xD
- Naprawdę nie mam czasu, przepraszam – porzuciła sztucznie słodki, kokieteryjny ton, którym szczebiotała od początku spotkania. - Trup mi stygnie.
xDDD
- Trup poczeka. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby się okazało, że gdzieś mu się spieszy – w głosie Adriana zabrzmiało rozbawienie.
lubię policyjne poczucie humoru :P Nieśmiały/flegmatyczny Adrian tą jedną rozmową zyskał chyba z 10 pkt ;)

Irma mnie podbiła xD Tą bezpośredniością. Zwracaniem uwagi na cudze dzieciaki. I kołkami xD Rodzina Irma x Magda super <3

Znowu wygląd... O Natalii i Imie wiemy głównie to, w co są ubrane i wiek. U N. 40 lat, a I. można się domyślić skoro ma dość dużego syna. Znacznie lepiej widać Kocimiętkę i Jerzmanowską.

Pierwsza myśl po przeczytaniu pierwszego dziennika Laury - to ona jest mordercą. W mózgu włączył jej się Dr. Hyde i tyle. Jednak uznałam, że to na pewno zbyt proste. :P
Co, jak co, ale Laura nie dałaby się wyprowadzić z równowagi jakiemuś dzieciakowi. Wyprowadzanie ludzi z równowagi to była jej specjalność i bardzo nie lubiła jak ktoś jej się wcinał w kompetencje.
xD
Kurcze, polubiłam Ewkę. Strasznie pier**li, ale jak jest potrzebna to po prostu jest. Odbierze telefon w środku nocy zamiast go wyciszyć, zgarnie kolegę i wysłucha. A tak poza tym dialogi z nią są po prostu rewelacyjne xDDDD
- Umarłeś tam?! - ryknęła Ewa, subtelna jak zawsze.
- Jeszcze nie!
- Pospiesz się! Nie z umieraniem, tylko z tą toaletą. Nie mam całego dnia!
- Twierdziłaś, że masz.
- No bo mam. Tak się tylko mówi.

Po raz drugi opisujesz recepcjonistkę... A wyglądu np Pawła czy Ewy nadal się tylko domyślam :facepalm:
- Kawy, herbaty? - zapytała obojętnym tonem.
Obie policjantki zgodnie odmówiły.
- A mi się kawa przyda – rzuciła dziewczyna zgryźliwie i poszła nastawić wodę.
xD Chociaż zaskakuje mnie trochę to, że tak swobodnie czuje się w towarzystwie policji. Jakby miała duże doświadczenie. Ciekawe rzeczy muszą się w hotelach dziać xD
- Jestem, jestem – skłamała Natalia. - Pracujemy, no jasne.
- Co się z tobą dzieje, dziewczyno? Wyglądasz, jakbyś myślami była dawno, dawno temu, w odległej galaktyce.
- A bo Adrian nie dzwoni... - mruknęła, choć nie była pewna, czy w ogóle powiedziała Irmie kiedykolwiek, kim jest Adrian.
Partnerka najwyraźniej jednak domyśliła się od razu, bo ostentacyjnie przewróciła oczami.
- Łagoda, na litość boską, ile ty masz lat? Wydawało mi się, że okres dojrzewania masz już za sobą od jakiegoś czasu.
xDDDD
Boże, co ze mnie za matka, pomyślała. Stoję sobie spokojnie i wykrwawiam się, jak gdyby nigdy nic, a dziecko głodne...
:facepalm:
O ile dzieciaki Karoliny bardzo polubiłam, tak Karoliny niezbyt. Zahukana, przestraszona. Mam wrażenie, że z tym jej mężem to grubsza sprawa jakaś. Typ, co "dla dobra dzieci" nie rozstanie się z mężem, który jest draniem. Bo ze wszystkich myśli Karoliny wynika, że takowym jest :(

Ogólnie super. Sieczka z mózgu i nie mam zielonego pojęcia, kto mógłby być sprawcą. Wątki się mnozą, parzą i rozmnazają. Fajnie. Czekam na więcej tropów!
SpoilerShow
Sprawy techniczne
Ten, ciśnięty na fotel, odbił się od obicia i wylądował na podłodze, prowokując Pawła do wyrzucenia z siebie kolejnego potoku słów powszechnie uważanych za niecenzuralne.
No bo nie było normalne. Jasne, może w przypadku innych ludzi tak, ale Laura nigdzie nie ruszała się bez telefonu i zawsze uprzedzała o możliwym spóźnieniu.
- Tak, przerwała mu gorączkowo, mówiłam, ale naprawdę to nic konkretnego nie wiem. Tomek, ten mój kolega, rozpoznał tę panią.
- No i co ja mam zrobić z tobą, co? - spytała kwaśno.
- Dobić – jękną.
- Okej.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 24 maja 2017, 00:43

III

15 listopada 2015 r., niedziela
DZIEŃ 3


1

Stara świetlówka pod sufitem zamigotała ostrzegawczo. Komisarz Natalia Łagoda spojrzała w górę, zadowolona, że ma pretekst, by nie patrzeć na swój zespół, w milczeniu siedzący przed nią na niewygodnych, twardych krzesłach przy długim stole w sali odpraw. Z pewnością nie uśmiechało im się tkwić tutaj w niedzielę, gdy normalni ludzie śpią do oporu, a potem jedzą obiad z rodzinami, ale na tyle zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji, by powstrzymać się od zwyczajowego narzekania.
Świetlówka jeszcze raz bzyknęła i zgasła. Niebo tego dnia znów zasnuwały ciemne chmury, więc obskurna sala, pozbawiona teraz jednej lampy, wydawała się jeszcze bardziej ponura i mniej przytulna niż zwykle.
Za plecami Natalii, na dużej, białej tablicy, przyczepione było wszystko, co mogło pomóc w śledztwie. Nie było tego wiele. Fotografie zamordowanych, kilka zdjęć z miejsc zbrodni, mapa Łodzi z zaznaczonymi na nich mieszkaniami ofiar, bo wszyscy zostali zabici we własnych domach, i tyle. Koniec.
Po chwili wahania Natalia dodała do tego fotografie Laury i Pawła. Obie opatrzyła znakami zapytania.
- Za wiele to nie mamy – mruknął smętnie młodszy aspirant Rudzki.
- Cztery ofiary. - Natalia westchnęła. - Już cztery. Tydzień temu były tylko dwie. Nasz morderca z jakiegoś powodu zaczął się spieszyć, a to dobrze dla nas. Niewykluczone, że niebawem popełni w końcu błąd. Może już go popełnił. Stasiak, co z uczestnikami imprezy?
Starszy posterunkowy Arek Stasiak z namaszczeniem założył okulary i otworzył skoroszyt z notatkami, ale jego mina mówiła wyraźnie, że niczego ważnego tam nie ma.
- Skontaktowałem się ze wszystkimi. Dyrekcja hotelu chętnie współpracowała, bez problemu dostałem namiary, ale oni nic nie wiedzą.
- Ktoś miał cokolwiek do powiedzenia o tej rzekomej rozmowie?
- Parę osób potwierdziło, że się odbyła. Reszta nie zwróciła uwagi. Ale o co chodziło, to już nikt nie słyszał.
- Dziwne. To nie jest duża sala, a Karpińska i Kaczmarek byli podobno wzburzeni – zastanowiła się głośno Irma.
- Może byli cicho wzburzeni – zasugerował zniechęcony Stasiak. - Jeden ze świadków utrzymywał, że cała rozmowa trwała może z piętnaście sekund i przez cały ten czas szeptali.
- Co może wzbudzić takie emocje przez piętnaście sekund? - Natalia nie była pewna, czy zwraca się do zespołu, czy do samej siebie.
- Pieniądze - Starszy sierżant Ludwik Bauer odezwał się po raz pierwszy od przekroczenia progu sali. - Seks. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
- Dobra, wrócimy do tego – zarządziła Natalia. - Bauer, co z rodziną i znajomymi tej Karpińskiej?
Starszy sierżant nie przygotował żadnych notatek. Nie dlatego, że ma taką dobrą pamięć, domyśliła się Natalia, po prostu on też niczego istotnego nie znalazł.
Jakby na potwierdzenie jej domysłów, Bauer wzruszył ramionami.
- Rodzina mieszka pod Poznaniem – powiedział. - Wiedzieli o tym, że zniknęła, jej chłopak ich powiadomił, ale uważają, że po prostu od niego uciekła.
- Ich zdaniem miała powody, żeby uciekać?
- A czy „niewystarczająco dobra partia” to dostatecznie rozsądny powód?
- Tak - wypsnęło się Natalii. - To znaczy... chcesz powiedzieć, że ten cały Eckhart nie jest dobrą partią?
- Nie ja chcę powiedzieć, tylko rodzice Laury Karpińskiej.
- Yhm. No tak, jasne. W sumie z tego, co widzieliśmy na zdjęciach, Karpińska to atrakcyjna babka, a z tego jej Pawełka żaden cud, więc może faktycznie postarała się o kogoś lepszego. Ale wątpię, żeby aż tak jej się spieszyło do kochanka, że zostawiła w hotelu wszystkie swoje rzeczy i popędziła w ciemną noc.
- A może ją mocno swędziało...
Obecni w sali mężczyźni zarechotali głupkowato.
Oni z tego nie wyrastają, pomyślała zrezygnowana Natalia. Po prostu nie i już.
- Młodszy aspirancie Rudzki! - huknęła. - Zachowujcie się, do cholery! Tu są kobiety!
- Przepraszam, pani komisarz – odpowiedział Rudzki, ale nie wyglądał na szczególnie skruszonego. Nie pracował tu od wczoraj i doskonal wiedział, że ani Irma ani Natalia nie należą do przewrażliwionych.
Natalia przyjęła przeprosiny skinieniem głowy i kontynuowała, jak gdyby nigdy nic.
- Ta Karpińska tu nie pasuje. Nie wiem, co ona w tym wszystkim robi. Ale są tylko dwie możliwości. Albo to zbieg okoliczności i babka nie ma z całą sprawą nic wspólnego, albo wręcz przeciwnie i jej osoba jest tu w jakiś sposób kluczowa.
- Czyli, mówiąc prościej, dalej gówno wiemy.
- Rudzki!
- Jezu, ale pani komisarz dzisiaj drażliwa...
- A drażliwa, żebyś wiedział - przyznała Natalia. - Bo, niestety, masz pieprzoną rację. Dalej gówno wiemy.
- Musimy to wszystko przerobić jeszcze raz – uznała Irma. Odezwała się po raz pierwszy tego ranka. Wyglądała na zmęczoną i Natalia podejrzewała, że jej partnerka przez całą noc walczyła z potworami z szafy.
- Co przerobić? - zapytała.
- Przecież mówię. Wszystko. - Irma westchnęła. - Ta Karpińska, jej rozmowa z czwartą ofiarą i późniejsze zniknięcie to nasz jedyny punkt zaczepienia, nic innego nie mamy. Dlatego musimy jeszcze raz prześwietlić wszystkich zamordowanych, skupiając się na tym, czy mogli mieć cokolwiek wspólnego z tą kobietą.
- Dobry pomysł – zgodziła się Natalia automatycznie. Irma miewała głównie dobre pomysły, więc nie trzeba było nawet zbyt uważnie słuchać, by przyznać jej rację.
Ale... szlag! Jeszcze raz od nowa?
Wiedziała, że to najrozsądniejsza opcja, ale miała już szczerze dość. Nie chciała więcej myśleć o tych ludziach, których spokojne życie brutalnie przerwał jakiś poważnie zaburzony maniak. To zaczynało się robić zbyt trudne. Do tej pory zawsze miała przynajmniej ogólne pojęcie o tym, z czym się mierzy. Rodzinne awantury, pijackie burdy, porachunki uliczne – bynajmniej tego nie usprawiedliwiała i ścigała z pełnym zaangażowaniem, ale potrafiła żyć ze świadomością, że takie rzeczy się zdarzają. Natomiast to, co się teraz działo, przekraczało jej pojmowanie. Na myśl, że ma jeszcze raz zagłębić się w życiorysy nieszczęsnych ofiar, chciało jej się płakać. Im lepiej poznawała ich jako ludzi, tym bardziej bezsensowne wydawały jej się poczynania zabójcy. Wszyscy zamordowani byli normalnymi, względnie porządnymi obywatelami, którzy żyli sobie spokojnie, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Nie znali się wzajemnie, nic ich nie łączyło, policjantki nie dotarły do żadnych związanych z nimi afer i mrocznych sekretów. A jednak ktoś postanowił pozbawić te osoby życia w sposób, jakiego nie powstydziliby się najwytrawniejsi kaci Świętej Inkwizycji. To było niepojęte. I przytłaczające. I w dodatku przydarzyło się akurat w momencie, gdy Natalia uznała, że chyba wystarczająco odchorowała już rozwód, postanowiła wziąć życie we własne ręce i jeszcze raz zawalczyć o szczęście. Chciała poczuć to uniesienie, tę lekkość, radość z życia, motyle w brzuchu, a zamiast tego miała wrażenie, jakby połknęła górę kamieni i popiła olejem silnikowym.
Głos Irmy docierał do niej jakby z oddali. Zadowolona, że partnerka przejęła pałeczkę, Natalia usiadła za swoim biurkiem i wbiła wzrok w tablicę, spojrzała na zdjęcia. W oczach czworga zamordowanych dostrzegła wyrzut i rozczarowanie. Wiedziała, że to sobie wmawia, ale ta świadomość w niczym jej nie pomagała.
- Pierwsza ofiara – mówiła tymczasem Wilińska rzeczowym tonem. - A przynajmniej pierwsza, o której wiemy. - Stuknęła wskaźnikiem prosto w nos uśmiechającego się ze zdjęcia mężczyzny. - Jerzy Jachimiak. Czterdzieści pięć lat, listonosz, mieszkał z żoną w bloku na Widzewie. Od pół roku żyli tylko we dwoje, bo wysłali córkę na studia go Gdańska. Z tego, co twierdzi rodzina i znajomi, mieli udane pożycie. Nie prowadzili bujnego życia towarzyskiego, ale w swoim środowisku byli lubiani. Żadnych wrogów, podejrzanych kontaktów, ani wielkich pieniędzy. Nawet kłopotów z córką nie mieli. Ot sympatyczna, niezbyt zamożna rodzina z blokowiska. Aż tu nagle, cztery tygodnie temu, Jachimiakowa pojechała na weekend odwiedzić matkę, a gdy wróciła, znalazła zmasakrowane zwłoki swojego małżonka na środku pokoju. Jachimiak został brutalnie zgwałcony w odbyt i torturowany chyba na wszystkie sposoby, jakie przyszły temu zwyrodnialcowi do głowy. Patolog stwierdził poparzenia trzeciego stopnia, obecność ran kłutych, szarpanych, ciętych i miażdżonych. Większość zadano mu, gdy jeszcze żył. Dookoła było mnóstwo krwi, ale poza tym żadnych śladów. Nic nie zginęło...
- Nie no, Jachimiak zginął...
- Rudzki, ja może zniszczę twój światopogląd tym, co teraz powiem, ale nie jesteś, kurwa, zabawny!
- Okres im się zsynchronizował, czy jak? - szepnął młodszy aspirant w stronę kolegów.
- Słyszałam!
Natalia ostentacyjnie przewróciła oczami. Gdyby chodziło o jakikolwiek inny zespół, takie uwagi doprowadziłyby do regularnej wojny między „obozami” męskim i żeńskim. U nich nic podobnego nie miało miejsca. Już nie. Cała komenda patrzyła krzywo na Natalię i Irmę jako jedyny babski duet dowodzący własną grupą. Z ich trzech podwładnych podśmiewano się jeszcze bardziej, toteż całej piątce nie pozostało nic innego, jak tylko trzymać się razem. Oczywiście nie zawsze tak było i teraz Natalia uśmiechnęła się w duchu na wspomnienie dawnych, burzliwych czasów. Chyba tylko cud sprawił, że się wtedy nie pozabijali i ostatecznie stworzyli zgrany i skuteczny zespół. Mimo wszystko nadal bywali czasem dla siebie wzajemnie trudni do zniesienia.
- Druga ofiara. - Irma wróciła do tematu i tym razem pacnęła wskaźnikiem w czoło przypięty do tablicy wizerunek młodej kobiety, o krótkich, ciemnych włosach. - Jowita Tokarek. Zamordowana trzynaście dni po tym, jak znaleźliśmy Jachimiaka. Tak, wiem, że wszyscy znamy to już na pamięć – dodała przepraszającym tonem, choć członkowie zespołu z uprzejmości starali się nie wyglądać na znudzonych. - Powtarzam to wszystko, żebyśmy spróbowali spojrzeć na ofiary jeszcze raz, tym razem pod kątem tego, w którym miejscu na ich życiowej drodze mogło się pojawić coś mającego związek z Laurą Karpińską. Karpińska jest lekarzem psychiatrą i wykładowcą akademickim. Musimy się zastanowić, czy mogła kiedykolwiek spotkać te osoby, więc proszę was, skupcie się.
Brunetka ze zdjęcia jeszcze raz zarobiła w czoło wskaźnikiem.
- Jowita Tokarek - podjęła Irma z nową energią. - Dwadzieścia dziewięć lat, prawniczka, świeżo po rozwodzie. Mąż odkrył swoje życiowe powołanie i jeszcze przed formalnym rozwiązaniem małżeństwa wyjechał paść jaki w Tybecie. Jest zupełnie poza podejrzeniem.
- Nie jaki w Tybecie, tylko lamy w Boliwii – poprawił nieśmiało Stasiak. - I nie paść, tylko strzyc...
Irma obdarzyła go wyjątkowo morderczym spojrzeniem.
- Tak czy inaczej, zabić jej nie mógł – warknęła. - Jowitę znalazła po czterech dniach kobieta, która przychodziła do niej raz tygodniu, żeby posprzątać. Zdaje się, że nadal jest na lekach uspokajających. Sprzątaczka, nie Jowita, Jowicie już nic nie pomoże. Ona również została zgwałcona, zarówno w odbyt, jak i w pochwę. Charakter pozostałych obrażeń nie pozostawia wątpliwości, że ją i Jachimiaka zabiła ta sama osoba. I w tym przypadku nie znaleźliśmy żadnych śladów.
- Co on, duch jakiś, czy co? - nie wytrzymał Stasiak. - Jak można zamordować dwie osoby i nie zostawić zupełnie żadnych śladów? I jakim cudem te ofiary nie darły się wniebogłosy?
- Bo były zakneblowane i prawdopodobnie naćpane – przypomniała Irma.
- Ale mimo wszystko jakieś dźwięki powinny wydawać.
- Może i jakieś wydawały, ale czy ty zwracasz uwagę na wszystkie odgłosy, które dobiegają od sąsiadów?
- A broń mnie, Panie Boże! Jeszcze mi zdrowe zmysły miłe!
- No właśnie. Wszyscy zostali zabici prawdopodobnie w nocy, albo późnym wieczorem. Sąsiedzi twierdzą, że nic nie słyszeli, nic nie widzieli.
- Czyli jednak duch.
- Nie słyszałam o duchach, które obcinają ludziom sutki.
- No nie wiem... Krwawa Mary wyrywa oczy...
- Ja ci, Rudzki, zaraz coś wyrwę - zagroziła Irma, w miarę nawet spokojnie, i rozejrzała się za wskaźnikiem. Znalazła go, opartego o ścianę i powróciła do wywodu. - Trzeci był Piotr Bocian, pracownik stacji benzynowej. - Wskazała zdjęcie zupełnie nijakiego mężczyzny o wodnistych oczach i rzadkich, jasnych włosach. - Trzydzieści jeden lat, zabity cztery dni temu, dokładnie w taki sam sposób, jak dwie poprzednie ofiary. Również doszło do gwałtu. Facet mieszkał w kamienicy w śródmieściu ze współlokatorem, pracownikiem tej samej stacji, ale ten wziął urlop i wyjechał załatwiać jakieś sprawy rodzinne. Jego alibi się potwierdziło. Obaj byli kawalerami, z nikim się nie spotykali, trochę imprezowali z nieszczególnie eleganckim towarzystwem. Czasem wdawali się w barowe albo uliczne bójki pijackie, ale nie mieli wrogów, przynajmniej nie takich, którym przyszłoby do głowy w podobny sposób wyrównywać rachunki. Bociana znalazł właściciel mieszkania, ale on też nie miał do powiedzenia nic ważnego. Niewiele wiedział o swoich lokatorach. Jakieś wnioski? - zapytała nagle Irma, wyrywając zgromadzonych z otępienia.
- Już? - zdziwił się Stasiak. - Przecież został nam jeszcze jeden.
- Jestem tego świadoma. Pytałam o wnioski do tej pory.
- Chyba tylko to, co już do tej pory ustaliliśmy – zastanowił się milczący do tej pory Bauer. - Płeć ofiary jest mu najwyraźniej obojętna, chociaż jak na razie częściej wybiera mężczyzn. Wydaje się, że nie ma żadnego klucza, bo ofiar nic nie łączy, ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka. Nie znaleźliśmy żadnych powiązań. Poza tym wszyscy albo sami wpuścili oprawcę do domu, albo miał klucze, chociaż pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna, biorąc pod uwagę, że zabójca wychodząc zabierał klucze ofiar i zamykał za sobą drzwi. Gdyby miał własne, nie musiałby tego robić. Szukamy teraz tych kluczy, bo mógł je gdzieś wyrzucić, ale to szukanie igły w stogu siana.
- Możliwe też, że zabiera je na pamiątkę – dodał Rudzki, poważniejąc nieco. - Bo innych pamiątek nie bierze, chociaż seryjnym mordercom często się to zdarza. Oprócz metody działania, nie ma też żadnego znaku rozpoznawczego. Nie zostawia na miejscach zbrodni niczego, co moglibyśmy odczytywać jako wiadomość dla nas.
- Nie mamy też narzędzia zbrodni – westchnął Stasiak, poruszając jeden z bardziej drażliwych tematów tego śledztwa. - Używa różnych narzędzi, ale najwyraźniej przynosi je ze sobą i zabiera z powrotem, bo nic, co znaleźliśmy w mieszkaniach, nie pasuje.
Natalia siedziała przy swoim biurku pod oknem, wdzięczna Irmie, że nie prosiła jej o pomoc w podsumowaniu dotychczasowych ustaleń śledztwa. Wyglądała na parking komendy przy Sienkiewicza, obserwowała deszcz siekący samochody i próbowała się uspokoić.
Gdzieś tam, na zewnątrz, czaił się ten zwyrodnialec. Chodził po tych samych ulicach, co normalni ludzie, był czyimś dzieckiem, sąsiadem, kolegą, może nawet mężem, czy ojcem! Robił zakupy w markecie i oglądał telewizję.
A może ukrywał się w jakiejś piwnicy, sam ze swoimi urojeniami, i planował kolejne zabójstwo?
Nie, to było mało prawdopodobne. On musiał żyć wśród ludzi, obserwować swoje ofiary, zbierać o nich informacje. Było mu najwyraźniej obojętne, czy i kiedy ciała zostaną odnalezione, bo nie fatygował się z ukrywaniem zwłok, nie wybierał też specjalnie osób, które mieszkały samotnie, ale doskonale orientował się, kiedy nikogo prócz nich nie będzie w domu. To musiało być dla niego ważne, by zabijać tych ludzi w ich własnych mieszkaniach. Tylko dlaczego? Może po prostu nie miał żadnej kryjówki, żadnej swojej piwnicy, izby tortur, jakimi dysponują zabójcy w powieściach? Może nie posiada środka transportu, żeby przewieźć zwłoki? To tylko w amerykańskich kryminałach mordercy dysponują pełnym zapleczem logistycznym.
Jakkolwiek by nie było, jego próg lęku musi być obniżony do stopnia niewyobrażalnego dla normalnego człowieka. Torturować kogoś przez wiele godzin w jego własnym domu i nie bać się, że sąsiedzi coś usłyszą, że ktoś nieoczekiwanie wejdzie – bo przecież żona Jachimiaka, czy współlokator Bociana mogliby wrócić wcześniej... Nie, to się Natalii nie mieściło głowie.
- Możemy zrobić chwilę przerwy – zaproponowała nieoczekiwanie.
Irma spojrzała na nią zdziwiona, ale skinęła głową.
- W porządku, idźcie po jakąś kawę, czy coś – zwróciła się do mężczyzn. - Mi też możecie przynieść.
Gdy się rozeszli, podeszła do Natalii.
- Co się dzieje?
-Nie, nic. - Komisarz przetarła oczy. - Po prostu wszystkie te informacje naraz... Irka, czy ciebie to w ogóle nie rusza?
Partnerka popatrzyła na nią jak na wariatkę.
- Jak mogłoby mnie nie ruszać? - odpowiedziała. - Wychowuję dzieci na świecie, po którym łażą, często bezkarnie, tacy zwyrodnialcy. Kiedyś będę im musiała to wyjaśnić. Dzieciom, nie zwyrodnialcom. Kiedyś zapytają mnie, dlaczego.
- I co im wtedy powiesz?
- Że świat jest zły, a ludzie to chuje.
Natalia nie zdążyła zapytać, czy mówi serio, bo w tej chwili wrócili Rudzki, Stasiak i Bauer. Irma rzuciła jeszcze koleżance zaniepokojone spojrzenie i usiadła na swoim miejscu.
- Przynieśliście mi kawę? - zapytała.
Mężczyźni spojrzeli po sobie z głupkowatymi minami.
- No... nie – przyznał Rudzki. - Zapomnieliśmy.
- Nieużyta hołota – oświadczyła Wilińska takim tonem, jakby niczego innego się po nich nie spodziewała. - Możemy wrócić do pracy? Bo teraz zaczyna się najciekawsze. Niewykluczone jest, że przy czwartej ofierze nasz zabójca faktycznie popełnił błąd.
Trzej mężczyźni usadowili się w końcu niezgrabnie na swoich miejscach i spojrzeli na Irmę z nieco większym niż dotychczas zaciekawieniem. Natalia poczuła wyrzuty sumienia, gdy uświadomiła sobie, że jej partnerka prawdopodobnie spędziła długie godziny analizując sprawę, podczas gdy ona sama rozpaczała, że jej kolejna randka okazała się kompletną porażką. Ale mimo tego miała do Irmy żal, że zrobiła wszystko sama, nie proponując nawet wspólnej nocnej nasiadówy, jak za dawnych czasów. Chociaż czy gdyby zaproponowała, Natalia zgodziłaby się? Zapewne nie, podobnie jak poprzednio i jeszcze poprzednio... Nic dziwnego, że Wilińska w końcu odpuściła.
- Wcześniej czekał dłużej, zanim uderzył ponownie – zauważył Bauer.
- Tak – potwierdziła Irma. - Dlatego tym razem mamy powody przypuszczać, że to zabójstwo nie zostało zaplanowane tak starannie, jak poprzednie. Prócz tego, że sprawca się wyjątkowo pospieszył, to jeszcze nie upierał się tym razem, by zamordować chłopaka w jego domu, a miałby okazję, bo matka i siostra Kaczmarka raz w miesiącu jeżdżą na jakieś badania do Warszawy i zatrzymują się tam u rodziny na dzień lub dwa. Wystarczyłoby, żeby morderca poczekał jeszcze przez dwa tygodnie. Ale widocznie nie chciał, albo nie mógł czekać, przez co wreszcie się odsłonił. Teraz mamy niemal pewność, że zna swoje ofiary, dlatego wszyscy wpuścili go do domu. Możliwe, że byli z nim umówieni. Tomek Kaczmarek na pewno był.
- O pierwszej w nocy? - zdziwiła się Natalia.
- Na to wygląda. Tego dnia rano powiedział matce, że po pracy pojedzie na noc do domku działkowego, żeby się uczyć.
- W domku działkowym? W listopadzie? Ciemną nocą i to jeszcze po robocie? I ta matka to łyknęła? - nie dowierzał Rudzki.
Irma wzruszyła ramionami.
- Chłopak był dorosły. Skoro nie chciał się spowiadać, to nie musiał. Nawet jeśli podejrzewała, że wcale nie będzie się uczył, to co miała zrobić? Zakomunikował, że nie wróci na noc, powiedział, gdzie będzie. Bauer, ty przesłuchiwałeś tę kobietę. Sprawiała wrażenie, że wie, o co mogło Tomkowi faktycznie chodzić?
- Absolutnie nie. Jest w kompletnym szoku – odparł Bauer. - Na pewno się nie spodziewała, że coś mu może grozić.
- No dobra, ale my zgadzamy się, że dzieciak nie zamierzał się tej nocy uczyć, tak? - upewnił się Rudzki. - Na miejscu nie znaleziono żadnych książek, zeszytów, czy notatek. Więc po diabła tam lazł? Prawdopodobnie z kimś się umówił, możliwe, że z mordercą. Po co? Z dilerem mógł się spotkać w pierwszym lepszym zaułku, więc raczej nie chodzi o narkotyki. Nie ma żadnego dowodu, że robił jakieś lewe interesy, zresztą podobnie jak pozostali, więc, nawiązując do tego, co wcześniej powiedział Bauer, zostaje seks. Miał się spotkać z kimś na schadzkę.
- Z Laurą? - zasugerował z powątpiewaniem Stasiak. - Przecież ona była od niego ponad dziesięć lat starsza.
- No i co? - prychnęła Irma. - Od tego swojego Pawła też jest starsza, widocznie lubi młodszych.
- Ale chyba nie spotykała się z nimi wszystkimi? - Natalia dostrzegła, dokąd zmierza ta rozmowa. - Nie uprawiała przecież seksu z żonatym gościem w średnim wieku, rozwiedzioną prawniczką i jakimś troglodytą ze stacji benzynowej. Za duży rozrzut. Musiałaby być jakąś niewyżytą nimfomanką.
- Nimfomanka jest niewyżyta z definicji – poprawiła Irma odruchowo. - Nie, nie sądzę, żeby miała romans z każdą z ofiar, ale nie wykluczam, że spotkała tych wszystkich ludzi w jakichś okolicznościach. W okolicznościach, które mogły na przykład nie spodobać się jej chłopakowi...
- Dlatego tak go wczoraj przycisnęłaś - zorientowała się Natalia.
Irma bezwiednie poczochrała ciemne, asymetrycznie obcięte włosy.
- Tak, jak mówiłam, jedyne, co mamy, to sytuacja w hotelu – mruknęła. - Tomek Kaczmarek rozmawia z Laurą, umawiają się, ona wychodzi, on kończy pracę, spotykają się gdzieś, idą do domku na działce. Paweł Eckhart ich śledzi i po wszystkim rozprawia się z kochankiem dziewczyny, a może i z samą dziewczyną. Potem czeka jeden dzień i wieczorem zaczyna swoją „akcję poszukiwawczą”.
- Z jednej strony brzmi sensowniej niż cokolwiek, co mieliśmy do tej pory – przyznała Natalia. - Ale z drugiej coś tu nie pasuje.
- Co ty nie powiesz! - sarknęła Irma. - Tylko że Koziadupka mi nogi powyrywa, jak nie dostanie jakiejś teorii i to natychmiast.
Natalia znów spojrzała w okno, jakby nagle zauważyła tam coś strasznie ciekawego.
Szlag. Szlag jasny i kurwa mać!
Przecież prokurator powinien kontaktować się z nią, z Natalią, w końcu to ona, a nie Irma prowadziła sprawę! Nie żeby miała ogromną potrzebę wysłuchiwania niekończących się utyskiwań Kozieradki, ale powinna ich wysłuchiwać. To był jej obowiązek, jej pieprzony dopust Boży. Ale wyglądało na to, że zarówno prokurator jak i przełożeni już dawno postawili na niej krzyżyk. Zresztą słusznie. Nie była zła ani na nich, ani tym bardziej na Irmę, która bez słowa skargi przyjęła na siebie wątpliwą przyjemność dźwigania tego śledztwa. Nie, była zła wyłącznie na siebie. Nawaliła jako żona, bo chciała być policjantką. Teraz nawala jako policjantka, bo zachciało jej się znowu być żoną.
Obiecała sobie, że od tej pory zaangażuje się bardziej, że Irma nie będzie musiała wszystkiego robić sama, a prokurator Kozieradka dostanie swoją teorię i dostanie ją od nich obu.
- Masz rację, że ten Eckhart wydaje się trochę dziwny – powiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał normalnie. - Ale chyba nie na tyle, żeby serio brać go pod uwagę jako zabójcę...
- Sama nie wiem. - Włosy Irmy sterczały już we wszystkie strony od nerwowego czochrania. - Jakby tak pomyśleć... Nie da się ukryć, że cholernie dobrze trafił. Dowiedziałam się sporo o tej Karpińskiej. To podobno jakaś uniwersytecka gwiazda, najmłodszy doktor habilitowany w historii wydziału lekarskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od przeprowadzki do Łodzi wykłada na dwóch uczelniach i prowadzi swój gabinet psychiatryczny. Do tego jest całkiem niezłą laską i trochę trudno mi pojąć, co widzi w totalnie przeciętnym, o sześć lat młodszym doktorancie psychologii. Na jego miejscu też bym jej pilnowała, więc nie mam problemu z wyobrażeniem go sobie jako patologicznego zazdrośnika. Tylko w tej chwili nie ma żadnych dowodów, że Karpińska miała kontakt z którąkolwiek z ofiar, z wyjątkiem Tomka Kaczmarka. Zresztą nawet, jakby miała, nie wierzę, że akurat z nimi nawiązała na tyle głębokie relacje, żeby jej chłopak się zaniepokoił. Co miałaby do roboty z podstarzałym listonoszem, albo ćwierćmózgim imprezowiczem? Może z prawniczką, chociaż na to też nie za wiele wskazuje...
- No i dlaczego jej chłopak miałby ich brutalnie gwałcić, jeżeli cała ta sprawa jednak nie rozbija się o seks? - Natalia coraz mniej widziała w tym wszystkim sensu. - Dlaczego w ogóle miałby ich gwałcić, wszystkich tych mężczyzn chociażby? Czy w ogóle byłby... no wiecie, w stanie?
- Aż tyle to my o nim nie wiemy – mruknął Rudzki, jakby trochę zawstydzony. - Może podnieca go samo zadawanie cierpienia, a komu, to już mniej ważne?
- Mało prawdopodobne. Tego rodzaju przestępcy mają zwykle swój typ.
- Od tygodni walczę o profilera – przypomniała Irma. - Ale ciągle słyszę, że nie ma funduszy. A jakoś się nie spodziewam, żebyśmy sami sklecili spójny profil. Ten świr jest zbyt pokręcony. W każdym razie Kozieradka dał nam dwa dni i albo w tym czasie wypracujemy trzymającą się kupy teorię, albo po prostu dam mu Eckharta i niech robi, co chce. Przyznam, że druga opcja, chociaż kusząca, nie do końca mi odpowiada, więc postuluję brać się do roboty.


2

- Jestem podejrzany o morderstwo!
- Jeszcze nie jesteś podejrzany.
- Ale dali mi do zrozumienia! - Paweł przyssał się do butelki z piwem i nie odstawił jej, póki nie opróżnił do połowy.
Nie przejmował się za bardzo tym, że są w miejscu publicznym. Muzyka w barze łomotała tak, że mógłby przyznać się do masowego mordu, a i tak nikt by nie zwrócił uwagi. Ewa przyprowadziła jego i Karolinę do jednego ze swoich ulubionych lokali na Offie. Paweł nawet nie próbował zrozumieć, co ona widzi w tym ciemnym, ponurym miejscu o surowych, nieotynkowanych ścianach, z podłogą wylaną cementem, czarnymi kanapami i stolikami zrobionymi z czego popadło. Dzisiaj wystarczało mu, że jest tu piwo i nagłośnienie bez trudu zagłuszające jego wynurzenia.
- Byłoby dziwne, gdyby nie dali. - Ewa nie wyglądała na przejętą. - Powiązali cię z tym morderstwem, a ty nie masz alibi
- I mówisz o tym tak spokojnie?! - W głosie Pawła zabrzmiała nuta histerii. - Co ja mam teraz zrobić?
- Jeśli nie zamordowałeś tego kolesia, to chyba nic. W końcu dojdą do tego, że to nie ty.
- Jak to „jeśli” go nie zamordowałem?
Ewa wzruszyła ramionami i nic nie powiedziała.
- Ty myślisz, że ja... że bym mógł...
- Głupi, nie uważam, że to ty. Ale policja musi wszystko sprawdzić. Jak się nie będziesz wydurniał i utrudniał im pracy, to cię szybko wykluczą i z głowy.
- A jeśli nie?
Kolejne wzruszenie ramionami. Ludzie przy sąsiednim stoliku wybuchnęli głośnym śmiechem. Ewa zerknęła na nich ciekawie, ignorując pytanie Pawła.
- Nie wiem – powiedziała w końcu, gdy już zdążył zapomnieć, że cokolwiek mówił. - Ale to się chyba nie zdarza często, prawda? Że łapią nie tę osobę? Dojdą jakoś, że to nie ty.
- Przecież ja tego człowieka nie znałem! Nie widziałem go nigdy w życiu! Nawet jeśli Laura miała z nim coś wspólnego, to nic o tym nie wiem. Zresztą wątpię, żeby miała. Gówniarz się pomylił, wziął ją za kogoś innego. Może się wkurzyła i musiała wyjść... - urwał. Nie był w stanie nawet myśleć o tym, co mogło się stać po jej wyjściu, a co dopiero mówić na ten temat. - W każdym razie to, że ktoś zabił chłopaka tej samej nocy, to przypadek – dokończył po chwili.
Ewa nie odpowiedziała. Bez słowa wstała i poszła do baru. Paweł dopiero teraz zorientował się, że wypił już swoje piwo i od dłuższej chwili nerwowo obraca w dłoniach pustą butelkę. Zerknął niepewnie na Karolinę. Kobieta nie uczestniczyła w rozmowie i sprawiała wrażenie, jakby źle się czuła w tym miejscu. Nie, właściwie to sprawiała wrażenie, jakby źle się czuła w ogóle. Nawet pomimo niedostatecznego oświetlenia widać było podkrążone oczy i nienaturalną bladość cery. Gdy na moment podwinęła rękaw swetra, Pawłowi wydało się, że dostrzegł na jej przedramieniu sporego siniaka, choć możliwe, że było to tylko złudzenie.
Ewa wróciła z dwiema butelkami piwa. Jedną wręczyła Pawłowi, drugą natychmiast sama się zajęła. Spojrzała na siostrę z nieodgadnioną miną.
- Przepraszam, nawet nie spytałam, czy coś chcesz, ale...
Sok, który zamówiła Karolina tuż po przyjściu wciąż stał przed nią nietknięty.
- W porządku, nic nie chcę, zaraz będę leciała. Dziewczynki pewnie nie zasną, dopóki nie wrócę.
- Niech im Damian opowie bajkę – warknęła Ewa.
Paweł nie od dzisiaj odnosił wrażenie, że jego koleżanka nie przepada za mężem siostry. Sam spotkał Damiana zaledwie kilka razy i niewiele mógł o nim powiedzieć, prócz tego, że wydawał się cokolwiek ponury. Możliwe, że po prostu nie był zbyt towarzyski, jednak Paweł mimowolnie zastanowił się, czy aby dzisiejsza kiepska kondycja Karoliny nie ma jeszcze innych przyczyn prócz zmartwienia ostatnimi wydarzeniami. Chwilowo musiał co prawda uznać, że ma poważniejsze problemy i powinien zadbać przede wszystkim o własną dupę. Czuł się z tym okropnie, ale obiecał sobie, że jak się tylko z tego wszystkiego wyplącze, natychmiast zainteresuje się bliżej kłopotami koleżanki. W końcu ona mu pomogła, gdy tego potrzebował i nadal była chętna do pomocy, ale trudno przy dwojgu małych dzieci prowadzić prywatne śledztwo.
Poczuł, że znów zaczyna go ogarniać panika.
Śledztwo? Jakie śledztwo? Przecież on i jego znajomi nie są tu od prowadzenia żadnego śledztwa. Tym powinna się zająć policja.
Tylko że policja idzie ewidentnie fałszywym tropem, co może się skończyć tragicznie.
- Ej, bucu, pożegnałbyś się! - Kuksaniec od Ewki wyrwał go z zamyślenia. Podniósł wzrok i stwierdził zdziwiony, że Karolina jest już gotowa do wyjścia.
- Trzymajcie się – powiedziała. - Jak tylko przypomnę sobie coś, co mogłoby pomóc, to się odezwę.
Paweł skinął głową, wykrztusił jakieś podziękowanie i na nowo zajął się zatracaniem kontaktu z rzeczywistością. Machinalnie podnosił do ust butelkę z piwem i siorbał, nawet nie czując smaku. Wzrok miał utkwiony w czarnej kotarze, prawdopodobnie zasłaniającej monstrualny sprzęt grający, bo nigdzie na widoku go nie było.
- Paweł, jesteś tu? - Ewka szturchnęła go ponownie.
- Boże, co ja wyprawiam? - jęknął nieoczekiwanie nawet dla samego siebie.
- Że co niby wyprawiasz? Nic nie wyprawiasz właśnie, siedzisz, jakby cię ktoś zahipnotyzował i...
- Co ja wyprawiam? - przerwał jej. - Moja dziewczyna zaginęła, a ja przyszedłem do baru pić! Przecież jeśli policja ma mnie na oku w związku z tym jakimś tam zabójstwem, to właśnie dostarczyłem im dowodu na to, że jestem skończonym psychopatą bez uczuć!
- A co miałbyś robić? Przecież już jej szukałeś i nie znalazłeś.
- Powinienem rozpaczać! To znaczy ja właśnie rozpaczam, tylko oni o tym nie wiedzą.
- Żeby się dowiedzieli, musiałbyś chyba lamentować na ulicy tak długo, aż by cię zamknęli za zakłócanie porządku publicznego. Daj spokój, masz prawo wychodzić z domu i widywać ludzi. Kto powiedział, że cierpieć można tylko w samotności?
- Nie, wiesz co, chyba jednak pójdę. Zresztą jestem już zmęczony.
Ewa wyglądała na odrobinę rozczarowaną, ale chyba zrozumiała. Pożegnała go, upewniwszy się trzy razy, czy aby na pewno można go zostawić samego.
- Nie rób żadnych głupot – rzuciła jeszcze na pożegnanie, pomachała mu i bez najmniejszego skrępowania przysiadła się do wesołego towarzystwa z sąsiedniego stolika.
Ta to nigdy nie miała problemów z nawiązywaniem znajomości, myślał Paweł, jadąc tramwajem. Myślał nad przenocowaniem w drugim mieszkaniu, którego nie używali z Laurą na co dzień, ale i tak by mu się z nią kojarzyło, a do tego jeszcze byłoby mu nieswojo, zdecydował więc wrócić na Łączną. Tam były rzeczy Laury, może uda mu się coś znaleźć, jakąś wskazówkę, ślad.
Grupa kompletnie pijanych nastolatków zaintonowała wulgarną piosenkę obrażającą Legię Warszawa. Kto to słyszał tak się zaprawić w niedzielę? Czy te dzieci w poniedziałek do jakiejś szkoły nie powinny czasem iść, czy gdzieś? Sam Paweł też czuł się lekko wstawiony. Nie mógł przełknąć niczego przez cały dzień i dwa piwa wypite na pusty żołądek zrobiły swoje.
- Legia to stara kurwa, Legia jebana jest – nucił pod nosem, idąc w kierunku domu słabo oświetloną ulicą Sejmową.
Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, co właściwie śpiewa. Parsknął krótkim śmiechem. Złościł się na gówniarzerię przez całą drogę, a teraz o, proszę, jak podłapał. Dobrze chociaż, że w Łodzi trudno o kibiców Legii, przynajmniej w mordę nie zarobi.
- Legię trzeba pierdolić, Leeeegię Cewukaes...
Poczuł coś na kształt zdziwienia, że mieszkanie bez Laury wygląda jak zwykle. Nie miało prawa się przecież zmienić, minęło zbyt mało czasu. Wszystkie jej rzeczy leżały na wierzchu, można było odnieść wrażenie, że kobieta za chwilę wejdzie, włączy komputer, pootwiera książki, rozłoży papiery. Zwyczajność tego widoku kontrastowała z upiorną sytuacją, podkreślając tylko nieobecność Laury. Wszystkie jej rzeczy wydały się Pawłowi nie na miejscu, choć leżały przecież tam, gdzie zawsze. Jakby nie powinno ich tu być, kiedy jej nie ma.
Ale przecież ona wróci, tłumaczył sobie desperacko. Jej ubrania, książki, sprzęt elektroniczny, biżuteria... Ona wróci i wszystkiego tego będzie normalnie używać, jak zawsze! Nie pomagało. Ten codzienny, znajomy widok coraz bardziej go tylko przygnębiał. Pomyślał, że trzeba było jednak pojechać do drugiego mieszkania, ale w porę przypomniał sobie, że wrócił tu właściwie głównie po to, by poszukać wskazówek. Przecież Laura nie zapadła się pod ziemię, gdzieś musiała być i na pewno istnieją ślady, po których można do niej dotrzeć.
Pierwsze kroki skierował do lodówki po piwo. Zadrżał, gdy przypomniał sobie, w jakich okolicznościach je tam umieścił. Kupił kilka butelek, żeby mogli wypić z Laurą przed telewizorem, zażywając zasłużonego odpoczynku po wyczerpującym seksie. Seksu nie było, filmu nie było, ale piwo jest.
Z butelką w ręce Paweł wrócił do pokoju i rozejrzał się bezradnie.
Od czego zacząć?
Od komputera. Było to w miarę logiczne, choć nie spodziewał się, by wiele dało. Znali wzajemnie niektóre swoje hasła, ale jeśli miała coś do ukrycia, nie trzymała tego chyba tam, gdzie mógł znaleźć. Nie miałaby żadnego problemu ze stworzeniem skrzynki mailowej czy konta na portalu, o którym on by nie wiedział. Mimo wszystko włączył laptopa i odpalił przeglądarkę. Znalazł sporo maili od studentów, w tym kilka takich, które przykuły jego uwagę. Młodzi ludzie pisali, że nie otrzymali odpowiedzi na jakieś swoje pytania czy prośby wysyłane przez Facebook. Laura miała konto na tym portalu właśnie do komunikowania się ze studentami i sprawdzała je nawet częściej niż skrzynkę, więc to było dziwne, że przeoczyła czy zignorowała co najmniej kilka wiadomości. Chociaż przecież mogły też wcale nie dojść, z technologią różnie bywa.
W każdym razie ledwie zaczął poszukiwania, już natrafił na coś dziwnego. Ten trop prowadziłby jednak do studentów. Może recepcjonistka z Ibisa się pomyliła i jej kolega wcale nie studiował czegoś tam z żywieniem? Albo zapisał się na drugi kierunek i tam spotkał Laurę? Był jednym z tych, których wiadomości zostały zignorowane, więc przy pierwszej okazji zagadnął o to Laurę i... i co?
Paweł nie potrafił sobie wyobrazić, jak podobna rozmowa miałaby doprowadzić jego dziewczynę do tak silnego wzburzenia, że musiała natychmiast opuścić hotel. Mało prawdopodobne, ale możliwe, że miała na tyle dużo pracy w gabinecie, by zaniedbać uczelniane sprawy i mogła być z tego powodu na siebie zła, ale przecież nie aż tak.
Sięgnął po jedną z czystych kartek leżących na biurku i zapisał na niej swoje spostrzeżenia. Zamknął skrzynkę mailową i zalogował się na facebookowe konto Laury. Tam również niczego ciekawego nie znalazł. Laura nie wrzucała zbyt wielu zdjęć. Te, które pokazywała, przedstawiały ją zwykle od tyłu, lub z profilu, tak, że trudno było rozpoznać. Nie ustawiała też obszernych statusów, nie linkowała filmików, przez co nie zebrała zbyt imponującej liczby komentarzy. Zapewne, gdyby zechciała, byłaby znacznie bardziej atrakcyjna wirtualnie, ale nie odczuwała takiej potrzeby. Zarejestrowała się tylko dlatego, by wyjść naprzeciw potrzebom studentów.
Paweł wynotował nazwiska osób, które wysłały do Laury te niepokojące maile, potem przejrzał wiadomości prywatne na Facebooku. Kilkanaścioro studentów kontaktowało się z nią, ale żadnego z tych, którzy go w tej chwili interesowali, nie znalazł. Czy ich korespondencja faktycznie nie doszła z przyczyn technicznych, czy Laura celowo usunęła wiadomości? Paweł wrócił do maili, tym razem uważnie analizując ich treść. Nic niepokojącego. Nic, co by sugerowało, że ich autorzy mieli do Laury sprawy wykraczające poza tematykę zajęć. Lektura wiadomości wysłanych w niczym mu nie pomogła. Laura uprzejmie odpisała wszystkim, odpowiadając na pytania, ale ani razu nie wyjaśniła, jak to się stało, że przegapiła pierwszą wiadomość. Z jednej strony nic w tym dziwnego, mogła nie mieć ochoty się tłumaczyć, ale znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że w normalnej sytuacji zwyczajnie by przeprosiła. Ostatecznie jej brak odzewu sprawił tym ludziom większy bądź mniejszy kłopot. Laura musiała zdawać sobie z tego sprawę, a tymczasem zupełnie zignorowała temat. To nie było w jej stylu.
Paweł postanowił, że z samego rana powiadomi o wszystkim policję. Pewnie i tak prędzej czy później zechcą przejrzeć komputer Laury. Tylko czy jeśli przyzna, że sprawdzał go wcześniej, nie założą, że mógł coś stamtąd usunąć, zatrzeć ważne ślady? Niestety, jeśli on im nie podpowie, to nie ma szans, żeby złapali trop. Nie znali Laury i dla nich wszystko będzie wyglądało najzupełniej normalnie. Pawłowi pozostawałoby tylko siedzieć i modlić się o cud, o jakieś nadprzyrodzone zgoła natchnienie, które pozwoliłoby śledczym wychwycić coś niepokojącego. Nie bardzo wierzył w nadprzyrodzone natchnienia, a w kontekście polskiej policji wierzył w nie jeszcze mniej, toteż podjął decyzję. Ostatecznie są sposoby na odzyskanie usuniętych elementów. Niech sobie odzyskują. Przekonają się, że nie próbował niczego ukryć, a może przy okazji coś znajdą.
Poszperał jeszcze przez chwilę w komputerze, ale nie wypatrzył już niczego interesującego. Zamknął system i zabrał się do przeglądania szuflad. Było w nich trochę papierów, ale nie aż tyle, ile można by się spodziewać. Prace studentów i własne notatki Laura trzymała na dysku, a wszystko, co związane z pacjentami, przechowywała w gabinecie. W szufladach chomikowała rzeczy mniej potrzebne, albo takie, które mogły się jeszcze przydać w tej mitycznej przyszłości, która zwykle nigdy nie nadchodziła. Ksero materiałów do dawno napisanych artykułów, niewykorzystane arkusze testowe, notatki do prowadzonych kiedyś zajęć...
Paweł przeglądał wszystko uważnie, kartka po kartce. Nie wiedział, czego właściwie szuka. Przebiegł wzrokiem jakąś listę lektur, odruchowo odwrócił kartkę i równie odruchowo odłożył ją na kupkę sprawdzonych. Chwilę potem zabrał ją stamtąd i przyjrzał się, tym razem uważniej.
Tak, nie pomylił się. Na odwrocie kartki coś było. Laura nabazgrała tam ołówkiem kilka słów. Przeczytał je raz, potem drugi, ale nie doszukał się żadnego sensu. „Piątek. Rozmowa z Sarą. Fioletowy płaszcz??? Czwartek ok. 18:15 w domu z Pawłem. Na pewno – SPRAWDZONE”.
Nic z tego nie rozumiał. Co to niby mogło znaczyć? Sara była asystentką Laury w gabinecie. Paweł znał ją całkiem nieźle. Gdy mieli z Laurą plany na wieczór, często przyjeżdżał do niej do pracy i czekał aż skończy, ucinając sobie w tym czasie z Sarą niezobowiązującą pogawędkę. Wiedział, że kobiety nie są może bliskimi przyjaciółkami, ale dobrze się między sobą rozumieją i chyba lubią razem pracować.
„Rozmowa z Sarą”? To mogło oznaczać cokolwiek. Niewątpliwie rozmawiały codziennie. „Fioletowy płaszcz”? Laura, o ile pamiętał, miała taki. Ale dlaczego rozmawiała o nim z Sarą? Mógł istnieć milion powodów. Może Sara chciała sobie kupić podobny, albo wręcz przeciwnie, stwierdziła, że jest paskudny i się posprzeczały? Tylko po co Laura miałaby to w tak enigmatycznej formie zapisywać? No i co z dalszą częścią notatki? Co Sara i płaszcz mają do jakiegoś wspólnie spędzonego przez Pawła i Laurę wieczoru? Przecież większość wieczorów spędzali siedząc razem w domu. Czasem każde zajmowało się swoimi sprawami, czasem robili coś razem i nie było w tym zupełnie niczego niecodziennego. „Sprawdzone”? Co sprawdzone? „ok. 18 w domu z Pawłem”... Może ona nie pisała o sobie? Może podejrzewała, że ktoś inny był z nim w domu około 18:15? Ktoś w fioletowym płaszczu? I Sara mogłaby to widzieć, a potem powtórzyć Laurze? „Sprawdzone”. Co sprawdzone? To, że Paweł spędził wieczór w domu z kimś w fioletowym płaszczu?
Laura go sprawdzała? Podejrzewała o zdradę? To się nie trzymało kupy. Nie dawał jej przecież żadnych powodów. Skłonny był przysiąc, że pod jej nieobecność Laury nigdy nie przyjął w mieszkaniu żadnej kobiety. Nawet w celach najzupełniej niewinnych. Ewa go nie odwiedzała. Spotykali się najpierw na uczelni, potem na mieście, ewentualnie czasem on jeździł do niej. „W domu z Pawłem”... Ostatecznie nie zostało doprecyzowane, w czyim domu. Jeśli chodzi o kobiety, to bywał tylko u Ewy. Z innymi koleżankami widywał się jedynie w miejscach publicznych. Nie pamiętał, czy odkąd mieszkał w Łodzi, w ogóle jakąkolwiek kiedykolwiek odwiedził. Ze dwa razy Adę, znajomą z roku, ale to w akademiku, w dodatku ponad rok temu i tylko po notatki. Magdę, też dawno, ale tam było jeszcze z pięć innych osób, bo pracowali nad projektem. Do tego dwie parapetówki, ale tajemnicza notatka nie wydawała się dotyczyć imprezy, raczej sekretnego intymnego spotkania. A niczego takiego nie było. Nigdy. Nie przypominał sobie ani jednej sytuacji, którą można by opacznie zrozumieć, wziąć za coś, czym nie była.
Przyniósł z kuchni kolejne piwo. Które to już tego wieczora? Trzecie, czwarte? Może piąte? Dopiero, gdy opróżnił butelkę do połowy, zasiadł do spisywania nowych wniosków. Spojrzał na to, co zanotował wcześniej. Jakieś brednie o mailach i Facebooku. Jak to się miało do jego nowego odkrycia?
Laura coś sprawdzała. Albo kogoś. Będzie trzeba porozmawiać z Sarą. Ale nie teraz. Przecież nie o tej porze.
Mimo tego sięgnął po telefon. Jednak numer, który wybrał, nie należał do Sary. Nie był zresztą w ogóle pewien, czy ma zapisany jej numer. Teraz, prawdę mówiąc, nie był już pewien niczego.
- Ewa? - wybełkotał do słuchawki, gdy przyjaciółka odebrała. Zdziwił się, że głos aż do tego stopnia odmówił mu posłuszeństwa zaledwie po kilku piwach.
- A któż by inny?
- Ewa, bo wiesz. Myślę, że to... to wcale nie jest tak... Nie jest takie... - Nie potrafił ubrać myśli w słowa. Co więcej był przekonany, że na trzeźwo również by mu się to nie udało.
- Jezu, Paweł, przecież ty jesteś kompletnie nawalony! Idź spać!
Słyszał w tle odgłosy miasta. Ewa musiała porzucić już wesołe towarzystwo z baru i teraz wracała do domu
- Jak zaginie bliska osoba, to takie oczywiste, że trzeba jej szukać. Ale... jak? Ewa, jak? To nie jest tak, wiesz, jak w filmach. Że przychodzi do głowy tyle możliwości. Może być tam, albo tam, robić to, tamto... I zawsze wiadomo, kogo pytać, od czego zacząć. A to nie takie... Ja... Nie wiem, co robić. Nie wiem. To... Co ty byś zrobiła? Gdzie byś szukała, jakby twój Szymon...
- Pojechałabym do Norwegii sprawdzić, czy się nie utopił w jakimś fiordzie – odpowiedziała kwaśno Ewa.
Paweł przypomniał sobie poniewczasie, że poruszanie przy Ewie tematu jej chłopaka to nie najlepszy pomysł, odkąd ten pół roku wcześniej wyjechał do Norwegii do pracy. Nie rozstali się z Ewą oficjalnie, ale dziewczyna nigdy nie zaakceptowała jego decyzji i aktualnie relacje między nimi nie układały się najlepiej.
Westchnął w duchu, zły na siebie.
- Co ja mam robić? - powtórzył.
- Zostaw to policji. Znajdą ją – zapewniła Ewa, ale jej głos nie brzmiał zbyt przekonująco. - Przypomnij sobie wszystko, co może pomóc i...
- Tak?
- Trzymaj się.
- Tak. Dobrze. Będę.
Trzymać się, pomyślał z goryczą, odkładając telefon. Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 206
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: MononokeGirl » 24 maja 2017, 18:18

(...)poza tym żadnych śladów. Nic nie zginęło...
- Nie no, Jachimiak zginął...
- Rudzki, ja może zniszczę twój światopogląd tym, co teraz powiem, ale nie jesteś, kurwa, zabawny!
- Okres im się zsynchronizował, czy jak? - szepnął młodszy aspirant w stronę kolegów.
- Słyszałam!
Rudzki :facepalm:
Mąż odkrył swoje życiowe powołanie i jeszcze przed formalnym rozwiązaniem małżeństwa wyjechał paść jaki w Tybecie. Jest zupełnie poza podejrzeniem.
- Nie jaki w Tybecie, tylko lamy w Boliwii – poprawił nieśmiało Stasiak. - I nie paść, tylko strzyc...
Stasiak xD
- Co on, duch jakiś, czy co? - nie wytrzymał Stasiak. - Jak można zamordować dwie osoby i nie zostawić zupełnie żadnych śladów? I jakim cudem te ofiary nie darły się wniebogłosy?
Przed chwilą Stasiak brzmiał, jakb pamiętał o szczegółach sprawy lepiej od Irmy, a teraz zadaje pytania jakby pierwszy raz się z nią zetknął. Trochę tworzyło mi to dysonans. Nawet jeśli Rudzki/Stasiak/Bauer mi się mylą, bo tak naprawdę poza stopniami (i tym, ze jeden nosi okulary) nic mi ich nie rozróznia.
- Że świat jest zły, a ludzie to chuje.
Irma xD

Po pierwszej wstawce tak samo jak policja mogę powiedzieć jedynie to, że gówno wiem. Tak jakby gówno.

Dowiedziałam się jedynie, że zabójca nie zostawia śladów, a to oznacza, że zna się na tym. Przygotował się i wie, co i jak ma zrobić, aby ich nie było. Przez sekundę pomyslałam, że aby posiadać taki stopień wiedzy to mógłby być z policji... Choćby taka Łągoda - może rozwód wywołał u niej uraz do mężczyzn? i prawniczek - wiem, że celuję jak kulą w płot xD i ich tam gwałci :P Te jej randki tylko na raz. Mogła trafić na różnych facetów wtedy :P

Pasowałoby mi to też do charakteru Laury - takiej uporządkowanej, panującej nad sytuacją. Jako psycholog pewnie potrafi wzbudzać zaufanie, więc możliwe, że nawet nieznajomy wpuściłby ją do mieszkania. Ale czy od BDSM można przejść do tortur? To mi jakoś nie pasuje. Poza tym to jej poczucie prześladowania też nie pasuje.

Teoria Irmy o zazdrości Pawła w ogóle do mnie nie przemawia. Po tym jak go poznałam to wydawał się spełniony w tym związku.

To na razie tyle na temat Ducha.

Bardzo rozczarowała mnie Łagoda tutaj. Mam nadzieję, że się pozbiera i przestanie tak wahać. Dupa wołowa =.= I jesli napaliła się na tego Adriana to niech sama do niego zadzwoni. Jakby nie było jest wyzwoloną, samodzielną kobietą, czy coś :3

Paweł podczas spotkania w barze zauważył, że z Karoliną nie do końca jest w porządku. Dobrze. Ciesze się. Jego postępowanie tak bardzo zwyczajne, ludzkie. Coś mu tam świta, ale nie będzie się pchał. Najpierw myśli o sobie w chwili kryzysu. Oby wyszedł z niego szybciej niż Karolinie i dzieciakom stanie się krzywda :/

Potem natrafia na tropy, które rozumiemy dzięki dzinnikowi Laury. Błądzi, ale przynajmniej ma trop. On nie wie, co z nim zrobić, ale chyba Łagoda i Spółka będą wiedzieli.
SpoilerShow
Pieniądze - Starszy sierżant Ludwik Bauer odezwał się po raz pierwszy od przekroczenia progu sali. - Seks. Nic innego nie przychodzi mi do głowy.(...)- Musimy to wszystko przerobić jeszcze raz – uznała Irma. Odezwała się po raz pierwszy tego ranka.
Czytając tekst jakoś mi się to rzuciło w oczy i chodziło po głowie.
Kolekcjonuję tropy i podejrzanych i czekam na ciąg dalszy :D
:yaaay: :yaaay: :yaaay: :yaaay:
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kanterial » 26 maja 2017, 17:50

No dobra, jestem, hop. Przeczytałam wrzutkę dwa razy, tak dla pewności. I pewnie będę zwięzła tym razem.

Jest dosłownie jedno zdanie, które mnie męczy w tym kawałku, i nie chodzi o to, że ono na coś wskazuje, albo się nie trzyma kupy, tylko... no, jakby lekka nadinterpretacja? O to:
Charakter pozostałych obrażeń nie pozostawia wątpliwości, że ją i Jachimiaka zabiła ta sama osoba.
Może to mój ociężały mózg ma aż takie durne rozkmminy na ten temat, ale przepraszam, czemu "podobieństwo" zbrodni miałoby wskazywać na tę samą osobę? Skąd w ogóle założenie, że to jedna osoba? Bo co, bo tortury? Tortury (i to tak liczne i wymyślne) łatwiej chyb zadać w grupie. Tak samo jak zadbać o milczenie ofiary, no nie wiem, takie aż do bólu praktyczne sprawy. Przytrzymywanie, sama rozumiesz. Tak zwyczajnie łatwiej w więcej osób. No ale dobra, zakładam, że jakieś przesłanki są, że to jedna osoba. Tylko wtedy też nic nie tłumaczy rozumowania, że "skoro zbrodnie wyglądają identycznie, to na pewno popełniła je dokładnie ta sama osoba w obydwu przypadkach". Nie. To w sumie... nic nie znaczy. To może być dziesiątka osób która przez pięć lat ustalała, jak będzie zabijać ofiary i jakich technik użyje :facepalm:
Ale wgłębiam się za mocno, prawda? Policja na pewno wychodzi z założeń najbardziej prawdopodobnych, a nie bawi się w detektyw Kanterial :facepalm: no ale uznałam że ci powiem.

Dobra wstawka, oczywiście mój wcześniejszy komentarz został zagaszony (za co dziękuję, bo bym tak błądziła coraz bardziej, zwłaszcza że tym razem Paweł spotkał się i z Karoliną i z Ewką xD) i teraz z nieco większym spokojem patrzę na tekst. Reakcje Pawła wydają się bardzo autentyczne. Bardzo. Tym bardziej, ze rozkleja się mocno po alkoholu, ala wiadomo, że alkohol sprzyja raczej wylewności i szczerości. Bardzo więc ruszyła mnie ta okropna sytuacja, w której Paweł się znalazł. Ja pierniczę, ani to prowadzić własne śledztwo i się droczyć z policją, ani się oddać w ich ręce i powiedzieć "bierzcie mnie, poddaję się" ani też zapomnieć, że się jest, do cholery, podejrzanym o morderstwo. Paweł mocno oddziałuje na emocje i mogę z czystym sumieniem napisać, że to jedyna postać, którą szczerze lubię. Czuję też sympatię do Karoliny, ale tu nie wiem, czego się za bardzo spodziewać. Te mąż mnie niepokoi.
Ewki nadal nienawidzę - chyba dopiero teraz wiem, jak bardzo. Nie mogę zdzierżyć jej wyluzowanego stylu bycia, wiecznie kąśliwych pseudo-śmiesznych tekścików i tego zblazowania > < serio. Nie trawię laski, oby to się zmieniło. Ten typ charakteru nieodmiennie mnie odpycha.

No i Łagoda... ech, ona irytuje mnie też. Tu już totalnie odjechała, praca jej ucieka na dalszy plan przez te miłosne podboje. Niby rozumiem, nie. Niby to takie ludzkie. Ale jestem czytelnikiem i oceniam bezlitośnie. Wkurzająca jest w ten kobiecy sposób, rozbita, niezdecydowana, na jakimś zakręcie się zatrzymała i sama nie jest pewna, czy chce iść dalej, czy nie. Tak ją odbieram. Przez to nie robi w pracy na 100%, a przez pracę (mega obciążającą psychicznie) nie daje też 100% z siebie nawet na durnych randkach. Postać jako taka (w sensie pisarskim) nakreślona dobrze i kupuję ją. W sensie - no ona istnieje dla mnie, wierzę, że taka mogłaby być. I wzbudza sporo emocji. Że negatywnych raczej pal licho. To dość skomplikowane, bo ja zwykle lubię osoby nieogarnięte życiowo, z problemami, same pod sobą kopiące dołki (lubię o nich czytać) ale problemy Łagody o nazwie "nie jestem w związku" w zderzeniu z "prowadzę sprawę pełną morderstw" jakoś mi utrudniają spojrzenie na nią przychylnie. Bo to jest tak: kiedy bohater jest rozdarty i szkodzi sobie, to niech taki będzie. Ale jak jeszcze szkodzi innym (a ona przecież obciąża i swój zespół, i jakby trochę naraża innych swoim słabym stanem, bo morderca grasuje) to tak jakoś mam w głowie same nieprzyjemne epitety. I co ciekawe w tym wszystkim, z jakiegoś powodu jej kibicuję. Niech ona rozwiąże tę sprawę, albo niech się ogarnie i znajdzie miłość. HALO ADRIAN. Nie, poważnie. Chcę dla niej dobrze, choć mnie babeczka irytuje.

Bardzo wielki plus dla ciebie za obrazowość, już pisałam, wiem. Mega zwięźle kreślisz tło, a jednak ono siedzi. Widać je, czuć i słychać. Nawet szum miasta w telefonie, gdy Paweł dzwoni do Ewy.

Czekam z masą pytań.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1777
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 27 maja 2017, 19:25

Mój typ na teraz, ten, o którym pisałam w pw, ale trochę rozwinę:
SpoilerShow
Irma. I jeśli zaraz okaże się, że jest kolejny trup, to to moje gdybanie o jej zmęczeniu nabierze mocy. Poza tym jest powiedziane, że ofiary najprawdopodobniej wpuszczały mordercę do mieszkania, a wpuszcza się tego, kogo się zna, owszem, ale też funkcjonariusza publicznego, prawda? Dzień dobry, policja i prosz, drzwi stoją otworem. Co prawda moim pierwszym typem był mężczyzna, ale potem napisałaś, że to nie tyle o prezerwatywę chodziło, co o brak spermy, więc spektrum się poszerzyło i straciłam trop. A, no i myślę, że Irma ma dostęp do baz policyjnych, które mogłaby wykorzystywać do selekcjonowania ofiar. I w sumie można by jej nawet dopisać jakiś motyw, co mi podpowiedział tytuł. Że właśnie wybiera tych członków tego legionu, szaraczków, przedstawicieli średniej. Bo co? Bo nienawidzi tego miasta? Nie wiem. A, i jeszcze jako policjantka z wydziału zabójstw wiedziałaby, co będzie szukane, więc, zakładam, powinna wiedzieć, jak nie zostawiać śladów. No i kto lepiej, jak nie ona, wiedziałby, że śledztwo przyspieszyło?
A Laura? Zaginęła, bo mogłaby zostać profilerem? XD Tu już wiem, że przesadzam, do tego chyba trzeba mieć jakąś specjalizację i otrzaskanie, a nie tylko być gwiazdą psychiatrii, tak sobie myślę, chociaż się nie znam. A z drugiej strony, może takim profilerem po prostu się zostaje? No, kiedyś trzeba zostać, żeby potem nim być.

OK, bredzę. Nieważne.

Pawełka już totalnie skreśliłam z listy, to jest taki pączuś i w dodatku przerażony pączuś, że tylko mnie rozczula. I chyba naprawdę lubi, jak go biją, bo ta znajomość z Ewą...
Dialogi w komendzie mistrzowskie, bardzo wiosnowe, uśmiałam się XD Fajnie, że mimo tych wszystkich morderstw, szarości i atmosfery bezradności są takie momenty. No i fajny zespół opisałaś, z przyjemnością będzie się czytać o ich śledztwie. Jedyne, co mnie zakuło w oczy, to to, że często używasz figury "znaczy X nie Y będzie cośtam". Ze trzy razy się pojawiło, za każdym razem w innych ustach, więc na karb nawyków językowych postaci tego zwalić nie można. No, chyba że to wskazówka XDDDD

W ogóle jakoś tak coraz mniej patrzę na Legion jak na opowieść, a coraz bardziej jak na fabularyzowaną zagadkę. Nie wiem, czy taki urok kryminałów, bo nie mam doświadczenia, czy nakręcania się na sb. I absolutnie nie piszę tego w negatywnym sensie. To fajne. Zupełnie inne. Nie znałam i nie sądziłam, że mi się spodoba.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Nazywam się Legion [kontynuowane]

Post autor: Kimchee » 27 maja 2017, 21:42

Specjalnie nie czytałam innych komentarzy, żeby moje małe szare komórki same się wysiliły, więc mogę się w pewnych kwestiach powtórzyć, za co przepraszam.

Na wstępie zaznaczę, że moim zdaniem ciężko jest napisać dobry kryminał o seryjnym mordercy (o terminologii będę marudzić później). Po którymś takim z rzędu uznałam, że po zdarciu otoczki i atmosfery tajemnicy z początku wszyscy są w gruncie rzeczy nudni i do siebie podobni. Ciekawi mnie jednak ten temat w starciu z polską rzeczywistością.

Niewątpliwą zaletą tej powieści jest twój styl pisania, który sprawia, że czyta się szybko, bez zgrzytów, co pozwala na większe zagłębienie się w fabułę. Te 56 stron (na moim wydruku) minęło mi tak szybko, nawet się nie spostrzegłam. Sama historia wciąga – nie mogę jeszcze ocenić, czy jest dobrze skonstruowana, czy nie, bo to może ze 25% całej fabuły – ale mogę już z całą pewnością stwierdzić, że prowokuje do przewidywania, kto jest mordercą/zabójcą (znów ta terminologia :P) i na jakiej podstawie wybiera swoje ofiary. Narracja Laury też wprowadza sporo smaczku. Mam jednak nadzieję, że nie jest to jeden z tych tekstów, w którym bohater/bohaterka robi coś okropnego, a potem wypycha traumę ze świadomości, a potem ma zaniki pamięci.

Masz też niewątpliwie zdolność tworzenia pełnokrwistych bohaterów – nawet tych, którzy pojawiają się tylko na moment. Nie mogę powiedzieć, że kogoś polubiłam szczególnie (chyba najbardziej Karolinę), ale to nic – twoi bohaterowie są ludźmi, ludzie nie są idealni. Ja nie muszę lubić bohaterów, ważne, żeby byli wiarygodni. Twoi bohaterowie są wiarygodni.

Biorąc pod uwagę to, co napisałam powyżej, uważam, że powinnaś po porządnej redakcji wysłać gdzieś ten tekst.

Do obecnego kształtu mam jednak kilka uwag. Prawdopodobnie większość z nich to zwykłe czepmy na wyrost, więc możesz je potraktować z przymrużeniem oka ;) Niżej są też pewne dywagacje co do wątku kryminalnego.

Zauważyłam, że używasz pojęć zabójstwo i morderstwo jako synonimy, zgaduję, że dla uniknięcia zbyt dużej liczby powtórzeń. Słownik języka polskiego pewnie to dopuszcza – nie wiem. Tymczasem, o ile się orientuję (musiałam się aż skonsultować z googlem, bo nie pamiętałam dokładnie) Kodeks Karny nie zna pojęcia morderstwa. Jest tylko zabójstwo. Morderstwo to potoczne określenie szczególnie brutalnego zabójstwa, które – zgaduję - przeniknęło do nas z zachodu. Wydaje mi się, że jest ok, jeśli osoby takie jak Paweł używają ich zamiennie (nawet ja to robię w tym komentarzu!), ale czy policjanci nie powinni być jednak precyzyjni? Prawnicy na pewno, ale z policją to mi nie wiadomo ;) Więc ten punkt wspominam tylko tak dla dywagacji.
- Pierwsza ofiara – mówiła tymczasem Wilińska rzeczowym tonem. - A przynajmniej pierwsza, o której wiemy. - Stuknęła wskaźnikiem prosto w nos uśmiechającego się ze zdjęcia mężczyzny. - Jerzy Jachimiak. Czterdzieści pięć lat, listonosz, mieszkał z żoną w bloku na Widzewie.
Ten fragment rozpoczyna dłuższy, który informuje czytelnika o ofiarach. Niestety, wygląda też jak napisany tylko po to, by czytelnik dowiedział się, kim byli owi nieszczęśnicy.
Powtarzam to wszystko, żebyśmy spróbowali spojrzeć na ofiary jeszcze raz, tym razem pod kątem tego, w którym miejscu na ich życiowej drodze mogło się pojawić coś mającego związek z Laurą Karpińską. Karpińska jest lekarzem psychiatrą i wykładowcą akademickim. Musimy się zastanowić, czy mogła kiedykolwiek spotkać te osoby, więc proszę was, skupcie się.
Widziałam nie raz w książkach i filmach takie „podsumowania”. To jednak nie wygląda jak jedno z nich – wygląda sztucznie. Oni nie rozmawiają, jakby odnosili się do czegoś, co już omawiali, tylko jakby mówili to po raz pierwszy. Jakby ludzie nie zaznajomieni ze sprawą (dokładnie tak jak czytelnik) poznali niezbędne fakty. Nie twierdzę, że nie możesz tych informacji przekazać w dialogu, ale powinnaś zastanowić nad inną formą. Ten fragment fajnie oddaje atmosferę w grupie, ale z punktu widzenia intrygi trochę kuleje.
W tym fragmencie pojawia się inna jeszcze rzecz. Dziwię się, że nikt nie zastanowił się, czy zabici nie byli przypadkiem pacjentami Laury (skoro mimo głowienia się nie umieli znaleźć innych powiązań).
- Bo były zakneblowane i prawdopodobnie naćpane – przypomniała Irma.
Prawdopodobnie? Irma zgaduje, czy opiera się na jakichś wynikach? Testy powinny to wykazać. Coś mi się zdaje, że istnieją rodzaje używek, które znikają z organizmu, ale nie wiem, jak się ma sprawa ze zwłokami. Pierwsze – zdaje się – znaleźli na tyle dawno, że powinni mieć wyniki. Irma powinna więc powiedzieć coś w stylu tak/nie/nie możemy wykluczyć. Jest policjantką, nie wróżką. Jeśli ofiary zostały odurzone czymś, co znika organizmu, sytuacja, kiedy ciało nie zostaje znalezione przez jakiś czas, jest bardzo wygodna.
Kiedyś będę im musiała to wyjaśnić. Dzieciom, nie zwyrodnialcom.
Podobnie skonstruowany żart pojawił się raz lub dwa. Uczulam, żebyś z nimi nie przesadzała ;)
Z dilerem mógł się spotkać w pierwszym lepszym zaułku, więc raczej nie chodzi o narkotyki.
Nie mam wiedzy medycznej, ale w kryminałach raczej da się stwierdzić, czy ktoś był przed śmiercią narkomanem ;)
Tylko w tej chwili nie ma żadnych dowodów, że Karpińska miała kontakt z którąkolwiek z ofiar, z wyjątkiem Tomka Kaczmarka.
Nie wiem, czego im potrzeba, zdjęcia ze wspólnych obchodów sylwestra? Dlaczego – skoro Laura – jest powiązana jakoś ze sprawą i zaginęła, nikt nie wpadł na pomysł zabezpieczenia jej komputera? Ok, wiemy z dalszej części, że Paweł nic ciekawego w nim nie znalazł (nic o czym nie wiedziałby czytelnik). Do przejrzenia kart pacjentów pewnie jest potrzebny jakiś nakaz, ale z tym nie powinno być problemu.
- Od tygodni walczę o profilera – przypomniała Irma. - Ale ciągle słyszę, że nie ma funduszy.
Serio? Ja wiem, że żyjemy w kraju, gdzie budżetówka nieustannie nie ma nic kasy, ale to też kraj, w którym seryjnych morderców nie ma. Obiło mi się kiedyś o uszy, że niby mieliśmy jakiegoś w PRLu, ale to było dawno. Teraz już przy jednym zabójstwie media potrafią narobić tyle szumu, że gdyby pojawił się ktoś mordujący seryjnie, presja ze strony trzeciej władzy byłaby zapewne tak silna, że Minister Sprawiedliwości musiałby osobiście przysięgać w Wiadomościach na TVP1, że policja dołoży wszelkich starań, by rozwikłać tę sprawę jak najszybciej i oddeleguje najlepszych ludzi. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że nie znajdą się rezerwy na zatrudnienie kogoś z odpowiednią wiedzą.
Pawłowi wydało się, że dostrzegł na jej przedramieniu sporego siniaka, choć możliwe, że było to tylko złudzenie.
Karolina tez jest seksualną dewiantką, czy mąż się nad nią znęca?
Swoją droga, jeśli policja dowie się o dewiacji Pawła, to ma przechalapane.
Grupa kompletnie pijanych nastolatków zaintonowała wulgarną piosenkę obrażającą Legię Warszawa.
To wskazówka?

Na koniec brawa dla Pawła, że okazał się przynajmniej w tym jednym miejscu mądrzejszy od policji. Policjanci swoją drogą czasem sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż zszokowani całą sprawą i nie myśleli do końca racjonalnie. Niby sobie myślą, jak to może być tak, że ten zwyrodnialec sobie chodzi między normalnymi ludźmi, ale śledztwo prowadzą trochę tak, jakby ktoś seryjnie kradł samochody, a nie mordował ludzi. Trzeba wziąć poprawkę, że jesteśmy w Polsce i seryjny morderca wywołałby coś podobnego do wiadomości o pewnym terminie końca świata.

A teraz moje przemyślenia na temat mordercy/zabójcy:
SpoilerShow
To, że nie znaleźli kluczy, nie znaczy, że morderca/zabójca został wpuszczony (sama skłaniam się ku tej teorii, ale – niczym advocatus diaboli – chcę pokazać, dlaczego śledczy powinni przestać „wróżyć”). Teoria z trofeum mi się podoba. Ale mogłyby też być tak, że morderca/zabójca sobie klucz dorobił, a prawdziwy zabrał albo jako trofeum, albo żeby utrudnić policji zadanie. Czy sprawdzenie ewentualnych powiązań między ofiarami obejmowało też upewnienie się czy czasem ostatnio nie wymieniały zamków w drzwiach?

A teraz powiem, dlaczego uważam, że ofiary same wpuściły mordercę, co więcej – były z nim umówione.
W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy ofiary nie należały aby do jakiegoś klubiku dewiantów seksualnych – ten, chłopak, który rozmawiał z Laurą, wyglądał jak ofiara ostrego seksu, który się nieco „wymknął” spod kontroli. To, że morderca uderzał zawsze w momencie, kiedy nikogo z domowników nie było w domu może świadczyć nie tylko o tym, że ofiary były śledzone, a także, że umawiały się ze swoim katem i specjalnie wybierały takie terminy, żeby nikt nie przeszkadzał. Co prawda na spotkanie trzeba się przygotować (tak jak Paweł w Prologu), ale wiele wskazuje na to, że morderca posprzątał (nie wspomniałaś chyba, czy na miejscu znaleziono DNA tylko osób, które tam mieszkały, czy nie znaleziono kompletnie nic, bo wszystko było wysprzątane?). Ale nie wspomniałaś, czy coś na ten temat znaleziono w ich komputerach, więc trochę zwątpiłam w tę teorię. Z drugiej jednak strony, nikt nie wpadł na to, żeby sprawdzić komputer Laury.
Potem pomyślałam, że morderca nie musi być nawet mężczyzną. Brak DNA oznacza, że narzędziem zbrodni mógł być jakiś seksgadżet. Nie znaczy to też, że podejrzewam od razu Laurę. W świetle jej zaników pamięci naprawdę bym nie chciała, by to ona za wszystko odpowiadała właśnie ona. Nie twierdzę także, że ofiary na 100% były jej pacjentami, ale – jak mawiał Sherloc Holmes – najpierw trzeba wyeliminować to, co nieprawdziwe. Każda hipoteza warta jest sprawdzenia.
Uważam, że nie ma jednego mordercy. Jest ich kilku. Modus operandi wskazuje, że wspólne dla wszystkich morderstw jest tylko okrucieństwo i gwałt (a i ten – zdaje się nie zawsze taki sam). Bywa, że morderca udoskonala swoje metody z każdym kolejnym mordem, ale to tak nie wygląd. Wygląda to na robotę osób, które mają wspólny cel, lecz i indywidualne upodobania. To by pasowało do tytułu. W tym momencie uważam, że może istnieć jakieś „kółko” deiwntów. Każdy dobiera ofiary na zasadzie indywidualnych preferencji. I to też może być tak niewinnie, że nie zostawia śladów.
Policja może wcale nie znaleźć powiązań, bo ich nie ma. Tzn. jest tylko takie, że mieli nieszczęście być w typie jednej z mordujących osób. Z drugiej strony – tak uroczo naiwnie nie wpadli na pomysł pacjentów, więc to może być szykowany przez ciebie Plot twist.

Prolog z początku sugeruje, że dewiacja Pawła sprawia, że on w kontaktach seksualnych jest raczej stroną uległą. Więc jeśli w kolejnych wstawkach nie przeczytam niczego, co by sugerowało, że chłopak ma druga – ukrytą – stronę, która mu każe odreagowywać na to podporządkowanie Laurze, to nie będę go podejrzewać. W tej chwili sobie zadaję sobie pytanie – czy Laura też była dewiantką?
O Pawła bym się raczej martwiła, że będzie ofiarą.

Aha. strzelę tak zupełnie w ciemno, że jednym z nich jest ten gostek, który się umówił z panią komisarz. Coś za łatwo się zgodził na spotkanie. I poznali się przez internet.
Pisz, bo niecierpliwie czekam na weryfikację swoich teorii. Niedociągnięciami się nie przejmuj – wszak to NaNo/

ODPOWIEDZ