Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 maja 2014, 13:53

[wulgaryzmy] wyłącznie wulgaryzmy
[+16] ale na wszelki wypadek zapytajcie babci czy pozwoli



Menel-fikszn... nie jestem literatem i nie potrafię niczego konkretnego napisać na temat tej szlachetnej formy przekazu, o której w mądrych książkach jeszcze nikt nie wspomniał.

Veni visum. Vincere non necesse erat, jednak skoro już coś napisałem, należy wyjaśnić, jak widzę miejsce menel-fikszn w hierarchii wszechrzeczy.

Struny duszy ludzkiej, podobnie jak każdy inny byt niesprowadzony li tylko do zerojedynkowej pseudo-doskonałości, mają naturalną skłonność do rozstrajania się, czy to pod wpływem temperatury rzeczonej duszy, czy to z powodu wilgoci (w oczach lub w majtkach), czy też najczęściej z powodu człowieczych działań niepotrzebnych. Słysząc fałszywą nutę, jakże często zaczynamy swoje sumienia regulować nerwowo, nie bacząc na zasady, które współbrzmieniem kierują.

Są sprawy, które trzeba traktować serio i pisać o nich serio. Są sprawy, które trzeba traktować serio, jednak pisać można z przymrużeniem oka, a niekiedy z przymrużeniem obu oczu. Są sprawy, o których nie da się pisać z twarzą kamienną, które ku uciesze jedynie służą, są i takie, o których nawet pisać nie warto, choć niekiedy korci, aby mimo wszystko napisać. Właściwe dać rzeczy słowo... ktoś już kiedyś sformułował taką myśl.

Nie wiem, czym kierował się Pilipiuk, tworząc gatunek menel-fikszn. Pewnie niczym się nie kierował. Nazwę, o ile mi wiadomo, wymyśliła koleżanka siostry pisarza. Tak czy inaczej, nawet jeżeli powyższe nie stanowiło przesłanek, myślę, że rzeczywistość — pijany sen chorego idioty — sama narzuciła ów imperatyw kategoryczny, aby drgania niedostrojonych strun duszy ludzkiej słowem pisanym ująć i innym przekazać.




Poezja (z greckiego poíesis — tworzenie,
wytwórczość, sztuka poetycka) — wieloznaczny
termin, współcześnie stanowiący przede wszystkim
określenie dzieł literackich nienapisanych prozą lub
synonim liryki.
(...)
Słowo "poezja" zostało zapożyczone do języka
polskiego stosunkowo późno — jeszcze w XVI i
XVII wieku pojawiało się ono często w swoim
brzmieniu oryginalnym. Według ówczesnych
słowników słowo to oznaczało zarówno samą
pracę poety jak i jej wytwory. Początkowo słowo
miało dość szerokie znaczenie i mogło być stosowane
bardzo swobodnie...

Z Wikipedii


(...)jednakowoż prozaiczny materializm większości
określa pogardliwie mianem szaleństwa przebłyski
nadpostrzegania, które przenikają pospolity woal
jawnego empiryzmu.

Howard Phillips Lovecraft





Prolog
(Większe kilka lat wcześniej)


Wrześniowe słońce grzało mocno, ale człowiekowi w szarym garniturze wcale to nie przeszkadzało. Był wprawdzie osobą korpulentną, jednak bardzo lubił wysoką temperaturę. Siedział na tarasie, roztaczał wokół siebie zapach najlepszych perfum i spokojnie czekał. Kobieta, z którą miał się spotkać, była spóźniona. To również mu nie przeszkadzało. Doświadczenie, nieporównanie większe, niż wskazywałby wygląd pięćdziesięcioletniego mężczyzny, podpowiadało, że ludzie, gdy się spóźniali, zawsze działali w pośpiechu. Taki układ był dla niego korzystny. Kiedy przyjdzie do rozmowy, działająca w pośpiechu, nie zdoła ukryć swoich myśli. Zamówił jedną kawę, potem drugą. Jego senatorska twarz nie zdradzała żadnych emocji. Spokojnie kontemplował zabytkowe kamienice i zabiegany tłum, roztaczając aurę spokoju i bezpieczeństwa. Kończył drugą filiżankę, kiedy zobaczył, jak szybkim krokiem przemierzała rynek. Ani ładna, ani brzydka, ot białogłowa tuż przed czterdziestką, w ciasno opiętym kostiumie, który choć elegancki, choć ponad wszelką wątpliwość bardzo drogi, jedynie podkreślał nijakość. Śpieszyła się. Przebiegając pomiędzy budkami, gdzie sprzedawano pamiątki, potrąciła dziewczynę prowadzącą dziecko. Brzdąc uczył się chodzić. Młoda mamusia nie widziała nikogo poza małą, radośnie drepczącą istotką. Kobiety w eleganckim kostiumie również nie dostrzegła. Nijaka spojrzała na przeszkodę bardzo złym wzrokiem. Zły wzrok to nie było to samo, co nieprzyjazne, lub nawet wrogie spojrzenie. Zły wzrok mówił o człowieku więcej niż najlepiej dobrane słowa. Człowiek w szarym garniturze był pewien, że jej usta poruszyły się w charakterystyczny sposób. Nie miał żadnych wątpliwości. Ludzie przeklinając bliźnich, robią się bardzo do siebie podobni.
Doszedł do wniosku, że kobieta sprawia dobre wrażenie, że się nadaje...
— Pan wybaczy, ale nie cierpiące zwłoki sprawy służbowe...
— Proszę usiąść. — Skinął ręką, wskazując fotel.
Kłamała. Wcale nie załatwiała spraw służbowych. Poczuł się bardziej komfortowo. Zawsze czuł się bardziej komfortowo, kiedy ludzie kłamali.
— Rozumiem, że to z panem wczoraj rozmawiałam.
— Nie ze mną, ale jestem upoważniony do tego, aby rozmawiać. Czy rozważyła pani naszą propozycję?
— Tak, jednak ze względu na stanowisko jakie piastuje mój mąż, nie mam możliwości wstąpienia w wasze szeregi. Uważam, że...
— Powinna pani pozostać bezpartyjna — dodał, obserwując ulgę, która pojawiła się na twarzy rozmówczyni. — W tym, jestem skłonny zgodzić się z panią. Stanowisko członka zarządu w administracji lokalnej zawsze lepiej wygląda, kiedy zostanie obsadzone przez osobę niezależną.
Wymawiając ostatnie słowo, wytężył wszystkie zmysły. Pragnął wyczuć subtelność, która została zaskakująco dobrze ukryta. Dopiero, kiedy ich spojrzenia spotkały się na chwilę nieco dłuższą, poznał prawdę. Kobieta doskonale zdawała sobie sprawę, że o jakiejkolwiek niezależności mowy być nie może, jednak sam epitet mile połechtał jej potrzebę bycia kimś wyjątkowym, kimś bardziej niezależnym od innych.
— Myślę, że nie poczuje się pan rozczarowany. Potrzebę i nieuchronność zmian rozumiem podobnie, jak rozumieją je wszyscy ludzie, dla których słowo "postęp" oznacza coś więcej.
Mężczyzna w odpowiedzi jedynie skinął głową.
— Pozostaje jeszcze kwestia moich apanaży. — Nijaka szybko załapała, że ktoś poważnie traktuje jej kandydaturę i doszła do wniosku, że można się potargować. — W firmie zarabiam trzy razy tyle...
— Jednak wyraziła pani zainteresowanie, chociaż zdawała sobie sprawę, że wynagrodzenie będzie mniejsze.
— Moje zainteresowanie nie oznacza tego, że zgodzę się pracować za każde pieniądze.
W ostatnich słowach, choć wypowiedziała je głosem twardym i zdecydowanym, pewności było mniej niż zero. Człowiek w szarym garniturze zrozumiał, że ma przed sobą kogoś, na kogo cudowny zapach władzy działa silniej niż brzęk mamony i najmocniejsze seksualne podniety razem wzięte.

***

— Musiałbym dojeżdżać do pracy wiele kilometrów. Sam pan rozumie, że dla człowieka, który swoje życie złożył na ołtarzu nauki, to trudna decyzja.
— Eksponowane stanowisko w administracji, i to administracji szczebla powiatowego, dałoby panu możliwość zdobycia nowych doświadczeń. Zebrałby pan nowe materiały, poszerzyłby pan swoje horyzonty.
Świeżo upieczony doktor politologii, chociaż widać było, że wstrzymuje się z ostateczną odmową, pokręcił przecząco głową.
— Proszę pana, jest taka maksyma: "kto nie idzie do przodu, ten się cofa". Doktor Kowalski może wykazać się większą liczbą publikacji, doktor Nowak dłuższym stażem. Nie twierdzę, że jestem gorszy, wręcz przeciwnie, ale stanowisko adiunkta jest jedno.
Człowiek w szarym garniturze był przygotowany na takie postawienie sprawy. Odmowy nie brał pod uwagę.
— Doktor Kowalski — odparł po namyśle — nieustannie wypowiada się na forach internetowych w sposób, który uważamy, najdelikatniej rzecz ujmując, za bardzo kontrowersyjny. Doceniamy rzecz jasna znaczenie różnic światopoglądowych — kontynuował tonem tyleż dobrodusznym co stanowczym. — Pan, panie doktorze, również w wielu sprawach wypowiadał się w sposób odmienny niż ludzie, których reprezentuję. My to szanujemy i akceptujemy, jednak naszym zdaniem skrajny klerykalizm pańskiego kolegi nie jest przymiotem, jaki powinien charakteryzować pracownika nauki. Myślę, że w ogóle nie powinien pan traktować osoby doktora Kowalskiego jako potencjalnego rywala.
W oczach tego, który swoje życie złożył na ołtarzu nauki, rozbłysły iskierki nadziei i czegoś jeszcze. Człowiek w szarym garniturze bardzo lubił takie iskierki-i-coś-jeszcze.
— Jeżeli przez trzy lata będę dzielił obowiązki asystenta i członka zarządu, Doktor Nowak zrobi habilitację...
— Doktor Nowak habilitacji nie zrobi.
— Nie wydaje mi się...
— Jeżeli będzie pan odpowiednio dyspozycyjny, jeżeli spełni pan nasze oczekiwania, nie będziemy stawali na przeszkodzie pańskiej habilitacji, nawet kosztem części obowiązków. Jeżeli natrafi pan na przeszkody, możemy okazać się bardzo pomocni, natomiast habilitacja doktora Nowaka... Powiedzmy, że proces habilitacyjny zakończy się niepowodzeniem.
— Panie prezesie, twierdzę z całą mocą, że kiedy na moje wypowiedzi spogląda się we właściwym świetle, różnice zdań przestają być tak istotne. Ja w pełni rozumiem konieczność i nieuchronność zmian, które osobiście utożsamiam z postępem.
Oczy politologa sypały takimi iskrami, że człowiek w szarym garniturze zaczął się obawiać pożaru. Zrozumiał, że ma przed sobą kogoś, dla kogo wykazanie, że stoi w hierarchii wyżej od innych, stanowi sens życia. Jednak nie to było najważniejsze. Za potencjalne nieszczęścia, jakie mogłyby spaść na konkurentów, rozmówca gotów był zapłacić każdą cenę.

***

Mieszkanie ostatniej osoby, którą dzisiaj musiał odwiedzić, wyglądało ascetycznie. Gospodarz, niepozorny, lekko szpakowaty jegomość po czterdziestce, przyjął człowieka w szarym garniturze herbatą i krakersami. Wydawał się nieco zmartwiony, kiedy gość oświadczył, że wódki się nie napije, ale rozumiał, że po alkoholu nie należy prowadzić, chociaż na takim stanowisku, to właściwie...
Rozmowa, pomimo braku wódki, stawała się coraz żywsza. Przybysz wprawdzie ograniczał swoje wypowiedzi do bardzo krótkich pytań ewentualnie zwięzłych uwag, ale i tak więcej nie byłby w stanie wtrącić. Szpakowaty jegomość po czterdziestce okazał się tytanem słowa głoszonego.
— Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: jest trzech kandydatów na naczelnika. Szkoli się wszystkich, a potem wybiera tylko jednego. — Popatrzył znacząco w oczy gościa — Ci pozostali muszą odejść, nie ma dla nich miejsca. — Rozłożył ręce w geście bezradności. Cały zamienił się we współczucie. Przez krótką chwilę panowała cisza, w czasie której współczucie wstrzemięźliwie siorbało herbatę ze szklanki, dając światu do zrozumienia, jak niewiele, tym najlepszym, do życia potrzeba.
Człowiek w szarym garniturze spróbował coś powiedzieć, ale po raz kolejny nie wyszło. Za późno się zebrał. Tytan wcześniej skończył siorbać herbatę.
— Wolność! — zawołał. — Wolność jest rzeczą nadrzędną, jednak wolność musi znać swoje miejsce i swoje ograniczenia. Możemy mieć albo wolność, albo anarchię. Trzeciej drogi po prostu nie ma. Unia Europejska wydaje się być stworzona po to, aby nauczyć młode demokracje korzystania z owej wolności.
— Niektórzy rozumieją wolność tak, inni inaczej. — Człowiek w szarym garniturze przytomnie wykorzystał fakt, że jego rozmówca sięgnął po krakersa.
— Wszyscy muszą rozumieć wolność tak samo! Muszą! — Gospodarz w podnieceniu niemal unosił się w powietrzu. Prawa grawitacji wydawały się ustępować przed sprawami większej wagi. — Nie ma wolności, jeżeli ktoś myśli inaczej. Tylko taka wolność, wolność powszechna, sprawi, że społeczeństwo nie będzie się czuło ograniczone. — Ponownie przewiercił gościa wzrokiem, jednak własne słowa zachwycały go tak bardzo, że nawet nie zauważył braku czegoś, co zawsze zachwycało go w równym stopniu co własne słowa.
Jego spojrzenie nie zdołało przewiercić gościa na wylot. Szpakowaty jegomość po czterdziestce, gdyby dostrzegł ów drobiazg, może zacząłby się zastanawiać, ale nie dostrzegł...
— Społeczeństwo czuje ograniczenia nawet wtedy, kiedy roztacza się nad nim opiekę. — Przybyszowi po raz kolejny udało się wygłosić całe zdanie. Tym razem dlatego, że gospodarz dostał zadyszki.
— To nie społeczeństwo czuje ograniczenia. — Mistrz eurosłowa pokiwał palcem i zmienił ton na cichy, łagodny, wręcz smutny. — Ograniczenia czują ci, którzy nie dorośli, ci, którym nie zapewniono opieki według należytych standardów. Opieka należy się wszystkim: dużym i małym, przedsiębiorczym i niezaradnym, starym i młodym. — Natężenie dźwięku rosło. — Wszystkim! — Dalej rosło. — Ta opieka musi być powszechna i bezwarunkowa. Są ludzie, którzy nie zdają sobie sprawy, że ich egzystencja całkowicie zależy od istnienia owej opieki. Nie potrafią się wznieść ponad swój marny poziom. Nie są w stanie zrozumieć nieuchronności nadchodzących zmian.
Płomień bił z oczu mówcy, jednak człowiek w szarym garniturze wcale się nie obawiał, że zostanie poparzony. Znalazł kolejną osobę, której szukał. Rozumiał, że ma przed sobą kogoś, dla kogo nie istniało coś takiego jak wolność, własność i niezależność. Rozumiał, że ma przed sobą kogoś, dla kogo nie istniało coś takiego, jak osoba ludzka.




Z życia prowincji, z życia metropolii
(Kilka lat wcześniej, koniec czerwca)


Stefan Goszczyk przyjechał do Ustrzyk, aby kupić wypasioną komórę dla syna. Tak przynajmniej nazywał to urządzenie jego syn: "wypasiona komóra". Goszczyk rzadko kiedy rozumiał to, co mówi jego syn, a jego syn rzadko kiedy udawał, że rozumie to, co mówi jego ojciec. Poeta, który od wielu lat przemierzał Bieszczady, i który odwiedził go dzisiaj rano, nazwał taki stan rzeczy wymianą pokoleń. Poeta co roku, zanim ruszył w góry, odwiedzał goszczykową zagrodę, aby pogadać z gospodarzem i zostawić na podwórzu swój samochód, o którym to samochodzie syn Stefana Goszczyka zwykł był mawiać "wypasiona bryka". Potem Poeta brał plecak i szedł, ale zanim wyszedł, rozmawiał. Owe poranne (zazwyczaj) Polaków rozmowy w znacznym stopniu ukształtowały spojrzenie Stefana Goszczyka na sprawy tego świata. Właściciel wypasionej bryki miał dzieci i również stał w obliczu tego, co nazywał wymianą pokoleń. Goszczyk źle się czuł z tą wymianą pokoleń. Uważał syna za głąba i coraz częściej dochodził do wniosku, że w drugą stronę to działa podobnie: jego syn uważa za głąba swojego ojca.
Stary Goszczyk wcale nie uważał siebie za głąba. Był gospodarzem pełną gębą. Postawił chałupę, zasadził drzewo i spłodził syna. Chałupa była solidna i duża, drzewo wyrosło okazałe i zdrowe, tylko syn... Zamiast studia skończyć, ożenić się, dzieci mieć, a potem, jak Pan Bóg przykazał, gospodarzyć na tym, co ciężką pracą zdobył ojciec, chłopakowi odbiło i zamierzał wstąpić do armii. Mały głowę do wódki miał kiepską i Stary zwyczajnie nie wierzył, że z taką głową do wódki jego latorośl w wojsku sobie poradzi.
Stojąc w sklepie (słowo "salon" miało dla niego inne znaczenie) i patrząc na dziwaczne urządzenie, które miał kupić i które służyło do wszystkiego, tylko nie do dzwonienia, utwierdzał się w przekonaniu, że jego syn jest skończonym głąbem.
— Tysiąc siedemset dziewięćdziesiąt dziewięć złotych i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy — wyrecytował handlarz z uśmiechem, od którego Goszczykowi zachciało się rzygać.
Prezent na osiemnaste urodziny Goszczyka-juniora tani nie był, ale osiemnaście lat, to zawsze osiemnaście lat. Człowiekowi zaczyna się wydawać, że jest już dorosły, a zbyt brutalnie wyprowadzony z błędu, bardzo często przestaje rozwijać się prawidłowo. Goszczyk-senior ciągle miał nadzieję, że jego potomek zostanie wyprowadzony z błędu w sposób mało brutalny, i że się w końcu rozwinie prawidłowo. Dlatego gotów był wyłożyć osiemnaście setek i kupić wypasioną komórę, jednak w kieszeni miał tylko półtora tysiąca. Kartą płacić nie zamierzał. Stefan Goszczyk zawsze płacił gotówką. Na to, aby telefon zmienił właściciela drogą kupna i sprzedaży, trzeba było poczekać. Kupujący musiał złożyć wizytę w oddziale banku. Trudno. Zdecydował, że najpierw pójdzie do urzędu. Musiał załatwić ważną sprawę.
Problemy formalno-prawne od kilku lat doskwierały mu niczym ból zęba. Już dawno powiększyłby chałupę i ciągnął kasę z wynajmu pokoi turystom. Kilkaset metrów dalej Hryńczyki budowały wyciąg i Goszczyk był pewien, że i w zimie, i w lecie dodatkowy grosz mógłby popłynąć strumieniem może nie szerokim, ale takim, który nie wysycha. Z urzędem musiał zamknąć sprawę do jesieni. Musiał i koniec. Dzisiaj chałupy nie dało się rozbudować, tak jak kiedyś. Potrzebne były jakieś papiery, zgody, uzgodnienia, wyliczenia, zatwierdzenia i całe mnóstwo innych rzeczy, których on nie potrafił ani zrozumieć, ani tym bardziej zapamiętać. Stary Markuch (świeć Panie nad jego grzeszną duszą) mówił mu, że papierów nie trzeba, że jak przyjdą na kontrolę, to wystarczy siekierkę pokazać, a jak to nie pomaga, wystarczy zamachnąć się dobrze i wtedy na pewno pomoże. Stary Markuch miał rację, co udowodnił w praktyce nie raz i nie dwa, ale Goszczyk różnił się od Markucha tym, że siekierką rąbał wyłącznie drzewo, sprawy urzędowe w urzędzie załatwiając.
Pół godziny później zapomniał języka w gębie, a w gardle poczuł dziwną suchość, kiedy usłyszał, że "plan zagospodarowania przestrzennego nie przewiduje...", potem, że "zakres projektu, który przedłożył inwestor, nie obejmuje...", a na koniec, że "normy unijne wymagają aby...". Niczego nie zrozumiał. Od "inspektora do spraw..." odesłano go do naczelnika, potem do drugiego naczelnika, potem do naczelnika tego drugiego naczelnika, a na koniec do jakiegoś urzędnika bardzo wysokiej rangi. Że ten ostatni był bardzo wysokiej rangi, Goszczyk wywnioskował po okazałości gabinetu, oraz po tym, że zanim wszedł do środka, powiedziano mu, iż jego sprawa zostanie popchnięta do bliżej nieokreślonego "przodu", jeżeli urzędnik bardzo wysokiej rangi zostanie uhonorowany kwotą dwóch tysięcy złotych.
To ostatnie zrozumiał bardzo dobrze i nawet poczuł się trochę lepiej. Człowiek zawsze czuje się trochę lepiej kiedy najpierw niczego nie rozumie, a potem zaczyna coś rozumieć. Perspektywa zapłacenia wysokiej kwoty, której nie przewidział w czymś, co jego głąbowaty dzieciak nazywał biznesplanem, obudziła w nim duszę człowieka interesu. Szybko zorientował się, że stosunek urzędnika bardzo wysokiej rangi do rzeczonej kwoty, choć pozornie sztywny jak pal Azji Tuchajbejowicza, nie jest ani stały w czasie, ani niewzruszony. Budynek opuścił uboższy o półtora tysiąca złotych, żegnany przez urzędnika bardzo wysokiej rangi pełnym szacunku uściskiem dłoni, a przez "inspektora do spraw..." spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
Dopiero na ulicy uświadomił sobie, że prezent, który zamierzał kupić dziecku na osiemnaste urodziny, będzie musiał poczekać na lepsze czasy. "Diabli wzięli" pomyślał, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo bliski jest prawdy.

***

Wielkie miasto rodzi wielkie problemy. Czasami żałował, że nie mieszka gdzieś daleko, na zabitej dechą wsi, gdzie ludzie ciężką pracą wyrywają ziemi plony, gdzie słowa oznaczają to co powinny, gdzie...
...takie rozważania prowadziły donikąd.
Żył dostatecznie długo na tym świecie, aby zdawać sobie sprawę, że człowiek jest tylko człowiekiem i wszędzie tam, gdzie żyją ludzie, piękne będzie istnieć obok szkaradnego, a dobro będzie się ze złem przeplatać. Urodził się, wychował i całe życie spędził w wielkim mieście. Jego problemy nie były ani małe, ani wielkie. Były takie, jakie się rodzą tam, gdzie ponad półmilionowa populacja zamieszkuje obszar stu kilometrów kwadratowych.
W ostatnich latach dużą grupę problemów, które rodzą się w wielkim mieście i z którymi zmagał się przez sześćdziesiąt lat swojego pracowitego żywota, zaczął określać wspólnym mianem: "problem Gośki".
Ojciec Michał zdawał sobie sprawę, że Gośka nie jest, i nigdy nie była uzależniona. Wielu już wyciągnął z tamtej strony. Wielu poznało dobrą drogę wtedy, kiedy wydawało się, że każda droga wiedzie donikąd. Potrafił ocenić na pierwszy rzut oka i wiedział, czy ktoś jest alkoholikiem czy nie. Dziewczyna nie przekroczyła owej granicy, tym bardziej warto się było nią zająć.
Zajął się.
Nie zaglądała do kieliszka od dwóch lat, całkiem nieźle zdała maturę i dostała się na polonistykę. Skoro jednak wmawiała sobie i innym, że jest uzależniona, nie protestował. Ojciec Michał, na własny użytek, tłumaczył postawę Gośki tym, że każda kobieta potrzebuje czuć się od kogoś uzależniona. A jeżeli kobieta nie znajdzie kogoś, to przynajmniej od czegoś musi czuć się uzależniona.
I mylili się wszyscy ci, którzy utrzymywali, że osoba duchowna, żyjąca w celibacie, nie może znać kobiecej natury. Ojciec Michał był spowiednikiem i kobiecą naturę znał tak dobrze, jak mało kto. Od razu się zorientował, że to wcale nie alkohol jest problemem Gośki, lecz coś, o czym rozmawiać znacznie trudniej, coś o wiele bardziej wysublimowanego niż prozaiczne zaglądanie do kieliszka. Nie chodziło o fakt, że dziewczynę wychowywała wyłącznie matka. Bardzo bliskie, a zarazem skomplikowane więzi, które w równym stopniu łączyły, co dzieliły obie kobiety, takoż nie podchodziły pod określenie "problem Gośki". Młoda, choć już od jakiegoś czasu pełnoletnia osoba, pragnęła zmieniać świat. Zmianę świata rozumiała jako zmianę ludzi. Jednak tego, ojciec Michał również nie uważał za problem Gośki. Ojciec Michał tak samo odczuwał potrzebę zmiany świata i zdawał sobie sprawę, że aby świat się zmienił, trzeba zmienić człowieka. Problem Gośki zaczynał się w miejscu trudnym dla każdego reformatorskiego dążenia, tam, gdzie brała swój początek większość problemów — w momencie przejścia od teorii do praktyki.
Gośka chciała zmieniać świat gruntownie i za wszelką cenę. Gośka chciała dobrze, zawsze chciała dobrze, i tą chęcią, owym bezkompromisowym a drapieżnym "chceniem dobrze", uzasadniała również to, co robiła źle. Gośka we wszystko, wkładała całą siebie, a czasami, usiłowała włożyć jeszcze więcej. Pomimo niepozornej budowy, w swoich działaniach wykazywała się niespożytą energią, jej głos, brzmiał gromko, jej wkład we "wszystko" zawsze okazywał się znaczący, a kolejne niepowodzenia zawsze koniec końców stawały się dramatami godnymi szekspirowego pióra... zdaniem Gośki.
Ojciec Michał nie miał ani wielkich środków, ani specjalistycznego wykształcenia, ani sztabu oddanych współpracowników. W kręgach zbliżonych do władz, takoż cywilnych jak i kościelnych, public relation również miał kiepskie, jednak nie znał tego zwrotu i nie wiedział, że ma kiepskie. Po prostu robił to, co mógł robić i wychodziło dobrze. Wierzył głęboko, a swoją wiarę traktował jako praprzyczynę wszystkiego. Nigdy się nie zastanowił, że widzi więcej.

***

W firmie wrzało. Karol Majchrzak, właściciel, który nie znosił, kiedy tytułowano go prezesem, powoli stygnął. Bardzo powoli. Nie chciał już wprawdzie wyrywać nikomu kończyn z dupy, jednak kiedy księgowa nierozważnie weszła do jego kanciapy, której nigdy nie nazywał gabinetem, wyszła sponiewierana i zapłakana. Poszło o najgłupszą rzecz na świecie. Zajście, jakie miało miejsce godzinę temu, księgowa niefortunnie określiła mianem katastrofy. Określenie nie spodobało się właścicielowi hurtowni materiałów budowlanych i przeczołgał najbliższą przyjaciółkę swojej córki.
Prezes Karol Majchrzak w zaciszu gabinetu jeszcze raz przeżywał katastrofę.
Kontrole w przedsiębiorstwie zdarzały się coraz częściej, a gnidy, które go nachodziły, coraz bezczelniej wyciągały łapska po pieniądze. Majchrzak łapówek nie dawał. Nie po to wykształcił jedno z czworga dzieciaków na prawnika, aby jakieś gówno miało mu dyktować warunki, albo grozić bezkarnie. Hurtownik miał dziwny i powszechnie nieakceptowany przez urzędy zwyczaj uważania swojej firmy za swoją własność. Przez długie lata takie podejście do sprawy okazywało się dobre. Majchrzak rozkręcał interes powoli i rozsądnie. Jak na pieniądze, którymi obracał, żył skromnie. Choć w okolicy uchodził za człowieka nieustępliwego i pamiętliwego, darzono go jeśli nie szacunkiem, to przynajmniej respektem. Każdy się dobrze zastanowił, zanim zadarł z twardym bieszczadzkim typem.
Ostatnimi laty sprawy się zmieniły tak, jak zwykły zmieniać się sprawy. Na gorsze. Wszystkie możliwe i niemożliwe kontrole, niczym plagi egipskie, nawiedzały jego królestwo raz za razem. Na terenie hurtowni NIK i Sanepid walczyły o przestrzeń życiową z fiskusem, Inspekcją pracy oraz agendami, których istnienia zaledwie się domyślał. Choć sam znał prawo wcale dobrze, choć pod ręką miał niegłupiego specjalistę który, żywotnie zainteresowany, aby chronić ojcowiznę, wyłaził ze skóry, jeden mandat gonił drugi. Majchrzak płacić nie zamierzał i sprawy lądowały w sądzie. Od kilku lat przegrywał. Przegrywał zawsze, a płacić musiał coraz więcej.
Katastrofa, która po odrzuceniu apelacji miała kosztować firmę dwadzieścia pięć tysięcy plus drugie tyle kosztów sądowych, zaczęła się od kontroli najmniej groźnej ze wszystkich wymienionych powyżej agencji — Sanepidu. Prezes lubił porządek, taką miał naturę. Czystość też lubił. Wychował się wprawdzie i wyrósł (jakże okazale) na bieszczadzkim błocku, jednak kiedy już wyrósł, okazał się czyścioszkiem, dowodząc, jak wielka może być zmienność osobnicza podgatunku, zamieszkującego tereny południowo-wschodniej Polski. Zamiłowanie do porządku wcale inspektorów nie przekonało. Szczotka, która zgodnie z brukselską normą powinna tkwić w ściśle określonym miejscu hurtowni, znalazła się zupełnie gdzie indziej, po prostu tam, gdzie pani sprzątaczce było wygodniej. Wymierzono karę najwyższą z możliwych. W przeciągu kilku następnych minut odkryto jeszcze wiele podobnych "niedociągnięć", tyleż skandalicznych co społecznie szkodliwych, i znacznie powiększono kwotę owej kary. Procesy, odwołania od owych procesów, apelacje i dodatkowe kontrole, połączone z koniecznością chwilowego zamknięcia interesu, sprawiły, że jego dochodowa, uczciwie prowadzona działalność, stanęła na granicy opłacalności.
Teraz siedział, burzy z piorunami podobny, roztaczając w promieniu półtora metra atmosferę umiarkowanej grozy. Do myśli niewesołych doszła jeszcze ta, że wieczorem będzie musiał stawić czoła wściekłości swojej ukochanej córeczki, której koleżankę — księgową sponiewierał kilka minut wcześniej. Będzie musiał stawić, to stawi. Trudno się mówi. Baby takie są i źle było by na świecie, gdyby prawdziwych bab zabrakło. Bo że prawdziwych chłopów i bab coraz mniej na świecie, wiedział na pewno. Ale jego pierworodny był prawdziwym chłopem. To też wiedział na pewno. I wiedział, że pierworodny gnidom nie ustąpi. A Jasio? Młodszy syn? Zawsze kiedy miał problemy, część jego myśli mimowolnie zaczynała krążyć wokół młodszego syna, chociaż ten, z interesem nie miał nic wspólnego. Czy Jan Majchrzak mógł uchodzić za prawdziwego chłopa? Hurtownik już takiej pewności nie miał, choć gotów był rozszarpać każdego, kto kwestionował autorytet i pozycję jego dzieci. Młodszy Majchrzak, ludowy rzeźbiarz i malarz, mieszkał pod Dołżycą. Żył samotnie, a raczej zmieniał panienki średnio raz na pół roku, pilnie bacząc, aby którejś nie przyszło do głowy, związać się z nim na stałe. Co to za chłop, co baby nie ma? Jaśkowi było bliżej do takiego Markucha (świeć panie nad jego grzeszną duszą) niż do elity intelektualnej.
Ech, Markuch. Ten to by sobie poradził. Brał siekierę w garść i robił wszystko po swojemu. Ale Markucha już nie ma, a siekiera była może i dobra, kiedy stało się twarzą w twarz z człowiekiem. A on nie miał do czynienia z człowiekiem. Miał do czynienia z indywiduami przyodzianymi w szare garnitury, a w praktyce z instytucją, z wieloma instytucjami tworzącymi parszywy, śmierdzący grajdoł.
Siekierą nie poradzisz.
Do pomieszczenia wszedł człowiek lat na oko trzydziestu pięciu. Wysoki, niewiele niższy od Prezesa i nie tak potężnie zbudowany, jednak uderzające podobieństwo obu panów jednoznacznie wskazywało, że ma się do czynienia z ojcem i z synem. Wyraz twarzy nowoprzybyłego nasuwał skojarzenia ze zbitym psem. Milcząc, usiadł w fotelu.
— Diabli wzięli — mruknął po jakimś czasie, patrząc ojcu w oczy.
Niewiele się pomylił.

***

— Nienawidzę cię! — wrzasnęła Gośka do matki i trzasnęła drzwiami. Wybiegła z klatki schodowej na świeże powietrze, a drzwiami klatki trzasnęła równie mocno.
Trochę pomogło.
Nie zastanawiała się dokąd idzie. Ważne było, aby iść. Żeby ochłonąć, trzeba zawsze iść. Musiała ochłonąć, kiedy się dowiedziała, że jej kolejny były chłopak wylądował w łóżku z jej własną matką. Musiała iść jak najdłużej. Żałowała, że się urodziła, żałowała, że poszła kiedyś z Karolem do łóżka i żałowała, że nie ma jeszcze jednych drzwi, którymi mogłaby trzasnąć.
Matka wcale nie odbiła jej chłopaka. Z Karolem rozstała się już wcześniej. Matka ani razu nie odbiła jej chłopaka. Tylko dlaczego, do jasnej cholery, wszyscy, z którymi się zadawała w taki czy inny sposób, tracili głowę na widok baby starszej o dwadzieścia parę lat?
Wściekłość opuszczała ją powoli.
Bardzo powoli.
Matka była kobietą wielkiej urody. No nie, przesada, już nie tak wielkiej, ale miała w sobie to coś, czego ona sama nie miała. I co najgorsze, nie wiedziała, co to jest to "coś". Ale najważniejsze to iść przed siebie...
...i nie myśleć.
Jej matka...
... trudno jest iść i nie myśleć.
Jej matka musi się w końcu zmienić. Musi. A Karol nie chciał się zmienić. Chciał być częścią jej duszy. Za bardzo chciał. Oceniał wszystko co robiła, chciał za nią decydować i jeszcze na koniec zrobili go naczelnikiem od czegoś tam... chociaż jeszcze nie skończył studiów. Miał kupę kasy, a ona gardziła takimi co nie liczą się z pieniędzmi. Chciała, aby on był inny, aby nie był taki, jak wszyscy. Świat wymagał od każdego faceta bicepsów i portfela, wymagał, aby wszyscy byli tacy sami, ale ona nie akceptowała tego. Świat musi się zmienić... i dlatego nie mogła być z Karolem.
Nie mogła!
W końcu rozejrzała się dookoła. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że idzie do ojca Michała. Noc już otuliła mrokiem miasto i to wszystko, co tylko z nazwy było miastem. Znajdowała się na terenie, który w dzieciństwie nazywali Mordorem. Na wpół opuszczone ni to slumsy, ni to tereny fabryczne. Gdzieś ponad chaszczami świeciły się odległe blokowiska. Nie czuła strachu. Mogła tu co najwyżej spotkać swoich dawnych kumpli z podwórka, albo kumpli ich kumpli. Znali ją, a ona znała ich. Musiała tylko uważać, aby nogi nie skręcić i w żadnym wypadku nie skracać sobie drogi przez starą fabrykę. W starej fabryce pozostało mnóstwo beczek z jakimś świństwem, a cały teren był rozkopany i poprzecinany dołami. Ot, przerwana, niedokończona inwestycja, jakich pełno w kraju i jeszcze na dodatek dzikie wysypisko. Wyjątkowo paskudne i niebezpieczne. Próbowała kiedyś rozwiązać problem, interweniowała tu i tam, ale nie wyszło. Przynajmniej na razie nie wyszło.
Zdecydowała, że zabudowania obejdzie od północnej strony. Od południa, po deszczu, mogło być grząsko, a ona nie chciała nanieść błota do, jak to nazywali, pustelni ojca Michała.
Franciszkanina traktowała jak ojca. Biologicznego ojca nie znała. Wiedziała tylko, że był człowiekiem gór i że pozostał w górach na zawsze. Matka w tym względzie okazywała się bardzo mało rozmowna, a kiedy Gośka zorientowała się, że matka, pytana o ojca, próbuje ją zbyć byle słowem, przestała naciskać. Ojciec Michał powiedział, że człowiek musi sam dojrzeć do tego, aby powiedzieć, że kiedy powie naciskany, pod przymusem, wówczas nie będzie to miało takiej wartości. I dopiero wtedy Gośce zaczęło zależeć, aby matka sama o ojcu opowiedziała. Ale matka milczała.
Nienawidziła matki!
Czasami.
A Gośka chciała kochać. Chciała, żeby był ktoś jeszcze na świecie, ktoś, kogo mogłaby kochać. Ale była tylko matka.
Dlaczego jest jej tak zimno?
Noc czerwcowa, królowa jaśminowa, była ciepła, wręcz gorąca. Czuła to ciepło, czuła zapach jaśminu...


Ja jestem noc czerwcowa,
królowa jaśminowa,
Zapatrzcie się w moje ręce,
wsłuchajcie się w śpiewny chód...



Piosenka się do niej przyczepiła i dobrze wiedziała, że teraz nie zechce odpuścić przez najbliższy tydzień. Sam Gałczyński był może mniej istotny. Ważne było, jak balladę śpiewała jej matka... swoim głębokim altem...
Dlaczego jest tak zimno?
Pięknie śpiewała.
Zimno. Dlaczego jest tak zimno? Dlaczego się boi? Dlaczego boi się coraz bardziej?
Coś!
Nie potrafiła powiedzieć, czy obróciła się, czując, że ktoś na nią patrzy, czy to ktoś, albo raczej coś kazało jej się odwrócić. Wejście do fabryki sprawiało wrażenie studni bez dna, a ciemność panująca wewnątrz wydawała się skrywać... Nie zobaczyła nikogo, ale wiedziała, że ktoś tu jest. Bała się tego kogoś... tego czegoś, a jej lęk, coraz większy i większy, był zupełnie inny niż wszystkie lęki, które pokonała w swoim dwudziestodwuletnim życiu.
Tego lęku nie potrafiła pokonać.
Przyśpieszyła kroku. Biegła. Jeszcze tylko sto metrów i będzie asfaltówka. Potem następne dwieście metrów przez zagajnik i zacznie się blokowisko, a na skraju blokowiska domek, w którym mieszkają zakonnicy. Była blisko, czuła twardy grunt pod nogami, ale strach kazał jej zawrócić. Tam, pomiędzy drzewami zobaczyła coś... kogoś... nie, to było coś... coś... dyszała ciężko... to był wielki strach... człowieka nie można się tak bardzo przestraszyć. Biegła. Wszystkim, co teraz robiła, kierował strach, jakiego nie doświadczyła nigdy. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się na terenie fabryki, za wielką bramą, która chwilę wcześniej przejęła ją taką grozą. Było zimno, jednak czuła strużkę potu spływającą po twarzy.
Nie!
Kroki rozległy się pustym, nierzeczywistym echem po hali. W środku panowała dziwna poświata... to nie była poświata, tylko ona widziała w ciemności, widziała wszystko, widziała więcej niż wszystko, widziała to, czego nie chciałaby nigdy zobaczyć... i nie potrafiła nazwać tego co widzi...
Tylko strach...
Chciała biec, ale nie potrafiła zrozumieć przestrzeni i wiedziała, że nie ma już dokąd uciekać i wiedziała, że on tu jest i że się go boi. Miała wrażenie, że leci w powietrzu, ale to tylko strach przesuwał wszystko, czego nie potrafiła nazwać... względność ruchu?
Nie miała dokąd uciekać.
On nie był groźny.
Ale bała się w dalszym ciągu tyle, że nie było już zimno.
Coś się zmieniło i bała się mniej.
On chciał, aby ona przyjechała.
Widziała już zwyczajnie czyli prawie nic nie widziała. Czuła zamęt w głowie. Zrozumiała, że on nie żyje. Było bardzo ciemno. On umarł i było ciemno. Powoli przyzwyczajała się do ciemności. Przez wybite szyby wpadało światło księżyca. Zaczynała dostrzegać zalegające podłogę rupiecie i zarys bramy, przez którą wbiegła. Brama nie wyglądała groźnie. Gośka była szczęśliwa, że świat jest normalny. Mroczny, brudny i śmierdzący, ale normalny.


Ja jestem noc czerwcowa,
królowa jaśminowa...



Nie czuła się samotna, chociaż wiedziała, że nie ma już kogoś, kto był jej bardzo bliski. Nie było już kogoś, ale była jeszcze matka. Piosenka, niby złota nitka, pozwoliła wyjść na powietrze, powrócić do świata, który wydał się jej oszałamiająco piękny, jak nigdy przedtem. Noc czerwcowa pachniała jaśminem i ulgą. Ogromną ulgą. "On nie żyje" pomyślała i wielki żal zagościł w jej duszy. Była pewna, że nie żyje i wiedziała, dokąd teraz musi pojechać.

***

Walery Szreniak siedział sam na schodkach sklepu i sączył trzecie piwo. Gówno go obchodziło, że dzieciaki z jego własnej szkoły spoglądały szeroko otwartymi oczyma. Pan dyrektor? Pod sklepem? Z piwem w garści? Ci głupsi robili wielkie oczy, ci mądrzejsi udawali, że nie dostrzegają, ci najmądrzejsi zdawali sobie sprawę, że musiało się stać coś niedobrego.
Stało się coś niedobrego, choć żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały nieszczęścia. Zostali wezwani do kuratorium na szkolenie. Niedobrze się robiło na myśl o kolejnym szkoleniu z czegoś, co było kompletnie nieprzydatne, ale jak kolegom belfrom z nieodległych Ustrzyk robiło się niedobrze i zaczęli bojkotować szkolenia, to posypało zwolnieniami. Więc pojechali, pojechali wszyscy, nawet stara Karolowa, chociaż była chora. Do tego, że musieli znowu odwołać lekcje, zdążyli się już przyzwyczaić.
Siedzieli w sali szkoleniowej i czekali na jakiegoś eurospecjalistę, który podobno miał ich szkolić z zasad dokonywania samooceny zgodnie z normą jakąś tam. Zamiast eurospecjalisty wszedł kurator i z wyjątkowo parszywym uśmiechem na ustach wręczał wszystkim wypowiedzenia, piernicząc coś o umiejętności przystosowywania się do wymagań, o nowych możliwościach i o elastyczności.
Niewielka miejscowość na zachodzie Bieszczadu została bez szkoły. Od nowego roku dziatwa będzie dojeżdżać dziesięć kilometrów do Leska, a że zamknięta placówka była wcale duża, klasy w leskiej szkole należało powiększyć znacznie ponad standardy. Chwilowo stało to w niezgodzie z jakąś inną normą, ale pośpiesznie powiększono standardy i już nikt nie mógł się przyczepić.
Siedzenie pod sklepem, na schodkach, z piwem w garści, tylko pozornie jest działaniem nieproduktywnym. Jedynie ludzie gruntownie nieobeznani z miejscowymi zasadami współżycia, skłonni są uważać taką formę siedzenia za przejaw menelstwa, tyleż powszechnego, co nagannego. Wszędzie tam, gdzie do knajpy daleko, siedzenie pod sklepem, na schodkach, z piwem w garści, służy przede wszystkim wymianie informacji i kreowaniu opinii publicznej. Podobną rolę pełni telewizja, prasa i internetowe fora, tyle że informacja wymieniona na schodkach jest w dużo większym stopniu prawdziwa, a opinia publiczna wykreowana pośród bliźnich trzymających w garści flaszkę piwa, jest dużo lepiej ugruntowana, zwłaszcza kiedy wymieniając zdanie trzeba dać komuś po mordzie... ewentualnie kiedy się po mordzie dostanie.
Dlatego też Walery Szreniak nie siedział bezproduktywnie. Walery Szreniak wymieniał informację i kreował opinię publiczną. Działo się tak, ponieważ do Walerego Szreniaka dołączyli inni miejscowi, a nawet jeden pozamiejscowy. Z pozamiejscowymi ani były dyrektor, ani pozostali klienci sklepu się nie kolegowali, ale ten pozamiejscowy był Poetą. Z Poetą się kolegowali, wymieniali informacje i wspólnie kreowali opinię publiczną. Chociaż powszechne przygnębienie, jak również poczucie krzywdy nie skłaniało nikogo do dawania po mordzie, Walery Szreniak dowiedział się, że mniejsza niż jego placówka edukacyjna, znajdująca się w miejscowości położonej w podobnej odległości, ale po przeciwnej stronie Leska, nie została i nie zostanie zlikwidowana. Mniejszą placówką kierował pociotek kuratora, a żadne normy nie przewidywały likwidacji takich placówek.
— Ech — westchnął stary jegomość o gębie trochę bardziej zakazanej niż przeciętna — dać tu starego Markucha (świeć panie nad jego grzeszną duszą), dać tu jego siekierkę. Zrobiłby się pariadok w trymiga.
— Świeć panie nad jego grzeszną duszą. — Dyskutanci unieśli flaszki w toaście.
Zamówili po jeszcze jednym browarze, potem po jeszcze jednym, ale mimo sprzyjających warunków, do innych konkluzji nie doszli.
— Diabli wzięli. — Nastrój bezradności udzielał się wszystkim rozmówcom po kolei.
Wszyscy mieli rację.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 maja 2014, 13:55

Samotność upiora
(Kilka lat wcześniej, lipiec)


— Gdzie ja jestem? — zawołał.
— Tutaj — odpowiedziało echo.
— Tutaj, to znaczy gdzie?
Echo wzruszyło ramionami.
Poeta zrozumiał, że nici z dyskusji. Tak się działo za każdym razem, kiedy pytał o drogę. Zrzucił garba i zaklął szpetnie. Spód plecaka plasnął w niewielką kałużę, która na dodatek była głębsza, niż to się mogło wydawać. Mokre było lato tego roku. Tobół ociekał lepką mazią i śmierdział odrobinę bardziej niż wtedy, kiedy niósł go jeszcze na plecach.
— Kurwa! — Postanowił się nie denerwować.
Spojrzał na zegarek. Po chwili uprzytomnił sobie, że zegarek jest zepsuty, a na dodatek został w domu. Zamiast zegarka był tylko blady pasek skóry na lewym przegubie. Można odczytać godzinę z bladego paska skóry, ale taka godzina jest niedokładna, a on potrzebował dokładnego czasu. Musiał wiedzieć czy jest bardzo po południu, czy tylko trochę. Wyciągnął komórkę. Zasięgu oczywiście nie łapała, ale na wyświetlaczu stało napisane, że dochodzi piąta. Dobre i to. Rozejrzał się.
Gdyby nie chmury, słońce świeciłoby pewnie gdzieś tam... zatoczył ręką łuk na tyle duży, że obojętnie gdzie znajdowała się tarcza słoneczna i tak trafiłby. Z kierunkami świata nie było problemu. Wiedział, że są cztery podstawowe: północ, południe, wschód i zachód, a w którymkolwiek kierunku się pójdzie, zawsze, wcześniej czy później, można dotrzeć do jakiejś knajpy, a przynajmniej do sklepu, gdzie sprzedają piwo. Wyciągnął mapę. Na południowym wschodzie wyraźnie dostrzegał zarys Tarnicy, za plecami miał Żuków, tutaj Ostre, a tutaj Hulskie, znaczy się Otryt. Niby wszystko na swoim miejscu, ale czegoś mu w krajobrazie brakowało, no i w dalszym ciągu nie wiedział gdzie jest.
— Gdzie ja jestem?
— Tutaj — odpowiedziało echo.
Tym razem to on wzruszył ramionami. Gdzie by nie był, do najbliższej wsi miał, lekko licząc, cztery kilometry. Co najmniej godzina drogi, jak źle pójdzie to trzy godziny. Nie znalazł powodu, dla którego miałoby pójść dobrze, więc mógł z dobrym przybliżeniem założyć, że jak spróbuje iść dalej, to pójdzie źle. Poza tym było potwornie gorąco i parno. I nic mu się nie chciało, chociaż to akurat, uważał za stan normalny. W zdrowym ciele zdrowy duch, a przecież duch zdrowy, to duch leniwy. Postanowił zostać na noc. Pobliskie zarośla i ukształtowanie terenu pozwalały przypuszczać, że nieopodal płynie strumień.
Sprawdził.
Strumień rzeczywiście płynął. Poeta miał wodę... i to bieżącą... ech, dziwne uczucie, kiedy człowiek uświadamia sobie, że do życia potrzeba jeszcze czegoś... oprócz flaszki. Teraz miejsce na namiot. Błoto było wszędzie, jak to w Bieszczadach. Przez kwadrans szukał płaskiego kawałka, na którym dałoby się rozbić namiot, a jednocześnie nie ryzykować, że kiedy spadnie deszcz, środkiem popłynie woda. Znalazł miejsce, nawet całkiem fajne, bo kilka lat temu rosły tu dwa drzewka. Ktoś drzewka ściął piłą, pozostawiając dwa zgrabne pniaczki, na których i żarcie położyć można, i usiąść wcale wygodnie. Zebrał trochę opału. Drewno znalazł dobre, suche, jednak nie miał wątpliwości, że w nocy będzie lać... tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, przedprzedwczoraj... Kurwa, mokre było lato tego roku.
Postanowił się nie denerwować... ale mimo wszystko, czegoś mu w krajobrazie brakowało.

***

Koń się niepokoił. Człowiek się również niepokoił. Chociaż lipcowe słońce stało w zenicie i grzało mocno, zrobiło się nienaturalnie zimno. Człowiek jedną ręką chwycił konia za uzdę, drugą poklepał po pysku.
— No już, spokojno.
Smród zepsutych zębów, doprawiony subtelną, choć wyraźnie wyczuwalną nutą śliwowicy, jak zwykle podziałał na zwierzę uspokajająco. Mięśnie starego perszerona napięły się po raz kolejny i potężny bukowy pniak drgnął, a następnie zaczął się powoli zsuwać po zboczu. Menel poluzował lejce, stając nieco z boku. Tak było bezpieczniej. Potężny bukowy pniak potrafił być nieprzewidywalny. Do polany, gdzie traktor mógł dojechać, mieli sto bardzo długich metrów. Ale jeszcze tylko jeden kurs i koniec roboty na dziś. Neandertalska fizjonomia wykrzywiła się w koszmarnym uśmiechu. Coś na kształt myśli przywołało wizję zagrody, komórki przy zagrodzie, a w komórce, obraz pięciolitrowego baniaka bimbru... jeszcze tylko jeden kurs.
— Wiśta!
Stworzenie skręciło posłusznie w lewo, zrobiło kilka kroków i stanęło. Drwal zaklął, ale stare konisko miało doświadczenie większe niż ten, który kierował zaprzęgiem. Stare konisko wiedziało, że teraz człowiek musi usunąć przeszkodę i dopiero wtedy on będzie mógł ciągnąć dalej.
Ktoś, patrząc z zewnątrz, mógłby łatwo dojść do wniosku, że ten końsko-ludzki tandem dobrze odwzorowuje to, co pomiędzy ludźmi bywa regułą: głupszy kieruje, a mądrzejszy, nie tylko odwala dziewięćdziesiąt procent roboty, ale jeszcze musi myśleć za swojego dyrektora.
Odmieniając słowo, określające kobietę lekkich obyczajów, we wszystkich przypadkach, człowiek chwycił siekierę. Przeanalizował sytuację. Niestarannie ucięty konar, sterczący przy samym końcu kłody, zahaczył o wystające korzenie. Drwal zmienił robocze słowo i odmieniając je we wszystkich przypadkach, tak samo jak poprzednie, odrąbał to, co zahaczało i nie pozwalało ciągnąć pniaka.
Parszywa robota. Ale jutro pójdzie wypalać drewno. Robota jeszcze gorsza, tyle że przynajmniej płacą porządnie. Słońce paliło żywym ogniem, a jemu było zimno. Bał się, że znowu... Na wszelki wypadek uczynił znak krzyża. Najchętniej znalazłby się już na polanie... i żeby Zenek traktorem przyjechał... zimno... Skoncentrowany, niczym Małysz przed skokiem, ponownie pomyślał o bimbrze. Zrobił to na tyle sugestywnie, że poczuł się o wiele lepiej.
— Wio! — Nieodrąbane resztki przez chwilę stawiały opór, jednak zaprzęg ruszył.
Zrobione. Machnął siekierą po raz ostatni. Metal wbijając się w drewno wydał dziwny odgłos. Inny niż zawsze. Miał wrażenie, że coś upadło i rozległo się dziwnym echem... człowiek upadł... upadł i już się nie podniósł. Echo... Nie, echo tak się nie rozlega, chyba, że w człowieku. Wiedźma mówiła mu, że echo może być w lesie, ale może być i w człowieku. Jęknął. Chociaż czuł, jak słońce pali przez waciak, ponownie zrobiło się zimno. Perszeron znowu parsknął niespokojnie. Koń widział. Drwal popatrzył trwożnie dookoła. Niczego nie zobaczył, tyle że las, który był jego domem, stał się teraz inny, obcy. To nie był jego las.
— No już, spokojno. — Podszedł do konia tak, jakby to on teraz chciał, aby zwierzę uspokoiło jego skołatane nerwy. Nie pomogło. Koń patrzył na niego wzrokiem, w którym wyczytał: "to twój kłopot". Koń miał rację. To był jego kłopot. Słońce grzało, ale on czuł zimno, zimno, coraz większe zimno. Strużka lodowatego potu spłynęła po plecach. Przytknął czoło do końskiego pyska. Cichy jęk, pomieszany z dziwnym, nieczłowieczym skowytem, wydarł mu się z gardła. Bał się poruszyć. Wiedział, że on tu jest, za jego plecami, że patrzy na niego, że patrzy... chociaż... szczury wygryzły mu oczy.

***

Okolica wcale nie była taka odludna, jak mówiły przewodniki. Przewodniki mówiły zwykle co innego, niż było w rzeczywistości... a może mówiły to samo, co było w rzeczywistości, tylko rzeczywistość najczęściej okazywała się leżeć trochę w innym miejscu.
Wyraźnie stało napisane, że teren, który Pan Bóg rozciągnął pomiędzy Żukowem, Ostrem, Obwodnicą i Zalewem Solińskim jest opustoszały. Napisano prawdę. Teren był opustoszały. Ludzie nie dostrzegali się nawzajem.
Problem ów dotyczył Poety tylko częściowo. Poeta dostrzegał ludzi, jednak ludzie nie dostrzegali Poety. Wiedźma, która zamieszkiwała schron nad Negrylowem, mawiała, że każdy kij ma dwa początki. Wyjaśniła mu, że gorszy początek kija oznacza samotność, co stanowiło warunek konieczny bycia poetą. Drugi początek kija wydawał się lepszy. Skoro Poeta zauważał ludzi, nie musiał być samotny. Człowiek, którego się zauważy, odwzajemnia zawsze tym samym. Zawsze. Nawet jeżeli nie chce zauważyć to i tak zauważy. Poeta nazwał to "atawizmem", jednak Wiedźma nie zrozumiała. Wiedźma, nawet wtedy, kiedy była trzeźwa, to i tak nie rozumiała. Wiedźma po prostu nie znała "trudnych słów".
I fałszywe było twierdzenie, że Poeta nie musiał być samotny. Musiał! Przecież był poetą. W końcu nauczył się tak zauważać innych ludzi, że wbrew temu, co mówiła Wiedźma, ludzie go zwyczajnie nie zauważali. To znaczy ludziom zdawało się, że zauważają Poetę, ale on wiedział, że to, co zauważają ludzie, wcale nie jest Poetą. Później jeszcze nauczył się nie zastanawiać nad tym, co właściwie zauważają ludzie, którym wydawało się, że zauważyli Poetę.
Najtrudniejsze w samotności było to, że Poeta kochał. Kochał swoją żonę i swoje dzieci. I potrafił podzielić się z nimi wszystkim. Wszystkim, z wyjątkiem samotności. Samotność była niepodzielna. Najwięcej trudności sprawiło mu zrozumienie, że ci, których kocha, muszą być. Nie można ich zauważać, albo nie zauważać. Muszą po prostu być. Wszystkich pozostałych potrzebował zauważyć... ciekawa sprawa w świecie, w którym ludzie nie dostrzegają się nawzajem.

***

Pierwszego człowieka Poeta zauważył już następnego dnia rano. Najpierw poczuł. Rozpiął śpiwór najciszej jak mógł. Potem bardzo ostrożnie usiadł i odchylił płótno, które zasłaniało siatkę. W ten sposób był w stanie zobaczyć ognisko, którego wczoraj nie dało się rozpalić i siedzącego na większym pniaku gościa, którego trudno było nie dostrzec. Sporej siekiery, wbitej w mniejszy pniaczek, również trudno było nie dostrzec. Wyświechtane gumofilce, portki bliżej nieokreślonego koloru i waciak, odrobinę przepalony w kilku miejscach, wskazywał na autochtona. Przyodziewek skrywał typa średnio rosłego, o umiarkowanej posturze i mordzie przeciętnie zakazanej. Po neandertalskiej fizjonomii nie dało się określić wieku. Na młodzieniaszka nie wyglądał, a lekko posiwiały łeb pozwalał przypuszczać, że być może przekroczył czterdziestkę. Gdyby facet zwyczajnie śmierdział, Poeta nie poczułby niczego, ponieważ Poeta śmierdział podobnie. Jednak facet śmierdział dymem, a ten smród łatwo dawało się odróżnić od całej gamy innych smrodów, które atakowały nozdrza. Zwiększony wysiłek umysłowy pozwolił Poecie dojść do wniosku, że przybysz pracuje przy wypalaniu drzewa. Wyciągając wniosek, Poeta wyczerpał limit umysłowego wysiłku na najbliższy czas i nie zamierzał dochodzić do żadnych innych wniosków.
Komóra wskazywała godzinę jedenastą trzydzieści. Zasięgu nadal nie łapał. Wylazł z namiotu uznając, że o tak wczesnej porze po prostu nie wypada się zastanawiać, czy facet jest groźny, czy nie. Chwilę później zastanowił się, czy raczej nie należało się zastanowić. Przybysz go dostrzegł, wstał, wyszarpnął siekierę z mniejszego pniaka, zamachnął się i wbił w ten, na którym siedział, ale tak, żeby jeszcze dało się usiąść obok. Usiadł. Drugi pniak był wolny.
Poeta uznał, że nie należało się zastanawiać. Dobrze, że się nie zastanawiał. Przynajmniej nie marnował potencjału. Wypełzł z namiotu, i przez chwilę usiłował przybrać jakiś (jakikolwiek) wyraz twarzy, jednak o tak wczesnej porze było to niewykonalne. Dał za wygraną, usiadł na wolnym pieńku i tępo spojrzał na gościa.
— Markuch jestem. Ty jesteś Poeta — raczej stwierdził, niż zapytał.
Poeta skinął głową. Gęba syna była tylko trochę mniej zakazana od gęby ojca. Pogrzebał w pamięci i sobie przypomniał: parę lat temu zetknął się już z tym człowiekiem. Gdyby nie miał intelektualnego niżu, to być może przypomniał by sobie wcześniej. Kiedy już wytłumaczył sobie przyczynę, dla której jego pamięć funkcjonowała kiepsko, spojrzał na gościa bardziej przenikliwie. Facet nie przyszedł się napić. To znaczy nie przyszedł się jedynie napić. Poeta nie potrafił znaleźć powodu, dla którego Młodszy miałby przyjść do niego wyłącznie po to, aby się napić po śmierci ojca. Musiał mieć problem, i to poważny. Poważny problem najwyraźniej uszlachetnił jego rysy. Gdyby nie miał problemu, to gęba byłaby tak samo zakazana, jak gęba starego Markucha. "A mi się zdawało, że zaczynam dostrzegać procesy ewolucyjne" — pomyślał Poeta.
— Przestań szukać procesów ewolucyjnych tam, gdzie ich nie ma! Ludzie się, kurwa, nie zmieniają. Zacznij patrzeć! — Echo odezwało się ni stąd ni zowąd, wykazując rzadko spotykany u echa brak kultury osobistej.
— Bo co?
— Bo przestaniesz dostrzegać to, czego nie widzą inni.
— Spierdalaj!
Echo rzeczywiście wyglądało tak, jakby miało za chwilę zacząć spierdalać.
— No dobra, masz rację — mruknął pojednawczo. — Ludzie się nie zmieniają — dodał, ale Echa już nie było. Wzruszył ramionami. Echo i tak za godzinę wróci. Znowu zaczął patrzeć.
— Starego... już nie ma.
Głos Markucha wyrwał go z zamyślenia. Popatrzył na gościa wzrokiem tak samo tępym jak poprzednio. Jego spojrzenie sprawiło, że przybysz poczuł się bardziej swojsko.
— Zmarło się ojcu... jakieś dwa tygodnie temu — dodał, wyciągając zza pazuchy flaszkę z mętnym płynem.
— Już wiem — powiedział Poeta. — Świeć Panie nad jego grzeszną duszą. — Zrobiło mu się naprawdę markotnie. Markuch był jak huba na drzewie. Nie do usunięcia. Dwa pokolenia pierwszych sekretarzy próbowały się pozbyć Markucha, ale on za każdym razem odrastał. Stanowił część krajobrazu, a informacja o jego śmierci uświadomiła poecie, że stanowił część znaczącą. W bieszczadzkim pejzażu pojawiła się dziura, do której ciężko będzie przywyknąć.
Wstał ociężale i przyniósł z namiotu dwa kubki. Przybysz polał obficie. Poeta zajrzał dyskretnie do naczynia i stwierdził, że płyn jest przejrzysty, niby źródlana woda. To tylko flaszka była brudna.
Wychylili w milczeniu.
Nu wot! Bimber z żołędziem. Specjał, który jedynie Stary potrafił zrobić, a tajemnicy swojej strzegł zazdrośnie. Synek musiał mieć nie lada problem, skoro tak hojnie dysponował rodzinną substancją.
— Zmarło się ojcu — Markuch-junior podjął po pewnym czasie — ale coś mi się widzi, że nie do końca. Jakem jeszcze z nim gadał, to mówił, że spokojności nie zazna... i że jak spokojności nie zazna, to Poetę trza odszukać, że Poeta będzie wiedział co zrobić.
Poeta się wreszcie obudził. Potem wykonał ćwiczenie relaksujące. Najpierw przytomnym wzrokiem powiódł po otaczających go szczytach. Włożył trochę wysiłku w to, aby nie dojść do wniosku, że w dalszym ciągu czegoś mu w krajobrazie brakuje i zakończył procedurę, wyciągając w stronę Markucha rękę uzbrojoną w pusty kubek. Ten wiedział na czym polega ćwiczenie relaksujące.
Polał.
Kiedy stan zrelaksowania organizmu osiągnął wymagane minimum, Poeta postanowił, że dyskusję zacznie od kwestii najtrudniejszej. Kwestii trudnych nie znosił, tych najtrudniejszych nie znosił jeszcze bardziej, ale żeby dyskusja mogła toczyć się dalej, musiał to mieć za sobą. Zapowiadała się męcząca rozmowa. W tym, co powiedział Neandertalczyk, nie było żadnej informacji, natomiast pytań Poeta miał sporo.
— Co to znaczy "Jakem jeszcze z nim gadał"? — Znał (mniej więcej) odpowiedź, ale czort mógł tkwić w szczegółach. Na wszelki wypadek ponownie wyciągnął rękę uzbrojoną w kubek. Markuch polał. Uuuch, zapowiadała się bardzo męcząca rozmowa.

***

Młody wymiękł przy drugiej flaszce.
Młody w ogóle był miękki. Niby przypominał starego swoją zakazaną mordą, przypominał sposobem poruszania się, ale brakowało mu tego czegoś, czego nie dawało się nazwać, a co było widać na pierwszy rzut oka.
W końcu Poeta dowiedział się, że ze konflikt ze Starym narastał od jakichś siedmiu lat. Potem poprztykali się jeszcze bardziej. Od trzech lat nie gadali do siebie wcale. Standard. "Jakem jeszcze z nim gadał"... Poprawnie zinterpretował słowa swego rozmówcy i pomyślał, że jeszcze nie jest najgorzej, kiedy ludzie rozstają się w gniewie. Tam skąd przybył, starych zostawiano na pastwę losu, z uśmiechem na ustach, dbając o pozory, że wszystko jest w najlepszym porządku. Tę myśl zachował jednak dla siebie. W miejscu, gdzie obecnie przebywał, obowiązywały trochę inne reguły. Jego rozmówca wywnętrzał się głosem coraz bardziej bełkotliwym, ale lata praktyki w terenie sprawiały, że kanał komunikacyjny z każdym zdaniem robił się szerszy, a więź emocjonalna zacieśniała z każdą chwilą.
Czort wcale nie tkwił w szczegółach. Syn o śmierci ojca dowiedział się ostatni. Zmarły leżał w chałupie przez tydzień, a kiedy w końcu Młody przyszedł, okazało się, że szczury... Musiało to stanowić wstrząs nie lada, zwłaszcza, że Stary zaczął po śmierci regularnie nawiedzać swoją latorośl. Chociaż junior zadbał na ile potrafił o pochówek, o chrest na mogile, Senior nie zamierzał odpuszczać. Dręczył swojego syna. Za życia ciężki był i wszystko wskazywało, iż śmierć niewiele zmieniła. Poeta w lot zorientował się, że problem nie leży we wzajemnych swarach. Stary nie zadręczałby młodego jedynie za to, że w ostatnich latach życia został sam. Stary był typem samotnika. Z całą pewnością nie o to chodziło. Najwyraźniej czegoś chciał. Dlatego, co jakiś czas pojawiał się w świecie żywych. Młody się bał i trząsł portkami, zamiast spojrzeć umarłemu w twarz. Typowa reakcja. A może... jednak... czort tkwił w szczegółach?
— Jest, jest ktoś jeee-eszcze. — Markuchowa latorośl miała problemy z wyartykułowaniem myśli.
— Kkkto — Poeta zaczynał mieć problem z percepcją czyichś myśli, nawet jeżeli były to myśli młodego Markucha.
— Nie wim.
— Staremu mu-uusiało na czymś baaaardzo zależeć. — Język Poety plątał się w równym stopniu jak język gościa. — Mó... Mówił ci o czymś, kie-eedy jeszcze ze sobą gadaliście?
— Niii — Neandertalczyk patrzył na niego wzrokiem, którego nie kalała już żadna myśl.
Kiepsko to wyglądało.
— Szszszary... m... gggaaarniturze — wymamrotał jeszcze Młody i porzygał się.
Poeta zaczął powoli dochodzić do wniosku, że nie obejdzie się bez wizji lokalnej. Westchnął. Znowu będzie trzeba pomyśleć. Nie lubił myśleć w czasie urlopu. Myślenie było trudne i mogło stanowić przyczynę wielu groźnych chorób.

***

Późnym popołudniem dotarli do Skorodnego.
Ból głowy po porannym chlaniu jeszcze nie nadszedł, za to ostrość widzenia zaczynała się wyraźnie zmniejszać. Nie przeszkadzało to w niczym. Miał mieć do czynienia z człowiekiem, zmarłym bo zmarłym, ale mimo wszystko z człowiekiem i to takim, którego dobrze znał, i który dobrze znał Poetę. Gdyby musiał stawić czoła diabłu czy, nie daj Boże, jakiemuś propastnykowi, ostrość widzenia byłaby konieczna, a tak... Nie przekroczył jeszcze czterdziestu czterech lat i nie musiał myśleć, że w końcu rutyna go zgubi. Na myślenie w takich kategoriach jeszcze będzie miał czas, no chyba, że rutyna zgubi go wcześniej.
Obejrzał Markuchowe obejście. Bywał tu częstym gościem i nie umknęło jego uwadze, jak z roku na rok zagroda chyli się ku upadkowi. Ostatnia w okolicy pokryta eternitem. Urzędników, którzy zaryzykowali (ewentualnie nie wiedzieli ile ryzykują) i przyszli namawiać właściciela do zmiany pokrycia dachu, gospodarz przegnał tyleż efektownie co permanentnie, za nic mając pomoc instytucji, która o wiele lepiej wiedziała, co jest dla niego dobre. Poeta spojrzał krytycznym okiem i uznał, że dom postoi co najwyżej dekadę.
Za to stodoła trzymała się lepiej. Osiem solidnych murowanych słupów z białej cegły, zdobionych dyskretnym wzorem z klinkieru, trzymało całą konstrukcję, dzielnie walcząc z upływem czasu. Markuch chlubił się tym, że klinkier osobiście podprowadził, kiedy w Przemyślu remontowano komitet wojewódzki. Do stodoły gospodarz przywiązywał wielką wagę. W środku przechowywał bimber, aparaturę do pędzenia bimbru i rozklekotany traktor, którym już jeździć się nie dało, ale z którym Stary był emocjonalnie związany.
Na początku obszukał dokładnie całe obejście. Niczego nie znalazł, żadnych wskazówek. W stodole rzucił okiem na markuchową siekierkę, wbitą w przewrócony pniak. "Symbol przemijania czy symbol wieczności?" — zapytał, niepomny na zasadę, że przed akcją nie należało zadawać sobie trudnych pytań. Do ukrytej w stodole piwniczki nie zamierzał na razie zaglądać. Wcale nie był pewien, czy Stary dopuścił latorośl do rodzinnych tajemnic i w ogóle wyjawił istnienie piwniczki.
Jeszcze raz spojrzał na siekierkę. Już po samym trzonku można było poznać rękę mistrza. Prawie czarny i gładziutki, taki, którego "porządnie nie chycisz, jak przódy w ręce ni spluniesz". Palcem dotknął ostrza... jak brzytwa. Siekiera, z którą po lesie chodził Młody, była jawnym zaprzeczeniem wyznawanej przez ojca zasady, że najważniejsza jest wysoka jakość. To była właśnie ta "wymiana pokoleń", o której nie raz rozprawiał z Goszczykiem. Takie życie. Upływający czas miał swoje prawa, które to prawa upływający czas egzekwował tyleż upierdliwie, co bezwzględnie.
Kręcący się po gospodarstwie Neandertalczyk, irytował go coraz bardziej. Niepokoił się, przestępował z nogi na nogę, a najgorsze było to, że toczył swoim tępym wzrokiem dookoła, już nie irytując, ale zwyczajnie wkurwiając Poetę. Wiedział, że nie można go wysłać do diabła, bo będzie nieszczęście. Połowa samotnych skał w regionie wzięła się stąd, że kiedyś ktoś kogoś wysłał do diabła. Z diabłami trzeba było uważać, a z wysyłaniem do diabła trzeba było uważać jeszcze bardziej. Zwłaszcza w Bieszczadach. Zdecydował, że nigdzie nie wyśle Młodego. Widok zakazanej mordy stanowił problem, jednak Poeta uznał, że jest to problem nierozwiązywalny. Poeta wielokrotnie zetknął się z nierozwiązywalnymi problemami i wiedział, że taki problem należy albo przeczekać (niekiedy problem rozwiązywał się sam), albo poczekać aż problem rozwiąże ktoś inny, albo uruchomić mechanizmy adaptacyjne, które to mechanizmy człowiek ma rozwinięte w niezwykłym stopniu. Po szybkiej analizie, zdecydował się na to trzecie, najbardziej wyrafinowane, rozwiązanie. Uruchomił mechanizmy adaptacyjne, które miał rozwinięte w niezwykłym stopniu. Niepotrzebnie. Problem zaczął się rozwiązywać sam. Młody zaproponował, że sobie pójdzie...
...a wtedy Poetę coś tknęło. Poszedł do stodoły i chwycił siekierę, z którą Markuch-senior szedł przez świat.
— Weź to — powiedział stanowczym tonem.
Młody się wahał, bał się, choć Poeta mógłby przysiąc, że w jego oczach ujrzał przedziwne iskierki.
— Weź to — powtórzył.
Markuch chwycił narzędzie ruchem, w którym desperacja walczyła z pożądaniem. Neandertalska morda zrobiła się jeszcze bardziej neandertalska, ale teraz stał prosto, a w jego spojrzeniu dużo łatwiej można było rozpoznać bliskie pokrewieństwo z Homo Sapiens.
— Pójdę już. — Zabrzmiało bardziej zdecydowanie. Po raz pierwszy nie ględził, tylko mówił jak człowiek. Brak tego czegoś, co nie dawało się nazwać, a co tak bardzo odróżniało go od ojca, przestał się już rzucać w oczy. Zostawił Poecie jeszcze jedną flaszkę na noc i rzeczywiście poszedł.
Poeta sprawdził piwniczkę, w której oprócz bimbru, suszonych grzybów i aparatury do wytwarzania wody życia niczego nie znalazł, a następnie zapalił lampę naftową i czekał. Regularnie zerkał na komórkę. Duchy, w przeciwieństwie do (na przykład) białych myszek, zjawiały się o określonych porach... no chyba, że miały ważny powód, aby pojawiać się o porach nieokreślonych. Tym razem jednak stary Markuch nie miał żadnych powodów, aby pojawić się niespodziewanie. Poeta był pewien, że przyjdzie o północy.
Za pięć dwunasta wyłączył komórkę. Tak nakazywały zasady dobrego wychowania, zdrowy rozsądek i prawa fizyki. Czekał. Chciało mu się spać. Kiedy chciało mu się spać, tracił poczucie czasu, jednak był pewien, że jest już kwadrans po północy, a Starego jak nie było, tak nie było.
Kurwa.
Postanowił się nie denerwować.
Czas płynął.
Mimo wszystko, denerwował się.
W końcu włączył komórkę i sprawdził godzinę: za dwadzieścia pierwsza. Zdecydował, że poczeka jeszcze trochę, a jak nic się nie wydarzy, pójdzie spać. Wyłączył komórkę.
Czekał jeszcze trochę.
Nic się nie wydarzyło...
... ale przed snem musiał się odlać.
Kiedy wyszedł na świeże powietrze, uzmysłowił sobie, że w chałupie strasznie cuchnie. Popatrzył w górę. Tym razem nie padało, niebo było czyste, przynajmniej nad Skorodnem, a przejrzyste powietrze sprawiało, że miliard-zwyczajnych-gwiazd znaczył niebo tajemnicą przestrzeni, czasu i tych wymiarów, których Poeta nie był w stanie ogarnąć umysłem. Zawsze, gdy pod rozgwieżdżonym nocnym niebem przyszło mu oddawać mocz, popadał w zadumę nad kruchością i potęgą istnienia, oraz nad tym, że owa kruchość i potęga nie stoją ze sobą w sprzeczności, więcej, oznaczają w gruncie rzeczy to samo. Co oznaczają, do tego Poeta na razie nie doszedł. Miał czas. Nie przekroczył jeszcze czterdziestego czwartego roku życia.
Głupio mu było, że stoi pod drzewem, na środku podwórza i się odlewa. A w zasadzie, to dlaczego było mu głupio? Zapinając rozporek, czuł się głupio w dalszym ciągu, a co gorsza, zaczęło mu przeszkadzać to, że nie ma włosów na plecach. Gdyby miał włosy na plecach mógłby się zjeżyć. Dotarło do niego, że ktoś na niego patrzy i że nie jest to zwyczajne spojrzenie. Włosy na głowie już mu się zjeżyły, ale to nie wystarczało. Po raz wtóry pożałował, że nie ma włosów na plecach. Nie odwracając się, podniósł rękę w geście pozdrowienia. Stary Markuch miał za życia zwyczaj podnoszenia ręki w pozdrowieniu i Poeta liczył, że jego zejście, tyleż tragiczne, co niespodziewane, niczego w tym względzie nie zmieniło.
Wiedział, że gwałtowne gesty, a zwłaszcza gwałtowne myśli, mogą pogorszyć sytuację. Chociaż łapy mu się trzęsły, nie wykonał żadnego gwałtownego gestu. Całkowity brak predyspozycji do gwałtownego myślenia stanowił naturę Poety, więc z tym przynajmniej nie miał problemu. Sytuacja stabilizowała się powoli. Zjawa nie zamierzała zniknąć, a on doszedł do siebie na tyle, że mógł się odwrócić. Zanim się odwrócił, uprzytomnił sobie, że jego komórka pokazywała czas letni, a według czasu letniego duchy (w trybie standardowym) pojawiają się o pierwszej, a nie o północy. Ech, po raz kolejny przekonał się na własnej skórze, że zasłyszane w dzieciństwie historie o zjawach i upiorach nie dość, że niczego nie wniosły do jego wiedzy, to jeszcze wyrobiły w nim mnóstwo szkodliwych nawyków. No cóż, zdawał sobie sprawę, że chociaż we współczesnym świecie słowo "profesjonalizm" odmienia się we wszystkich przypadkach, że każdy w swoim mniemaniu jest profesjonalistą, profesjonalistów tak naprawdę można policzyć na palcach jednej ręki. Sam siebie uważał za amatora i w tym przekonaniu odwrócił się ostrożnie, spoglądając, nie bez strachu, w zakazaną mordę Starego Markucha.
Mogło być gorzej... ale lepiej też mogło być. Stary okazał się na tyle uprzejmy, że nie pokazywał mu ryja pogryzionego przez szczury, jednak na dzień dobry (a raczej na dobry wieczór) smagnął go takim lękiem, że Poeta powinszował sobie pustego pęcherza. Zjawa siedziała na okrągłej żeliwnej tarczy, która to tarcza niegdyś stanowiła część urządzenia zwanego kieratem. Kierat! Mogło mieć znaczenie... ale nie musiało.
Poeta powoli dochodził do siebie.
Wiedział, że coś zrobił dobrze. Siekierka? Tak, zapewne to, że kazał Młodemu wziąć siekierkę, spodobało się Staremu. Ostatecznie nic innego nie zrobił w ostatnim czasie. Jeszcze jedna przesłanka za tym, że nie należy zbyt wiele robić. Łatwiej wtedy ocenić, co jest dobre, a co złe. Poeta czuł, że zjawa usiłuje mu coś przekazać, ale jako człowiek doświadczony zdawał sobie sprawę, że z rozmowy nici. Zrozumiał tylko, że musi kogoś odnaleźć. Ale kogo? Markuch za bardzo już odszedł, aby był w stanie wyartykułować informację w sposób... "intensywniej werbalny". Poeta nie potrafił usłyszeć (czy może lepiej poznać), co Stary pragnie przekazać. Że bardzo chciał coś przekazać, nie ulegało wątpliwości, tyle, że do Poety nie dochodziła nawet jego złość. Oszczędzał siły. Na czymś mu niewątpliwie zależało. Duch, którego żywi nie potrafili zrozumieć, z reguły wściekał się, żywi robili w gacie ze strachu, jeszcze bardziej nie potrafili zrozumieć, a duch jeszcze bardziej się wściekał. Błędne koło mogła przerwać jedynie osoba bliska zmarłemu, najlepiej ktoś z rodziny, albo ktoś taki jak on, człowiek, który widział więcej i potrafił skorzystać z tego co zobaczył. Ale jeżeli nie dało się wyczuć nawet złości, to znaczy, że było po ptakach, że duch odpłynął już bardzo, bardzo daleko. W takich przypadkach, jeżeli ktoś chciał się czegoś dowiedzieć, czasu miał niewiele.
Poeta czekał. Uczucie zniecierpliwienia stłumić potrafił.
Dusza odchodząca, w przeciwieństwie do upiora okresowego, słabła z każdym pojawieniem się pośród żywych. W sytuacji takiej jak ta, ledwo widoczna zjawa mogła powiedzieć czego chce, wyłącznie przy pomocy gestów. Potężny strumień precyzyjnej informacji był możliwy wtedy, kiedy Stary ukazał się swojej latorośli za pierwszym ewentualnie za drugim razem. Potem już nie. Młody zawalił sprawę, to jednak było najzupełniej normalne, bynajmniej nie dlatego, że Młody był gamoń. Junior zareagował tak, jak reaguje większość ludzi, którzy widzą normalnie. Poeta widział więcej i poważnie się martwił stanem swojego nieżywego już przyjaciela. Zdawał sobie sprawę, że stary Markuch, za życia uparty jak osioł, będzie się pojawiać dopóty, dopóki nie zostanie zrozumiany. Jeżeli nie zostanie zrozumiany dostatecznie szybko, pojawi się o jeden raz za dużo i zostanie na długie wieki pomiędzy światem żywych i światem umarłych. Dreszcz go przeszedł na samą myśl o takiej ewentualności.
Przystąpił do pracy i skoncentrował się na obserwacji.
Kierat najwidoczniej miał znaczenie, bo zjawa podniosła się i pokazała na Kierat. Potem wyciągnęła lewą rękę przed siebie, a prawą wykonała jakiś dziwny gest, lub raczej serię gestów. Bogata wyobraźnia Poety najpierw podsunęła mu obraz człowieka wracającego do chałupy po ostrej popijawie, potem kogoś, kto leci samolotem i nie jest w stanie opanować maszyny, a na koniec, zupełnie irracjonalnie, osobę grającą na skrzypcach. Któreś z jego wyobrażeń musiało odpowiadać intencjom zmarłego, bo uspokoił się i zmęczony usiadł ponownie.
Zmęczony duch, to dla kogoś, kto widzi więcej, bardzo przykry duch. Zmęczenia ducha się nie dostrzega. Zmęczenie ducha czuje się całym sobą i nie jest to uczucie przyjemne. A Markuch był zmęczony i odległy, coraz bardziej odległy.
Patrzył jak zjawa, z każdą chwilą słabiej widoczna, siedząc na kieracie, wykonuje charakterystyczne ruchy ręką. Nad czymś się trudził i chociaż był już bardzo niewyraźny, Poeta nie miał problemu z odgadnięciem, że Stary rzeźbi dłutem w kawałku drewna. Pragnął jeszcze zobaczyć, co takiego rzeźbi, jednak kiedy wytężył wzrok, kierat okazał się pusty.
Z prawej strony dostrzegł ruch. Lis przebiegł przez podwórze i zniknął za płotem. Może lis, może błądzoń pod postacią lisa. Jeden gwizdek. Był wykończony. W tym stanie nie potrafił powiedzieć, gdzie się kończy Poeta, a zaczyna rzeczywistość. Odczuwał intensywną potrzebę, aby ponownie się odlać i powrócić nad swój strumyczek.

***

Poeta ani się góralem nie urodził, ani się za górala nie uważał, jednak jego etos o tyle podobny był do etosu górala, że kiedy Poeta miał czas — siedział i myślał, a kiedy nie miał czasu — tylko siedział. Tym razem Poeta miał czas.
Siedział i myślał.
Najpierw zastanowił się, czy upiór chce osiągnąć coś dobrego, czy coś złego. Ponieważ bardzo pragnął pomóc nieszczęśnikowi, doszedł do wniosku, że upiór chce osiągnąć coś dobrego.
Źle mu się myślało.
Poszedł nazbierać drzewa, a następnie posprzątał swoje obozowisko. Poeta czuł się bardzo dobrze, kiedy miał wokół siebie bałagan, ale nocując gdzieś pod namiotem, nie zwykł zostawiać po sobie papierków i butelek. Nie wynikało to ze światopoglądu Poety, lecz stanowiło jego zasadę. Zasady nie wynikają ze światopoglądu, nie trzeba się zastanawiać dlaczego zasada jest taka, a nie inna i dlatego w życiu łatwiej się kierować zasadami niż światopoglądem. Poeta po prostu ułatwiał sobie życie.
Kiedy już posprzątał, usiadł i dalej myślał.
W końcu doszedł do wniosku, że niczego nie rozumie. Wniosek był prawdziwy. Niczego nie rozumiał. Potem założył, że Stary musiał narozrabiać za życia i teraz, dręczony wyrzutami sumienia, próbuje coś odkręcić. Usiłował przypomnieć sobie wszystkie markuchowe wyczyny, o których wiedział od niego samego, bądź usłyszał od innych. W latach sześćdziesiątych obrobił pocztę w Ustrzykach. Jak tłumaczył Poecie wiele lat później, chciał w ten sposób uczcić święto klasy robotniczej. Zrobił to sprytnie, potem pieniędzmi nie szastał, a władzuchna ludowa, nie mogąc niczego udowodnić, wsadziła go do pierdla za bimber. Na pół roku. Akurat za to, Markucha można było skazać w dowolnym momencie.
Za czynną napaść na funkcjonariusza państwowego, który przybył na bieszczadzkie bezdroża, aby oświecić ciemny lud w kwestii przodującej ideologii, co to wcześniej czy później ogarnie ludzki ród, dostał dwa lata w zawiasach. W zawiasach dlatego, że to... to... to przecież nie on... miał żelazne alibi. Tak czy inaczej, alibi ani nie przeszkadzało mu chodzić dumnym jak paw i chwalić się wszystkim naokoło, ani powtórzyć owego wyczynu kilka lat później i trafić za kratki, tym razem na cztery lata. Wyszedł po siedmiu miesiącach, ze względu na zły stan zdrowia. Wskaźniki demograficzne w Bieszczadach były ważniejsze niż penitencjarna funkcja wymiaru sprawiedliwości Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
Jednak wszystkie te ekscesy nie mogły być powodem jakichkolwiek wyrzutów sumienia, podobnie jak nie mogło być powodem wyrzutów sumienia notoryczne niszczenie mienia państwowego, polegające (na przykład) na zamazywaniu tablic drogowych z nowymi nazwami miejscowości, którymi pod koniec lat siedemdziesiątych próbowano zastąpić swojsko brzmiące "Berehy" czy "Chrewt". Lista numerów, jakie Stary wyciął władzy ludowej i post ludowej, była jak stąd do Moskwy, albo do Brukseli. Markuch nie rozróżniał pomiędzy władzą ludową i post ludową, jedną i drugą określając takimi samymi, uznanymi powszechnie za obelżywe, słowami. Właściwie to każdą władzę traktował jak ludową i w miarę upływu lat Poeta coraz częściej dochodził do wniosku, że Stary miał rację. Nie zaprzestał też swoich destrukcyjnych (z punktu widzenia władzy ludowej) działań, jednak ze wszystkiego był dumny i nie szło uwierzyć, że po śmierci mu się odmieniło.
Założenie, że Stary musiał narozrabiać za życia i teraz, dręczony wyrzutami sumienia, próbuje coś odkręcić, było zapewne błędne, albo przynajmniej niepełne.
Poeta myślał dalej.
Chociaż, na własne potrzeby, zdefiniował znacznie precyzyjniej zakres znaczeniowy słowa "rozrabiać", nadal niczego nie rozumiał. Zaczął analizować życiorys swojego pacjenta w oderwaniu od kombatanckiej przeszłości. No cóż, lał po mordzie i zarobił po mordzie nie raz i nie dwa, jednak to należało traktować w kategoriach folkloru i Poeta był w stu procentach pewien, że Markuch nie miał na sumieniu czyjegoś życia. Gdyby Markuch miał na sumieniu czyjeś życie, to echo, które niekiedy rozlegało się w górach, by mu o tym powiedziało i on wtedy na pewno nie piłby z Markuchem.
Rodzina. Co wiedział o rodzinie umrzyka? Na ten temat informacje miał z wielu źródeł, jednak każda z osobna stała w sprzeczności ze wszystkimi pozostałymi. Że pochodził stąd, nie ulegało wątpliwości, jednak tego, czy i po czyjej stronie walczył ojciec Markucha, nie można było jednoznacznie ustalić. Kiedy teren Bieszczadu stał się areną powojennych wydarzeń ponurych, Stary miał plus-minus dziesięć lat i sam nie brał udziału w przelewaniu krwi. Grzechy ojców? Odpada. Poeta był przekonany, że po śmierci każdemu przyjdzie odpowiadać wyłącznie za swoje własne występki. Żona Markucha zeszła przed laty. Baba jak baba. W oparciu o swoją rozległą wiedzę etnograficzną Poeta oceniał, że Stary tłukł kobietę rzadko i nieregularnie, znacznie odbiegając od średniej statystycznej. Z synem sprawa przedstawiała się bardziej enigmatycznie, chociaż nie ulegało wątpliwości, że na styku ojciec-syn iskrzyło od zawsze i stosunki od zawsze układały się kiepsko. Najlepszym dowodem fakt, że nachodzenie Młodego nie przyniosło niczego dobrego, ani niczego złego. Niczego nie przyniosło. Dlaczego w takim razie po śmierci tak bardzo chciał przekazać swojej latorośli jakąś informację? Coś na tyle ważnego, że Poeta, nie myśląc wiele, zdecydował się poświęcić swój czas i wysiłek. Tłumaczenie, że ostatecznie był Poetą, wcale nie wyjaśniało niepowstrzymanej chęci rozwiązania zagadki.
Myślał dalej.
Stary musiał coś zmalować, coś tak grubego, że nawet po pijaku nie rozpowiadał. Przez całe życie wydawało mu się, że to coś wymazał z pamięci ale jak widać... tylko mu się wydawało.
— Co mógł oznaczać ten nocny dance macabre?
— Mógł oznaczać ludzi — odpowiedziało echo. — Ludzi, z którymi musisz pogadać, ludzi, których musisz odnaleźć.
Poeta doszedł do wniosku, że echo się wreszcie do czegoś przydało. Zwiększył wysiłek umysłowy. Kierat musiał mieć znaczenie, ale jakie? Zbyt wiele takich mechanizmów w Bieszczadach nie było. Wiedział o czterech... pięciu... Może by odwiedzić wszystkie po kolei. Pomijając ten w najodleglejszy, w Łupkowie, mógł to zrobić w dwa dni. I co dalej?
— Ale ze mnie dureń! — Uderzył się w swój pusty łeb. Zachlupotało. Widocznie łeb nie był zupełnie pusty.
— Ale z ciebie dureń — odpowiedziało echo... i też kurtuazyjnie zachlupotało, jednak Poeta nie zwrócił na to uwagi. Dalej prowadził intensywne ćwiczenia umysłowe.
Co robił Stary na sam koniec seansu? Rzeźbił. A gdzie stoi kierat? W Dołżycy u młodszego Majchrzaka — ludowego malarza i rzeźbiarza z przekonania. Markuch ze starym hurtownikiem stosunki miał raczej chłodne, ale młodszego syna lubił i co ciekawe szanował. Markuch, kiedy kogoś szanował, dawał wyraźnie światu do zrozumienia, że ten ktoś wart jest powszechnego szacunku.
Na pierwszy rzut oka Jasio Majchrzak wcale nie wyglądał na faceta, który godzien byłby powszechnego szacunku. Jeżeli nie liczyć często zmieniających się panienek, które pragnęły przeżyć przygodę tyleż fascynującą co krótką, baby nie miał. Jednak największym cieniem na reputacji młodszego Majchrzaka kładło się to, że był na utrzymaniu ojca. Karol Majchrzak kupił synowi dom i łożył, aby jego latorośl mogła wieść żywot beztroski a twórczy. Początkowo próbował promować i sprzedawać wytwory rąk swego syna, jednak najpierw dopatrzono się działalności niezgodnej ze statutem przedsiębiorstwa, a kiedy zmienił statut, zaczęły się problemy z kontrolą jakości. Władza nie mogła dopuścić, aby ktoś bezkarnie sprzedawał buble. Gdy hurtownik i ten proces wygrał, pojawili się obrońcy praw zwierząt. Jasio niektóre ze swoich drewnianych wyrobów miał nieszczęście połączyć z futrem wilka. Tym razem pomogła markuchowa siekierka. Do dzisiaj opowiadano historie o tym, jak obrońcy spierniczali gdzie pieprz rośnie. Ludowy artysta zaczął prosperować do momentu, kiedy oskarżono Karola Majchrzaka o wywóz cennych dzieł sztuki za granicę. Poeta, pijąc pod sklepem piwo i kreując opinię publiczną, dowiedział się, że ta sprawa jest w toku, a Jasio Majchrzak nadal pozostaje na garnuszku ojca.
Poeta bardzo zadowolony, że przyjdzie mu odwiedzić Jasia Majchrzaka, zaczął zastanawiać się, czy pójść przez Otryt, czy może podjechać do Bukowca i ruszyć na Terkę. Dosyć miał siedzenia i cieszył się, że wreszcie znalazł jakiś pretekst aby podnieść cztery litery, chociaż wcale nie był pewien, czy ta wizyta popchnie sprawę do przodu. Zdecydował, że wyruszy jutro, a dzisiaj coś zmieni w swoim życiu.
Poeta postanowił się umyć.

***

Stała na drodze, kilka metrów wyżej, i patrzyła na niego z góry. Miała kasztanowe, krótko przycięte włosy i zadziorną chłopięcą urodę. Ładna. Ocenił ją na jakieś dwadzieścia lat — cztery, pięć lat starsza od jego syna. Wiedział, że się trochę boi, że myśli, czy w ogóle podejść. Godzinę wcześniej wlazł do strumyka i umył się porządnie. Pomyślał sobie, że to dobrze być czasem czystym. Śmierdzi się wtedy o wiele mniej. Jeżeli zajeżdżałoby od niego tak, jak na przykład wczoraj, czułby się głupio, gdyby panna zajęła miejsce na pieńku naprzeciwko. Tymczasem, choć od Poety nie zajeżdżało tak jak wczoraj, panna stała i spoglądała, zapewne walcząc ze swymi myślami. Nawet zaczął wątpić, czy się w końcu zdecyduje. Nie próbował wyglądać przyjaźnie. Zawsze, kiedy starał się wyglądać przyjaźnie, wychodziło gorzej niż wtedy, kiedy się nie starał. Siedział tyłem do dziewczyny, kiełbasę nabił na patyk i opiekał nad ogniskiem. Po kilku minutach usłyszał, że jednak idzie w jego stronę.
— Dzień dobry... mogę usiąść?
Kiedy się odezwała, doszedł do wniosku, że nie tylko ładna, ale również bardzo kobieca. Kiwnął głową, wskazując na wolny pieniek i patrzył na kawałek kiełbasy. Przypiekł się już mocno, ale nie był nadpalony w żadnym miejscu. Każdy drobiazg wymagał staranności. Kiełbasa nadziana na kij również wymagała staranności.
— To ty jesteś... Poeta?
Kiwnął głową. Słowo "poeta" wymówiła z pewnym wahaniem, czy może raczej oczekiwaniem. Tak jakby spodziewała się, że odpowie wierszem.
— Ja jestem Gośka. Był u nas młody Markuch... ten drwal... no wiesz... — Od razu przeszła do rzeczy.
— U was, to znaczy u kogo?
— Jesteśmy taką wspólnotą... i tak nie zrozumiesz... to trudno wyjaśnić — dodała po chwili, jakby obawiając się, że rozmówca, potraktowany jako ten, który niczego nie rozumie, wpadnie w złość.
— Chcesz trochę? — Wzrokiem wskazał mięso.
Skrzywiła się. — Jestem weganką.
Popatrzył na nią badawczo. — To nawet widać — dodał po namyśle.
— Po czym tak sądzisz?
— Bo jesteś bardzo przekonana, że widzisz więcej.
Nie obraziła się. Tak, jakby już w życiu zobaczyła więcej. Wpadła w zadumę.
— Dziwne — mruknęła pod nosem.
— Co cię zdziwiło?
— Markuch tak samo mówił o tobie, że widzisz więcej. Tylko, że on na serio... Dlatego tutaj przyszłam. Ojciec Michał powiedział mi, że to i tak nic nie da, że nawet jak widzisz więcej, to i tak nic nie powiesz...
— Ojciec Michał, kimkolwiek jest, ma rację. Nie powiem, bo nie potrafię nazwać. Ja po prostu widzę więcej. Ja nie jestem tym, który wie więcej.
— Dziwne.
— Co znowu?
— Ojciec Michał tak samo powiedział, że nie jesteś tym, który wie więcej, tylko tym, który widzi więcej.
— Jednak przyszłaś, aby mi opowiedzieć.
Popatrzyła na niego z przestrachem. Chciała opowiedzieć, ale najwyraźniej bała się tego, co pozostało w pamięci.
— Ja ci nie pomogę opowiedzieć — odezwał się Poeta po chwili milczenia. — Musisz sama.
Zebrała się w sobie i w miarę precyzyjnie wyłożyła wszystko, co przeżyła w fabryce. Z ulgą zauważyła, że uwierzył. Kiedy on z kolei streścił jej przebieg wydarzeń ostatniej nocy, popadła w zamyślenie. Im bardziej myślała, tym mniej rozumiała.
— Skąd znałaś Starego Markucha?
Zawahała się.
— Byliśmy kilka lat temu w Bieszczadach. Nocowaliśmy w Chatce na Otrycie. Poszliśmy na Rajskie, a kiedy wracaliśmy, zgubiłam drogę i zeszłam do Skorodnego. Wtedy oczywiście nie miałam pojęcia gdzie jestem. Byłam potwornie przerażona i wykończona. Chciałam tylko gdzieś przenocować, ale jakoś nikt nie miał ochoty mnie przenocować. Dopiero Stary.
Poeta czuł, że tym razem nie powiedziała mu wszystkiego, jednak nie zamierzał naciskać. Dziwiło go trochę, że Markuch wpuścił dziewczynę. Normalnie gonił turystów jak zarazę, jednak Gośka wyglądała bardzo sympatycznie, a w Starym dość często budziły się drzemiące resztki człowieczeństwa.
— A Młody? Skąd znasz Młodego?
— Mieszkamy u Młodego. Zawsze jak przyjeżdżamy tutaj, rozbijamy namioty na polu u Młodego. Co cię tak bawi?
— Młody Markuch mnie bawi, chociaż bardziej mnie bawi to, jak ja go widzę. Jest z jednej strony podobny do ojca, a z drugiej stanowi jawne zaprzeczenie ojca. Po prostu nie rozumiem tego.
— Nie rozumiesz, bo źle się na niego patrzysz. — Zrobiła trochę obrażoną minę. — Jak się dobrze popatrzysz, to zrozumiesz.
Najwyraźniej miała o Młodym nieco wyższe mniemanie. Poeta zastanowił się, czy oprócz wyższego mniemania nie ma również racji. Zdecydował, że przy najbliższej okazji jeszcze raz spojrzy na młodego Markucha.
— Powiedz mi — podjął po chwili — wtedy w fabryce... co czułaś oprócz strachu?
— Tylko strach. — Wzdrygnęła się na samo wspomnienie.
— Nie czułaś... nie czułaś takiej dziwnej... rozpaczy?
— Nie. Potem, jak już było po wszystkim, to nawet poczułam taki dziwny spokój.
— A nie byłaś ciekawa? Nie byłaś ciekawa tego, co jest dalej? Czy jak już widziałaś więcej, to nie chciałaś zobaczyć jeszcze więcej.
— Nie. — Znowu wyczuł w jej głosie strach. Obie odpowiedzi były zdecydowane i ponad wszelką wątpliwość prawdziwe.
— A o czym myślałaś na koniec, jak już było po wszystkim?
— O Matce, o tym... o tym, że tylko matka... czy to takie ważne?
— Ważne. Powinnaś powiedzieć o tym, o czym nie chcesz powiedzieć.
— Mój ojciec zginął w górach. — Zaczęła mówić trochę szybciej, chaotycznie, tak, jakby całą rozmowę chciała już mieć za sobą. — Ale to nie wszystko. Widzisz, ja nie potrafię się z nikim związać tak naprawdę. Za każdym razem wydaje mi się, że to jest tak jak trzeba, a potem bardzo szybko okazuje się, że nie... po prostu, że nie i wtedy, w fabryce, pomyślałam o tym, że tylko matka jest na świecie.
— Aha.
Znowu trawili swoje myśli. Każde osobno.
— Poeto?
— No?
— A co oznaczało to wszystko? To wszystko, co wtedy widziałam? Ta dziwna przestrzeń i to, że widziałam jak było ciemno, i to, że zobaczyłam w końcu Starego?
Nie miał ochoty wyjaśniać czegoś, czego nie rozumiał. Zrobił więc jedyne, co można było zrobić w takim przypadku —mądrą minę, a potem odparł w głębokim zamyśleniu:
— Taki duch usiłuje zwykle coś przekazać, ale kiedy się boisz, kiedy nie potrafisz poznać tego, co duch ma do przekazania, wówczas najczęściej widzisz tylko to, czego boisz się najbardziej i to, czego nie potrafisz zrozumieć. Gdybyś na przykład teraz się przestraszyła, tak jak wtedy, to i ja pewnie objawił bym się w chmurze dymu z płonących opon i przy akompaniamencie przesterowanego wzmacniacza. A w tle grzmiałoby Black Sabbath. Lubisz Black Sabbath?
Wydęła pogardliwie wargi.
— Jeżeli ktoś młotem pneumatycznym rozwala ścianę, to rozumiem, że chce po prostu rozwalić ścianę. Wiele więcej taką hmm... "muzyką" nie da się wyrazić. Lepiej abyś objawiał się poranną mgiełką przy akompaniamencie griegowego Per Gynta.
Poeta nic nie rzekł. Wyciągnął harmonijkę i zagrał kilka taktów "Poranka". Później melodia płynnie przeszła w inną, smutną, pełną tęsknoty, pełną niewypowiedzianej skargi, że ktoś kiedyś był i kogoś już nie ma. Po prostu nie ma. Gośka zasłuchała się. Sprawiała wrażenie, że nie myśli już o tym co stało się w ruinach fabryki.
Poeta skończył, dziewczyna otworzyła oczy.
— Było bardzo... bardzo piękne. Ale to nie Grieg. Co grałeś?
— Kawałek z lat siedemdziesiątych. "Ona odeszła"... taki był tytuł zdaje się.
— Było słychać, że ona odeszła. Znajdę sobie w necie. — Wstała zbierając się do drogi.
— Album nazywa się "Technical Extasy" — mruknął pod nosem trochę do dziewczyny, trochę do siebie.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 maja 2014, 13:57

W stronę światła
(Kilka lat wcześniej, lipiec)


Ruszył dopiero następnego dnia, ale za to bardzo wczesnym rankiem. O ósmej otworzył oczy, a o dziesiątej był już w drodze. Diabli nadali Markuchów. No ale jak już nadali, to nie było możliwości, aby się wywinąć. Poza tym wcale nie był przekonany czy diabli. Stary diabłów nie kochał i było to uczucie odwzajemnione. Mówiło się, że jedynie czart Tworylny miał z Markuchem jakieś konszachty, ale mówiło się również, że te konszachty bardzo popsuły Tworylnemu reputację pośród diabelskiej braci i z jakichś względów (o których się nie mówiło) wyszły czartowi bokiem. Z drugiej strony, choć zmarły z diabłem w przymierze nie wchodził, jak by nie spojrzeć, za życia był upierdliwy i uparty. Poeta miał podstawy przypuszczać, że po śmierci te przywary mogły się nasilić. Tak czy inaczej zdawał sobie sprawę, że łatwo nie będzie.
Nie śpieszył się. Poeta nigdy się nie śpieszył. Człowiek, który się śpieszył, przestawał dostrzegać. Dlatego, kiedy tylko dotarł do Polany, zaczął rozglądać się za czymś, co mogłoby sprawić, że zacznie się nie śpieszyć jeszcze bardziej. Brak pośpiechu był kluczowy w sprawie, którą przyszło mu rozwiązać. W końcu dotarł do sklepu. Sklep był zamknięty, ale wyglądał na taki, który czasami bywa otwarty. Poeta dostrzegł, że w środku stoi lodówka i że ta lodówka działa. W lodówce mogło być piwo. Kiedy pomyślał dostatecznie intensywnie, zdobył pewność, że w lodówce piwo jest. Usiadł na ławce i czekał. Piwo było konieczne, aby Poeta mógł się nie śpieszyć jeszcze bardziej.
Po dwóch godzinach Poeta, nie śpiesząc się jeszcze bardziej, wstąpił w lasy pod Otrytem. Znowu doszedł do wniosku, że czegoś mu brakuje w krajobrazie i znowu odrzucił tę myśl jako nieistotną, skupiając się na tym, co tu i teraz. Lasy pod Otrytem wyglądały pozornie tak samo, jak wszystkie inne lasy w Bieszczadach, jednak on wiedział, że pozory mylą. Zaraz po wojnie, niemal wszystkie błądzonie, które zamieszkiwały w górach, przeniosły się pod Otryt. Niewiele tego zostało. W odróżnieniu od czada, propastnyka, czarta czy mijawki, błądzonie, choć bardziej niewidzialne niż diabły lub czady, były mało odporne na kule, odłamki, widły i broń masowego rażenia, zwłaszcza na pestycydy. Na domiar złego pchały się do ludzi i jak każdemu stworzeniu, które pcha się do ludzi, taka strategia błądzoniom na dobre nie wyszła. Niemalże wyginęły, ale pod Otrytem było ich jeszcze sporo i dlatego, w środowisku wędrowców, Otryt nie cieszył się dobrą sławą. Błądzoń, jak się po nazwie można domyśleć, sprowadza ludzi na bezdroża. Sprowadza na bezdroża kogo popadnie zarówno tych, którzy widzą więcej, jak i wszystkich pozostałych. Dlatego Poeta musiał uważać.
Szedł ścieżką i uważał.
Szedł ścieżką dobre pół godziny, zanim zdał sobie sprawę, że to, co było ścieżką, istnieje już tylko w jego wyobraźni. Nie przeszkadzało mu to wcale. Dywan zeszłorocznych liści potrafił przechować informację o tym, że ktoś-kiedyś-dokądś zmierzał, czy to człowiek, czy to zwierzę. Ani diabeł, ani czad śladów nie zostawiały, więc problem wydawał się w miarę prosty. Dywan zeszłorocznych liści, porośnięty tu i ówdzie kępami paproci, był niczym palimpsest. Poeta przez dwa lata studiował historię i wiedział, że palimpsest, to taka stara księga, w której ktoś kiedyś wytarł litery i zapisał nową historię. Jak się bardzo chciało, to ten wytarty tekst można było odczytać. Ze ścieżkami w lesie było podobnie jak z palimpsestem. Wystarczyło mieć wyobraźnię i bardzo chcieć. Poeta miał wyobraźnię i bardzo chciał, więc ścieżkę dostrzegał.
Wspinał się coraz wyżej. Czasami drogę zagradzało zwalone drzewo, niekiedy musiał zejść w dół i przeprawić się przez strumień. Najważniejsze było, aby iść dobrą ścieżką.
Szedł.
Szedł dobrą ścieżką.
Właśnie przeprawiał się przez strumień szczególnie złośliwy, kiedy zauważył rysia. Strumień był szczególnie złośliwy, ponieważ płynął w bardzo głębokim jarze, który to jar miał zbocza nie dość, że urwiste, to jeszcze grząskie. Poeta, schodząc w dół, powiedział magiczne słowo. Mógł powiedzieć magiczne słowo, ponieważ w pobliżu nie było dzieci. Drugie magiczne słowo wykrzyczał, kiedy obsunęła mu się noga i w sposób niekontrolowany zsunął się kilkanaście metrów w dół. Trzecie magiczne słowo wykrzyczało echo. Magiczne słowa nie pomogły... jak zwykle. Po wylądowaniu Poeta powiedział jeszcze raz magiczne słowo, postanowił się nie denerwować i spojrzał w górę. Wtedy właśnie zobaczył rysia.
Ryś jest podobno kotem. Poeta wiedział, że Ryś jest kotem. Poeta z przyczyn towarzyskich przez jeden semestr (niepełny) studiował biologię. Jednak na biologii nie uczyli, że koty są stworzeniami, które widzą więcej. Do takiej wiedzy Poeta dochodził sam, lub z pomocą innych, przez długie lata. Teraz, patrząc na rysia, od razu zorientował się, że stworzenie dostrzegło coś, lub raczej kogoś, kogo tak od razu, zwyczajnie, nie widać. Aby się upewnić, Poeta nadepnął suchą gałąź, która pękła z trzaskiem. Ryś popatrzył na Poetę z góry. Poeta popatrzył na rysia z dołu i pomyślał sobie, że czasami rysie potrafią przekazać wzrokiem coś, co w języku ludzi, do których Poeta siebie samego zaliczał, stanowi ekwiwalent wiąchy tyleż soczystej, co wymownej. Ryś sprawiał wrażenie kota źle wychowanego, jednak Poecie to nie przeszkadzało. Najważniejsze było to, że ryś kazał Poecie zachować ciszę i Poeta ciszę zachował.
Zachowanie ciszy się opłacało. Zawsze bardziej opłaca się być cicho, niż być głośno. Nawet wtedy, kiedy ciocia rozdaje czekoladę i każdy stara się aby było sprawiedliwie, aby ten dodatkowy, ostatni tafelek przypadł właśnie jemu. Poeta kiedyś był w takiej sytuacji cicho. Nie dlatego, że nie lubił czekolady, ale po prostu zaciekawiło go, co się stanie, kiedy będzie cicho. Od tamtej pory wiedział, że bycie cicho jest opłacalne, chociaż na pierwszy rzut oka może się wydawać inaczej.
Dlatego Poeta był cicho.
Znowu się opłaciło.
Najpierw poczuł smród zgniłych kartofli. Taki najzwyczajniejszy w świecie smród, który uderza w nozdrza, kiedy wiosną schodzimy do piwnicy. Był to dobry znak, ponieważ Poeta mógł mieć nadzieję, że nie spotka diabła. Diabły nie lubią zgniłych kartofli. Propastnyka też nie spotka, bo propastnyki w ogóle nie potrafią śmierdzieć, a poza tym ryś nie miał możliwości zauważyć propastnyka. Poeta nigdy nie spotkał propastnyka na swej drodze, jednak był człowiekiem doświadczonym przez życie i wiedział, że kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ucieszył się bardzo, że to jeszcze nie teraz i powiódł spojrzeniem za wzrokiem rysia.
Coś szło, ale Poeta wypocił już wszystko, co pozwalało lepiej dostrzegać i nie mógł zobaczyć. Wyciągnął z kieszeni butelkę, którą dostał od Markucha. Pociągnął solidny łyk. Wzrok mu się wyostrzył na tyle, że zobaczył to coś. Na metr dwadzieścia wysokie, w nastroszeniu swoim przypominające jeża, tyle że mordę miało bardzo szkaradną i nie było pokryte igłami, ale zwyczajnym włosiem, które sterczało na wszystkie strony i straszliwie śmierdziało zgniłymi kartoflami. Poruszało się na dwóch krótkich, przypominających niedźwiedzie odnóżach i wymachiwało również krótkimi, ale muskularnymi, przypominającymi ludzkie, rękoma.
Czad.
Poeta zetknął się już z czadem razy kilka i wiedział, że bydle jest niegroźne, chociaż czasem złośliwe, a zawsze wkurwiające ponad miarę. Na wszelki wypadek wyłączył komórkę. Czady nie cierpiały komórek, nie cierpiały odtwarzaczy empetrzy, a najbardziej nie cierpiały cyfrowych aparatów fotograficznych. Analogowe aparaty też budziły w nich ambiwalentne uczucia, chociaż jak urządzenie było proste w konstrukcji i załadowane filmem czarno-białym, to jeszcze szło pogadać. Poeta na szczęście empetrójki nie miał, aparatu też nie miał (a ten w komórce był wyłączony), stał spokojnie i czekał. Chciał po prostu pogadać.
Czad szedł górą i śmierdział. Nie chciał gadać. Udawał, że nie widzi Poety. Musiał być bardzo skoncentrowany na udawaniu, że nie widzi, bo nie zauważył również korzenia, który dość zdradliwie sterczał na jego drodze. Zahaczył kosmatym łapskiem, stracił równowagę i klnąc na czym świat stoi, wylądował na dole, dwa metry przed Poetą. Ten ponownie sięgnął do kieszeni, wyjął flaszkę i jeszcze bardziej wyostrzył spojrzenie. Gadzina patrzyła na niego mętnym wzrokiem, w którym głęboka niechęć walczyła z zespołem dnia następnego.
— Strasznie śmierdzisz — warknął czad.
Poeta uznał, że nie odpowie podobnym stwierdzeniem. Czad okazał się szybszy i zasłużył na niewielki szacun. Poza tym nie był pewien czy ma przed sobą czarta, który udaje czada, czy autentycznego czada. To, że bydlak śmierdział jak czad, o niczym nie świadczyło. Biesy, które nie śmierdziały w ogóle, potrafiły omamić zarówno zmysł wzroku, jak i powonienia. Wiedźma powiadała, że wyostrzenie spojrzenia nic tu nie pomoże. Trzeba się było przekonać inaczej. Zdjął plecak, wyszukał wzrokiem spory głaz i usiadł, dając wyraźny sygnał, że nigdzie mu się nie śpieszy. W świecie, w którym na co dzień żył Poeta, taki gest nie oznaczał niczego, jednak tu i teraz (ewentualnie tam i wtedy) taki gest oznaczał zaproszenie do dyskusji.
— Jestem Poeta — powiedział Poeta.
— Poetą może być każdy. Byle łachmyta może być poetą — powiedziała gadzina i zarechotała śmiechem podobnym do śmiechu Mistrza Yody, tylko o wiele mniej sympatycznym.
— Jestem Poetą przez duże "P", takim, który patrzy i dostrzega. — Starał się mówić tonem obojętnym i monotonnym, tak jakby tłumaczył rzecz oczywistą, której jedynie skończony głąb pojąć nie zdoła. — Gdybym nie był Poetą, to nie rozmawialibyśmy ze sobą. Mylę się?
Pomimo kiepskiego samopoczucia czad pojął, że jeżeli dalej będzie się upierał przy swoim, wyjdzie na skończonego głąba. Klapnął na liście i pociągnął nosem. Kiedy czad pociąga nosem, wydaje odgłos podobny do odgłosu, jaki wydaje spłuczka klozetowa. Poeta skrzywił się. Nie przeszkadzało mu to, że czad pociąga nosem, ale odgłos spuszczanej wody w sposób natrętny nasuwał skojarzenia z wykonywanym zawodem. Poeta nie cierpiał swojej pracy i wcale nie był zachwycony, że jego rozmówca, choć nieświadomie, o tym przypomina.
— No dobra. — Stwór zmienił ton na pojednawczy. — Jak mówisz, że jesteś Poetą, to znaczy, że jesteś Poetą. Na mnie mówią Kwarśluh... samo "h" na końcu — dodał pośpiesznie. Najwyraźniej miało to znaczenie. — Na co dzień zajmuję się chrzęskrzyboczeniem zwierzyny płowej na terenie nadleśnictwa Lutowiska, a ty?
Poeta, choć teren nadleśnictwa Lutowiska znał doskonale, nie miał pojęcia na czym polega chrzęskrzyboczenie, i to jeszcze zwierzyny płowej, jednak również nie chciał wyjść na skończonego głąba, więc jego twarz przybrała pełen zrozumienia wyraz.
— Jestem menadżerem do spraw marketingu. Zajmuję się muszlami klozetowymi. — W głębi duszy żywił nadzieję, że pradawny stwór nie zrozumie, jednak stwór wydawał się trochę rozumieć, bo wyskrzeczał:
— Po co owijać w bawełnę. Nie możesz powiedzieć, że na co dzień sprzątasz sracze?
Poeta pokręcił głową wyrozumiale — To nie tak. Na co dzień nie sprzątam sraczy, tylko zajmuję się wciskaniem ludziom kitu i namawianiem do tego, żeby kupowali czyjeś sracze, a sraczy kogoś innego, żeby nie kupowali. To jest o wiele bardziej paskudna robota, niż ci się wydaje.
Czad posmutniał i, choć wydawało się to niemożliwe, zaśmierdział jeszcze bardziej.
— To rzeczywiście smutne. A nie myślałeś, aby zwyczajnie... sprzątać sracze?
— Myślałem, ale do tego trzeba mieć i kwalifikacje, i powołanie, a ja nie mam ani tego, ani tego. Dlatego jestem menadżerem do spraw marketingu. — Aby podkreślić jak nisko można upaść, Poeta wyjął podarunek od Markucha i pociągnął z gwinta udając, że zarówno świat jak i siedzące obok stworzenie, przestały go obchodzić. Błysk, jaki dostrzegł w oczach Kwarśluha, przekonał go ostatecznie, że ma do czynienia z rasowym czadem. Biesy nie piły. Postanowił zacieśnić stosunki ze swoim rozmówcą.
— Masz. — Wyciągnął rękę z flaszką.
Włochaty rzucił się łapczywie i wydudlił dobrze ponad dwie setki. Oczka mu się zaświeciły. Uniósł butelkę do góry, popatrzył pod słońce prześwitujące pomiędzy gałęziami. — Niech mnie Święty Jerzy... toć to Markuchowy specjał, małe arcydzieło z żołędziem, jeszcze z czasów głębokiej komuny. — Spojrzał na człowieka badawczo. — Podprowadziłeś Staremu?
Poeta pokręcił głową. — Stary nie żyje.
— Uuu! — Czad zmarkotniał. — Na każdego z was kiedyś przyjdzie pora. Był stary i nie ma. Kwarśluh ponury pójdzie dzisiaj spać.
— Rozumiem cię. — Poeta przerwał chwilę milczenia.
— Gówno tam rozumiesz. — Futro w okolicy poniżej łba uniosło mu się tak, jakby wzruszył ramionami. — Ciebie, konusie, też kiedyś nie będzie. Zwyczajnie, nie masz możliwości stracić kogoś na zawsze. To co ty możesz rozumieć?
— Masz rację. Nie rozumiem i nie chcę rozumieć. — W głosie Poety zabrzmiało głębokie wewnętrzne przekonanie. Rozumienie zbyt wielu rzeczy powodowało, że świat przestawał być przyjazny. Wyciągnął rękę po trunek. Stwór oddał niechętnie. Siedzieli chwilę w milczeniu.
— Daj jeszcze. — Czad wyciągnął łapsko — Wypijemy, co by mu ziemia lekką była.
— Problem w tym — ręka z flaszką zatrzymała się w pół drogi — że ta ziemia wcale mu nie chce być lekką.
— Stary zostawił po sobie coś paskudnego. — Pokiwał głową. — Zawszem mu mówił... — Przerwał w pół zdania, łapczywie patrząc na trunek.
Flaszkę z resztką bimbru Poeta podał Kwarśluhowi. — Ja właśnie w tej sprawie.

***

Kwarśluh, w czasie kiedy Poeta snuł swoją opowieść, robił mądre miny, drapał się po łbie, nawet pierdnął razy kilka, jednak dla Poety, osoby życiowo doświadczonej, nie ulegało wątpliwości, że czad nie ma żadnego pomysłu. Dopiero kiedy doszedł do końca, a morda, trochę przypominająca mordę człowieka, a trochę pysk jeża, przybrała swój normalny przygłupawy wygląd, Poeta z zadowoleniem stwierdził, że jego rozmówca zaczął myśleć.
— Z tego co powiedziałeś — mruknął stwór — wynika, że Stary wcale nie zostawił po sobie niczego paskudnego.
— Też rozważałem taki wariant. Zauważ, że i Małgośka, i młody Markuch, czuli tylko strach. Gdyby zostawił po sobie coś paskudnego, to za każdym razem, kiedy się pojawiał, gdzieś w pobliżu krążyłby zły. Wtedy czuliby także ciekawość, nie tylko strach. Mam rację?
— Teoretycznie tak, ale widzisz... teraz diabli już nie mieszają się do takich spraw.
— A dlaczego to diabli nie mieszają się do takich spraw? — Poeta najwyraźniej nie dowierzał Kwarśluhowi. — Biesy zrobiły się raptem dobre? — dorzucił kpiąco, ale jednocześnie uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni wędrówki, czegoś mu w krajobrazie brakowało. Teraz właśnie zdał sobie sprawę z tego, czego mu w krajobrazie brakowało. Szedł, szedł przez dni kilka i prawie nie wyczuwał obecności złego.
— Duży a głupi. — Czad ponownie wzruszył ramionami. — Wyobraź sobie wiochę. Taką dłuuugą wiochę, równomiernie zasiedloną. — Rozciągnął krótkie łapska, jak tylko mógł. — I teraz, jak na jednym końcu ktoś zbuduje karczmę, to gdzie będzie najwięcej luda?
— Biesy nie piją. Co to ma wspólnego z biesami? — Poeta zakwestionował porównanie, ale zaczął sobie zdawać sprawę, co Kwarśluh ma na myśli.
— Myśl abstrakcyjnie! Co z tego że nie piją? Wyniosły się z Bieszczadu, bo znalazły sobie lepsze zajęcie. Mylę się? — dodał złośliwie, naśladując sposób mówienia Poety.
Poeta nie zwrócił uwagi na zaczepkę, przytaknął jedynie, a czad kontynuował.
— To się zaczęło na dobre jakieś dwadzieścia lat temu, ale przybrało na sile po dwutysięcznym czwartym. — Znowu zarechotał paskudnie. — Ale coś mi się widzi, że nie odeszły daleko. Skoro ludzie są tacy sami jak kiedyś, no to i czarci muszą być gdzieś w pobliżu. Ale tu, w tej sprawie, nie o czarta chodzi.
— No to o co chodzi?
— Jak by Starego po tamtej stronie nie chcieli, to co czułby Młody? Co czuła by kobitka, która ci się tak spodobała?
— Czuli by taką... dziwną rozpacz.
— Nie rozpacz, tylko zespół indukowanej współdesperacji ignorancie. — Kwarśluh był wyraźnie niepocieszony, że jego interlokutor nie dał się sprowokować uwagą o "kobitce, która mu się spodobała". Był pewien, że zacznie się plątać w wyjaśnieniach typu "nie, ależ skąd, to znaczy tak, jednakże..." lub "wcale mi się nie spodobała, to znaczy spodobała mi się, ale..." ewentualnie coś w tym rodzaju. Tymczasem człowiek, zamiast być zabawnym, jak przystało na człowieka, robił użytek ze swoich szarych komórek. Kiedy ludzie zaczynali robić użytek ze swoich szarych komórek, przestawali być zabawni, a Kwarśluhowi zawsze się wtedy wydawało, że nieszczęście wisi w powietrzu. Tak było i teraz.
— Masz rację. — Poeta przerwał tok czadowych myśli. — Czyli Stary, czegoś nie zdążył w życiu zrobić, zapewne czegoś dobrego, i teraz próbuje sprawę zamknąć. — Udał zamyślenie, kątem oka obserwując niezadowolenie czada, któremu nie wyszła prowokacja.
— A poza tym kto ci naopowiadał takich głupot, że czarci nie piją? Może ta kobitka... która ci się tak spodobała? — Czad podjął kolejną próbę zdeprymowania Poety. Nie liczył specjalnie na sukces, ale postanowił zrobić wszystko, co możliwe, aby potem nie mieć sobie nic do zarzucenia.
— Czarci nie piją — powiedział Poeta stanowczym tonem — a mówiła to nie kobitka, która mi się spodobała tylko Wiedźma. — W zamyśleniu obserwował korony drzew. Nie musiał patrzeć na Kwarśluha, aby być pewnym, że ten uznał się za pokonanego.
— Skoro Wiedźma, to co innego. — Kwarśluh uznał się za pokonanego. — Prawdziwy czart nie pije. Nawet takie panisko jak Tworylny nie pije. Ale sam żem niedawno widział Szypowatego z flaszką. Che, che, che. — Znowu zarechotał szkaradnie. — Szypowaty nawalony jak kareta.
— Szypowaty stanowi wyjątek potwierdzający regułę. Pije, bo kiedyś, przed wiekami, pracował razem z ludźmi przy wyrębie lasu. Potrafisz sobie wyobrazić kogoś, kto pracowałby przy wyrębie lasu i jednocześnie uprawiał abstynencję?
— Nie. Nie potrafię. — Czad popatrzył z uznaniem na rozmówcę. Niby człowiek, a gada normalnie. — Praca przy wyrębie lasu każdego uszlachetnia — dodał z głębokim wewnętrznym przekonaniem.

***

Do Dołżycy dotarł pod wieczór. Chałupa faceta, którego szukał znajdowała się na skraju wsi, tak, aby gospodarz, mawiając: "moja chata z kraja", nie odbiegał zbytnio od stanu rzeczywistego.
— Prawda leży pośrodku — podsumował Jasio Majchrzak opowieść Poety, rozlewając do musztardówek kolejną porcję nalewki na jeżynach.
— Czy pośrodku, to nie jest pewne, jednak nie ulega wątpliwości, że prawda leży — odparł filozoficznie Poeta. Z ulgą zauważył, że artysta w dalszym ciągu uważa go za nawiedzonego pomyleńca. Pozwoliło mu to na przytoczenie zarówno historii opowiedzianej przez Gośkę, jak i jego historii, bez zbędnych niedomówień, nie siląc się na nadawanie pozorów racjonalizmu czemuś, co racjonalne nie było.
— Markuch powiedział mi, że po jego śmierci do mnie przyjdziesz.
— To można było łatwo przewidzieć. — Poeta wzruszył ramionami. — Od wielu lat zachodzę do różnych ludzi, a ty jesteś ważną pozycją na mojej krótkiej liście.
— Powiedział, że przyjdziesz i że przyniesiesz ze sobą jakiś problem. Kazał odpowiedzieć na Twoje pytania i zrobić to, co uznasz za właściwe.
Poeta wcale nie był pewien czy Majchrzak coś ukrywa, czy mówi prawdę. Jeżeli skrywali ze starym jakąś tajemnicę, to można było być pewnym, że owa tajemnica, tajemnicą pozostanie. Jasio może i nie grzeszył męską zaradnością, jednak jeżeli się pije we dwóch i jeden drugiemu wyjawi coś, o czym świat nie powinien wiedzieć, to prawdziwy chłop nie wysypie druha, choćby pasy z niego darli. Pod tym względem Jan Majchrzak był stuprocentowym facetem.
Kiepsko to wszystko wyglądało.
— Posłuchaj Jasiu. Nasz nieodżałowanej pamięci przyjaciel, zabrał do grobu jakiś sekret. Zabrał go zupełnie niechcący, bo przed śmiercią nie zdążył się podzielić tym co wiedział. Teraz sprawia mu to przykrość. Znałeś Starego lepiej niż ja i wydaje ci się, że rozumiesz, co może się wydarzyć, jeżeli coś sprawia mu przykrość. Otóż muszę powiedzieć, że nie rozumiesz, co może się wydarzyć. Chętnie bym ci wytłumaczył, ale po pierwsze sam nie rozumiem, a po drugie i tak byś mi nie uwierzył. Ale coś się wydarzy. Tego możesz być pewien.
Zmęczyła go cokolwiek przydługa tyrada. Chwycił w garść musztardówkę. Nie jakieś tam badziewie po maśle czekoladowym, tylko prawdziwą peerelowską musztardówkę i wychylił do końca.
Jego rozmówca nie wyglądał na przekonanego, a skoro nie wyglądał na przekonanego, można było założyć, że chociaż jest skłonny odpowiadać na pytania Poety, niekoniecznie odpowie na wszystkie pytania Poety, a już na pewno nie odpowie na pytania, których Poeta nie zada.
Poeta nie wiedział o co zapytać.

***

Spanie w łóżku ma swoje zalety. Po przebudzeniu boli przede wszystkim głowa, kości znacznie mniej. Poeta nie przekroczył jeszcze czterdziestego czwartego roku życia i w jego przypadku nie miała zastosowania zasada, że jeżeli się obudzisz i nic cię nie boli, to znaczy, że już umarłeś. Choć do końca się nie obudził, nie ulegało wątpliwości, że żyje. Łeb bolał standardowo, tak jak po zwyczajnym piciu. Jego ciągle nieostry wzrok zatrzymał się na obrazie, wiszącym na ścianie. Było to malowidło, które Majchrzak stworzył dla siebie. Wszystkie płótna, które Majchrzak tworzył dla siebie, robiły na Poecie piorunujące wrażenie. Czasami nie potrafił zrozumieć, że człowiek, który maluje takie rzeczy, nie jest jednocześnie tym, który widzi więcej. A może Jasio widział więcej, tylko nie zdawał sobie z tego sprawy?
"Dryfujący" — tak zatytułowany był obraz. Na olbrzymim ni to lodowym, ni kamiennym bloku z trudem można było dostrzec krzesło. Na krześle siedziała drobna postać, ledwie widoczna, swoją znikomością podkreślając ogrom płynącego w przestrzeń monolitu. Jasne pastelowe barwy otoczenia kontrastowały z ciemną, niemal czarną plamką, przedstawiającą człowieka. Niewzruszone dążenie do celu, czy pogodzenie się z losem? Całość była zagadką, choć jednocześnie tchnęła spokojem, który można osiągnąć, jedynie wtedy, kiedy zaakceptujemy nieuchronność przemijania.
Poeta zwlókł się z wyra. Zszedł na parter. Dzień wstał słoneczny i upalny. Gospodarza nie było w domu. Niedomknięte drzwi wejściowe pozwalały przypuszczać, że wyszedł na chwilę i zaraz wróci. Gość wziął gorący prysznic, po czym usmażył sobie jajecznicę. Kiedy poczuł błogie rozleniwienie, zdecydował, że należy sprawdzić, która jest godzina. Nie dlatego, aby mu się śpieszyło. Poecie się nigdy i nigdzie nie śpieszyło, jednak uważał, że cywilizowany człowiek powinien raz na dzień sprawdzić, która jest godzina. Choćby po to, aby podtrzymać w sobie złudne poczucie kontroli nad owym przemijaniem, o którym tak natrętnie przypominało wiszące na ścianie malowidło. W domu malarza było kilka starych szafkowych zegarów, jednak wszystkie wskazywały północ ewentualnie południe, w zależności od nastroju. Jasio po prostu lubił to, co się nie zmienia. Chcąc nie chcąc włączył komórkę. Był dwudziesty pierwszy lipca wpół do drugiej...
Potem komórka zaczęła rozpaczliwie bzyczeć. Sypnęło reklamami. Aż go ręce rozbolały od kasowania atrakcyjnych propozycji i odrzucania niebywałych okazji. W ferworze walki o mało nie skasował SMS-a od żony, która szkoląc się intensywnie w zakresie przebywania w towarzystwie, w którym nie miała ochoty przebywać, przesyłała mu pozdrowienia z tropików, sprawdzając czy żyje i pytając, czy któreś z dzieci raczyło przekazać jakąkolwiek wiadomość. Poeta sprawdził: żadne nie raczyło. Zrobił więc coś, czego dzieci bardzo nie lubiły: zadzwonił najpierw do jednego, a potem do drugiego. Dowiedział się dwukrotnie, że "przecież umówili się, że nie będą do siebie dzwonić tylko esemesować". Dowiedział się także, że zarówno starsze jak i młodsze dziecko nie ma czasu rozmawiać. Więcej nie próbował się dowiadywać. Ostatecznie zdobył już wszystkie informacje możliwe do zdobycia. Odpisał do żony, wykasował kolejne piętnaście SMS-ów i wyłączył telefon. Poeta, podobnie jak jego przyjaciel Stefan Goszczyk, kiepsko czuł się z wymianą pokoleń.
Wyszedł na podwórko i zaczął rozgrzebywać kopiec w nadziei, że znajdzie jeszcze kilka kartofli, które nadawałyby się do upieczenia. Majchrzak twierdził, że przechowywanie w piwnicy czegokolwiek poza butelkami zwyczajnie nie przystoi artyście. Piwnica winna służyć do przechowywania trunków. Wyłącznie trunków. Efektem ubocznym takiego sztywnego stanowiska było to, że w kiepsko ułożonym kopcu większość kartofelków przemarzła i przegniła. Poeta natrudził się solidnie, zanim wykopał kilkanaście jako tako rokujących egzemplarzy.
— Ciągle myślę, co też stary Markuch mógł zrobić, a czego nie zdążył zrobić i mój nos mówi mi, że to musi mieć coś wspólnego z Młodym. — Jasio wrócił, niosąc na ramieniu okazałą torbę, która pobrzękiwała zachęcająco.
— Za każdym razem, kiedy próbuję myśleć w ten sposób, wykładam się na jednym i tym samym pytaniu: po co.
— Jak to, po co? Markuchy poprztykały się jakieś siedem lat temu. Konflikt między ojcem i synem, to nie jest to samo, co konflikt w małżeństwie. Zgodzisz się chyba?
— Zgodzę się — powiedział bez przekonania Poeta. Sam nigdy nie doświadczył poważnego konfliktu ani ze swoim ojcem, ani w małżeństwie. Z tego, co zdołał dostrzec, konflikty międzyludzkie były jak wirus grypy, niby wszystkie takie same, jednak ze skłonnością do mutacji. W praktyce okazywało się, że każdy konflikt wymaga indywidualnego podejścia.
— Kiedy małżeństwo się sypie — rozumował artysta malarz — to wiadomo, winne są dwie strony: żona i teściowa, a kiedy ojciec pokłóci się z synem, to może być tak, że żaden nie jest winien. Uzasadniałoby to twoją teorię. To nie żal za grzechy doskwiera Staremu. Ale ja myślę, że skoro przez siedem lat prawie ze sobą nie gadali...
Poeta pokręcił głową. — Ja myślę, że tu chodzi o kogoś jeszcze. Kogoś innego. Być może, że o Ciebie.
— O mnie? — Jan Majchrzak zrobił ekstremalnie niewyraźną minę.
— W ostatnich miesiącach Stary wiele stracił ze swojej witalności. Trzeba mu było nieco pomagać. Młody się wypiął na ojca, a we wsi... sam wiesz, jaki mieli stosunek do Markucha. Ktoś się musiał nim zajmować.
— No dobra. — Jasio sprawiał wrażenie, jakby przyznawał się do winy. — Ja mu pomagałem.
Poeta przez chwilę miał nadzieję, że jego rozmówca wymięknie i powie wreszcie to, o czym wiedział, a czego z jakichś względów nie chciał powiedzieć, jednak owa nadzieja z każdą chwilą była coraz mniejsza i mniejsza.
Weszli do domu. Wieczorem do Jasia przychodziło kilka osób. Trzeba było przygotować ognisko oraz wszystko, co się z ogniskiem wiąże. Mieli trochę roboty. Na gospodarza więcej naciskać nie zamierzał. Słowa wypowiadane od siebie mają większą wartość niż słowa strachem, pochlebstwem czy mamoną z gardła wydarte. Słowa dla Poety były ważne. Ostatecznie był poetą.
Spojrzał na ścianę nad kominkiem. "W stronę światła" — tak nazywało się kolejne dzieło, które robiło na nim wielkie wrażenie. Zdaje się, że to z powodu tego właśnie malowidła Senior Majchrzak zasłużył sobie na reputację "międzynarodowego przemytnika dzieł sztuki". Scena, którą obraz przedstawiał, ujęta była "od góry", o ile w przypadku majchrzakowych obrazów można było mówić o kierunkach w przestrzeni. W żółtej, pastelowej płaszczyźnie widniał okrągły otwór. Przez otwór wpadało jasne światło-nieświatło, w każdym bądź razie wpadało coś, czego człowiek pragnie najbardziej, choć nie jest w stanie tego czegoś umysłem ogarnąć. W stronę otworu pełzało kilka mizernych, nagich postaci. Postacie kojarzyły się nieco z truposzami Beksińskiego, tyle że były elegancko okryte skórą, bez krzty owego trupiego uroku, wszechobecnego na płótnach Mistrza z Sanoka. Obraz przedstawiał nędzę i nadzieję pełzania. Poeta nie musiał pytać artysty co dalej. Wiedział, że ci, którzy zdołają osiągnąć otwór, staną się aniołom podobni.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 maja 2014, 13:59

Czas poetów
(Kilka lat wcześniej, lipiec)


Stanął na rozwidleniu dróg. Miejsce, w którym drogi się rozwidlają ma w sobie coś, co sprawia, że krew w żyłach zaczyna żywiej krążyć. Wiedźma mieszkająca w schronie nad Negrylowem, w oparciu o owo "coś" wyjaśniła kiedyś Poecie istotę procesu nazywanego rozwojem ludzkości. Według Wiedźmy rozwój ludzkości polegał na tym, że "coś" z upływem czasu było dostrzegane coraz rzadziej i coraz słabiej oddziaływało na coraz mniejszą liczbę ludzi.
Poeta był pewien, że Wiedźma wyjątkowo rozumiała to, o czym mówiła, ale na własny użytek wyjaśniał sobie sprawę nieco dokładniej. Rozwidlenie dróg wymagało podjęcia decyzji i nigdy nie było z góry wiadome, czy decyzja będzie mało ważna, czy stanie się brzemienną w skutkach. Najpierw ludzie przestali odczuwać lęk przed dokonaniem złego wyboru, potem przestali się obawiać złych następstw, jednak z czasem zaczęli się panicznie lękać, że ich zły wybór może zostać zauważony i skomentowany przez innych. Każdy pragnął być postrzegany jako osoba nieomylna. Taki stan rzeczy wynikał również i z tego, że duża liczba osób i instytucji decydowała za ludzi, udając, że przejmuje ryzyko związane z pomyłką. Ludzie łatwo się nabierali. Pozwalali innym robić to, co normalnie musieliby robić samodzielnie i zaczęli nazywać to pragmatyzmem.
Rozwidlenie dróg coraz częściej nasuwało jedynie złe skojarzenia. Rozwidlenie dróg przestało być wyzwaniem. Stało się problemem... jednym z wielu.
Poeta bał się skutków swoich decyzji. Samo decydowanie przychodziło mu z łatwością. Mógł ruszyć prosto, drogą na Terkę, mógł skręcić w prawo i przez pasmo Falowej dotrzeć do schroniska Jaworzec, wreszcie mógł pójść w lewo, na górę Łopiennik. Początkowo zamierzał iść na Terkę, jednak zawsze, kiedy stawał na rozwidleniu dróg, zaczynał myśleć. Ostatecznie był poetą.
Najpierw wymyślił, że skoro wczoraj był dwudziesty pierwszy lipca, to dzisiaj jest dwudziesty drugi lipca. Potem przeanalizował dane z zakresu historii najnowszej. Władza ludowa, decydując o zakresie przyjemności, których naród mógł doświadczyć w porze letniej, zwykła stopniować rozkosz bardzo racjonalnie. Pierwszy orgazm wypadał zawsze dwudziestego drugiego lipca. Jeżeli była to niedziela, nieuświadomiona część narodu (czyli praktycznie wszyscy) szła do kościoła a potem piła i rozmnażała się. Jeżeli wypadał inny dzień tygodnia, ludzie pracowali, pili i rozmnażali się, przy czym można było zauważyć duże zróżnicowanie preferencji. W sytuacji, kiedy dwudziesty drugi lipca nie wypadał w niedzielę, jedynie pracownicy PGR-ów mieli ekstra-wolne i oni, zwyczajnie, walili gorzałę od rana do wieczora.
Co roku, dwudziestego drugiego lipca, stary Markuch zwykł brać wałówkę, baniak bimbru i wychodzić na Łopiennik. Z wysokości Łopiennika spoglądał na świat, a jego wybredny wzrok nie dostrzegał szczegółów, które na dole nazbyt rzucały się w oczy. Nikomu nie powiedział, dlaczego akurat Łopiennik jest jego ulubioną górą. Kiedy go pytano, dlaczego ów Łopiennik bywa celem wędrówek, i to nie tylko w lipcu, robił się małomówny. Zarówno ci, którzy dobrze go znali, jak i ci, którym dał się dobrze poznać, wiedzieli, że następnego pytania zadawać nie należy.
Dawno, dawno temu Poeta miał ochotę wybrać się ze Starym na Łopiennik, jednak Stary wcale nie miał ochoty wybrać się na Łopiennik w towarzystwie Poety. Stary poszedł sam, a Poeta zaczął podejrzewać, jaki mógł być cel owych wędrówek. Teraz przyszedł czas, aby sprawdzić, czy podejrzenia były słuszne. Skręcił w lewo.
Kiedy już minął Horodek, wyjął flaszkę Majchrzakowej nalewki, porządnie wyostrzył spojrzenie, a następnie schował specjał do plecaka. Tam dokąd zmierzał, butelka mogłaby jedynie przeszkadzać.
— Jesteś pewien, że dobrze robisz? — Echo rzadko odzywało się samo z siebie.
— Nie jestem. A bo co? — Starał się zabrzmieć wyzywająco, jednak brak pewności w jego głosie sprawił, iż tego dnia echo nie odezwało się więcej.
Na szczyt wszedł późnym popołudniem. Było mało prawdopodobne, że o tej porze jakiś inny wędrowiec wejdzie na górę, a nawet jeżeli wejdzie, to zechce zejść jak najszybciej, tak, by zdążyć przed zmrokiem. Po zmroku, ludzie zaczynali się bardziej obawiać, że spotkają kogoś, ewentualnie coś, i nie będą potrafili tego czegoś nazwać. Zaczynali się również obawiać, że zobaczą to, czego wcale nie chcieli zobaczyć. Z tych powodów niewielu wędrowców przemierzało szlaki nocą. Była to okoliczność sprzyjająca, ponieważ Poecie bardzo zależało na braku towarzystwa.
Stanął na szczycie i rozejrzał się. Pusto. Gdzieś na skraju łąki pokrywającej wierzchołek, dostrzegł ruch, jednak to tylko sarna zniknęła w gęstwinie. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła na wschód. Ruszył ledwo widoczną ścieżką. Po przejściu stu-dwustu metrów poczuł charakterystyczną gęsią skórkę. Wiedział, że on tam jest i że na niego czeka. Wiedział, że musi się mieć na baczności. Wiedział, że droga którą wybrał, że decyzja którą podjął, może się okazać brzemienną w skutkach. Poeta wiedział dużo. Nie wiedział jedynie, czy postępując w ten sposób dobrze robi, czy może robi źle.
Tak czy inaczej nie wypadało się już wycofywać. Przystanął na chwilę, skoncentrował, włączył blokadę mentalną i ruszył dalej. Obszedł kępę krzaków. Za kępą powinny znajdować się dwa spore głazy i rzeczywiście głazy były. Na większym siedziała postać w staromodnej białej koszuli i w czarnych, starannie wyprasowanych spodniach, wpuszczonych w wysokie oficerskie buty. Postać patrzyła na wschód. Na drugim nieco mniejszym głazie leżał równo złożony czarny surdut.
— Powinienem zacząć rozmowę od tego, że ludzie mnie zadziwiają — postać na kamieniu przemówiła miękkim ciepłym barytonem — ale byłaby to jedynie grzecznościowa formuła. Ludzie wcale mnie nie zadziwiają, ponieważ nie zmieniają się od setek lat.
— Taki brak zmian powinien cieszyć. — Poeta miał głos nieco wyższy i lekko chrypiący. — Ja się na przykład cieszę, że pewien czart od stu lat wychodzi na górę, czeka aż słońce zapadnie i wypatruje świateł Lwowa. Po raz kolejny odkryłem coś stałego w czasie. Daje mi to poczucie złudnej stabilności.
Postać odwróciła się gwałtownie i zmierzyła Poetę przenikliwym spojrzeniem. Nie było to dobre spojrzenie, ale mieściło się w granicach normy. Poeta nie oczekiwał niczego lepszego. Pomyślał nawet, że mogło być gorzej, a nie jest. Siedzący na kamieniu nosił krótko przystrzyżone, kruczoczarne włosy, starannie przycięty wąsik i kozią bródkę. Jego twarz, zwłaszcza blada cera, mogła się kojarzyć z teatralną maską. Pod szyją miał zawiązaną olbrzymią, czarną muchę.
— Ludzie nie zmieniają się od setek lat. — Diabeł pociągnął ostentacyjnie nosem. — Byli brudni, są brudni i brudni pozostaną. Nie mogłeś chłopcze dokładniej umyć rąk, skoro już postanowiłeś przybyć tutaj, aby pociągnąć mnie za język?
Poeta zorientował się, że to nie jego przepocona koszula przeszkadza biesowi Tworylnemu, ale fakt, że trzydzieści godzin wcześniej grzebał w kopcu przegniłych kartofli. Z czarciego punktu widzenia śmierdział okropnie. Zdał sobie sprawę, że albo zrobi coś, co radykalnie zmieni nastawienie rozmówcy, albo obiecująca dyskusja szybko dobiegnie końca. Wyjął z plecaka flaszkę z resztką markuchowego bimbru z żołędziem, polał i przetarł dłonie.
Gest musiał się spodobać czarnemu, bo skinął głową z uznaniem i przestał ostentacyjnie kręcić nosem. Nawet wstał i zabrał z mniejszego kamienia swój surdut, zapraszając wędrowca do dyskusji.
Poeta usiadł. Naśladując czarta, spojrzał na wschód.
— Czy wiesz młodzieńcze, co jeszcze miałem na myśli, mówiąc, że ludzkość się nie zmienia?
— Nie wiem. — Poeta pokręcił głową. — Ale dobrze jest wiedzieć, że waszmość miałeś na myśli coś jeszcze i, jak przypuszczam, masz zamiar się tym podzielić. — Gadał z Tworylnym nie po raz pierwszy i wiedział, że należy rozmawiać właśnie tak, a nie inaczej. Staromodne czarcisko alergicznie reagowało na wszelkie nowinki i odstępstwa od tradycji.
Diabeł przekrzywił łeb i ponownie spojrzał na rozmówcę tym razem wzrokiem, z którego można było wywnioskować, że nic dobrego z Poety nie wyrośnie. Poecie odpowiadało takie spojrzenie. Ostatecznie różnił się od czarnego definicją pojęcia "dobry" i "zły".
— Czas poetów dobiega końca! — zagrzmiał bies. — Jest coraz mniej takich, którzy patrzą i dostrzegają. Czy idąc przez świat, nie czujesz się samotny?
— Ludzie od wieków postępują w ten sposób, jakby czas poetów się kończył. Czas poetów zawsze był i zawsze się kończył. Ujmując rzecz inaczej, stwierdzenie "nastał czas poetów" było zawsze fałszywe. A samotność? Samotność poetom potrzebna jak powietrze czy wódka, no... może w odwrotnej kolejności.
— Czas poetów dobiega końca — powtórzył Tworylny. Tym razem jego głos zabrzmiał łagodniej, tak, jakby chciał wyjaśnić Poecie coś bardzo zawiłego. — To nie ja tak mówię. To wszyscy wokół ciebie tak twierdzą. Jeszcze tego nie dostrzegłeś?
— Oczywiście, że dostrzegłem. Taki stan rzeczy może wynikać z immanentnych właściwości poezji, ale może również wynikać z tego, że ludzie na serio traktują myśl o końcu czasów. Nie martwi to pana?
Czart się zaśmiał grzmiąco, choć nieco sztucznie, a potem raptownie spoważniał.
— Nigdy nie było łatwo przegadać Poety. Kiedyż to spotkaliśmy się po raz ostatni?
— Powinieneś waszmość wyraźniej określić, co mam rozumieć pod pojęciem "ostatni". — Poeta doszedł do wniosku, że jednak jest sprytnym człowiekiem, i że opowieści o tym, iż czarta przechytrzyć niełatwo, są nieco na wyrost.
Z Tworylnym spotykał się kilkukrotnie. Raz były to spotkania w czasie, który Poeta otrzymał wraz ze swoim życiem, a innym razem w czasie, który zagarnął Poetę po trochu wbrew jego woli, a po trochu wbrew rzeczywistości, w jakiej Poeta egzystował tu-i-teraz. Z punktu widzenia tu-i-teraz po raz ostatni rozmawiał z Tworylnym w wieku osiemnastym, przy okazji jednej z wielu awantur, które rozpętali bracia Dowbusz. Poeta nie rozumiał dobrze czasu i przestrzeni, jednak był przekonany, że diabeł rozumie lepiej i teraz liczył, że usłyszy coś mądrego, coś, nad czym warto będzie pomyśleć w jeden z długich zimowych wieczorów.
Rozczarował się.
— Ty mi tutaj nie mędrkuj — czarny mruknął niewyraźnie. Sprawiał wrażenie, że pytanie człowieka podrażniło go nieco.
Poeta po raz pierwszy uzmysłowił sobie, że na temat czasu i przestrzeni czart może wiedzieć jeszcze mniej niż on sam. Cholera! Nie przyszedł tu dyskutować o wieczności. Markuchowa dusza miała priorytet. Natychmiast zmienił ton na pojednawczy.
— Ostatnio widzieliśmy się w dolinie Terebowca. — Odwrócił wzrok i ponownie spojrzał na wschód. — Trzech pomyleńców szukało wówczas Mudrykowych skarbów. — Siedział niemal tyłem do swojego rozmówcy, ale czuł na sobie jego badawcze spojrzenie. Pomyślał, że legendy o złocie zbójnickiego bankiera nie muszą być jedynie wytworem ludzkiej fantazji.
— Muszę przyznać, że z upływem lat nabrałeś nieco doświadczenia. Jak na człowieka, to całkiem nieźle.
— Kto nie idzie do przodu, ten się cofa.
— O jakże się mylisz! — westchnął Tworylny, a Poeta nie mógł odpędzić wrażenia, że czarny wydobył owo westchnienie z głębi swojej czarnej duszy.
— Znam takich — czart kontynuował ponurym głosem — którzy poszli do przodu i niewiele osiągnęli. Szag wpieriod, dwa szaga nazad. — Mówił bardziej do siebie niż do Poety. — Są tacy, którzy czarny surdut zamienili na szary garnitur. Głupcy! Myśleli, że coś osiągną, jeżeli staną się mniej widoczni.
Poeta miał wrażenie, że słyszał już od kogoś o ludziach w szarych garniturach, ale nie pamiętał od kogo i nie chciał przerywać diablich wywodów. Tworylny gadał wcale ciekawie.
— No i stali się mniej widoczni... w ogóle niewidoczni, a statystyki potępionych nawet nie drgnęły. Zaprawdę, nie jest łatwo zmienić człowieka. — Tworylny popadł w zadumę.
— Nie nadążam za tokiem rozumowania waszmości. — Poeta konsekwentnie nie zamierzał zadawać pytań wprost, a zwłaszcza pytań dotyczących Markucha. — Czy to znaczy, że wymazanie z ludzkiej świadomości istnienia... istnienia...
— Istnienia złego — podpowiedział Tworylny, zdając sobie sprawę, że Poeta dyplomatą i tak nigdy nie zostanie.
— Czy należy rozumieć, że wymazanie owego faktu ze zbiorowej świadomości, powinno przełożyć się na wzrost liczby potępionych?
— Moi kamraci tak twierdzą. Twierdzą wbrew zdrowemu rozsądkowi. Poszli do ludzi, weszli w tryby machiny, którą nie potrafią sterować, która nie rządzi się żadnymi prawami. Są przekonani, że sprowadzenie rzeczywistości do absurdu jeszcze bardziej absurdalnego w swej absurdalności, pchnie większą liczbę dusz w wieczności czarną stronę. Nie zdają sobie sprawy, że konstrukcja, którą stworzono, jest chybotliwa, nie służy niczemu, a runąć może łatwo. Nie zdają sobie sprawy, że próbując w ten sposób zmieniać człowieka, zmieniają samych siebie... na gorsze.
Jeżeli diabeł zamierzał wprowadzić zamęt w człowieczych myślach, to odniósł pełny sukces. Poeta zaczął się gorączkowo zastanawiać, czy z punktu widzenia czarnej strony wieczności określenie "na gorsze" oznacza to samo, co z jego własnego punktu widzenia, czy może coś wręcz przeciwnego. Na wszelki wypadek postanowił traktować wypowiedź rozmówcy jako kolejną, sprytną próbę przekabacenia poszukującej duszyczki. Najsugestywniej, jak mógł, wyobraził sobie dłoń zaciśniętą w pięść, ale ze środkowym palcem uniesionym do góry i lekko uchylił blokadę mentalną. Czuł jak myśli Tworylnego łapczywie wgryzają się w jego własne myśli. Międzynarodowy znak pokoju i pojednania musiał dotrzeć do czarnego, bo ten zamilkł i pomimo, że na północnym zachodzie niebo było jeszcze wcale jasne, uporczywie wypatrywał świateł Lwowa.
Zapadła niezręczna cisza.
Ponieważ niezręczna cisza przeciągała się, Poeta spróbował wznowić dyskusję.
— Czarta Tworylnego ceniłem za to, że nigdy nie mieszał kwestii służbowych i prywatnych. Czyżby coś się w tej materii zmieniło? — Najdelikatniej jak mógł, próbował nakierować dyskusję na kwestię markuchowej duszy.
— Wszystko, co do tej pory powiedziałem, ma charakter czysto prywatny. Ja się nie mieszam do tego, co robią ci, którzy przywdziali szare garnitury. A wiesz dlaczego mówię to właśnie tobie?
— Zapewne dlatego, że po świecie chodzi coraz mniej takich, którym możesz to waszmość powiedzieć.
Poeta po raz kolejny był zachwycony własnym sprytem, ale tym razem miał pewność, że jego spryt przyniesie wymierne efekty. Czekał w napięciu aż rozmówca poruszy temat, który interesował go najbardziej.
Rozczarował się po raz kolejny.
— Wtedy, w dolinie Terebowca — Tworylny odparł po krótkim namyśle — powiedziałeś, że gdyby na Saharze wprowadzić komunę, po miesiącu brakowałoby piasku. Miałeś rację i bardzo mi się spodobało to, co powiedziałeś.
Poeta westchnął. Ponowna próba nakierowania rozmowy na tematy bardziej pożądane, spaliła na panewce. Wyczuł, że czarny nieco uchylił blokadę mentalną. Gwałtownie wdarł się w jego myśli, choć nie było to ani bezpieczne, ani rozsądne. Ujrzał międzynarodowy znak pokoju i pojednania, po czym wycofał się jak niepyszny.
Ciężko jest przechytrzyć biesa.
Słońce zaszło zupełnie. Nad głową mieli rozgwieżdżone niebo, przecięte wstęgą mlecznej drogi. Gdzieś zza horyzontu wyszedł sierp księżyca. W lesie, poniżej, słychać było szczekanie koziołka.
— Patrz, tam, tam! — Czart, mocno pobudzony, wskazał ręką na wschód.
Poeta spojrzał i odniósł wrażenie, że widzi łunę, odbicie świateł dalekiego miasta na chmurach, które zbierały się nad horyzontem. Popatrzył dokładniej i zobaczył miasto otoczone poświatą ludzkich marzeń niespełnionych. Wszystko było wyraźne, jednoznaczne. Pomyślał sobie, że nie ma racji Tworylny, mówiąc o kończącym się czasie poetów. Kątem oka zerknął na sąsiedni kamień, ale kamień był pusty. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w miejscu, gdzie siedział diabeł, dostrzega jeszcze resztki zwyczajnej człowieczej tęsknoty za tym, co utracone.

***

Przenocował na bazie w Łopience i wracał nad swój strumyczek.
Tym razem przeszedł przez Otryt i nie spotkał żywej duszy. Czy jakaś żywa dusza spotkała Poetę, tego nie wiedział. Rzadko mu się tak zdarzało, jednak szedł bardzo zamyślony i żywe dusze umykały jego uwadze.
Tworylny nie zamierzał dyskutować o ich wspólnym znajomym. Szkoda. W kwestii Starego Poeta nie był w stanie wyciągnąć żadnego wniosku. Przynajmniej w oparciu o to, co powiedział czart.
— Spróbuj wyciągać wnioski w oparciu o to, czego czart nie powiedział. — Echo zabrzmiało kiepsko, jakby nadal miało kaca po wczorajszym spotkaniu, ale uwaga była interesująca. Uwaga miała potencjał.
Poeta zamyślił się jeszcze bardziej... a potem jeszcze bardziej. W końcu wyciągnął pojedynczy wniosek. Wniosek był wymięty i nieco poszarpany na krawędziach, jednak sprawiał wrażenie, że coś wnosi do sprawy. Tworylny nie chciał gadać o Markuchu. Mogło to oznaczać, że nie zamierza nikomu pomagać w realizacji pośmiertnych celów zmarłego. Było bardzo prawdopodobne, niemal pewne, że to, co Stary usiłował osiągnąć, mocno kłóciło się z zamysłami czarnej strony wieczności. Poeta był bardzo zadowolony ze swojego wniosku.
Krytyczne uwagi Tworylnego na temat kompanów puścił mimo uszu. Czarty, jeszcze bardziej niż ludzie, nie potrafiły pracować w grupie i nic dziwnego, że indywidualista o mocy znacznie potężniejszej niż średnia po czarnej stronie, gardził swoimi współbiesami.
Domyślał się, że to, co diabeł mówił o ludziach w szarych garniturach, oznaczało próbę wejścia czarnych nie w człowieka, ale w instytucję. To fakt, że ostatnimi czasy namnożyło się instytucji, które stały otworem dla kanalii najgorszego sortu. Takie instytucje przyciągały czarnych niczym miód pszczoły i stanowiły dla nich pokusę równie wielką, jak pokusy, którymi diable plemię sprowadzało ludzi na złą drogę. Ów aspekt sprawy musiał mieć na myśli Tworylny, mówiąc o tym, jak jego kamraci zmieniają się "na gorsze". Poeta studiował kiedyś historię i wiedział, że wszystkie przypadki wejścia biesa w instytucje ustanowione przez człowieka, przynosiły piekłu korzyści krótkotrwałe, a ludzkość zawsze wychodziła z takich prób nieznacznie silniejsza. Proces ów bywał zazwyczaj powolny, znacznie przekraczający czas życia jednego pokolenia, ale mimo wszystko...Tak czy inaczej to, co robiły diabły, niepokoiło Poetę, jednak dalszych wniosków wyciągać nie zamierzał. Przynajmniej na razie.
— Ratunku! — Głęboki baryton dotarł do niego razem ze szczekaniem psa.
Od razu zrobiło mu się weselej. W głosie słychać było desperację, natomiast szczekanie wskazywało na psiaka dużego kalibru, ale bynajmniej nie takiego, który chciałby kogoś pogryźć.
Wyszedł na polanę.
— Uciekaj! Uciekaj, na Boga, jeśli ci życie miłe! — siedzący na drzewie zawołał przerażonym głosem, pragnąc uchronić wędrowca przed niechybną śmiercią.
Poeta wybuchnął śmiechem. Pod drzewem podskakiwał młody choć już pełnowymiarowy rottweiler, który na widok Poety ruszył w jego kierunku, piszcząc i szczekając radośnie. Zwierzak był zadbany, a elegancka obroża pozwalała przypuszczać, że się zwyczajnie zgubił i teraz szaleje z radości na widok człowieka.
— Może pan wrócić na ziemię. Ta bestia pana nie zje — zawołał do gościa, który chyba zorientował się, iż nic mu nie grozi i usiłował zejść. Z daleka było widać, że umiejętność łażenia po drzewach nie jest jego najmocniejszą stroną.
— Możesz mi synu pomóc? — Starszy, szpakowaty, czarno ubrany facet doszedł w końcu do wniosku, że sam nie da rady opuścić bezpiecznego schronienia.
Dziwne nie było. Gałąź, z której próbował zejść, znajdowała się na wysokości niemal czterech metrów, a poniżej był wcale gładki pień i kilka niewyraźnych zgrubień, które bynajmniej nie ułatwiały wspinaczki. Poeta próbował sobie wyobrazić, jak człowiek, powodowany strachem, wspina się na drzewo zwinnie niczym wiewiórka. Musiało wyglądać tyleż efektownie co zabawnie. Pomógł zejść nieszczęśnikowi. Ten niepewnym wzrokiem zezował w stronę stworzenia, które obwąchiwało mu nogawkę.
— Bóg zapłać, stokrotne Bóg zapłać — wystękał. — Jak coś w lesie wielkie i czarne, to dla mnie od razu wilk, a jak wilk, to trzeba na drzewo. Bóg zapłać.
Dopiero teraz Poeta zauważył koloratkę pod szyją pechowca.
— Ojciec Michał, jak przypuszczam.
Nazwany ojcem Michałem popatrzył na Poetę wzrokiem, w którym ten dostrzegł głęboką troskę o własną duszę. Pomyślał o wczorajszej rozmowie i aż zaswędziało go w miejscu, w którym powinien mieć sumienie.
— Ty zapewne jesteś Poetą. Gośka mówiła o tobie.
Dalszą rozmowę przerwał żałosny skowyt rottweilera, którego Poeta przytomnie chwycił za obrożę. Na przeciwległym krańcu polany przemknął zając. Pies, nie mogąc postąpić zgodnie ze swoją naturą zawył tak, jak wyje człowiek, kiedy okoliczności zewnętrzne nie pozwalają mu postąpić zgodnie z ludzką naturą, a następnie wyładował swoją frustrację, szczekając zajadle w kierunku szaraka, który zniknął w zaroślach.
— Pies, to się może przynajmniej wyszczekać — westchnął ojciec Michał — a człowiek, kiedy nie potrafi, albo nie chce ująć czegoś w słowa, musi wszystko zgnieść w sobie. Niewielu potrafi zanieść swój kłopot przed oblicze Pana.
— Człowiek nie może się wyszczekać, a problem w tym, że cały czas to robi. — Poeta ocenił ludzkość jednym zdaniem, tyle, że bardzo kompleksowo. Rzadko spoglądał na świat z perspektywy wieczności pozwalającej oceniać ludzkość jednym zdaniem, jednak transcendencja, w obliczu której nieoczekiwanie stanął, nakazywała wznieść się na wyżyny. — Wystarczy dostęp do Internetu — dodał z przekonaniem — a większość może się wyszczekać, patrząc jak zając ucieka.
Z bocznej kieszeni plecaka wyjął solidną linkę i uwiązał rottweilera. Stworzenie nie protestowało, widocznie nawykło do smyczy. Pod tym względem ludzie podobni byli psom. Bardzo podobni. Do smyczy przyzwyczajali się równie łatwo.
Ojciec Michał odszukał porzucony w trawie aparat fotograficzny i ruszyli w dół, w stronę Polany. Przez następne kilka minut szli przez las w milczeniu: Poeta z przodu, ojciec Michał z tyłu. Zakonnik najwyraźniej wolał mieć psa przed sobą niż za sobą.
Poeta zastanawiał się, czy ojciec Michał poruszy temat swojej podopiecznej oraz tego, co się jej przytrafiło w ruinach fabryki. Tam wyżej, jeszcze na polanie, był pewien, że duchowny zada mu kilka trudnych pytań, na które on nie będzie potrafił odpowiedzieć i nawet się z tego ucieszył. Czuł potrzebę powiedzenia, że nie wie, powiedzenia komuś takiemu, kto potrafiłby zrozumieć, że można zwyczajnie nie wiedzieć. Co do tego, że ksiądz potrafiłby zrozumieć, Poeta zorientował się od razu. Jednak ksiądz szedł milczący i ani myślał pytać o cokolwiek. Dopiero, kiedy wchodzili pomiędzy pierwsze zabudowania, zrównał się z Poetą i zmierzył go mocnym spojrzeniem.
Mocne spojrzenie, różni się od każdego innego spojrzenia tym, że dostraja myśli tego, na którego się patrzy do myśli tego, który patrzy. Mocne spojrzenie powoduje, że ten, na którego się patrzy, jeżeli wcześniej szedł, staje w miejscu.
Poeta stanął w miejscu.
— Wierzysz w Boga? — zapytał ojciec Michał.
— Mam wyrecytować Credo? — Pomimo mocnego spojrzenia, myśli Poety kiepsko się dostroiły do myśli ojca Michała.
— Kopnąć cię w dupę?
Myśli Poety dostroiły się natychmiast.
— Wierzę, ale niech mnie ojciec nie pyta o to, jak wierzę. Ja nie potrafię powiedzieć, gdzie u mnie kończy się wiara, a zaczyna chcenie, aby Bóg był, aby był taki, w jakiego wierzę.
— No to masz problem, ale ze swoim problemem, to ty musisz przyjść do mnie. Takich spraw nie wyjaśnia się na poczekaniu. Marketing, jaki uprawiamy w Internecie i w telewizji, też twoich wątpliwości nie rozwiąże. Musisz być gotowy, aby przyjść, potem po prostu przyjść i pogadać. Ja mam pytanie innej natury.
— Domyślam się, że nie takie trudne.
— Bardzo łatwe. Chodzisz po Bieszczadach od lat...
— A po czym ojciec tak sądzi?
— Bo pasujesz do krajobrazu. Skoro pasujesz do krajobrazu, to znaczy, że jesteś częścią tego, co nas otacza tu i teraz. Mniejsza o to. Czy w ostatnich miesiącach zauważyłeś... czy w ostatnich miesiącach czegoś ci nie brakowało? Czegoś, co było wcześniej, a teraz nie ma?
— Brakowało — powiedział Poeta najostrożniej jak potrafił. Czuł, że kapłan go podpuszcza.
— Brakowało ci diabła. Mam rację?
— Ma ojciec rację.
— To znaczy, że dałeś się zrobić w bambuko. — Ksiądz popatrzył na rozmówcę po części z politowaniem, a po części z głęboką troską.
— Brakowało czarta, ale ludzie nie stali się lepsi. Są dokładnie tacy sami. Tak, jakby czarny siedział gdzieś obok i robił swoje, ale w krajobrazie czarnych niemal brak.
Tym razem ojciec Michał popatrzył na Poetę z uznaniem, wręcz z respektem. — Wcale nie jesteś taki naiwny, na jakiego wyglądasz — powiedział powoli. — Mówi ci coś zwrot: "człowiek w szarym garniturze".
— Zwykle kojarzy mi się to z biurwą płci męskiej. Sam jestem człowiekiem w szarym garniturze, choć nie powiem, abym w owym szarym garniturze czuł się szczególnie komfortowo. — Najpierw wolał posłuchać, co ksiądz ma do powiedzenia.
— Dlatego przestali być widoczni — mruknął zakonnik bardziej do siebie niż do Poety.
— Co ojciec powiedział?
— Nieważne. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pewna pokutująca dusza trafiła za życia na ludzi w szarych garniturach i że ludzie w szarych garniturach nie przypadli owej osobie do gustu.
— Czy ta osoba wspominała o rzeczy, którą powinna była zrobić, ale nie zrobiła? — Poeta wykazał refleks i bystrość umysłu, o jakie nigdy by siebie nie podejrzewał. W mig zorientował się, że Markuch musiał postraszyć nie tylko Gośkę czy Młodego.
Komórka zadzwoniła niespodziewanie i przerwała tok myśli Poety. W pierwszym odruchu pomyślał, że może żona za nim zatęskniła, ewentualnie któreś z dzieci... Na wyświetlaczu jednak stało napisane, że dzwoni Jasio Majchrzak.
— Uff, wreszcie cię złapałem. Gdzie jesteś? — Głos artysty brzmiał nader żałośnie. Prawie płakał do słuchawki. — Muszę się z tobą zobaczyć. Koniecznie! Dalej siedzisz w Polanie? Ja... ja zaraz przyjadę.
— Spokojnie żuczku. — Poeta przerwał ten niezwykle gorączkowy słowotok. — Możemy się spotkać w Polanie pod sklepem. Pasi? — Nie musiał uruchamiać dodatkowej szarej komórki, aby odgadnąć, co się stało.
— Tak, tak, pasi. Już jadę. — Rozłączył się. Ostatnie słowa zostały wypowiedziane tonem, który stanowił połączenie jęku ze skowytem. Młodszy Majchrzak był przerażony.
— Osoba miała wiele do przekazania, ale przekazała tylko to, co wydawało się jej najważniejsze — Ojciec Michał powrócił do przerwanej rozmowy. — Ludzie w szarych garniturach reprezentują czarną stronę wieczności.
To, co mówił zakonnik, Poeta przyjął do wiadomości, ale sam niczego już więcej nie powiedział. W dalszym ciągu nie miał zielonego pojęcia, czego chce Markuch. Ruszyli dalej, każdy zatopiony we własnych myślach. Zaczynało się robić nieciekawie.

***

Kiedy tylko zeszli do wsi, poczuli charakterystyczną atmosferę, która wytwarza się jedynie w wyniku zdarzenia o znacznej doniosłości. Chociaż Jasio mógł się pojawić najwcześniej za kwadrans, Poeta odruchowo skierował swoje kroki w stronę sklepu. Ojciec Michał chcąc nie chcąc poszedł za nim.
Już z daleka widać było, że proces kreowania opinii publicznej jest w toku. Pod sklepem kłębiła się znaczna grupa miejscowych. Pies zaczął szaleć na dwieście metrów przed przybytkiem. W tym samym czasie od grupki oderwała się elegancko ubrana osoba i ruszyła w ich stronę. Chwilę później od grupki oderwała się druga, mniejsza postać i również ruszyła w ich stronę. W owej drugiej postaci rozpoznali Gośkę. Co do pierwszej osoby, nawet ksiądz, kiepsko wyznający się na zwierzętach, doszedł do wniosku, że ma przed sobą właściciela czworonoga. Pies, piszcząc, wyrwał się Poecie i ruszył w kierunku nadchodzącego człowieka.
Nadchodzący był Intelektualistą. Wieś, w której mieszka Intelektualista różni się od wsi, w której żaden Intelektualista nie mieszka, jednak na pierwszy rzut oka tego nie widać. Poeta pierwszy rzut oka miał już dawno za sobą, wiedział, że w tej wsi Intelektualista mieszka. Już wcześniej się domyślił, że pies może być emocjonalnie związany z owym Intelektualistą i bardzo się ucieszył, że jego domysły okazały się prawdą. Poeta sam Intelektualistą nie był, jednak na przestrzeni piętnastu lat swojego studenckiego żywota wyrobił w sobie szacunek dla Intelektualistów, oraz umiejętność szybkiego odróżniania Intelektualisty pisanego wielką literą, od intelektualisty pisanego małą literą.
Pierwsza dotarła do nich Gośka. Intelektualista najwidoczniej odczuwał potrzebę kontaktu z kimś bardziej wyrobionym intelektualnie, jako że dość długo rozmawiał z czworonogiem. Od Gośki niczego się nie dowiedzieli, ponieważ dziewczyna dopiero co dołączyła do grupy zgromadzonej wokół sklepu, a jak wiadomo, przepływ informacji pomiędzy miejscowymi i przybyszami z zewnątrz jest równie powolny, co niepełny. Z rozmowy, prowadzonej przez Intelektualistę i rottweilera, wywnioskowali jedynie, że pies nosi imię Hektor. Wymiana myśli i uczuć przedłużała się. Kiedy zaczęli przejawiać oznaki zniecierpliwienia, Intelektualista zwrócił się w ich stronę i rozpłynął w podziękowaniach. Od niego też dowiedzieli się, że zdarzenie o znacznej doniosłości polegało na tym, iż zagrodę starego Markucha odwiedzili eurospecjaliści od uszczęśliwiania tych, których uznali za niewystarczająco szczęśliwych. Ponieważ zagroda była zamknięta na głucho, odszukali prawnego spadkobiercę, czyli Młodego, i zaczęła się jazda. Dopóki próbowali łagodnych form perswazji, byli wysyłani na drzewo w sposób łagodny. W końcu zaczęli grozić, używając długich, bardzo złożonych zwrotów, których markuchowa latorośl nie tylko nie rozumiała, ale również nie zamierzała zrozumieć. Skończyło się małą apokalipsą, w wyniku której cielesna nietykalność eurospecjalistów doznała uszczerbku, a pojazd, którym przyjechali, znacznie stracił na swojej rynkowej wartości.
Markuch nie żyje, niech żyje Markuch!
— O kurwa, niewiarygodne — powiedział Poeta z głębokim przekonaniem i umiarkowanym entuzjazmem.
— O kurwa, niewiarygodne — powiedziała Gośka z przekonaniem nieco mniejszym, ale za to z wielkim entuzjazmem.
— Niewiarygodne — powiedział ojciec Michał bez entuzjazmu, a w duchu dodał: "chłopak się po prostu wkurwił" i wbrew twardym zasadom etycznym entuzjazm ogarnął ojca Michała.

***

Jasio przyjechał o wiele szybciej, niż oczekiwał Poeta. Stojąc na tle białej ściany sklepu, odróżniał się tym, że był bardziej biały. Już po samym wyrazie twarzy, można było poznać, że duch Starego musiał go nieźle sponiewierać. Tak czy inaczej w ostatnich dniach racjonalistyczny światopogląd artysty wiele stracił ze swojego racjonalizmu.
Wszystko wskazywało, że tym razem rozmowa będzie łatwa i przyjemna.
Aby skłonić Majchrzaka do większej otwartości, Poeta zabrał mu kluczyki i jego własnym samochodem zawiózł do Skorodnego. Pacjent o mało nie umarł, kiedy dowiedział się, że zmierzają do markuchowej zagrody, jednak spokojny ton Poety, który sprawiał wrażenie człowieka panującego nad sytuacją, podziałał tonizująco.
— Nasz nieodżałowanej pamięci przyjaciel, zabrał do grobu jakiś sekret. Zabrał go zupełnie niechcący, bo przed śmiercią nie zdążył się podzielić tym co wiedział. — Poeta musiał spokojnie powtórzyć całą rozmowę, której w Dołżycy nie zdążył prawidłowo przeprowadzić. — Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to ty sprawiłeś mu przykrość, i że się zwyczajnie wkurwił.
— Ja nie przeżyję, jak on tak jeszcze raz... Mam słabe serce... Jak on tak mógł?!
Siedzieli na ławce przed domem. Artysta malarz już trochę wyluzował. Z nową sytuacją był oswojony na tyle, że nawet samodzielnie poszedł się odlać za stodołę. Przedtem nie odstępował Poety na krok.
— Sądząc po tym, co mi powiedziałeś, Stary jest już bardzo daleko, ale biorąc pod uwagę to, jak bardzo konsekwentny był za życia, jeżeli uzna za konieczne, pojawi się jeszcze tyle razy, ile uzna za stosowne i za każdym razem będzie coraz bardziej nieuprzejmy. — Poeta spojrzał kątem oka na rozmówcę, który znowu zaczął się panicznie bać.
— Widzisz Poeto — jęknął Majchrzak — jeżeli ktoś ci przy wódce zdradzi największy sekret jaki ma, to albo jesteś chłopem i zabierasz ten sekret do grobu, albo nie jesteś chłopem...
— Z tym się akurat zgodzę — Poeta ciągnął jednostajnym, monotonnym tonem. Kiedy po raz pierwszy rozpoczął studiowanie fizyki, miał zajęcia z psychologii. Na zajęciach z psychologii powiedziano mu, że do pacjentów należy się zwracać tonem monotonnym i jednostajnym. Artysta malarz był teraz jego pacjentem... pacjentem, którego musiał wyleczyć ze złudzeń co do świata, w którym przyszło im żyć.
— No to co mam robić? Ja nie chcę...
— Jasiu, nie zrozumiałeś mnie dobrze. Powiedziałem, że Stary pojawi się tyle razy, ile uzna za stosowne, z tym, że za każdym razem będzie mu trudniej powrócić na tamtą stronę. W pewnym momencie, nie będzie mógł wrócić, zostanie gdzieś pośrodku i dopiero wtedy my obaj, i nie tylko my, staniemy przed prawdziwym problemem.
Jan Majchrzak zebrał się w sobie.
— Stary Markuch miał jeszcze jedno dziecko. Córkę.

***

Poeta znowu siedział i myślał.
Miał czas.
Brazylijskich telenowel Poeta nie oglądał. Nieoglądanie brazylijskich telenowel ma liczne zalety i niesie ze sobą wiele profitów. Jednym z takich profitów było niewątpliwie to, że siedząc i myśląc, Poeta nie odnosił wrażenia, iż ogląda kiepski film.
A zatem, stary Markuch miał córkę i chciał, aby odszukać ową córkę. Poeta dostrzegł żelazną kandydatkę na córkę i był pewien, że etap odszukiwania ma już za sobą. To, że Gośka wspominała o ojcu "który zginął w górach" wcale mu nie przeszkadzało. Tak naprawdę nie wiedziała nic, zupełnie nic. Pamięć ojca była bolesną raną, której rozdrapywać nie należało. A on niestety musiał rozdrapać tę ranę. Ale nie od razu. Najpierw weryfikacja. Weryfikacja była konieczna. Powinien zdobyć absolutne przekonanie. Perspektywa upewnienia się, że Gośka jest córką Markucha, wcale nie zachwycała Poety. Mniej zachwycająca mogła się wydać jedynie perspektywa, że Gośka, mimo wszystko, nie okaże się córką Markucha, jednak ten wariant Poeta odrzucił.
Od Majchrzaka dowiedział się, że dwadzieścia trzy lata temu młoda studentka prawa zabłądziła w masywie Otrytu. Markuch znalazł dziewczynę gdzieś na wschodnich stokach Działu. Szorstki, pewny siebie troglodyta musiał przypaść przestraszonej panience do gustu. Stary dwa lata wcześniej pochował swoją kobietę i Poeta wcale się nie dziwił, że młoda studentka prawa zaszła w ciążę. Wszędzie tam, gdzie dzikość przyrody rywalizowała z dzikością ludzkich serc, scenariusz regularnie powtarzał się jak świat długi i szeroki.
Dziewczyna urodziła córkę, jednak nie chciała się przyznać kto jest ojcem. Dziecku również nie powiedziała. Wcześniej silnie związana z jakimś turystycznym środowiskiem, zerwała kontakty i przestała przyjeżdżać w Bieszczady. Markuch żył w błogiej nieświadomości przez lat siedemnaście, do czasu, kiedy pewnej nocy przed jego drzwiami stanęła zdesperowana panienka. Początkowo Stary zamierzał zrobić to, co zawsze, czyli przegonić intruza, jednak zastanowiło go zachowanie psa.
Poeta pamiętał, że przez kilkanaście lat Markuchowej zagrody strzegło bydlę, będące krzyżówką wilka i owczarka podhalańskiego, bestia, przy której pit bull mógłby śmiało uchodzić za salonową maskotkę, a kaukaz za psa co najwyżej średnich rozmiarów. Podobno nawet niedźwiedzie spierniczały na widok Reksia, chociaż Poeta wcale nie był pewien czy misie bardziej bały się kundla, czy jego właściciela. Otóż Reksio, który skakał do gardła każdemu oprócz Markuchów oraz Jasia Majchrzaka, skamlał i cieszył się na widok dziewczyny. Panienka podobno długo gadała tej nocy ze Starym, a potem odwiedzała go dość regularnie. Poeta, choć wyobraźnię miał przebogatą, nie potrafił sobie przedstawić takiej dyskusji, jednak doświadczenie życiowe nauczyło go, że są na świecie rzeczy, które nie przyśniły się jeszcze filozofom... i poetom.
Markuch po roku zaczął coś podejrzewać. Po dwóch latach zrobił rzecz dość nietypową jak na Markucha. Pojechał do pewnego dużego miasta i zdobył pewność, że tajemnicza turystka przemierzająca co roku bieszczadzkie bezdroża, jest jego córką. Dlaczego ona sama się o tym nie dowiedziała? Wszystko wskazywało na to, że matka dziewczyny posiadała dużą zdolność przekonywania i że Stary został przekonany. Chociaż Poeta nie potrafił sobie takiej sceny wyobrazić, ponownie założył, że są na świecie rzeczy, które nie przyśniły się ani filozofom ani poetom i przeszedł nad sprawą do porządku dziennego.

***

W Skorodnem zasięgu nie było, jednak Jasio Majchrzak, gotów był zrobić wszystko, aby upiór nie nawiedził go ponownie. Odszukanie Gośki i przekazanie informacji, że Poeta czeka w markuchowej zagrodzie, nie było zadaniem ponad siły. Podwiózł dziewczynę pod bramę, a potem śpiesznie odjechał, uprzednio wymusiwszy na Poecie solenną obietnicę, że duch Starego więcej nie odwiedzi zagrody w Dołżycy.
Poeta subtelnością nie grzeszył i zdawał sobie sprawę, że łatwo nie będzie. Dziewczyna odrzuciła propozycję jednego głębszego tłumacząc, że jest uzależniona, ale niepijąca. Chociaż dopełniali się znakomicie, on sam był nieuzależniony i pijący, Poeta doszedł do wniosku, że będzie jeszcze trudniej, niż myślał. Dopiero kiedy okazało się, że deklarowane wegaństwo panienki oznacza zwyczajny wegetarianizm, a ona sama jajecznicą nie wzgardzi, spojrzał na sprawę z większym optymizmem.
Odpalił kocher i z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że Gośka trzyma w ręku wianek suszonych grzybów. Doskonale orientowała się gdzie jest piwniczka i jak do niej wejść. Chwilę później krzątała się po domu, a on miał nieodparte wrażenie, że w obejściu dziewczyna lepiej się orientuje niż świętej pamięci gospodarz.
— Często przyjeżdżałaś do Markucha?
— Bo co? — Popatrzyła na niego złym wzrokiem.
Poeta popatrzył na nią dobrym wzrokiem. Zrozumiała, że pytanie nie zawierało żadnych podtekstów i wyluzowała.
— Co roku — powiedziała już znacznie spokojniej — czasem dwa razy do roku. Myślisz, że on... jeszcze... wróci?
— Myślę, że już nie wróci. Przynajmniej postaram się, aby więcej nie wrócił. Musisz mi jednak pomóc w wyjaśnieniu kilku spraw.
Znowu się trochę najeżyła, wzruszyła ramionami, ale w końcu spojrzała na Poetę, oczekując na pytania.
— Opowiedz o swoich rodzicach.
— Ojca w ogóle nie znałam. — Ponownie wzruszyła ramionami uznając temat za zamknięty. — Nawet nie wiem kim był, a matka... musiałbyś się z nią przespać — rzuciła z goryczą. — Może wtedy poznałbyś odpowiedź na wiele pytań.
Poeta doszedł do wniosku, że poznał już odpowiedź na wszystkie pytania, które zadał i na większość tych, które dopiero zamierzał zadać.
— Możesz zagrać jeszcze raz? — Zmieniła temat. — O tym jak ona odeszła?
Wyjął harmonijkę i zagrał. Potem zagrał jeszcze kilka innych rzeczy.
— Szkoda, że skrzypce zostały w Polanie. Zagralibyśmy razem.
— Grasz na skrzypcach?
Pokiwała głową.
Poeta również pokiwał głową. Nocny taniec pod kieratem stał się wreszcie zrozumiały. Stary nie wracał z balangi, nie leciał samolotem. Po prostu dość nieporadnie udawał, że gra na skrzypcach.
Ostatni element układanki trafił na swoje miejsce.
— Matka twierdzi — Gośka przerwała zamyślenie Poety — że podobno wcześniej nauczyłam się trzymać skrzypce, niż mówić.
Po raz kolejny słowo "matka" wymówiła w dziwny sposób. Stosunki obu pań musiały być nader zawiłe i bardzo bolesne. Poeta nie lubił wchodzić z butami w czyjeś życie, ale powaga sytuacji wymagała, aby wiedział, co łączy, a co dzieli matkę i córkę. Postanowił dowiedzieć się tego w najprostszy z możliwych sposobów.
— Lubiłaś się uczyć grać na skrzypcach?
— Nienawidzę skrzypiec! Matka mnie zapisała do szkoły muzycznej, ale ja się nie dałam i potem poszłam do normalnej szkoły. Wyszło na moje.
— Ale jednak przyjechałaś tutaj i zabrałaś skrzypce.
— Bo potem, jak już nie musiałam, to chciałam grać. Nawet sama poszłam do liceum muzycznego. — Uśmiechnęła się figlarnie. — Matka o niczym nie wiedziała. Widzisz, żeby grać, człowiek musi czuć się wolny. Kiedy ktoś wepchnie cię w tryby machiny, myśli za ciebie, podejmuje decyzje, mówi jaki masz być, a jeszcze częściej jaki masz nie być, to granie traci sens. Niczego nie jesteś w stanie zrobić, a nawet jeżeli zrobisz, to od samego początku...
— Nienawidzisz swojej matki?
Zdawał sobie sprawę, że Stary pragnął, aby dziewczyna poznała prawdę i wiedział, że nie odpuści, dopóki Gośka się o tym nie dowie. Zwlekanie stanowiło niepotrzebne ryzyko. Nieobliczalność Markucha to ryzyko znacznie powiększała. Za życia każdy jego kolejny pomysł miał to do siebie, że był lepszy od poprzedniego i Poeta nie wątpił, że na styku światów ta zasada stosuje się tak samo. Powiedzieć? Niechęć do owijania w bawełnę miał we krwi, niechęć do niepotrzebnego nadstawiania karku miał również we krwi. Powinien powiedzieć. Nie było sensu dłużej zwlekać...
— Kocham matkę. — Gośka popatrzyła Poecie w oczy mocnym spojrzeniem.
Postanowił, że zaryzykuje i nie powie. Niechaj zrobi to ktoś inny.

***

Pani mecenas, nieco wzburzona, stała w oknie i patrzyła jak elegancki samochód zajeżdża pod biuro. Wzburzenie pani mecenas wywołał telefon oraz fakt, że głos w słuchawce zaanonsował przybycie gościa na godzinę szesnastą. Gościa zupełnie nie interesował plan spotkań, jakie tego dnia pani mecenas miała wypunktowane w swoim grafiku. Tonem zupełnie obojętnym głos oświadczył, że jeżeli pani mecenas nie będzie w biurze, to najwyżej spotkanie nie dojdzie do skutku, a brak owego spotkania nie będzie miał ani złych następstw, ani dobrych następstw. Pani mecenas nie zamierzała przyjmować kogoś, kto się nawet nie przedstawił, jednak głos zapytany o charakter spotkania oświadczył, że chce porozmawiać w sprawie Gośki, po czym odłożył słuchawkę. Głos był skrajnie irytujący. Pani mecenas nie zamierzała się spotykać i rozmawiać nawet pomimo tego, że chodziło o jej córkę.
Potem zaczęła myśleć intensywnie. Z jednej strony typ był bezczelny. Uważała, że powinna go postawić do pionu i nie czekać. Typ powinien przyjechać, pocałować klamkę i wrócić tam, skąd przybył. Z drugiej strony, stwierdzenie, że sprawa, mająca potencjalnie związek z jej córką, jest jednocześnie sprawą, która nie będzie miała złych następstw, rozbudziło w niej zwyczajną ciekawość. Nie potrafiła sobie wyobrazić takiej sprawy. W duszy pani mecenas rozgorzała walka pomiędzy dumą a ciekawością. Po kilku pełnych napięcia minutach zwyciężyła ciekawość.
Samochód był elegancki, ale typ, który wysiadł z samochodu, wcale elegancki nie był. Przybrudzone, wytarte dżinsy, flanelowa koszula również nie pierwszej czystości. Na pewno przekroczył czterdziestkę, a kiedy mu się przyjrzała dokładniej, doszła do wniosku, że być może przekroczył również i pięćdziesiątkę. Gdyby nie podeszły wiek i paskudna, zapijaczona morda, pani mecenas stwierdziłaby, że człowiek, który przybył w sprawie mającej związek z córką, przypomina lata jej bardzo wczesnej młodości. W wieku czterdziestu pięciu lat, Pani mecenas zdawała sobie sprawę, że młodość, której doświadcza obecnie, nie jest już taka wczesna, i że za dziesięć — piętnaście lat, późna młodość stanie się jej udziałem. Pani mecenas była realistką.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
— Jestem Poetą.
— Nie mam czasu dla poetów.
— Jednak zdecydowała się pani poczekać i spotkać ze mną.
Nieproszony usiadł w fotelu. Pani mecenas również usiadła w fotelu, zakładając wystudiowanym gestem nogę na nogę. Głębokie rozcięcie sukienki skrywało zgrabne opalone uda w ten sposób, aby Poeta mógł zobaczyć nie za mało i nie za dużo, dokładnie tyle, ile było potrzeba jego samczej wyobraźni.
Samcza wyobraźnia Poety zajęta była czym innym. Samcza wyobraźnia odpoczywała.
Był bardziej irytujący, niż się jej na samym początku wydawało. Śmierdział. To znaczy niezupełnie śmierdział. Gabinet wypełnił się zapachem ogniska, zapachem, którego nie czuła od dziesięcioleci, z którego zrezygnowała, wymierzając samej sobie karę za to, co zrobiła przed laty, zapachem którego nie potrafiła zapomnieć.
— Przyszedł pan w sprawie mojej córki.
— Przyszedłem w sprawie jej ojca.
— Proszę wyjść!
Nawet nie drgnął.
— Kto dał panu prawo, wtrącać się w moje prywatne życie?!
— Pani przecenia moją rolę w tym, co się wydarzyło do tej pory.
Mówił spokojnym i rzeczowym tonem. Podświadomie lubiła tych, którzy mówili spokojnym i rzeczowym tonem, ale denerwowali ją faceci, którzy byli pewni siebie... no chyba, że ta pewność siebie... Nie! Ten pajac wcale nie był pewny siebie... i denerwował ją. Wyrzuci go... ale najpierw się dowie... a potem go wyrzuci ze swojego gabinetu na zbity pysk.
— Co w takim razie mam rozumieć jako "sprawa jej ojca"? — Zawodowe nawyki w końcu wzięły górę.
— Markuch zmarł miesiąc temu. — Poeta zauważył, że na twarzy kobiety odmalowało się coś w rodzaju zaskoczenia, które to zaskoczenie, nienaturalny gest, jakim pani mecenas przekazywała rozmówcom, że powinni uważać ją za zaskoczoną, nie zdołało ukryć smutku.
— Gośka utrzymywała kontakty z ojcem — kontynuował — jednak ten nigdy się nie przyznał, że jest jej ojcem.
— I pan jej o tym powiedział?
— Nie powiedziałem i nie zamierzam tego robić. Interesuje mnie jedynie dlaczego Stary sam nie powiedział. — Dostrzegł, że chociaż zaskoczenie gdzieś się ulotniło, smutek pozostał.
— Taka była umowa między nami. Kim był Markuch dla pana?
— Przyjacielem.
— Tylko przyjacielem?
— A czy przyjaźń to tak mało, aby lekkim słowem powiedzieć: "tylko przyjacielem"?
— Brak mi w tym względzie doświadczenia. Nie zaznałam zbyt wiele ludzkiej przyjaźni, stąd moje słowa mogą się panu wydać lekkie.
— Nie doświadczyła pani ludzkiej przyjaźni, ponieważ pani zwyczajnie nie dostrzegła ludzkiej przyjaźni. Stary, chociaż nie musiał, dał pani słowo, że milczeć będzie i słowa dotrzymał. On przecież nie stosował zasady Pacta sunt servanda. To było właśnie to, czego Pani nie dostrzegła, zwyczajna przyjaźń... o ile przyjaźń może być zwyczajna.
Kobieta zrobiła się starsza, brzydsza, ale bardziej prawdziwa. Już nie chciała wyrzucać Poety na zbity pysk. W tym samym czasie samcza wyobraźnia Poety stwierdziła, że taka pani mecenas nawet mu się podoba. Gryzła w sobie coś, zastanawiała się czy mówić, jednak teraz nie była to już chłodna kalkulacja: warto powiedzieć czy nie warto? Ona po prostu obawiała się tego, co musi zostać powiedziane.
— Kiedy mnie odnalazł sześć lat temu — podjęła z pewnym wysiłkiem — wpadłam w popłoch, ale ten człowiek, pan go pewnie lepiej zna, działa uspokajająco, zawsze działał uspokajająco.
Poeta włożył maksimum wysiłku w to, żeby nie rozdziawić gęby w niemym zdumieniu. Wysiłek się opłacił, ponieważ na skutek owego wysiłku Poeta doszedł do jakże cennego wniosku, że istnieje na świecie typ kobiet, na które Markuch działał uspokajająco.
— Tak czy inaczej przyrzekł mi, że nie powie Małgosi — kontynuowała — a ja jej nie zatrzymywałam, kiedy ruszała w góry.
— Dlaczego? — Poeta rzucił pytanie w głąb kobiecej duszy. Widział więcej i był pewien, że teraz jest ten jedyny moment, kiedy odpowiedź, absolutnie prawdziwa, będzie pochodzić z głębi kobiecej duszy.
— Dwadzieścia trzy lata temu zorientowałam się, że jestem w ciąży. Dla kogoś, kto ma zupełnie inne plany na przyszłość, może to być szok, zwłaszcza wtedy, kiedy zostanie sam. Zgodzi się pan ze mną.
Pokiwał głową z przekonaniem.
— Chciałam ciążę usunąć. Dwukrotnie wchodziłam do gabinetu, i dwukrotnie rezygnowałam w ostatniej chwili. Nie potrafiłam, nie mogłam. Dzisiaj twierdzę, że była to najmądrzejsza decyzja w moim życiu, chociaż wówczas wcale nie byłam taka pewna. Sama postanowiłam... częściowo musiałam, bo ktoś postanowił za mnie, zerwać ze wszystkimi i ze wszystkim. — Zamilkła na chwilę, znowu tocząc wewnętrzną walkę — Musiałam zerwać z człowiekiem, który powinien być ojcem Gośki — powiedziała cicho.
Znowu zapadło milczenie.
— Kiedy mówię "ze wszystkim" — po kilku chwilach podjęła już głosem bardziej ożywionym — pan zapewne widzi kosz na śmieci, widzi pan zsyp, do którego można wrzucić "wszystko", odwrócić się na pięcie i wrócić do domu. — Patrzyła ponad głową Poety, w to, co przeminęło, w przestrzeń, która była dostępna tylko dla jej oczu. — Kiedy już się zerwie ze wszystkim, człowiek zaczyna rozumieć, że to słowo oznaczało o wiele więcej. Moi rodzice zaakceptowali w końcu ten stan rzeczy. Urodziłam, wychowywałam dziecko, zrobiłam aplikację. Nieprzespane noce i samotność nie były najtrudniejsze...
— Najtrudniejsze było to, że nigdy więcej nie ruszyła pani na szlak... razem...
— Tak. — Popatrzyła na niego badawczo, jednak już bez niechęci. — Nigdy więcej nie ruszyłam na szlak... nie ruszyliśmy razem na szlak. Chociaż sama ruszyć mogłam. Mogłam, ale nie chciałam. Dla mnie, to już nie było to samo. Dlatego nie ruszyłam więcej na szlak. Tyle, że po jakimś czasie to szlak ruszył za mną. Gośka! Chyba zbyt wiele wspomnień przekazałam swojemu dziecku. Potrafiłam być matką, kiedy córka miała lat dziesięć, jednak poniosłam klęskę, kiedy zaczęła dojrzewać i poszła własną drogą, poszła na szlak. Gdy pojawił się u mnie ojciec Małgosi, zwyczajnie bałam się, że ją stracę. Na zawsze. Ja zdawałam sobie sprawę, że ktoś taki, że ojciec, jest jej ogromnie potrzebny, ale nie potrafiłam...
— A teraz? Dalej się pani boi?
— Tak. Dalej się boję. Niech pan zrozumie, tu już nie chodzi o to, kto był jej ojcem. Tu chodzi o jej przyszłość. Ja nie raz myślałam, aby tam pojechać i zostać. Zostać na zawsze. Wiem, że ona też o tym myśli, a ścieżka wśród ciemnych lasów jest kręta...
— Jak życia meander. — Poeta dokończył fragment piosenki, która pani mecenas sama cisnęła się na usta. Został obdarzony smutnym, ale niezwykle pięknym uśmiechem.
— Jeżeli ktoś pójdzie taką ścieżką, może nie zechcieć wrócić. Ja się boję, że ona kiedyś pojedzie i nie wróci, bo dojdzie do wniosku, że nie ma do czego wracać.
— W jednym nie ma pani racji. — Poeta wstał, zbierając się do wyjścia. — Nie poniosła pani klęski, kiedy Gośka poszła swoją drogą. Nikt nie poniósł klęski, tyle że... sama musi to pani zauważyć.
Wychodząc z biura stwierdził, że jego samcza wyobraźnia powinna zostać zrestartowana.

***

Wrócił nad swój strumyczek. Jego urlop dobiegał końca. Za dwa dni żona przyleci z wyjazdu integracyjnego, a za cztery dni dzieci powrócą z kolonii. Ale to jeszcze kupa czasu...
...z przewagą kupy.
Na zewnątrz słychać było przyciszoną rozmowę. Popatrzył na komórkę: wpół do dziesiątej. Strasznie rano. Częściowo wypełzł z namiotu. W odległości kilku metrów stało dwóch wymoczków w czyściutkich, odprasowanych strojach. Każdy z nich miał założoną czapkę. Całość przyodziewku nasuwała, czy raczej miała nasuwać, skojarzenia z jakimś bliżej nieokreślonym mundurem. I córka, i syn Poety mieli w swoim życiu epizod związany z harcerstwem. Poeta wiedział, że oba pajace nie noszą uniformów żadnej harcerskiej formacji. Potem jego nieostre o tej porze spojrzenie padło na naramienniki przybyszów. Na niebieskim kawałku materiału żółte gwiazdki tworzyły kółko. Poetę dodatkowo irytował fakt, że o tak wczesnej godzinie gwiazdki wirowały, najwyraźniej kpiąc z obserwatora.
— Proszę pana — powiedział bardziej wymoczkowaty — tutaj nocleg jest... nie jest dopuszczalny.
Ten drugi, jeszcze bardziej wymoczkowaty, zrobił mądrą a groźną minę, po czym sypnął długim ciągiem paragrafów i ustępów. Poeta nie słuchał. Najpierw pomyślał, czy aby przypadkiem nie za dużo pił w ostatnich dniach. Uszczypnął się i doszedł do wniosku, że jednak nie. Potem przeanalizował wariant, że ci dwaj przyszli sobie robić z niego jaja. W wyniku analizy, popartej znajomością człowieka, doszedł do kolejnego wniosku, że oni... na serio. Zdziwił się, a na koniec zastanowił, czy ten, który recytuje paragrafy, rozumie to, co mówi. Popatrzył staranniej i stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że jednak nie rozumie, a chociaż nie rozumie, nadaje niby stara winylowa płyta, która się zacięła.
Poeta do końca wyszedł z namiotu. Oba wymoczki cofnęły się trochę, przy czym ten, co recytował, najpierw przyśpieszył, podnosząc głos o pół tonu, a potem skończył.
— Powinniśmy ukarać pana mandatem w wysokości stu dwudziestu pięciu złotych — powiedział ten bardziej wymoczkowaty (najwidoczniej dowódca oddziału), ale jak w przeciągu...
— Spierdalaj — powiedział Poeta zaspanym głosem i popatrzył na ważniejszego z głęboką, nieskrywaną odrazą.
Oba wymoczki najpierw wpadły w lekką konsternację. Potem spojrzały ponad jego głową i konsternacja zamieniła się w popłoch. Kilka sekund później już ich nie było.
Poeta początkowo doszedł do wniosku, że rano musi wyglądać szczególnie szkaradnie, ale za plecami usłyszał ruch i zrozumiał, że to nie jego osoba stanowiła przyczynę rejterady. Obejrzał się. Od drogi szedł młody Markuch z ojcową siekierką w jednej ręce a z flaszką w drugiej i uśmiechał się przyjaźnie.
Tym razem rozmowa była trudniejsza niż poprzednie. Przynajmniej na początku. Młody zaczął wypytywać Poetę o Gośkę. Dziewczyna mocno intrygowała neandertalczyka. Poecie zrobiło się niewyraźnie i nawet pomyślał, czy nie powinien załatwić tego tak, jak załatwił sprawę Stary, kiedy powierzył Jasiowi tajemnicę. Czy nie powinien Młodemu powiedzieć wprost w czym rzecz i kazać trzymać gębę na kłódkę, do chwili kiedy Gośka wróci i sama powie. Przestał się zastanawiać pod koniec flaszki, kiedy Markuch przyznał, że babę ma, ale żenić się nie zamierza. Nawet zaśpiewali wspólnie:


Nie bede się zeniół as mię sto lat minie
Nie bede się zeniół as mię sto lat minie
As mię sie fujara w łobazanek zwinie
Hej! W łobazanek zwinie



Potem, wbrew zmniejszającej się stale trzeźwości ogólnej, ich nastawienie do życia robiło się coraz bardziej trzeźwe, a pieśń masowego rażenia, którą ciężkie, parne powietrze szeroko niosło po Bieszczadzie, zmieniła wydźwięk na bardziej prorodzinny:


Nie bede się zeniół as na stare lata
Nie bede się zeniół as na stare lata
As mię dzieci pedzą łozeńcie sie tata
Hej! Łozeńcie sie tata



Potem przerobili jeszcze kilka, równie lirycznych, kawałków charakterystycznych dla etnografii Beskidu Wschodniego, a potem kilka dodatkowych kawałków opartych na etnografii innych, niekiedy bardzo odległych, regionów.
Poeta musiał w duchu przyznać Gośce rację. Na Młodego trzeba się było dokładniej spojrzeć. Po świecie chodzili ludzie, na których nie wystarczyło się spojrzeć raz, czasami trzeba było spojrzeć ponownie, a czasami i to okazywało się za mało.
Po świecie chodzili tacy ludzie, a Markuch był jednym z nich. Dziwne typy. Byli jak kamertony. Ograniczali się do łatwego brzmienia, nie potrafili więcej, jednak to co robili, to jak rozumowali, było proste i w czasie niezmienne. Było niezmienne zarówno w czasie ostrej popijawy, jak i w gorszych czasach, kiedy faceci w szarych garniturach próbowali prośbą i groźbą urabiać delikwenta. Taki kamerton, niezależnie od tego, jak mocno zostanie stuknięty, zawsze wyda ten sam dźwięk. Będzie to dźwięk czysty, a mając czysty dźwięk za wzór, orkiestra fachowców pociągnie temat tak, jak trzeba.
Wbrew facetom w szarych garniturach.

***

Powietrze było cokolwiek ciężkie, a góry nie dosyć, że mało wyraźne, to jeszcze trochę falowały.
Bezwzględność ruchu.
Słońce stało wysoko i grzało mocno, ale wszystko wskazywało, że okres względnie dobrej pogody kończy się powoli. To, co dobre, zawsze kiedyś się skończy. Jakby dobre trwało wiecznie, człowiek przestałby dobre doceniać i nie byłoby już na świecie niczego dobrego.
Kiedy Młody poszedł, Poeta poczuł głód. Usmażył kiełbasę i zabierał się właśnie do posiłku, kiedy zauważył kolejną postać, zmierzającą w stronę strumyczka.
Ojciec Michał krytycznym wzrokiem ocenił stan Poety. Ten prawidłowo rozpoznał, że zakonnik ocenia go krytycznie. Poeta zupełnie nie dbał o aspekt życia, który w jego środowisku rozumiano pod pojęciem "wizerunek", jednak uznał, że ze zdaniem stojącego przed nim człowieka należy się liczyć. Chcąc poprawić trochę to, jak jest postrzegany przez ojca Michała, polał do kubków resztkę Markuchowego bimbru z żołędziem.
— Gośka pojechała do domu — przemówił zakonnik, sadowiąc się na pniaku — młody Markuch łazi jakiś dziwnie zamyślony. Odnoszę wrażenie, że ma to związek z tym, co się wydarzyło w ostatnich dniach i trochę się niepokoję.
Poeta doszedł do wniosku, że nie ma już sensu owijać w bawełnę. Opowiedział o wszystkim.
— Wielu spraw nie mogę zrozumieć — rzekł, kończąc swoją przydługą a zawiłą historię — najbardziej jednak niepokoją mnie ludzie w szarych garniturach. Wygląda, jakby czarni przefarbowali się odrobinę i poszli w tłum.
— Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Wiesz Poeto, przemyślałem sprawę. To, że czarni przefarbowali się i poszli w tłum nie wywołuje mojego zmartwienia.
— Sądząc po zatroskanej minie, są ważniejsze sprawy, które wielebny umysł wprawiają w stan zmartwienia. Wypijmy za zmartwionych. — Poeta uniósł kubek w toaście.
— Zawsze były ważniejsze sprawy. — Zakonnik uniósł swój kubek. — Człowiek ma naturalną skłonność do szukania winnego wszędzie, tylko nie w sobie samym. Czart, jest etatowym odpowiedzialnym od czasu Adama i Ewy. Poeto, uwierz mi. Gdyby nie było facetów w szarych garniturach, ludzie by sobie ich wymyślili.


Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: szczepantrzeszcz » 04 maja 2014, 14:00

Kamertony
(Kilka lat później, w bliżej nieokreślonej przyszłości)


Pomyślał, że dawno go tu nie było. Znowu maszerował po Bieszczadach, chociaż nie planował, a nawet nie przypuszczał, że w najbliższym czasie w Bieszczady przyjedzie. Ale tak to już jest, że człowiek zobaczy "Coś takiego", co spowoduje, że zmieni plany i "żeby nie wiadomo co", przyjedzie.
"Coś takiego" Poeta zobaczył w Internecie, a konkretnie, oglądając jakiś kanał polskiej telewizji po tamtej (gorszej) stronie oceanu. Poeta musiał zmienić miejsce zamieszkania i zarabiać po tamtej stronie oceanu, ponieważ dostał propozycję nie do odrzucenia, a próbując ją odrzucić, przekonał się, że była rzeczywiście nie do odrzucenia. Pojechał wraz z rodziną do Nowego Jorku, który po kilku latach znienawidził jeszcze bardziej niż swoją pracę.
"Żeby nie wiadomo co" oznaczało, że Poeta, jako menadżer do spraw marketingu, był w firmie osobą niezbędną i chociaż nie mógł sobie pozwolić na niespodziewany wyjazd, pozwolił sobie.
Już pierwsze symptomy "Czegoś takiego" zaczął dostrzegać na dworcu w Sanoku. Budynek był pstrokaty, o wiele bardziej pstrokaty niż kiedyś i tętnił życiem, jak nigdy. Ceny biletów, niższe od tych sprzed lat kilku, wyjaśniały, dlaczego ludzie wolą korzystać z busów, autobusów i całej maści innych dziwnych środków transportu niż ze swoich samochodów. Po prostu się opłacało, chociaż... odniósł wrażenie, że samochodów również jeździ więcej.
Tym razem Poeta nie miał swojej "wypasionej bryki". Po górach poruszał się tak, jak przed ćwierćwieczem, w sposób bardzo zróżnicowany. Bardzo zróżnicowany sposób poruszania się miał liczne zalety. Dawał możliwość dokładniejszej obserwacji rzeczywistości i pozwalał dostrzegać rzeczy, które widziane przez szyby samochodu, rozmywały się w szalonym pędzie, umykając oczom i duszy obserwatora. Poeta, pijąc piwo w dworcowej knajpie, dostrzegał kolejne zalety nieposiadania samochodu. Do znaczących plusów dodatnich należało to, że mógł pić piwo. Gdyby poruszał się po świecie własnym pojazdem, nie mógłby wypić piwa i wtedy część plusów zrobiłaby się ujemna. Poeta miał zasadę, że nie prowadzi pod wpływem alkoholu a chociaż zasada wzbudzała wśród bliźnich ambiwalentne uczucia, przestrzegał jej tak samo, jak wszystkich innych zasad. Potem, po przeciwnej stronie ulicy, Poeta dostrzegł szyld "Jan Majchrzak - Galeria" a na wystawie jakieś malowidła, które wydały mu się tyleż kiczowate, co znajome.
"Coś takiego!" pomyślał Poeta.
Dopił piwo i ruszył w stronę galerii. W środku dowiedział się, że artysta prosperuje świetnie, jednak na poważne spotkanie liczyć nie mógł. Jasiu wraz z małżonką przebywali w Wiedniu, gdzie wernisaż Pana Majchrzaka (mógł sobie wyobrazić, jak niemieckojęzyczny naród próbuje wymówić nazwisko Majchrzak) cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
W galerii nie znalazł ani "Dryfującego", ani "W stronę światła". Widocznie ktoś słusznie uznał, że niektóre tematy są dla wszystkich, a niektóre jedynie dla wybranych. Z prac, jakie można było zobaczyć wewnątrz, jego uwagę przykuły dwa. Pierwszy przedstawiał starego Markucha, trzymającego w garści siekierkę. Postać, namalowana tyleż wyraziście co sugestywnie, otoczona nieco upiorną, nierzeczywistą poświatą. Poeta pomyślał, że trudno by mu było nazwać nieliczne detale, wyłaniające się, bądź chowające w niebieskiej mgle. "Ordnung Muss Sein" — odczytał tytuł.
Drugi obraz był dla odmiany realistyczny do bólu. Tak realistyczny, że, znając twórcę, wręcz nierealny. Przedstawiał peron kolejowy i faceta w białym, sportowym garniturze jak również w panamie, niedbale opartego o słup. W tle, z delikatnej mgiełki, wynurzała się panorama gór. Umiarkowanie sympatyczna gęba człowieka na obrazie doskonale harmonizowała z niedbałą pozą, wyraźnie kontrastując z ulotnym, poetyckim wręcz nastrojem poranka. Właśnie ten kontrast stanowił przyczynę, dla której dzieło przyciągało uwagę.
— Ten obraz został już zakupiony — panienka obsługująca Galerię wymieniła nazwisko znanego kolekcjonera dzieł sztuki.
Poeta nie mógł zrozumieć, dlaczego dziewczyna z takim zainteresowaniem spogląda to na malowidło, to na niego. Popatrzył dokładniej. Panienka niebrzydka była, a obraz... jak obraz, choć musiał przyznać, że niezły. Twarz sportretowanego wydała mu się znajoma, ale Jasio często umieszczał na swoich obrazach podobizny zaprzyjaźnionych meneli.
Pomimo, że jego bogata wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, nie potrafił sobie wyobrazić młodszego Majchrzaka w małżeńskim stadle. Pocieszył się, że nie jest to jedyna rzecz, której nie potrafi sobie wyobrazić, a która wydarzyła się, bądź też się wydarzy w najbliższym czasie. Opuszczając galerię, doszedł do wniosku, że do poważnego spotkania dojdzie zapewne nieprędko.
— Diabli wzięli — mruknął do siebie pod nosem, jednak nie potrafił odpędzić wrażenia, że jest w błędzie, że wcale nie diabli...
W Lesku wpadł na Szreniaka. Ten mu powiedział, że jego stara-nowa szkoła działa w najlepsze, tym razem jako filia prywatnej szkoły w Lesku. Facet wyglądał na lekko nabuzowanego, ale bardzo zadowolonego z życia. Lekkie nabuzowanie było spowodowane tym, że przyjechał odebrać z komisariatu dwóch pupilków, którzy nadinterpretowali niepisane prawo: "szkoła nie knajpa, nie musisz być codziennie". Zadowoleniu z życia Poeta się nie dziwił. Prawdziwy belfer musi albo uczyć, albo umrzeć. Najwyraźniej Walery miał możliwość skorzystania z tego pierwszego wariantu.
— Coś takiego! — ponownie pomyślał Poeta i wsiadł do autobusu, odjeżdżającego do Teleśnicy. Zamierzał przespacerować się wschodnim brzegiem Jeziora Solińskiego a potem wyjaśnić w szczegółach to, co zobaczył w kanale polskiej telewizji oglądanym po gorszej stronie oceanu.

***

Syn Stefana Goszczyka okazał się być głąbem. Głąbem! Co z tego, że nie wstąpił do wojska? Co z tego, że skończył studia? I tak był głąbem. To fakt, skończył studia, pomimo, że miał słabą głowę do wódki. Stefan Goszczyk też skończył studia i to nie byle gdzie, bo na Akademii Rolniczej w Lublinie, ale Stefan Goszczyk miał mocny łeb. Porządny inżynier musi mieć mocny łeb. Młody, choć łeb miał słaby, skończył studia z wyróżnieniem i zamierzał powrócić na ojcowiznę. To akurat było bardzo dobre, cieszyło Stefana Goszczyka i za to szanował swojego syna... ale mimo wszystko uważał go za głąba.
Chociaż ziemi uprawiali mniej, tylko tyle, aby starczało na własne potrzeby, interes kwitnął. Oprócz pokoi gościnnych mieli dziesięć eleganckich domków z widokiem na jezioro Myczkowskie, a w nowym pawilonie szły już ostatnie prace wykończeniowe. Grafik z rezerwacjami wypełniony był do września. Właściciela pensjonatu nikt nie ścigał, nie dyktował, co mu wolno, a czego nie wolno, nie wyciągał łapy po pieniądze, a najważniejsze było to, że nikt mu nie mówił, co jest dla niego dobre, a co złe. Urząd istniał obok, jakby w innym wymiarze, a przewodniczący Markuch rządził swoją "siekierką", nie wtrącając się w to, co kto robi i jak robi... no niezupełnie. Kiedy Hryńczyki wreszcie pobudowały wyciąg i nie zapewniły drogi pożarowej, to łomot usłyszano w całym województwie. Droga pożarowa tydzień później była i nikt więcej nie próbował z drogą kombinować. Stary Markuch (świeć Panie nad jego grzeszną duszą) byłby dumny z syna.
Tak, przewodniczący Markuch to chłop co się zowie. Domu, to po prawdzie, nie pobudował, ale za jego rządów pobudowano tyle innych przybytków, że dom nie był konieczny. Drzewo posadził, babę miał, a baba z wielkim brzuchem chodziła. Tylko patrzeć, jak następne pokolenie Markuchów zacznie siekierką wymachiwać.
A jego własny syn był głąbem i koniec. Stefan Goszczyk popatrzył ponurym wzrokiem na latorośl, która siedziała na ławce pod domem i wzrokiem równie ponurym gapiła się w ziemię.
Ech, te baby.
Młody z babami nie radził sobie i martwiło to Starego ogromnie. To znaczy Młody z babami dobrze sobie radził, ale z Jagusią sobie nie poradził. Stefana Goszczyka bardzo martwiło to, że z Jagusią sobie nie poradził. Już myślał, że jego syn się ustatkuje. Kandydatka na synową była jak malowanie... ech, nie potrafił i tyle. Tłumaczył małemu od zawsze, że z babą trzeba twardo, że baby tak lubią, no ale jak ktoś jest głąbem... Jagna z płaczem wyjechała, co wprawiło Stefana Goszczyka w bardzo niedobry nastrój. Doszedł do wniosku, że powinien z synem porozmawiać. Jak chłop z chłopem.
Nie zamierzał mu tłumaczyć, co trzeba robić, a czego nie trzeba. Bolesny proces, który Poeta nazywał wymianą pokoleń, ostatecznie przekonał Goszczyka, że prawda jest jak dupa, każdy ma swoją, nawet młodzi... zwłaszcza młodzi. Wraz z upływem lat prawda robiła się stabilna, natomiast w wieku, w którym był jego syn i jego (Stefan Goszczyk ciągle miał nadzieję) przyszła synowa, prawda szczególnie przypominała dupę.
Prawda przypominała dupę, ponieważ zależała przede wszystkim od poziomu hormonów.
Na początku rozmowa się nie kleiła, jednak odrobina wody rozmownej i nastrój późnego popołudnia sprzyjały zacieśnianiu więzi międzyludzkich. Następna odrobina wody rozmownej przełamała kolejne bariery, a jeszcze następna pozwoliła spojrzeć na świat okiem świeżym, bez złości i uprzedzeń. Kolejna odrobina wody rozmownej (z drugiej już flaszki) i nastrój ciepłej czerwcowej nocy sprawiły, że obaj panowie nadawali na wspólnej częstotliwości. Nadawali nieco głośniej niż przed dwiema godzinami, jednak żona starszego, i zarazem matka młodszego, nie próbowała uciszać. Zdawała sobie sprawę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku i że uciszać nie należy. Kolejna odrobina poprawiła percepcję młodego Goszczyka w takim stopniu, że otworzył się wreszcie na mądrość, której nie zapisano w księgach, na mądrość, którą werbalnie przekazywano z pokolenia na pokolenie.
— Czy kobieta może coś stworzyć? — Stefan Goszczyk starał się dostosować sposób wysławiania do tego, jaki używała jego latorośl. — Przenigdy! — Aż się zdziwił, że dostosowanie sposobu wysławiania tak łatwo mu przyszło. — Kobieta nie może tworzyć, jednak umie pomnożyć to wszystko, co od chłopa dostanie. Plemnik zamienia w dziecko, bezduszne mieszkanie w domowe ognisko, upolowanego zwierza w posiłek.
— Pragnienie w rozkosz bez granic. — Młody uzupełnił wypowiedź o istotny punkt, który ojciec przez niedopatrzenie pominął. — No więc, o co... o co w tym wszystkim chodzi?
Stefan Goszczyk przystąpił do rzeczy.
— Jeżeli potraktujesz ją jak kupę gnoju, dostaniesz wielkie gówno.

***

Szedł wschodnim brzegiem Zalewu Solińskiego i cieszył się, że wszystko jest po staremu. Przyroda, nie wspomagana zbyt gorliwie przez człowieka, radziła sobie świetnie. Było w miarę pusto. Po drodze zauważył kilka osób. Sam również został zauważony, co wprawiło go w lekkie zdumienie. Zdążył już przywyknąć, że ludzie nie zauważają poetów, a tutaj raz za razem okazywało się, że jest inaczej. Ciągle wyczuwał czarcią obecność, jednak nie wywoływało to poczucia zagrożenia. Wręcz przeciwnie, biesy były złe, przygnębione i bardzo sfrustrowane. Miał wrażenie, że diable plemię trawi gorycz jakiejś dotkliwej porażki.
Kiedy zaszedł do Polany, zauważył, że wiocha jest w znacznie lepszym stanie niż kilka lat temu. Zadbane chałupy, każda inna, jedna bardziej kolorowa od drugiej, nie pozwalały zatrzymać wzroku w miejscu. Chodniki przy szosie były równo ułożone, a naprzeciw kościoła — karczma. Prawdziwa karczma. Nie jakiś wymuskany pseudo-regionalny przybytek, tylko ciemna, trochę okopcona knajpa, w której i zjeść i wypić dobrze można. Atmosfera wewnątrz, nasuwała Poecie skojarzenia z nieodżałowanej pamięci Karczmą w Jaworkach.
— Panie, Markuch tera własne porządki na urzędzie zaprowadza — kobieta za barem, zapytana o Młodego, nie była w stanie określić, kiedy człowiek z siekierką raczy odwiedzić swój dom. — Odkąd szkoły pokończył i do Ustrzyk poszedł, na niedziele ino powraca.
— Szkoły pokończył? — Poeta, choć zdawał sobie sprawę, że coś takiego wcześniej czy później usłyszy, nie mógł się powstrzymać.
— Ano jak ta mała, córka starego Markucha, co to nikomu o niej nie powiedział, na dobre się sprowadziła, to i Młody w końcu zbastował. — Baba aż się uśmiechnęła do swoich myśli. — Kłóciły się ogromnie, siekierką jej groził, przygrzmocił parę razy... na nic wszystko było. Kazała iść do szkoły i poszedł.
— Na niedzielę ino powraca? — Poeta się upewnił.
— A i to nie zawsze. — Kobieta postawiła na ladzie pachnący talerz i kufel piwa. — Mówią, że lada dzień, dzieciak mu się urodzi, to i w mieście więcej tera siedzi.
Poeta był głodny. Najpierw zajadał jakieś mięsiwo z ziołami i popijał piwem. Smakowało. Potem zajadał jakieś mięsiwo z ziołami, popijał piwem i wyobrażał sobie Neandertalczyka, dzielnie walczącego z systemem edukacyjnym Trzeciej RP. Smakowało jeszcze bardziej.
Zjadł i wyruszył w dalszą drogę. Świat był ciekawy. Na świecie było wiele osobliwości, które należało własnymi oczyma obejrzeć. Tym razem przyjechał z bardzo daleka, aby zobaczyć młodego Markucha pod krawatem i w garniturze.

***

Młodego złapać nie było łatwo, ale Gośka urzędowała na ojcowiźnie w Skorodnem. Stara chałupa już nie sprawiała wrażenia, że zaraz się zawali. W środku było o wiele czyściej i znacznie nowocześniej, jednak panował twórczy bałagan, taki sam jak przed laty. Z jednej strony twórczy bałagan jest niezbędny do życia. Z drugiej, zawód nauczycielski wymaga od człowieka porządku i systematyczności. Gośka w swojej pracy była porządna i systematyczna. Twórczy bałagan w miejscu zamieszkania sprawiał, że pomimo rozlicznych rozterek czuła zadowolenie z życia.
Skontaktowanie Poety i Młodego okazało się bardzo proste. Wystarczyło zadzwonić. Markuch zamierzał wpaść na stare śmiecie wieczorową porą. Mieli jeszcze trzy godziny czasu.
— Chcesz bimbru z żołędziem? — zaproponowała, krzątając się przy kuchni.
— Pytanie.
Nalała do jednej szklanki. Do drugiej nalała soku. Poeta odniósł wrażenie, że przejście nad abstynencją Gośki do porządku dziennego, wywołało u niej śladowe ilości niezadowolenia.
Łyknął nieco i doszedł do wniosku, że Stary musiał jednak przekazać tajemnicę sporządzania specjału Młodemu. Przez tyle lat zapas, niezależnie od tego, jak wielki, musiałby się skończyć. Ostatecznie polska wieś wesoła miała swoją specyfikę.
— Byłem przekonany — powiedział unosząc szklankę i patrząc pod światło na czysty jak woda źródlana napitek — że tajemnicę bimbru z żołędziem twój ojciec zabrał do grobu.
— W odpowiedniej chwili zdążył przekazać komu trzeba — Gośka dumnie wypięła pierś.
— Eeeee... — Poetę trochę zatkało. — Chcesz powiedzieć, że sama to robiłaś.
— Sama. Na pohybel wszystkim mendom tego świata — dziewczyna podniosła szklankę z sokiem w geście, który wszystkie mendy tego świata powinien wprawić w popłoch.
— Na pohybel!
Ekspres wydał charakterystyczny dźwięk, który pośród tych, co oczekują na kawę, nieodmiennie wywołuje miły nastrój. Jajecznica na boczku dochodziła. Gospodyni, choć w kwestii abstynencji nieugięta niczym Markus Porcjusz Katon w kwestii miłości do Kartagińczyków, zrezygnowała z wegetarianizmu na rzecz bardziej drapieżnych form pozostania przy życiu.
— Długo się zastanawiałam, dlaczego mi wtedy nie powiedziałeś — odezwała się do Poety, kiedy usiedli za stołem.
— Dzisiaj twierdzę, że zrobiłem tak jak trzeba.
— Wiem, wiem. — Machnęła ręką. — Słowa z głębi duszy mają prawdziwą wartość. Słowa siłą z gardła wydarte są po prostu niedobre. Niedobre dla tego, który mówi i dla tego, który słucha.
— Mówisz tak, jakbyś nie była do końca przekonana.
— Bo nie jestem. Mówisz o słowach, wszyscy mówią o słowach i tracą z oczu to, co jest naprawdę ważne. Czasem odnoszę wrażenia, że ja też straciłam z oczu coś ważnego.
— Masz na myśli to, że mieszkasz sama?
Skinęła głową. — Widzisz, ja nie wymagam od facetów wiele, ale w pewnym momencie zawsze dochodzę do wniosku, że po prostu nie chcę, że jednak... nie ten. Od czego to zależy? Ja nie potrafię nazwać. — rozłożyła ręce — Powtarzam sobie, że jeszcze mam czas, ale takie powtarzanie mi samej zaczyna już działać na nerwy.
— To sobie przestań powtarzać, że masz czas. Znalezienie kogoś, przy kim zapragniesz się zestarzeć, nie jest kwestią konieczności, nie jest kwestią upływającego czasu i nie zdefiniujesz tego słowem.
— Dobrze ci mówić. Nie masz takiego problemu. Ja najpierw dochodzę do wniosku, że zwyczajnie coś jest nie do zaakceptowania, że zwyczajnie nie chcę, a potem zastanawiam się, czy potrafiłam właściwie rozpoznać...
— Rozpoznać jest łatwo.
— Ciekawe po czym?
— Po tym, że zwyczajnie zaakceptujesz i będzie ci się zwyczajnie chcieć.

***

Markuch usiadł przed kominkiem. Kraciastą marynarkę rzucił na ławę, krawat powiesił starannie na kołku. Z mądrą miną otworzył skórzaną teczkę.
Mądra mina Młodego robiła na Poecie wrażenie.
— Gmina Cisna. Plan zagospodarowania przestrzennego. —Popatrzył na dokument takim wzrokiem, jakby naprawdę wiedział o co chodzi. — Jakiś tłuk ustalił nachylenie więźby na czterdzieści pięć stopni, a drugi baran zadecydował, że chałupy mają być żółte. — Przekartkował powoli a następnie rzucił w ogień. — I po kłopocie — uśmiechnął się do Poety i popatrzył swoim zdrowym, góralskim spojrzeniem, w którym nie było miejsca dla wyimaginowanych problemów. Wrzucone do kominka szpargały nie chciały się za bardzo palić. Coś skwierczało, coś się topiło, a na koniec buchnął paskudny czarny dym.
— No i co z ciebie za urzędas? — zakpił Poeta. — Urzędowe papiery trzeba dokładniej przeglądać. Zanim wrzucisz do ognia, należy wydobyć to, co naprawdę wartościowe: spinacze, teczki, koszulki.
— Jeden czort. Po prostu kiepsko przygotowane i tyla. Ci w Lutowiskach, to dopiero zrobili porządnie.
— Nie mów. — W poplątanym życiorysie Poety był już etap budowania domu. Właściciel niewielkiego szeregowca zdawał sobie sprawę, że dokument o wewnętrznie sprzecznej nazwie "plan zagospodarowania przestrzennego" może być dobry tylko wtedy, kiedy go nie ma. — Ktoś naprawdę zrobił porządnie? — zapytał z niedowierzaniem.
— Mh — Markuch mruknął patrząc w kłęby dymu. — To, co miesiąc temu przysłali z Lutowisk, dużo lepiej się paliło.




Epilog
(kilka lat wcześniej, końcówka lipca)


Obudził się i zdziwił, że głowa go nie boli. Dziwne, że nie boli, kiedy boleć powinna. Postanowił się nie przejmować.
Potem otrząsnął myśli z resztek snu i poczuł ogromną ulgę. Wreszcie do niego dotarło, że jednak nie mieszka na stałe w Ameryce. Ta część jego wizji wydała mu się prawdziwym koszmarem. Co do reszty, było nieźle, a może nawet jeszcze nieźlej... uznał, że sprawę należy gruntownie przemyśleć.
Ojciec Michał, z częściowo opróżnionym kubkiem w ręku, siedział na pieńku i podziwiał krajobraz. Potok, pogrążony w cieniu, gadał cicho swoje słowa niezrozumiałe. Powietrze było cokolwiek ciężkie, góry niezbyt wyraźne, a słońce zachodziło czerwono. Liście na drzewach po przeciwnej stronie strumyka, zabarwione wszystkimi kolorami zachodu, jak gdyby zaczęły się już sposobić na przyjście jesieni. Wiele wskazywało, że na okres względnie dobrej pogody nadchodzi kres. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Jakby się nie kończyło, człowiek przestałby dobre doceniać i nie byłoby już na świecie niczego dobrego.
— Ale miałem fajny sen — westchnął Poeta.
— Fajne sny są po to, aby lepiej wiedzieć, w którą stronę możemy pójść, kiedy zrozumiemy, że to był tylko sen. — Zakonnik patrzył w dal tak, jakby zdawał sobie sprawę, co przyśniło się Poecie. — We wszystkich fajnych snach — kontynuował — jesteśmy tacy, jacy jesteśmy naprawdę.
— A ci inni? Ci, którzy pojawili się we śnie? Oni też są tacy jak w rzeczywistości, czy może raczej tacy, jakimi chcielibyśmy, aby się stali?
— Nie, nie są do końca tacy, jakimi chcielibyśmy. Są trochę bardziej prawdziwi. Są tacy, jakimi ich dostrzegamy oczyma duszy. Dusza nie kłamie. Nigdy. Cała trudność polega na tym, że nie każdy potrafi mieć fajne sny. Najczęściej poeci... Poeci, kobiety upadłe i złodzieje.
Zakonnik sprawiał wrażenie jakby mówił serio.
Poeta popatrzył na ojca Michała i zrozumiał, że on wie. Ojciec Michał widział więcej, ale ojciec Michał nie dosyć, że widział więcej, to jeszcze widział inaczej. Poeta doszedł do wniosku, że jest to kolejna rzecz, której nie należy starać się zrozumieć, ale do której warto się przyzwyczaić.
Zakonnik popatrzył na Poetę i zrozumiał, że Poeta wie, że on wie. Poeta widział więcej, ale Poeta nie dosyć, że widział więcej, to jeszcze widział inaczej. Ojciec Michał doszedł do wniosku, że jest to kolejna rzecz, której nie należy starać się zrozumieć, ale do której warto się przyzwyczaić.
— Fajny sen jest jak flaszka czegoś dobrego. — Poeta postanowił powiedzieć coś, co brzmiałoby mądrze. — Zawsze kończy się szybciej, niż chcielibyśmy.
— Flaszka czegoś dobrego? To bardzo daleka analogia.
— To bardzo daleka analogia. On chyba ma rację — odezwało się echo. — Spójrz tylko przed siebie.
Poeta popatrzył przed siebie. Gdzieś na horyzoncie dostrzegł analogię. Rzeczywiście, była bardzo daleka.
— Myśli ojciec, że świat można aż tak zmienić? — Zdolność do abstrakcyjnego rozumowania powracała. — Że wystarczy siekierką przegonić złego i ludzie staną się aniołom podobni? — Jako pierwszy zaakceptował inność swego rozmówcy.
— Przeceniasz markuchową siekierkę. — Zakonnik był prawie dwadzieścia lat starszy, dlatego też akceptował o dwadzieścia sekund dłużej. — To wcale nie siła zmieniła świat, który ci się przyśnił. Chłopak, dzisiaj, tu i teraz jest sobą, a w twoim wyśnionym świecie tak samo był sobą. Jasio Majchrzak był sobą, Gośka... Nawet ten nauczyciel i właściciel pensjonatu... Oni też nie pozwolili, aby coś złego zamieszkało w ich duszach. To wcale nie jeden człowiek dokonał owych zmian. W każdym jest jakaś potrzeba zwyczajności, normalności. Każdy ma potrzebę chleba powszedniego i u każdego owa potrzeba może dojść do głosu. Faceci w szarych garniturach najbardziej boją się tych, którzy pozostali sobą, którzy nie dali sobie narzucić cudzych pragnień, którzy nie dali sobie narzucić tego czegoś...
— Czego?
— Tego, czego nie widać i czego nie czuć. Tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się mało istotne, chociaż istotne jest bardzo.
— To znaczy czego?
— Przekonania o nieuchronności tego, co rzekomo nadchodzi, przekonania o nieuchronności zmian, których koryfeuszami mianowali się ludzie w szarych garniturach, przekonania o tym, że słowo postęp wszyscy muszą rozumieć tak samo.

***

Poeta wracał. Wracał do żony, wracał do dzieci. Płaski jak decha krajobraz przesuwał się za szybą. Z każdą chwilą był bliżej nie tylko do rodzinnego domu, ale również miejsca, z którego będzie musiał namawiać ludzi, aby kupowali jakieś tam sracze, a jakichś innych sraczy, żeby nie kupowali. Jednak Poeta o tym nie myślał. Myślał o tych, których spotkał na swej drodze. Nie potrafił powiedzieć, kto z nich stanie się przelotnym ptakiem, wspomnieniem powoli zanikającym w pamięci, a kto zagości w jego życiu na dłużej. Nie miał pojęcia, co się stanie za rok, za dwa. Owa nieświadomość nadawała życiu swoistego smaku. Tam, dokąd wracał, bardzo mała liczba osób odbierała ów smak jako przyjemny.
Widział, że wkrótce znowu zatęskni za górami. Jego tęsknota była dobra, ponieważ mógł w góry pojechać, a kiedy był w górach, wiedział, że jest ktoś, do kogo może wracać. Poeta miał swoje miejsce na ziemi.
Kilka dni temu, wychodząc z gabinetu pani mecenas, był pewien, że rozwiązał sprawę, że rozwiązał sprawę tak jak trzeba, i że duch starego Markucha nie będzie już więcej niepokoił tych, którzy jeszcze trwają na najpiękniejszym ze światów. Nie miał wątpliwości, co do tego, że o swoim ojcu Gośka dowiedziała się wszystkiego, czego powinna się dowiedzieć.
Czy dziewczyna odnajdzie to prawdziwe miejsce na ziemi?
Trochę żałował, że nie może pogadać z echem. Echo słyszał wyłącznie w górach i choć odzywało się jedynie wtedy, kiedy uznało za stosowne, było wielce przydatne w rozważaniach, które prowadził. A Poeta ciągle się zastanawiał, czy Markuchowi chodziło tylko o to, aby córka poznała prawdę. Zastanawiał się, czy wszystko, co z takim ryzykiem dla siebie i innych robił, balansując na granicy dwóch światów, koniec końców nie stanie się ostatnim wielkim numerem, jaki Stary wyciął ludowej władzy.


Koniec
Lublin 2014

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: Joa » 04 maja 2014, 17:31

Po pierwsze, co się rzuca w oczy, początek odrzuca. Czyta się ciężko ten wstęp, on powoduje, przynajmniej u mnie, że na godzinę odstawiam tekst, bo muszę się bardzo starać, by ogarnąć to, co piszesz, Szczepanie. No cóż, jestem tępym człowiekiem, do mnie trzeba prosto, jak do przypadkowo spotkanego dresa. Ale za chwilę robię sobie klimacik, po tej godzinie i siadam, włączam SDM (mam nadzieję, że klimacik będzie odpowiedni), wiesz, herbatka na boku stoi, i tak dalej. Klimacik pierwsza klasa. Potem patrzę i jest definicja poezji… No cóż, nie wiem czy to trafiony zabieg, zobaczę, jak na razie mnie odrzuca… (PS, piszę na bieżąco).
SpoilerShow
bardzo złym wzrokiem
nie podoba mi się to sformułowanie, jest dla mnie sztuczne i bardzo szkolne
iskierki_i_coś_jeszcze.
Tu proponowałabym raczej myślniki zamiast „_”, wydaje mi się, że byłyby odpowiedniejsze.
miejsca. — rozłożył ręce
Duża litera.
Muszą! — gospodarz w podnieceniu niemal unosił się w powietrzu.
To, co wyżej.
Znalazł kolejną osobę której szukał.
Przecinek przed „której”.
Tu pozwolę sobie napisać, jak wypadają te fragmenty. Jest przyjemnie, czyta się dość szybko, ciekawe może być to, po co tak właściwie są potrzebne te osoby naszemu bohaterowi. Jednak dla mnie jak dotąd jest troszkę nudnawo, idę dalej, chcę się dowiedzieć, co mnie spotka.
SpoilerShow
Stefan Goszczyk przyjechał do Ustrzyk aby kupić wypasioną komórę dla syna
Przecinek przed „aby”
rzadko kiedy rozumiał to, co mówi jego syn, a jego syn rzadko kiedy udawał, że rozumie to, co mówi jego ojciec.
Zastanawiałabym się, czy nie poprawniej byłoby, gdyby „mówi” zmienić na „mówił” i tak dalej, mi to nie pasuje, możliwe, że jest poprawnie, ale ja nie jestem pewna.
odwiedzał goszczykową zagrodę aby pogadać z gospodarzem
To, co wyżej
Milcząc siadł w fotelu.
Proponowałabym „usiadł”, które brzmi chyba ładniej. I przecinek.
Ważne było aby iść.
Mmmm, skończyłam pierwszą część. Wciąż nie wiem, co myśleć. Nie jestem do końca zaciekawiona, wciąż nie mogę wskazać bohaterów, pamiętam tylko Gośkę, reszta gdzieś mi uciekła z pamięci. Ciągnie mnie trochę dalej ze względu na to, że przewiduję, że jakoś losy niektórych się splotą w górach, w Bieszczadach. Ufam, że będzie dobrze.
SpoilerShow
„— Gdzie ja jestem? — zawołał.
— Tutaj — odpowiedziało echo.
— Tutaj, to znaczy gdzie?
Echo wzruszyło ramionami.”
Pierwszy fragment, który mi się podoba, bardzo podoba, trafi do mnie. Super.
Mmm, zauważyłam, że zapominasz, że przed „niż” wstawiamy przecinek tylko w niektórych wypadkach. Sprawdź tekst pod tym kątem.
SpoilerShow
że zegarek jest zepsuty a na
przecinek
PS. Jest jeden bardzo wielki plus, mam włączone SDM, czytam o Poecie, który wędruje i ogromnie tęsknię za górami, to jest niesamowite, że czytam i chcę tam być.
SpoilerShow
„— Gdzie ja jestem?
— Tutaj — odpowiedziało echo.
Tym razem to on wzruszył ramionami.”
Drugi ulubiony fragment.
„Gdzie by nie był, do najbliższej wsi miał, lekko licząc, cztery kilometry. Co najmniej godzina drogi, jak źle pójdzie to trzy godziny. Nie znalazł powodu, dla którego miałoby pójść dobrze, więc mógł z dobrym przybliżeniem założyć, że jak spróbuje iść dalej, to pójdzie źle.”
Trzeci.
Zalewem solińskim
„Soliński” raczej od dużej
Podoba mi się w jaki sposób opisujesz ludzi; nie ma, jak u niektórych, podziału na zły – brzydki, dobry – ładny/przystojny, bardzo mi się to podoba, że kształtujesz prawdziwych ludzi, a nie herosów lub złe charaktery.
SpoilerShow
Echo odezwało się ni stąd ni z owąd,
Razem
Późnym popołudniem dotarli do Skorodnego
Kropka
, że jest już kwadrans po północy a Starego jak nie było, tak nie było.
Przecinek
Rozmowy z Echem mi się bardzo podobają, bardzo!
SpoilerShow
Każdy drobiazg wymagał, staranności.
Bez przecinka
Nie wiem, co myśleć, czuję trochę niedosyt. Jestem po dwóch postach, na półmetku. Mam te same uczucia co po poprzednim bieszczadzkim tekście: brakuje mi opisów przyrody, zwierząt, szumu strumieni, drzew. Brakuje mi tego bardzo, ale to pewnie dlatego, że bym inaczej to opisała, co innego mnie w górach, nieważne, czy to Bieszczady, czy inne okolice, interesuje. Ty skupiasz się na ludziach, ich przemijaniu w takich miejscach, klimacie.
Jak na razie mogę powiedzieć, że przyjemny tekst, dobry, ale nie znakomity. Wrócę tu jeszcze!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: Kompot » 04 maja 2014, 18:26

Pierwsza część.
Nie dam rady przeczytać dziś więcej. Czyta się bardzo płynnie i stosunkowo szybko. Przyznam szczerze, że po wstępie odautorskim spodziewałam się równie bogatego języka w tekście właściwym, ociekającego wręcz metaforami. Nie żebym się zawiodła. Pewnie tekst napisany w takim stylu byłby ciężko strawny. Zresztą widać po komentarzu Joi, że istnieje takie ryzyko. Tekst był w porządku, ale nie uwiódł mnie. Była w nim jakaś dziwna suchość, nagromadzenie jednoznacznych stwierdzeń i czułam się jakbym leciała po wyznaczonych przez ciebie torach. Oczywiście to mogłaby być zaleta, ale mam wrażenie, że postaci kreujesz stwierdzeniami, a nie czynami. No, a przynajmniej w dużej mierze. Dostałam instrukcję do postaci, a samej ciężko mi było wydumać coś więcej poza to co napisałeś. Każda z postaci jest ciekawa, ciekawe są ich problemy. Piszesz w czysty, klarowny sposób. Jest w twoim stylu dużo uczciwości. Wszystkie moje wątpliwości i nielubienia tłumię chwilowo, bo przecież tyle jeszcze tekstu przede mną i sporo tajemnic do rozwikłania. Tak więc do zobaczenia po następnej porcji twojego tekstu.
Obrazek

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: Joa » 07 maja 2014, 20:39

Przeczytałam. W końcu, bo w końcu, kilka dni później, niż przewidywałam, ale jednak przeczytałam.
I nie wiem, co mogłabym napisać, jak to wszystko podsumować.
Po pierwsze, najważniejsze: taka forma wrzucenia tekstu odstrasza i jestem niemalże pewna, że mało kto się za to weźmie. Zrobiłeś podstawowy błąd: prawie stustronnicowy tekst wrzuciłeś z marszu w wątek, a forum ma to do siebie, że są tu ludzie leniwi. Gdybyś podzielił ten tekst na kilka, więcej niż pięć części, i wrzucał co jakiś czas, powiedzmy co tydzień, mógłbyś liczyć na większą frekwencję. Tak, skazujesz się na to, że niewiele osób się za tekst weźmie, niewiele osób w jakiś sposób pomoże. Tylko pozostaje pytanie - jeśli hipotetycznie wrzuciłbyś to w kawałkach, czy byś poprawiał, bo to tekst skończony i uwagi odnoszące się do jakichś scen, do ich budowy i tak dalej, nie mają sensu, bo pewnie tego byś nie poprawił.
Ale wciąż obstaję przy tym, że tekst wymaga podzielenia na mniejsze kawałki i wrzucania co jakiś czas.
Poeta mnie nie przekonuje, nie dostaje mojej sympatii, ale jako postać, jako kreacja ma moje zaufanie, jest bardzo realny. Mogę powiedzieć to o każdym bohaterze, każdy wydaje się być inny, całkowicie rzeczywisty. To jest super. W dodatku bardzo wyraźnie widać ich w mojej wyobraźni. To też plus. Jedyny minus widzę w tej kwestii, że żaden bohater mnie nie ujął, nie zjednał do siebie.
Nie kupiła mnie historia. Jak na tak długi tekst, dość jednolity w napięciu, pozbawiony momentów powodujących skrajne emocje, historia się gubi. To znaczy tak: byłoby o wiele bardziej interesująco, gdyby ująć to w krótszym tekście.
Mam też problem z językiem. Mam na myśli to, że stosujesz jeden zabieg przez cały tekst. Liczne powtórzenia, które nie są błędem, a właśnie zabiegiem, a które, jeśli pojawiają się co drugi akapit, męczą. Naprawdę ten schemat męczy. Jeśli pojawiałby się rzadziej, byłby strzałem w dziesiątkę. Albo inaczej: krótszy tekst, miniatura lub coś w tym stylu - wtedy ten schemat nie zdąży zmęczyć czytelnika. Im obszerniejsze jest to, co wrzucamy i im częściej pojawia się jakiś zabieg, tym bardziej to nuży. Czytelnik chce czegoś nowego.
Osobiście nudziło mnie też to stałe napięcie. Albo inaczej - jego brak. Przez cały tekst nic nie czułam, żadnych emocji. Początkowo czasami się uśmiechałam, ale po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, czego się spodziewać, nie czułam współczucia ani strachu.
Były fajne momenty, rozmowy z Echem, ojciec Michał, kreacja bohaterów. Bardzo też lubię Twoją narrację, ale myślę, że "Buszująca..." mi się o wiele bardziej podoba niż oba teksty bieszczadzkie.
Mam nadzieję, że zrozumiesz i wyciągniesz wnioski.
Ja wciąż czekam na Twoje teksty i postaram się komentować!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Siola

Re: Opowiadania beskidzkie - Poeta i upiór

Post autor: Siola » 23 maja 2014, 10:04

czuje pewien niedosyt aczkolwiek bardzo mi sie podoba.

ODPOWIEDZ