Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Ostatni przystanek [zakończone] [grudniowa Chałwa]

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 07 marca 2014, 11:41

Dzień dobry!
Przepraszam za opóźnienie czytelnicze :bag:
Dziś wreszcie mi się udało i zapytuję o część kolejną - jest? Wrzucisz? Wrzuć!
Bo raz, że napięcie poszło w górę. Dwa twist trzepakowy podgrzał moją ciekawość do granic.
Nadal nieco ubolewam nad moją teorią co do Roberta i nadal usiłuję wierzyć, że jeszcze mnie Robert zaskoczy. Wszedł ładnie w rolę detektywa i pomocnika głównego bohatera. W ogóle nagle z opowieści niesamowitej zaczął się robić kryminał, historia detektywistyczna. Lubisz takie wydaje mi się.
Julian sam się nad sobą zastanawia, nad swoim podejściem i to go mocno urealnia - dobrze.
Mam parę nowych teorii, zastanawiam się, czy dziewczyna nie może być wypadkową wielu istnień i czy Marcin faktycznie jest tu "złym charakterem", czy jednak sam wie za dużo? A może to ona od początku była zła? Może Marcin był przez nią dręczony? No wiele jest pytań i wiele ciekawości obudziłaś tym kawałkiem. O ile druga część wydawała mi się wypełniona ekspozycją, to ta jest bardziej wypełniona akcją i decyzjami.

Nie wiem, czy na tych czternastu stronach znalazłam więcej jak dwa błędy - literówki tak dokładnie.

Uwagi spontaniczne pod linkiem: Ostatni przystanek część trzecia
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Kimchee » 26 marca 2014, 20:35

Trochę mnie tu nie było i spodziewałam się, że zastanę tu zakończenie.
A tu niespodzianka, historia nadal rozgrywa się w najlepsze.

Niestety, muszę przyznać, że trochę siadł klimat, szczególnie w momencie, kiedy duch nawiedza Juliana w mieszkaniu. Przede wszystkim wydaje mi się, że bohater za szybko uwierzył w to wszystko. Poza tym zabrakło mi tego czegoś, co błyszczało w narracji na początku.
Ciotka Juliana wydaje mi się bardzo podejrzana, chociaż może dałam się złapać na tani chwyt. Mimo to mam wrażenie, że kobieta albo nie istnieje albo jest kimś zupełnie innym, a cała historyjka z senatorami itp. była tylko po to by zwabić mężczyznę do mieszkania.

Daria - na razie nie było jej za wiele, ale jakoś tak nie potrafię poczuć do niej sympatii.

Adrianna/Kornelia - jest takim trochę irytującym emo-duchem. W sumie to nie zarzut, bo zwykle wyobrażam sobie tego rodzaju zjawy jak no... irytujące i upierdliwe. W sumie zdarzyło się to, co po cichu podejrzewałam - przyczepiła się do Juliana i zaczyna rujnować mu życie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Ja na miejscu bohatera zaczęłabym od przejrzenia gazet i netu, żeby sprawdzić, czy żadnej dziewczyny nie znaleziono martwej w tramwaju.

Za to cichym bohaterem tego fragmentu jest rober. Lubię go, nawet bardziej niż głównego bohatera. Z pewnością ma jakąś tajemnicę (bo wydaje mi się, że to ciągłe podejrzewanie Marcina to taka ściema). Nie wiem czemu, ale nie potrafię pozbyć się wrażenia, że Julian go sobie wymyślił, bo potrzebował zwyczajnie kupla, kogoś, kto przeszedł coś podobnego - takiej projekcji.

No i najważniejsze - zastanawiam się, czy niezałatwiona sprawa (jeśli taka faktycznie istnieje) nie jest związana z samym Julianem?

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: wołszebnik » 26 maja 2014, 10:21

Kilka wrażeń ogólnych:

1. Ogólnie (sic!) ogromne wrażenie (sic! znów) robią twoje opisy. Gdy przedstawiasz mieszkanie, którym opiekuje się pod nieobecność ciotki Julian, to ja to miejsce widzę. Jest świetne, wyraziste, niepokojące i autentyczne.
To chyba najmocniejsza twoja strona, przez te fragmenty płynęłam.

hmm, chyba jednak nie będzie punktowania, bo wypadłam z rytmu, więc dalej "jak leci". Otóż, widzę problem w postaci samego Juliana. Wiosno, my (czytelnicy), w którymś momencie łapiemy o co chodzi, że dziewczyna z tramwaju to duch. I tu zaczynasz grę, którą ja odbieram źle, grę: Julian dochodzi do prawdy. Otóż, kiedy my już wiemy i widzimy jak on się szamota, choć miał przecież te same wskazówki, no to ja zaczynam na niego źle patrzeć. No litości, Julek! mówię sobie. Weź się! Chłopie, już od dawna wiadomo, że to duch, a ty dalej się rozwodzisz i motasz? Rozumiem sceptycyzm, rozumiem. Ale Juliś nie sprawia wrażenia sceptycznego, a nieco... mało inteligentnego. I cały problem sprowadza się chyba właśnie do tego, że czytelnik wyprzedza Julka we wnioskach, zaś skoro Julian nie dotrzymuje mu (czytelnikowi) kroku, no to czytelnik zaczyna mieć Juliana za... errr... teges. Tak, za teges.

No, to jest główny zarzut, w zasadzie jedyny. Że intrygę dobrze byłoby skorygować tak, by albo czytelnik później się domyślił istoty problemu, albo skrócić rozkminy Juliana, stawiające go w tym punkcie posiadanej przez odbiorcę wiedzy, w złym świetle.
Tak sądzę, że to by pomogło. Acz, ja jestem tylko wołsz, ja mogę się mylić.

EDIT: uściślę, nie chodzi o samo dochodzenie prawdy przez Juliana, a raczej o jego akceptację (brak akceptacji) faktu, że ma do czynienia z duchem. Dla czytelnika to jest przesądzone w twojej narracji. Dla Juliana ciągle kurna nie. Czytelnik (czytelnik wołsz) się złości, że ten drań nie może przyjąć czegoś, co już jest oczywiste i iść naprzód, tylko mamrota o tym, o czym czytelnik już dobrze wie.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: nuklearna_wiosna » 18 września 2014, 01:22

Dzień dobry!
Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta mnie, oraz fakt, że coś tu pisałam, a tym bardziej, czy ktoś zechce po tak długim czasie wrócić do tekstu, ale skoro wreszcie skończyłam, czuję się w obowiązku wrzucić, choćby ze względów formalnych.
Mam nadzieję, że znajdą się dobrzy i wyrozumiali ludzie, którzy wybaczą mi nagłe urwanie tekstu w przypadkowym momencie, zostawienie go na tak długi czas i nagły powrót na bezczela, zgoła wyskoczenie, jak diabeł z pudełka :bag:
Część 4 z 4



Konrad Jezierski był wysokim, chudym i flegmatycznym mężczyzną przed czterdziestką i szefem policyjnego laboratorium. Mówił mało, a jego twarz zwykle nie wyrażała niczego. Usposobienie miał jednak raczej życzliwe, choć trudno byłoby nazwać je pogodnym.
Julian poznał go na komendzie policji, gdzie pewnego razu, wraz z Marcinem, dowiózł – nie bez trudności – wyjątkowo kłopotliwego pasażera. Konrad przebywał tam akurat w związku z analizą jakichś szalenie ważnych próbek. Musiał w tym celu wyściubić nos z laboratorium, a to sprawiło, że nie był w zbyt dobrym nastroju
Spotkali się na korytarzu, gdy Konrad zrobił już to, co do niego należało, a Julian pozbył się wreszcie awanturnika. Obaj czuli się źle w tym miejscu i było to widać. Pewnie dlatego niemal natychmiast poczuli wzajemne porozumienie, a niewymuszona rozmowa potoczyła się sama. Marcin udał się po kawę do automatu, a oni stali i gadali, jakby znali się od wieków. Mimo że Konrad był od Juliana starszy o ponad dziesięć lat, rozumieli się zaskakująco dobrze. Na tyle dobrze, że po tym pierwszym przypadkowym spotkaniu wymienili numery telefonów i widywali się od czasu do czasu.
Spotkania te nie były ani częste, ani długie. Nie miały też charakteru szalonych imprez, czy choćby wieczorów zwierzeń. Upływały szybko, na rozmowach o niczym i metodycznym opróżnianiu szklanek z piwem. Julian i Konrad niewiele tak naprawdę wiedzieli o sobie wzajemnie, jednak żadnemu z nich zdawało się to nie przeszkadzać, żaden nie dążył też do zacieśnienia relacji.
Julian zastanawiał się, czy sprawa, z którą zamierzał udać się do Konrada, nie wpłynie negatywnie na ich wzajemne stosunki. Planował przecież poprosić go o nagięcie prawa. Konrad miał wszelkie powody, by się na to nie zgodzić. Poza tym mógł zacząć zadawać pytania, a tego Julian wolałby uniknąć. Coś jednak mówiło mu, że zwrócenie się do tego człowieka jest najlepszą opcją w tej sytuacji. Prawdę mówiąc, było jedyną opcją w tej sytuacji...
Odwiedził go zatem w pracy i wyciągnął na chwilę z laboratorium. Rozmawiali przed wejściem do budynku, jako że Julian nie miał przepustki i nie mógł dostać się do środka, a Konrad prędzej dałby się poćwiartować, niż wyszedł na kawę w godzinach pracy. Wysłuchał Juliana uważnie, ani na moment nie zmieniając wyrazu twarzy, po czym, ku jego najwyższemu zdumieniu, niemal bez zastanowienia wyraził zgodę.
- Pracuję dla policji – przyznał, kiedy Julian zaczął nieudolnie usprawiedliwiać swoją nietypową prośbę – ale nie jestem służbistą. Nie mam duszy gliniarza. Mam duszę poszukiwacza, a widzę, że i ty czegoś szukasz, więc ci pomogę.
Ta nieco pompatyczna deklaracja stanowiła zarazem pierwsze i jedyne zwierzenie, jakie Julian od niego usłyszał.
Konrad nie zadawał żadnych pytań, powstrzymał się też od podejrzliwych spojrzeń. Sprawiał wrażenie, jakby w gruncie rzeczy nie interesowało go, dlaczego jego nie tak znów bliski znajomy, ni z tego ni z owego, prosi go, by nadużył swojej pozycji i wykorzystał służbowy sprzęt dla jego osobistych celów, których nie zechciał wyjawić.
Nie okazał nawet śladu zaniepokojenia, gdy zobaczył próbkę, jakby codziennie prywatne osoby przynosiły mu tajemnicze krwawe odciski palców na papierze.
- Zrobię to wieczorem – powiedział. - Teraz w laboratorium jest mnóstwo ludzi, nie chcę, żeby ktoś się tym zainteresował. Zostanę po godzinach i spojrzę na tę twoja próbkę. Nikogo to nie zdziwi, ja zawsze zostaję po godzinach.
Julian chciał już zapytać dlaczego, jednak w ostatniej chwili ugryzł się w język. Dyskrecja za dyskrecję.
- Zadzwonię do ciebie wieczorem – zaproponował Konrad. - Przedstawię ci rezultaty.
- Myślisz, że bezpiecznie będzie załatwić to przez telefon?
- Bardzo tajemniczy dziś jesteś. - Konrad uśmiechnął się lekko. - Tak, myślę, że będzie całkiem bezpiecznie.
Julian podziękował koledze i udał się do pracy na popołudniową zmianę. Miał nadzieję opowiedzieć Robertowi o wydarzeniach ostatniej nocy i o swoim najnowszym planie, jednak tego dnia Roberta w pracy nie było. Za to Marcin przywitał Juliana nieprzychylnym spojrzeniem.
- Uspokoiłeś się wreszcie? - burknął na powitanie.
- Nie wiem, o czym mówisz. - Julian skrzywił się. - Czy ja byłem niespokojny?
- Wiesz przecież, o co mi chodzi. Przestaniesz w końcu wypytywać ludzi o tę dziewczynę?
- A jak nie przestanę?
- To nie należy do twoich obowiązków. Robisz z siebie idiotę, a ja świecę oczami! Jeśli zaginęła, to niech jej policja szuka! Zresztą możliwe, że ktoś się już za to zabrał.
Julian zareagował znacznie gwałtowniej, niż zamierzał.
- Jak to?! - wykrzyknął tak głośno, że nieliczni pasażerowie spojrzeli na niego z potępieniem.
- Normalnie – Marcin wzruszył ramionami. - Wydaje mi się, że parę tygodni temu w darmowej gazecie, wiesz, z tych, co wciskają ludziom na ulicach, widziałem zdjęcie dziewczyny podobnej do tej, z twojego opisu. Napisali chyba, że zaginęła. To była krótka wzmianka, zdjęcie niezbyt wyraźne. Policja pewnie jej szuka, ale chyba tylko oni. Nie zauważyłem jej zdjęcia nigdzie w internecie, ani na ulicach. Tylko to jedno ogłoszenie. Nie drukowali go już potem w innych numerach. Widocznie nikomu szczególnie nie zależy na jej odnalezieniu. Jeśli coś o niej wiesz, to możesz iść na policję ale w pracy...
- Jakbym coś o niej wiedział, to raczej bym nie wypytywał przypadkowych ludzi! – przerwał Julian z rozdrażnieniem. - Który to był numer?
- Jaki znowu numer?
- No tej gazety, w której było ogłoszenie!
- Człowieku, daj żyć! Nie pamiętam przecież!
- A imię i nazwisko tej dziewczyny? - drążył Julian, jednocześnie podekscytowany możliwością dokonania wreszcie jakiegoś odkrycia i wściekły, że musi prosić o pomoc tego padalca.
- Nie wiem! - Marcin był wyraźnie zdumiony natarczywością kolegi. - Ona mi tylko mignęła na zdjęciu! Nie jestem nawet pewny, czy to był komunikat o zaginięciu, a tym bardziej, czy to była ta panna, której szukasz!
- Skoro ukazało się ogłoszenie, to ktoś to musiał zgłosić, że zaginęła – mówił gorączkowo Julian, nie zwracając uwagi na słowa Marcina. - To znaczy, że ona ma jakąś rodzinę, albo przyjaciół, kogoś, kto zauważył, że jej nie ma...
- Chłopie, co cię tak wzięło? - zainteresował się Marcin.
- Co mnie wzięło? Nic mnie nie wzięło! Nie twoja sprawa!
Do Juliana dotarło wreszcie, że zagalopował się i stracił czujność. Już powiedział znacznie więcej niż zamierzał. Jeszcze chwila, a bezmyślnie zdradziłby wszystko. I to właśnie Marcinowi, którego jeszcze wczoraj podejrzewał o morderstwo! No, może nie podejrzewał go tak całkiem na serio, ale takie rozwiązanie faktycznie przyszło mu do głowy.
Marcin wzruszył ramionami.
- No, nie moja – przyznał spokojnie. - I całe szczęście. Nigdy nie chciałem mieć do czynienia z wariatami, a ty najwyraźniej jesteś wariat i tyle!
Julian nie odpowiedział. Tydzień temu po takim stwierdzeniu zapewne wdałby się w sprzeczkę, jednak teraz zastanowił się, czy w rzuconej przez kolegę obeldze nie kryło się aby ziarno prawdy.
Miał nadzieję, że Robert jeszcze się dzisiaj pojawi, ale nadzieja okazała się płonna. Przedyskutowanie najnowszych rewelacji musiało zatem zaczekać przynajmniej do jutra.
Po pracy ruszył w stronę domu, myśląc o wiadomość od Konrada, czekającej już prawdopodobnie na automatycznej sekretarce.
Jeśli dzięki odciskowi udało mu się zidentyfikować dziewczynę, może nie trzeba będzie szukać gazety. Julianowi absolutnie nie uśmiechało się przetrząsanie śmietników, ewentualnie domów znajomych, w poszukiwaniu interesującego go numeru. Nie sądził, by jakakolwiek biblioteka przechowywała egzemplarze darmowej lokalnej gazetki rozdawanej na przystankach, a to akurat czasopismo nie miało internetowego archiwum. Zawsze mógł spróbować udać się do wydawnictwa, ale ostatecznie wydawnictwo to nie czytelnia. Nie spodziewał się, by ot tak sobie pozwolili mu grzebać w starych numerach.
Nagle zorientował się, że znów skręcił w ścieżkę, prowadzącą na ciemne podwórka. Wzdrygnął się na wspomnienie tego, co wydarzyło się tam wczorajszej nocy. O nie, pomyślał, nie tym razem! Zawrócił i wybrał okrężną drogę. Uważał przy tym, by ani przez chwilę nie znaleźć się w miejscu, do którego nie docierały światła latarni.
Wędrował tak dość długo, rozmyślając o wydarzeniach, których w ostatnim czasie uczestniczył. Rozpatrywał po kolei wszystkie aspekty sprawy, jednak kiedy skończył wreszcie kluczyć oświetlonymi ulicami i dotarł pod bramę kamienicy, nie był ani odrobinę bliższy prawdy. Nadal nie wiedział, czyim duchem jest dziewczyna przedstawiająca się jako Kornelia lub Adrianna i czego od niego chce.
Najpierw zobaczył migającą diodę, oznajmiającą, że na automatycznej sekretarce znajduje się wiadomość.
A potem zobaczył chłopca.
Siedział na oparciu wersalki dokładnie w takiej samej pozycji, jak wczoraj na trzepaku. Identyczne było też jego ubranie, a także obojętna, jakby wykuta w kamieniu twarz i jasne oczy, które zdawały się jednocześnie bezdennie głębokie i przerażająco puste.
Poprzednio przed atakiem zachowywał się, jak rozdrażnione zwierzę. Tym razem skoczył bez ostrzeżenia.
Julian zamknął oczy i - dokładnie tak, jak wczoraj - spiął się cały, w oczekiwaniu na zderzenie. I dokładnie tak, jak wczoraj, zderzenie nie nastąpiło.
Mam omamy, pomyślał i ostrożnie rozchylił powieki. Z tego wszystkiego mam już o...
Wydał zduszony okrzyk i cofnął się o krok.
Tuz przed nim stała Kornelia Adrianna. Była tak blisko, że mógł jej dotknąć, jakkolwiek oczywiście wcale nie zamierzał tego robić.
- C-co... - zająknął się. - Gdzie jest to... to...
Patrzyła na niego, uśmiechając się dziwnie, aż wreszcie zrozumiał.
- To byłaś ty!
- Ja – przyznała apatycznie, a uśmiech błyskawicznie zniknął z jej twarzy.
- I wczoraj też...
- Też.
- Ale dlaczego?!
- Bo byłeś dla mnie ostatnio niemiły.
- Nie zachowuj się jak dziecko! - krzyknął nieco histerycznie, bowiem uświadomił sobie, że jeśli ona w ten sposób będzie manifestowała swoje humory, to doprowadzi go do obłędu znacznie wcześniej, niż pierwotnie zakładał.
Prychnęła znów obrażona, zreflektował się więc i spróbował sprowadzić rozmowę na nieco inny tor, by nie przyszło jej do głowy znów go jakoś zmyślnie ukarać.
- Przepraszam, okej? - powiedział tonem, który chyba tylko jemu wydawał się pojednawczy. - Przepraszam! Nie chciałem być niemiły. Miałem gorszy dzień i tak wyszło. Nie strasz mnie już więcej!
- Pomyślę.
Ze zdziwieniem stwierdził, że kiedy rozmawia z nią twarzą w twarz, nie boi się ani trochę. Przerażały go efekty, towarzyszące jej pojawieniu się, przerażały go sztuczki, które stosowała, ale ona sama nie budziła w nim lęku. Mimo że była ciemna noc, a on stał wraz z nią pośrodku słabo oświetlonego salonu, ani trochę nie czuł, że ma przed sobą nieobliczalną zjawę.
- Mogę to zrobić jeszcze raz! - powiedziała, nie doczekawszy się reakcji.
Jej głos brzmiał wyzywająco, jednak był to rodzaj wyzwania, jakie rzucają dzieci, by wypróbować cierpliwość dorosłych.
- Co zrobić? - zapytał z roztargnieniem.
Strach już go opuścił, a jego myśli wróciły na normalny tor. Teraz chciał jak najszybciej odsłuchać wiadomość od Konrada Jezierskiego. Dziewczyna nie dawała jednak za wygraną.
- Przecież wiesz co – odpowiedziała urażona. - Zmienić postać. Mogę wyglądać, jak chcę! Nie na długo, ale mogę!
Przypomniał sobie, jak tej nocy, gdy pojawiła się u niego po raz pierwszy, błyskawicznie zmieniła wizerunek, by oszukać Darię. Nagranie pozostawione przez Konrada znów wyleciało mu z głowy.
- Myślę, że byłoby lepiej, gdybyś tego nie robiła – powiedział najbardziej nonszalanckim tonem, na jaki umiał się zdobyć w tej sytuacji.
- Jesteś beznadziejny, wiesz? – powiedziała zniechęcona, a jej postać powoli blakła. Tego efektu jeszcze Julian nie widział, dlatego też teraz gapił się bezczelnie z otwartymi ustami. – Myślisz, że nie wiem, że cały czas kombinujesz, jak tu się mnie pozbyć?
Wtedy przypomniał sobie, że przecież pierwszego dnia, gdy wtargnęła do jego domu, bez trudu czytała mu w myślach. Dlaczego tak łatwo wyrzucił ten fakt z pamięci? Dlaczego nie przyszło mu do głowy, że może wciąż stosować tę umiejętność?
- Ja nie… to nie o to chodzi! Chcę ci pomóc!
- Nie uda ci się – powiedziała z jakąś upiorną pewnością. – Nie w ten sposób. Ja nie odejdę.
Po tych słowach najzwyczajniej w świecie rozpłynęła się w powietrzu.
Julian został sam na środku salonu, kompletnie skołowany. Skoro wiedziała, a nie chciała odejść, nic dziwnego, że utrudniała mu życie. Ale dlaczego właściwie nie chciała? Jak to się miało do niezałatwionych spraw? Przecież chyba powinno jej zależeć na tym, żeby pójść dalej i nie błąkać się już po ziemskim padole, w zawieszeniu między życiem a śmiercią.
Gdy naciskał przycisk automatycznej sekretarki, zauważył, że drżą mu dłonie. Miał nadzieję, że wiadomość od Konrada poprawi mu nastrój i sprawi, że jego pożal się Boże śledztwo wreszcie ruszy z miejsca.
Nic z tego.
„Dobry wieczór” – zatrzeszczał głośnik. „Z tej strony Konrad Jezierski. Zgodnie z obietnicą sprawdziłem próbkę, jednak osoba, do której należy odcisk, nie figuruje w bazie danych. Mógłbym przeprowadzić analizę krwi, ale musiałbym mieć jakiś materiał porównawczy…”
Konrad mówił dalej, ale Julian już nie słuchał. Materiał porównawczy? Przecież nie da się pobrać próbki krwi od ducha!
Jedyną osobą, którą ewentualnie mógłby chcieć sprawdzić był Marcin. Julian zdawał sobie sprawę, że to idiotyczne i tak naprawdę nie ma żadnych podstaw do podejrzeń wobec kolegi, a jednak ta myśl nie chciała dać mu spokoju. A skoro jest taka możliwość, dlaczego się nie upewnić? Należało tylko jakimś sposobem postarać się o odrobinę jego krwi…
Odruchowo skasował wiadomość, zdecydowany następnego dnia zrobić wszystko, by zdobyć upragnioną próbkę, choćby w tym celu miał osobiście rozkwasić Marcinowi nos.

Rozkwaszanie nosa okazało się jednak nie mieć większego sensu, w obliczu informacji, jaką o piątej nad ranem przekazali Julianowi dwaj policjanci, stojący w progu z niezwykle poważnymi minami. Julian, wyrwany ze snu, potrzebował dłuższej chwili, by przeanalizować to, co usłyszał i w końcu przyjąć do wiadomości straszliwą prawdę, że Konrad Jezierski nie żyje – został zamordowany w parku, gdy wracał w nocy do domu z laboratorium.
Julian zszokowany wpuścił funkcjonariuszy do salonu, sam szybko włożył spodnie i podkoszulek i dołączył do nich, gotowy udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania. No, prawie wszystkie.
- Spotkał się pan z nim wczoraj wczesnym popołudniem – powiedział jeden z policjantów. – Zarejestrowały to kamery, zainstalowane przy wejściu do laboratorium.
- Tak, zgadza się.
- Po co pan do niego poszedł?
- Po nic szczególnego. – To była właśnie informacja, której nie zamierzał ujawniać, przynajmniej na razie. Zbyt wiele musiałby tłumaczyć i zbyt nieprawdopodobnie by to brzmiało. - Nie miałem żadnej sprawy. Chciałem wyciągnąć go na kawę. Powinien mieć akurat przerwę.
- Skąd panowie się znaliście?
Julian opowiedział pokrótce, jak doszło do tego, że nawiązali znajomość, potem pytano go jeszcze chwilę o charakter tej relacji.
- Czy gdy panowie widzieli się wczoraj, pan Jezierski mówił, że czegoś się boi? Sprawiał wrażenie, jakby coś go niepokoiło? Może był zdenerwowany?
- Nie – odparł Julian, zgodnie z prawdą. – Jak zawsze był wcieleniem spokoju. Czy… czy mają panowie jakieś podejrzenia, kto mógł to zrobić?
Policjant nie wydawał się oburzony pytaniem, nie wyglądało też na to, by chciał robić ze swoich podejrzeń jakąś wielką tajemnicę.
- Prawdopodobnie był to napad rabunkowy – powiedział.
- Choć dość dziwny – dodał drugi, bardziej sceptycznym tonem. – Nie skradziono portfela z pieniędzmi i kartami kredytowymi, ani cennego zegarka, natomiast ofiara nie miała przy sobie telefonu komórkowego, choć, jak już zdążyliśmy ustalić, pan Jezierski miał go przy sobie, wychodząc z laboratorium.
- Zabili go dla telefonu?! – wykrzyknął Julian, choć jego szok mniej był spowodowany samą informacją, co umacniającym się z chwili na chwile przekonaniem, że ta tragedia nie była przypadkowa.
- Nie dla takich rzeczy ludzie zabijali – mruknął bardziej ponury z policjantów.
- Pewnie ma pan rację – odparł Julian odruchowo. – Ale… Jezu! To… to straszne!
Sam już nie wiedział, czy bardziej ma na myśli samą śmierć znajomego, czy też, niewątpliwy jego zdaniem, związek tej śmierci z ostatnimi wydarzeniami.
- Czy wie pan coś o tym, by pan Jezierski miał w telefonie informacje, na których mogłoby komuś zależeć?
- Nie, chyba nie – odpowiedział Julian, prawie całkiem szczerze. – Nie byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Po prostu znajomymi. Nie wiedziałem nic o żadnych ważnych wydarzeniach z jego życia. Nie wiedziałem, co dokładnie robił w pracy. Mógł mieć w tym telefonie cokolwiek.
Chwilę później pomyślał, że to przecież prawda. Konrad był szefem policyjnego laboratorium. Mógł przez telefon przekazywać i odbierać ważne informacje, gromadzić notatki, a nawet robić nagrania rozmów i dobrej jakości zdjęcia. Julian przypomniał sobie, jak poprzedniego dnia potraktował go kolega – o nic nie pytał, nie okazując najmniejszej ciekawości, zgodził się na wyświadczenia przysługi, jakby robił takie rzeczy codziennie. Może faktycznie był wplątany w jakieś nielegalne interesy i przedsięwzięcia. Może wcale nie był tak nieskazitelnie uczciwy, jak się wydawał.
To było zdecydowanie bardziej wiarygodne, niż twierdzenie, że ktoś usunął Jezierskiego z tego padołu łez i zabrał mu telefon, by ukryć jego kontakty z Julianem. Zwłaszcza, że na ich ukrycie i tak nie było sposobu. A tym bardziej nie było powodu, by je ukrywać. Przecież, do cholery, spotkanie ze znajomym, wykonanie, czy odebranie telefonu jeszcze nie jest przestępstwem!
- Będziemy musieli przyjrzeć się wszystkim sprawom, przy których pracował – westchnął ponury policjant. – Skoro przestępcy nie wzięli pieniędzy, to albo ktoś ich spłoszył, albo byli zainteresowani wyłącznie telefonem. W tym drugim wypadku, prawdopodobnie mieli jakieś powody.
Julian był już niemal pewien, że ta sprawa nie ma z nim nic wspólnego. Co nie zmieniało faktu, że tragiczna śmierć Konrada pozostawiła go w głębokim szoku aż do wieczora.
Nie poszedł tego dnia do pracy. Cały dzień leżał w łóżku, czekając na pojawienie się Kornelii Adrianny. Nie sądził, by miała mu coś sensownego do powiedzenia, ale jeśli ktokolwiek z jego otoczenia miał powody, by pozbyć się Jezierskiego, to tylko ona. Albo jej ewentualny morderca, ale ta myśl była zbyt niepokojąca, by rozwinąć ją bez pogłębienia i tak już poważnej paranoi.
- To wszystko nie trzyma się kupy – mruknął do siebie, zniechęcony po kolejnej próbie znalezienia odpowiedzi na nurtujące go pytania.
- Co takiego?
Wzdrygnął się zauważalnie. Tym razem był zbyt zamyślony, by poczuć obecność ducha. Spodziewał się, że przyjdzie, ale i tak go zaskoczyła.
- Co, co? – burknął rozdrażniony. – To wszystko! Nie powinno cię tu być! Jesteś duchem, nie powinnaś się błąkać po ziemi! Ale nie wiem, jak to zakończyć. Próbuję ci pomóc, ale naprawdę nie ma nic, co mógłbym dla ciebie zrobić!
- Jest – powiedziała spokojnie.
Dopiero teraz rozejrzał się i dostrzegł, że znów przemawia z rzeźby chudego kota.
- Tak, wiem, mam się z tobą zaprzyjaźnić! – prychnął zniecierpliwiony.
- Tak, dokładnie – potwierdziła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Tylko to w niczym nie pomoże! Dzieją się różne dziwne rzeczy, od kiedy cię spotkałem. Dzisiaj… dzisiaj w nocy został zamordowany mój dobry znajomy. Wiesz coś o tym?
- Skąd mam wiedzieć?
- Możesz czytać w moich myślach. Na pewno wiesz, że poprosiłem kogoś o pomoc w twojej sprawie.
- O tym może i wiem – przyznała niechętnie. – Ale nie wiem, kto to był i czego od niego chciałeś. To nieważne. I tak się mnie nie pozbędziesz. Musimy się zaprzyjaźnić!

- Mam dosyć. Nie wytrzymuję. Ta dziewczyna… ten… ten duch doprowadza mnie do obłędu. Mam paranoję. Mam wrażenie, że wszystko jest powiązane z tą sprawą, chociaż, rozumując racjonalnie, właśnie nic nie jest powiązane z tą sprawą!
Julian bezładnie wyrzucał z siebie zdania, nerwowo obracając ciężką, kwadratową popielniczkę. Zdawał sobie sprawę, że wygląda i zachowuje się, jak obłąkany. Wiedziałby to i bez zdumionych spojrzeń, rzucanych przez barmana.
Robert siedział obok, nad nietkniętą szklanką z piwem i, swoim zwyczajem, uważnie słuchał, czekając z komentarzem, aż kolega skończy gadać. Ten jednak najwyraźniej kończyć nie zamierzał.
- Morderstwo! - jęknął. - Rozumiesz to?! Znałem tego człowieka! Widziałem się z nim przedwczoraj! Rozmawiałem! A teraz on... Cały czas myślę, że to przez tę sprawę. To moja wina! Gdybym tam nie poszedł, gdybym go nie poprosił...
Julian miał nadzieję, że Robert pocieszy go jakoś, powie, że to tylko straszliwy zbieg okoliczności, ale nic takiego się nie zdarzyło. Robert milczał.
- I jeszcze ta dziewczyna! - kontynuował Julian, coraz bardziej zrozpaczony. - Nic, tylko zaprzyjaźnić się i zaprzyjaźnić! Wie, że chcę się jej pozbyć, ale nic sobie z tego nie robi! Wyraźnie widać, że nie chce iść... dalej... no, tam, gdzie idą, no... Ona tam nie chce! Nie mam pojęcia, czemu chce zostać ze mną!
Robert nadal milczał. Julianowi zaczynało się to wydawać niepokojące, chociaż w ostatnich dniach wszystko mu się takie wydawało.
- No powiedz coś! - zażądał w końcu. - Tylko ty znasz całą sytuację! Co o tym wszystkim myślisz?!
- Zaczyna się robić poważnie – mruknął tylko Robert.
- No co ty nie powiesz...
- Może czas, żebyś wreszcie przejrzał na oczy.
- Że... Że co?! O czym ty mówisz?!
Robert nie odpowiedział. Rozglądał się dookoła, jakby chciał sprawdzić, czy nikt nie podsłuchuje. Julian odruchowo rozejrzał się również. Nie zauważył niczego podejrzanego, ale gdy znów wbił wzrok w swoje piwo, zamarł ze zdumienia. W pierwszej chwili nie bardzo wiedział, co właściwie ma przed oczami. Chciał odezwać się do Roberta, zapytać, co to ma być, do cholery, ale gdy się odwrócił, kolegi obok nie było. Julian błyskawicznie zlustrował wnętrze knajpy. Dostrzegł Roberta dokładnie w momencie, gdy ten opuszczał pomieszczenie.
Chciał zerwać się natychmiast i biec za nim, ale zmarnował dłuższą chwilę na zastanawianie się, co zrobić z przedmiotami, leżącymi sobie najspokojniej w świecie tuż przed nim, obok kufla z piwem. Ostatecznie zabrał je ze sobą, rzucił na kontuar banknot i nie czekając na resztę wybiegł, żegnany zdumionym spojrzeniem barmana.
Roberta jednak nie dogonił.
- Kurwa mać... kurwa... kurwa...To niemożliwe! Nie, na pewno nie! - mamrotał do siebie, idąc ulicą w stronę domu. Nie obchodziło go, że zachowuje się jak obłąkany. Bezmyślnie obracał w dłoniach zabrane z barowego kontuaru przedmioty i rozpaczliwie starał się cokolwiek zrozumieć.
Ten telefon... Julian nie musiał nawet sprawdzać listy kontaktów, wiadomości, zdjęć, czy notatek, by wiedzieć, do kogo należy. Samego aparatu zapewne by nie rozpoznał. Wszystkie te nowoczesne telefony wdawały mu się podobne, poza tym nie pamiętał nawet, czy kiedyś w ogóle widział komórkę Konrada Jezierskiego. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że drugim przedmiotem był zakrwawiony bilet widmo, nie mogło być mowy o pomyłce.
Dlaczego Robert podłożył mu te rzeczy ot tak, bez słowa, i wyszedł? I – co ważniejsze – jak wszedł w ich posiadanie?!
Jedyna logiczna odpowiedź była zbyt przerażająca, zbyt absurdalna, by w ogóle brać ją pod uwagę, a jednak... jednak...
* * *
Przez kilka następnych dni Robert nie pojawił się w pracy. Marcin odzywał się do Juliana tylko jeśli naprawdę musiał, przez resztę czasu konsekwentnie go ignorował. Kornelia Adrianna również zawiesiła swą upiorną działalność. Policjanci nie pojawili się więcej, Julian nie wiedział zatem, czy śledztwo w sprawie śmierci Konrada Jezierskiego posuwa się do przodu.
Po prostu, ot tak, nagle wszystko ustało. Jakby ostatnia rozmowa z Robertem i jego nieme przyznanie się jeśli nie do winy, to na pewno do czynnego udziału w całej sprawie, stanowiło sygnał do zakończenia tej całej szopki.
Julian nie wiedział, gdzie mieszka Robert. Nie miał nawet jego numeru telefonu, tak więc kontakt się urwał. Komórka Konrada i świstek, który badał, leżały schowane na samym dnie szafy w mieszkaniu Juliana. Ukrywając te przedmioty miał nadzieję pozbyć się choć trochę paranoi, która go ogarnęła, jednak wyraźnie się przeliczył.
Na początku chciał pójść na policję, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Ostatecznie nie byłby w stanie udowodnić choćby istnienia Roberta. Gdy zaczął się nad tym zastanawiać, odkrył ze zdumieniem, że nie zna nawet jego nazwiska! Z pewnością widział je kiedyś wydrukowane na identyfikatorze, ale w tej chwili za nic nie mógł sobie przypomnieć. Żeby znaleźć kolegę, musiałby prosić o pomoc szefa – ten chyba wiedział, kogo zatrudniał. Tyle że nie był pewien czy chce w tej chwili rozdmuchiwać sprawę. A raczej był pewien, że nie chce.
Dni mijały, a Julian trwał w tym idiotycznym zawieszeniu, nie mając pojęcia, co robić dalej. Próbował cieszyć się z tego, że duch dał mu spokój i wszystko wróciło do normy. Starał się żyć tak jak wcześniej, zanim to wszystko się zaczęło. Znów czynił wysiłki, by skontaktować się z Darią. W końcu nawet odebrała telefon, ale tylko po to, by powiedzieć mu, że nie zamierza z nim więcej rozmawiać. Czuł się do tego stopnia samotny, że parokrotnie zagadnął nawet Marcina w nadziei na niezobowiązującą pogawędkę, ale ten za każdym razem mruczał w odpowiedzi coś niezrozumiałego i oddalał się pospiesznie, rzucając podejrzliwe spojrzenia.
Julian zaczął dojrzewać do poważnych decyzji. Nic nie trzymało go w tej pracy, ani nawet w tym mieście. Sprawę mieszkania ciotki mógł spokojnie załatwić przez jej prawnika. Pewnie nie będzie zachwycona, ale trudno. I tak nie liczył na spadek.
Nierozwiązana tajemnica Kornelii Adrianny trochę go gnębiła. Czasem myślał o tym, gdzież to podziała się zjawa, gdzie się ulotniła tak nagle i bez słowa, mimo że wcześniej nawet słyszeć nie chciała o zostawieniu go w spokoju. Ale w końcu przez nią zginął człowiek. Prawdopodobnie przez nią. Może zrozumiała, że to nie żarty, przestraszyła się i odeszła, tam gdzie jej miejsce. Jej i jej podobnych straszydeł. Może... Julian przekonywał sam siebie, że wspomnienie niedawnych wydarzeń w końcu zblaknie, a wraz z nim odejdzie niemiłe przeczucie, że to jeszcze nie koniec.
- Tutaj się wszystko zaczęło i tutaj się skończy – mruknął do siebie, gdy razem z Marcinem wysiedli na ostatnim przystanku.
Było ciemno i cicho – dokładnie tak samo, jak wtedy.
- Hm? Mówiłeś coś? - zapytał Marcin niechętnie i łypnął na Juliana tym szczególnym spojrzeniem, w którym lęk mieszał się z odrazą.
- Co? Nie... Ja tylko... Właściwie... - Zawahał się. Niby dlaczego miałby nie powiedzieć? Przecież to żadna tajemnica. Wypowiedzenie leżało już na biurku kierownika. - Odchodzę – oznajmił po prostu.
Marcin wydawał się zaintrygowany.
- Odchodzisz? Jak to?! Kiedy?!
- Teraz. - Julian uśmiechnął się smutno i zrobił kilka kroków w stronę przejścia dla pieszych. - Właśnie w tej chwili.
Osłupienie na twarzy kolegi sprawiło mu pewną radość, zupełnie mimo woli. Nie czekał na reakcję. Odwrócił się i bez pożegnania ruszył przed siebie.
Nagle pomiędzy pojemnikami na śmieci dostrzegł jakiś ruch. Chwilę później był już pewien – ktoś krył się w cieniu i czekał, by podążyć jego śladem. Poczuł na plecach zimny dreszcz. Aż podskoczył, słysząc za sobą kroki.
- Julian!
Odwrócił się gwałtownie. Bardzo starał się kontrolować oddech.
- To się nie może tak skończyć. - Marcin dogonił go, a teraz stał przed nim poważny jak nigdy. - Nie możesz odejść bez wyjaśnienia.
- Nie ma czego wyjaśniać. - Julian nerwowo wzruszył ramionami, nie spuszczając wzroku z miejsca, w którym prawdopodobnie czaił się prześladowca. - Nie lubię tej pracy, tego miasta, nie mam tu nikogo. Chcę zacząć od nowa, gdzie indziej. Może...
Głos uwiązł mu w gardle, gdy z ciemności, którą tak usilnie próbował przebić wzrokiem, nagle wyłonił się człowiek. Wyszedł spokojnym krokiem i stanął w świetle latarni z rękami w kieszeniach płaszcza i z drwiącym uśmiechem na ustach.
- Nie o takie wyjaśnienie mi chodzi! - Marcin wydawał się coraz bardziej zdenerwowany. Zupełnie nie zwrócił uwagi na nieoczekiwane towarzystwo. - Muszę wiedzieć...
- Robert! - Julian zignorował Marcina i ruszył w stronę drugiego ze swoich kolegów z pracy, tego, którego o nic nie podejrzewał, którego uczynił swoim powiernikiem, którego zwyczajnie, po ludzku, polubił, a który oszukał go, ukrył przed nim swój udział w sprawie, być może przyłożył rękę do zabicia niewinnego człowieka... - Ty... Co tu robisz?!
- Julian! - W głosie Marcina słychać było panikę. - Julian, ja...
- Czekaj! - Julian przerwał mu, wciąż zbliżając się do nieruchomej postaci, stojącej pod latarnią. - Muszę porozmawiać z Robertem! Robert!
Julian był pewien, że ani na moment nie spuścił oka z kolegi, a nagle z przerażeniem zorientował się, że ten stoi gdzie indziej, niż chwilę wcześniej. Jak...?!
- Robert! - wrzasnął tak głośno, że aż z okna kamienicy wychynęła zbulwersowana staruszka. W innym mieszkaniu głośno zaszczekał pies.
Julian puścił się biegiem w stronę postaci, która stała bez ruchu, a jednak w jakiś niepojęty sposób wciąż się oddalała.
- Julian, zaczekaj! - wołał Marcin tyleż rozpaczliwie, co bezskutecznie. - Co ty wyprawiasz? - jęknął nie licząc już na to, że kolega go usłyszy. - Kto to, do cholery, jest Robert?!

Nie dawał się dogonić, ale jednocześnie nie zamierzał zniknąć mu z oczu. Pojawiał się za każdym razem coraz dalej, zmuszając Juliana do wyczerpującego biegu. Julian nie patrzył, dokąd podąża, dlatego też zdziwił się, gdy dostrzegł, że dobiegli aż pod jego kamienicę.
Robert stał w drzwiach prowadzących na klatkę schodową, jakby nie mógł się zdecydować, czy wejść do środka, czy nie. Dopiero, gdy Julian zrobił krok w jego stronę, postąpił wreszcie do przodu i zagłębił się w ciemność. Julian pobiegł za nim. Widział go na schodach tuż przed sobą, a jednak – choć pędził co sił w nogach i przeskakiwał po trzy stopnie – wcale się do niego nie zbliżał.
Dotarli tak pod drzwi mieszkania Juliana. Robert zatrzymał się przed nimi i nagle po prostu zniknął.
Julian został sam na ciemnej klatce. Spróbował się uspokoić i rozsądnie zinterpretować to, czego przed chwilą był świadkiem. Dawniej natychmiast uznałby wszystko za przywidzenie i skutek przepracowania, teraz jednak był pewien, że widział Roberta, a raczej zjawę, która pod taką postacią się ukazywała. Bo że Robert nie był człowiekiem zdawało się oczywiste. Julian wręcz dziwił się, że wcześniej tego nie zrozumiał.
Gdy wychodzili razem, Robert nigdy nie pił swojego piwa, nawet nie dotykał szklanki. Julian nie mógł sobie przypomnieć, by w ogóle kiedykolwiek dotykał czegokolwiek, by w jego obecności operował jakimkolwiek materialnym przedmiotem. Nie kontrolował biletów razem z nim i z Marcinem, nie rozmawiał z ludźmi, nigdy nie wypisał mandatu. Pojawiał się i znikał kiedy chciał, notorycznie olewał obowiązki kontrolera bez żadnych konsekwencji. Do tego jeszcze dziwne spojrzenia ludzi, gdy Julian rozmawiał z Robertem w miejscach publicznych i zachowanie Marcina, który zdawał się uważać Juliana za wariata... Wszystko to prowadziło do konkluzji jasnej i oczywistej. Inni ludzie przez cały ten czas w ogóle nie widzieli Roberta!
Ale jaki mógł być jego cel? Nie wyglądało na to, by dążył do czegokolwiek. Przez większość czasu tylko siedział i słuchał. Gdyby zależało mu na tym, by Julian coś zrobił – bądź czegoś nie robił – miał mnóstwo okazji, by udzielić mu „rady”, nakłonić do postąpienia w określony sposób, ale nie, nigdy nawet nie spróbował.
Był tylko jeden sposób, żeby to wszystko wyjaśnić. Julian musiał wejść do mieszkania. Wiedział, że Robert tam na niego czeka.
Ręce trzęsły mu się, gdy otwierał drzwi, a serce łomotało tak, że czuł je gdzieś w okolicach gardła. Ledwie trzymał się na nogach i przelotnie pomyślał, że grubą przesadą byłoby stracić przytomność, stojąc tuż u progu tajemnicy.
Odetchnął głęboko i włączył światło.
Korytarz był pusty. Robert musiał być w którymś z pokoi. Julian nie miał ochoty robić obchodu i natknąć się na niego gdzieś w półmroku, dlatego zawołał go cicho raz, potem drugi. Gdy nie uzyskał odpowiedzi uznał, że nie ma wyjścia. Musiał ruszyć w głąb mieszkania. Abstrahując już od poszukiwania zjawy, nie mógł przecież spędzić reszty nocy w przedpokoju.
Udał się najpierw do swojej klitki, potem poszedł do kuchni i łazienki. W każdym z pomieszczeń zostawiał zapalone światło. Z początku był systematyczny. Obszedł wszystkie pokoje, włączył lampy, rozglądał się uważnie. Chwilę później złapał się na tym, że biega bezładnie po domu, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce szukać widma, czy może się przed nim ukryć. Nie mogąc znieść panującej dookoła ciszy, zaczął w panice nawoływać Roberta – nadal bez skutku.
Zatrzymał się pośrodku jednego z pokoi, dysząc ciężko. Wyglądało na to, że w mieszkaniu nie było nikogo, prócz niego. Robert, kimkolwiek – lub czymkolwiek – był, zażartował sobie z niego.
Nagle dostrzegł jakiś ruch w ciemnym kącie pokoju. Serce zaczęło łomotać jeszcze mocniej, choć myślał, że to niemożliwe.
Tak, to on.
Był tam, czekał w ciemności.
W pierwszym odruchu Julian chciał uciec. Wybiec z mieszkania i już nigdy nie wrócić, choćby miał zamieszkać na dworcu. Ale w końcu nie po to zdecydował się na tę konfrontację, by z niej w ostatniej chwili zrezygnować.
Powoli, na drżących nogach, zrobił kilka kroków.
I roześmiał się histerycznie z własnej pomyłki.
Stał naprzeciw ściany i z napięciem wpatrywał się... we własne odbicie. Na śmierć zapomniał o zamiłowaniu ciotki do dużych luster!Śmiał się dalej, zrzucając z siebie cały strach, całe napięcie towarzyszące mu tego wieczora.
Ale jego odbicie nie śmiało się wraz z nim.
Wreszcie to zauważył. Wytrzeszczył oczy, wpatrując się w lustro z przerażeniem. Odbicie mrugnęło do niego i uśmiechnęło się kącikiem ust, choć on z całą pewnością nie zrobił niczego podobnego.
- No, usiądź – powiedziało głosem Roberta. A może nie? Może to był jego, Juliana, własny głos? - Co tak będziesz stał? - Ruchem głowy wskazało stojący w pobliżu fotel.
Julian nie ruszył się z miejsca.
- Ty... - jęknął słabo... To... to ty?
- Nie – odbicie wydawało się rozbawione. - Ja to nie ja. Ja to ty.
- Zawsze... zawsze tak wyglądałeś?
- Nie, chyba nie. Wcześniej widziałeś mnie inaczej.
Julian próbował sobie przypomnieć, jak właściwie wyglądał Robert, ale nie mógł. Zwyczajny. Tylko tyle był w stanie powiedzieć. Absolutnie przeciętny, z tych, co nie zapadają w pamięć. Usiłował przypomnieć sobie jego twarz. Bezskutecznie.
- To dlaczego teraz widzę cię... tak?!
- Bo zaczynasz sobie przypominać.
Przypominać? Ale...
Tak, były tam gdzieś, na obrzeżach umysłu. Niewyraźne migawki, chaotyczne sceny, jak urywki z kiepskiego filmu grozy. Była noc, młoda kobieta, kamień, krew, krzaki koło zajezdni tramwajowej i twarda ziemia, w której tak trudno wykopać odpowiednio głęboki dół. Była czyjaś sylwetka w ciemności, w końcu nagły błysk i pustka. Pustka.
A potem był on.
Nadal bezczelnie uśmiechał się ze zwierciadła.
- Wyparłeś wszystko ze swojego umysłu – powiedział z jakąś upiorną łagodnością, jakby tłumaczył wyjątkowo mało pojętnej osobie coś oczywistego. - Ale nie udało ci się zapomnieć do końca. Nie chciałeś zapomnieć. Stworzyłeś sobie mnie, jako archiwum własnych wspomnień a im więcej ze mną rozmawiałeś, tym większy zyskiwałeś do nich dostęp. Wtedy, w pubie, zrozumiałeś wreszcie, że prowadząc śledztwo, działasz na swoją szkodę, choć nie potrafiłeś jeszcze sprecyzować, dlaczego.
- Ten telefon i bilet...
- Miałeś je cały czas przy sobie. Po prostu wyjąłeś je z kieszeni i spojrzałeś na nie, że tak powiem, świeżym okiem. Już zaczynało do ciebie docierać, chociaż bardzo powoli.
- Zabiłem... Zabiłem Konrada Jezierskiego?!
- Tak. Tej nocy, gdy poszedłeś dookoła, żeby ominąć ciemne podwórko. Kilka godzin po zleceniu mu zadania. Niemal tuż po tym, jak nagrał ci wiadomość. Zabiłeś go, broniąc się przed samym sobą, przed tą rozczulająco szlachetną częścią twojej natury, której zachciało się walki o prawdę, która nie przyjmowała do wiadomości, że mogłeś zrobić coś takiego.
- Co... co ja...?
- Przecież już pamiętasz.
Pamiętał.
- Gdyby ci się nie ukazała, może nigdy nie zacząłbyś ze mną rozmawiać i nie przypomniałbyś sobie – kontynuował Robert-Julian. - Ale zjawa poruszyła jakąś strunę, wywołała mgliste skojarzenie. I wtedy zwróciłeś się do mnie. Czyli do siebie. Do tej części siebie, która pamiętała.
- Powiedziałeś mi, że ona chce załatwić niedokończone sprawy...
- Bo chciała. Była chora psychicznie, uzależniona od narkotyków. Tej nocy prawie nie było z nią kontaktu. Powtarzała tylko, że jest samotna i chce się zaprzyjaźnić. Z tą myślą umarła. To była jej niedokończona sprawa.
- Nie mogła mi powiedzieć?!
- Że co? Że ją zabiłeś? A uwierzyłbyś? Poza tym ona chyba o tym nie wie. Nie zarejestrowała momentu śmierci. Pamiętasz? Była zdziwiona, że nie żyje. Nie, ona nie wie, że jesteś jej mordercą. Dla niej jesteś chłopakiem, z którym chciała się zaprzyjaźnić.
- Teraz, kiedy sobie... przypomniałem, ona się dowie. Jeśli się jeszcze pojawi, oczywiście. Przecież umie czytać w myślach. Może mi zrobić coś złego!
- Może. A może wcale nie będzie jej to przeszkadzać – powiedziało odbicie w zamyśleniu, wpatrując się w coś za plecami Juliana.
Ten odwrócił się gwałtownie.
Kornelia Adrianna stała tuż za nim. Miała nieodgadniony wyraz twarzy, ale Julian nie wątpił, że wszystko słyszała.
- Obojętne mi to – powiedziała w końcu apatycznie. - Nie byłam zbyt przywiązana do życia. Tak jak jest, jest nawet lepiej. Nadal możemy się przyjaźnić.
Julian jeszcze raz spojrzał w lustro. Odbicie nie dało mu żadnej wskazówki, nie odezwało się do niego. Znów było zwyczajnym odbiciem, wiernie powtarzającym ruchy i nie przejawiającym żadnej samowolnej aktywności.
W pierwszej chwili Julian poczuł się opuszczony, pozostawiony sam na sam z duchem dziewczyny, którą pod wpływem irracjonalnego kaprysu zabił pewnej letniej nocy przy zajezdni tramwajowej. Chwilę później jednak wypełniło go zupełnie inne uczucie, dla odmiany pozytywne.
Wreszcie poczuł się sobą. Odnowił połączenie z ciemną stroną swojej natury i wreszcie był pełnym człowiekiem.
Teraz pamiętał wszystko dokładnie. Pamiętał Kornelię Adriannę, stukniętą ćpunkę, która ledwie kojarzyła, kim jest. Te dwa imiona podawała najczęściej i tak ją z Marcinem nazywali. Oczywiście nigdy nie mała biletu, ale wykłócanie się z obłąkaną było pozbawione sensu, więc w końcu nawet Marcin dał sobie spokój, zwłaszcza, że nie wyglądała na kogoś, kto może zapłacić jakikolwiek mandat. Nic o niej nie wiedzieli. Chyba miała jakiś dom, bo była raczej czysta, choć jej ubranie wyglądało na stare i znoszone. Nigdy nie widzieli jej w towarzystwie. Zawsze była sama i po prostu jeździła tramwajami. W nocy wysiadała na ostatnim przystanku i odchodziła. Nikogo nie interesowało, dokąd.
Tamtej nocy, dwa miesiące temu, Julian obudził się w zajezdni w zamkniętym wagonie, a naćpana dziewczyna drzemała na ostatnim siedzeniu. Ostatecznie udało im się wydostać, ale wariatka, ku irytacji Juliana, nie chciała się od niego odczepić. Nie wiedział, co w niego wstąpiło. Patrzył na nią - naćpaną, skołowaną, słuchał jej irytującego głosu i nienawidził jej z każdą chwilą bardziej. Był wściekły, a ona uosabiała w tamtej chwili wszystkich wkurwiających ludzi, którzy go olewali, nie szanowali i zupełnie bez powodu zatruwali mu życie. Patrzył na nią i widział cały syf i całe plugastwo tego świata.
Odepchnął ją, gdy uwiesiła się jego ramienia. Upadła i uderzyła głową o kamień. Miał nadzieję, że straci przytomność, albo przynajmniej odechce jej się cholernej „przyjaźni”, ale nic z tego. Zaczęła gramolić się z ziemi.
I wtedy poczuł, że nie może pozwolić jej wstać, że nie może pozwolić, by taka osoba, takie... ścierwo...
Przestał nad sobą panować. Chwycił kamień, ten sam, na który wcześniej upadła, i uderzył ją. Raz. Potem drugi. Tłukł bez opamiętania. Już nie ją. Tłukł Marcina, który zostawił go śpiącego w wagonie, kierowcę, który nie sprawdził tramwaju, tłukł wkurwiających pasażerów, Darię, która nim gardziła, ciotkę, która zrobiła sobie z niego psa stróżującego, sąsiadów, przechodniów na ulicy, wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek źle go potraktowali. W końcu tłukł samego siebie za to, że tak bardzo się nienawidził.
Gdy wytłukł już z siebie całą złość, znalazł pod ogrodzeniem jakieś stare, zepsute sprzęty zarastające powoli trawą, ale od biedy nadające się do wykopania prowizorycznego grobu. Zakopał zwłoki przy krzakach, z dala od świateł latarni. Do dołu wrzucił również kamień, który wcześniej wytarł bluzą zabitej dziewczyny. Potem porządnie przekopał ziemię w miejscu, gdzie rozchlapał krew. Wszystko działo się na tyłach zajezdni, w zaroślach, tuż pod siatką, więc nie sądził, by ktoś miał zauważyć jego makabryczną „grządkę” i zainteresować się nią głębiej.
Nagle dostrzegł jakąś postać. Gdy lepiej się przyjrzał, okazało się, że to Marcin. Chyba przypomniał sobie, że zostawił Juliana w tramwaju i przygnały go wyrzuty sumienia.
Nawet teraz, gdy Julian już wszystko sobie przypomniał, nie był pewien, co Marcin tak naprawdę wtedy zobaczył i co wie. Podejrzewał, że coś na pewno, skoro tak usilnie przestrzegał go przed drążeniem tej sprawy. Bo to o to musiało chodzić. To nie Marcin miał coś na sumieniu. On tylko dziwił się, dlaczego Julian odgrzebuje historię, którą powinien raczej chcieć ukryć przed całym światem.
No jasne, że się dziwił. Julian uśmiechnął się krzywo na wspomnienie swoich desperackich wysiłków. I jasne, że się bał, pomyślał. Ciągle gadałem do siebie i upierałem się rozwiązać zagadkę zabójstwa, którego sam byłem sprawcą.
Po wszystkim wrócił do domu i spalił zakrwawione ubranie. Wszystko robił z przerażającą precyzją. Nie przypominał sobie, by czuł wyrzuty sumienia, czy głęboką potrzebę natychmiastowego oddania się w ręce policji. Nie, nic z tych rzeczy. Nie czuł nawet zwykłej paniki. Przeciwnie, był spokojny, jak nigdy. Przelał w ten czyn całą swoją złość i po raz pierwszy od dawna poczuł się wolny i szczęśliwy.
Tyle, że następnego dnia niczego nie pamiętał. Obudził się jak co dzień i jak co dzień poszedł do pracy. A tam okazało się, że do ich zespołu dołączył dziwny, nowy kolega, który do nikogo się nie odzywał i nie wykonywał swoich obowiązków. Marcin starał się zachowywać normalnie. Pewnie wmówił sobie, że nic takiego nie widział. Wszystko było jak zwykle.
A potem znów obudził się w zajezdni w zamkniętym wagonie, a naćpana dziewczyna drzemała na ostatnim siedzeniu...
Teraz stała tuż za nim, oznajmiwszy przed chwilą, że nadal chciałaby się z nim przyjaźnić.
Odwrócił się w jej stronę.
- Naprawdę? - zapytał.
- Tak, odpowiedziała po prostu. - Ja już nie chciałam żyć. Dobrze zrobiłeś. Chyba nawet chciałam, żebyś to zrobił.
Popatrzył na nią uważnie. Może... może to mogło się udać?
Teraz, gdy już poukładał sobie wszystko w głowie, cudowne uczucie spokoju i wyzwolenia powróciło. Przypomniał sobie, że nie musi przejmować się nikim, ani niczym. Wyładował już swoją złość. Wtedy.
To dzięki niej zyskał spokój.
A ona dzięki niemu – upragnioną śmierć.
Wiedział, że musi wyjechać. Teraz przynajmniej nie będzie sam.
Pozostała do zrobienia jeszcze tylko jedna rzecz.
Odkąd zintegrował się sam ze sobą, odkąd zaledwie chwilę temu wyzbył się złości i frustracji, dzięki przypomnieniu sobie swojego katharsis, nie odczuwał już nienawiści do nikogo, ale Marcin i Daria musieli zniknąć. Marcin najpewniej widział go w zajezdni w noc zabójstwa, a Daria spotkała Kornelię Adriannę u niego w mieszkaniu. Skojarzy ją, gdy ktoś wreszcie zacznie jej szukać na poważnie. Nie mógł na to pozwolić, to pewne. Bolał już nad śmiercią Konrada Jezierskiego, którego sam wciągnął na scenę, by go z niej potem zepchnąć i czuł szczery żal na myśl o czekającym go ostatnim zadaniu, zwłaszcza, że z Darią spędził kilka nie najgorszych lat, a Marcin ostatecznie okazał się w porządku – nie wydał go, a nawet próbował ostrzegać.
Uśmiechnął się smutno do stojącej obok zjawy. Ta odwzajemniła uśmiech, dodając mu otuchy.
Wszystko będzie dobrze, mówiły jej oczy.
Przed nami nowe, wspaniałe życie.


KONIEC

Na koniec, prócz powtórzenia, że wstyd mi za nagłe zniknięcie i pozostawienie tekstu na tak długo, chciałabym rzec jeszcze, że bardzo mi przykro, że zawiodłam Kassandrę w kwestii ciotki ;)
Ciotka była mi potrzebna tylko dlatego, że mojego ducha wyobrażałam sobie właśnie w takiej scenerii - w starej kamienicy w pokojach zastawionych starymi meblami, bibelotami, z obrazami na ścianach, wzorzystymi serwetami i abażurami. W innym otoczeniu nie chciał mi się "objawić", takiego klimatu ode mnie żądał i już. Tyle że bohater jest żyjącym w zasadzie samotnie młodym mężczyzną i nie mogłam wymyślić żadnego logicznego powodu, dla którego miałby rezydować w tak szczególnym lokalu. Stąd ciotka.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Coffee » 18 września 2014, 22:21

Poskładałam całość do kupy z wydruku, który nie dość, że był nie po kolei, to jeszcze bezlitośnie zmaltretowany, bo sprzęt postanowił zakrztusić się kartką. Doceń determinację.

Masz bardzo przezroczysty styl. Wbrew pozorom to nie jest inwektywa. Piszesz w taki sposób, że narrator w ogóle nie rzuca się w oczy. W żaden sposób. To niby jest trzecioosobowa spresonalizowana, ale tej personalizacji nie czuję. Przy czytaniu - procesie czytania - na pierwszy plan wypływa przede wszystkim akcja. Nie wchodzisz w żadne stylistyczne sztuczki, nie gimnastykujesz się szczególnie ze zdaniami. Jest prosto i przejrzyście. Dzięki temu można się w pełni skupić na fabule i interakcjach bohaterów.

No dobra, może wyjdę na buca i idiotkę, myląc autorów. Ale wydaje mi się, że czytałam kiedyś już coś Twojego - opowiadanie o lasce, która miała nieusuwalne lustro w domu. (Jeśli się pomyliłam, to olej i nie czytaj dalej, a ja rano wyedytuję posta z nadzieją, że nikt tego nie widział). Wróciło do mnie mniej więcej w połowie czytania "Ostatniego...", bo struktura jest identyczna. Podstawę stanowi paranormalna sytuacja, która stopniowo nabiera coraz więcej cech horroru, a na końcu jest plot twist z dużą, bardzo dużą ilością ekspozycji. Raz to działa. Drugi raz niekoniecznie. Może gdyby było więcej poszlak prowadzących do tego zakończenia; mocniejsze powiązanie śladów z faktami. Na przykład sam Julian nie sprzedaje mi się jako ktoś, kto jest 1. ofiarą takich podłości, że aż go to popycha do morderstwa 2. zwyczajnie niebezpieczny. A to dość poważny problem, bo cały plot twist opiera się na nim. W rezultacie nie ma tego wrażenia "ooch! Jak mogłam tego wcześniej nie widzieć!", tylko coś w stylu "Hmm... Noo dooobra, ale...". Wydaje mi się, że kilka więcej hintów by nie zabolało spójności.
Julian ma też inny problem, mianowicie chodzenie w zaparte. Ja rozumiem problem z opisywaniem racjonalizacji, z faktem, że głęboko zagrzebał koszmar, całe to kurczowe trzymanie się racjonalnych wymówek... Ale brakuje tu zdecydowania. Sytuacja po śmierci Jezierskiego: według własnych słów, Julian popadł w paranoję, uwierzył już w ducha. I mimo własnych zapewnień o paranoi, nie wierzy, że Konrad kapnął przez tą sprawę. Pojawia się nieznaczny dysonans - jakbyś Ty, jako autorka, próbowała z góry rozpisać każdy możliwy kontrargument czytelnika. Na zasadzie "Ktoś mi powie, że Julian mógł się zachować racjonalnie, więc niech się najpierw zachowa racjonalnie, a potem jedziemy z fabułą." Nie wiem, czy tak do tego podeszłaś, tak mi to tylko pachnie. Ale grunt, że jedzie po klimacie.

Czy policja przyszłaby spisać zeznania o piątej nad ranem do kogoś, kto nie jest nawet podejrzany?

Pod koniec bardzo mocno liczyłam na to, że duch Kornelii Adrianny również okaże się wymyślony przez Juliana. Takiego comba jeszcze nie widziałam.

Ogólnie na początku trochę mi się to kojarzyło z "The Horribly Slow Murderer with the Extremely Inefficient Weapon", a potem bardzo mocno z "Shutter Island". Drugie skojarzenie oczywiście miało więcej mocy i uzasadnienia ;) Nie powiem, że czytałam bez przyjemności, bo jednak łyknęłam na jeden raz, ale tekst ma swoje niedociągnięcia. Niemniej, przede wszystkim - gratulacje za skończenie całości i fajnie, że wróciłaś! :D :c[]:
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [kontynuowane]

Post autor: Siemomysła » 19 września 2014, 13:10

Dzień dobry!

Na sam początek: jak ja się bardzo cieszę, że się jednak dowiedziałam JAK TO SIĘ SKOŃCZY! :D
Zacznę od wrażeń technicznych: nie znalazła żadnego miejsca, żadnego zdania, gdzie coś bym chciała poprawić, gdzie coś bym mnie ugryzło. Jest bardzo klarownie, przejrzyście, mam wrażenie swoistej perfekcji w budowaniu zdań. Zdają mi się być równe, wyważone, precyzyjne. Opowiadasz historię niczym kronikarz. Tak, to chyba dobre porównanie. Dostaję klarowną historię, a na koniec coś, co każe mi się na chwilę zatrzymać i w pewien sposób mrozi mi serce.

Wiesz - w tej końcówce Julian okazuje się psychopatą. Planuje na chłodno, myśli zasadniczo tylko i wyłącznie o sobie. Przyjmuje bez żadnych wątpliwości prawdę o sobie, od której coś przecież kazało mu uciekać, skoro tak dokładnie to wyparł, a także której coś kazało mu poszukiwać, skoro stworzył drugą osobowość, prawda?

Owszem miałam swoje podejrzenia co do Roberta. Kombinowałam w różne strony, od tej, że faktycznie stara się pomóc, poprzez to, że jest ofiarą ducha i to, że to on coś duchowi zrobił, gdy ten był jeszcze żywy. Twoja prawda też się pojawiła w moich pomysłach, lecz dość późno - mówiłam o tym na szałcie, że przyszedł moment, podczas czytania tej ostatniej części, gdy moja głowa spuchła od wszystkich możliwości.

Ten moment ostatniego "wspólnego" picia piwa. Ten moment tuż przed "położeniem" na blacie stolika rzeczy. I to narastało potem, choć ucięłaś wątek gwiazdkami. To wrażenie postrzegam jako plus, moja czytelnicza niepewność, potęgowała ciekawość i ja po prostu chciałam już wyjaśnienia, odpowiedzi na pytanie, w którą stronę teraz.

Co mnie zadziwiło, to Marcin - a może nie zadziwiło, nieco przeraziło i zasmuciło, że on przecież jakby nie było był świadkiem i krył kolegę, który zwyczajnie zamordował człowieka. Nawet jeśli nie widział wszystkiego, jeśli nie mógł być pewny, to późniejsze zachowanie Juliana, mogło mu przynieść refleksje i domysły. W jakiś sposób mnie przeraża ta obojętność na los jakiejś tam ćpunki to raz, ale przede wszystkim swoista obojętność na niemoralny czyn Juliana. To jakby zgoda na to, że jeden człowiek może decydować o wartości życia innego człowieka. Postać niby poboczna, a chyba wzbudziła we mnie najwięcej myśli.

Jeszcze kwestia Jezierskiego. Przyznam, że musiałam wrócić do trzeciej części, bo wyskoczył na mnie nieco znienacka, ale fakt, Julian miał do kogoś dzwonić. W sumie taka tragiczna postać, pojawia się, by umrzeć, by stać się przyczynkiem do rozwiązania zagadki. Trochę chyba on mi nie zagrał. To, że nic o nim nie wiemy, zostało bardzo dobrze obudowane niewiedzą Juliana, mocno wypunktowane przez autora i tu sięgnę do komentarza Thorin - to wygląda jakbyś się bardzo dobrze zabezpieczała przed uwagami czytelnika, który mógłby uznać, iż człowiek jest dziwny, kto się zgadza od ręki na takie rzeczy dla znajomego, bo nie kumpla, czy przyjaciela. Informujesz, że Juliana też to dziwi, więc niby jest w porządku, ale jakiś alarm jednak wyje. Jakieś ziarenko wdarło się w tryby sprawnie kręcącej się machiny.

Tutaj z kolei ten fragment, o którym mówiłam a propos wyjaśniania oczywistości:
Julian zszokowany wpuścił funkcjonariuszy do salonu, sam szybko włożył spodnie i podkoszulek i dołączył do nich, gotowy udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania. No, prawie wszystkie.
- Spotkał się pan z nim wczoraj wczesnym popołudniem – powiedział jeden z policjantów. – Zarejestrowały to kamery, zainstalowane przy wejściu do laboratorium.
- Tak, zgadza się.
- Po co pan do niego poszedł?
- Po nic szczególnego. – To była właśnie informacja, której nie zamierzał ujawniać, przynajmniej na razie. Zbyt wiele musiałby tłumaczyć i zbyt nieprawdopodobnie by to brzmiało. - Nie miałem żadnej sprawy. Chciałem wyciągnąć go na kawę. Powinien mieć akurat przerwę.

Jeszcze coś jak garść wniosków ogólnych: Ostatni Przystanek to jak dla mnie dobrze napisana opowieść, która mogłaby być lepsza. Jest w niej coś, co kojarzy mi się ze sterylnością, to takie dziwne. Bo nie jestem do końca w stanie ocenić, czy to plus, czy minus. Chyba jednak plus. Bo ta sterylność (rozumiana jako uporządkowanie, dokładność, biel, chrom i szkło - wiesz widok gabinetu lekarskiego) wcale nie powoduje, że łatwo się w tekście odnaleźć, że zakończenie jest przewidywalne i że tak samo sterylne są moje wrażenia i myśli po przeczytaniu. Więc tak - plus. Sam tytuł, wiesz, na fali ostatnich zabaw w interpretacje, przychodzi mi do głowy, że zakończenie to jest dopiero Ostatni Przystanek. Z niego już tylko podróż do piekła, taka niekończąca się właściwie.

Cieszę się, że mogłam przeczytać i że nie zostawiłaś mnie bez zakończenia. I liczę na kolejne teksty :D
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Kimchee » 20 września 2014, 19:00

Cieszę się, że wróciłaś i dokończyłaś opowiadanie, bo naprawdę czytało się bardzo dobrze. "Ostatni przystanek" bardzo mi się podobał, spędziłam na lekturze miłych chwil, jednak jestem daleka od zachwytów, bo doskonale znam ten schemat. Nawet kiedyś napisałam coś podobnego.

Przez cały czas czytania miałam nadzieję, że historia skończy się jednak inaczej, a jednak. to nie jest jakiś duży zarzut, bo ja ten schemat bardzo lubię - podobał mi się w "Mechaniku", "Shutter Island", o którym pisała Thorin i jeszcze paru innych filmach. Tu jednakże mamy innowację w postaci prawdziwego ducha, ale mam do niej ambiwalentny stosunek. Za to w pewnym sensie zaskoczył mnie Robert - raz, że mi się podobał jako postać, dwa - teraz pewne kwestie są dla mnie bardziej zrozumiałe.

Piszesz dobrze, bardzo polubiłam Juliana, zjawa także spełniła swoje zdanie - tak, irytowała tym ciągłym "zaprzyjaźnianiem się", ale chyba tak miało być. Tak więc na styl narzekać nie mogę, tylko klimat siadał, im dalej czytałam. Były co prawda przebłyski, ale po początku spodziewałam się czego mocniejszego.

Żałuję, że wątek ciotki nie doczekał się rozwinięcia :(

Teraz jeszcze jedna taka mała uwaga:
Julian poznał go na komendzie policji, gdzie pewnego razu, wraz z Marcinem, dowiózł – nie bez trudności – wyjątkowo kłopotliwego pasażera.
Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, kiedy para kanarów własnoręcznie odwozi delikwenta na policję, raczej przytrzymaliby go w tramwaju i zadzwonili po policjantów. W dodatku wspominasz o trudnościach. Tak, dla mnie ten motyw jest całkowicie nie do kupienia.
Wątpliwości miałam też - i chyba nie tylko ja jedna - przy wizycie policji w domu głównego bohatera.

No i zakończenie. Na początku obawiałam się jakiegoś nadmiernego moralizatorstwa. Potem... No cóż, ten zamiar pozbycia się dziewczyny i Marcina jakoś nie pasuje mi do Juliana. Ok, wiem, że przez prawie całą akcję opowiadania mamy do czynienia z tą jego lepszą stroną, zrodzoną z wyrzutów sumienia. Nie widzę nic, co świadczyłoby, że przed nieumyślnym spowodowaniem śmierci dziewczyny z tramwaju był jakoś szczególnie zdegenerowany. Jest tylko zabójstwo faceta z laboratorium, ale to wygląda bardziej na impuls, niż zimne wyrachowanie, jakie pojawia się pod koniec. No, ale może za bardzo się czepiam ;)

Życzę kolejnych udanych tekstów.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: nuklearna_wiosna » 22 września 2014, 04:52

Dzięki Wam za komentarze, dobre kobiety! :)

Zabieram się do tej wypowiedzi piąty raz i ciągle nie mogę jej ogarnąć, więc wybaczcie, jeśli będzie chaotycznie, ale tym razem wrzucę post, choćby nie wiem co, bo to już zaczyna wyglądać, jakbym była zmierzłym bucem i nawet nie chciała podziękować i odnieść się do komentarzy.

Na początek ogólna autorefleksja.
Wygląda na to, że ta językowa "sterylność" powoli urasta do rangi mojego znaku rozpoznawczego, bo nie Wy pierwsze zwracacie mi na to uwagę. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Myślę, że to zależy od charakteru tekstu. Tak, czy inaczej mam już tego świadomość i wiem, że powinnam pracować nad scenami emocjonalnymi, żeby były bardziej no, emocjonalne :D i pozwolić bohaterom czasami więcej czuć, niż myśleć.
Co może być z początku trudne, bo to o czym mówiłyście, to rozpisywanie sobie na zapas kontrargumentów, jest faktem, z którego zresztą zdaję sobie sprawę, a który wynika z mojego charakteru i z moich doświadczeń jako odbiorcy. Sama zawsze się złoszczę, gdy bohater, o którym czytam, zbyt łatwo wierzy, że nadnaturalne zjawiska, które go spotykają są - no właśnie - nadnaturalne. Tak samo mnie wkurza, jak nie przemyśli wszystkich aspektów sytuacji. Tak więc to całe racjonalizowanie na siłę i analityczne podejście Juliana to nie tyle odbijanie przyszłych argumentów czytelnika, ile moich własnych. To ja jestem swoim najbardziej czepialskim czytelnikiem ;)
Osobiście wolę bohatera niekonsekwentnego, takiego, który zmienia zdanie z bzdurnych powodów, potrafi się na jakiejś myśli irytująco zafiksować, który zgrzyta, którym chciałoby się czasem potrząsnąć, niż takiego, który szybko tworzy sobie jasny ogląd sytuacji, obiera jeden sposób działania i trzymając się go podąża z punktu A do punktu B i tak dalej. Ale uświadomiłyście mi, że w drugą stronę też można przesadzić.
Oczywiście Julian ma fabularnie uzasadniony powód, by nie chcieć uznać oczywistych faktów i samemu sobie przeszkadzać w śledztwie, ale nie było moim celem zanudzanie, ani nadmierne irytowanie czytelników jego oślim uporem. Fakt, chciałam, żeby rzucił się w oczy - w końcu był rodzajem wskazówki - ale nie do tego stopnia, by wkurzyć, czy zniechęcić do czytania.

Co do samego bohatera, to chyba nie do końca udało mi się przedstawić to, co faktycznie się z nim dzieje. Jak nie trzeba, to jestem mało subtelna i tłumaczę, jak krowie na granicy, a jak przydałoby się może coś uściślić, to się jakoś nie kwapię ;)
On nie wyparł wspomnienia o zabójstwie z wyrzutów sumienia. Jeżeli z czymś czuł się źle, to nie z tym, że zabił człowieka i sprawiło mu to przyjemność, tylko z tym, że jego nowe hobby nie zyska społecznej aprobaty. Czytelnik nie śledzi wcale jego "dobrej" części. To po prostu część, która nie jest gotowa na podążanie za nowo odkrytą mroczną naturą i z wygody i strachu zmusza się nadal do bycia względnie porządnym człowiekiem. Ale Juliana ciągnie do jego "złej" części. Pozbawiony pamięci nie lubi siebie, ani swojego życia, polubił za to tę część własnego "ja", która jest świadoma dokonanego czynu. Jego "mroczna strona" mówi mu zresztą później, że wcale nie chciał zapomnieć. Robert nie był więc wyrzutem sumienia, ale furtką, która miała pozwolić Julianowi wrócić do świata zbrodni, gdy nabierze odwagi i będzie gotowy. Duch stał się impulsem do tego.
Odnośnie tego, że Julian nie nadaje się na psychopatycznego zabójcę ... nie wiem, może to też moja wina i nie wyeksponowałam tego, co powinnam. W moim przekonaniu człowiek sfrustrowany, niespełniony, nienawidzący samego siebie i przelewający tę nienawiść na cały świat, całkiem nieźle się nadaje na psychopatycznego zabójcę. Thorin ma rację, nikt nie robi mu nic na tyle złego, by jego żal i złość były uzasadnione. Bo też i nie są uzasadnione. I dlatego uznałam, że taki człowiek może być potencjalnie niebezpieczny. Ludzie, w których narasta irracjonalny gniew, mogą być nieobliczalni, nawet, jeśli na co dzień wydają się całkiem normalni.

No dobra, to to był komentarz zbiorowy, bo generalnie uwagi się powtarzały.

Thorin,
1. Nie musisz po cichu edytować posta. Tamten tekst również był mój :)
2. Nie wiadomo, czy nie jest podejrzany. Dobrze zacierał ślady, ale widział się z zamordowanym parę godzin przed zabójstwem pierwszy raz od dłuższego czasu, pofatygował się specjalnie do niego do pracy - myślę, że raczej zwrócili na niego uwagę. Może wpadli o piątej rano, by go nieco zaniepokoić i teraz obserwują, co zrobi. Może udaremnią jego kolejne mordercze plany i uniemożliwią mu rozpoczęcie nowego życia. A może po prostu nie mogli spać ;)
Pomyślę o tej godzinie i o doprecyzowaniu, czy jest, czy nie jest podejrzany.

Kassandra,
z tymi kanarami masz w sumie rację, myślę, że normalnie to się nie zdarza,tyle że raz sama taką akcję widziałam. Stąd wziął mi się ten pomysł. To było w autobusie, co prawda, nie w tramwaju, ale poprosili kierowcę, żeby się zatrzymał pod komendą i wysiedli z delikwentem. Nie wiem, co było dalej, ale założyłam, że jeśli pasażer byłby niebezpieczny, wszczął bójkę, uszkodził kogoś, czy coś, to mogliby przy okazji wejść złożyć zeznanie.

Siem,
do tego, co pisałaś, odniosłam się w komentarzu zbiorowym i nie mam dla Ciebie żadnej indywidualnej wiadomości, ale żebyś nie czuła się zapomniana i pominięta, to łap serducho :heart:

Jeszcze raz Wam dziękuję, Wasze komentarze dostarczyły mi sporo materiału do rozmyślania :)

I też się cieszę, że wróciłam :) :c[]:
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Siemomysła » 22 września 2014, 06:57

Się nie czuję pominięta! Się czuję dumna, że ogarnęłam akcję z psychopatą. Bo dla jasności - nie negowałam tego, że on taki jest, ot tu:
Wiesz - w tej końcówce Julian okazuje się psychopatą. Planuje na chłodno, myśli zasadniczo tylko i wyłącznie o sobie. Przyjmuje bez żadnych wątpliwości prawdę o sobie, od której coś przecież kazało mu uciekać, skoro tak dokładnie to wyparł, a także której coś kazało mu poszukiwać, skoro stworzył drugą osobowość, prawda?
próbowałam sobie i Tobie rozpisać, czemu tak uważam i wychodzi na to, że dobrze sobie kombinowałam :D Nie załapałam tylko, co mu kazało od tej prawdy uciekać. Ale z tą swoją samotnością, brakiem bliskich ludzi, bądź ich stopniową utratą, to pasuje.
To, że mnie zmroziło, to wynik tego, że mówisz o takim zwykłym gościu, co mieszka obok, z którym zderzam się w komunikacji miejskiej, to, że właśnie nic nie wskazuje na to, że mógłby taki być i tak, wiem, że to tak już właśnie bywa z psycholami, ale i tak - ten spokój ostatniej sceny. Nic tylko bać się wychodzenia na ulicę. Będzie tam łaził z Kornelią Adrianą u boku i myślał, kogo teraz, bo może ten ktoś nieświadomie na nią spojrzy.
A może ci policjanci go namierzą, o! ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Kruffachi » 29 września 2014, 19:35

Pierwszą wstawkę przeczytawszy :u:

Zacznę może od tego, że lubię to, jak do stworzenia nastroju grozy wykorzystujesz zwyczajne i codzienne sytuacje. Nie potrzebujesz domu na uboczu i grupki znajomych, którzy jadą tam nie wiadomo po co i dlaczego, po czym pojedynczo wychodzą sprawdzić, co tak charczy na ganku. Nie potrzebujesz psychopaty z piłą łańcuchową albo skalpelem. Nie, tramwaj, kanary, zaćpana dziewczyna. Może ta ostatnia najbardziej klasyczna (ten kaptur mi się kojarzy z grozą właśnie), ale przecież klasyka nie jest zła z definicji, złe może być tylko jej wykorzystanie i zamienienie w sztampę - unikasz tego :D Był klimat w trakcie tego spotkania, był klimat potem, podczas nocnego zamknięcia w wagonie. I, co ważniejsze z perspektywy tego, że to dopiero 1/5, jestem ciekawa szalenie, do czego to wszystko prowadzi i po prostu chcę śledzić tę historię dalej nie tylko dlatego, że zaczęłam i wypada skończyć.

Twój styl zdecydowanie nie sprzyja budowaniu napięcia, bo wyraźnie lubisz się dystansować, często dobierasz słowa nienacechowane emocjonalnie, łączysz dużą ilość informacji w akapitach. Bardzo się to uwidoczniło w scenie z oglądaniem biletu, po tym, jak Julian wysiadł z tramwaju. Tu mi tego klimatu - o którym wiem już przecież, że potrafisz go stworzyć - zabrakło: opisałaś wydarzenia bardzo szczegółowo, ale przez to też nieco mechanicznie.

Parę słów jeszcze o Julianie. To, co mi się w tym aspekcie podoba, to fakt, że w przeciwieństwie do wielu bohaterów horrorów, Julian myśli. Jestem w stanie uwierzyć w taki ciąg wniosków, to nie jest radosne wbieganie pod topór. To fajny, wiarygodny facet i jedyne, co mnie zastanawia, to to, co tych wszystkich gości trzyma przy wiecznie marudzących i wykazujących zero zrozumienia dziewczynach ;)

To ja czytam dalej...
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Kruffachi » 01 października 2014, 18:11

Drugą wstawkę przeczytawszy :D Właściwie nie mam wiele do napisania.

Może tyle, że przy drugiej części uwidoczniło się wyraźniej to, o czym pisałam w związku z pierwszą - styl nie sprzyja budowaniu nastroju grozy. Jest jeszcze więcej szczegółów, jeszcze więcej chłodnego rozważania sytuacji, trochę mało emocji. Ale może też taki bohater po prostu, choć chętnie bym podygotała ze strachu wraz z nim, bo fajny jest, a tak mnie troszkę od niego dystansujesz ;) No i tak naprawdę nie wiem, jaka intencja stoi za pisaniem "Przystanku..." i może wcale dygotać nie miałam...?

Natomiast w jakiś sposób, mimo że styl pisania, udaje Ci się utrzymać klimat. Do sytuacji codziennych, a niecodziennych w horrorach dodajesz nieco znanych klisz, ale robisz to z umiarem i smakiem, zatem są jak przyprawa i tylko podkreślają Twoje atuty. Atuty z kolei widzę między innymi w powściągliwości i tym, że to ten typ horroru, który cenię - nie gore, nie fontanny krwi i latające kończyny, a właśnie klimat, sytuacja i szczegóły. Granie subtelnymi odcieniami.

Daję też znać - bo nie dałam wcześniej - że mam jakieś dziwne przeczucia dotyczące Roberta... I chciałam napisać, że trochę rozgrzeszam Darię, bo w pierwszej odsłonie wydawała się mi harpią, z którą nie wiadomo dlaczego Julian się zadaje, tu dałaś znać o jej zaletach, zaiste dość cennych.

Czytam i uczę się :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ostatni przystanek [zakończone]

Post autor: Kruffachi » 11 października 2014, 22:01

Przeczytałam całość :)

Na początek taka refleksja ogólna - pod koniec drugiej wstawki napięcie zaczęło opadać, a przez całą trzecią zastanawiałam się, czy nadal czytam horror ;) Jakoś tak... obyczajowo się zrobiło, bardzo spokojnie, z długimi opisami, a upiorny chłopiec w tym wszystkim utonął i nie zrobił na mnie wrażenia. A potem przyszła czwarta wstawka, którą w większości czytałam w wielkim nacięciu. W większości, bo wydaje mi się, że po tym, jak na jaw wychodzi cała intryga, tekstu jest odrobinę za dużo i przez chwilę miałam wrażenie, że ktoś mi tłumaczy coś, co już przecież wiem. Możliwe jednak, że to moje indywidualne odczucie - nie wiem, na ile się pokrywa z odczuciami innych, bo nie czytałam komentarzy, przyznaję.

Mam małą uwagę odnośnie do Konrada.
SpoilerShow
Ja rozumiem, że on jest tylko pretekstem, epizodem i nie stanowi klucza do rozwiązania zagadki, i kiedy to do mnie dotarło, przestało mnie to aż tak razić, ale jednak trochę wyskoczył zza węgla jak ten Filip ;) Może jakaś mała wzmianka wcześniej? Tak, żeby nie było wrażenia, że oto wyciągasz asa z rękawa, żeby teraz wszystko pozamiatać. Jak wspominałam, czytelnik szybko przekonuje się, że nie, ale jednak chwila zawahania się pojawia.
Zastanawia mnie też kwestia nocy w wagonie, bo
SpoilerShow
kiedy piszesz o tym, dlaczego Julian zamordował dziewczynę, pojawia się tam właśnie wyrzut dotyczący tego, a jestem niemal na sto procent przekonana, że noc w wagonie nastąpiła już po pierwszym spotkaniu ze zjawą, która wówczas była już zjawą, a nie dziewczyną - chyba że źle odczytałam kwestię biletu/papierka z odciskiem palca.
No i HA! Miałam rację z tym
SpoilerShow
Robertem, od razu czułam, że jest w nim coś podejrzanego i skojarzenia umykały mi w kierunku kolejnego ducha - co też było pierwszym wyjaśnieniem, jakie przyszło do głowy Julianowi. Ostatecznego rozwiązania tej kwestii nie przewidziałam, ale czułam, że coś jest na rzeczy.
Co w moim skromnym odczuciu oznacza, że zakończenie zostało wcześniej mocno umotywowane. Dawałaś znaki, jednocześnie nie doprowadzając do tego, że czytelnik domyślił się wszystkiego w połowie. Gratuluję tego wyważenia, to nie jest łatwe :)

A tak poza tym, nie będę się powtarzać - uwagi o stylu mogłabym przepisać, o bohaterach też.
Niom.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ