Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Operacja: Kreml

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
oficerpavlo
Posty: 154
Rejestracja: 22 maja 2011, 20:06
Lokalizacja: Pyskowice
Kontaktowanie:

Operacja: Kreml

Post autor: oficerpavlo » 29 marca 2013, 16:50

Wybaczcie brak kodowania, ale troszkę za dużo było by przy tym jak dla mnie slęczenia. Wiem, wymówka słaba, ale leń ze mnie :P
Operacja: Kreml Rozdział I
Sanok, Polska
Lwów, Ukraina


Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Pocieszenia, czyli klasztor oo. Franiczkanów, to okazała budowla z 1377 roku. Wybudowana przez Macieja Franciszkana na mocy przywileju księcia Władysława Opolczyka, znajduje się w południowo wschodniej części rynku sanockiego, gdzie spotkało się siedmiu komandosów.
Komandosi Specjalnej Grupy do spraw Odbijana Zakładników, aby nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania przechodniów oraz mieszkańców tego miasta, ubrani po cywilnemu, oczekiwali na ósmego członka składu.
- Gotowi na misję? – spytał ppor. Adam Niedzwiecki.
- No, nie musisz nawet pytać. – Sierż. Aljaz spojrzał na swojego kompana. – Jak na czołganie się pod ostrzałem Wietnamców w polach ryżowych.
- Nigdy nie byłeś w Wietnamie.
- Może i to prawda, ale zawsze musisz mi pokrzyżować plany? – szturchnął ppor. Niedzwieckiego, uderzając lekko zaciśniętą pięścią w jego umięśnione ramię.
Dogadywali się, jak bracia, cała ich ekipa. Współpracują ze sobą już od blisko pięciu lat. Nawet, gdyby zaczęło między nimi zgrzytać w życiu prywatnym, na polu walki, zawsze są gotowi oddać życie za swojego kolegę, nawet przyjaciela.
- Przyjechał. – St. sierż. Maniura spojrzał na podjeżdżający samochód. – Czy mówiłem już, że ma super brykę? – zachowywał się jak ukryte dziecko w ciele dorosłego człowieka. Gdyby mógł, zacząłby podskakiwać z podniecenia. A samochód molestować z iskrą w oku i śmiechem człowieka na haju.
- Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. – Odparł ppor. Niedzwiecki.
Do oczekującej grupy podjechało białe BMW E36. Wysiadł z niego ich dowódca, major Witold Jędryka z wraz z swoją żoną. Podarował jej kluczyki i dalej trzymając się za ręce, popadli w namiętny pocałunek, na oczach ludzi. Już pomijając jego skład, ale przechodzących w około. Człowiek, grubo po czterdziestce, obściskujący się bezwstydnie z, o dziesięć lat młodszą panienką – przepraszam, swoją żoną - wyglądającą na kolejną dychę mniej. A swoimi owłosionymi rękami, ściskał jej pupę, przyprawiając ją o ciche jęki. Niby wszystko w porządku, ale mogli to robić w nocy, chyba że to robili, ale im to nie wystarczyło. Gdy skończyli, BMW odjechało z piskiem opon. Żona majora miała to w swoim zwyczaju, choć innym się to nie podobało, go to wyraźnie przyprawiało o mrowienie na plecach. Co już właściwie każdy wie. Kobieta z pazurem. Wystarczająco podniecająca, jak kobieta-kot. Jak Halle Berry w niekoniecznie dobrze zagranej roli, w filmie z 2004 roku.
- Witam was Panowie. Wyspani? Wypoczęci? – wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. – Zabawiliście się z swoimi ukochanymi? Mam nadzieję, bo ja jak najbardziej tak. – Uśmiechnął się do swoich ludzi i zakończył. – Skoro humor nam dopisuje, to mam nadzieję, że przed nami udana zabawa.
- Panie majorze, jak w Wietnamie! – sierż. Aljaz krzyknął z uśmiechem na twarzy.
- Nie byłeś w Wietnamie.
- Pan też? Czy wszyscy muszą mnie dzisiaj wkurwiać!? – krzyknął nie zmieniając wyrazu swojej twarzy.
- Po misji możemy tam pojechać, Ali. – Odrzekł st. kpr. Sebastian Szczepański.
- Z tobą? – spojrzał na niego. – Z tobą, to ja mogę jechać na koniec świata.
- Panowie. – Major gestem ręki uciszył rozmowę. – Na randki, to umawiajcie się potem. Gdy wrócimy. Po za tym nie obchodzi mnie wasza orientacja seksualna.
- Pan zaczął. – Odrzekł st. kpr. Szczepański spoglądając na majora i poklepując po plecach swojego przyjaciela, Aljaza.
- Nieważne. Za kwadrans powinna się pojawić tutaj furgonetka. Podwiozą nas do Lwowa, gdzie przygotujemy się do misji. Plan znamy od piwnicy, aż po strych, ale pewnie nie powiem wam nic nowego, że jeszcze ze setki razy nas z nim zapoznają. Zresztą tak jest zawsze. Prawda? – Nie czekając na odpowiedź mówił dalej. – Wiedziałem, że nie macie pytań. Jesteście zgrani jak żuki gnojowe.
- Nie jestem pewien, czy one zbierają się w grupach, by zrobić sobie kulkę z odchodów.
- Ja też nie, ale zrymowało mi się z wami cudownie. – Major uśmiechnął się nieznacznie i spojrzał na zegarek. – Mamy jeszcze troszkę czasu.
- To ja mam propozycję – odezwał się chor. Matthias.
- Wiemy jaka, to jest propozycja. – Sierż. Aljaz zaczął się śmiać.
- Lady!
- Tylko nie wdawaj się w dyskusję Aljaz.
- Nie musi mnie Pan, Panie poruczniku pouczać. – Przestał się śmiać i odpowiedział, kierując gniewny wzrok na ppor. Olskiego.
-To dobrze. Wiesz, że mam cię dojść i twoich wybryków.
- A najlepiej to byś się go pozbył strzałem w głowę. Jak mówi to twoja zasrana religia – Dodał mjr. Jędryka spoglądając na obu panów, którzy mierzą się gniewnymi wzrokami, gotowymi do starcia.
¬- Nie koniecznie. Ale wykopałbym go z mojej grupy.
- Już nie twojej. Nie zapominaj się, teraz jest ona moja. – Popatrzył na młodszego o trzy lata od siebie ppor. Olskiego i zagasił, skończonego już papierosa, na jego czarnej koszuli. Z napisem na plecach, głoszącym czystko skrajne poglądy. Bardziej przybliżające go, do wpisywania w wszelkiej maści formularzach, w rubryce „wyznawana wiara”, islamu. „Allach jest jeden”, pisane arabskim pismem. – Są pod moimi skrzydłami i osobiście dopilnuję, by tak pozostało do samego końca.
Po kwadransie na placu pojawiła się furgonetka, Dodge Ram Van koloru czarnego. Wsiedli do niej i usadowili się wygodnie. Porównując, to do wszystkich poprzednich transportów, już nie tylko z tego roku, tym razem trafili na jako taki luksus. Zresztą, jak mówią, luksus mamy taki, na jaki sobie zasłużyliśmy. W takim razie, oni powinni się pławić już w basenach, umieszczonych w ich ogrodach, dużego pałacu umieszczonego gdzieś na wzgórzu, przy wodospadzie. Wszystko to oszklone, a łóżko wypchane milionami w papierkach. Znudziło, by im się szybciej niż, im się wydaje, rzygali by tym, jak nastolatki po alkoholu, chcące zaszpanować przed starszymi kolegami. Dobrze jeszcze, że ich reputacje, ratują te porządne dziewczyny. Wszystko, by ich tak wkurwiało, że modlili by się o powrót na front. Albo, chociaż do bazy i użeranie się z młodymi kadetami. Chcącymi zostać majorami, pułkownikami, porucznikami, czy idąc dalej generałami.
Zazwyczaj jeżdżą jakimś gratem, wziętym pewnie ze złomowiska i po części rozebranym przez złomiarzy. Jakże dobrych w naszym kraju nad Wisłą – nie ubliżając. Kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce i nacisnął pedał sprzęgła, a następnie gazu. Silnik zaczął pracować, hałas jak przy odpalaniu ruskiego T-44. I cały luksus szlag trafił.
- Wybaczcie panowie. Zapomnieli nam zamontować jakiś dobry silnik. Ale i tym dojedziemy do celu. – Powiedział kierowca kierując na moment głowę do tylu i spoglądając na nich, którzy zdążyli już się usadowić najwygodniej jak tylko dało się radę to zrobić.
- Nie powiem wam nic nadzwyczaj nowego i ciekawego, ale posłuchajcie mnie. Stoczymy bój z zorganizowaną szajką terrorystyczną. Prawdopodobnie pod dowództwem tych ciuli z Rosji. Przyda nam się spryt, przewaga w postaci zaskoczenia i – mjr. Jędryka spojrzał na swoich ludzi. – chyba wam tego nie brakuje prawda? Nie odpowiadajcie. Doświadczenia panowie, to wam się przyda cholernie, tak jak szczęście. Celowi, który mamy odbić nie może spaść włos z głowy. – Stwierdzenie jest to czysto nie na miejscu, zważając, że nie ma ich w ogóle. – Inaczej nas ukatrupią, gdy wrócimy.
- Wolałbym jeszcze trochę pożyć.
- Gdybyś tydzień temu jeszcze bardziej zaszalał na poligonie, twój żywot, by się już wtedy skończył. – St. kpr. Szczepański spojrzał na sierż. Aljaza z politowaniem. – Dobrze, że tam byłem.
- I ja. – Powiedział st. sierż. Maniura.
- I ja. – Dorzuciła reszta ekipy, prócz por. Olskiego.
- Nie musicie mu akompaniować, zachowujecie się, jakbyście chcieli mnie doprowadzić do stanu człowieka chorego psychicznie lub z nierównoważonego.
- No stary. – Ppor. Niedzwiecki, spojrzał na sierż. Aljaza. – To nie my wykradliśmy się w środku nocy na strzelnicę.
- Tak. I ciekawe, że sztabowi się to nie spodobało.
- Byliśmy tam przejściowo. Nic nowego, że nie wiedzieli o twoich wybrykach. – St. kpr. Szczepański usadowił się wygodniej w siedzeniu i spojrzał na niego. – Wybacz, zapomniałem, że to artystyczne uzupełnienie twojego życia. Nie wytrzymałbyś ani jednego dnia, bez żadnej najmniejszej nawet odskoczni od tego nudnego życia. Dobrze, że jeszcze na polu walki, zachowujesz zdrowy rozsądek.
- Nie zawsze. – Dopowiedział mjr. Jędryka.
- No dobra, pomijam misję w Boliwii i Kolumbii. Ale, wtedy mogłeś nie dotykać tego cholerstwa.
- Miało iść na zmarnowanie? Zabezpieczylibyśmy to w tym pierdolonych walizkach, oddali do sztabu, a oni by to wszystko spalili. – Sierż. Aljaz, uśmiechnął się pod nosem, a przed oczyma pojawił mu się widok torebki, białej, świeżej jeszcze, zdjętej dopiero co z linii produkcyjnej, kokainy. – Po za tym, był to już koniec, wiec pozwoliłem sobie pożyczyć troszkę towaru.
- Rzeczywiście, pożyczyć. Wziąłeś ją, wieczorem zrobiłeś sobie kreskę, a w nocy nas wszystkich pobudziłeś i będąc na fazie, chwaliłeś się, że idziesz do sztabu odnieść ich rzecz.
- Dobrze, że go zatrzymaliśmy. – Ppor. Niedzwiecki zaczął się śmiać. – Jednak chciałbym zobaczyć Alego, gdy zakrada się do sztabu i oddaje kokę.
- Może i by było kupę śmiechu, ale szkoda, by nam się zmarnował.
- No tak, Szczepan. Nie chciałbym go widzieć za kratkami. – Ppor. Niedzwiecki spoważniał i spojrzał na sierż. Aljaza. – Jakbym miał na niego spoglądać zza szyby, i porozumiewać się przez telefon, czułbym się co najmniej dziwnie.
- Mi tam, by nie przeszkadzało. Poradziłbym sobie nawet i tam.
Cały Aljaz. Prawie nigdy nie poważny, nawet jeżeli wymaga tego sytuacja.
- Panowie skończcie, tą rozmowę. – Mjr. Jędryka spojrzał na swoich ludzi, uciszając ich gestem ręki.
Po pokonaniu dziesięciu kilometrów, na jakieś dawno nie uczęszczanej szosie, furgonetka złapała gumę. Czyli jak łatwo wyprowadzić z równowagi majora? Złap gumę na jakieś popierdolonej drodze i każ mu się tłumaczyć przed przełożonymi.
- Cholera, co za kretyn wynajął nam tę furgonetkę. – Powiedział mjr. Jędryka unosząc nieznacznie głos. – A może to wina kierowcy!? – Teraz już krzyknął spoglądając na profil kierowcy.
- Zaraz kierowca. Zwalcie na mnie, tak będzie najlepiej! – odkrzyknął jak na zawołanie. – Zresztą nieważne. Wyjdę i rozwiążę ten, jakże poważny problem.
- Nie poważny, ale w dupę kłopotliwy. Jakby było nam ich mało, a ja teraz muszę jeszcze informować sztab o takim pieprzonym problemie. – Wyjął z kieszeni telefon. – Czy nie może być nawet, najmniejszej, zasranej chwili spokoju, kiedy mogę się odprężyć i nie myśleć co może pójść nie tak? – Wybrał numer do swojego przełożone i przyłożył telefon do ucha.
Kilka chwil później, gdy major poinformował sztab o postoju oraz wymianie przez kierowcę, lewej przedniej opony, mogli ruszyć dalej. Zatrzymali się dopiero na przejściu granicznym Krościenko, pięćdziesiąt trzy minuty później. Sprawdzono ich identyfikatory i mogli jechać dalej. Różnica między drogami polskimi, a ukraińskimi, była tak bardzo widoczna, jak ta w zachodniej części kraju, gdy wyjeżdża się do Niemiec. Czyli, co mówi samo za siebie, im dalej na wschód, tym bardziej odczuć da się panującą tu biedę i kurewskie życie. Następna droga, to około dwóch godzin jazdy przez Ukraiński obszar i dojazd do Lwowa. Tam wsiądą na lotnisku do kolejnego transportu. Tym razem lepszego i bardziej podniecającego, niż jakaś furgonetka, z silnikiem co najmniej mającym chyba ponad sześćdziesiąt lat i wyciągniętego z rosyjskiego czołgu, na przykład z pod Kurska.
Helikopter, Sikorsky UH-60 Black Hawk amerykańskiej produkcji. Senior wśród maszyn latających oraz jeden z najbardziej zasłużonych. Używane, czy to w Wietnamie na początku lat 60., w stolicy Somalii, Mogadiszu, poprzez mniej rozpamiętywane, jak interwencja w Granadzie oraz inwazja na Panamę. Był i jest zapewne marzeniem wielu ludzi na całym świecie, lecz nie jest to teraz najważniejsze. Nie przyjemność lotu, lecz zadanie. Czeka on już od paru dni, na prywatnym, wojskowych lądowisku, oddzielonym przez sztab, specjalnie na tę misję. A właściwie to w hangarze do rana dnia dzisiejszego, kiedy to został wyprowadzony na powietrze i sprawdzany przez skład mechaników. Składający się zarówno z polskich specjalistów jak i Ukraińskich, choć tym drugim lepiej nie ufać. Bez żadnych komentarzy rasistowskich, ale nigdy nie wiadomo co mogą kryć. Jeszcze podpierdolą, jakiś element silnika, sterowania, czy tudzież czegoś innego. Wtedy prędzej rozbiją się o drzewo, może o brzozę wziętą ze Smoleńska, niż dolecą do celu i wykonają swoje zadanie.
- Długo jeszcze będziemy jechać? – st. kpr. Szczepański zatrzymał rozgrywkę na swoim tablecie. –
- A ty długo jeszcze będziesz napierdalał w tego Battlefielda? – Spytał st. sierż. Maniura spoglądając na tablet.
- Ja mam przynajmniej co robić. – Uruchomił ponownie grę dotknięciem palca na RESUME - A teraz z łaski swojej już się nie odzywaj Maniu.
Kilka dużo dłuższych chwil później i mało ciekawych rozmów dojechali do pierwszego celu. Furgonetka mijała znak „L’viv” co jest równoznaczne z wjechaniem na teren miasta, niegdyś należącego do Polski, i Austrii podczas zaboru od 1772 do 1918tego-. Śmieszna sytuacja, bo żaden z nich nie ma miasta obecnie pod swoimi władzami.
Kilka następnych chwil poświęcą na przedzieranie się ulicami miasta, zakorkowanymi w chuj – choć nie tak jak w Ameryce – oraz wjazd na teren lotniska, znajdującego się w południowo zachodniej części sporego miasta.
- Dojechaliśmy. – Kierowca odwrócił się do tyłu i dodał. – Wysiadajcie.
- Sam se kurwa wysiadaj! – Powiedział ppor. Olski podnosząc głos. – Mi może rozkazywać tylko Allach.
- Ja również.
- Nie wywyższaj się tak. – Syknął gniewnie na mjr. Jędrykę, a twarz jego znajdowała się mniej niż siedem centymetrów od niego.
Przy wysiadaniu oślepiło ich słońce, znajdujące się już na linii horyzontu. Promyki, które kierowały się na ich twarze, dawały przyjemne ciepło, a łagodny wiatr podwiewający z północy, odprężenie. W Sanoku niebo przysłonięte całkowicie przez chmury – jakby to powiedział prezenter pogody, cumulonimbusami calvusami – a nad Lwowem, bezchmurne, błękitne niebo. Dla takich chwil można zrobić naprawdę wiele.
- Kurczę, weźcie mnie zabijcie. Nie wierzę, że u nas w kraju jest tak chujowo, a tutaj tak ładnie. – Powiedział sierż. Aljaz spoglądając w górę. Brakuje tylko przelatującego gołębia i wypuszczenie przez niego, białej, lepkiej mazi.
Widzę, że mam kogoś, kto uważa tak jak ja. Postawiłbym mu piwo.
Kierowali się w stronę hangaru, przy którym znajdowała się ich pierwsza i zarazem ostatnia grupka ludzi. Spełni ona rolę pośrednika między Lwowem, a bazą wraz ze sztabem, do której zmierzają.
- Witam majorze. – Człowiek, zbudowany potężnie, który stanął przed nim, zasalutował i mówił dalej. – Jestem Leon Gorczewski, a to są – wskazał ruchem ręki na grupę stojącą za nim. – Brawsher, pierwszy pilot śmigłowca, Jack, nasz snajper oraz Szeliga, medyk w razie potrzeby.
- A ty kim jesteś? – Spytał mjr. Jędryka.
- Drugim pilotem śmigłowca. Brawsher pochodzi z Anglii, niech jednak was nie zwiedzie jego spokój. – Uśmiechnął się pod nosem spoglądając na niego. – Nie pije jak inni wyspiarze, herbatek i nie zajada się przy tym sucharkami. Jack to Amerykaniec, jedyne co o nim powinniście wiedzieć – Złapał swoją wielką dłonią brodę, a po chwili dodał. – Właściwie, to nic nie musicie o nim wiedzieć. Tak jak o Szelidze, który wam raczej posłuży w razie gdybyście zaczęli wymiotować.
- O to się nie bój. – St. sierż. Maniura spojrzał bez emocjonalnie na Gorczewskiego.
- Czy Rosjanie to urodzeni mówcy? Pierdoli bez sensu!
- Ali, mówiłem Ci coś. – Klepnął sierż. Aljaza w tył głowy.
- Kiedy majorze?
- Czuję, że się polubimy. To dobrze, to podstawa.
„W życiu gościu”
- Za trzydzieści minut chcę was widzieć ogarniętych przy Black Hawku. Jeżeli się rozumiemy to dobrze.
Cała grupa udała się do hangaru, gdzie był cały potrzebny im sprzęt do tej misji. Zwykły szary hangar, tyle że chroniony przez uzbrojonych ochroniarzy… Nic dziwnego. Skoro znajduje się tam uzbrojenie, pojazdy wojskowe, helikopter (bynajmniej gdy tego sytuacja wymaga) i gdyby tego było mało, czołg.
- Dziwny ten Rosjanin – Odrzekł Maniura pakując do plecaka granaty odłamkowe.
- Dziwny to możesz być ty. – Sierż. Aljaz spojrzał na niego. – Jak tak patrzę, to nawet się ze sobą nie kłócę, to widać na kilometr. Pieprzony rus i tyle.
- Jeszcze Ci uratuje dupę, wtedy będziesz wspominać swoje słowa. – Odezwał się mjr. Jędryka.
- Z pełnym szacunkiem, ale proszę znów nie zaczynać swoich wywodów. Wtedy bym się uśmiechnął i powtórzył to samo. A po za tym dobrze Pan wie, że nienawidzę rusków jak mogę.
- I Niemców, i komunistów i tak dalej. – Odrzekł Maniura.
- Dobrze mówi.
„Polać mu.”
- Nie musisz mnie o tym uświadamiać. – Major położył broń na stół i stanął twarzą w twarz z sierż. Aljazem – Ile razy mam Ci powtarzać, że nie życzę sobie takich odzywek? Kogo lubisz, a kogo nie, to twoja sprawa, ale zostaw to dla siebie… - Stuknął palcem wskazującym w jego czoło. – Tutaj sobie to zostaw. Tak odzywać to się możesz do kogoś innego, dziewczyny.
- On woli, Panie majorze, Szczepana i wspólnej z nim wycieczki do Wietnamu.
- Jebnąć Ci? – Odezwał się st. kpr. Szczepański.
- Słuchaj, jesteś naprawdę dobrym żołnierzem, ale zostaw to dla siebie. Tak jest?
- Tak jest! – Sierż. Aljaz.
- I tak ma pozostać. – Major podszedł do stołu. Stojąc jeszcze do niego plecami, oznajmił – Żebym nie słyszał o żadnym incydencie między Tobą a nim.
Dwadzieścia minut później wszyscy znajdowali się już przy lądowisku, na którym stał Black Hawk. Uzbrojeni w zawieszone na ramieniu karabinki szturmowe wz. 96 „Beryl” komandosi Specjalnej Grupy do spraw Odbijania Zakładników (SGdsOZ) siedzieli na murku przy helikopterze. W środku niego siedział już Brasher, a do grupy komandosów przysiedli się również Szeliga. I Jack, który zaczął czyścić lunetę karabinu snajperskiego ZSRR – SWD. Czekali już tylko na „Pieprzonego Ruska”, per Leona Gorczewskiego, ze systemem nadzwyczaj pieprzonego uśmiechu.
Piękny, słoneczny dzień, zamieniał się już w gwiaździstą noc. Błękitne niebo zamieniło się tymczasem, jakby w niewyobrażalnie wielką przestrzeń kosmiczną. Sekundę później, na horyzoncie, gdzie słońce wypuszczało ostatnie promyki, pojawił się Gorczewski, równo trzydzieści minut później, po wymianie zdań. Pieprzona, rosyjska punktualność.
- Zapraszam Panowie do helikoptera. Miłej podróży życzę.

Rozdział II
Okolice Kamensk-Shakhtinsky, Rosja


Brawsher tymczasem sięgnął do schowka po papierosy, potarł zapałką o siarkę na pudełku, tanich Ukraińskich zapałek i zapalił. Rozsiadł się dokładniej i wygodniej w oparciu fotela i położył nogi na kokpit, dalej trzymając ster.
- Chcesz nas pozabijać!? – Wrzasnął ppor. Olski wychylając głowę do kabiny. – Zwariowałeś.
- Spokojnie. – Odparł Gorczewski. – O co ci chodzi człowieku?
- To, że chcemy dolecieć do celu w jednym kawałku!
- Słuchaj no. – Brawsher wyjął z kabury pistolet i przyłożył mu do skroni Barette 92FS. – Mam w dupie co masz mi do powiedzenia, nawet jeżeli będzie to cholernie ciekawe, albo o nowym transporcie z Kolumbii. Jeżeli rzeczywiście zależy wam, aby dolecieć tam gdzie macie, stul pysk. – Odbezpieczył broń i przycisnął jeszcze mocniej. – Po za tym wrzeszczysz mi do ucha, popierdoliło Cię do jasnej cholery? A teraz radzę Ci się cofnąć i usiąść grzecznie w swoim miejscu. Inaczej następnym razem poczujesz kulkę w swojej pustej łepetynie. Rozumiemy się? Czy to co powiedziałem, jest jasne jak lampy halogenowe mojego samochodu?
Ppor. Olski pokiwał tylko nieznacznie głową i cofnął się pomału do tyłu, na swoje miejsce.
- Pieprzony skurwiel. – Zabezpieczył pistolet i schował za czarną, skórzaną kurtkę.
- Z nami dolecicie wszędzie, cali. Więc z skąd te uniesienie? – Odparł Gorczewski wychylając się z kabiny. – Nie rozumiem Polaczków.
- I jak wam się podobało? Bo chyba nie słyszałem waszej zasranej w dupę odpowiedzi.

Nad ranem, o godzinie piątej rano z minutami, wylądowali około 27 km od Kamensk-Shakhtinsky oraz około siedemdziesięciu od południowo-wschodniej granicy z Ukrainą. na terenie Rosyjskim. Brawsher posadził sprzęt, potocznie zwany helikopterem, na przygotowanym lądowisku. Jeżeli tak można nazwać skoszono dopiero co trawę, i narysowane białą farbą koło, z literą „H” w środku.
Coś mi to przypomina.
Wokół niego znajdowało się parę skrzyń, rozstawione dwa namioty, w tym jeden z mieszczącym się w środku szpitalem polowym i parę lamp naftowych, takich jak te używane w okresie toczenia walk z Vietcongiem na ich terytorium.
Właśnie o tym mówiłem.
Jack zawiesił swój karabin snajperski na ramię i dając znak reszcie, wysiadł z Black Hawka, umożliwiając tym, uczynienie to również innym członkom. Wszyscy podeszli do grupy polskich żołnierzy, którzy sprawdzili ich identyfikatory, a następnie ruszyli dalej za żołnierzami francuskimi. Widocznie albo komuś się nudziło, albo misja rzeczywiście tego wymaga, ale zaangażowali w to chyba wszystkie możliwe siły. Polaków, Ukraińców, Francuzów i Rosjanów, pomijając Australijczyka Coopera i Norwega Juana… Brakuje do Tego tylko, tych wszędzie się przydup czających Amerykanów.
- Aller, Aller! – powiedział francuski żołnierz, przechodząc przez prowizoryczną bramę.
Weszli na szosę, wysypaną piaskiem i żwirem. Ruszyli powolnym marszem za swoim przewodnikiem. Rozglądali się wokoło i wymieniali spostrzeżeniami.
- Nie muszę być Kolumbem, by odkryć Amerykę i powiedzieć, że na pierwszy rzut oka, widać, że jesteśmy w Rosji. – Powiedział Adam Niedzwiecki. – Takie widoki rozpoznasz w każdym zakątku świata.
- Patrząc na Ciebie, stwierdzam, że Kolumb chyba był jednak przystojniejszy od Ciebie. – Odrzekł Szczepański.
Spoglądali na rwącą rzekę, otaczającą w południowej części bazę, wiatr, który powiewał od zachodu, przyprawił wszystkich członków o drgawki. Poznajcie Panowie klimat rosyjski, który właściwie nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Szkoda tylko, że wam nie dali cieplejszych ubrań. Ale bez obaw, może dostaniecie. Musicie, misja nie jest prosta, idzie po za tym zima, a jakoś musicie sobie radzić.
Szosa, którą się przemieszczają, z kroku na krok zaczyna co raz bardziej zamieniać, się w coraz większe bagno. Wody przybywa, a piasek zamienia się w pieprzone ruchome piaski. W Rosji, nie w Afryce… Nie normalne.
- Gdzie my w ogóle idziemy? Chcę już iść na pole walki, a nie po jakieś zasranej szosie w jakieś nie znanej mi bazie na tym terenie! – Krzyknął ppor. Niedzwiecki, odpychając się kijem, który znalazł wcześniej przy lądowisku.
- Mnie bardziej obchodzi co będzie z moimi stopami. Jeszcze nie walczę, a już mam je całe zrypane.
- Ali, nie narzekaj. Też mi to bagno zaczyna wchodzi do środka. – Powiedział Szczepański unosząc ręce do góry.
- Nie o to chodzi. – Odrzekł sierż. Aljaz. – Nie lubię narzekać jak baba, ale te buty są straszliwie nie wygodne i nieszczelne. Zaraz je zdejmę i tyle będzie, pójdę na bosaka.
- Moje są idealne, nie mogę narzekać. – Odrzekł chor. Matthias
- Chcesz w gębę? Nie mów mi jakie są twoje buty, tylko cholera daj mi namiary na tego kto Ci je skołował.
- Panowie… Nie załatwiajcie tam interesów, tylko się zatrzymajcie.
Przed nimi pojawiło się dwóch francuskich żołnierzy, z charakterystycznymi czerwonymi beretami, przekrzywionymi na lewą stronę. Ucięli oni krótką pogawędkę z ich przewodnikiem – oczywiście po francusku, bo jakże inaczej. W rękach trzymali modułowy karabin automatyczny SCAR-L, a w pasie parę magazynków mieszczących trzydzieści naboi oraz granaty. Gdy już skończyli swoją pogawędkę, cała grupa została wpuszczona na teren kompleksu budynków, które znajdowały się na wprost od nich. Teren został odgrodzony drutami kolczastymi, w narożnikach z wieżyczkami wartowniczymi oraz wielkimi reflektorami w ich kabinach. Chronią się jak Niemcy w czasie II Wojny Światowej. To było dawno, a trendy pozostały, jeszcze jebnąć to wszystko na różowo, to będzie połączenie starych czasów z nowymi. Tyle, że wszystko będzie tak oczojebne, że przeciwnik sam się podda, bez prowadzenia wojny. Pozostaje też druga opcja, nie będą się fatygować, tylko wszystko od razu zrównają z ziemią… Jak Hitler Warszawę.
Budynek, do którego się kierowali, okazał się miejscowym sztabem, stacjonujących tu sił francuskich, łączących siły z polskimi. Znajdował się on w samym centrum zabudowań, dodatkowo oczywiście chroniony kolejnymi ochroniarzami. Nie muszę mówić jakiej narodowości, prawda?
Przeszli przez parter, cały zajęty oszklonymi biurami. W nich, biurka z sosnowego drewna, krzesła, proste, drewniane z zgniłymi oparciami, monitorami komputerów na wierzchu oraz pracownicami. Głównie w wieku powyżej trzydziestu lat. Choć w niektórych pomieszczenia znajdowały się, młode, jakże inaczej, atrakcyjne kobiety, brunetki, blondynki, nawet rude i te, które farbią swoje włosy na kolory nie wiadomo jakie. Oczywiście, od razu wzroki były kierowane na nie, a dopiero potem wracały na tor nominalny.
- Szef chciałby z wami rozmawiać. Ma do omówienia parę ważnych spraw. – Powiedział jeden z ochroniarzy. – Da wam również wszystko czego będziecie potrzebowali. Zapewne nie macie potrzebnych map, dodatkowej wody, suchego prowiantu, i spoglądając na was, również ciepłych ubrań.
„Zamknij mordę, nie ty musiałem iść przez tą pizgawę w chudych ubraniach”
- Wiele się nie mylisz. – Dopowiedział mjr. Jędryka, spoglądając na siebie, a potem na stojących obok członków jego zespołu.
Przed wejściem na pierwsze piętro, zostawili cały swój sprzęt, od uzbrojenia, przez sprzęty wymagane kończąc na tych dodatkowych – jak noktowizory, dodatkowe celowniki czy też, co u niektórych książkach, by zabić nudę, która im towarzyszy niektórymi momentami. Zanim weszli na górę, przeszli dodatkowo przez grupę ochroniarzy oraz bramkę do wykrywania metali.
Po wejściu po schodach, znaleźli się w korytarzu. Podobnym do tego niżej, prawie w każdym detalu. Jedyna różnica to kolory ścian, o ile na dole to się komponowało – białe z czarnymi, wąskimi kreskami na dole przy podłodze – to tu, na górze czerwone ściany, w połączeniu z panelami na podłodze i białą ścianą, zmuszają do myślenia, jakiego muszą mieć dilera i czy przypadkiem nie muszą go zmienić. Ale każdy wybiera samemu, a diler też człowiek. Albo po prostu Francuzi, mają inny gust, a o gustach się nie dyskutuje.
Drzwi, do których się zbliżali, były podwójne, metalowe i chronione obserwatorami mieszczącymi się za tymi, dwoma kamerami umieszczonymi bezpośrednio nad nimi. Po lewej, wmontowany w ścianę, znajdował się czytnik linii papilarnych oraz koder. Brakuje tylko kolejnych ochroniarzy, i wszystko było by cacy. Dopięte na ostatni guzik, zważając uwagę na to co zobaczyli wcześniej, tutaj się nie popisali. Ochroniarz przystawił kciuk do urządzenia, wpisał kod i ruchem ręki dał grupie znak, aby weszli do środka. Sam zamknął drzwi za nimi i usiadł w swoim biurze obok. Oczywiście oszklonym, by mógł obserwować co się dzieje w środku.
Generał, Thomas Blanchard wskazał im miejsca siedzące przed wielkim, okrągłym i oszklonym stołem i zaczął rozkładać mapy.
- Napijecie się czegoś, zanim zaczniemy?
Pokręcili głową w lewo i prawo.
- Szkoda, bo trochę tutaj czasu spędzicie. W razie czego mówcie, naleję wam wody. – Generał sięgnął po pilot leżący na komodzie, pod wielkim telewizorem LED. – W takim razie zacznijmy od razu, bo szkoda czasu. – Włączył telewizor, a na ekranie pojawiły się portrety i opisy ludzi. Sięgnął ręką po szklankę z wodą i pijąc, opróżnił ją do połowy, po czym rozpoczął odprawę. – Ten po lewej to nasz zaufany informator, który śledzi każdy krok, odpowiedzialnej za porwanie, szajki terrorystycznej. Zakładamy, że jest to grupa ludzi, fanatyków, komunistycznych wyznawców rządów rosyjskich. Ich główna siedziba mieści się gdzieś w centrum Kremla, właściwie to jesteśmy prawie pewni, że jest to w jednym z budynków Twierdzy Kremla. Prawdopodobnie przetrzymują tam płk. Pietrzaka oraz innych zakładników. – Generał podszedł do stołu i nachylił się nad mapami. – Wylądujecie tutaj – Wskazał palcem. – na terenie Suvorovskiy’ego Parku. Nie będziecie mieli z tym problemu, dokonacie tego w środku nocy. Wyskoczycie z samolotu lecącego na wysokości 25 600 stóp (około 8 km). Będzie tam na was czekał transport. Za pomocą łodzi pontonowych, przepłyniecie przez rzekę Moskwę, bliżej celu, a właściwie to pod mostem Nowoarbatskij już wysiądziecie. Z stamtąd pod przykrywą nocy przejdziecie przez obszar zabudowań, znajdujący się przy Ulitsa Nowy Arbat i zatrzymacie się w budynku, na wprost od fortecy. Planowo, zajmie wam to nie całe dwie godziny, od pierwszej do trzeciej. Informator wyjdzie po was, kwadrans po tej godzinie, ubrany na czarno, przekaże wam kod identyfikujący go. Wy również podacie mu wasze kody.
- Jakie kody? – Odezwał się ppor. Olski.
- Dostaniecie je pod koniec spotkania. Weźcie ze sobą mapy, najlepiej w każdej możliwe skali. Przyda wam się na miejscu. – Generał się wyprostował i spojrzał na telewizor. – Wszystko powinno pójść bez problemu, jednak co będzie dalej, sami zadecydujecie. Jak wykonacie zadanie, tak wam wyjdzie. Nie wiele wiemy o tej grupie, na pewno są skoordynowani, zaopatrzeni w odpowiednie uzbrojenie, sprzęt, nie tylko wykrywający, ale także umożliwiający zniszczenie połowy tego świata. Ale to nie jest w zakresie waszej wiedzy, potrzebnej do wykonania tego zadania. Wróćmy do celu waszej misji. Przekażę wam teraz wszystkie dane, jakie nasz informator zdołał zebrać, przez ostatnie dwa miesiące wnikliwych obserwacji. Zaczynając od zdjęć, przez sprzęt, jaki mogą wykorzystać przeciwko wam, kończąc na szczegółach. Praktycznie, to ostatnie interesuje tylko nas. – Podrzucił przed każdego z nich, teczkę i mówił dalej. – Oczywiście, nie jesteśmy tego pewni w stu procentach, ale jak dobrze wiecie, Rosjanie potrafią zaskakiwać w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego miejcie oczy dookoła głowy, i nie pozwólcie sobie na moment dekoncentracji, od momentu gdy znajdziecie się już w powietrzu. Teraz otwórzcie proszę teczki i wyciągnijcie z nich zdjęcia. – Sięgnął ręką po szklankę i wypił resztę nalanej wody. – Macie przed sobą zdjęcia, niektórych członków szajki, którą podejrzewamy. W miarę możliwości, o ile będzie to wykonalne, ich postarajcie się również zgarnąć.
- A co jeżeli nie będziemy mieli takiej możliwości? – Spytał ppor. Olski.
- Znacie procedury. W razie zagrożenia życia, otwórzcie ogień. Jednak nalegamy, byście dostarczyli nam go żywego, a akcja przeszłą w miarę możliwości jak najciszej. Jeżeli nie będzie takiej potrzeby, nie otwierajcie ognia.
- To raczej będzie nie możliwe, Panie generale. – Major Jędryka, wyjął z kieszeni paczkę papierosów. – Można tu palić?
- Śmiało. Po mojej lewej stronie, stoi pułkownik Noah J. Nilsson. Omówi wam, w szczegółach co wiemy o szajce terrorystycznej. – „Czyli nie wiele” – A następnie przekaże głos generałowi Edwardowi Gardnerowi, który zapozna was z szczegółami misji oraz uzbrojeniem.
- Chyba, rzeczywiście poproszę o coś do picia. – Odezwał się mjr. Jędryka.
- Zacznijmy więc. Szajka terrorystyczna, odpowiedzialna za porwanie naszego, właściwie waszego, człowieka, jest mało znana wśród innych istniejących, co już zresztą zostało wam przedstawione przez generała Blancharda. Ze względów na bezpieczeństwo misji, zostajecie wysłani tam tylko wy.
- Jednak możecie liczyć w razie zagrożenia, na pomoc sił powierzchnych. Ale o tym opowiem wam później. – Dodał generał Gardner i oddał głos płk. Nilssonowi.
- Tak. Mamy jednak nadzieję, że nie będą musiały rozgrzewać swoich silników, tylko po to by ratować wam dupę, bo coś poszło wam nie tak. Liczymy, że wykonacie swoje zadanie należycie. – Spojrzał na telewizor i po krótkiej chwili, odezwał się, stojąc do nich plecami. – A wracając do samej grupy. Grupa odpowiedzialna za porwanie, została prawdopodobnie założona w okresie nie większym niż dwa lata temu, przez niejakiego Akifa Assafa. Jego twarz możecie zobaczyć w środkowej części telewizora oraz na zdjęciach, które macie przed sobą. Jego wiek to około trzydziesty sześciu lat, czyli jak widzicie jest dosyć młody. Lecz niech nie zwiedzie was, jego wiek. Jak pewnie słyszeliście, krwawa rzeź, z przed roku na terenie Iranu, to jego zasługa. Przynajmniej tak sądzimy, a mamy do tego podstawy. Gdy jego kraj, przestał być dla niego bezpieczny, przeniósł się do Palestyny, gdzie spędził dwa miesiące. Później udało uciec mu się do Moskwy, gdzie został ciepło przyjęty przez komunistyczne rządy Rosji i od razu rozpoczął swoją działalność. Podejrzewamy, że zamach na prezydenta Federacji Rosyjskiej, wysadzenie metra kijowskiego, i porwanie samolotu, który wyleciał dwa tygodnie temu z portu lotniczego Wnukowo, to wszystko jego zasługa i jego grupy. Także, jak widzicie, wasz przeciwnik to groźny rywal, którego nie powinniście wcale zlekceważyć.
- Jest od dziesięciu miesięcy w Moskwie i przez ten czas zdążył już tyle zrobić?
- Jak Pan widzi, Panie majorze, jest bardzo aktywny. Dlatego musimy, wykonać nasze zadania i go unieszkodliwić. Jak dobrze wiecie, teraz każda taka grupa terrorystyczna jest bardzo nie bezpieczna, a gdy dostaną się do zasobów nuklearnych Rosji, nie daj Boże, na świecie zapanuje kiła i mogiła.
- Po prostu świat stanie w obliczu zagłady, panie pułkowniku. – Odezwał się sierż. Cooper.
Oczywiście wszyscy od razu na niego popatrzeli, bo odkąd do nich dołączył, nie odezwał się praktycznie ani razu. Jedynie co o nim wiedzą to, to że jest z Australii, jest sierżantem i chrapie strasznie głośno. No i oczywiście, teraz już też wiedzą, że jednak ma głos i potrafi mówić.
- Zgadzam się z Panem. Może być totalna zagłada i świat, który znamy legnie w gruzach, a wszyscy wtedy cofniemy się w czasie, do epoki kamienia łupanego.
- Czy wiadomo, gdzie dokładnie ukrywał się w Palestynie? – Spytał sierż. Aljaz, przyglądając się zdjęciu Akifa Assafa, trzymając je w ręku.
- Niestety. Nie mamy takich informacji, sierżancie.
- A w jaki sposób dostał się do Moskwy i zaszedł tak wysoko w praktycznie niemożliwie szybkim czasie?
- Prawdopodobnie był z nimi powiązany już wcześniej.
- No to ładnie siedzimy, w tym gównie. Po same uszy. – Odpowiedział Aljaz, odkładając zdjęcie.
- Jego grupa, z tego co nam wiadomo składa się głównie z komunistycznych polityków, przeciwników prezydenta oraz najemników z Iranu, Afganistanu oraz Pakistanu.
- Trochę się ich uzbierało. – Sierż. Aljaz.
Generał Blanchard – do, którego była skierowana wypowiedź – pokiwał tylko głową i klepnął w ramię posiwiałego już gen. Gardnera.
- Dobra Panowie. Teraz opowiem wam o uzbrojeniu, które będziecie mieli do wykorzystania, oraz co posiada przeciwnik. Na koniec już tylko szczegóły i będziecie mogli przystąpić do ostatecznego przygotowania się. – Spojrzał na każdego z nich i kontynuował. – Te wasze karabinki, jak je zwiecie? Beryle? Na nic wam się nie przydadzą. Tu jest potrzebny lepszy sprzęt. Pozwólcie, że wam je przedstawię. – Spojrzał na generała Blancharda, który naciskając odpowiedni guzik na pilocie, zmienił obraz na telewizorze. – W misji tej będziecie posługiwać się, francuskimi FAMAS’ami oraz niemieckimi G36, do tego mamy do rozdysponowania dwa SCAR’y.
- To ja chętnie wezmę SCAR’a wraz z Szczepanem.

Awatar użytkownika
czarownica

Re: Operacja: Kreml

Post autor: czarownica » 04 kwietnia 2013, 22:22

Witam. Przymierzam się do twojego tekstu już od jakiegoś czasu. Spróbuję więc teraz może.
Na początek trochę uwag technicznych w spoilerze.
SpoilerShow
Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Pocieszenia, czyli klasztor oo. Franiczkanów, to okazała budowla z 1377 roku. Wybudowana przez Macieja Franciszkanina na mocy przywileju księcia Władysława Opolczyka, znajduje się w południowo wschodniej części rynku sanockiego[,tu dałabym kropkę i rozpoczęła dalej nowe zdanie, gdyż fakt spotkania komandosów zdaje się być częścią wtrąconej notki historycznej] gdzie spotkało się siedmiu komandosów.[
Komandosi Specjalnej Grupy do spraw Odbijana Zakładników, aby nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania przechodniów oraz mieszkańców tego miasta, ubrani po cywilnemu, oczekiwali na ósmego członka składu.
- Gotowi na misję? – spytał ppor. Adam Niedzwiecki.
- No, nie musisz nawet pytać. – Sierż. Aljaz spojrzał na swojego kompana. – Jak na czołganie się pod ostrzałem Wietnamców w polach ryżowych.
- Nigdy nie byłeś w Wietnamie.
- Może i to prawda, ale zawsze musisz mi pokrzyżować plany? – szturchnął ppor. Niedzwieckiego, uderzając lekko zaciśniętą pięścią w jego umięśnione ramię.
Dogadywali się, jak bracia, cała ich ekipa. Współpracują ze sobą już od blisko pięciu lat. Nawet, gdyby zaczęło między nimi zgrzytać w życiu prywatnym, na polu walki, zawsze są gotowi oddać życie za swojego kolegę, nawet przyjaciela.[jeśli za kolegę by byli gotowi, to tym bardziej za przyjaciela, odwracasz tu gradację]
- Przyjechał. – St. sierż. Maniura spojrzał na podjeżdżający samochód. – Czy mówiłem już, że ma super brykę? – zachowywał się jak ukryte dziecko w ciele dorosłego człowieka. Gdyby mógł, zacząłby podskakiwać z podniecenia. A samochód molestować z iskrą w oku i śmiechem człowieka na haju.
- Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. – Odparł ppor. Niedzwiecki.
Do oczekującej grupy podjechało białe BMW E36. Wysiadł z niego ich dowódca, major Witold Jędryka z wraz ze swoją żoną. Podarował jej kluczyki i dalej trzymając się za ręce, popadli w namiętny pocałunek, na oczach ludzi. Już pomijając jego skład, ale przechodzących w[razem]około. Człowiek, grubo po czterdziestce, obściskujący się bezwstydnie z, o dziesięć lat młodszą panienką – przepraszam, swoją żoną - wyglądającą na kolejną dychę mniej. A swoimi owłosionymi rękami, ściskał jej pupę, przyprawiając ją o ciche jęki. Niby wszystko w porządku, ale mogli to robić w nocy, chyba że to robili, ale im to nie wystarczyło. Gdy skończyli, BMW odjechało z piskiem opon. Żona majora miała to w swoim zwyczaju, choć innym się to nie podobało, jego to wyraźnie przyprawiało o mrowienie na plecach[kogo? to nie jest jasne]. Co już właściwie każdy wie. Kobieta z pazurem. Wystarczająco podniecająca, jak kobieta-kot. Jak Halle Berry w niekoniecznie dobrze zagranej roli, w filmie z 2004 roku.
- Witam was Panowie. Wyspani? Wypoczęci? – wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. – Zabawiliście się ze swoimi ukochanymi? Mam nadzieję, bo ja jak najbardziej tak. – Uśmiechnął się do swoich ludzi i zakończył. – Skoro humor nam dopisuje, to mam nadzieję, że przed nami udana zabawa.
- Panie majorze, jak w Wietnamie! – sierż. Aljaz krzyknął z uśmiechem na twarzy.
- Nie byłeś w Wietnamie.
- Pan też? Czy wszyscy muszą mnie dzisiaj wkurwiać!? – krzyknął, nie zmieniając wyrazu swojej twarzy.
- Po misji możemy tam pojechać, Ali. – Odrzekł st. kpr. Sebastian Szczepański.
- Z tobą? – spojrzał na niego. – Z tobą, to ja mogę jechać na koniec świata.
- Panowie. – Major gestem ręki uciszył rozmowę. – Na randki, to umawiajcie się potem. Gdy wrócimy. Po za tym nie obchodzi mnie wasza orientacja seksualna.
- Pan zaczął. – Odrzekł st. kpr. Szczepański spoglądając na majora i poklepując po plecach swojego przyjaciela, Aljaza.
- Nieważne. Za kwadrans powinna się pojawić tutaj furgonetka. Podwiozą nas do Lwowa, gdzie przygotujemy się do misji. Plan znamy od piwnicy, aż po strych, ale pewnie nie powiem wam nic nowego, że jeszcze ze setki razy nas z nim zapoznają. Zresztą tak jest zawsze. Prawda? – Nie czekając na odpowiedź mówił dalej. – Wiedziałem, że nie macie pytań. Jesteście zgrani jak żuki gnojowe.
- Nie jestem pewien, czy one zbierają się w grupach, by zrobić sobie kulkę z odchodów.
- Ja też nie, ale zrymowało mi się z wami cudownie. – Major uśmiechnął się nieznacznie i spojrzał na zegarek. – Mamy jeszcze troszkę czasu.
- To ja mam propozycję – odezwał się chor. Matthias.
- Wiemy jaka[,zbędny tu przecinek] to jest propozycja. – Sierż. Aljaz zaczął się śmiać.
- Lady!
- Tylko nie wdawaj się w dyskusję Aljaz.
- - Nie musi mnie Pan, Panie poruczniku pouczać.[w obu przypadkach duża litera nieuzasadniona] – Przestał się śmiać i odpowiedział, kierując gniewny wzrok na ppor. Olskiego.
-To dobrze. Wiesz, że mam cię dojść i twoich wybryków.
- A najlepiej to byś się go pozbył strzałem w głowę. Jak mówi to twoja zasrana religia – Dodał mjr. Jędryka spoglądając na obu panów, którzy mierzą [mieszasz czasy winno być: mierzyli] się gniewnymi wzrokami, gotowymi do starcia.¬- Nie koniecznie. Ale wykopałbym go z mojej grupy.
- Już nie twojej. Nie zapominaj się, teraz jest ona moja. – Popatrzył na młodszego o trzy lata od siebie ppor. Olskiego i zagasił, skończonego już papierosa, na jego czarnej koszuli. Z napisem na plecach, głoszącym czystko skrajne poglądy. Bardziej przybliżające go, do wpisywania we wszelkiej maści formularzach, w rubryce „wyznawana wiara”, islamu. „Allach jest jeden”, pisane arabskim pismem. – Są pod moimi skrzydłami i osobiście dopilnuję, by tak pozostało do samego końca.
Po kwadransie na placu pojawiła się furgonetka, Dodge Ram Van koloru czarnego. Wsiedli do niej i usadowili się wygodnie. Porównując[,niepotrzebny przecinek] to do wszystkich poprzednich transportów, już nie tylko z tego roku, tym razem trafili na jako taki luksus. Zresztą, jak mówią, luksus mamy taki, na jaki sobie zasłużyliśmy. W takim razie, oni powinni się pławić już w basenach, umieszczonych w ich ogrodach, dużego pałacu umieszczonego gdzieś na wzgórzu, przy wodospadzie. Wszystko to oszklone, a łóżko wypchane milionami w papierkach. Znudziło[bez przecinka,razem]by im się szybciej niż[,zbędny przecinek] im się wydaje, rzygali[razem]by tym, jak nastolatki po alkoholu, chcące zaszpanować przed starszymi kolegami. Dobrze jeszcze, że ich reputacje[,zbędny przecinek] ratują te porządne dziewczyny. Wszystko, by ich tak wkurwiało, że modlili[razem]by się o powrót na front. Albo, chociaż do bazy i użeranie się z młodymi kadetami. Chcącymi zostać majorami, pułkownikami, porucznikami, czy idąc dalej,tu przecinek konieczny generałami.
Zazwyczaj jeżdżą jakimś gratem, wziętym pewnie ze złomowiska i po części rozebranym przez złomiarzy. Jakże dobrych w naszym kraju nad Wisłą – nie ubliżając. Kierowca przekręcił kluczyk w stacyjce i nacisnął pedał sprzęgła, a następnie gazu. Silnik zaczął pracować, hałas jak przy odpalaniu ruskiego T-44. I cały luksus szlag trafił.
- Wybaczcie panowie. Zapomnieli nam zamontować jakiś dobry silnik. Ale i tym dojedziemy do celu. – Powiedział kierowca kierując na moment głowę do tyłu i spoglądając na nich, którzy zdążyli już się usadowić najwygodniej jak tylko dało się radę to zrobić.
- Nie powiem wam nic nadzwyczaj nowego i ciekawego, ale posłuchajcie mnie. Stoczymy bój ze zorganizowaną szajką terrorystyczną. Prawdopodobnie pod dowództwem tych ciuli z Rosji. Przyda nam się spryt, przewaga w postaci zaskoczenia i – mjr. Jędryka spojrzał na swoich ludzi. – chyba wam tego nie brakuje prawda? Nie odpowiadajcie. Doświadczenia panowie, to wam się przyda cholernie, tak jak szczęście. Celowi, który mamy odbić nie może spaść włos z głowy. – Stwierdzenie jest to czysto nie na miejscu, zważając, że nie ma ich w ogóle. – Inaczej nas ukatrupią, gdy wrócimy.
- Wolałbym jeszcze trochę pożyć.
- Gdybyś tydzień temu jeszcze bardziej zaszalał na poligonie, twój żywot[,zbędny tu przecinek] by się już wtedy skończył. – St. kpr. Szczepański spojrzał na sierż. Aljaza z politowaniem. – Dobrze, że tam byłem.
- I ja. – Powiedział st. sierż. Maniura.
- I ja. – Dorzuciła reszta ekipy, prócz por. Olskiego.
- Nie musicie mu akompaniować, zachowujecie się, jakbyście chcieli mnie doprowadzić do stanu człowieka chorego psychicznie lub z nierównoważonego.
- No stary. – Ppor. Niedzwiecki, spojrzał na sierż. Aljaza. – To nie my wykradliśmy się w środku nocy na strzelnicę.
- Tak. I ciekawe, że sztabowi się to nie spodobało.
- Byliśmy tam przejściowo. Nic nowego, że nie wiedzieli o twoich wybrykach. – St. kpr. Szczepański usadowił się wygodniej w siedzeniu i spojrzał na niego. – Wybacz, zapomniałem, że to artystyczne uzupełnienie twojego życia. Nie wytrzymałbyś ani jednego dnia, bez żadnej najmniejszej nawet odskoczni od tego nudnego życia. Dobrze, że jeszcze na polu walki[zbędny,przecinek] zachowujesz zdrowy rozsądek.
- Nie zawsze. – Dopowiedział mjr. Jędryka.
- No dobra, pomijam misję w Boliwii i Kolumbii. Ale, wtedy mogłeś nie dotykać tego cholerstwa.
- Miało iść na zmarnowanie? Zabezpieczylibyśmy to w tym pierdolonych walizkach, oddali do sztabu, a oni by to wszystko spalili. – Sierż. Aljaz, uśmiechnął się pod nosem, a przed oczyma pojawił mu się widok torebki, białej, świeżej jeszcze, zdjętej dopiero co z linii produkcyjnej, kokainy. – Po za tym, był to już koniec, wiec pozwoliłem sobie pożyczyć troszkę towaru.
- Rzeczywiście, pożyczyć. Wziąłeś ją, wieczorem zrobiłeś sobie kreskę, a w nocy nas wszystkich pobudziłeś i będąc na fazie, chwaliłeś się, że idziesz do sztabu odnieść ich rzecz.
- Dobrze, że go zatrzymaliśmy. – Ppor. Niedzwiecki zaczął się śmiać. – Jednak chciałbym zobaczyć Alego, gdy zakrada się do sztabu i oddaje kokę.
- Może i by było kupę śmiechu, ale szkoda, by nam się zmarnował.
- No tak, Szczepan. Nie chciałbym go widzieć za kratkami. – Ppor. Niedzwiecki spoważniał i spojrzał na sierż. Aljaza. – Jakbym miał na niego spoglądać zza szyby, i porozumiewać się przez telefon, czułbym się co najmniej dziwnie.
- Mi tam[,zbędny] by nie przeszkadzało. Poradziłbym sobie nawet i tam.
Cały Aljaz. Prawie nigdy nie poważny, nawet jeżeli wymaga tego sytuacja.
- Panowie skończcie, tą rozmowę. – Mjr. Jędryka spojrzał na swoich ludzi, uciszając ich gestem ręki.
Po pokonaniu dziesięciu kilometrów, na jakieś dawno nie uczęszczanej szosie, furgonetka złapała gumę. Czyli jak łatwo wyprowadzić z równowagi majora? Złap gumę na jakieś popierdolonej drodze i każ mu się tłumaczyć przed przełożonymi.
- Cholera, co za kretyn wynajął nam tę furgonetkę. – Powiedział mjr. Jędryka unosząc nieznacznie głos. – A może to wina kierowcy!? – Teraz już krzyknął spoglądając na profil kierowcy.
- Zaraz kierowca. Zwalcie na mnie, tak będzie najlepiej! – odkrzyknął jak na zawołanie. – Zresztą nieważne. Wyjdę i rozwiążę ten, jakże poważny problem.
- Nie poważny, ale w dupę kłopotliwy. Jakby było nam ich mało, a ja teraz muszę jeszcze informować sztab o takim pieprzonym problemie. – Wyjął z kieszeni telefon. – Czy nie może być nawet[,zbędny] najmniejszej, zasranej chwili spokoju, kiedy mogę się odprężyć i nie myśleć co może pójść nie tak? – Wybrał numer do swojego przełożonego i przyłożył telefon do ucha.
Kilka chwil później, gdy major poinformował sztab o postoju oraz wymianie przez kierowcę, lewej przedniej opony, mogli ruszyć dalej. Zatrzymali się dopiero na przejściu granicznym Krościenko, pięćdziesiąt trzy minuty później. Sprawdzono ich identyfikatory i mogli jechać dalej. Różnica między drogami polskimi, a ukraińskimi, była tak bardzo widoczna, jak ta w zachodniej części kraju, gdy wyjeżdża się do Niemiec. Czyli, co mówi samo za siebie, im dalej na wschód, tym bardziej odczuć da się panującą tu biedę i kurewskie życie. Następna droga, to około dwóch godzin jazdy przez Ukraiński obszar i dojazd do Lwowa. Tam wsiądą na lotnisku do kolejnego transportu. Tym razem lepszego i bardziej podniecającego, niż jakaś furgonetka, z silnikiem co najmniej mającym chyba ponad sześćdziesiąt lat i wyciągniętym z rosyjskiego czołgu, na przykład spod Kurska.
Helikopter, Sikorsky UH-60 Black Hawk amerykańskiej produkcji. Senior wśród maszyn latających oraz jeden z najbardziej zasłużonych. Używane, czy to w Wietnamie na początku lat 60., w stolicy Somalii, Mogadiszu, poprzez mniej rozpamiętywane, jak interwencja w Granadzie oraz inwazja na Panamę. Był i jest zapewne marzeniem wielu ludzi na całym świecie, lecz nie jest to teraz najważniejsze. Nie przyjemność lotu, lecz zadanie. Czeka on już od paru dni, na prywatnym, wojskowych lądowisku, oddzielonym przez sztab, specjalnie na tę misję. A właściwie to w hangarze do rana dnia dzisiejszego, kiedy to został wyprowadzony na powietrze i sprawdzany przez skład mechaników. Składający się zarówno z polskich specjalistów jak i [ukraińskich małą literą tak, jak i polskich]ukraińskich, choć tym drugim lepiej nie ufać. Bez żadnych komentarzy rasistowskich, ale nigdy nie wiadomo co mogą kryć. Jeszcze podpierdolą[,zbędny] jakiś element silnika, sterowania, czy tudzież czegoś innego. Wtedy prędzej rozbiją się o drzewo, może o brzozę wziętą ze Smoleńska, niż dolecą do celu i wykonają swoje zadanie[kto? wygląda, jakbyś miał na myśli że to mechanicy rozbiją się o drzewo].
- Długo jeszcze będziemy jechać? – st. kpr. Szczepański zatrzymał rozgrywkę na swoim tablecie. –
- A ty długo jeszcze będziesz napierdalał w tego Battlefielda? – Spytał st. sierż. Maniura spoglądając na tablet.
- Ja mam przynajmniej co robić. – Uruchomił ponownie grę dotknięciem palca na RESUME - A teraz z łaski swojej już się nie odzywaj Maniu.
Kilka dużo dłuższych chwil później[to później przeniosłabym w miejsce po "rozmów"] i mało ciekawych rozmów później dojechali do pierwszego celu. Furgonetka mijała znak „L’viv” co jest równoznaczne z wjechaniem na teren miasta, niegdyś należącego do Polski, i Austrii podczas zaboru od 1772 do 1918-tego[-tu ta pauza niepotrzebna już]. Śmieszna sytuacja, bo żaden [raczej"żadne" w domyśle państwo] z nich nie ma miasta obecnie pod swoimi władzami.[pod swoimi rządami, albo w swojej władzy] Kilka następnych chwil poświęcą na przedzieranie się ulicami miasta, zakorkowanymi w chuj – choć nie tak jak w Ameryce – oraz wjazd na teren lotniska, znajdującego się w południowo zachodniej części sporego miasta.
- Dojechaliśmy. – Kierowca odwrócił się do tyłu i dodał. – Wysiadajcie.
- Sam se kurwa wysiadaj! – Powiedział ppor. Olski podnosząc głos. – Mi może rozkazywać tylko Allach.
- Ja również.
- Nie wywyższaj się tak. – Syknął gniewnie na mjr. Jędrykę, a twarz jego znajdowała się mniej niż siedem centymetrów od niego.[dziwne, że w obecności podwładnych podporucznik odnosi się tak do majora; wprawdzie jestem tylko baba i może nie znam się na wojsku, ale mam w rodzinie ojca - b. wojskowego, brata - pułkownika i syna - komandosa, stąd ta uwaga]
Przy wysiadaniu oślepiło ich słońce, znajdujące się już na linii horyzontu. Promyki, które kierowały się na ich twarze, dawały przyjemne ciepło, a łagodny wiatr podwiewający z północy, odprężenie. W Sanoku niebo przysłonięte całkowicie przez chmury – jakby to powiedział prezenter pogody, cumulonimbusami calvusami – a nad Lwowem, bezchmurne, błękitne niebo. Dla takich chwil można zrobić naprawdę wiele.
- Kurczę, weźcie mnie zabijcie. Nie wierzę, że u nas w kraju jest tak chujowo, a tutaj tak ładnie. – Powiedział sierż. Aljaz spoglądając w górę. Brakuje tylko przelatującego gołębia i wypuszczenie przez niego, białej, lepkiej mazi.
Widzę, że mam kogoś, kto uważa tak jak ja. Postawiłbym mu piwo.[tu przykład dezorientacji w kwestii narratora, albo też osoby wypowiadającej to]Kierowali się w stronę hangaru, przy którym znajdowała się ich pierwsza i zarazem ostatnia grupka ludzi. Spełni ona rolę pośrednika między Lwowem, a bazą wraz ze sztabem, do których zmierzają.
- - Witam majorze. – Człowiek, zbudowany potężnie, który stanął przed nim, zasalutował i mówił dalej. – Jestem Leon Gorczewski, a to są – wskazał ruchem ręki na grupę stojącą za nim. – Brawsher, pierwszy pilot śmigłowca, Jack, nasz snajper oraz Szeliga, medyk w razie potrzeby.
- A ty kim jesteś? – Spytał mjr. Jędryka.
- Drugim pilotem śmigłowca. Brawsher pochodzi z Anglii, niech jednak was nie zwiedzie jego spokój. – Uśmiechnął się pod nosem spoglądając na niego. – Nie pije jak inni wyspiarze, herbatek i nie zajada się przy tym sucharkami. Jack to Amerykaniec, jedyne co o nim powinniście wiedzieć – Złapał swoją wielką dłonią brodę, a po chwili dodał. – Właściwie, to nic nie musicie o nim wiedzieć. Tak jak o Szelidze, który wam raczej posłuży w razie gdybyście zaczęli wymiotować.
- O to się nie bój. – St. sierż. Maniura spojrzał bez emocjonalnie[może lepiej by bylo: bez emocji} na Gorczewskiego.
- Czy Rosjanie to urodzeni mówcy? Pierdoli bez sensu!
- Ali, mówiłem Ci coś. – Klepnął sierż. Aljaza w tył głowy.[kto?]- Kiedy majorze?
- Czuję, że się polubimy. To dobrze, to podstawa.
„W życiu gościu” [czyj to tekst?]
- Za trzydzieści minut chcę was widzieć ogarniętych przy Black Hawku. Jeżeli się rozumiemy, to dobrze.
Cała grupa udała się do hangaru, gdzie był cały potrzebny im sprzęt do tej misji. Zwykły, szary hangar, tyle że chroniony przez uzbrojonych ochroniarzy… Nic dziwnego. Skoro znajduje się tam uzbrojenie, pojazdy wojskowe, helikopter (bynajmniej - chyba "przynajmniej" gdy tego sytuacja wymaga) i gdyby tego było mało, czołg.
- Dziwny ten Rosjanin – Odrzekł Maniura pakując do plecaka granaty odłamkowe.
- Dziwny to możesz być ty. – Sierż. Aljaz spojrzał na niego. – Jak tak patrzę, to nawet się ze sobą nie kłócę, to widać na kilometr. Pieprzony rus i tyle.
- Jeszcze Ci uratuje dupę, wtedy będziesz wspominać swoje słowa. – Odezwał się mjr. Jędryka.
- Z pełnym szacunkiem, ale proszę znów nie zaczynać swoich wywodów. Wtedy bym się uśmiechnął i powtórzył to samo. A po za tym dobrze Pan wie, że nienawidzę rusków jak mogę.
- I Niemców, i komunistów i tak dalej. – Odrzekł Maniura.
- Dobrze mówi.
„Polać mu.” [czyja to kwestia?]
- Nie musisz mnie o tym uświadamiać. – Major położył broń na stół i stanął twarzą w twarz z sierż. Aljazem – Ile razy mam Ci powtarzać, że nie życzę sobie takich odzywek? Kogo lubisz, a kogo nie, to twoja sprawa, ale zostaw to dla siebie… - Stuknął palcem wskazującym w jego czoło. – Tutaj sobie to zostaw. Tak odzywać to się możesz do kogoś innego, dziewczyny.
- On woli, Panie majorze, Szczepana i wspólnej z nim wycieczki do Wietnamu.
- Jebnąć Ci? – Odezwał się st. kpr. Szczepański.
- Słuchaj, jesteś naprawdę dobrym żołnierzem, ale zostaw to dla siebie. Tak jest?
- Tak jest! – Sierż. Aljaz.
- I tak ma pozostać. – Major podszedł do stołu. Stojąc jeszcze do niego plecami, oznajmił – Żebym nie słyszał o żadnym incydencie między Tobą a nim.
Dwadzieścia minut później wszyscy znajdowali się już przy lądowisku, na którym stał Black Hawk. Uzbrojeni w zawieszone na ramieniu karabinki szturmowe wz. 96 „Beryl” komandosi Specjalnej Grupy do spraw Odbijania Zakładników (SGdsOZ) siedzieli na murku przy helikopterze. W środku niego siedział już Brasher, a do grupy komandosów przysiedli się również Szeliga. I Jack, który zaczął czyścić lunetę karabinu snajperskiego ZSRR – SWD. Czekali już tylko na „Pieprzonego Ruska”, per Leona Gorczewskiego, ze systemem nadzwyczaj pieprzonego uśmiechu.
Piękny, słoneczny dzień, zamieniał się już w gwiaździstą noc. Błękitne niebo zamieniło się tymczasem, jakby w niewyobrażalnie wielką przestrzeń kosmiczną. Sekundę później, na horyzoncie, gdzie słońce wypuszczało ostatnie promyki, pojawił się Gorczewski, równo trzydzieści minut później, po wymianie zdań. Pieprzona, rosyjska punktualność.
- Zapraszam Panowie do helikoptera. Miłej podróży życzę.

Rozdział II
Okolice Kamensk-Shakhtinsky, Rosja

Brawsher tymczasem sięgnął do schowka po papierosy, potarł zapałką o siarkę na pudełku[,tu zbędny] tanich, Ukraińskich zapałek i zapalił. Rozsiadł się dokładniej i wygodniej w oparciu fotela i położył nogi na kokpit, dalej trzymając ster.
- Chcesz nas pozabijać!? – Wrzasnął ppor. Olski wychylając głowę do kabiny. – Zwariowałeś.
- Spokojnie. – Odparł Gorczewski. – O co ci chodzi człowieku?
- To, że chcemy dolecieć do celu w jednym kawałku!
- Słuchaj no. – Brawsher wyjął z kabury pistolet i przyłożył mu do skroni Barette 92FS. – Mam w dupie co masz mi do powiedzenia, nawet jeżeli będzie to cholernie ciekawe, albo o nowym transporcie z Kolumbii. Jeżeli rzeczywiście zależy wam, aby dolecieć tam gdzie macie, stul pysk. – Odbezpieczył broń i przycisnął jeszcze mocniej. – Po za tym wrzeszczysz mi do ucha, popierdoliło Cię do jasnej cholery? A teraz radzę Ci się cofnąć i usiąść grzecznie w swoim miejscu. Inaczej następnym razem poczujesz kulkę w swojej pustej łepetynie. Rozumiemy się? Czy to co powiedziałem, jest jasne jak lampy halogenowe mojego samochodu?
Ppor. Olski pokiwał tylko nieznacznie głową i cofnął się pomału do tyłu, na swoje miejsce.
- Pieprzony skurwiel. – Zabezpieczył pistolet i schował za czarną, skórzaną kurtkę.
- Z nami dolecicie wszędzie, cali. Więc z skąd te uniesienie? – Odparł Gorczewski wychylając się z kabiny. – Nie rozumiem Polaczków.
- I jak wam się podobało? Bo chyba nie słyszałem waszej zasranej w dupę odpowiedzi.

Nad ranem, o godzinie piątej [rano -niepotrzebne, na początku zdania wspomniałeś, że nad ranem] z minutami, wylądowali około 27 km od Kamensk-Shakhtinsky oraz około siedemdziesięciu od południowo-wschodniej granicy z Ukrainą[.nie kropka a przecinek] na terenie rosyjskim. Brawsher posadził sprzęt, potocznie zwany helikopterem, na przygotowanym lądowisku. Jeżeli tak można nazwać skoszono dopiero co trawę, i narysowane białą farbą koło, z literą „H” w środku.
Coś mi to przypomina. [komu przypomina?]Wokół niego znajdowało się parę skrzyń, rozstawione dwa namioty, w tym jeden z mieszczącym się w środku szpitalem polowym i parę lamp naftowych, takich jak te używane w okresie toczenia walk z Vietcongiem na ich terytorium.
Właśnie o tym mówiłem.
Jack zawiesił swój karabin snajperski na ramię i dając znak reszcie, wysiadł z Black Hawka, umożliwiając tym, uczynienie to również innym członkom. Wszyscy podeszli do grupy polskich żołnierzy, którzy sprawdzili ich identyfikatory, a następnie ruszyli dalej za żołnierzami francuskimi. Widocznie albo komuś się nudziło, albo misja rzeczywiście tego wymaga, ale zaangażowali w to chyba wszystkie możliwe siły. Polaków, Ukraińców, Francuzów i Rosjanów, pomijając Australijczyka Coopera i Norwega Juana… Brakuje do Tego tylko, tych wszędzie się przydup czających Amerykanów.
- Aller, Aller! – powiedział francuski żołnierz, przechodząc przez prowizoryczną bramę.
Weszli na szosę, wysypaną piaskiem i żwirem. Ruszyli powolnym marszem za swoim przewodnikiem. Rozglądali się wokoło i wymieniali spostrzeżeniami.
- Nie muszę być Kolumbem, by odkryć Amerykę i powiedzieć, że na pierwszy rzut oka, widać, że jesteśmy w Rosji. – Powiedział Adam Niedzwiecki. – Takie widoki rozpoznasz w każdym zakątku świata.
- Patrząc na Ciebie, stwierdzam, że Kolumb chyba był jednak przystojniejszy od Ciebie. – Odrzekł Szczepański.
Spoglądali na rwącą rzekę, otaczającą w południowej części bazę, wiatr, który powiewał od zachodu, przyprawił wszystkich członków o drgawki. Poznajcie Panowie klimat rosyjski, którego właściwie nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Szkoda tylko, że wam nie dali cieplejszych ubrań. Ale bez obaw, może dostaniecie. Musicie, misja nie jest prosta, idzie po za tym zima, a jakoś musicie sobie radzić.
Szosa, którą się przemieszczają, z kroku na krok zaczyna co raz bardziej zamieniać, się w coraz większe bagno. Wody przybywa, a piasek zamienia się w pieprzone ruchome piaski. [czas!] W Rosji, nie w Afryce… Nie[razem]normalne.to przymiotnik
- Gdzie my w ogóle idziemy? Chcę już iść na pole walki, a nie po jakieś zasranej szosie w jakieś nie znanej mi bazie na tym terenie! – Krzyknął ppor. Niedzwiecki, odpychając się kijem, który znalazł wcześniej przy lądowisku.
- Mnie bardziej obchodzi co będzie z moimi stopami. Jeszcze nie walczę, a już mam je całe zrypane.
- Ali, nie narzekaj. Też mi to bagno zaczyna wchodzi do środka. – Powiedział Szczepański unosząc ręce do góry.
- Nie o to chodzi. – Odrzekł sierż. Aljaz. – Nie lubię narzekać jak baba, ale te buty są straszliwie nie[razem]wygodne i nieszczelne. Zaraz je zdejmę i tyle będzie, pójdę na bosaka.
- Moje są idealne, nie mogę narzekać. – Odrzekł chor. Matthias
- Chcesz w gębę? Nie mów mi jakie są twoje buty, tylko cholera daj mi namiary na tego kto Ci je skołował.
- Panowie… Nie załatwiajcie tam interesów, tylko się zatrzymajcie.
Przed nimi pojawiło się dwóch francuskich żołnierzy, z charakterystycznymi czerwonymi beretami, przekrzywionymi na lewą stronę. Ucięli oni krótką pogawędkę z ich przewodnikiem – oczywiście po francusku, bo jakże inaczej. W rękach trzymali modułowy karabin automatyczny SCAR-L, a w pasie parę magazynków mieszczących trzydzieści naboi [nie wiem, czy poprawniej nie byłoby "nabojów"?]oraz granaty. Gdy już skończyli swoją pogawędkę, cała grupa została wpuszczona na teren kompleksu budynków, które znajdowały się na wprost od nich. Teren został odgrodzony drutami kolczastymi, w narożnikach z wieżyczkami wartowniczymi oraz wielkimi reflektorami w ich kabinach. Chronią się jak Niemcy w czasie II Wojny Światowej. To było dawno, a trendy pozostały, jeszcze jebnąć to wszystko na różowo, to będzie połączenie starych czasów z nowymi. Tyle, że wszystko będzie tak oczojebne, że przeciwnik sam się podda, bez prowadzenia wojny. Pozostaje też druga opcja, nie będą się fatygować, tylko wszystko od razu zrównają z ziemią… Jak Hitler Warszawę.
Budynek, do którego się kierowali, okazał się miejscowym sztabem, stacjonujących tu sił francuskich, łączących siły z polskimi. Znajdował się on w samym centrum zabudowań, dodatkowo oczywiście chroniony kolejnymi powyżej trzydziestu lat. Choć w niektórych pomieszczenia znajdowały się, młode, jakże inaczej, atrakcyjne ochroniarzamiCoś z budową i sensem tego zdania jest nie tak]. Nie muszę mówić jakiej narodowości, prawda?
Przeszli przez parter, cały zajęty oszklonymi biurami. W nich, biurka z sosnowego drewna, krzesła, proste, drewniane ze zgniłymi oparciami, monitorami komputerów na wierzchu oraz pracownicami. Głównie w wieku [?] kobiety, brunetki, blondynki, nawet rude i te, które farbują swoje włosy na kolory nie wiadomo jakie. Oczywiście, od razu wzroki [zła odmiana tego słowa, które w zasadzie nie ma l. mnogiej]były kierowane na nie, a dopiero potem wracały na tor [nominalny.określenie rodem ze szkoły wojskowej! ]
- Szef chciałby z wami rozmawiać. Ma do omówienia parę ważnych spraw. – Powiedział jeden z ochroniarzy. – Da wam również wszystko czego będziecie potrzebowali. Zapewne nie macie potrzebnych map, dodatkowej wody, suchego prowiantu, i spoglądając na was, również ciepłych ubrań.
„Zamknij mordę, nie ty musiałeś iść przez tą pizgawę w chudych ubraniach” [kto to mówi?]
- Wiele się nie mylisz. – Dopowiedział mjr. Jędryka, spoglądając na siebie, a potem na stojących obok członków jego zespołu.
Przed wejściem na pierwsze piętro, zostawili cały swój sprzęt, od uzbrojenia, przez sprzęty wymagane, kończąc na tych dodatkowych – jak noktowizory, dodatkowe celowniki czy też, co u niektórych książki, by zabić nudę, która im towarzyszy niektórymi momentami. Zanim weszli na górę, przeszli dodatkowo przez grupę ochroniarzy oraz bramkę do wykrywania metali.
Po wejściu po schodach, znaleźli się w korytarzu. Podobnym do tego niżej, prawie w każdym detalu. Jedyna różnica to kolory ścian, o ile na dole to się komponowało – białe z czarnymi, wąskimi kreskami na dole przy podłodze – to tu, na górze czerwone ściany, w połączeniu z panelami na podłodze i białą ścianą, zmuszają do myślenia, jakiego muszą mieć dilera i czy przypadkiem nie muszą go zmienić. Ale każdy wybiera samemu, a diler też człowiek. Albo po prostu Francuzi, mają inny gust, a o gustach się nie dyskutuje.
Drzwi, do których się zbliżali, były podwójne, metalowe i chronione obserwatorami, mieszczącymi się za tymi[,zbędny, zaburza sens zdania] dwoma kamerami umieszczonymi bezpośrednio nad nimi. Po lewej, wmontowany w ścianę, znajdował się czytnik linii papilarnych oraz koder. Brakuje tylko kolejnych ochroniarzy, i wszystko było[razem]by cacy. Dopięte na ostatni guzik, zważając uwagę na to co zobaczyli wcześniej, tutaj się nie popisali. Ochroniarz przystawił kciuk do urządzenia, wpisał kod i ruchem ręki dał grupie znak, aby weszli do środka. Sam zamknął drzwi za nimi i usiadł w swoim biurze obok. Oczywiście oszklonym, by mógł obserwować co się dzieje w środku.
Generał, Thomas Blanchard wskazał im miejsca siedzące przed wielkim, okrągłym i oszklonym stołem i zaczął rozkładać mapy.
- Napijecie się czegoś, zanim zaczniemy?
Pokręcili głową w lewo i prawo.
- Szkoda, bo trochę tutaj czasu spędzicie. W razie czego mówcie, naleję wam wody. – Generał sięgnął po pilot leżący na komodzie, pod wielkim telewizorem LED. – W takim razie zacznijmy od razu, bo szkoda czasu. – Włączył telewizor, a na ekranie pojawiły się portrety i opisy ludzi. Sięgnął ręką po szklankę z wodą i pijąc, opróżnił ją do połowy, po czym rozpoczął odprawę. – Ten po lewej to nasz zaufany informator, który śledzi każdy krok, odpowiedzialnej za porwanie, szajki terrorystycznej. Zakładamy, że jest to grupa ludzi, fanatyków, komunistycznych wyznawców rządów rosyjskich. Ich główna siedziba mieści się gdzieś w centrum Kremla, właściwie to jesteśmy prawie pewni, że jest to w jednym z budynków Twierdzy Kremla. Prawdopodobnie przetrzymują tam płk. Pietrzaka oraz innych zakładników. – Generał podszedł do stołu i nachylił się nad mapami. – Wylądujecie tutaj – Wskazał palcem. – na terenie Suvorovskiy’ego Parku. Nie będziecie mieli z tym problemu, dokonacie tego w środku nocy. Wyskoczycie z samolotu lecącego na wysokości 25 600 stóp (około 8 km). Będzie tam na was czekał transport. Za pomocą łodzi pontonowych, przepłyniecie przez rzekę Moskwę, bliżej celu, a właściwie to pod mostem Nowoarbatskij już wysiądziecie. Z stamtąd pod [przykrywą raczej "osłoną"] nocy przejdziecie przez obszar zabudowań, znajdujący się przy Ulitsa Nowy Arbat i zatrzymacie się w budynku, na wprost od fortecy. Planowo, zajmie wam to nie[razem]całe dwie godziny, od pierwszej do trzeciej. Informator wyjdzie po was, kwadrans po tej godzinie, ubrany na czarno, przekaże wam kod identyfikujący go. Wy również podacie mu wasze kody.
- Jakie kody? – Odezwał się ppor. Olski.
- Dostaniecie je pod koniec spotkania. Weźcie ze sobą mapy, najlepiej w każdej możliwe skali. Przyda wam się na miejscu. – Generał się wyprostował i spojrzał na telewizor. – Wszystko powinno pójść bez problemu, jednak co będzie dalej, sami zadecydujecie. Jak wykonacie zadanie, tak wam wyjdzie. Nie[razem]wiele wiemy o tej grupie, na pewno są skoordynowani, zaopatrzeni w odpowiednie uzbrojenie, sprzęt, nie tylko wykrywający, ale także umożliwiający zniszczenie połowy tego świata. Ale to nie jest w zakresie waszej wiedzy, potrzebnej do wykonania tego zadania. Wróćmy do celu waszej misji. Przekażę wam teraz wszystkie dane, jakie nasz informator zdołał zebrać, przez ostatnie dwa miesiące wnikliwych obserwacji. Zaczynając od zdjęć, przez sprzęt, jaki mogą wykorzystać przeciwko wam, kończąc na szczegółach. Praktycznie, to ostatnie interesuje tylko nas. – Podrzucił przed każdego z nich, teczkę i mówił dalej. – Oczywiście, nie jesteśmy tego pewni w stu procentach, ale jak dobrze wiecie, Rosjanie potrafią zaskakiwać w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego miejcie oczy dookoła głowy, i nie pozwólcie sobie na moment dekoncentracji, od momentu gdy znajdziecie się już w powietrzu. Teraz otwórzcie proszę teczki i wyciągnijcie z nich zdjęcia. – Sięgnął ręką po szklankę i wypił resztę nalanej wody. – Macie przed sobą zdjęcia, niektórych członków szajki, którą podejrzewamy. W miarę możliwości, o ile będzie to wykonalne, ich postarajcie się również zgarnąć.
- A co jeżeli nie będziemy mieli takiej możliwości? – Spytał ppor. Olski.
- Znacie procedury. W razie zagrożenia życia, otwórzcie ogień. Jednak nalegamy, byście dostarczyli nam go żywego, a akcja przeszłą w miarę możliwości jak najciszej. Jeżeli nie będzie takiej potrzeby, nie otwierajcie ognia.
- To raczej będzie nie[razem]możliwe, Panie generale. – Major Jędryka, wyjął z kieszeni paczkę papierosów. – Można tu palić?
- Śmiało. Po mojej lewej stronie, stoi pułkownik Noah J. Nilsson. Omówi wam, w szczegółach co wiemy o szajce terrorystycznej. – „Czyli nie[razem]wiele” – A następnie przekaże głos generałowi Edwardowi Gardnerowi, który zapozna was z szczegółami misji oraz uzbrojeniem.
- Chyba, rzeczywiście poproszę o coś do picia. – Odezwał się mjr. Jędryka.
- Zacznijmy więc. Szajka terrorystyczna, odpowiedzialna za porwanie naszego, właściwie waszego, człowieka, jest mało znana wśród innych istniejących, co już zresztą zostało wam przedstawione przez generała Blancharda. Ze względów na bezpieczeństwo misji, zostajecie wysłani tam tylko wy.
- Jednak możecie liczyć w razie zagrożenia, na pomoc sił powietrznych. Ale o tym opowiem wam później. – Dodał generał Gardner i oddał głos płk. Nilssonowi.
- Tak. Mamy jednak nadzieję, że nie będą musiały rozgrzewać swoich silników, tylko po to by ratować wam dupę, bo coś poszło wam nie tak. Liczymy, że wykonacie swoje zadanie należycie. – Spojrzał na telewizor i po krótkiej chwili, odezwał się, stojąc do nich plecami. – A wracając do samej grupy. Grupa odpowiedzialna za porwanie, została prawdopodobnie założona w okresie nie większym niż dwa lata temu, przez niejakiego Akifa Assafa. Jego twarz możecie zobaczyć w środkowej części telewizora oraz na zdjęciach, które macie przed sobą. Jego wiek to [około - to niepotrzebne, bo określasz wiek dokładnie - 36] trzydziestu sześciu lat, czyli jak widzicie jest dosyć młody. Lecz niech nie zwiedzie was[zbędny,] jego wiek. Jak pewnie słyszeliście, krwawa rzeź, sprzed roku na terenie Iranu, to jego zasługa. Przynajmniej tak sądzimy, a mamy do tego podstawy. Gdy jego kraj[zbędny,] przestał być dla niego bezpieczny, przeniósł się do Palestyny, gdzie spędził dwa miesiące. Później udało uciec mu się do Moskwy, gdzie został ciepło przyjęty przez komunistyczne rządy Rosji i od razu rozpoczął swoją działalność. Podejrzewamy, że zamach na prezydenta Federacji Rosyjskiej, wysadzenie metra kijowskiego, i porwanie samolotu, który wyleciał dwa tygodnie temu z portu lotniczego Wnukowo, to wszystko jego zasługa i jego grupy. Tak [tu osobno i przecinek,]że, jak widzicie, wasz przeciwnik to groźny rywal, którego nie powinniście wcale zlekceważyć.
- Jest od dziesięciu miesięcy w Moskwie i przez ten czas zdążył już tyle zrobić?
- Jak Pan widzi, Panie majorze, jest bardzo aktywny. Dlatego musimy, wykonać nasze zadania i go unieszkodliwić. Jak dobrze wiecie, teraz każda taka grupa terrorystyczna jest bardzo nie[razem]bezpieczna, a gdy dostaną się do zasobów nuklearnych Rosji, nie daj Boże, na świecie zapanuje kiła i mogiła.
- Po prostu świat stanie w obliczu zagłady, panie pułkowniku. – Odezwał się sierż. Cooper.
Oczywiście wszyscy od razu na niego popatrzyli, bo odkąd do nich dołączył, nie odezwał się praktycznie ani razu. Jedynie co o nim wiedzą to[tu zbędny,] to, że jest z Australii, jest sierżantem i chrapie strasznie głośno. No i oczywiście, teraz już też wiedzą, że jednak ma głos i potrafi mówić.
- Zgadzam się z [z małej litery] panem. Może być totalna zagłada i świat, który znamy legnie w gruzach, a wszyscy wtedy cofniemy się w czasie, do epoki kamienia łupanego.
- Czy wiadomo, gdzie dokładnie ukrywał się w Palestynie? – Spytał sierż. Aljaz, przyglądając się zdjęciu Akifa Assafa, trzymając je w ręku.
- Niestety. Nie mamy takich informacji, sierżancie.
- A w jaki sposób dostał się do Moskwy i zaszedł tak wysoko w praktycznie niemożliwie szybkim czasie?
- Prawdopodobnie był z nimi powiązany już wcześniej.
- No to ładnie siedzimy, w tym gównie. Po same uszy. – Odpowiedział Aljaz, odkładając zdjęcie.
- Jego grupa, z tego co nam wiadomo składa się głównie z komunistycznych polityków, przeciwników prezydenta oraz najemników z Iranu, Afganistanu oraz Pakistanu.
- Trochę się ich uzbierało. – Sierż. Aljaz.
Generał Blanchard [raczej przecinek niż pauza– do[zbędny tu,] którego była skierowana wypowiedź [–nie pauza a przecinek jako zakończenie wtrącenia] pokiwał tylko głową i klepnął w ramię posiwiałego już gen. Gardnera.
- Dobra Panowie. Teraz opowiem wam o uzbrojeniu, które będziecie mieli do wykorzystania, oraz co posiada przeciwnik. Na koniec już tylko szczegóły i będziecie mogli przystąpić do ostatecznego przygotowania się. – Spojrzał na każdego z nich i kontynuował. – Te wasze karabinki, jak je zwiecie? Beryle? Na nic wam się nie przydadzą. Tu jest potrzebny lepszy sprzęt. Pozwólcie, że wam je przedstawię. – Spojrzał na generała Blancharda, który naciskając odpowiedni guzik na pilocie, zmienił obraz na telewizorze. – W misji tej będziecie posługiwać się, francuskimi FAMAS’ami oraz niemieckimi G36, do tego mamy do rozdysponowania dwa SCAR’y.
- To ja chętnie wezmę SCAR’a wraz z Szczepanem.[tu bym zmieniła szyk zdania]
W ramach podsumowania powiem, że tekst byłby bardzo interesujący, gdyby nie błędy, wpływające na jego odbior. U Ciebie to przeważnie interpunkcja, mam wrażenie, że przecinki stawiasz losowo, niekoniecznie tam, gdzie trzeba.Tekst psuje też niekiedy błędny szyk zdań, czy literówki. To jednak nie najpoważniejsze.
W wielu przypadkach czytelnik gubi się w przyporządkowaniu tekstu czy to do narratora, czy którejś z przedstawianych postaci. Powiedziałabym, że narrator jest nieuchwytny - trudno dojść, z jakiej pozycji to piszesz. Momentami miałam wrażenie, że z punktu widzenia narratora wszystkowiedzącego, stojącego z boku, czasem zaś, że narratorem jest jedna z postaci występujących w tekście. Która jednak - tego nie jest się w stanie stwierdzić. Często też zupełnie nie wiadomo, kto wygłasza daną kwestię w dialogach. To bardzo utrudnia urealnienie obrazu. Narracja to główna bolączka tego tekstu, moim zdaniem.
Skoro to dział kryminał/sensacja, to spodziewać by się można było wartkiej, albo przynajmniej płynnej akcji. W swoim tekście wikłasz się jednak w mnóstwo szczegółow, opisów, które - zaryzykuję to stwierdzenie - zwalniają tempo akcji i pozbawiają fabułę charakterystycznego, żołnierskiego ducha, niezbędnego dla tekstu o takiej tematyce. Fabuła przebiega leniwie i męczy mnogością opisów. Rozumiem, że chciałeś ukazać realia życia grupy komandosów, twardych ludzi, co z niejednego pieca chleb jedli, ale tymi szczegółami zabiłeś ducha walki i sensacji w swoim tekście.One same w sobie nie są złe, ale myślę, że skompresowanie ich do mniejszych fragmentów wyszłoby na dobre dla całości.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 421
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Operacja: Kreml

Post autor: Kompot » 05 kwietnia 2013, 12:20

oficerpavlo pisze: Operacja: Kreml Rozdział I
Sanok, Polska
Lwów, Ukraina


Parafia Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Pocieszenia, czyli klasztor oo. (nie mam pojęcia co to znaczy. Chętnie się dowiem.) Franiczkanów, (Franciszkanów) to okazała budowla z 1377 roku. Wybudowana przez Macieja Franciszkana (Franciszkanina chyba)na mocy przywileju księcia Władysława Opolczyka, znajduje się w południowo wschodniej części rynku sanockiego, gdzie spotkało się siedmiu komandosów. (znaczy, że siedmiu komandosów się spotkało w tym miejscu i dlatego wybudowano klasztor? Jakoś strasznie niejasne to zdanie.)
Komandosi Specjalnej Grupy do spraw Odbijana Zakładników, aby nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania przechodniów oraz mieszkańców tego miasta, ubrani po cywilnemu, oczekiwali na ósmego członka składu.
- Gotowi na misję? – spytał ppor. Adam Niedzwiecki. (nie bardzo wiem dlaczego skracasz podporucznik to nie jest słowo bardzo długie)
- No, nie musisz nawet pytać. – Sierż. Aljaz spojrzał na swojego kompana. – Jak na czołganie się pod ostrzałem Wietnamców w(na, po polach ryżowych) polach ryżowych. ( Ja bym unikała takich skrótów. Zwłaszcza, że jak się leci przez tekst to można pomijać skróty i czytelnik ci się pogubi)
- Nigdy nie byłeś w Wietnamie.
- Może i to prawda, ale zawsze musisz mi pokrzyżować plany? (nie kumam totalnie. Albo był w Wietnamie, albo nie był. Może to i prawda nie jest odpowiedzią godną wojskowego. O jakie plany chodzi? O plan rozbawienia kompanów?) (z dużej litery poproszę) szturchnął ppor. Niedzwieckiego, uderzając lekko zaciśniętą pięścią w jego umięśnione ramię. (gdyby uderzył GO w nie jego ramię, scena byłaby dziwna nie sądzisz? Proponuję usunięcie jego.)
Dogadywali się, jak bracia, cała ich ekipa. Współpracują ze sobą już od blisko pięciu lat. Nawet, gdyby zaczęło między nimi zgrzytać w życiu prywatnym, na polu walki, zawsze są gotowi oddać życie za swojego kolegę, nawet przyjaciela. (za kolegę, a nawet przyjaciela? Powinno być na odwrót. Przyjaciel to wyższy status, więc: zawsze BYLIBY gotowi oddać życie za swojego przyjaciela, a nawet kolegę. )
- Przyjechał. – St. sierż. (strasznie wkurzające są te skróty. Rozumiem, że wynikają z lenistwa, tak samo jak brak edycji tekstu.) Maniura spojrzał na podjeżdżający samochód. – Czy mówiłem już, że ma super brykę? – (z dużej literki)zachowywał się jak ukryte dziecko (jak dziecko ukryte w ciele...) w ciele dorosłego człowieka. Gdyby mógł, zacząłby podskakiwać z podniecenia. (przecinek jeśli już koniecznie zdanie ma wyglądać tak jak w tej chwili) A samochód molestować z iskrą w oku i śmiechem człowieka na haju. ( Nie wiem dziwna scena w głowie się mojej pojawiła. Wielki komandos wtykający przyrodzenie we wlew paliwa, albo całujący rurę wydechową... yyy bez podtekstów)
- Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. – Odparł ppor. Niedzwiecki. (Z małej litery i bez kropeczki poproszę)
Do oczekującej grupy podjechało białe BMW E36. Wysiadł z niego ich dowódca, major (o a tu niekonsekwencja... wszystkim skracasz stopnie, ale majorowi należy się szacunek?) Witold Jędryka z (wywalić) wraz z swoją żoną. Podarował jej kluczyki i dalej trzymając się za ręce, popadli (Popaść można w kłopoty. Co do pocałunku mam niejakie obiekcje.) w namiętny pocałunek, na oczach ludzi. Już pomijając jego skład, (skład pocałunku?)ale przechodzących w około. Człowiek, (tu jest coś bardzo nie tak. Wręcz tak, że nie wiem o co ci chodziło.) grubo po czterdziestce, obściskujący się bezwstydnie z, o dziesięć lat młodszą panienką – przepraszam, swoją żoną (a dlaczego narrator przeprasza? i dlaczego jedzie po postaci? Czy to jest pierwszoosobówka?) - wyglądającą na kolejną dychę mniej. A (bez A swoimi... zacznij lepiej od owłosionymi rękami... Nie zaczyna się zdania od A i wiadomo, że obściskiwał ją swoimi, a nie cudzymi łapami.)swoimi owłosionymi rękami, ściskał jej pupę, przyprawiając ją o ciche jęki(tę pupę? Zagubił ci się podmiot.). Niby wszystko w porządku, ale mogli to robić w nocy, chyba że to robili, ale im to nie wystarczyło. Gdy skończyli, BMW odjechało z piskiem opon. Żona majora miała to w swoim zwyczaju, choć innym się to nie podobało, go to wyraźnie przyprawiało o mrowienie na plecach (Jestem zagubiona. Z tego fragmentu wcale nie wynika co miała w zwyczaju żona majora, a już tym bardziej kogo i co przyprawiało o mrowienie pleców). Co już właściwie każdy wie.(no ja nie wiem dalej o co chodzi) Kobieta z pazurem. Wystarczająco podniecająca, jak kobieta-kot. Jak Halle Berry w niekoniecznie dobrze zagranej roli, w filmie z 2004 roku. (dziwny ten narrator :eek: )
- Witam was Panowie. Wyspani? Wypoczęci? – (z dużej literki)wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. – Zabawiliście się z (ze swoimi) swoimi ukochanymi? Mam nadzieję, bo ja jak najbardziej tak. (ale bucefał. Jakby wystarczająco nie podkreślił swojej wielkości gonad.)– Uśmiechnął się do swoich ludzi i zakończył. – Skoro humor nam dopisuje, to mam nadzieję, że przed nami udana zabawa.
- Panie majorze, jak w Wietnamie! – sierż. Aljaz krzyknął z uśmiechem na twarzy.
- Nie byłeś w Wietnamie.
- Pan też? Czy wszyscy muszą mnie dzisiaj wkurwiać!? – krzyknął nie zmieniając wyrazu swojej twarzy.
- Po misji możemy tam pojechać, Ali. – Odrzekł st. kpr. Sebastian Szczepański.
- Z tobą? – spojrzał na niego. – Z tobą, to ja mogę jechać na koniec świata.(nie mam słów dla sensowności tego dialogu)
- Panowie. – Major gestem ręki uciszył rozmowę. – Na randki, to umawiajcie się potem. Gdy wrócimy. Po za tym nie obchodzi mnie wasza orientacja seksualna.
- Pan zaczął. – Odrzekł st. kpr. Szczepański spoglądając na majora i poklepując po plecach swojego przyjaciela, Aljaza. (mam wrażenie, że to zbiórka gimnazjalistów, którzy czekają na autokar. Ja wiem jaki jest stereotyp żołnierza, ale bez przesady, aż takimi tłukami być nie mogą.)
- Nieważne. Za kwadrans powinna się pojawić tutaj furgonetka. Podwiozą nas do Lwowa, gdzie przygotujemy się do misji. Plan znamy od piwnicy, aż po strych, ale pewnie nie powiem wam nic nowego, że jeszcze ze setki razy nas z nim zapoznają. Zresztą tak jest zawsze. Prawda? – Nie czekając na odpowiedź mówił dalej. – Wiedziałem, że nie macie pytań. Jesteście zgrani jak żuki gnojowe.
- Nie jestem pewien, czy one zbierają się w grupach, by zrobić sobie kulkę z odchodów.
- Ja też nie, ale zrymowało mi się z wami cudownie. – Major uśmiechnął się nieznacznie i spojrzał na zegarek. ( :facepalm: )– Mamy jeszcze troszkę czasu.
- To ja mam propozycję – odezwał się chor. Matthias.
- Wiemy jaka, to jest propozycja. – Sierż. Aljaz zaczął się śmiać.
- Lady!
- Tylko nie wdawaj się w dyskusję Aljaz.
- Nie musi mnie Pan, Panie poruczniku pouczać. (jest jego przełożonym. Kto jak kto, ale on na pewno jest uprawniony do strzelania połajanek i pouczania.) – Przestał się śmiać i odpowiedział, kierując gniewny wzrok na ppor. Olskiego.
-To dobrze. Wiesz, że mam cię dojść i twoich wybryków.
- A najlepiej to byś się go pozbył strzałem w głowę. Jak mówi to twoja zasrana religia – Dodał mjr. Jędryka spoglądając na obu panów, którzy mierzą się gniewnymi wzrokami, gotowymi do starcia.
¬- Nie koniecznie. Ale wykopałbym go z mojej grupy.
- Już nie twojej. Nie zapominaj się, teraz jest ona moja. – Popatrzył na młodszego o trzy lata od siebie ppor. Olskiego i zagasił, skończonego już papierosa, na jego czarnej koszuli. Z napisem na plecach, głoszącym czystko skrajne poglądy. Bardziej przybliżające go, do wpisywania w wszelkiej maści formularzach, w rubryce „wyznawana wiara”, islamu. „Allach jest jeden”, pisane arabskim pismem. – Są pod moimi skrzydłami i osobiście dopilnuję, by tak pozostało do samego końca. (dobra nie wiem co się tu dzieje, ale z całą pewnością nie udało ci się mnie przekonać, że ta scenka jest choćby w 2% realna)
Po pierwsze tekst nie ma akapitów no i oczywiście nie chciało się justować. Fakt, wymówka słaba, bo jak tobie nie chce się poświęcić czasu na wedytowanie tekstu, to jak czytelnikowi ma się chcieć go czytać. Nie udało mi się przeczytać tekstu w całości. Jest tu wciąż bardzo dużo błędów i głównie one przeszkadzają w czytaniu. W spoilerze masz wyszczególnione o co mi chodzi. Postaram się niebawem tu wrócić.
Obrazek

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Operacja: Kreml

Post autor: wołszebnik » 30 maja 2013, 12:44

Nie ukrywam, że nie chce mi się czytać któryś kolejny raz w zasadzie tego samego tekstu, gdy widzę, że nie poprawiłeś wielokrotnie wskazywanych uchybień (słynni Franiczkanie). Nie widzę sensu. Niemniej, jeśli błędy poprawione zostaną i zdołasz przekonać mnie, że nie są to dokładnie te same słowa, które już czytałam, to chętnie pomogę.

W każdym razie wyłuskałam konkretną scenkę:
- Nie jestem pewien, czy one zbierają się w grupach, by zrobić sobie kulkę z odchodów.
- Ja też nie, ale zrymowało mi się z wami cudownie. – Major uśmiechnął się nieznacznie i spojrzał na zegarek. – Mamy jeszcze troszkę czasu.
- To ja mam propozycję – odezwał się chor. Matthias.
- Wiemy jaka, to jest propozycja. – Sierż. Aljaz zaczął się śmiać.
- Lady!
- Tylko nie wdawaj się w dyskusję Aljaz.
- Nie musi mnie Pan, Panie poruczniku pouczać. – Przestał się śmiać i odpowiedział, kierując gniewny wzrok na ppor. Olskiego.
-To dobrze. Wiesz, że mam cię dojść i twoich wybryków.
Ja nie rozumiem tej wymiany zdań. Albo nie łapię jakiegoś slangu, albo ona naprawdę nie ma sensu.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Re: Operacja: Kreml

Post autor: Grafoman » 03 lutego 2015, 06:32

Wracam tu już któryś raz w nadziei, że zbiorę się na zamieszczenie komentarza. I w końcu jakoś się zebrałem...
No cóż... Tytuł ciekawy, lubię tematy historyczne, ale jak narazie, mimo przemyśleń, nie załapuję, o co tak naprawdę chodzi. Może jestem za głupi...
Tekst sprawia wrażenie choatycznego. Wątki, postaci pojawiają się i znikają tak nagle, że ich nie zapamiętuję.
Np: nie ogarniam, co do operacji Kreml ma żona majora... Moim skromnym zdaniem opis ich wzajemnych relacji trochę nie pasuje do tego, co ma sie dziać za chwilę...
Nie chciałbym, Oficer, żebyś odebrał t jako jednoznaczną krytykę, ale po prostu tak mi się zdaje. Jedno zdanie, które zwróciło moją uwagę:
Podarował jej kluczyki i dalej trzymając się za ręce, popadli w namiętny pocałunek, na oczach ludzi. Już pomijając jego skład, ale przechodzących w około.
Po pierwsze, może "Dał jej kluczyki" czy coś podobnego, bo podarowanie kojarzy mi się z prezentem, daniem czegoś, czego osoba przedtem nie miała, a jeśli się dobrze orientuję, samochód już od jakiegoś czasu należy do majora i tym samym, do jego żony.
Po drugie zastanawiam się, czy można popaść w namiętny pocałunek????
Trzecia recz, co miałeś na myśli, pisząc: "Już pomijając jego skład, ale prechodzących wokoło."?
Jaki skład i czego skład?

Ponieważ, jak już mówiłem, lubię tematy historyczne, to proponuję jakoś rozwinąć akcję, poprawić tekst. I jeszcze: nie znam się na stopniach woskowych i fajnie by było, gdybym mógł bez wyszukiwania w wikipedii odnajdować znaczenie skórtóww. Może zacznij je stosować dopiero po wprzowadzeniu czytelnika, że ten jest podporucznikiem, a ten sierżantem? Proponuję przynajmniej w paru akapitach stosować pełne nazwy stopni wojskowych...
Pozdrawiam,
Grafoman
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
Shady
Posty: 49
Rejestracja: 12 lutego 2015, 14:26

Re: Operacja: Kreml

Post autor: Shady » 12 lutego 2015, 15:49

Tekst ciekawy, interesujący, ale za bardzo chaotyczny... Przekleństwa powinny być tylko w dialogach a nie w opisach, dodatkowo nie dajemy kropek w dialogach !!
- Panowie. – Major gestem ręki uciszył rozmowę. – Na randki, to umawiajcie się potem. Gdy wrócimy. Po za tym nie obchodzi mnie wasza orientacja seksualna.
O to mi chodzi.

Do poprawienia są jeszcze opisy na początku, trochę trudno zrozumieć o co chodzi, kim jest wróg i jaka jest sytuacja, na prawdę, zrób opis który by dokładnie przedstawił co się dzieje.

Czekam na poprawę tekstu i dalsze części.
Pozdrawiam.

ODPOWIEDZ