Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

BENTHOPE "Wzloty i upadki"

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 24 lutego 2013, 15:14

Benthope to ukryte wśród wzgórz Gór Białych gospodarstwo prowadzone przez ojca, jego córkę i syna. Wyciągają pomocną dłoń do każdego zwierzęcia, które tylko jej potrzebuje. Mimo ciągłego dobra, które czynią, problemy spadają na nich niczym lawina głazów, co jeden, to poważniejszy.

Oficjalna strona opowiadania - http://benthope.bloog.pl/
Rozdział 1 Małe, kudłate łapki energicznie odbijały się od piaszczystego podjazdu i gnały za piłką. Psotka skakała z lewej strony na prawą próbując złapać piłeczkę tenisową, ale ta wciąż jej umykała. W końcu suczka, z radosnym furkotem, dogoniła zdobycz i wróciła do Pruu, która stała pod rozłożystą wierzbą i kryła się w cieniu. Dziewczyna rzuciła ponownie piłkę w stronę pustego parkingu i spojrzała na krętą ścieżkę, która prowadziła do Benthope. James szedł nią niespiesznie i wymachiwał workiem z butami.
- James! - zawołała Pruu - Mógłbyś się pospieszyć?
Trzynastolatek spojrzał na nią z wyrzutem, westchnął i przyspieszył. Po chwili stanął obok niej i przywitał się z małą, szarą suczką.
- Dobrze, że przyszedłeś. Akurat nadeszła pora karmienia.
Dziewczyna ruszyła w stronę podłużnego szarego budynku z małymi wybiegami na zewnątrz. Drzwi do psiarni były otwarte, więc Psotka wbiegła do chłodnego pomieszczenia z piłką w pysku. James rzucił plecak i worek pod drzewo i dogonił Pruu, która zdążyła już przejść podłużnym korytarzem i znaleźć się w pomieszczeniu gospodarczym. Chłopiec otworzył dużą lodówkę i wyjął kilka porcji mrożonego kurczaka i wymieszał go z gotowanym ryżem, a w tym czasie jego starsza siostra rozstawiła piętnaście psich misek na kuchennym blacie i nałożyła do nich warzyw. Dorzucili resztę karmy i jedzenie dla psów było gotowe.
Lipton to duży, stary bernardyn, który najchętniej przesypia upalne dni na posłaniu bądź wyleguje się w cieniu. Pruu była przygotowana na to, że nie zje dziś za wiele, więc nałożyła mu więcej mięsa niż ryżu. Otworzyła drzwi bosku i weszła do środka. Pies podniósł głowę i zamachał leniwie ogonem, a jedzeniem nawet się nie zainteresował. Dziewczyna westchnęła cicho i skierowała się do kolejnego boksu, dokładnie zamykając za sobą drzwi.
James właśnie wystawił taczkę z resztą misek, więc Pruu wzięła porcję Sakela i otworzyła drzwi do sąsiedniego boksu. Bury mieszaniec z oklapniętymi uszami i szlachetnymi, dębowymi oczami siedział w rogu i spoglądał na nią nieufnie. Przebywał w schronisku dopiero od kilku dni i nie nabrał jeszcze pewności siebie, więc kiedy dziewczyna znalazła się w jego towarzystwie, skulił się jeszcze bardziej i wydał z siebie żałosny jęk. Pruu zacmokała kilka razy, jednak trudno było usłyszeć coś przez gwar, który panował zawsze podczas pory karmienia. Pies zignorował ją i zabrał się za łapczywe jedzenie dopiero, kiedy dziewczyna już zapomniała o wizycie w jego boksie. James natomiast nakarmił Ciastko i Danley'a. Pozostało jedenaście psów, nie licząc Psotki, która podjadała wszystko, co wypadło z misek podczas nakładania. Kiedy nie dostawała leków, prawie zawsze tak spędzała porę karmienia popołudniem.
Ostatnim psem do nakarmienia był Schargis, saluki. Był płowy z delikatnymi pręgami odznaczającymi się na chudych bokach. Na szyi miał szeroką obrożę w perskie, stonowane wzory. Pies od razu podbiegł do dziewczyny i okrążył ją, chociaż dookoła było niewiele miesjca. Szczeknął radośnie i usiadł naprzeciwko niej, czekając na pieszczoty i jedzenie. Pruu poczekała chwilę, aż młodzieniaszek się uspokoi, po czym podrapała go za uchem - co uwielbiał - i postawiła miskę na ziemi. Wyszła z boksu i odniosła taczkę bez misek do pomieszczenia gospodarczego. James zdążył w tym czasie wymknąć się do domu.
- Pewnie już siedzi przed telewizorem. - mruknęła do Psotki dając jej białe mięso, które zostało z kurczaka. Suczka spoglądała na nią, ale Pruu nie była pewna, czy w ogóle coś widzi przez srebrną grzywkę, która opadała jej na oczy. - Trzeba zadzwonić po fryzjera, księżycowa panno. - dodała ze śmiechem po czym odprowadziła ją do boksu.



Pruu zamknęła drzwi psiarni, aby psy miały chłód w środku. Wychodząc zauważyła wracającego z drugiego końca podwórza ojca, Lio.
- Skończyłeś już karmienie wilków? - zawołała przez podwórze, zasłaniając dłonią oczy przed słońcem i zmierzając ku mężczyźnie.
- Tak. Ale bardzo się rozleniwiły przez tą pogodę..
- Psy tak samo. Tylko Psotka wciąż ma tyle energii. - zaśmiała się wycierając mokre dłonie o szorty.
- Konie są na pastwisku, je nakarmimy później.
Pruu przytaknęła, po czym wrócili razem do domu. James siedział na kanapie i oglądał mecz piłki nożnej.
Oggy - stary, gruby kot, którego przygarnęli kiedyś po pożarze pewnego gospodarstwa w okolicy - siedział na stole i lizał masło.
- James! - Pruu złapała rudego, puchatego kota, który miał cały pysk w maśle, i położyła go na twarzy brata. - Mówiłam ci, że jeśli nikt nie zajmuje się kotami, to trzeba je zamykać w kociarni!
Chłopak jednak nie zareagował, tylko zgonił leniwego kocura z twarzy i pogłośnił telewizję.
- Tatoo..! - zawyła żałośnie do ojca, gdyż już nie miała cierpliwości do brata.
Mężczyzna w dłuższych, czarnych włosach, które zawsze były nieuczesane i zazwyczaj niedbale związane odwrócił się od kuchenki mikrofalowej, w której coś rozmrażał i spojrzał w stronę syna.
- Chłopie, wiesz przecież, że każdy z nas jest odpowiedzialny za to, co oswoił, prawda?
- Wiem tato, wiem... - James wiedział, co ojciec chce mu powiedzieć przez te słowa. Ich matka, Lilly, założyła Benthope czternaście lat temu, kiedy jeszcze była razem z Lio. Od zawsze kochała zwierzęta, aż pewnego dnia nadarzyła się okazja, dzięki której mogła zrobić coś więcej, niż tylko wozić karmę dla zwierząt do schroniska. Myśliwy ustrzelił w górach wilczycę, która osierociła kilka szczeniąt. Były w takim wieku, że za jakiś czas same odeszły by od matki. Jednak jeden z nich był kulawy – matka, padając na niego martwa, niefortunnie złamała mu kość tylnej łapy. Kość przerwała ścięgno i poważnie uszkodziła staw, przez co wilk nigdy nie odzyskał by pełnej sprawności fizycznej i nie poradziłby sobie na wolności. Lilly odkupiła go, potem przygarnęła kilka psów z problemami psychicznymi, wybudowała psiarnię, w której trzymała tez małego Barry’ego, dopóki nie urósł. Miała duże doświadczenie w pracy ze zwierzętami, ratowała je, oswajała, a zdrowe oddawała do adopcji. Z czasem Benthope, czyli schronisko dla zwierząt, które nie było jednak typowym przytuliskiem, rozrosło się. Poszerzyło się o niewielką stajnię na pięć koni, kociarnię, małą ptaszarnię oraz wiwaria. Lio także kochał zwierzęta, dlatego nie porzucił schroniska, kiedy Lilly zmieniła plany, porzuciła rodzinę i wyjechała na wolontariat do Afryki siedem lat temu. Od tego czasu jest poważnie pokłócona z Lio, ponieważ wszystko pozostało na jego barkach. Pruu doskonale wiedziała, co się dzieje, ponieważ kiedy Lilly ich porzuciła, miała wtedy jedenaście lat i musiała pomagać ojcu przy psach i koniach. Podejmując ryzyko dalszego prowadzenia Benthope, cała trójka – Lio, Pruu i James – mieli odpowiedzialność za każde zwierze, które przeszło przez bramy schroniska. Ich zadaniem było zapewnić im bezpieczeństwo, wyleczyć z ran psychicznych oraz fizycznych oraz – o ile było to możliwe – znaleźć im nowy dom. Utrzymywali się z datków, a pobliskie miasto ukryte pomiędzy dwoma pasmami gór skromnie ich sponsorowało. Lilly raz na jakiś czas przelewała na konto Lio alimenty, ale to pomagało w niewielkim stopniu.
James uświadomił sobie, że ojciec faktycznie ma rację, więc podniósł się leniwie i odniósł na wpół śpiącego Oggy’ego do jednej z klatek, które wbudowane były w ścianę przeciwległą do kuchni. Potem wrócił na kanapę.
Lio i Pruu usiedli przy stole, aby porozmawiać.
- Barry bardzo źle znosi taką pogodę. – zaczął ojciec.
- Mamy wezwać weterynarza? – Dla Pruu Barry był jedynym zwierzęciem, które nie czuło niechęci do Lilly, więc łączyła ich pewna więź. Wilk był także najstarszym mieszkańcem Benthope, ale z każdym dniem czuł się coraz gorzej, a upały tylko pogarszały sprawę.
- Nie, tylko niepotrzebnie wydalibyśmy pieniądze, bo i tak by nic nie wskórał. Dorzucę mu rano kolejną porcję witamin do mięsa, a dziś doleję więcej chłodnej wody do basenu.
- A gdzie był, kiedy wychodziłeś z klatki?
Mężczyzna zastanawiał się chwilę.
- Rafiki i Tris przyszły po jedzenie prawie od razu, a Barry’ego widziałem, jak wylegiwał się w lesie. Trzeba pójść zaraz sprawdzić, czy coś zjadł.
- Dobrze. – odpowiedziała. – Co mamy jeszcze do zrobienia?
- Nakarmić i wyczyścić konie, wyprowadzić psy na spacer, wyczyścić kuwety u kotów i papug…
Lista była długa, a to wszystko spowodowane było tym, że James chodził do szkoły i na treningi piłki nożnej, więc wracał do domu po południu, a Pruu i Lio pojechali dziś do miasta po potrzebne rzeczy do wyposażenia psiarni i klatek ptaków. Stracili kilka godzin, przez co teraz muszą pracować ze zdwojoną siłą.
- Jak się ochłodzi to pójdę z psami na spacer. – oznajmiła Pruu – James zajmie się tym, co zawsze, czyli kotami i papugami.
- Ja zaprowadzę konie i się nimi zajmę. – zaproponował Lio.
Zazwyczaj mieli ustalony harmonogram dnia, ale dzisiaj musieli improwizować.



Pruu weszła do pomieszczenia, w którym panowała dziwna atmosfera. Powietrze było wilgotne, a światło żółte i ciemne. Na półkach stało kilka dużych wiwarium z gadami i płazami. Dziś to na nią spadał obowiązek nakarmienia ich i sprzątania w klatkach. Szybko uwinęła się ze sprzątaniem wiwarium legwana i agamy brodatej, które zostały zabrane z importu. Były bardzo osłabione, ale teraz są gotowe do sprzedaży. Najniższe, a zarazem największe wiwarium.
- Cześć, Fredziu. – powiedziała kucając naprzeciwko niewielkiego aligatora, który pławił się w baseniku pod podgrzewaną lampką. Spojrzał na nią z zaciekawieniem, po czym podniósł pysk i uderzył nim o szybę. – Już ci daję jeść.
Otworzyła klapkę z tyłu akwarium i wrzuciła do środka rozmrożone mięso i kilka ryb. Fred podpełzł do miski bardzo niezgrabnie, gdyż nie miał przedniej łapy. Prawdopodobnie zostanie w Benthope do końca, gdyż żadne zoo w okolicy nie zgadza się na zakup takiego zwierzęcia.
On także ucierpiał podczas próby przetransportowania go samolotem do Europy. Benthope mieści się w Maine, w dolinie pomiędzy szczytami Gór Białych, więc Fred musiał przeżyć długą, kolejną podróż z lotniska z Quebeck. Nie było także możliwości wypuszczenia go na wolność.



Psotka biegała pomiędzy długimi łapami Schargisa, który gnał przed siebie jak dziki. Lipton powoli wlókł się przy nodze Pruu, bez smyczy. Sakel czuł się nieco lepiej w towarzystwie innych psów, mimo to James trzymał go na długiej lince, aby ten czuł się swobodnie. Tobias – jamnik z bardzo dużą nadwagą i problemami z padaczką – próbował dogonić Schargisa i Psotkę wśród wysokich traw, które nabierały na soczystości, im bardziej zbliżały się do brzegu Merrimack. Psy najwidoczniej poczuły chłodny powiew od wody, ponieważ na moment zatrzymały się i podniosły wysoko uszy. Zimne powietrze koiło w upalny wieczór, więc psy rzuciły się jak dzikie przed siebie. Pruu zagwizdał na nie, a echo poniosło się po zboczu góry. Psy zwolniły niechętnie i zawróciły, ponownie się goniąc. Kilka innych psów także dało się ponieść emocjom – zaczęły się skowyty i niecierpliwe szczeknięcia, więc rodzeństwo przyspieszyło kroku. Przy drugiej nodze dziewczyny szła spokojnie suczka, rasowa Border Collie, nadal nie mogąca się otrząsnąć po utracie swojego ukochanego pana, który zmarł kilka tygodni temu. Odtąd straciła całą swoją energię. Niegdyś całymi dniami potrafiła zaganiać owce bądź biegać za piłką, dziś nawet nie miała ochoty wyjść na wieczorny spacer, który był obowiązkowy dla wszystkich. W boksach zostawały jedynie psy, które nie mogły wychodzić za granice schroniska.
Kiedy usłyszeli szmer wody, a przed nimi rozciągała się prosta droga wśród iglastych drzew, Pruu i James pozwolili psom biec do wody. Dziewczyna zaklaskała energicznie w dłonie i puściła się biegiem w stronę rzeki, a psy rzuciły się za nią, zaraz ją prześcigając. Radosne szczeknięcia towarzyszyły tupotowi psich łap. W pewnej chwili psy wręcz przefrunęły nad niskim urwiskiem i wpadły do wody jak boje ratunkowe. Stado dzikich kaczek odleciało z przerażeniem, a kilka psów rzuciło się za nimi w pogoń, zanurzając się w głębokiej wodzie, więc zaraz z tego zrezygnowały i powróciły na płyciznę, ponieważ nie miały siły walczyć z silnym prądem Merrimack.
- Jak się ma Sakel? – spytała brata, który dopiero po kilku minutach dołączył do swojej siostry, siedzącej właśnie z Cleo, border collie u boku, na drewnianym pomoście.
- Kiedy idzie razem z psami, jest zdecydowanie lepiej. – powiedział głaszcząc psa po pysku, ten jednak jakby przewidział ruchy chłopca, i nim ten go dotknął, schylał łeb starając się uniknąć jego dotyku.
- Potrzeba czasu…
- Wiem.
Uśmiechnęli się do siebie, po czym spojrzeli na psy, które bawiły się w najlepsze w wodzie. Co chwilę liczyli psy, z tymi na pomoście musiało ich być łącznie dziesięć. Pięć zostało w schronisku z różnych przyczyn. Rzadko kiedy wychodzili poza bramy Benthope z tak dużą ilością psów.
Nagle rozległ się głośny pisk. Psy przystanęły i zaczęły spoglądać na drugą stronę brzegu, gdzie ostro zatrzymał się jakiś samochód. Psy i rodzeństwo stali na pomoście pod dużym dębem, byli słabo widoczni w cieniu, natomiast widzieli wszystko doskonale. Samochód zatrzymał się na polnej drodze, kilka metrów od stromego zbocza. Z auta wysiadła gruba kobieta w za ciasnych ciuchach i z szerokim, wiklinowym kapeluszem na głowie zakrywającym jej twarz. Wyjęła z bagażnika jakiś materiałowy worek i wrzuciła go zamaszyście do rwącej wody.
- Przecież to pani Wasdy! – krzyknął James.
- Co? Niemożliwe! – zaszeptała dziewczyna, po czym zbiegła z pomostu i znalazła się w wodzie po kolana. Psy rzuciły się przed siebie, zaciekawione tym, co znalazło się w wodzie.
Niespodziewanie Sakel wyrwał się do przodu i z długim jazgotem zeskoczył z pomostu. Wyrwał się Jamesowi, a on nie mógł na to nic poradzić. Wołali go po imieniu, ale ten nie reagował.
Pies płynął zaparcie w poprzek rzeki. Wtórowały mu radosne i zaciekawione szczeknięcia i skowyty psów, które pozostały na płyciźnie. Bury pies złapał worek w pysk i skierował się w stronę Pruu.
- Dobry piesek! – zawołała Pruu, kiedy Sakel podpłynął z workiem na płyciznę. Nagle dało się usłyszeć cienkie popiskiwanie wydobywające się z worka. Sakel odskoczył zdezorientowany zostawiając wór w wodzie, ale dziewczyna zdołała go złapać, nim prąd wody znów go porwał. Otworzyła go, a popiskiwania stały się bardziej wyraźne.
- James, zobacz! – krzyknęła biorąc na ręce małego, przemokniętego psa, który wyglądał bardziej jak wyciśnięty mop, niż zwierzę. York spojrzał na nią przerażonymi oczami i zatrząsł się z zimna.
- To Leydi! – krzyknął zeskakując z pomostu. Udało mu się złapać mokrego Sakela.
- Czyli to z pewnością była pani Wasdy…



Wrócili do domu, zamknęli psy w boksach i zabrali przemokniętą Leydi do mieszkania, gdzie opowiedzieli całą historię ojcu.
- Pewnie myślała, że jeśli wyrzuci ją poza miastem, to nikt się nie zorientuje. – mruknął Lio.
Suczka stała na kuchennym stole owinięta w ręczniki. Dla psa był to szok, dotąd kochana i zadbana, spała na najlepszych poduszkach i jadła najlepszą karmę. Teraz została wyrzucona w worku, jak śmieć.
- Jak myślicie, czemu pani Wasdy ją wyrzuciła? Przecież w całym mieście Leydi była znana jako Championka okręgowych wystaw.
- Może zachorowała. – powiedziała Pruu.
- Albo zaczęła sprawiać jej kłopoty, a może przestała zajmować pierwsze lokaty. – dorzucił James.
- Dziś weterynarz już nie przyjedzie, jest za późno. – westchnął Lio.
Pruu spojrzała na zegarek. Faktycznie, dochodziła już dwudziesta pierwsza, a ich osobisty weterynarz odbierał tego wieczoru poród w odległej stadninie. Poinformował ich o tym o poranku, dlatego nawet nie było po co dzwonić, skoro Leydi już nic nie zagrażało.
- Niech dzisiaj śpi w kociarni.
Rodzeństwo przytaknęło na słowa ojca. Dziewczyna zamknęła suczkę w oddalonej od kotów klatce na wysokości rąk, aby był do niej wygodny dostęp. Podała jej pożywienie ze sproszkowanymi witaminami i lekami wzmacniającymi, a w rogu postawiła miskę z wodą.
- Będziesz miała tutaj dobrze. – szepnęła do niej. – Odpoczywaj.
Pozostawiła włączoną niewielką lampkę na stoliku. Kotom zapewne nie będzie to na rękę, ale Leydi przyda się odrobina poczucia bezpieczeństwa.



- James, odrobiłeś lekcje? – siostra szykowała późną kolację, a ojciec siedział w gabinecie i zajmował się ogłoszeniami.
- Jasne. – odparł nakrywając do stołu. – Znaczy się…
- James… Obiecałeś nam coś!
- Wiem, ale to nie moja wina, że wyciągnęłaś mnie na spacer z psami!
- Wiesz, że gdybyś ze mną nie poszedł, musiałabym iść dwa, albo nawet i trzy razy, a tak to wszystkie psy poszły razem.
Chłopak milczał rozkładając głośno sztućce.
- Co ja mam ci na to poradzić? Przecież możecie wypuszczać psy na wybiegi.
- Wiesz, co o tym myślę… Poza tym nie stać nas na dodatkowego pracownika. Nie zabraniam ci chodzić na treningi, przecież wiesz! Ja i tata wspieramy cię w tym, ale ty też powinieneś dawać coś od siebie!
- Przecież zrobiłem to, o co mnie prosiliście.
- Wiem. Dziękuję ci za to. Ale nie możesz zaniedbywać szkoły.
- To tylko głupie lekcje!
- Mógłbyś przestać chodzić z kolegami po szkole Bóg wie gdzie i chodzić na wcześniejsze treningi.
- Ale przecież… - James zorientował się, że Pruu odkryła prawdę. Wcale treningi się nie przedłużały, on tylko chodził na późniejsze.
Siostra spojrzała na niego wyczekująco.
- Dobra… - zmrużył oczy, jak zawsze, kiedy zaczyna kombinować. – Jeśli będę chodził na wcześniejsze treningi, to dasz mi święty spokój?
- A lekcje?
- No i jeśli będę odrabiał lekcje.
- To by było idealne. Niczego więcej od ciebie nie wymagam.
- Zaprzeczasz sama sobie.
Pruu uniosła brew.
- Przecież zwierzęta to nasz wspólny obowiązek – odwróciła się do niego przodem, czując, jak wzrasta w niej zdenerwowanie. – Masz trzynaście lat, powinieneś sobie zdawać z tego sprawę.
Chłopak milczał, ale patrzył na nią takim wzrokiem, że w dziewczynie wzbierała wściekłość.
- Nie możesz nas zostawić z tym samych!
- Z czym niby? – spytał nagle Lio, który niespodziewanie pokazał się w kuchni.
- James właśnie oświadczył, że ma gdzieś Benthope.
James nie przeczył, może nie potrafił właściwie dobrać słów, aby jeszcze bardziej siebie nie pogrążyć.
Ojciec spojrzał na niego zdziwiony.
- Przecież zawsze lubiłeś pracować ze zwierzętami. – powiedział ojciec.
- Mam już dość tych głupich, latających kurczaków i śmierdzących kotów!
- Zachowujesz się jak dzieciak… - wtrąciła się Pruu.
- Jeszcze czego! – odpyskował.
- Jesteś nieodpowiedzialny!
- A ty za to…
- Cisza! – ryknął ojciec, aż koty miauknęły zdziwione z drugiego końca pokoju.
Dzieci spojrzały na niego zdezorientowane.
- James, nie pasują ci papugi i koty? Świetnie. Jeśli chcesz, możesz sprzątać koniom boksy i myć psiarnię zamiast mnie i Pruu. Jeśli chcesz, możesz też zamiatać podwórze i szczotkować wilki, jeśli cię nie zagryzą. Droga wolna!
James milczał przez chwilę. Zapewne porównywał kocie odchody z końskimi oraz rozmyślał, jak boli zadrapanie po kocim pazurze, a jak po wilczym kle.
Podniósł na nich wzrok, pokręcił wściekle głową i pobiegł do swojego pokoju.
- Co za dzieciak! Niczego ani nikogo nie szanuje! – wybuchła Pruu.
- Może ma ciężko w szkole, nie martw się, przejdzie mu.
- O to właśnie chodzi! On nawet nie odrabia lekcji! Uważa, że pójdzie ze mną raz na jakiś czas na spacer i sprzątnie kotom w kuwecie i to wszystko! – spojrzała na swoje ręce, które zaczęły się trząść ze złości. – Byłeś dzisiaj w ptaszarni? On nawet tam nie zajrzał! Gdyby nie ja, ptaki do rana nic by nie jadły.
- Pruu, nie martw się. Jutro z nim porozmawiamy. – Lio próbował załagodzić sytuację.
Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym zostawiła niedokończoną kolację i poszła do kotów, aby je wypuścić.
- To wszystko wydaje się być takie trudne… - szepnęła cicho do Oggy’ego, który leniwie spuścił przednie łapy w powietrze. Spojrzał na nią, zamruczał cicho i polizał ją po nosie.

Awatar użytkownika
czarownica

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: czarownica » 17 marca 2013, 23:52

SpoilerShow
Rozdział 1


Małe, kudłate łapki energicznie odbijały się od piaszczystego podjazdu i gnały za piłką. Psotka skakała z lewej strony na prawą próbując złapać piłeczkę tenisową, ale ta wciąż jej umykała. W końcu suczka, z radosnym furkotem, dogoniła zdobycz i wróciła do Pruu, która stała pod rozłożystą wierzbą i kryła się w cieniu. Dziewczyna rzuciła ponownie piłkę w stronę pustego parkingu i spojrzała na krętą ścieżkę, która prowadziła do Benthope. James szedł nią niespiesznie i wymachiwał workiem z butami.
- James! - zawołała Pruu - Mógłbyś się pospieszyć?
Trzynastolatek spojrzał na nią z wyrzutem, westchnął i przyspieszył. Po chwili stanął obok niej i przywitał się z małą, szarą suczką.
- Dobrze, że przyszedłeś. Akurat nadeszła pora karmienia.
Dziewczyna ruszyła w stronę podłużnego,, przecinek szarego budynku z małymi wybiegami na zewnątrz. Drzwi do psiarni były otwarte, więc Psotka wbiegła do chłodnego pomieszczenia z piłką w pysku. James rzucił plecak i worek pod drzewo i dogonił Pruu, która zdążyła już przejść podłużnym korytarzem i znaleźć się w pomieszczeniu gospodarczym. Chłopiec otworzył dużą lodówkę i wyjął kilka porcji mrożonego kurczaka i wymieszał go z gotowanym ryżem, a w tym czasie jego starsza siostra rozstawiła piętnaście psich misek na kuchennym blacie i nałożyła do nich warzyw. Dorzucili resztę karmy i jedzenie dla psów było gotowe.
Lipton to duży, stary bernardyn, który najchętniej przesypia upalne dni na posłaniu bądź wyleguje się w cieniuw tym zdaniu zmieniłaś czas, zostawiłabym przeszły. Pruu była przygotowana na to, że nie zje dziś za wiele, więc nałożyła mu więcej mięsa niż ryżu. Otworzyła drzwi bosku i weszła do środka. Pies podniósł głowę i zamachał leniwie ogonem, a jedzeniem nawet się nie zainteresował. Dziewczyna westchnęła cicho i skierowała się do kolejnego boksu, dokładnie zamykając za sobą drzwi.
James właśnie wystawił taczkę literówka - tackę chybaz resztą misek, więc Pruu wzięła porcję Sakela i otworzyła drzwi do sąsiedniego boksu. Bury mieszaniec z oklapniętymi uszami i szlachetnymi, dębowymi oczami siedział w rogu i spoglądał na nią nieufnie. Przebywał w schronisku dopiero od kilku dni i nie nabrał jeszcze pewności siebie, więc kiedy dziewczyna znalazła się w jego towarzystwie, skulił się jeszcze bardziej i wydał z siebie żałosny jęk. Pruu zacmokała kilka razy, jednak trudno było usłyszeć coś przez gwar, który panował zawsze podczas pory karmienia. Pies zignorował ją i zabrał się za łapczywe jedzenie dopiero, kiedy dziewczyna już zapomniała o wizycie w jego boksie. James natomiast nakarmił Ciastko i Danley'a. Pozostało jedenaście psów, nie licząc Psotki, która podjadała wszystko, co wypadło z misek podczas nakładania. Kiedy nie dostawała leków, prawie zawsze tak spędzała porę karmienia popołudniem.
Ostatnim psem do nakarmienia był Schargis, saluki. Był płowy z delikatnymi pręgami odznaczającymi się na chudych bokach. Na szyi miał szeroką obrożę w perskie, stonowane wzory. Pies od razu podbiegł do dziewczyny i okrążył ją, chociaż dookoła było niewiele miesjca. Szczeknął radośnie i usiadł naprzeciwko niej, czekając na pieszczoty i jedzenie. Pruu poczekała chwilę, aż młodzieniaszek się uspokoi, po czym podrapała go za uchem - co uwielbiał - i postawiła miskę na ziemi. Wyszła z boksu i odniosła taczkę tackębez misek do pomieszczenia gospodarczego. James zdążył w tym czasie wymknąć się do domu.
- Pewnie już siedzi przed telewizorem. - mruknęła do Psotki dając jej białe mięso, które zostało z kurczaka. Suczka spoglądała na nią, ale Pruu nie była pewna, czy w ogóle coś widzi przez srebrną grzywkę, która opadała jej na oczy. - Trzeba zadzwonić po fryzjera, księżycowa panno. - dodała ze śmiechem po czym odprowadziła ją do boksu.



Pruu zamknęła drzwi psiarni, aby psy miały chłód w środku. Wychodząc zauważyła wracającego z drugiego końca podwórza ojca, Lio.
- Skończyłeś już karmienie wilków? - zawołała przez podwórze, zasłaniając dłonią oczy przed słońcem i zmierzając ku mężczyźnie.
- Tak. Ale bardzo się rozleniwiły przez tą pogodę..
- Psy tak samo. Tylko Psotka wciąż ma tyle energii. - zaśmiała się wycierając mokre dłonie o szorty.
- Konie są na pastwisku, je nakarmimy później.
Pruu przytaknęła, po czym wrócili razem do domu. James siedział na kanapie i oglądał mecz piłki nożnej.
Oggy - stary, gruby kot, którego przygarnęli kiedyś po pożarze pewnego gospodarstwa w okolicy - siedział na stole i lizał masło.
- James! - Pruu złapała rudego, puchatego kota, który miał cały pysk w maśle, i położyła go na twarzy brata. - Mówiłam ci, że jeśli nikt nie zajmuje się kotami, to trzeba je zamykać w kociarni!
Chłopak jednak nie zareagował, tylko zgonił leniwego kocura z twarzy i pogłośnił telewizję.
- Tatoo..! - zawyła żałośnie do ojca, gdyż już nie miała cierpliwości do brata.
Mężczyzna w dłuższych, czarnych włosach, które zawsze były nieuczesane i zazwyczaj niedbale związane odwrócił się od kuchenki mikrofalowej, w której coś rozmrażał i spojrzał w stronę syna.
- Chłopie, wiesz przecież, że każdy z nas jest odpowiedzialny za to, co oswoił, prawda?
- Wiem tato, wiem... - James wiedział, co ojciec chce mu powiedzieć przez te słowa. Ich matka, Lilly, założyła Benthope czternaście lat temu, kiedy jeszcze była razem z Lio. Od zawsze kochała zwierzęta, aż pewnego dnia nadarzyła się okazja, dzięki której mogła zrobić coś więcej, niż tylko wozić karmę dla zwierząt do schroniska. Myśliwy ustrzelił w górach wilczycę, która osierociła kilka szczeniąt. Były w takim wieku, że za jakiś czas same odeszłytu dałabym razemby od matki. Jednak jeden z nich był kulawy – matka, padając na niego martwa, niefortunnie złamała mu kość tylnej łapy. Kość przerwała ścięgno i poważnie uszkodziła staw, przez co wilk nigdy nie odzyskałrazemby pełnej sprawności fizycznej i nie poradziłby sobie na wolności. Lilly odkupiła go, potem przygarnęła kilka psów z problemami psychicznymi, wybudowała psiarnię, w której trzymała tez małego Barry’ego, dopóki nie urósł. Miała duże doświadczenie w pracy ze zwierzętami, ratowała je, oswajała, a zdrowe oddawała do adopcji. Z czasem Benthope, czyli schronisko dla zwierząt, które nie było jednak typowym przytuliskiem, rozrosło się. Poszerzyło się o niewielką stajnię na pięć koni, kociarnię, małą ptaszarnię oraz wiwaria. Lio także kochał zwierzęta, dlatego nie porzucił schroniska, kiedy Lilly zmieniła plany, porzuciła rodzinę i wyjechała na wolontariat do Afryki siedem lat temu. Od tego czasu jest poważnie pokłócona z Lio, ponieważ wszystko pozostało na jego barkach. Pruu doskonale wiedziała, co się dzieje, ponieważ kiedy Lilly ich porzuciła, miała wtedy jedenaście lat i musiała pomagać ojcu przy psach i koniach. Podejmując ryzyko dalszego prowadzenia Benthope, cała trójka – Lio, Pruu i James – mieli odpowiedzialność za każde zwierze, które przeszło przez bramy schroniska. Ich zadaniem było zapewnić im bezpieczeństwo, wyleczyć z ran psychicznych oraz fizycznych oraz – o ile było to możliwe – znaleźć im nowy dom. Utrzymywali się z datków, a pobliskie miasto ukryte pomiędzy dwoma pasmami gór skromnie ich sponsorowało. Lilly raz na jakiś czas przelewała na konto Lio alimenty, ale to pomagało w niewielkim stopniu.
James uświadomił sobie, że ojciec faktycznie ma rację, więc podniósł się leniwie i odniósł na wpół śpiącego Oggy’ego do jednej z klatek, które wbudowane były w ścianę przeciwległą do kuchni. Potem wrócił na kanapę.
Lio i Pruu usiedli przy stole, aby porozmawiać.
- Barry bardzo źle znosi taką pogodę. – zaczął ojciec.
- Mamy wezwać weterynarza? – Dla Pruu Barry był jedynym zwierzęciem, które nie czuło niechęci do Lilly, więc łączyła ich pewna więź. Wilk był także najstarszym mieszkańcem Benthope, ale z każdym dniem czuł się coraz gorzej, a upały tylko pogarszały sprawę.
- Nie, tylko niepotrzebnie wydalibyśmy pieniądze, bo i tak by nic nie wskórał. Dorzucę mu rano kolejną porcję witamin do mięsa, a dziś doleję więcej chłodnej wody do basenu.
- A gdzie był, kiedy wychodziłeś z klatki?
Mężczyzna zastanawiał się chwilę.
- Rafiki i Tris przyszły po jedzenie prawie od razu, a Barry’ego widziałem, jak wylegiwał się w lesie. Trzeba pójść zaraz sprawdzić, czy coś zjadł.
- Dobrze. – odpowiedziała. – Co mamy jeszcze do zrobienia?
- Nakarmić i wyczyścić konie, wyprowadzić psy na spacer, wyczyścić kuwety u kotów i papug…
Lista była długa, a to wszystko spowodowane było tym, że James chodził do szkoły i na treningi piłki nożnej, więc wracał do domu po południu, a Pruu i Lio pojechali dziś do miasta po potrzebne rzeczy do wyposażenia psiarni i klatek ptaków. Stracili kilka godzin, przez co teraz muszą pracować ze zdwojoną siłą.
- Jak się ochłodzi to pójdę z psami na spacer. – oznajmiła Pruu – James zajmie się tym, co zawsze, czyli kotami i papugami.
- Ja zaprowadzę konie i się nimi zajmę. – zaproponował Lio.
Zazwyczaj mieli ustalony harmonogram dnia, ale dzisiaj musieli improwizować.



Pruu weszła do pomieszczenia, w którym panowała dziwna atmosfera. Powietrze było wilgotne, a światło żółte i ciemne. Na półkach stało kilka dużych wiwarium z gadami i płazami. Dziś to na nią spadał obowiązek nakarmienia ich i sprzątania w klatkach. Szybko uwinęła się ze sprzątaniem wiwarium legwana i agamy brodatej, które zostały zabrane z importu. Były bardzo osłabione, ale teraz są gotowe do sprzedaży. Najniższe, a zarazem największe wiwarium.
- Cześć, Fredziu. – powiedziała kucając naprzeciwko niewielkiego aligatora, który pławił się w baseniku pod podgrzewaną lampkąpodgrzewana lampa, czy podgrzewany basenik raczej?. Spojrzał na nią z zaciekawieniem, po czym podniósł pysk i uderzył nim o szybę. – Już ci daję jeść.
Otworzyła klapkę z tyłu akwarium i wrzuciła do środka rozmrożone mięso i kilka ryb. Fred podpełzł do miski bardzo niezgrabnie, gdyż nie miał przedniej łapy. Prawdopodobnie zostanie w Benthope do końca, gdyż żadne zoo w okolicy nie zgadza się na zakup takiego zwierzęcia.
On także ucierpiał podczas próby przetransportowania go samolotem do Europy. Benthope mieści się w Maine, w dolinie pomiędzy szczytami Gór Białych, więc Fred musiał przeżyć długą, kolejną podróż z lotniska z Quebeck. Nie było także możliwości wypuszczenia go na wolność.



Psotka biegała pomiędzy długimi łapami Schargisa, który gnał przed siebie jak dziki. Lipton powoli wlókł się przy nodze Pruu, bez smyczy. Sakel czuł się nieco lepiej w towarzystwie innych psów, mimo to James trzymał go na długiej lince, aby ten czuł się swobodnie. Tobias – jamnik z bardzo dużą nadwagą i problemami z padaczką – próbował dogonić Schargisa i Psotkę wśród wysokich traw, które nabierały na soczystości, im bardziej zbliżały się do brzegu Merrimack. Psy najwidoczniej poczuły chłodny powiew od wody, ponieważ na moment zatrzymały się i podniosły wysoko uszy. Zimne powietrze koiło w upalny wieczór, więc psy rzuciły się jak dzikie przed siebie. Pruu zagwizdał na nie, a echo poniosło się po zboczu góry. Psy zwolniły niechętnie i zawróciły, ponownie się goniąc. Kilka innych psów także dało się ponieść emocjom – zaczęły się skowyty i niecierpliwe szczeknięcia, więc rodzeństwo przyspieszyło kroku. Przy drugiej nodze dziewczyny szła spokojnie suczka, rasowa Border Collie, nadal nie mogąca się otrząsnąć po utracie swojego ukochanego pana, który zmarł kilka tygodni temu. Odtąd straciła całą swoją energię. Niegdyś całymi dniami potrafiła zaganiać owce bądź biegać za piłką, dziś nawet nie miała ochoty wyjść na wieczorny spacer, który był obowiązkowy dla wszystkich. W boksach zostawały jedynie psy, które nie mogły wychodzić za granice schroniska.
Kiedy usłyszeli szmer wody, a przed nimi rozciągała się prosta droga wśród iglastych drzew, Pruu i James pozwolili psom biec do wody. Dziewczyna zaklaskała energicznie w dłonie i puściła się biegiem w stronę rzeki, a psy rzuciły się za nią, zaraz ją prześcigając. Radosne szczeknięcia towarzyszyły tupotowi psich łap. W pewnej chwili psy wręcz przefrunęły nad niskim urwiskiem i wpadły do wody jak boje ratunkowe. Stado dzikich kaczek odleciało z przerażeniem, a kilka psów rzuciło się za nimi w pogoń, zanurzając się w głębokiej wodzie, więc zaraz z tego zrezygnowały i powróciły na płyciznę, ponieważ nie miały siły walczyć z silnym prądem Merrimack.
- Jak się ma Sakel? – spytała brata, który dopiero po kilku minutach dołączył do swojej siostry, siedzącej właśnie z Cleo, border collie u boku, na drewnianym pomoście.
- Kiedy idzie razem z psami, jest zdecydowanie lepiej. – powiedział głaszcząc psa po pysku, ten jednak jakby przewidział ruchy chłopca, i nim ten go dotknął, schylał łeb starając się uniknąć jego dotyku.
- Potrzeba czasu…
- Wiem.
Uśmiechnęli się do siebie, po czym spojrzeli na psy, które bawiły się w najlepsze w wodzie. Co chwilę liczyli psy, z tymi na pomoście musiało ich być łącznie dziesięć. Pięć zostało w schronisku z różnych przyczyn. Rzadko kiedy wychodzili poza bramy Benthope z tak dużą ilością psów.
Nagle rozległ się głośny pisk. Psy przystanęły i zaczęły spoglądać na drugą stronę brzegu, gdzie ostro zatrzymał się jakiś samochód. Psy i rodzeństwo stali na pomoście pod dużym dębem, byli słabo widoczni w cieniu, natomiast widzieli wszystko doskonale. Samochód zatrzymał się na polnej drodze, kilka metrów od stromego zbocza. Z auta wysiadła gruba kobieta w za ciasnych ciuchach i z szerokim, wiklinowym kapeluszem na głowie zakrywającym jej twarz. Wyjęła z bagażnika jakiś materiałowy worek i wrzuciła go zamaszyście do rwącej wody.
- Przecież to pani Wasdy! – krzyknął James.
- Co? Niemożliwe! – zaszeptała dziewczyna, po czym zbiegła z pomostu i znalazła się w wodzie po kolana. Psy rzuciły się przed siebie, zaciekawione tym, co znalazło się w wodzie.
Niespodziewanie Sakel wyrwał się do przodu i z długim jazgotem zeskoczył z pomostu. Wyrwał się Jamesowi, a on nie mógł na to nic poradzić. Wołali go po imieniu, ale ten nie reagował.
Pies płynął zaparcie w poprzek rzeki. Wtórowały mu radosne i zaciekawione szczeknięcia i skowyty psów, które pozostały na płyciźnie. Bury pies złapał worek w pysk i skierował się w stronę Pruu.
- Dobry piesek! – zawołała Pruu, kiedy Sakel podpłynął z workiem na płyciznę. Nagle dało się usłyszeć cienkie popiskiwanie wydobywające się z worka. Sakel odskoczył zdezorientowany zostawiając wór w wodzie, ale dziewczyna zdołała go złapać, nim prąd wody znów go porwał. Otworzyła go, a popiskiwania stały się bardziej wyraźne.
- James, zobacz! – krzyknęła biorąc na ręce małego, przemokniętego psa, który wyglądał bardziej jak wyciśnięty mop, niż zwierzę. York spojrzał na nią przerażonymi oczami i zatrząsł się z zimna.
- To Leydi! – krzyknął zeskakując z pomostu. Udało mu się złapać mokrego Sakela.
- Czyli to z pewnością była pani Wasdy…



Wrócili do domu, zamknęli psy w boksach i zabrali przemokniętą Leydi do mieszkania, gdzie opowiedzieli całą historię ojcu.
- Pewnie myślała, że jeśli wyrzuci ją poza miastem, to nikt się nie zorientuje. – mruknął Lio.
Suczka stała na kuchennym stole owinięta w ręczniki. Dla psa był to szok, dotąd kochana i zadbana, spała na najlepszych poduszkach i jadła najlepszą karmę. Teraz została wyrzucona w worku, jak śmieć.
- Jak myślicie, czemu pani Wasdy ją wyrzuciła? Przecież w całym mieście Leydi była znana jako Championka okręgowych wystaw.
- Może zachorowała. – powiedziała Pruu.
- Albo zaczęła sprawiać jej kłopoty, a może przestała zajmować pierwsze lokaty. – dorzucił James.
- Dziś weterynarz już nie przyjedzie, jest za późno. – westchnął Lio.
Pruu spojrzała na zegarek. Faktycznie, dochodziła już dwudziesta pierwsza, a ich osobisty weterynarz odbierał tego wieczoru poród w odległej stadninie. Poinformował ich o tym o poranku, dlatego nawet nie było po co dzwonić, skoro Leydi już nic nie zagrażało.
- Niech dzisiaj śpi w kociarni.
Rodzeństwo przytaknęło na słowa ojca. Dziewczyna zamknęła suczkę w oddalonej od kotów klatce na wysokości rąk, aby był do niej wygodny dostęp. Podała jej pożywienie ze sproszkowanymi witaminami i lekami wzmacniającymi, a w rogu postawiła miskę z wodą.
- Będziesz miała tutaj dobrze. – szepnęła do niej. – Odpoczywaj.
Pozostawiła włączoną niewielką lampkę na stoliku. Kotom zapewne nie będzie to na rękę, ale Leydi przyda się odrobina poczucia bezpieczeństwa.



- James, odrobiłeś lekcje? – siostra szykowała późną kolację, a ojciec siedział w gabinecie i zajmował się ogłoszeniami.
- Jasne. – odparł nakrywając do stołu. – Znaczy się…
- James… Obiecałeś nam coś!
- Wiem, ale to nie moja wina, że wyciągnęłaś mnie na spacer z psami!
- Wiesz, że gdybyś ze mną nie poszedł, musiałabym iść dwa, albo nawet i trzy razy, a tak to wszystkie psy poszły razem.
Chłopak milczał rozkładając głośno sztućce.
- Co ja mam ci na to poradzić? Przecież możecie wypuszczać psy na wybiegi.
- Wiesz, co o tym myślę… Poza tym nie stać nas na dodatkowego pracownika. Nie zabraniam ci chodzić na treningi, przecież wiesz! Ja i tata wspieramy cię w tym, ale ty też powinieneś dawać coś od siebie!
- Przecież zrobiłem to, o co mnie prosiliście.
- Wiem. Dziękuję ci za to. Ale nie możesz zaniedbywać szkoły.
- To tylko głupie lekcje!
- Mógłbyś przestać chodzić z kolegami po szkole Bóg wie gdzie i chodzić na wcześniejsze treningi.
- Ale przecież… - James zorientował się, że Pruu odkryła prawdę. Wcale treningi się nie przedłużały, on tylko chodził na późniejsze.
Siostra spojrzała na niego wyczekująco.
- Dobra… - zmrużył oczy, jak zawsze, kiedy zaczynał kombinować. – Jeśli będę chodził na wcześniejsze treningi, to dasz mi święty spokój?
- A lekcje?
- No i jeśli będę odrabiał lekcje.
- To by było idealne. Niczego więcej od ciebie nie wymagam.
- Zaprzeczasz sama sobie.
Pruu uniosła brew.
- Przecież zwierzęta to nasz wspólny obowiązek – odwróciła się do niego przodem, czując, jak wzrasta w niej zdenerwowanie. – Masz trzynaście lat, powinieneś sobie zdawać z tego sprawę.
Chłopak milczał, ale patrzył na nią takim wzrokiem, że w dziewczynie wzbierała wściekłość.
- Nie możesz nas zostawić z tym samych!
- Z czym niby? – spytał nagle Lio, który niespodziewanie pokazał się w kuchni.
- James właśnie oświadczył, że ma gdzieś Benthope.
James nie przeczył, może nie potrafił właściwie dobrać słów, aby jeszcze bardziej siebie nie pogrążyć.
Ojciec spojrzał na niego zdziwiony.
- Przecież zawsze lubiłeś pracować ze zwierzętami. – powiedział ojciec.
- Mam już dość tych głupich, latających kurczaków i śmierdzących kotów!
- Zachowujesz się jak dzieciak… - wtrąciła się Pruu.
- Jeszcze czego! – odpyskował.
- Jesteś nieodpowiedzialny!
- A ty za to…
- Cisza! – ryknął ojciec, aż koty miauknęły zdziwione z drugiego końca pokoju.
Dzieci spojrzały na niego zdezorientowane.
- James, nie pasują ci papugi i koty? Świetnie. Jeśli chcesz, możesz sprzątać koniom boksy i myć psiarnię zamiast mnie i Pruu. Jeśli chcesz, możesz też zamiatać podwórze i szczotkować wilki, jeśli cię nie zagryzą. Droga wolna!
James milczał przez chwilę. Zapewne porównywał kocie odchody z końskimi oraz rozmyślał, jak boli zadrapanie po kocim pazurze, a jak po wilczym kle.
Podniósł na nich wzrok, pokręcił wściekle głową i pobiegł do swojego pokoju.
- Co za dzieciak! Niczego ani nikogo nie szanuje! – wybuchła Pruu.
- Może ma ciężko w szkole, nie martw się, przejdzie mu.
- O to właśnie chodzi! On nawet nie odrabia lekcji! Uważa, że pójdzie ze mną raz na jakiś czas na spacer i sprzątnie kotom w kuwecie i to wszystko! – spojrzała na swoje ręce, które zaczęły się trząść ze złości. – Byłeś dzisiaj w ptaszarni? On nawet tam nie zajrzał! Gdyby nie ja, ptaki do rana nic by nie jadły.
- Pruu, nie martw się. Jutro z nim porozmawiamy. – Lio próbował załagodzić sytuację.
Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym zostawiła niedokończoną kolację i poszła do kotów, aby je wypuścić.
- To wszystko wydaje się być takie trudne… - szepnęła cicho do Oggy’ego, który leniwie spuścił przednie łapy w powietrze. Spojrzał na nią, zamruczał cicho i polizał ją po nosie.
W spojlerze zaznaczyłam te nieliczne usterki, które zauważyłam. Jeśli idzie o ocenę ogólną tekstu, to myślę, że jest naprawdę świetny. Przebija z niego miłość do zwierzat i niezłe rozeznanie w realiach opieki nad zwierzętami. Dla mnie to temat bliski, bo sama mam sześć psów, pozbieranych zewsząd, którym dałam dom. W swoim tekście pięknie opisujesz wszystkie zwierzaki. I dramatyzm wynikający z jednej z ostatnich scen także jest niezwykle realny.W żyvciu kilkakrotnie spotkałam się z podobną sytuacją i uważam, że o tym trzeba mówić i pisać jak najwięcej.Ten tekst, to jakby wersja książki "Wszystkie zwierzęta duże i małe". Duże pochwały dla Autorki za podjęcie tego tematu o naszych braciach mniejszych. Ktoś kiedyś powiedział, że stosunek do zwierząt jest miarą naszego człowieczeństwa. W tym doskonałym fragmencie tekstu ta myśl wyraźnie przebija i bardzo mi się to podoba. Chętnie przeczytałabym ciąg dalszy.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: wołszebnik » 25 kwietnia 2013, 16:28

No więc powiem Ci coś nie do końca przyjemnego, w zasadzie to nieprzyjemnego, ale z głaskania po głowie przecież niczego nie wyciągniesz, a jeśli uznasz, że jakaś tam racja tkwi w moich słowach, to może będziesz wiedziała nad czym pracować na przyszłość.
Otóż, generalnie jest sprawnie, poprawnie, ale niestety nie wciąga. Szkopuł, według mnie, tkwi w sposobie narracji. Od pierwszego do ostatniego zdania zdajesz czytelnikowi relację: ten podszedł tu, tamta wzięła to itd. To brzmi bardziej jak plan do opowiadania, niż jak samo opowiadanie. Brak Ci jakiegoś zatrzymania, namysłu, zerknięcia w motywacje, opisu. W rezultacie całość robi się monotonna.
Jest za szybko, za bardzo na zasadzie szkicu. Na poziomie pomysłu wszystko jest dobre, w realizacji to, o czym wspomniałam wyżej: przede wszystkim leży u Ciebie opis. Zastanowiłabym się także, czy nie da się jakkolwiek pogłębić charakterów postaci. Na razie nie są specjalnie wyraziste, trudno stwierdzić co im pod deklem gra.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 06 grudnia 2013, 17:04

Cześć. Chyba oto powoli powracam, zbieram się w sobie po tym, co ostatnio mnie spotkało, czyli po śmierci mojego najwspanialszego psa, przyjaciela, z którym spędziłam całe życie. Odszedł w ostatnią niedzielę kwietnia, dziś z sentymentu przeglądam swoje stare bazgroły, z dziwnym odczuciem odrazy spoglądam na Heaven&Hell oraz Murrough, bo mimo, że czasem lubię takie rzeczy pisać, nie spełniają mnie one. Na siłę tworzone? Może.. może jednak pod presją pewnej weny, chwilowego pomysłu. Benthope to jednak niespełnione marzenie, aby na dużą skalę móc pomóc zwierzętom - jestem co prawda wolontariuszką w schronisku, mam stamtąd psa od lipca, ale nie zawsze mam na to czas. Dlatego piszę to. Źle, dobrze - różnie bywa. Czasem nawet nie piszę, tylko myślę jakby mogło być. I to sprawia mnie szczęśliwą. Chcę tego. Więc będę pisać Benthope, 2 inne opowiadania z czasem także - jak znudzi mi się sielankowe przygodowe opowiadanie to nasmaruję z rozdział czy dwa o rocknrollowcu i jego ojcu narkomanie lub o gościu który zakumplował się ze smokiem :) Benthope chcę jednak dokończyć! Pomożecie?

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 06 grudnia 2013, 17:09

Rozdział 2
Kolejny dzień, kolejne problemy.
Pruu wstała po szóstej, a kiedy tylko otworzyła oczy, od razu pomyślała o biednej Leydi. Zbiegła na dół, starając się stąpać jak najciszej. Nikt jeszcze nie wstał, a bynajmniej tak jej się wydawało. Przywitała się z suczką, ale najwidoczniej ta nie była przyzwyczajona do porannego wstawania, ponieważ zamerdała na jej widok ogonem, i poszła dalej spać. Pruu wyszła więc na dwór. Był majowy poranek, powietrze było jeszcze chłodne, ale słońce powodowało, że z każdą chwilą stawało się coraz cieplej. Ruda wiewiórka zeskoczyła z drzewa i pobiegła skoszonym trawnikiem, aby zaraz to przeskoczyć przez drewniany, zbudowany ze sztachet płot i zniknąć wśród iglastych drzew. Dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie, ponieważ uznała to za miłe rozpoczęcie dnia.
Podwórze było czyste, więc nie musieli go dzisiaj zamiatać.
Spojrzała na otwartą stajnię, gdzie końskie łby wystawały ponad drzwiami boksów.
Budynek stał z prawej strony i był najdalej wysunięty ze wszystkich. Aby do niego dojść, trzeba było przejść przez całe podwórze, minąć psiarnię i rozłożystą, charakterystyczną wierzbę, przejść piaszczystą ścieżką i otworzyć ciężkie drzwi. Jedno, duże pastwisko rozciągało się za Benthope, a kończyło się aż w lesie. Równolegle rozmieszczony był wybieg dla wilków – absurdalne połączenie, szczęśliwie Lio zadbał o to, aby zwierzęta nie widziały się wzajemnie i posadził pędy winogron na siatce otaczającej wybieg wilków ze strony pastwiska. Zwierzęta, które dłużej przebywały w schronisku, były przyzwyczajone do zapachu wilków i kojarzyły go z zapachem psów, ponieważ nigdy dotąd nie widziały dzikiego wilka na wolności.
Stwierdziła, że skoro wstała wcześniej od ojca, to go nieco wyręczy. Weszła do stajni i przywitała się z końmi, które zarżały do niej na powitanie. Dziewczyna przeszła przez szeroki korytarz i minęła pięć boksów, z czego tylko trzy były zajęte. Jeden był pusty, a ostatni zajmowały wiadra pełne przyborów do czyszczenia koni, pustych wiader, derek powieszonych na haczykach, siatek do siana i innych tego typu rzeczy, które nie miały swojego własnego miejsca. Gdyby była nagła potrzeba, boks ten może zająć potrzebujący koń. Naprzeciwko boksu z przyborami widniała paszarnia połączona z siodlarnią, a było to pomieszczenie równe wielkości jednego boksu.
Wzięła linkę do kantarów i weszła do pierwszego boksu z brzegu.
- Witaj, Myles. – powiedziała, kiedy kary wałach zarżał do niej przyjaźnie. Mimo, że całą noc spędził w boksie, jego sierść błyszczała w porannym świetle, które wpadało przez niewielkie okienko nad głową konia. Była jednak rzecz, która bardzo szpeciła zwierzę.
Cztery lata temu w stajni zajmującej się hodowlą koni skokowych w okolicy Quebeck wybuchł pożar, w którym ucierpiało wiele zwierząt. Zadumany w pieniądzach właściciel uznał, że nie będzie trzymał w swojej stajni szpetnych koni, które z powodu ran odniesionych w pożarze już nigdy nie powrócą do swojej formy sprzed wypadku. Myles był najbardziej poszkodowany – płonąca belka spadła mu na pysk, zostawiając sporą, głęboką szramę wzdłuż pyska. Pruu niekiedy porównywała to do blizny, jaką miał Kovu z „Króla Lwa”, tylko, że rana Mylsa sięga aż do żuchwy. Ma także kilka innych śladów po pożarze na swoim ciele. Są one widoczne, ale weterynarz stwierdził, że nie bolą wałacha.
Pogładziła go po nozdrzach, a ten parsknął zadowolony, że ktoś poświęca mu uwagę.
- Chcesz się dzisiaj wybrać na przejażdżkę? – spytała z uśmiechem, po czym założyła mu seledynowy kantar i dopięła linkę. Wyprowadziła go na pastwisko i spuściła. Ogier pogalopował przed siebie, wierzgnął kilkakrotnie i wbiegł na pagórek, gdzie zaczął się paść, choć na trawie była jeszcze poranna rosa.
Potem wróciła do stajni po kolejne dwa konie, które już nie przebywały u nich na stałe, tak jak Myles. Pruu stała za nim całym sercem i wiedziała, że jeśli nie będzie potrzeby – nie będą go sprzedawać. Natomiast Leo i Stitch to dwa konie fińskie. Zostały tutaj przywiezione z pobliskiej stajni, do której były importowane z ich rodzinnej Finlandii.
Leo bała się ruchu drogowego, a Stitch nie lubił dzieci, jednak ich teraźniejszy właściciel nie wiedział o tym, kiedy je kupował. Chciał je przeznaczyć do własnej szkółki jeździeckiej, więc wysłał je tutaj. Są tutaj od tygodnia, więc zdążyły się już zadomowić.
Dziewczyna wyprowadziła je razem na pastwisko i pozwoliła się paść razem z Mylesem.
Sprzątnęła ich boksy i nalała świeżej wody, a kiedy skończyła sprzątać, wróciła do domu na śniadanie.
Dochodziła siódma. Lio wyszedł zaspany ze swojego pokoju, a widząc koty pełzające po podłodze, powiedział;
- Widzę, że to nie ja dzisiaj wstałem pierwszy.
Pruu uśmiechnęła się do niego. Wiedziała, jak bardzo bywa zapracowany. Nie raz przyłapała go na tym, że pracuje także w nocy, przy komputerze. Starał się rozreklamować schronisko, znaleźć nowych sponsorów, klientów. Każdy z nich kurczowo chwytało się każdej okazji, w której może zgodnie ze swoim sumieniem zarobić pieniądze i przy okazji pomóc zwierzętom.
- Konie oporządzone.
- Serio? Dziękuję! Dzięki tobie będę mógł jeszcze chwilę odpocząć.
- Nie ma za co. Wstałam wcześniej, nie mogłam spać. Wiesz, myślałam o Leydi…
- Później zadzwonię do weterynarza i na policję. Nie widzę sensu, żebyśmy sami jechali do pani Wasdy.
- Też tak myślę, tato. Co chcesz na śniadanie?


Kilka godzin później na podjeździe zaparkował dżip, a z niego wysiadł okręgowy szeryf policji wraz ze swoim psem, Rexem, Bloodhoundem. Pruu podeszła do nich i przywitała się.
- Dzień dobry, panie Jeff! Cześć, Rex! – powiedziała wesoło i ukucnęła przy psie.
- Witaj Pruu. – odpowiedział starszy, szczupły i siwobrody mężczyzna z, typowym dla szeryfów z tego okręgu, kapeluszem. – Słyszałem o Leydi. To niemożliwe! Pani Wasdy? Nigdy bym jej o to nie posądził.
- Zdziwiłby się pan! – westchnęła. – Byliśmy kiedyś na dwóch wystawach w okolicy, w których Leydi brała udział. Nie była traktowana jak pies, tylko jak przedmiot!
- Nie rozumiem takich ludzi! Zawsze uważałem pannę Wasdy za porządną i uczciwą kobietę.
Pochylił się do samochodu i wziął swój notes i długopis.
- No dobrze. Chodźmy ją zobaczyć.
Pruu zaprowadziła pana szeryfa do dużego pokoju, w którym mieściła się kociarnia, a w niej śpiąca Leydi. Suczka nie rozumiała, co się z nią stało.
- Co powiedział weterynarz? – spytał.
- Nic szczególnego. Bez głębszych badań typu morfologia czy prześwietlenie nic nie może nam powiedzieć. Wyniki badań krwi, jeśli będą w porządku, prześle nam mailem. Jeśli nie będą dobre, przyjedzie osobiście i zabierze ją do kliniki. Tak to stwierdził, że nic jej nie jest.
Policjant wszystko notował w swoim notesie.
- No dobrze, a teraz opisz mi wszystko dokładnie: jak to się stało? Gdzie ją znaleźliście, co widzieliście i tak dalej.
Pruu odpowiedziała na każde jego pytanie najdokładniej jak tylko mogła. Przy okazji wygłaskała Rexa za uchem, a ten po chwili zasnął pod stołem.


Kiedy pan Jeff wraz z Rexem odjechali, Pruu zajęła się swoimi obowiązkami. James, tak jak obiecywał, wrócił wcześniej. Nie odzywał się jednak ani do Pruu, ani do ojca, który prawie cały dzień przebywał z wilkami i schorowany Barrym. Zajęła się ptaszarnią i kotami. James posprzątał w psiarni i zajął się wiwariami. Siostra zauważyła potem, jak zabrał kameleona do swojego pokoju. Do następnego dnia już nie rozmawiali.
Kiedy miała wolną chwilę, poszła do psiarni i wyprowadziła na wybieg najbardziej energicznego psa w całym schronisku. Schargis aż kipiał z nadmiaru energii, której musiał się pozbyć.
- Ten pies jest urodzonym wygranym. – powiedziała sama do siebie, kiedy obserwowała z jakim zapałem Schargis gna za piłką. Wyobraziła go sobie na torze, wśród innych chartów, podczas wyścigu. Cała jego historia wydawała jej się od dawna podejrzana i dziwna, że taki pies wylądował w schronisku i że nikt go nie szuka, ale nie miała siły i czasu, aby się tym zająć.


Koło osiemnastej na podjazd podjechała Megan, przyjaciółka Pruu. Dziewczyna wyszła jej na spotkanie, przy okazji rozejrzała się za Psotką.
- Cześć Megan. – przywitały się. – Fajnie, że wpadłaś!
- Też się cieszę. Nie mogłam się doczekać, kiedy cię odwiedzę! Strasznie chciałam zobaczyć te nowe konie!
- Są świetne. – odparła.
W tym samym momencie James wygonił Psotkę z domu, po czym zatrzasnął drzwi, aż Psotka – co do niej nie podobne – podkuliła ogon. Na widok Megan ucieszyła się, więc podbiegła do niej i zaczęła na nią skakać. Dziewczyny zaśmiały się.
- Słuchaj, Meg, a może wybrałybyśmy się na przejażdżkę? – zaproponowała Pruu z entuzjazmem w głosie. Uwielbiała przejażdżki poza granicami Benthope, ale rzadko miała na nie czas. Tego dnia zdołała się już uporać ze swoimi obowiązkami, nawet psy nakarmiła samodzielnie i całkiem szybko jej to poszło.
- Świetny pomysł, dawno nie jeździłam! – przytaknęła Megan.
Poszły po konie na pastwisko. Wszystkie pasły się razem tuż na skraju lasu. Dziewczyny zawołały je, więc przykłusowały i z radością stanęły przy drewnianym płotku.
- Biorę Mylesa! – rzuciła Pruu, po czym weszła na wybieg i złapała jego kantar, jakby Megan miała go jej zabrać. Kary zarzucił łbem i tupnął z ekscytacji, zaraz wtulając swój smukły, szlachetny łeb w ramię dziewczyny.
- No nie…! – zawyła jej przyjaciółka. – Wiesz, jak go kocham!
Ponownie się roześmiały, po czym Megan wzięła Leo traktując tą przejażdżkę jako pierwszy krok do zwalczenia swojej fobii związanej z jazdą po drodze. Stitch został sam, ale najwidoczniej mu to nie przeszkadzało, ponieważ parsknął za odchodzącymi końmi, popatrzył za nimi chwilę i poszedł jeść trawę.
Pruu szybko wyczyściła karego wałacha, potem go osiodłała. Tak samo Megan, która jeździła lepiej niż Pruu. Po chwili kasztanowa Leo była osiodłana i gotowa do drogi.
Truchtały po trawiastej drodze wśród drzew, które otaczały ich z lewej i prawej strony. Przed nimi roztaczała się szeroka aleja, idealnie oświetlona przez słońce wpadające pomiędzy koronami drzew. Oddaliły się o kilka kilometrów od Benthope i teraz pięły się po zboczu Białych Gór wraz z Psotką pod stopaami. Na ich szczytach leżał jeszcze śnieg po srogiej zimie, ostatnio podawali nawet w telewizji, że zeszła lawina, szczęśliwie na wysokie, niezamieszkane tereny.
- Leo jeździ wspaniale! – pochwaliła ją Megan, kiedy klaczka podniosła łeb i zastrzygła z zaciekawieniem uszami. Już po pierwszych dwudziestu minutach przejażdżki drogę przeciął im zając, ale żaden z koni nie zareagował negatywnie. Tylko Psotka pogoniła zwierzaka i na chwilę zniknęła w krzakach.
Przyspieszyły do niespiesznego galopu, aby nie przeforsować koni. Stukot końskich kopyt głuchł w gęstej trawie.
- Auto! – powiedziała szybko Pruu, kiedy zobaczyła w oddali terenowy samochód zjeżdżający na nich z góry. Samochód był jeszcze daleko, ale Leo już zdążyła go zauważyć. W jednym momencie podniosła wysoko uszy, aby dokładniej ułyszeć nadjeżdżający pojazd i spięła mięśnie. Zaraz to położyła uszy po sobie i tupnęła nerwowo, kiedy zwolnili do truchtu. Psotka jednak tego nie zauważyła i pognała do przodu. Zareagowała dopiero na gwizd Pruu.
- Skręćmy w tę uliczkę. – zaproponowała Megan.
Skierowały konie w prawo, a Leo po chwili się uspokoiła i powróciła do utraconego rytmu. Nadal szły lasem iglastym, ale teraz las się przerzedzał. Zjeżdżały w dół. W końcu otworzyła się przed nimi olbrzymia, soczysto zielona polana z kwitnącymi kwiatami. Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo, po czym puściły się galopem przed siebie.
Potem wróciły na ścieżkę prowadzącą do Benthope. Po jakimś czasie zamajaczyła przed nimi kłoda przewalona w poprzek ścieżki.
- Skaczę. Jeden skok nie zaszkodzi. – powiedziała Pruu po czym naprowadziła Mylesa na przeszkodę. Ogier wyciągnął łeb i parsknął zadowolony, po czym zagalopował niespiesznie i wydłużył kroki. Przed skokiem naprężył mięśnie, wymierzył odległość, a kiedy Pruu dała mu sygnał, wykonał idealny skok. Psotka przeskoczyła przez drzewo równie zgrabnie jak Myles.
- Brawo! To prawdziwy skoczek! – zawołała Megan. – Myślisz, że i ja mogę spróbować?
- Spróbuj. – Pruu odpowiedziała z lekkim wahaniem w głosie.
Rudowłosa dziewczyna naprowadziła klaczkę na przeszkodę. Ta ruszyła pewnym siebie krokiem, zagalopowała, ale w ostatniej chwili odmówiła skoku. Odskoczyła w prawo, a Megan ledwo utrzymała się w siodle, ponieważ nie była przygotowana na taki bieg zdarzeń. Koń ominął przeszkodę z prawej strony i bryknął radośnie.
Pruu się zaśmiała, kiedy już było po wszystkim.
- Mały rozrabiaka jest z niej jeszcze!


Rozsiodłały konie, wyczyściły i odprowadziły na pastwisko, po czym poszły do domu i usiadły przy stole pijąc schłodzoną colę.
- I jak sprawa z Leydi? – spytała Megan, głaszcząc siedzącego na jej kolanach kota imieniem Bubu.
Pruu westchnęła ciężko spoglądając na suczkę, która nadal spała w kociej klatce.
- Był dziś u nas pan Jeff, spisał to, co powiedziałam… Nic specjalnego.
- Pewnie trochę to jeszcze potrwa. Nie ma się co spieszyć, tylko tym jeszcze bardziej zestresujemy Bogu winną psinkę.
Pruu przytaknęła.
Nagle coś przypomniało się Megan, która wyglądała, jakby coś ją oświeciło.
- Słuchaj! Zapomniałam ci powiedzieć, przepraszam. Czy Axem jest już dla kogoś zarezerwowany?
Axem to niewielki, rudy terier, który został znaleziony na ulicy. Miał traumę związaną z każdym hałasem, którego przyczyny nie mógł ujrzeć. Teraz był już wyleczonym, pewnym siebie, temperamentnym terierem z kozią bródką.
- Nie, a co? – Pruu spytała z nieudawanym zainteresowaniem. Każda adopcja bądź sprzedaż były dla nich ogromnymi sukcesami.
- Moja babcia zdecydowała się na niewielkiego psa. Czuje się samotna po utracie dziadka. Ile ma za niego zapłacić?
- Przecież wiesz, że nie narzucamy konkretnej ceny na uratowane psy.
- Zatem świetnie! Myślisz, że mogłabym go dzisiaj wziąć?
- Ty? Oczywiście!
Schowały koty do klatek i ruszyły do psiarni, w której było bardzo spokojnie. Czternaście psów leżało spokojnie w boksach i chłodziło się. Było już po dziewiętnastej, mimo to nadal było upalnie.
Pruu wyprowadziła z boksu małego, zaspanego rudego pieska, który spojrzał przyjacielsko na Megan i zamachał swoim przyciętym ogonem.
- Jest wykastrowany i posiada aktualną książeczkę zdrowia. – powiedziała po czym wyjęła książeczkę z szufladki przywieszonej na drzwiczkach boksu, który od dzisiaj będzie pusty. Teraz łącznie pozostanie sześć wolnych boksów, czternaście będzie zajętych. Czyżby nastały lepsze czasy dla psów z Benthope? Niejednokrotnie zdarzało się tak, że w jednym boksie było po kilka psów. A teraz boksy świeciły pustkami.
Megan zapłaciła jej symboliczną kwotę pieniędzy.
- To ja idę.
- Do zobaczenia. Wpadnij niedługo na kolejną przejażdżkę.
Megan spojrzała na nią rozbawionym wzrokiem.
- Już pędzę, a Leo na pewno na mnie czeka!
Roześmiały się. Zaraz po tym w domu rozdzwonił się telefon.


- Pruu Heiston. Benthope, w czym mogę pomóc?
- Witaj Pruu, z tej strony Jeff Backs. – odezwał się szeryf.
- Miło pana słyszeć.
- Chcę Ci przekazać wiadomości dotyczące Leydi, a właściwie jej właścicielki.
Dziewczyna słuchała z zaciekawieniem, a potrzebne informacje notowała.
- Pani Wasdy oczywiście wyparła się wszystkiego. Zniknięcie psa wytłumaczyła odwiezieniem jej do siostry, ponieważ sama pani Wasdy wyjeżdża do Bostonu na kilka dni. Oczywiście, zabroniłem jej tego, jako, że jest podejrzana o okrutne porzucenie zwierzęcia.
- Jak zareagowała?
- Nie była z tego powodu zadowolona, wręcz wściekła! Dzisiaj na komisariacie rozmawialiśmy o tej sprawie. Komendant stwierdził, że trzeba tę sprawę wysłać do sądu rejonowego. Za kilka dni powinno przyjść do was pismo. Chciałem was powiadomić.
- Dziękujemy panu. Naprawdę.
- A jak miewa się Leydi?
- Dzisiaj była bardzo ospała, co prawda jadła i piła wodę. Nie chciała jednak wyjść na spacer. Cały czas spała albo leżała i patrzyła na koty, a kiedy podchodziłam, tylko machała ogonem.
- Ona nie rozumie, co się z nią stało. Biedny maluszek.


Po skończonej rozmowie do pokoju wszedł Lio. Dopiero wracał z dworu, więc Pruu zdała mu relacje i z dnia, i z rozmowy z panem Jeffem.
- A jak Barry? – spytała troskliwie. Przy okazji wrzuciła chleby do tostera na kolację dla wszystkich.
- Słabo. Co prawda weterynarz zajrzał do niego, kiedy skończył badać Leydi. Ale jest tak, jak mówiłem – nie zdziałał za wiele. Zrobił mu zastrzyk wzmacniający, zalecił ochładzanie. I tyle. – westchnął, po czym ugryzł kanapkę.
- Tato. – powiedziała stanowczo, kiedy się do niego odwróciła. Spojrzał na nią pytająco. – Powinniśmy zadzwonić do mamy.
Na twarzy ojca pojawiła się kamienna maska. Wiedziała, że unika jej jak ognia, bo to przywraca wspomnienia, a stare rany się rozbliźniają. Nagły rozwód, nagłe porzucenie rodziny i nagła odpowiedzialność nad czymś, co tworzyło się przez lata z bliską osobą, która znika z dnia na dzień – to nie jest nic. Lio był bardzo dzielny i odpowiedzialny, kiedy podjął decyzję, że nie porzuci schroniska tak, jak zrobiła to Lilly. Te zwierzęta już wycierpiały się w życiu, Benthope niejednokrotnie był ich jedyną, ostatnią nadzieją i szansą na życie. Gdyby Lio zlikwidował Benthope po rozstaniu, wiele zwierząt takich jak Barry lub Fred musiałoby być uśpionych, ponieważ nikt ich by nie chciał. Tak samo Lio i Pruu znaleźli w schronisku szanse na pocieszenie. Tyle zwierząt pomagało im w trudnych chwilach – chociażby Barry. Oswojony wilk był niczym najbardziej ślamazarny, puchaty pies na świecie, dla którego liczy się jedynie kontakt z drugą osobą i to, żeby go głaskać.
- Nie wydaje mi się, Pruu, aby Barry był dla niej ważny. Gdyby tak było, nie zostawiłaby go.
- Wiesz przecież, że to nie tak…
- On jest dla niej nikim, tak samo, jak my…
Nim zdążył wypowiedzieć te słowa, poczuł się paskudnie. Pruu pokręciła głową z niedowierzaniem, westchnęła ciężko i przetarła ręką twarz. To wszystko zaczynało ją powoli przerastać.
- Ale przecież płaci nam pieniądze.
- Pięćset dolarów miesięcznie. Czy ty wiesz, czym są te pieniądze wobec wielkości Benthope? Jesteście jeszcze wy! Nie mogę zapominać o was i o waszych potrzebach, tak, jak zrobiła to Lilly! Ona nas wszystkich traktuje jak rachunki, które wystarczy zapłacić i potem ma się je z głowy.
- Mimo wszystko wydaje mi się, że bylibyśmy bardziej fair, gdybyśmy do niej zadzwonili. Barry przecież jest sercem Benthope!
- Ale nic złego się z nim nie dzieje! Pamiętasz, kiedy pogryzł się z Rafiki? Myśleliśmy, że umrze. Nawet wtedy do niej nie zadzwoniliśmy, czemu teraz byśmy mieli do niej dzwonić?
Ojciec nie rozumiał. To w końcu jej matka, a Barry jest dla niej jak drugi syn. Sytuacja z Rafikim wcale nie była taka straszna, a Lio wyolbrzymiał na potrzeby danej sytuacji. Westchnęła więc ciężko, pożegnała się z ojcem i poszła do swojego pokoju, gdyż uważała, że oboje są bardzo zmęczeni i dalsza rozmowa w takim stanie może doprowadzić jedynie do bezsensownej kłótni, którą i tak żadna ze stron nic nie wskóra. Wolała zostawić to na inną, bardziej stosowną sytuację.
Nie dzisiaj, proszę. Nie mam już siły. – westchnęła w duchu kończąc tym samym rozmowę.
Przecież kochała ojca i nie chciała dla niego źle. Mimo wszystko jakaś część serca tęskniła za matką. To naturalne. Czuła także, że i Barry ją pamięta.
A może to właśnie chodziło o Barrego? Może podświadomie myślała za niego? Może to właśnie przez to, że Barry powoli odchodził, a Pruu nie chciała się z tym pogodzić i próbowała jak najbardziej odsunąć sprawę na szczyt absurd?
Gdyby coś się z nim działo, to do niej zadzwonię… - obiecała sobie przed snem. Niespokojnym snem, w którym przeżywała telefon do mamy. Nie rozmawiała z nią od kilku lat, nawet nie wiedziała, czy numer, który ma zapisany, jest nadal aktualny. Czuła się przez nią zdradzona i oszukana, ale miałaby ogromne wyrzuty sumienia, gdyby Barremu coś się stało, a Lilly by o tym nie wiedziała.

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Joa » 09 grudnia 2013, 19:51

Mam problem z tym tekstem, Slaxl. Nic poważnego nie mogę mu zarzucić, piszesz, umiesz pisać, na pewno znaleźliby się dla Ciebie odbiorcy, czytelnicy, ale cóż... To do mnie nie trafia, to nie jest coś, co bym czytała, bo nie do mnie jest to kierowane, rozumiesz?
Może zacznę jednak od błędów: błędnie zapisujesz dialogi, musisz jeszcze raz spojrzeć, jak robić to poprawnie. Poza tym jest pełno powtórzeń, naprawdę gęsto się od nich robi. To, co mnie męczyło, to jeszcze nagromadzenie zwierząt: każe zwierzę opisałaś dokładnie, podałaś rasę, imię, historię. Dla mnie to za dużo, bo gubię się w tym natłoku informacji, wszystko mi się miesza. Poza tym zasypujesz nas dużą ilością czynności, ale przy tym praktycznie nic się nie dzieje. To nie jest zarzut, tylko po prostu mi to nie leży - ale wiem kto mógłby polubić takie teksty, jak ten Twój - osoby do 14 roku życia. Jestem tego prawie pewna, bo wtedy jesteśmy najbardziej wrażliwi, potem się uodparniamy na krzywdę zwierząt. Poza tym masz właśnie taki przyjemny, lekki styl, który odpowiadałby tej grupie wiekowej. Wtedy nawet i powtórzenia nie odgrywają większej roli.
Nie przepadam za takimi tekstami, męczą mnie, to prawda, ale nie mogę nie docenić jednak Twojego przyjemnego stylu i kreatywności, a zarazem wrażliwości i czułości w związku z tym, co piszesz. Pisz i komentuj, i czytaj, to dużo daje ;)
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 10 grudnia 2013, 18:35

Dzięki wielkie! Postaram się nadgonić z dialogami, bo wreszcie to ogarnęłam. Niestety do 5 rozdziału tekst biegnie starym rytmem (potem miałam przerwę i zaczęłam uważniej czytać wszelakie porady i poradniki) potem staram się trochę "ogarnąć" i dać coś więcej od siebie.

Rozdział 3.

Kolejne dni upłynęły w normalnym, stałym rytmie. Kłótnie z Jamesem odeszły na dalszy plan. Chłopak wracał wcześniej ze szkoły, zajmował się psiarnią i gadami, a potem zamykał się w swoim pokoju i już z niego nie wychodził aż do samego rana. Ale nikt nie miał czasu zajmować się jego humorami.
Dostali wieści od pobliskiej szkoły, że organizowana jest zbiórka na rzecz Benthope. To z pewnością nieco im pomoże. Następnego dnia miała przyjechać garstka trzecioklasistów.

- Pruu! – Dziewczyna wybiegła z psiarni. To ojciec ją wołał. – Mogłabyś mi przynieść witaminy dla Barrego?
Pruu pobiegła do domu i otworzyła szafkę kuchenną. Wzięła dwie fiolki i wróciła do ojca. Weszła do klatki wilków, dokładnie zamykając za sobą furtkę.
Rafiki i Tris leżały pod zadaszeniem i podgryzały się wzajemnie. Barry natomiast stał w cieniu niewielkiego krzaka. Upał był okropny, a wilk najwidoczniej nie miał siły przejść pod dach, gdzie było chłodniej, jakby odległość dzieląca go od miejsca, w którym stoi, do cienia pod zadaszeniem była porównywalna z przemierzeniem gorącej Sahary.
- Chodź, Barry, no chodź. – Dziewczyna poczuła piekące łzy napływające do oczu.
Od kiedy tylko pamiętała Barry zawsze był obecny w jej życiu, dlatego cierpiała razem z nim.
Odeszła od samca i podała ojcu dwie fiolki.
- Zajmij czymś Tris i Rafiki, proszę. – powiedział.
Dziewczyna podeszła do dwóch młodych wilków i zaklaskała energicznie. Nie musiała długo czekać na ich reakcję. Zerwały się z miejsca i podbiegły do niej z radosnym piskiem, kuląc się przed nią ze szczęścia, a ich oczy błagały ją o pieszczoty. Pruu zaczęła biec w drugi koniec wybiegu, który był na tyle długi, że znikał za pagórkiem i Lio mógł spokojnie nakarmić Barrego. Obydwa wilki goniły dziewczynę i próbowały ją delikatnie podgryźć za kostki, ale ta wciąż im umykała. Potem miała je na chwilę z głowy, ponieważ zwierzęta zauważyły umykającą na drzewo wiewiórkę. Obskoczyły z jazgotem sosnę i próbowały się na nią wdrapać, aby dorwać rudą kitkę.
Po kilkunastu minutach wróciła samotnie do ojca i Barrego, który tym razem leżał już pod zadaszeniem, na piachu, gdzie było zdecydowanie chłodniej.
- Zjadł? – spytała siadając obok wilka i głaszcząc go po wychudzonym boku.
- Trochę. – odpowiedział – Ale i tak weterynarz dzisiaj przyjedzie. Da mu może jakieś zastrzyki wzmacniające.
Lio wstał i wyszedł z wybiegu.
- Trzymaj się Barry. – Głaskała go dalej, a jego siwa sierść wychodziła garściami. Dziewczyna westchnęła ciężko.
Pruu doglądała go jeszcze tego samego dnia, przy każdej nadarzającej się okazji, a za każdym razem z wilkiem był coraz lepiej. Weterynarz nie musiał przyjeżdżać, ponieważ witaminy i zastrzyki w końcu zaczęły działać.


Następnego dnia konie pasły się przy płocie, kiedy na podjazd zajechał duży, żółty autobus szkolny. Dzieciaki wyszły z pojazdu niosąc worki z karmą, obroże i miski. Pruu i Lio wyszli im na powitanie, a kiedy odnieśli już rzeczy nadszedł czas na oprowadzenie ich po schronisku. Chętne osoby wzięły najspokojniejsze psy na spacer, dzięki czemu Pruu już nie musiała tego robić później. Następnie nadeszła pora na odwiedziny u koni, które nadal stały w tym samym miejscu. Dzieci z radosnym okrzykiem pobiegły do koni, ale Pruu nie zdążyła się tam znaleźć przed nimi. Rudy chłopak zatrzymał się dopiero na barierkach, wydał z siebie dziwny okrzyk i wyciągnął ręce do Stitcha.
- Nie! – Pruu jednak zareagowała za późno. Ogier stanął niskiego dęba, a następnie doskoczył do chłopaka z furią w oczach. Jego zęby minęły rękę chłopaka zaledwie o centymetry, mimo to trzecioklasista nie pozostawał mu dłużny. Zamachnął się szybko i mocno uderzył kasztanka w nozdrza z pięści. Koń wydał z siebie głośne rżenie i odsunął się w tył. Pozostałe konie spłoszyły się nagłą akcją przy płocie i odkłusowały pospiesznie w głąb pastwiska, znikając za pagórkiem.
- O matko! – Przerażona nauczycielka dobiegła do chłopca, który był cały blady na twarzy, że aż piegi były lepiej zauważalne. Kilkoro dzieci z tyłu parsknęło śmiechem, reszta stała w milczeniu i patrzyła ze zdziwieniem na kolegę. – Nic ci się nie stało?
Chłopiec zignorował nauczycielkę, przepchnął się przez tłum i pomaszerował do autobusu. Nauczycielka pobiegła za nim, a reszta dzieci stała chwilę zdezorientowana. Po kilku sekundach zaczęli do siebie szeptać, po czym także odbiegli do autobusu, a za nimi Lio, aby wyjaśnić całą sytuację.
Pruu w tym czasie nie zwracała na nich uwagi. Przeskoczyła przez drewniany płot i pobiegła do koni. Myles i Leo spokojnie skubały trawę za pagórkiem, a Stitch stał pod sosną kanadyjską z mocno odznaczającymi się korzeniami na powierzchni i trząsł się co jakiś czas nerwowo. Na widok dziewczyny podniósł łeb i parsknął do niej. Podeszła do niego.
- Już spokojnie, nic się nie dzieje. – Chociaż wiedziała, że jest całkowicie inaczej. Cały ten incydent spowodował, że cofnęli się w swojej terapii, której nawet nie zaczęli. To okropne, wystawiać konia na stres w miejscu, w którym ma dojść do siebie. – Nie martw się, już nigdy więcej nie zaprosimy tutaj żadnej wycieczki szkolnej, choćby mieli nam przywieźć miliony w gotówce.
Złapała ogiera za kantar i wyprowadziła z pastwiska. Zamknęła go w boksie i dolała do wody kilka kropel z drzewka herbacianego, który miał działać uspokajająco. Ona sama go używała, kiedy czuła, iż dopada ją choroba, ale dobrze wiedziała, że zarówno na ludzi, jak i na zwierzęta, olejek ten działa uspokajająco i wyciszająco. Warto więc spróbować. Głaskała go długą chwilę, aż w końcu kasztanek uspokoił się na tyle, że mogła go zostawić w samotności.
Już jakiś czas temu zastanawiała się, czy nie wykorzystać Jamesa jako pomocy przy oswajaniu Stitcha z dziećmi. Teraz jednak zwątpiła, poza tym nie są oficjalnie pokłóceni, ale nie odzywają się do siebie.


Wyszła ze stajni i spojrzała w stronę wybiegu wilków. Trzy wilki truchtały razem wzdłuż płotu, wnet ją zauważyły, przystanęły i zawyły przyjacielsko. Pruu nie kryła zdziwienia, kiedy zauważyła wśród nich Barrego. Weszła na wybieg i zawołała wilki, które przybiegły jak na zawołanie. Starszy samiec pozostał nieco w tyle, ale także przybiegł. Dziewczyna rzuciła im patyka, aby młode dały im chwilę spokoju. Ominęły Barrego. Kiedy zniknęły, wilk podszedł do niej z dumnie uniesionym łbem, a w jego oczach dało się zauważyć spokój i determinację.
- Dzielny Barry! – zawołała klękając przy wilku i tuląc go mocno.
- Zdecydowanie widać poprawę. – Rozległ się z tyłu głos Lio.
Wszedł do klatki aby nalać świeżej wody do misek i podać Barremu kolejne witaminy.
- Co mu podałeś?
- Kolejną dawkę środków wzmacniających przepisanych przez weterynarza. Tylko tyle.
Wilk polizał ją po dłoni, a następnie usiadł i zaczął cięzko ziajać, jakby było mu za gorąco.
Pruu nigdy nie podejrzewała, że kiedykolwiek dopadnie ją takie uczucie, jakby kamień spadł jej z serca, ale teraz tak właśnie było. Miała ochotę skakać z radości, kipiała z energii i wiedziała, że może osiągnąć wszystko. Poprzez nadmiar pracy nie zdawała sobie sprawy, jak ważny jest dla niej Barry, ale o mały włos go nie straciła, poczuła powagę sytuacji i odetchnęła z ulgą, że już po wszystkim.
- Nas to nie dotyczy, Barry. – szepnęła mu do ucha, kiedy ojciec wrócił do domu. – Takie złe rzeczy nas omijają szerokim łukiem.
Nie mogła jednak z nim długo zostać, zdążyła go jedynie porządnie wyczesać i już musiała iść do psiarni, ponieważ zbliżała się siedemnasta, czyli godzina karmienia psów. Dzięki ściśle oznaczonej godzinie podawania posiłków psy były spokojne przez większość dnia.
Kiedy tylko uporała się z karmieniem psów postanowiła popracować nieco ze Stitchem i rozładować jego nadmiar energii, nim wezmą się za oswajanie go z dziećmi. Jak pomyślała, tak zrobiła, i pierwsze kroki po wyjściu z psiarni ponownie skierowała do stajni, w której kasztanek przebywał samotnie. Na jej widok wystawił łeb ponad drzwiami boksu i zarżał radośnie. Dał się wyprowadzić na niewielki, piaskowy wybieg specjalnie przeznaczony do tego typu ćwiczeń i posłusznie poszedł na wytyczony i wydeptany przez inne konie ślad prowadzący przy brzegu drewnianego płotu. Bo bokach rosła trawa, jednak to nie było pastwisko. Pruu zaczepiła lonżę o jego kantar i pozwoliła mu maszerować po okręgu. Po kilku minutach spędzonych na rozgrzewce popędziła go do kłusa. Poruszał się bardzo płynnie, kroki stawiał szybko i dokładnie. Kiedy przyspieszył delikatnie wysunął przed siebie łeb i zadarł uszy ku górze. Podskakiwał miarowo. Po trzech minutach niespiesznego kłusa w prawą stronę nakazała mu zwrot w przeciwną stronę. Kasztanek wykonał polecenie bez najmniejszych oporów. Potem kolejne trzy minuty tego samego ćwiczenia. Nakazała mu zwolnić i spacerował kilka chwil, dopóki nie odpoczął. Postanowiła, że sprawdzi na ile jego koordynacja ruchowa jest dobra, więc strzeliła mu delikatnie za zadem batem, a ten ruszył przed siebie galopem. Zacmokała do niego, a ten się uspokoił i wyrównał krok. Szło mu świetnie. Kiedyś musiał być wspaniałym koniem wyścigowym w wyścigach wózkowych. Ciekawiło ją, czemu jego były właściciel sprzedał go już na początku sportowej kariery do szkółki jeździeckiej? Nie była to jednak jej sprawa, więc postanowiła się nie angażować, i tak miała już na głowie multum swoich własnych problemów i nierozwiązanych spraw.


Wieczorem sprawdziła jeszcze, jak czuje się Barry. Nie spotkała go pod zadaszeniem przy furtce, więc musiała iść na drugi koniec wybiegu. Na dworze było już ciemno, ale z daleka zauważyła pierwsze drzewa. Rafiki i Tris stały przed lasem i węszyły w trawie. Najwidoczniej siedział tam wcześniej jakiś ptak. Obydwa młode, silne wilki wyglądały przepięknie w świetle księżyca, który oświetlał ich srebrne, błyszczące futro. Po chwili zorientowały się z obecności dziewczyny. Czmychnęły czym prędzej do lasu, a Pruu zaczęła się zastanawiać, co takiego przeskrobały.
Na starym głazie leżał Barry. Pisnął radośnie na jej widok. Dała mu kawałek kurczaka, którego wzięła przechodząc wcześniej koło psiarni. Zjadł go z chęcią. Machnął radośnie ogonem, podniósł łeb ku niebu i zawył długo i żałośnie. Pruu się przysłuchiwała. Po kilku sekundach rozległy się dwa skowyty równocześnie. Prawdopodobnie umarłaby ze strachu, gdyby nie wiedziała, że wilki są wobec niej przyjazne. To był plus tego schroniska!
Wycie Barrego tego wieczoru pozostało świeże w pamięci Pruu jeszcze przez bardzo długie lata.


Wróciła do domu. Zastała Jamesa przed telewizorem, zauważyła także światło dobiegające z gabinetu Lio, zapewne dalej pracował przy komputerze i robił kolejne rozpiski dotyczące dwóch najbliższych dni, ponieważ w nocy wyjeżdżał do Bostonu odebrać kilka gadów z porannego lotu. Musiały przejść dwudniową kwarantannę, która odbywa się po przelocie w najbliższej klinice weterynaryjnej. Przez dwa dni musieli sobie poradzić bez niego, dlatego starał się im pomóc jeszcze przed wyjazdem rozpisując plan dnia i najważniejsze rzeczy do wykonania, które normalnie on wykonuje, chociaż i tak każdy wiedział, co należy do jego obowiązków.
Pruu stanęła na schodach prowadzących na drugie piętro, gdzie mieściły się ich sypialnie. Przytrzymała się poręczy i spojrzała na Jamesa, chcąc coś do niego powiedzieć, jednak się rozmyśliła, kiedy chłopak zauważył jej wzrok i odesłał jej spojrzenie spode łba pełne wyrzutów. Dziewczyna wywróciła oczami i poszła do swojego pokoju.
W swojej sypialni nie miała ani jednego zdjęcia swojej matki. Starała się, aby nic jej o niej nie przypominało, starała się o niej nie myśleć, ponieważ kiedy tylko jakaś niesforna myśl wybrała się w tę stronę, dziewczyna od razu czuła gniew. Gdyby chociaż zaproponowała jej wspólny wyjazd. Gdyby chociaż się starała, aby córka mogła ją dobrze wspominać… Ale Lilly o to nie dbała. Z dnia na dzień postanowiła zmienić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni nie zważając na konsekwencje.
Pruu znów przyłapała się na myślach o matce. Szybko postanowiła się czymś zająć, aby o niej zapomnieć. Usiadła przy laptopie i zaczęła dawać ogłoszenia w Internecie dotyczące adopcji niektórych zwierząt. To było akurat jej zajęcie, Lio się tym nie zajmował. Znała na pamięć wiele stron, między innymi też takie, na których ludzie opisują swoje warunki i zainteresowania dotyczące szczególnych zwierząt, aby osoba oddająca psa bądź kota mogła dostosować odpowiednie zwierze. Za tym akurat nie przepadała, uważała, że osoby udzielające się na takich stronach traktują zwierzęta jak przedmioty i wybierają tylko takie, które im najbardziej pasują i takie, które się im najbardziej podobają. Pruu nie mogła nigdy zliczyć, ile zwierząt trafiło do Benthope od takich właścicieli. Ale czasami trafiali się także tacy, którzy pisali ogłoszenia tego typu:
Przygarnę psa. Płeć, wiek i rasa są nieważne, liczy się tylko to, aby był niewielki, idealny do mieszkania w bloku”.
Wtedy Pruu miała jasno przedstawioną sytuację i zazwyczaj dzwoniła do takich osób, umawiała się na spotkanie i mówiła, które psy najbardziej potrzebują adopcji. Uwielbiała uczucie satysfakcji, że uratowała jakieś zwierzę, które właśnie znalazło nowy dom.
Prowadziła także oficjalnego blooga Benthope, gdzie wpisywane są wszystkie aktualne wiadomości: ile zwierząt przebywa aktualnie w schronisku, jakie zwierzęta trafiły, jakie zostały adoptowane, jak trafić do schroniska, kontakt itd. Opisywane jest codzienne życie Benthope, a w oddzielnej zakładce, dla zagorzałych wielbicieli schroniska, opisywane były codzienne czynności, Pruu zdawała raporty z całego dnia, opisywała przebiegi kuracji danych zwierząt. Ostatnio dużo pisała o chorobie Barrego, ale tego wieczoru mogła odpisać zaangażowanym komentatorom, że Barremu się poprawiło. Wiele osób przeżywało codzienne problemu Pruu związane ze schroniskiem razem z nią, nigdy jednak nie dzieliła się z blogerami prywatnymi sprawami. Cały blog miał jeden, główny cel – ukazanie, że Benthope nie jest fikcyjnym gospodarstwem i że istnieje naprawdę, dodatkowo dodawane jest mnóstwo zdjęć całego schroniska. Po założeniu i rozreklamowaniu bloga wzrosło zainteresowanie schroniskiem, ale także podskoczył procent adopcji.
Tego dnia notatka Pruu wyglądała następująco:
Kochani! Dziękuję za wsparcie w sprawie Barrego! Szczęśliwie mogę powiedzieć, że leki wzmacniające zadziałały i Barry odzyskał siły. Nie jest co prawda tak samo żywiołowy jak niegdyś, ale widać, że walczy! Dziękuję także szkole podstawowej imienia J.Londona za dary oraz serdecznie przepraszam za niemiłą sytuację przy pastwisku. Stitch przechodzi terapię, boi się dzieci, powinien być w tym czasie zamknięty w boksie. Szczęśliwie nic się nikomu nie stało. Z dobrych wiadomości jest jeszcze ta, że Texas, nasza puszysta przytulanka, trafiła dzisiaj do nowego domu – niedaleko, bo w Illdscity! Mam nadzieję, że kiedyś, będąc w miasteczku, może spotkam ją na spacerze? Wy także jej wypatrujcie! Dzisiaj to na tyle, i tak wydarzyło się u nas mnóstwo. Jak zawsze serdecznie zapraszam do odwiedzenia Benthope! Pozdrawiam, Pruu.
Po napisaniu notatki zamknęła laptopa i rzuciła się na łóżko. Było wcześnie, dochodziła dopiero dwudziesta druga, ale ona czuła się wykończona. Stitch, Barry, Texas… dużo wydarzyło się tego dnia. Czy był on udany? Jeśli pominiemy incydent z nieodpowiedzialnością z jej strony wobec wycieczki szkolnej, to można by rzec, że był wspaniały.
W nocy usłyszała tylko furkot starego dżipa Lio na podwórzu i pojedyncze szczeki dobiegające z zewnętrznych kojców. Miała więc jeszcze kilka godzin snu.


Obudził ją trzask drzwi dobiegający z dołu. Potem, pół śniąc, słyszała jak ktoś gna po schodach. Zaraz po tym gwałtownie otworzyły się drzwi do jej pokoju, ktoś wpadł i zaczął ją tarmosić za ramię.
- Pruu – To James stał obok - Pruu wstawaj szybko!
- Co się dzieje? – mruknęła nieprzytomna.
- Barry! Coś się z nim dzieje!
Odrzuciła kołdrę i wybiegła z domu tak, jak spała. Znaczy się, wybiegła ubrana tak samo, ponieważ wczoraj nim zdążyła się przebrać, to zasnęła.
Oboje dopadli do wybiegu wilków. Rafiki i Tris stały skulone i przestraszone przy leżącym na trawie Barrym i szturchały go nosem. Dziewczyna dopadła do niego ignorując pozostałe zwierzęta.
- Wezwij weterynarza! – krzyknęła do brata, który musiał się wrócić do domu po numer, który wisiał na tablicy korkowej w gabinecie ojca.
Barry leżał na lewym boku. Oczy miał na wpół zamknięte, oddechy były bardzo niemiarowe i rzadkie. Z jego lekko uchylonego pyska wydobywał się świst. Otulała go poranna trawa, wciąż morka od porannej rosy. Nie było później niż po siódmej.
- Oh, Barry. – szeptała mu do ucha.- Barry, trzymaj się, pomoc już nadchodzi!
Pozostałe wilki dreptały za nimi nerwowo i popiskiwały, nie wiedząc, co się dzieje.
- Już jedzie! – James zawołał wchodząc do zagrody i klękając przy wilku. – Nie martw się Pruu, wszystko będzie dobrze.
Jego obietnice były jej teraz całkowicie obojętne. On musiał wyzdrowieć, nic innego się nie liczyło.
- Nie wiem, jak mu pomóc. – odpowiedziała cicho.
- Bo nie wiesz, co mu jest. – odparł James. – Nie jesteś weterynarzem, lepiej nic nie rób, bo mu zaszkodzisz.
Dziewczyna kiwnęła głową, a po jej policzkach popłynęły pierwsze łzy. Krótki, urywany szloch wydobył się z jej gardła, ale stłumiła go w wilgotnej od rosy i łez sierści siwego zwierzęcia. Trwała tak wtulona w jego brzuch, z niecierpliwością oczekując kolejnego oddechu. Sekundy zamieniały się w minuty, minuty w godziny, a godziny w wieczność. Wcześniej wszystko działo się tak szybko, a teraz oczekiwanie na kolejne słyszalne odbicie serca Barrego wydawało się ciągnąć w nieskończoność. Ale oczekiwanie na weterynarza było jeszcze gorsze. Później okazało się, że przyjechał w niespełna dwadzieścia minut, ale Pruu miała wrażenie, że specjalnie się nie spieszył i przyjechał godzinę bądź dwie po telefonie wykonanym przez Jamesa.
- Co mu się stało? – spytała niska, ciemnoskóra weterynarka zz francuskim akcentem kucając obok Barrego. Znała zarówno jego, jak i Tris i Rafiki, więc nie obawiała się ich.
- Wstałem pierwszy, więc postanowiłem je nakarmić. – powiedział James spoglądając na Tris i Rafiki. – Zawołałem wszystkie wilki, ale Barry nie przybiegł. Poszedłem go poszukać i zobaczyłem, że leży, dokładnie w tym samym miejscu, co teraz. Pomyślałem, że mnie nie słyszy, albo śpi, więc podszedłem. Dotknąłem go, ale on się nie poruszył, tylko ciężko westchnął. Pobiegłem od razu po Pruu.
Kenny, bo tak nazywała się pani weterynarz, kiwała głową grzebiąc w swojej lekarskiej torbie.
- Jak się ostatnio zachowywał? - spytała - jak się czuł, kiedy mnie nie było?
Pruu odsunęła zapłakaną twarz z futra wilka.
- Właśnie wspaniale! Wszystko było idealnie. – załkała, ale po chwili się ogarnęła i uspokoiła. Wiedziała, że histeryzując nic nie wskóra. – Przedwczoraj rano czuł się słabo, tak jak wcześniej. Chodził, ale snuł się z kąta w kąt i nie miał siły. Tata podał mu po raz kolejny witaminy wzmacniające, aż w końcu zadziałały. Już przedwczoraj zachowywał się jak kilka miesięcy temu. Wczoraj pod wieczór nawet wszedł na głaz i się wylegiwał.
- Spał na słońcu w tak upalny dzień? – Zaniepokoiła się weterynarka.
- Tak.
- Zatem już wiemy, co mu jest. – westchnęła kręcąc z niepokojem głową. – Przegrzanie.
Pruu nie mogła uwierzyć własnym uszom. Każdy zwierzak lubi wylegiwać się na słońcu, szczególnie kiedy słońce nie grzeje już tak mocno jak w południe! To samo powiedziała do Kenny.
- Tak – powiedziała - ale nie każdy jest tak stary i osłabiony jak Barry.
Pruu się załamała. Widziała, jak wczoraj leży szczęśliwy na głazie. Mogła temu zaradzić. Gdyby tylko wiedziała….
- Nie będę go transportowała do kliniki. – oznajmiła stanowczo lekarka. – To może go narazić na zbyt wielki stres. Ale trzeba go zanieść do waszego gabinetu lekarskiego, ponieważ po pierwsze, jest tam chłodniej, a po drugie będzie mu można podać kroplówkę.
Gabinet w Benthope nie był lecznicą profesjonalną, ponieważ ani James, ani Pruu nie znali się tak doskonale na weterynarii, czego dowodem może być niewiedza Pruu w sytuacji związanej z Barrym. Lio potrafił przebadać zwierzęta, znał się na podstawowych chorobach i potrafił by zaradzić w dzisiejszej sytuacji ale nie robił operacji ani nie był profesjonalistą, nie ukończył studiów, dlatego okiem prawa Benthope musiało posiadać prywatnego weterynarza, którym była Kenny.
James przyniósł z domu duży koc i położył go obok wilka, który nie poruszył się z miejsca. Wraz z Pruu najdelikatniej jak tylko mogli przeciągnęli Barrego na tkaninę i wynieśli – co nie było łatwe – z wybiegu, pozostawiając na nim tylko Rafiki i Tris. Weszli do gabinetu weterynaryjnego mieszczącego się na tyłach psiarni przez tylne drzwi, aby donośne szczekanie psów podczas przechodzenia głównym korytarzem go dodatkowo nie zestresowało.
- Podam mu teraz kroplówkę, która powinna go wzmocnić. – Kenny postawiła swoją torbę obok Barrego leżącego na metalowym, zimnym stole i wyjęła odpowiednie rzeczy. Stojak z kroplówką był już w Benthope, ona tylko wbiła do woreczka strzykawkę z odpowiednimi witaminami, które w najbliższym czasie powinny wzmocnić przegrzany i osłabiony organizm staruszka. Przygotowała go także na podanie innych leków. Obchodziła się z nim delikatnie. Była jego osobistą lekarką od kiedy trafił do Benthope, czyli od czternastu lat.
- Nie mogę z wami zostać, ponieważ jestem dzisiaj sama w klinice, ale wpadnę za dwie godziny. – zapewniła pakując się. – Jest oszołomiony, więc niech jedno będzie z nim cały czas, gdyby chciał zejść ze stołu.
- Czy mu się polepszy? – spytał James, który położył na stół ogon wilka, gdy ten spadł i wisiał bezwładnie. Zrobił to, ponieważ taka bezwładność uświadomiła mu, że Barry może naprawdę umrzeć.
- Najbliższe godziny będą decydujące. – Kenny powiedziała bez większego przekonania i spojrzała ze smutkiem na wilka.
Było przed ósmą rano.

Awatar użytkownika
StuGraMP

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: StuGraMP » 06 lutego 2014, 01:01

Slaxl pisze: Rozdział 3.

Od kiedy tylko pamiętała (przecinek) Barry zawsze był obecny w jej życiu, dlatego cierpiała razem z nim.

- Zajmij czymś Tris i Rafiki, proszę. (zbędna kropka) – powiedział.

- Zjadł? – spytała (przecinek) siadając obok wilka i głaszcząc go po wychudzonym boku.
- Trochę. (zbędna kropka) – odpowiedział (kropka) – Ale i tak weterynarz dzisiaj przyjedzie.

Pruu doglądała go jeszcze tego samego dnia, przy każdej nadarzającej się okazji, a za każdym razem z wilkiem był (było) coraz lepiej.

Dzieciaki wyszły z pojazdu (przecinek) niosąc worki z karmą, obroże i miski. Pruu i Lio wyszli im na powitanie, a kiedy odnieśli już rzeczy (przecinek) nadszedł czas na oprowadzenie ich po schronisku.

Po kilku sekundach zaczęli do siebie szeptać, po czym także odbiegli (pobiegli - odbiegać można od czegoś, a nie do czegoś) do autobusu, a za nimi Lio, aby wyjaśnić całą sytuację.

To okropne, (zbędny przecinek) wystawiać konia na stres w miejscu, w którym ma dojść do siebie.

Zamknęła go w boksie i dolała do wody kilka kropel z drzewka herbacianego, który miał (które miały - bo chodzi o krople) działać uspokajająco. Ona sama go (ich) używała, kiedy czuła, iż dopada ją choroba, (...)

Weszła na wybieg i zawołała wilki, które przybiegły jak na zawołanie (cóż za paradoks :) ).

Dziewczyna rzuciła im patyka ('rzucić' + biernik, a więc 'patyk'), aby młode dały im chwilę spokoju.

- Dzielny Barry! – zawołała (przecinek) klękając przy wilku i tuląc go mocno.
- Zdecydowanie widać poprawę. (zbędna kropka i po myślniku małą literą) – Rozległ się z tyłu głos Lio.
Wszedł do klatki (przecinek) aby nalać świeżej wody do misek i podać Barremu kolejne witaminy.

Wilk polizał ją po dłoni, a następnie usiadł i zaczął cięzko (ciężko) ziajać, jakby było mu za gorąco.

- Nas to nie dotyczy, Barry. (zbędna kropka) – szepnęła mu do ucha, kiedy ojciec wrócił do domu.

Kiedy tylko uporała się z karmieniem psów (przecinek) postanowiła popracować nieco ze Stitchem i rozładować jego nadmiar energii, nim wezmą się za oswajanie go z dziećmi. Jak pomyślała, tak zrobiła, (zbędny przecinek) i pierwsze kroki po wyjściu z psiarni ponownie skierowała do stajni, w której kasztanek przebywał samotnie.

Kiedy przyspieszył (przecinek) delikatnie wysunął przed siebie łeb i zadarł uszy ku górze.

Postanowiła, że sprawdzi (przecinek) na ile jego koordynacja ruchowa jest dobra, więc strzeliła mu delikatnie za zadem batem, a ten ruszył przed siebie galopem.

Dała mu kawałek kurczaka, którego wzięła (przecinek) przechodząc wcześniej koło psiarni.

Musiały przejść dwudniową kwarantannę, która odbywa się po przelocie (przecinek) w najbliższej klinice weterynaryjnej.

Przez dwa dni musieli sobie poradzić bez niego, dlatego starał się im pomóc jeszcze przed wyjazdem (przecinek) rozpisując plan dnia i najważniejsze rzeczy do wykonania, które normalnie on wykonuje, chociaż i tak każdy wiedział, co należy do jego obowiązków.

Z dnia na dzień postanowiła zmienić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni (przecinek) nie zważając na konsekwencje.

Znała na pamięć wiele stron, między innymi też takie, na których ludzie opisują swoje warunki i zainteresowania dotyczące szczególnych zwierząt, aby osoba oddająca psa bądź kota mogła dostosować odpowiednie zwierze (zwierzę). Za tym akurat nie przepadała, uważała, że osoby udzielające się na takich stronach traktują zwierzęta jak przedmioty i wybierają tylko takie, które im najbardziej pasują (przecinek) i takie, które się im najbardziej podobają.

Prowadziła także oficjalnego blooga (blog - biernik, a nie dopełniacz; i przez jedno 'o') Benthope, gdzie wpisywane są wszystkie aktualne wiadomości:

Dziękuję także szkole podstawowej imienia J.(spacja)Londona za dary oraz serdecznie przepraszam za niemiłą sytuację przy pastwisku.

Potem, pół śniąc, słyszała (przecinek) jak ktoś gna po schodach.

- Pruu (kropka) – To James stał obok (kropka) - Pruu (przecinek) wstawaj szybko!

Dziewczyna dopadła do niego (przecinek) ignorując pozostałe zwierzęta.

- Oh, Barry. (zbędna kropka) – szeptała mu do ucha.(spacja)- Barry, trzymaj się, pomoc już nadchodzi!

- Już jedzie! – James zawołał (przecinek) wchodząc do zagrody i klękając przy wilku.

- Nie wiem, jak mu pomóc. (zbędna kropka) – odpowiedziała cicho.
- Bo nie wiesz, co mu jest. (zbędna kropka) – odparł James.

Wcześniej wszystko działo się tak szybko, a teraz oczekiwanie na kolejne słyszalne odbicie (uderzenie) serca Barrego wydawało się ciągnąć w nieskończoność.

- Co mu się stało? – spytała niska, ciemnoskóra weterynarka (weterynarz - nie istnieje żeński odpowiednik tego zawodu) zz (z) francuskim akcentem (przecinek) kucając obok Barrego.

- Wstałem pierwszy, więc postanowiłem je nakarmić. (zbędna kropka) – powiedział James (przecinek) spoglądając na Tris i Rafiki.

Pomyślałem, że mnie nie słyszy, (zbędny przecinek) albo śpi, więc podszedłem.

Kenny, bo tak nazywała się pani weterynarz, kiwała głową (przecinek) grzebiąc w swojej lekarskiej torbie.
- Jak się ostatnio zachowywał? - spytała (kropka i po myślniku dużą literą) - jak się czuł, kiedy mnie nie było?

- Właśnie wspaniale! Wszystko było idealnie. – załkała (dużą literą), ale po chwili się ogarnęła i uspokoiła. Wiedziała, że histeryzując (zbędny przecinek) nic nie wskóra.

- Spał na słońcu w tak upalny dzień? – Zaniepokoiła (małą literą) się weterynarka (weterynarz).

- Zatem już wiemy, co mu jest. (zbędna kropka) – westchnęła (przecinek) kręcąc z niepokojem głową. – Przegrzanie.

Każdy zwierzak lubi wylegiwać się na słońcu, szczególnie (przecinek) kiedy słońce nie grzeje już tak mocno jak w południe! To samo powiedziała do Kenny.
- Tak – powiedziała (powtórzenie) - ale nie każdy jest tak stary i osłabiony jak Barry.

- Nie będę go transportowała do kliniki. (zbędna kropka) – oznajmiła stanowczo lekarka. – To może go narazić na zbyt wielki stres. Ale trzeba go zanieść do waszego gabinetu lekarskiego, ponieważ po pierwsze, jest tam chłodniej, a po drugie (przecinek) będzie mu można podać kroplówkę.

Lio potrafił przebadać zwierzęta, znał się na podstawowych chorobach i potrafił by (potrafiłby) zaradzić w dzisiejszej sytuacji (przecinek) ale nie robił operacji ani nie był profesjonalistą, nie ukończył studiów, dlatego okiem prawa Benthope musiało posiadać prywatnego weterynarza, którym była Kenny.

Wraz z Pruu (przecinek) najdelikatniej jak tylko mogli (przecinek) przeciągnęli Barrego na tkaninę i wynieśli (...)

Była jego osobistą lekarką (zbędny przecinek) od kiedy trafił do Benthope, czyli od czternastu lat.

- Nie mogę z wami zostać, ponieważ jestem dzisiaj sama w klinice, ale wpadnę za dwie godziny. (zbędna kropka) – zapewniła (zbędny przecinek) pakując się.

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 28 stycznia 2016, 18:03

Wicie co.. skonczyłam Benthope. Ma 10 krótkich rozdziałów. Jestem szczęśliwa - wreszcie skończyłam coś nad czym pracowałam od 12 roku życia :) Co prawda skończyłam ją rok temu, ale nie publikowałam nigdzie. Teraz czeka mnie matura w maju, więc nie mogę się poświęcić pisaniu. Chciałam się Wam tylko pochwalić :)

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Siemomysła » 29 stycznia 2016, 21:17

Hoł hoł hoł!
Wielkie gratulacje!
Poczytać można na blogasie, si? Tu nie wrzucisz?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: BENTHOPE "Wzloty i upadki"

Post autor: Slaxl » 30 stycznia 2016, 17:31

Właśnie się zastanawiam. Blog jest, umieszczam tam żeby mieć wszystko uporządkowane i żeby móc się pochwalić ukończeniem na literce, nikomu innemu nie udostępniam. Troche mi też wstyd to pokazywać, uważam że to jest mocno dziecinna dawka tego, co mi siedziało w głowie przez ostatnie lata. Nie opłaca mi się też chyba tego poprawiać :)

ODPOWIEDZ