Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Tytułu to to jeszcze nie ma.

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 01 listopada 2012, 18:55

Na wstępie chcę powiedzieć: nie bijcie mnie! :bag: 3 pierwsze rozdziały tejże powieści były pisane nim trafiłam na to forum, a chcę Wam powiedzieć, że sporo zmieniło się w moim pisaniu przez ten (zaledwie) miesiąc!! Nauczyłam się zdecydowanie więcej niż na poprzednich forach czy na języku polskim, a gdybym nie chciałam zmieniać aż tak bardzo tego opowiadania, które póki co nie ma tytułu.
I nie wiem czy dałam do odpowiedniego gatunku, ale nic mi innego nie pasuje...
Miłego czytania, chociaż to opowiadanie jest (albo będzie) nieco cięższe od Morrougha...


Rozdział 1

Nie wiem, kim jestem. Nie posiadam poczucia osobistości, wspomnień, planów na przyszłość. Spoglądam w mieniącą się kałużę i nie mogę pojąć tego, co próbuję ujrzeć. Wzdycham ciężko i przecieram nadgarstkiem czoło, zaraz to cofam się i siadam na marmurowej ławie pod starymi kolumnami, tak, aby nie raziło mnie złote słońce. Przejeżdżam dłonią po policzku, próbując choć trochę urzeczywistnić zaistniałą sytuację i znaleźć dowody na to, że ja naprawdę istnieję. Dziwię się temu, ale nie odczuwam uczucia bezradności czy paniki. Nie czuję za wiele, jestem w stanie czuć jedynie przyjemny chłód bijący od ławki. Spoglądam przed siebie, na niższy plac otoczony rządami kolorowych kwiatów, pomiędzy którymi snują się nieznajome osoby. Niektórzy wyglądają normalnie; ubrani w garnitury bądź piękne suknie. Innych, tak, jak siebie, nie potrafię opisać. Rozróżniam jedynie mężczyznę od kobiety.
Daleko przede mną stoją ogromne srebrne bramy. Co chwilę uchylają się wpuszczając na nasz plac oślepiające światło, a pojedyncze osoby kierują się ku wyjściu. Siedzę na ławie długi czas, trzy bramy otwierają się i zamykają na przemian. Słońce cały czas nie zmieniło swojego miejsca a pomiędzy rzędami kwiatów pojawiają się nowe osoby. Nie przejmuję się tym, czuję w sercu dziwną obojętność. W pewnym momencie bramy otwierają się, a ja podświadomie wiem, że czekają na mnie. Podnoszę się z ławy i spokojnym krokiem kieruję się w ich stronę, by zaraz zniknąć w oślepiającym świetle. Zamykają się za mną, wbijając chłód w moje plecy.
W jednej sekundzie powracają do mnie wszystkie błahe wspomnienia. Podczas oczekiwania na otwarcie się drugiej bramy próbuję odszukać w stronicach pamięci coś, co wytłumaczyłoby choć trochę zaistniałą sytuację. Nic nie odszukuję. Czuję w ustach jedynie ulubiony smak, słyszę w uszach rock 'n' rollowe brzmienia, chociaż podświadomie czuję, że to tylko przedsmak sekretów mojej tajemnicy. W jednej chwili przelewają się przeze mnie wszystkie możliwe uczucia, to wszystko momentalnie odebrało mi siły, mimowolnie padam na marmurową posadzkę, jakby przygniotły mnie wszystkie grzechy świata. Kiedy odzyskuję świadomość, słyszę ponad sobą basowy głos oraz drugi, zdecydowanie mniej przyjemniejszy, syczący skowyt przeplatany ze słowami. Podnoszę wzrok i widzę przed sobą dwie potężne postaci. Po prawej stronie stoi dojrzały mężczyzna odziany w śnieżno - złote szaty, po jego lewej stronie unosi się trudna do opisania postać. Emanuje ciemną mocą, posturą przypomina węża. To jest takie nierealne. Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, czuję, że niepytanym nie należy odpowiadać. Mrużę oczy, ponieważ jasna świeci tak jasno, że nie jestem w stanie spojrzeć na nią bez mrużenia oczu. Kiedy podnoszę się do pionu, głosy milkną i czuję na sobie uważne spojrzenia.
- W poprzednim wcieleniu byłeś prawym człowiekiem. - odzywa się jasna postać. Zauważam, że nie zwraca się do mnie ze względu na płeć, a na gatunek, który jest rodzajnikiem męskim. Nadal nie wiem, jakiej jestem płci. - Tym razem należy ci się wybór.
Nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku. Czuję, że zgodzę się na każde jego polecenie, jemu nie wolno się przeciwstawiać. Przytakuję z wdzięcznością, kiedy postać po lewej stronie odzywa się swoim syczącym, powolnym głosem.
- Nie zmarnuj tej okazji. Może się już nigdy nie powtórzyć.
Jasna osoba wykonuje ku mej postaci gest, czuję, jak moje ciało wiotczeje. Wspomnienia znowu zalały mój umysł. Teraz widzę wszystko dokładniej. Przypomina mi się mój dom, chociaż teraz nie wiem, gdzie on jest. Widzę w środku osoby, których nie znam, ale domyślam się, że to moja rodzina. Zapewne tam, przy stolę, siedzę ja. Nadal nie wiem, kim jestem. Widzę włochatego psa, a za nim stojak z masą różnych płyt muzycznych. Obok gitarę i mnóstwo plakatów znanych gitarzystów. Najgłupsze jest to, że nie wiem nawet, jak się nazywają. Zaraz po tym całe życie minęło mi przed oczami, niczym kilku klatkowy film. Czuję, że znowu upadnę, jednak tym razem podtrzymała mnie dobra postać. Podnoszę się i patrzę na niego z wdzięcznością. On zaś ponownie odpowiada.
- Masz szansę wykreować swoje nowe życie od podstaw.
Ogarnia mnie dziwne uczucie pustki. Nie wiem nawet jak się nazywam, a już mam wybierać, kim będę przez najbliższe osiemdziesiąt lat? Inne uczucia są mi obce. Nie czuję zdziwienia zaistniałą sytuacją. Osoby stojące przede mną są łaskawe.
- Jakie było twoje największe marzenie? - mroczna postać wciąż milczy, najwidoczniej nie była tak pozytywnie nastawiona do mnie, jak ten po prawej. Zastanawiam się przez moment nad odpowiedzią na tak absurdalne pytanie. Przecież nie mam pamięci. Po chwili jednak słowa same wypływają mi z ust.
- Chcę zaznać prawdziwego Rock n' Rollowego życia. - to były moje pierwsze słowa, które zostały wypowiedziane mimowolnie, odruchowo. Zaraz po nich usłyszałem cichy chichot wyłaniający się z mroku. Wężowa postać zasyczała zwycięsko, aczkolwiek nadal się nie odzywała.
- Co byś chciał osiągnąć? - pytał dalej.
- Chcę być sławną osobom. - wypowiadam słowa w nijakiej osobie. Nie potrafię inaczej. - Chcę nie martwić się o pieniądze, oraz być na prawdę szczęśliwym i szalonym człowiekiem. - nie zdaję sobie sprawy z tego, jak głupio brzmią moje słowa. Chcę jedynie osiągnąć cel, zrealizować skryte marzenia, których najwidoczniej nie udało mi się spełnić w poprzednim życiu.
- W jakich czasach chcesz żyć? - o krok z ciemnej mgły wysuwa się tajemnicza postać. Zauważam rogi oraz zielony, bezwonny odór. Najwidoczniej dla krwisto czerwonej osoby ważniejsze są szczegóły, na przekór pałającej dobrocią jasnej postaci.
Wbijam zamyślone spojrzenie w marmurową posadzkę od której odbija się jasna poświata. Próbuję wyszperać coś z pamięci, zastanawiam się, co inni odpowiedzieliby na moim miejscu. Zapewne, że w teraźniejszości. Ale czy teraźniejszość to nie jest pojęcie względne? Dla Alberta Einsteina także była teraźniejszość, kiedy umierał. Może bardziej trafne byłoby pojęcie nowożytność? Po dwudziestych latach? Wiem, że wokół tych czasów kręci się sprawa.
- Lata siedemdziesiąte. - odpowiadam.
Belzebub chichocze radośniej, zauważam, jakby rósł w mocy.
- Masz okazję do wybrania swoich atutów. - odpowiada jasna postać.
Czuję, że świat stoi przede mną otworem. Skupiam się, przecież bazuję jedynie na wspomnieniach. Gdyby nie one, moja osoba zostałaby ślepo rzucona w obojętne czasy z losową szatą. Nad kolejnym zadaniem zastanawiam się długo. Nie chcę podejmować decyzji pochopnie.
- Chcę mieć talent. – mówię krótko.
Jedyne, co daję radę usłyszeć, to przeszywający mnie rechot diabła. Nie jestem w stanie kontrolować swojego ciała ani tego, co się z nim dzieje. Czuję, że zawiodłem Boga. Liczył na coś więcej z mojej strony. Zaraz po tym słyszę jego słowa kierowane do Diabła, jakby dochodziły do mnie zza ściany. Prawdopodobnie próbuje wytłumaczyć mu, żeby dał mi szansę. Jednak ja tracę jakiekolwiek czucie i po prostu znikam. Wszystko rozpływa się, jakbym moje oczy nie mogły złapać ostrości. Z czasem widzę jedynie ciemne i jasne światło bijące od postaci, następnie mój wzrok wędruje po łuku i w jednej chwili widzę sufit, a potem oślepiające światło.

Rozdział 2

Gonię ojca po pokoju, próbując złapać go za materiał czarnej koszulki. Niestety, ojciec jest za szybki i ucieka na drugi koniec domu, wbiega po schodach na piętro i znika za drzwiami swojej sypialni. Biegnę za nim. Doganiam go w pokoju, nagle obraz zmienia się w jedną, długą smugę a ja czuję pieczenie w okolicach kolana. Podnoszę się, siadam i podciągam kolano pod siebie. Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie, kiedy ojciec klęka przy mnie. Ściąga brwi w wyrazie współczucia, ale na jego ustach gości nikły, ciepły uśmiech. Otacza mnie ramieniem i podciąga ku górze, abym mógł usiąść mu na ugiętym kolanie. Ociera mi łzy z policzka i spogląda ku górze. Z zaciekawieniem kieruję wzrok w tą samą stronę, co mój tata. Domyślam się, co chce teraz powiedzieć - w końcu całkiem nieźle go znam.
- Jak myślisz, co on by zrobił na twoim miejscu? - pyta, wskazując podbródkiem na wiszący na jasnej ścianie plakat The Vegas Kings, chociaż doskonale wiedziałem, że chodzi o Dio. Kiedyś mi wyznał, że jest dla niego jak ojciec. Spytałem dlaczego, a on wtedy uśmiechnął się wymijająco i powiedział, że dowiem się z czasem. Nienawidzę, kiedy tak mówi.
Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią. Tata wspominał o nim kiedy tylko miał do tego okazję, więc postać Ronniego jest mi bliższa niż moja babcia mieszkająca kilka ulic dalej.
- Nie wiem, ty zawsze mówisz, co on by zrobił.
Ojciec wybucha śmiechem i stawia mnie na dywanie. Uśmiecham się szeroko, bez większego powodu i spoglądam na niego. Ma bardzo długie czarne włosy, które leją się na jego ramiona oraz plecy, zlewając się z ciemnym materiałem koszulki. Uwielbiam podchodzić do niego od tyłu, kiedy siedzi na podłodze i okręcać się jego włosami. Są na tyle długie, że mogę owinąć się dwukrotnie. Jego ramiona są silne i kolorowe od tatuaży. Oczy natomiast ma ciemne, szkliste a spojrzenie, jakim mnie często obdarza, jest pełne troski i miłości. Kiedy się nudzi lubi obracać swoim kolczykiem w lewej brwi.
Moja mama nieco różni się od ojca. Jej rude, kręcone włosy sięgają do ramion, na które często opadają kolorowe szale bądź chusty. Niekiedy przyglądam się rano zwinnym ruchom jej dłoni, kiedy podkreśla swoje błękitne oczy czarną kredką oraz jak maluje oczy na różne kolory pasujące do jej obcisłych sukienek. Czasem, kiedy przekomarza się z tatą, ojciec woła na nią hipiska. Nie wiem, co to znaczy, ale podoba mi się to słowo, a ona reaguje na nie tak samo, jakbym zawołał „mamo!”. To po niej mam piegi na nosie i policzkach. Mama czasami śmieje się ze mnie, ponieważ uważa, że zestawienie czarnych piórek - tak mówi na moje puszyste włosy - z kilkoma piegami pod szarymi oczami to nietypowe zestawienie. Nie przeszkadza mi to. Tak samo nie przeszkadza mi fakt, że posiadam takich rodziców, a nie innych. Koledzy ze szkoły czasami pytają się mnie, kim jest mój tata, że tak wygląda. Ja wtedy patrzę się na nich ze zdziwieniem, i myślę, że przecież on wygląda normalnie. To ich ojcowie są nudni i dziwni.
Tak na prawdę to nie wiem kim jest mój ojciec. Często siadam naprzeciwko niego i śpiewam różne ballady, kiedy on gra na gitarze. Moja mama rzadko bywa w domu, ponieważ pracuje w jakiejś dużej firmie, często też projektuje stroje w domu do późnej nocy. Produkuje ubrania dla różnych sławnych osób, zazwyczaj są to muzycy, ponieważ to wokół nich kręci się całe nasze życie.
- Tato - podchodzę do niego. Stoi przy swojej gitarze i próbuje ją dostroić po moim wczorajszym graniu, więc spogląda na mnie z góry swoim spokojnym i troskliwym spojrzeniem. Czasami mnie to dziwi, ponieważ niejednokrotnie widziałem, jaki tata potrafi być wobec innych ludzi. Nie raz przyglądałem się z daleka, jak się z kimś bił bądź komuś groził. Ale dla mnie jest inny, zawsze mnie to zastanawiało, ale bałem się pytać. Spogląda na mnie pytająco. - Naucz mnie grać na gitarze.
Cały wieczór spędzam z ojcem na ćwiczeniu jednej prostej melodii. Kiedy tata uważa, że czegoś zdołał mnie nauczyć, chwytam gitarę z autografem Robby'ego Kriegera i zbiegam ostrożnie po schodach, gdyż wiem jak cenna jest dla nas ta gitara. Znajduję matkę w salonie, który jest przestronny, aczkolwiek skromnie urządzony. Nie ma przepychu, nienawidzę go, ale spotkałem się z nim w wielu domach moich kolegów ze szkoły i nie przypadł mi do gustu. Hipiska siedzi przy stoliku krawieckim i wykonuje kolejne projekty. Podbiegam do niej w podskokach, a ta, zdziwiona, podnosi głowę i ściąga ku górze brew, aby skupione spojrzenie przerzucić z gitary na moją dziecięcą twarz. Nie potrzebuję usłyszeć słów, aby wiedzieć, że jest zaciekawiona. Spoglądam za głowę mamy i widzę opierającego się o framugę drzwi ojca z włosami zarzuconymi na plecy. Muszę się przed nimi popisać.
Przypomina mi się koncert The Doors, na którym byłem wraz z tatą kilka miesięcy temu. Siedziałem mu wtedy na ramionach i podziwiałem dających koncert Doorsów. Teraz zamieniam się z nimi rolami, to ja staję na scenie, a oni są tylko widzami. Biorę wdech i uderzam w struny. Mój piskliwy głos także rozbrzmiewa w pokoju ku zdziwieniu ojca. Jest to uproszczona do granic możliwości piosenka Light My Fire. Tekst znam na pamięć, mimo, że album, z którego pochodzi utwór, został wydany zaledwie kilkanaście tygodni temu. Po chwili już jest po wszystkim, oddycham z ulgą oddając gitarę mojemu nauczycielowi. Kłaniam się nazbyt entuzjastycznie i posyłam rodzicom uśmiechy. Chcę, aby ten wieczór trwał wiecznie, ponieważ nie tylko słyszę tonę pochwał od rodziców, ale także pierwszy raz zagrałem coś na gitarze i równocześnie zaśpiewałem, a dodatkowo wyszło mi to całkiem nieźle. Słyszę od mamy, że jestem nadmiernie uzdolnionym ośmiolatkiem, a potem wszyscy wybuchamy śmiechem.
- Nawet najwięksi artyści potrzebują snu, Seth. - mówi łagodnie ojciec i wysyła mnie na górę. Z żalem opuszczam parter i kieruję się posłusznie do pokoju, gdzie zasypiam pogrążając się w marzeniach o karierze prawdziwego rockaman.
Przed zaśnięciem jednak zastanawiam się jeszcze, co począć. Mam dopiero osiem lat, ale tata naopowiadał mi tyle historii o dorastających gwiazdach rocka, że i ja zapragnąłem taki być. Chcę przeżyć przygodę mojego życia, razem z ojcem. To moje marzenie, największe, jakie tylko istnieje w mej głowie. Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood. Gdybym pojechał z tatą, byłoby łatwo, ale jaki prawdziwy rockman ucieka z domu z rodzicem? Muszę jeszcze wiele zaplanować.

Nie mam snów dzisiejszej nocy. Nie miałem ich także wczorajszej jak i przedwczorajszej nocy.

Dziś jest poniedziałek, dlatego muszę wcześniej wstać, aby nie spóźnić się do szkoły. Schodzę do kuchni, gdzie zastaję ojca przygotowującego dla mnie kanapki. Rozglądam się, ale nie dostrzegam matki.
- Musiała się dzisiaj wcześniej stawić w pracy. - powiedział ojciec nie odwracając się do mnie podczas sprzątania po robieniu śniadania. Nie pierwszy raz tata czyta mi w myślach. Zastanawiam się, czy z czasem i ja odkryję takie zdolności. Póki co siadam przy stole i piję sok pomarańczowy machając nogami w powietrzu. Roznosi mnie energia, chociaż na samą myśl o pójściu do szkoły odechciewa mi się jeść, ponieważ nie jestem lubiany w klasie. Nie było dnia, w którym czegoś by mi nie wytykali. Ostatnio, na przykład, ciągle przeszkadza im mój ubiór; nieco za duże koszulki z nazwami zespołów często robionymi przez moją mamę, rozpinane koszule, skórzane kurtki i spodnie, trampki albo ciężkie buty. Najbardziej nie podobają im się, mimo wszystko, moje włosy, które są długie, ciemne i gęste. Ciągną mnie za nie i specjalnie mylą z dziewczynami, ale tata powiedział mi, żebym się tym nie przejmował i że on miał gorzej kiedy był w moim wieku. Raz nawet zaśmiał się mówiąc, że napisał swoją pierwszą piosenkę przelewając swoje wszystkie żale i problemy związane ze szkołą na papier, a ja mu wtedy obiecałem, że też kiedyś coś napiszę a potem nawet to zaśpiewam.
Ojciec podchodzi do stołu i przesuwa po nim talerz z kanapkami w moją stronę. Spogląda na mnie, kiedy jem, a potem opiera się łokciami o drewniany blat i dłońmi zwiniętymi w pięści podpiera podbródek. Końcówki włosów prawie że muskają stół. Czuję się nieswojo, kiedy wbija we mnie nieruchome spojrzenie. Uśmiecha się delikatnie a następnie mówi:
- Dużo masz dzisiaj lekcji w szkole?
- Pięć.
Jem kanapki spoglądając na niego pytająco. Nienawidzę, kiedy milczy, ale niestety - mówi niewiele. Zazwyczaj nie odzywa się niepytany.
- Mama wróci późno - kontynuuje - może zostałbyś dzisiaj w domu? Poćwiczylibyśmy Light My Fire.
Unoszę wysoko brwi i nieruchomieję na chwilę, nie odrywając wzroku od ojca. Nie wiem, czy sobie ze mnie żartuje, ale przytakuję tak entuzjastycznie, jak nigdy. Za każdym razem, kiedy udaje mi się nie iść do szkoły, czuję się jakby spadał mi kamień z serca. Nie dlatego, że nie lubię się uczyć, po prostu nienawidzę moich kolegów.
Tata uśmiecha się długo a następnie tarmosi mi puszyste, lekko kręcone włosy. Zapewne wyglądam, jakbym się nie czesał kilka dni, ale nie przeszkadza mi to. I tak się dziś nie czesałem, nigdy się nie czeszę, jeśli mama mnie do tego nie zmusza.
Kończę śniadanie i biegnę do pokoju ojca, który siedzi na łóżku i gra wstęp do Light My Fire. Wskakuję na miękki materac i opieram się plecami o ramę łóżka, przyglądając się tacie w ciszy, nim ten nie skończy. Kiedy już ma dla mnie czas, prosi, abym zagrał i zaśpiewał to samo co wczoraj. Wychodzi mi nieco gorzej, ale nie peszę się. Tak już mam, że nie poddaję się za pierwszym razem, ponieważ zazwyczaj po kolejnych próbach jest coraz lepiej. Tak właśnie jest: za drugim razem śpiewam pewniejszym głosem oraz lepiej trafiam kostką w strony. Ojciec słucha w ciszy i w skupieniu, a po wykonaniu utworu mówi co mam poprawić, dzięki czemu szybko się uczę. Godzinę później umiem już płynnie śpiewać pierwszą zwrotkę, a gra wychodzi mi coraz korzystniej. Tata pokazuje mi kolejne chwyty, dzięki czemu moje wykonanie coraz bardziej przypomina oryginał. Kolejne godziny mijają jak minuty. Czas, który spędziłbym w szkole, poświęciłem na granie i śpiewanie razem z ojcem. Czuję się dziwnie ze świadomością, że kiedy mama wróci z pracy, będę musiał ją okłamać.
- Tak mamo - mówię spokojnie patrząc ojcu w oczy - byłem w szkole. Nudno jak zawsze.
To jest pierwszy raz, kiedy tata uczy mnie kłamać i nakłania do czegoś złego. W naszym domu nigdy nie było surowych reguł i zakazów. Po prostu każdy robił to, co uważał za słuszne, a niektóre tematy nigdy nie były poruszane, bo po prostu czuliśmy, że nie powinniśmy tego robić. Wiem, że to inaczej niż w domach moich rówieśników, rozmawialiśmy kiedyś o tym na lekcji, ale ja po prostu nie potrafię żyć inaczej. Od zawsze jestem wolny i żyję z tą świadomością, zresztą ojciec ciągle mi to powtarza; że jestem wolnym człowiekiem i że to ode mnie zależy, jak potoczy się moje dalsze życie. Mogę osiągnąć wszystko, co tylko będę chciał, ciężką pracą, ponieważ talent już mam. Tak uważa mój mentor, więc tak musi być, wierzę mu.
- Nie przestępuj tak nerwowo z nogi na nogę. – koryguje mnie. – Wiesz, jaka jest mama. Od razu zacznie coś podejrzewać.
Przytakuję i próbuję ponownie kłamać.
Mama wraca do domu, jest późny wieczór. Kłamię jej prosto w oczy, a ona nawet tego nie zauważa – jest zbyt zmęczona. Skoro nic mi się nie stało, kiedy kłamałem, to może nie jest to takie złe, jakby się mogło wydawać? Postanawiam, że będę kłamać częściej, w końcu nic się nikomu nie stanie, a ja może będę mógł uciec w ten sposób od problemów.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Kanterial » 01 listopada 2012, 22:30

"Na wstępie chcę powiedzieć: nie bijcie mnie!"
Obrazek
A to dobre xDDD



"Nie posiadam poczucia osobistości"
Poczucie osobowości? Osobistość jednak pozostanie z definicji jakąś ważna osobą, nie osobowością.

"Nic nie odszukuję."
Niet, lasko, zwłaszcza, że zdanie przed ty piszesz "Próbuję odszukać (...)". Będę tu wołać i manifestować, żeby było "znajduję/odnajduję/itd". Nic nie odszukuję - to brzmi jak zaprzeczenie czynności, a nie brak zadowalającego wyniku.

"W jednej chwili przelewają się przeze mnie wszystkie możliwe uczucia, to wszystko momentalnie odebrało mi siły, mimowolnie padam na marmurową posadzkę, jakby przygniotły mnie wszystkie grzechy świata."
Tu są dwa czasy i nie wyglądają razem zbyt dobrze.

"czuję, że niepytanym nie należy odpowiadać"
xD
Będąc niepytanym?

A dobra, jadę spoilerem bo szybciej! O3O
SpoilerShow
- W poprzednim wcieleniu byłeś prawym człowiekiem. - odzywa się jasna postać. Zauważam, że nie zwraca się do mnie ze względu na płeć, a na gatunek, który jest rodzajnikiem męskim. Nadal nie wiem, jakiej jestem płci. - Tym razem należy ci się wybór.
Nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku. Czuję, że zgodzę się na każde jego polecenie, jemu nie wolno się przeciwstawiać. Przytakuję z wdzięcznością, kiedy postać po lewej stronie odzywa się swoim syczącym, powolnym głosem.
- Nie zmarnuj tej okazji. Może się już nigdy nie powtórzyć.
Jasna osoba wykonuje ku mej postaci gest, czuję, jak moje ciało wiotczeje. Wspomnienia znowu zalały mój umysł. Teraz widzę wszystko dokładniej. Przypomina mi się mój dom, chociaż teraz nie wiem, gdzie on jest. Widzę w środku osoby, których nie znam, ale domyślam się, że to moja rodzina. Zapewne tam, przy stolę, siedzę ja. Nadal nie wiem, kim jestem. Widzę włochatego psa, a za nim stojak z masą różnych płyt muzycznych. Obok gitarę i mnóstwo plakatów znanych gitarzystów. Najgłupsze jest to, że nie wiem nawet, jak się nazywają. Zaraz po tym całe życie minęło mi przed oczami, niczym kilku klatkowy film. Czuję, że znowu upadnę, jednak tym razem podtrzymała mnie dobra postać. Podnoszę się i patrzę na niego z wdzięcznością. On zaś ponownie odpowiada.
- Masz szansę wykreować swoje nowe życie od podstaw.
Ogarnia mnie dziwne uczucie pustki. Nie wiem nawet jak się nazywam, a już mam wybierać, kim będę przez najbliższe osiemdziesiąt lat? Inne uczucia są mi obce. Nie czuję zdziwienia zaistniałą sytuacją. Osoby stojące przede mną są łaskawe.
- Jakie było twoje największe marzenie? - M[/]roczna postać wciąż milczy, najwidoczniej nie była tak pozytywnie nastawiona do mnie, jak ten po prawej. Zastanawiam się przez moment nad odpowiedzią na tak absurdalne pytanie. Przecież nie mam pamięci. Po chwili jednak słowa same wypływają mi z ust.
- Chcę zaznać prawdziwego Rock n' Rollowego życia. - T o były moje pierwsze słowa, które zostały wypowiedziane mimowolnie, odruchowo. Zaraz po nich usłyszałem cichy chichot wyłaniający się z mroku. Wężowa postać zasyczała zwycięsko, aczkolwiek nadal się nie odzywała.
- Co byś chciał osiągnąć? - pytał dalej.
- Chcę być sławną osobom ą? [i zbędna kropka] - wypowiadam słowa w nijakiej osobie Jak to w nijakiej, skoro przed chwilą powiedział "usłyszałem"?. Nie potrafię inaczej. - Chcę nie martwić się o pieniądze, oraz być na prawdę szczęśliwym i szalonym człowiekiem. - Nie zdaję sobie sprawy z tego, jak głupio brzmią moje słowa. Chcę jedynie osiągnąć cel, zrealizować skryte marzenia, których najwidoczniej nie udało mi się spełnić w poprzednim życiu.
- W jakich czasach chcesz żyć? - O krok z ciemnej mgły wysuwa się tajemnicza postać. Zauważam rogi oraz zielony, bezwonny odór. Najwidoczniej dla krwisto czerwonej osoby ważniejsze są szczegóły, na przekór pałającej dobrocią jasnej postaci.
Wbijam zamyślone spojrzenie w marmurową posadzkę od której odbija się jasna poświata. Próbuję wyszperać coś z pamięci, zastanawiam się, co inni odpowiedzieliby na moim miejscu. Zapewne, że w teraźniejszości. Ale czy teraźniejszość to nie jest pojęcie względne? Dla Alberta Einsteina także była teraźniejszość, kiedy umierał. Może bardziej trafne byłoby pojęcie nowożytność? Po dwudziestych latach? Wiem, że wokół tych czasów kręci się sprawa.
- Lata siedemdziesiąte [zbędna kropka] - odpowiadam.
Belzebub chichocze radośniej, zauważam, jakby rósł w mocy. [w moc?
- Masz okazję do wybrania swoich atutów [zbędna kropka] - odpowiada jasna postać.
Czuję, że świat stoi przede mną otworem. Skupiam się, przecież bazuję jedynie na wspomnieniach. Gdyby nie one, moja osoba zostałaby ślepo rzucona w obojętne czasy z losową szatą. Nad kolejnym zadaniem zastanawiam się długo. Nie chcę podejmować decyzji pochopnie.
- Chcę mieć talent. – mówię krótko.

No dobra lasko, pasuję z wypisywaniem rzeczy z ZAPISU DIALOGÓW. To jest miazga, ja wiem, sama walę byli jak szalona, ale ogólne zasady, kiedy dajemy kropki i kiedy ich nie dajemy, albo kiedy jest wielka litera... Ale Ty je znasz na pewno, bo czytałam twoje prace lepiej napisane. ODSYŁAM CIĘ DO POPRAWIENIA TEGO, wiesz jak. Nie będę już wypisywać tych błędów do końca tego sprawdzenia

Jedyne, co daję radę usłyszeć, to przeszywający mnie rechot diabła. Nie jestem w stanie kontrolować swojego ciała ani tego, co się z nim dzieje. Czuję, że zawiodłem Boga. Liczył na coś więcej z mojej strony. Zaraz po tym słyszę jego słowa kierowane do Diabła, jakby dochodziły do mnie zza ściany. Prawdopodobnie próbuje wytłumaczyć mu, żeby dał mi szansę. Jednak ja tracę jakiekolwiek czucie i po prostu znikam. Wszystko rozpływa się, jakbym moje oczy nie mogły złapać ostrości. Z czasem widzę jedynie ciemne i jasne światło bijące od postaci, następnie mój wzrok wędruje po łuku i w jednej chwili widzę sufit, a potem oślepiające światło.

Rozdział 2

Gonię ojca po pokoju, próbując złapać go za materiał czarnej koszulki. Niestety, ojciec jest za szybki i ucieka na drugi koniec domu, wbiega po schodach na piętro i znika za drzwiami swojej sypialni. Biegnę za nim. Doganiam go w pokoju, nagle obraz zmienia się w jedną, długą smugę a ja czuję pieczenie w okolicach kolana. Podnoszę się, siadam i podciągam kolano pod siebie. Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie, kiedy ojciec klęka przy mnie. Ściąga brwi w wyrazie współczucia, ale na jego ustach gości nikły, ciepły uśmiech. Otacza mnie ramieniem i podciąga ku górze, abym mógł usiąść mu na ugiętym kolanie. Ociera mi łzy z policzka i spogląda ku górze. Z zaciekawieniem kieruję wzrok w tą samą stronę, co mój tata. Domyślam się, co chce teraz powiedzieć - w końcu całkiem nieźle go znam.
- Jak myślisz, co on by zrobił na twoim miejscu? - pyta, wskazując podbródkiem na wiszący na jasnej ścianie plakat The Vegas Kings, chociaż doskonale wiedziałem, że chodzi o Dio. Kiedyś mi wyznał, że jest dla niego jak ojciec. Spytałem dlaczego, a on wtedy uśmiechnął się wymijająco i powiedział, że dowiem się z czasem. Nienawidzę, kiedy tak mówi.
Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią. Tata wspominał o nim kiedy tylko miał do tego okazję, więc postać Ronniego jest mi bliższa niż moja babcia mieszkająca kilka ulic dalej.
- Nie wiem, ty zawsze mówisz, co on by zrobił.
Ojciec wybucha śmiechem i stawia mnie na dywanie. Uśmiecham się szeroko, bez większego powodu i spoglądam na niego. Ma bardzo długie czarne włosy, które leją się na jego ramiona oraz plecy, zlewając się z ciemnym materiałem koszulki. Uwielbiam podchodzić do niego od tyłu, kiedy siedzi na podłodze i okręcać się jego włosami. Są na tyle długie, że mogę owinąć się dwukrotnie. Jego ramiona są silne i kolorowe od tatuaży. Oczy natomiast ma ciemne, szkliste a spojrzenie, jakim mnie często obdarza, jest pełne troski i miłości. Kiedy się nudzi lubi obracać swoim kolczykiem w lewej brwi.
Moja mama nieco różni się od ojca. Jej rude, kręcone włosy sięgają do ramion, na które często opadają kolorowe szale bądź chusty. Niekiedy przyglądam się rano zwinnym ruchom jej dłoni, kiedy podkreśla swoje błękitne oczy czarną kredką oraz jak maluje oczy na różne kolory pasujące do jej obcisłych sukienek. Czasem, kiedy przekomarza się z tatą, ojciec woła na nią hipiska. Nie wiem, co to znaczy, ale podoba mi się to słowo, a ona reaguje na nie tak samo, jakbym zawołał „mamo!”. To po niej mam piegi na nosie i policzkach. Mama czasami śmieje się ze mnie, ponieważ uważa, że zestawienie czarnych piórek - tak mówi na moje puszyste włosy - z kilkoma piegami pod szarymi oczami to nietypowe zestawienie. Nie przeszkadza mi to. Tak samo nie przeszkadza mi fakt, że posiadam takich rodziców, a nie innych. Koledzy ze szkoły czasami pytają się mnie, kim jest mój tata, że tak wygląda. Ja wtedy patrzę się na nich ze zdziwieniem, i myślę, że przecież on wygląda normalnie. To ich ojcowie są nudni i dziwni.
Tak na prawdę to nie wiem kim jest mój ojciec. Często siadam naprzeciwko niego i śpiewam różne ballady, kiedy on gra na gitarze. Moja mama rzadko bywa w domu, ponieważ pracuje w jakiejś dużej firmie, często też projektuje stroje w domu do późnej nocy. Produkuje ubrania dla różnych sławnych osób, zazwyczaj są to muzycy, ponieważ to wokół nich kręci się całe nasze życie.
- Tato - podchodzę do niego. Stoi przy swojej gitarze i próbuje ją dostroić po moim wczorajszym graniu, więc spogląda na mnie z góry swoim spokojnym i troskliwym spojrzeniem. Czasami mnie to dziwi, ponieważ niejednokrotnie widziałem, jaki tata potrafi być wobec innych ludzi. Nie raz przyglądałem się z daleka, jak się z kimś bił bądź komuś groził. Ale dla mnie jest inny, zawsze mnie to zastanawiało, ale bałem się pytać. Spogląda na mnie pytająco. - Naucz mnie grać na gitarze.
Cały wieczór spędzam z ojcem na ćwiczeniu jednej prostej melodii. Kiedy tata uważa, że czegoś zdołał mnie nauczyć, chwytam gitarę z autografem Robby'ego Kriegera i zbiegam ostrożnie po schodach, gdyż wiem jak cenna jest dla nas ta gitara. Znajduję matkę w salonie, który jest przestronny, aczkolwiek skromnie urządzony. Nie ma przepychu, nienawidzę go, ale spotkałem się z nim w wielu domach moich kolegów ze szkoły i nie przypadł mi do gustu. Hipiska siedzi przy stoliku krawieckim i wykonuje kolejne projekty. Podbiegam do niej w podskokach, a ta, zdziwiona, podnosi głowę i ściąga ku górze brew, aby skupione spojrzenie przerzucić z gitary na moją dziecięcą twarz. Nie potrzebuję usłyszeć słów, aby wiedzieć, że jest zaciekawiona. Spoglądam za głowę mamy i widzę opierającego się o framugę drzwi ojca z włosami zarzuconymi na plecy. Muszę się przed nimi popisać.
Przypomina mi się koncert The Doors, na którym byłem wraz z tatą kilka miesięcy temu. Siedziałem mu wtedy na ramionach i podziwiałem dających koncert Doorsów. Teraz zamieniam się z nimi rolami, to ja staję na scenie, a oni są tylko widzami. Biorę wdech i uderzam w struny. Mój piskliwy głos także rozbrzmiewa w pokoju ku zdziwieniu ojca. Jest to uproszczona do granic możliwości piosenka Light My Fire. Tekst znam na pamięć, mimo, że album, z którego pochodzi utwór, został wydany zaledwie kilkanaście tygodni temu. Po chwili już jest po wszystkim, oddycham z ulgą oddając gitarę mojemu nauczycielowi. Kłaniam się nazbyt entuzjastycznie i posyłam rodzicom uśmiechy. Chcę, aby ten wieczór trwał wiecznie, ponieważ nie tylko słyszę tonę pochwał od rodziców, ale także pierwszy raz zagrałem coś na gitarze i równocześnie zaśpiewałem, a dodatkowo wyszło mi to całkiem nieźle. Słyszę od mamy, że jestem nadmiernie uzdolnionym ośmiolatkiem, a potem wszyscy wybuchamy śmiechem.
- Nawet najwięksi artyści potrzebują snu, Seth. - mówi łagodnie ojciec i wysyła mnie na górę. Z żalem opuszczam parter i kieruję się posłusznie do pokoju, gdzie zasypiam pogrążając się w marzeniach o karierze prawdziwego rockaman.
Przed zaśnięciem jednak zastanawiam się jeszcze, co począć. Mam dopiero osiem lat, ale tata naopowiadał mi tyle historii o dorastających gwiazdach rocka, że i ja zapragnąłem taki być. Chcę przeżyć przygodę mojego życia, razem z ojcem. To moje marzenie, największe, jakie tylko istnieje w mej głowie. Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood. Gdybym pojechał z tatą, byłoby łatwo, ale jaki prawdziwy rockman ucieka z domu z rodzicem? Muszę jeszcze wiele zaplanować.

Nie mam snów dzisiejszej nocy. Nie miałem ich także wczorajszej jak i przedwczorajszej nocy.

Dziś jest poniedziałek, dlatego muszę wcześniej wstać, aby nie spóźnić się do szkoły. Schodzę do kuchni, gdzie zastaję ojca przygotowującego dla mnie kanapki. Rozglądam się, ale nie dostrzegam matki.
- Musiała się dzisiaj wcześniej stawić w pracy. - powiedział ojciec nie odwracając się do mnie podczas sprzątania po robieniu śniadania. Nie pierwszy raz tata czyta mi w myślach. Zastanawiam się, czy z czasem i ja odkryję takie zdolności. Póki co siadam przy stole i piję sok pomarańczowy machając nogami w powietrzu. Roznosi mnie energia, chociaż na samą myśl o pójściu do szkoły odechciewa mi się jeść, ponieważ nie jestem lubiany w klasie. Nie było dnia, w którym czegoś by mi nie wytykali. Ostatnio, na przykład, ciągle przeszkadza im mój ubiór; nieco za duże koszulki z nazwami zespołów często robionymi *ROBIONE!* przez moją mamę, rozpinane koszule, skórzane kurtki i spodnie, trampki albo ciężkie buty. Najbardziej nie podobają im się, mimo wszystko, moje włosy, które są długie, ciemne i gęste. Ciągną mnie za nie i specjalnie mylą z dziewczynami, ale tata powiedział mi, żebym się tym nie przejmował i że on miał gorzej kiedy był w moim wieku. Raz nawet zaśmiał się mówiąc, że napisał swoją pierwszą piosenkę przelewając swoje wszystkie żale i problemy związane ze szkołą na papier, a ja mu wtedy obiecałem, że też kiedyś coś napiszę [przecinek a potem nawet to zaśpiewam.
Ojciec podchodzi do stołu i przesuwa po nim talerz z kanapkami w moją stronę. Spogląda na mnie, kiedy jem, a potem opiera się łokciami o drewniany blat i dłońmi zwiniętymi w pięści podpiera podbródek. Końcówki włosów prawie że muskają stół. Czuję się nieswojo, kiedy wbija we mnie nieruchome spojrzenie. Uśmiecha się delikatnie [przecinek a następnie mówi:
- Dużo masz dzisiaj lekcji w szkole?
- Pięć.
Jem kanapki spoglądając na niego pytająco. Nienawidzę, kiedy milczy, ale niestety - mówi niewiele. Zazwyczaj nie odzywa się niepytany.
- Mama wróci późno - kontynuuje - może zostałbyś dzisiaj w domu? Poćwiczylibyśmy Light My Fire.
Unoszę wysoko brwi i nieruchomieję na chwilę, nie odrywając wzroku od ojca. Nie wiem, czy sobie ze mnie żartuje, ale przytakuję tak entuzjastycznie, jak nigdy. Za każdym razem, kiedy udaje mi się nie iść do szkoły, czuję się jakby spadał mi kamień z serca. Nie dlatego, że nie lubię się uczyć, po prostu nienawidzę moich kolegów.
Tata uśmiecha się długo [przecinek] a następnie tarmosi mi puszyste, lekko kręcone włosy. Zapewne wyglądam, jakbym się nie czesał kilka dni, ale nie przeszkadza mi to. I tak się dziś nie czesałem, nigdy się nie czeszę, jeśli mama mnie do tego nie zmusza.
Kończę śniadanie i biegnę do pokoju ojca, który siedzi na łóżku i gra wstęp do Light My Fire. Wskakuję na miękki materac i opieram się plecami o ramę łóżka, przyglądając się tacie w ciszy, nim ten nie skończy. Kiedy już ma dla mnie czas, prosi, abym zagrał i zaśpiewał to samo co wczoraj. Wychodzi mi nieco gorzej, ale nie peszę się. Tak już mam, że nie poddaję się za pierwszym razem, ponieważ zazwyczaj po kolejnych próbach jest coraz lepiej. Tak właśnie jest: za drugim razem śpiewam pewniejszym głosem oraz lepiej trafiam kostką w strony. Ojciec słucha w ciszy i w skupieniu, a po wykonaniu utworu mówi co mam poprawić, dzięki czemu szybko się uczę. Godzinę później umiem już płynnie śpiewać pierwszą zwrotkę, a gra wychodzi mi coraz korzystniej. Tata pokazuje mi kolejne chwyty, dzięki czemu moje wykonanie coraz bardziej przypomina oryginał. Kolejne godziny mijają jak minuty. Czas, który spędziłbym w szkole, poświęciłem na granie i śpiewanie razem z ojcem. Czuję się dziwnie ze świadomością, że kiedy mama wróci z pracy, będę musiał ją okłamać.
- Tak mamo - mówię spokojnie patrząc ojcu w oczy - byłem w szkole. Nudno jak zawsze.
To jest pierwszy raz, kiedy tata uczy mnie kłamać i nakłania do czegoś złego. W naszym domu nigdy nie było surowych reguł i zakazów. Po prostu każdy robił to, co uważał za słuszne, a niektóre tematy nigdy nie były poruszane, bo po prostu czuliśmy, że nie powinniśmy tego robić. Wiem, że to inaczej niż w domach moich rówieśników, rozmawialiśmy kiedyś o tym na lekcji, ale ja po prostu nie potrafię żyć inaczej. Od zawsze jestem wolny i żyję z tą świadomością, zresztą ojciec ciągle mi to powtarza; że jestem wolnym człowiekiem i że to ode mnie zależy, jak potoczy się moje dalsze życie. Mogę osiągnąć wszystko, co tylko będę chciał, ciężką pracą, ponieważ talent już mam. Tak uważa mój mentor, więc tak musi być, wierzę mu.
- Nie przestępuj tak nerwowo z nogi na nogę. – koryguje mnie. – Wiesz, jaka jest mama. Od razu zacznie coś podejrzewać.
Przytakuję i próbuję ponownie kłamać.
Mama wraca do domu, jest późny wieczór. Kłamię jej prosto w oczy, a ona nawet tego nie zauważa – jest zbyt zmęczona. Skoro nic mi się nie stało, kiedy kłamałem, to może nie jest to takie złe, jakby się mogło wydawać? Postanawiam, że będę kłamać częściej, w końcu nic się nikomu nie stanie, a ja może będę mógł uciec w ten sposób od problemów.



Yooy. To bardzo przyjemny w odbiorze tekst. Ale może to wina nastroju i takiego (powiedzmy) nastawienia, jakie miałam po przeczytaniu wstępu od Ciebie? Takie prace, pisane przed skokiem w wiedzę często są bardzo przydatne - dzięki nim można zobaczyć, czego się tak naprawdę nauczyło.

Czasami mieszasz czasy, lasko. Całość jest w przeszłym, ale zdarzają się jakieś wtrącenia w zdaniach, które zupełnie nie pasują. To oczywiście normalne, że nie wszystko pisze się w czasie przeszłym, ale takie kawałki powinny się bronić. U Ciebie nie zawsze tak jest. Wiem - marudzę a ie wypisałam. Wynika to jednak z tego, że w pewnym momencie uznałam to za bezsens. Dlaczego?

Bo Ty robisz tylko dwa błędy. Po co więc mam sprawdzać cały tekst wiedząc, z czym masz problem? Uznałam, że przeczytam dla przyjemności a Tobie napomknę, że tutaj leży ZAPIS DIALOGÓW i pojawia sie okazyjnie mieszanie czasów.

Dobrze zrobiłam, dzięki temu bardzo mi się podobało. Całkiem płynnie mi się czytało, nawet, jeśli nie ciekawiła mnie zbytnio akcja - jest na razie wolna, jakby opisywała więcej z tego, co już jest, niż pokazywała, co się dzieje. No i git - to sam początek, niech tak będzie. Czuję się całkiem porządnie wprowadzona w fabułę i życie głównego bohatera (przynajmniej dzieciństwo). Bo, jak rozumiem, rozdział 1 to i przeszłość i... Powiedzmy, że przyszłość. No, ale to już takie przemyślenia człowieka bez kawy.

Co do bohaterów
Nie umiem opisać tego chłopaka, o którym piszesz - jest taki... Jakby przesiąknięty tą nijakością z pierwszego rozdziału. Nie wiem, czy wynika to jedynie z faktu, że zaserwowałaś ten rozdział na początku, ale ta postać wydaje się taka odległa, nie do końca wyraźna i (odważna opinia) jestem dziwnie pewna, że nigdy jej nie poznam. Ze ten bohater pozostanie taki właśnie tajemniczy, niemożliwy do sklasyfikowania, trudny do opisania z charakteru. Czy to się zmieni?
Poza nim chyba tylko ojciec jest wyraźnie opisany - i bardzo mi się ten opis podoba.

Nie było szaleństwa z poziomem mojego zainteresowania i wciągnięcia w akcję, ale była przyjemność w czytaniu, więc chwalę, dodaję mentalnego plusa i czekam na kontynuację Z POPRAWIONYMI DIALOGAMI
Blah.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 01 listopada 2012, 22:46

Dziękuję :D
Tak, jestem downem że wybrałam czas teraźniejszy w pierwszej osobie :facepalm: Jest mi się z tego trudno przerzucić, ponieważ Murrougha piszę w pierwszej w przeszłym... ale jak nie mam weny na jedno, to piszę drugie.
Małe podsumowanie dla tych, którym się nie chce czytać;
W pierwszym rozdziale chciałam przedstawić ojca i zarysować ogólnie obraz rodziny, ponieważ chcę stworzyć taką jakby nić pomiędzy odbiorcą a ojcem Setha (będzie mi to potrzebne przy następnym rozdziale :bag: )
Młody póki co - mimo, że jest głównym bohaterem - nie jest taki ważny, w następnych rozdziałach będzie czas, aby go lepiej poznać. Chciałam także nadać taki nieco... hm dziecinny i prosty opis tych zdarzeń, ponieważ to jest w końcu widziane oczami młodego.
Wstydzę się tego opowiadania, ale i tak je będę pisać... :bag: :facepalm:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Kanterial » 01 listopada 2012, 22:51

No i bardzo dobrze, bo zaczynać coś i kończyć w połowie... No, nie nazwę tego brzydko. Tak.

Czyli ten pierwszy rozdział to o ojcu?! A ja byłam tak święcie przekonana, że o tym małym chłopaku! >_______<

//sorka za spam xDD
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 01 listopada 2012, 23:14

Niech każdy sobie interpretuje na własny sposób.

Awatar użytkownika
Kajkuto

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Kajkuto » 02 listopada 2012, 01:21

Ja też myślałem, że pierwszy rozdział, mówi o tym chłopcu;p

Ogólnie o treści, to ciężko mi było to przeczytać, ale... Tylko z powodu takiego, że to nie moja tematyka. Chodzi mi o 2 rozdział. Sama konstrukcja zdań, ich złożoność i bogactwo słownictwa użytego w tym tekście mi się bardzo podobała. Nie będę doszukiwał się błędów, bo idzie mi to ciężko we własnym przypadku a co dopiero u kogoś, zwłaszcza gdzie tekst podoba mi się językowo:p Jedynie co rzuciło mi się w oczy to trochę powtórzeń, ale jak zaznaczyłaś na samym początku, że dużo się nauczyłaś od momentu napisania tego tekstu, to pewnie już zwracasz sama na to uwagę:)
Slaxl pisze:Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood.
tu nie wiem czy się nie mylę, ale wydaje mi się, że Hollywood jest w Kalifornii

Jednak w przeciwieństwie do 2 rodziału, pierwszy mnie wciągnął. Podoba mi się przedstawienie tego momentu wyboru, który mu oferują Diabeł i Bóg (Czy Św. Piotr czy jak to tam zwał;p) no i tej nieświadomości bohatera, takiego oderwania od ziemskiego żywota. Osobiście co jedynie to bym nie nazwał diabła Belzebubem bo to w sumie inny "typ", choć obecnie używany jest jako określenie szatana. A z drugiej strony nie napisałaś dosłownie, kim jest ciemna postać, więc mógł to być wysłannik szatana, a ja się nie potrzebnie czepiam.

Podsumowując tekst mi się podobał, mimo tego, że moje zaciekawienie balansowało w pierwszym rozdziale w górę, w drugim trochę w dół. Ale to tylko ze względu na dużo tematyki muzycznej, rock and rollowej itp.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: pierdoła saska » 02 listopada 2012, 10:18

Podoba mi się nastrój pierwszego rozdziału. Bramy, ta bezosobowość lekka, rozmowa… bardzo fajne, szkoda że poległo nieco na wykonaniu, ale to będzie w spoilerze. Ogólnie rzecz biorąc czytałam ten rozdział z zaciekawieniem.
Rozdział drugi jest zupełnie inny, jeśli rozpatrywać jego atmosferę, ale tez mi się podobał. Taki ciepły był i rodzinny ^________^ sama radość. Uważam, że udało ci się w nim dobrze uchwycić punkt widzenia dziecka i to całości bardzo wychodzi na plus. Podobał mi się zwłaszcza kawałek z tym, jak się młody popisywał :D
Końcówka daje do myślenia. Zaciekawiła mnie.

O bohaterach niewiele jestem w stanie napisać póki co. Jeśli chodzi o rozdział pierwszy, to chwilami już nie wiem co podmiot wiedział, a czego nie… niby nic nie pamięta, a średnią życia zna. Potem jakieś wspomnienia mu wracają, ale ciągle to takie dla mnie naciągane. Znaczy się tu myśli, że nie wie, a potem podaje czasy z dokładnością co do dekady. Trochę mnie to przyprawiało o przewracanie oczami. No i w sumie to raczej uwaga techniczna niż o postaci jako takiej. W rozdziale drugim wybił się na pierwszy plan dzieciak, nawet jeśli miało być o ojcu. Dzieciak jest fajny :P Rodzice zaś tworzą póki co ciekawe tło dla niego :D

A… umm…

Nie przeraź się spoilera… lojalnie uprzedzam, bo jest w nim dość różowo, ale… strasznie mieszasz czasy chwilami. Jak już sama przyznałaś, w innych słowach co prawda, porwałaś się na narrację pierwszoosobową w czasie teraźniejszym, czyli chyba jedną z najtrudniejszych opcji, która ma w sumie dwie podstawowe zalety:
- pozwala dość długo utrzymać bezpłciowość postaci
- tworzy pewien specyficzny klimat i ciekawą dynamikę tekstu z nim związaną.
Problemem jest wszystko inne i o ile przez większość czasu sobie radzisz z zapanowaniem nad tym, to chwilami robi się z tego bigos… z kiełbaską. :/ Pocieszające jest to, że są to zwykle pojedyncze, łatwe do poprawienia, zdania. :)
Swoją drogą nie myślałaś nad tym, aby tylko pierwszy rozdział pisać w czasie teraźniejszym, a potem przejść na przeszły?

I zapis dialogów ci, ekhem, leży ^^" w miarę starałam się zaznaczyć gdzie jak winno być, ale mogłam coś przeoczyć. :/

Ale ogólnie jest dobrze. Błędy zaznaczone, to w większości rzeczy, które łatwo poprawić i częściowo mogą wynikać z nieuwagi. Z takimi się łatwo walczy :P Swoja drogą czytałaś ten tekst po napisaniu go?


I to by było na tyla. Czekam na ciąg dalszy.
SpoilerShow
Nie wiem, kim jestem. Nie posiadam poczucia osobistości, wspomnień, planów na przyszłość. [łapkę dam sobie uciąć, że nie chodziło ci o osobistość. Ona tu w ogóle nie pasuje. Osobisty może być komputer czy konto, ale żeby mówić o poczuciu osobistości… hymmmm. Nie chodziło przypadkiem o tożsamość?] Spoglądam w mieniącą się kałużę i nie mogę pojąć tego, co próbuję ujrzeć. Wzdycham ciężko i przecieram nadgarstkiem czoło, zaraz to cofam się i siadam na marmurowej ławie pod starymi kolumnami, tak, aby nie raziło mnie złote słońce. Przejeżdżam dłonią po policzku, próbując choć trochę urzeczywistnić zaistniałą sytuację i znaleźć dowody na to, że ja naprawdę istnieję. Dziwię się temu, ale nie odczuwam uczucia bezradności czy paniki.[a może by tak wywalić to uczucie. Odczuwanie uczucia brzmi dziwnie, a bez tego drugiego słowa zdanie zachowa sens i tak, więc… :/] Nie czuję za wiele, jestem w stanie czuć jedynie przyjemny chłód bijący od ławki. Spoglądam przed siebie, na niższy plac otoczony rządami [grządkami? rzędami?] kolorowych kwiatów, pomiędzy którymi snują się nieznajome osoby. Niektórzy wyglądają normalnie; ubrani w garnitury bądź piękne suknie. Innych, tak, jak siebie, nie potrafię opisać. Rozróżniam [mam niejasne wrażenie, że odróżniam pasowałoby lepiej] jedynie mężczyznę od kobiety.
Daleko przede mną stoją ogromne srebrne bramy. Co chwilę uchylają się wpuszczając na nasz plac oślepiające światło, a pojedyncze osoby kierują się ku wyjściu. Siedzę na ławie długi czas, trzy bramy otwierają się i zamykają na przemian. Słońce cały czas nie zmieniło swojego miejsca a pomiędzy rzędami kwiatów pojawiają się nowe osoby. [gryzie mnie zmiana czasu narracji w tym zdaniu. Początek jest w czasie przeszłym, koniec w teraźniejszym. Może by początek przerobić na jakieś „Słońce tkwi niezmiennie w tym samym punkcie nieba” żeby pasowało do czasu teraźniejszego, który póki co dominuje?]Nie przejmuję się tym, czuję w sercu dziwną obojętność. W pewnym momencie bramy otwierają się, a ja podświadomie wiem, że czekają na mnie. Podnoszę się z ławy i spokojnym krokiem kieruję się w ich stronę, by zaraz zniknąć w oślepiającym świetle. Zamykają się za mną, wbijając chłód w moje [wywal, wiadomo czyje plecy :P] plecy.
W jednej sekundzie powracają do mnie wszystkie błahe wspomnienia. Podczas oczekiwania na otwarcie się drugiej bramy próbuję odszukać w stronicach pamięci coś, co wytłumaczyłoby choć trochę zaistniałą sytuację. Nic nie odszukuję. Czuję w ustach jedynie ulubiony smak, słyszę w uszach rock 'n' rollowe brzmienia, chociaż podświadomie czuję, że to tylko przedsmak sekretów mojej tajemnicy [sekrety tajemnicy? Czy to aby nie pewien przerost formy nad treścią?]. W jednej chwili przelewają się przeze mnie wszystkie możliwe uczucia, to wszystko momentalnie odebrało mi siły, mimowolnie padam na marmurową posadzkę, jakby przygniotły mnie wszystkie grzechy świata. [teraźniejszy – przeszły – teraźniejszy; w jednym zdaniu. Litości, ślicznie proszę] Kiedy odzyskuję świadomość, słyszę ponad sobą basowy głos oraz drugi, zdecydowanie mniej przyjemniejszy [mniej przyjemny], syczący skowyt przeplatany ze słowami. Podnoszę wzrok i widzę przed sobą dwie potężne postaci. Po prawej stronie stoi dojrzały mężczyzna odziany w śnieżno – złote [ummm złoto białe nie jest, a śnieżny to nie kolor sam w sobie, ale raczej doprecyzowanie koloru białego. Znaczy się ja wiem, że istnieje białe złoto, ale jakoś określenie „śnieżno” do białego złota tyż mi nie gra. Opowiadałabym się za biało-złotymi w tym przypadku] szaty, po jego lewej stronie unosi się trudna do opisania postać. Emanuje ciemną mocą, posturą przypomina węża. [trochę pierniczno-wiatraczne to zdanie, brakuje mi tu jakiegoś bardziej rozbudowanego spójnika zamiast samego przecinka :/] To jest takie nierealne. Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, czuję, że niepytanym nie należy odpowiadać. Mrużę oczy, ponieważ jasna świeci tak jasno [ije? O.o], że nie jestem w stanie spojrzeć na nią bez mrużenia oczu. Kiedy podnoszę się do pionu, głosy milkną i czuję na sobie uważne spojrzenia.
- W poprzednim wcieleniu byłeś prawym człowiekiem. [wywal te kropkę :)] - odzywa się jasna postać. Zauważam, że nie zwraca się do mnie ze względu na płeć, a na gatunek, który jest rodzajnikiem męskim [gatunek jest rodzajnikiem? X___x znaczy wiem, że chodziło o to, iż zwraca się jako do człowieka, istoty jako takiej, bez zwracania uwagi na płeć tejże istoty, ale uważam, że nie wyszło ci zapisanie tego :/]. Nadal nie wiem, jakiej jestem płci. - Tym razem należy ci się wybór.
Nie jestem w stanie oderwać od niego wzroku. Czuję, że zgodzę się na każde jego polecenie, jemu nie wolno się przeciwstawiać. Przytakuję z wdzięcznością, kiedy postać po lewej stronie odzywa się swoim syczącym, powolnym głosem.
- Nie zmarnuj tej okazji. Może się już nigdy nie powtórzyć.
Jasna osoba wykonuje ku mej postaci gest, czuję, jak moje ciało wiotczeje. Wspomnienia znowu zalały mój umysł. [a narracja znowu robi skok w przeszłość na całe jedno zdanie :/] Teraz widzę wszystko dokładniej. Przypomina mi się mój dom, chociaż teraz nie wiem, gdzie on jest. Widzę w środku osoby, których nie znam, ale domyślam się, że to moja rodzina. Zapewne tam, przy stolę [stole], siedzę ja. Nadal nie wiem, kim jestem. Widzę włochatego psa, a za nim stojak z masą różnych płyt muzycznych. Obok gitarę i mnóstwo plakatów znanych gitarzystów. Najgłupsze jest to, że nie wiem nawet, jak się nazywają. Zaraz po tym całe życie minęło mi przed oczami [raczej przeleciało przed oczami. To minęło brzmi dziwnie w tym kontekście wg mnie], niczym kilku klatkowy [łącznie] film. Czuję, że znowu upadnę, jednak tym razem podtrzymała mnie dobra postać. [teraźniejszy – przyszły – przeszły; szalejesz O.o] Podnoszę się i patrzę na niego z wdzięcznością. On zaś ponownie odpowiada.
- Masz szansę wykreować swoje nowe życie od podstaw.
Ogarnia mnie dziwne uczucie pustki. Nie wiem nawet jak się nazywam, a już mam wybierać, kim będę przez najbliższe osiemdziesiąt lat? [to nie błąd, ale nie wie jak się nazywa, czy jest kobietą, czy mężczyzna… ale zna przewidywaną średnią długość życia ludzi? Troszku mnie to zdziwiło było.] Inne uczucia są mi obce. Nie czuję zdziwienia zaistniałą sytuacją. Osoby stojące przede mną są łaskawe.
- Jakie było twoje największe marzenie? - mroczna [Mroczna] postać wciąż milczy, najwidoczniej nie była tak pozytywnie nastawiona do mnie, jak ten po prawej [znowu czas przeszły się wkradł gdzieś, gdzie go chyba być nie powinno]. Zastanawiam się przez moment nad odpowiedzią na tak absurdalne pytanie. Przecież nie mam pamięci. [pamięć jako taką, to raczej ma. Inaczej problemem byłaby nie odpowiedź, a pytanie, które zapominałaby zaraz po usłyszeniu :/ Może by tak Przecież niczego o sobie nie pamiętam lub Przecież nie pamiętam swojego poprzedniego życia?] Po chwili jednak słowa same wypływają mi z ust.
- Chcę zaznać prawdziwego Rock n' Rollowego [czemu to jest wielką literą napisane? Poza tym: rock’n’roll lub rock&roll. Albo nawet z and, ale z jednym apostrofem to dziwny zapis] życia. - to były moje pierwsze słowa, które zostały wypowiedziane mimowolnie, odruchowo [wg mnie to w ogóle były pierwsze słowa, jakie podmiot wypowiedział; mimowolnie czy planowo]. Zaraz po nich usłyszałem cichy chichot wyłaniający się z mroku [znowu narracja zmieniła czas, ale bardziej problematyczny jest dla mnie dźwięk wyłaniający się z mroku. Coś mi się widzi, że on stamtąd mógł raczej dobiegać lub dochodzić]. Wężowa postać zasyczała zwycięsko, aczkolwiek nadal się nie odzywała.
- Co byś chciał osiągnąć? - pytał dalej.
- Chcę być sławną osobom. […osobą; i wywal tę kropkę] - wypowiadam słowa w nijakiej osobie [jeden, wiemy jak wypowiada słowa, bo je przytaczasz, dwa – to nieco za dużo tu tych osób :/]. Nie potrafię inaczej. - Chcę nie martwić się o pieniądze, oraz być na prawdę szczęśliwym i szalonym człowiekiem. - nie [Nie] zdaję sobie sprawy z tego, jak głupio brzmią moje słowa. Chcę jedynie osiągnąć cel, zrealizować skryte marzenia, których najwidoczniej nie udało mi się spełnić w poprzednim życiu.
- W jakich czasach chcesz żyć? - o krok z ciemnej mgły wysuwa się tajemnicza postać. Zauważam rogi oraz zielony, bezwonny odór [ije? Odór to inaczej smród, jak coś może bezwonnie śmierdzieć? To oksymoron]. Najwidoczniej dla krwisto czerwonej [łącznie]osoby ważniejsze są szczegóły, na przekór pałającej dobrocią jasnej postaci.
Wbijam zamyślone spojrzenie w marmurową posadzkę[przecinek] od której odbija się jasna poświata. Próbuję wyszperać coś z pamięci, zastanawiam się, co inni odpowiedzieliby na moim miejscu. Zapewne, że w teraźniejszości. Ale czy teraźniejszość to nie jest pojęcie względne? Dla Alberta Einsteina także była teraźniejszość, kiedy umierał. Może bardziej trafne byłoby pojęcie nowożytność? Po dwudziestych latach? Wiem, że wokół tych czasów kręci się sprawa.
- Lata siedemdziesiąte. [wywal toto. Swoją drogą aż się prosi pytanie: którego wieku] - odpowiadam.
Belzebub chichocze radośniej, zauważam, jakby rósł w mocy.
- Masz okazję do wybrania swoich atutów. [do wywalenia] - odpowiada jasna postać.
Czuję, że świat stoi przede mną otworem. Skupiam się, przecież bazuję jedynie na wspomnieniach. Gdyby nie one, moja osoba zostałaby ślepo rzucona w obojętne czasy z losową szatą [emmm… ummmm… co mają ciuchy do atutów?]. Nad kolejnym zadaniem zastanawiam się długo. Nie chcę podejmować decyzji pochopnie.
- Chcę mieć talent. [do wywalenia] – mówię krótko.
Jedyne, co daję radę usłyszeć, to przeszywający mnie rechot diabła. Nie jestem w stanie kontrolować swojego ciała ani tego, co się z nim dzieje. Czuję, że zawiodłem Boga. Liczył na coś więcej z mojej strony. Zaraz po tym słyszę jego słowa kierowane do Diabła, jakby dochodziły do mnie zza ściany. Prawdopodobnie próbuje wytłumaczyć mu, żeby dał mi szansę. Jednak ja tracę jakiekolwiek czucie i po prostu znikam. Wszystko rozpływa się, jakbym [jakby] moje oczy nie mogły złapać ostrości. Z czasem widzę jedynie ciemne i jasne światło [ciemne światło? Znaczy i świećienie jako opozycję do cieni już wymyślono, ale tutaj jakoś mi to nie gra] bijące od postaci, następnie mój wzrok wędruje po łuku [wzrok sam sobie tak? X_x] i w jednej chwili widzę sufit, a potem oślepiające światło.

Rozdział 2

Gonię ojca po pokoju, próbując złapać go za materiał czarnej koszulki. Niestety, ojciec jest za szybki i ucieka na drugi koniec domu, wbiega po schodach na piętro i znika za drzwiami swojej sypialni. Biegnę za nim. Doganiam go w pokoju, nagle obraz zmienia się w jedną, długą smugę a ja czuję pieczenie w okolicach kolana. Podnoszę się, siadam i podciągam kolano pod siebie. Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie [nie czaję… jak spojrzenie może być zamazane? Może: próbuję obejrzeć skaleczenie, ale wszystko widze rozmazane?], kiedy ojciec klęka przy mnie. Ściąga brwi w wyrazie współczucia, ale na jego ustach gości nikły, ciepły uśmiech. Otacza mnie ramieniem i podciąga ku górze, abym mógł usiąść mu na ugiętym kolanie. Ociera mi łzy z policzka i spogląda ku górze. Z zaciekawieniem kieruję wzrok w tą samą stronę, co mój tata [w sumie można by to wywalić, bo to wynika z kontekstu]. Domyślam się, co chce teraz powiedzieć - w końcu całkiem nieźle go znam.
- Jak myślisz, co on by zrobił na twoim miejscu? - pyta, wskazując podbródkiem na wiszący na jasnej ścianie plakat The Vegas Kings, chociaż doskonale wiedziałem, że chodzi o Dio. Kiedyś mi wyznał, że jest dla niego jak ojciec. Spytałem dlaczego, a on wtedy uśmiechnął się wymijająco i powiedział, że dowiem się z czasem. Nienawidzę, kiedy tak mówi.
Zastanawiam się chwilę nad odpowiedzią. Tata wspominał o nim kiedy tylko miał do tego okazję, więc postać Ronniego jest mi bliższa niż moja babcia mieszkająca kilka ulic dalej.
- Nie wiem, ty zawsze mówisz, co on by zrobił.
Ojciec wybucha śmiechem i stawia mnie na dywanie. Uśmiecham się szeroko, bez większego powodu i spoglądam na niego. Ma bardzo długie czarne włosy, które leją się na jego ramiona oraz plecy [opadają mu na ramiona i plecy???], zlewając się z ciemnym materiałem koszulki. Uwielbiam podchodzić do niego od tyłu, kiedy siedzi na podłodze i okręcać się jego włosami. Są na tyle długie, że mogę owinąć się dwukrotnie. Jego ramiona są silne i kolorowe od tatuaży. Oczy natomiast ma ciemne, szkliste a spojrzenie, jakim mnie często obdarza, jest pełne troski i miłości. Kiedy się nudzi lubi obracać swoim kolczykiem w lewej brwi.
Moja mama nieco różni się od ojca. [niby to narracja pierwszoosobowa dziecka, więc to może zostać, ale jest takie… no jasne, że się różni.] Jej rude, kręcone włosy sięgają do ramion, na które często opadają kolorowe szale bądź chusty. Niekiedy przyglądam się rano zwinnym ruchom jej dłoni, kiedy podkreśla swoje błękitne oczy czarną kredką oraz jak maluje oczy na różne kolory pasujące do jej obcisłych sukienek. Czasem, kiedy przekomarza się z tatą, ojciec woła na nią hipiska. Nie wiem, co to znaczy, ale podoba mi się to słowo, a ona reaguje na nie tak samo, jakbym zawołał „mamo!”. To po niej mam piegi na nosie i policzkach. Mama czasami śmieje się ze mnie, ponieważ uważa, że zestawienie czarnych piórek - tak mówi na moje puszyste włosy - z kilkoma piegami pod szarymi oczami to nietypowe zestawienie. Nie przeszkadza mi to. Tak samo nie przeszkadza mi fakt, że posiadam takich rodziców, a nie innych. Koledzy ze szkoły czasami pytają się mnie, kim jest mój tata, że tak wygląda. Ja wtedy patrzę się na nich ze zdziwieniem, i myślę, że przecież on wygląda normalnie. To ich ojcowie są nudni i dziwni.
Tak na prawdę to nie wiem kim jest mój ojciec. Często siadam naprzeciwko niego i śpiewam różne ballady, kiedy on gra na gitarze. Moja mama rzadko bywa w domu, ponieważ pracuje w jakiejś dużej firmie, często też projektuje stroje w domu do późnej nocy. Produkuje ubrania dla różnych sławnych osób, zazwyczaj są to muzycy, ponieważ to wokół nich kręci się całe nasze życie.
- Tato – podchodzę [. – Podchodzę] do niego. Stoi przy swojej gitarze i próbuje ją dostroić po moim wczorajszym graniu [ten zapis sugeruje, że gitara stoi oparta o ścianę czy cuś, a facet obok niej… nie najlepsza konfiguracja do strojenia, moim zdaniem], więc spogląda na mnie z góry swoim spokojnym i troskliwym spojrzeniem. Czasami mnie to dziwi, ponieważ niejednokrotnie widziałem, jaki tata potrafi być wobec innych ludzi. Nie raz [Nieraz] przyglądałem się z daleka, jak się z kimś bił bądź komuś groził. Ale dla mnie jest inny, zawsze mnie to zastanawiało, ale bałem się pytać. Spogląda na mnie pytająco. - Naucz mnie grać na gitarze.
Cały wieczór spędzam z ojcem na ćwiczeniu jednej prostej melodii. Kiedy tata uważa, że czegoś zdołał mnie nauczyć, chwytam gitarę z autografem Robby'ego Kriegera i zbiegam ostrożnie po schodach, gdyż wiem jak cenna jest dla nas ta gitara. Znajduję matkę w salonie, który jest przestronny, aczkolwiek [dałabym tu jednak „i”] skromnie urządzony. Nie ma przepychu, nienawidzę go, ale spotkałem się z nim w wielu domach moich kolegów ze szkoły i nie przypadł mi do gustu. Hipiska siedzi przy stoliku krawieckim i wykonuje kolejne projekty. Podbiegam do niej w podskokach, a ta, zdziwiona, podnosi głowę i ściąga ku górze brew, aby skupione spojrzenie przerzucić z gitary na moją dziecięcą twarz. Nie potrzebuję usłyszeć słów, aby wiedzieć, że jest zaciekawiona. Spoglądam za głowę mamy i widzę opierającego się o framugę drzwi ojca z włosami zarzuconymi na plecy. Muszę się przed nimi popisać.
Przypomina mi się koncert The Doors, na którym byłem wraz z tatą kilka miesięcy temu. Siedziałem mu wtedy na ramionach i podziwiałem dających koncert Doorsów. Teraz zamieniam się z nimi rolami, to ja staję na scenie, a oni są tylko widzami. Biorę wdech i uderzam w struny. Mój piskliwy głos także rozbrzmiewa w pokoju ku zdziwieniu ojca. Jest to uproszczona do granic możliwości piosenka Light My Fire. Tekst znam na pamięć, mimo, [wywal ten przecinek] że album, z którego pochodzi utwór, został wydany zaledwie kilkanaście tygodni temu. Po chwili już jest po wszystkim, oddycham z ulgą oddając gitarę mojemu nauczycielowi. Kłaniam się nazbyt entuzjastycznie i posyłam rodzicom uśmiechy. Chcę, aby ten wieczór trwał wiecznie, ponieważ nie tylko słyszę tonę pochwał od rodziców, ale także pierwszy raz zagrałem coś na gitarze i równocześnie zaśpiewałem, a dodatkowo wyszło mi to całkiem nieźle. Słyszę od mamy, że jestem nadmiernie uzdolnionym ośmiolatkiem, a potem wszyscy wybuchamy śmiechem.
- Nawet najwięksi artyści potrzebują snu, Seth. [wywal] - mówi łagodnie ojciec i wysyła mnie na górę. Z żalem opuszczam parter i kieruję się posłusznie do pokoju, gdzie zasypiam pogrążając się w marzeniach o karierze prawdziwego rockaman [rockmana].
Przed zaśnięciem jednak zastanawiam się jeszcze, co począć. Mam dopiero osiem lat, ale tata naopowiadał mi tyle historii o dorastających gwiazdach rocka, że i ja zapragnąłem taki być. Chcę przeżyć przygodę mojego życia, razem z ojcem. To moje marzenie, największe, jakie tylko istnieje w mej głowie. Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood. [jak już Kajkuto napisał, Hollywood jest w los Angeles, a los Angeles w Kalifornii. Chyba że chodziło i inne, niż to najbardziej znane, Hollywood] Gdybym pojechał z tatą, byłoby łatwo, ale jaki prawdziwy rockman ucieka z domu z rodzicem? Muszę jeszcze wiele zaplanować.

Nie mam snów dzisiejszej nocy. Nie miałem ich także wczorajszej jak i przedwczorajszej nocy.

Dziś jest poniedziałek, dlatego muszę wcześniej wstać, aby nie spóźnić się do szkoły. Schodzę do kuchni, gdzie zastaję ojca przygotowującego dla mnie kanapki. Rozglądam się, ale nie dostrzegam matki.
- Musiała się dzisiaj wcześniej stawić w pracy. [wywal] - powiedział ojciec nie odwracając się do mnie podczas sprzątania po robieniu śniadania. Nie pierwszy raz tata czyta mi w myślach. Zastanawiam się, czy z czasem i ja odkryję takie zdolności. Póki co siadam przy stole i piję sok pomarańczowy machając nogami w powietrzu. Roznosi mnie energia, chociaż na samą myśl o pójściu do szkoły odechciewa mi się jeść, ponieważ nie jestem lubiany w klasie. Nie było dnia, w którym czegoś by mi nie wytykali. Ostatnio, na przykład, ciągle przeszkadza im mój ubiór; nieco za duże koszulki z nazwami zespołów często robionymi przez moją mamę, rozpinane koszule, skórzane kurtki i spodnie, trampki albo ciężkie buty. Najbardziej nie podobają im się, mimo wszystko, moje włosy, które są długie, ciemne i gęste. Ciągną mnie za nie i specjalnie mylą z dziewczynami, ale tata powiedział mi, żebym się tym nie przejmował i że on miał gorzej kiedy był w moim wieku. Raz nawet zaśmiał się mówiąc, że napisał swoją pierwszą piosenkę przelewając swoje wszystkie żale i problemy związane ze szkołą na papier, a ja mu wtedy obiecałem, że też kiedyś coś napiszę a potem nawet to zaśpiewam.
Ojciec podchodzi do stołu i przesuwa po nim talerz z kanapkami w moją stronę. Spogląda na mnie, kiedy jem, a potem opiera się łokciami o drewniany blat i dłońmi zwiniętymi w pięści podpiera podbródek. Końcówki włosów prawie że muskają stół. Czuję się nieswojo, kiedy wbija we mnie nieruchome spojrzenie. Uśmiecha się delikatnie a następnie mówi:
- Dużo masz dzisiaj lekcji w szkole?
- Pięć.
Jem kanapki spoglądając na niego pytająco. Nienawidzę, kiedy milczy, ale niestety - mówi niewiele. Zazwyczaj nie odzywa się niepytany.
- Mama wróci późno - kontynuuje - może zostałbyś dzisiaj w domu? Poćwiczylibyśmy Light My Fire.
Unoszę wysoko brwi i nieruchomieję na chwilę, nie odrywając wzroku od ojca. Nie wiem, czy sobie ze mnie żartuje, ale przytakuję tak entuzjastycznie, jak nigdy. Za każdym razem, kiedy udaje mi się nie iść do szkoły, czuję się jakby spadał mi kamień z serca. Nie dlatego, że nie lubię się uczyć, po prostu nienawidzę moich kolegów.
Tata uśmiecha się długo a następnie tarmosi mi puszyste, lekko kręcone włosy. Zapewne wyglądam, jakbym się nie czesał kilka dni, ale nie przeszkadza mi to. I tak się dziś nie czesałem, nigdy się nie czeszę, jeśli mama mnie do tego nie zmusza.
Kończę śniadanie i biegnę do pokoju ojca, który siedzi na łóżku i gra wstęp do Light My Fire. Wskakuję na miękki materac i opieram się plecami o ramę łóżka, przyglądając się tacie w ciszy, nim ten nie skończy. Kiedy już ma dla mnie czas, prosi, abym zagrał i zaśpiewał to samo co wczoraj. Wychodzi mi nieco gorzej, ale nie peszę się. Tak już mam, że nie poddaję się za pierwszym razem, ponieważ zazwyczaj po kolejnych próbach jest coraz lepiej. Tak właśnie jest: za drugim razem śpiewam pewniejszym głosem oraz lepiej trafiam kostką w strony. Ojciec słucha w ciszy i w skupieniu, a po wykonaniu utworu mówi co mam poprawić, dzięki czemu szybko się uczę. Godzinę później umiem już płynnie śpiewać pierwszą zwrotkę, a gra wychodzi mi coraz korzystniej. Tata pokazuje mi kolejne chwyty, dzięki czemu moje wykonanie coraz bardziej przypomina oryginał. Kolejne godziny mijają jak minuty. Czas, który spędziłbym w szkole, poświęciłem na granie i śpiewanie razem z ojcem. Czuję się dziwnie ze świadomością, że kiedy mama wróci z pracy, będę musiał ją okłamać.
- Tak mamo - mówię spokojnie patrząc ojcu w oczy - byłem w szkole. Nudno jak zawsze.
To jest pierwszy raz, kiedy tata uczy mnie kłamać i nakłania do czegoś złego. W naszym domu nigdy nie było surowych reguł i zakazów. Po prostu każdy robił to, co uważał za słuszne, a niektóre tematy nigdy nie były poruszane, bo po prostu czuliśmy, że nie powinniśmy tego robić. Wiem, że to inaczej niż w domach moich rówieśników, rozmawialiśmy kiedyś o tym na lekcji, ale ja po prostu nie potrafię żyć inaczej. Od zawsze jestem wolny i żyję z tą świadomością, zresztą ojciec ciągle mi to powtarza; że jestem wolnym człowiekiem i że to ode mnie zależy, jak potoczy się moje dalsze życie. Mogę osiągnąć wszystko, co tylko będę chciał, ciężką pracą, ponieważ talent już mam. Tak uważa mój mentor, więc tak musi być, wierzę mu.
- Nie przestępuj tak nerwowo z nogi na nogę. [wywal] – koryguje mnie. – Wiesz, jaka jest mama. Od razu zacznie coś podejrzewać.
Przytakuję i próbuję ponownie kłamać.
Mama wraca do domu, jest późny wieczór. Kłamię jej prosto w oczy, a ona nawet tego nie zauważa – jest zbyt zmęczona. Skoro nic mi się nie stało, kiedy kłamałem, to może nie jest to takie złe, jakby się mogło wydawać? Postanawiam, że będę kłamać częściej, w końcu nic się nikomu nie stanie, a ja może będę mógł uciec w ten sposób od problemów.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 02 listopada 2012, 12:06

Obrazek

Dziękuję Wam za szczerą pomoc i jak pozbieram siły to to popoprawiam :bag: :bag:

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Kandara » 08 listopada 2012, 17:07

SpoilerShow
Nie czuję za wiele, jestem w stanie czuć jedynie przyjemny chłód bijący od ławki.
Nie wiem czy to błąd, czy idea celowego powtórzenia, jednak jakikolwiek jest podwód użycia takiej konstrukcji, to jakoś kuje mnie w oczka.

Niektórzy wyglądają normalnie; ubrani w garnitury bądź piękne suknie.
Nie jestem wcale pewna czy normalny strój składa się z garnituru czy pięknej sukni... znaczy ok, garnitur tak, ale piękna suknia? To raczej wielkie wyjście.

Innych, tak, jak siebie, nie potrafię opisać.
Opisać zmieniłabym na wy obradzić.

Rozróżniam jedynie mężczyznę od kobiety.
To zdanie wprowadza lekki zamęt... Trochę jakby zaprzecza poprzednim

Zamykają się za mną, wbijając chłód w moje plecy.
Wbijając chłód w plecy... eee jakoś mi to nie leży.

Czuję w ustach jedynie ulubiony smak, słyszę w uszach rock 'n' rollowe brzmienia, chociaż podświadomie czuję, że to tylko przedsmak sekretów mojej tajemnicy.
Jak dla mnie, jednak troszkę za dużo górnolotnych sformułowań na raz... ale nie mówię, że to źle.



W jednej chwili przelewają się przeze mnie wszystkie możliwe uczucia, to wszystko momentalnie odebrało mi siły, mimowolnie padam na marmurową posadzkę, jakby przygniotły mnie wszystkie grzechy świata.
mnie, mi, mnie... tak wiem pierwszoosobówka rządzi się nieco odmiennymi prawami, ale w tym zadaniu za dużo tego.

Po prawej stronie stoi dojrzały mężczyzna odziany w śnieżno - złote szaty
Jednak śnieżno zamieniałabym na białe...

odnoszę wzrok i widzę przed sobą dwie potężne postaci. Po prawej stronie stoi dojrzały mężczyzna odziany w śnieżno - złote szaty, po jego lewej stronie unosi się trudna do opisania postać.
Powtórzenie słowa postać...

Nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, czuję, że niepytanym nie należy odpowiadać.
bo ja nie rozumieć o co w tym zdaniu chodzić.

Mrużę oczy, ponieważ jasna świeci tak jasno, że nie jestem w stanie spojrzeć na nią bez mrużenia oczu.
Jasna... ja bym to napisała z wielkiej.

Widzę włochatego psa, a za nim stojak z masą różnych płyt muzycznych. Obok gitarę i mnóstwo plakatów znanych gitarzystów. Najgłupsze jest to, że nie wiem nawet, jak się nazywają.
Skoro na tą chwilę postać nic nie wie... to chyba lepiej użyć słowa jakiś gitarzystów.

nie zdaję sobie sprawy z tego, jak głupio brzmią moje słowa.
Wielka litera na początku, a poza tym... darowałabym sobie to wtrącenie...

Chcę mieć talent. – mówię krótko.
Cholercia... ja też T_T

Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie, kiedy ojciec klęka przy mnie.
No raczej trudno o niesłone łzy.

Biegnę za nim. Doganiam go w pokoju, nagle obraz zmienia się w jedną, długą smugę a ja czuję pieczenie w okolicach kolana. Podnoszę się, siadam i podciągam kolano pod siebie. Słone łzy powoli spływają mi po policzku, zamazanym spojrzeniem spróbuję obejrzeć skaleczenie, kiedy ojciec klęka przy mnie. Ściąga brwi w wyrazie współczucia, ale na jego ustach gości nikły, ciepły uśmiech. Otacza mnie ramieniem i podciąga ku górze, abym mógł usiąść mu na ugiętym kolanie.
Nawet jak na pierwszoosówkę, za dużu tych kolan...

Nie ma przepychu, nienawidzę go, ale spotkałem się z nim w wielu domach moich kolegów ze szkoły i nie przypadł mi do gustu.
drobna dezorientacja czy chodzi o salon czy o przepych XD a po za tym... nienawidzę go, ale... i ten łącznik dziwnie tu wygląda, ale wskazuje na polemikę, której tutaj nie ma.

Myślę, jak wyjechać z mojej rodzinnej Kalifornii i przedostać się do Holywood.
A może po prostu z Kalifornii? Zaraz, zaraz przecież Holywood jest w Kalifornii właśnie...

Godzinę później umiem już płynnie śpiewać pierwszą zwrotkę, a gra wychodzi mi coraz korzystniej.
Nie pasuje mi to ostatnie słowo.

Od zawsze jestem wolny i żyję z tą świadomością, zresztą ojciec ciągle mi to powtarza; że jestem wolnym człowiekiem i że to ode mnie zależy, jak potoczy się moje dalsze życie.
Jest takie ładne powiedzonko: "od tej wolności poprzestawiało wam się w głowach" XD z resztą wolność to nie brak granic, zakazów czy nakazów, wręcz przeciwnie, ale co ja się czepiam, to w końcu opowiadanie. :)

Postanawiam, że będę kłamać częściej, w końcu nic się nikomu nie stanie, a ja może będę mógł uciec w ten sposób od problemów.
Byle się tylko w tym nie poplątać... XD
Nooo, ogólnie opowiadanie jest bardzo wkręcające. Nie wiem jak to się stało, ale dopiero po dłuższej chwili kapnęłam się, że jest ono pisane nie tylko w pierwszej osobie, ale też w czasie teraźniejszym. Trudna narracją, ale dająca wrażenie jakieś namacalności tego co się dzieje w historii. I to był dobry zabieg... chociaż bohatera w zasadzie nie znam i chociaż trudno by mi było napisać jego charakterystykę, to jednak czuję się tak jakbym patrzyła na to wszystko jego oczami... i dobrze. Całość płynie, czasem trafi się jakaś drobna niezręczność, ale nie burzy całości.... I w zasadzie wydaje mi się, że ten tekst ma jakąś głębie...
Wydaje mi się jednak, że trochę nie pasuje on do tego działu... Jak dla mnie to jakoś za dużo tu "psychologii" jak na przygotówkę... przynajmniej jak na razie. Nie mówiąc już o tym, że pierwszy rozdział trochę jakby pod fantastykę podchodzi.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 21 lutego 2013, 18:35

Zawieszone, póki co. Nie mam weny na takie trudne opowiadanie. Napisałam jeszcze półtora rozdziału w przód, i powiem szczerze, że pisanie w tym stylu bardzo mnie męczy. Mimo wszystko kiedyś na sto procent będę je kontynuować, mam dokładny plan co i jak, chciałabym już dobrnąć do końca, który jest bardzo zaskakujący - wszystko wyjaśnia - ale nie mam siły. Wolę poświęcić czas na coś lżejszego. :bag: Kiedyś najdzie mnie wena!

Awatar użytkownika
Franko

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Franko » 12 czerwca 2013, 20:03

Bardzo mi się ten tekst podoba.
Powiem szczerze, że się nie znam, ale pierwszy rozdział jest dosyć trudny dla mnie. Nie potrafię tego zinterpretować. Jak to czytam jestem zmęczony. Ciekawe uczucie. Drugi jest lżejszy, spokojniejszy. Nie zauważyłem powtórzeń, naprawdę. Byłem wciągnięty. Tak jak już mówiłem, nie znam się, więc wolę się więcej nie wypowiadać, ale dużo tytułów zespołów, czy kawałków (których nie znam :) ) prezentowało się bardzo przyjemnie. Oby tak dalej i życzę ci jak najlepiej.

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Tytułu to to jeszcze nie ma.

Post autor: Slaxl » 15 czerwca 2013, 22:49

Witajcie moi mili. Powracam dziś z moim nędznym opowiadaniem. Nie jest ono najwyższych lotów, ale wyraża to, co mi w duszy gra, chcę wreszcie napisać coś w oryginalny sposób, w nietypowej narracji, która sprawia mi trudności, ale zarazem frajdę - jak i to całe opowiadanie. Popuszczam w nim wodze wyobraźni, piszę, co by było gdyby, staram się łączyć fakty fikcyjne z prawdziwymi. W tym wszystkim liczę na Waszą wielką pomoc, bez której prawdopodobnie powstałby 110% chłam. Poprzednie rozdziały postaram się poprawiać w najbliższym czasie, ale poprawianie tak długiego tekstu na raz sprawia, że mam ochotę się zestrzygać. No cóż, dość gadania, zapraszam do czytania i dziękuję za uwagę. :heart:


Dziś mija drugi miesiąc od moich piętnastych urodzin. Chodzę do nowej szkoły, jednakże tam nadal nieprzychylnie tolerują mnie oraz mój styl. Daję sobie jednak radę, kilka razy wylądowałem u dyrektora za bójki. Ojciec mnie, na szczęście, rozumie, natomiast mama często robi mi awantury. Z czasem mam już tego dość, coraz mniej czasu spędzam w domu i każdego dnia wymyślam kolejny pretekst, aby z niego wyjść.
Są jednak w szkole dwie osoby, które mnie rozumieją, tylko dla nich chodzę tam chodzę, gdyby nie oni, zapewne już by mnie z niej wyrzucili.
Hayley, tak samo jak Stenley, jest w moim wieku. Ma długie, kręcone i puszyste, jasno rude włosy z pasemkami w kolorach tęczy. Nigdy nie widziałem jej w spódniczce, tak samo Stenley, który przyjaźni się z nią od kiedy tylko pamięta. Hayley ma delikatne rysy twarzy, zaokrąglony nos i sporo piegów na policzkach, natomiast lekko odstające uszy, które próbuje za każdym razem zakryć, dodają jej uroku. Błękitne oczy przeszywają wrednym spojrzeniem praktycznie każdą osobę, z którą się nie przyjaźnimy. Tak samo jak ja lubi się bić i denerwować innych, ale mimo wszystko jest delikatna, czasami zdarza się jej płakać, kiedy nikt nie widzi.
Natomiast Stenley jest najniższy z nas wszystkich, a na dodatek, najgrubszy. Ma czarno brązowe, zawsze brudne włosy do ramion, nieco zadarty nos i jest największym fanem KISS na świecie, stąd też pochodzi jego pseudonim. Czasami nawet zdarza mi się zapomnieć, jak naprawdę się nazywa. Na temat Paula Stanleya ma podobnego bzika, co mój ojciec na punkcie Dio, czasami już nas tym denerwuje. Zawsze jesteśmy wobec siebie szczerzy i wierni, jakbyśmy się znali do urodzenia, chociaż ja przyjaźnię się z nimi dopiero od moich czternastych urodzin. Szczęśliwie wszyscy mieszkamy blisko siebie, dlatego możemy spotykać się kiedy tylko chcemy.
Trudno jest mi stwierdzić, czy się zmieniłem przez te kilka lat. Można powiedzieć, że wydoroślałem, stałem się niezależny i z dnia na dzień coraz bardziej buntowniczy. Powoli zaczynam się określać, moja osobowość się kształtuje i dojrzewa. Z wyglądu nieco się postarzałem, włosy wciąż mam długie, do połowy pleców, ciemne, jednak nieco jaśniejsze niż wcześniej. Kręcą się i posiadają tysiące nierozczesywanych pęków i kołtunów.

Uciekam z kilku ostatnich lekcji, Hayley i Stenley idą na warsztaty muzyczne, ale ja ich nie lubię. Są dla mnie zbyt prymitywne, dlatego postanowiłem na nie nie chodzić. Wyślizguję się przez okno w męskiej łazience i wykradam się tylnym parkingiem, aby nikt mnie nie przyłapał. Mam już w tym wprawę. Nie mogę wrócić tak wcześnie do domu, ponieważ dzisiejszego dnia matka pracuje w domu szkicując i projektując nowe stroje. Postanawiam, że wpadnę do przyjaciół ojca, którzy mieszkają kilka przecznic od nas. Podejrzewam, że właśnie tam znajduje się tata.
Trzech przyjaciół mieszka w jednym, niewielkim domku bez ogródka. Ich dom to istna rudera, schody trzeszczą, miejscami zapadły się deski, więc trzeba gdzieniegdzie przeskakiwać po przynajmniej dwa stopnie, aby nie złamać sobie nogi w szczelnie. Z dachu odpadło większość dachówek, a woda z rynien spływa do garażu. Jedno stłuczone okno zostało przykryte starym obrazem. Zawsze mnie dziwił fakt, że niektórzy ludzie, którzy posiadają dużo pieniędzy, wolną mieszkać w takiej ruderze niż w willi z basenem, bowiem przyjaciele ojca mają sporo kasy. Grywają po knajpach, piszą piosenki i odsprzedają je różnym mniej i bardziej znanym artystom, grają na różnych festiwalach, nigdy za darmo. Jeden z nich od czasu do czasu gra w pobliskiej filharmonii.
Wszystkie moje rozważania rozwiewają się, kiedy wchodzę do środka bez pukania. Nigdy nie byłem w środku, jedynie czasem przychodziłem tutaj i czekałem przed domem na ojca. Wiedziałem, że mogę tam wchodzić, nawet bez wcześniejszego powiadamiania gospodarzy o wizycie, ale nigdy nie czułem takiej potrzeby.
Rzuca mi się w oczy pokaźne pianino oraz mnóstwo markowych wzmacniaczy oraz gitar. Dookoła stoją puste oraz pełne butelki po whisky oraz cygara.
W ciemnym salonie siedzi Simon oraz Tony. Są całkowicie pijani. Simon ma ciemną skórę i czarne, krótkie włosy, zaś Tony długie blond i brudne, związane w niedbałą kitkę. Blondyn ma twarz schowaną pomiędzy ramionami, jest oparty o stół, zapewne przysnął. Simon zaś spogląda na mnie nieprzytomnym spojrzeniem i chyba mnie nie poznaje, mimo to uśmiecha się lekko.
- Gdzie Eric? – pytam o swojego ojca.
Ciemnoskóry potrzebuje chwili, aby zrozumieć, o kogo pytam. Następnie unosi palec i wskazuje na sufit nad sobą. Prosty przekaz, ojciec jest na górze. Ciekawi mnie, w jakim jest stanie. Czy także się upił? A może po prostu potrzebował ciszy i spokoju, gdyż miał wenę i chciał coś napisać? Bardzo bym chciał, żeby tak było. Zarzucam wygodniej plecak na ramię i ostrożnie wchodzę po drewnianych schodach. Znajduję się na drugim piętrze. Przede mną ciągnie się korytarz niczym z niskobudżetowego horroru: miejscami tapeta odpada ze ścian, długi dywan wywija się na wszystkie strony, a światło, które wpada do pokojów przez stare okna prześlizguje się przez pootwierane drzwi bądź puste framugi na korytarz tworząc klimatyczny półmrok, który, kiedy przechodzę przed drzwiami, pada mi na twarz. Na piętrze, mimo ładnej pogody, jest chłodno i czuć wilgoć. Kiedy idę przed siebie, stare deski skrzypią pod stopami tak samo jak te na schodach. Zaglądam do pokojów. W niektórych stoją puste szafki, w innych kilka łóżek poustawianych obok siebie tworząc jedno wspólne. W innych nie ma nic, a w jeszcze kolejnych stoją stare, nieużywane sprzęty muzyczne. Na samym końcu znajdują się lekko uchylone drzwi. Otwieram je lekko, a te cicho skrzypią. Ojciec siedzi tyłem do mnie, na łóżku z wysokimi narożnikami, opierając się o drewnianą poręcz. Nie reaguje na skrzypienie, ciemne włosy całkowicie zasłaniają mu twarz. Na łóżku obok niego leży chłopak, o kilka lat starszy ode mnie. Ma dredy, które rozsypały mu się na twarzy opartej o ramię. Oczy ma lekko uchylone, tak samo usta. Obojętnie podnosi na mnie wzrok, kiedy robię krok w ich stronę. Okrążam szerokim łukiem łóżko, prawie że snuję się pod ścianą niczym cień w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Kurz unosi się w powietrzu, zauważam to, kiedy spoglądam pod słońce. Półmrok przysłania twarz ojca. Ma trzydzieści trzy lata, ale gra świateł i jego nieobecna mina powoduje, że wygląda na o wiele starszego. Czuję ogarniające mnie powoli przerażenie. Podchodzę bliżej, na tyle, że gdybym chciał, mógłbym dotknąć dłonią brudnego materaca. Ma uniesioną głowę, jakby spoglądał w sufit pod łagodnym kątem. Czoło ma spocone, a ręka bezwładnie opada z łóżka. Wędruję w jej stronę wzrokiem, a następnie spoglądam na leżącą pod łóżkiem pustą strzykawkę. Przenoszę zranione spojrzenie na ojca, a ten uśmiecha się do mnie delikatnie, wręcz przerażająco spokojnie. Wygląda na takiego, jakby było mu wszystko obojętne, a płyn ze strzykawki przynosił mu ukojenie i radość, którą tłumi i zachowuje narcystycznie jedynie dla siebie. Jakbym ja się nie liczył. Jakby nie istniała moja matka, nasz wspólny dom. Gdybym był słaby, płakałbym. Ale ja już sobie postanowiłem, nigdy nie będę słaby, nigdy nie będę taki, jak mój ojciec. Ta decyzja zapada w ciągu kilku sekund. Nigdy w życiu nie tknę narkotyków, aby nikt mnie nie porównywał do niego. W tym momencie całkowicie stracił w moich oczach. Krzyczę wściekle i wybiegam z pokoju. Nie zważam na skrzypiącą podłogę ani na oślepiające mnie momentami światło padające na ściany i moją twarz. Obojętne są mi brakujące stopnie w schodach oraz wystające wszędzie gwoździe i drzazgi.
Chcę po prostu jak najszybciej stąd uciec.
Trzaskam wyjściowymi drzwiami i biegnę środkiem ulicy. Szczęśliwie uliczki pomiędzy domkami są mało ruchliwe. Biegnę długo, wybiegam po za obrzeże naszego osiedla, znikam w podmiejskich slumsach i padam wyczerpany pod wiaduktem wbijając sobie w plecy twarde przedmioty znajdujące się w moim plecaku. Czarne włosy opadają mi na twarz i przylepiają się do mokrych policzków oraz czoła. Oddycham głośno. Z czasem się uspokajam, a moją uwagę od ojca odciąga odgłos nadjeżdżającego pociągu towarowego tuż nad mą głową. Zakrywam dłońmi uszy, gdyż echo jest nie do zniesienia. Po kilku minutach powolna maszyna znika w lesie, a ja mogę odsunąć ręce od głowy. Opieram się o betonowy mur i spoglądam w stronę leśnej polany. Zamyślam się, jednakże znów nie pozwolono mi na długie rozmyślania. Kątem oka zauważam z lewej strony jakiś ruch. Reaguję natychmiast, odwracam się i kładę dłonie na ziemi, gotów do ucieczki. W miejscu, w którym się znajduję, nie jest bezpiecznie, w każdej chwili zza rogu może wyjść jakiś zboczeniec bądź złodziej, a ja zapewne miałbym wtedy marne szanse. Nabieram powietrza w płuca, jednak szybko je wypuszczam, kiedy zauważam psa. Sięga mi do kolan, jest bardzo puszysty i brudny. Prawdopodobnie, gdyby był czysty, jego sierść byłaby lekko kręcona i mieniła się w odcieniach szarości oraz bieli. Uszy ma oklapnięte, a nadmierna ilość kołtunów na pysku zasłania mu oczy. Ogon uniesiony jest wysoko, lekko porusza nim na wietrze w obydwie strony. Uśmiecham się z wyraźną ulgą i rozluźniam mięśnie. Po chwili gwiżdżę krótko spoglądając na psa, który bez wahania podbiega do mnie kilkoma długimi susami. Pada mi w objęcia, a ja się dziwię, że niektóre zwierzęcia potrafią tak szybko zaufać. Dzięki niemu myśl o ojcu zdołała omsknąć się na drugi plan. Pies próbuje polizać mnie po twarzy, jednak ja daję sobie radę odsunąć go na bok. Po chwili siada naprzeciwko mnie, jakbyśmy byli starymi kumplami, którzy spotykają się po latach. Ale ja nigdy nie miałem psa i raczej nie będę mieć, ponieważ moja mama za nimi nie przepada.
– Pewnie jesteś głodny, co? – pytam go nie oczekując odpowiedzi. Kiedy pies zauważa, że sięgam do plecaka, podrzuca na zmianę przednie łapy, jakby maszerował na siedząco. Wyjmuję kanapkę z kiełbasą i daję mu ją. Łapie chleb w locie i szybko je, jakby się obawiał, że zabiorę mu jedzenie. Spoglądam na niego w milczeniu, a przez mój umysł przelewa się fala uczuć, która powoduje, że moje ciało delikatnie drży, jakby było mi zimno. Przez chwilę nie mogę tego opanować, ale kiedy odwracam wzrok od psa i przenoszę go na odległą polankę, na której lądują czarne kruki, uczucie odchodzi pozostawiając za sobą spokój. Kiedy już się wyciszam, postanawiam, że pobawię się z psem a potem zabiorę go do domu. Może uda mi się przekonać matkę?
Ale kiedy się odwracam, psa nie ma. Pozostawił po sobie jedynie kilka okruchów białego chleba oraz mieszane uczucia w moim sercu.
Kiedy zdaję sobie z tego sprawę, wszystkie wspomnienia z dzisiejszego dnia powracają do mnie niczym silny podmuch wiatru. Czuję, jak przygniatają mnie do ziemi nie pozwalając się unieść. Moje usta mimowolnie ściągają się w jedną, równą kreskę, a brwi unoszą się ku górze. Jestem wściekły. Chcę mu zrobić krzywdę, chcę zrobić coś, co by zraniło ojca. Podnoszę się z ziemi, a nogi same niosą mnie do pobliskiego baru. Mimo wczesnej godziny, jak na spożywanie alkoholu, jest tu całkiem sporo ludzi. Okna są pozamykane, a jedyne oświetlenie to kilka żółtych lamp tworzących przytłaczającą aureolę ponad barkiem oraz kilkoma stolikami i zdartą, skórzaną kanapą w rogu. Siadam na wysokim taborecie i zamawiam coś mocnego, nawet nie wiem dokładnie co. Ze starych, słabych głośników snują się trzeszczące kawałki The Animals. Podczas czekania na trunek rozglądam się przez ramię po lokalu. Na kanapie siedzi kilku mężczyzn z kobietą pośrodku. Jeden z nich, nie uczestniczący w rozmowie, patrzy się na mnie pytająco. Odwracam wzrok i biorę w dłoń szklankę z ostro pachnącym napojem. Krzywię się delikatnie a następnie wypijam całość jednym łykiem. Nie jest to pierwszy raz, kiedy próbuję alkoholu. Niejednokrotnie po szkole spotykaliśmy się u Hayley albo Stenleya i piliśmy piwo albo podkradaliśmy rodzicom whisky, jednakże czegoś tak mocnego jak to, nie piłem nigdy. Po chwili uspokajam się i zamawiam raz jeszcze to samo. Barman nie pyta się mnie o wiek, tutaj nie ma takich reguł. W slumsach najważniejsze jest, aby zarobić, a nie żeby żyć zgodnie z prawem. Podoba mi się to, że można robić to, na co się ma ochotę. Szybko wypijam drugą porcję wódki z nadzieją, że nie wypali mi to gardła. Po chwili już czuję jej skutki. Płacę barmanowi z nieskromną nadwyżką pozostawiając portfel na ladzie. Jest w nim spora ilość pieniędzy, gdyż dopiero co dostałem kieszonkowe, a siedzący na kanapie mężczyzna najwidoczniej to zauważa, ponieważ pojawia się za mną tak szybko, że aż przestraszam się na jego widok. Barman odchodzi umyć szklanki pozostawiając nas samych, ale teraz jest mi to obojętne. Facet siada obok mnie. Ubrany jest w szary garnitur, włosy ma przystrzyżone krótko, a w dłoni trzyma drewnianą laskę. Całkowicie różni się od mojego ojca, który stroni od trendów mody. Spoglądam na niego wyzywająco.
- Chcesz spróbować czegoś nowego? – pyta wyciągając z wewnętrznej strony garnituru niewielką strzykawkę.
Czuję gorącą falę zdenerwowania oblewającą moje ciało. Oddycham nieco szybciej niż przed chwilą, a drżące ręce ściągam z lady aby ukryć je w kieszeniach skórzanych spodni. Przecież obiecałem sobie… Nigdy nie będę taki jak ojciec. Ale może będąc taki jak on, zranię go najbardziej, jak tylko będę mógł? Mrużę oczy przeszywając mężczyznę spojrzeniem. W jednej chwili czuję wobec niego wściekłość, że tak bezczelnie mnie zagadał, ale z drugiej strony jestem się rozdarty. Po chwili ponownie zalewa mnie wściekłość. Kim ja jestem w oczach tego faceta, że może tak po prostu do mnie podejść i zaproponować heroinę?
Mimo tego, wszystko dzieje się tak szybko. Niosą mnie emocje.
– Za ile? – pytam ze złudną nadzieją przeciągając czas na odpowiedź.
- Dla ciebie pięćdziesiąt.
W ataku emocji nie potrafię racjonalnie myśleć i zgadzam się, płacę i łapiąc strzykawkę biegnę w stronę toalet. Zamykam się w kabinie i podciągam rękaw. Wiem, jak zapodać sobie heroinę. Kiedyś rozmawiałem o tym ze Stenleyem, jego starszy brat się zaćpał i niejednokrotnie widział, jak ją sobie wstrzykiwał. Ręce tak mocno mi drżą, że ledwo trzymam śliską strzykawkę. Siadam na sedesie i patrzę na igłę. Łapię ją zębami i wyciągam pasek ze spodni, którym posługuję się niczym opaską uciskową na ramię. Odwlekam zatyczkę z igły i tym razem przytrzymuję zębami pasek zaciskając go na ramieniu. Przysuwam igłę do żyły, prawie przebijam skórę, kiedy odrzucam strzykawkę na bok. Odbija się od ściany toalety i pada pod moje nogi. Z furią przygniatam go ciężkim butem, całkowicie niszcząc to, co pozostało po pękniętej strzykawce. Opuszczam rękawy i wychodzę z kabiny stając przed lustrem i obmywając sobie twarz lodowatą wodą z kranu. Staram się nie patrzeć sobie w oczy. Spoglądam w bok a moje spojrzenie pada na paczkę papierosów z zapałkami w środku. Bez zastanowienia chwytam je i chowam do kieszeni. Nie ukradłem, znalazłem. Wychodzę z pubu wpadając na mężczyznę, który sprzedał mi heroinę. Szturcham go mocno ramieniem, które wręcz mnie piecze od uderzenia i wychodzę. Ponownie biegnę przed siebie, tym razem już kieruję się w stronę domu. Z czasem zwalniam i maszeruję. Wyciągam papierosy, odpalam jednego i zaciągam się. Prawie że się duszę, kaszlę, ale potem kolejny raz się zaciągam, i znów. Zaraz po pierwszym papierosie wyciągam z paczki drugiego i spalam go jeszcze szybciej. Chowam papierosy do plecaka, aby starczyły mi na dłużej i wracam do domu.
Matka jakby nigdy nic nadal siedzi przy biurku i pracuje, nawet nie zauważa, kiedy wracam. Cieszę się, nie chcę, aby widziała mnie w takim stanie. Nie zdejmuję pancernych butów ani skórzanej kurtki, która była już tak zniszczona, że każdy normalny człowiek by mnie wyśmiał – ale nie obchodzi mnie to. Matka zaś goni za modą jak zwariowana. W ostatnich latach zaczęła nosić długie, kolorowe suknie i zapuściła włosy, dodatkowo nawet przefarbowała się na blond, jeszcze jaśniejszy, niż miała do tej pory. Już całkowicie przestaję zwracać na to uwagę, gdyż nawet gdybym chciał, nie zrozumiałbym tego. Zastanawiałem się kiedyś nad tym. Nigdy nie zrozumiem, co fajnego jest w byciu takim, jak wszyscy, w ubieraniu się tak, jak wszyscy i w zachowywaniu się tak, jak wszyscy. Dlatego więc wywracam oczami spoglądając na jej fioletowo-zieloną suknię przepasaną eleganckim paskiem nim wejdę na schody i zniknę w swoim pokoju zamykając się na klucz. Padam na łóżko uderzając butami o framugę łóżka i lekko ją wyszczerbiając. Spoglądam na otaczające mnie dookoła plakaty, które w większości zostały wykonane ręcznie przez moją mamę oraz ojca. Ojciec ma świetną pamięć, wystarczy, że raz pójdzie na koncert, a po powrocie może namalować z pamięci każdego członka zespołu. Czasami opisuje ich matce i ona wtedy rysuje. Wieszam sobie plakaty na ciemnych ścianach, aby nadać pokojowi charakteru, gdyż normalne plakaty są bardzo trudno dostępne w kalifornijskich sklepach.
Przyłapuję się na mimowolnym myśleniu o ojcu i nie mogę się od tego odwieźć. Do tej pory był dla mnie wzorcem do naśladowania, mentorem i nauczycielem, a co najważniejsze, ojcem i przyjacielem. Czuję w głębi serca pustkę, jakby już umarł. W końcu tak skończył brat Stenleya. Zaćpał się. Mój ojciec też się pewnie zaćpa. Tak to już jest z narkotykami. Przełykam głośno ślinę i spoglądam na rzemienie na swojej lewej ręce. Ciągnę za nie wbijając je sobie w nadgarstek. Jestem rozbity, ale jest we mnie zbyt mało silnej woli, aby przeciwstawić się ojcu w tej sprawie. Walczyłem o zmianę szkoły, walczyłem o wyższe kieszonkowe oraz awanturowałem się bez większego sensu, ale wewnątrz czuję, że gdyby ojciec wszedł teraz do mojego pokoju i chciał ze mną porozmawiać, ja nie potrafiłbym wykrztusić z siebie nawet najmniejszego słowa. Nie płakałbym, po prostu – milczałbym na zewnątrz, a w duchu wyłbym i krzyczał, aby przestał. Jego spokój na twarzy zawsze mnie onieśmielał. Nigdy nie krzyczał, zapewne nawet nie zakrzyczałby, gdyby zdał sobie sprawę z tego, że go nakryłem. Nawet do końca nie wiem, jak zachowuje się osoba po zażyciu heroiny. Dzisiaj miałem okazję się dowiedzieć, ale stchórzyłem. A może właśnie byłem odważny? Nie uległem słabości tak, jak mój ojciec?
Przechodzę po łóżku i podchodzę do dachowego okna. Otwieram je na oścież i wychylam się, podciągam i wychodzę na dach. Idę niczym kot, z tyłem wyżej uniesionym niż z głową, muskając palcami czerwone dachówki aby utrzymać równowagę. Siadam na trójkącie ponad moim pokojem, gdzie mogę usiąść i nie bać się, że spadnę dziesięć metrów w dół. Spoglądam na radosne dzieciaki z sąsiedztwa wracające ze szkoły do domu, sąsiadkę wyprowadzającą chudego psa oraz jakąś rowerzystkę. Może muszę mieć teraz ciężko, żeby w przyszłości mieć lżej? W końcu żeby zjechać z góry, wpierw trzeba na nią wjechać. Zastanawiam się nad tym spoglądając na jadącą poboczem uliczki kobietę.
Wygrzebuję z plecaka, którego nadal mam przy sobie, papierosy i odpalam jednego z nich. Nie smakują najlepiej, najmocniejsze także nie są, ale zawsze lepsze coś niż nic. Odpalam zapałkę i podpalam go, zaciągając się mocno. Czuję się, jakbym palił od kilku lat. Zaciąganie się nie sprawia mi problemu, ba, wręcz staje się przyjemne, a ja po chwili uspokajam się. Może to był jednorazowy wybryk ojca? Może chciał spróbować, nie spodoba mu się to i po prostu już nigdy tego nie weźmie? Może to wszystko przez tych jego nieszczęsnych przyjaciół? Przecież widziałem ich dzisiaj, jeden był lepszy od drugiego. W tym momencie doceniam moich przyjaciół, którzy mimo wszystko, są normalni. Na samą myśl o nich uśmiecham się delikatnie, wręcz niezauważalnie.
Z niepewnością spoglądam w swoją przyszłość. Nie jestem pewien, czy chciałbym wiedzieć już teraz, jakby wyglądała. Mógłbym się przerazić; co by było, gdybym poszedł śladami ojca? A może zostanę księgowym, a resztę życia spędzę pod krawatem?
Wiem jedno, muszę jak najszybciej dorosnąć.

ODPOWIEDZ