Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Murrough - morski wojownik

KRYMINAŁ, HORROR, THRILLER, SENSACJA
Pomysły moich powieści kryminalnych znajduję zmywając. Jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. ~ Agatha Christie
Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: wołszebnik » 22 października 2012, 17:56

SpoilerShow
ODLEGŁE WODY Przez kilka następnych dni prawie, [to jest całe wyrażenie "prawie że" więc w tym przypadku, przed "że" nie będzie przecinka] że cały czas przebywaliśmy na skarpie, którą w końcu ochrzciliśmy jako skarpę bermudzką. Kiedy było jasno, anomalie uspokajały się, a na niebie latały jedynie wielkie ptaki, prawdopodobnie mewy lub kormorany. W oddali widzieliśmy wyskakujące z wody morskie olbrzymy. Cieszyłem się, że tak często mogłem obserwować wieloryby. Także sporadyczne ryki docierały do naszych uszu, kiedy się przysłuchaliśmy.
Ogniste kule pojawiały się na horyzoncie coraz częściej, mimo to nic niezwykłego się nie działo. Wraz z Piranem nudziliśmy się przez połowę ferii, dlatego największą dla nas atrakcją było oczekiwanie na sztorm, a kiedy ten już nadszedł, wybraliśmy się wspólnie na naszą plażę. Na skałach leżało kilka martwych ryb, muszelki, deski, sieci rybackie oraz mnóstwo glonów. Skakałem ze skałki na skałkę trzymając w dłoni plecak, do którego potem wrzucałem znalezione przedmioty. Przez ostatnią noc woda zalała połowę głazów, przez co plaża się bardzo zmniejszyła, dlatego Piran brodził w kaloszach po kostki w wodzie.
Wrzucaliśmy do plecaków wszystko, co wydawało nam się ciekawe. Czasami nawet musieliśmy wślizgiwać się pomiędzy dwa głazy, aby wyjąć poplątaną sieć lub kawałek dużej muszli.
Akurat kiedy Piran powiedział, że musimy zbierać się na obiad, zauważyłem coś ciekawego, int co było zaplątane w zepsutą sieć pod powierzchnią wody [szyk nie teges: zauważyłem pod powierzchnią wody coś ciekawego, zaplątanego w zepsutą (uszkodzoną?) sieć]. Podszedłem szybko do brzegu i sięgnąłem ręką w głąb lodowatej wody, ale okazało się, że sieć jest zdecydowanie głębiej, niż mi się wydawało. Przerzuciłem plecak przez ramię i położyłem się na jednej z kamiennych płyt, które tworzyły naszą plażę i ponownie sięgnąłem po przedmiot, a kiedy wyjąłem go z wody, od razu wrzuciłem do plecaka i pobiegłem za przyjacielem.
Przy posiłku rodzice nie przejęli się tym, że miałem przemokniętą koszulkę. Zapewne już się przyzwyczaili, że wracam z dworu cały brudny.
- Tak, Quinlan - odpowiedziałem bratu, kiedy ten zasugerował, że się posikałem. - Wszyscy wiemy, że jesteś bardzo bystry, aczkolwiek czy masz mózg? Hmm… to już nie jest takie pewne.
Oberwałem za to, a brukselkę miałem nawet za uszami.
Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju i wyjąłem wszystkie rzeczy z plecaka na podłogę [szyk: i wyjąłem z plecaka na podłogę wszystkie rzeczy, większość z nich wciąż ociekała wodą], gdyż większość z nich wciąż ociekała z wody. Wszystko odłożyłem na bok i zająłem się siecią rybacką, [int] szukając błyszczącego przedmiotu. Długą chwilę zajęło mi wyplątywanie go spośród poplątanych oczek [użyj: wysupłanie go spośród poplątanych oczek - a unikniesz powtórzenia], a wszystko dodatkowo utrudniały śliskie glony [co utrudniały licznie wczepione, śliskie glony]. W końcu udało mi się go wyjąć. Był to duży, śnieżnobiały kieł: złamany i porządnie wykruszony. Przypuszczam, że rekina, bądź innego wielkiego zwierzaka morskiego. Szybko znalazłem w pokoju skórzany rzemyk i przewlokłem rzemyk przez [nawlokłem, wykorzystując dziurę w zębie; zawiesiłem na szyi.] dziurę w zębie, zawieszając sobie na szyi [czy nie lepiej, by sam zrobił tę dziurę? "Naturalna" dziura w zębie, jak mniemam, ubytek, to raczej nieatrakcyjne zjawisko. Może lepiej, by był to śnieżnobiały ząb, w którym szpikulcem dłubnąłby otworek?].

Kilka dni później postanowiłem samotnie przyjrzeć się bliżej tym nietypowym zjawiskom dziejącym się nad oceanem. Wykradłem się wieczorem z domu i poszedłem do prywatnego portu ojca, gdzie cumuje swój niewielki kuter rybacki. Przeszedłem po drewnianym pomoście i wszedłem na łódź, po czym rozejrzałem się. Pod sterem siedziały trzy Maskonury. Westchnąłem ciężko, ponieważ wiedziałem, że nie będzie z nimi łatwo.
Mój dziadek wierzył, ze Maskonury to pośmiertne postaci marynarzy, którzy zginęli na morzu i trzeba dla nich zachowywać należyty szacunek. Szanowałem dziadka i jego zasady oraz przekonania, dlatego nawet po jego śmierci starałem się nie wchodzić w drogę tym przypominającym pingwiny zwierzątkom.
Wyjąłem przynętę ojca i zrobiłem długą ścieżkę z małych rybek prowadzącą na drewniany pomost. Po prawie godzinie Maskonury opuściły pokład łajby, a ja byłem gotowy do przygody.
Wtedy nie wiedziałem, co szykuje dla mnie los.
Odwiązałem sznur od pieńka pomostu i stanąłem przy sterze. Potrafiłem sterować - tata bardzo często zabierał mnie ze sobą na ryby. Na naszym wybrzeżu, które jest najbardziej wysunięte na południe, tylko tata i kilka innych osób z rady miasteczka mają prawo tam pływać. Nie przybijają do nas żadne statki, a wszyscy inni boją się tutaj samotnie wypuszczać. Dlatego nie obawiałem się, że ktoś mnie przyłapie, ale mimo to starałem się nie oddalać za nadto [niech mnie kto poprawi, jeśli się mylę: zanadto? http://pl.wiktionary.org/wiki/zanadto ] od brzegu.
Ale to nie wystarczyło.
Wypłynąłem bez przeszkód na otwarte wody. Łódź płynęła sama, ja jedynie nadawałem kurs, więc trzymałem lunetę przy oku i spoglądałem na niebo [w niebo]. Woda była całkiem spokojna.
W pewnym momencie łódź zaczęła się nietypowo kołysać, bardziej niż zwykle. Odszedłem od steru i spojrzałem na taflę wody. Pod nią ujrzałem coś dużego i białego. Niespiesznie przemieszczało się ze dwa, może trzy metry pod łodzią.
W jednej chwili łajba uniosła się ku górze, a ja, gdybym się nie przytrzymał barierki, spadłbym na drewniane skrzynie z rybami na końcu łodzi. Po chwili kadłub opadł z powrotem na wodę, rozbryzgując ją na wszystkie strony.
Byłem przerażony i nie wiedziałem, co robić. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to było rzucenie się do steru i powrócenie do portu, ale to nie było takie łatwe. Ręce mi się trzęsły, wszystko było mokre i śliskie, a czas leciał błyskawicznie.
I wtedy zauważyłem to, czego najbardziej się obawiałem. Znieruchomiałem z dłońmi na sterze i głową uniesioną nieco ku górze. Kilkadziesiąt metrów przede mną z wody powstawał lej sięgający do chmur. Chłód uderzył mnie w twarz, coś zawyło w powietrzu, a kręcone włosy przykleiły mi się do czoła. Trąba wodna nie była na tyle wielka, aby porwać łódź, ale skutecznie tworzyła potężne fale, które coraz bardziej odpychały mnie od lądu. Byłem oszołomiony i na tyle zdezorientowany, że trudno [z trudnością] orientowałem się w tej sytuacji. Łódź znów się zakołysała znacznie przechylając się ku falom [czy nie lepiej wskazać kierunek, w którym się przechylała? Na prawo, na lewo?], a ja walczyłem o przetrwanie. Coś ogromnego świsnęło mi ponad głową, natychmiast przylgnąłem do drewnianej podłogi. Usłyszałem ryk, taki sam, jaki słyszymy czasem na naszej skarpie, tyle, że ten był zdecydowanie głośniejszy i groźniejszy. Po kilku, a może kilkunastu sekundach wszystko zaczęło ustawać, a ryki oddaliły się. Odeszły tak samo szybko, jak niespodziewanie się pojawiły.
Podniosłem się jednak dopiero wtedy, kiedy fale się uspokoiły [szyk: kiedy uspokoiły się fale]. Rozejrzałem się dookoła, ale nie ujrzałem nic niepokojącego. Szczęśliwie niewielka trąba wodna rozpadła się kilkadziesiąt metrów dalej, pozostawiając po sobie mgiełkę w miejscach, przez które przechodziła.
Odetchnąłem z ulgą i osunąłem się plecami po drewnianym maszcie, gdyż czułem, że nogi już długo mnie nie utrzymają.
Wiedziałem, w jakim stanie jest łódź. Wiedziałem również, że ojciec mnie za to zabije, a moja śmierć będzie długa i bolesna. Widziałem płaczącą matkę nad moim grobem oraz szeroki, radosny uśmiech na twarzy ich jedynego - od teraz - syna.
Podniosłem się po kilkunastu minutach. Czułem się lepiej, więc postanowiłem wrócić do domu i zwalić [zrzucić? jejku, jak ten czasownik 'zwalić' źle się kojarzy... ;) ] całą winę na Quinlana. Oparłem się o barierkę i rozejrzałem za charakterystycznymi skarpami irlandzkich brzegów. Żadnych jednak nie dostrzegłem. Wziąłem lunetę, którą zabrałem ze sobą z domu i rozejrzałem się dookoła. Powoli zaczynał zapadać zmierzch, a wszędzie było pełno ciężkiej mgły i tej nietypowej mgiełki pozostawionej po trąbie wodnej, które wspólnie skutecznie ograniczały widoczność do zaledwie kilku metrów.
- Umrę. [niepotrzebna] - powiedziałem z pełnym przekonaniem sam do siebie. Spojrzałem w niebo, na którym nie było widać żadnej gwiazdy. - Jeżeli tata znajdzie wrak łodzi, to mnie zabije. - dodałem. [tak samo]
Wiem, umarłbym wtedy dwukrotnie, ale co to za różnica, skoro właściwie już nie żyję?
Odeszła ode mnie wszelka nadzieja, więc położyłem się krzyżem na samym środku łodzi i wtuliłem się w ciało jakiejś dużej ryby z odciętym pyskiem. Zamknąłem oczy: chciałem zasnąć i obudzić się w domu, w bezpiecznym łóżku i głową bez tak głupich pomysłów, jak ten, aby wypuszczać się samotnie na otwarty ocean, który objęty jest mianem Trójkąta Bermudzkiego.
- Aśś buu... - westchnąłem do siebie i podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową, gdyż było mi zimno.
Minęło kilka chwil, kiedy łódź gwałtownie się zatrzymała, a ja omal nie straciłem zębów o własne kolana. Podniosłem się szybko i podbiegłem do barierki. Mgła była lżejsza, widziałem skały oraz kupki trawy rosnące gdzieniegdzie na wzniesieniu. Pomyślałem, że przypadkowo dobiłem w okolice portu ojca, więc wyskoczyłem z łodzi lądując na śliskich głazach. Okazało się, że zniosło moją łódź do szczeliny pośród głazów w kształcie litery V, tak, że mieściła się tam idealnie kadłubem. Genialne.
Zostawiłem łódź i wdrapałem się pod górkę. Chwilami musiałem przytrzymywać się bujnej trawy, aby nie ześlizgnąć się po błotnistym zboczu. Kiedy udało mi się wdrapać na szczyt, moim oczom ukazał się widok, który znałem tylko z książek. Przede mną rozciągał się potężny las. W Irlandii kilkadziesiąt lat temu wykarczowano większość takich miejsc, gdyż było duże zapotrzebowanie na drewno liściaste, dlatego jedynym lasem, jaki znam, to ten niewielki, liściasty gaj tuż za moim domem. Ten widok zaparł mi dech w piersiach. Nie widziałem końca wśród drzew. Było ich tu tak wiele, że wystarczyło, abym zanurzył się wśród nich na kilka metrów, a zapewne już bym się zgubił!
Dlatego właśnie do niego wbiegłem. Jak na czternastolatka byłem całkiem porywczy.
Było tak, jak to przewidywałem: po kilkunastu krokach zgubiłbym się, gdybym nie wiedział, w którą stronę zawrócić. Ale ja i tak nie zawróciłem. Pomyślałem, że skoro ojciec mnie w domu zabije, to już nic gorszego mnie spotkać nie może.
Kilka zajęcy uciekło przede mną w popłochu. Uśmiechnąłem się sam do siebie; w końcu ktoś się mnie boi. Zawsze to ja się kogoś bałem, zawsze byłem tym najsłabszym, a teraz jest na odwrót! Tak się z tego powodu cieszyłem, że nawet nie poczułem ciepłego oddechu na swoich plecach. Dopiero kiedy usłyszałem łamiącą się za mną kłodę, przez którą przed chwilą przeskakiwałem, postanowiłem się odwrócić. Nim mój wzrok zdążył się wyostrzyć, zacząłem wrzeszczeć. Nigdy chyba nie biegłem tak szybko, jak wtedy. Biegłem przed siebie i nie zwracałem uwagi na smagające mnie po twarzy gałęzie. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś złapało mnie za spodnie, a ja wylądowałem twarzą w błocie zwalniając momentalnie do zera z ponad dwudziestu kilometrów na godzinę.
Bolało, ale nie zwróciłem na to uwagi.
To coś, co za mną biegło, pociągnęło mnie za szelki, a ja zaryłem twarzą w błocie tworząc swoją głową całkiem długi rów w ziemi. Do tej pory nawet nie wiedziałem do końca jak smakuje błoto. Teraz już wiem.
Kiedy puściło, odwróciłem się na plecy i spojrzałem przed siebie. Tuż przede mną stała wielka, ciemna postać. Przestałem na chwilę oddychać, kiedy to coś nachyliło się nade mną, a ja ujrzałem jasne nozdrza oraz błyszczące, ciemne oczy. Łuski świeciły się w świetle księżyca, który wysunął się spośród chmur i zdołał przebić przez koronę liści. Zauważyłem także potężne łapy, które stały szeroko rozstawione, a w miejscach, w których ludzie mają barki, temu czemuś wystawały całkiem spore skrzydła.
- No to po mnie... - pomyślałem.
Domyśliłem się, co to za zwierze. Znałem je z legend, które opowiadał mi dziadek, zawsze wierzyłem, że istnieją na prawdę łącznie, ale nigdy nie sądziłem, że mogą żyć tak blisko mnie.
Przełknąłem głośno ślinę i zauważyłem, że ten niewielki smok przygląda się kłowi, którego nosiłem na rzemyku. Wyciągnął swoją chudą szyję i szturchnął ząb nosem, a ja o mało co nie dostałem zawału. Mimo to poruszyłem się lekko, aby dotknąć łusek na klatce piersiowej smoka, aby na prawdę przekonać się o tym, że on tu jest.
Ten jednak odskoczył w tył i zarzucił swoim dużym łbem, buchnął malutkim płomieniem z nozdrzy i zatrzepotał skrzydłami, po czym odbiegł w las tak samo nieporadnie, jak to robią biegające krowy z pełnymi wymionami [krowy biegające z pełnymi wymionami?].
Był od nich jednak zdecydowanie szybszy, no i miał nieco większy ogon pełen kolców.
No i robi się całkiem ciekawa historia! Gratuluję pomysłu, język jak wcześniej sprawny. Dobrze trzymasz tempo, nie gnasz, ale też nie nudzisz. Dobrze jest! I oby tak dalej ;)

*nadal zaintrygowana*
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Slaxl
Posty: 41
Rejestracja: 30 września 2012, 13:33

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Slaxl » 22 października 2012, 23:36

Dziękuję :heart:
Bardzo się cieszę, że ktoś to w ogóle czyta.
Teraz czekam na Charyzmata, jego oryginalne uwagi i nowe piosenki.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Kompot » 24 października 2012, 22:20

Część pierwsza:
SpoilerShow
"W tej części Irlandii, w której mieszkałem, były wtedy ferie, dwa tygodnie wolnego od szkoły. " -

Proponowałabym zmienić to zdanie. "W moim/naszym okręgu... " można nawet pokusić się o znalezienie właściwego. http://www.mapa-polski.biz/irlandia/irlandia_okreg/ Zdanie jakoś nieładnie się czyta.

"Wykorzystałem więc okazję, aby zapytać ojca, który jest w samorządzie naszej niewielkiej mieściny zwanej Ellen, ‘aby zawsze świeciło nam słońce’."
To zdanie też jest koślawe. Czytelnik jest z leniwy. Więc o co chciał zapytać ojca? Wstawka o pracy, nazwie miasta, niewiele wnosi i nie wiele ma wspólnego z zadawaniem pytań. Chyba, że zdecydujesz się wyjaśnić w czym ma pomóc zawód ojca przy udzieleniu przez odpowiedzi na pytanie syna.

"Mój brat próbował podebrać mi śniadanie, więc polizałem palec i przejechałem nim po policzku Quinlana. Parsknął z obrzydzeniem i wytarł twarz o obrus.
- Nie widziałeś ich, tato? – spytałem zdziwiony zaraz po tym, jak skutecznie obroniłem swoją jajecznicę." - ten fragment jest świetny.

"Tak jak zawsze, na niebie roiło się od nietypowych błysków, a fale uderzające o wysoki brzeg nieco tłumiły ryki." - ryki błysków? Możliwe, że nie mam racji, ale jakoś to nie gra. Brakuje zaimka?
Ogólne wrażenia są pozytywne. Piszesz zgrabnie. Tekst jest leciutki, prosty i przyjemny, akurat do kawki (szkoda że jest 22). Fajnie zarysowałeś akcje i braterską relacje. Podoba mi się, że bohaterowie są krwiści i żywi. No to teraz do części drugiej!

Część druga:
SpoilerShow
"Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju i wyjąłem z plecaka na podłogę wszystkie rzeczy, większość z nich wciąż ociekała wodą, gdyż większość z nich wciąż ociekała z wody." - a co to ma być???

"...poplątanych oczek, co utrudniały licznie wczepione, śliskie glony." w nie? brakuje zaimka?

"Długą chwilę zajęło mi wysupłanie go spośród poplątanych oczek, co utrudniały licznie wczepione, śliskie glony. W końcu udało mi się go wyjąć. Był to duży, śnieżnobiały kieł: złamany i porządnie wykruszony. Przypuszczam, że rekina, bądź innego wielkiego zwierzaka morskiego. Zdołałem zrobić w zębie niewielką dziurkę, przez którą przewlokłem rzemyk i zawiesiłem go sobie na szyi." - Go go go! Ale ale ale!

"Mój dziadek wierzył, ze Maskonury to pośmiertne postaci marynarzy, którzy zginęli na morzu i trzeba dla nich zachowywać należyty szacunek." - to jest bardzo ciekawy motyw, ale ładniej to można napisać." i należy się im należyty szacunek." chociażby.

"pełno ciężkiej mgły i tej nietypowej mgiełki" - można by poszukać synonimu, bo brzmi... nie brzmi.

"Nie widziałem końca wśród drzew. Było ich tu tak wiele, że wystarczyło, abym zanurzył się wśród nich na kilka metrów, a zapewne już bym się zgubił!
Dlatego właśnie do niego wbiegłem" - ŚWIETNE!

"Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy coś złapało mnie za spodnie, a ja wylądowałem twarzą w błocie zwalniając momentalnie do zera z ponad dwudziestu kilometrów na godzinę...
...To coś, co za mną biegło pociągnęło mnie za szelki, a ja zaryłem twarzą w błocie tworząc swoją głową całkiem długi rów w ziemi." - Bezsensu robić tak blisko powtórzenie. Pierwsze zdanie jest wystarczająco zabawne, a to że powtórzysz jeszcze raz tylko słabiej... jest niepotrzebne.
Powiem szczerze. Jest coraz lepiej. Im dalej tym zabawniej i ciekawiej. Końcowe dowcipkowanie jest cudne. Podoba mi się bardzo i będę cię śledzić z pewnością, ale tym razem będę sobie zostawiać na rano do kawy ;/
Zaciekawiasz czytelnika i ja jako czytelniczka bawiłam się z tobą świetnie. Piszpiszpisz....
Obrazek

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: A. Mo'zart » 24 grudnia 2012, 19:22

Zupełnie do mnie nie przemówiło. Teoretycznie wszystko jest takie jak powinno. Mamy krótki wstęp, poprawnie przedstawionego bohatera, wstępny zarys przygody. Niestety, to wszystko było już przewałkowane setki razy i stało się totalnie przewidywalne. Coć, co widzi bohater, ale jest całkowicie niewidoczne dla jego ojca, nagła przygoda na morzu, choć absolutnie nic nie wskazywało by morze miało spłatać mu psikusa, tajemnicze miejsce, o którego istnieniu nikt nic nie wie. Swoja drogą zachowanie głównego bohatera przywodzi mi namyśl tych z horrorów. Widzi taki stary, opuszczony, owiany złą legendą do to zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie, to musi, poprostu musi wejsć do srodka, jakby w świecie w którym żyje nie mieli telewizji i książek i nie wiedizał jak się takie historie kończą. I tutaj to samo. Widzi coś niezwykłego, co nie każdy dostrzega? Morze w jego okolicy ma złą sławę trójkąta bermudzkiego? No to wiadomo, ze należy wybrać się samotnie, nikomu nie mówiac choćby słowa gdzie się udaje, bo jeszcze przypadkiem nie spotkałoby go nic złego.

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: wołszebnik » 19 kwietnia 2013, 14:42

Z tego co pamiętam (acz nie zaglądam teraz do swojego wcześniejszego postu) wypowiedziałam się o twoim tekście, Slaxl, bardzo pozytywnie i opinię podtrzymuję. Chcę się odnieść do słów wyżej, Mo.
Wydaje mi się, że powinniśmy uwzględnić gatunek, tekst wisi w przygodówkach i moim zdaniem spełnia wymogi formy. Ja postrzegam ten utwór jako kierowany do grona nastolatków, raczej trzynasto- niż szesnastolatków. I jako taki ma tajemnicę, atmosferę, młodego podejmującego wyzwanie bohatera, z którym odbiorca (równie młody, co bohater) może się identyfikować.
To, o czym piszesz Mo, miałoby uzasadnienie, gdyby utwór kierowany był do odbiorców dorosłych, dzieciaki mają inne potrzeby - patrz choćby Harry Potter, którego większości działań żadną miarą bym osobiście nie podjęła.
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
A. Mo'zart
Posty: 162
Rejestracja: 05 lipca 2012, 22:07
Lokalizacja: Dom
Kontaktowanie:

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: A. Mo'zart » 01 maja 2013, 01:47

Owszem, masz rację, jednak:
komentuję ze swojego punktu widzenia, nie oczami trzynastoletniego Wojtka, Krystyny z gazownii czy Zygmunta Hajzera piorącego skarpetki. Mój komentarz odzwierciedla MOJE odczucia podczas czytania komentowanego tekstu. Nigdzie nie twierdzę, że MOJA opinia jest najsłuszniejsza, nie mam monopolu na rację i nieomylność. Jednak wrzucając tekst na forum, na którym przebywają ludzie w różnym wieku i o różnych gustach, trzeba sie liczyć z tym, że i ich opinie na dany temat bedą różne. Jeśli ktoś chce uzyskac opinię konkretnej grupy czytelników, może to zaznaczyć na samym początku.
Nie twierdzę, ze ten akurat tekst nie mógłby spodobać się takiemu trzynastolatkowi o którym wspominasz czy komukolwiek innemu. MNIE się nie spodobał i JA wyraziłem SWOJĄ opinię.

I żeby nie było: nie chcę tym tekstem obrazić Ciebie, ani nikogo innego, a juz zwłaszcza autora/autorki tego opowiadania. Tak wyszło, ze tutaj to napisałem bo tutaj się do mnei zwróciłaś, ale chyba wezmę i walnę sobie ten tekst w sygnaturkę bo o ile dla mnei oczywistym jest, że moje słowa to moja opinia, z mojego punktu widzenia, o tyle jak widać po Twoim poście, nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Murrough - morski wojownik

Post autor: Kompot » 01 maja 2013, 12:55

Postanowiłam się udzielić i pójść z Mo w polemikę.
Niestety cytatu nie mogłam znaleźć mimo usilnych poszukiwań, więc może postaram się oddać sens.
Taka jest już natura ludzka, że mimo iż ludzie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie wporządku, że może grozi im niebezpieczeństwo, przyjmują zaproszenie, wchodzą do mrocznego domu bojąc się oceny swoich działań, może zranienia uczuć gospodarza. Mało tego prawie zawsze przyjmują zaproszenie, ofertę pomocy proponowaną przez psychopatę. Nie jest to mądre, ale tak się dzieje z wielu przyczyn i główną nie jest tu chęć uśpienia czujności, a głupia wiara w to, że przecież jestem protagonista. Ja to ja i nic mi się nie stanie. Normalni ludzie zakładają, że nie czeka ich śmierć tu i teraz, a jeśli już to, że na pewno się z tego wykaraskają. Wystarczy poczytać o ostatnich zwycięzcach nagród Darwina.

Z innej beki. Gdyby ostrożność, przezorność były wrodzonymi i podstawowymi cechami rządzącymi ludzkimi zachowaniami, nie tylko nie doszłoby do wielkich odkryć, Kolumb nie odkryłby Ameryki, ale i nie potrafilibyśmy się rozwijać. Może i przesadzam, ale moim zdaniem nie tylko dział, w którym znajduje się tekst tłumaczy i wpływa na adekwatność zachowań. Ja wierzę, że ludzie bywają dzielni, ale też bezmyślni, nie ja to wiem.
Obrazek

ODPOWIEDZ