Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Kruffachi » 05 marca 2018, 14:09

Bo dlaczego nie...?
Mechaniczna ośmiornica kontratakuje – Jest pani bezczelna! – oburzył się gentleman w kraciastej kamizelce i prawdopodobnie miał rację, bo w żadnej etykiecie świata dźganie jegomościa w pośladek szpikulcem parasola nie uchodziło za zachowanie taktowne.
Tłum na stacji kolejowej był jednakowoż niemożliwie wręcz gęsty, a panna Carroll – nie pani, choć zdecydowanie w wieku, w którym bezpieczniej było zakładać to drugie – bardzo się spieszyła, by dotrzeć na odpowiedni peron. Och, oczywiście nie musiałaby tak gnać, narażać się na nieprzystające damie poty oraz złamanie obcasa całkiem nowych trzewiczków, gdyby nie fakt, że jej automobil stanął po drodze dokładnie cztery razy. Cztery razy! To się doprawdy nie mieściło w głowie i panna Carroll, w przerwach między złorzeczeniem ludziom bezmyślnie zachodzącym jej drogę, układała już w głowie słowa, jakimi da wyraz swemu niezadowoleniu, kiedy wróci do siebie i dorwie tego nicponia Filipa, człowieka na co dzień odpowiedzialnego za stan techniczny pojazdu.
– Panno Carroll! Panno Carroll! Tutaj! – usłyszała nawoływania wysokiego, ale zdecydowanie męskiego głosu należącego w sposób niemożliwy do ukrycia do osobnika, który ledwie niedawno wymienił portki do połowy łydki na ubiór odpowiedni dla gentlemana.
Fuknęła niezadowolona, że ktoś drze się tak przez pół stacji, niepotrzebnie zwracając na nich uwagę przypadkowych przechodniów. Cóż było jednak począć, skoro jej cioteczna siostra nie potrafiła wychować swojej latorośli, jak należy.
To tylko dwa miesiące, pocieszyła się w duchu kobieta i zacisnęła palce na rączce parasolki, jakby znów planowała użyć ją jako oręża.
– Panno Carroll! Tak miło pannę widzieć! – szczerzył się do niej chudy młodzieniec nieelegancko zlany potem i czerwony na twarzy, zapewne z konieczności dźwigania walizy, w której, odpowiednio złożony, zmieściłby się jeszcze z jakimś kolegą. – Matula kazała przekazać pozdrowienia i życzenia wszelkiego zdrowia! Zapewnia o swojej pamięci i przeprasza, że nie odpisała na ostatni list, ale wzrok jej nie domaga i lekarz zalecił odpoczynek od liter! – szczebiotał, jakby miał wewnątrz zamontowaną perforowaną płytę z szafy grającej.
Tycjana Carroll skrzywiła się nieznacznie połową ust. Podejrzewała, że Romualda nie ma żadnych problemów ze wzrokiem, a przynajmniej nie poważniejsze niż zwykle i te same, które kazały jej utrzymywać, że jej nieszczęsny mąż i ojciec młodzieńca jest przykładnym i wiernym gentlemanem. Gdyby przystało to damie, chętnie założyłaby się, że jej ciotecznej siostry po prostu nie stać na papier i atrament – podobnie jak nie stać jej było na porządne wykształcenie potomka. A to wszystko dlatego, że jej zacny małżonek, zamiast na giełdzie, inwestował od lat przy karcianym stoliku.
– Zapewniam, że nie chowam urazy – odparła nieszczerze panna Carroll. – Proszę za mną, młody człowieku.
Ruszyła dziarsko przez tłum, znów strategicznie zmieniając chwyt na parasolce, tak że przypominała nieco osę z wyciągniętym ku przodowi żądłem. I była mniej więcej tak samo zła. Nerwowo poprawiła kapelusz i uniosła podbródek, pamiętając o dumnej postawie.
Nie odwracała się, by sprawdzić, czy ciężkie sapania, jakie dochodzą ją zza pleców, to nadal lokomotywa, czy może jej młody krewniak mocujący się ze swoją absurdalną walizą. Co on właściwie w niej przywiózł, skoro prawie niczego nie miał? Na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że kraciasta marynarka przerabiana jest już przynajmniej dwa razy, a okrywający szyję fular z pewnością pamiętał lepsze czasy. Na buty panna Carroll w ogóle postanowiła nie patrzeć w obawie, że dostrzeże – o zgrozo! – najtańszą tekturę.
– Walterze! – zakomenderowała, gdy znalazła się w pobliżu automobilu. – Pomóż temu młodemu człowiekowi, bo gotów zaraz wyzionąć ducha!
Walter, jej szofer, posłusznie skoczył ku wciąż jeszcze walczącemu z tłokiem i właściwie ciągnącemu walizkę po ziemi blondynowi. Tycjana zmarszczyła lekko brwi, widząc, że jej krewniak próbuje protestować przeciwko zabraniu mu bagażu.
Młodzież!, sarknęła w duchu po czym wraz z całym swym oburzeniem oraz bojową parasolką wpakowała się do automobilu.

*

Problem z Konstantym – synem jej ciotecznej siostry Romualdy – był taki, że mimo braku funduszy na kształcenie się, miał marzenie. Marzenie wielkie i świetliste jak samo słońce. Konstanty bowiem chciał być wynalazcą. Podobno nawet miał ku temu jakiś talent i od dziecka konstruował rozmaite proste mechanizmy, które przynajmniej z założenia miały ułatwiać życie jego biednej rodzinie i kolegom. Przynajmniej z założenia, bo prócz talentu chłopak miał także olbrzymiego pecha i jego konstrukcje, choć bez wątpienia działające, działały zwykle w sposób nieprzewidziany i wysoce niepożądany, a wręcz należałoby powiedzieć, że niszczycielski. Nie wybuchały, nie rozpadały się i nie powodowały pożarów – co to, to nie! Konstanty bardzo pilnował, by nie było w nich żadnych wad konstrukcyjnych, jakie mogłyby to spowodować – ale na przykład obieraczka do warzyw okazała się doskonałym eksterminatorem gęsi, a nawlekacz do igieł w mgnieniu oka przerobił pewien stuletni dąb na wykałaczki.
Ostatni wypadek był nieco poważniejszy, bo dość mocno ucierpiała sukienka córki burmistrza, gdy ta – nieświadoma zagrożenia – przechadzała się po ruchliwym bulwarze, gdzie Konstanty przeprowadzał testy malowacza barierek. Wybuchł obyczajowy skandal i rodzina przy pewnym nacisku burmistrza uznała, że lepiej będzie, jeśli nieszczęsny wynalazca na jakiś czas zmieni otoczenie
W efekcie tego Tycjana Caroll otrzymała błagalny list, a że mimo całej swej szorstkiej natury była wewnątrz serca osobą litościwą, zgodziła się przyjąć krewniaka na dwa miesiące.
– Ale żadnych eksperymentów w domu! – pogroziła mu jeszcze palce, gdy z wysiłkiem wciągał swoją walizę po schodach prowadzących na ganek. – Jak mi żal twojej nieszczęsnej, choć winnej sobie matki, tak obiecuję, że wyślę jej rachunek za każdą zniszczoną rzecz!
Konstanty pokiwał energicznie głową, bo tylko na tyle było go stać wobec nierównej walki z ciężarem.
– Walter, pomóż mu, bo zaraz chłopakowi coś w krzyżu pójdzie! – zakomenderowała wreszcie panna Caroll i machnęła wymownie parasolką. – Twój pokój jest na górze – perorowała dalej, gdy dotarli do przestronnej, jasnej i utrzymanej w absolutnej czystości sieni. – Maria pokaże ci, jak tam dotrzeć. Odśwież się i za godzinę oczekuję cię w jadalni na kolacji. W tym domu posiłki spożywa się zawsze razem, zapamiętaj to sobie dobrze!

*

Wspólne jedzenie nie było wcale fanaberią starej panny, bo choć nigdy nie wyszła za mąż, nie znalazłszy kandydata odpowiadającego jej żelaznym standardom, wraz z nią mieszkały dwie siostry – Dorota i Ofelia, dwie wdowy i zapalone morfinistki – a przy okazji posiłków często pojawiali się także goście przynoszący ze sobą najświeższe ploteczki. Tego wieczoru był to imić Fryderyk Staff, właściciel jednakowość dość krzykliwej czerwonej muchy oraz sporych połaci lasu graniczących z ziemiami należącymi do rodziny Carroll, a zatem gość częsty, spoufalony i odpowiednio lubiany, a także doskonale wiedzący, jaki rodzaj wieści ciekawi trzy mieszkanki dworu, jaki objadał właśnie z wybornej pieczeni na zimno.
– Podobno Hieronima Mols wreszcie wychodzi za mąż – rzekł głosem wytrawnego opowiadacza, odpowiednio przeciągając głoski.
Konstanty, który akurat pakował sobie do ust kęs pieczeni pachnącej korzennymi przyprawami, nie miał pojęcia, dlaczego ta wieść wywołała takie poruszenie na twarzach jego ciotek nieodmiennie kojarzących mu się z mitologicznymi władczyniami ludzkich losów. Nie miał też w zwyczaju nadstawiać uszu na plotki, zwłaszcza dotyczące kompletnie nieznanych mu osób, więc postanowił po prostu, że będzie w spokoju przeżuwał. Wysokie, wyraźnie rozemocjonowane głosy nie pozwoliły mu jednak odpłynąć myślami do kolejnego projektu, choć powidoki planów i obliczeń nieodmiennie tańczyły mu pod powiekami i był nieomal pewien, że jeszcze jedna dolewka dyniowej zupy i wyłowi z niej rozwiązanie trapiącego go problemu.
– Z tym obdartusem?
– Doroto, jak możesz tak mówić, to dobry chłopak!
– Ale biedny jak mysz i nie wiadomo, skąd się przypałętał!
– Wiadomo. Z Drugiej Sfery.
– Owszem, i dlatego ten ślub – przyznał spokojnie pan Fryderyk i otarł usta serwetką. – Podobno władze tracą cierpliwość i nakaz deportacji jest w drodze.
– Och, biedna Hieronima! – jęknęła Ofelia. – Aż mnie coś... coś... tu, pod bokiem! Och!
Konstanty zamrugał, przyznając przed sobą w duchu, że cała ta scena i rozmowa były jednak dość dziwne.
Po chwili histerię ciotki Ofelii udało się opanować dawką narkotyku praz solennymi przeprosinami pana Fryderyka Staffa i zapewnieniami, że nie zamierzał nadwyrężać nerwów uciemiężonej wdowy. Ta była już zbyt senna, by odpowiedzieć, ale ściskająca bladą dłoń siostry Dorota zapewniła, że absolutnie nie ma się czym przejmować i wszystkie panie są niebywale wdzięczne, za przekazanie tych jakże ważnych wieści oraz umilenie kolacji.

*

Konstanty wielokrotnie przysięgał ciotce, że nie będzie przeprowadzał eksperymentów w domu, ale to nie oznaczało przecież, że nie miałby przeprowadzać ich wcale. Nie mógłby tak żyć! Dwa miesiące tylko o suchych planach i obliczeniach niechybnie by go zabiły, a kto wie, być może nawet wywołałyby jakąś katastrofę, bowiem ręce chłopaka miały tę przedziwną właściwość, że nie wytrzymywały zbyt długo w bezruchu. Musiał znajdować im coraz to nowe zajęcia, inaczej gotowe były wziąć te poszukiwania na siebie, a wówczas działy się rzeczy straszliwe.
Młody wynalazca codziennie rano pakował więc przenośne elementy swojego warsztatu do walizy i z wysiłkiem znosił ją po schodach, a potem ciągnął w odległy zakamarek parku otaczającego posiadłość i tam rozkładał.
Owszem, nie mógł zaprzeczyć, że ostatnie jego konstrukcje nie działały tak, jak założył, ale święcie wierzył, że to tylko stan przejściowy i w końcu jego umysł osiągnie poziom doświadczenia pozwalający przewidzieć najbardziej nieprzewidziane nawet konsekwencje eksperymentów z zębatkami i ektoplazmą, która to stanowiła jego mały, troszkę nielegalny sekret. Jeśli jednak w końcu zdoła zbudować coś, co naprawdę przyda się ludziom i odmieni ich życie, nikt nie będzie zanadto czepiał się tego jednego zakazanego składnika – Konstanty był o tym absolutnie przekonany. Najgorsze, co mogło się stać, to to, że ktoś przyłapie go podczas tajemnych wypraw na cmentarz, gdzie pozyskiwał cenny materiał. Och, nie pytaliby go wówczas o nic i nie dali się wytłumaczyć. Z miejsca zostałby oskarżony o bycie hieną cmentarną, złodziejem trupów lub – co zdecydowanie najstraszniejsze – wyznawcą mrocznych praktyk magicznych. A on tymczasem zbierał tylko to, co samo wysączyło się z grobów i nie było już nikomu do niczego potrzebne, a wręcz przeciwnie, bo mniejsza ilość ektoplazmy do zużycia ograniczała aktywność duchów i zjaw, więc właściwie jedyni, którzy cierpieli na tym procederze, to właśnie przedstawiciele owych zakazanych profesji, a zatem spirytyści, wróżki i nekromanci. Konstanty czuł się nawet trochę dumny z faktu, że udaje mu się to zło przekuć na dobro – no, przynajmniej dobro in spe, wobec chwilowych niepowodzeń – ale oczywiście największą wartość zawsze miał dla niego aspekt praktyczny całego przedsięwzięcia.
Obecnie pracował nad maszyną do zbierania czereśni, a dokładniej nad długim ramieniem mającym sięgać najwyższych gałęzi owocowych drzew. Ostatnia śrubka i już będzie można umieścić w konstrukcji maleńki pojemniczek z fosforyzującą lekko ektoplazmą, by sprawdzić działanie ramienia. Konstanty nie planował co prawda założenia rodziny – obawiał się, że żona, dzieci i konieczność ich utrzymania odebrałyby mu cenny czas, jaki przeznaczał na swoje plany zbawienia ludzkości wynalazkami – ale wyobrażał sobie, że tak właśnie czuje się ojciec, gdy rodzi mu się syn, jak on wówczas, gdy umieszczał napęd w mechanizmie. Nieomal z czcią zatrzasnął maleńkie drzwiczki i pozwolił konstrukcji działać. Ta zatrzęsła się, zamruczała, a potem zamiast w górę, ramię wbiło się w ziemię i zaczęło kopać w niej z zapałem.
Konstanty jedynie westchnął ciężko. Czasy, w których rwał sobie włosy z głowy i rozpaczał, minęły już dawno. Nic to, nie takie rzeczy się zdarzały. Zakasał więc rękawy i dopadł do ramienia, zaplatając na nim ręce i nogi, jak na brykającym koniu. Machnęło nim w lewo, machnęło w prawo, ale miał już niejaką wprawę, więc mimo zawrotów głowy zdołał dostać się do komory i usunąć z niej napęd. Mechanizm zamarł, a chłopak upadł ciężko na plecy – ledwie dwie stopy od całkiem sporej już dziury, za którą ciotki zapewne zmyją mu głowę i wyślą rachunek matce.
Chyba że zdoła zamaskować miejsce zbrodni, do czego natychmiast się wziął.
Zaaferowany zgarnianiem ziemi do dołu i wciąż jeszcze lekko roztrzęsiony po walce z maszyną nie od razu zauważył, że ktoś mu się przygląda. Potem jednak wzrok jego padł na bose brudne stopy i nieco poszarpany skraj wypłowiałej, taniej spódnicy. Niepewny, co zrobić dalej, skoro nieznajomej nie spłoszył fakt, że ktoś zauważył jej impertynencję, podniósł wzrok wyżej i zobaczył dziewczynę może w swoim wieku, może niewiele starszą. Nad spódnicą ujrzał czystą, prostą koszulę i wełniany szal, a jeszcze wyżej piegowatą twarz i bujny rudy warkocz.
– Pan Konstanty Grunt? – spytała jego właścicielka. – Tak, to pan, oczywiście. Widziałam, jak pan pracuje i co zrobiła maszyna. Więc to wszystko prawda, co o panu mówią.
Wstał niezdarnie i szybko otrzepał kolana, bo z kimkolwiek nie miałby do czynienia, nie przystało gentlemanowi paradować przy kobiecie ze spodniami unurzanymi w ziemi.
– Hieronima Mols – przedstawiła się, jakby teraz dopiero spostrzegła własny nietakt.
Młody wynalazca nie miał szczególnej pamięci do imion i nazwisk, ale jego ciotki i lokalny właściciel ziemski rozmawiali o tej niewieście ledwie dzień wcześniej, więc bez większego trudu skojarzył fakty.
– Niezwykle mi miło – zapewnił, co nie było do końca tylko grzecznością, bo tak najogólniej i wbrew opowieściom o szalonych naukowcach całkiem nawet lubił ludzi.
– Bardzo będzie panu przeszkadzało, jeśli popatrzę? – spytała dziewczyna, ale nim zdążył odpowiedzieć, już usiadła na trawie nieopodal dołu wykopanego przez mechaniczne ramię.
Konstanty postanowił nie zwracać grzecznie uwagi ani na to, ani na fakt, że panna Mols wkroczyła na prywatny teren posiadłości. Głownie dlatego, że miło było przebywać w towarzystwie kogoś, kto nie był od niego trzykrotnie starszy i nie pachniał intensywnie pudrem oraz wodą różaną.
– Interesuje się panna techniką? – zagaił zamiast tego.
– Nie, nie bardzo – przyznała szczerze Hieronima. – Ale interesują mnie rzeczy, które... Och, uzna pan to za głupie.
– Gdzież bym śmiał!
– Które, powiedzmy, robią rzeczy niespodziewane.

*

Na podwieczorek podano gorące kakao i małe maślane ciasteczka, które smakowały wszystkim, a najbardziej Panu Ślicznemu, łaciatemu mopsowi Ofelii obecnie siedzącemu na jej kolanach i wyciągającemu różowy język po kolejną porcję. Jedynie Konstanty zamarł tylko z nadgryzionym krążkiem w dłoni i siedział tak ze zmarszczonymi brwiami, wpatrując się intensywnie w zielono–żółtą pasiastą tapetę. Panna Caroll ignorowała to przez jakiś czas, ale w końcu uznała, że zachowanie krewniaka przekracza wszelkie granice impertynencji i jej obowiązkiem jest zwrócić mu na to uwagę.
– Konstanty, czyżby ci nie smakowało? – spytała, w duchu po raz kolejny ganiąc Romualdę za życiową lekkomyślność nieprzystającą damie z dobrego domu oraz nienależyte starania w kwestii wychowania syna.
– Co? – Spojrzał na nią, jakby wracał myślami z bardzo daleka, a dopiero mrugnięcie oczyma później zreflektował się, zarumienił i zaczął przepraszać za swoje zachowanie.
Tycjana pozostała wychowaczo niewzruszona, ale Ofelia uśmiechnęła się pobłażliwie, po czym wytarła mordkę Pana Ślicznego chusteczką.
– Powiedz nam lepiej, co cię tak trapi, chłopcze – zaproponowała nieco sennym, ale jeszcze przytomnym głosem.
– Panna Mols... – zaczął Konstanty, znów popadając w zamyślenie. – Dlaczego właściwie wychodzi za mąż za biednego imigranta?
– Och, bo sama jest biedna, chłopcze. To sierota, którą rodzice zostawili z długami.
Młody wynalazca skinął głową i wpakował sobie wreszcie resztę ciasteczka do ust. Żuł chwilę, w głowie układając myśli i kolejne pytania.
– Jestem przekonany, że w okolicy znalazłoby się paru niezbyt majętnych, a jednak bardziej perspektywicznych kawalerów niż mężczyzna pozbawiony jakiegokolwiek statusu społecznego – ocenił. – Panna Mols z kolei nie jest może salonową pięknością, ale jednak, cóż, wszystko ma na swoim miejscu, że tak to ujmę.
– Młodzieńcze! – wzburzyła się Tycjana, na co twarz nieszczęsnego wynalazcy oblał rumieniec.
– Och, niech panna nie myśli, że...
– Nawet nie zamierzam!
– Chodzi o jej brata – pospieszyła z wyjaśnieniami Ofelia, jakby nie zauważyła scysji sprzed chwili. – Jest nieco... kłopotliwy.
– Obłąkany.
– Tak, niektórzy używają tego słowa – dama zgodziła się z siostrą. – Z kolei dom Molsów znajduje się na Wyłogach, a to nie jest okolica gentlemanów z honorem, możesz mi wierzyć, młodzieńcze. Oczywiście panna Mols mogłaby oddać brata do jednego z tych miejskich domów opieki, ale opiera się przed tym od lat, a ci... niezbyt honorowi sąsiedzi naciskają w niehonorowy sposób, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. – Mina Konstantego mogła wskazywać na fakt, że owszem, rozumie, a może nawet zdarzyło mu się czegoś podobnego doświadczyć, co potwierdził, pocierając nerwowo łokieć. – Takie nieszczęsne sieroty jak ona nie mogą liczyć na opiekę miejskiej straży, a wręcz przeciwnie, więc sama byłaby wobec problemu bezradna i pewnie w końcu doszłoby do tragedii. Ale ten chłopak... po prostu wzbudza pewien respekt na Wyłogu. Tak długo, jak tam jest, tak długo panna Mols i jej brat są bezpieczni.
– Ale dlaczego od razu ślub?
– Bo kończy się budowa, do której został najęty, a wraz z nią skończy mu się zgoda na przebywanie po tej stronie granicy.
Imigrant z Drugiej Sfery – w okolicy, w jakiej wychował się Konstanty, to się właściwie nigdy nie zdarzało, choć oczywiście czasem słyszało się plotki. I czasem słyszało się też plotki, co magiczny przemysł – zakazany po tej stronie granicy – zrobił tamtym. Podobno mieli wynaturzone tak ciała, jak i umysły od wyziewów z fabryk napędzanych tajemną energią, a życie nawet najbiedniejszych dzielnic po tej stronie wydawać mogłoby się bajką przy tym, co spotykało słabszych i nieprzystosowanych do brutalnej walki o byt ludzi z tamtej.
Oczywiście jeśli ktoś otrzymał zgodę na przebywanie i pracę w Pierwszej Sferze oznaczało to najpewniej, że nie ma żadnych widocznych przynajmniej skutków ubocznych przebywania w skażonym środowisku, ale i tak – koncept ten zaczął Konstantego przedziwnie pociągać i pomyślał, że chciałby poznać tego człowieka.

*

Przez następne kilka dni Konstanty uparcie poprawiał swoje mechaniczne ramię, a panna Hieronima Mols uparcie przychodziła popatrzeć na jego wysiłki i uśmiechała się za każdym razem, gdy mechanizm dokonywał jakiejś destrukcji. Nie był to uśmiech żadną miarą złośliwy, czy nawet pobłażliwy, a raczej niósł w sobie sporą dawkę zadowolenia. Teraz, kiedy młody wynalazca wiedział już, jakie dokładnie problemy trapią dziewczynę, mógł też domyślić się, wokół czego krążą jej myśli i nie był do końca przekonany, czy mu się to podoba. Z drugiej strony, cała ta historia brzmiała dość żałośnie i tragicznie, a gdy po tygodniu Hieronima przyszła ze świeżo podbitym okiem, poczuł, że coś w nim pęka.
Odchrząkną w pięść raz, potem drugi, a potem cały zebrał się w sobie, gotów zadać kluczowe pytanie.
– Ładny mamy dziś dzień, prawda? – wyszło z jego ust jednak.
Panna Mols spojrzała na niego cokolwiek zdziwiona i miała do tego pełne prawo, bo od początku tych przedziwnych schadzek nad zębatkami istniało miedzy nimi niepisane porozumienie polegające na tym, że ona jedynie patrzy i nie przeszkadza, a on nie sili się, by zabawiać ją rozmową, jeśli akurat jest skupiony na pracy.
– Ach – zreflektowała się nagle. – Dotarły do pana plotki. No tak, przecież musiały dotrzeć. Proszę się nie obawiać, to nie ja jestem obłąkana, tylko mój nieszczęsny brat.
– Gdzież bym pomyślał...
– Oczywiście, że by pan pomyślał. Wiadomo, co mówią o rudych. Jesteśmy przeklęci, nie mamy dusz, a w poprzednim życiu dopuściliśmy się wielkich win i dlatego piekło wypluło nas tylko w połowie, ale ciągle ponosimy karę.
Konstanty prychnął z oburzeniem, nim zdążył powściągnąć emocje myślą, że jednak obcuje z kobietą.
– Jestem naukowcem, szanowna pani – obruszył się. – Nie wierzę w zabobony.
– A to – Hieronima wskazała palcem fiolkę z połyskującym srebrzyście koloidem – to też jest nauka?
Młody wynalazca uniósł brwi szczerze zaskoczony.
– Niech pan tak na mnie nie patrzy – wzruszyła ramionami panna Mols. – Na Wyłogu handluje się różnymi rzeczami, w tym takimi wykadzonymi z cmentarzy. Doskonale wiem, co to jest. Mogłabym za to kupić kaszy na cały miesiąc dla całej naszej trójki. Ale proszę się nie obawiać, nie jestem złodziejką. A nawet gdybym była, to jednak większe nadzieje pokładam w pana mechanizmach niż w swoim szczęściu, proszę mi wierzyć.
Konstanty nie za bardzo wiedział, co powiedzieć. Tylko otworzył usta, a potem zamknął je i gestem tyleż nieznaczącym, co koniecznym dla jego poczytalności, poprawił kraciastą marynarkę po ojcu.
– Opowiedziano mi historię panny z większymi szczegółami – zapewnił ostatecznie. – Wiem tak o pani bracie, jak i o tym... imigrancie.
– Ach – dziewczyna wywróciła oczyma – o Olafie też pan słyszał. Wiem, co pan pewnie myśli – kontynuowała, oparłszy się biodrem o smukły pień wiśni bielony wapnem, ale najwyraźniej nie przejmowała się faktem, że ubrudzi w ten sposób spódnicę. – Że nie powinnam narzekać, skoro nam pomaga, trzymać wróbla w garści, chociaż z niego nie taki znowu wróbel. Ale wie pan... – wyglądała, jakby nieco się speszyła. – Ja go nawet całkiem lubię, tylko... nie aż tak. To dobry chłopak. Trochę mało okrzesany, ale na Wyłogu to się w oczy tak nie rzuca, a kobiecie nie uchybi. On nie z tych. Tylko... – Zawierciła niespokojnie stopą, przygryzła wargę i słowa jakby odfrunęły z jej głowy, w wyniku czego nie dokończyła myśli.
– Cóż – odparł Konstanty, nie za bardzo wiedząc, co mu w tej sytuacji wypada. – Każdy ma prawo marzyć o szczęściu.
– Ja bym po prostu chciała się kiedyś wyrwać z tej biedy – westchnęła cicho Hieronima. – Siebie i brata. Wrócilibyśmy do takiego życia, jakie... mieliśmy kiedyś. A jeśli wyjdę za mąż za Olafa, to nici z tego wszystkiego, bo już zawsze będę żoną imigranta uwiązaną do Wyłogu.

*

Wizyta na Wyłogu była pomysłem szalonym i gdyby Konstanty raz jeszcze miał podejmować decyzję przy współudziale wszystkich zdobytych później danych, zapewne odmówiłby tego spaceru. Sam wychowywał się w rodzinie niezbyt zamożnej, ale jednak nie tak ubogiej, jak te żyjące tutaj, których to egzystencja nieodparcie kojarzyła mu się raczej z egzystencją zwierząt – świń nurzających się w błocie i kur szukających w obiadowych resztkach czegoś do wydziobania. Początkowo starał się dyskretnie przykładać kołnierzyk do nosa, by ograniczyć nieco uciążliwy zapach, ale dość szybko zrezygnował z tej delikatności i jednak sięgnął po chusteczkę, choć w głębi duszy czuł się z tym bardzo źle i nie na miejscu, jakby ratując własne powonienie, okazywał tym biednym ludziom pogardę.
Nie docenili zresztą jego wysiłków, co doskonale widział w spojrzeniach, jakie mu rzucano, oraz w fakcie, że dość szybko rozstał się z zegarkiem – bardziej pamiątkowym niż cennym, ale o tym złodziej oczywiście wiedzieć nie mógł i co najwyżej czekało go przykre rozczarowanie, gdy będzie próbował znaleźć kupca na bezwartościowy właściwie kawałek tandety.
Co jednak stanowiło miłe zaskoczenie, to fakt, że dom – czy też szopa nazywana domem – rodzeństwa Mols z zewnątrz prezentowała się znacznie lepiej niż na zewnątrz, choć i tam Konstanty dostrzegł świeże łaty na dachu i parę wzmocnień poczynionych ręką może nie zbyt subtelną, ale jednak wyraźnie znającą się na rzeczy, w czym dopatrywał się obecności tego poczciwca Olafa. Aż coś go ścisnęło w dołku na wspomnienie o imigrancie. Podejrzewał, że po cichu mężczyzna liczy jednak na ślub i przedłużenie zgody na pobyt, bo dla niego – w przeciwieństwie do Hieronimy – z pewnością oznaczałoby to poprawę bytu. Trudno byłoby jednak lekceważyć argumenty panny Mols i młody wynalazca doprawdy nie potrafił zdecydować, któremu z nich należy współczuć bardziej, choć niezależnie od decyzji miał zamiar postępować jak na prawdziwego naukowca przystało, czyli po prostu dążyć do rozwoju swej dziedziny, nawet jeśli miałoby to oznaczać skonstruowanie mechanicznego ochroniarza dla obłąkanego chłopca. Zresztą taki był jego cel – czynić dobro, a pomijając wszelkie okoliczności towarzyszące uznać należało, że obrona niewinnego chorego przed prześladowcami jest właśnie dobrem.
Izba z paleniskiem i długim stołem wyszorowanym aż do szarego koloru w pewnym stopniu zdradzały, że przed śmiercią rodziców rodzeństwo Mols żyło w znacznie lepszych niż obecne warunkach. Zdecydowanie utrzymywano tu porządek, Konstanty nie dostrzegł robactwa ani nie wyczuł szczególnie przykrych zapachów – może poza gotowaną kapustą i potem. W każdym razie czuło się, że gospodarzący tu ludzie wiedzą, czym jest ład i czystość, co stanowiło niemały kontrast dla tego, co wynalazca zostawił za progiem.
– Niestety nie mogę pana niczym wykwintnym poczęstować, rozumie pan – oświadczyła Hieronima – a przynajmniej niczym, co mogłoby konkurować ze smakołykami z dworu, ale jeśli jest pan głodny, w garze dochodzi kasza z kapustą i mogę podać porcję.
Konstanty był jak najbardziej przyzwyczajony do prostego jedzenia, bo i gosposia w ich domu niejednokrotnie gotowała ziemniaki na dziesięć sposobów, ale ponieważ nie odczuwał głodu – zapewne przez niedawną walkę z odorem Wyłogu – podziękował grzecznie. Bardzo starał się też nie rozglądać, ale jednak wzrok uciekał mu raz po raz w kąt, gdzie na niskim zydlu siedział rudy chłopiec i z zapałem zawiązywał supły na kawałku sznurka tylko po to, by za chwilę je rozwiązać. Minę miał przy tym tak skupioną jak uczeń nad trudnymi zadaniami z algebry.
– Ach, to mój brat właśnie – machnęła ręką Hieronima, w drugą łapiąc kopyść. Podeszła do garnka i zamieszała w nim dziarsko. – Proszę mu wybaczyć, że się nie wita. Nie za bardzo reaguje na ludzi, właściwie odzywa się tylko do mnie i do Olafa. Skoro tu jest, to pewnie sam Olaf też, bo nigdy nie rozstają się na zbyt długo. Rozumie pan. – Uderzyła kopyścią o krawędź garnka, strząsając z niej pasma kapusty. Zapachniało intensywniej i bardziej kwaśno. – Względy bezpieczeństwa. Nigdy nie wiadomo, kiedy chuligani znowu się pojawią.
Konstanty po prostu przytaknął i zajął jeden ze stołków, dopiero poniewczasie uświadamiając sobie, że uczynił to bez zgody gospodyni. Gdyby była tu panna Caroll, już miałby jej szponiasty palec wbity dyskretnie w nerkę z reprymendą, ale – szczęście czy nie – nie było jej tu i nawet nie wiedziała o całej wyprawie.
– Olaf nauczył go tych węzłów – mówiła tymczasem dalej panna Mols. – Centy szybko się uczy. Wystarczy, że coś go zainteresuje i jakby przestawał myśleć o wszystkim innym. Będzie obserwował, a potem powtarzał, aż nie opanuje czegoś w stopniu mistrzowskim. Wie pan, on nigdy się nie bawił. Nie tak naprawdę, wszystko zawsze było bardzo poważne. I dobrze, przynajmniej ma zajęcie. Jak nie ma zajęcia, kiwa się i zaczyna wyć jak opętany. To dlatego ludzie się go boją. Nigdy nikogo nie skrzywdził, wręcz przeciwnie. Jest zwykle przerażony, gdy musi spotkać obcych sobie ludzi albo chociaż wyjść na zewnątrz. To najłagodniejsza istota, jaką znam. Ale wie pan, jak to jest. – Westchnęła. – Ludzie gadają. Za każdym razem, jak dzieje się tu coś większego niż zwykle pobicie, boję się, że w końcu przyjdą i go zabiorą siłą. Może już by zabrali, gdyby nie Olaf.
Jak wywołany zaklęciem, mężczyzna staną w drzwiach. Choć to nie było precyzyjne określenie, bo musiał chylić się mocno i iść bokiem, by przecisnąć się przez otwór. Konstanty całkiem mimowolnie przełknął ślinę na ten widok i pomyślał, że nie ma absolutnie niczego dziwnego w fakcie, że szumowiny Wyłogu drżą przed tym olbrzymem – łysym, ale ze zrośniętymi brwiami, barczystym jak niedźwiedź i w butach, w których zmieściłoby się znacznie więcej niż obie stopy młodego konstruktora. Wielkolud spojrzał na niego groźnie, marszcząc czoło.
– A to co? – zapytał hardo.
– "Kto", Olafie – poprawiła Hieronima. – Mówiłam ci. "Co" do rzeczy, "kto" do ludzi. I nie musisz się obawiać, to przyjaciel.
– Bardzo mi miło. – Mimo miękkich kolan, chłopak zdołał wstać i wyciągnąć rękę w przyjaznym, uprzejmym powitaniu. – Konstanty Blum, wynalazca. Jestem gościem w dworku nieopodal, poznałem pannę Mols i zwróciła się do mnie o pomoc w pewnej sprawie, którą właśnie mieliśmy zamiar przedyskutować.
Oczy olbrzyma zmrużyły się i trudno byłoby zaiste uznać spojrzenie, jakim zmierzył intruza, za przyjazne.
– Mhm – odparł.
– On tylko tak wygląda – zapewniła gospodyni, ale Konstanty nie mógł z całą szczerością uznać, że uwierzył w te zapewnienia. – Zaraz podaję do stołu – zwróciła się do mężczyzny. – Siadaj.
Nim Olaf wykonał polecenie, udał się do kąta, który zajmował młodszy z Molsów. Chłopiec już od momentu, w którym usłyszał znajomy głos, siedział czujny, przerwawszy skrupulatne plątanie węzłów. Czujność ta nie miała w sobie jednak strachu czy choćby zaniepokojenia, a jedynie coś na kształt radosnego oczekiwania. I rzeczywiście – po chwili Konstanty stał się świadkiem powitania, jakie nieczęsto widywał pewnie i między braćmi. Za jego plecami Hieronima jedynie westchnęła ciężko.

*

Panna Caroll wyczuła oczywiście od młodego krewniaka odór biedoty i gotowanej kapusty, czego nie omieszkała wyrazić głośno i dobitnie, dorzucając przy tym parę słów o biednej Romualdzie, którą najwyraźniej nie tylko mąż nicpoń zamierzał wpędzić do grobu, bo jedyny syn zaczynał mu dorównywać swoimi wybrykami. Konstanty nie wdawał się w dyskusję, a jedynie stał grzecznie, jakby miał dziesięć lat, i czekał, aż jego ciotka wypieni się do samego końca, choć nie łudził się też, że nastąpi to szybko. Nie był to jednakowoż czas stracony, jako że w myślach młody wynalazca nieustannie obracał zębatki, szukając odpowiednich rozwiązań dla mechanicznego obrońcy.
Wrażenia dnia nadal kotłowały się w jego umyśle, a to, co zobaczył, zamiast ostatecznie rozwiać wątpliwości, na co pewnie liczyła panna Mols, jedynie je spotęgowało, czy też raczej skierowało na nowe tory. Bo może prawdą było, że między nią a Olafem nigdy nie mogło być miłości, a zwykła sympatia mogła niebawem przerodzić się w czystą nienawiść. I pewnie prawdą było także, że związek taki zamknąłby jej drogę do społecznego awansu i odzyskania utraconego statusu społecznego. Ale jednak Konstanty nakładał na to wszystko rozświetlone nagle oblicze Innocentego, gdy olbrzym znalazł się w pobliżu, niesłyszany wcześniej śmiech i nawet – o dziwo – parę wypowiedzianych pojedynczych słów. Choć sensu tych ani on, ani nawet Hieronima nie byli w stanie odgadnąć, zdawało się, że Olaf rozumie doskonale, co podopieczny próbuje mu przekazać. Całkiem możliwe, że biedak nie spotka do końca życia drugiej takiej osoby, z którą zdoła nawiązać podobny kontakt, a już na pewno nie można by na to liczyć w przypadku mechanicznego obrońcy.
Wysłuchawszy reprymendy i zjadłszy kolację, Konstanty udał się do swego łóżka, gdzie długie godziny jeszcze obracał się w bezsenności. Ranek nie przyniósł znaczących rozstrzygnięć, za to miały one nadejść wraz z rankiem trzy dni później.
Wtedy to młody konstruktor – jak co dzień – udał się na tyły parku, by tam oddać się swojej pasji. Zdziwiło go nieco, że panna Mols nie czeka jak zawsze pod wiśniami, ale pomyślał, że jako gospodyni, mogła zostać zatrzymana przez jakieś codzienne sprawy. Niepokoić zaczął się godzinę później, jednakże pod dwóch zobaczył znajomą sylwetkę zmierzającą w stronę dziury w ogrodzeniu. Czy raczej – dwie sylwetki tym razem, a wnioskując z całkiem ludzkich rozmiarów towarzystwa, dziewczyna prowadziła do pałacowego parku swojego nieszczęsnego brata. Wystarczyło, by zbliżyli się na odległość rzutu kamieniem i Konstanty już wiedział, że stało się coś złego – doprawdy, nie trzeba było posiadać do tego znaczących talentów dedukcyjnych.
– Wybacz, że przyprowadziłam go ze sobą – wydukała Hieronima dziwnie jak na siebie niepewnie. – Nie miałam go z kim zostawić.
Nie sprawiała wrażenia szczególnie skorej do konwersacji, więc wynalazca postanowił, że na razie nie będzie drążył tematu, choć złe przeczucie toczyło go jak robak jabłko. Humor nieco poprawiło mu, gdy zauważył, że Innocenty z zainteresowaniem przygląda się jego pracy. Nie sądził, by zdołał nawiązać z chłopakiem szczególną nić porozumienia, a nie chciał go wystraszyć, więc nie wykonał żadnego niepotrzebnego gestu, ale kątem oka obserwował skupioną minę obłąkanego i jego lekko zmarszczone brwi. Wziąwszy pod uwagę, że gdy panna Mols prowadziła go pod wiśnie, słaniał się na nogach i wył jak zwierzę, stanowiło to chyba bardzo dobry objaw, który w końcu zauważyła także dziewczyna. To ona podprowadziła brata nieco bliżej, by mógł dokładniej obejrzeć mechanizmy po tym, jak Konstanty wyraził na to niemą zgodę.
Pod koniec dnia sam nieśmiało brał elementy do rąk i przykładał do siebie, jakby wyobrażał sobie ich działanie w skończonym mechanizmie.
– Widział pan, że nie mam wiele – odezwała cię cicho Hieronima, gdy zajął się badaniem działania sprężyny, którą widział najprawdopodobniej po raz pierwszy w życiu. – Ale oddam panu wszystko, co tylko będzie pan chciał, tylko proszę jak najszybciej skończyć ten mechanizm.
– Ma panna jakieś kłopoty z tym... – zaczął niepewnie wynalazca, ale że nie wiedział, jakiego słowa użyć, jedynie zawiesił głos.
Spodziewał się wielu możliwych odpowiedzi, ale nie tego, że dziewczyna na moment ukryje twarz w dłoniach i zapłacze, czego jednak najwyraźniej szybko zaczęła się wstydzić. Lub też może raczej – Konstanty nie mógł się zdecydować – zależało jej na tym, by Innocenty nie zobaczył smutku u siostry.
– Pobili go – wykrztusiła w końcu. – Zasadzili się na niego całą bandą, wzięli z zaskoczenia i pobili. Połamali mu ręce, nie może pracować, więc stracił prawo do przebywania po tej stronie i jeśli go u mnie znajdą, a w końcu znajdą... Ale nie mogłam go tak zostawić po tym wszystkim, co dla nas zrobił. Ma gorączkę, ledwie stoi na nogach, nie dałby sobie rady, gdyby go teraz deportowali... Wcale nie jest magiczny, jest tylko duży i silny.

*

Wyprawa na cmentarz z pewnością nie należała do wymarzonych spacerów panny Mols, ale zacisnęła zęby i trzy razy powtórzyła sobie, że wcale się nie boi, aż zaczęła w to wierzyć. Zresztą Konstanty przecież robił to wielokrotnie i nic mu się nie przytrafiło. Zarzekał się na honor gentlemana, że najgorsze, co go spotkało, to dwa ujrzenia zjawy, co, jak mówił, nie należało do doświadczeń przyjemnych, ale z pewnością usuwalnych za pomocą filiżanki gorącej herbaty, a tę mógł w razie czego zaoferować. Zestaw do pozyskiwania ektoplazmy pobrzękiwał cicho w jego plecaku. Inna sprawa, że młodzieniec mógł sobie znać inne cmentarze, ale nie znał tego na Wyłogu, a ten na Wyłogu miał tę szczególną właściwość, że roił się do grobów zbirów i typów spod ciemnej gwiazdy. Pochowano tu nawet paru wisielców i myśl o nich z jakiegoś powodu napawała pannę Mols szczególną obawą. Słyszała opowieści o tym, że kiedy wstają z grobu – czy to w wyniku złego układu gwiazd, czy też nieodpowiedzialnych zaklęć rzucanych przez nekromantów – ciągną za sobą sznury i zarzucają pętle na szyje niewinnych ludzi, a potem duszą ich i wciągają do grobów, gdzie zjadają niekiedy jeszcze żywcem.
– Dobrze, ten grób wygląda na stosunkowo nienaruszony – zawyrokował wreszcie Konstanty, stając nad jedną z mogił. Dość świeżą, jak się wydawało. – Pokażę pannie, jak umieścić sączek, a potem pójdę szukać innego miejsca. Jeśli machina ma działać w sposób, jaki zaplanowałem, będziemy potrzebowali sporo materiału i nie sądzę, byśmy cały mieli zebrać dzisiaj, ale przynajmniej możemy spróbować.
Hieronima zgodziła się w milczeniu i obserwowała, jak wynalazca rozmieszcza aparaturę, starając się zapamiętać jak najwięcej. Wiedziała też bowiem, że będzie musiała kiedyś robić to sama. Została uczciwie uprzedzona, że ektoplazma to paliwo wydajne, ale zużywające się w końcu jak wszystko i po jakimś czasie trzeba będzie uzupełnić zbiorniki w metalowym stworze, który coraz bardziej przypominał kanciastą ośmiornicę i coraz częściej wydawał z siebie przerażające dźwięki. Całkiem możliwe było, że już to wystarczy, aby żaden z tych zbirów nie śmiał zbliżyć się do Centa, ale Hieronima nie zamierzała ryzykować, a poza tym na przestrzeni lat naprawdę nabrała ochoty, by zobaczyć, jak przynajmniej jeden czy dwóch łobuzów jest przerabianych na wykałaczki.
O tym właśnie próbowała myśleć, gdy Konstanty oddalił się nieco w poszukaniu innego bogatego w ektoplazmę grobu.
Jedna wyprawa jednak nie wystarczyła – dwie także okazały się za małym wysiłkiem, choć zbiornik na paliwo został wypełniony niemal w czterech piątych. Mechaniczny potwór potrzebował jednak jeszcze trochę mocy, więc panna Mols i Konstanty zdecydowali się na trzecią wyprawę. Podobnie jak podczas poprzednich, Innocenty miał pozostać ukryty na terenie pałacowego parku, w namiocie z natłuszczonego płótna, pod którym kryła się mechaniczna ośmiornica. Oczywiście trudno było w jego wypadku wnioskować cokolwiek z całą pewnością, ale nie wydawał się tym faktem szczególnie rozczarowany, zwłaszcza że tak jak i poprzednio, wynalazca zostawił mu kilka swoich nieudanych projektów – w tym nieszczęsne ramię do zbierania wiśni – aby mógł je porozkręcać na pojedyncze śrubki.
Tym razem jednak szczęście postanowiło zawędrować w inne rejony świata i cmentarną ciszę zakłócaną jedynie cichym bulgotem alembików przerwał ostry wizg milicyjnego gwizdka.
– W nogi! – zakomenderował Konstany i sam, nie czekając, postanowił salwować się ucieczką, w pośpiechu łapiąc jedynie płócienną torbę z nierozpakowaną częścią aparatury.
Niewiele mu to jednak dało i Hieronima widziała, jak ledwie wpadłszy w alejkę, wpada także prosto w ręce funkcjonariuszy, którzy nie obeszli się z nim jak z gentlemanem i powalili na ścieżkę, tłukąc pałkami. Zaczęła wrzeszczeć i szarpać, sama czując mocny uścisk na ramionach, ale niewiele mogło jej to dać.
– A więc to prawda – usłyszała w ciemnościach rozświetlonych jedynie zielonkawym, mdłym blaskiem sączącej się z grobu ektoplazmy. – Rude są czarownicami i zaprzedają duszę diabłu.

*

O wydarzeniach, jakie rozegrały się później, mówiono jeszcze przez wiele tygodni. Podobno cztery dni po tym, jak złapano nękającą od jakiegoś czasu miejscowe mogiły hienę cmentarną i okazało się, że panna Mols w istocie – jak na to wskazywał kolor jej włosów – para się magią, a nawet gorzej, bo magią nekomancką, użyła ona swych zakazanych mocy i przyzwała z podziemi przedziwnego stwora przypominającego metalową ośmiornicę, który wyjąc i grzechocząc napadł na areszt i rozebrał go na części pierwsze, strażników zmuszając do panicznej ucieczki. Prócz uratowania z opresji swej przeklętej stworzycieli, porwał też jej wspólnika – niepozornego chłopca, o którym szeptano, że ma coś wspólnego z Tycjaną Caroll i że będzie z tego jeszcze porządna towarzyska afera, jakiej od dawna tu nie widziano.
Trzecie mechaniczne ramię miało obejmować mężczyznę, którego nieco ponad pół roku wcześniej najęto do budowy nowych budynków portowych. Mówiono, że był to w sumie doby człowiek i uczciwy pracownik, chociaż z Drugiej Sfery, a potem wydarzył mu się ten nieszczęsny wypadek i jakoś wszyscy o nim zapomnieli, aż do dnia ataku na posterunek policji.
A potem przedziwny mechaniczny stwór znikną w oddali i mówiło się, że zawędrował aż nad granicę z Drugą Sferą albo i dalej, gdzie zapewne – wśród wyziewów magicznych fabryk – było jego miejsce.
Wrócił dwa dni później i na Wyłóg padł cień strachu, kiedy tropił miejscowych chuliganów, a każdego z nich zostawiał z połamanymi rękoma.
Nikt nie zwrócił uwagi na kulawego pijaka, który zarzekał się, że stanąwszy z mechaniczną ośmiornicą niejako twarzą w twarz, dostrzegł w jej korpusie szybkę, a za szybką twarz obłąkanego Innocentego Molsa.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 108
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Ag. » 09 marca 2018, 17:50

Bardzo mi się podoba, jak napisany jest ten tekst – lekko i sprawnie, trochę z humorem, choć cały czas w tle czai się niezwykle skomplikowany świat, w którym jest i nauka, i magia, i tajemnicza Druga Sfera, i skomplikowane stosunki społeczne. Mimo że specjalnie tego tła nie wyjaśniasz i się na nim nie skupiasz, to i tak wszystko jest zrozumiałe i wiadomo, jak świat przedstawiony działa. Także gratuluję tej lekkości.

Z treści również mi się ten tekst podoba, ma dobry miks słodkiego i gorzkiego, bez przesady w żadną stronę. Bohaterowie są dobrze zarysowani, każdy doczekał się wystarczającej charakteryzacji, historia zaś trzyma się kupy. I świetne jest to wymieszanie bardzo życiowych i poważnych wątków (przemoc wobec innego – chorego, imigranta, małżeństwo z rozsądku) z trochę lżejszymi klimatami (nieporadne eksperymenty głównego bohatera, jego naiwność, ale w sumie dobre intencje, napuszczenie wyższych sfer).

Łapanka dziś trochę po łebkach, bo się rozchorowałam i mi gluty odbierają zdolność widzenia wszystkich błędów:
usłyszała nawoływania wysokiego, ale zdecydowanie męskiego głosu należącego w sposób niemożliwy do ukrycia do osobnika, który ledwie niedawno wymienił portki do połowy łydki na ubiór odpowiedni dla gentlemana.
Strasznie karkołomne momentami te zdania budujesz.
Tego wieczoru był to imić Fryderyk Staff, właściciel jednakowość dość krzykliwej czerwonej muchy
Nie jestem pewna, czy to są poprawnie napisane słowa czy chodziło może o „imć” i „jednakowoż”?
jaki rodzaj wieści ciekawi trzy mieszkanki dworu, jaki objadał właśnie z wybornej pieczeni na zimno.
które objadał
dawką narkotyku praz solennymi przeprosinami
Oraz.
Odchrząkną w pięść raz
odrzchąknął
wyszło z jego ust jednak.
Trochę mistrz yoda. ;)
wykadzonymi z cmentarzy
Wykradzionymi.
z zewnątrz prezentowała się znacznie lepiej niż na zewnątrz
Za dużo zewnętrz.
zamknąłby jej drogę do społecznego awansu i odzyskania utraconego statusu społecznego.
Powtórzenie plus trochę masło maślane.
jednakże pod dwóch
Po.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Kruffachi » 09 marca 2018, 18:00

Dziękuję ślicznie :D Cieszę się, że ten balans jest, bo to jeden z moich celów, żeby on po prostu się w moich tekstach pojawiał, i żeby były dość lekkie, ale jednak nie tak całkiem lekkomyślne - o. Do tego próbuję dążyć.

Za ilość błędów wypada mi przeprosić, nie sądziłam, że jest ich AŻ tyle :bag:

*dyg*
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Siemomysła » 18 kwietnia 2018, 12:30

<3
To piękne opowiadanie. Ciut dowcipne, ale poważne i przypomina mi Łosia :) Tylko kończy się lepiej ^^
Jedyna rzecz - nie pogardziłabym dłuższą końcówką i już chyba wiem, co czują moi czytelnicy. Moje napięcie szczytowało, gdy ścięłaś się opowieścią z offu, czyli ostatnim fragmentem po gwiazdkach.
To nie zmienia faktu, że bardzo lubię :D
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1785
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Kruffachi » 18 kwietnia 2018, 17:28

Pięknie dziękuję :) Końcówka się urywa też trochę dlatego, że to był instant i po prostu brakło czasu na dopracowanie ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Mechaniczna ośmiornica kontratakuje

Post autor: Siemomysła » 18 kwietnia 2018, 17:41

Tak, moja myśl poszła wprost do Instanta, ale ale ale warto! więcej no.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ