Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

W trzewiach giganta

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

W trzewiach giganta

Post autor: Ag. » 16 sierpnia 2017, 00:04

Po jakimś roku milczenia... :bag:

Słowem wyjaśnienia – tekst ten chciałam zmieścić w 40k znaków. Nie dlatego, że był na jakiś konkurs, tylko dlatego, że to popularny limit i chciałam poćwiczyć pisanie w limicie. Dlatego najpierw napisałam jakieś 43k, a potem cięłam, co pewnie nie wyszło mu na zdrowie...

Oczywiście mogłabym dopisać coś tu i tam, ale jak znam siebie do znów wyszłaby mi powieść w trzech tomach, której nigdy nie skończę... A bardzo chciałam coś skończyć. Opowiedzieć kawałek historii bez zagłębiania się przesadnie w szczegóły. Jest więc jak jest. Zresztą, przeczytacie i ocenicie, co ja wam będę bajdurzyć. :bag:

W trzewiach giganta Jedyne, co słyszała, to własny oddech – sapanie wycieńczonego zwierzęcia – i oszalałe bicie serca. Powinna paść paręset metrów temu, była wykończona; ale determinacja, by umknąć pościgowi, pchała ją naprzód. Nie uciekała po raz pierwszy. I na pewno nie ostatni. * Ze zrujnowanego budynku dochodziły śmiechy i przekleństwa. Na placu przed nim, na popękanym asfalcie, ktoś kręcił bączki na motorze, marnując cenne paliwo. Zachodzące słońce i ogień buchający z koksowników sprawiały, że wszystko zdawało się drżeć.
Felek zostawił rower w skrytce dwie ulice dalej, żeby znowu się z niego nie śmiali. Dowcipy o pedałowaniu od początku nie były szczególnie śmieszne, a teraz już tylko irytowały. Nie miał ochoty na konfrontację, ale musiał minąć beztroską grupkę, żeby dostać się do mieszkania. Czasem marzył, by już nigdy tu nie wracać, ale poczucie obowiązku zawsze wygrywało.
– A co to za paniusia nas dziś odwiedziła? – ryknął jeden z mężczyzn, robiąc przytyk do długich włosów Felka. Chłopak od razu spuścił głowę i przyspieszył kroku. – A nie, to tylko Felek! Gdzie byłeś? Kwiatki zrywałeś? Wianuszki plotłeś? – zarechotał, zadowolony z dowcipu.
Felek z ulgą dotarł do klatki schodowej. Wbiegał po dwa stopnie naraz, mijając zabazgrane graffiti ściany. W okolicach szóstego piętra zmęczył się i zwolnił – musiał dotrzeć na samą górę, na dziesiąte piętro. Gdy wszedł do mieszkania, zobaczył siedzącą w kuchni Olgę. Była rozczochrana, rozleniwiona, z oczami wciąż błyszczącymi po dopiero co odbytym stosunku.
– Masz fajka? – zagadała, uśmiechając się na przywitanie.
Wyciągnął w jej stronę paczkę. Sam nie lubił palić, ale czepiano by się go, gdyby to powiedział. Dla świętego spokoju czasem zapalał, czasem tylko udawał, głównie zaś pozwalał, by inni sępili fajki od niego, co zjednywało mu minimum sympatii. Tak jak w tej chwili.
Przeszedł przez salon na niewielki balkon, gdzie Leszek opierał się w zamyśleniu o barierkę. Felek niechętnie stanął w drzwiach, nie chcąc spoglądać w dół.
– Bracie, gdzieś ty był? Miałem już wysyłać chłopaków, żeby cię odszukali.
– W okolicy. Rozglądałem się.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądali na spokrewnionych. Jeden był niski, ale barczysty, a drugi – wysoki i szczupły. Leszek golił się na łyso i miał niebieskie oczy pod delikatnie zarysowanymi brwiami, Felkowi jasnobrązowe włosy opadały na ramiona, oczy miał piwne, a brwi krzaczaste. Gdy się jednak przyjrzeć bliżej, wyłaziły na wierzch podobieństwa. Obaj mieli silnie zarysowane kości policzkowe i krótkie, brzydkie paznokcie. Mieliby identyczne nosy, gdyby celnie wymierzona pięść nie zostawiła kiedyś swojego śladu na tym należącym do Leszka. I obaj byli tak samo uparci.
– Chcesz iść na patrol? Powiem chłopakom, żeby cię zabrali.
– Oni mnie nie chcą. I nie potrzebują. Jedyne co robią, to chodzą po tych samych, dawno ograbionych sklepach i zrywają resztki szmat z manekinów. Na co liczą, że w nocy magiczny dostawczak przywiózł świeże mięso na schabowe?
– Znowu ci się coś nie podoba? – zaatakował od razu Leszek. Nie pierwszy raz słyszał narzekania z ust brata.
– W tej chwili jakiś idiota na dole bawi się motorem. Mógłby pojechać ekspresówką, rozejrzeć się. Ci ludzie wiedzą tylko jak marnować czas i zasoby. Trzeba ich nauczyć w końcu dyscypliny. I przygotować porządną wyprawę. Może się stąd w ogóle wynieść. Powoli kończy nam się jedzenie i…
Leszek fuknął ze złością, ale nie odpowiedział. Nie lubił, gdy brat go pouczał. Uderzało to w jego autorytet i zdolności przywódcze. Podświadomie zdawał sobie jednak sprawę, że Felek miał rację.
– Chodź, obetniemy cię, co? Wyglądasz jak jakiś, kurwa, pedzio. Chłopaki cię nie szanują przez to.
Felek zamknął na chwilę oczy. Nie mógł sobie pozwolić na wybuch. To nie było teraz istotne, ale był tak bardzo zmęczony bezproduktywnymi dyskusjami z bratem. Zawsze, gdy próbował poruszyć ważny temat, coś zorganizować, omówić, Leszek zbywał go głupimi komentarzami. Musiał je zignorować.
– Nie możemy dalej żyć tak jak teraz. Musimy albo znaleźć nowe miejsce…
– Tu jest nasz dom – oświadczył twardo Leszek. Dlatego właśnie wybrał mieszkanie na dziesiątym piętrze. Czuł się w nim jak król na włościach, spoglądający z góry na swych poddanych i wszystkie ziemie.
– Spójrz na swój dom. Przyjrzyj mu się uważnie! – sfrustrowany Felek wskazał na miasto tonące w ostatnich promieniach słońca i widoczny w oddali czarny kontur wielkiej dłoni sterczącej między przekrzywionymi wieżowcami.
Przed nimi rozciągał się obraz świata zrujnowanego przez gigantów i wojnę. Gruboskórne stopy potworów zmiażdżyły bloki i ludzi, jakby stąpały po robakach. Bomby, które miały je powstrzymać, wyrwały głębokie leje w tkance miasta. Ściany zostały po równo przyozdobione dziurami po pociskach i plamami krwi. Mury, które nie padły w trakcie walki, poddawały się teraz, gryzione przez zęby czasu oraz natury. Mężczyźni spoglądali na obraz nędzy i rozpaczy, miasto opustoszałe, zniszczone. Tak jak cały świat, bo choć ludzkość wygrała, została zbyt mocno przetrzebiona, by przywrócić porządek.
– To są ruiny – wysyczał przez zęby. – Co nie zostało zniszczone w trakcie wojny, zostało już dawno przez nas splądrowane. Chcesz tu zostać? Proszę bardzo. Ale w takim razie musimy zadbać o jedzenie. Nie możemy żyć tylko starymi, znaleźnymi puszkami z fasolą. Potrzebujemy zwierząt, krów, kur. Zaczyna się właśnie wiosna, moglibyśmy uprawiać ziemię, mieć warzywa. Nawet w mieście rosną drzewa owocowe, powinniśmy z nich zbierać, a nie pozwalać, by wszystko wyżarły ptaki.
– Ocipiałeś? Chcesz, żeby moi ludzie grzebali w ziemi jak jakieś wsiuny?
– Twoi ludzie mogą grzebać w ziemi albo zdechnąć z głodu.
– Felek, bracie, czego ty chcesz? – Leszek wepchnął go do pokoju. – Mięsa chcesz? Mamy mięso. Królika chcesz? Seba upolował.
Felek skrzywił się. Czemu brat mu to robił? Czy naprawdę był taki głupi? Niczego nie rozumiał?
– A moglibyśmy hodować króliki i wtedy nie musielibyśmy ich łapać.
Miał dość. Spojrzał na Olgę, rysującą nieregularne wzory palcem po blacie. Naprawdę chciał pomóc tym ludziom, ale nie wiedział jak. Nie potrafił przemówić do własnego brata, ale nie potrafiłby też działać za jego plecami, obrócić jego ludzi przeciwko niemu. Zresztą, nawet gdyby spróbował, brakowało mu posłuchu. Przygnębiony, zamknął się w swoim pokoju.
– W zeszłym roku Felek przyniósł mi truskawki – powiedziała nieśmiało Olga, zerkając na kochanka.
– Skąd?
– Mówił, że rosły w lesie. Dobre były. Zjadłabym truskawek – przyznała, przytulając się do Leszka.
Mężczyzna westchnął ciężko.
* Parę dni później Leszek skrzyknął ludzi, wsadził Felka do jednego z trzech samochodów i rozkazał zrobić to, czego wszyscy do tej pory unikali – przejechać na drugą stronę miasta. Granicę Leszkowego królestwa wyznaczała widoczna w oddali dłoń, fragment wielkiego cielska powalonego wzdłuż głównej arterii. Jego ludzie nigdy się tam nie zapuszczali, wciąż zdjęci grozą na widok giganta, jakby ten mógł ożyć, wyczuwając ich obecność.
Leszek zdusił wszelkie protesty w zalążku, przypominając brutalnie, kto tu był szefem. Jednocześnie tak wyznaczył trasę, by nie zbliżali się przesadnie do giganta. Wjechali do centrum, potem jednak odbili w stronę dzielnic ościennych, by nie wjechać w cień trupa. Uczestnicy wyprawy czujnie obserwowali częściowo przysypaną gruzami czaszkę, wybrzuszenie ramienia widoczne między blokami, a w końcu – znajomą dłoń. Wielkie palce wbijały paznokcie w okna wieżowca, który jakimś cudem nie runął pod ciężarem. Gdy ją mijali, wszelkie rozmowy ustały, a kierowcy przyspieszyli. Felka irytowała przesadna ostrożność. Widząc niedaleko opuszczone ogródki działkowe, nie wytrzymał.
– Leszek, powinniśmy się tu rozejrzeć. Pomyśl, ile przydatnych rzeczy możemy znaleźć. Narzędzia, nasiona – wiedział, o czym mówił. Sam był tu parę razy.
– To za blisko giganta.
– Oszalałeś? Wiesz, że mam rację. Nie bądź tchórzem.
Prowadzący samochód Tymo i siedzący obok niego Seba obejrzeli się na szefa. Leszek wiedział, co musi zrobić, choć gdy rozmawiali tylko we dwoje, nie zwykł fizycznie atakować brata. Strzelił go otwartą dłonią w potylicę, a następnie chwycił ramieniem za szyję, unieruchamiając w uścisku.
– Kocham cię, bracie, ale nie będziesz mnie wyzywał. Będziesz mi okazywał szacunek, rozumiesz?
Felek jęknął tylko. Uwolniony, zamilkł i zaczął ponuro oglądać widok za oknem. Tymczasem samochody przedarły się na drugą stronę miasta. Niektórzy zasugerowali, by się tu zatrzymać – widziane po raz pierwszy ulice rozbudziły nadzieję na nowe zdobycze. Leszek kazał jechać dalej. Miał dokładnie sprecyzowany plan, co chce przywieźć do domu. Gdy wyjechali z miasta, spojrzał na brata, licząc, że ten już się domyślał i pochwali jego starania.
Jednak Felek, widząc pola, odpłynął w marzenia – jakby cudownie było wykorzystać tę ziemię, uprawiać pszenicę, ziemniaki, wszystko jak przed wojną… Nagle zdał sobie sprawę, że ziemia wcale nie wyglądała na leżącą odłogiem. Z jednej strony ucieszyły go wyraźne ślady ludzkiej ręki, a z drugiej – naszły złe przeczucia.
Gdy wyjechali zza zakrętu, zobaczył na pastwisku wzdłuż drogi krowy. Spokojnie przeżuwały trawę, bez zainteresowania spoglądając na mijające samochody. Leszek nakazał postój. Z uśmiechem na ustach spojrzał na brata.
– To jest to, o co ci chodziło? – zapytał triumfalnie.
Felek nie odpowiedział. Teraz już rozumiał, po co im była potrzebna półciężarówka, choć dalej nie był przekonany, jak zmuszą krowy do wejścia na pakę. Bardziej martwiło go jednak co innego – zwierzęta były oznaczone i zadbane. Należały do kogoś. Nie łudził się, że Leszek spróbuje je odkupić za uczciwą cenę. Spojrzał w kierunku widocznych w oddali zabudowań. Miał tylko nadzieję, że ktokolwiek tam mieszka, przytomnie się ukryje, zamiast próbować ratować swój dobytek.
– Ej, Felek, złap ją za cycka. Mleka bym się napił! – zaśmiał się Tymo, ale chłopak go zignorował.
Tymczasem krowa, zaniepokojona nagłą uwagą tak licznej grupy, zaczęła muczeć nerwowo. Felek, nieprzywykły do tak dużych zwierząt, odsunął się parę kroków. Podobną przezornością nie wykazał się jeden z jego towarzyszy, który chyba dla dowcipu zaczął łapać krowę za boki i próbował na nią wskoczyć. Spanikowana krasula najpierw zrzuciła z siebie mężczyznę, a następnie machnęła tylną nogą, trafiając go prosto w pierś.
Mężczyzna upadł na ziemię bez krzyku, gdy powietrze zostało gwałtownie wyciśnięte z jego płuc. Tymo natychmiast wyciągnął broń i wycelował w biało-czarne zwierzę.
– Ty jebana suko! – wykrzyknął, jakby krowa mogła go zrozumieć. Wystrzelił, trafiając prosto w szyję. – Przerobię cię na kotlety!
Krew chlusnęła na trawę, opryskując też buty najbliżej stojących. Parę osób się roześmiało, zwłaszcza zaś triumfalnie zawył Tymo, podniecony zadaną śmiercią. Leszek miał jednak skrzywione usta. Dopadł z pięściami do podwładnego.
– Ocipiałeś? Na chuj to zrobiłeś!
– No co? Przecież i tak ją zjemy – zaczął bronić się Tymo, który nie rozumiał, w czym problem, dopóki nie zobaczył wskazanych mu przez Leszka pozostałych, uciekających zwierząt.
– Hej, może skupcie się na nim! – zawołał Felek, klękając przy rannym mężczyźnie. – Musimy go zabrać z powrotem, bardzo możliwe, że ma złamane żebra. A jak przebiły płuco, to…
Jakby na potwierdzenie domysłów, mężczyzna zakasłał krwawą plwociną.
– Nie możesz mu jakoś pomóc? – zapytał Leszek.
– Ciekawe jak. Potrzebuje prawdziwego lekarza.
Leszek zacisnął szczęki. Zwykle ta fraza oznaczała, że nie będą mogli niczego zrobić – mieli człowieka, który zajmował się lżejszymi chorobami i urazami, ale nie prawdziwego lekarza. Splunął na krowę, zadowolony z tego, co ją spotkało.
– Dobra, Tymo, idioto, zabierz go do samochodu i wieź z powrotem. Wy – wskazał palcem dwie osoby – idziecie złapać resztę, tylko bez wygłupów. Żywe chcę te krówska, żeby mleko dawały, jasne?! – ryknął. – Reszta za mną, zobaczymy, co tu jeszcze mają.
Felek pobladł, widząc, jak grupa mężczyzn kieruje się ku gospodarstwu. Podbiegł jeszcze do brata, prosząc go, by nikogo nie krzywdził. Leszek kazał mu zostać z tyłu i sprawdzić szopę, skoro nie chciał brać udziału w akcji. Chłopak westchnął. Skierował się we wskazanym kierunku, zdeterminowany, że choćby nawet szopa była wypełniona po brzegi żywnością, niczego z niej nie zabierze.
Nie spodziewał się jednak wiele po zrujnowanym budynku z zapadniętym dachem. Wszedł do środka i natychmiast zamarł, zaskoczony. Oparta o ścianę spała dziewczyna. Jedną rękę miała owiniętą zakrwawionym opatrunkiem, drugą kurczowo trzymała plecak. Musiał ją ostrożnie obudzić i ostrzec.
Wiedział, że i tak ją wystraszy, więc przyłożył dłoń do jej ust. Już samo to ją otrzeźwiło. Felek nakazał ciszę, mając nadzieję, że nie będzie się z nim bardzo szarpać. Ona jednak najpierw ugryzła go w palec, a następnie złapała stare grabie i kopniakiem powaliła go na ziemię. Nim wbiła zardzewiałe kolce w przeciwnika, zdążył jeszcze krzyknąć:
– Idą tu! Musisz uciekać.
Dziewczyna zawahała się i nie zadała ciosu. Zamiast tego naparła grabiami na jego pierś – sama mogła w ten sposób trochę odpocząć, bo rana na ramieniu zaczynała jej doskwierać. Wyraźnie wystraszony chłopak nie wyglądał na jednego z tych, którzy ją gonili. Była przekonana, że im uciekła, inaczej nigdy nie zdecydowałaby się na sen. Nagle usłyszała kroki i pokrzykiwania na zewnątrz. Zaczęła nerwowo spoglądać na drzwi.
– Pomogę ci – zaoferował Felek, choć grabie niebezpiecznie wbijały się w jego pierś. – Musisz pobiec na północ. Lasem, aż do rzeki. Potem wzdłuż niej na północny zachód i przy kamieniu skręcisz na polanę… do ciała giganta.
Natychmiast się odsunęła. Felek złapał oddech ulgi. Patrzyła z mieszanymi uczuciami na obcego. Nie mogła mu zaufać. Ale z drugiej strony to, co powiedział, było tak szalone, że nie potrafiła zrozumieć, czemu to zrobił. Czy to miał być jakiś rodzaj pułapki? O co chodziło?
– Czemu miałabym iść do giganta? To dla ciebie jakieś żarty? – zapytała ostro.
– Nie. Tam nikt cię nie będzie szukał. Boją się, nie pójdą za tobą. W środku jest wszystko. Możesz się tam ukryć.
– W środku czego?
– Giganta.
Patrzyła na niego, gdy poprawiał włosy i przecierał twarz. Z emocji zapomniał o ugryzieniu i rozmazał sobie krew na policzku. Zaklął, słysząc, że ktoś nadchodzi.
– Kto tam?! Wychodzić! – ryknął ktoś na zewnątrz.
– To tylko ja. Niczego tu nie ma – skłamał Felek, stając w drzwiach.
– Kto cię tak załatwił?!
– Y… a nie, to… stare grabie. Wpadłem na nie.
Dziewczyna usłyszała głośny rechot.
– Co za cipa z ciebie, Felek.
Gdy odeszli kawałek, dziewczyna wyjrzała ostrożnie z szopy. Zobaczyła dwóch rosłych mężczyzn, typowych drabów, poszturchujących chłopaka, którego przed chwilą prawie zabiła. Zadrżała, gdy dobiegł ją od zabudowań wysoki pisk i dźwięki szarpaniny. Gdzieś w oddali ludzie ładowali coś do samochodów. Zbyt dobrze znała takie sytuacje – silniejsi atakowali słabszych, zabierając im cały dobytek, jedzenie, godność. Trzymała się od jednych i drugich z daleka. Widząc czystą drogę, ruszyła na północ.
* Miała czas do namysłu. Nikt nie zauważył, jak wymykała się z szopy, nikt jej nie gonił. Ruszyła na północ z myślą, że w każdej chwili może zmienić kierunek. Czuła jednak, że ciekawość zaczyna zwyciężać. Obracała w głowie słowa chłopaka na wszystkie strony, ale nie mogła dopatrzyć się podstępu. Gdyby próbował ją zwabić w pułapkę, powiedziałby cokolwiek innego – gigant dla nikogo nie był zachętą! Dlatego gdy dotarła do rzeki, zaczęła iść jej brzegiem.
Kierowało nią też zmęczenie. O ile będzie w stanie przełamać własny lęk, skrycie się w okolicy ciała giganta było genialnym pomysłem – nikt nie będzie jej tam nagabywał, będzie mogła po raz pierwszy od dłuższego czasu porządnie odpocząć, przestać nasłuchiwać kroków. Zranione ramię bolało tępo i marzyła o chwili wytchnienia. Nabierała coraz większej pewności, że żywi ludzie przerażali ją bardziej niż martwe giganty.
Martwiła się, że przegapi skałę, przy której powinna skręcić, ale wypatrzyła ją bez problemu – samotny, dwumetrowy kamień, lekko pochylony w stronę wody. Poczuła przypływ adrenaliny. Dotarcie tu zajęło jej dwa dni. Zaczęła stąpać ostrożnie. Im głębiej wchodziła w las, tym wyraźniejsza stawała się lekko mdława, słodka woń. W końcu dostrzegła powalone drzewa, a między nimi – pusty oczodół, większy od niej.
Martwe oko patrzyło na nią obojętnie. Gdzieś w oddali zagrzmiało. Zatrzęsła się. Nigdy jeszcze nie widziała giganta z tak bliska. Zastanawiała się jednak, czy gdyby go nie oczekiwała, to umiałaby go rozpoznać. Wielkie ciało nawet po latach zachowało kształt – widziała, gdzie leży czaszka, tak samo jak rozrzucone na boki ramiona. Ale wszystko pokrywała bujna roślinność. Skórę zastąpił mech, włosy zaś – gałęzie wyrastających z potylicy drzew. Krzewy dzikich jagód usadowiły się wygodnie pod pachą. Olbrzym przypominał z daleka zarośniętą górę.
Zaczęła ostrożnie obchodzić zwłoki dokoła, szukając kryjówki. Chłopak powiedział, żeby weszła do środka, ale… Nagle to dostrzegła. Starannie wycięte w tkance wejście między dwoma żebrami. Zajrzała do środka. Zaczęło padać.
* Świętowano, choć mężczyzna kopnięty przez krowę umarł. Nie przeżyły też dwa z trzech zwierząt – przewożone w nieodpowiednich warunkach, nie wytrzymały stresu. Jedna ocalała krasula też nie wyglądała najlepiej, ale mogła teraz przynajmniej odpocząć w przygotowanej naprędce zagrodzie. Kawałek dalej gdakały równie niezadowolone z nagłej zmiany otoczenia kury. Co chwilę pito zdrowie Leszka, jego drużyny i zmarłego. Tylko Felek siedział milczący i ponury. Gniótł nerwowo w palcach papierosa.
– Chodź świętować, bracie! – Leszek poklepał go wielką dłonią po plecach. – Objemy się dziś świeżego mięsa dzięki tobie. Miałeś rację, że musimy się ruszyć. Gość trzymał te skarby tuż pod naszym nosem, nawet nie musieliśmy daleko jechać! Jesteś geniuszem! A jutro na śniadanie świeże jajka. Zajebiście, nie?
Leszek opowiadał wszystkim, że zdobyli zwierzęta właśnie dzięki pomysłowi Felka. Spowodowało to nagły przypływ sympatii ze strony towarzyszy i toasty na jego cześć. Ale przyjacielskie kuksańce bolały bardziej niż wcześniejsze obelgi. Przypominały, że sprowadził nieszczęście na niewinną rodzinę rolników. Zgniótł papierosa w dłoni. Próbował zachęcić brata do podjęcia jakichś działań i mu się udało. Zapomniał tylko, że Leszek nie potrafił działać subtelnie.
– Okradłeś tych ludzi. Pobiłeś niewinnego faceta i pozwoliłeś, by Seba z resztą zgwałcili jego żonę i córkę. Zdajesz sobie sprawę, że to mogło ich nawet zabić? A jeśli dalej żyją, nie mają co jeść. Co świętujesz? Bycie bandytą? – cedził przez zęby.
– Co mnie obchodzi jakiś burak i jego suki? To są moi ludzie – wskazał ręką przed siebie. Wstał i krzyknął: – Moja ekipa się dziś bawi!
Odpowiedziały triumfalne okrzyki, a Leszek wskoczył w tłum. Felek ukrył twarz w dłoniach. Miał tylko nadzieję, że dziewczyna była bezpieczna. Znów poczuł czyjąś dłoń na plecach. Spojrzał w pełne współczucia oczy Olgi. Nie rozumiał, co ta kobieta robiła z jego bratem.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła.
Był to banał, ale dodał mu niespodziewanie otuchy. Wstał. Miał coś ważnego do załatwienia.
– Przyniesiesz mi coś jak wrócisz? – spytała nieśmiało.
Przytaknął. Gdy zniknął w ciemności, Leszek podszedł do Olgi. Kobieta uśmiechnęła się, pocałowała go w usta.
– Gdzie poszedł Felek?
– Czy ja wiem? – odpowiedziała leniwie. – Pewnie do lasu.
– A po co? – Leszek pozostawał obojętny na umizgi kochanki. Czuł złość, że brat najwyraźniej znowu nie był zadowolony z jego działań. Nie wypowiedział nawet jednej pochwały, nie podziękował. Nawet bawić się nie chciał, choć Leszek robił, co mógł, by jego ludzie zaczęli Felka szanować. Miał tego powoli dość. Kochał go, ale nie zamierzał dłużej znosić jego humorów.
– Oj, pewnie szuka znów jakiś leśnych owoców czy czegoś, wiesz, jaki on jest.
– Seba!
Mężczyzna natychmiast stanął obok, jakby tylko czekał na wyzwanie.
– Idź za Felkiem, tylko tak, żeby cię nie zobaczył. Nie rób nic, tylko sprawdź, gdzie łazi, a potem mi zamelduj.
* Noc spędziła ukryta w zgięciu pod ramieniem giganta, nie mając dość odwagi, by wejść do środka. Obudził ją śpiew ptaka. Wychyliła głowę z kryjówki, by dostrzec niebiesko-pomarańczowego kowalika. Ten zaświergotał i wleciał w jeden z licznych otworów w ciele giganta. Szybko dało się zauważyć, że ptaki ukochały sobie wielkie zwłoki – zakładały gniazda w nozdrzach, przysiadały na tłustych palcach, wędrowały po korytarzach organów, a ich trele niosły się echem z głębi brzucha. Brzuch dziewczyny też wydawał dźwięki – zniecierpliwione burczenie. Postanowiła podążyć za kowalikiem.
Z trudem stawiała kroki po miękkiej tkance. Ściany, o które się opierała, były lekko lepkie i miały siateczkową strukturę. Z dziwnych, prążkowanych otworów czuła podmuchy powietrza, a z jednego z nich wypadła wyraźnie zaskoczona jej obecnością wiewiórka. Cóż, skoro zwierzęta nie bały się giganta, ona też nie powinna.
Ruszyła w ciemność. Im dalej, tym nasilała się cisza, tak dziwna w żywym przecież kiedyś organizmie. Oczekiwała w każdej chwili usłyszeć pulsowanie żył i bicie serca. Zamiast tego, co jakiś czas rozlegał się świergot lub skrobanie. Gdy już zaczynała się wahać, dostrzegła w oddali światło. Wkrótce dotarła do komnaty wydrążonej między mięśniami, z dachem z cienkiej warstwy skóry, przez którą prześwitywało słońce. Powietrze było wilgotne i gorące. Co jednak naprawdę ją zaszokowało, to rośliny.
Były wszędzie. Wrastały w podłogę, pięły się po ścianach. Ich pędy zwisały z kości, a kwiaty przyozdabiały zaschnięte, wyprute żyły, tworząc malownicze girlandy. Plątały się ze sobą, zrastały. I produkowały na potęgę. Dziewczyna poczuła ślinę spływającą po wargach. Powstrzymała się jednak, mimo głodu. Nagle dopadły ją wszystkie lęki dotyczące gigantów. Bała się, że spadnie na nią jakaś kara, jeśli tknie soczyście czerwonych pomidorów albo wyrwie sterczące dumnie nacią marchwie. Jabłuszka nie potrzebowały węża, same kusiły. Truskawki konkurowały o miejsce z porzeczkami. Gdzie nie spojrzała, widziała warzywa i owoce, tylko czekające, by wepchnęła je sobie do ust. Co jednak, jeśli otworzy się pod nią podłoga i wpadnie w żołądkowe soki? Nie chciała sama zostać czyimś obiadem.
Na liściu przed nią przysiadł świetlik. Zdziwiła się, to nie była jeszcze pora na świetliki. Widać jednak w brzuchu giganta przyroda żyła własnym tempem. Zaczęła rozglądać się uważniej. Szybko zauważyła grzyby, dorodne borowiki, ale też pieczarki, które wybrały sobie jeden z kątów jamy. Szybko znalazła też ślady obecności człowieka – ułożone równo narzędzia ogrodnicze, rękawice, koc piknikowy. Zaciekawiona, przeszła przez białawy tunel o chropowatych ścianach, jakby wydrążony w kości. W kolejnym pomieszczeniu zobaczyła zwisające z sufitu liny.
Przeglądała im się chwilę, po czym wybuchła śmiechem. Poznała, czym były. Hamak. Wskoczyła na niego i rozkołysała, aż zatrzeszczało. Chichotała dalej, głównie by odreagować szok. Znalazła zaiste miejsce niezwykłe. Postanowiła zaryzykować i spróbować tutejszego jedzenia. Nie mogła się jednak przełamać, by wyrwać cokolwiek rosnącego bezpośrednio w ciele giganta, zdecydowała więc zebrać to, co zwisało z gałęzi – pomidory, ogórki, papryki. Wgryzała się w soczyste, świeże warzywa, jednocześnie sprawdzając, gdzie może ugotować bób.
Znalazła palenisko i garnek. Miała już iść nad rzekę, ale odkryła ustawione przy gigancie beczułki na deszczówkę. Wróciła do środka i zaczęła wyłuskiwać bób, czekając, aż woda się zagotuje. Wtedy usłyszała, że ktoś nadchodzi. Szybko uciekła do kościanego korytarza.
Felek nerwowo szukał wzrokiem dziewczyny. Bardzo chciał, żeby tu była. Chociaż jej jednej chciał pomóc. Gdy wyszła do niego z ukrycia, odetchnął z ulgą, rozluźniając napięte ramiona.
– Jak dobrze, że tu jesteś – uśmiechnął się. – Jestem Felek. Felicjan.
– Bronia. Bronisława – przedrzeźniła go.
– Um, jadłaś może coś? – zapytał, dostrzegając rozpalone ognisko.
Bronię znów zalała fala wątpliwości, czy miała prawo tknąć żywność rosnącą na tym dziwacznym cmentarzysku.
– Trochę jadłam.
– Och, możesz brać, co chcesz! – zapewnił natychmiast. – Wszystko jest smaczne i bezpieczne, widzisz, że mnie nie zabiło – chciał zabrzmieć lekko, ale wciąż był spięty i głos mu zadrżał. Dziewczyna była pierwszą osobą poza nim, która widziała to miejsce. Zależało mu na zrobieniu dobrego wrażenia.
– Czym jest to miejsce? – spytała.
– Cóż… znajdujemy się wewnątrz zwłok – zaczął szczerze. – Wszyscy zawsze bali się gigantów, nawet po ich śmierci, ale ja byłem ciekawy. Znalazłem to miejsce i zobaczyłem, że roślinność chętnie porasta ciała… i trochę zacząłem kombinować – dodał zażenowany, spuszczając wzrok. Na co dzień nie odczuwał bogobojnego lęku przed naruszaniem spokoju zmarłych, po prostu o tym nie myślał. Teraz jednak wypowiedziane na głos słowa, przyznanie się do świętokradztwa, obudziły w nim dawno stłumiony wstyd. – Z początku na zewnątrz. A potem przeniosłem się do środka. To trochę przypomina system jaskiń. I jabłonka już tu była – dodał na usprawiedliwienie – więc naznosiłem trochę innych nasion. Rośliny doskonale tu rosną. Nie do końca rozumiem, czemu. Częściowo to kwestia mikroklimatu, jak w szklarni, wszystko kwitnie nawet w zimie. Ale chyba też jakichś składników odżywczych. Nie znam się na tym zbyt dobrze, ale warunki są tak idealne, że metodą prób i błędów udało mi się stworzyć mały ogród.
– Mały – dziewczyna zaśmiała się. – Bardziej… rajski ogród.
Poczuła ciarki na ramionach. Dawno nie czuła tego typu podniecenia, mieszanki zachwytu i nadziei. Dawno nie widziała niczego tak pięknego i nie czuła się tak szczęśliwa. Pomyślała o wszystkich martwych gigantach, których omijała na swej drodze. Mogły kryć podobne skarby. A ona tak długo szukała bezpiecznej przystani… Wodziła dokoła wzrokiem, aż ten znów padł na Felka. Wówczas napięcie znów ścisnęło jej twarz.
– Czemu mnie tu sprowadziłeś?
– Nie chciałem, żeby moi… towarzysze cię znaleźli. Mogliby zrobić ci krzywdę.
– Jasne. Wyglądali na takich, co krzywdzą – powiedziała gorzko, bardziej do siebie.
Felek nagle pobladł, coś sobie uświadamiając.
– Czy ci ludzie na farmie… czy to była twoja rodzina?
– Nie, nawet ich nie widziałam. Planowałam zdrzemnąć się w ich szopie, a potem ich okraść.
– Och – odparł z rozczarowaniem, krzywiąc się.
Bronkę to rozsierdziło.
– Słuchaj, może tobie jest łatwo, bo razem ze swoimi kolesiami macie tonę żarcia z magicznego ogrodu i nigdy nie chodzicie głodni, ale ja muszę się sobą sama zajmować, bo każdy człowiek, jakiego spotykam na drodze, chce mnie albo jakoś oszukać, albo zamordować, albo zgwałcić. I nawet nie potrafię powiedzieć, która z tych opcji wydaje mi się najgorsza. Dlatego nie masz prawa mi wytykać, że nie trzymam się zasad. Poza tym, co wy tam robiliście, co? Ściągaliście haracz? Czy też najzwyczajniej w świecie kradliście?
Felek czerwienił się z każdym słowem coraz bardziej.
– Przepraszam – wybąkał w końcu.
Bronka parsknęła tylko. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak łatwo wygrała dyskusję i jeszcze doprowadziła chłopca do takiej skruchy. Szczerze mówiąc, to w ogóle odwykła od prowadzenia dyskusji. Czuła, że boli ją od gadania szczęka, a w gardle zaschło.
– Nie powiedziałem nikomu o tym miejscu – wyznał w końcu cicho Felek.
– Czemu nie? – zapytała zdziwiona.
– Bo wszyscy boją się gigantów! Nawet martwych, nawet tyle lat po ich pokonaniu! Mój brat nigdy by tu nie przyszedł! A nawet jeśli, niczego by stąd nie zjadł, bałby się, że jest zatrute. Dlatego gdy czasem przynoszę mu moje plony, kłamię, że znalazłem je dziko rosnące w lesie. A po drugie, jest nas ponad pięćdziesiąt osób, to miejsce nie może ich wyżywić. Ale mogłoby, razem z innymi polami. Tyle że nikt nie chce mi pomóc, nikt nie chce mnie słuchać! Myślisz, że chciałem zaatakować tych biednych ludzi? Byłem tam dlatego, że próbowałem powstrzymać Sebka i resztę przed zrobieniem im krzywdy! Ten biedny stary człowiek chciał tylko uprawiać swoje pole i wykarmić rodzinę. Gdybyśmy wszyscy się tak zachowywali, moglibyśmy odbudować cywilizację. Nie chcę nikogo krzywdzić, chciałbym pokazać ludziom, że można żyć lepiej. Chcę… tego – powiódł rękami dokoła.
Zdał sobie też sprawę, że nie rozmawia z Leszkiem, lecz dziewczyną, która zapewne niewiele z jego frustracji rozumie. Ona zaś długo patrzyła na niego nieodgadnionym wzrokiem nim powiedziała:
– Okej.
* Seba wrócił do miasta nabuzowany. Gdy usiadł obok Leszka, noga latała mu nerwowo. Poprosił o najmocniejszy bimber i pociągał prosto z butelki, złorzecząc pod nosem. W końcu szef stracił cierpliwość i trzepnął go po łepetynie, by zaczął mówić.
– Śledziłem Felka. I on, normalnie… – walczył chwilę, by wykrztusić w końcu siebie rewelację – poszedł do giganta!
– Znaczy do ogródków działkowych? Tych obok giganta? – dopytywał zdezorientowany Leszek.
– Nie! W lesie leży gigant, cały zarośnięty, ale przysięgam, że go pod tymi drzewami widać! Paznokcie ma wielkie jak mój łeb! Bałem się podejść bliżej, ale z daleka wszystko widziałem. Felek chodził po tym gigancie. Normalnie wszędzie. A potem gdzieś mi zniknął, w jakiś kąt wlazł. Później wylazł po wodę, trzyma ją w beczce, a potem znowu zniknął. I już siedział, to wróciłem.
– Zgubiłeś go i bzdury wymyślasz! – ryknął Leszek, czerwony na twarzy z oburzenia.
– Szefie, przysięgam, na mój honor! – Seba, trochę już wstawiony, poderwał się i uderzył pięścią w pierś. – Zaprowadzę cię! Tam różne rzeczy leżą dokoła, to widać, że on tam cały czas przychodzi. Szefie, to jest mocno podejrzane, trzeba Felkowi parę razy przygrzmocić za taką głupotę.
– To mój brat! Tknij go, a tak ci nakopię… A jeśli kłamiesz, to oberwiesz kulkę w łeb, rozumiesz? Prowadź.
* Dopóki nie poznał Broni, Felek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo tęsknił za posiadaniem przyjaciela. Opowiadał jej z pasją o roślinach i ich właściwościach, oprowadzał po naturalnych lub wykopanych przez niego tunelach, rozbawiał historiami o tym, jak przypadkiem wpadł do beczki z deszczówką. Do tej pory nie mógł się z nikim podzielić swoim życiem i ciężką pracą. Dlatego mówił prawie bez przerwy. Opowiedział o swojej rodzinie. O osadzie, którą po wojnie założył jego brat. Snuł niezwykłe wizje przyszłości, w których tkankę giganta można było wykorzystać jako nawóz na pola, dzięki czemu zboża rosłyby lepiej. Bronce to nie przeszkadzało – odczuwała wdzięczność, że sama o swoim raczej ponurym losie nie musi opowiadać. Ale też za opatrunek z paćką z babki, jaki Felek nałożył na jej ramię. Lubiła jego gadatliwość, zaradność i marzycielskość, więc wtrącała od czasu do czasu parę słów o stadach owiec lub osadach, które mijała. Wiedziała, że sprawi mu tym przyjemność. Ale gdy pytał, czemu nigdy nie zatrzymała się w żadnym z tych miejsc, tylko wzruszała ramionami.
– Jutro chyba wrócę na trochę do miasta… muszę się pokazać. Ale wrócę z mięsem. Tego jednego akurat tu nie mam – przyznał z zakłopotaniem. – Chłopaki są jacy są, ale akurat na polowaniu się znają. Plus pewnie zostało jeszcze coś z krów.
– Czemu w ogóle trzymasz z tymi dzikusami?
– Nie zostawię przecież brata. Poza tym… – pomyślał o Oldze. – Moje plany wymagają współpracy wielu osób. Jeśli odejdę, oni na pewno będą zachowywać się jak do tej pory, terroryzować innych, niczego nie produkować poza bimbrem. To by było nieodpowiedzialne, odejść. Wbrew pozorom, wielu z tych ludzi jest dobrych. Wiesz, jak wiele mogliby osiągnąć, gdyby mieli porządnego lidera?
– Ciebie?
– Mnie nigdy by nie posłuchali, ale posłuchają mojego brata. Jeśli uda mi się na niego wpłynąć… – zamilkł ponuro, przypominając sobie, co się stało, gdy Leszek ostatnio poszedł za jego radą.
Bronka obserwowała go z zastanowieniem. Nie rozumiała, skąd bierze się w nim ten upór. Owszem, może niektórzy ludzie nie byli tacy źli, jak choćby Felek, ale na jego brata i jego gang nie było sensu marnować czasu.
– Myślisz, że jestem naiwny.
– Nie… i trochę tak. Ale w dobrym sensie. Chcesz coś zbudować. I to brzmi dobrze. Już tyle czasu tylko uciekam – delikatnie zmacała ranne ramię – że chętnie zrobiłabym sobie przerwę na tej twojej magicznej farmie.
Felek westchnął i opadł na przetarty, piknikowy koc. Bronka bujała się łagodnie w hamaku. Milczeli, każde zajęte własnymi myślami, niejasnymi planami na przyszłość.
Coś się jednak zmieniło. Ptaki zaczęły nerwowo świergotać i wylatywać ze swoich kryjówek. Poczuli nieprzyjemny zapach spalenizny. Felek, pełen najgorszych przeczuć, ściągnął towarzyszkę z hamaka i kazał jej uciekać tylnym wyjściem. Sam pobiegł do otworu wyrżniętego między żebrami. Im bliżej podchodził, tym wyraźniejszy stawał się smród dymu, nie mógł jednak znaleźć jego źródła. Wypadł na zewnątrz, kaszląc. Łzy przysłoniły widok; gdy w końcu osuszył oczy, ujrzał Leszka. Bracia patrzyli na siebie w milczeniu.
W końcu Felek obrócił się, by zobaczyć skalę zniszczenia. Gigant płonął. Polane benzyną u nasady palce dłoni zajęły się ogniem, a za nimi – porastająca ciało roślinność. Swądowi palonego mięsa towarzyszyło trzeszczenie pękających gałęzi. Chłopak spojrzał z desperacją na beczkę z deszczówką, zrozumiał jednak, że nie mógł nic zrobić.
– Co ty najlepszego zrobiłeś… – wyszeptał, ale Leszek go nie usłyszał.
– Czy ty oszalałeś? Co ty tu do cholery robisz? Wiesz, co to jest?! – Leszek złapał brata za ramiona, zaczął nim potrząsać.
– Oczywiście, że wiem! To była nasza nadzieja!
– O czym ty mówisz? Chodź, musimy stąd iść. Niech to ścierwo płonie.
Felek nie zamierzał odchodzić. Leszek przyprowadził ze sobą grupę pomocników – gdyby wykorzystać ich wszystkich, może wspólnie daliby radę powstrzymać pożar. Musiał spróbować.
– Posłuchaj mnie! To już nie jest gigant! Dawno przestał nim być. Spójrz na niego! Spójrz, jak las go zarósł! Tu mieszkają zwierzęta! Jeśli głupi zając nie boi się spać w oczodole giganta, to czemu ty miałbyś się go bać! – zauważył na twarzy Leszka zawahanie. Uderzenie w jego dumę podziałało. – Przychodzę tu od lat. Śpię tu. Jem tu. Uprawiam rośliny, bo ten gigant nadaje się do tego lepiej niż dowolna szklarnia. Moglibyśmy mieć tyle jedzenia, ile tylko chcemy, jeśli tylko go ugasimy. Możemy w nim uprawiać rzeczy, rozumiesz? – Widział, że znów zaczyna tracić jego zainteresowanie, jak zawsze, gdy zaczynał mówić o założeniu gospodarstwa. Spróbował innej metody. – Spytaj Olgi. Była zachwycona wszystkim, co jej przynosiłem, świeże owoce i warzywa. Nie chcesz tego dla swojej ukochanej?
– Mojej… – w głowie Leszka zapaliła się ostrzegawcza lampka. – Karmiłeś moją kobietę… truskawkami, które wyrosły w tym gównie?!
Wrzask wystraszył Felka, który nie przewidział tak gwałtownej reakcji. Zanim zdążył zareagować, Leszek uderzył go pięścią prosto w nos, aż chłopak poleciał na ziemię. Ogłuszył go ból, krew trysnęła na twarz. Nim w ogóle pomyślał, by się bronić, Leszek już siedział na nim, przygniatając kolanem do ziemi, zaciskając dłonie na jego szyi.
– Chciałeś otruć moją kobietę?! Chciałeś ją zabić?!
Leszek nie przestawał krzyczeć. Wiedziony furią, gotowy był udusić własnego brata. Żaden z jego towarzyszy nie próbował go powstrzymać. Paru wracało już przez las do samochodu, reszta stanęła w kręgu i zaczęła kibicować szefowi. Felek zaczynał odpływać w ciemność. Niespodziewanie płonąca gałąź gruchnęła o ziemię tuż obok nich. Leszek puścił ofiarę, osłaniając się ramionami od ognia. Iskry wypaliły mu dziury w ubraniu.
– Zaraz drzewo na nas runie! – krzyknął ktoś.
Tymo odciągnął Leszka od niebezpieczeństwa. Podgryzane cały czas ogniem drzewa z pewnością musiały w końcu runąć, na razie jednak to Bronka była odpowiedzialna za dywersję. Wdrapała się na giganta od drugiej strony i ułamała gałąź, następnie wsadziła ją w ogień, sama prawie nie wpadając w płomienie, by w końcu rzucić nią między mężczyzn, mając nadzieję, że to przerwie walkę. Nie wiedziała, czy osiągnęła cel, bo pożar zmusił ją do wycofania. Uciekła w las.
Tymczasem chłopak z trudem wstał z ziemi. Gdy spojrzał przed siebie, zobaczył Leszka z zaciśniętymi pięściami i jeszcze mocniej ściśniętymi szczękami. Nienawiść wypełniała jego oczy. Wykonał gest ręką i jego ludzie ruszyli złapać Felka.
W desperacji wbiegł z powrotem do wnętrza giganta. Natychmiast tego pożałował – choć nie było tu żadnych płomieni, to żar bijący od ścian był nie do wytrzymania. Gnał na oślep, na szczęście znał korytarze na pamięć. Mimo to na chwilę zawahał się, gdy dym zaczął dusić w obolałym już znacząco gardle. Krótka, pełna paniki myśl rozbłyska w jego umyśle. Zginie.
A potem wypadł na świeże powietrze jednym z wielu wyjść. Z ulgą dotknął czołem mokrej trawy. Na jego szczęście, pożar na razie trawił tylko lewą część wielkiego ciała. Niepewny co robić, ruszył w stronę stóp, ale Bronia syknęła na niego spomiędzy drzew. Wciągnęła go w gęstwinę i po chwili nie było po nich śladu.
* Zaskoczyło go, ile energii miała dziewczyna. Wypluwał własne płuca, złamany nos pulsował tępym bólem, ale ona nie pozwalała mu stanąć. Gdy w końcu wybrała miejsce na obóz, padł ciężko na trawę, przekonany, że da rady choćby kiwnąć palcem.
– Nie pomożesz mi?
Zacharczał w odpowiedzi. Bronka pochyliła się nad nim. Na widok opuchniętego nosa, fioletowych znaków na szyi i osmalonych włosów jej twarz złagodniała. Zostawiła go w spokoju. Wkrótce rozpaliła ognisko, przygotowała okład z liści na jego rany i posiłek.
– Ssąd to sysko massss – zapytał niewyraźnie.
– Myślisz, że jak przetrwałam sama tyle czasu? – uniosła w górę plecak, który widział wcześniej w szopie. – Plus zabrałam parę rzeczy w pośpiechu od ciebie. Szkoda, że nie miałeś przygotowanego zestawu na sytuację awaryjną. Złapałam sekator, łopatkę z kolcami – powiedziała, pokazując motyczkę – trochę naszych zbiorów z wczoraj, butelkę wody, wszystko zawinęłam w koc. Nie miałam czasu na więcej.
– Nie wyszusaj nasion – poprosił.
Następnego ranka obudził się jeszcze bardziej obolały. Przede wszystkim zaś złamany i zdezorientowany. Stracił jedyne miejsce, gdzie czuł się bezpiecznie. Włożył w nie wszystkie swoje nadzieje. Nie miał pojęcia, gdzie teraz pójść. Oczywiście mógłby wrócić do miasta, ale nie mógł zapomnieć oczu brata… zrozumiałby każdego innego, nieraz zresztą widywał spojrzenia pełne niechęci, pogardy, nienawiści. Ale Leszek, nawet jeśli się z nim nie zgadzał, nigdy go tak nie traktował. Jak to się mogło stać? Spojrzał na Bronkę i poczuł, że zacznie płakać.
– Znam dobre miejsce, zaprowadzę cię. To daleko na południe, gigant leży w górach, ale odosobnione miejsce będzie najlepsze.
W pierwszej chwili nie zrozumiał, co sugerowała.
– Nie mogę odejść. Leszek… reszta…
– Oczywiście, że możesz. Wiesz, że im już nie można pomóc. Wybrali swój los.
– Nie! Ja mam plan… miałem plan – poprawił już mniej pewnie.
– Słuchaj, nie mam zwyczaju przywiązywać się do ludzi, a już na pewno nie daję drugiej szansy takim gnojkom jak ci twoi koledzy. Za to doskonale radzę sobie z porzucaniem wszystkiego i zaczynaniem od nowa… Myślę, że moglibyśmy stworzyć niezły zespół. Ja pomogę ci się wyrwać z tego bagna, a ty może namówisz mnie do zostania w tej nowej, wspaniałej osadzie, którą chcesz wybudować.
Patrzył na nią, niewzruszoną ani pożarem, ani agresją. Nie przesadzała – widać było, że zostawiła te wydarzenia za sobą i była nastawiona na nowy cel. Zazdrościł jej w tej chwili. Wyciągnął z kieszeni sfatygowaną paczkę papierosów. Wyjął ostatniego i zaczął obracać w palcach. Zawsze go to uspokajało.
– Czemu chcesz mi pomóc?
– Nigdy wcześniej nie miałam czasu zastanowić się, czego chcę od życia. Zawsze byłam w biegu, zbyt zajęta planowaniem tylko jednego kroku dalej, byle do najbliższej bezpiecznej dziury. Ale w ogrodzie zaczęłam się zastanawiać, czy chcę tak całe życie uciekać? To chyba bez sensu. Jeśli mam się ciągle bać, aż się zestarzeję albo mnie dopadną, to już wolę umrzeć od razu. Albo przestać uciekać. Nie wiem, coś zmienić.
Felek milczał. Słońce wschodziło coraz wyżej i zrozumiał, że gdy tylko Bronka skończy porządkować obóz, będzie musiał podjąć decyzję. Czuł, że powinien odmówić, ale… Papieros wypadł mu z brudnej dłoni. Ale czy nie dobrze byłoby zbudować coś razem?
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Dire
Posty: 93
Rejestracja: 25 grudnia 2011, 20:15
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Dire » 17 sierpnia 2017, 10:00

hejo, pozwolę sobie skrobnąć kilka zdań.
Zachodzące słońce i ogień buchający z koksowników sprawiały, że wszystko zdawało się drżeć.
Trochę to dziwnie brzmi...
Dowcipy o pedałowaniu od początku nie były szczególnie
o pedałowaniu od początku czy od początku nie były śmieszne? Jeśli drugie to proponowałbym coś w stylu - nigdy go nie bawiły
Sam nie lubił palić, ale czepiano by się go, gdyby to powiedział.
Konformista :P
z oczami wciąż błyszczącymi po dopiero co odbytym stosunku.
Trochę to zbyt wulgarne stwierdzenie, jak dla mnie. No i wszechwiedzący narrator. Może porównanie byłoby ładniejsze?
wyłaziły na wierzch podobieństwa
Znam klimat tekstu i wiem, że chcesz stylizować, ale serio wyłaziły - tak ni z gruchy ni z pietruchy?
marnować czas i zasoby.
Już drugi raz w tekście zauważam, ze te zasoby czy coś to ważny wątek, a jeszcze do tej pory nie wiem o co chodzi...
Uderzało to w jego autorytet i zdolności przywódcze.
Chyba bardziej we własne ego i pewność siebie :P
zmęczony bezproduktywnymi dyskusjami z bratem.
No właśnie... chyba się utożsamiam z bohaterem :)
Gruboskórne stopy potworów zmiażdżyły bloki i ludzi, jakby stąpały po robakach. Bomby, które miały je powstrzymać, wyrwały głębokie leje w tkance miasta.
O właśnie! Tego chciałbym więcej i mniej płytko. Bardziej niż tej gadki o niczym na górze.
Naprawdę chciał pomóc tym ludziom, ale nie wiedział jak. Nie potrafił przemówić do własnego brata, ale nie potrafiłby też działać za jego plecami, obrócić jego ludzi przeciwko niemu.
Jeśli bohater właśnie wykminił, że są ludzie zbyt głupi na to żeby im pomóc to warto ten wątek ładniej poprowadzić, bo mz. jest go bardzo mało i jest bardzo ciekawy.
cielska powalonego wzdłuż głównej arterii.
też średnio to brzmi...
Będziesz mi okazywał szacunek, rozumiesz?
Szanował mnie? Poza tym, że to głupie, że gość rządzi jakimś terenem, a nie ma szacunku u brata. Lub jest taki głupi, że nawet nie wie, że go ma. Bo w końcu tchórz nie jest aż tak pejoratywne, a prawdziwy facet zareagowałby inaczej.

wszystko jak przed wojną…
jak za komuny :P
dalej nie był przekonany, jak zmuszą krowy do wejścia na pakę.
Tresowane te krowy? Poza tym on mógł nie wiedzieć, jak je zmuszą, a przekonany mógł nie być co do planu.
Dopadł z pieśniami do podwładnego.
– Ocipiałeś? Na chuj to zrobiłeś!
Też chciałbym o to zapytać. Nie rozumiem tej konstrukcji w tym miejscu.
zakasłał krwawą plwociną
Co za styl. Jak w quo vadis...
Zwykle ta fraza oznaczała, że nie będą mogli niczego zrobić – mieli człowieka, który zajmował się lżejszymi chorobami i urazami, ale nie prawdziwego lekarza.
A ładunek idiotyzmu tych ludzi i domniemanego przez narratora idiotyzmu czytelnika sprawia, że w tym miejscu skończyłbym czytać.
rana na ramieniu zaczynała jej doskwierać.
brzmi jakby ta rana miała co najmniej rok

Dobra, odpuściłem sobie poprawianie kolejnych zdań.
Ogólnie sam zamysł fabularny jest dla mnie średnio ciekawy. Może i było to opowiadanie pod limit znaków, ale jest ono w tym kształcie zbyt płytkie, co sprawia, że nie chce się tego czytać. Zanim dobrnę do końca sceny jużz mniej więcej wiem co się stanie, a ewentualne zwroty akcji następują na skutek idiotycznych pomysłów tej pokręconej bandy. Może napisz mniej treści fabularnych, a bardziej skup się na osobowości postaci. Jedynie co to ta cała Olga wydaje się mieć więcej mózgu niż kapusta, ale za mało miejsca jej poświęcono na początku, przez co trudno jest się zżyć z tą postacią. Felek i reszta bandy tylko irytuje, jego pseudomądry brat również. Ogólnie jak dla mnie dużo pracy...

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Bel » 17 sierpnia 2017, 14:40

"sapanie wycieńczonego zwierzęcia – i oszalałe bicie serca. Powinna paść paręset metrów temu, była wycieńczona;"
Powtórzenie wycieńczenia.

"zostawił rower w skrytce dwie ulice dalej, żeby znowu się z niego nie śmiali."
Nie pasuje mi "znowu" do konstrukcji, bardziej już "tym razem".

"– Masz fajka? – zagadała, uśmiechając się na przywitanie."
Nie wiem, czy przywitania nie stanowi tu raczej pytanie niż uśmiech, ale to taka luźna refleksja, czytając z rozpędu.

"jeśli mam się ciągle bać, aż się zestarzeję albo mnie dopadną, bo już wolę umrzeć od razu."

Chyba "to" nie bo".

Błędów nie wiem, czy było więcej, bo historia wciągnęła mnie na tyle, że nie zarejestrowałam nic poza tymi wyżej.

Na początku przystanęłam na powtórzeniu, ale dalej już porwała mnie fabuła. W pierwszej chwili skojarzyłam z Shingeki no Kyojin, ale Twoja historia stoi na znacznie wyższym, w moim odczuciu, poziomie. Świetnie zarysowane postacie, dobra psychologia, wiarygodne zachowanie, dobre opisy. Nic nie jest przegadane. Mniam.
Nie mam się do czego przyczepić. Podobało mi się, przeczytałam jednym tchem. 5/5


Pozwolę sobie dorzucić swoje trzy grosze po przeczytaniu poprzedniego komentarza.

Myślę, że autor cieszyłby się z opinii również innych osób na wytknięte przez mojego przedmówcę błędy.

Od razu zaznaczam, że nie zamierzam wszczynać kłótni czy dyskusji, a jedynie dać znać autorowi, jak ja - inny czytelnik - odnoszę się do zarzutów. Ot, taki kaprys ku chwale obiektywizmu.


"Dowcipy o pedałowaniu od początku nie były szczególnie "
Dla mnie ok. Załapałam z marszu, styl tekstu podpowiedział interpretację.

"Sam nie lubił palić, ale czepiano by się go, gdyby to powiedział. "
Rozumiem. Może przez środowiska, jakich doświadczyłam, ale rozumiem i nie uważam, by takie zachowanie u kogokolwiek było dziwne czy cokolwiek wykluczającego z opisu.

"z oczami wciąż błyszczącymi po dopiero co odbytym stosunku."
To zdanie MUSI zostać. Bardzo mi się podobało, poczułam "charakter" i to wpłynęło na "dobry" opis. Nie rozumiem pisania kwiatkami, "bo ktoś mógłby przeczytać" albo oszukiwania się, że nie, seks jej się wcale nie podoba, nie, to zwierzęce, niegodne człowieka zachowanie itd.; to jest DOBRE. Imho, ofc.

" wyłaziły na wierzch podobieństwa"
Dla mnie ok, szczególnie biorąc pod uwagę scenerię.

"Uderzało to w jego autorytet i zdolności przywódcze. "
To też ok. Pragnę zwrócić uwagę na wspomniany (nie przeze mnie) debilizm agresorów. To chyba wystarczające wyjaśnienie/obrona takiej konstrukcji opisu.

"Gruboskórne stopy potworów zmiażdżyły bloki i ludzi, jakby stąpały po robakach. Bomby, które miały je powstrzymać, wyrwały głębokie leje w tkance miasta."
Osobiście nie widzę potrzeby rozpisywania tego. To krótkie opko, w którym ważniejsze jest wydobycie emocji z czytelnika oraz jakiejś ukrytej wiadomości, interpretacji niż opisanie świata przedstawionego. Co innego w powieści, ale i wtedy skłaniałabym się do krótkich fragmentów, acz częstszych

"Naprawdę chciał pomóc tym ludziom, ale nie wiedział jak. Nie potrafił przemówić do własnego brata, ale nie potrafiłby też działać za jego plecami, obrócić jego ludzi przeciwko niemu.
"- Jeśli bohater właśnie wykminił, że są ludzie zbyt głupi na to żeby im pomóc to warto ten wątek ładniej poprowadzić, bo mz. jest go bardzo mało i jest bardzo ciekawy."
Och, moim zdaniem został idealnie poprowadzony. Bohater tego nie wykminił, bo nie przyzna się przed sobą, że żyje z idiotami i chce tym idiotom pomóc. A dlaczego? Bo celem nadrzędnym bohatera jest zapewnienie przyszłości i plonu, a nie kategoryzowanie. Możemy sobie spekulować, czytając opko, podjadając czekoladę i zawijając się w kocyk, ale pomyślmy o realiach historii, strukturze psychiki bohatera (która notabene jest całkiem niezła).

"Będziesz mi okazywał szacunek, rozumiesz?"
"-Szanował mnie? Poza tym, że to głupie, że gość rządzi jakimś terenem, a nie ma szacunku u brata. Lub jest taki głupi, że nawet nie wie, że go ma. Bo w końcu tchórz nie jest aż tak pejoratywne, a prawdziwy facet zareagowałby inaczej."
Dla mnie ok. To, że nie zawraca sobie głowy tym, czy brat go szanuje, czy nie, pokazuje jedynie, że czuje się zbyt pewny siebie, by się tym przejmować oraz to, że tak naprawdę wcale się z bratem nie liczy. Nie sądzę, że prawdziwy facet zareagowałby inaczej, męska, braterska więź jest nieco inna, szczególnie w trudnych sytuacjach. A Leszek jest, jakby nie patrzeć, amebą intelektualną, bierzmy poprawkę. Może nie tak do końca, stoi wyżej niż pozostałe pantofelki, ale wciąż.

"zakasłał krwawą plwociną"
Mnie się podoba.

"Zwykle ta fraza oznaczała, że nie będą mogli niczego zrobić – mieli człowieka, który zajmował się lżejszymi chorobami i urazami, ale nie prawdziwego lekarza."
"-A ładunek idiotyzmu tych ludzi i domniemanego przez narratora idiotyzmu czytelnika sprawia, że w tym miejscu skończyłbym czytać."
Dla mnie w porządku. To nie Metro, nie wyższa cywilizacja ani nic z tych rzeczy, tylko banda grabieżców. Jak w "Drodze" McCarthy'ego (kocham CMC).

"rana na ramieniu zaczynała jej doskwierać."
"-brzmi jakby ta rana miała co najmniej rok"
Nie odniosłam takiego wrażenia.

Dire
Posty: 93
Rejestracja: 25 grudnia 2011, 20:15
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Dire » 17 sierpnia 2017, 22:54

Bel odnoszę wrażenie, że niektórych zarzutów nie rozumiesz, być może piszę zbyt dużymi skrótami myślowymi.
W każdym razie jednak komentarze służą do tego, aby każdy mógł wyrazić swoje zdanie. Nie widzę sensu komentowania komentarzy i odnoszenia się do poprawności poprawień(?). Komentarze autor sam może sobie zinterpretować i nie wydaje mi się, żeby była mu potrzebna do tego czyjakolwiek pomoc.

Awatar użytkownika
Bel
Posty: 49
Rejestracja: 31 lipca 2015, 12:44

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Bel » 18 sierpnia 2017, 09:20

Dire, spokojnie. Ja natomiast odnoszę wrażenie, że przeczytałeś mój komentarz zbyt zbulwersowany tym, że odniosłam się do wypowiedzi, aby zrozumieć.
Nie chcę Cię potępiać ani nic z tych rzeczy, każdy ma własny odbiór, niemniej pozwól, że ja również wyrażę swoje zdanie. I nie kieruję się jakąś urazą czy czymś w tym stylu, po prostu pewne rzeczy muszą być jasno nakreślone.

"niektórych zarzutów nie rozumiesz, być może piszę zbyt dużymi skrótami myślowymi"
Jeśli ja - czytelnik - nie zrozumiałam Twoich zarzutów, możliwe, że przez "skróty myślowe", to co ma powiedzieć autor? Szczególnie, że my dwoje jesteśmy po jednej stronie barykady. Nie uważasz? Chyba że nie chciałeś zostać zrozumiany, a jedynie rzucić krytykę. To też ma swój sens (głównie dla rozwoju charakteru, ale to btw.), nie chcę Cię obrazić, ale celem nadrzędnym dla nas - komentujących czytelników - jest aby autor zrozumiał, co uważamy za błąd, dlaczego i czy rzeczywiście jest to błąd, a nie konkretne wymagania czytelnika do jakiegokolwiek tekstu. Co zbyt spersonalizuje [wymagania każdego czytelnika z osobna] taki tekst i nie pozwoli mu sięgnąć szerszego grona odbiorców.

"Nie widzę sensu komentowania komentarzy i odnoszenia się do poprawności poprawień"
Pozwól, że zacytuję swój komentarz, który najwyraźniej zbyt pobieżnie przejrzałeś, doszukując się osobistych wycieczek. Nic takiego nie miałam na myśli, przepraszam, jeśli tak to odebrałeś!
Cytat: "Myślę, że autor cieszyłby się z opinii również innych osób na wytknięte przez mojego przedmówcę błędy."
Nie miałam na celu krytykowania Twojej zdolności komentowania, wyłapywania błędów czy czegokolwiek podobnego. Chciałam, aby autor, otrzymawszy Twoje zarzuty, miał świadomość, jak na te sprawy odnoszą się również inni czytelnicy. Bo wiesz, to, że dwie osoby na dziesięć nie lubią zupy pomidorowej, nie znaczy, że jest to zła zupa.
Osobiście skupiłam się na fabule, płynności i ogólnej jakości, dlatego nie zwróciłam uwagi na aspekty, które Ty podniosłeś. Dlatego też uzupełniłam komentarz, aby był jak najpełniejszy.
Edit: nie powiedziałam też ani słowa, że Twoje "poprawienia nie są poprawne". Bynajmniej. Uważam je za cenne uwagi dla autora. Uważałabym tak nawet, gdybym miała wrażenie, że niektóre są mylne. Nie mam jednak takich wrażeń, każde słowo komentarza jest wartościowe, doskonale o tym wiem.

" Komentarze autor sam może sobie zinterpretować "
Więc po co komentować? Jeśli autor jest przekonany o swoim geniuszu pisarskim, to nawet konstruktywną, ostrą krytykę potraktuje jako pochwałę. A jeśli pisze dobrze, ale nie wierzy w siebie, najlepszą pochwałę potraktuje jak obelgę i przestanie pisać. Celem komentarza jest określenie subiektywnego stanowiska danej osoby, jednak celem odczytu komentarza jest wyłapanie, co istotnie zawadza tekstowi, a co stanowi jedynie element zupy pomidorowej - coś, co jednym się może podobać, a innym nie - zależnie od gustu.
Stąd moje odniesienia do Twoich słów. Chciałam jedynie pokazać, że może warto się dwa razy zastanowić przed wyrzuceniem jakiegoś zdania, które może nie podobać się jednej osobie w danym momencie czytania, ale według innej osoby podniesie poziom tekstu.

I na koniec powtórzę z poprzedniego komentarza:
"Od razu zaznaczam, że nie zamierzam wszczynać kłótni czy dyskusji, a jedynie dać znać autorowi, jak ja - inny czytelnik - odnoszę się do zarzutów. Ot, taki kaprys ku chwale obiektywizmu."

Mówiąc prościej - nie pragnę czynić wycieczek pod adresem osoby, a jedynie wyrazić własną opinię na przytoczone sprawy.
Do licha ciężkiego, oddzielajmy ego od idei!

Pokój i pióra!

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Ag. » 18 sierpnia 2017, 12:31

@Dire

Dziękuję za tak rozbudowany komentarz, niewątpliwie nad paroma rzeczami w tym tekście trzeba popracować – zresztą właśnie w tym celu wrzuciłam go na forum, w nadziei, że uwagi pomogą mi stworzyć wersję 2.0.

Cieszy mnie, że zauważyłeś w Oldze coś innego niż w reszcie bohaterów, mimo że dostała tak mało czasu antenowego. Pierwotnie miało go mieć trochę więcej, więc może jest to jedna z rzeczy, które powinnam rozbudować.

@Bel

Bardzo mi głupio za to powtórzenie w pierwszym akapicie. :bag: Przyznam, że przerabiałam go jakieś 83 miliony razy, bo cięgle mi się nie podobał, no i masz ci babo placek – musiały mi się jakieś dwie wersje skleić z tym samym słowem. Że też tego nie zauważyłam. :roll:

Oglądałam Shingeki no Kyojin :D Ale nie stanowiło dla mnie najmniejszej nawet inspiracji do tego tekstu. Aczkolwiek widzę, skąd skojarzenie.

Dziękuję za twoje votum separatum, dla mnie jako autora to niezwykle ciekawe, gdy czytelnicy mają tak kompletnie różne opinie o fabule czy postaciach.

Co zaś do dyskusji – to przecież od tego jest forum, żeby dyskutować. Mi też zdażyło się kilka razy odnosić do komentarzy innych osób, czy to bo się z nimi zgadzałam, czy to chciałam wyrazić zdanie odrębne. Co więcej, jestem wdzięczna, iż Bel odniosła się do pewnych zarzutów, gdyż różne spojrzenie na dokładnie te same fragmenty tekstu jest dla mnie wyjątkowo wartościowe. Każdy czytelnik zwraca uwagę na coś innego, lubi inne rzeczy, doszuka się innego sensu. Wszystkie te uwagi bardzo sobie cenię, bo pozwalają spojrzeć na tekst z różnych perspektyw.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Siemomysła » 21 sierpnia 2017, 08:34

Bry!
Chwaliłam się parę dni temu na szałcie, że przeczytałam, a teraz wreszcie znalazłam chwilę na parę słów. Całkowicie kupił mnie koncept ogrodu w martwym ciele giganta. Śmierć prowadzi do życia - krąg się zamyka i toczy, każde nowe stanie się starym, każde nowe i niebezpieczne oswoi się. Dzieją się złe rzeczy, ale ja najbardziej pamiętam bujność roślin, ptaki i zające: taka plama jaskrawego koloru w powojennym krajobrazie. Wiesz - miasto jest szare, smutne, zimne. To, co wyrosło na trupie, jest chaosem ciepłych barw. Triumf życia. Człowiek niech się uczy, choć człowiek nie chce. A ci bracia to jakby z innych rodziców, naprawdę. W ogóle ten motyw, że Bronia (skojarzenie z bronią nie opuści mnie) jest jakby punktem łączącym braci. W sensie - Felek jest biały (dobry, spokojny, pokój między chrześcijany, jest tak dobry, że aż naiwny (nie wcale nie myślę teraz o naiwności mojego Felka, nie ego mode WON!)), Leszek jest czarny, jako przywódca bandy drabów, ale też przez swoją jakąś taką głupotę (i tu też - Felek nie zachowuje się najmądrzej, ale jego głupota, prowadząca do nieszczęścia rolników jest naiwnością, na której Felek ma szansę się nauczyć czegoś, on pojmuje swój błąd, a głupota Leszka jest tępa, prowadzi do tego, że on na dłuższą metę szkodzi swoim), która mu nie pozwala patrzeć szerzej. A między nimi jest Bronia - z mieszanką barw, robi to, co musi, by przetrwać. I tacy właśnie mają największe szanse. Lubię ten motyw, jest prostą prawdą, a Ty na dodatek nie świeciłaś na to lampą, tylko po prostu przedstawiłaś trzy różne podejścia i wiesz? Dodatkowo mnie cieszy, że tą twardą, ale nie okrutną jest właśnie babka. O.

Można by się doszukiwać braku logiki w tym, że oni tyle lat w tym mieście wegetują bez sensu, a mają ciągle jeszcze paliwo, choć ciała gigantów porosły lasem. Ale z drugiej strony - jeśli założymy, że niewielu ludzi przeżyło wojnę, to pewnych dóbr do rozdysponowania mogło zostać całkiem dużo. Broniłabym tekstu przed takimi zarzutami, a jeśli mi przyszły do głowy to dlatego, że jestem ostatnio szkolona intensywnie przez choćby Miśka Ch. w tych sprawach. Po prostu wiem, że są ludzie, którzy mogą zwrócić na to uwagę i uznać, że wymaga to wyjaśnienia.

Jedno miejsce tylko wydało mi się mocno pospieszne i zwiesiłam się nieco - rozmowa Broni i Felka w gigancie. Ile to trwało? Ile czasu oni tam byli, zanim przyszedł Leszek z ogniem? Bo jak się zastanowię, to wychodzi mi, że jedną noc? Chwilę ledwie? A wrażenie odniosłam takie, jakby spędzili tam nieco więcej czasu, poznając się, nabierając zaufania, to Felkowe poczucie, że ma przyjaciela. Wyrosło w nim w parę godzin? Jest to możliwe, on mógł się tak poczuć, ale jeśli o to chodziło, to może warto zaznaczyć, że to była szybka piłka? Bo po prostu miałam w tym fragmencie dysonans czasowy.

Są literówki i owszem, ale naprawdę niewiele, nie miałam jak zaznaczać, przepraszam.
Proszę o więcej Ag na forum.


PS. Przychylam się do zdania Bel w kwestii "odbytego stosunku". Tak. Ten fragment, w ten sposób opisujący sytuację czyni postać. Żadnych tabu, żadnej poezji. Fakt i on wystarczy.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Kanterial » 29 sierpnia 2017, 11:37

SpoilerShow
masz tu dwa akapity gdzie nie weszło formatowanie i nie ma wcięć:
Leszek fuknął ze złością, ale nie odpowiedział. Nie lubił, gdy brat go pouczał. Uderzało to w jego autorytet i zdolności przywódcze. Podświadomie zdawał sobie jednak sprawę, że Felek miał rację.
– Chodź, obetniemy cię, co? Wyglądasz jak jakiś, kurwa, pedzio. Chłopaki cię nie szanują przez to.
Felek zamknął na chwilę oczy. Nie mógł sobie pozwolić na wybuch. To nie było teraz istotne, ale był tak bardzo zmęczony bezproduktywnymi dyskusjami z bratem. Zawsze, gdy próbował poruszyć ważny temat, coś zorganizować, omówić, Leszek zbywał go głupimi komentarzami. Musiał je zignorować.
Dopadł z pieśniami do podwładnego.
pięściami
przypływ sympatii ze strony towarzyszy
towarzyszów


No, ja tak krótko i zwięźle, bo miałam czas, żeby poukładać trochę rzeczy w głowie :bag: :

o emocjach i odczuciach względem historii:
- bardzo, bardzo podoba mi się pomysł. Giganty znaczy, choć bardziej ten aspekt ich przydatności po śmierci, niż samej wojny z nimi, bo też nie tłumaczyłaś ani przyczyn, ani przebiegu za bardzo (wiem, limit), więc miałam niepełny obraz. Ale te martwe ciała porozrzucane po świecie i budzące strach, a tak potrzebne, jak odkrył Felek, to, uważam, świetna koncepcja. Mi się ogromnie podobała. I nawet widziałam to dobrze, bardzo obrazowo, w stonowanych kolorach, te wielkie ciała porośnięte drzewami, trawą i mchem *----------* choć z drugiej strony brakowało mi (naprawdę to odczułam parokrotnie) wytłumaczenia jakiegoś i naprowadzenia w kwestii... no, ja wiem, takiej biologicznej budowy gigantów XD no bo niby są kości i żyły, mięso, ale czy da się to porównać z ludzkim? Chyba nie, skoro tyle leżało i nie zgniło, a raczej "obrosło" i może trochę skamieniało. Domyślam się, że tkanki są różne od ludzkich, ale nazwy padły "nasze" i to mnie zmylało, nie wiedziałam jak to sobie wyobrażać, czy faktycznie jak martwego człowieka od środka, tylko że bardziej z ziemi/wapiennej skały czy... no, takie miałam problemy podczas czytania, takie rozkminy. Tego brakowało mi najbardziej.
- jakże mnie bolał Leszek i ta prymitywność całej grupy. Nie do opisania. Jakby naprawdę ostały się tam, na osiedlu, same cholerne dresy i typowe koksiki spod bramy. I to na początku było uczucie jedynie dyskomfortu, kiedy zaczepiali Felka i marnowali paliwo, ale potem doszła do tego naprawdę bezkresna tępota (akcja z krową w całości), pierwotne prawo piąchy (Leszek i jego stosunek do brata/podwładnych), okrucieństwo (ten gwałt zwłaszcza mnie dobił) i inne. I już nie mogłam znieść momentami, że ci ludzie naprawdę tak funkcjonują, Leszek nie dostrzega w tym niczego złego, a Felek patrzy z boku. On jest naszym (czytelnika) wzrokiem i sumieniem, przez co i my nie możemy się pogodzić z przedstawionym porządkiem. Potem oczywiście docierało do mnie, że ludzie tak właśnie funkcjonują i że to naturalne - zachowanie Sebixów i Leszka, silni grabiący słabych itd. Ale jednak niesmak pozostawał.
- nie umiałam stwierdzić, czy lubię Felicjana. Nie umiałam też stwierdzić, co czuję wobec Bronki. Wiedziałam, że gardzę ekipą Leszka i po kilku akapitach również Leszkiem. Ale takiej sympatii, jakiejś więzi przyjaznej z głównym bohaterem nie załapałam. Nie wiem, czemu. Może brakowało mi spersonalizowanej bardziej narracji, bo tu jednak był narrator wszechwiedzący i perspektywa skakała między postaciami. No i też długość tekstu nie pozwoliła poznać tak zupełnie wnętrza głowy Felka. A szkoda. Ale już pisałam, że szkoda, że takie krótkie, więc nie będę się powtarzać :bag:

No i tak ogólnie o tekście, o technicznej warstwie i tym, jak się co prezentuje: mam wrażenie, jakbyś pisała to na szybko. Jakby brakowało spojrzenia z dystansem i wygładzenia niektórych scen, takiego posiedzenia na spokojnie nad skończoną pracą. Nie wiem, czy wiesz, co mam na myśli. Nie jestem w stanie wymienić żadnych konkretnych miejsc, gdzie coś nie siedzi albo jest "chropowate", bo w sumie pod tym względem jest naprawdę równo, ale to bardziej takie... całościowe odczucie jest. Że brakło paru godzin albo paru dni. I żebyś ty też ten tekst obdarzyła uczuciem i wczuła się w bohaterów i ich oczami spojrzała. Ale może tylko pierniczę jakieś bzdury, bo mi się coś wydaje :facepalm: bywa i tak. W każdym razie tekst uważam za udany i podobał mi się, miałam ten fajny efekt widzenia w 3d i najwięcej punktów daję ci za obrazowość. Mniej już rozumiałam motywacje bohaterów (no, poza Felkiem, bo tu było prosto i na temat) i nie byli dla mnie odrębnymi umysłami, a raczej wszyscy stanowili składowe tej samej historii. To w sumie nie stanowi zarzutu. Ale daję znać. No i jak pisałam - z jakiegoś powodu ten tekst wydaje mi się trochę martwy, trochę bez serca pisany, bez więzi z Felkiem czy historią. Ale to takie bardzo bardzo subiektywne i też nie jako minus

Szkoda, że tak krótko. Gdyby ta historia była na 50k słów, czuję, że bym się zakochała. W powalonych gigantach i ideałach Felka.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Ag. » 29 sierpnia 2017, 16:50

Siem, dzięki za tę uwagę o przeskoku czasowym, bo w mojej głowie Franek z Bronią tak kilka dni siedzieli i gadali, ale jak teraz patrzę na tekst, to to rzeczywiście nijak z niego nie wynika. :bag:

Kanterial, odczucia masz jak najbardziej słuszne – tekst powstawał w sumie miesiąc, większość zrobiłam w jakieś dwa tygodnie, więc może zabrakło paru dni... co do postaci to też nieźle trafiłaś. Nie jest tak, żebym ich nie lubiła, ale też przywiązywać się zbytnio nie chciałam. Szkoda, że to widać. Słaba jestem w krótkie teksty...

W ogóle muszę sobie te postaci przemyśleć. Leszek miał być właśnie taką bezmyślną siłą, ale nie wiem, czy nie przesadziłam i mi z niego karykatura nie wyszła. Chciałam go trochę miejscami uczłowieczyć, ale widzę już, że mi nie wyszło. Może powinien dostać parę ekstra akapitów. Natomiast fakt, że nie polubiłaś jakoś szczególnie Felka wcale mnie nie dziwi, bo on wcale taki sympatyczny nie jest ;)

Co do wojny tudzież anatomii, to trochę złośliwie właśnie w te kwestie nie wchodziłam, bo miały budować klimat, a nie mieć sens. :P

No nic, trzeba to będzie kiedyś popoprawiać, dziękuję gorąco za wszystkie uwagi.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: W trzewiach giganta

Post autor: Kruffachi » 31 sierpnia 2017, 14:21

W końcu dostrzegła powalone drzewa, a między nimi – pusty oczodół, większy od niej.
Martwe oko patrzyło na nią obojętnie.
Żeby patrzeć, to jednak trzeba mieć gałkę oczną. Chyba że chodzi o drugie oko, ale to z tych dwóch zdań nie wynika, poza tym oczy chyba rozkładają się stosunkowo szybko.
Wkrótce rozpaliła ognisko, przygotowała okład z liści na jego rany i posiłek.
No, okład to nie na posiłek, więc sugeruję zmianę szyku.

Moją największą wątpliwość w tym tekście budzi techniczna możliwość takiej uprawy. Nie jestem pewna kilku rzeczy. Np. tego, co z robactwem, co z faktyczną toksycznością, z alkoholami, z przepuszczalnością nawet bardzo naciągniętej skóry takiej grubości i jej trwałością, jeśli nie została odpowiednio zakonserwowana. Nie jestem ekspertem, ale jednak trudno mi w to uwierzyć. Czysto wizjonersko wygląda super, malowniczo na swój sposób i w ogóle, ale jednak te tkanki miękkie mnie niepokoją i utrudniają zawieszenie niewiary.

Jednocześnie cały czas miałam takie poślednie skojarzenie z Gargantuą i Pantagruelem ;) To tak na marginesie, bo przecież teksty zupełnie inne, ale całe to mieszkanie w gigantach tam mi pchnęło skojarzenia.

Druga rzecz, z którą mam problem, to to, że w osadzie przetrwali tylko tępe osiłki i jeden jedyny Felek. Jasne, przetrwał, bo jest bratem Leszka, ale naprawdę nikt nic? Nikt poza tym nie miał rodzeństwa z połową mózgu? Wszystkich wymiotło? No, może tak, może tak się złożyło, ale zabrakło mi dosłownie jednego zdania na ten temat. Wszystko muszę sobie wymyślić, a że dotyczy to tkanki rzeczywistości przedstawionej, no to nie za dobrze, że muszę wymyślać.

Natomiast zdecydowanie mocną stroną opowiadania jest tempo akcji, czytelna i łatwa w śledzeniu sekwencja zdarzeń. Co prawda trochę trąci schematem "straciliśmy wszystko, ale zyskaliśmy siebie, zacznijmy coś razem", niemniej ja lubię ten schemat. No, może nieco mniej środkową część, którą pewnie czułabym mniej, gdyby Felek i Bronka byli jednej płci, bo wtedy mniej by mi to pchało skojarzenia w stronę możliwej relacji romantycznej i Adama i Ewy 2.0. Ale to mój kamień w bucie, że tak to ujmę. Wyraźnie też przeciwstawiasz miasto powrotowi do natury. Ładna ta Twoja agrarna ekologia, jest wystarczająco subtelnie, żeby nie kuło po oczach manifestem, a raczej kreśliło problem i swoiste miejskie skostnienie oraz miasto jako miejsce przemocy i źródło przemocy. Lubię.

Przestrzeń tak małej ilości słów wykorzystana - moim zdaniem - niemal optymalnie. Dobrze rysujesz postaci za pomocą tego, co robią, a nie rozwleczonych opisów, paru zaledwie nakreślonych cech wewnętrznych i zewnętrznych. Dobrze też rysujesz świat przez sytuację bohaterów. Nawet jeśli mi zabrakło jakichś pojedynczych wyjaśnień, to resztę łyknęłam gładko i nawet się nie zorientowałam. Z objętością poradziłaś sobie znakomicie :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: W trzewiach giganta

Post autor: kmiriad » 11 grudnia 2017, 19:45

musiał dotrzeć na samą górę, na dziesiąte piętro.
Usunąłbym to powtórzone piętro.
by inni sępili fajki od niego, co zjednywało mu minimum sympatii. Tak jak w tej chwili.
"Sępili od niego fajki" czyta się milej :)
Czy "zjednywało sympatii" to poprawna konstrukcja? W każdym razie brzmi dziwnie. Może po prostu zapewniało mu sympatię?
nikt nie będzie jej tam nagabywał,
Na pewno chodziło o nagabywanie?
Nie zabijaj tego gościa od kopniaka krowy. Konie np. kopią mocno, potrafią połamać żebra, bo i brykną przy tym wysoko. Krowy kopią znacznie słabiej i po prostu nisko. Ja rozumiem, że sytuacja była no, mocno chora, ale krowa najwyżej zwieje. I serio nikt jej nie zatrzyma, tak btw (przed samym zrywem). Umrzeć od kopnięcia krowy (doznać poważnego urazu) to jak dostać piorunem. Krowy kopią, tak, a jak tego nie unikniesz, to srogo zaboli, ale robią to rzadko i żeby cię taka trafiła w żebro, łamiąc je, musiałaby być jakaś nader młoda, skoczna i najlepiej rodzaju męskiego.
Poza tym w tym miejscu jest to jakoś tak nieprzekonujące już z samego zapisu. W końcu umarł człowiek, a my czytamy o tym tak, jakby się czipsy skończyły.
Zdechnięcie krów też nie wypada realistycznie. Można poczytać o przewozie bydła. Te stworzenia nie tak łatwo zabić. Większość ludzi nic nie wie o przemyśle mlecznym i mięsnym i woli nie wiedzieć. Ale są całe chmary uświadomionych i chcących uświadomić resztę, materiałów w sieci jest więc dużo.
Swoją drogą polecam, bo warto o pewnych sprawach wiedzieć.
Taka rundka przez miasto nie zabiłaby krowę. Po prostu.
Gniótł nerwowo w palcach papierosa.
Ja może się czepiam, ale jakiś nieprzyjemny ten szyk zdania, imo. Choć z drugiej strony - jak bym nie próbował go przekręcać, to i tak wychodzi mi dziwnie.

Taki postapo survival by mi się podobał, ale bohaterowie nie w moim guście. Gorzej jednak, że tacy odrealnieni. Jacy by nie mieli być w zamierzeniu - czyta się ich, jakby mieli po 5 lat. Są zbyt tępi. Ja rozumiem, że to jakieś dresy, ale postacie z pitbulla w rzeczywistości nie istnieją. Nie aż tacy. A już na pewno nie może ich być cała szajka, która dożyła dorosłego wieku. Może znowu się czepiam, nie wiem, przepraszam, jeśli tak jest, ale no nie umiem ich kupić.
Ściany, o które się opierała, były lekko lepkie
Nie uważasz, że lekko nie pasuje? Nieco - byłoby lepsze.

Gryzie mi się ten opis nasilającej się ciszy, a jednak odgłosów fauny. Uwagi o spodziewaniu się hałasów procesów życiowych (i w ogóle cały ten lęk naokół giganta, który przecież dawno już każdemu znanym jest jako martwy) wydały mi się z kolei takie na siłę, żeby wypchać akapit, dodać retardacji. Ja bym to wyrzucił. Poza tym...
dziwna w żywym przecież kiedyś organizmie.
"dziwna w niegdyś żywym przecież organizmie."
Tak bym to zapisał. Nie odbierz mnie źle, to tylko sugestia, nie staram się przemądrzać. Niejeden szyk zdania mi się w tekście jakoś źle widzi, ale też nie jestem od tego specem i nie wiem, czy moje racje są w tych wypadkach uzasadnione, toteż staram się ich jednak nie wytykać. Mogę tylko dać znak, że tak jest. Oto zatem jeden przykład :)

Dlaczego śliniła się na widok kwiatów? Czy może na widok żył?
A, okej, doczytałem, że były warzywa :) Ja bym tu zmienił kolejność podawanych informacji.
Co jednak, jeśli otworzy się pod nią podłoga i wpadnie w żołądkowe soki? Nie chciała sama zostać czyimś obiadem.
Osobiście pogubiłem się już dawno w tym, gdzie ona się znajduje (bodaj nie podano; po prostu wewnątrz giganta) i ta zacytowana uwaga wydała mi się śmieszna.
Znalazła zaiste miejsce niezwykłe. Postanowiła zaryzykować i spróbować tutejszego jedzenia.
No dobra, w tym miejscu już mam naprawdę kompletny obraz dziewyczny, która naprawdę nie wie, co robi. Jej przemyślenia bywają dziwne, a ostrożność, którą gdzieś tam niby posiada, ma trochę kopniętą, jak na mój gust. Teraz, gdy akurat dostała powodów do obaw (no ktoś tu przecież może być!) akurat zachowuje się wprost przeciwnie, niż wczesniej.
Czemu koniecznie chciała gotować bób? Zachowuje się nagle, jakby wręcz chciała kłopotów.

Okej, teraz to mi trochę głupio, ale nie usunę zapisanych już uwag :) A oto dlaczego.
Okazało się, że to miejscówa Felka :) To dlatego dziewka porzuciła lęki! :) Okej, wyjaśniło się. ALE :) Jak by nie było, powinno tu się pojawić jakieś wyjaśnienie wcześniej. Tyle razy pojawiały się myśli Bronki, obawy, czasem całkiem infantylne i znikąd. A tutaj, gdy akurat, imho, by się przydały, nic. Jakiś wyraz ulgi? Jakieś: o, to jednak nie była pułapka!; albo: hmmm, to pewnie wszystko dzieła tego chłopaka... - ???? :) A może jednak? Może to trujaki wszystko? I zaraz doczytam, że ten mały dupelek chce sobie poużywać na strutej?
Nawiastem mówiąc, to by był dopiero ciekawy tekst :P Felek jako taki zwyrol-socjopata. Bym się w tym miejscu zatknął.
:P
No dobra, czytam dalej.
[qupte]W końcu szef stracił cierpliwość i trzepnął go po łepetynie, by zaczął mówić.[/quote]
:D no mówiłem, troglodyci pokroju tego dużego z pitbulla dwa (i chyba też trzy, nie mam pewności, nie widziałem)

Łojeju, co tam się dalej zadziało!
Wszystko byłoby fajnie, tylko że nadal (od początku praktyczine - nie tak całkiem, bo jakoś tak w połowie pierwszej rozmowy Felka z Leszkiem) nie umiem tego kupić. Tych ludzi, wszystkich, nawet Felka średnio. Choć on i Bronka są najbardziej wiarygodni. Brakuje mi tu czegoś. Powtórzę się, ale ta szajka jest po prostu za tępa, miasto zbyt puste (zaznaczę jednak, że nie byłoby z niczym problemu, gdyby to jeszcze było jakoś wyjaśnione, poruszone; ot chociażby - Leszek spadł z łóżeczka na głowę, jak był malutki i tak mu już zostało. Wyrósł na wielkiego chłopa i odtąd już nie musi pić magicznego napoju, dał po głowach dzieciom sąsiadów i też wyrośli na cofniętych :P Nie no dobra, żarty, ale wiesz, cokolwiek, co by tłumaczyło - nawet nie ich tępotę, bo to może tylko moje zdanie - np. sytuację w okolicy. Czemu nikogo nie ma i ilu jest ludzi pod tym Leszkiem.)
Ta jego ostatnia reakcja była naprawdę dziwna i nic, oprócz silnego opicia szalejem, zaćpania się, albo właśnie dostania po głowie czymś ciężkim, tego Leszka (imo) nie tłumaczy.
Sama historia, choć nie porywa jakoś i tak jak mówiłem brak jej paru punktów realizmu, żebym dał jej pod tym kątem ocenę pozytywną - nie jest najgorsza, aczkolwiek krótka. Gdyby miała czekać ją kontynuacja, zrozumiałbym i czekał na nią. Ale jeśli to ma być to, to opowiadanie jest najwyżej średnie. Nie wiem, co wymienić jako jej punk (opowiedzianej historii). Postacie, dialogi, wydarzenia, zwroty akcji, oryginalność. W mojej opini wszystkie te punkty mają po średniej ocenie. Czytało się dobrze, problem jest z interpuncją i w moim odczuciu czasem z szykiem zdań.
Wolałbym, żeby był to wstęp do czegoś ciekawszego :) Hmm? :)

ODPOWIEDZ