Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Pani Lulu

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 27 maja 2017, 22:27

Pani Lulu

1
Cieniutkie, po wirtuozersku zniuansowane gałązki wikliny kołysały się na wietrze z zadziwiającą bezbłędnością. Migotliwe odbicie w srebrzącej się u stóp drzewa kałuży imitowało bez zarzutu każdy ich ruch, ani o jotę nie przeinaczało kunsztownych przemieszczeń poszarpanych chmur, które tego chłodnego dnia przybrały posępny, bury odcień. Słońce miało akurat swoje pięć minut, czyniło widocznym każdą plamę mchu, każde zagłębienie w czarniawej i spękanej korze, służącej za siedlisko jakiemuś ohydnemu robactwu. Przyjrzawszy się z bliska ruchliwym insektom, pomyślałem sobie, że Kellai przesadził z realizmem.
Horyzont na północy zakreślały wyjątkowo udane wierzby. Swoim wymyślnym kształtem rozbudzały wyobraźnię i napełniały serce owym niezwykłym przeczuciem nieskończoności, które bywa udziałem wschodzącego życia. Ścieżka wiodąca ku bezmiernej oddali tu i ówdzie kłóciła się nieco z rozlokowaniem poszczególnych grusz i jabłoni, ale — ogółem biorąc — prezentowała się przyzwoicie. Jedynie brunatne zagony zostały spreparowane niedbale — ot, ktoś naniósł po prostu ciemne plamy i dodał gdzieniegdzie kilka mało wyszukanych detali w rodzaju bruzdy czy kępki zieleni.
To tyle, jeśli chodzi o wrażenia wizualne. Podłoże akustyczne w niczym nie ustępowało ścieżkom dźwiękowym tych zdumiewających nagrań wideo, na których niegdysiejsi ludzie uwiecznili miejsca niezabudowane. Nazywali je, zdaje się, ustroniami. To osobliwe słowo dawno już straciło prawo obywatelstwa w większości słowników. Natknąłem się na nie w jakimś starym leksykonie, w sąsiedztwie wielu innych wyrazów opatrzonych kwalifikatorem hist. Tak więc uszu moich dolatywał i miarowy szum powietrza, i krakanie wron, i rozbrzmiewający gdzieś za mną, o kilkaset metrów dalej, przytłumiony warkot ciągnika. Swoją drogą zupełnie nie rozumiem, dlaczego Hexy wstawił tutaj to hałaśliwe żelastwo...
Bodźców oddziałujących na skórę i węch też nie zabrakło. Wiatr rozczesywał włosy na podobieństwo tego prawdziwego, zmuszał przy silniejszych podmuchach do zmrużenia oczu. Przejmujące zimno kazało mi włożyć ręce do kieszeni, a grunt pod nogami był, jak w realu, nieregularny. W powietrzu rozlewała się szeroko ożywcza woń rozkopanej ziemi oraz nasiąkłych wilgocią drzew. I czegoś jeszcze, czego jednak nie potrafiłbym zidentyfikować. Był to zapach jakiejś pospolitej w tamtych czasach rośliny, w którym zawierała się niekłamana pochwała istnienia.
Słowem: prawdziwy majstersztyk.
Zamieniłem ten malowniczy krajobraz na zacienione do połowy wnętrze mojego mieszkania z prawdziwym żalem. Uwolniłem łepetynę z metalowych kleszczy symulatora, przywdziałem schnący jeszcze na wieszaku płaszcz, od którego zalatywało trochę wilgocią, i wyszedłem na ulicę. Ledwo przestąpiłem próg, już mnie ktoś potrącił. Zamiast przeprosin usłyszałem oczywiście złorzeczenia.
W mokrym od nieustającego deszczu bruku odbijały się dziesiątki neonów i rzęsiste światła latarni halogenowych. Przeciągające kilkadziesiąt metrów nad promenadą poduszkowce wyglądały jak mechaniczne owady o nieprzyjaznych zamiarach. Stosiedemdziesięciopiętrowy biurowiec LaXConnection co i raz wypluwał ze swoich trzewi kolejne porcje poubieranych w garnitury mężczyzn i elegancko wyglądających kobiet, napełniając ulicę zgiełkliwą, bezładną, rozbieganą we wszystkich możliwych kierunkach szarańczą. Z trudem przecisnąłem się do najbliższej sieciówki, gdzie zaopatrywałem się zawsze w jedzenie i łazienkowe utensylia.
Drzwi automatyczne bezszelestnie zamknęły się za mną i odgrodziły mnie od ulicznego gwaru. Starym zwyczajem skierowałem się najpierw w stronę działu z pieczywem, skąd następnie obszedłem łukiem cały sklep, po drodze napełniając koszyk różnymi wiktuałami. Za ladą stał nowy robot. Poprzedni zbyt często szwankował, klienci zgłaszali skargi. Wzdrygnąłem się mimo woli, muskając przelotnie palcem gładką wypolerowaną stal chwytliwej, dziewięciopalczastej dłoni. Zimne, żarzące się turkusowym światłem oczy wpatrywały się we mnie uporczywie, podczas gdy ultraczułe śródręcza przyjmowały podawane im produkty, kasowały je w czytniku, a następnie wkładały do przygotowanej zawczasu reklamówki (w kolejności podyktowanej ciężarem oraz gabarytami poszczególnych artykułów). Właściciel sklepu ma najwyraźniej kłopoty finansowe, pomyślałem sobie. Poprzedni automat, choć wadliwy, był — by tak rzec — bardziej ludzki: nie wświdrowywał się w człowieka spojrzeniem, poruszał „głową” jak prawdziwy ekspedient z krwi i kości, a nawet potrafił się uśmiechać. No ale takie cacko kosztuje znacznie drożej.
Zapłaciłem należność i wyszedłem na ulicę. Moją uwagę przykuł od razu przeraźliwy wrzask, dolatujący z przeciwległego krańca promenady. Jakaś rozebrana do połowy dziewczyna gwałtownymi ruchami usiłowała wyswobodzić się z objęć dwóch napastników, którzy ciągnęli ją w ciemny zaułek.
— Pomocy! Ludzie! Pomocy!
Uczepiła się ramienia jednego z przechodniów. Ten szarpnął się, jakby dotknęło go jakieś paskudztwo, i poszedł dalej. Nie widziałem wprawdzie wyrazu jego twarzy, ale łatwo mi jest wyobrazić sobie, że w tamtej chwili spiorunował nieszczęśliwą wzrokiem. Ludzie są zmęczeni, każdy ma własne zmartwienia. Wkrótce cała trójka wśród obłąkańczego krzyku znikła w gęstych ciemnościach. Po dziewczynie zostały na ulicy tylko porwane majtki.
W krystalicznie czystych szybach LaXConnection odbijał się prostokątny drapacz chmur, w którym mieszkałem. Na jego tle raz za razem pojawiały się i niknęły przelatujące w górze poduszkowce. Przypomniały mi się beztroskie lata dzieciństwa, spędzone w Strefie 44F: szlaczek kuloodpornych okien wbudowanych w ścianę przeciwległego budynku; wiecznie uszkodzony, mimo ustawicznych napraw, neon pobliskiego hipermarketu; odludna, dziurawa ulica, na której ja i moja paczka graliśmy w marynę, ku wielkiej zresztą irytacji przechodniów.
W środku przywitały mnie głuche tupotania i piskliwe okrzyki. Mrucząc pod nosem, posłałem do diabła sąsiada z góry i jego przeklęte bachory, do których pałałem niepohamowaną, zwierzęcą nienawiścią. Nic tak nie wyprowadza mnie z równowagi jak widok niesfornego dziecka. Wrzeszczy toto, śmieje się bez powodu i skacze, skacze, skacze, jakby po to tylko się narodziło, by mi uprzykrzyć życie. Najchętniej ukręciłbym łeb każdemu napotkanemu berbeciowi i nakarmiłbym potem tymi łbami jakiegoś wygłodniałego psa. Nikt mi nie wmówi, że dziecko jest człowiekiem. Albo że mój sąsiad nim jest. Nigdy go wprawdzie nie widziałem, ale każdego dnia słyszę przez sufit jego gruby, niski głos — to w zupełności wystarczy, aby powziąć należyte mniemanie o tym żałosnym osobniku. Śmiem sądzić, że więcej korzysta on z głosu niż z mózgu. Nawiasem mówiąc, nigdy nie mogłem pojąć ludzi rozgadanych, którym nie brzydnie to ciągłe nadawanie. Zawsze uważałem tę trajkoczącą odmianę człowieka za gorszą, podrzędną wobec natur milkliwych, zabierających głos tylko wtedy, gdy to jest konieczne. Bo co może mieć w głowie ten stary cap, skoro przez calutką sobotę przemieszcza się z kąta w kąt (o czym świadczą rozlegające się nad moją głową kroki) i przy nieustannym akompaniamencie telewizora napomina bądź przedrzeźnia ze śmiechem swoje równie nieudane potomstwo? Ilekroć go słyszę, wzbiera we mnie nieprzezwyciężony wstręt. Zrzygałbym się chyba, gdybym miał mu podać dłoń.
Po wypakowaniu przyniesionego ze sklepu żarcia i zrobieniu sobie naprędce kanapek usiadłem oczywiście do komputera. Miałem sporo roboty przy projekcie dla Dreams'a, jednej z tych milionowych korporacji, które zajmują się spełnianiem ludzkich marzeń. Dopracowywałem właśnie w najdrobniejszych szczegółach rudowłosą Annabelle, która w porównaniu do wielu innych kobiet, zamieszkujących modyfikowane przeze mnie uniwersum, może się poszczycić znacznie szerszym repertuarem możliwych zachowań. Ów repertuar, co warto podkreślić, mógłby być jeszcze bogatszy, gdyby nie konieczność konsultowania każdego gestu, każdej wypowiedzi i każdej reakcji z wynajmowanymi przez Dreams'a psychologami. Zwłaszcza niejaki Kozłowsky wkurza mnie swoimi ciągłymi zastrzeżeniami.
Swoją drogą lata pracy w tym zawodzie i ze mnie zrobiły nie byle jakiego psychologa. W ludzkiej psychice tyle jest syfu i kału, że gdybym zaczął opowiadać o tym wszystkim komuś spoza branży, nie uwierzyłby mi. Na przykład ta Annabelle... Z poufnych źródeł dowiedziałem się, że zleceniodawcą projektu jest jakaś wysoko postawiona osobistość, której, ma się rozumieć, bardzo zależy na dyskrecji. Nic dziwnego, skoro sens istnienia rudowłosej sylfidy zawiera się bez reszty w szpicrucie i żelowym strap-onie.
— Repeat after me — mówi wymalowana Annabelle, pochylając się ku mnie z ekranu. — I am so fucking looser... I have a very small penis... That's right. I'm the hidden female... Who? I don't hear. Louder! Yes, you are... My little puppy, my poor little girl...
I pomyśleć tylko, że po odłożeniu symulatora na bok ten „malutki szczeniaczek”, ta „biedna mała dziewczynka” przywdzieje garnitur, zawiąże pod szyją krawat i pójdzie rządzić światem. A jeśli ktoś jej w czymkolwiek uchybi, jeśli choćby kelner uśmiechnie się w restauracji nie do końca przekonująco, nie omieszka zadbać o to, aby następnym razem nie tylko obdarzono ją rozciągniętym od ucha do ucha uśmiechem, ale również poczęstowano na wstępie jakąś ciekawą anegdotką, opowiedzianą przymilnym tonem i z oznakami najżywszej atencji.
„Jak tam robota?” — pisze do mnie na czacie Hexy. „Do przodu” — odpowiadam zgodnie z prawdą. „Słuchaj, Ignaś, ta Roxanne ma mieć na cipce jakiś meszek czy nie? Bo zapomniałem”.
Nie odpowiedziałem od razu. Moje spojrzenie nie wiedzieć czemu spoczęło na zdobiącej kuchenną półkę paproci. Jej długie liście zwieszały się nisko, sięgając nieledwie zapaskudzonego jakimiś resztkami blatu. Zanurzona w półcieniu, sprawiała wrażenie głowy zwieńczonej bujną, chaotyczną fryzurą. Układ stosunków przestrzennych, w jakich pozostawały ze sobą poszczególne części rośliny, wydał mi się bardzo interesujący.
Z zapatrzenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Hexy dopominał się odpowiedzi, wysłał znak zapytania. Ten znak zapytania nabrał dla mnie symbolicznego czy też aluzyjnego charakteru. Moje dotychczasowe życie nadaje się bowiem idealnie do tego, aby postawić przy nim taki właśnie znak zapytania. Jako żarliwy i wzniosły młodzieniec, obiecujący student inżynierii cybernetycznej, wyobrażałem sobie swoją przyszłość inaczej. Wbrew ironicznym uśmiechom ludzi starszych ode mnie, którzy w kółko kładli mi do uszu, że mój zapał jest wprawdzie bardzo chwalebny, ale świadczy o zupełnej nieznajomości życia, gorąco wierzyłem w to, iż uda mi się urzeczywistnić swoje zamiary i nie sprzeniewierzać się własnym zamiłowaniom. Sądziłem, że moja pracowitość, skrupulatność i talent, co do którego, nawiasem mówiąc, nie miał wątpliwości ani jeden z wykładowców, otworzą przede mną każde drzwi, w które tylko zechcę wejść, i utorują mi drogę ku spektakularnym sukcesom.
Te piękne rojenia nie przyoblekły się oczywiście w ciało. Nie miałem wprawdzie problemów ze znalezieniem po studiach zatrudnienia, ale rychło przekonałem się, że świat nie potrzebuje ludzi mojego pokroju. Opuściwszy mury uniwersytetu, które chroniły mnie i paru podobnych mi zapaleńców od złowrogiej rzeczywistości, dostałem się od razu w tryby bezdusznego systemu gospodarczego i wyrobiłem sobie nareszcie należyte pojęcie o tym, co to znaczy zarabiać pieniądze. A to znaczy: odczuwać dotkliwie głęboki rozdźwięk między tym, co się w sobie nosi i co rozpaczliwie domaga się wyrazu, a tym, co się robi. Zarabiać pieniądze to znaczy wypowiadać sobie samemu wojnę każdego poranka. Zwrócić czasem spojrzenie w górę, ku wąziutkiemu skrawkowi nieba rozjaśniającego się między dachami gigantycznych budynków ze stali i szkła, i przywitać nadchodzący dzień dojmującym poczuciem czarnej beznadziei. Gnieść się w śmierdzącym poduszkowcu pasażerowym z ruchliwą, wieloreką, wielonogą, wielogłową tłuszczą, patrzącą apatycznie dziesiątkiem par oczu na mijane w przelocie szyby i neony. Po raz niezliczony mówić „dzień dobry” mechanicznemu portierowi i zapytywać siebie samego w duchu, czy aby różnimy się czymkolwiek od tego zimnego, bezmózgiego żelastwa, które swoje nikłe podobieństwo do człowieka zawdzięcza jedynie algorytmom. Zasiadać w biurze przed komputerem i przy ogromnym nakładzie czasu i pracy modelować kształt wirtualnych pośladków i wagin, z uwzględnieniem specjalnych życzeń zleceniodawców, którym naturalne uposażenie biologiczne kobiety nie wystarcza.
Wprawdzie jeden klient na tysiąc okazuje się czasem człowiekiem — nie w znaczeniu odrębności międzygatunkowej, lecz w sensie przenośnym, który temu sformułowaniu przysługiwał jeszcze za czasów, gdy Ziemię zaludniały wyłącznie zwierzęta i ludzie — co widać po zleceniu, świadczącym o jakichś aspiracjach i wrażliwości estetycznej; ale zdecydowana większość łaknie tylko seksu i przemocy. Albo obu tych rzeczy zmiksowanych w jeden wybuchowy koktajl. Czy zresztą można się temu dziwić, skoro przez osiem godzin dziennie człowiek jest wyłączony, a popołudniami na każdym kroku zawadza o czyjeś ramię (skądinąd rzadko skłonne do tego, aby zrobić mu trochę miejsca)? A gdy już wróci do domu z zamiarem znieczulenia się na to wszystko, musi jeszcze znosić nigdy niemilknący tupot nóg nad głową? Czy przemożne pragnienie wymordowania całej tej dookolnej hałastry nie jest w takich warunkach czymś najzupełniej naturalnym i niewinnym? Płódźcie więcej jeszcze bachorów, pierdolone sukinsyny, a zobaczycie, że symulatory przestaną wam w końcu wystarczać!
Moja nienawiść do dzieci zawsze wprawiała ludzi w zakłopotanie. No bo jak można nie lubić „tych uroczych, szczebioczących stworzonek, na które przecież dość popatrzeć, by życie zdało się piękniejsze”? Jeśli te zasrane grzdyle są urocze, to urokiem natur hałaśliwych a bezmyślnych, które przemawiają przeciwko idei ewolucji wymowniej aniżeli najbardziej nawet sugestywne dowody empiryczne. Jeśli czynią życie piękniejszym, to pięknem obrzydliwego gówna, w którym trzeba się potem grzebać; pięknem nieliczącego się z niczym ani z nikim wrzasku, od którego puchną bębenki w uszach.
Nie przypominam sobie ani jednej chwili w swoim życiu, w której pragnąłbym zostać ojcem. Ci nieliczni znajomi, z którymi się czasem spotykałem, dobrze wiedzieli o mojej idiosynkrazji, dlatego unikali zaznajamiania mnie z ludźmi obarczonymi brzemieniem rodzicielstwa. Ilekroć uścisnąłem dłoń mężczyźnie, o którym dowiedziałem się później, że dzieli mieszkanie ze znienawidzoną przeze mnie rasą istot, doznawałem nieodpartej chęci natychmiastowego wyszorowania rąk — jak gdybym obawiał się, że przejdą na mnie jakieś niewidoczne fluidy. Z kobietami było nieco inaczej, ale istnienie kobiety tłumaczy się samo przez się, nie potrzebuje uzasadnienia. Każda młoda kobieta jest w stanie wyjednać u mnie pewną szczególną, zabarwioną erotycznie życzliwość — niezależnie od tego, czy ma coś do powiedzenia, czy nie (inna sprawa, że bardzo trudno przychodzi mi okazywanie tej życzliwości...). Samym swoim wyglądem, samą swoją płcią nastawia mnie do siebie przychylnie. Nie jest ważne, czy wychowuje dzieci. Ale mężczyzna, co tu dużo mówić, nie należy do najpiękniejszych tworów natury. W związku z tym powinien o coś zabiegać, dążyć do czegoś. A o co może zabiegać mężczyzna spętany zobowiązaniami rodzinnymi? Czy może go zaprzątać cokolwiek poza prozaiczną troską o byt materialny?
Gdyby moja zabałaganiona rudera miała się zaludnić czeredą rozkrzyczanych pędraków, bez chwili zastanowienia popełniłbym samobójstwo. Moje życie utraciłoby wówczas cel i znaczenie. Na szczęście ta straszna ewentualność mi nie grozi: rozlewam spermę wszędzie dookoła, tylko nie tam, gdzie — z punktu widzenia natury — powinienem. Te sprawy mi zresztą niepomiernie przeszkadzają. Co kilka dni trzeba marnować cenny czas na elektro-zabawę z symulatorem. Cała podłoga w pobliżu fotela i biurka uświniona jest zaschniętą spermą. Podobnie sam fotel, spodnia część blatu i pobliska ściana. Gdyby ktoś tu kiedyś wszedł, brzydziłby się zapewne gdziekolwiek usiąść.
Swoją drogą do tego stopnia przyzwyczaiłem się już do symulatora, że prawdziwy seks z realną kobietą nie wydaje mi się czymś potrzebnym. O realną kobietę trzeba się starać, o jej wirtualną symulację — ani trochę. Wystarczy włączyć guzik. Poza tym kobieta z krwi i kości zawsze ma jakieś defekty, od których całkowicie wolna jest jej ulepszona kopia. Gdyby tak jeszcze zapomnieć tylko, że ma się do czynienia z programem... Być może w przyszłości będzie to możliwie, kto wie. Zdaje się, że jest to jedyny minus symulacji pornograficznych. Mimo wszystko chciałoby się zaznać prawdziwej, niewymuszonej przez algorytmy czułości.
„Jesteś tam?” — pisze Hexy. Właśnie przyłożyłem palce do klawiatury, aby odpisać, gdy nagle rozdźwięczał się w mieszkaniu komunikator. „Kto to może być?” — pomyślałem nie bez zdziwienia. Wstałem od biurka i skierowałem się ku ladzie kuchennej, na której leżało pipczące urządzenie. Przymocowałem je sobie naprędce do ucha i nacisnąłem odpowiedni guzik.
— Halo?
— No cześć, synu. Gadacz oczywiście nie na uchu. Dzwonię, aby przypomnieć ci, że twoja matka jeszcze żyje.
— Cześć, mamo. Ostatnio jakoś dużo mam na głowie.
— Każdy ma. Nie ty jeden.
— No niby tak.
— Ale za to ty jeden nie odzywasz się przez kilka tygodni.
— Mamo...
— Dziewczynę jakąś poznałeś?
— Dziewczyna mi jeszcze potrzebna... jakbym i tak nie miał tysiąca spraw do załatwienia.
— A spotykasz się tam z kimś, w tej siedemdziesiątce dwójce? Masz z kim wyjść na piwo?
— Mamo, po pierwsze: ja nie piję piwa. A po drugie...
— Nie lubisz spotykać się z ludźmi?
— Nie że nie lubię... A co tam w trzydziestce?
— Synu, martwię się o ciebie.
— Mamo, ale ja przecież zawsze taki byłem.
— Ja nie przeczytałam tylu hubów co ty, nie grzebię się tyle w tych uniwersach, jestem prostą kobietą, ale posłuchaj, mój drogi, co ci powiem, a czego nie powiedzą ci te twoje mądre huby. Choćbyś nawet został artystą tej miary co Sołowjow, nie znajdziesz nigdy szczęścia, jeśli przy twoim boku nie będzie biło ani jedno kochające cię serce.
— No to znajdź mi, proszę, to serce, jak masz czas. Bo ja niestety nie mam. Muszę pracować.
Też mi rada. Jakbym nie wiedział, że człowiek bez miłości karłowacieje, wynaturza się. Ale niby skąd tę miłość wytrzasnąć? W jaki sposób wykrzesać ją z tego zeschłego, wysmaganego lodowatymi wichrami organu, w którym upatruje się jej źródła? I czy jest to jeszcze możliwe? Nikt, kto przez długie lata nie wpatrywał się całymi dniami w sufit ani nie snuł się jak zombie po najmniej uczęszczanych ulicach, każdym swoim krokiem zdradzając potworne, śmiertelnie nieomal znużenie, nie może mieć pojęcia, o czym mówię. Cała moja młodość tak upłynęła. Gdyby nie te huby i uniwersa... dzisiaj nie byłoby mnie tutaj. W mrówczej, niezmordowanej pracy odnalazłem jako taki ratunek. Ale nie bardzo się zmieniłem.
— Ty nie jesteś złym człowiekiem — powiedziała mi raz Anka, po kolejnej, ostatniej już, jak miało się okazać, kłótni — ale w tobie jest coś zgniłego (pamiętam, że jej twarz wykrzywił na moment grymas obrzydzenia). Tobie można by powierzyć dziecko pod opiekę i mieć całkowitą pewność, że należycie się o nie zatroszczysz, mimo całej swojej nienawiści... która zresztą nie jest aż tak wielka, jak ci się wydaje. Ale ty nie masz w sobie... ciepła. Chociaż nie... i to nie jest prawdą. W tobie najbardziej denerwujące jest to, że jesteś taki niejednoznaczny. Cokolwiek by o tobie powiedzieć, będzie do połowy kłamstwem. Ale to dlatego... dlatego że ty masz ze sobą problem. I to poważny. Bardzo poważny. Ignacy, dlaczego ty nie chcesz sobie pomóc?!
Kiedy zobaczyłem w jej oczach już tylko litość, porwał mnie straszliwy gniew.
— Wyjdź! — syknąłem przez zęby, wskazując palcem drzwi. — Wyjdź, bo nie ręczę za siebie!
Mój wykrzyknik osiągnął jednak skutek odwrotny od zamierzonego. Anka w okamgnieniu przypadła do mnie i przycisnęła moją rozpaloną głowę do swoich piersi.
— No już, już, spokojnie. Spokojnie, mój mały.
Poczułem na skroniach jej łzy.
W pierwszej chwili wybuchłem spazmatycznym płaczem, w którym zawarła się cała treść mojej zwichniętej młodości. Wtulałem się w tę dobroduszną kobietę tak, jak gdyby naokół mnie rozwierała się czarna, bezdenna przepaść, a ona była skalistym wierzchołkiem, od którego zależało moje życie. Wczepiłem się rozpaczliwie palcami w jej skórę, jęknąłem żałosnym głosem: „Aniu, ratuj mnie!”.
Nie trwało to jednak długo. W pewnym momencie ucichłem raptownie, zastygłem w bezruchu, stężałem. „Ignaś?” — szepnęła niepewnym tonem Anka.
Sekundę później leżała już na podłodze, wśród odłamków roztłuczonego kubka, który strąciła mimo woli ręką, gdy odepchnąłem ją mocno od siebie. Odwróciłem się do niej plecami.
— Wyjdź stąd i nie wracaj — rzekłem zimnym, nieswoim głosem.
Nie wiem, jak to się stało. Kiedy już zostałem w mieszkaniu sam, wsunąłem ręce w kieszenie i wlepiłem wzrok w rozbitą porcelanę. Pamiętam, że się roześmiałem. „No, ty to udany jesteś” — powiedziałem na głos. Postąpiłem kilka kroków w kierunku okna. Wzruszyłem ramionami. „Po co mi ta kurwa?” (ostatnie słowo wymówiłem osobliwym, charakterystycznym tonem, jak gdybym nagle oprzytomniał i zdał sobie sprawę z jakiejś oczywistości, której do tej pory nie byłem świadomy). Roześmiałem się po raz drugi. Był to suchy, bezdźwięczny śmiech — przy odrobinie wyobraźni można by go wziąć za brzdąknięcie zepsutej zabawki, w której pękła sprężyna. Zachciało mi się nagle spać, mimo że dochodziła dopiero dwudziesta. Ziewnąłem. Zwaliłem się jak kłoda na kanapę i zapadłem w ciężki, grobowy sen.
* * * I znowu zarwałem pół nocy, aby udobruchać tę uprzykrzoną zmorę, która mi spokoju nie daje i nie wypuści mnie już chyba nigdy ze swoich szponów — mam tu na myśli oczywiście nieprzepartą, namiętną, wysysającą wszystkie niemal siły żywotne tęsknotę za kobietą. Który to już raz z piętnastu przewidzianych na to minut zrobiły się cztery godziny? A rano do pracy z podkrążonymi oczami. Ale czy można się oprzeć urokowi tych zjawiskowych istot, których jedyną wadą jest to, że są nieprawdziwe? Czy to już uzależnienie? A gdzie się ono zaczyna? Kto byłby w prawie wyznaczyć obcemu człowiekowi granicę, poza którą naturalna potrzeba wyradza się w nałóg? Czy mam robić te rzeczy z zegarkiem w ręku, zachowując ścisłość co do minuty? Czy nie zakrawałoby to na nerwicę? Jedyną sferę życia, w której człowiek może sobie naprawdę pofolgować i stać się bez reszty rozpętanym z oków żywiołem, mielibyśmy kiełznać i wtłaczać przemocą w jakieś ciasne ramy?
Czyżbym racjonalizował swoje uzależnienie? Zdaje mi się, że całe to rozumowanie nie byłoby potrzebne, gdybym cztery wspomniane godziny spędził w objęciach prawdziwej kobiety. Obecność drugiej osoby uświęciłaby zaznaną rozkosz, uczyniła ją czymś ludzkim, czymś, czego nie trzeba się wstydzić i co można włączyć w krąg doświadczeń wspólnotowych. Ale ja przez cały ten czas byłem sam, sam jeden... Czułość, którą w sobie noszę, przelałem w próżnię; całą swoją żarliwość złożyłem na ołtarzu bezdusznych halucynacji, które sam powołałem do istnienia i które dlatego właśnie są jedynie mną. Każda ich reakcja jest do przewidzenia, każe słowo jest słowem, które wcześniej wystukałem na klawiaturze. Nic więc dziwnego, że po każdym orgazmie zamiast spełnienia i radości czuję dojmującą pustkę.
Są chwile, kiedy przeklinam ten diabelny wynalazek, mimo że zawdzięczam mu nie tylko swoją pracę, ale przede wszystkim pasję życiową. Gdyby nie możliwość zanurzenia się w każdej chwili w wirtualnym świecie, daleko piękniejszym od szarej i smutnej rzeczywistości, być może podjąłbym jakieś kroki w kierunku zmiany swojej sytuacji. No a tak...
Ale symulatory odebrały mi nie tylko szansę na miłość. Odebrały mi również — czego przez długi czas sobie nie uświadamiałem — rodziców. Mój ojciec pasjami eksplorował różne uniwersa, do tego stopnia zapominał się w swojej namiętności, że nie widywaliśmy się z nim przez kilka dni z rzędu, mimo że mieszkaliśmy przecież pod jednym dachem. Wcześnie rano wychodził do pracy, jadł na mieście, wracał niepostrzeżony i zamykał się na długie godziny w swoim kwartale. Raz udało mi się go podejrzeć, nie domknął bowiem klapy. Wyciągnięty na fotelu, sprawiał wrażenie człowieka podłączonego do kroplówki. Na jego baniastej głowie wznosił się pokaźnych rozmiarów symulator, łączący się kilkunastoma kablami z wieżą zasilającą. „Gdzie on teraz może być? — pomyślałem sobie. — Jakie to krainy odciągają go od nas, ode mnie i od mamy?”. Niedługo po tym wydarzeniu matka poszła w ślady ojca. Dotychczas korzystała ze swojego symulatora tylko sporadycznie, bardziej zaprzątał ją świat realny, ale i ona zaczęła w końcu przedkładać podróże cybernetyczne nad dom i rodzinę. W wieku jedenastu lat musiałem nauczyć się przygotowywać samodzielnie obiady, inaczej permanentny głód sprowadziłby na mnie w końcu jakieś paskudne choróbsko.
O ile mi wiadomo, mój przypadek nie jest odosobniony. Dzieciaki, z którymi kręciłem się po różnych sektorach Strefy 44, miały podobnie, a jedyna różnica między poszczególnymi sytuacjami dotyczyła natężenia problemu. W mojej pamięci zachowało się zwłaszcza wspomnienie odwiedzin u najlepszego kumpla: poza nim jednym wszyscy domownicy w liczbie sześciu leżeli wyciągnięci na fotelach, z symulatorami na łbach, każdy w oddzielnym pomieszczeniu. Dowiedziałem się od niego, że tak wygląda u nich każde popołudnie, że inaczej wolnego czasu nie spędzają. On zresztą też dwa lata później się w to wpierdolił. Na tyle, że skończył w zakładzie dla obłąkanych (przestał odróżniać rzeczywistość od symulacji, gwałcił i mordował prawdziwe kobiety). Do którego domu by się nie zajrzało, wszędzie to samo: półleżący na fotelach ludzie, wpatrzeni co do jednego w fantastyczne wirtualne obrazy, przesyłane w postaci impulsów elektromagnetycznych do ośrodkowego układu nerwowego — i głuche milczenie w kwartałach, któremu akompaniuje tylko dyskretny, regularny szum wież zasilających.
Czy zresztą można się temu dziwić, skoro gdziekolwiek obrócimy spojrzenie, dokądkolwiek skierujemy swe kroki — wszędzie napotkamy nieodstępną gębę bliźniego?
Sekretarka-robot uśmiecha się do mnie zza biurka i wita mnie przymilnym tonem: „Dzień dobry, panie Ignacy”. „Ciągnij druta, pizdeczko” — odpowiadam, będąc przekonany, że jej stalowa twarz nie utraci przez to uprzejmego wyrazu, i że za kilka godzin z równą układnością pożegna mnie słowami: „Do widzenia, panie Ignacy. Miłego popołudnia”. Automatyczne dwuskrzydłowe drzwi otwierają się przede mną i ukazują mi w perspektywie podłużnego korytarza idącą w moim kierunku blondynkę, której imienia nie pamiętam, mimo że od trzech lat pracujemy w jednym dziale. Mijamy się, ona po raz pięćset osiemdziesiąty czwarty stara się wymusić na mnie uśmiech, do którego bynajmniej nie jestem usposobiony. Jej godna podziwu wytrwałość zasługuje bez wątpienia na uznanie. Inni stosunkowo szybko połapali się w moim charakterze i po krótkim czasie bezskutecznych prób zrozumieli, że się na kolegę nie nadaję. Ona po raz pięćset osiemdziesiąty czwarty od chwili, kiedyśmy się poznali, rozciągnęła wargi od ucha do ucha i powiedziała mi „cześć”. A ja po raz pięćset osiemdziesiąty czwarty nie odwzajemniłem jej życzliwego gestu, bąkając jedynie pod nosem ledwo zrozumiałą, jak przypuszczam, sylabę, którą tylko okoliczności pozwoliły wziąć za powitanie. Tym swoim zawziętym uporem zniechęciła mnie do siebie bardziej, niż gdyby mi w przystępie wściekłości naubliżała. Impertynencje bowiem, w przeciwieństwie do nieodwzajemnionej życzliwości, nie drażnią sumienia i pozwalają trwać w dobrym mniemaniu o samym sobie. Nawiasem mówiąc, w ludziach najbardziej irytujące jest właśnie to, że kontakt z nimi zawsze zadaje kłam naszym wypielęgnowanym w samotności wyobrażeniom o nas samych.
Kiedyś taki nie byłem. Jeszcze jako dziecko odznaczałem się wyjątkową koleżeńskością, która zjednywała mi u rówieśników powszechną sympatię. Dopiero później, w okresie dojrzewania, zacząłem stopniowo unikać ich towarzystwa i coraz więcej czasu spędzać przed komputerem, zanurzony po uszy w moich pierwszych projektach. Nim się spostrzegłem, straciłem niemal wszystkich znajomych, a ci nieliczni towarzysze lat dziecinnych, z którymi jeszcze utrzymywałem kontakt, nudzili mnie coraz bardziej, gdyż co innego mieli w głowach i w czym innym upatrywali pokarmu dla swych serc. Nie mogąc dzielić z nimi zainteresowań, naturalną rzeczy koleją nie mogłem i nie chciałem dzielić z nimi czasu.
Korzenie mojej obecnej samotności sięgają jednak znacznie dalej. Mimo wspomnianej już koleżeńskości, której zawdzięczałem w dzieciństwie wcale liczne grono towarzyszy, tkwiła we mnie zadra jakaś bolesna, bezimienna a uporczywa dolegliwość, kładąca się głębokim cieniem na wszystkim, czego się tknąłem i co mnie otaczało. Nie wiem, czy pamięć mnie nie zwodzi, ale jeśli wierzyć mglistym a ponurym wspomnieniom, między którymi błądzę niekiedy w poszukiwaniu praprzyczyny moich problemów, już jako mały brzdąc nosiłem w sobie niewiadomego pochodzenia truciznę. Najwymowniej zdaje się tego dowodzić owo dziwne popołudnie, kiedy to z oszałamiającego wiru pacholęcych zabaw na ulicy wyrwała mnie nagle jakaś siła przemożna, popędziła w kierunku wznoszącego się nieopodal gigantycznego wieżowca, pognała stromymi schodami na szóste piętro i zawiodła wprost do mojego kwartału, w którym następnie cisnęła mną o podłogę i schwyciła za gardło straszliwym, nieukojonym żalem... Nie mogłem dać sobie z czymś rady. Nie wiem, co to było ani skąd się wzięło. Patrzyłem ze łzami w oczach na uchylone okno, zza którego dolatywały radosne okrzyki pozostawionych w dole kolegów i koleżanek, i bodaj po raz pierwszy w życiu odczułem dotkliwy rozdźwięk między sobą a innymi ludźmi. Pojąłem w okamgnieniu, że nawet jeśli mój głos dołączy do chóru tych wesołych pokrzykiwań, to i tak częścią swojej istoty będę gdzie indziej, dokąd nikt nigdy nie dotrze i nie poda mi ręki.
To wczesnodziecięce doświadczenie okazało się prefiguracją wielu późniejszych, równie dotkliwych i przygnębiających. Między mną a otaczającymi mnie ludźmi zawsze wznosiła się nieprzebyta bariera, której mimo ustawicznych wysiłków nie potrafiłem sforsować. Moja współobecność nigdy nie była zupełna; spośród bezliku myśli, uczuć, drgnień wewnętrznych jedynie nieliczne znajdowały wyraz w mojej mimice, w ruchach i tonie głosu. A gdy w przystępie rozbudzonego czyimś serdecznym obejściem zaufania odważałem się niekiedy odemknąć rygiel swojej subiektywności i po długim milczeniu rozsznurować usta, wbrew zgoła odwrotnej intencji stawałem się dla rozmówcy jeszcze dalszy, jeszcze bardziej obcy niż uprzednio; tak jakby każde kolejne słowo znaczyło i uwyraźniało następujące po sobie, zdawałoby się, w nieskończoność interwały niemożliwego do ogarnięcia myślą ani czuciem dystansu, jaki odgradzał mnie od ludzkiej akceptacji, od poczucia przynależności, od cennego daru przyjaźni, a nade wszystko — od uzdrawiającej i ożywczej miłości, która chyba tylko jedna zdolna była zawrócić bieg mojego wykolejonego życia i skierować je na właściwe tory...
Była — tak, to dobre słowo. Dzisiaj jestem już za stary na miłość, jeśli wiek człowieka mierzyć nie tylko okrążeniami kuli ziemskiej wokół słońca, ale również — a może przede wszystkim — ogromem spustoszeń, jakie w sercu ludzkim przynosi ze sobą każdy kolejny rok. Mam dwadzieścia osiem lat, jestem dorosłym mężczyzną. A przynajmniej powinienem nim być. Bądź co bądź, moja aparycja nie pozostawia patrzącym na mnie ludziom najmniejszych wątpliwości: oto słusznego wzrostu mężczyzna w kwiecie wieku, po którym spodziewać się można, a nawet należy określonych postaw i cech. Zasadniczo staram się nie wyprowadzać nikogo z błędu, odgrywam wyznaczoną mi rolę czasem lepiej, czasem gorzej, choć Bogiem a prawdą zadaję sobie nieraz gwałt tą maskaradą. No dobrze, mógłby ktoś powiedzieć, ale jaki to ma związek z miłością? Jak się okazuje — niebagatelny. W dniu bowiem, w którym miłość po tylu przepadłych latach nagle by sobie o mnie przypomniała, przestałbym być mężczyzną. Tak po prostu. Wszystkie moje mechanizmy obronne rozprzęgłyby się, wydając mnie na łaskę i niełaskę czyjegoś głosu, spojrzenia, uśmiechu. W obejmujących mnie ramionach szukałbym gorączkowo wytęsknionego azylu, w którym mógłbym się zasklepić, zapomnieć, ukryć przed czyhającymi na zewnątrz niebezpieczeństwami. Z całą siłą tłamszonych długo namiętności wróciłyby moje natręctwa i obsesje, od których udało mi się do pewnego stopnia uwolnić jedynie za cenę obojętności wobec ludzkich opinii. A przecież nie można być obojętnym wobec opinii kogoś, kogo się kocha. Miłość wyobrażam więc sobie dzisiaj jako ciągły niepokój i obawę, i męczarnię uporczywych wątpliwości, którym najwylewniejsze nawet zapewnienia, najżarliwsze, uczuciem płomiennym podyktowane deklaracje nie zdołałyby położyć kresu. Budziłbym się każdego ranka z bolesnymi pytaniami w myślach: czy ona mnie jeszcze kocha? czy nic się w jej stosunku do mnie nie zmieniło? jak długo to jeszcze potrwa? Aż wreszcie nie wytrzymałbym narastającego napięcia i w gwałtownym paroksyzmie rozprzężenia wewnętrznego naurągał jej niespodziewanie, zwymyślał ją, zelżył bez pardonu... aby potem błagać jak pies o wybaczenie i cierpieć katusze postradanego szczęścia.
Mój kwartał pracowniczy mieścił się za załomem korytarza, naprzeciwko ekspresu do kawy. Podłużna, zakończona hakowato metalowa szyja wypluwała właśnie strugę parującej cieczy do papierowego kubka, ostro kontrastującego ze śnieżnobiałym mankietem koszuli i wynurzającą się zeń białą dłonią, w której jednorazowe naczynie spoczywało. Granatowa marynarka, takież spodnie i połyskujące w rzęsistym świetle pantofle odrzynały się wyraźnie od białego, aseptycznego tła. Szpakowata głowa dyrektora obróciła się w moją stronę i zmierzyła mnie wzgardliwym spojrzeniem.
— Dobrze, że jesteś, mam dla ciebie bojowe zadanie — wyrzekła, przenosząc wzrok na wypełniony po brzegi kubek.
— Zamieniam się w słuch.
Upiła łyk kawy i rzuciła niedbale:
— Polecisz po Koragelię.
— Bardzo chętnie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą — ale pan dyrektor przecież wie, że przylatuję do pracy komunikacją strefową.
— Weźmiesz poduszkowiec firmowy. Stoi już na platformie.
— Panie dyrektorze! — zwróciłem się do uchodzących już w głąb korytarza pleców.
Srebrzystoszara głowa zaszczyciła mnie jeszcze jednym spojrzeniem.
— Ja tak z ciekawości... Pani kierownik ma przecież osobistego pilota.
— Już nie ma. Wczoraj popełnił samobójstwo.
Szparkim, ochoczym krokiem skierowałem się bezzwłocznie w stronę windy, ciesząc się w duchu na myśl, że oto mam okazję usiąść za sterami poduszkowca. Sekretarka-robot powstała z miejsca na mój widok, jej stalowe wargi wygięły się w życzliwym uśmiechu: „Pan dzisiaj wcześniej wychodzi?”. Bez wątpienia musiał ją zaprogramować jakiś cymbał.
Winda błyskawicznie zawiozła mnie na sam dach, gdzie mieściła się platforma. Mechaniczny stróż zbliżył się skwapliwie i wśród ceremonialnych ukłonów zaprowadził mnie do przygotowanego do odlotu wehikułu. „Proszę na siebie uważać, panie Ignacy”. Nim wprawiłem silnik w ruch, rozejrzałem się z prawdziwą przyjemnością po kokpicie i z dłońmi położonymi na podkowiastych sterach upajałem się czas jakiś tą wyjątkową chwilą. Brałem oto w posiadanie dwutonową machinę latającą, która dźwignie mnie zaraz w powietrze i poniesie w szeroki przestwór, rozpościerający się nad niebosiężnymi dachami gęsto stłoczonych wysokościowców.
Zapuściłem motor, odczekałem parę sekund, aby silniki się rozruszały, a następnie ująłem oburącz środkowy ster i pociągnąłem go delikatnie ku sobie. Wehikułem wstrząsnęły nieznaczne drgania, aluminiowe płozy oderwały się od podłoża i zawisły kilka metrów nad platformą. Upewniwszy się, że wszystko gra, zwiększyłem moc zamontowanych u spodu poduszkowca gigantycznych wentylatorów i poszybowałem w górę.
Przez dużą wypukłą szybę umieszczoną nad dziobem wehikułu widziałem w dole infernalną zaiste panoramę sektora B. Jak okiem sięgnąć, wszędzie naokół aż po najdalsze krańce horyzontu rozpościerał się zwarty, nieprzebyty las dwustupiętrowych prostopadłościanów, na których orle plemię machin latających uwiło sobie stalowe gniazda i wpatrywało się iluminatorami bądź to w okna sąsiednich gmachów, bądź to w piętrzące się wyżej jeszcze cylindryczne kominy, które bezustannie pracowały na maksymalnych obrotach, napełniając atmosferę cuchnącymi wyziewami wszechobecnych fabryk. W powietrzu na różnej wysokości poruszały się niemrawo (można by powiedzieć: po muszemu) setki migających światłami helikopterów i poduszkowców: mniejszych, większych, trójkątnych, wrzecionowatych, opływowych, podobnych niegdysiejszym zeppelinom czy też przewróconym na bok kurzym jajom, wypełnionych najrozmaitszymi towarami, ludźmi bądź humanoidalnymi robotami, które zresztą aż tak bardzo od ludzi się nie różnią, chyba tym tylko, że można na nich w stu procentach polegać, bo nie popełniają samobójstw. Między gigantycznymi drapaczami chmur krzyżowały się ze sobą wąskie z tej perspektywy promenady, którymi przelewała się wielokolorowa ciżba, wciąż gęstniejąca, w miarę jak zbliżałem się do budynku mieszkalnego mojej przełożonej, umiejscowionego w centrum sektora. Jakiś zwariowany śmigłowiec wyczyniał w pobliżu bardzo ryzykowne manewry, powodując w ruchu napowietrznym niemałe zamieszanie. Zmieniłem nieznacznie kurs, aby uniknąć ewentualnego wypadku.
Kiedy w tej stalowo-szklanej puszczy ujrzałem nareszcie wielki ekran, na którym jakaś uśmiechnięta od ucha do ucha piękność wychwalała zalety najnowszego zestawu kuchennego firmy Y, wiedziałem już, że jestem blisko. Minąłem spiczaste wierzchołki bliżej nieokreślonych obiektów architektonicznych, których przeznaczenie zawsze pozostawało dla mnie zagadką, i wylądowałem ostrożnie na jednym z pomniejszych wieżowców.
Za rozsuwaną automatycznie klapą wehikułu czekał już na mnie mechaniczny stróż platformy. „Dzień dobry, panie Ignacy, proszę za mną”. Gdy wysunąłem się na zewnątrz, owionął mnie ciepły podmuch — ktoś właśnie wystartował z pola położonego jakieś trzydzieści metrów dalej i dołączył po chwili do dziesiątków innych poduszkowców, przecinających niskie, chmurne niebo ciążące nad Strefą 75 jak złowróżbne brzemię. Robot zaprowadził mnie do jednej z kilkudziesięciu wind i pożegnał nienagannym uśmiechem. „Proszę nie zapomnieć: mieszkanie nr 14051”. W ciągu kilku sekund zjechałem na piętro sto sześćdziesiąte ósme, na którym według podanych mi informacji mieszkała moja przełożona. Korytarz rozwidniony światłem dnia, wpadającym tutaj przez szklaną przezroczystą ścianę, za którą widać było sąsiednie gmachy oraz nieliczne na tej wysokości poduszkowce, powiódł mnie w głąb budynku. Mijałem kolejne klapy, obok których okrągłe wyświetlacze wbudowane w ścianę wskazywały czerwonymi cyframi numer lokalu: 14035, 14037, 14039... 14045, 14047, 14049... aż wreszcie przystanąłem przed wybrzuszoną pokrywą ze stali, jota w jotę podobną do wszystkich innych, za którą spodziewałem się ujrzeć panią kierownik. Przycisnąłem guzik w domofonie i stałem tak chwilę ze zwieszonymi rękami, nie śmiejąc włożyć ich do kieszeni. Klapa rozsunęła się z cichym pomrukiem i ukazała mi wnętrze mieszkania.
Pod dużym oknem w kształcie elipsy stało wielkie rozesłane łoże, na którym poniewierały się różne części garderoby. Pomarańczową ścianę po prawej zdobiły multimedialne ekrany, wyświetlające jakieś barwne, cukierkowe uniwersa, podłoga zaś, zbudowana widocznie w zupełności z inteligentnych płyt wizyjnych, imitowała łąkę. Korzystając z zaproszenia, wszedłem nieco onieśmielony do środka. Z głębi mieszkania dobiegł mnie znajomy głos:
— Ignacy, zaraz do ciebie przyjdę!
— Proszę się nie spieszyć! — odkrzyknąłem.
Aby skrócić sobie czas oczekiwania, sięgnąłem po leżący na pościeli pilot, skierowałem go ku ekranom i zacząłem się nim bawić. Na jednej z plazm ukazała się znana prezenterka lokalnej stacji telewizyjnej. Podgłośniłem.
„W ciągu ostatnich trzech lat we wszystkich strefach europejskich odnotowano sukcesywny wzrost liczby samobójstw. W roku 7016 odebrało sobie życie ponad półtora miliona Europejczyków, w 7017 — milion osiemset tysięcy; rok 7018 przyniósł wynik wprost zatrważający, który odbił się szerokim echem w mediach, skłaniając Światową Organizację Zdrowia do podjęcia szeroko zakrojonej inicjatywy mającej na celu zapobieganie samobójstwom — bo aż, uwaga, dwa miliony sześćset osiemdziesiąt osób targnęło się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na własne życie, a nie należy zapominać, że są to tylko oficjalne statystyki, nieuwzględniające pokaźnej przecież liczby zgonów przez urzędy niezarejestrowanych. Wczoraj cały świat obiegły kontrowersyjne słowa administratora Strefy 35, który, poproszony o wyrażenie swojej opinii na ten temat, skwitował pytanie reporterki następująco”. W miejsce wygadanej seks-bomby pojawił się szczupły, niziutki oficjel w kosztownym garniturze. Mówił głosem znużonym, niechętnym, zgoła nielicującym z powagą problemu. „Pani redaktor, czemu tu się dziwić? Świat jest przepełniony, nigdzie nie ma miejsca, jeden włazi drugiemu na kark... To homeostaza. Pani tak się egzaltuje tą epidemią samobójstw, jak gdyby się pani wczoraj dopiero urodziła”.
— Już jestem — oznajmiła moja przełożona, zjawiwszy się nagle w kwartale.
Jej ubiór łączył w sobie klasyczną elegancję z odrobiną prowokacyjnej zalotności, od której nie był również wolny tembr jej melodyjnego głosu. Kształtna głowa osadzona na opiętych granatowym żakietem ramionach patrzyła na mnie czarnymi jak węgiel oczyma.
— Widzę, że się rozgościłeś — powiedziała z lekką przyganą.
Zerwałem się momentalnie z łóżka, przepraszając i mamrocząc pod nosem jakieś usprawiedliwienia. Ale pani kierownik nie zważała już na to; płynnym, dystyngowanym krokiem, nawykłym snadź do wysokich obcasów, które zdały mi się, gdy przechodziła obok, niewiele szersze od szpilki, zwróciła się w stronę stylowej komódki o opływowych kształtach, gdzie leżała wywrócona na bok torebka.
— Idziemy — zadysponowała, przewieszając ją przez ramię.
Gdy wchodziła do windy znajdującej się na drugim końcu korytarza, najbliższa klapa wydała cichy jęk i zaczęła się z wolna rozsuwać. Obracając w tym kierunku głowę, bezwiednie smagnęła moją twarz długim wonnym kucykiem, w jaki zaplotła przed wyjściem włosy. Drgnąłem, zelektryzowany. To w zupełności wystarczyło, aby rozporek zaczął mnie nagle uwierać.
Dwadzieścia trzy minuty później opadaliśmy już z wolna na dach wieżowca, w którym mieściło się nasze biuro. Gdy płozy wehikułu zetknęły się z betonową nawierzchnią platformy, ku swojemu zdziwieniu usłyszałem siarczyste przekleństwo. W pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że czymś najwyraźniej zawiniłem. Ale moja przełożona wcale na mnie nie patrzyła, nie wyczytałem w jej spojrzeniu żadnego wyrzutu.
— Zapomniałam mini'Ma — powiedziała.
— Coś ważnego?
— Wstępny projekt nowego uniwersum dla Dreams'a. — Zastanowiła się przez chwilę. — Wiesz co, Ignaś, polecisz po niego z powrotem. Ja nie mam czasu, i tak jestem spóźniona. Ten stary bęcwał musiał mi się akurat wczoraj powiesić. Mini'M leży gdzieś na łóżku, pod jakimś ciuchem może się zawieruszył. Leć i prędko wracaj.
Już miała wyskoczyć przez otwartą klapę, gdy w przypływie niespodziewanej odwagi zwróciłem się do niej:
— Pani kierownik...
Rzuciła mi przez ramię pytające spojrzenie.
— Pani jest piękna — wykrztusiłem, ale tak nienaturalnym głosem, jak gdybym nie znał znaczenia tych słów. Wzburzona krew wartką falą rzuciła mi się do mózgu, w uszach załomotało przyspieszone tętno. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię (co skądinąd byłoby nader trudne na dachu killkusetpiętrowego budynku).
Moja zwierzchniczka wzruszyła tylko lekceważąco ramionami i odeszła. Stukot jej strzelistych obcasów cichł stopniowo, aż wreszcie zupełnie umilkł. Przez dobrą chwilę siedziałem bez ani jednej myśli w głowie, patrząc tępo w fosforyzujące strzałki wskaźników na tablicy nawigacyjnej. Wszystkie wskazywały tę samą wielkość: 0. Kiedy po rozruchu silnika zaczęły się z wolna podnosić, ujrzałem samego siebie jak gdyby z zewnątrz: dwudziestoośmioletni facet, który nie umie okazać podobającej mu się kobiecie zainteresowania...
Urządzenie istotnie leżało na łóżku, zakryte do połowy zwiewną tuniką. Wziąwszy je do ręki, miałem już wracać do poduszkowca pozostawionego na platformie, ale nad poczuciem obowiązku wzięła górę... najzwyczajniejsza w świecie ciekawość. Co kryje się w innych kwartałach? Jak mieszka moja przełożona? Czy inne pomieszczenia są urządzone z podobnym przepychem?
Postąpiłem kilka kroków w kierunku nieprzedzielonego pokrywą wejścia do sąsiedniego kwartału. Moją uwagę przykuły od razu wysokiej jakości ekrany plazmowe, które na tle seledynowych ścian wyświetlały dzieła najznamienitszych grafików komputerowych minionego stulecia. Długo nie mogłem oderwać od nich wzroku. Były tam prawdziwe perełki — i to w takiej rozdzielczości, w jakiej oglądałem je tylko w renomowanych sklepach z elektroniką, poszturchiwany co i raz przez ciżbę.
W pewnej chwili zarejestrowałem kątem oka jakiś ruch w dole. Schyliłem głowę i ujrzałem pod stopami księżyc, miarowym, spokojnym ruchem okrążający dwakroć większą Ziemię. Zza umiejscowionej w rogu bujnej rośliny doniczkowej przezierała niewielka sofa, spod której bezpromienne Słońce tryskało naokół esowatymi płomieniami. Dochodził stamtąd jednostajny, dobrze mi znany szum. Czyżby w mieszkaniu był ktoś jeszcze?
W pierwszej chwili chciałem zawrócić i dać spokój temu wścibskiemu myszkowaniu, które mogło mnie przecież narazić na utratę pracy, z drugiej jednak strony trudno mi było powściągnąć raz rozbudzoną ciekawość. Zaryzykowałem i podszedłem bliżej, starając się czynić jak najmniej hałasu.
Zgodnie z przewidywaniami ujrzałem za oparciem kanapy włączoną wieżę zasilającą, połączoną pękiem kabli z porzuconym jak gdyby w pośpiechu symulatorem. Na okrągłym stoliku tuż obok stała szklanka niedopitego soku pomarańczowego. Sięgnąłem po nią i przycisnąłem wargi do miejsca naznaczonego wyraźnymi śladami szminki. Upiłem łyk i odstawiłem naczynie dokładnie tam, gdzie przedtem stało. Nie mogłem zmarnować takiej sposobności — rozsiadłem się wygodnie na sofie, ująłem symulator w dłonie i zanim zdążyłem włożyć go sobie na głowę, z wewnętrznych głośników już dobiegł mnie jakiś zagadkowy krzyk. „No, zobaczymy teraz, o czym pani kierownik marzy” — bąknąłem do siebie, czując we włosach automatycznie dopasowujące się do kształtu czaszki kleszcze urządzenia.
* * * W pierwszej chwili pomyślałem, że coś się w symulatorze zepsuło. Jakkolwiek bowiem dochodzące mych uszu głosy i pogwizdywania były bardzo wyraźne — podobnie jak nieokreślony ucisk w okolicach przegubów — to pod względem wizualnym otaczający mnie świat pozostawał jedynie nieprzeniknioną ciemnością, tłustą i smolistą czernią, w której nie sposób było czegokolwiek rozróżnić. Byłbym wylogował się natychmiast i dokładnie obejrzał szwankujące, jak mi się wówczas zdawało, urządzenie, gdyby mojej uwagi nie przykuły bodźce pozawzrokowe. Rozbrzmiewające dookoła rozmowy i pokrzykiwania, a nade wszystko urągliwy śmiech, który im towarzyszył, nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, że niewidzialne postacie nie żywią wobec mnie przyjaznych zamiarów. Utwierdziła mnie w tym przekonaniu czyjaś stalowa dłoń, która nieoczekiwanie zacisnęła się na moim gardle i nie puszczała. W reakcji na tę brutalną napaść chciałem odpłacić agresorowi pięknym za nadobne, ale mimo rozpaczliwych wysiłków nie byłem w stanie nic zrobić. Jedynym skutkiem, który udało mi się osiągnąć, był spotęgowany ucisk w okolicach przegubów. Po chwili jasno uświadomiłem sobie, że ręce i nogi mam skrępowane. Akompaniujący moim szamotaniom brzęk pozwalał sądzić, że kajdankami.
Sytuacja stawała się coraz bardziej zrozumiała i gdyby nie moja nienasycona ciekawość, która wciąż kazała mi czekać, aż wszystko w zupełności się wyklaruje, byłbym niechybnie opuścił to ślepe uniwersum i wrócił ze znalezionym mini'Mem do firmy. Uniknąłbym dzięki temu wielu przyszłych komplikacji. Pokusa przeniknięcia kobiecych marzeń okazała się jednak zbyt silna. Oto przed moimi... jeśli nie oczami, to w każdym razie wszystkimi innymi władzami zmysłowymi — odsłaniała się tajemnica czyjegoś wnętrza, psychika pani kierownik jak zamknięta na siedem pieczęci szkatułka otworzyła się niespodziewanie i ukazuje mi teraz swą sekretną zawartość. Czy ktokolwiek na moim miejscu zdołałby się oprzeć chętce gruntownego jej wyeksplorowania?
Uprzytomniwszy sobie własną bezbronność, dałem spokój daremnym usiłowaniom i stałem się już tylko biernym układem sensorycznym, zdanym w zupełności na łaskę przychodzących z zewnątrz impulsów, na które nie mogłem zwrotnie oddziaływać. Zgodnie z moimi przewidywaniami do spiżowej obręczy opierścieniającej mi szyję dołączył chwilę później ból, którego nie mógłbym doznać, gdybym miał na sobie bieliznę. Byłem więc nagi — czy może raczej: naga, gdyż obłapiające mnie dłonie pozwoliły mi aż nazbyt wyraźnie odczuć miękki, falisty kształt własnego ciała, które ciałem mężczyzny być nie mogło.
Całkowicie nowe dla mnie wrażenia wprawiły mnie początkowo w nieopisane zdumienie. Bezceremonialne palce sturękiej, wielogłosej kreatury, której stałem, a raczej stałam się igraszką, utorowały sobie bez problemu drogę do wnętrza mojego organizmu i przy wtórze nieustających śmiechów puściły się w szalony pląs. Ponieważ nie było to nic przyjemnego, targnąłem się odruchowo. Ten mimowolny ruch rozbestwił tylko niewidzialnego gnębiciela i ośmielił go do jeszcze zawziętszych wywijasów. Chciałem krzyknąć, ale ku swojemu zaskoczeniu przekonałem się, że to też jest niemożliwe. Moje szczęki były cały czas rozwarte, zęby wpijały się w jakiś przedmiot, który wypełniał całe usta.
Byłbym niechybnie skończył już tę całą zabawę, gdyby okrutnego bólu wywołanego szturmem nieoględnych palców nie zagłuszyła z czasem dziwna, zaskakująca przyjemność, a nawet rozkosz, biorąca swój początek w okolicach lędźwi i rozlewająca się niepowstrzymaną falą po całym ciele, które jakby zajmowało się z wolna palącym ogniem. Nigdy dotąd nie zaznałem tak głębokiego upojenia, moje myśli rozpierzchły się i utonęły momentalnie w niepamięci. Spoza przyćmiewającej świadomość zasłony usłyszałem brzęk sprzączki od paska. I czyjś zachrypnięty głos: „No, jedziemy z koksem, panowie”.
I wtedy... zaczęło się. Kładli się na mnie po kolei i używali sobie w najlepsze, póki starczyło im sił. Lepiłem... lepiłam się cała od zmieszanych ze sobą soków, które obfitymi strugami spływały po moich udach i rozlewały się pode mną w gęstą kałużę. Raz po raz wstrząsały mną dreszcze niewysłowionej, obłędnej zaiste rozkoszy, jaka nie śniła się nigdy żadnemu mężczyźnie. „Przyjrzyjcie się jej...”, „Jaka czerwona, ha, ha!”, „Bizneswoman, kobieta na poziomie...”, „Na odpowiedzialnym stanowisku...”, „Kończ już, bo szlag mnie tu zaraz trafi!”, „Ja po Łysym!”.
W pewnym momencie otaczająca mnie czerń zupełnie nieoczekiwanie ustąpiła częściowo pola jakiemuś przyciemnionemu pomieszczeniu, na którego tle ujrzałam obwisłe cycki, pękate, owłosione brzuszysko i sterczącego z czarnej gęstwy członka. „Poprawcie jej opaskę”. „Czekaj, dokończę, uff, uff”. Na drugim planie udało mi się jeszcze dostrzec kosmaty tyłek jakiegoś grubasa, przebierającego niezgrabnie nogami, zasłane słomą klepisko i stos parcianych worków, po czym nieprzenikniony mrok spowił wszystko na powrót. „Ciekawe, jaką by miała minę, gdyby ją teraz podwładni widzieli”, „Albo znajomi...”, „Bliscy...”, „Narzeczony... Kyani mu na imię, czy tak?”, „Rodzice... którzy tyle energii i kasy wpakowali w swoją córeczkę, a ona — proszę, jak im się odpłaca”. „Ha, ha, ha, ha, ha!”. Jeden z nich szarpnął mnie za włosy i zmusił tym brutalnym sposobem do uniesienia głowy. Następnie splunął mi bez ceremonii w twarz.
Dosyć, powiedziałem sobie. Myślą szybszą niż błyskawica wyłączyłem blokadę ruchów rzeczywistych (zabezpieczającą ciało przed lunatykowaniem) i już miałem zdjąć symulator z głowy, lecz... ku swojemu przerażeniu nie odzyskałem czucia w prawdziwych kończynach. Ponowiłem próbę, mniemając, że może coś się chwilowo zawiesiło, ale bez skutku. Wyłączyłem blokadę po raz trzeci — nadaremnie. Nie mogłem powrócić do rzeczywistości.


koniec rozdziału pierwszego

Copyright by Maciej Wojtanis (2017)

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Siemomysła » 03 czerwca 2017, 14:20

Dobra końcówka. Zmusza do czekania na ciąg dalszy. Ogólnie tekst trudny. Nie dlatego jak jest napisany - jest warsztatowo bardzo dobry, ale to pewnie wiesz. Nieco na samym początku zapachniał dla mnie Dukajem. Dokładnie ten moment, gdy po przytłaczającym hiperdokładnym opisie nastąpiło to stwierdzenie, że Hubert przesadził z realizmem. Bo to było dokładnie to, co poczułam, czytając ten opis, że jest "zbyt". Zbyt szczegółowy, zbyt dokładny, zbyt żywy - nienaturalny. I tym ostatnim stwierdzeniem ustawiłeś go w moim odbiorze idealnie na miejscu.
Natomiast tekst jest trudny ze względu na temat i bohatera. Mam wgląd w głowę kogoś, przed kim się wzdragam w pewien sposób, a jednocześnie mu współczuję i ten ktoś mnie boli. Czytam i czuję rozdarcie. Śmiem sobie wyobrażać, że całkiem podobne w sumie do tego, które widzę w bohaterze. Tekst jest trudny ze względu na świat - bo świat zdaje się być więzieniem. Po prostu jest ponuro, emocje, które odczuwam są nieprzyjemne. Nie wątpię, że tak właśnie miało być. Żebym myślała - nie chcę żyć w tym świecie i zastanawiała się jak daleko na drodze do niego już dziś jesteśmy. I tak myślę, ale jednocześnie jestem też zupełnie po prostu ciekawa - w co on się wpakował i ile w tym było przypadku, a ile czyjegoś planu.

Mam nadzieję się dowiedzieć.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 03 czerwca 2017, 22:28

Siemomysło, bardzo Ci dziękuję za komentarz :) Cieszę się, że moje intencje są czytelne, i że nie chybiłem celu. Istotnie - tekst w założeniu miał być dia/prognozą. Co do Dukaja, nie czytałem wielu jego książek (właściwie to tylko zbiór opowiadań zatytułowany W kraju niewiernych). Ale oczywiście powinowactwa są nieuniknione, w końcu korzystamy z tego samego imaginarium.

W ramach ciekawostki zdradzę, że pomysł na tę powieść zrodził się w mojej głowie po kilku pierwszych tygodniach spędzonych w Warszawie. Zanim tam nie pojechałem, wydawało mi się, że wiem, co znaczy wielkie miasto. Do jakiego stopnia się myliłem, uprzytomniło mi dojmujące poczucie osaczenia i zamknięcia, które stało się moim udziałem po kilku zaledwie dniach bytności w stolicy. Tam nie ma gdzie wyjść na spacer, nie chce się w ogóle wytykać nosa spoza domu. Powyższy rozdział nosi na sobie piętno mojej ówczesnej frustracji i depresji (która zresztą po wyjeździe ze stolicy się jeszcze spotęgowała, ale to już z innych powodów).

Dalszy ciąg można przeczytać tutaj: http://maciej-wojtanis.liternet.pl/teks ... zial-drugi

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Siemomysła » 04 czerwca 2017, 10:07

Przeczytałam. Co dalej?
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 04 czerwca 2017, 20:18

O, jak miło :)

Ciąg dalszy już niebawem, właśnie zakończyłem redakcję.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 16 września 2017, 23:48

Skoro powiedziałem już A, powiem i B. Poniżej wklejam trzy kolejne rozdziały. Sam nie bardzo się udzielam, więc nie oczekuję oddźwięku, ale zawsze to lepiej jak tekst wisi gdzieś w necie, tym bardziej że włożyło się w niego trochę pracy.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 16 września 2017, 23:50

.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Pani Lulu

Post autor: Zaimek » 17 września 2017, 15:29

.

ODPOWIEDZ