Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Jak pech to pech

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Jak pech to pech

Post autor: MononokeGirl » 26 kwietnia 2017, 00:53

Takie coś, co przyszło mi do głowy od czytania i oglądania Marvela :facepalm: Jeśli chociaż raz kącik ust wam się uniesie - znaczy, że jest sukces xD
NISZCZYCIEL (1): Jak pech to pech Pan Zbigniew Darło, zwany też Niszczycielem, wcale nie chciał być tym złym. To nie należało do jego ambicji. Kiedyś miał aspirację, aby zdać do Polibudy, potem skończyć ją z wyróżnieniem. W międzyczasie był na tyle ambitny, aby wyrywać najładniejszą laskę w klubie. Pracował w jednej firmie, drugiej. Na inżynierów zapotrzebowanie stale wzrastało, więc mógł przebierać w ofertach. Zaręczył się, odziedziczył domek po babci, więc się pobudował na przedmieściach stolicy. Koledzy ze studiów, czy klubu tennisa zazdrościli mu jego idealnego życia.
I wtedy wszystko jebło.
Okazało sie, że jednak zamówienia z MONu nie będzie, chociaż wszystko weszło w końcową fazę realizacji. Jakiś oszołom dorwał się do fotela Ministra Obrony i miał gdzieś i umowy, i kary finansowe, które groziły zleceniobiorcy za zerwanie kotraktu. Nagle pracodawca pana Darły stał się niewypłacalny, a on miał kredyt za dom, za samochód, za ostatnie wakacje w ciepłych krajach, gdzie wręczył narzeczonej pierścionek... Sam pierścionek do tanich też nie należał! I tu nagle jeb! Tuż po tym jak jego ukochana przyszła do niego i oświadczyła, że powinni pomyśleć o ślubie, bo zrobiła sobie test i wyszedł pozytywny. Ślub kosztuje! Dziecko też! Tańszą opcją byłaby zapewne skrobanka, ale pan Darło kochał swoją narzeczoną i nawet czuł się gotów do ojcowstwa. Zawsze chciał mieć syna, z którym razem siedzieliby w garażu i składali kolejne wynalazki.
Tak się właśnie złożyło, że pan Darło był inżynierem mechaniki i mechatroniki, a także zapalonym wynalazcą. Od dzieciństwa bardziej niż zabawy z rówieśnikami bawiło go składanie podzespołów, lutowanie kabelków, wkręcanie śrubek. Tworzenie. Czasami zabierał pracę do domu i montował u siebie modele, nad którymi pracowali w laboratorium.
Trudno powiedzieć, kiedy ten szalony pomysł zalągł się w jego głowie. Coraz częściej kłócił się z narzeczoną, bo to na co normalnie było ich stać - teraz wyszło poza zasięg ich możliwości. Zastanawiał się głośno nad sprzedażą samochodu i domu - mógł kupić coś tańszego, zanim znów staną na nogi. O ślubie z ich marzeń też już nie mogło być mowy. W dodatku te upokarzające wizyty w poprzednim miejscu pracy... Czekanie, proszenie się o spotkanie. I to tylko po to, aby później pocałować klamkę, albo usłyszeć kolejną prośbę o cierpliwość.
"Tak, panie Darło, ja rozumiem pańską trudną sytuację. Dziecko? Moje gratulacje! Ale tak, w tej chwili nie jestem w stanie. Może później. Za tydzień. Za miesiąc. Na pewno za miesiąc znajdę te pieniądze..."
Tylko nie znajdował. A kryzys z przyszłą panią Darło się zaostrzał. Pewnie przez hormony. Była zajadła i złośliwa jak osa, a pan Darło miał coraz mniej cierpliwości, więc wolał unikać starć. Uciekał wtedy do swojego garażu, zabierał piwo albo zgrzewkę, grzebał w swoich wynalazkach. Właśnie podczas jednej z takich nasiadówek, gdy wszystkie puszki i butelki zostały przez niego opróżnione, wpadł na pomysł. Szaleńczy i głupi, ale alkohol mądrzejszym ludziom od niego potrafił zrobić sieczkę z mózgu.
Postanowił wykorzystać mecha-mundur i zawalczyć o swoją sprawiedliwość.
Skończyło się tragicznie. Owszem udało mu się wejść do laboratorium - ochrona była słabo opłacana i większość z tych ludzi miała za sobą czasami nawet szesnastogodzinną zmianę, więc wyminięcie ich nie stanowiło żadnego problemu. Ukradł prototyp mecha-munduru, aktywował go i wyleciał w pochmurne niebo nad Warszawą. Wpadł do domu swojego pracodawcy - jebanego burżuja, którego stać na tyle hektarów na Ursynowie, a na jedną wypłatę nie! - porwał go i zagroził zrzuceniem z Pałacu-pieprzonej-Nauki-i-kurwa-Kultury. To wtedy Warszawiacy pierwszy raz zobaczyli mechaniczną zbroję na żywo. Jako, że symbol miasta był zawsze podświetlany reflektorami to ktoś zaczął robić zdjęcia, inni przyłączyli się nakręcając filmiki. Zjechała się telewizja, ściągneli helikopter, policja, żołnierze i cholera wie co jeszcze. Brakowało w tej szopce tylko Arcybiskupa, który wyganiałby szatany. Władza chciała pertraktować, ale panu Darło bardzo nie spodobało się traktowanie go jak terrorystę czy innego zbrodniarza.
On chciał tylko, do kurwy nędzy, odzyskać swoje pieniądze. Ciężko na nie zapracował. Poświęcał swój talent, swój czas wolny, robił nadgodziny. Należało mu się. A ten palant, który był jego pracodawcą był jak dupa od srania, aby płacić za wykonaną robotę. W dodatku tak dobrze wykonaną, bo mecha-mudnur spisywał się jak marzenie.
Do negocjatora jakoś słabo przemawiały jego argumenty. Za to bardzo przekonujące były wrzaski tego robala, którego ściskała mechaniczna ręka i dyndał jak pajacyk tyle setek metrów nad ziemią.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Helikopter podleciał za blisko, drzwi się otworzyły, mignęły czarne ślepia karabinów. Pan Darło wcisnął nie ten guzik co trzeba. Miał cholerną tarczę cząsteczkową, mogli mu naskoczyć ze swoimi ołowianymi kulkami. Tylko, że coś poszło nie tak i zamiast tarczy, z działek na ramionach wystrzeliły cztery rakiety.
Rakiety! Tam do cholery nie powinno być pieprzonych rakiet! W prototypie wedle protokołu nie miała prawa znajdować się ostra amunicja w czasie poza ćwiczeniami, bądź prezentacjami! Rakiety i naboje powinny być w zbrojowni. Zabezpieczone, zamknięte, aby żaden idiota nie wpadł na głupi pomysł, żeby się do nich dorwać i nie sprzedawać ich na lewo na Allegro!
Tylko prawdopodobnie nikt nie wpadł na pomysł, że ściśle tajna maszyna budowana na zlecenie rządu zostanie porwana i wykorzystana, więc osoba za to odpowiedzialna bimbała sobie na protokół.
Rakiety walnęły w helikopter. Jedna odłączyła się od pozostałych, zakręciła młynka i stuknęła w iglicę Pałacu Kultury. Wybuch rozjaśnił powietrze jaśniej niż nawet Światełko do Nieba. Huk ogłuszył pana Darło, fala uderzeniowa rzuciła o budynek. Nie puścił swojej ofiary, ale zamiast tego przygniótł ją do ściany. Została tam brzydka plama jak po zabitej musze. Pierwszy raz w życiu Zbigniew Darło zaliczył porażkę. Coś, co sobie zaplanował - może niezbyt dokładnie, ale jakiś plan tam miał - poszło całkiem nie po jego myśli. Miał, wtedy przed sobą dwa wyjścia.
Pierwsze zakładało, poddanie się przedstawicielom prawa i sprawiedliwości. Oddanie w ich ręce i modlenie do Przenajświętszej Panienki, aby nie skończyło się na politycznym spektaklu, gdzie któraś z partii nie wzięłaby na swój cel udupienie go do końca Wszechświata i o jeden dzień dłużej. Był w Polsce, więc to był scenariusz najbardziej prawdopodobny.
Drugie wyjście było znacznie mniej praworządne i szlachetne. Brać nogi za pas i się nie wychylać. Wszelkie instynkty głosowały za tą opcją, więc przełączył się na napęd odrzutowy i już go nie było. Armia w swoim helikopterku pamiętającym czasy drugiej wojny światowej mogła mu podskoczyć. Naprukał na nich dymem spalinowym, zrobił beczkę nad Placem Defilad i tyle go widzieli. Darło był przerażony i najchętniej wylądowałby w swoim ogródku, ale zamiast tego zostawił strój w opuszczonej stodole daleko za miastem i wrócił taksówką. Spodziewał się, że będą na niego już czekali - CBA, ABW, Interpol, wojsko i Słowiańska Trójka - ale okolica była spokojna. Jedynie kot sąsiada się spłoszył i czarna menda przebiegł mu drogę. Narzeczona spała jak kamień, albo zwyczajnie była obrażona, bo też nie zwróciła uwagi na jego późny powrót.
Nie mógł zasnąć do białego rana. Ledwie pierwszy kur zapiał, a on już był na nogach. Wziął prysznic, zużywając całą ciepłą wodę (a co! skoro ostatni to nie będzie oszczędzał!). Zamówił im śniadanie z Pyszne.pl, a czekając na dostawcę, oglądał wiadomości na tefałenie. Oczywiście kolejni reporteży zgadywali, omawiali, puszczali nagrania profesjonalne i amatorskie z zajścia w Centrum z udziałem Darły, ale żaden nie podawał danych napastnika. Wszyscy wsiedli funkcjonariuszom i politykom na karki, ale zupełnie nikt nie wiedział, kto się włamał do laboratorium i ukrał kostium.
"Wystarczyło sprawdzić kamery... Już tu powinni być" myślał, dopijając kawę zrezygnowany. Jednocześnie cały czas zastanawiał się, co mógłby jeszcze zrobić. Pierwsze na co wpadł to zapisanie wszystkiego narzeczonej. Auta, domu. Jak go dorwą i pociągną do odpowiedzialności to będą kazali zapłacić za wyrządzone szkody. Było za wcześnie by iść do notariusza, więc zjadł przywiezione śniadanie. Ledwie udało mu się usiedzieć, czekał jak na szpilkach.
Zdążył obudzić narzeczoną, pokłócić się z nią, wyczekał aż kobieta się wyszykuje, pojechali do urzędu notarialnego, załątwili swoje sprawy, wrócili.
Nadal cisza. To dało mu nadzieję. Zaczął zastanawiać się, czy może udałoby się upłynnić majątek i zwiać gdzieś za granicę. Samochód i dom nie tak łatwo sprzedać od reki. Musiałby bardzo zaniżyć cenę, a na to nie zgodziłaby się narzeczona... Musiałby wyznać jej co uczynił, a do tego jakoś nie potrafił się zdobyć.
Minął cały dzień, a nikt się nie pojawiał. Nastała noc, a pan Darło postanowił wrócić po mecha-mundur. Wart był miliony. Pal licho samochód i dom. Wystarczyło, że zwieje z nim za granicę. Ruscy na pewno zapłaciliby za taką technologię. Może nawet dostałby u nich azyl. Lubili wkurwiać zachodnich przywódców, a co jak co - to doprowadziłoby wielu do furii. Krasnal z żoliborza dostałby zawału. Pan przewodniczący Rady Unii Europejskiej spaliłby się ze wstydu. Darło przewiózł urządzenie w bagażniku samochodu do swojego garażu - stanowiło niebezpieczny dowód, ale innego pomysłu nie miał. Musiał zaryzykować.
Na szczęście, gdy następnego dnia jechał do rosyjskiej ambasady - słuchał radia. Dziennikarz kpił sobie z rządzących, ujawniając kolejne zaniedbania dotyczace prowadzenia tak ważnego projektu jak mech-mundur. W tym jedno najważniejsze - nie było zapisu z kamer z tamtej nocy, gdy dokonano włamania. Nikt nie wiedział dlaczego, ani kto jest za to odpowiedzialny. Ot, Darło miał więcej szczęścia niż rozumu. Sytuacja uległa zmianie, do ambasady nie dotarł. Musiał ją ponownie przemyśleć.
W jego dłonie wpadła ogromna moc. Nikt nie był w stanie go zidentyfikować, bądź namierzyć - sam pracował nad urządzeniem, które sprawiało, że mech-mundur jest niewykrywalny. Powinien się jak najszybciej go pozbyć, miałby wtedy swoje pieniądze - te, za które jego chciwy pracodawca zapłacił życiem. Tyle podpowiadała logika i strach. I tak właśnie zamierzał uczynić.
I zrobiłby to - znalazłby kupca i oddał najdoskonalsze dzieło swoich rąk za jakieś marne grosze, kilka, czy kilkanaście milionów. Gdyby tylko jego narzeczona nie odkryłaby prawdy. Znalazła w garażu ten cholerny kostium, poskładała sobie fakty do kupy (a niby blondynka!). Dostała histerii, zerwała zaręczyny, spakowała się i wyszła. Pojechała do rodziców, ale nikomu nie zdradziła jego sekretu - inaczej już przed domem świeciłyby się koguty. Dzwonił, nagrywał się na sekretarkę, błagał, zaklinał, wyznawał miłość. Z godziny na godzinę coraz bardziej napruty. Coraz bardziej wściekły.
Tydzień później zjawiło się dwóch funkcjonariuszy, zadało mu kilka pytań. Popłakał im, żaląc się na kobiety-materialistki. Opowiedział jak to zostawiła go narzeczona tylko, dlatego że stracił pracę. W domu miał syf, budził współczucie. Gdyby go podejrzewali to zjawiliby się w znacznie większej liczbie, więc zagrał rolę swego życia. W tamtej chwili naprawdę wierzył w to co mówił.
Mijały dni, a w jego życiu nic się nie zmieniało na lepsze. Przestraszył się kontaktu z Ruskimi, nie bardzo wiedział jak opchnąć coś na czarnym rynku odkąd zlikwidowano Stadion Dziesięciolecia - tam znalazłby kupca na wszystko. Pił coraz więcej, a gotówki nie przybywało. Zwłaszcza, że większość przelał na konto narzeczonej, a ona jakoś nie kwapiła się ze zwrotem. Kiedy nie odnaleziono go przez dwa miesiące, poczuł się bezkarny.
Pierwszy napad był chaotyczny. Nic z niego nie zapamiętał i później znowu nastąpiła nerwówka. A co jeśli wyśledzą? Jeśli złapią? Jeśli narzeczona puści farbę? Ale nic się nie działo, więc powoli nabierał odwagi. Kolejne misje planował coraz lepiej, skuteczniej. W czasie jednej z nich spotkał innego bandziora. Wciągnęli go do Europejskiej Ligi Złoczyńców. Zaczął też regularnie staczać potyczki ze Słowiańską Trójką, Orłem, czy Czarną Kotką. O ile pierwsza czwórka superbohaterów go nieziemsko irytowała to widok boskiego ciała Czarnej obleczonego w ciasno przylegający lateks... Popełniałby przestępstwa tylko po to, aby się na nią bezczelnie pogapić z bliska.
Lata mijały. Niszczyciel doczekał się własnego wpisu na Wikipedii, a także fanów na Facebooku. Urodziła mu się córka, z którą miał widzenia dwa razy w tygodniu. Płacił alimenty, bo zarejestrował swoją działalność, jako doradca. Jego PIT był tworem wyobraźni dobrze opłaconego księgowego. Rozbudowywał w piwnicy swoją tajną siedzibę. Inwestował w unowocześnienia dla swojej mechanicznej zbroji. Gdyby ktoś powiedziałby mu wcześniej, że skończy jako superzłoczyńca to by nie uwierzył. Był praworządnym obywatelem! Nawet podatki odprowadzał, a mógł się przecież zarejestrować jako bezrobotny i jeszcze zasiłek wyłudzić jak wielu innych, pospolitych złodzieji.
Jednak to byłoby poniżające i dawałby zły przykład córce. Chciał, aby była z niego dumna, chociaż zamiast tego wysłuchiwał jej zachwytów nad Czarną Kotką, czy Słowiańską Trójką. Według niej jej tatko był zwykłym, szarym, nieciekawym członkiem społeczeństwa. Rosła. Przestała bawić się lalkami, zaczęła uczęszczać na lekcje sztuk walki, a jednocześnie odziedziczyła jego talent do mechaniki i informatyki. Nie była zbuntowaną nastolatką, chociaż jej aspiracje przerażały matkę i doprowadzały do kłótni z ojcem. Otóż Darłowa latorośl ubzdurała sobie, że wstąpi do Akademii Bohaterów, bojówki pod przewodnictwem Unii Dobra, którą zarządzał nie kto inny jak arcywróg Niszczyciela!
I wtedy tuż przed egzaminami wstępnymi do Akademii życie ponownie zakpiło sobie z pana Darły. Matkę dziewczyny spotkał wypadek, a opieka przypadła ojcu. Kiedy na ganku pojawiła się jego córka z wielką walizką i znaczkiem Unii w klapie skórzanej kurtki, wiedział, że jego uporządkowana egzystencja znowu zostanie zachwiana. Wpuszczając ją do środka, bał się bardziej niż podczas pierwszego skoku.
Jednak to co wydarzyło się później to już całkiem inna historia.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kanterial » 27 kwietnia 2017, 12:03

OMG, co ja czytam XDDD <-- pierwsza reakcja.

Jest trochę błędów, głównie interpunkcja. Jest też używanie "mecha-mundur" i "mech-mundur" wymiennie, nie wiem, czy tak miało być. (Mech mundur brzmi jak mundur z mchu, jprdl, przepraszam, ale dostałam głupawki lekkiej, bo przed chwilą odświeżyłam sobie twój tekst).

No więc od czego zacznę? Chyba od tego, że zupełnie nie takiej prozy się spodziewałam. Jest tak odjechana, nierealna i przerysowana komiksowo/kreskówkowo, że wbiła mnie w fotel i przy pierwszym, i przy drugim czytaniu. Jeśli w całości będzie tak szalony tekst, mogę nie dać rady. Nie wiem, czy to tylko wstęp był tak zmasowany i dziki, może późniejsza historia (ta, która ma się wydarzyć i być inną) da mi nieco więcej czasu na oddech. Bo tu, to była jazda bez trzymanki tymi najgorszymi maszynami w Wesołych Miasteczkach :bag: i czułam chwilami, że zaraz wypadnę.

Pan Darło zdecydowanie nie wzbudza mojej sympatii. Przyznaję też bez bicia, że choć tekst wybitnie humorystyczny, nie złapał mnie zabawnością. Mam specyficzne wymagania w tej kwestii i tym razem nie kliknęło. Mnie nie bawiły te absurdalne akapity, a jednocześnie niewiele o nich mogłabym powiedzieć poza tym, że są śmieszne i totalnie, jak pisałam, szalone. Gdzieś z tyłu głowy chyba zablokowała mi ubaw świadomość, że Darło to jest totalne dno ludzkie i dupek. Tak, to chyba to. Bo śmiałabym się w głos co parę zdań, gdybym lubiła głównego bohatera. I pal licho, że poczucie humoru nie moje, nie do końca dla mnie. Śmiałabym się. Tymczasem Niszczyciel mnie wyłącznie zniesmaczył, zirytował, dobił sobą (serio, te fragmenty o tym, jak traktował żonę, zdanie o skrobance, eeeeeem, nie, po czymś takim nie idzie się zaśmiać, po czymś takim jestem załamana ludźmi, bo tacy właśnie są ludzie) i tak jakoś... Tak jakoś nie wiem teraz, jak ocenić tekst.

Na pewno jest szokujący i na pewno mnie zaciekawił mimo negatywnych odczuć dla bohatera. Na pewno też traktuję to, co wrzuciłaś, jako totalny wstęp. Tyle informacji i wydarzeń w tak małej ilości akapitów. Tak gwałtownie wprowadzone postacie, miejsca, organizacje, układy.

Mój mózg wybuchł, ale czeka na ciąg dalszy. Naprawdę czeka, choćby z chorej ciekawości XD

:tul:
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1786
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kruffachi » 27 kwietnia 2017, 12:45

Duże, duże nagromadzenie różnych różności, więc tak - jako satyrę na superbohaterskie (supervillańskie w sumie) klimaty w stylu Marvela - kupuję :D Zwłaszcza że sama ostatnio siedzę w komiksach po uszy, taka faza. Filmy też lubię (no, z wyjątkami XD), także me gusta, że tak powiem. Ale tak sobie myślę, że czegoś temu nagromadzeniu zabrakło, żeby test rozkwitł w pełni jako humoreska. Może - paradoksalnie - odrobinę mniejszego dystansu. Ustawiasz kamerę tak naprawdę bardzo daleko od Darły, chociaż skupiasz się na jego losach. Narrator przez większość czasu jest raczej chłodnym obserwatorem, analizatorem komiksowo-filmowych mechanizmów. Poza krótkimi momentami personalizacji, gdy Darło przegina (też zwróciłam uwagę na fragment o skrobance >.>). Może to dlatego, że myk! i tak naprawdę clue historii okazuje się w pewnym sensie jego córka, a może narrator jest po prostu zbyt świadomy tego, w czym uczestniczy i że to parodia. Natomiast totalnie kupuję popełnianie przestępstw, żeby pogapić się na bohaterkę w lateksie XD Od teraz będę inaczej patrzeć na villainów XD No i hej, poczytałabym coś o Słowiańskiej Trójce ^^
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: MononokeGirl » 27 kwietnia 2017, 15:44

Dziękuję za komentarze. Jak zawsze pokazały mi jak różnymi ściażkami chodzą ludzkie myśli :P
Kanterial, :tul:
Przeprszam, że wybuchłam twój mózg. Niechcący (tak jak te rakiety z mecha-munduru, które tak narozrabiały xD)
Nie wiem, czy to cię pocieszy, ale ja pisząc, miałam stan typu :facepalm: i :bag: przeplatany z :devil: I zaczęło się jako szkic do postaci, aby wypadła niekartonowo-wydmuszkowo. Ale jak zaczęłam pisać to Darło mi wszystko zdominował.
SpoilerShow
Bo główną bohaterką miała być córka Darły i miało być zabawnie, że oto ona zostaje superbohaterką, on ukrywa swoją tożsamowść i I'm your father, Luke. Odkupienie, zmiana na lepsze itp. Ale jak poznałam go bliżej to nie wiem, czy facet pójdzie na ten układ xD Takie Minionki o nastolatce. Czy to wyjdzie? Teraz nie jestem pewna xD
Na razie pracuję nad pozostałymi superbohaterami i ich genezą. Może kolejna miniatura (jak na mnie to mini-tekst xD) będzie o Aniele Stróżu i o tym jak zyskał swe moce? (to nemezis Niszczyciela, ale nadal mam kilka niewiadomych) Albo w ogóle z innej strony - jakiś zwyczajny dzień z życia Darły i jego córki? :P Zobaczym ^^

Kruffachi,
Kolejny raz zaskoczyłaś mnie przejrzeniem mnie na wskroś. Miało być o jego córce, wyszło trochę inaczej. Bardzo inaczej, bo ten tekst wyszedł taki... gorzki. Człowiek się uśmiechnie, ale nie będzie to normalny uśmiech, lecz taki krzywymój mózg jest krzywy to daltego :grzybki: Darło to palant, ale gdyby był normalny to nie zostałby tak łatwo superzłoczyńcą :P
Czy jego córka go zmieni? Czy zda do Akademi Bohaterów? Czy może przyłączy się do ojca i razem będą gapili się na ludzi w lateksie? Te i inne odpowiedzi w kolejnym numerze [wstawić kiedyś tytuł, bo nadal nie mam]! CDN. Chyba :P
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: MononokeGirl » 27 kwietnia 2017, 18:57

Odpoczywam sobie od "Bestiariusza" i wietrzę mózg. Tym razem geneza superbohatera, na spokojnie i bez bluzgów :P I tak oto z cukru, słodkości i różnych śliczności... Tfu, nie ta bajka. Ale blisko :P

ANIOŁ STRÓŻ (1) : Radioaktywna gołębicaAleksander Anioł, lat dwadzieścia osiem, wikary. Cechy szczególne? Cierpliwość, jakiej pozazdrościliby mu święci i wygląd, z którym mógłby pozować do antycznego Dyskobolu. Słabości? Owsiane ciasteczka, przed którymi nie potrafił uciec, a które dostawał od wiernych płci obojga w hurtowych ilościach, od kiedy wieść się rozeszła. Teraz też je pałaszował. Został skuszony przez swe obżarstwo, wyjmował ulubiony przysmak z papierowej torebki, a potem wypychał sobie policzki jak chomik. Chrupał rytmicznie w takt kroków.
To był piękny, słoneczny dzień. Idealny na pielgrzymkę. Słońce grzało, skóra zraszała się od potu - Aleksandrowi trochę bardziej niż zraszała - miał mokre koła pod pachami i na plecach. Był ubrany cały na czarno, chociaż nie w sutannę, czego troszeczkę żałował. Nosił koszulę z krótkim rękawem i koloratką, a na piersi krzyżyk, lecz wiele pań postanawiało ten fakt zignorować i wprawiała go w zakłopotanie, otwarcie z nim flirtując. Jego zadaniem jako koordynatora było sprawdzanie, czy starsze panie dobrze się czują i są w stanie kontynuować marsz, rozmawianie z wiernymi, słuchanie powodów, przez które przyłączyli się do pielgrzymki. Do tego roznosił wodę, biegał z końca sznura pielgrzymów na początek, uzgadniał miejsca kolejnych postoji. Był bardzo zajęty i ten stan rzeczy mu pasował - przynajmniej łatwiej szło mu unikanie zawstydzających rozmów z młodszymi uczestniczkami wędrówki do Lichenia.
I wtedy nagle pani Wróblewska zwabiła go ciastkami, a on wpadł w zasadzkę. Staruszka miała na karku chyba z siedemdziesiąt lat, a sama niosła swój plecak z karimatą, śpiworem, a nawet metalowym kubkiem, garnkiem i czajnikiem ("Nigdy nie wiesz, co może ci się przydać, młodzieńcze" upomniała go na początku podróży, gdy zwrócił uwagę na jej bagaż) i nie narzekała. Ba! Szła równym tempem, plasując się na początku pielgrzymki tuż za księdzem z mikrofonem. To niektóre, co tęższe dwudziestolatki miały kłopoty z nadążaniem za nią, a nie odwrotnie, chociaż sama Wróblewska do szczuplaczków nie należała. I oto ta jowialna kobiecina przynęciła niewinnego Anioła łakociami jak Baba Jaga Jasia i Małgosię chatką z piernika, a potem rozpoczęła tortury.
Przez kolejne trzy godziny nie mógł się od niej uwolnić tak, aby jej nie urazić. Najpierw zebrało jej się na wspominki. Opowiadała o swoich poprzednich pielgrzymkach (trzydziestu! weteranka częstochowsko-licheńska!), o czasach szkolnych (raz musiała pójść do podstawówki bez pończoch i nie miała fartuszka - to był taki wstyd, że wracała do tej historii z pięć razy), o pracy (fryzjerstwo - może zainteresowałoby go to trochę bardziej, gdyby przynajmniej wiedział, co to jest ta trwała). I wcale nie znięchęcało ją, że odpowiadał monosylabami: Tak? Ach. Ech. Ojej. Yhm. Wręcz przeciwnie. Gdy tylko zaczynał jakąś dłuższą wypowiedź to natychmiast go temperowała. Nie doszedł dalej jak do trzeciego słowa, gdy wtrącała swoje.
— Więc myślę, że..
— Nie zaczyna się zdania od "więc", młodzieńcze! Za moich czasów to dopiero chłopcy potrafili mówić! — A potem zaczynała opowiadać o swoich aż trzech mężach, którzy "nieborakowie" nie dożyli obecnej, zepsutej epoki. Anioł musiał się wtedy przeżegnać, bo diabelski głos szepnął mu do ucha: "ciekawe czemu?"
— A wie pani...
— Ja wiem wszystko. Czego to ja w życiu nie widziałam! — I przeszła do historii o porodzie pierwszej córki - w domu i bez lekarza. Jak tylko urodziła to wróciła do roboty, bo czasy ciężkie były i nie miała czasu się nad sobą rozczulać. Ktoś musiał ugotować obiad. Zbudziła w nim wtedy i respekt, i strach. Oto stała przed nim kobieta niezniszczalna, nie-człowiek bez słabości. Pierwsza superbohaterka, która sama nie uświadamiała sobie, że posiada supermoce. W duchu modlił się, aby pozostać tak niewzruszony w swej wierze jak ona w swej pracowitości.
— Chyba nie jest...
— Jak nie jest jak jest? Sama widziałam i wiem! — Rzekła tonem "nie kłóć się ze mną, gdy mam rację" i przeszła do tłumaczenia mu powojennej historii. O dziwo jej wersja znacząco różniła się od tej ogólnie przyjętej w podręcznikach. Dużo tam było o Żydach i innych zachodnich kolaborantach, stonce zrzucanej na Syberię z amerykańskich samolotów i innych jeszcze mniej zrozumiałych dla niego rzeczach.
Nie pozostawiła mu złudzeń. Potrzebowała jedynie słuchacza, a nie rozmówcy.
Gdyby nie ciasteczka to pewnie nie zdołałby wytrzymać, aż trzech godzin, ale nie takich cudów dokonywał cukier. Razem z kawą potrafił wskrzesić nie-do-umarłego, więc teraz też nie zawiódł. Dostarczył niezbędnych endorfin, wspierając naturalną, anielską cierpliwość wikarego. Młody ksiądz uznał, że oto przechodzi próbę niczym ten biedny Hiob. Jednak z czasem wyjadł wszystko z torebki, magiczna moc sacharozy przestała tętnić mu w żyłach, a w dodatku czuł coraz większe ciśnienie, które kazało mu jak najszybciej udać się za potrzebą. Tymczasem uparta staruszka nijak nie dawała mu dojść do słowa.
"Panie, proszę" Wyrwała mu się niepokorna myśl w akcie desperacji.
I wtedy zdarzył się cud! Bóg miłosierny wysłuchał cichej, pokornej prośby.
— O fuj! — jęknął wikary Anioł, gdy gołębica najbielsza, niczym Duch Święty bez skazy, trafiła go swym guanem prosto między oczy.
Head-shot.
Normalnie w takich wypadkach człowiek jak najszybciej zmazywał skazę na swym obliczu, niecenzuralnie pomstując na wredne ptaszysko, czy grożąc mu ogniami grillowymi i Chińczykami. Jednakowoż ksiądz był aniołem, bądź Anioł był księdzem, a to zobowiązuje. Łacinę podwórkową, która po polsku cisnęła się samoistnie na usta, zastąpił zwyczajną, rzymską.
—Ku... Quo vadis?!
A potem padł na ziemię bez życia i dostał drgawek. Wytrząchało nim, wytrząchało, a ludzie patrzyli się na to zebrani w kółeczku. Dopiero jak przestał się ruszać to ktoś krzyknął "karetka" i naraz dziesięć osób chwyciło za telefony. Jeden pan ukląkł obok niego i próbował ułożyć go w pozycji bezpiecznej (rychło w czas), ktoś inny postanowił choremu wyczyścić czoło. Jednak piętno, niczym u biblijnego Kaina, nie znikło pomimo pocierania mokrą szmatką. Znaczyło go jak bindi u Hinduski, lecz zamiast czerwieni grzesznej bielą uświęconą.
Nie dotarł Anioł do Lichenia, a wylądował w szpitalu.
Dwa miesiące później wyrosły mu z pleców śnieżnobiałe skrzydła i zaczął rozpłomieniać metalowe przedmioty - biskupi płakali ze szczęścia, mając swojego prywatnego skrzydlatego posłańca. Gdzieś powróciła teoria o nowym "Narodzie Wybranym". Ci bardziej zdroworozsądkowi uczeni twierdzili, że biała gołębica mogła być radioaktywna i napromieniowana w Czarnobylu, chociaż czemu wymigrowałaby tak daleko na północ? To stanowiło kolejny punkt do badań dla ornitologów.
Bardziej sceptycznie nastawione rządowe agencje, zajmujące się nowopowstającymi homo superior, rzuciły się w wyścig szukania tajemniczego gołębia. Po wielu trudach udało się agentowi Wielisławowi Kałaszowi, pseudonim Wiesiek. Dostał wiadomość o orle porywającym z podwórek koty, psy, świnie, krowy... I wiedział, że trafił. Bielik miał rozpiętość skrzydeł jak smok i dziób ze stali. W jego gnieździe znaleźli resztki białych piór. Potwór dziobiasto-szponiasty został uśpiony i przetransportowany do tajnej bazy wojskowej koło Dziwnowa. Rozpoczął serię eksperymentów nad super-żołnierzem. Kryptonim: Orzeł Biały.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1786
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kruffachi » 27 kwietnia 2017, 20:44

Warren Worthington III może się schować, serio XD Tak, ubawiłam się znacznie bardziej niż przy poprzedniej wstawce. Może to złudzenie wywołane większą sympatią do bohatera, ale wydawało mi się też, że kamera ustawiona odrobinę bliżej. Więcej z głowy bohatera, tak. No i head-shot XD Czytałam po prostu z uśmiechem - bez dzikich salw i wybuchów, ale z takim jednostajnym uśmiechem radochy i rozbawienia. I słabość do owsianych ciastek bardzo Ci robi postać. Widziałam biednego wikarego z tymi policzkami wypchanymi jak u chomika, z łapą w torebce i wtf na twarzy <3 Oby mu tak zostało. No, tyle. Skromnie, ale to wszak taki tekst, nie? ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: MononokeGirl » 28 kwietnia 2017, 16:09

Jestem spaaaamerem... Sia-la-la xD
Wietrzenia mózgu ciąg dalszy, czyli historia Czarnej Kotki :D
Kruffachi, Ano skromne wstawki, więc krótki komć jak najbardziej odpowiedni.
Ważne, że uśmiech był ^^ Bo przecież o to w tym g(ł)ównie chodzi. Nie jest ambitnie, ale gdybym miała kiedyś zbić na tym taką fortunę, jaką ma Marvel to bym się nie pogniewała xD
CZARNA KOTKA (1): Ale kanał! Co jest potrzebne, aby zostać superbohaterką? Heroską odzianą w ciasne stroje i powłóczystymi spojrzeniami rozgrzewającą męskie serca? Celnymi kopnięciami niszącą zło i występek? Noszącą miseczkę D, albo i większą, ale z gracją i lekkością, jakby to były dmuchane balony, a nie ciało? Z idealnie wyrzeźbionymi udami i brzuchem?
Fryderyka Kat znała odpowiedzi na każde z tych pytań, ale była ona tak zaskakująca, że mało kto byłby w stanie ją zrozumieć. Otóż, wystarczyło mieć Pecha. Nie takiego zwyczajnego pecha oczywiście, a tego Pecha. Pecha, który prześladuje cię całe życie; stalkuje cię, a ty sobie nawet nie do końca zdajesz z tego sprawę.
Fryderyka, a we wczesnym dzieciństwie Frynia, miała przesrane zaledwie się urodziła. Co to za życie, gdy przychodzisz na świat i od razu dostajesz takie nazwisko? Kat. Była katem. Kojarzyło się to tylko z osiłkiem z toporem i mrokami średniowiecza. A potem jej rodzice jeszcze pogorszyli sprawę i nadali imię Fryderyka. Połowa dzieci w podstawówce nie mogła uwierzyć, że ktokolwiek może się tak nazywać, a już na pewno nie dziewczynka. Bardzo długo nienawidziła i imienia, i nazwiska. Tak jakoś się stało, że mała siedmioletnia Frynia była skazana na towarzystwo chłopców. Wchodziła na drzewa, biła się, grała w piłkę. Tak naprawdę wyszło jej to na dobre, bo wyrzeźbiła sobie wysportowane ciało, ale pochodziła z małej miejscowości, gdzie wszyscy wszystkich znali i chociaż była ładna to pamiętali ją jako chłopczycę i nie potrafili traktować jak dziewczyny. Przez gimnazjum i liceum przeszła pozbawiona męskiej uwagi, chociaż bez przerwy otoczona wianuszkiem chłopaków. A to rozprawiali o nowych grach, a to o motoryzacji, a to filmach akcji.
Potem jako gorąca laska, która nigdy nie była na randce - wyjechała szukać szczęścia na studiach w dużym mieście. Zdała nawet na swój kierunek, ale niestety - znowu Pech! niech go elektryczny pastuch pogłaszcze! - nie udało jej się dostać miejsca w akademiku. Znalazła sobie mieszkanie, które dzieliła z trójką współlokatorów, lecz akurat jakoś się złożyło, że żadne z nich w tym miesiącu nie miało pieniędzy na czynsz. I czyja to była wina? Fryderyka wiedziała, że jej pecha, ale reszta - w tym właścicielka lokalu - uważała, że Fryni i jeśli nie uregurowaliby w ciągu kilku dni należności to ona jako jedyna musiałaby to miejsce opuścić.
Wtedy znalazła pracę w miejskiej oczyszczalni ścieków. Jej pierwsza robota. Pech był okrutny, ale jak jej później wytłumaczył - to jedyne miejsce, gdzie inni faceci nie pożeraliby jej wzrokiem, a on przecież nie mógł na to pozwolić! Później dopiero zdał sobie sprawę, że przez jego pokrętną logikę wylądowała na etacie, gdzie ekipę stanowiła w stu procentach brzydsza płeć bez ani jednej kobiety.
Tego pamiętnego dnia wracała właśnie ze swojej pierwszej zmiany i nadal czuła, że śmierdzi mimo wziętego prysznica. Włosy miała posklejane i mokre, na grzbiecie męską, flanelową koszulę, a do tego powyciągane, dziurawe dżinsy. Wzięła najgorsze ubrania tak na wszelki wypadek, gdyby jednak nie zapewniano służbowego uniformu. Na twarzy zero makijażu, bo nie wpadła na to, że będzie jej tam potrzebna kosmetyczka. Kto zabierałby kosmetyki do kanału? Aby co? Szczury miały ładny widok? Zatem szła zmarnowana i nieuważna, przemykając mało ruchliwymi uliczkami, żeby jak najmniej rzucać się w oczy, bo wstydziła się taka pokazywać ludziom. Najpierw przebiegł jej drogę czarny kot, a potem na niego wpadła...
Młodego boga o lazurowych oczach. Adonisa kipiącego testosteronem. Faceta-marzenie...
Przeszedł obok, Frynia się na niego zagapiła, a potem walnęła w latarnię, odbiła się od niej swoją miseczką D i mało elegancko klapnęła na tyłek.
"Gorzej być nie może" pomyślała. I wcisnęła rękę w psią kupę na trawniku. Skowyt złości bulgotał jej w gardle, a do oczu napłynęły łzy. Nie dość, że calutki dzień musiała babrać się w gównie to jeszcze teraz to!
Miała w torbie wilgotne chusteczki - szczęście w nieszczęściu - więc mogła jak najlepiej oczyścić dłoń.
"Dotrzeć do mieszkania. Zjeść zupkę z proszku. Kąpać się tak długo, aż skóra ze mnie zejdzie i zrobię wylinkę jak wąż. Potem będę zamulać seriale, aż oczy zrobią się czerwone... Skup się na wizji wanny. Wanna. Wanna" powtarzała w myślach jak mantrę, poruszając się do przodu sztywno jak zombie.
Wtedy wlazła prosto na tego przeklętego czarnego kocura. Wydarł się, jakby go mordowano, a nie stanięto tylko na jego puszystym ogonie. Rzucił się na dziewczynę, a ona odruchowo skuliła się, zakryła ręką i zamknęła oczy. Stała tak kilka sekund, czekając aż wściekłe zwierzę wymierzy swą pazurzastą zemstę, lecz nic się nie działo. Otworzyła jedno oko, drugie. Nic. Wyprostowała się i rozejrzała. Po dzisiejszej chmarze szczurów, która rozbiegła się na wszystkie strony, gdy weszła do jednego z kanałów podczas pracy - jakoś wszelkie zwierzaki wywoływały u niej tego dnia gęsią skórkę. Kot znikł, ale czuła się obserwowana, podenerwowana.
Nie zapamiętała reszty drogi do domu. Kiedy przyszła to mieszkanie - trzy pokoje, korytarzo-kuchnia i łazienka plus balkon - było opustoszałe. Z ulgą wzięła świeże ciuchy i poczłapała się umyć. Szybko zrzuciła prosto na podłogę ubranie i weszła pod gorący strumień. Wycisnęła trochę żelu pod prysznic o orzeżwiającym morskim zapachu - jej ulubionym, bo kochała morze - na dłoń i zaczęła wcierać go w klatkę piersiową...
¬— O rany, zawsze o tym marrrrrzyłem... —usłyszała mruczący męski głos. Wyraźnie, jakby ktoś stał tuż obok. Wystraszona przypadła do ściany i rozejrzała się po pomieszczeniu. Nikogo poza nią tam nie było. Drzwi pozostawały zamknięte na zamek.
"Wydawało mi się?" zapytała sama siebie zaskoczona. "Nawdychałam się jakichś trujących gazów w tych kanałach i mam halucynacje?" Innego wytłumaczenia nie znajdowała, więc z wahaniem powróciła do przerwanej czynności.
O tak, maleńka. Trrrrrochę niżej przesuń tą dłoń... — usłyszała go ponownie. Tym razem z piskiem wyskoczyła spod prysznica i chwyciła za ręcznik, okrywając swą ponętną nagość.
— Co to kurwa jest? Gdzie jesteś złamasie?! — warknęła, nasłuchując.
Facet aż zachłysnął się ze zdziwienia. Minęła dłuższa chwila nim odpowiedział:
To ty mnie słyszysz?
— Trudno nie słyszeć! Mruczysz mi prosto do ucha prawie! Zboczeńcu-perwersyjny-dewiancie-sukinsynu-jeden — odparła na jednym wydechu, wciąż w pozycji obronnej. Gotowa była rozwalić tą kamerkę i głośnik, których zapewne używał jak tylko je wypatrzy. I to gołymi rękoma!
Ale to niemożliwe!
— Niemożliwa to będzie twoja twarz do zidentyfikowania jak cię dorwę gnoju! — odpowiedziała, zaglądając pod umywalkę, a potem przeszukując ścianki prysznica. Nie widziała tam niczego podejrzanego.
Nie mam twarzy...
— ...tylko gębę. Racja. Porządni ludzie miewają twarze. Takie świnie jak ty mają gęby, albo ryje!
Nie! Ja w ogóle nie mam ciała! Jestem Pechem...
— Oj tak. Masz pecha, stary. Zadarłeś z niewłaściwą osobą, palancie...
Nie mam pecha, ja nim jestem! Jestem bytem, który przynosi nieszczęście, obraca koło fortuny na niekorzyść! Nie mam ciała, jestem wolnym duchem, więc nie możesz mnie słyszeć, widzieć, ani dotknąć!
Przez chwilę ważyła jego słowa. Ostatnio na świecie działy się różne dziwy. Ludzie w maskach i pstrokatych strojach brali sprawiedliwość w swoje ręce i traktowano ich poważnie; kosmici zaatakowali Ziemię i zostali odparci przez grupkę superbohaterów; niedawno na pielgrzymce do Lichenia nastąpiło zwiastowanie i objawienie sił niebieskich... To czemu nie mogła zostać podglądaną przez cholernego Pecha we własnej nieszczęśliwej postaci?!
— Naprawdę sądzisz, że uwierzę w taką bzdurę?! — wykrzyknęła i zabrała się do poszukiwań sprzętu szpiegowskiego z jeszcze większym zapałem. Jak każdy człowiek mogła uwierzyć, że takie niezwykłe wydarzenia mają miejsce, ale raczej nie w jej zwyczajnym, nudnym życiu i sięgnęła po bardziej prawdopodobne, racjonalne wyjaśnienie.
Przez półgodziny zawzięcie zaglądała we wszystkie zakamarki, ale z marnym rezultatem. Tymczasem Pech postanowił udowodnić jej, że mówi prawdę.
Rrrrozumiesz, bo ja cię kocham...
— Pierdol się — odparła wypranym z emocji głosem.
I od wielu lat za tobą chodzę. Pamiętasz jak wchodziłaś na tą wielką czerrreśnię, która rrrrośnie niedaleko torów? Na tym polu, które jest ogrodzone, ale tam nikt nigdy nie zaglądał?
Pamiętała. Kochała czereśnie, więc na tym drzewie spędziła wiele godzin, wiele dni podczas wakacji. Jak ptak siedziała na gałęzi i zajadała owoce. Stanęła bez ruchu. Skąd on do diabła o tym wiedział?!
A to jak omsknęła ci się noga i spadłaś na stertę gałęzi, krwawiła ci warrrrga?
Przypominając sobie to zdarzenie, Fryderyka odruchowo sięgnęła do ust. Do tej pory miała malutką, bladą bliznę w lewym kąciku.
Gdybyś poszła o krok dalej natrafiłabyś na sprrrruchniałą gałąź i spadła, ale na te porzucone skrzynki z wystającymi gwoźdźmi. Pokaleczyłabyś sobie paskudnie twarz, a na to nie mogłem pozwolić, więc zrzuciłem cię wcześniej...
—Co?
Przyciągnął jej uwagę, więc kontynuował dalej.
A pamiętasz koniec roku szkolnego w gimnazjum? Którrra to była... Drrrruga? — zastanawiał się na głos. —Chyba tak. Szłaś ścieżką i akurat w nocy padało, więc na jezdni była ogromna kałuża. Rozpędzony samochód ochlapał cię od stóp do głów, więc musiałaś zawrrrócić...
— Spóźniłam się wtedy. Byłam wściekła, bo odbierałam świadectwo z wyróżnieniem i nagrodę, a to były moje najlepsze ciuchy — przytaknęła.
Ale gdybyś doszła do skrzyżowania to przechodząc przez pasy, wpadłabyś pod inny samochód. Facet miał kilka promili we krrrrwi i nie zauważyłby cię — wyjaśnił. — Widzisz, kiedyś cię tak uratowałem, bo spodobało mi się jak się śmiejesz i uznałem, że szkoda by było, aby taki dzieciak umarł. Ale Śmierć jest cholerrrnie uparrtą suką i nie dałaby ci spokoju, więc tak sobie łażę za tobą. Już nawet nie pamiętam od kiedy.
— Czyli...— pokręciła przecząco głową, bo ta myśl jakoś nie chciała do niej dotrzeć. Niby jak miała zaakceptować, że Duch Pecha?( A może Bóg Pecha? Czym tak właściwie był?) od dzieciństwa chronił ją przed Śmiercią? Założyła szlafrok. Uznała, że taka informacja na trzeźwo nie przejdzie, więc zostawiając mokre ślady stóp na burej wykładzinie, podreptała do kuchni. Zrobiła sobie herbaty. Z prądem. A potem z parującym kubkiem w dłoni poszła do swojego pokoju.
— Tu też jesteś? — zapytała w przestrzeń, czując się jak ostatnia idiotka. Usiadła powoli na krześle obok małego biureczka. — Pech?
Zawsze tam gdzie ty... Zawsze tam gdzie ty... — zanucił utwór Lady Pank.
Fryderyka potarła skronie opuszkami palców. "Boże, to się nie dzieje naprawdę. Ja się w końcu obudzę..." Jednak nie budziła się, a płyn, którego zdrowo pociągnęła z kubeczka, porządnie zapiekł ją w gardle.
— I do tej pory cię po prostu nie słyszałam?
Dokładnie.
— To dlaczego teraz słyszę?
Wrrreszcie jakieś interesujące pytanie. Widzisz, też się nad tym zastanawiałem. To chyba przez tego kota. Koty mają dostęp do innych wymiarrrrów. Zauważyłaś swój cień? — powiedział, a ona co zdanie upijała trochę wzmacnianej herbaty. Tak, kot. To miało przecież nieskończenie wiele sensu.
— Co z moim cieniem? — spytała zmęczona.
Jest inny. Zapal lampkę i stań tak, abyś miała przynajmniej dwa to mnie zobaczysz — odrzekł radośnie. Tonem kolegi ze Skype'a, który ogłasza ci, że wreszcie będzie mógł przyjechać i się z tobą spotkać.
Kobieta wykonała polecenie - zapaliła lampkę biurową stojącą na blacie, a potem wstała i przeszła w miejsce, gdzie jeden cień tworzył się od jej strumienia światła, a drugi przez to, które dostarczał żyrandol - ale w pierwszej chwili nie zauważyła różnicy. Nie zamknęła drzwi do swojego pokoju, więc z pomieszczenia obok również padało na nią trzecie źródło światła. Miała trzy cienie, a każdy był inny. Jeden kobiecy, drugi męski, a trzeci... koci.
— O szlag — podeszła i zatrzasnęła drzwi, oparła się o nie plecami.
Chyba kotek namieszał barrrrdziej niż sądziłem — przyznał niechętnie Pech, aby ją pocieszyć. Miał przepraszający ton. — Próbowałem się od ciebie oddalić, ale sądzę, że nasza trrrójka jakoś się skleiła międzywymiarowo. Będę musiał pokombinować jak to odkrrręcić, ale nigdy o czymś takim nie słyszałem.
— Nie.
Mam tego nie odkręcać? — zdziwił się.
— Nie, nie, nie, nie — zacięła się na negowaniu rzeczywistości. Dowlekła się do swojego łóżka, weszła pod kołdrę i ukryła pod nią cała. Spod okrycia wciąż dobiegało stanowcze: — Nie, nie, nie...
Kurcze, szok — westchnął Pech.
— Zamknij się! Na chwilę chociaż!
Jednak on nie zamierzał posłuchać.
To ja się staram... Chronię, opiekuję się, poświęcam swój czas. I tu takie podziękowanie — narzekał obrażony. — Podziękowałabyś, słyszysz? Ile razy ci życie uratowałem! A ta nic!
— A ile razy mnie podglądałeś?! Zboczeńcu jeden?! —wykrzyknęła oburzona, odrzucając kołdrę. Złość pchała ją do działania. Najchętniej obiłaby mu gębę, ale nawet tego nie miała jak zrobić. Przypomniała sobie nagle, że przecież ta pechowa ochrona trwa od czasów jej dzieciństwa, więc dodał: —Pedofilu!
— Jestem duchem w tej rzeczywistości. Bytem bez ciała. Mogę być dzieckiem, dorrrrosłym, starcem. Kobietą, mężczyzną, albo w ogóle zwierzęciem, przedmiotem. Czymkolwiek — tłumaczył zniecierpliwiony. Ale potem dodał całkiem innym tonem. — Ale szkoda by było, aby nikt nie podziwiał tego czy owego. Tyłek masz fajny i....
— Aaaa! Przestań! — jęknęła, ponownie ukrywając się pod kołdrą. — Miałam rację! Jesteś pieprzonym zboczeńcem! Milcz i nie mów do mnie więcej!
Ej, nooo. Skrrromnisia, wiesz jak bardzo zawsze chciałem z toba pogadać? No, nie bądź taka...
Jednak nic co powiedział do niej nie trafiało. Nigdy nie musiał sobie radzić z gniewną kobietą, więc nie mógł wiedzieć, że od takiej należy trzymać się na długość kija, bo inaczej zagryzie, a potem odczekać, aż pierwsza furia trochę odparuje. Ignorowała go, gdy robiła sobie zupkę; kiedy czesała swoje potargane włosy i zmieniała ubranie (wtedy było najtrudniej i zrobiła to z szybkością Supermana w budce telefonicznej ); podczas krótkiej nauki i szykowania się do snu.
Dobrrranoc — Było ostatnim, co usłyszała przed zaśnięciem.
Następnego dnia Pech milczał, aż do momentu, gdy znalazła się w pracy. Miała właśnie zejść do kanału, otworzyła już studzienkę kanalizacyjną, ale powstrzymał ją jego głos:
Chwila, ej Frynia, chwila, bo inaczej zaleje cię fala gówna. Zbije z nóg i zakrztusisz się... — przerwał, bo wzdrygnęła się gwałtownie. — Właśnie. Lepiej tego uniknąć, nie? Śmierć nie odpuszcza — westchnął.
Odczekała zaledwie minutę, gdy zobaczyła z góry jak faktycznie na dole przetacza się kilkudziesięciocentymetrowa fala.
Grzeczna dziewczynka — pochwalił ją i znowu zamilkł.
I tak właśnie to wyglądało przez kolejne tygodnie. Odzywał się, kiedy go potrzebowała, więc często zapominała w ogóle o jego istnieniu. Jednak wiedziała, że jest przy niej zawsze, bo idąc wieczorami ulicą, widziała swoje dwa nowe cienie.
Był też kot, a on już nie miał tyle wyczucia i taktu. Nie gadał z Fryderyką w ten sam sposób, co Pech, ale dzięki niemu rozumiała koci język. I czasami napadała ją ochota, aby gonić gryzonie - tych miała pod dostatkiem w kanałach. Wystarczyło, że w ciemnościach ścieków mignęły jej czarne ślepia, a nie mogła zapanować nad potrzebą gonienia ich. Porzucała swoją pracę i jak Alicja w Krainie Gówna podążała za Czarnym Szczurem. Poza tym kotek uwielbiał ryby i surowe mięso, więc zmienił nieco nawyki żywieniowe wegetarianki.
I to właśnie dzięki kotu pomyślała o zostaniu superbohaterką.
Historia była krótka i szybka. Wracała właśnie z uniwersytetu, szła ulicą, czytając notatki. Przestała obawiać się wypadków, bo Pech ostrzegał ją przed zagrożeniami i nauczyła mu się ufać.
Uważaj — powiedział nagle, a ona stanęła. Za sobą usłyszała krzyk: "Złodziej! Łapać! Torebkę ukradł!" Odwróciła się i w porę odskoczyła z drogi uciekającego mężczyzny. Koci instynkt sam się włączył. Rzuciła notatki, a kartki rozsypały się w powietrzu. Skoczyła w pościg, z znacznie większą gracją i zręcznością niż jej ofiara omijała przechodniów. Wskoczyła na metalową, chybotliwą barierkę przy przystanku i przebiegła po niej zwinnie, aby go wyprzedzić, a potem zeskoczyła lekko wprost na złodzieja. Przygniotła go do ziemi, wgniatając kolana w plecy i wykręcając mu rękę, bardzo zadowolona z siebie.
Okradziona kobieta dobiegła do niej, sapiąc ciężko. Była idealną ofiarą takiego bandyty, bo po wielorybie tych rozmiarów nikt nie spodziewałby się błyskawicznych reakcji. Pokrzywdzona podziękowała Fryderyce, zadzwoniła na policję. Ktoś zaczął bić dziewczynie brawo. Kilka innych osób czekających na przystanku się przyłączyło. Jakieś nastolatki cyknęły jej fotki, gdy studentka siedziała na kryminaliście jak kot na myszy.
— Ale super akcja — skomentowali, szczerząc się do niej.
Sama Fryderyka też musiała przyznać, że to było super uczucie.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1786
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kruffachi » 01 maja 2017, 14:07

Długo układałam sobie w głowie tego komcia, żeby możliwie dobrze wyrazić to, co mam w głowie, ale chyba poniosłam porażkę, więc jak zwykle - spontan. Trudność w napisaniu odpowiedzi tkwi między innymi w tym, że tekst niby humorystyczny, a ja podczas czytania odczuwałam głęboki dyskomfort. Od momentu, w którym Pech odezwał się po raz pierwszy, trudno było mi się skupić na jakimkolwiek innym elemencie fragmentu. Poczułam tę okropną sytuację Fryci całą sobą, tę paskudną obleśność i osaczenie. Nie, mieć w głowie zboczeńca, który - mentalnie czy nie - robi sobie dobrze tobą bez wiedzy i pozwolenia, to już daleko za granicą tego, co jako czytelnik przyswajam bez bólu. Przecież to de facto gwałt. Więc nie, nie potrafiłam już zobaczyć wiele więcej, taka ja :facepalm:

Dobra, ale zostawiając ten wątek, bo wiele mądrego w nim nie napiszę - sympatyczna dziewuszka :) Nie jakoś porażająco oryginalna, bo to chyba DC zwłaszcza ma tendencję do tego, żeby przyszłe sexbomby w lateksie najpierw pojawiały się jako zahukane panny z cienia, ale sympatyczna. I może być naprawdę fajna jako bohaterka mająca radochę z tego, że jest bohaterką - to lubię :D Oby jej nie przegiąć, oby zostawić taką właśnie równą babką i będzie miodek :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kanterial » 11 maja 2017, 13:33

JPRDL dawno się tak nie śmiechłam przy czytaniu tekstu na forum (no, poza czołgiem XD). Naprawdę. Wróblewska rozwaliła system, wszystkie momenty w typie:
— A wie pani...
— Ja wiem wszystko.
— Chyba nie jest...
— Jak nie jest jak jest?
mnie tak zniszczyły, że zaczęłam łzawić XD I KWO WADIS JESZCZE NA KONIEC XDDDDDDDD nie no, sama wizja Anioła, człowieka ze złota, który z taką niepokalaną poczciwością paraduje w tej pielgrzymce, rozbroiła mnie do zera XD. I siedziało w tek wstawce wszystko, był humor taki polaczkowo-katolicko-szyderczy i podobał mi się cholernie, w przeciwieństwie do pierwszej odsłony, gdzie szydziłaś ze spraw mniej... no, z poważniejszych. Smutnawych.
Także fajnie, że kamera na Orła Białego poszła, przyznaję ci za to milion punktów. I zastanawiam się, jaką ekipę do cholery wytrzaśniesz i jakie będą między nimi relacje...

+ najnowsza wstawka, pechowa kobieta kot XD Fryderyka jest mega sympatyczna, a bałam się, że te lateksowe babki będą nie do przeskoczenia dla mnie. Przyjemnie mi się o niej czytało. No i... Pech. Jprdl. Wiem, wiem, trochę to okropne, ale... Kuźwa kocham go XD zboczony dupek, ale jednak kocham, poza tym coś tam do Fryci czuje, nie? Może i jest ohydny, ale jakoś tam jej pomaga. A że zboczony... Że mruczy... O, ze mruczy to tym lepiej, ehe, krzywy mózg, ała. Naprawdę dobrze mi się czytało i tu też się parę razy uśmiechnęłam, choć nie tak, jak przy Orle XD

Czekam.
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: Siemomysła » 03 czerwca 2017, 12:08

Kurcze! Fajne to i lekkie, takie na szybko, bo czytasz jedną historyjkę, widzisz, że jest druga i odruchowo zaczynasz ją też czytać. Dobrze Ci idzie takie kolorowe przekładanie rzeczywistości obrazkowej na tekst.

Pierwszy tekst mało mnie bawił - tu odczucia zbieżne z poprzednimi komciaczami. Rozpatrywanie skrobanki jako tańszej opcji, rzuconej tak lekko, jakby nie chodziło o czyjeś życie, a o nie wiem - wymianę samochodu, spowodowało, że do bohatera czuję niesmak. I nie wydaje mi się on niewinną ofiarą i przypadkowym villainem, tylko to jego złoczyństwo ma źródło w jego charakterze. Owszem, może by się tak nie zachował, gdyby okoliczności były inne, ale nie walczył z okolicznościami. OK, z drugiej strony fakt, że kłócili się z narzeczoną, bo nagle zrobiło się mniej kasy też jakoś o niej super nie świadczy. Fragment z rozsmarowaniem pracodawcy - też słabo zabawny, bo ten pracodawca po prostu nie sprawiał wrażenia człowieka, który sobie na to zasłużył. W ogóle ten początek - że Darło nie chciał zostać superzłoczyńcą, ale miał pecha i tak wyszło zwyczajnie mi się kłóci z jego charakterem. Wiesz - jakby to, że nie chciał wynikało z tego, że o tym nie pomyślał, albo nie chciał sobie życia utrudniać, a nie dlatego, że nie miał jakiś tam predyspozycji psychicznych na przykład. Nie lubię go. Zresztą może to w sumie dobrze. Jasne strony dla odmiany ;)

Anioł <3 Historia powstania Orła Białego jest rozwalająca i zdecydowanie zabawna. Postać jest wyrazista z charakterem nakreślonym szybko a sprawnie.

A trzecia historia podobała mi się najbardziej.

Dzięki za lekturę <3
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: MononokeGirl » 31 lipca 2017, 21:24

Po raz kolejny udowodniłam sobie i światu, że krótka forma nie jest dla mnie, biorąc udział w FZG. Gratuluję Kruff i Siem! :D Tymczasem mój niewypał prezentuję poniżej i bardzo (nawet bardziej niż zwykle) proszę o opinię!

Także ta dam! Oto Słowiańska Trójka! Albo dwójka, Pochwist akurat zajęty był czym innym



SŁOWIAŃSKA TRÓJKA (1): Niech żyje król! Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość bezustannie się splatają, tkane zręcznymi palcami Rodzanic. Najlepszym tego przykładem stali się Perperuna, Swarożyc i Pochwist. Niegdyś bogowie, a obecnie superbohaterowie współczesnej Polski osławieni, jako Słowiańska Trójka. * Chłopiec zatrzymał się przed witryną cukierni, zapierając stopami i wyginając grzbiet. Szarpnął się i wyrwał drobną dłoń opiekunce. Kobieta w skórzanych spodniach, kozakach i sobolim futrze bardziej zaaferowana była rozmową przez holofon, niż dzieckiem, więc nie od razu zauważyła jego brak. Przeszła jeszcze kilka kroków z rozpędu, kołysząc pełnymi biodrami i dopiero wtedy przystanęła. Chwilę stała tak kontynuując rozmowę, ale potem marszcząc jasne brwi, odwróciła się w poszukiwaniu zguby. W jej szarych oczach kłębiły się burzowe chmury, błyskały pioruny. Perperuna – bogini deszczu i córka Gromowładnego nie słynęła z cierpliwości.
— Poczekaj Aniołku, mam tu kryzys wychowawczy — westchnęła w słuchawkę. Anioł Aleksander, znany bardziej pod pseudonimem Stróż, niegdyś wikary, a obecnie szef zszeszającej superherosów Unii Dobra oraz dyrektor Warszawskiej Szkoły Bohaterów zamilkł, mimo że dzwonił właśnie ze sprawą niecierpiącą zwłoki. Kolejną misją ratowania świata – specjalnością UD, która została powołana zaledwie trzy lata wcześniej w odpowiedzi na coraz lepiej zorganizowane działania superzłoczyńców. Jednak Anioł znał i Perperunę, i Swarożyca na tyle, aby wiedzieć, że „kryzys wychowawczy” w ich wykonaniu mógł się skończyć pojedynkiem na błyskawice i ogniste kule, więc czekał cierpliwie.
— Chcę cukierka! — oświadczył chłopiec kategorycznie, głosem nieznoszącym przeciwu, i założył ręce na piersi. Musiał wiedzieć, jaką odpowiedź dostanie, bo od razu zrobił obrażoną minę jak mały Indianin z kreskówki.
— Nie. Skwarek, do nogi — odparła, klepiąc się po udzie, jakby przywoływała psa.
Nie zareagował. Rzucił jedynie głową, bo czarna czapka z daszkiem opadła mu na oczy zasłonięte już przez ciemne okulary. Pruszący lekko śnieg, zdążył utworzyć i na czapce, i na ramionach białe plamy.
— Dobra, Anioł. Prześlij mi współrzędne. Oddzwonię, jak będę mogła — westchnęła poirytowana Perperuna. Obok niej i Swarożyca przechodzili ludzie, przyglądając się kobiecie z potępieniem. Podeszła do chłopca, przyklękła. Wzięła głębszy oddech, a potem użyła swojego najłagodniejszego tonu. Tego samego, z którego korzystała, prowadząc legiony chmurników do boju z płanetnikami kilka tysiącleci temu.
— Skwarek, mamy robotę. Śpieszy nam się...
— Cukierek.
— Nie ma czasu na...
— Cukierki. Dużo.
— Jesteś niegrzeczny. A niegrzeczni chłopcy nie dostają cukierków...
Odwrócił się do niej ostentacyjnie plecami. Perperuna wyprostowała się gwałtownie. Miała ochotę skręcić krnąbrnemu, rozpuszczonemu kuzynowi kark, albo przynajmniej przewiesić go przez kolano i sprać. Dłonie w płowych rękawiczkach drżały jej, spazmatycznie zaciskając się i rozwierając. Tego aspektu epoki, w której się obudziła po tysiącleciach stanowczo nie lubiła. Ograniczyła się do rzucenia piorunującego spojrzenia kobiecinie, która stanęła kilka kroków od nich i gotowa była na rzucenie się na pomoc w udobruchaniu malca. Jeszcze tylko gruchającj cioteczki brakowało Perperunie do szczęścia. Naprawdę.
— Chcesz cukierka? Kupimy cukierka — odparła z pozoru słodko. Swarożyc odwrócił się do niej z rozpromienioną buzią. W podskokach ruszył za nią do cukierni i wybrali jego ulubione bezy. Kiedy tylko sprzedawczyni wręczyła Perperunie torebkę ze słodyczami, chłopiec wyciągnął po nią dłoń. — W samochodzie, dobrze? Bądź grzeczny. Naprawdę nam się śpieszy.
Dzieciak rozumiał, że dorosłym też należą się małe zwycięstwa, więc nie naciskał. Idąc z opiekunką do auta, nucił coś pod nosem, machał radośnie rączkami. Perperuna piknęła kluczami, w odpowiedzi odezwała się złota Hussarya Arrinera GT3 – należała do Swarożyca, który nawet kiedy dorastał miał słabość do gadżetów. Jako idol połowy narodu – typowo po polsku musiała też powstać druga połowa, która uważała, że to poganin i dzikus i wyśmiewała go bezpardonowo – firmował swoją osobą nową markę sportowych samochodów produkowanych w Gliwicach.
I tak, dorastał. Zdarzało mu się to co roku, bowiem na Bogu Słońca ciążyło przekleństwo i Śmierć we własnej osobie miała na niego stałe zlecenie. Jednak później zmartwychwstawał jak feniks z popiołów. Odradzał się na Nowy Rok tylko po to, aby zginąć podczas Przesilenia Zimowego. Co miesiąc starzał się o dwa lata i Perperuna tężała na samą myśl o tym jak irytującym stworzeniem się znowu stanie, kiedy wejdzie w wiek nastolęctwa.
Bogini Deszczu otworzyła najpierw drzwi od strony pasażera, jej kuzyn zaczął wdrapywać się na fotel. Ledwie dotknął auta, a ono się rozpłomieniło. To była jedna z jego zdolności. Niegdyś sprawiał, że jego powóz zaprzęgnięty w siwka płonął i latał – teraz to samo działo się z samochodem. Wokół kół i spod maski wydostawały się płomienie, ślizgały i tańczyły po karoserii, lekko sycząc w zwarciu z zaległym śniegiem. Wystarczył taki Skwarek i nie potrzeba było odśnieżania, zaspy szybko topiły się i wyparowywały. Może zasłużył za to na jedną bezę?
Perperuna nieco ułagodzona wsiadła do Hussaryi i nawet nie zdążyła zapiąć pasów, a chłopiec wyciągał do niej rączkę.
— Cukierek — przypomniał.
— To za to, że grzecznie doszliśmy do samochodu — powiedziała, dając mu jedną bezę. Reszta bezpiecznie spoczywała w torbie. Miał niezadowoloną minę, lecz przyjął przysmak. Wiedziała, że nie potrwa długo nim ponownie wyciągnie do niej łapkę po kolejny.
Jednak w tym czasie Perperuna odpaliła samochód, włączyła się do ruchu drogowego, niewiele przejmując się zasadami kodeksu. Śmigała pomiędzy innymi autami z wprawą rajdowca, chociaż swoje prawo jazdy zrobiła niecałe pół roku wcześniej. Jednak dla osoby, która uczyła się jeździć na powozach konnych i manewrować nimi podczas bitew, jazda po szerokich płaskich jezdniach nie stanowiła najmniejszego problemu. Zignorowała czerwone światło, bo gdyby wyhamowała gwałtownie, wpadłaby w poślizg. Przyśpieszyła i nagle wóz wyskoczył w powietrze. Otoczyły ich złociste iskry i parujący biały obłok. Perperuna wcisnęła gaz do dechy. Oboje poczuli nieprzyjemny uścisk w dołku i narastające ciśnienie w zatokach. Na szczęście wystarczyło kilka razy przełknąć ślinę, aby je unormować. Na wyświetlaczu holofonu – oczywiście też najnowszego modelu komórki, która weszła w zeszłym roku na rynek – widziała migające na mapie punkty. Czerwony zbliżał się do Zielonej Góry, niebieskim była ona – unosiła się jeszcze nad Gnieznem.
Wzbili się ponad jasnoszary koc chmur, który wisiał już od ponad miesiąca nad miastem. Niebo ponad nim było zachwycająco błękitne.
— Jeszcze jeden — powiedział Swarożyc.
— Nie.
— Jeszcze jeden! — rozkazał głosem na skraju histerii.
— Nie — odpowiedziała równie spokojnie, a potem wycelowała holofon w stronę chłopca. Zaczął się mazać i rzucać na fotelu. Zrzucił czapkę, odsłaniając blond włosy z czerwonymi końcówkami. Z nosa spadły mu okulary przeciwsłoneczne. Musiał je nosić przebywając pomiędzy śmiertelnikami, bo inaczej ci, którzy spojrzeliby w jego niebiańskie oczy dostawali pomieszania zmysłów. Nawet Perperuna, chociaż nie odstępowała mu boskością, czuła się nieswojo, gdy w nie patrzyła. Cierpliwie i ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy nagrała cały atak. — Skwaruś, oj, Skwaruś. Chcesz, żebym wysłała cię Magdzie?
Na dźwięk imienia swojej przyszłej-niedoszłej narzeczonej chłopak się uciszył. Urwał płacz nagle jak uciął nożem. Wybałuszył oczy, patrząc na kuzynkę z mieszaniną strachu, łez i najczystszej, nieletniej nienawiści.
Magdalena Kamyszek była młodą szefową wykopalisk archeologicznych prowadzonych pod katedrą gnieźniańską. To ona pewnego dnia wygrzebała z katakumb trzy starożytne, zapieczętowane trumny, a z nich niczym Atomówki z Ery Miedzi wyskoczyli Perperuna, Skwarek i Pochwist. Ostatnim z Trójcy był Bóg Wiatru o nieco zwichrzonej osobowości, który podjął się stacjonowania wzdłuż granic całej Rzeczypospolitej, bo potrafił przemieszczać się najszybciej z nich wszystkich. Bogini Deszczu i Bóg Słońca zostali w Gnieznie i jeszcze do niedawna korzystali z gościnności pani archeolog. Pod koniec zeszłego roku nieco zaiskrzyło pomiędzy nią a Swarożycem, ale cały romans urwał się w grudniu, gdy to bóstwo narodziło się ponownie.
Nic tak nie ochładzało miłości jak wieść o tym, że twój Romeo umarł i zdziecinniał.
Na łożu śmierci Perperuna obiecała umierającemu Swarożycowi, że nie dopuści, aby Magda o czymkolwiek się dowiedziała. Chciał sam jej to wytłumaczyć. Z tego powodu bogini utrzymywała przed archolożką, że Bóg Słońca został ranny, a później przechwycony przez wojskowych i teraz znajdował się na rekonwalescencji w tajnym obiekcie koło Dziwnowa. Minęły już dwa miesiące i na razie udawało się utrzymać tajemnicę, ale Perperuna wątpiła, aby na długo się tak dało. To była kwestia czasu jak ktoś go sfilmuje lub sfotografuje podczas akcji. W dwudziestym pierwszym wieku, dobie internetu, portali społecznościowych i przecieków do WikiLeaks, nikt nie pozostawał animowy.
— Jak się dobrze spiszesz podczas zadania to dostaniesz resztę — ogłosiła Perperuna, lecz nie odezwał się. Wisiała pomiędzy nimi ciężka, zfochowana cisza.
Czy ona się tym przejęła? Pomyślała o delikatnej psychice małego dziecka?
Tak samo jak przejmowała się włosami pod pachami, cellulitem i pomarańczową skórką, czyli wcale. Włączyła radio i zaczęła drzeć japę w takt muzyki. Piosenka była po angielsku, ale nie przeszkadzało jej, że nie znała w tym języku ani jednego słowa.
* Niszczyciel rozkazał SI-gmuntowi – sztucznej inteligencji, która pomagała mu w obsłudze mecha-munduru – aby zrobił zbliżenie z kamer na atuty Perperuny. Jej świetne cycki skrywało teraz futro, ale kiedy wywijała w powietrzu dookoła robo-zbroi, mógł podziwiać idealnie wyrzeźbiony tyłek superheroski.
— Cyknij kilka fotek, SI-gi — poprosił flegmatycznie. Miał już całą kolekcję. Stanowczo najbardziej cenił sobie te zrobione w czasie lata, gdy nosiła koszulki na ramiączkach i szorty. Jednak w krótkim futerku wyglądała wyjątkowo dziko i pierwotnie. Jak lwica. Zwłaszcza z tą burzą blond włosów i długim warkoczem, który powiewał za nią jak ogon.
Tymczasem powietrzna bitwa pomiędzy Niszczycielem a wojowniczą boginią trwała w najlepsze. Odpalił rakiety, śmignęły na autonamierzaniu, zostawiając za sobą warkocze siwego dymu. Perperuna przecięła je kolejno swoją włócznią. Wybuchy dookoła oświetliły ją żółto-czerwoną łuną. Wyleciała zza szarej chmury, a wtedy superzłoczyńca użył karabinów maszynowych, które zbroja miała na naramiennikach. Kule cięły powietrze, latająca heroska szybka jak błyskawica umykała przed nimi z wizgiem i hukiem gromów. Zataczała kręgi, kręciła beczki i bączki, próbowała zbliżyć się do przestępcy, aby móc użyć włóczni bezpośrednio i wyłuskać go z jego pancerza jak ślimaka ze skorupki.
Wtedy z dołu nadleciał strumień ognia, pochłaniając wyjącym tornadem całego niszczycielskiego robota.
— Dobrze, Skwaruś! Bezy są twoje! — pochwaliła kierującego Hussaryą chłopca, któremu udało się wreszcie opanować pojazd i wrócił do toczącej pojedynek dwójki.
Swarożyc miał problemy z kierowaniem, bo ledwie dosięgał do pedałów. Trochę też spanikował, gdy porzuciła go w latającym wehikule, aby samej zająć się pojedynkiem z Niszczycielem. Jednak chłopiec usłyszawszy opiekunkę, wycelował samochód w niebo, a potem porzucił kierownicę i wyciągnął torbę z łakociami. Z miną kociaka spijającego śmietankę wyjął pierwsze ciastko i wpakował do buzi. Zaraz po nim dwa kolejne, wypełniając policzki jak chomik.
— Ale później! Teraz mi pomóż! — Perperuna krzyknęła za odlatującym w siną dal pojazdem.
Tymczasem strumień ognia się skończył, a Niszczyciel wrócił do przerwanego ostrzału.
— Niech to szlag! — jęknęła, wykonując salto, aby ominąć kolejne rakiety. Kiedy ona traciła czas na uciekanie przed pociskami, z jednej strony oddalał się od niej Swarożyc, a z drugiej porwany samolot z wojskowym ładunkiem przejęty przez terrorystów z Ligi Złoczyńców – zrzeszenie przestępców powstało kilka lat wcześniej, gdy ujawnili się pierwsi obdarzeni supermocami i teraz działało bardzo prężnie, głównie walcząc przeciwko Unii Dobra. Porwany transporter miał wylądować na lotnisku Zielona Góra-Babimost, a teraz był zabierany nie wiadomo gdzie. Nie można było na to pozwolić – niby aeroplan pamiętał jeszcze PRL, ale gdyby armia posiadała fundusze na nowszy model to pewnie już takowego by używała.
"Najpierw ten tu idiota, potem transport, a na końcu Skwarek. A niech go cholerę dorwę!" Perperuna ustanowiła priorytety. Gdyby wiedziała, co spowoduje jej zaniedbanie to pewnie podjęłaby w tamtej chwili inną decyzję.
Niszczyciel uśmiechał się. Plan szedł zaskakująco bezproblemowo.
* Biały konik na biegunach pojawił się przed maską latającego auta, zarżał, zarzucił siwą grzywą i popędził przed siebie. Skwarkowi z wrażenia beza wypadła z rączki i potoczyła się pod siedzenie. Przeżył wiele rzeczy przez te milenia śmierci i zmartwychwstania, ale pierwszy raz zdarzyło się, aby widział żywe, lewitujące zabawki. W dodatku jakie! Mógł urodzić się ponownie w dwudziestym pierwszym wieku, ale głęboko w sercu pozostawał tym samym małym barabrzyńcą. Marzył o mieczach, wojnach, polowaniach... I białym kucyku.
A ten był piękny! Idealny! Cudowny!
Swarożyc natychmiastowo zapomniał o cukierkach, odrzucił torebkę i chwycił lepkimi rączkami za kierownicę. W cudacznej pozie i nieco na czuja, bo nic nie widział – skierował pojazd za konikiem. Wszedł pomiędzy chmury, które otuliły go ciemnoszarym kokonem. Wypadłwszy z nich, wdrapał się na fotel i wychylił nad deską rozdzielczą.
Znalazł się nad miastem. W dole widział cmentarz i arenę. Gwar i krzyki na stadionie niosły się ku górze, wyglądało jakby to w tym miejscu zebrali się wszyscy mieszkańcy Zielonej Góry. Konik bujany skierował się do majaczącego w oddali dużego budynku. Gdy Swarożyc ponownie zsunął się z fotela, aby naciskać pedały, zerknął na holofon, który stanowił dla niego nawigację. Widział jak kropka przesuwa się po mapie, mija dom handlowy Focus i Park Winny. Zmierzali w stronę Starego Rynku.
Nawigowanie stało się trudniejsze, bo konik patatajał coraz niżej, tuż ponad czerwonymi dachami prześwitującymi pod białymi pierzynkami zaległego śniegu. Skwarek okręcił samochód i leciał bokiem. Widział co nieco przez boczną szybę w drzwiach, a mimo to prawie wpadł na ceglaną, paskudną wieżę, która mu nagle wyrosła przed maską. Szarpnął za kierownicę, wykonał nagły skręt, kołami przejechał po ścianie w górę.
Kiedy odzyskał kontrolę nad pojazdem, konik na biegunach znikał pomiędzy kolorowymi kamieniczkami, kołysząc się rytmicznie. Zabawka zatrzymała się na dachu Ratusza – typowej prostokątnej bryły z wysoką, smukłą wieżyczką po środku. Swarożyc dogonił go, manewrując z trudem w wąskiej przestrzeni pomiędzy budynkami. Konik zbujał się na chodnik – akurat było tam wystarczająco szeroko, aby chłopiec mógł wylądować. Zrobił to tak umiejętnie, że wpadł w zaspę, która zamortyzowała nagłą utratę wysokości.
— Ała — jęknął Skwarek, rozcierając czoło, które uderzyło o kierownicę. Szybko zapomniał o bólu, chwycił za swoją czapkę i okulary przeciwsłoneczne i otworzył drzwi.
Opustoszałe centrum Zielonej Góry wyglądało niesamowicie. Bajkowo kolorowe kamienice okrążały Stary Rynek, tu i ówdzie zalegały kopczyki białego puchu. Śnieg nadal pruszył, wirując w powietrzu. Swarożyc nigdzie nie widział ani jednego mieszkańca. Nikt nie spacerował po urokliwym starym mieście, wszystkie sklepy były pozamykane na cztery spusty. Bezruch i osamotnienie tym większe, że nie było też nigdzie ptaków. Ani jednego nachalnego gołębia, całkowity brak ciekawskich wróbli, czy chciwych srok. Tak jakby na tym świecie jedynymi żywymi istotami został tylko chłopiec i jego wymarzony kucyk na biegunach.
A jednak miał wrażenie, że jest obserwowany.
Pierwszą rzeźbę zauważył, gdy poślizgnął się i na nią wpadł.
— Pseprasam — wyseplenił, co zdarzało mu się czasami, gdy się czymś denerwował. Pomylił pokracznego, uśmiechającego się do niego krzywo bachusika z człowiekiem. Mały, osiwiały od śniegu posążek, spojrzeniem ciemnych oczu zimno mierzył zagubionego chłopca. Dzieciak odskoczył od niego jak oparzony.
Bujany konik zarżał, zwracając na siebie uwagę Skwarka. W tej samej chwili do uszu małego boga doleciała muzyka, jakby z pozytywki, ale znacznie głośniejsza. Zabawka rozbujała się i skierowała w stronę, skąd dobiegały dźwięki, a on podążył za nią, bo nie chciał zostawać sam ze zgrają roześmianych maszkar, które stały na chodnikach, zwisały z latarni, siedziały na gzymsach, wychylały się zza pustych o tej porze roku donic. Weszli w boczną uliczkę, a chłopiec już z daleka zobaczył rozświetloną witrynę sklepu. Migotała różnokolorowymi światełkami. Na wystawie tańczyła para lalek, pluszowy miś machał łapą, po torach śmigała ciuchcia. Konik pchnął drzwi, rozdźwięczał się dzwoneczek. Wejście pozostało uchylone.
— Dzień dobry! — krzyknął Skwarek, wchodząc do środka.
Sklepik był przytulny i zagracony. Ciepło uderzyło w skostniałą od mrozu twarz chłopca, więc rozchylił wełniany szalik. Melodyjka, którą usłyszał wcześniej dobiegała z karuzeli na trzy różowe, osiodłane jednorożce. Regały na ścianach, czy blat kontuaru zajmowały ciasno stłoczone zabawki. Pudełka z klockami, domki dla lalek, plastikowe niemowlaki w wózkach, mechaniczne zwierzaki do nakręcania i wiele, wiele innych. Pod sufitem latał w kółko samolocik, wisiały marionetki – błazny, królewny, książęta, smoki, na sznurkach karuzelek krążyły pluszaki. Setki małych, szklanych i plastikowych oczu wpatrzonych pusto w przestrzeń.
I tylko konika na biegunach nigdzie nie było widać. Zostawił po sobie jedynie mokry ślad po płozach, który prowadził ku ciemnemu otworowi zaplecza.
— Dzień dobry? Przeprasam?
Zza ściany usłyszał skrzypienie. Rytmiczne buj-buj, buj-buj. Jednak nikt się nie odzywał, więc chłopiec jeszcze raz omiótł wzrokiem cały pokój... Tańcząca na witrynie para zatrzymała się odwrócona ku niemu, miś z uniesioną łapką też na niego zerkał czarnymi ślepiami. Swarożyc odruchowo sięgnął do pasa, gdzie miał powieszony w uchwycie swój – teraz zminiaturyzowany – bojowy młot. Boskość boskością, ale lalki wbijające ci w plecy martwe spojrzenia były nie na jego nerwy. Efekt był na tyle upiorny, że po ciele chodziły mu ciarki.
Brać konika pod pachę i wiać, bo działo się coś dziwnego.
Dziwność spotęgowała się, kiedy przekroczył próg zaplecza. Drzwi zamknął za nim kukiełkowy lokaj, w kącie zaczęła grać na prawdziwych instrumentach kukiełkowa orkiestra, a przy stole krzątali się kukiełkowi służący. I oczywiście nie można było zapomnieć o kukiełkowym władcy na tronie. A wszystkim tym kierowały sznurki, zwisające z wysokiego sufitu, który ginął w całkowitej ciemności.
Buj-buj, buj-buj kiwał się konik na biegunach po prawicy monarchy.
— Usiądziesz młodzieńcze? — zaproponował Król Marionetek, a pokojówka w uroczym fartuszku odsunęła krzesło po jego lewicy. Oboje stukotali przy każdym ruchu drewnianymi kończynami.
Skwarek nie wypuszczając młotka z dłoni, przeszedł pomiędzy lalkami i wdrapał się na siedzisko. Sługa podsunął mu pod nos ciastko, nalał owocowej herbaty. I jedno, i drugie pachnące, jadalne. Niby niedawno schrupał pół torebki bez, ale teraz na widok czekoladowej wuzetki z kremem przełknął głośno ślinę.
— Dziękuję — powiedział Skwarek, bo wbrew pozorom był dobrze wychowanym młodym bogiem. Jednak nie sięgnął po ciastko, bo mógł sobie być nieśmiertelny, ale jemu też powtarzano, aby nie przyjmował słodyczy od nieznajomych. Zwłaszcza, że na jego życie mogli czyhać Niszczyciel, Lusternica, Mama Piekarzowa, Doktor Rak i wszyscy inni superzłoczyńcy z Ligi. — Ja tylko do konika... — wyjaśnił poważnie.
— Wiem — przytaknął władca i sięgnął po puchar z winem. Swarożyc zafascynowany patrzył jak płyn znika w gardzieli marionetki. — Patataj dobrze się spisał, sprowadzając ciebie do nas — pochwalił kucyka, a ten podsunął mu łebek pod dłoń jak spragniony pieszczot kot. Głaszcząc konika, mówił dalej: — Wiem znacznie więcej. Wiem o twoich problemach Swarożycu...
— Skąd znasz moje imię?
— Wiem o tobie wiele rzeczy. Można powiedzieć jestem... hmm... twoim oddanym fanem — dobrze dobrał słowa, bo chłopiec pokraśniał z zadowolenia. — Wiem, co ci się stało po walce z Watahą w grudniu. Wiem, że Śmierć ma cię na swojej liście. Wiem, że bardzo przeszkadza ci obecna sytuacja w spotkaniach z panią Kamysz...
Mina Swarożyca zrzedła.
— Magda — wyrwało mu się nieco żałośnie.
— Wiem, że pani Kamysz bardzo się o ciebie martwi — dodał Król współczująco. — Bardzo chciałbym ci pomóc.
— Nie da mi się pomóc. Musiałbym rzucić wyzwanie Śmierci, ale oni nigdy nie przychodzą do wymiarów dla mnie dostępnych — wzruszył ramionami.
— A co byś powiedział, gdybym ci w tym pomógł? Widzisz, mój drogi, obserwuję cię od samego początku i bardzo żałowałem, że wcześniej nie spotkały się nasze drogi — rozpoczął swój monolog Król Marionetek, a Skwarek obserwował go zza ciemnych szkieł rozszerzonymi oczami. — Kierowały tobą do tej pory osoby, które nie rozumieją twojego pełnego potencjału. Ograniczają cię. To państwo, w którym żyjemy... Co ono dało tak wybitnej jednostce jak ty? Mieszkanie z trzema pokojami? Więcej dostałeś od prywatnej firmy, prawda? Twoje auto jest warte dwóch takich mieszkań... A jednak chronisz ten kraj z narażeniem – nie! z poświęceniem! – własnego życia! I po co? Nie myślałeś nigdy o tym, że należy ci się więcej?
— To znaczy... Ja... Nie wiem.
— A powinieś. Kim jesteś? Tylko herosem? Żołnierzem na usługach polityków?
— Oczywiście, że nie! — oburzył się Bóg Słońca. — Nie służę nikomu! To mi... służą?
— Ktoś ci służy?
— Służyli. Skierki na Słonecznym Dworze. One mi nie pyskowały jak Perperuna. A teraz... Nikt. To przez to, że jestem młody. Kiedyś doceniano moje poświęcenie — zmarszczył brwi, przypominając sobie scenę pod cukiernią, a potem w samochodzie. Widział, wtedy po minie kuzynki, że wcale nie zamierzała podzielić się z nim bezami, a zrobić mu na złość. Gdyby nie potrzebowała pomocy z wielkim robotem to sama by je zjadła. — Pomiatają mną — zauważył ze zdziwieniem.
— Tak nie może być! — oburzył się Król, a razem z nim ze zgrozy wykrzyknęły wszystkie kukiełki, umilkła muzyka. — Zasługujesz na więcej. Ja na pewno potrafiłbym ci to więcej zapewnić.
— Kim jesteś? — spytał Swarożyc, przypominając sobie nagle o czujności.
— Tak, oczywiście. Wybacz moje maniery. Niestety na razie nie mogę zdradzić ci swojej tożsamości. Jestem jednak przyjacielem. Życzę ci dobrze. Tobie. Trochę mniej Unii Dobra, którą tworzy Stróż — paplał. Ostatnie słowo zostało przez niego wypowiedziane z jadem i wzgardą. Dał znak ręką muzykom, aby powrócili do urwanego utworu. — Znasz Anioła Stróża, prawda?
— Tak. Ma ładne skrzydełka. I płonący miecz. Miecz jest super — Skwarek pokiwał głową z aprobatą.
— No, tak — przytaknął, jakby nieco zdziwiony takim podejściem do sprawy. Jednak nie na długo pozostawał wytrącony z równowagi i natychmiast znalazł argumenty: — Ja zapewniłbym ci taką broń, jaką sobie wymarzysz. Natomiast Stróż... Kim on jest, aby wydawać tobie rozkazy?
— Bo on rozumie ten świat, a ja nie bardzo... Jest tu tyle nowych rzeczy... — tłumaczył się wstydliwie chłopiec.
— Czyli to doradca powinien zastąpić króla? — zagadnął chytrze kukiełkowy monarcha.
— No... nie.
Król Marionetek opuścił swój tron, zdjął koronę i nasadził na czarną czapkę z daszkiem Swarożyca. Wykonał gest zachęcający chłopca do zmiany miejsca siedzenia, a potem ukląkł przed nim na jedno kolano. Muzykanci zwiększyli swoje wysiłki, rozbrzmiała huczna Etiuda Rewolucyjna. Bóg Słońca zasiadł na tronie, a wszystkie kukiełki zlożyły mu hołd.
Tak. Właśnie to mu się należało szeptała mu sugestywnie duma.
Oczami wyobraźni widział siebie w głównej siedzibie Unii Dobra, gdzie wszyscy padają przed nim na kolana, gdy przejeżdżał aleją, a potem wychodził na plac i szedł po schodach. Ludzie skandujący jego imię. Przy boku Madzia wpatrzona w niego zachwyconymi oczami. On zamiatający połami płaszcza stopnie macha niedbale tłumowi. Znowu jest w pełni sił – wysoki, umięśniony i zachwycająco przystojny.
Tak to powinno wyglądać.
Zacisnął drobne dłonie na oparciach fotela, usteczka wykrzywił w podkówkę.
— Proszę, przyjmij go jako mój pierwszy dar dla ciebie — powiedział Król Marionetek, wskazując na konia na biegunach. Kucyk też skłonił pokornie łeb przed majestatem Boga Słońca. — Jak mogę ci służyć, panie?
Swarożyc uśmiechnął się. Jak dawno nie słyszał tych słów! Dopiero teraz rozumiał, jak mocno mu tego brakowało. Machnął niedbale dłonią, pozwalając swoim poddanym powstać.
— Wspominałeś coś o mojej Śmierci. Podaj mi konkrety — rozkazał.
Król Marionetek roześmiał się, klekocząc szczęką. Zaklaskał drewnianymi dłońmi, a jedna ze sług podała mu zwoje. Dwoje innych oczyściło stół przed Swarożycem. Rozpostarto na blacie rulon.
— Pozwól, że ci wyjaśnię… Aby dostać się do odpowiedniego wymiaru będzie potrzebne nam kilka rzeczy. Mam nadzieję, że mogę liczyć na pomoc w zdobyciu ich skoro przyświetla nam ten sam cel?
Swarożyc zignorował pytanie, więc Król kontynuował swoje dywagacje. Plan wyglądał naprawdę nieźle.
* Perperuna szlochała, a kiedy Bogini Deszczu płacze to razem z nią robi to całe niebo. W szyby nowopowstałej siedziby głównej Unii Dobra zacinały wielkie jak groch krople. Przed oknem stał młody mężczyzna o klasycznej urodzie, której mogłyby pozazdrościć mu rzeźby Michelangelo. Rozluźnił nieco kołnierzyk prostej, błękitnej koszuli z koloratką. Przez parę wielkich skrzydeł w kolorze écru materiał na piersi zawsze się napinał i pił go pod pachami. Bogini siedziała za jego plecami skulona na fotelu, zakrywając dłońmi twarz. Ramiona drżały jej spazmatycznie. Superbohaterski ksiądz, Aleksander Anioł aka Anioł Stróż, starał się nie słyszeć niecenzuralnych słów wzburzonej kobiety, a i tak spomiędzy bluzgów docierało do jego uszu:
— Ten gówniarz…! Ten szczyl! Jak dorwę…! To nogi z dupy! Smarkacz jeden!
To oczywiste, że była wzburzona. Nie dość, że ich misja zakończyła się fiaskiem, bo wojskowy transporter z bardzo cennym ładunkiem został uprowadzony to Niszczyciel udostępnił swoim fanom na Facebooku zdjęcia pośladków Perperuny w ciasnych spodniach, a do tego wszystkiego zaginął Swarożyc. GPS z samochodu ostatni raz odezwał się w okolicach Zielonej Góry, tak samo jak holofon. Teraz obydwa urządzenia milczały, mimo wytężonych wysiłków całego zespołu informatyków.
"Jeśli tak dalej pójdzie to będzie trzeba wystosować ostrzeżenia powodziowe" pomyślał stroskany Stóż, odwracając się do ulewy zza okna plecami.
Podszedł do roztrzęsionej kobiety i położył jej dłoń na ramieniu. Uniosła na niego piękne, szare oczy, teraz mokre od łez i jeszcze urodziwsze. Pierwszy raz odkąd Anioł poznał Perperunę widział ją taką słabą i delikatną. Na co dzień nieco go przerażała – taka pierwotna, nieokiełznana, wojownicza. Typ, który najpierw wyciągnie włócznię i kogoś na nią nadzieje, a potem zacznie zadawać pytania. Przez tą brutalność nie widział w niej nigdy zbłąkanej owieczki, a wygłodniałego wilka. Cieszył się, że jest po ich stronie, bo dla młodego księdza stanowiło to dowód na to, że nawet ktoś tak barbarzyński może mieć w sobie pierwiastek dobra.
"Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę Wodę, która jest bardzo użyteczna, i pokorna, i czysta" przypomniał sobie nagle część Pieśni słonecznej świętego Franciszka i przeszedł go głęboki dreszcz. Perperuna zerwała się ze swojego fotela i przytuliła do Anioła. Pogłaskał ją po włosach, objął w pasie, niósł pociechę. I służył za chusteczkę, bo jeszcze przez jakiś czas płakała i smarkała obficie.
— Lepiej? — spytał, gdy nieco się uspokoiła i ucichła.
— Nie. Ale dość przyjemnie — mruknęła ledwie słyszalnie.
Odskoczył jak oparzony, prawie się przewracając o drugi fotel, a ona nie wytrzymała i parsknęła krótkim, niewesołym śmiechem.
— No, teraz trochę lepiej — przyznała. Doskonale zdawała sobie sprawę, jaką wywoła reakcję swoimi słowami i trochę ich żałowała, ale musiała rozładować tą poważną i napiętą atmosferę. Okazywanie swoich uczuć uważała za naturalne. Czy to płacz, śmiech czy pożądanie. Nie widziała tematów tabu. Jednak robiło jej się głupio, gdy ktoś zaczynał się o nią martwić i nie wytrzymywała tej presji długo. Była wojowniczką. Potrafiła wziąć tarczę w zęby i z wyprutymi flakami wrócić do obozu. Z gorączką gotować, a nawet polować. Nie ma, że krwawi. Nie ma, że boli. — I co teraz?
— Teraz? — spytał nieco rozkojarzony, uciekając od niej na drugą stronę biurka. Wzrokiem wodził po podłodze, jakby szukał tam resztek swojej nadszarpniętej godności. Twarz miał w odcieniu dojrzałego pomidora. — Teraz... Cóż teraz?
— Poszukiwania przeprowadziłam ja, policja, wojsko. Nic. I co teraz? Co mogę jeszcze zrobić? Czy mogę w ogóle coś zrobić?
Stróż odchrząknął, a potem pokręcił przecząco głową.
— Tak myślałam. Dlatego mnie wezwałeś? Wiesz jak mnie wystraszyłeś? Myślałam, że chcesz mi osobiście powiedzieć, że Skwarek znowu jest martwy — mruknęła, siadając ponownie na fotelu. Założyła nogę na nogę. W tej chwili tylko zaczerwienione oczy świadczyły o niedawnym wybuchu. — Mam dość niemowląt na jakiś czas.
Anioł zazdrościł jej takiego charakteru. Spanikowała, wypłakała się. Wystarczyło, że dowiedziała się, że nic więcej nie jest w stanie zrobić, a odzyskała spokój ducha. Stróża niektóre zmartwienia, czy wątpliwości potrafiły ścigać nie tylko przez cały dzień, czy bezsenną noc. Mogły wracać tygodniami, miesiącami. Latami nawet.
— Policja i straż miejska w całej Polsce będzie miała na niego oko. Mają zdjęcia. Nie jest zwyczajnym pięciolatkiem. Może niedługo sam wróci do Gniezna? — próbował ją pocieszać. Ze Swarożycem wszystko było możliwe. Przytaknęła, zgadzając się z nim. — Tymczasem będę miał dla ciebie inne zadanie...
— Słucham — odparła, prężąc się i prostując.
...jest bardzo użyteczna, i pokorna, i czysta...
Aleksander Anioł miał wiele wątpliwości, jednak wszystkie je rozwiewała modlitwa. Wszystko co czynił, czynił bowiem w imię Chrystusa.
* Przez kolejne dwa miesiące Swarożyc się nie odnalazł, a jego dziecinne zdjęcia przestały być aktualne. Natomiast pierwszy raz z Ligą Złoczyńców zaczął współpracę nastolatek o pseudonimie Ogniomiotacz.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1786
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Jak pech to pech

Post autor: Kruffachi » 01 sierpnia 2017, 21:56

Jup, zatem tak, jak się umówiłyśmy, będę pisać o tym opowiadaniu jak o osobnej całostce. I moje pierwsze wrażenie po skończeniu było takie "Ale gdzie jest ciąg dalszy?" Coś zawiodło w kompozycji i zamiast otwartego zakończenia jest wrażenie stanięcia nad przepaścią. Gdybym nie wiedziała, że to skończona całość, i gdyby nie ostatnie zdania takie jakby na doklejkę - to znaczy bardzo zdawkowe i skrótowe w porównaniu do reszty, o czym za chwilę - oczekiwałabym kolejnego posta. I wydaje mi się, że problem nie leży do końca w tym, że ograniczał Cię limit słów. Nie, wydaje mi się raczej, że ilość słów nie jest optymalnie rozłożona na kolejne sceny. Jest tu dużo fragmentów sympatycznych, ale nieistotnych z punktu widzenia tak drobnego, zwartego utworu, którym powinnaś poświęcić znacznie mniej miejsca, a zaoszczędzoną w tę sposób przestrzeń przekuć na budowanie zrównoważonej kompozycji. Ot, choćby kupowanie cukierków z początku czy przedostatnia scena pocieszania, skupiająca się jakby nie na tych aspektach, które są ważne z punktu widzenia opowiadania. I żeby nie było niejasności - to są scenki, które fajnie grają w cyklu, ukazują postaci - tak nowe, jak i te, które znamy z poprzednich opowiadań - ale po prostu ze względu na odrębność tekstu powinny były zostać ujarzmione. Miałabyś zdecydowanie więcej miejsca na intrygę, a tak wyszła dość prosta, bez takiego kopa i właśnie z tym wrażeniem doszycia zakończenia. Krótka forma wymaga jednak sporej dyscypliny i sztywnego trzymania się priorytetów.

I właśnie, ponieważ miało to funkcjonować jako całostka, zabrakło nieco tła. Sporo jest go przy Aniele, wręcz pewne informacje się powtarzają. To mój faworyt, więc bym zupełnie nie narzekała i pewnie nie zwróciła na to uwagi, gdyby nie fakt, że z wyraźnie mniejszą atencją traktujesz obu antagonistów - Niszczyciela i Króla Marionetek. Sądzę, że błędem byłoby powtarzanie tego wszystkiego, co o Niszczycielu wie czytelnik poprzednich odsłon, ale jednak jakieś minimum, skoro już wchodzisz mu do głowy (nawet jeśli głównie po to - z fabularnego punktu widzenia - żeby dać znać, kto stoi za przekabaceniem Skwarka), coś o ogólnie pojętych celach, coś, co by go po prostu osadziło w tym konkretnym tekście. No bo on sobie tu tak fruwa - i dosłownie, i w przenośni ;) Tymczasem jakbyś większość ekspozycji chciała załatwić tym dość suchym jednak wstępikiem.

Więc, podsumowując tę część, sądzę, że głównym problemem jest zrównoważenie i gospodarka słowami. Nic, nad czym nie dałoby się popracować, jeśli nie przy tym tekście - bo to chyba bez sensu, skoro teraz już funkcjonuje jako część cyklu - to na kolejnych. Może to jest jakiś pomysł, by próbować pisać pod limity, ale z tą myślą, że ma to służyć wyrabianiu sobie kompozycyjnej dojrzałości i zdolności do podejmowania nieraz bardzo trudnych decyzji. Bo tu czuć jednak flow, a nie myślenie tekstem. I owszem, jest to fajny flow, widać, że się znakomicie bawiłaś - ja zresztą też, co tu kryć, tak poza wszystkim, to chyba moja ulubiona odsłona, albo druga po Aniele - ale ucierpiała na tym literackość pojęta jako ujmowanie pewnego problemu w słowa.

Oczywiście jest ta kwestia, którą sama zauważyłaś, że Zielonej Góry tu praktycznie nie ma, ale to też już przeterminowany problem i nieważny z punktu widzenia obecnego czytelnika. Acz trochę sfrajerzyłaś, bo przecież Księstwo Głogowskie, Piastowie i w ogóle, dało się to mocno osadzić w słowiańskich klimatach, gdybyś np. uderzyła motywem dwuwiary żywej w Polsce dość jednak długo ;) (tym zresztą między innymi bawiłam się na FZG w zeszłym roku). No ale mniejsza. Zainteresuj się tematem może na przyszły rok.

A, i jest ta kwestia Króla Marionetek jeszcze. Tu też coś się nie do końca wyważyło, chociaż już nie w kwestii samej ilości poświęconych słów. Ze scenki wcześniej z Niszczycielem i z zakończenia wiem, że to jego intryga, ale jak to osiągnął? Magią? Technologią? Brakowało bardzo, bardzo wielu wyjaśnień i zostawianie tak wyraźnych białych plam na - było nie było - pierwszym planie też nie robi opowiadaniom dobrze. I też, gdybym nie wiedziała, spodziewałabym się, że w dalszych odsłonach powiesz mi, co właściwie się za tym kryło.

I jeszcze takie małe czepki na koniec językowe, bo błędów językowych jest sporo. Głównie interpunkcja, a ja jestem wybitnie odporna na twierdzenie, że nie da się jej nauczyć. Otóż da się. Jak wszystkiego. Może nie na poziomie mistrzowskim, bo tu trzeba faktycznie chcieć, szperać i nauczyć się interpretować pewne składniowe fakty, ale na takim poziomie, żeby nie ciepało w oczy - jak najbardziej. Miałam też wrażenie, że w tym początkowym fragmencie było też zatrzęsienie imiesłowów. One są fajne, ale jednak dość charakterystyczne i w brzmieniu, i w wyglądzie (także interpunkcyjnym), więc przy pewnym nagromadzeniu zaczynają męczyć.

I jeszcze taka kwestia merytoryczna, bo nie jestem pewna, czy Twój Swarożyc to na pewno Swarożyc, a nie Swaróg. Nie wiem, z czego korzystałaś, ale niektóre popularne kompendia błędnie ich ze sobą utożsamiają, więc nabrałam wątpliwości.

Ale, jak wspomniałam, poza tymi zarzutami skierowanymi nie tyle do tekstu, co do tekstu jako osobnej całosci, podkreślam, że bawiłam się znakomicie i nie wiem, czy to moja ulubiona, czy druga w kolejności wstawka, a Perperuna wydaje się zarąbistą postacią :D No i motyw odradzającego się Skwarka, wynikających z tego problemów uczuciowych oraz jego dziecinne zachowanie - to wszystko mi się szalenie podobało. I jestem ogromnie ciekawa, jak motyw pociągniesz, no bo jednak co racja to racja - bóg a superbohater to nie to samo i Thor z Lokim o tym wiedzą ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ