Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Takk, men nei...

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 06 marca 2017, 16:02

I'm gonna regret it...

So, tak, tu może brakować ostatecznego szlifu. Ba! Tu na pewno brakuje ostatecznego szlifu, bo nie umiem szlifować w sposób ostateczny tekstu, który nie jest skończony. Ale nie jestem w stanie skończyć tego tekstu, bez dokładania do ognia jarania się nim, czyli bez jakiegoś czytelnika. Co oznacza, że mamy tu impas xD Zatem poniższe jest najlepsze, jakie była w stanie zrobić sprawdzając in progress. Wszystkie zamordowane tam przecinki... dobra, z nich się nie wyłgam brakiem ostatecznej redakcji i korekty. Ja ich po prostu nadal nie ogarniam. To już może być kliniczne ^^"

Odwlekając nieuniknione, to to jest moje zeszłoroczne NaNo i pewnie śmierdzi nanizmami... albo to po prostu mój rozwlekły styl (ekhu, ekhu, ekhu... wymówko stulecia).
Tu kiedyś znajdzie się pełnoprawny tytuł

tymczasem

Thanks, but no...

I
230V wiosny nie czyni
(v.2)
Powiedziałby, że pada, ale po pierwsze byłoby to czymś tak boleśnie oczywistym, że strzępienie na to języka zakrawałoby o desperację. Po drugie akurat przestało. Po całej nocy ulewy, po dniach, gdy jak nie mżyło, to lało, a jak nie lało to siąpiło, a jak nie siąpiło to lało, gdzieś nad ranem pogoda odpuściła. Nie podejrzewał, aby ten stan miał się utrzymać dłużej niż godzinę czy dwie, ale fakt pozostawał faktem.
– Hej  –  mruknął zamiast tego i niepewnym krokiem doczłapał do krzesła.  –  Zrobisz mi też?
– Nie.
– Elokwencjo!  –  jęknął, ale spróbował pozostać przy temacie.  –  Już stoisz przy ekspresie, którego nie wyłączyłeś, bo co to dla ciebie taki jeden marny kubeczek, więc co ci szkodzi zrobić jeszcze jedną kawę? Mocną, gorącą i z mlekiem, jeśli można. Mleko jest ważne dla kości i ma kalorie. Kalorie są potrzebne, wiesz? W skrajnych przypadkach można je dostarczać na przykład przez rurkę, ale nie chcesz wiedzieć jakie to uczucie.
Eilífur nie odpowiedział i wszystko powoli wpadało na swoje miejsce. Tylko ten deszcz, a raczej jego brak, psuły rutynę ostatnich dni. Friður spojrzał za okno i skrzywił się. Było za małe, żeby oddać rozmiar krajobrazu za nim i ten nędzny wycinek wyglądał w lepsze dni najwyżej przeciętnie. W szare, jesienne islandzkie poranki nie wyglądał w ogóle.
– Jakieś ciekawe plany na dziś?
– Możesz się zamknąć?
– Ej! Ja tu z sercem z rana i rozmową, a ty tak… No dobrze. Jesteś aspołeczny. Tak, nie powiedziałem nic nowego, ale czasami musimy usłyszeć nawet rzeczy oczywiste. To pomaga nam pamiętać o tym, że świat, jakkolwiek by się nie zmieniał i pędził przed siebie, to jednak jest w jakimś stopniu komfortowo stały. No dobrze, może tu akurat on nigdy przesadnie nie pędzi. Poza wiatrem. I tak, już się zamykam, ale dostanę tę kawę? Proszę?
Wcale nie miał ochoty być cicho. Chicho był, gdy się obudził i toczył bitwę z własnymi myślami. Przegrywał, dlatego wstał. Dlatego tu przyszedł i mówił. Wyrzucał z siebie słowa, aby zagłuszyć te, które siedziały w jego głowie, a Eilí niestety nie chciał mu pomóc.
Nie chodziło o nic konkretnego. To były tylko ciche głosy na dnie głowy, powtarzające, że powinien być gdzie indziej, a nie siedzieć w domu pośrodku niczego. Ale tak naprawdę niczego, bo poza szutrową drogą trzydzieści metrów w dół dość stromo opadającej łąki, to w promieniu kilkunastu kilometrów nie było śladu cywilizacji. I dobrze.
– Będę dziś jechał do Akureyri. Przyłączysz się?
Wymyślił to na poczekaniu, ale jakie to miało znaczenie? Wyciągnął się na krześle i zaczął szukać odpowiedzi na ewentualne po co?  –  zupełnie niepotrzebnie. Eilífur spojrzał na niego ponad książką i cóż to było za spojrzenie.
Po cholerę ci człowieku kawa o poranku, kiedy ktoś może na ciebie tak spojrzeć i twoja dusza obudzi się do życia, aby zacząć spieprzać w popłochu gdzie pieprz rośnie  –  jak to już nie raz mu wypomniał, bo naprawdę takich rzeczy nie robi się zaspanym ludziom. Po prostu nie.
– Więc?
– Nie.
– Ruszyłbyś się, wiesz? Człowiek to stworzenie stadne i powinno czasami nawiązywać ze stadem kontakt. To zdrowe. Może nie jestem psychologiem, ale to i owo wiem.
Eilí wzruszył ramionami, zdjął kubek z podstawki ekspresu, dolał zimnego mleka i postawił przed Friðurem bez słowa. Jednym łykiem dopił swoja kawę i nastawił kolejną, przewrócił stronę w książce, i jeszcze jedną, zdjął kawę i bez słowa wyszedł.
– Jesteś aspołeczny – mruknął  Friður bardziej dla własnego komfortu niż licząc na jakąkolwiek reakcję.
Aspołeczność domowa jako żywo. Przykład numer jeden, dwa, piętnaście, milion  –  Friður stracił rachubę już jakiś czas temu i myśl o tym nagle dopadła go, przysiadła mu na karku, otworzyła oczy i sprawiła, że zakrztusił się.
Cholera jak długo?  –  zamarło mu niemo na ustach, bo nie zastanawiał się nad tym w ostatnich tygodniach. Nie żeby stracił poczucie czasu i żył z dnia na dzień. Nie, proszę państwa, takich rzeczy on nie robił, takie cuda to Eilí.. A jednak nie potrafił z miejsca powiedzieć ile już siedzi na tym zadupiu, dzieląc czas między objeżdżanie sąsiednich gospodarstw w sezonie wybitnie chorobowym, składanie nóg i rąk jak rok długi i wykonywanie wszelkich fuch dorywczych, jakie udało się złapać. Rok, a może dwa?
Zaklął w kubek i odetchnął głęboko. Z poczuciem niechęci do świata wypił kawę za szybko, zakrztusił się ponownie, rozkaszlał i odzyskał oddech wciąż sam jak palec w małej kuchni.
Gdy pół godziny później wyszedł spod prysznica, czekała na niego długa lista zakupów. Z każdą kolejną pozycją dochodził do wniosku, że OK., nie powinien Eilíemu wypominać aspołeczności, bo skoro kończyły się już nie tylko kawa i herbata, ale także makaron, ketchup i mrożone warzywa, to oznaczało, że minęło naprawdę wiele dni od jego ostatniej wycieczki do Bonusa.
– Wychodzę!
Odpowiedziało mu niewiele mówiące mruknięcie przefiltrowane przez kolejne ściany i może, nie na pewno, ale może, ten dzień miał jeszcze prawo stać się całkiem przyzwoity.
Ze wschodu nadciągały niskie, postrzępione chmury i pożerały szczyty gór.
W Akureyri lało.
Wycieraczki nie nadążały, droga była rzeką, samochody bryzgały na boki fontannami wody, a ludzie na chodnikach stanowili gatunek niemal wymarły, poza kilkoma wyjątkami, które podejrzewał o bycie podgatunkiem o nazwie: turysta. Lubił myśleć o sobie jako o kimś innym niż o turyście, nawet jeśli tym w zasadzie był. Zasiedziałym turystą, ale po coś dał się namówić, na wymyślenie sobie jakiegoś lokalnego imienia – żeby pasować.
Zdesperowany okaz przebiegł przez drogę na światłach. Bogowie, Friður niemal zapomniał, że istnieje coś takiego jak światła i ktoś się nimi przejmuje. Uśmiechnął się na myśl o tym, jakby jego ojciec się zapowietrzył na wzmiankę o takim braku poważania dla przepisów ruchu drogowego i zatęsknił za domem.
Zaklął.
Najpierw brzydko i kwieciście po szwedzku, potem poprawił w łamanym islandzkim, ale nie przyniosło mu to ulgi ulgi. Coś było nie tak. Cholernie nie tak, a nie był wróżką, aby przewidywać katastrofy czy w ogóle przewidywać cokolwiek, chyba że życie właśnie zamierzało mu udowodnić, że skoro już przyzwyczaił się do jednego, to może przyzwyczaić się do drugiego, i właśnie miała rozpocząć się kolejna paskudna dekada jego…
Pukanie w szybę wyrwało go z optymistycznego zerkania w swoją przyszłość.
– Spieszysz się?  –  Gunnar nie dał mu szansy odpowiedzieć, bo już mówił dalej.  –  Jónsi wyleciał z drogi kawałek za miastem i trzeba go wyciągnąć, a wszyscy jacyś tacy zajęci. Pojedziesz ze mną? Masz linkę? Kurde, co za dzień.
– Cały jest?
– Zderzak pewnie pogięty, ale był pogięty już dawno temu, więc to nie problem.
Friður jęknął.
– O Jónsiego pytam!   Bo jak mam go składać, to–
– Nie no, przez telefon brzmiał dobrze i na nic nie narzekał. On ma łeb z granitu. To u nich rodzinne. Nie poznałeś nigdy jego dziadka, co nie? Na pewno nie, bo on zmarł przed pięcioma laty, a ciebie tu wtedy jeszcze nie było. Co to był za człowiek. Ile on razy z dachu zleciał, jak go łatał. Dach to swoją drogą osobna historia. Już go nie ma. Jak dziadek Jónsiego zmarł w końcu, to wzięli i wymienili cały, bo to była łata na łacie, ale przecież po co inwestować, jak można załatać. To było istne dzieło sztuki. Gdzieś może są zdjęcia, to jak będę jechał do kuzyna, to wpadnę do was i wam pokażę. Normalnie jak patchwork. Eilíemu na pewno się spodoba.
– To może mu nie pokazuj, bo zechce mieć taki sam.
– Dach wam cieknie? W tę pogodę…
Friður przestał słuchać. Rejestrował co któreś słowo i nawet coś z ogólnego sensu, ale niewiele więcej. Zapatrzony na zalewaną deszczem drogę jechał wzdłuż fiordu i pozwalał opowieści spływać po sobie, czynić go częścią lokalnego krajobrazu, a przed wszystkim przepędzać złe przeczucie i czarne myśli.
Wysłużona ravka wystawał kuprem nad asfalt, dziobem siedziała w trawie. Jónsi miał w cholerę szczęścia, że wyleciał z drogi tu, a nie na jakimś bardziej ciekawym i dramatycznym kawałku, bo wtedy rzecz mogłaby się skończyć o wiele mniej zabawnie. Wyciągnięcie auta trwało krócej niż dojazd   i szybko przekształciło się w namawianie go na wizytę i podziękowalny kieliszek domowej wódki. Zaparł się, odmówił, zaparł się bardziej i powołał na Eilíego. Kazali mu go przywieźć. Powiedział jutro, więc wyszło że za trzy dni.
Za trzy dni było daleko. Za trzy dni gdzieś na Islandii mógł wybuchnąć wulkan, pogoda mogła się zupełnie odmienić i w ogóle mogło wydarzyć się wiele rzeczy.
– Nie, naprawdę, dzięki  –  zapewnił po raz piętnasty, nie liczył, szacował, ale to bez znaczenia  –  ale nie dziś. Mamy w lodówce światło  –  przesadzał oczywiście.  –  więc jak nie wrócę z zakupami, to będę miał zwłoki Eilíego na sumieniu, a moje sumienie może nie być z tego powodu szczęśliwe. Zwłoki na sumieniu, to bardzo niefajna okoliczność  –  i nie dodał, że mówi z doświadczenia i że to nie jest śmieszne.
Jednak nienawidził tego dnia. Nie wiedział już dlaczego, ale uczucia miał sprecyzowane i błądzenie między regałami nie pomogło mu ich ukierunkować. Eilí czekający na ławce przed domem również.
– Spotkałem Jónsiego - 
– Wiem – Eilí wszedł mu w słowo i to samo w sobie nie było dziwne. To że mówił dalej już trochę owszem i Friðurowi zrobiło się dziwnie w żołądku. – Dzwonił powiedzieć, że zapomniał ci przekazać, że ktoś pytał o ciebie wczoraj w mieście.
– A powiedział, że uczył ravkę latać i nie wyrobił na zakręcie. To się nazywa sztuka, co nie?
– Powiedział ten, który nie ma prawa jazdy.
Akcent na „nie ma” zabolał. Nie był to wyrzut per se, bo gdyby Eilífur nie chciał, aby Friður prowadził samochód, to jakoś by temu zapobiegł i nie chodziło tylko o dzisiejszy poranek.
– Umiem prowadzić. Nie patrz na mnie tym spojrzeniem. Nie działa  –  trochę skłamał. Działało, ale nie do końca. Nie czuł się pod nim jak totalny dzieciak, który zrobił coś głupiego, ale jak ktoś, kto generalnie ma rację, ale trochę się tej racji powinien wstydzić.  –  Mówił kto mnie szukał? Bo żadnych gości się nie spodziewam. W ogóle niewielu znajomych wie, że siedzę na tym zadupiu świata, a także niczego złego nie zmajstrowałem ostatnio i wiesz o tym, bo kwitłem na farmie jak… jak nie wiem co.
– Nie, ktoś nie z Islandii.
– Cholera.
Nogi się pod nim ugięły i oparł się o ubłocony bok terenówki, co na pewno nie było rozsądne, ale cholera jasna, kto spoza Islandii by go tu szukał? Raz jeszcze zrobił rachunek sumienia. Tym razem taki bardzo, bardzo dokładny, ale nadal nie doszedł do żadnych konkretnych wniosków. Po pierwsze żyli w cudownej epoce telefonów, nawet jeśli jemu czasami zdarzało się swojego nie słyszeć, to jednak go miał i można było zadzwonić. Można było wysłać e–maila. Jeśli znało się adres. Do tego pierwszego potrzebny był numer ale ciągle  –  kilka osób w Szwecji go znało. To nie tak, że zupełnie zniknął z powierzchni ziemi. Nawet podatki rozliczał jak przystało na porządnego obywatela, choć były to raczej marne kwoty. Ale jeśli tak, to kto i po jaką cholerę go tu szukał? Osobiście. Istniało jeszcze coś takiego jak tradycyjna poczta. Zaraz przy drodze w dole stała ładna skrzynka pocztowa i czasami znajdowali w niej coś innego niż rachunki i tak, zwykle były adresowane do niego, bo Eilí nie przesadzał, gdy mówił, że w kwestii podtrzymywania znajomości jest dupą wołową.
– A coś więcej o nich mówił? To Jónsi, on i Gunnar zagadaliby śmierć… na śmierć. Nie wierzę, że tylko tyle powiedzieli.
– Że za trzy dni pijemy u niego?
– Shit. Nie patrz tak na mnie.
– Zaraz nie będę mógł w ogóle patrzeć.
– Tak, to super opcja. Muszę zapalić. I przejść się, czasami cholernie brakuje mi tu lasów, wiesz? Takich lasów pisanych wielkimi literami, a nie takich, że jak się zgubisz, to żeby się wydostać musisz po prostu wstać.
Zaśmiali się z żartu, który słyszeli już setki razy od okolicznych mieszkańców, dalszych znajomych i siebie nawzajem.
– Wiesz o jakie mi chodzi...
– Wiem co to gęsty las. W Norwegii są lasy.
– No właśnie. Cholera jasna. Znaczy nie, to może być nic wielkiego, może ktoś chciał mi zrobić bardzo nieodpowiednią niespodziankę. Surprise party, a ja robię z igły widły, ale nie podoba mi się to. I to jeszcze dzisiaj. Dziś jest dzień złych przeczuć  –  dopowiedział szybko.  –  Miałem jakieś chore sny, potem rano pogoda zrobiła mnie w ciula  –  czuł, że powinien wyjaśnić swój punkt widzenia, ale nim w pełni to sobie uświadomił, to już był trzy zdania dalej.  –  I wszystko mi dziś nie gra i tak, to może być piwo i nie, nie mam kaca, aż tak mnie nie powaliło, aby bez prawa jazdy jechać do Akureyri na ciężkim kacu. Nie jestem wariatem i nie jestem masochistą i powinieneś o tym wiedzieć, bo nie znamy się od wczoraj i –  
– Możesz przestać bełkotać. Straciłem wątek już chwilę temu, gdy zacząłeś mówić z jakimś lokalnym akcentem, który nie przypomina niczego, czego się kiedykolwiek uczyłem.
– Cholera. Nieważne. Szukają, to pewnikiem znajdą, wystarczy, że poczekam.
Ugryzł się w język, zanim wygłosił kolejny komentarz o patrzeniu, bo to faktycznie zaczynało się robić nieco na wyrost i może mówiło o nim rzeczy, których sam przed sobą nie przyznawał. Zmarszczył brwi i oparł się mocniej o auto, ubranie i tak nadawało się już tylko do prania, a nawet gdyby było inaczej, to w tej chwili nie przejąłby się tym.
Larsie Thorvaldsenie, czy chowasz się na Islandii?  –  zachował to pytanie tylko dla własnych myśli.  –  Tak. Ale czy się ukrywasz?
Odpowiedź brzmiała tak samo i ją również pozostawił dla siebie. Skrzywił się i potarł twarz. Igiełki zarostu zakuły go w śmierdzące papierosami dłonie i sprawiły, że pomyślał o zapuszczeniu brody. Wyglądałby prawdopodobnie dość głupio – jak koza, bo miał za wąską twarz na próby udawania wielkiego wikinga, ale pasowałoby to do całego ukrywania się.
Eilí westchnął ciężko. Zupełnie tak, jakby usłyszał tę myśl i Friðurowi dreszcz przeszedł po plecach, bo co jeśli naprawdę słyszał? Podejrzliwość obudziła się w nim, splotła mu ramiona na piersi, bo oczywiście, że nie zrobił tego sam z siebie. Lars “Friður” Thorvaldsen nie przyjmuje pozycji obronnej wobec byle kogo, a już na pewno nie wobec kogoś z kim wypił rzekę piwa i kilku innych, niegodnych wymieniania, trunków.
– Widać na twojej twarzy jak obracają ci się zębatki w głowie. Wręcz wydaje mi się, że je słyszę i obawiam się, że zaraz nie wytrzymają obciążenia.
– Nie mam w głowie zębatek.
– Co się stało w Sztokholmie przed dwoma laty?
– Ej, no! Tak się nie robi! Takie pytania zadaje się w domowym zaciszu, na spokojnie, przygotowawszy wcześniej grunt!
Eilí rozejrzał się powoli, demonstracyjnie i Friður zrobił dokładnie to samo, a czas płynął sobie spokojnie, szumiał wiatrem gnającym po niebie nisko wiszące chmury i wodospadem, który malowniczo spadał za domem. A przynajmniej robił to o tej porze roku, bo na wiosnę jego malowniczość stawała się nieco dramatyczna i niebezpieczna, ale teraz trwała jesień. Paskudna, wilgotna islandzka jesień, a jego właśnie zapytano o to co zaszło w Sztokholmie pewnego całkiem ładnego lata, które wydawało się odległe o całe cholerne eony.
– Ktoś miał umrzeć na ulicy, a jednak przeżył, tak na początek. Wiesz, arytmia i takie klimaty, oszczędzę ci naukowego słownictwa, bo zaczniesz przewracać oczami i narzekać, że mówię po chińsku. Potrzeba defibrylatora, karetka gdzieś w diabły daleko, nigdzie w okolicy żadnego hotelu, firmy czegokolwiek z jednostką AED i ja na popołudniowym spacerze. I tak, trochę chyba się gościu przysmażył, ale przeżył i z punktu widzenia lekarza to się dla mnie liczyło. Tylko że…
Pamiętał tamto popołudnie aż za dobrze. Nie było w żaden sposób wyjątkowe i to co zaszło też nie stanowiło jakiejś nowości. Czasami próbował sobie wyobrażać to jako moment swoistego katharsis, narodzenia się na nowo i spojrzenia na świat oczami odmienionego człowieka, ale potem schodził na ziemię, zapalał papierosa i śmiał się z samego siebie. Nie dziś.
Odetchnął głęboko i sięgnął myślami do ekspresu do kawy. Kiedyś miał zabezpieczenie, które uniemożliwiało mu włączenie go siłą, ale już się przepaliło i Friður nie miał zamiaru go naprawiać. Prąd cicho popłynął przez grzałkę, maszyna mruknęła, ale tego na dworze nie było słychać. Po prostu zawsze to robiła i sam sobie to mruknięcie dopowiedział.
– To działo się szybko. Zawsze się tak dzieje, bo organizm ludzki to maszyna, która gdy naprawdę zaczyna umierać, to się nie patyczkuje. Oglądanie swojego życia na przyspieszeniu, patrzenie w długi ciemny tunel… Nie kłócę się, może faktycznie ma to miejsce, ale wrażenie, że trwa to tyle czasu jest wrażeniem i niczym więcej. Spędziłem jakieś pół życia próbując zrozumieć jak działa ludzki mózg i nie powiem żebym czuł się przesadnie mądry. Wiem, co się gdzie dzieje, mam jakieś zrozumienie procesów i wiem jak bardzo muszę kopnąć, aby go nie usmażyć, ale na chwilę wyłączyć wszystkie wyższe funkcje. Wiem gdzie ciąć i ciąłem nie raz, w mocy prawa oczywiście, ale jak mózg odbiera czas i czy jest to dla niego arbitralne…  –  Wzruszył ramionami.  –  Więc ktoś upadł, ktoś zaczął krzyczeć, a odruchy zadziałały szybciej niż wszystko inne. Impulsy elektryczne w organizmie są słabe, ale jak się ma trochę praktyki, to można wiele z nich zrozumieć, a ja mam ręce które leczą.  –  Zaśmiał się, ale wyszło to bardzo przygnębiająco.  –  Zrobiłem co trzeba i rzecz powinna utonąć w morzu codziennych tragedii i doniesień prasowych, ale niedoszły denat okazał się jakąś ważniejszą personą, która chciała dziękować, zrozumieć i… Spieprzyłem.
Drogą przejechał samochód równie ubrudzony co ich, ale nie zwolnił nawet mijając znak z nazwą farmy i skrzynkę na listy. Może turyści  –  przeszło przez myśl obojgu, ale żaden się nie odezwał i tylko patrzyli jak terenówka znika za zakrętem.
– To nie jest powód, żeby panikować i uciekać.
Friður zadrżał, ale pewien był, że to z zimna. Polar na t–shirt to niekoniecznie strój na wilgotną jesień. Spróbował się nim lepiej otulić, ale bardziej wyglądało to jakby uspokajająco obejmował sam siebie. Jak na złość Eilí siedział dalej na ławce, nogi wyciągał przed siebie, spod rozpiętej flanelowej koszuli prześwitywała mu nadrukowana na koszulkę okładka płyty zespołu, którego Friður nie znał, w dłoni trzymał kubek z herbatą, która na pewno już wystygła, a on pił ją i nic a nic sobie z ogólnego chłodu nie robił.
– Może nie, ale nastroje były różne i różnie mówiono, a ja nie miałem ochoty na ścieranie się z tym. Kto jak kto, ale ty powinieneś coś wiedzieć o prioretyzowaniu własnego świętego spokoju.
Szpila weszła głęboko, nie napotkawszy przy tym żadnego oporu. Eilí odwrócił wzrok ku końcowi doliny i milczał. Nawet nie robił tego w jakiś przesadnie demonstracyjny sposób, żaden tam przedsmak cichych dni, a raczej po prostu się zamyślił, ale Friður nie lubił być świnią. Lubił uważać, że wychodzi do ludzi z sercem i miłością.
– Istnieją jakieś dowody?
– Słucham?
– Dowody na to co dokładnie zrobiłeś.
– Facet żyje. Znaczy wiesz, zdarzają się cuda. Lekarze generalnie wierzą i nie wierzą w cuda. Wierzymy w to, że organizm ludzki zdolny jest do rzeczy o jakich jeszcze nie mamy pojęcia, więc de facto do cudów, tylko że nie używamy tego słowa, bo jest nienaukowe. Nienaukowe słownictwo u lekarza zaczyna robić z niego szarlatana czy innego takiego, który każe ci przykładać dłonie do ekranu telewizora i wmawia ci, że w ten sposób przekaże ci uzdrawiającą energię. Gówno prawda, swoją drogą, i mówię to nie jako urażony lekarz, ale jako ktoś, kto może i nie skończył z doktoratem z elektrotechniki, ale wie bardzo, bardzo empirycznie jak prąd działa. I nagrzał się ekspres, więc może kawę? Cokolwiek, byle w środku. Robi mi się zimno od samego patrzenia na ciebie.
Nie czekał na odpowiedź. Rozbryzgując błoto wokoło zniknął za drzwiami, a gdy wychynął ze swojej sypialni, już przebrany w czysty i suchy dres, w przedpokoju czuć było kawę. W kuchni Eilí stał oparty o szafki i czytał książkę i Friður miał uczucie deja vu tak silne, że aż spojrzał na zegarek, bo może wszystko mu się przyśniło, ale nie. Dochodziła trzecia, za oknem nadal trwała szarówka, kawa pachniała jak zawsze, Eilí spoglądał na niego ponad stronami, ekspres mruczał i może powinien się zainteresować dlaczego, bo kiedyś, dawno temu, chyba jednak tego nie robił tego aż tak głośno, ale nie dziś. Jutro. Pojutrze może. Zwalił się na krzesło z gracją kogoś, kto patrzy na świat z wysokości stu siedemdziesięciu jeden centymetrów i sięgnął po kubek kofeinowego dobra. Wdzięczność rozpłynęła się po nim wraz z pierwszym słodkim, smakującym syropem czekoladowym, łykiem i poczuł się błogo, nawet jeśli dzień jako taki nadal uważał za paskudny.
– Nikogo nie zabiłeś, nikogo nie skrzywdziłeś, więc nawet jeśli szukają cię w związku z tamtymi wydarzeniami, to nie powinieneś się obawiać. Takich rzeczy nigdy nie drążą zbyt głęboko.
Nie zorientował się, że słowa skierowane są do niego. W ogóle nie zarejestrował początku wypowiedzi. Usłyszał, owszem, ale mózg mu nie nadążył. Tkwił gdzieś w kisielu wspomnień i wyrzutów sumienia, bo wypadałoby zadzwonić do ojca. Może nie dziś. W weekend i o jakiejś ludzkiej porze, bo różnica czasu i zwyczajów, ale wtedy na pewno.
– Słucham?  –  Mało wyraźnie mu to wyszło, więc powtórzył bardziej przytomnie.
– Nic.
Nie uwierzył, ale Eilí wyszedł i zamknął się u siebie.
Na zasuwkę, cholera by go wzięła.
Friður wolał zamki elektroniczne.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1804
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 08 marca 2017, 11:16

Po pierwsze - mało. I to mało nie tylko ze względu na moje preferencje, ale też Twój sposób pisania. Po prostu widać, że to będzie tekst z rozmachem i w tej skali 4k to jak 40 słów. Czyli nic, czyli co ja mogę powiedzieć. Nie, żebym się usprawiedliwiała (chociaż trochę się usprawiedliwiam), po prostu naprawdę trudno jeszcze cokolwiek wyczuć, zwłaszcza zważywszy punkt wyjścia dla opowieści, gdzie napięcie serwujesz między wersami i w pojedynczych zdaniach, a obiektywnie, no, nic się nie dzieje ^^ Ale klimat jest, jest bardzo Marszowy, podejrzewam, że to napięcie będzie narastało stopniowo, długo takie nieoczywiste i niewyrażone wprost.

No i owszem, nanizmy widać, czasem zdania są o jakąś 1/3 za długie, czasem powtarzają swoją treść albo kipią od epitetów, ale z drugiej strony, nie zawsze byłam pewna, czy to nanizmy właśnie, czy sposób funkcjonowania Larsa wyraźnie wpadającego w nerwowe, niekontrolowane słowotoki (to się jakoś fachowo nazywa, pamiętam, wspominałaś przy okazji Jewii, ale słowo wypadło z głowy) i zakładam, że to ma odzwierciedlenie w narracji z jego perspektywy. Z trzeciej strony, trochę Cię już czytałam i wiem, że masz tendencję do takich słowotoków ;) Zatem owszem - niezależnie od wszystkiego to czy tamto dałoby się jeszcze usunąć, żeby skondensować napicie, ale we wstępie piuszesz, że masz tego świadomość i ufam, że po uporaniu się ze szkieletem i dopisaniu do końca, sama sobie z tym doskonale poradzisz. Owszem mogłabym wskazać, co mi wydaje się przesadą, ale - jak wspomniałam - to kropla w morzu teksu i wiem, że nic nie wiem, zatem się nie odważę.

Nie wiem, może wpadniesz na lepszy tytuł, ale ten jest świetny XD Szalenie też podoba mi się tytuł pierwszego rodziału. Jakoś zaskakująco rzadko o tym aspekcie wspominam. Podoba mi się sam punkt wyjścia - zaskakująco spokojny, jak na opowieść o supermocarnych, ale tego się spodziewałam po Twoich zapowiedziach i też na podstawie doświadczenia. Jestem ogromnie ciekawa, co z tematem zrobisz.

Lars (cały czas nie mam pewności, czy nie przekręcam imienia, bo padło raz i teraz nie widzę) bardzo fajnie nakreślony, też bardzo mMarszowy, jak mi się na pierwszy rzut oka zdaje, to znaczy, wybitnie niechętny działaniu, taki,coby chciał znaleźć swoją norkę i się w niej zaszyć, ale sumenie w tyłek gryzie, gryzie jakaś wiedza (to też charakterystyczne), którą on ma, a inni nie. Bliżej mi do Eiliego i pewnie dlatego z nim bardziej sympatyzuję, aż czuję, jak mu ciśnienie skacze w kontaktach z Larsem, ale to może być chwilowe, jeszcze nie wiem.

Plus ładne islandzkie obrazki. Plus taka fajna Marszowa ironia. Plus wybitne ostatnie zdanie :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 13 marca 2017, 12:11

Słowotok chyba wynika z połączonych sił Larsa, mojego lania wody i nanowatości xD Zobaczymy, co się uda z nim zrobić, acz to na tym etapie ciągle może być nieco przegrana walka.

9.81 m/s2 jest przereklamowane Mężczyźni wyglądali jak wyciągnięci z jakiegoś filmu. Ubrani byli bardzo, bardzo porządnie. Tak porządnie jak chodzi się w dużych europejskich stolicach i strasznie kuło to w oczy, bo nie byli w żadnej z wielomilionowych metropolii, na myśl o których Eilíemu i Friðurowi jednak nieco kręciło się w głowach. Znajdowali się farmie pośrodku niczego, znanego też pod nazwą Islandia północna i podczas gdy sami wyglądali och i ach, to ich samochód pokrywała tak gruba warstwa błota, że Friður szczerze martwił się o to, czy widać było tylne światła. Wiedział jak to jest, bo zdarzało się to tu częściej niż często i dobrze było mieć jedno światło stopu gdzieś wysoko. Tak na dachu i ani centymetra niżej, bo wtedy istniał cień szansy, że Gunnar czy inny nie wgryzą ci się w zderzak, bo nie zauważą, że się zatrzymujesz. No ale on o tym wiedział, bo go Eilí uprzedził. Eilí wiedział, bo może ktoś go uprzedził, a może jakiś Gunnar już mu jeden zderzak skasował  –  tajemnica. Ci tam, na dole błotnistej drogi prowadzącej do zabudowań nie wyglądali na obytych ani z islandzkimi szutrówkami, ani z islandzką kreatywnością za kierownicą.
– Myślisz, że powinniśmy zejść na dół?
– Czemu?
– Bo droga pod górę jest do dupy i można się na niej zakopać, zwłaszcza takim miejskim autem, a wcześniej jeszcze można oderwać coś od podwozia. Na przykład miskę olejową, a kto jak kto ty wiesz jak się to kończy  –  wyjaśnił nie bez złośliwości.  –  Więc nie wjadą, a nie wydaje mi się żeby mieli szansę wejść tutaj i jednocześnie zachować choć cień godności. Zaliczenie szczupaka na błotnistej drodze jest zabawne tak długo, jak to nie ty leżysz na ziemi i żresz błoto, więc… Wiesz jak to jest?
Uśmiechnął się półgębkiem, bo próba zachowania powagi nie miała sensu, po czym szybko zmienił zdanie i przygotował się na uderzenie, bo Eilífur nie był jedynym, który łapał zające na tej drodze. Friður miał swoją kolekcję całkiem imponujących upadków, więc tak, przyganiał kocioł garnkowi, to teraz oberwie chochlą.
– Jakby mnie to obchodziło.
– Eilí…
Friðura w sumie obchodziło. Nawet nie dlatego, że żal mu było tych dwóch facetów na dole, bo w sumie nie. Bardziej przejmował się swoimi czterema literami, bo z daleka wyglądali za poważnie, żeby czuł się bezpiecznie. A może po prostu obejrzał ostatnio za dużo amerykańskich filmów akcji? Odsunął się o krok od okna, jeszcze bardziej pogrążając w półmroku salonu i spojrzał w ślad za Eilím, jakby liczył, że może ten jeden raz otrzyma życiową radę i wsparcie, ale nie. Nic tego nie wróżyło.
– Eilífur.
Odpowiedziało mu niewiele mówiące milczenie.
– Fuck, Eilí! To mamy tu tak siedzieć i czekać na koniec świata. Oni…
– Oni co?
Wiatr wiał na zewnątrz, bo tu niemal zawsze wiało, ale tego dnia nie na tyle silnie, aby trzeszczała konstrukcja budynku, skrzypiała stojąca obok stodoła, czy żeby gwizdało w kominie, dlatego gdy jeden i drugi milczał, to robiło się cicho. Nieprzyjemnie cicho, jeśli w danej chwili przebywali w jednym pomieszczeniu i mierzyli się wzrokiem. To nie wpisywało się w: posiedzimy sobie razem, ale osobno i będzie miło. Eilí w korytarzu przypominał ducha. Czarne skarpetki i ciemne dżinsy sprawiały, że od pasa w dół w zasadzie nie istniał. Szary t-shirt wynurzał się nieśmiało z ciemności, a ponad niego wystawał nieopalony łeb zakończony niemal białym mopem, który nieco dłużej nie widział nożyczek niż jego własny, dlatego nieco bardziej poddawał się grawitacji, ale nadal kojarzył się z szalonym naukowcem, który powrócił z zaświatów i tylko Friður nie wiedział po ką cholerę, bo akurat teraz nie było z niego pożytku.
– To pewnikiem oni o mnie pytali przedwczoraj w Akureyri.
– I?
– Więc pewnie nie będą tam tylko tak stali i czekali na Ragnarök, więc może lepiej wyjść im naprzeciw, niż ich wkurzać. To się nazywa planowanie mające na celu ograniczenie ewentualnych szkód i wydawało mi się, że coś mi o tym mówiłeś. Mogło nie chodzić o facetów w podejrzenie dobrych garniturach, choć tu to twoje słowa, ja z tej odległości kiepsko ich widzę, a o elektrownie czy coś równie wielkiego, ale idea jest ta sama, co nie?
– No to idź.
– Sam?!
Wyrwało mu się to zupełnie przypadkiem i z innej rozmowy, takiej w której się przekomarzał i prowokował, a nie próbował coś ugrać. Eilífur życzliwie milczał, ale było w tym tyle dezaprobaty, że Friður przestał mieć wątpliwości i wyszedł trzaskając drzwiami.
Szyby w oknach zadźwięczały ostrzegawczo i nie wydarzyło się nic więcej. Powróciła cisza i w zasadzie nic się nie zmieniło, co rozczarowywało, ale tylko wtedy, gdy ten kto zostawał w środku zastanawiał się nad perspektywą tego, który wyszedł. Zwykle się to nie zdarzało. Trzaśnięcia drzwiami należały w końcu do domeny wielkich kłótni i w takim wzburzeniu nikt nie rozmyśla o tym, co poczułby ten drugi, jakby dowiedział się, że jego demonstracja wściekłości w sumie nie wywarła żadnego, trwającego dłużej niż sekundę, wrażenia.
Eilífur nie był wściekły.
Skrzywił się i chwilę jeszcze stał w progu salonu nim znowu stanął przy oknie, żeby patrzeć jak Friður ostrożnie schodzi ku drodze. Wydawało mu się, że słyszy wykrzykiwane słowa, ale jakie, tego już zabij zamorduj nie wiedział. Szukał podobieństw zupełnie bezsensownie. Wyobraźnia rozpędzała się, tryby obracały się coraz szybciej, aż sarknął w końcu głośno i wszystko stanęło. Friður był już niemal na dole, na pewno coś mówił, a przy tym gestykulował i pierwszy raz od miesięcy przybrane ni to imię, ni przezwisko przestało Eilífurowi pasować. Friður należał do Islandii, ale ci tam na dole byli z zewnątrz i na pewno nie szukali Friðura, a Larsa Thorvaldsena, a to burzyło dotychczasowy spokój i rytm. Coś, czego Eilífur sobie nie życzył. Nie lubił zmian. Już pojawienie się Larsa, na wycieraczce niemal dwa lata temu i to z bardzo nieudaną imitacją spojrzenia skopanego kota przyklejoną do twarzy, było rewolucją, której sobie nie życzył, ale jakoś ją przełknął. To teraz…
Zebrał naczynia ze stołu i odniósł je do kuchni. Odkręcił wodę, poczekał aż spłynie najzimniejsza i bardzo powoli zaczął myć kubki, jakby osad z kawy miał czas wgryźć się w nie i stawiać opór. Oczywiście, że nie miał, ale zajęcie rąk pozwalało mu skupić myśli i zadecydować co dalej. Mowy nie było, żeby poszedł w ślad za Larsem. Na to czas minął jeszcze gdy stał w korytarzu. Zatem mógł patrzeć przez okno. Obserwować i rozważać za i przeciw do czegoś, czego nie dało już się zrobić. I mimo że zdawał sobie sprawę z bezsensowności tego, to i tak to robił. Mimowolnie i ku narastającej w nim frustracji rozbijał gówno młotkiem.
Sięgnął po ścierkę, spadła, schylił się po nią zupełnie bezsensownie, a gdy znów spojrzał ponad zazdroską na drogę, to samochodu już nie było. Odetchnął głęboko, co zupełnie nie pomogło, i rozważył dostępne opcje. Stąd można było pojechać tylko w dwie strony. Do Akureyri, albo na wschód i obie opcje miały jakąś rację bytu, bo nikt nie powiedział, że ta przejażdżka musiała mieć konkretny cel. Mógł rzucić monetą i nie trafić, mógł trafić i co by mu to dało?
Pochował naczynia do szafek, posprzątał porzucone na stole gazety, nastawił pranie.
Powinien się cieszyć, że pojawiła się szansa na odzyskanie domu dla siebie i pogrążenie się w samotnym kontemplowaniu przestrzeni  –  coś co planował robić tu całymi latami, gdy się przeprowadzał, a co zniweczone zostało pojawieniem się Larsa. To co zaszło w Sztokholmie nie miało znaczenia o ile Lars czegoś nie zatajał, a Eilífur łudził się, że tego nie robi. Bo dlaczego by miał? Lars nie należał do tych, co noszą maskę na masce, a już na pewno nie po kilku głębszych. A zatem, nic nie powinno mu grozić za to, że w jego obecności zdarzył się cud. Zresztą jeden szczegół w ogóle zdawał się Larsowi umykać, kiedy tak opowiadał i patrzył na wszystko w szerokiej perspektywie swoich wspomnień. Jak zły był stan delikwenta wiedział prawdopodobnie tylko on, bo, jak sam zauważył, bez sprzętu nikt inny by tego nie stwierdził. Proste to było i oczywiste, a zatem najtrudniejsze do zauważenia, gdy barwiły to emocje. Siedząc na krześle w kuchni i kartkując książkę Eilífur zaczynał dopuszczać możliwość, że może powinien to był jednak wytknąć w ostatniej rozmowie. Z drugiej strony wytykanie oczywistych oczywistości pozwoliło mu na zbudowanie całkiem pokaźnej kolekcji wrogów jeszcze zanim wyjechał z Norwegii.
Chciał wierzyć, że uczy się na błędach. Ba! Chciał się na nich uczyć i co mu, kurwa, z tego przyszło?
Potarł oczy i przez chwilę widział jeszcze mniej niż zanim to zrobił. Żadna niespodzianka, a jednak zirytowało go to. Myśl, żeby wyciągnąć z lodówki piwo pojawiła się nagle, jakby mózg chwilowo niezdolny przetwarzać pełnej gamy bodźców wzrokowych postanowił znaleźć sobie inne zajęcie i wygenerował ochotę na przetworzony chmiel. Nie żeby była dziesiąta rano, nie żeby nie żarły go nerwy, nie żeby nie miał w planie pojechać wieczorem do Jónsiego i nie żeby jego śniadanie tego dnia miało rozmiary czegoś raczej dla dziecka, a nie mężczyzny, ale to był wstępniak i miał sobie zrobić to śniadanie właściwe tylko wtedy pojawili się faceci w garniturach.
Otworzył piwo.
Ich brak subtelności uspokajał. Naprawdę nie pasowali do otoczenia tak bardzo, że patrzenie na nich fizycznie go bolało. Prawdopodobnie dlatego, że strasznie się przy tym krzywił, ale nieumiejętność zachowania pokerowej twarzy zdecydowanie była cechą wspólną jego i Larsa. Przy czym on był tym gorszym z dwóch straconych przypadków. Ale już pomijając bóle i wszystko inne nie pasowali aż tak, że ostatnie na co mogli liczyć, to na to, że pojawią się, znikną i nikt ich nie zapamięta, a cokolwiek zrobią ujdzie im na sucho. Skoro tak, to może nie było powodów do zmartwień?
Bo martwił się, co uświadomił sobie z pewną radością. Odzyskanie domu dla siebie było miłą perspektywą, ale w ogólnym rozrachunku Lars miał rację, śmiejąc się kilka dni temu, że byłoby mu tu smutno samemu.
Upił prosto z butelki i zrobił to zdecydowanie zbyt gwałtownym ruchem. Piana poszła w górę i polała mu się na ręce. Zaklął, patrząc na mokre plamy na stole i swoich spodniach. Cierpki zapach piwa uniósł się w powietrzu i zmieszał z pozostałością papierosów Larsa, tworząc coś, co można było śmiało nazwać naturalnym zapachem tego domu. Nie żeby byli z tego dumni. Samo wyszło, bo takie rzeczy zwykle same wychodzą. Tylko zachłyśnięte namiastką dorosłości szczyle świadomie próbują wykreować się na alkoholików i palaczy, a ten etap życia obaj mieli już za sobą i szczęśliwie, dla własnego wzajemnego zdrowia, nie znali się wtedy. O ile on o istnieniu Larsa nieco wiedział, o tyle w drugą stronę to nie działało. Teraz, w dodatku, nie miało to najmniejszego znaczenia, bo siedział sam w kuchni, na krześle, które było dla niego za niskie i pił piwo, które nieco za bardzo jak na jego gust trąciło wodą. Na jego miejscu Lars byłby kłębkiem nieszczęść, ale go tu nie było. Był gdzieś.
Pukanie do drzwi złapało go w dwóch trzecich butelki. Przez moment myślał, że zakluczył zamek i Lars nie ma jak wejść, bo jego kurtka i klucze wisiały na haczykach w przedsionku. Ale mylił się. Zamek był otwarty, a po drugiej stronie drzwi stała przeszłość. Całkiem dobrze trzymająca się przeszłość, musiał przyznać, ale jednak zdecydowanie coś, co powinno pozostać wśród wspomnień, a nie stać na wycieraczce.
– Witaj, Kathrine.
Uśmiechnęła się w sposób, który dawał do zrozumienia, że tylko z grzeczności nie parska mu śmiechem w twarz.
– Cześć, zapytałabym czy nie przeszkadzam, ale na pewno odpowiedziałbyś, że tak, więc może po prostu zaprosisz mnie do środka, poczęstujesz kawą i oboje oszczędzimy sobie tego wersalu, bo ja wiem, że ty go nie lubisz, a ty wiesz, że ja umiem się bez niego obejść.
Przepuścił ją do przedsionka. Zzuła buty tylko nieznacznie rozglądając się wokoło i nie zadając żadnych pytań. Weszła niezapraszana do kuchni i usiadła na krześle, na którym on sam siedział jeszcze chwilę temu. Zmierzyła wzrokiem butelkę piwa, ale dalej milczała. Nie odezwała się nawet gdy czyścił ekspres, uzupełniał wodę i szukał dla niej kubka, ale to było bardzo głośnie milczenie. Takie nacechowane komentarzami, których nie musiała wygłaszać, bo on wiedział, że gdyby tylko otworzyła usta, to padłyby z nich te konkretne słowa.
Boże, jesteś chyba jeszcze wyższy niż kiedy widzieliśmy się ostatni raz, ale to raczej niemożliwe. Ludzie tak długo nie rosną.
Wiesz, że nożyczki nie gryzą?
Zachowujesz się zupełnie jak wtedy, gdy zwaliłam ci się na głowę po zerwaniu z Bjoernem.
Twoje umiejętności bycia gospodarzem są jeszcze gorsze niż były, a myślałam, że to niemożliwe.
Znał Kathrine połowę swojego życia, a nawet dłużej. Poznali się w szkole, gdy on miał cel przetrwać, a ona wygrać. Potrafili sobie wzajemnie pomóc, choć po latach łatwo było odnieść wrażenie, że ona po prostu go wykorzystywała, a on się dawał. Ale nie było tak źle. To był dobry układ z akcentem na był, więc co robiła tutaj? Na Islandii?
– Możesz przestać? – Jej głos wybił się ponad warkot ekspresu. – Nie patrz tak na mnie. – Patrzył. Patrzył, choć wszyscy ciągle mówili mu żeby nie patrzył, ale on nie zamierzał wydłubywać sobie oczu. – Znam cię niemal dwadzieścia lat i nigdy nie byłeś fanem robienia czegokolwiek własnymi rękoma, chyba że było to pisanie na klawiaturze lub przewracanie stron w książkach, więc przestań udawać.
Mierzyli się wzrokiem. On w oblanych piwem spodniach i nieco tym wszystkim zaniepokojony. Ona ubrana na sportowo, ale z wyraźną elegancją, z dopracowanym makijażem, ułożonymi włosami i w pozie, która krzyczała biznes i profesjonalizm.
– Poza tym, mam dobrą pamięć i wiem kto używał strzelnicy mojego ojca niekoniecznie korzystając z broni, a po prostu celując samymi nabojami, po tym jak ja sama pokazałam mu gdzie stanąć, aby nikt tego nie widział. Co więcej nie raz i nie dwa stałam na czatach na wszelki wypadek.
Wzruszyła ramionami. On wzruszył bardziej, bo co u diabła miał zrobić innego. Oczywiście, że to robił, nie zamierzał się wypierać, ale miał wtedy szesnaście lat, siedemnaście, a na pewnym etapie nawet dwadzieścia sześć, ale zaczął jak był gotującą się, błotnistą kałużą hormonów opakowaną w ciało z pryszczatą mordą i wydawało mu się to zarąbistym pomysłem. W sumie nadal czasami to robił, aby nie wyjść z wprawy, ale tego Kathrine nie mogła wiedzieć.
– Naprawdę, Axel.
Od dawna nie słyszał swojego imienia i w pierwszej chwili nawet się z nim nie utożsamił. Axel przynależał do Norwegii, nie Islandii.
– Odpuść – dodała.
Usiadł na wprost niej, a za jego plecami ekspres skończył wypluwać z siebie kawę, cukier wskoczył do niej z samobójczym entuzjazmem, łyżeczka zamieszała go i pospiesznie spłukała się pod strumieniem zimnej wody. Gdy ona opadała na suszarkę, kubek dostojnie pokonywał odległość między blatem a stołem, aby opaść na korkową podkładkę tuż przed Kathrine.
– Dziękuję.
– Powiedziałbym, że nie ma za co, ale…
– Jak zawsze uroczy i do rany przyłóż, Axel… A może powinnam mówić Eilífur? Oba mi się podobają, więc sam wybierz.
– Axel.
– Axel, bo rozmawiasz ze mną, prawda? Gdyby tu siedział ktoś inny, ktoś stąd, to byłby Eilífur, mam rację? Nie odpowiadaj.
– Co u Johanesa?
– Dobrze. Dostał ostatnio awans i jest z niego bardzo dumny.
– Teraz przerzuca gówno złotymi grabiami?
– Axel… – Zaśmiała się. – Rozwiedliśmy się rok temu.
– Gratuluję.
– Zazdrosny?
Prychnął. Przewróciła oczami. Piła kawę ostrożnie, żeby się nie sparzyć, podczas gdy on w kilku łykach wyerował butelkę piwa. Poza kuchnią świat rozpływał się i przestawał istnieć. Nawet widok stracił na znaczeniu. On miał go za plecami, ona patrzyła na niego, a nie na to co za oknem. Wiatr nadal nie włączał się w dyskusję i wydawało się, że będą tak siedzieli w nieskończoność, bo on nie zamierzał zadawać pytania, które rwało się na wolność jeszcze gdy stali rozdzieleni progiem.
– Masz tu w ogóle telewizor?
Przytaknął.
– Oglądasz go? – Nie musiał się odzywać. – Czyli pewnikiem nie słyszałeś o ostatnich wydarzeniach. Powiedzmy, że wysadzono w powietrze część szpitala w Madrycie, to samo w Seulu. Poza tym kilka różnych zamachów na mniejszą skalę w kilku innych zakątkach świata.
Patrzył na nią podejrzliwie i powątpiewająco, bardziej to drugie, bo jakkolwiek te wieści były złe, to jednak bardziej martwiło go, że gdzieś tu czai się związek. Jest powód czemu ona mu o tym mówi, czemu tu jest, czemu... – to spadło na niego nagle i butelka wisząca w powietrzu, w połowie drogi pomiędzy lodówką a stołem, niemal roztrzaskała się o kafle – ktoś pytał o Larsa.
– Dużo małych wypadków, pozornie bez związku i im głębiej szukać tym ich więcej i tym trudniej rozstrzygnąć czy to był wypadek, czy coś więcej.
– Gdy ostatni raz sprawdzałem pracowałaś w ministerstwie bezpieczeństwa energetycznego, Kathrine.
– Gdy ostatni raz sprawdzałeś, czym się zajmuję, sam pracowałeś na uniwersytecie i pisałeś niezrozumiałe dla przeciętnego Olafa artykuły. Wiele się zmieniło przez te lata. Madryt i Seul to pierwsze duże wypadki. – Wahanie w jej głosie było trudne do przeoczenia. – Madryt miesiąc temu, Seul przed trzema dniami. Wszystkie inne jeszcze wcześniej i nikt nie zwracał na nie uwagi w globalnej perspektywie, bo nawet lokalnie wyglądały dokładnie tak jak je opisałam; jak wypadki. Madryt przeraził. Seul kazał się zastanawiać. Zastanawianie się ma dwa główne tory. Jak i dlaczego. Oba równie mętne, choć w obu przypadkach specjaliści przyglądali się ruinom i nie tylko lokalne służby próbowały dojść do tego, co się stało. Ponad nimi niezależni eksperci dochodzili swoich prawd i nie starczyło całej wiedzy o materiałach wybuchowych, aby dojść do tego co się naprawdę stało i czemu budynek zawalił się. Gaz, C3, sabotaż? Nic do siebie nie pasowało, chyba że wierzysz w mikro czarne dziury. Albo w to, że ktoś może skolapsować budynek. Może, Axel?
– Skąd mam wiedzieć? Nie wiem nawet czemu mi o tym mówisz.
Odetchnęła. Odchyliła się na krześle i spróbowała odprężyć, ale nie wyszło jej to Uciekała spojrzeniem, poprawiała spięte na karku włosy. Szukała zajęcia dla rąk, które pozwoliłoby jej zagrać na czas. Zgadywał i bardzo możliwe, że się mylił, ale miał wrażenie chciałaby móc zacząć tę rozmowę jeszcze raz. Nie wzgardziłby, bo może wtedy cały ten dzień miałby więcej sensu.
– To może oznaczać, że zamieszanie sa tacy jak ty.
Wstał. Krzesło szurnęło głośno i zachwiało się, ale nie pozwolił mu upaść. Zatrzymało się przekrzywione w sposób, który wyśmiewał grawitację.
– Nie mówię, że masz z tym jakikolwiek związek, choć nie ukrywam, byłam przez chwilę ciekawa czy byłbyś w stanie zawalić budynek tych rozmiarów. Nie oskarżam, a szukam pomocy, jeśli w ogóle. W zasadzie nie powinnam cię angażować i właśnie odstawiam pewną samowolkę, ale wolno mi.
– Jeśli ci wolno, to nie jest samowolka.
– Axel… Specjalnie dla ciebie, robię coś nieplanowanego, z czego będę musiała się tłumaczyć, ale jednocześnie nie jest to nic, co wykracza poza moje kompetencje. Po prostu wykorzystuję okazję, że twój współlokator jest jednym z tych, którzy na pewno mogą pomóc nam zrozumieć o co chodzi sprawcom. Przyjechałam tu z jego powodu, ale ze względu na stare czasy postanowiłam porozmawiać również z tobą i mógłbyś to docenić-
Krzesło huknęło o podłogę.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1804
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 16 marca 2017, 18:54

No to nadrobiłam :3 Krótko będzie, bo i wstawka krótka

Przyznaję, że przez pierwszą połowę rozdziału brnęło mi się nieco pod górę, bo tu Larsowe słowotoki, a zaraz okazało się, że Axel też cierpi na tę przypadłość, ino w środku (myślotoki?). I jakoś tak za dużo tego było. Za dużo słów względem przekazywanej treści drugą postać z rzędu, że tak to ujmę.

Potem jednak na scenę wjechała Kathrine i zrobiło się od razu bardziej treściwie i dynamicznie. Nie wiem, czy to przez wzgląd na nią i jej charakter, czy może jej relację z Axelem i fakt, że to otworzyło furtkę do bezbolesnej ekspozycji mimochodem. No i zarys intrygi jest i będzie grubo, tak czuję :3 Ciekawi mnie system supermocy szalenie - to, jak powstają, jak wygląda wiedza o nich, czy jest powszechna, czy dla wybranych, jak prezentują się relacje między nimi, relacje z rządem, organizacjami, legalność tego wszystkiego... Czekam na ciąg dalszy tak bardzo :3

Kilka zdań podbiło moje serduszko, ale nie wynotowałam sobie głupia ja - obiecuję pamiętać o tym następnym razem.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 21 marca 2017, 19:31

Słowotoki i myślotoki, powiedziałabym że zamierzone. Znaczy się chciałam mieć ten kontrast, choć może nie z takim nadmiarem słów po drodze xD

:tul:

Brennivín też kopie – Nie, nie, nie. Moment. Wielki moment i wróćmy do początku, bo chyba się zgubiłem. Cholera jasna, moment, kurwa, bo chyba śpię i śni mi się jakiś strasznie porąbany sen i może nie należało oglądać filmu przed pójściem do łóżka. W sumie obu filmów, nieważne! Jeszcze raz i nie od początku, bo tak pamiętam Carla. Nie powiem ile razy schlaliśmy się i ile razy ratowaliśmy sobie rzycie w sytuacjach nie do końca przystających szlachetnej profesji lekarskiej, ale…! Ale czy wy właśnie insynuujecie, że Carl jest pieprzonym terrorystą, który zaczął niedawno wysadzać w powietrze szpitale? Bo jeśli tak, to…
Larsowi zabrakło słów. Jemu, nie Friðurowi, chłopkowi roztropkowi i klaunowi spotkań i spotkanek w islandzkiej głuszy, ale facetowi, który wystudiował sobie dyplom, wypromował nazwisko i miał przed sobą świetlaną przyszłość, którą wyrzucił do rynsztoka, ale mniejsza o to. On przy Carlu, to był wypierdek mamuta, koprolit z zapomnianych ziem. Carl miał coś, czego jemu brakowało. Miał wizję i wiarę, tam gdzie Lars miał umiejętności i pamięć. A teraz tych dwóch ściśniętych krawatami typów mówiło mu, że być może to właśnie Carl Randstadt stoi za zamachami, o których jeszcze rano nie miał pojęcia. Bardzo nieśmieszne i prawdziwie nieprawdziwe zarazem, bo Lars zawsze twierdził, że ludzi z wizją należy się bać. Wizje są niebezpieczne, gdy wymykają się spod kontroli logiki i może zwykle kłócił się z Eilífurem o to, że trzeba mieć w życiu pasję i podążać za nią po trupach, przysłowiowych ja cię proszę!, to jednak robił to nieco dla show. Tak było ciekawiej w długie zimne islandzkie noce.
– Ale dobrze, nawet jeśli Carl jest temu winien, to co to ma do mnie? Nawet jeśli znaliśmy się kiedyś, to od co najmniej półtorej roku nie mamy kontaktu. Mogę to zeznać pod przysięgą, jeśli będzie taka potrzeba.
Gajerki spojrzały po sobie i w skrzywieniach ust, zmarszczeniach brwi oraz poprawieniach marynarek czaiła się cała niezrozumiała dla niego dyskusja. Siedzieli w kawiarni w Akureyri. Klientów było niewielu, muzyka zagłuszała przyciszone rozmowy, kawa w filiżankach już wystygła. Gajerki pozostawały sztywne i zwięzłe. Pytanie, odpowiedź, pytanie. Nie w taki sposób działał mózg Larsa i choć chciał, choć próbował, to gubił się i już ze trzy razy żałował, że jest tu sam. We dwójkę byłoby zdecydowanie łatwiej. Po pierwsze szanse byłyby wyrównane, a nie jakieś cholerne man in black i dwóch na jednego.
– Dlaczego w ogóle on? Mało to ludzi z wizją na świecie? Zajrzyjcie na facebooka i znajdziecie ich tam na pęczki, a jeśli mamy się ograniczać do lekarzy, to… Wiecie, tych cholernych studiów wielu nie wytrzymuje w zdrowiu psychicznym. A potem jest praca i serio, nie wiem co robicie, gdy nie przemierzacie błot Islandii, żeby znaleźć bezrobotnego neurochirurga, ale bycie lekarzem, to nie jest fajna praca. Jest zarąbista i satysfakcjonująca o ile po dwudziestogodzinnej operacji nie musisz powiedzieć, że generalnie wszystko super, ale pacjent nie przeżył. – Chciał się roześmiać, ale ni cholery mu to nie wyszło. –Więc przepraszam, ale wasze: podejrzewamy, że stoi za tym Carl Randstadt, ni cholery mnie nie przekonuje.
Zmilkli. Ale tak zmilkli, że aż zadźwięczało mu w uszach.
Czasami ludzie milczą, bo nie wiedzą co powiedzieć, a czasami, bo nie wiedzą czy mogą to powiedzieć i na praktykach Lars widział tylu nastoletnich chojraków, którzy bardzo, ale to bardzo nie chcieli przyznać w obecności swoich matek i ojców (skreśl niepoprawne) jak dokładnie złamali rękę, nogę, rozłupali głowę czy zrobili sobie inną krzywdę, że rozpoznawał takie zachowanie intuicyjnie. Widział i wiedział, bo zacne gajery po drugiej i trzeciej stronie stołu zachowywały się dokładnie jak tamte dzieciaki.
– Są podejrzenia…
Poczuł wibracje na udzie. Facet po drugiej stronie stołu bardzo skalkulowanym ruchem wyciągnął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki. Odebrał zanim Lars zdążył wyłuskać swój. Wydał z siebie kilka yhy i jaha zanim się rozłączył, a Lars w końcu odebrał, uprzednio wyplątawszy się z krzesła i stołu, bo naprawdę natura zakpiła sobie z niego proporcją nóg do reszty ciała i nie, nie zamierzał dorabiać na reklamach rajstop. Przynajmniej nie w ostatnich latach.
– Eilí?
Wcale go nie dziwiło kto dzwoni.
– Wiem, zachowałem się jak dupek… co? OK. Przekażę, ale to może nie w ten sposób. Sorry. Wiem, nie musisz mi tłumaczyć. – Czuł na sobie spojrzenie gajerków. – Tak, tak. O tym zapomnij, tak dla zasady, ale… Eilí… Axel… Cholera!
Przegrał i wygrał zarazem.
– Czyli dlaczego ja sprowadza się do tego, że przy okazji znam Axla, więc macie dwie pieczenie na jednym ogniu, tak?
Gajerki spojrzały po sobie. Obaj równie nijacy. Idealni agenci do zadań specjalnych, bo choćby ktoś chciał, to ich nie rozpozna. Ot kolejny facet nieprzesadnie przystojny, ale nie brzydki, o włosach gdzieś w ciemny blond; ciemno ciemny, bo on sam był blondynem – jasnym! – ale przy Axlu wypadał nieco jak ciemna masa, posturze mocno przeciętnej, mimice mało wyróżniającej się… – byli tak bez wyrazu, że z trudem rozpoznałby ich kolejnego dnia, a miał pamięć do ludzi. Nie to co Axel.
Odłożył telefon na blat pomiędzy talerzyk po cieście a filiżankę z nadrukowanym logo producenta kawy sprowadzanej z innego świata, zza równika. Spojrzał na swoich towarzyszy, których ktoś chyba uprzedził, że ma rozmowę w temacie, bo spokornieli, wyprostował nogi, westchnął potępieńczo i pożałował, że jest trzeźwy.
– To wracamy na farmę, co nie?
Nawet wzrostu byli podobnego i poza stereotypem chodu naprawdę niewiele rzeczy różniło ich od siebie, a rozróżnianie ich na podstawie ten z przykurczem i ten bez nawet dla Larsa brzmiało niewłaściwie. Ale nie skomentował tego, nie zaproponował leczenia i w ogóle zachowywał się grzecznie, choć język go świerzbił. Nawet na tylnym siedzeniu wypożyczonej, jak zgadywał, miejskiej toyoty zachowywał się nadzwyczaj poprawnie. Gdy dojechali do błotnistej i stromej drogi, od której tego ranka wszystko się zaczęło, jako pierwszy zasugerował, że z dwojga złego lepiej wejść, chyba że to auto ma jakimś cudem cztery na cztery, bo bez tego nie da rady, chyba że na wiosnę, jak naprawią…
Ledwie to powiedział, zrobiło mu się słabo i niepewnie, bo może nie naprawią. Może żadnego z nich już tu nie będzie, kto inny wynajmie dom i z okien sypialni będzie patrzył na wodospad. Poczuł się jak pensjonarka, bo ta myśl sparaliżowała go na chwilę.

– Zacznijmy od zera, zera liczonego względem tego co możecie wiedzieć, tego co ja wiem.
Gajerki siedziały grzecznie na przyniesionych krzesłach i się nie odzywały. Większość nieprzyjemnych komentarzy ogarniał Axel i Lars naprawdę nie potrzebował wiedzieć, że on i pani “mam możliwość w mocy prawa sprawić, że będziesz dla świata martwy” znają się od gówniarzęctwa. No może trochę krócej, ale w jego skali, jak ktoś znał Axla dłużej niż on, wpadał w ten świat za wielką i nieprzekraczaną granicą tego co było dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w dziwnym świecie gdzie Carl był świetnie zorganizowanym starostą roku, a nie czarnym charakterem z filmów o Bondzie.
Mówiła głównie Kathrine. Że kto, że co i że jak, ale to nadal nie bardzo składało się w coś sensownego.
– Seul, Madryt nie wiemy co będzie kolejne – stwierdziła i Axel przewrócił oczami w niemym: jakbyście wiedzieli, to by nie było problemu, więc po cholerę to mówić? Kathrine jednak nie mogła tego widzieć, bo stał oparty o cholerną ikeowską szafkę za jej plecami i tylko gajerki oraz Lars mogli go podziwiać. – W zasadzie nie całe szpitale, ale tylko części, to jednak niewiele zmienia, bo uszkodzona konstrukcja nie nadaje się już do wykorzystania, więc ktokolwiek to zrobił, może chciał dobrze, a wyszło tylko nieco lepiej.
Lars milczał jak na pierwszej wizycie pacjenta, gdy ten w stanowczo zbyt wielu słowach opisywał swoją dolegliwość, a on sam konfrontował te cuda nie widy z kartą i doświadczeniem, natomiast diagnoza nieznana skrobała go w podświadomość. Zdecydowanie ktoś tu miał priorytety w złych miejscach, bo jeśli zawalić cały szpital, to jednak na pewno byłoby więcej trupów, a to jest cholernie duża różnica, jakby go któreś z tych socjopatów pytało
Kathrine pokazała im zdjęcia na tablecie i to nie wyglądało dobrze. W pierwszym przypadku ziemia po prostu się pod budynkiem otworzyła i jego znaczna część wpadła do tej pięknej dziury, która przywodziła na myśl takie określenia jak szkody górnicze, sink holes i UFO. W drugim trzecia część budynku się poskładała, jak po bardzo udanym wyburzaniu przy użyciu materiałów wybuchowych.
– I były inne, bardziej pojedyncze przypadki równie trudne do wyjaśnienia, o których nie mogę obecnie powiedzieć niczego dokładnego. Być może nigdy nie będę mogła – dodała po chwili wahania i Lars miał ochotę jęknąć, bo zabrzmiało to tak cholernie filmowo, że trudno było się tym przejąć.
Zerknął na Axela i ten wydawał się równie nieporuszony. Pochwycił spojrzenie Kathrine, która na chwilę przestała mówić, jakby ta pauza miała bardzo wielkie znaczenie, i zaczął podejrzewać, że przedstawienie trwa, ale nie on jest docelowym widzem. A jeśli tak, to nie mu się przejmować całą artystyczną otoczką.
– Ale są przesłanki – ciągnęła – że za wszystkimi stoi ta sama grupa osób i ma ona związek z Carlem Randstadtem. Czy raczej podejrzewamy, że ma z nim związek, ale nie mamy pewności.
– Nie chciałbym się powtarzać, ale czemu z nim, bo znam co najmniej kilkunastu mniej lub bardziej pieprzniętych ludzi, którzy mogliby chcieć to i owo wysadzić w powietrze – specjalnie przemilczał, że szpitale to bardzo konkretne „to i owo” i nawet się nie zająknął, przełykając słowa, za co powinien dostać od Axela nagrodę, choć może nie teraz. – Carl nie jest nawet w pierwszej dwudziestce. Tak, trochę czasu minęło od kiedy ostatnio z nim rozmawiałem, ale nie wyobrażam sobie, żeby przerzucił się z medycyny na podkładanie bomb pod szpitalami. To nie ma sensu.
– Tu nie chodzi o szpitale jako takie, a o konkretne oddziały i konkretnych pacjentów. I owszem, wątpimy, aby on osobiście podkładał te bomby, bo nie mamy dowodów, że był w którymkolwiek z tych miejsc – z każdym słowem głos Kathrine robił się coraz chłodniejszy. – Ale nie wiemy również gdzie obecnie przebywa, a szukaliśmy.
– Śledzicie każdego lekarza w… Każdego lekarza?
– Tylko takich, którzy postanawiają nagle z pasją zacząć mówić o tym, jak to ludzie z chorobami genetycznymi i wadliwym DNA powinni nie mieć możliwości rozmnażania się jako osłabiający genom ludzkości.
Lars omal się nie zakrztusił.
– On to powiedział?!
Kathrine patrzyła mu prosto w oczy, a jej twarz pozostawała nieprzyjemną, pozbawioną emocji maską. Odpowiedziała tak beznamiętnym tonem jakby była syntetyzatorem mowy.
– W nieco bardziej kwiecisty sposób, ale owszem. Na kilka tygodni przed tym zanim zniknął z mapy. Całkiem sporo o tym pisano, bo wygłosił taki pogląd prosto w twarz ciężarnej kobiecie, której odmówił pomocy. Później doszliśmy do dowodów, że nie były to dla niego nowe poglądy, a raczej jedynie krył się z nimi. Teraz nie wiemy gdzie jest, a dwa oddziały neonatologii z przyległościami, oraz co najmniej kilkanaścioro niedoszłych rodziców przywitało się już z tamtym światem.
Lars zaklął. Klął długo, kwieciście i w kilku językach, bo jednego mu nie starczyło.
Nie wiedział co zdenerwowało go bardziej. Że komuś w ogóle przyszedł do głowy taki pomysł czy to, że tym kimś być może był Carl kurwa Randstadt.
Kathrine nie przerywała mu, a on nie miał zamiaru się krygować obecnością kobiety. W każdej innej sytuacji pewnikiem by to zrobił, był przecież lekarzem i gentelmanem, a nie odpadem społecznym z rynsztoka, ale nie tym razem. Ni chuja, choćby i Axel próbował mu to zasugerować siłą. Dwóch towarzyszących im agentów zachowało pokerowe twarze i również milczało. Siedzieli wpatrzeni w kafelki, jakby stały się one najciekawszą rzeczą pod słońcem. Może zresztą w istocie tak było, cholera wie co tacy jak oni uważają za interesujące. Według Larsa były po pierwsze stare, po drugie zniszczone, po trzecie porysowane, a wzór na nich nawet za nowości musiał przypominać wypłowiałe rzygi, bo komuś się coś pomyliło jak próbował zrobić tanią imitację imitacji marmuru. Fascynujące, kurwa, tak cholernie fascynujące, że sam by się w tym na chwilę zatracił, gdyby nie był zajęty wyklinaniem kumpla ze studiów, kogoś komu kiedyś prawie się zwierzył z tego, że jest cholerną samobieżną ładowarką telefonów, jak się postara i nie zjara ich w trzy sekundy. Koniec końców mu tego nie powiedział, bo skutki oblewania zdanego semestru pognały go do kibla zanim zdążył zawrzeć to w odpowiednich słowach, ale fakt pozostawał faktem. Ufał temu cholernikowi i lubił z nim dyskutować, rozmawiać o pięknej, świetlanej przyszłości, w której, niczym u Roddenberryego, ludzkość miała żyć w dobrobycie i zdrowiu, a oni mieli być na szczęśliwym bezrobociu.
– Ale wam się to zdaje czy wy to wiecie, czy co?!
Axel spojrzał na niego ostrzegawczo i Lars nie miał pojęcia co się stało, ale podejrzewał, że mogło to mieć związek z lodówką i miał cholerną nadzieję, że właśnie jej nie zjarał. W lodówce było piwo, a piwo powinno być zimne, zwłaszcza w takie dni jak ten, gdy wiedział, że zdecydowanie będzie potrzebował alkoholu jeszcze przed zachodem słońca.
– Mamy silne podejrzenia, ale potrzebujemy kogoś, kto go zna i mógłby nam pomóc.
– Mnie?
Skinęła głową.
– Mam go wam na zdjęciu rozpoznać jak trupa?
– Gdyby był trupem – i nie, nie zaśmiała się przy tym niestety, ale w jej głosie dało się za to usłyszeć cień tęsknoty – to wiele by ułatwiło. To że śledzimy jego poczynania od jakiegoś czasu, nie oznacza, że mamy trzy szafy informacji o nim i jesteśmy w stanie przewidywać jego kolejne kroki. Wręcz przeciwnie. Mamy relatywnie niewiele informacji, dużo przypuszczeń, ograniczone środki i chciałabym móc powiedzieć, że wszystko będzie super bezpieczne, ale obawiam się, że składałabym wówczas obietnicę bez pokrycia. Możemy dołożyć wszelkich starań i to mówię szczerze. Wszystko inne–
– Byłoby optymistycznym pierdoleniem i pobożnymi życzeniami.
Spojrzała przez ramię na Axela i chwilę mierzyli się spojrzeniami. Lars tylko obserwował. Miał wrażenie, że podteksty czają się w co drugim geście i słowie, nawiązują do czasów, których nie znał, o które nie pytał i które nie powinny go interesować, ale właśnie stawały się cholernie ciekawe.
– Dokładnie, dlatego niczego nie obiecuję, prawda, panie Larsen-Aarvik? Proszę o pomoc i ofiaruję co mogę, nic więcej i nic mniej, ale nie chodzi o moje zachcianki, a o życie ludzi i szaleńca, mającego motywy i środki, aby zagrozić wielu istnieniom. Do niczego również nie zmuszam, a jedynie proszę o pomoc. – Znów patrzyła na Larsa i nie, wcale nie wywierała presji. – Chodzi o pomoc, konsultacje nad materiałem od naszych agentów w terenie, którzy obserwują sytuację. Kilku jest związanych z grupami o poglądach podobnych do tych, które wygłaszał Randstadt i może niebawem uda im się przeniknąć jeszcze głębiej. Wtedy może dowiemy się, czy on tam jest, ale to potrwa. W międzyczasie nie możemy po prostu czekać. Mamy biura operacyjne między innymi w Sztokholmie…
Tęsknota obudziła się w Larsie z taką samą energią, z jaką chwilę temu szarpała nim wściekłość. Czy Kathrine Dahl wiedziała, że tęskni, czy tylko zgadywała? Skoro znała Axela z dzieciństwa, była raczej Norweżką, ale mówiła po szwedzku perfekcyjnie. W czyim imieniu dokładnie mówiła – nie do końca wiedział. Owszem, gajerki oględnie wyjaśniły mu co i jak, ale bez nazw, lokalizacji i szczegółów. W zasadzie powinien był ich wyśmiać, ale wtedy powiedzieli o Carlu, a reszta była historią.
– Ok, ok, ok. Moment. Czyli miałbym pojechać do Sztokholmu i pomóc wam, kimkolwiek jesteście – prychnął, ale jeśli zrobiło to jakiekolwiek wrażenie na Kathrine, to tego nie okazała – stwierdzić, czy to Carl czy nie Carl i może dopasować, co mógłby zrobić dalej? Ja generalnie z sercem i pomocną dłonią wychodzę do ludzi, ale coś tu ni cholery nie gra, bo jak wam powiem za miesiąc, że nah, to chyba nie on, to co? Chyba że macie tam taką małą armię krewnych i znajomych królika różnych waszych podejrzanych i liczycie na szczęście? Jak tak, to zwracam honor. Albo to, albo jesteście pewni, że to on i chcecie po prostu mieć konsultanta.
Gajerki poruszyły się na swoich krzesłach, jeden nawet zaczął wstawać, ale Axel poruszył się dokładnie w tej samej chwili i momentalnie usiedli z powrotem. Kathrine odetchnęła, a Larsowi dreszcz przeszedł po plecach. Zerknął na Axela, nawet skrzywił się pytająco, ale na nic się to zdało.
– To ostatnie. Jesteśmy niemal pewni i mamy swoje dokumenty, ale wiele z nich jest bez życia. To suche fakty. Potrzebujemy konsultanta.
Była jeszcze trzecia opcja, która dotarła do niego chwilę później, ale już jej nie dodał. Oklapł, dłonie oparł na blacie i odetchnął głęboko. Kątem oka widział pustą butelkę po piwie i zastanowił się czy mają w domu coś mocniejszego, bo jednak piwo nie miało prawa mu pomóc. Nic nie miało. Wyłuskał z kieszeni koszuli paczkę papierosów i zapalił nie fatygując się zapytać kogokolwiek czy też chce, a już na pewno nie o to, czy może komuś będzie przeszkadzało jak ich uwędzi.
Carl. Nadal to do niego nie docierało.
– Muszę odpowiadać teraz?
– Nie. Ale im szybciej tym lepiej. Będziemy jeszcze kilka dni w Akureyri, później... tu jest mój numer telefonu.
Położyła na stole wizytówkę i podniosła się z krzesła. Gajerki zrobiły to samo, a Axel odprowadził ich do drzwi. Rozmawiali, ale słowa docierały do kuchni jako niezrozumiały pomruk.

Ochłodziło się, ale też zaczęło przejaśniać i Axel bardziej patrzył na niebo i myślał o zorzy polarnej niż obserwował schodzącą po stromych stopniach Kathrine. Zdawał sobie sprawę, że ona za to raz za razem patrzy na niego. Oczywiście to mogła być jedynie jego paranoja – uśmiechnął się półgębkiem na myśl o tym.
Stał tuż za progiem, w dżinsach i t–shircie choć temperatura spadła do góra siedmiu stopni i czekał aż usłyszy dwa silniki i oba auta stojąca na dole w końcu znikną.
– Chyba nie tak powinno wyglądać nasze spotkanie po latach, ale życie widać tak chciało.
Nie odpowiedział. Oczywiście, że nie tak powinno, ale w najlepszej z możliwych opcji nie powinni byli się już nigdy spotkać. Za jego zniknięciem stało sporo planowania, ale jak widać wciąż było go za mało. A tajne organizacje patrzyły z góry i czuwały. Powiedziała, że nie powinien się dziwić – nie dziwił się, źle odczytała wtedy wyraz jego twarzy, ale nie skorygował jej – bo są na ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło.
– Myślisz że kłamię.
Zerknął, ale nie odpowiedział. O tej porze roku okolica składała się z odcieni brązu i pomarańczowego. W słoneczne dni intensywność widoku z werandy potrafiła zatrzymać go w progu na długie minuty. Rano wychodził tu z kawą i pił w ciszy, póki Friður nie zwlókł się z łóżka i nie zaczął domagać śniadania, herbaty ziołowej czy czegoś jeszcze innego z uporem godnym kilkuletniego dziecka. Dziś jednak kolory były przyduszone, nad górami po przeciwległej stronie drogi jaśniał biały pas nieba, gdzie zza postrzępionych chmur przebijało słońce i raziło w oczy, a Kathrine zniszczyła mikroświat, który sobie wypracowali. Eilifur i Friður zniknęli ot tak, ledwie pojawiła się w progu, ale on zorientował się dopiero teraz.
– Nic nie myślę – odezwał się w końcu.
Uśmiechnęła się pobłażliwie i wręcz zdawała się kpić, ale kto jak kto, on nie był najlepszy w ocenianiu niewerbalnych przekazów innych ludzi. Wolał je ignorować.
– Zależy z czym – dodał. – Z całą sprawą, nie. Nie oglądam telewizji, ale słucham radia, mam Internet. Ze wszystkim innym? Nie wiem. Czemu Lars? Nie wierzę, że jest jedyną osobą, która znała lepiej tego całego… – Nie dokończył, machnął ręką, bo przecież oboje wiedzieli o kim mowa.
– Nie – przyznała – ale był jedynym, który przy okazji był znajomym mojego niedoszłego narzeczonego. Skoro ty mu ufasz i mieszkasz z nim, to chyba jest z niego porządny facet. Swoją drogą wy tu we dwoje z dala od cywilizacji… – rozejrzała się. Towarzyszący jej agenci stali już przy autach zaparkowanych na dole dojazdówki i czekali. – Nie masz mi nic do powiedzenia?
– Jesteśmy przyrodnimi braćmi.
– Czy on…?
– Nie, nie strzela pociskami bez pistoletu.
Nie odpowiedziała.
Jeszcze zanim na dobre wszedł z powrotem do domu, poczuł ostry zapach pędzonej przez Jónsiego brennvin.

– Nie musiałeś mnie odwozić.
– Potem nie usłyszałbym końca wyrzutów przez kolejne pięć lat.
Lars nie zaprzeczył. Zważywszy jak cudowną sprawą był transport publiczny na wyspie, to nie podwożenie zakrawałoby na sadyzm i Axel czuł się w pewnym stopniu odpowiedzialny. Spędził ostatni tydzień rozważając scenariusze i nie doszedł do żadnych rozstrzygających wniosków. Słowa Kathrine powracały raz za razem i przypominały mu, że pewnikiem znaleźliby sobie kogoś, kogo nie trzeba było ściągać z dalekiej Islandii, gdyby akurat jeden potencjalny kandydat nie dzielił dachu nad głową z Axelem Larsenem-Aarvikiem. Podejrzewał, że należało półtorej roku temu zadziałać zgodnie z pierwszym odruchem i trzasnąć Larsowi drzwiami w twarz, zakluczyć zamki i wrócić do tego, co akurat wtedy robił. W ostatecznym rozrachunku wyszłoby to im obu na zdrowie.
– Wiesz, że mógłbyś pojechać ze mną? Mój staruszek na pewno chętnie by cię jeszcze raz spotkał, choćby po to, żebyście sobie znów robili żarty z mojego imienia.
Uśmiechnięcie się nie było najbardziej poprawną rodzinnie rzeczą, jaką mógł zrobić Axel w odpowiedzi, ale nie opanował pokusy. Istniał cień szansy, że Lars został Larsem z jakiegoś innego powodu, ale w narodzie była zgodność, że raczej nazwisko poprzedniego partnera jego matki miało tu kluczowe znaczenie.
– No co, Larsen-Aarvik? Mówiłeś, że lubisz Sztokholm, a kawałek podłogi do spania na pewno się znajdzie. Ba, staruszek pewnie wywali mnie z mojego własnego wyra i ci je udostępni. W zasadzie będzie ci pewnie lepiej niż mi, ale co tam, niech stracę. Nie mówię, że masz kupić bilet teraz na lotnisku, ale w najbliższych dniach. Po rozmowach z Kari nie spodziewam się, aby przełom nastąpił szybko, więc możesz się namyślić, przygotować i zrobić wszystko w swoim tempie i zgodnie z checklistą.
Przejście z nazwiska na imię i na jego zdrobnienie odbyło się płynnie, ale w tempie jak z kiepskiego romansu, gdzie wzajemna sympatia spływa na bohaterów niczym deszcz w czasie oberwania chmury. Nie żeby to było takie zaskakujące, bo w końcu chodziło o Larsa i mógł się tego spodziewać, a jednak gryzło go to i niepokoiło, a chwilami zaczynał podejrzewać siebie o zazdrość, bo w starym życiu potrzebował lat, aby dojść do takiej zażyłości w rozmowach z nią. I to w czasach, gdy byli nastolatkami i nie istniała połowa barier, które rozdzielały dorosłych ludzi. Tymczasem Lars, z przerażającym wręcz brakiem stereotypowej szwedzkiej flegmy, w trzy dni po pierwszym spotkaniu mówił Kathrine, w pięć Kari.
– Więc jak?
– Nie.
– Jesteś uparty jak stado osłów. Okopany tutaj tak, że chwilami żal patrzeć i to dlaczego? Bo jakiś koleś–
– Lars, przestań.
– Kari mi opowiedziała o tym, co stało się na uniwersytecie zanim zniknąłeś, wiesz? I sorry, ale w dmuchaniu na zimne, to jak dla mnie osiągnąłeś poziom „jestem pieprzoną elektrownią jądrową”.


i niniejszym tyle było by rozdziału pierwszego :3
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1804
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 22 marca 2017, 11:25

Nadrobiwszy :3

Miałam wypisać ulubione momenty, obiecałam, ale jestem w pracy, piszę w małym okienku i tak nie za bardzo mam możliwość. Fajny ten zarys intrygi, zaiste jest grubo nie tylko pod względem zamachów i ich - hm - rozmachu, ale też stojącej za nią ideologii i możliwości fabularnych, jakie to otwiera. Teraz mi się wreszcie odblokowały klapki i powoli przypominam sobie to, co mówiłaś o projekcie w listopadzie - właśnie w kwestii wątków eugenicznych. Czekam, ostrzę sobie zęby.

Carl mnie ciekawi. Jako postać, jako prawdopodobnie antagonista. Jeśli to on faktycznie, ciekawi mnie droga, jaką przeszedł od - jak to się Lars wyraził - starosty roku do bondowskiego czarnego charakteru. Jeśli nie on, ciekawi mnie jego rola. No i, kurde, to postać z wyrazistymi poglądami, z którymi można się nie zgadzać, przeciwko którym można protestować wewnętrznie i w ogóle, ale halo, to wyraziste poglądy! Zaskakująco mało jest takich postaci, a przecież to taki smakowity kąsek, tak inny niż buahahaha, chcę zniszczyć świat. Czuję, że będę z dużą przyjemnością czytać o Carlu, jego wnętrzu i działaniach. Mam nadzieję, że go poznam.

O. I tyle :3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Siemomysła » 22 marca 2017, 18:29

Przeczytałam! Całe przeczytałam! Muszę rzec zaraz na początku, żeby potem było tylko lepiej, że dla człowieka ze spowolnionym myśleniem jakim ostatnio jestem tekst ma za dużo słów :bag: Ciężko mi się było skupić na samym początku i wyłuskać to, co w obydwu panach niezwykłe i kluczowe, czyli ich odrobinkę nietypowe zdolności. Parę razy wracałam. Natomiast natychmiast dodam, że ja nie miałam nigdy takiego problemu z Twoimi tekstami i ja bardzo lubię takie wrzucanie istotnych "drobiazgów" mimochodem i bez reflektora na nie. Tylko zaznaczam to, bo obecnie jestem w takim ciekawym stanie, że mogę jakby trochę spojrzeć z obcej perspektywy. Ciekawe doświadczenie.

Tym niemniej - kupuję koncept, moja ciekawość jest mocno rozbudzona, umysł i serce czekają na więcej. Islandzka głusza - jej powolność, ta bariera, za którą łatwo się schować - pięknie robi za tło. Larsa pokochałam z miejsca za czyn, po którym się wygnał i za to, jak o nim opowiada. Całość wygląda smakowicie i tak jakoś grubo - z rozmachem. Będę czytać na pewno niczym serial, spokojnie i pewnie czasem coś powiem nawet ;)

Wrzucaj! :nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Re: Takk, men nei...

Post autor: Grafoman » 31 marca 2017, 15:55

Pierwszą rzeczą, jaka zwróciła moją uwagę, to dziwny, zastanawiający tytuł. Podtytuły tylko spotęgowały ciekawość.
Tekst napisany ciekawie, ładne opisy, z których bije bliżej nieokreślone ciepło i swojskość. Błędów nie zarejestrowałem.
Intryga interesująca. Czekam na więcej.
Pozdrawiam
G
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 04 maja 2017, 19:12

Żyję, piszam, boru, zapomniałam, że zaczęłam to tu wrzucać xD Przepraszam!!! XD

tymczasem akcji tyle co kot napłakał, acz szwedzka flegma zobowiązuje ;) Nie no, po prostu na pewne rzeczy trzeba czasu i nawet Lars tego nie przeskoczy.


II
Napięcie znamionowe relacji między ludzkich
Trzygodzinny lot wydawał się trwać wieki, a potem przyziemili z takim impetem, jakby spadli na pas a nie wylądowali. Na moment Larsowi zrobiło się zimno, myśli pognały ku wielkim spiskom, ale nic więcej się nie wydarzyło. Kwadrans później ze zniecierpliwieniem obserwował walizki na taśmie, a wokół niego byli ludzie. Więcej ludzi niż na Islandii zdarzało mu się widzieć przez tydzień. W dodatku wszystko wyglądało znajomo. Loga przywoływały wspomnienia, komunikaty były oczywiste jak słońce, a Lars był w domu i zapragnął się przebrać, choćby w toalecie. Wyciągnięty t-shirt i flanelowa koszula, nagle wydały mu się nieprzystające. Tak się ubierał Friður, a Friður został nawet nie na islandzkim lotnisku, a jeszcze dalej – w domu na farmie. Tu był tylko i wyłącznie Lars Thorvaldsen i stara flanelka zdecydowanie nie miała racji bytu. Sportowa marynarka, która przewisiała w szafie większość minionego roku z hakiem, choć nieco wymięta, była zdecydowanie bardziej na miejscu. Podobnie koszula i krawat bolo ze spinką z młotem Thora. Dżinsy i pasek zostały, buty musiały zostać, bo te porządnie wyglądające nie przetrwały wycieczki i aż do tego dnia mu ich nie brakowało. Uśmiechnął się do siebie w lustrze. Jak wyjeżdżał chyba było go nieco więcej tu i ówdzie, a teraz – zupełnie jakby mu lat odjęło. Parsknął śmiechem, czym zasłużył sobie na kilka podejrzliwych spojrzeń, ale bez przesady, wcale taki stary nie był, więc skąd ta myśl przywędrowała, nie miał pojęcia. Może jakieś fermenty i fluidy przywlokły się tu z nim od Axela, ale rozpływały się w powietrzu i gwarze. Gdy wysiadał na terminalu autobusowym i wychodził na Klarabergsgatan czuł się już nie tyle na miejscu, co jak część organizmu zwanego Sztokholmem. Islandia była wspaniała, ale tu czuł że żyje.
Wyłuskał z torby telefon i chwilę walczył z plastikiem, aby zamienić karty sim i nie upuścić go przy tym na chodnik.
Ludzie mijali go w pędzie, auta warczały i raz po raz zerkał na nie jak na starych znajomych. Siedząc na farmie nie czuł jak dziadzieje – teraz aż było mu głupio. Przez całe półtorej roku raz pojechał do Reykjaviku, na koncert, i to by było na tyle. A Reykjavik nadal nie był metropolią.
Trafił pin dopiero za drugim razem się nie myląc i z pamięci wpisał numer, który mógł wyrecytować nawet obudzony w środku nocy.
– Cześć, tato. Właśnie wysiadłem, przepraszam, że nie zadzwoniłem z lotniska, ale w całym zamieszaniu zapomniałem. Ale już jestem w Sztokholmie, w centrum, i będę jechał do domu. Tak, syn marnotrawny w końcu wraca do domu. Mam kilka spraw do załatwienia. Praca. Tak, dziękuję, że wierzysz w to, że pozostałem pracowitym człowiekiem nawet jeśli bardziej niż mniej porzuciłem póki co zawód. Nie! Mówiłem, że nie wpadłem w żadne tarapaty i nie, Axel nie wyrzucił mnie na zbity pysk przez drzwi – rozmawiał idąc ulicami, które swego czasu schodził w tę i z powrotem i w tak różnym stanie, że już nie musiał się rozglądać. – Jeśliby spróbował, to wlazłbym z powrotem oknem. Mam coś kupić? Nie, jestem sam. Pięć razy, co najmniej, powiedziałem mu, żeby też przyjechał, ale mówiłem ci, że pewnego dnia Larsen–Aarvik zostanie jednostką uporu albo ciężkości dupy. Tak. Przepraszam, ale mieszkałem z nim półtorej roku, to chyba mogę być jakimś autorytetem w dziedzinie axelologii? Racja, na żadnej uczelni raczej nie pozwolą mi obronić takiego doktoratu. Szkoda. Kończę. Będę niedługo.
Nogi zaprowadziły go na przystanek, czerwony autobus zjawił się jak na zawołanie, co było najwyżej fartem, ale Lars uznał to za dobry znak od losu, nawet jeśli później z trudem zniósł podróż. Wszystko działo się za wolno i za szybko zarazem. Gdy wysiadł, nie mógł się zdecydować, czy chce przyjrzeć się każdemu budynkowi, czy może to poczekać, a on najpierw chce znaleźć się w domu. Dlatego co rusz to przyspieszał, to zwalniał i musiał wyglądać kretyńsko, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało.
– Hej, Mella – pozdrowił starą paprotkę stojąca przy oknie w przedpokoju. – Cześć, tato! – krzyknął. – Daj mi chwilę na ogarnięcie się. Spędziliśmy całą noc jadąc na lotnisko przez pół kraju. Na tej cudownej wyspie masz trochę przekichane jak mieszkasz po przeciwnej stronie lodowca od jedynego międzynarodowego lotniska, bo komunikacja publiczna jest dla przegrańców. Określenie samych Islandczyków, nie moje.
Ojciec przyglądał mu się stojąc w progu salonu i wyglądał świetnie. Trochę może za sztywno i poważnie jak na gust Larsa, i z całą pewnością nie tak, jak on sam chciałby wyglądać w jego wieku, bo jednak ubranie i łysina delikatnie mówiąc nie były w jego guście, ale ogólnie wychodził na plus. Lars miał nadzieję, że wdał się w ojca i przy odrobinie wysiłku nie zmieni się w przygarbionego starszego pana.
– Ale Axel mnie odwiózł, więc nie mogę narzekać. I kazał pozdrowić i podziękować za zaproszenie, o tym chyba nie wspomniałem wcześniej, co nie? Daj mi moment.
Usiedli w salonie. Na Islandii to zawsze była kuchnia. Nie wiedział czemu, ale największe rozkminy miały miejsce w kuchni. To ona widziała najwięcej alkoholu i papierosów, ale tutaj, w domu – musiał to sobie w myślach powtórzyć – rozmawiało się w salonie, w którym niewiele zmieniło się przez ostatnie dwadzieścia lat i, co więcej, wszystko krzyczało: stary kawaler. Jeśli jego matka w jakikolwiek sposób przyłożyła się do wyglądu tego pokoju, to albo były to rzeczy tak subtelne, że ich nie dostrzegał, albo ojciec je usunął. Obie opcje były równie prawdopodobne, a Lars tylko dwa razy w życiu przejawiał większe zainteresowanie matką jako taką. Pamiętał ją jak przez mgłę. Uśmiech, który wyrył mu się w pamięci i kiedyś kojarzył z najlepszą rzeczą pod słońcem, a z biegiem lat stracił na uroku i stał się maską. Ni to niebieski, ni to zielony kolor jej sukienek i melodię głosu. Pierwszy raz zaciekawienie pojawiło się jak miał lat naście i po prostu chciał wiedzieć, czemu zniknęła, bo ojciec potrafił cudownie opowiadać o swojej przeszłości, ale na matkę spuszczał zasłonę milczenia. Więc oczywiście gówniarz Lars musiał drążyć. Potem się opamiętał. Drugi raz zdarzył się dobrą dekadę później, gdy w skrzynce znalazł list od Henninga Larsena-Aarvika – dopiero jakiś czas potem dowiedział się, że ten nie był pierwszy i korespondencja między Sztokholmem a Trondheim trwała już od jakiegoś czasu. Henning larsen-Aarvik wiedział bardzo wiele o jego matce, bo miał okazję związać się z nią węzłem małżeńskim, nim umknęła dalej w świat szukać księcia z bajki, bo ten się jednak nie sprawdził. Cóż, jeśli Kjell–Åke Thorvaldsen też się nie sprawdził, to zdaniem Larsa świadczyło jedynie o jej marnym guście, dziękujemy już pani i do widzenia.
Wyciągnął się na fotelu w słońcu i uśmiechnął. Od słowa do słowa nadrabiał zaległości. Więc sąsiedzi się wyprowadzili i teraz mieszkało tam młode małżeństwo z dzieckiem i nie, wcale nikt nie zamierzał pytać, kiedy Lars się ustatkuje. Ojciec się z kimś spotykał, ale bardzo niezobowiązująco, w co akurat trudno było uwierzyć, bo skoro już o tym mówił, to musiało jednak chodzić o coś bardziej poważnego, ale dawał staruszkowi czas i nie zamierzał od razu wypytywać o szczegóły. Dach naprawiono na wiosnę, szkoda że nie wiedział, dorzuciłby się jakoś z kasą, a może nawet przyjechał. Choć nie, pewnikiem by nie przyjechał, bo pomagał Axelowi naprawiać dach na farmie. Dachy! Dachy to był temat jego koszmarów przed kilkoma miesiącami. Wzdrygnął się. Były jeszcze rzeczy o których ojciec mu nie powiedział, a Lars postanowił nie pytać, bo nie umiałby wyjaśnić, dlaczego w ogóle go to interesuje, inaczej, niż stwierdzając, że po prostu czuje, że mają teraz inną skrzynkę bezpiecznikową, choć przecież od przyjścia nie mógł jej zobaczyć, że telewizor jest inny, choć to dokładnie ten sam model, ale nie ten sam egzemplarz, bo nie ma dwóch identycznych i on umie je rozróżnić. Jeśli stary się zepsuł, to dlaczego nowy udaje tamten? Dostanie takiego musiało być trudne, więc dlaczego? Niewiedza irytowała go i domagała się odpowiedzi, ale Lars spychał ją na dno świadomości i skupiał się na podtrzymywaniu dyskusji.
Wytrwał do trzeciej, gdy już wszyscy krewni i znajomi królika zostali obmówieni, niektórzy mniej obszernie, bo w końcu był dobrym synem i dzwonił do ojca częściej niż raz na miesiąc, jak nie powiedziałby kto. O czwartej zaczęli się powtarzać. O piątej Lars wyszedł na spacer, czy raczej wyszedł zadzwonić, ale nazwał to spacerem w imię zobaczenia jak się okolica zmieniła. Wcale nie wychodził dlatego, że nie chciał, aby ojciec przypadkiem usłyszał o czym rozmawia i zaczął zadawać pytania. A zacząłby, bo jeśli chodzi o życzliwą, pełną troski ciekawość, napędzaną obawami o tych, na których im zależało, to zdecydowanie byli krwią z krwi. Na miejscu ojca Lars zacząłby dociekać co się stało.
– Cześć, piękna, przyjechałem i jestem do twojej dyspozycji.
Kari zaśmiała się pogodnie.
– Jutro?
– Choćby i dziś, nie powiem, żebym miał co tu robić. Niespecjalnie miałem kiedy uprzedzić znajomych, że wracam, a i nie ze wszystkimi chcę się spotykać. Poza tym są rzeczy ważne i ważniejsze – dokończył już się nie śmiejąc. – Przemyślałem sobie to i owo w samolocie, poczytałem ściągnięte wcześniej artykuły i sam nie wiem. Czy raczej wiem i rozumiem czemu możecie łączyć z tym Carla, ale to cholernie trzeszczy i–
– Jutro – powtórzyła, ale tym razem stwierdziła fakt i nie śmiała się mówiąc, a brzmiała trochę jak wtedy w kuchni, gdy siedzieli na wprost siebie. – Stacja Tekniska Hogskolan o dziesiątej. Na dole, na platformie. Ktoś po ciebie przyjdzie.
– Hasło, odzew?
– Myślę, że obejdzie się bez tego.
Ukrył rozczarowanie pod wybuchem śmiechu i pozwolił sobie nie spoważnieć jeszcze przez chwilę, bo wtedy może faktycznie powiedziałby za dużo, a na placu zabaw obok bawiły się dzieci, matki uważnie obserwowały ich poczynania, ale może też słuchały?
Na Tekniska Hogskolan dojechał trochę za wcześnie, bo nie sprawdził rozkładu przed wyjściem. Wyszedł z tłumem na górę, wstąpił do sklepu i kręcił się między półkami dostatecznie długo, aby łudzić się, że nikt nie zauważy jego szybkiego powrotu. Czuł się jak szpieg z filmu. Miał wrażenie, że wszyscy go obserwują. I facet wybierający jogurt jakby od tego zależała przyszłość świata, i kasjerka układająca zapalniczki w opakowaniu, i nawet ten dzieciak, który wbiegł, rozejrzał się szalonym wzrokiem i wyleciał na zewnątrz. Zerknął na zegarek i odetchnął głęboko, spróbował zachowywać się swobodnie, co oczywiście mu nie wyszło, a przynajmniej tak mu się wydawało. W końcu wziął tabliczkę czekolady, zapłacił szybko i wrócił na platformę.
Nie było na niej tłoczno. Kto miał być w pracy, to już w niej był, dzieciarnia siedziała na uczelni, a te kilka osób, przechadzających się lub opartych o ściany i z nosami w telefonach oraz czytnikach, wyglądało cholernie przeciętnie. Czy ktoś z nich był kontaktem?
– Lars?
Odwrócił się gwałtownie i uśmiechnął.
– Kari!
Poznał ją bez trudu, choć tym razem nie miała na sobie sportowych spodni i oczojebnie zielonej kurtki. Zamiast tego stała przed nim wyższa o kilka centymetrów czarnych szpilek, w rajstopach, spódnicy do kolan, jasnej bluzce i marynarce, w której na pewno byłoby jej rześko na górze, ale na stacji metra temperatura pozostawała całkiem znośna. Włosy zamiast w koński ogon upięła wysoko, ale nie przesadnie mocno, przez co nie skojarzyła mu się od razu z jedną salową, po współpracy z którą traumę miał po dziś dzień. A mimo tego wyglądała poważnie, profesjonalnie, choć może nieco bardziej jak pracownica banku, a nie tajnej agencji Nazwa-Nic-Ci-Nie-Powie, a jej nieznajomość tylko ci się przysłuży. Jednym słowem wyglądała onieśmielająco.
– Chodź.
Poprowadziła go ku schodom, ale skręciła przed nimi, weszła na przewężenie peronu na jego końcu i nagle otoczyła ich ciemność.
– Spokojnie. – Usłyszał jej głos zanim zdążył spanikować. – Jeszcze kilka kroków.
Ciemność rozbłysła zimnym białym światłem i wypaliła mu na chwilę oczy.
– Powinnam cię była uprzedzić. Po iluś latach przechodzenia tędy człowiek odruchowo zamyka oczy.
– Nic się nie stało.
– Nie kłam. Jesteś beznadziejnym kłamcą, co może jest w takim razie u was rodzinne. Axel nie umiałby wiarygodnie skłamać, nawet jeśli zależałoby od tego jego życie. Masz. – Wcisnęła mu w ręce smycz z identyfikatorem. – Musisz to mieć cały czas przy sobie i w widocznym miejscu. Nawet w toalecie. Jeśli nie, to nie tylko ty będziesz mieć problemy. Nie włócz się sam po korytarzach. Andreas będzie ci towarzyszył, poznaliście się już na Islandii. Najpierw jednak musisz przejść odprawę. – Wprowadziła go do niewielkiego pokoju, którego okna wychodziły na korytarz. Samotny stół ciągnął się przez niemal całą jego długość, czarne krzesła otaczały go i w całym tym miejscu nie było za grosz czegoś niesamowitego. Ot jeszcze jedna salka konferencyjna przesadnie przypominająca bunkier. – Tu są zasady. Przeczytaj i podpisz. W tej kolejności, jeśli nie chcesz mieć nieprzyjemności potem. Podstawową zasadą jest, że tego miejsca nie ma. Druga, to że nic, co tu przeczytasz i usłyszysz nie istnieje i naprawdę będziemy wiedzieli, jeśli komuś o tym opowiesz. Naprawdę przeczytaj to uważnie. Poza tym musisz zostawić tu telefon i całą elektronikę. Zegarek również. Potem Andreas zaprowadzi cię do archiwum.
Archiwum to było duże słowo, kojarzące się z kurzem i zapachem zatęchłego papieru. Żadnej z tych rzeczy jednak nie uświadczył w miejscu, do którego bez jednego cześć, dziękuję, pocałuj się w dupę zaprowadził go Andreas. Kolejna salka, tym razem w trupio białym kolorze, oświetlona zamontowanymi w suficie ledami, które sprawiały, że on sam wyglądał jak chodzące zwłoki, nie miała nawet okna wychodzącego na korytarz. Andreas, milcząc, i naprawdę Lars zaczynał podejrzewać go o nagłe stanie się niemową, usiadł na krześle przy drzwiach i tylko skinął głową ku tabletowi leżącemu na blacie. Nie potrzeba było żadnego hasła.
Na białym ekranie znajdowała się tylko jedna ikona. Kliknął.
– Ankieta?
Andreas milczał.
Wypełnienie jej zajęło mu ponad trzy godziny, po których nie wiedział jak się nazywa, ale za to był pewien, że jest skończoną świnią. Co prawda podpisał, że napisze samą prawdę i w ogóle, ale nawet przed samym sobą miał problem przyznać, że kumpel ze studiów może jednak nie był takim aniołem jak mu się jeszcze poprzedniego dnia wydawało. Co dopiero to napisać. Im więcej pytań zostawało za nim, tym więcej rys na obrazie dostrzegał. Tak, Carl Randstad, super student skłonny pomóc wszystkim. Także tym, którzy potrzebowali jakiś stymulantów, aby móc marzyć o zakuciu na egzamin. Uśmiechnięty Carl, na praktyce podprowadzający ze szpitala leki. Kolega Randstadt zachlewający się w trupa, na dzień przed dyżurem. Randstadt pocieszający koleżankę podchodzącą do poprawki i ten sam Carl wieczorem na stancji z przekonaniem mówiący o tym, że w medycynie nie ma drugich szans i to powinno być jasne od samego początku, a nie że taki a taki piętnaście razy będzie próbował coś zaliczyć, aż mu się w końcu psim swędem uda. Carl Randstadt z pasją opowiadający o potrzebie ratowania życia na parapetówce znajomych i Carl Randstadt bez żalu opowiadający o tym, jak tego ranka uśpił psa, którego miał od kilkunastu lat.
Dysonansów była cała masa, choć początkowo nie spodziewał się znaleźć jakichkolwiek. Od pytania do pytania one po prostu wypływały z odmętów jego niepamięci, ale jeszcze o niczym nie przesądzały.
– Ludzie są skomplikowani – mruknął do siebie. – Niejednoznaczni i potrafią mieć różne rzeczy w głowach, ale myśleć, a robić…
Andreas patrzył na niego nieruchomym spojrzeniem trupa. Gdyby nie dłoń wystukująca na kolanie rytm upływającego czasu, to Lars naprawdę zacząłby podejrzewać, że agent wyzionął ducha.
– Sorry, głośno myślę.
Tamten skinął głową nadal tak cholernie irytująco milczący.
– Albo… Skończyłem w sumie z tym – skinął głową na tablet. – Nie wiem co dalej, ale zapaliłbym. Można tu palić? Choć jeśli to możliwe, to wolałbym na zewnątrz. Bez urazy, ale tu jest jak w bunkrze i chyba odkrywam, że mam pewne predyspozycje do klaustrofobii. Małe, ale… Poza tym przydałaby mi się wizyta w toalecie. – Wzruszył ramionami. – Poza tym nie wiem, czy chcecie ode mnie czegoś jeszcze?
Kathrine nie żartowała, gdy mówiła, że ma sam nie chodzić. Andreas poszedł za nim, jak jakaś przyzwoitka i mowy nie było, żeby w jego towarzystwie skorzystać z pisuaru. Po prostu nie, bo jego czujne spojrzenie paraliżowało. Nawet drzwi kabiny nie pomagały za bardzo.
Wyjście na powierzchnię trwało chyba jeszcze dłużej niż dotarcie do archiwum, a gdyby miał odtworzyć drogę, to zgubiłby się na bank. Ba! Podejrzewał, że nawet Axel nie dałby rady odnaleźć się w plątaninie sterylnych, jasnych korytarzy, a miał lepszą orientację w terenie. Właśnie. W terenie. Tu terenu tak naprawdę nie było, bo wszystko wyglądało jak z kserokopiarki, a ludzi widział tyle co na lekarstwo. Przez myśl przeszło mu nawet, że tak naprawdę jest tu tylko kilka przejść, kilka pokoi i sporo luster pomiędzy którymi chodzą w kółko, a on tego nie zauważał, ale nijak miał możliwości tego sprawdzić, bo wszystko co miał w kieszeniach zabrano mu na wejściu. Nawet nie mógł oznaczyć sobie kawałka korytarza, jak w bajce dla dzieci.
Wyszli na peron, gdy trzynastka w stronę centrum właśnie odjechała i nikt nie został na platformie. Andreas w niezmiennym milczeniu podał mu paczkę papierosów i zapalniczkę.
– Na górę?
Skinienie głową mogło oznaczać w cholerę różnych rzeczy.
– To wrócę za chwilę.
Agent ponownie skinął głową i Lars miał już na końcu języka pytanie, czy naprawdę coś się nie wydarzyło w ostatnich dniach. Lekarskie skrzywienie zawodowe ciągnęło go, ale ugryzł się w język. Wbiegł przeskakując po dwa stopnie schodów na poziom kiosku i spożywczego, kupił kawę i wybiegł na powierzchnię. Słońce oślepiło go na chwilę i wycisnęło łzy z oczu. Odetchnął głęboko i poczuł się wolny. Czy tak czuli się wypuszczani na wolność więźniowie?
Rozejrzał się, ale prawie nikogo nie było w okolicy więc wyłuskał papierosa, odpalił i zaciągnął się głęboko. Miał wrażenie, że mógłby wypalić całą paczkę na raz. A potem by się porzygał, ale to już była inna bajka. Wyłuskał telefon z kieszeni spodni, wybrał numer i odczekał kilka sygnałów. Zaciągał się co trzeci. W końcu co drugi. Papieros się skończył, a nikt nie odebrał. Wyciągnął drugiego, ponownie wybrał numer, przeklinając fakt, że Axel miał wyłączoną pocztę głosową, zapalił, poczekał. Pod koniec trzeciego poddał się, bo jak cholernik posiał gdzieś komórkę, to w sumie co mu do tego?
– Kretyn – mruknął bardziej dla własnej satysfakcji i wrócił na peron.
Anderas czekał jak przymurowany do podłogi. Wyprostowany, wysoki i z ramionami tak szerokimi, że Lars przez krótki moment miał ochotę skląć.
– Chodź milczku, jeśli macie dla mnie jeszcze jakieś zadanie wielkiej wagi – roześmiał się, ale żart nie spotkał się z żadną reakcją.
Znów weszli w ciemność, po której nagle spadła na nich jasność i znów na chwilę Lars zupełnie oślepł. Po raz kolejny musiał opróżnić kieszenie, nie żeby wychodząc na fajkę wziął naprawdę tylko telefon. Obszukano go tak dokładnie, że zaczynał się zastanawiać, czy zaraz nie zmienią zdania i nie wydadzą mu kombinezonu ciętego z metra, który będzie mu sięgał gdzieś przed kostki, tak na wszelki wypadek, gdyby ukrył coś w skarpetkach. Choć nie, te pewnie też by mu zabrali, ale jakkolwiek bawiły go te pomysły, to nie zamierzał śmiać się głośno. Rozumiał zasady. Naprawdę.
– Kari!
Uśmiechnęła się do niego. On uśmiechnął się szerzej.
– Wypełniłem tę ankietę i… W sumie nie wiem, czemu nie mogliście mi tego dać na farmie, ale… – Wzruszył ramionami.
– Zasady. Nie musisz ich rozumieć, masz ich przestrzegać. Twoje odpowiedzi bardzo nam się przydadzą, bo nasz obecny obraz Carla Randstadta jest niepełny i dość suchy, a mamy przecież do czynienia z człowiekiem, a nie maszyną. Żeby poprawnie przewidzieć do czego może się posunąć, musimy wiedzieć więcej niż to co wynika z jego publikacji i kariery zawodowej.
– Ciągle tyle mogłem wam powiedzieć na Islandii. Fajnie było tu wrócić i zobaczyć ojca, ale nie ukrywam, że trochę mnie to dziwi. Ale może to po prostu skrzywienie zawodowe i wynikająca z niego potrzeba cięcia kosztów. Postawienie komuś lotu z Reykjaviku na Arlandę, kiedy można by się obejść bez tego, brzmi dla mnie dziwnie. Przepraszam.
– Ankieta była wstępem. Chodź.
Nie wiedział czy to ten sam pokój, czy może inny, ale identyczny. Gdyby miał zgadywać po kablach w ścianach, to obstawiałby ten sam, ale w miejscu, gdzie wszystko było idealnie gładkie, kurz nie zalegał w kątach, proste ściany łączyły się pod kątem dokładnie dziewięćdziesięciu stopni z idealnie równoległymi do podłóg sufitami, na oknach nie było śladów palców, na lekko błyszczących posadzkach nie pozostały żadne ślady butów – po prostu nie był pewien. Może i kable położono z równą precyzją, żeby dezorientować takich jak on. Nie łudził się, że nikt tu nie wie o jego relacji z dwustu trzydziestoma voltami w gniazdkach. To w końcu była tajna agencja. Tajna jak te w filmach, więc musieli wiedzieć.


cdn
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1804
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kruffachi » 05 maja 2017, 21:31

No, niby się dużo nie dzieje, ale fabuła poszła do przodu i nie miałam wrażenia przestoju ;) Niemniej trochę trudno mi komentarz napisać, bo testu jest mało i głównie są to opisy, ale napiszę tyle, że idąc sobie przez tę bazę widziałam koszmar w stylu IKEA XD Kąty proste, jednolite powierzchnie, upiorna prostota i ten zaduch bunkra, uch. Choć pewnie gdyby ktoś próbował naćkać do takiego bunkra kształtów i faktur, byłoby znacznie gorzej. No ale. To główny obraz, jaki mi w głowie został. Ciekawam, czego tam jeszcze chcą w sprawie Carla, bo sam Carl mnie ciekawi bardzo, a teraz jeszcze podlałaś tę ciekawość wspomnieniami ankietowymi Larsa.

To, co mi zgrzytało, to rozmowa telefoniczna. Ewidentnie była napisana tak, żeby czytelnik wiedział, o co chodzi, Lars de facto powtarzał usłyszane pytania i raz to mogło zagrać, ale użyłaś tego parokrotnie. Rzuciło mi się też w oczy, że dość często sięgasz po hipotetyczną wypowiedź wplecioną w narrację. Bardzo lubię ten zabieg, ale to też dość wyrazista przyprawa i nie wiem, czy nie zbliżasz się do przedobrzenia z nią.

Tyleż. Czekam :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Takk, men nei...

Post autor: Kanterial » 07 maja 2017, 11:27

Dobry :bag:

melduję się, jestem, trochę spóźniona, ale jestem. Chwilowo gdzieś w momencie... tuż przed spotkaniem całej piątki - garniaków, Larsa, Axela, tej kobiety. Czyli po wyprawie Larsa z gajerkami :D

I muszę ułożyć sporo rzeczy w głowie, stąd pomysł, żeby się trochę rozlać w komentarzu. Jprdl, jak ja jednak kojarzyłam swoje funkcjonowanie forumowe z tekstami Marsy XD ten Sztorm dostany w pliku to nie to samo - zrobił ogromne wrażenie i nadal nie umiem powiedzieć jakie do końca (w kwestii takich czysto czytelniczych uczuć do bohaterów) ale no... jednak tekst na forum, twój aw, samo pisanie - monologi, rozkminy, kluchy w postaciach, niezdecydowanie, rozdarcie - tęskniłam. Serio.

Więc jest Lars. No klasyk twój, bez dwóch zdań, koleś totalnie nieodporny psychicznie. Choć może to złe sformułowanie. Nie, on jest raczej... no własnie, jaki? Tego się nie da opisać. Niby zamknięty, niby introwertyczny w tej swojej ucieczce przed dawnym życiem, ale przecież ile on kuźwa gada! Jakby połowę do siebie. Albo i 3/4 :facepalm: nie do rozgryzienia. Złamany i poskładany w jakiś nieudany do końca sposób, widać rysy. W sumie to muszę przyznać, że uwielbiam. I jeszcze te długie nogi, ten 171, nonie mogę, nie umiem go nie kochać. Jednocześnie aż do bólu jest przesycony tym rozkminianiem, błądzeniem bez sensu w myślach i słowach. Ciągle kawa. Ciągle pytania. Cięgle i ciągle, pogoda, bycie razem ale osobno, bezsensowne kółko zamknięte Eilim (pewnie źle to napisałam?). Takie to właśnie jest. Ucieczka nie tylko przed przeszłością, ale i własnym mózgiem, własnymi myślami, dosłownie wszystkim.
Potem się okazuje, że Axel to cholernie podobny przypadek - ta zmiana imienia w ogóle... No i moce. I ta potrzeba chłopaków, żeby żyć na zadupiu i się odciąć, ta stagnacja. Nie wiem co o tym myśleć. Ich relacja jest tak dziwnie bliska i daleka jednocześnie, przez parę pierwszych akapitów podejrzewałam, że wręcz może są ze sobą bliżej formalnie, bo to codzienne wspólne kawowanie rano, bo rozumienie bez słów. W ogóle dziwiło mnie, że Eili przyjął Larsa pod dach. Może od razu zaliczyli rozmowę o swojej "niezwykłości"? Albo to wyczuwają tacy? Albo jednak to była przyjaźń od pierwszego wejrzenia, zlali się, myśli ze słowami, kawa, nieudane spojrzenie skopanego kota (kuźwa, Lars, jprdl jestem twoją fanką, ale to ci nie wyszło :facepalm:). Naprawdę mam pełno w głowie niepewności i pytań, nie umiem ze sobą ustalić, jak oceniam sytuację.

Pomyślę jeszcze trochę i pójdę dalej z fabułą. Chwilowo nie wiem, czy jestem na nią gotowa. Paradoksalnie niewiele się stało przed tą wielką sprawą z zamachami na szpitale i jestem tak zagubiona, że mogłabym nie zakodować wielu ważnych szczegółów. Btw - manewr z 'mocami' Axela bardzo udany. Albo może to ja taka niedomyślna. Nie do końca czułam, że on jest taki, zanim nie dotarłam do rozmowy z przyjaciółką z dzieciństwa. I mogłam już wtedy z ulą stwierdzić - tak, jest niezwykły, dobrze mi coś kołatało z tyłu głowy. Moc Larsa pozostaje dla mnie nieco tajemnicza, nie wiem, jak do końca działają te ręce, które leczą.

Chyba tyle narazie, przepraszam za chaos. Muszę przyznać że twoje pisanie siada mi na mózg. Mocno. Tymi rozkminami, zapętleniami. Widać też niekiedy, że tekst pisany na przyjemnej fazie, szybko, pod wpływem weny. Ale jako mi to nie wadziło. Miałam problem na początku, ot, wgryźć się było ciężko, potem już z górki.

Także ten. Odezwę się znów :bag: i dobrze że wrzuciłaś.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Takk, men nei...

Post autor: pierdoła saska » 09 maja 2017, 23:00

Kan, twój komentarz sprawił, że zaczęłam się zastanawiać czy Axel gdzieś wprost nie powiedział o co loto z nimi Larsem. Krótka przebieżka po pierwszym rozdziale pokazała mi, że chyba jednak wywaliłam ten kawałek rozmowy xD Cóż, zatem wyjaśni narrator wybebeszając kawałek wspomnień Larsa, bo tego nie wywaliłam... jeszcze... chyba. *leci sprawdzić*
Swoją drogą pewnikiem miałam powód, aby to wywalić.
Szkoda, że go nie pamiętam.
:bag:
SpoilerShow
[
I muszę ułożyć sporo rzeczy w głowie, stąd pomysł, żeby się trochę rozlać w komentarzu. Jprdl, jak ja jednak kojarzyłam swoje funkcjonowanie forumowe z tekstami Marsy XD ten Sztorm dostany w pliku to nie to samo - zrobił ogromne wrażenie i nadal nie umiem powiedzieć jakie do końca (w kwestii takich czysto czytelniczych uczuć do bohaterów) ale no... jednak tekst na forum, twój aw, samo pisanie - monologi, rozkminy, kluchy w postaciach, niezdecydowanie, rozdarcie - tęskniłam. Serio.
*PĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄĄS* :tul:
To ten tego... @Kruff, teraz się boję czy mi syndrom rozmowy telefonicznej nie wlazł także do tego kawałka, choć tu stosowałam pewną zasłonę dymną xD



Zwarcie trójfazowe, czyli temu mózgowi na chwilę podziękujemy W plikach historia Carla Randstatda została rozbita na kolejne etapy edukacji i kariery zawodowej. Coś o rodzicach i rodzeństwie, z którego istnienia Lars nie zdawał sobie sprawy. Oceny ze szkoły, nawet cała praca magisterska i tak, zdecydowanie pamiętał jak powstawała. Potem kariera zawodowa rozebrana na części pierwsze, nawet jeśli chwilami były to bardzo niewielkie notatki, które sprowadzały rok życia do statystyki operacji i publikacji naukowych. Relacje z ludźmi stanowiły osobne kilka folderów pełnych skanów. Z kim się spotykał i kiedy – daty czasami ograniczały się do zdeklarowania kwartału, czasami były dokładne co do dnia i godziny.
Część z tego znał. Był bohaterem opisywanych wydarzeń i zastanawiał się skąd wiedzieli, kogo już odpytali, którzy ze wspólnych znajomych spędzili kilka dni życia czytając to wszystko i robiąc notatki kolorowymi długopisami na dostarczonych kartkach, które potem zeskanowano i dołączono do akt.
Część była absolutną nowością i czuł się paskudnie czytając o związkach, o których do niedawna nie miał pojęcia. To było jak zaglądanie kumplowi pod kołdrę i często robił sobie przerwy. Wstawał, chodził dookoła stołu, próbował zagadać Andreasa, ale ten uparcie milczał, więc siadał z powrotem i czytał dalej. Po kilku dniach sam zaczął robić notatki i dopisywać uwagi. Bo tak, na trzecim roku Carl pozwolił sobie na bardzo niefortunny komentarz odnośnie zawartości czaszki jednego z ich kolegów, który po pierwsze był wielki, po drugie miał plecy jak stąd do Władywostoku, po trzecie faktycznie był tępy jak żwir na pojeździe. I tak skończyło się na wielkiej burdzie i latających krzesłach, ale nie zaliczyłby tego do kategorii „Carl Randstadt objawia swoje prawdziwe ja.” Raczej „debili nie sieją, sami się rodzą” i w pierwszym odruchu to właśnie napisał. Potem uznał, że może powinien postarać się lepiej wyjaśnić co zaszło i że Holmqvist naprawdę, ale naprawdę, zasłużył sobie na ten komentarz i na wszystkie inne w kolejnych latach i że on, Lars Thorvaldsen, pojęcia nie ma co teraz Holmqvist robi, ale ma cholerną nadzieję, że nic, co ma jakikolwiek związek z medycyną, nawet jeśli oznaczałoby to mycie szpitalnych podłóg.
Przeciągnął się. W krzyżu strzeliło mu ostrzegawczo i zmełł przekleństwo.
Przerzucił stronę.
Powoli docierał do współczesności. Jeszcze czkało się dokumentom studiami, ale to były ostatnie podrygi zdechłej ostrygi i Lars czytał coraz wolniej. On został w Sztokholmie, ale Carl szukał szczęścia na południu. Malmo, Goteborg, Malmo, Karlskrona – zajrzał w spis treści i poczuł się jeszcze starzej. Miał niejasne wrażenie, że jego dokonania życiowe zajęłyby o wiele mniej miejsca i były o niebo nudniejsze.
Wyciągnął nogi przed siebie i zerknął na Andreasa. Prawdopodobnie nawet jego życie było ciekawsze. Nawet na pewno.
– Muszę zapalić.
Znał już dryl. Bramki, identyfikatory, lojalki. Paranoja zaczynała mu podpowiadać czyje oczy śledzą go, gdy krąży po peronach, między półkami w sklepie na stacji i na samej górze, gdy z papierosem w ustach idzie się dotlenić. Jednocześnie wszystkie te osoby pozostawały dla niego niedostępne, a on cholernie chciał pogadać o Carlu. Ułożyć sobie wszystkie myśli, które kłębiły mu się pod czaszką, zanim opowie Kari ostateczną wersję.
Oparł się o ścianę budynku i spojrzał w niebo.
Ale poplotkowanie z Kari też byłoby przyjemne. Na samą myśl o nim uśmiechnął się, ale szybko minęła mu pogoda ducha. Nie chciał się przed nią odsłaniać z chaosem…
– Przerwa?
Prawie podskoczył wystraszony.
– Przepraszam – roześmiała się. – Nie chciałam cię wystraszyć. Jak idzie?
– Na pewno wiesz.
Wzruszyła ramionami, ale nie zaprzeczyła. Był jej za to wdzięczny.
– Ale wiesz, myślałem nad tym wszystkim. Nie nad życiorysem Carla, choć nad nim trochę też, bo to kumpel, trochę razem przeżyliśmy, a potem drogi się nieco rozeszły i wyszło jak wyszło. Niemniej trudno tych dróg nie porównywać i – westchnął ciężko. Słowa pchały mu się na język, a każde kolejne zdawało się przypieczętowywać jego żałosny żywot. – I nawet nie chodzi o to, że rzuciłem robotę, bo wrócę do niej, tylko nie teraz. To trzeba mieć powołanie, a mnie się wypaliło – skłamał, ale tak płynnie, że aż się uśmiechnął, choć od środka zaczął go gryźć stary znajomy: strach panikarz. Bo kurde, może Kari wiedziała dlaczego wyjechał z kraju? Na chwilę znów był w kuchni na farmie i czuł na sobie spojrzenie Axela. Słyszał jak ten mu wyrzuca od panikarzy. – Za dużo i za szybko – podjął nim mu się myśli rozpędziły dalej i utopiły jego uwagę we wspomnieniach. – A tymczasem Carl… Praca na co dzień, artykuły, sympozja. Ja wiedziałem, że on ma łeb jak trzydrzwiowa szafa, ale i tak jestem pod wrażeniem. A w środku tego siedzą te całe podejrzenia…
Kari zacisnęła mu dłoń na nadgarstku i zamilkł. Rozejrzał się. Nikt się im nie przyglądał, ale co on tam wiedział.
– Myślę, że wystarczy na dzisiaj. Przyniosę ci rzeczy, poczekaj.
Tylko że jemu wcale nie spieszyło się do domu.

– Więc kim ona jest?
– Słucham?
Nawet nie zdążył zdjąć butów. Stał w przedpokoju w jednym na w pół zzutym, pochylony jak w ukłonie do Melli, która łaskotała go długimi liśćmi w kark, i próbował się nie wściec. Odetchnął głęboko i spróbował postawić się na miejscu swojego ojca. Człowieka, który wiedział o zamachach, bo przeczytał o nich w Dagens Nyheter albo Aftonbladet i pewnikiem wstrząsnęły one nim, jednak ciągle pozostawały czymś dalekim i niezwiązanym ze Szwecją i nim samym. I to było dobre. Lars nie chciał, aby ojciec wiedział więcej i martwił się bardziej.
– Lasse…
Nie umiał jednak zignorować rozbawienia i zaciekawienia w jego głosie. Oba wymieszane były tak, że robiły za paliwo do wielkiego neonu “przecież wiem, o co chodzi z tym powrotem”, który raził go w oczy i nie miał w sobie za grosz prawdy, bo Kari była urocza, ale nie w ten sposób i nawet nie chodziło o to, że praktycznie jej nie znał. Zdarzało się mu już zadurzyć od pierwszego wyjrzenia i ojciec z pewnością o tym wiedział, ale teraz chodziło o coś zupełnie innego. Większego. Ważniejszego.
Zdusił złość, skitrał ją głęboko i spróbował się uśmiechnąć. Lata bycia posłańcem złych nowin zaprocentowały i wyszło mu to całkiem nieźle. Zdjął buty do końca, odstawił je na miejsce i stanął w progu salonu. Kjell-Ake patrzył na niego ponad gazetą, radio szemrało cicho popołudniową audycją, a na stole stały dwie puste filiżanki.
– Więc? Jak ma na imię?
– Laura była?
Ojciec zarumienił się niezdrowo i w milczeniu wrócił do czytania artykułu. Lars jeknął potępieńczo.
– Spotkam ją w końcu? Jestem ciekaw, komu się udało stopić lód twojego serca. To musi być niesamowita kobieta. Może bym ci ją odbił.
Nie przejął się chrząknięciem ojca.
– Ja tam mam jeszcze czas na bycie kawalerem. Najpierw wyswatam Axela. – Sama myśl o tym sprawiła, że omal nie zakrztusił się ze śmiechu. – Ale tobie by się tu jakaś dusza przydała – spoważniał. Zmierzył ojca od czubka głowy po laczki trącące minionym wiekiem. – A wiesz, że mam naturę kwoki. Będę niepocieszony, jak dowiem się za pół roku, że wziąłeś potajemnie ślub i wyprowadzasz się do słonecznej Andaluzji. Wyprowadzaj, się, ale wiesz...
Ojciec skinął głową i rozmowa ostatecznie umarła. Może Lars nawet ją wygrał, może pierwszy raz od tygodnia nie myślał w ogóle o Carlu przez ponad kwadrans, ale zupełnie nie czuł satysfakcji.
Sięgnął do kieszeni, ale znalazł tylko puste opakowanie po papierosach. Dwa razy zastanowił się, czy chce wychodzić, ale oczywiście, że chciał. Rzucił tylko przez ramię, że idzie do sklepu i tyle go widziano. Ojcowskiego nie pal tyle bardziej się domyślił niż je usłyszał. Przewrócił oczami, bo jakby nie wiedział, że powinien zacząć coś robić z nałogiem nim go on wykończy. Był lekarzem.
Kopnął w krawężnik i zaklął, bo zdecydowanie to on na tym gorzej wyszedł. Zamiast do ICA poszedł aż do kiosku przy stacji i chwilę gapił się na bramki, walcząc z pokusą pojechania do miasta. Ręka świerzbiła go, aby wyciągnąć telefon i zacząć przewijać facebooka w poszukiwaniu kogokolwiek z kim można by pójść na kawę, ale ci ludzie mieli swoje życie. Rodziny, pracę, plany – a on nie był ideałem jeśli chodzi o podtrzymywanie tych znajomości po wyjeździe. Lajkowanie wpisów raz na tydzień nie bardzo się liczyło.
Wyłuskał papierosa z paczki i zapalił idąc w stronę domu, ale nie do niego. Minął go nawet nie zwalniając, skręcił dwa razy by dojść do granicy lasu i wszedł w cień drzew, gdy w dłoni został mu niemal sam filtr. Wcisnął go z powrotem do paczki i zapalił kolejnego.
– To bez sensu.
Drzewa wokoło nie wyraziły zainteresowania jego stwierdzeniem, ale był w stanie je zrozumieć. bez sensu mogło być wiele rzeczy, a on sam nie wiedział o której akurat mówi. Ustalenie tego stanowiło pierwszy krok do zrozumienia całej sytuacji.
– Carl jako terrorysta nie ma sensu.
Któreś z drzew zaskrzypiało ostrzegawczo.
– Naprawdę nie ma sensu. Po cholerę wysadzałby jakiś szpital na drugim końcu świata? Mało ich mamy u siebie? Zawsze uważał, że sprzątanie należy zacząć od własnego pokoju. No dobrze. Kiedyś tak uważał, ale takie rzeczy zostają w ludziach.
Zaciągnął się i powoli wypuścił dym z płuc. Przyglądał mu się w milczeniu, póki nic z niego nie zostało.
– Ale to organizacja. Może były powody – poddał się. – Niech mają rację. Co ja mam do tego?
To pytanie gnębiło go od kilku dni, ale umiejętnie spychał je na dno świadomości. Wciskał zaraz obok miejsca gdzie trzymał postanowienie zadzwonienia do Axela. Co Lars Thorvaldsen miał w sobie takiego, że to właśnie jego potrzebowano. A może miał tylko trochę wiedzy, nie więcej i nie mniej niż inni, ale chciał z siebie zrobić bohatera i wyróżniał się zupełnie bezzasadnie, by we własnych oczach odkupić winy.
Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Prosta ścieżka była pusta. Liście krzewów już opadły, wysokie korony iglaków pozostawały nieprzyjemnie nieruchome, a jednak coś zaszeleściło nieopodal. Nie ważąc się zrobić choćby kroku rozejrzał się i nasłuchiwał, ale dźwięk uparcie nie chciał się powtórzyć.
– Okey, nie mam win do odkupywania – mruknął. – Axel ma rację, a ja spanikowałem, bo nie mam ochoty zostawać niczyim obiektem badawczym. No poza byciem własnym obiektem do badania, ale to zupełnie inna rzecz.
Przez myśl przeszło mu, że o to wspina się na nowy poziom paranoi. Albo to, albo ponad rok na wyspie pozbawionej wielkich lasów sprawił, że coś poprzestawiało mu się w głowie.
Wsunął dłonie w kieszenie kurtki i spojrzał w górę. Chmurzyło się. Niebo prześwitujące między gałęziami było coraz bardziej białe, a cisza coraz bardziej przejmująca. Rozsądek mówił wracaj, dlatego Lars ruszył dalej w stronę jeziora. Wyciągnął trzeciego papierosa, ale go nie zapalił. Myśli porwały go na wycieczkę, której dawno nie odbywał.
Czy to, jak jego organizm tolerował i kontrolował prąd w kablach i nie tylko miało podłoże genetyczne? Powinno, bo miał to od urodzenia, ale czy w takim razie było w genotypie czymś nowym, czy raczej realizacją snu o niezgłębionej potędze ludzkiego umysłu?
Uśmiechnął się i papieros wypadł mu spomiędzy ust.
To drugie zawsze brzmiało lepiej, ale pierwsze miało więcej sensu. Udowodnił to Axelowi wielokrotnie.
Odetchnął, przykucnął, a po chwili już siedział po turecku na środku ścieżki i patrzył w niebo. Zapomniany papieros zmieniał się w miazgę pod jego dłonią.
Czyli nie nazistowskie poszukiwania kolejnego ogniwa w rozwoju ludzkości, a raczej świat z komiksów zza oceanu. Gdzie pomiędzy tym był Carl?
– Trzeba by zacząć od pytania, czy nowa cecha jest nieporządana. – Zrobił w myślach bilans spalonych w chwili złości żarówek, czajników, ekspresów do kawy i z bólem serca przyznał, że zjarana instalacja w domu jego nastoletniej miłości też była jego winą. – Bilans wychodzi na minus dla mnie, ale ile razy odpaliliśmy silnik w aucie pomimo rozładowanego akumulatora – zaśmiał się.
Drzewa zaszumiały ostrzegawczo i nie łudził się, że zdąży uciec przed deszczem. Wstał, drobne igły wbiły mu się w dłoń, przyczepiły do spodni. Szedł otrzepując się energicznie i z pewnością wyglądał głupio, ale nikt go nie widział. Było prawie jak na Islandii. Pomijając drzewa.
– Axel nie miał takich przygód.
Ale Axel też był starszy, o zgrozo bardziej flegmatyczny zazwyczaj i jeszcze kilka ważnych ale, z których istnienia zdawał sobie sprawę. A z tego płynął wniosek, który mu się ni cholery nie podobał i to jego zakomunikował rybom w jeziorze, jeśli jakiekolwiek akurat słuchały.
Stanął przy samej krawędzi w miejscu, gdzie brzeg był niski, a woda płytka.
– Jestem na pierwszej linii do odstrzału, a to znaczy, że to jest moja sprawa.
I nie żeby wcześniej nie przeszło mu to przez myśl, ale czasami musiał coś usłyszeć, żeby w pełni to do niego dotarło. Zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się głęboko, bo może lepiej było się samemu wykończyć, skoro nad wszystkimi wnioskami, do których doszedł na spacerze, wisiała cholerna chmura faktów. One nie bardzo przejmowały się tym, gdzie Lars Thorvaldsen widział siebie w konflikcie.
Zaczęło demotywująco kropić i cofnął się pod drzewa. W przypływie optymistycznej odwagi wyciągnął telefon i zadzwonił do brata, ten jednak, szuja jedna, nie odebrał. Automatyczny komunikat spokojnie i po islandzku objaśnił mu, że abonent ma wyłączony telefon lub znajduje się poza zasięgiem. Przez moment bawił się wizja schlanego z samotności Axela nim wywalił ją z myśli i wysłał smsa.

Gdy wrócił do domu filiżanki stały umyte w szafce, ojciec oglądał wiadomości i Lars przez chwilę stał w progu, patrząc na przewijające się nagłówki. Tragedię w Hiszpanii ogłoszono katastrofa budowlaną. W kraju zarządzono żałobę. Szwedzka rodzina królewska i przedstawiciele rządu składali kondolencje i wyrazy współczucia dla rodzin ofiar. Sztorm na południu zerwał kilkanaście dachów w miejscowości nieopodal Malmo, a w Vaxjo… Przestał czytać.
Ojciec patrzył na niego.
– Tato...
– Zaparzę kawy.
To nie było zaproszenie i Lars w milczeniu usiadł przy stole. Obracał w palcach zapalniczkę, ale nie ważył się wyciągnąć paczki, ani zapalić. Znów miał piętnaście lat, szykował się na wykład i mniej obawiał się ostrych słów, a bardziej zawiedzionego spojrzenia.
– Tato, nie-
– Lasse. – Kawa w białych kubkach była lurą, bo ojciec zawsze pił ją bardzo słabą, ale o tej porze to Larsowi nie przeszkadzało. – Wyjechałeś z kraju na ponad rok, w ogóle się do tego nie przygotowując. Wiem, że wynegocjowałeś warunki odejścia z pracy na swoja korzyść, wykorzystałeś urlop, zrobiłeś wszystko co się dało, aby móc jak najszybciej wyjechać. Twoi znajomi dzwonili do mnie i pytali co się stało. Zostawiali numery telefonu do znajomych psychiatrów i psychologów. Wiesz jak się wtedy czułem?
Przełknął nic nie rozumiesz i przepił je łykiem kawy. Syknął, gdy wrzątek poparzył go w język.
– Do ostatniej chwili nie powiedziałeś mi dokąd się wybierasz, a gdy już to zrobiłeś... Islandia, farma pośrodku niczego. Naprawdę? Tyle lat studiów, kariery i jechałeś strzyc owce? Nie wierzyłem, że jedziesz do Axela, ale Henning potwierdził, że on mieszka tam od przeszło roku i już niczego nie rozumiałem.
Spodziewał się, że ojciec go sprawdził, ale spodziewać się a wiedzieć stanowiło jednak różnice i zawód ukłuł go pod żebrem.
– A potem zacząłeś dzwonić i jeszcze mniej wierzyłem w historię o wypaleniu zawodowym, bo ciebie ciągnęło do pracy… Lasse, mogłeś oszukać wszystkich znajomych z pracy, ale mnie?
Nie mógł zaprzeczyć. Głupio mu się zrobiło, bo wierzył, że jednak udało mu się zachować pozory, a tymczasem… Z drugiej strony: kobieta?! Naprawdę jego ojciec tylko takie wyjaśnienie znalazł. A z trzeciej strony może należało się przyznać do kilku wypadków z przepalonymi bezpiecznikami dwadzieścia lat temu.
Pił kawę małymi łykami i rozważał opcje. Wredne mendy śmiały mu się w twarz.
– A teraz nagle wróciłeś i mam uwierzyć, że nie ma w tym żadnej jej…? Trochę za długo chodzę po tym świecie, żeby w takie rzeczy uwierzyć. Za dziesięć lat, może. Teraz…? Lasse…
Te wymowne zawieszenia głosu w każdej innej sytuacji by go rozbawiły i ze zdziwieniem odkrył, że o to trafił się wyjątek od reguły, bo go to nie bawiło. Ni cholery. Uśmiechał się dalej siłą odruchu, kolejne niepokojące odkrycie, które spłynęło na niego wraz z bólem mięśni twarzy.
– Tak, dokładnie. Nie ma żadnej niej.
– Lasse.
Na końcu języka miał imię Carla, ale przełknął je. Obiecał. Kari byłaby gwoździem do trumny, a nagłe cofnięcie się o pół roku i powiedzenie co wtedy zaszło, brzmiało jak jeden z jego najbardziej kretyńskich pomysłów.
Nie, to nie było złamane serce, tylko wiesz, w pewnym sensie kontroluję wyładowania elektryczne. Może nie błyskawice, ale… – to już wolał udawać, że faktycznie złamano mu serce.
– Tato, nie ma żadnej niej, ani tu i, uprzedzając pytanie, nie ma też żadnej niej na Islandii, która miałaby mnie ścigać za alimenty. Naprawdę mam coś do załatwienia tutaj i mogłem przyjechać cichcem i wyjechać za kilka dni – skłamał – ale jestem dobrym synem i zamiast wynająć pokój w Sztokholmie, to dałem ci znać i w ogóle. Jeśli kogoś znajdę, to na pewno dowiesz się o tym pierwszy, ale wydawało mi się, że nie jest ci tak spieszono do zostania dziadkiem.
– Nie młodnieję.
Cios poniżej pasa zabolał, ale pozwolił zepchnąć rozmowę na nieistniejące wnuki i dalszych krewnych, a potem nagle było już późno i ojciec szedł spać.
Lars odetchnął z ulgą i schował twarz w dłoniach.
Było mu wstyd.


Do ostatniej chwili rozważał czy nie zadzwonić i nie powiedzieć Kari, że się zatruł i dziś nie może przyjechać. Wiedział, że jeśli na nią spojrzy, to czknie mu się rozmową z ojcem i coś palnie. Bo Kari była sympatyczna, ładna i gdyby spotkali się w innych okolicznościach, to może by coś z tego wyszło. To i gdyby Axel nie opowiedział mu kilku historii z przeszłości.
Przewrócił się na bok.
Oczywiście, że myślał o Kari w ten sposób przez insynuacje ojca, a nie dlatego, że chciał po szczeniacku coś udowodnić.
Naciągnął kołdrę na głowę. W kuchni ucichł hałas towarzyszący myciu naczyń i po chwili zatrzasnęły się drzwi – ojciec wyszedł na poranny spacer. Teraz była szansa Larsa na wyjście bez konieczności odpowiadania na kolejne, pełne troski, niestety, pytania. Jęknął. Sięgnął po telefon, ale przez noc nikt nie dzwonił, nie przyszło żadne powiadomienie w tym nawet raport doręczenia wiadomości do Axela. I to go ruszyło. Usiadł i patrzył na ekran. W pierwszym odruchu chciał zadzwonić. W drugim zorientował się, że to bez sensu. W trzecim zaczął myśleć do kogo innego mógłby zadzwonić, a w czwartym przypomniał sobie, że najbliższego sąsiada mieli odległego o wiele kilometrów i może jednak jeszcze za wcześnie na podnoszenie alarmu. W piątym, gdy ekran telefonu już zgasł, a w nadwyrężany kark zaczął przejmująco boleć, wstał. Poszedł do kuchni, nastawił wodę i otworzył okno. Zapalił i odetchnął.
Co nie znaczyło, że pogodził się ze sprawą. Skądże.
Niepewność go gryzła. Wysłał maila i pół drogi w autobusie spędził przypominając sobie hasło do twittera, w naiwnej wierze, że jak nie drzwiami, to oknem, a jak nie oknem, to kominem. Zmełł przekleństwo zbiegając po schodach na Centralen. W metrze przykleił się do przeciwległych drzwi i patrzył za szybę w ciemność. Ta jednak nie patrzyła na niego i czuł się olany.
W chwili, w której to sobie uświadomił, uśmiechnął się, na co nikt nie zwrócił uwagi, ale już minął poranny szczyt i świadków było niewielu. Na Tekniska Hogskolan nieliczni stali z nosami w telefonach i czytnikach. W nadopiekuńczym społeczeństwie mieli na siebie nawzajem zaskakująco wyrąbane.
Jedyną osobą zainteresowaną otoczeniem była Kari.
Kathrine.
– Możemy pójść na kawę? Miałem ciężką noc i jeszcze nie piłem – skłamał z uśmiechem. – Poza tym Axel nie odbiera telefonu i zaczyna mnie to denerwować.
– W końcu został sam, jak lubi.
– A tam lubi. To bardziej zawiłe.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem odmalowanym na twarzy i wzruszył ramionami, cokolwiek to miało oznaczać. Przepuścił ją na schodach i nie pozwolił zapłacić za kawę w tekturce w sklepie. Uniósł się honorem, a ona śmiała się. Przynajmniej dopóki nie odezwał się znowu i w sumie wiedział, że tak będzie.
– Ty nie wiesz co z nim? Nie macie na niego oka czy czegoś w tym guście?
– Nie.
– Ale opowiedziałaś przy nim o wszystkich waszych podejrzeniach, to trochę-
– Lars…
– Naprawdę chodzi mi o to, że przydałby mi się. Nie zna Carla, chyba że kiedyś po pijaku o nim wspomniałem, ale nawet jeśli, to pewnie już trzy razy zapomniał. To Axel. – Przewrócił oczami. Kawa zaczynała go parzyć przez tekturkę i przełożył ją do drugiej ręki. – Jednak po genach, może z ojca, wpadło mu w charakter więcej czepiactwa i zwykle mnie to wkurza, ale teraz by mi się przydało. Mam artystyczny chaos w głowie.
– Spisuj wszystko.
– Tego nie da się spisać – westchnął.
Wchodzili stromym chodnikiem na szczyt wzgórza, co uzasadniało przydługie pauzy w środku zdań, a nawet te na końcach.
– To byłaby trójwymiarowa konstrukcja działająca na wiele sposobów, póki Axel nie udowodniłby mi, ile z moich teorii nie trzyma się kupy jeśli zajrzeć nieco głębiej. I tak mnie naszło, że mógłby mi pomóc, ale nie odbiera i mnie to gryzie. Podwójnie. Mogę?
Przytaknęła.
– To bez sensu. – Pozwolił słowom przebrzmieć, a przede wszystkim ominęli sklep, którego szeroko otwarte drzwi go speszyły. – Jest kolosalna różnica pomiędzy całkiem prawdziwym stwierdzeniem, że osłabiamy swój genotyp, a mordowaniem ludzi i myślałem nad tym całkiem sporo przez ostatnie kilka dni. Carl nigdzie nie powiedział, że ma w planie masowe mordowanie ludzi. Mówił o kontroli i świadomości tego co robimy, bo faktycznie, nie zrozum mnie źle, ale tak, w dalekiej perspektywie szkodzimy sobie. Spędzamy cholernie dużo czasu na hodowli psów czy koni, dbamy o to, kto będzie ojcem, kto matką żeby otrzymać potomstwo o najlepszych cechach rasy i zachwycamy się nim potem. Chwalimy hodowców, wręczamy medale i płacimy wielkie pieniądze, a tymczasem sami rozmnażamy się jak popadnie z genetycznego punktu widzenia. Wspólnych pasji i charakterów nie mamy zapisanych w genach. Z punktu widzenia DNA wszyscy jesteśmy równie nudnymi jednostkami. Niby się różnimy, ale pozostajemy w pewnych określonych ramach, które nazywamy normalnością. Wszystko poza nimi jest raczej niepożądane. – Sam się zdziwił jak ładnie mu wyszło to stwierdzenie.
Raczej było tu słowem kluczowym i bał się, że zadrży mu przy nim głos, a refleksje ze spaceru po lesie sparaliżują na chwilę nogi, ale nie. Nie zwolnił, nie potknął się, nie zakrztusił. Jeśli Kathrine zwróciła uwagę na dobór słów, to nie dała tego po sobie poznać. Szła nadal w tym samym tempie, przez co Lars musiał zwalniać, skracać krok i męczył się bardziej niż powinien, ale nie śmiał narzekać.
– Chodzi mi tylko o to, że w tych papierach jest sporo rzeczy, które brzmią przerażająco, ale są prawdziwe i na co dzień godzimy się z nimi. Kiedy jednak ktoś nam nimi rzuci w twarz, to nagle spada na nas święte oburzenie i zaczynamy mówić o humanitaryzmie, moralności i tak dalej. I dobrze, że to robimy, bo takie współczucie i zrozumienie, to esencja tego kim jesteśmy jako ludzkość, ale nie zmienia to faktów. A obecnie żyjemy w gównianych czasach, gdy z jednej strony doskonale znamy ryzyko, umiemy je nawet przewidzieć, ale jednocześnie robimy bardzo niewiele, aby je zminimalizować.
– Czyli twoim zdaniem Carl Randstadt ma rację?
Poczuł jak dreszcz spływa mu po plecach. Dlatego właśnie potrzebował Axela! W jego analizie były dziury. Wiedział o nich. Wiedział, że miejscami wyciąga daleko idące wnioski, w dodatku chwilami idą one w przeciwnych kierunkach. Tymczasem Kathrine patrzyła na niego uważnie. Nieprzyjemnie nawet, bo jej twarz nie wyrażała niczego. Nieruchoma maska obojętności aż nadto przypominała mu tych pacjentów, którzy nie przeżyli. Czasami zmarli na stole, czasami operacja miała miejsce za późno, czasami nawet nie byli jego pacjentami, a kimś, kto przewrócił się na korytarzu i już nie wstał. A teraz ona patrzyła na niego w ten sam sposób. Jakby mogła zajrzeć mu w myśli i wyciągnąć stamtąd najgłębiej skrywane sekrety, więc zamiast milczeć i grać na czas na pewno lepiej byłoby je szybko samemu opowiedzieć i zachować choć cień godności. Tymczasem jego dopadło pytanie, czy jej oczy są tak zielone naturalnie, czy to może soczewki i za nic w świecie nie mógł się przestać zastanawiać.
– Lars?
– Co do problemu, tak. Ma rację. Co do środków, nie. I mówiłem, to nie ma sensu. Takich rzeczy nie robi się w ten sposób. Nie żebym miał jakiekolwiek doświadczenie w światowym terroryzmie – zaśmiał się niezręcznie i nawet dla siebie samego brzmiąc kretyńsko – ale gdybym chciał skłonić ludzi do zrewidowania ich podejścia do tego, jak się rozmnażają, to zacząłbym od pracy u podstaw. Od szerzenia świadomości o chorobach genetycznych, rozwijania badań, a nie od wysadzania cholernych szpitali. Więc jeśli faktycznie Carl ma z tym związek, to totalnie nie rozumiecie dlaczego to robi. A jeśli jesteście pewni motywów, to znaleźliście sobie złą ofiarę, bo to się nie trzyma kupy. To co mówił zanim walnęło i to, co niby wynika z walnięcia.
Zgniótł pusty kubek i rozejrzał się za śmietnikiem, ale żadnego nie było w zasięgu wzroku. Czas rozciągał się jak guma, co na pewno Axel umiałby wyjaśnić, albo by wyśmiał, to naprawdę nie było ważne, bo w głowie Larsa myśl goniła myśl i miał wrażenie, że musiało upłynąć już dobre kilka minut od kiedy przebrzmiały jego słowa, a Kathrine nadal milczała i z każdą chwilą robiło się to coraz bardziej nieznośne.
– Wiem, że to brzmi radykalnie-
– Nie tłumacz się – przerwała mu. – Ściągnęłam cię tu, żebyś powiedział co myślisz, bo wierzyłam, że możesz zrozumieć Radstadta. Gdybym podejrzewała cię, o związek z zamachami, to odbyłoby się to zupełnie inaczej i to nie są czcze pogróżki. Kilka osób trafiło tu w o wiele mniej przyjemny sposób i nie wychodziło na papierosa tak często jak ty. Na wszelki wypadek. Nie pytaj kto. Im mniej pytań zadajesz tym lepiej, chyba że naprawdę chcesz się zaangażować. To co napisałeś przez ostatni tydzień, to jak skomentowałeś suche wydarzenia, jest niepokojące, ale świadczy też o tym jak bardzo rozumiesz Randstadta, a to cenne. Jesteś jednak cywilem i wciągnięcie cię w to głębiej… Powiem to wprost. – Zatrzymała się. – Tak, nie tylko ja, ale moi przełożeni widzieli by cię w zespole, bo mamy zespół, a nie tylko mnie, Andreasa i Bo. Ale do niczego nie zamierzamy cię zmuszać. To może się zmienić, ale póki co to oficjalne stanowisko.
Doskonale zrozumiał, co chciała powiedzieć.
– Już prawie skończyłeś.
– W zasadzie już spisuję wnioski – przyznał.
Nie przesadzał. Trzy godziny później postawił ostatnia kropkę i wyszedł wolny na peron. Złapał trzynastkę na stare miasto i długo chodził wąskimi uliczkami Gamla Stan niepewny, czy chce jeszcze jedną kawę, a może woli coś zjeść coś lub wypić piwo. W końcu zrobił i jedno i drugie. Zostawił też wiadomość na poczcie głosowej Axela i zrobił taki rajd po facebooku, że przez chwilę poczuł się na bieżąco, a potem wszystko wróciło.
Oparł się o zimną ścianę w wąskiej uliczce i zamknął oczy. Słyszał śmiejących się turystów nieopodal, warkot silników, kroki i marzył o przerażającej ciszy pustkowi daleko stąd, gdzie Carl Randstad był wspomnieniem.
Obrócił telefon w dłoni.
Lekarzem, a nie mordercą.
Pobliska latarnia zamigała ostrzegawczo i zgasła. Spojrzał na nią kątem oka i westchnął. Wcale nie był pewien czy naprawdę chce zostać obrońcą uciśnionych, ale wydawało mu się że powinien. Był lekarzem.
Póki nie stchórzył. I dobrze, Axel miał rację, nie było mowy o winie. Honor jednak stanowił zupełnie inną sprawę.
Wchodzę w to.
Wysłał wiadomość zanim zdążył się nad nią drugi raz zastanowić.
Kari odpisała po minucie.
Tekniska hogskolan, jutro, 9:37 punkt
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

ODPOWIEDZ