Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Requeim dla cara

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Requeim dla cara

Post autor: MononokeGirl » 10 lutego 2017, 13:37

Instant - mało czasu, a pomysł jak widać długi ^^ I całkowicie nieprzemyślany ^^" Mogą pojawić się literówki, bo pisałam szybko i mój program od wyłapywania błędów oszalał (cały tekst mam podkreślony na czerwono, więc dostaję oczopląsu :<), za co przepraszam. Co do błędów interpunkcyjnych to przyznaję, że interpunkcję stosuję intuicyjną. Jak mi ostatnim razem @ Kruffachi, zwróciła uwagę na interpunkcję to przyznam ze wstydem, że ani jednej reguły na jej zastosowanie nie mogłam sobie przypomnieć (są jakieś reguły?) :bag: Ale obiecuję poprawę :P Tylko czas muszę znaleźć i dobry poradnik ^^


I. Hymn gloria victis

Znowu wiał zimny wiatr znad morza. Nagły podmuch prawie zerwał i porwał w niebo kaszmirowy, czerwony szalik z długiej szyi Fryderyka. Młodzieniec pochwycił go w ostatniej chwili odzianymi w skórzane rękawiczki dłońmi. O takich mówiło się, że są wprost stworzone do fortepianu. O szczupłych, długich palcach, wypielęgnowanych paznokciach, wąskim nadgarstku. Z wyrazem ulgi okręcił kaszmirem kark, osłaniając również połowę przystojnej, choć nieco mizernej i bladej twarzy. Z nosa wydobywały mu się małe kłębki pary. Szczypało przy każdym oddechu, na szalu tworzyły się kryształki szronu. Miał wrażenie, że taki sam pokrywa jego drogi oddechowe. Odkaszlnął, odruchowo kierując dłoń ku twarzy. Wąskie wargi miał znowu wyschnięte i popękane, z dolnej wargi sączyła się krew. Czuł jej słonawy smak na języku.
Wątłe zdrowie prześladowało go od zawsze. Kiedy dzieci z folwarku biegały, bawiły się i rozrabiały, niczym diablęta, on – panicz na dworku – leczył kolejne dolegliwości i oddawał się nauce. Pochodził z rodu szlacheckiego o długiej historii – jego przodkowie walczyli pod Cedynią, przelewali krew Krzyżaków na polach Grunwaldu, zdobywali Moskwę, bronili Wiednia. Dziadek opowiadał mu setki historii o ich mężnych czynach. Tymczasem ze wszystkich cech tych wspaniałych mocarzy, dwudziestoletni Frycek odziedziczył jedynie wysoki wzrost, który w połaczeniu z chudością nadawał mu wyglądu jeszcze bardziej słabowitego, niźli by był w rzeczywistości.
Docisnął głębiej na oczy futrzaną czapę równie płową, co jego własne, nieforne loki; opatulił się ciaśniej wełnianym, podbitym kożuchem płaszczem, a i tak miał wrażenie, że wiatr wykorzystuje każdą, nawet najmniejszą szczelinę i przenika pod ubranie. Kończyny miał zgrabiałe, prawie stracił czucie w stopach. Oficerki były stanowczo za cienkie jak na takie mrozy. A to jeszcze nie była nawet zima! Wystarczyło, żeby do Petersburga zawitała jesień, aby poważnie zaczął rozważać powrót do ojczyzny, albo jeszcze lepiej – emigrację na południe. Do Francji na Lazurowe Wybrzeże, do Włoch, Grecji. Im dalej tym lepiej. Chociaż miał wrażenie, że nawet skwierczące, afrykańskie słońce nie zdoła wygnać chłodu, który zmroził młodzieńca do szpiku kości.
Chyba, że grzane wino, miód lub wódeczka. Niestety w jego kieszeniach znów świeciła pustka, ostatnio nie dostawał żadnych angaży, a na kieszonkowe z domu jeszcze przez jakiś czas będzie zmuszony poczekać. Wizyty w klubach na razie pozostawały poza jego zasięgiem.
A niech piorun trzaśnie wszystkich carów Rosji i ich idiotyczne pomysły! Zachciało się takiemu Wenecji! Fryderyk nie potrafił odmówić stolicy uroku i rozmachu, z jakim ją zbudowano, choć na zawsze miało pozostać tajemnicą, ile żyć pochłonął szalony projekt. Stała na grobach swoich budowniczych. Chłopak podziwiał klasyczne, majestatyczne pałace, złote dachy cerkwi. Nie dało się patrzeć na nie bez zachwytu. Jednak mało to było innych, pięknych zakątków w tym kraju?! Musiał wybrać akurat tak daleko wysunięte na północ?! Państwo to, chociaż ogormne i potężne, trawiła okrutna choroba w postaci jego kolejnych władców. Jak nie egocentryk z manią wielkości jak Piotr I to znowu miernoty takie jak pantoflarz Mikołaj II. Już jego pupilek - obrotny Rasputin - byłby lepszym kandydatem do tronu. Może szalony, może hulaka, ale z bezsprzecznym talentem do stawiania się na najlepszej, możliwej pozycji. Frycek gardząc carem, podziwiał jego protegowanego. Młody mężczyzna chciałby mieć podobny talent, charyzmę i siłę przebicia. Może wtedy Katrina przestałaby patrzeć na niego z rozbawieniem w piwnych, kocich oczach?
Katrina, Katrina… Ech. Co też on sobie myślał? Co go podkusiło, żeby pchać się za nią na koniec świata? Jechać jak ten szczeniak prowadzony na smyczy. Idiota. Starał się zachować pozory i resztki swojej męskiej godności, a jakże. Cały czas powtarzał, że jest to poświęcenie w imię sztuki i przyjechał tylko po to, aby rozwijać swoje zdolności pianistyczne na Konserwatorium Petersburskim. Znał rosyjski, chociaż nie tak dobrze jak francuski, więc wszystkich dziwiło, czemu wybrał Wenecję Północy, zamiast Paryża. Zwłaszcza, że dał się już poznać francuskiej publiczności, bo wielokrotnie odwiedzał ten kraj, jeżdżąc do sanatoriów, czy spędzając srogie, nadniemenskie zimy nie w ojczyźnie, a nad morzem Śródziemnym. W porównaniu do Petersburga, Litwa wypadała prawie jak kraj tropikalny. Teraz nie wiedział czy uda mu się wytrzymać w tych nieprzyjaznych warunkach jeszcze kilka miesięcy. Będzie musiał wspomnieć Katrinie o swoich obawach. To była całkowicie jej wina, więc niech teraz weźmie odpowiedzialność za swoje czyny i rozgrzewa go w długie, zimowe wieczory. Aż uśmiechnął się na samą myśl, lecz natychmiast tego pożałował. Dolna warga zapiekła.
Prędko pokonywał kolejne przecznice, przebierając nogami tak szybko jak tylko potrafił z nadzieją, że dzięki temu chociaż trochę się rozgrzeje. Nic z tego. Co chwila musiał przechodzić przez kolejny z kilkuset mostów, a dopiero tam wiatr pokazywał na co naprawde go stać. Wył i drwił sobie z jego wysiłków, wciskał dech z powrotem do gardła. Nawet ustać nie mógł. Zbijał go z nóg, więc gubił kroki, zataczając się jak pijany. Pomimo trudności oddalał się coraz bardziej od swojej szlachetnej uczelni, zmierzając ku obrzeżom miasta.
Petersburg mógł być nowy, ale nie na tyle, żeby nie zdążyła już powstać dzielnica biedy. Pomiędzy budynkami pojawiły się linki z rozwieszonym praniem. Nikt nie wstydził się suszenia swoich gaci nad głowami przechodniów. Ani wylewania nieczystości prosto na ulicę, więc pilnował tego, po czym chodził. Nie raz na ścianach zauważył resztki plakatów nawołujących kolektyw do jednoczenia się przeciwko burżuazyjnemu molochowi. Czasami ściany obdrapane były z farby, a nawet z tynku. W tych miejscach zapewne widniały rysunki z hasłami Czerwonego Ludku. Gdyby straż miejska je zauważyła to kłopot miałby nie tyle właściciel kamienicy, a bardziej zarządca, bo bogacze zostaliby postraszeni, ale raczej nikt nie podejrzewałby ich o sympatię do ludowców. Tymczasem pechowy dozorca mógł nawet zostać wysłany, aż do Nowosybirska. Chociaż tak naprawdę nikt nie był bezpieczny, bo jednocześnie współpraca z elementem wywrotowym na rzecz obalenie obecnie istniejącego porządku była idealnym pretekstem, żeby pozbyć się niebezpiecznej konkurencji. Zatem nikt nie chciał ryzykować. O farbę nie zawsze było łatwo, więc na propagandowej wojnie cierpiała estetyka budynków.
Frycek wszedł w bramę i potknął się o leżącego w niej mężczyznę. Może gdyby w brudnym zaułku nie wgryzałby mu się w nozdrza zapach wymiocin to zmartwiłby się stanem nieznajomego, a tak kopnąwszy go, nawet nie zwolnił. Pijaczyna wycharczał coś bełkotliwie, więc żył. A to znaczy, że mógł się o siebie sam zatroszczyć. Student minął pierwszy, mroczny dziedziniec z studnią na środku i ustawioną w kącie rozpadającą się, drewnianą budą. Na kolejnym podwórzu wszedł w klatkę schodową - na szczęście zawsze była otwarta - i zszedł wąskimi schodami do piwnicy. Sufit w korytarzu na dole był tak niski, że musiał się zgarbić. Chwilę odczekał, zanim jego oczy przyzwyczaiły się do całkowitego mroku. Jednym żródłem światła był słaby, żółty poblask wydostający się przez szpary drzwi z końca ciasnego korytarza. Stamtąd też dochodziły do niego przyciszone, męskie głosy.
—... i sądzisz, że to pomoże? — wątpił jeden.
— Według mnie wręcz zaszkodzi! To jak podpisywanie się obiema rękoma pod naszymi wcześniejszymi działaniami, a to ma być konspiracja! Konspiracja! Wiesz, co to w ogóle znaczy?! — zakrzyknął drugi. Oprócz gniewu wyczuwało się słabo ukrywany strach.
— Żeby nie drzeć tak paszczy? — zakpił trzeci i zawtórowały mu przytłumione śmiechy.
— Sam masz paszczę. I to paskudną — nie zdał się zbić z tropu Krzykacz. — Nie rozumiecie? I tak obserwują uczelnię. Jeśli ten sadysta Pietrow ucierpi zaraz po tym jak zajął się Andruszką i Wicią to na pewno nie skojarż tego z nami. Oczywiście, też wierzę w cuda — dodał złośliwie, ale znacznie ciszej.
— Więc chcesz ich zostawić? — wysyczał z goryczą czwarty. Bliski znajomy któregoś z dwójki wymienioych spiskowców złapanych na gorącym uczynku przez służby bezpieczeństwa. Przez cierpienie ledwie mógł wydobyć dźwięki z ściśniętego gardła.
— Oczywiście, że nie! — oburzył się, znów podnosząc głos.
Fryderyk z pewnym siebie uśmiechem szarpnął nagle za drzwi, otwierając je na oścież, a zebrani za nimi w małej piwniczce młodzi mężczyźni skoczyli wystraszeni. Stał i napawał się chwilą. Trochę potrwało zanim opanowali się i go rozpoznali, bo mała, naftowa lampka stojąca na środku podłogi, przy której się zebrali, oślepiła ich. Szamotali się, odsuwając jak najdalej od wejścia. Student parsknął krótkim śmiechem.
— Frycek! Diable jeden! — zawołał w końcu Krzykacz.
— Jurij, parodio spiskowca, nie zrozumiałeś, co mówi Aleksy? Ścisz się. Z klatki schodowej już cię słychać — odparł ciepło, ściskając dłoń kolegi. Chłopak miał zawadiacki uśmiech i żywe, brązowe oczy.
Inni nie przywitali się z nim aż tak wylewnie. Tylko on i Jurij mieli szczęście pochodzić z dobrze sytuowanych rodzin, dlatego swoje działania traktowali bardziej, jako przygodę, niż brali na poważnie. W każdej chwili mogli opuścić Rosję i nie przejmować się za bardzo jej problemami. Reszta towarzystwa miała mieszane pochodzenie. Zubożali szlachciątka, synowie wszelkiej maści mieszczan, a nawet kilka przybłęd niewiadomo skąd o oczach drapieżników. Główny trzon stanowili idealiści, studenci-romantycy, przez co ich działania były chaotyczne i nieudolne. Jak choćby to posiedzenie w slumsach przy pojedyńczej, gazowej lampie jak na zebraniu licealistów, gdy jeden z nich znalazł u ojca książkę o treści nieprzystojnej i zakazanej dla tak młodego umysłu. A przecież dyskusja dotyczyła czegoś znacznie poważniejszego! Przyszłości ich druhów, a także pozbawienia życia znanego z okrucieństwa oficera.
Na początku zaczynali w prywatnych pokojach klubów, na strychach, cmentarzach, wirydarzach, katakumbach. Wszędzie tam, gdzie w powietrzu unosiła się atmosfera tajemnicy. Okuci w czarne peleryny, z weneckimi maskami na twarzach – tworzyli zacne Bractwo. Kiedy służby bezpieczeństwa zaczęły się interesować jego członkami to poziom spotkań spadł gwałtownie. Fryderyk powinien dać sobie z nimi spokój już dawno. Sprawa, o którą walczyli nijak go nie dotyczyła. Gdyby nie to, że Katrina wprowadziła go do towarzystwa… Co było z tą kobietą nie tak, że musiała zawsze iść pod prąd? Zadawać z Cyganerią, tajnymi organizacjami...
— Podajcie mu butelkę. Widać, że zmarzł jak pies — powiedział ponury Aleksy. Wbrew słowom Jurija wcale nie był brzydki. Miał trochę za długi, piegowaty nos przez co jego oczy wyglądały na mniejsze i wiecznie zmrużone jak u Azjaty. Jednak pasowało to do trójkątnej twarzy z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi.
Frycek chętnie przyjął butelkę. Już od samego zapachu zapiekło go w nosie, ale pociągnął łyk. Prawie wypaliło mu przełyk, prychnął i sapnął, w oczach pojawiły mu się łzy, lecz od razu go rozgrzało.
— Mocne — wychrypiał, siadając w kręgu, a wtedy kilka osób zakpiło z "delikatnego, polskiego gardziołka". — My przynajmniej pijemy alkohol, a nie czysty spirytus. A to w ogóle pachniało bardziej jak rozpuszczalnik do farb — odpysknął się. — Jurij pożyczył z atelier?
— Nie dość, że przyniosłem porządny bimber, co daje kopa to jeszcze narzeka! — odburknął tamten, zwieszając nos na kwintę. Po niepewnej minie widać było, że sam nie wie, z jakich składników był on pędzony.
— Więc co zamierzacie w sprawie Andrieja i Wiktora? — zmienił temat, bo pomimo wszystko był wdzięczny koledze za darmowy napitek. Uznał, że dpolska duma została obroniona i nie ma, co dłużej drążyć tematu.
— I tu jest problem, bo się nie zgadzamy — odparł Aleksy. — Jedni chcą zdecydowanych działań, czyli odbicia i pomszczenia krzywdy chłopaków. A inni się nie zgadzają.
— Popieram tych, co są przeciw — rzekł stanowczo Polak, pochylajac się do przodu. Stojąca na podłodze lampa pogłębiła cienie na jego twarzy, nadajac mu wygląd cierpiętniczej duszy. — Trzeba zorganizować im ucieczkę, ale nie z fajerwerkami. Po cichu.
— Bzdura! — oburzył się któryś siedzący z boku. — Trzeba pokazać ludziom, że nie daliśmy się zastraszyć! Inaczej stracimy poparcie!
— Jeśli wystrzelają nas jak kaczki to sądzisz, że sytuacja rewolucji się poprawi? — spytał do, podnosząc w górę brew. Odchylił się do tyłu i rozparł, rozkładajac kolana i opierając na nich dłonie.
— Najważniejsza jest ostrożność i rekrutacja. Jeśli rozejdzie się, że chłopaki zostali uratowani to zyskamy. Opowiadając plotki, bohaterskie historie... — pochwycił Jurij.
— Zostawcie to mi — uśmiechnął się Aleksy. Był seminarzystą teologi. Wygłaszanie płomienistych przemówień uważał za swoją specjalność. — Stworzę nam taką legendę, że będzie krążyć po Petersburgu do końca świata i o jeden dzień dłużej.
— To ten wątek chyba zamknięty?
— Nic się nie znacie! Potrzeba nam bohaterów! Żeby ludź… — Pesymista umilkł nagle, bo jeden z towarzyszy zatkał mu usta dłonią, a wskazujący palec drugiej przyłożył do własnych warg.
— Słyszeliście? — wyszeptał.
— Wrzask?
Zastygli, nasłuchując. Po tym jak łatwo zaskoczył ich Fryderyk udało im się zachować większą czujność. Przy suficie znajdował się zakryty szmatami lufcik. Chłopak znajdujący się najbliżej wstał i zbliżył do niego głowę.
— Kroki! Straż! — Wyszeptał prawie niesłyszalnie, ale przerażony wyraz twarzy był wyraźniejszy, niż krzyk.
Zerwali się na równe nogi. Fryderyk, jako pierwszy wybiegł na korytarz, uderzając po drodze czołem w progu o niską framugę. Na zewmątrz zawahał się i ta jedna sekunda wystarczyła, aby został odepchnięty na ścianę. Większość w panice rzuciła się ku schodom, jak szczury opuszczające tonący statek. Pchani na ślepo do przodu przez instynkt. Przy polskim szlachcicu został jedynie Aleksy z Jurijem. Podźwignęli go i zaczęli ciągnąć ku wyjściu, ale ich zatrzymał. Może przywalił sobie w głowę, ale jeszcze nie oszalał.
— Wejdziemy prosto na straż — zauważył, dotykając skroni. Nabił sobie paskudnego guza. Skóra pod palcami była szorstka, jakby zdarta papierem ściernym. Zakręciło mu się w głowie.
— Okna po drugiej stronie. Trzeba wyłamać drzwi. Wyjdziemy na ulicę — stwierdził Aleksy, a Jurij potaknął – był najmocniej zbudowany. Rozejrzał się i wybrał najpodlej wyglądające drzwi. Wystarczyło mu tylko jedno, mocne uderzenie barkiem i już był w środku. Podbiegł od razu do okna, otworzył je, a potem wyłamał ramę. Trzasnęło, ale w tej samej chwili po przeciwnej stronie budynku odezwały się gniewne okrzyki stróżów prawa i nieckie przerażonej młodzieży. Po twarzy Jurija przebiegł grymas żalu.
— Najpierw Frycek, jest najszuplejszy — zdecydował Aleksy, zamykając za sobą drzwi i blokując je workiem ziemniaków.
Jurij bez dyskusji złożył dłonie i pomógł koledze wydostać się na zewnątrz. Uliczka była nienaturalnie opustoszała. Menty społeczne mieszkające w okolicy wyczuwały kłopoty na odległość i nie wyściubiali nosów ze swoich kryjówek, modląc się, aby to nie o nich chodziło. Fryderyk chwycił Aleksego za dłonie i pociągnął, zapierajac się całym ciałem do tyłu. Jurij popychał nogi kolegi, więc szybko poszło. Nim jeszcze Aleksy podźwignął się z chodnika, ostatni z nich nie czekając na pomoc, podskoczył i wygrzebał się do połowy. Niestety korpus utknął mu w wąskim otworze. Potrzeba było siły obydwu pozostałych, aby mógł wyjść.
Wtedy usłyszeli pierwszy strzał. Zastygli z głowami obróconymi w stronę, z kąd doctarł do nich huk.
— W nogi! — pogonił ich Fryderyk, nagle odzyskując energię. Strach jeszcze do niego nie dotarł – może przez to uderzenie w głowę. Na razie czuł jedynie podniecenie. Popchnął pobladłego Jurija, pociągnął za sobą. Puścił jego dłoń dopiero, gdy się rozpędzili.
Wylot uliczki jawił mu się, niczym baram do nieba. Już blisko i naprawdę będą wolni! Uda im się... Jeszcze tylko kilka kroków. Oddech się rwał, w płucach paliło. Jego kondycja była naprawdę żałosna. Zamierzał poszukać sobie jakiejś nory, schować się przy pierwszej nadarzającej się okazji i przeczekać obławę.
Nie wiedział, że już za rogiem czekało na niego przeznaczenie.


II. Preludium zimowe

Obudził go kubeł zimnej wody. Chłopak wierzgnął, jak ryba wyciągnięta na brzeg, otwierając i zamykając usta. Zakrztusił się, obrócił na bok i wypluł wodę. Tylko tyle mógł zrobić ze związanym za plecami rękoma. Na grzbiecie nie miał wełnianego płaszcza, a jedynie cienką koszulinę. Przez mokrą, białą tkaninę przeświecała skóra. Trząsł sięjak w febrze, leżąc na kamiennej podłodze. Wargi mu posiniały, a wokół oczu zrobiły się jaskrawoczerwone obwódki. Półprzytomnym wzrokiem szukał napastnika.
"Zatem umrę na zapalenie płuc" pomyślał, zaskakująco spokojnie. Byłu mu tak zimno, że mózg odmawiał przejmowania się czymkolwiek innym. Tak nawet jakby do wnętrza czaszki dostał się lód i zmroził jej zawartość.
Przed nim stał w rozkroku z rękoma założonymi na piersi Pietrow we własnej, zniesławionej osobie. Na piersi czerwonej marynarki z epoletami pobrzękiwały mu medale za męstwo i inne nieznane mu bohaterskie przymioty – nigdy bowiem nie pohańbił się uczestnictwem w bitwie. Ale zbrukaniem swoich dłoni krwią niewinnych już prawdopodobnie tak. Był mężczyzną o potężnej budowie, więc zawłaszczał samą swoją obecnością całą przestrzeń ciasnej celi.
— Psed… kopiefe…foją…gebe… — wybełkotał, co miało znaczyć tyle co: "Przed śmiercią wolałbym zobaczyć jakąś ładną kobietę, niż twoją brodatą gębę". Na szczęście dla niego większości nie był w stanie, nawet wymówić, a próbując, tylko się opluł. Gdyby oficer go zrozumiał wiadomość to prawdopodobnie zareagowałby bardzo gwałtownie i skończyłoby się dla chłopaka bardzo boleśnie. Tymczasem Fryderyk pełzał, próbując przyjąć jakąś bardziej godną pozycję. Niestety kończycy całkiem mu zdrętwiały i jego starania przypominały ruchy przeciętej na pół dżdżownicy. Wyszło odwrotnie do zamiarów. Zatrzymał się, gdy na jego głowie spoczął but wojskowego. — Ufyyyssssynu…
Pietrow kopnął go w brzuch. Więzień ze stęknięciem złożył się jak scyzoryk. I to by było na tyle z chojrakowania. Skulił się i nie zamierzał ruszać. Skoro udawanie trupa działało na niedźwiedzie to może na niedźwiedziowatego sadystę również? Tak ładnie w duchu prosił o to Bożego Syna, że kiedy usłyszał oddalające się kroki, prawie uwierzył w cud i boską interwencję.
— Powiedz mi, psi synu, chcesz żyć? — fukcjonariusz odezwał się dudniącym głosem. Skrzypnęło. Usiadł na starym krześle, które ledwo poradziło sonie z jego ciężarem.
Dłuższą chwilę potrwało, zanim młodzieniec zdołał odpowiedzieć, nie ryzykując odgryzienia sobie języka: — Nie-e wie-e-mm…W te-ej chfffi-i-li chceee tylko, że-e-by… Prze-stało. Być. Zimno — wyjąkał, szczękając zębami, pomimo że napinał mięśnie szczęk, aby temu zapobiec.
Pietrow roześmiał się.
— Masz jaja dzieciaku! — zawołał ucieszony. — I większe szczęście, niż myślisz. To ty jesteś tym Fryderykiem, co ostatnio grał w saloniku Kirowa?
— Ta. Jestem — zawahał się, nim potwierdził, ale uznał, że może być już jedynie lepiej.
— To dobrze dla ciebie — potwierdził, jakby czytając mu w myślach. Potem wstał z krzesła i bardzo powoli, jakby z namysłem, podszedł do leżącego. Szturchnął go czubkiem buta w bolące żebra, następnie nacisnął na podbrzusze. Nie za mocno. Jeszcze. Młodzieniec uniósł spojrzenie, żeby napotkać wzrok rozbawionych, brązowych oczu. Spojrzenie, które posyła się interesującemu insektowi, zanim się go zdepcze. Takiemu, który ciekawym kształtem, bądź kolorem zasłuży sobie na sekundę wahania, lecz robak to tylko robak. — Możliwe, że dojdziemy do porozumienia. Szkoda by było takiego talentu, prawda?
Potaknął mu, bo co miał zrobić? Zaprzeczyć tak dla złośliwej satysfakcji, że go zaskoczył? Męczyły go te podchody.
— Czego chcesz w zamian? — spytał wypranym z emocji głosem. Drgawki wciąż wstrząsały jego ciałem, ale zamiast ciągłego, jednostajnego drżenia, co chwila dostawał gwałtownego skurczu.
— Tych dwóch, co było z tobą… Uciekli. Ptaszki. Byli znacznie szybsi od ciebie — stwierdził spokojnie, czekając na reakcję.
Aleksy i Jurij. Lubił ich. Oni go nie porzucili w piwnicy, a on miał ich wydać?! Oburzał się głos sumienia. Zaraz potem jego wewnętrzny Egoista i Zawistnik wychylili swe paskudne mordy z dna jego duszy. Oni teraz siedzą w ciepłych mieszkaniach, podjudzali. Pewnie popijają podejrzany i obrzydliwy bimber Jurija. Nie zamarzają na śmierć jak on. Czyż to nie jest niesprawiedliwe?!
Pietrow zaczął się niecierpliwić i jakby od niechcenia butem wiercił mu dziurę w brzuchu.
— Nie znam ich. Poszli za mną — odpowiedział Fryderyk i zaledwie skończył ostatnie słowo, a wojskowy zamachnał się i wymierzył mu kopniaka. Jednego. Drugiego. Nie mierząc nigdzie konkretnie. Ciosy spadały na brzuch, pierś, uda, twarz. Chłopak nie miał jak się osłonić. Przestał je liczyć, gdy zakrztusił się krwią z przygryzionego języka i złamanego nosa. Spływała do gardła, dławiła.
Sam tego chciałeś, kpił z niego Egoista. Już chyba lepiej było czekać na śmierć od zapalenia płuc. Dostałbyś majak i umarł we śnie.
Pietrow odsunął się. Chwilę później Fryderyk poczuł na sobie ciepły strumień.
"Przynajmniej ominął twarz" pomyślał zobojętniały. Jeho świadomość uciekała tam, gdzie nie było ani zimna, ani bólu. Mroczki pojawiły mu sie przed oczami, gałki uciekły w tył czaszki.
— Mam nadzieję, że się rozgrzałeś. — Słowa dręczyciela były ostatnim, co usłyszał nim zemdlał.
Faktycznie nie czuł już chłodu. Godzinę później zrobiło mu się nawet przyjemnie ciepło.


III. Koci nokturn

Fryderyk zawsze najbardziej cierpiał nie tyle przez chorowite ciało, a swój pracoholizm. W dzieciństwie z przyjemnością poświęcał się nauce. Grę na fortepianie zaczął niedługo po tym jak nauczył się siadać i od tamtej posry stała się jego pasją, sensem życia. Nie było nieczego innego, co potrafiłoby go dogłęnie poruszyć. A przynajmniej dopóki nie spotkał Katriny. Wcześniej to klawiatura fortepianu była mu jedyną kochanką, której potrzebował. W tamtym czasie nie przejmował się ludźmi tak długo jak nie przeszkadzali mu pracować – komponować czy ćwiczyć. Jego podejście zmieniło się przez namiętną i impulsywną Rosjankę. Uwielbiała jego utwory. Owszem. Zwłaszcza te, które napisał z myślą o niej. Jednak jeszcze bardziej kochała sama budzić podziw u innych. Potrzebowała uwagi, niczym kwiat wody i słońca. Inaczej markotniała i więdła. Nie miał zatem innego wyboru i przemógł się, aby zadowolić ukochaną. Zaczął udzielać się towarzysko, chociaż każdą minutę, której nie poświęcał kochance osobiście sam na sam, czy swojej twórczości – uważał za czas zmarnotrawiony. I oto teraz on! On!
Nie może postawić na pięciolinii, ani jednej nutki.
W eleganckim, ciepłym apartamencie, który dla niego przeznaczono, siedział przy stole zawalonym papierami. Mała lampka z kamieniem, w którym zaklęto piorun, rzucała blade, błękitne światło. Wszystkie kartki pokryte były pięciolinią, a na niej wyrysował jeden, osamotniony znak. Klucz wiolinowy. Na każdej stronicy. Nic tylko klucze wiolinowe. jedne krzywe, bo nakreślone w pośpiechu. Inne starannie wykaligrafowane. Fryderyk od kilku dni godzinami spoglądał na puste linie. I nic. Nie słyszał muzyki. Żadnej. Nie umiał sobie przypomnieć, ani jednego utworu, który wcześniej skomponował. W akcie desperacji wybłagał, aby przyniesiono mu z mieszkania nuty, ale nawet gdy je grał – brzmiały obco, jakby słyszał je po raz pierwszy w życiu. Dźwięki wydobywajace się z fortepianu raniły jego wrażliwe uszy. Fałszywe, piskliwe, wrzaskliwe. Nie dopuszczał do siebie myśli, że muzy go opuściły. Piękne apollonidy – Nese, Mete, Hypade – nie mogły przecież pozazdrościć mu Katriny?
Fryderyk znajdując się w tym przedziwnym, wcześniej mu nieznanym stanie, uparcie pozostawał na swoim stanowisku pracy.
"Nie. Ta jest zbyt biała" myślał, odrzucając kolejną kartkę i biorąc następną. Zanurzył pióra w kałamażu i starannie, powoli wykaligrafował klucz. Zawahał się chwilę za długo, gdy je uniósł nad stronicą i ze stalówki spadła mała kropelka, rozpryskując się na bieli w czarny kleks. Zgniótł kartę i rzucił w kąt. Piętrzył się tam już stos podobnych kulek. "Brudna się nie nadaje… A ta jest za szorstka" uznał, gdy stalówka skrzypnęła, gdy docisnął ją mocniej.
Przez cały dzień zamknięty w swojej złotej klatce nie zrobił nic poza zapisaniem setek stronic kluczami wiolinowymi, a jednak czuł się zmęczony jak nigdy w życiu. Znowu zadrapało go w gardle, gdy nabierał oddech. Zakaszlał, a wtedy przypomniało mu o sobie rzęrzęnie w płucach. Flegma podeszła z gardła do ust, więc przytknął do nich elegancą, obszytą koronką chustkę. Kiedy atak ustał i odetknął ją od twarzy, na białym materiale zobaczył czerwony szlaczek krwi.
"Potrwa nim wyzdrowieję. Prawie umarłem. Nie powinienem się tak zmuszać i przemęczać" strofował sam siebie, przypominając sobie to, co wydarzyło się po jego spotkaniu z Pietrowem. A przynajmniej te fragmenty, które przetrwały w jego pamięci.
Okrutny oficer po oblaniu chłopaka zimną wodą – i nie tylko – zostawił go w nieogrzewanej celi. Temperatury były minusowe. Nie długo tam wytrzymał. Podobno już po godzinie Fryderyk dostał wysokiej gorączki i rzucał się, krzycząc w malignie. Nie chcieli jego śmierci, więc został przetransportowany do lepszego pokoju, wykąpany i oddany pod opiekę carskiego lekarza, któremu osobiście asystował Rasputin. Według plotek, które dotarły do Polaka, to protegowany carycy ściągnął go znad granicy ze śmiercią i uratował mu życie. kolejne tygodnie młodzieniec pamiętał jak przez mgłę, bo to odzyskiwał, to tracił przytomność.
Jednak jedna chwila sam na sam z świętobliwym mężem zapadła mu w pamięci. Rasputin pochylał nad nim swoją brodatą twarz i zmieniał mu okład na czole. Ciemne oczy świdrowały go tak, jakby były w stanie przejrzeć wszelkie tajemnice młodego Polaka.
— Masz ogromne szczęście — powiedział, a Fryderyk nie potrafił się z nim zgodzić. Nie rozumiał, czemu wszyscy w kółko mu to powtarzają. Chłopak nie zdołał dłużej utrzymać ciężkich powiek w górze, obraz znikł, a on pogrążył się w ciemności, w której kołysał go łagodny głos Rosjanina. — Słyszałem cię u Kirowa. Szkoda by było. Dobrze, że ujrzałem cię w mojej wizji, bo już byłbyś martwy, chłopcze.
Chory poczuł ostry, ziołowy zapach, który nieco go otrzeźwił. Zaciekawiony rozchylił jedną powiekę. Tajemnicza woń dolatywała ze słoiczka z kremem. Opiekun rozpiął mu koszulę, a potem zaczął naprowadzać ciepłymi, gładkimi dłońmi maść na pierś młodzieńca.
— Rozgrzeje cię i ułatwi oddychanie — uspokoił go. — Przepowiedziałem carowi, że jeśli cię nie puści to pożrą go szczury. I uratować go moze tylko muzyka fortepianowa. To była bardzo niepokojąca wizja.
Nic więcej się nie dowiedział. Później widzieli się jeszcze kilkukrotnie, ale uzdrowiciel przestał przychodzić, kiedy minęło bezpośrednie zagrożenie życia. Miał lepsze rzeczy do roboty. Od niego zależało zdrowie małego carewicza, jego radami na co dzie kierował się władca. Poświęcając swój cenny czas dla Fryderyka, utwierdzał wszystkich w przekonaniu, że spełnienie lub nie straszliwej wróżby zależy od dobrego stanu fortepianisty.
Kiedy młodzieniec odzyskał siły na tyle, że mógł wreszcie samodzielnie usiąść i nawet utrzymać łyżkę, aby posilić się zupą, nieoczekiwanie do jego apartamentu zawitał Pietrow. Pojawił się nagle jak upiór i z podobnym wyrazem twarzy, na której odbijała się najczystsza nienawiść.
"Chyba jest zawiedziony" uznał Fryderyk i zupa przestała mu smakować. Pod takim spojrzeniem jedzenie kwaśniało, kwiaty więdły, a owady padały w locie.
— Więc przeżyłeś — zauważył oficer.
Nie dało się zaprzeczyć.
— Mam przeprosić? — spytał chłodno, a Pietrow parsknął niewesołym śmiechem.
— Widzisz, młody, jestem pracoholikiem. Słyszałem o tobie, więc powinieneś zrozumieć. Szanuję to — powiedział, zajmując wygodny, obity zielonym materiałem fotel, na którym zazwyczaj siedziała pilnująca chorego pielęgniarka. Mężczyzna rozsiadł się nonszalancko i wyjął zza poły kurty piesiówkę. Pociągnął zdrowy łyk i kontynuował: — Tylko widzisz, moim zadaniem jest chronienie życia i interesu cara. To bardzo stresująca praca. Nie powinieneś był mi wchodzić w drogę.
— Jeśli… pan… — słowo to z trudem przeszło mu przez gardło i brzmiało wręcz jak wyplute z pogardą. —… naprawdę oczekuje przeprosin to oznajmiam, że ich nie będzie. Chyba pożalenie się na trudność obowiązków nie jest celem tej wizyty?
— Car chce cię widzieć żywym, co bardzo mi się nie podoba. Wolałbym postwić ładną szumienicę w centrum miasta i oficjalnie i pokazowo cię na niej powiesić —powiedział poważnie, kręcąc pół-pełną flaszą. Płyn wewnątrz z chlupotem odbijał się od metalowych ścianek. Uniósł ją jak do toastu i znowu upił łyk. — Wiesz, tak dla przykładu dla wszystkich rewolucjonistów. Ładną nam się wdzięcznością odpłaciłeś za przyjęcie na tak prestiżową uczelnię jak Konswerwatorium.
— Mało mnie obchodzi ustrój Rosji. Wszystko mi jedno czy macie carat, kierat czy cokolwiek innego. Możecie sobie władcą uczynić kozła i czcić złote cielce. Nic mi to nie przeszkadza — odparł Fryderyk i opadł na poduszki. Nie był w stanie dłużej utzrymac wyprostowanej pozycji. Kiedy poprzednim razem bezbronny znajdował się na łasce tego człowieka, nie czuł strachu. Teraz przerażenie ssało go w żołądku, wywołując mdłości. — Ciekawiły mnie teorie. Nic więcej.
— Jeden z twoich towarzyszy, których złapaliśmy, twierdził co innego. Brałeś czynny udział odbicia Andrieja Skolimowa i Wiktora Jurowicza.
— W teoretycznej dyskusji. Teoretycznie wytykałem im błędy w rozumowaniu — powiedział, bo rozumiał, że nie ma sensu zaprzeczać. — Rzeczpospolita Trojga Narodów jest lojalnym sojusznikiem Cesarstwa Rosyjskiego w kolonizacji Azji, a ja jestem lojalnym obywatelem Polski. jednak wiedzieć… pan… — W końcu zadławi się tym słowem! — …powienien, że w kraju moim każdy obywatel* ma prawo decydować o przyszłości państwa na sejmikach. Moim obowiązkiem było poznać nowe idee dotyczące ustroju…
— Strasznie chrzanisz.
— Mówię prawdę.
Mierzyli się wzrokiem. Zapadła przedłużająca się cisza. Pierwszy przerwał ją Fryderyk – nie miał ochoty słuchać wynurzeć podchmielonego oficera, ani nawet patrzeć dłużej na jego irytującą facjatę. Bał się, ale zdawał sobie również sprawę, że groźby Pietrowa są bez pokrycia. Gdyby mieli go zabić, byłby już martwy. Teraz najważniejszym było, aby nie dawał im kolejnych powodów do zmiany zdania. Wojskowy chyba doszedł do tych samych wniosków, bo westchnął cierpiętniczo, prezentując sfrustrowaną minę.
— Car życzy sobie, abyś skomponował dla niego utwór i odpokutował tym swoje nieświadome przewiny — stwierdził kwaśno. — Jego miłosierdzie i litość nie znają granic. Zwłaszcza wobec obywatela z sojuszniczego kraju, który w swej głupocie i naiwności nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa i został zmanipulowany przez wywrotowe jednostki.
— Doceniam szlachetność Jego Miłości. Postaram się ze wszystkich sił, aby go zadowolić — odpowiedział, powoli się rozluźniając.
— Oczywiście, że tak. Inaczej sam odstrzelę ci łeb, a trupa wrzucę do rzeki — potaknął, rozkojarzony Pietrow. Potrząsnął manierką, ale ze środka nie chciała już spłynąć ani jedna kropelka. Schował ją zatem za pazuchę i położył dłonie na poręczach fotela, aby powstać. Uśmiechnął się bardzo nieprzyjemnie. — Ale mi się szczać chce!
Fryderyk zesztywniał. Zacisnął szczęki, patrzył hardo. Nigdy nie zapomnie tego upokorzenia i wstydu. Teraz też nie miał jak się bronić. Oficer widząc jego minę, roześmiał się prawie wesoło, a potem podśpiewując fałszywie, ruszył ku wyjściu.
Polak odczekawszy, aż za drzwiami umilkną kroki Rosjanina, wyjął sobie spod pleców poduszkę, przycisnął do twarzy i wrzasnął wściekły. Przeklinał Pietrowa wszystkimi znanymi sonie klątwami. I byłby bardzo ukontentowany, gdyby conajmniej jedna doszła do skutku. Każda była paskudna. I bolesna. A większość zakładała kastrację w mało sanitarnych warunkach.
Światło lampki zamigotało, przwołując Fryderyka do rzeczywistości. Prawie zużył kolejny piorunny kamień. Ochmistrz się na niego wścieknie. Nie były tanim sposobem oświetlenia. Po pierwsze kamienie pół-szlachetne używane do ich tworzenia były drogie. Po drugie – musiały być co jakiś czas ładowane przez chmurników, bądź czarodzieji o bardzo zaawansowanej magii żywiołów. To kosztowało.
Młodzieniec wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w najświeższą kartkę. Oczy miał podkrążone, twarz wychudłą. Jeszcze bardziej, niż zwykle, więc wyglądał jak suchotnik.
"Nie ma co dłuzej tak siedzieć. Natchnienie miało cały dzień, żeby na mnie spłynąć. Skoro się nie pofatygowało to raczej już tego nie zrobi" uznał ponuro, chowając twarz w ramionach opartych na blacie. Czuł piasek pod powiekami – znak, że został niepostrzeżenie odwiedzony przez Morfeusza. Nie chciało mu się ruszać. W łóżku chorując spędził tyle czasu, że miał go po prostu dość. Pozwolił swojej świadomości swobodnie dryfować. Zapadł w pół-sen, a jego myśli popłynęły w dziwnym kierunku.
Wyobraził sobie armię nut. Stały w karnych, równych szeregach, a jemu przyszło do głowy, że taka melodia byłaby piekielnie nudna. W pierwszym rzędzie okrągłe całe nuty zebrały się jak kule armatnie ustawione w piramidki. Tuż za nimi stanęły wyprostowane półnuty. Ich spiczaste wierzchołki połyskiwały jak groty oszczepów. Czarne ćwierćnuty wyglądały, jakby były zakute w zbroje, a ósemki przypominały mu muszkieterów ze strzelbami pod pachą. Cóż za piękne wojsko! O jakiejże bitwie potrafiłoby opowiedzieć!
"Tylko stoi zbyt równo. Nie moze tak stać. Niech idzie walczyć" przeszło mu przez głowę i już leciał wraz z nimi w pierwszym szeregu. Wiedział, że gdyby zapamiętał ich ułożenie, gdy zewrą się z wrogiem utwór, który by powstał byłby bez wątpienia jego największym arcydziełem.
Biegł. Biegł, ile sił w nogach. Wyjście z wąskiej uliczki było tak blisko… I nagle chodnik się skończył, a on spadł w przepaść!
Prosto na łąkę. Powietrze przesycone było ziołowym zapachem. Ten aromat… znał go. Rozejrzał się, szukajac źródła. Ruszył przd siebie.
— Fryderyku?
Uśmiechnięty kot sprowadził go z powrotem do złotej klatki.
— Fryderyku?
Młodzieniec uniósł głowę, a jego rozespany wzrok spoczął na kobiecie siedzącej w niedbałej pozie na fotelu po drugiej stronie stołu. Paliła długą, orientalnie wyglądajacą fajkę, a wokół jej postaci wiły się kłęby sinego dymu. To właśnie jego zapach poczuł.
— Katrina — powiedział cicho. Ani razu go nie odwiedziła, gdy leżał zmożony chorobą. Teraz zakradła się do jego pokoju w środku nocy. Ten dreszczyk ryzyka musiał jej się podobać. Tymczasem on nie potrafił ucieszyć się na jej widok, mimo że była tak samo zniewalająca jak zwykle.
Uśmiechała się do niego kusząco, lecz widząc jego chłodną reakcję, niezadowolona wydęła karminowe wargi. Zapewne spodziewała się cieplejszego powitania. Uniosła spojrzenie zielonych oczu i skupiła je na wzorach, które tworzył dym, gdy kręciła leniwie fajką trzymaną w dłoni w czarnej, koronkowej rękawiczce. Kłęby tańczyły w powietrzy jak korowód smukłych panien, latające motyle, pokonujące fale ryby, wijące się w chmurach smoki. Z metalowje główki, co jakiś czas strzelały pojedyńcze, błękitne iskierki.
— Nie kochasz mnie już? — zapytała, powróciwszy do niego wzrokiem. Było intesywne, przeszywało go na wylot. Należało do kota czającego się na zdobycz. Aby nieco je złagodzić, zatrzepotała wachlarzem długich, czarnych rzęs.
— To ja powinien zadać ci to pytanie — odparł na pozór obojętnie, spuszczając spojrzenie na kartki. Uniósł jedną i przypatrywał się jej, jakby bardzo interesowały go puste pięciolinie.
— Zawsze będziesz zajmował w moim sercu specjalne miejsce! — zawołała oburzona, odrzuacając dumnie głowę do tyłu. Prawie zrzuciła melonik z woalką przypięty do misternie ułożonych, brązowych loków. Kilka pukli wydostało się spod spinek i rozsypało wokół twarzyczki w kształcie serca.
— Tak samo jak twoja ulubiona kolia ze szmaragdami, czy tówj piesek, którego kąpiesz w perfumowanej wodzie i ozdabiasz wstążkami — zakpił.
— Fryderyku!
Powstała gwałtownie. Była kobietą nowoczesną i wyzwoloną, nie zamierzała pozwalać komukolwiek, aby wtłaczał ją w ciasne ramy kobiecych powinności. Stosunek do tradycyjnych podziałów ról uzewnętrzniał się również w jej stroju. Ubrana była z męska – w prążkowany frak i spodnie w kant, intesywnie różową, wzorzystą kamizelkę oraz białą koszulę ze stójką. Jednak był to strój dopasowany do jej sylwetki, podkreślający obfitą pierś, wąską talię i długie nogi.
— Doskonale wiesz, że to nieprawda. Myślisz, że dostanie się tu było takie proste? — spytała, opierajac jedną dłoń na biodrze, a drugą oskarżycielsko wymierzyła w niego fajką.
— Nie tak bardzo skoro tu jesteś — odpowiedział, odrzucając ze złością papier i odchylajac się na siedzisku.
— A udało się tylko, dlatego że zabiegałam o to od tygodni! Poświęcając na łapówkę jedną z tych koli, o które jesteś tak zazdrosny — fuknęła na niego jak kotka. Rozzłoszczona, zaczerwieniona i wojownicza. Taka była najpiększniejsza. Obudziła się w nim tęsknota, którą wcześniej starał się zignorować. Katrina bez pudła odgadła, co mu chodziło po głowie. Była niecostarsza, bardziej doświadczona. Dumnie uniosła podbródek.
Stracił swoją szansę na miły wieczór.
— Doceniam poświęcenie — odparł powoli, pochylajac się i opierając łokcie na blacie.
— Słyszałam o warunku cara. Czemu jeszcze nie napisałeś tego, o co prosił? Ja robiłam wszystko, aby się z tobą spotkać, a ty nie robisz nic, aby cię uwolnił. — Podeszła i oparła się jedną ręką o stół. Akurat tak, że miał dobry widok na jej dekolt. Zapewne przez przypadek. Przecież nie znęcałaby się nad nim specjalnie.
— Ja… — głos uwiązł mu w gardle. Odchrząknął, głośno przełknął ślinę. — Nie słysze muzyki. Ona nie chce dla niego grać.
— Tak jak myślałam — westchnęła, wspierajac biodro na blacie. Zaciągnęła się dymem i wydmuchnęła go prosto na jego twarz. Nie znosił jak to robiła. Naprawdę musiał jaą wkurzyć. — Bierzesz to wszystko zbyt poważnie, mój kochany.
— Poważnie? To moja muzyka. Musi być perfekcyjna — odpowiedział, zakrywając jej drobną dłoń swoją własną. — Napisanie czegoś, co pasowałoby do mikołaja II i wedle jego życzeń byłoby wyniosłe i majestatyczne…
— Trochę zadanie niewykonalne — uśmiechnęła się, bawiąc jego palcami. — Znasz historię o nowych szatach króla? — spytała, a on przytaknął nez odrywania od niej wzroku. — Wyobraź sobie scenę, gdy król wkracza przed dworzan w swoich nowych szatach. Jest z nich dumny. Wierzy, że są najpiękniejsze na świecie…
— Grają trąby, z powietrza sypie się konfetti…
— On kroczy powoli, wyprostowany jak paw z rozłożonym ogonem. A wszyscy spuszczają wzrok, bo widzą tylko śmiesznego grubaska z małą kuśką — zakończyła. — Jest w tym jakaś dostojność i odwaga, bo trzeba ją mieć, żeby wkroczyć nago do sali pełnej ludzi. Jednak wynika ona z głupoty i przynosi ośmieszenie. Nie jest to inspirujące?
Roześmiała się. Melodyjnie. To byłby taki piękny motyw przewodni. Jakby to brzmiało, gdyby śmiech zapisać nutami? Nagle puścił jej dłoń. Słyszał pierwsze akordy wyraźnie, jakby ktoś siadł przy fortepianie i mu je wygrywał. Chwycił za pióro i zaczął stawiać znaki… Skreślił gwałtownie całą linię. Nie. To musi być niższy dźwięk. Zaczął na kolejnej, nie przejmując się jak chaotyczne są jego notatki, ani tym że rozsmarował na nich ogromnego kleksa. W pośpiechu pokrywał nimi kolejne kartki.
Nawet nie zauważył, kiedy zaczęło świtać. Ani tego, że lampka zaskwierczałą i zgasła.
Wyjścia Katriny też nie spostrzegł. Równie dobrze mogłaby być snem, gdyby nie ziołowy zapach unoszący się jeszcze długo później w pokoju.


IV. Opera i operetka

Exegi monumentum aere perennius…**
Już widok majestatycznej fasady Luwru inspirował. Za każdym razem to miejsce przypominało Fryderykowi ostatni wiersz Horacego ze zbioru Pieśni. Tak jakby stworzył go przed wiekami z myślą o tym muzeum – dla młodzieńca poemat ten był z nim nierozerwalnie związany.
Stawiłem sobie pomnik trwalszy, niż ze spiżu.
Od królewskich piramid sięgający wyżej

Ekspozycja zdobyta przez Napoleona w Egipcie była pierwszym, co obejrzał. Minęły tysiące lat, a ówcześni ludzie znali technologię pozwalające im na zachowaniu artefaktów w dobrym stanie. Nie mógł wyjść z podziwu dla ich zmysłu estetycznego i wiedzy. Spacerując po marmurowych podłogach, podziwiał sarkofagi, schematyczne rzeźby i papirusy pokryte piktogramami.
Starał się skupić na eksponatach i uspokajajacej poezji Rzymianina. Nie wolno mu było się rozpraszać. Gdyby zaczął rozmyślać o własnej sławie i czekającym go występie, trema by go zjadła. Nie dałby rady zagrać przed wymagającą, paryską publicznością w tak szacownej instytucji jak Opéra national de Paris… Tylko czemu akurat odwiedził wystawę, gdzie złote ozdoby faraonów przypominały mu ociekający przepychem korytarz w środku opery? Opuścił to skrzydło jak najszyciej.
Nie wszystek umrę, wiele ze mnie zostanie
Poza grobem. Potomną sławą zawsze młody

Ten wers zawsze pasował mu do greckich posągów. Ich modele obrócone w kamień na wieczność zostali piękni i młodzi. Fryderyk przeszedł przez sale grecką i rzymską, malarstwa i rzeźby bliższej współczesności. Niestety wczesny poranek nieuchronnie zmierzał ku południu. Może prawdziwe arcydzieła potrafiły oprzeć się upływowi czasu, ale młodzieniec nie miał tego luksusu.
Róść ja dopóty będę, dopóki na schody
Kapitolu z westalką cichą kapłan kroczy

"Geniusz Horacego przekroczył czas i przestrzeń. Cesarstwo upadło, powstawały i upadały inne państewka italijskie, łacina zaginęła i się odnalazła. Teraz moja kolej. Mój pierwszy krok do nieśmiertelności." Upewniony w swej misji opuścił przybytek sztuki.
Pogodne niebo zachęcało do spacerów, a Luwr od opery dzieliło kilkanaście minut drogi. Premierę zaplanowano na wieczór, więc pozornie miał jeszcze mnóstwo czasu. Był tylko pianistą, jednym z wielu muzyków występujących na scenie. Jednak to jego utwór – "Król obnażony" – zaprezentowany na francuskich salonach stał się zaczątkiem tego przedsięwzięcia. Przyjacielem Polaka był znakomity kompozytor Joseph-Maurice Ravel, który wysłuchawszy napisanego w Petersburgu dzieła i historii jego powstania, uznał, że to zbyt ciekawe, aby mogło skończyć się tak szybko i wynik ciężkiej pracy Fryderyka wart jest rozwinięcia. Razem usiedli i zaczęli tworzyć historię oraz partie dla orkiestry. Wielokrotnie dyskutując o swoim projekcie w klubach czy salonach, gdzie zbierali się artyści i Bohema, zaciekawili nim scenarzystę oraz choreografa baletu. Potem wypadki potoczyły się, niczym lawina i po kilku miesiącach przygotowań ich starania zaowocowały premierą na deskach najznakomitszej francuskiej opery.
Fryderyk szedł Rue de Rivoli, której klasyczne, trzypiętrowe kamienice przypominały mu te w Warszawie. Potem wystarczyło, żeby skręcił w szerszą i bardziej reprezentacyjną Avenue de l' Opéra, na której końcu majaczyła mu okazała Opera Narodowa. Nawet z oddali dostrzegał połyskujące w słońcu dwie złote, skrzydlate rzeźby. Wyglądały nieziemsko, jak anioły przybyłe z Nieba po to, aby głosić Dobrą Nowinę. Trwał ruch, Paryżanie dzięki słonecznej pogodzie chętniej, niż zwykle wylegli na ulice. Kobiety w gorsetach i żakiecikach z koszami zawieszonymi na ramieniu wychodziły albo wracały z porannych zakupów. Ludzie przesiadywali przy kawiarnianych stolikach. Po jezdni przemieszczały się napędzane magicznie autowozy, tuż obok furmanek i konnych jeźdźców. Chłopiec z gazetami już prawie ochrypł, ale zostało mu jeszcze kilka sztuk do sprzedania. Polak kupił jedną na pamiątkę. W dziale kulturalnym pojawił się artykuł dotyczący przedstawienia. Jego portret znajdował się obok sławnych francuskich śpiewaków, czy primabalerin, czyli twarzy znanych każdemu z występów w operze.
Poprawiło mu to niepomiernie humor, więc wbiegając po schodach przybytku kultury, pogwizdywał pod nosem.
Tam o mnie mówić będą, że ja niski wprzódy,
Na wyżyny się wybiłem i żem przeniósł pierwszy
Do narodu Italów rytm eolskich wierszy

Wszedł do marmurowego westybulu. Projektant budynku obdarzył wnętrza wręcz barokowym przepychem wedle zasady horror vacui. Na ścianach mnożyły się fasady i płaskorzeźby, wzrokiem ślizgając się po kolumnach napotykało się na wymalowany na suficie plafon. Fryderyk ominął paradne części i udał się wprost na scenę. Tam już ustawiono instrumenty i scenografię. Tylko fortepian należący do Polaka stał w widocznym miejscu, posiadał on bowiem swoją solówkę. Oddano mu w ten sposób cześć, gdyż reszta orkiestry miała znaleźć się u dołu sceny.
—Frédéric! — zawołał do niego stojący przy muzykach Joseph-Maurice. Był on przystojnym, poważnym mężczyzną w sile wieku, a to była druga stworzona przez niego opera, więc denerwował się niewiele mniej od młodego Polaka. — Pomożesz mi z czwartą pieśnią? Tą, po której wchodzi balet? Ja w tym czasie zobaczę, czy odnalazł się kostium króla, bo Antoine biega po całym budynku i go szuka... Osiwieję przedwcześnie przez niego!
— Zajmę się tym, możesz iść — powiedział z uśmiechem pianista. Tak długo jak nie kazano mu dbać o coś więcej poza muzyką, na której się znał, nie miał się czym martwić. Ravel poznał go już na tyle dobrze, żeby to wiedzieć. Gdyby to Fryderyk poszedł pomóc gamoniowatemu aktorowi to strój nie znalazłby się, aż do przedstawienia. Albo i dłuzej. Francuz ruszył biegiem w stronę przebieralni na zapleczu.
Melpomeno, weź chlubę, co z zasługi rośnie,
I delfickim wawrzynem wieńcz mi skroń radośnie


Epilog: "Dla szczura" - marsz żałobny

Zgasły reflektory, goście rozeszli się do domów, a artyści ruszyli świętować swój sukces. Fryderyk został sam, wymknął się, obiecując każdemu, że ich dogoni. Miał ostatnią rzecz do załatwienia. W ogromnej hali – jakby nie było posiadała ona cztery piętra z lożami balkonowymi i dwa poziomy siedzisk tuż przed sceną – było wreszcie cicho i spokojnie. Panujący tu półmrok koił zszargane nerwy. Pianista usiadł przed fortepianem, a na jego wieku położył gazetę. Wiadomość o wystawieniu nowej opery znajdowała się pośrodku dziennika, tymczasem wieść o przybyciu cara Mikołaja II – na pierwszej stronie. Opatrzona była zdjęciem rosyjskiego władcy, któremu towarzyszył nie kto inny jak oficer biura bezpieczeństwa Pietrow.
Fryderyk postukiwał od niechcenia w klawiaturę. Nie przerwał nawet, gdy trzasnęły drzwi, jakby wcale ich nie słyszał. Nie obchodziły go kroki wielu par stóp w ciężkich buciorach. Kliknięcie przeładowanej broni palnej. Tymczasem cicha kojąca melodia, którą wygrywał, zmieniła się. Nabierała tempa, skoczności. Przywoływała.
— Witam was serdecznie, panie Pietrow. Car nie zechciał się pofatygować? — spytał wesoło młodzieniec.
— Upokorzyłeś jego Carską Mość, chłopcze. Naprawdę sądziłeś, że ujdzie ci to płazem? — głos skrytego w mroku Rosjanina brzmiał całkiem nie na miejscu. Wulgarnie i obco. — To dzień twojego triumfu i upadku. Przekonasz się, że pycha jest najgorszym z grzechów.
Palce Fryderyka śmigały po klawiszach, narastało arpeggio. Coraz bardziej gwałtowne, niepokojące.
— Na szczęście nie moim.
Muzyka niespodziewanie się urwała. Pauza nastapiła tylko na kilka sekund, ale to wystarczyło, żeby dosłyszeli piski. Wcześniej zagłuszała je muzyka, przez chwilę jednak były wyraźne i bardzo bliskie. Wśród towarzyszących Pietrowowi żołnierzy przebiegł zaskoczony krzyk, strzelba jednego wystrzeliła. Ciemność skrywała rozgrywany dramat.
Tumult zakończył się tak samo nagle jak rozpoczął. Po podłodze potoczyła się oczyszczona do białego czaszka, a zaraz za nią pobiegł szczur. Kolejny. I jeszcze dwa następne. Stworzonka o okrutnych, czarnych oczkach, współpracując potoczyły ją z powrotem i znikły.
Fryderyk grał jeszcze dłuższą chwilę, aż do momentu, gdy piski całkiem nie ucichły. Potem zadowolony zatrzasnął zeszyt nutowy w zielonej, twardej oprawie. Na okładce wykaligrafował tytuł kolejnego dzieła, za które zamierzał się zabrać: "Legenda Popiela". Pogwizdując, ruszył ku wyjściu z notatnikiem pod pachą. Wojskowy w jednym miał rację - to był dzień jego triumfu.



*I dla Fryderyka, i dla Pietrowa oczywistym jest, że jako obywateli godnych zawierania głosu są tylko szachcice, a nie mieszczaństwo czy chłopstwo.
**Horacy, "Exegi monumentum aere perennius" w przekładzie Lucjana Rydla
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Requeim dla cara

Post autor: Kruffachi » 12 lutego 2017, 17:34

Po pierwsze - reguły stosowania interpunkcji są i jest ich sporo ;) Polecam chociażby zaznajomić się z tym wyciągiem dotyczącym przecinków: http://sjp.pwn.pl/zasady/90-Przecinek;629769.html Tylko wygląda tak przerażająco, zapewniam, z czasem człowiek się oswaja. Polecam także sprawdzać wątpliwości za każdym razem, kiedy się pojawiają - praktyka utrwala teorię.

Przechodząc jednak do samego tekstu...
Po pierwsze, to czapa z głowy za napisanie tak pełnego pod wieloma względami i długiego opowiadania w tak krótkim czasie. Widać pewne doświadczenie w tworzeniu podobnych form. Ale mogłoby być lepiej - i tu już uwagi czy raczej sugestie kierowane do twórcy o wysokim poziomie umiejętności. Tak sobie pomyślałam, że pisanie o kompozytorze perfekcjoniście i w pewnym momencie także jego muzyce aż prosi się o perfekcyjną formę. Ten podział na minirozdziały i dobór tytułów bardzo mi się podobały i rozochociły w tym względzie. I tak mi się zamarzyła rama kompozycyjna, jakieś odniesienia do muzyki w samej konstrukcji, w budowie zdań itp.

Ale chyba najbardziej brakuje klamry spinającej. Czegoś, co sprawiłoby, że po przeczytaniu całości miałabym na ryjku takie "AHA!". Bo wszak, gdyby nie samo zakończenie, opowiadanie mogłoby się z powodzeniem odnaleźć w fikcji historycznej. I ja bardzo lubię taką dyskretną fantastykę, ale tu dyskrecja ciut za bardzo ;) OK, po przeczytaniu całości zaczęłam się zastanawiać, jak powinnam interpretować postać Kateriny, ale w trakcie lektury nie budziła moich większych podejrzeń - choć też możliwe, że coś przegapiłam, czasem jak się mnie nie zdzieli po łbie, to nie widzę. A wizję Rasputina odczytałam jako zapowiedź rewolucji i śmierci cara i jego rodziny.

Jeszcze w kwestii spójności, brakuje mi wzmianek w temacie dalszych losów Aleksieja i Jurija. Poświęcasz im dużo miejsca, sporą, plastyczną scenę, kreślisz charaktery, dajesz tło, a potem porzucasz, kiedy przestają być potrzebni. Dla dobra kompozycji byłoby wskazane, żeby tak położony akcent odbił się jakoś w przyszłości, a nie był tylko McGuffinem. Może też troszkę kuła mnie tak ostra ocena Mikołaja, ale to już mój widzimiś, po prostu mam do niego jakąś sympatię od zawsze, w sumie nie wiem dlaczego i skąd ;)

No ale czepiam się tak, bo to bardzo dobry tekst jest i zabrakło dosłownie drobiazgów, żebym biła Ci tu pokłony. Podoba mi się sposób, w jaki odmalowujesz Fryderyka. Nie wszystko w jego charakterze jest dla mnie jasne, ale też sądzę, że to zupełnie mu nie przeczy. Jest chimeryczny. Nie w taki sposób, który kazałby krzyczeć i wywracać stoły, ale w taki cichy, dość mnie niepokojący. Widać w nim tę pogoń za ciągle nowymi podnietami, chwiejność, emocjonalność. Taki egoizm przeplatany z odruchami jakby z innego świata. Z jednej strony cyniczna postawa wobec pijaka i potem rewolucjonistów, z drugiej, opór w więzieniu. Jest niespójny, ale nie niespójny jako postać - niespójny jako człowiek, rozedrgany. I chyba przez to nie Pietrow, nie Katerina, a właśnie on budził mój największy niepokój w całym tym tekście. Ładny, niedrażniący tandetą portret artysty, który kulminację znalazł w zakończeniu.

Dziękować za lekturę i raz jeszcze gratuluję zasłużonej wygranej :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Requeim dla cara

Post autor: MononokeGirl » 14 lutego 2017, 14:33

Kruffachi,
Jeśli chodzi o interpunkcję i gramatykę języka polskiego to ostatni raz miałam ją w podstawówce, a lekcji o interpunkcji nie przypominam sobie wcale - prawdopodobnie dlatego że do końca szóstej klasy połowa uczniów nie rozróżniała nadal rzeczownika i czasownika... Z tego powodu później zrobiono nam "przypomnienie" w gimnazjum, chociaż nie było go w programie. Nikt mnie nigdy nie cisnął z interpunkcją prawdopodobnie ze względu niski poziom ogólny. Nie sądziłam, że jest aż tak źle. A do sjp.pwn też sięgnęłam jako pierwszego, ale ten widok... :gulp: Moje przekrwione oczy w lustrze poprosiły, żebym albo sobie to wydrukowała, albo pozostała jeszcze chwilę ignorantką, bo to nie jest lektura na szybko. Stanęło na tym, że mam wydrukowane i kartki jeżdżą sobie ze mną do pracy. W końcu się wezmę... jak nic się wezmę :bag:

Co do reszty... Dziękuję! :tul: Zwłaszcza stwierdzenie, że mam "wysoki poziom umiejętności" mam ochotę sobie wydrukować i powiesić nad biurkiem xD Jak piłam herbatę, czytając, tak większość wylądowała na monitorze. Jeśli chodzi o doświadczenie... Niby piszę od piątej klasy podstawówki (wychodzi na to, że to już 14 lat, WoW) to nawet mi przez głowę nie przeszło, że mam wysoki poziom. A już zwłaszcza im krótsza forma tym gorzej się w niej czuję. Drabble na 100 słów bym nie potrafiła napisać wcale - rozrosłoby się do, co najmniej, kilku tysięcy. W opowiadaniach też nie mam dużego doświadczenia... Tak naprawdę to poza moim dziuem zła i zniszczenia na koncie mam tylko kilka opowiadań... Jak dobrze liczę to to jest czwarte (nie licząc kilku, których nie skończyłam, a mam rozpoczęty ledwie pierwszą stronę). Tym bardziej czuję się doceniona i mi miło :jupi: Jednak wiem, że jeśli chodzi o mój warsztat to długa droga przede mną. Nigdy nikt nie czytał moich wypocin i to się odbija. Ludzie mają różne umysły i sama musiałaś być zaskoczona tym, że to co dla ciebie było oczywiste czy akuratne - kogoś całkiem zaskoczyło, albo tego nie zrozumiał. Opublikowałam ledwie 2 części Iluzjonistki i już widzę, że dalsza część wymaga poprawy (bo Wiosna będzie przeze mnie płakać OoO I to rzewnymi łzami! A do tego dopuścić nie wolno) :grzybki:

Co do odniesień do muzyki... Myślałam o wpleceniu w całość jednej piosenki, ale koniec końców nie mogłam znaleźć żadnej, któraby pasowała. Dlatego skończyło się jedynie na podrozdziałach (i na tytułach wyczerpałam moją znajomość terminów muzycznych xD) i wierszu Horacego :<

Najzabawniejsze jest to, że mój mózg zaczął tworzenie od końca, a później próbowałam jakoś wejść w to i zrozumieć, dlaczego w cholerę fortepianista napuścił szczury na cara (najpierw był car, później został tylko Pietrow, bo car nie chciał sobie brudzić rąk...)? WTF? Ja tak mam, że przed oczami staje mi coś dobrego, ale całkiem bez sensu i muszę sobie to oswoić. Trochę nad tym myślę i zaczynam pisać, mając jakiś zarys. Niezbyt podkreślałam "magiczność" muzyki Fryderyka, ale dzięki temu chyba na końcu wyszła niespodzianka :)

Co do chłopaków... Hmm. Chyba racja. Jednak w akcji minęło kilka miesięcy, a Frycek zerwał wszelkie kontakty z tamtą grupą (coś co nie miało dla niego większego znaczenia ideowego prawie go zabiło, ale jednocześnie nie ma na tyle przetrąconego kręgosłupa moralnego, żeby wydawać kolegów), więc nie bardzo wiedziałabym jak to wpleść, żeby nie było to sztuczne. Dopiero pod koniec mógłby wspominać jak tam Pietrow się pojawia, ale to znowy by obniżyło tempo... Musiałabym pokombinować. A czasu na napisanie było mało, więc jechałam z całkowitym freestylem xD Lubię takie rzeczy :P Nie jestem w stanie wszystkiego kontrolować i sama nie wiem, co mi się urodzi xD
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
kmiriad
Posty: 26
Rejestracja: 26 września 2017, 16:14

Re: Requeim dla cara

Post autor: kmiriad » 27 września 2017, 15:07

Przyznam, że nie moje klimaty. I najznakomitszy, uznany w świecie tytuł o podobnej tematyce by mnie po prostu nudził, przekonałem się o tym jednakże, naturalnie, jakoś w połowie rozdziału pierwszego, toteż doczytałem do jego końca. Mogę zatem podzielić się pewnymi znaleziskami, bo tekst ma podobnych bardzo dużo; są to drobne błędy typu: zła/brak koniugacji (np "obalenie") albo literówka (nieforne), gdzieś tam powinno być zE studnią, zE ściśniętego gardła, skojarzą zamiast skojarż, jest też "spytał do, podnosząc w górę brew" - i temu podobne. "nie zdał się zbić z tropu Krzykacz" to albo nie zdał się zbity, albo nie dał się zbić. "nieckie przerażonej młodzieży"? nie jestem pewny, ale chyba "nieco", tak? przy okazji nieco przerażony, to trochę jakby nieco ogromny :P "frycek jest najszuplejszy" - tak jak mówiłem, bardzo nagromadzone literówki. "z kąd doctarł do nich huk" - tu najwidoczniej też niedopatrzenie, i to podwójne.
Bardzo przepraszam, że odpadłem, ale tak jak mówię, konwencja mnie nie porywa i najpewniej byłbym nieobiektywny przy ocenie. Piszesz dobrze, wszystko jest zrozumiałe i szczegółowe, ciężkie jednak (sam piszę ciężej, spokojnie) i ktoś niezainteresowany się tylko męczy. Od siebie zostawić mogę zatem wyłącznie radę, aby przejrzeć tekst jeszcze raz uważnie :) jest naprawdę ciasno od drobnych, oczywistych potknięć, wypisałem ich tylko kilka i tylko z pierwszego rozdziału.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Requeim dla cara

Post autor: Krin » 01 października 2017, 22:13

Miał wrażenie, że taki sam pokrywa jego drogi oddechowe.
"Drogi oddechowe" nijak mi tu nie pasują. Niszczą trochę ten ładny, poetycki klimat stworzony przez poprzednie parę zdań.
Wąskie wargi miał znowu wyschnięte i popękane, z dolnej wargi sączyła się krew.
jeszcze bardziej słabowitego, niźli by był w rzeczywistości.
Kończyny miał zgrabiałe, prawie stracił czucie w stopach.
Wzmianka o zgrabnych kończynach wydaje mi się tutaj wciśnięta na siłę.
Zachciało się takiemu Wenecji! Fryderyk nie potrafił odmówić stolicy uroku i rozmachu, z jakim ją zbudowano, choć na zawsze miało pozostać tajemnicą, ile żyć pochłonął szalony projekt. Stała na grobach swoich budowniczych.
Ostatnim podmiotem pierwszego zdania jest "projekt", a w drugim zdaniu mamy formę żeńską czasownika, więc chyba coś tu nie gra.
Wył i drwił sobie z jego wysiłków, wciskał dech z powrotem do gardła. Nawet ustać nie mógł.

Wiatr nie mógł ustać?
Jeśli ten sadysta Pietrow ucierpi zaraz po tym jak zajął się Andruszką i Wicią to na pewno nie skojarż tego z nami.
Uznał, że dpolska duma została obroniona i nie ma, co dłużej drążyć tematu.
— Jeśli wystrzelają nas jak kaczki to sądzisz, że sytuacja rewolucji się poprawi? — spytał do, podnosząc w górę brew. Odchylił się do tyłu i rozparł, rozkładajac kolana i opierając na nich dłonie.
Trzasnęło, ale w tej samej chwili po przeciwnej stronie budynku odezwały się gniewne okrzyki stróżów prawa i nieckie przerażonej młodzieży.
Menty społeczne mieszkające w okolicy wyczuwały kłopoty na odległość i nie wyściubiali nosów ze swoich kryjówek, modląc się, aby to nie o nich chodziło.
Wtedy usłyszeli pierwszy strzał. Zastygli z głowami obróconymi w stronę, z kąd doctarł do nich huk.
Trząsł sięjak w febrze, leżąc na kamiennej podłodze.
Miał wrażenie, że taki sam pokrywa jego drogi oddechowe.
"Drogi oddechowe" nijak mi tu nie pasują. Niszczą trochę ten ładny, poetycki klimat stworzony przez poprzednie parę zdań.
Wąskie wargi miał znowu wyschnięte i popękane, z dolnej wargi sączyła się krew.
jeszcze bardziej słabowitego, niźli by był w rzeczywistości.
Kończyny miał zgrabiałe, prawie stracił czucie w stopach.
Wzmianka o zgrabnych kończynach wydaje mi się tutaj wciśnięta na siłę.
Zachciało się takiemu Wenecji! Fryderyk nie potrafił odmówić stolicy uroku i rozmachu, z jakim ją zbudowano, choć na zawsze miało pozostać tajemnicą, ile żyć pochłonął szalony projekt. Stała na grobach swoich budowniczych.
Ostatnim podmiotem pierwszego zdania jest "projekt", a w drugim zdaniu mamy formę żeńską czasownika, więc chyba coś tu nie gra.
Wył i drwił sobie z jego wysiłków, wciskał dech z powrotem do gardła. Nawet ustać nie mógł.

Wiatr nie mógł ustać?
Jeśli ten sadysta Pietrow ucierpi zaraz po tym jak zajął się Andruszką i Wicią to na pewno nie skojarż tego z nami.
Uznał, że dpolska duma została obroniona i nie ma, co dłużej drążyć tematu.
— Jeśli wystrzelają nas jak kaczki to sądzisz, że sytuacja rewolucji się poprawi? — spytał do, podnosząc w górę brew. Odchylił się do tyłu i rozparł, rozkładajac kolana i opierając na nich dłonie.
Trzasnęło, ale w tej samej chwili po przeciwnej stronie budynku odezwały się gniewne okrzyki stróżów prawa i nieckie przerażonej młodzieży.
Menty społeczne mieszkające w okolicy wyczuwały kłopoty na odległość i nie wyściubiali nosów ze swoich kryjówek, modląc się, aby to nie o nich chodziło.
Wtedy usłyszeli pierwszy strzał. Zastygli z głowami obróconymi w stronę, z kąd doctarł do nich huk.
Trząsł sięjak w febrze, leżąc na kamiennej podłodze.
"Zatem umrę na zapalenie płuc" pomyślał, zaskakująco spokojnie.
Raczej: Zatem umrę na zapalenie płuc, pomyślał zaskakująco spokojnie. Albo bez przecinka.
Na piersi czerwonej marynarki z epoletami pobrzękiwały mu medale za męstwo i inne nieznane mu bohaterskie przymioty
A czy medali nie nosi się tylko podczas oficjalnych ceremonii?
Niestety kończycy całkiem mu zdrętwiały i jego starania przypominały ruchy przeciętej na pół dżdżownicy.
Usiadł na starym krześle, które ledwo poradziło sonie z jego ciężarem.
Dłuższą chwilę potrwało, zanim młodzieniec zdołał odpowiedzieć, nie ryzykując odgryzienia sobie języka:(tutaj od nowego akapitu?) — Nie-e wie-e-mm…W te-ej chfffi-i-li chceee tylko, że-e-by… Prze-stało. Być. Zimno — wyjąkał, szczękając zębami, pomimo że napinał mięśnie szczęk, aby temu zapobiec.
— Masz jaja dzieciaku! — zawołał ucieszony. — I większe szczęście, niż myślisz. To ty jesteś tym Fryderykiem, co ostatnio grał w saloniku Kirowa?
Nie bardzo rozumiem reakcję Pietrowa. Po tekście Fryderyka pomyślałabym, że jest on żałosną kluchą.
— Ta. Jestem — zawahał się, nim potwierdził, ale uznał, że może być już jedynie lepiej.
Tak trochę nie po kolei. Najpierw powinno być, że się zawahał, a dopiero potem jego słowa, bo tak wyszło, jakby potwierdzenie było objawem zawahania.
— To dobrze dla ciebie — potwierdził, jakby czytając mu w myślach.
Kto potwierdził? I dlaczego potwierdził? Niby domyślam się, że potwierdził przypuszczenia Fryderyka, ale to ja się domyślam. Albo: "powiedział Pietrow, jakby czytając mu w myślach" albo właśnie "Pietrow potwierdził jego przypuszczenia". Teraz to "potwierdził" wygląda, jakby odnosiło się do "Ta. Jestem", a tego, że Fryderyk jest gotowy Pietrow przecież potwierdzić nie może.
Oni go nie porzucili w piwnicy, a on miał ich wydać?! Oburzał się głos sumienia.
To raczej w jednym zdaniu: Oni go nie porzucili w piwnicy, a on miał ich wydać?! - oburzał się głos sumienia. Inaczej nie widać, że to drugie zdanie odnosi się do pierwszego.
Jeho świadomość uciekała tam, gdzie nie było ani zimna, ani bólu. Mroczki pojawiły mu sie przed oczami, gałki uciekły w tył czaszki.
Po pierwsze, literówki. Po drugie, coś mi nie gra w ostatnim zdaniu. Trochę jakby te mroczki pojawiły się przed oczami świadomości chyba.
Znowu zadrapało go w gardle, gdy nabierał oddech.
Nabierał oddech?
Nie powinienem się tak zmuszać i przemęczać" strofował sam siebie, przypominając sobie to, co wydarzyło się po jego spotkaniu z Pietrowem.
Niepotrzebne "to". W ogóle mam wrażenie, że niektóre wyrazy często dodajesz niepotrzebnie.
Według plotek, które dotarły do Polaka, to protegowany carycy ściągnął go znad granicy ze śmiercią i uratował mu życie. kolejne tygodnie młodzieniec pamiętał jak przez mgłę, bo to odzyskiwał, to tracił przytomność.
I uratować go moze tylko muzyka fortepianowa.
Od niego zależało zdrowie małego carewicza, jego radami na co dzie kierował się władca.
Car chce cię widzieć żywym, co bardzo mi się nie podoba. Wolałbym postwić ładną szumienicę w centrum miasta i oficjalnie i pokazowo cię na niej powiesić
Na szumienicy się szumi? :D
Nigdy nie zapomnie tego upokorzenia i wstydu.
Po drugie – musiały być co jakiś czas ładowane przez chmurników, bądź czarodzieji o bardzo zaawansowanej magii żywiołów.
A nie czarodziejów?
Kłęby tańczyły w powietrzy jak korowód smukłych panien, latające motyle, pokonujące fale ryby, wijące się w chmurach smoki. Z metalowje główki, co jakiś czas strzelały pojedyńcze, błękitne iskierki.
Napisanie czegoś, co pasowałoby do mikołaja II i wedle jego życzeń byłoby wyniosłe i majestatyczne…
Trudno mi przejść do porządku dziennego nad literówkami i podobnymi, ale w tym tekście jest ich tyle, że nawet ja straciłam zapał.

Nie czytałam tego tekstu jako instanta, jego genezę poznałam dopiero z posta Kruffy. Przyciągnął mnie tytułem, od razu postanowiłam, że przeczytam, ino jakoś długo się do tego zbierałam. Przeczytałam pierwszy fragment jakiś miesiąc temu, ale że wieczorem przed wyjazdem, to najpierw nie mogłam dokończyć, a potem mi było nie po drodze. Dlatego z pierwszego fragmentu mam tylko mgliste wspomnienia.

Pamiętam jednak z całą pewnością strasznie mocne skojarzenie z romantyzmem. Te maski, ta moda na rewolucję... Tylko wydaje mi się, że Mikołaj II i Rasputin to już nie romantyzm, raczej rewolucje socjalistyczne tu wchodzą w grę, a do nich mi nie pasują maski i spotykanie się na cmentarzach. Jak to z tym jest, Mono?

W ogóle to też ten pierwszy fragment bardzo negatywnie nastawia do bohaterów. Fryderyk jest... no głupi strasznie mi się wydaje. Najpierw leci z wywieszonym jęzorem za jakąś dziwną panną, potem gada jakieś dziwne rzeczy w areszcie. No może lepiej jest później, kiedy gra, a na zakończenie, gdy przechytrza wszystkich, czuję do niego nawet sympatię. Tylko nie do końca rozumiem, co się na koniec stało. Domyślam się, ale nie przepadam za domyślaniem się, o co chodzi w zakończeniu.

Mam też uwagi do stylu. Gdy czytam, czuję nadmiar - niepotrzebne słowa, niepotrzebne zdania. Powtarzasz się momentami albo ciągniesz dany temat, kiedy mógłby się dawno skończyć. Takie mam przemyślenie, że nie panujesz nad tekstem, choć pewnie powtarzam to prawie każdemu, kto siedzi na forum krócej ode mnie i sobie też bym pewnie powiedziała. Cóż... Po prostu rozważ moje słowa.

Dałabym 6/10 za ten tekst ;)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ