Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Iluzjonistka

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 22 stycznia 2017, 12:04

Co mogę powiedzieć... Szukając czegoś co mogłabym pokazać na pierwszy ogień - nagle wszystko okazało się być beznadziejne :bag: Tekst z lipca zeszłego roku, więc taki w miarę jeszcze świeży, lecz śmignięty na szybko, bo miał iść do jakiegoś konkursu, więc nie zdążyłam się przygotować z kreacją świata, czy jakąś wymyślną fabułą. Mimo to mam nadzieję, że będzie się czytało przyjemnie i udało mi się te niedociągnięcia ukryć. Jeśli nie to przepraszam, ale gdy w pojedynkę zaczynam poprawiać teksty to w końcu je całkowicie rozwalam, bo jednka nie ma to jak ten pierwszy zryw :/ Podzielony jest na 4 sceny, ale wrzucone w całości wygląda jak ściana tekstu, więc kolejna część będzie później :) (A może 2? :3 )

Poprawione dn. 29.01 - za wszystkie uwagi dziękuję i mam nadzieję, że teraz czyta się lepiej ^^


ILUZJONISTKA

Środek pola. Letni dzień, prażący sierpniowym słońcem. Wiejska, koleista droga, na której w karnym dwuszeregu wartowały rosochate wierzby. I autowóz. Stojący na poboczu i dymiący spod maski. Kompletnie nieprzydatny. Zawsze miała tego typu szczęście. Białe kłęby wypełzały spod blachy, a potem łączyły się w jeden słup, ulatując ku rażąco błękitnemu niebu. Można było poczuć zapach spalenizny i ozonu, tak chrakterystyczny dla magicznych urządzeń. Licia uderzyła otwartymi dłońmi w kierownicę, warcząc i wydając buczące dźwięki z głębi gardła. Teraz już na pewno nie zdąży na to przeklęte spotkanie! Odgarnęła z czoła lok brązowych włosów i poprawiła elegancki kapelusik. Zdecydowanym ruchem otworzyła drzwiczki, zgarnęła liliowofioletową spódnicę muślinowej sukienki w dłoń i wysiadła z auta, niestety wdeptując obcasem trzewika w kałużę.
—Wspaniale! —wykrzyknęła, strzepując wodę z czarnego bucika.
Panna Błystkiewicz nie bez trudności przeszła przed maskę, obcasy były zbyt wysokie i zapadały się w miękkim gruncie. Czubkiem palca odzianego w skórzaną rękawiczkę dotknęła na próbę metalu, spodziewajac się, że będzie rozgrzany. Wbrew jej domysłom okazał się być lodowato zimny. Kolejna wada magicznego napędu. Nigdy nie wiadomo było, czego można by się spodziewać. Zajrzała do środka. Wnętrze wyglądało jak przenośne laboratorium alchemika, z różnej wielkości i kształtu kolbek przewodami przesączały się płyny. Jedne całkiem czarne, inne fluorescencyjnie zielone. Poza tym napęd zapewniały naładowane magią żywiołów lekko migączące kamienie. Dym wydobywał się z dużego zbiornika z wodą, która miała chłodzić całość maszynerii. Jego powierzchnię pokrywała cienka warstwa lodu. Licia jak każda dobrze urodzona pannica przeszła podstawowe przeszkolenie magiczne, a później na studiach na Uniwersytecie Rzeczypospolitej w Warszawie kontynuowała naukę na wydziale Iluzji. Zdobyta wiedza nijak nie mogła przydać jej się w tej chwili. Zresztą kobiety mało kiedy znały się na tak skomplikowanych instalacjach, jak ta zastosowana w autowozie.
Co robić? Co robić?!” zastanawiała się, przyglądając poszczególnym elementom. W dniu, w którym dostała od ukochanego papy autowóz w prezencie na zakończenie magisterki, ich szofer – Alojzy – wytłumaczył jej to, co najważniejsze. Niestety jego instrukcje były bardzo ograniczone. Z pewnością mogła stwierdzić jedynie to, iż pojazd raczej nie wyleci w powietrze. Kamień ognia wyglądał normalnie i nie był przegrzany. Przewody z kerozyną były całe, nic nie przeciekało. Zresztą to nie mogłoby być przyczyną jej problemów. Obejrzała kamień wody, ale niewiele jej to dało. Potrafiła zaledwie wyczuć, że posiada on w sobie zaklętą moc, ale jak się nią manipulowało? Wnioskowała, że to on musiał wywołać oblodzenie wnętrza, jednak nie miała pojęcia, czemu do tego doszło i jak mogłaby to naprawić. „Jeśli nie pojawię się w Gnieździe Rusałek za trzydzieści minut to o drugiej takiej szansie mogę zapomnieć! Moja wspaniała kariera żurnalistki Kuriera Warszawskiego skończy się zanim się zaczęła! Nawet jeśli wezwę pomoc to nie przybędzie na czas!
Zakryła twarz dłońmi i odchyliła głowę do tyłu, jakby dzięki temu dziwnemu zabiegowi mógł spłynąć na nią jakiś zbawienny pomysł. Niestety wszechświat nie docenił jej starań i żadna przydatna myśl do niej nie dotarła.
—Pomóc w czymś panience? —odezwał się zza jej pleców nieco skrzekliwy głos. Odwróciła głowę w jego stronę, ale nic nie zauważyła. —Ekhm!
Spuściła wzrok i wtedy spojrzenie jej niezapominajkowo niebieskich oczu spotkało się z należącymi do wodnika mętnie zielonymi, niczym zabagniony staw. Był niezwykle niski, nawet jak na przedstawiciela swojego gatunku. O połowę niższy od niej musiał zadzierać głowę do góry tak, że prawie spadł mu bury kapelusz włóczykija. W Królestwie Rzeczypospolitej Trzech Narodów, w przeciwieństwie do większości krajów świata – istoty te i wiele jemu podobnych mogły żyć w pokoju. Normalnie nie zwróciłaby uwagi na takiego plebejusza. Ona była kimś. Szlachcianką spokrewnioną z samymi Koniecpolskimi, jedną z pierwszych kobiet próbujących swoich sił na Uniwersytecie Rzeczypospolitej, drugą żurnalistką Kuriera Warszawskiego. Natomiast on... Wyglądał na tak słabego, jakby wypełzł z byle kałuży.
Ale w tej chwili mógł stanowić dla niej wybawienie. Nawet niezwykle ułomny wodnik na ogół posiadał znacznie lepszą magię wody, niż jakikolwiek człowiek.
—Panienka szanowna ma kłopot —przez jego skrzekliwy głos po plecach przechodziły jej ciarki, a silenie się na grzeczność brzmiało wręcz wulgarnie. Jednak był jej jedyną szansą.
—Proszę pozwolić, że przedstawię moją skromną osobę. Lutosława Błyskiewicz z Błyskowic. Dobry pan wodnik z samego Nieba mi spadł! —zaszczebiotała, z przyzwyczajenia przekrzywiając główkę i załamując rączki. Tak jak od zawsze szkoliła ją czcigodna matula. Kobieta bowiem winna być niczym trzcina – wiotka, z pozoru słaba i ulegająca każdemu podmuchowi wiatru, ale tak naprawdę z wolą nie do złamania.
—Panience autowóz płonie? —spytał, wskazując ruchem podbródka na ulatujący dym. Ruch ten odsłonił fragment niebieskawej skóry pokryty drobną, srebrzystą łuseczką.
—Raczej paruje szanowny panie wodniku! Coś stało się z kamieniem wody, a ja biedna nie znam magii żywiołów! Może pan wodnik mógłby coś zaradzić? Spojrzeć przynajmniej? —gdy wypowiadała ostatnie zdania jej oczy zaszkliły się i stały dwa razy większe. Nie musiała starać się tak bardzo, bo nieznajmy sam przyszedł zaproponować pomoc, lecz weszło jej to w krew już dawno temu i wiele rzeczy odgrywała całkiem podświadomie. Prawdziwa dama nie przestawała być damą niezależnie od sytuacji i rozmówcy.
—Spojrzeć mogę… Panienko —poczuł się przy niej tak pewnie, że prawie zapomniał o grzeczności i wydawało się, jakby urósł o kilka centymetrów. Miała ochotę spoliczkować bezczelnego chama. Musiała przypomnieć sobie o ważności spotkania, w którym będzie uczestniczyć i o swojej misji, schować dumę hrabianki do kieszeni, a potem policzyć do dziesięciu, żeby się uspokoić. Wiedziała, że nie będzie jej łatwo już, gdy zaczynała studia. Europejkom, jako pierwszum na świecie udało się zmusić mężczyzn, aby otworzyli uniwersytety również na kobiety. Pierwsi przystąpili do dzieła panowie rektorzy ze Szwajcari i Francji. Rzeczypospolita po wprowadzeniu konstytucji, jako drugie państwo po Stanach, za sprawą króla Jana VI Odnowiciela kroczyła ścieżką oświecenia. Jego mottem stało się „wyprzedzić Europę” – wprowadzał reformy dotyczące rolnictwa, praw, szkolnictwa.Niestety społeczeństwo nie do końca było gotowe na tak drastyczne zmiany. Z jednej strony płeć piękna cieszyła się w tym kraju wielkim szacunkiem, lecz z drugiej – pozostawał pełen tradycjonalistów. Z tego powodu w dążeniu do samodzielności było im jednocześnie trudniej i łatwiej. Panowie oficjalnie nie występowali przeciwko kobietom-uczonym, nie utrudniali wstąpienia na uczelnię, ale takie panny bardzo szybko traciły zainteresowanie adoratorów. Utrata dobrej reputacji gorsza dla nich była, niż śmierć, bo oznaczała wykluczenie z towarzystwa.
Tymczasem mały obszarpaniec pochylił się nad oblodzonym zbiornikiem i dotknął go. Chwilę pomedytował, ściągając bezwłose brwi i wykrzywił rybie usta.
—Coś zaburzyło to zaklęcie. Zupełnie nie potrafię znaleźć przyczyny. Jest bardzo trudne, więc zachwianie nim nie powinno być łatwe. Będę musiał rzucić je od początku…
—Ile to potrwa?! —w jej głosie pojawiła się paniczna nutka.
—To zależy…
—Od czego?
—Od panienki współpracy.
—Co?! —Odskoczyła od niego jak oparzona, od razu podnosząc Tarczę. Zajęło jej to ułamek sekundy – tyle, co jedno mrugnięcie, jedno uderzenie serca – błyskawiczna reakcja godna doświadczonego maga bojowego. Nieznajomy demon zdziwił się, wyczuł bardziej, niż zrozumiał, że nie jest to odpowiednia reakcja dobrze ułożonej panienki, ale był na tyle niedouczony, że nie wiedział sam, co dokładnie mu nie odpowiadało.
—Prosiłbym może o małe wsparcie, szlachetnej panienki… —już był znacznie bardziej potulny.
Odetchnęła z ulgą, ale nie opuściła Tarczy. Jej twarz przybrała zimny wyraz godny Królowej Zimy. Wodnik zmalał.
—Ile? —wycedziła przez zaciśnięte wargi. Zdawało się, że demon skarlał jeszcze bardziej, bo cały skulił się w sobie.
—Co łaska. Jestem tylko biednym włóczęgą —zaskomlał.
—Sprawdź się to wedle zasługi wynagrodzenie otrzymasz, panie wodniku —odparła, wskazując na pojazd. —Nie ukrywam, że zależałoby mi na czasie.
Potaknął nerwowo i zabrał się do pracy.
****
Wąskie uliczki Warszawy-Śródmieście, które zaprowadziły ją prawie, aż do orientalnej Dzielnicy Północnej, na jej szczęście nie były zatłoczone. Okrążyła bryczkę wypełnioną po brzegi płodami rolnymi, do której zaprzęgnięto kasztankę. Po drodze mijała sklepy opatrzone szyldami w wielu językach - polskich, jidysz, rosyjskim - ozdobionymi też obrazkami z myślą o ludności niepiśmiennej. Jednak knajpa Gniazdo Rusałek była na tyle popularna, że każdy znał do niej drogę. Tuż przed bramą - główne wejście znajdowało się w wewnętrzym dziedzińcu trzypiętrowej, klasycyzującej kamienicy - nie było już wolnych miejsc do zaparkowania, więc zatrzymała autowóz w bocznej uliczce, ledwie się w niej mieszcząc. Przestrzeń pomiędzy drzwiczkami a ceglaną ścianą była tak niewielka, że udało jej się wydostać tylko z ogromnym trudem. Prawie podarła sukienkę. Chwyciła fałdy spódnicy w dłoń, żeby łatwiej było jej się poruszać i pobiegła w stronę żelaznej furty. Wisiał przy niej szyld przedstwiający zielonoskórą, antyzującą postać rusałeczki w orlim gnieździe.
Już z dala dobiegły ją głosy wydobywające się z wielu gardeł. Mieszały się języki polski, rosyjski, francuski, jidysz, łacina, niemiecki, litewski. Dziedziniec wypełniały stoliki, przy których gromadnie zebrały się najróżniejsze osobistości oraz kolorowe parasole, pod którymi kryli się przed bezlitosnym słońcem. Rusałki - dziewoje o zielonkawej skórze oraz prawie czarnych, błyszczących włosach - ubrane w mundurki kelnerek biegały pomiędzy klientami. Licia zawsze uważała je za uosobienie filozofii kobiety-trzciny, bo mimo że wyglądały słodko i niewinnie to były jednymi z najgroźniejszych istot w Królestwie. Goście restauracji cechowali się ogromną różnorodnością. Jako pierwszych zauważało się żaków w czarnych szatach i z herbami sławnych uczelni na piersi: Uniwersytetu Rzeczypospolitej, Krasińskich i Politechniki Warszawskiej. Bawili się najlepiej i najgłośniej, tak jakby jutro miało nie nadejść. Jeden z nich grał na harmonii, kilku innych śpiewało. Tuż przy nich siedzieli szlachcice z sumiastymi wąsami i w kontuszach pod szablą. Jeden wlaśnie opowiadał rubaszną historię, wywołując raz po raz wybuchy śmiechu wśród swoich kompanów. W kącie ukryło się kilku bogatych chłopów w swoich najlepszych strojach. Podziwiali stołeczne życie. Natomiast niewiele lepsi od nich mieszczanie rozsiedli się niczym sami włodarze na środku. Tu i tam widziało się grupkę wodników, chmurników. Błysnął żelazny uśmiech południcy. Zaskoczyło Lutosławę, że zauważyła nawet oświeceniowców w francuskich strojach i perukach – zapewne rozmawiali przy lampce wina na tematy przyrodnicze, polityczne bądź prawne. Towarzyszyli im artyści - kilka aktorek Teatru Polskiego, poetów i malarzy z królewskiego dworu. W powietrzu unosił się zapach mięsiwa i piwa.
Licia podeszła do jednej z kelnerek.
—Widziałaś może Aster Blumefeld? Jest tu jeszcze? —spytała, a tamta wyciągnęła rękę. Dostała miedziaka i posłała panience figlarny uśmiech.
—Była w środku. Przy barze, ale nie wiem czy nadal tam jest —odparła, a potem ostrzegła: —Jeśli jesteś narzucającą się fanką to wyprowadzi cię ochrona, więc uważaj. Pracuje u nas żmij —wskazała ruchem podbródka na mężczyznę w kontuszu z hipnotyzująco zielonymi oczami i wężowej twarzy, który siedział wygodnie rozparty przy wejściu do wnętrza restauracji i od niechcenia bawił się szablą. Spod szaty wystawał mu koniuszek gadziego ogona.
—Dzięki —panna Błyskiewicz kierowała się już ku przejściu. Ominęła ochroniarza i weszła przez jedne z pary bordowych, łukowo zakończonych drzwi z witrażem w ważki.
Zabrzmiał dzwoneczek. Licia prawie zderzyła się z kobietą, której strasznie się spieszyło. Ich spojrzenia na sekundę się spotkały.Rudowłosa piękność o szarych, pochmurnych oczach bez słowa poszła dalej. Szlachcianka była oburzona takim brakiem taktu, ale sama też nie miała czasu na sprzeczki z nieznajomą.
—Bardzo szanowną panienkę przepraszam —podskoczył do niej kamerdyner, kłaniając się lekko. —Miała panna rezerwację na nazwisko...?
—Błyskiewicz. Mam spotkać się z Aster Blumenfeld. Jestem żurnalistką z Kuriera Warszawskiego —przedstawiła się, lekko skinąwszy mu głową. Przez chwilę na twarzy pod maską obojętności służącego przedzierała się podejrzliwość. Jednak nazwa najpopularniejszego pisma w Polsce podziałała lepiej, niż magiczne zaklęcie.
—Ach, tak! Teraz pamiętam. Druga kobieta w historii. To zaszczyt poznać kogoś tak niezwykłego —zapewnił. Jednak jego słowa wydały jej się nieszczerze, bo zmierzył ją oceniającym spojrzeniem od stóp do głów. Ocena nie wypadła na jej korzyść.
—Panna Blumenfeld? Gdzie ją znajdę? —spytała, zdejmując delikatne, koronkowe rękawiczki i nakrycie głowy. Wrzuciła je do środka kapelusika i podała kamerdynerowi.
—Panna Blumenfeld siedziała przy barze...
Hrabianka przeszła przez hol, a jej pełna gracji sylwetka odbijała się w kryształowych lustrach, którymi wyłożono ściany. Po kilku schodkach wspięła się do głównej sali – miała ona półpiętro i wysoki sufit, z którego zwisał żyrandol z lampami naftowymi. W tej chwili tylko niektóre się paliły, bo większość światła wpadała przez francuskie okna, zajmujące znaczną część przeciwległej ściany. Panował tu jeszcze większy tłok, niż na zewnątrz. Obecność tylu rusałek dysponujących magią wody skutkowała tym, że lodowe rzeźby boginek stojące na postumentach w rogach pokoju nigdy nie topniały i dawały przyjemny chłód. Po lewej stronie stała scena, na której grał zespół – poznawała ostatni hit wytwórni Syrena Rekords, który w oryginale śpiewała diwa operowa Julianna Britten-Lisowska. Licia nie poznała wokalistki, która wykonywała utwór w tej chwili, ale jej sopran do niego pasował. Wprowadzał intymną, nastrojową atmosferę. Towarzyszyły jej dźwięki skrzypiec, harmonii i basu.

Jako od burzy krzew połamany,
Tak się duszyczka stargała.
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, wianku różany,
Gdzie w nim lilijko ty biała?*


Lutosława łatwo znalazła wzrokiem ciemnowłosą Aster. Była ona ćwierć-rusałką, natomiast jej ojciec należał do Starej Wiary. Obydwie te rzeczy odzwierciedlał jej wygląd – orientalne rysy twarzy, loki, oraz nieziemskie oczy. Pomimo tak niekorzystnego pochodzenia udało jej się osiągnąć oszałamiający sukces operowej śpiewaczki. Jako, że była osobą niezwykłą od samego początku kariery – dziennikarze śledzili każdy jej krok. Im bardziej na nią naciskali, tym bardziej ich unikała. Odmawiała udzielania wywiadów. Namówić ją na to udało się dopiero Lutosławie. Spotkały się przypadkiem podczas rautu po premierze ostatniego przedstawienia, w którym Blumenfeld grała główną rolę. Papa Lici był jednym z mecenasów stojących za sukcesem śpiewaczki. Błyskiewiczówna nigdy nie wykorzystałaby rodzinnych koneksji, aby dostać się do gwiazdy, chociaż jej ojciec wielokrotnie to proponował i zalecał. Dziewczyna nie chciała, jednak na nim polegać i zamiast tego próbowała własnych sił. Podczas balu sama odnalazła Blumenfeldównę i oczarowała ją rozmową. Nie nalegała na wywiad, lecz rzuciła, jakby od niechcenia, że odmawiając ich tylko sobie szkodzi. Aster nabrała podejrzeń, co do pobudek kierujących Licią. Do czystych intencji stojących za udzieloną radą przekonała ją wbraniająca się przed przeprowadzenia go żurnalistka, która nie należała ani do działu literatury, ani reportaży. Tak naprawdę młodą dziennikarkę traktowano bardziej jak maskotkę, więc przydzielono ją do pisania felietonów. Miała zlecony jeden na miesiąc. Tydzień po spotkaniu Lici z diwą redaktor naczelny dostał prośbę o osobisty wywiad z Blumenfeld, którego nie mógł przeprowadzić nikt inny, niż panienka Błyskiewicz. Jej szef był potężnym facetem o nalanej twarzy i piwnym brzuszku, typem osoby, która nie okazuje uczuć innych poza gniewem, ale w tamtej chwili prawie płakał z radości. Teraz dziewczynie też to prawie groziło.
Udało jej się!
—Panno Aster! Proszę wybaczyć! Tak bardzo przpraszam! Mój autowóz się popsuł. Stanął na samym środku polnej drogi —Licia gęsto się tłumaczyła, nie śmiejąc spojrzeć gwieździe w oczy. Poczuła na ramieniu drobną dłoń, więc podniosła wzrok i napotkała miodowe, świecące tęczówki ćwierć-rusałki. Diwa uśmiechała się, ale mimo to wyglądała na podenerwowaną, bo drżące wargi nijak nie chciały się utrzymać w uśmiechu. Żurnalistka poczuła skurcz żołądka, widząc jej minę. —Pokornie błagam o wybaczenie, panno Blumenfeld!
—Lutko! Liciu, droga! Przecież awaria autowozu to nie jest twoja wina! —uspokajałą ją już bardziej szczerze. Zajęła swoje miejsce i ruchem dłoni nakazała spocząć również zażenowanej Lutce.—Nie gniewam się. Chociaż zastanawia mnie, która z nas jest większą gwiazdą, skoro to ty się spóźniłaś —próbowała zażartować, lecz miało to całkiem odwrotny skutek. Błyskiewiczówna wyglądała jak zbity pies.
—To w takim razie, co cię tak zdenerwowało? — spytała, opadłwszy na siedzenie. Położyła na blacie swoją torebkę.
—Już zaczęłaś wywiad? — odpowiedziała pytaniem na pytanie, unosząc wysoko jedną brew. Widać było – po sztywności ramion, nagle wyprostowanych plecach – powrót napięcia. Wypytywana nie czuła się komfortowo. Licia musiała przekonać ją do siebie, zachęcić do otworzenia się. Chciała natychmiast wyjąć notes, lecz wstrzymała się.
—Nie, teraz pytam jako przyjaciółka —odparła, marszcząc nosek. Gestem wezwała barmana.
—Była tu Bitten-Lisowska. Wściekła lisica – niechętnie wyjaśniła Aster.
—Spotkałam ją przy frontowych drzwiach. Wybiegła jak burza —stwierdziła, a potem zwróciła się do pracownika knajpy: —Proszę lampkę szampana z lodem. Mam co świętować —uśmiechnęła się do swojej towarzyszki. Jak na zawołanie muzyka na scenie również się zmieniła, a zespół zaczął grać znacznie żywszy kawałek. Taki, od którego noga pod stolikiem sama zaczynała przytupywać w rytm. Kobieta dostała swój napój i spragniona pociągnęła duży łyk. Odczekała, aż barman się oddali i dopiero, wtedy zadała kolejne pytanie: —Dlaczego się pokłóciłyście?
—To ona napadła na mnie! – Śpiewaczka była oburzona, mocno ściskała własną szklanicę. – Uważa, że odebrałam jej rolę, rzucając urok na dyrektora opery!
—A rzuciłaś? – zaciekawiła się dziewczyna, z błyszczącymi oczyma pochyliła w stronę swojej rozmówczyni.
—Lutka! — ostry ton zwrócił ku nim spojrzenia.
—To tak z dziennikarskiej ciekawości! —broniła się, uśmiechając do innych gości. Oni zawstydzeni odwracali wzrok. Wyciągnęła z kopertówki notesik i ołówek.
—Pamiętaj, że to jest…
—…poza wywiadem. Nie robię przecież jeszcze notatek! —tym razem to ona się obruszyła, chociaż po prawdzie bardzo ją to korciło od samego początku. Na szczęście miała bardzo dobrą pamięć i nie wszystko musiało pojawić się w samym dialogu. Mogła przecież napisać jakieś wprowadzenie... W głowie układała plan pisania wypowiedzi, a jednocześnie pozostawała skupiona na rozmowie: —Zatem skąd ten absurdalny pomysł?
—Kobiety kierowane zazdrością, nie słuchają głosu logiki —odparła tamta ściszonym głosem i upiła łyk z kieliszka. Miała minę mistrza, który dzieli się swą mądrością z uczniem. —Julianna od wielu lat ciężko pracowała nad swoją pozycją. Jesto dobra. Świetna. Ale to bilety ze mną na przedstawieniu będą sprzedawać się lepiej. Wbrew wszystkiemu moja… niezywkłość jest teraz moim największym atutem. Wszyscy już o mnie słyszeli. Są tacy, co nawet jeśli im się nie podobam to pójdą na występ chyba tylko, dlatego żeby móc później wysmarować mnie błotem. Jeszcze, żeby posiadali jakieś argumenty! Jestem beztalenciem, bo tak i już! Chciałabym wysłuchać, kiedyś z ust takich osobników jakiejś konstruktywnej krytyki.
—Brzmi… ciężko – powiedziała ze współczuciem Lutka, zamykając brudnopis. Śpiewaczka zauważyła gest, bo na kolejne pytanie odpowiedziała już bez wahania. – Zdarzyło ci się to usłyszeć na własne uszy, czy ktoś po prostu powtarza ci plotki?
—I tak, i tak. Społeczność artystów to banda najgorszych plotkarzy – Uśmiechnęła się krzywo. Jakby nie było ona też się do nich zaliczała. – I zawistników. Wielu nie ogranicza się tylko do powtarzania ich za twoimi plecami, ale z satysfakcją wsadzą ci szpilę i będą nią wiercić, patrząc ci prosto w oczy.
—Sadyści! — wyrwało się Lici, czym znowu zaskarbiła sobie uwagę najbliżej siedzących klientów i jej słów nie zagłuszyła nawet muzyka. Panna Błyskiewicz spłonęła szkarłatnym rumieńcem - nie powinna nawet znać takiego słowa, a co dopiero używać w miejscu publicznym. Jej towarzyszka zaśmiała się. Cała nieufność do dziennikarki nagle gdziś wyparowała. Trudno było utrzymać podwyższoną ostrożność wobec tak wstydliwego dziewczątka. Żadna ze znajomych Aster nie zaczerwieniłaby się tylko z takiego błahego powodu.
—Też tak robiłam —diwa przyznała się z drapieżnym uśmieszkiem samozadowolenia, ale nie zamierzała wprowadzać dziennikarki w szczegóły. Jej przytyki, jakie kierowała do innych artystów występujących na scenie nie nadawały się dla uszu kogoś tak delikatnego. —Ten świat jest okrutnym miejscem. Zresztą… Sama to wiesz najlepiej. Hrabianka Błyskiewiczówna powinna pisać sielankowe felietoniki o delikatnych dziewczęcych uczuciątkach albo powinnościach kobiety. I nieważne jak jesteś inteligentna, zaradna i odważna. Na nic innego ci nie pozwolą. Musisz sama to sobie wywalczyć. Tak, samo jak ja nie pozwalam się zniszczyć. Zębami i paznokciami, jak trzeba.
—Prawda. A jeśli poruszę jakikolwiek poważniejszy to każą mi nie zawracać tym sobie mojej małej główki. Nie znoszę tego — przyznała Licia, odrzucając na bok grzywkę i prychając jak kotka. Robiąc poważną minę, pogroziła śpiewaczce palcem: —Ale to i tak okrutne, że się tak na nich odgrywasz. Ja bym chyba tak nie mogła. Mam za miękkie serce.
—Zauważyłam. Jesteś jeszcze takim niewinnym, nieopierzonym pisklakiem —roześmiała się. —Dlatego lepiej słuchaj rad starszej koleżanki.
—Najchętniej użyłabym tego, jako tytułu artykułu... Prawdopodobnie zniszczyłabym ci tym karierę, a redaktor naczelny na pewno nie zgodziłby się na druk i nie wybaczyłby mi, że zmarnowałam taką okazję na zdobycie prywatnych szczegółów pożycia z twoim narzeczonym, bo to przecież najważniejsze, prawda? —kwaśno zauważyła Licia. Osobiście bardziej, niż prywatność Aster interesowało ją to, co kontrowersyjna diwa miała do powiedzenia na temat kobiecych zadań i sposobów samorealizacji. Mogła mieć tylko nadzieję, że redaktor Kaczorowski pozwoli jej te fragmenty zatrzymać, o ile zostaną wcześniej zaakceptowane przez śpiewaczkę. Żurnalistkę czekało dużo pracy.
—Prawda! —przytaknęła nad wyraz entuzjastycznie już nieco podchmielona Blumenfeldówna, uderzając się otwartą dłonią w czoło. —Zupełnie zapomniałam o wyjawieniu ci wszystkich sekretów przedmałżeńskiej alkowy!
—A masz takie? —zapytała ją, jąkając się i czerwieniąc jeszcze bardziej. Jako panna nie powinna nawet myśleć o takich rzeczach, a co dopiero słuchać! Wstyd!
—Ale jeśli upiję się do końca i ci je wyjawię to i tak nie zamieścisz ich w artykule, bo jesteśmy przyjaciółkami, prawda? —chwyciła ją za ramię i pochyliła nad nią, żeby zajrzeć głęboko w jej niebieskie oczęta.
—Oczywiście, że nie! Wstydzę się nawet o tym myśleć! — przyznała szybko, uciekając wzrokiem.
—Szkoda —zachichotała Aster. —Twój przełożony byłby zachwycony! Trafiłoby to od razu na pierwszą stronę.
—Na drugą, bo to ja bym to napisała. I, żeby nie gorszyć opinii publicznej nie pozwoliliby się mi podpisać —stwierdziła ponuro Licia, bawiąc się kieliszkiem. Jej towarzyszka wybuchła szczerym śmiechem.
—Musisz poznać Krzysztofa! Ma identyczne poczucie humoru. Dogadalibyście się.
—Twój narzeczony? Pan Borkowski? –Odruchowo sięgnęła po ołówek. Doszły do tematu, jaki pierwotnie miał być głównym w ich wywiadzie. Aster była już na tyle rozluźnona, że niczego nie zauważyła. Z uśmiechem zanuciła kolejną piosenkę, którą wybrała piosenkarka na scenie. Była to jedna z jej własnego repertuaru, ale obecnie wykonującej ją amatorce też szło niezgorzej, więc skłoniła jej głową i zabiła brawo.
—Dla mnie Krzyś, dla ciebie Krzysztof, ale na pewno nie pan Borkowski! — powiedziała, wracając do przerwanej rozmowy.
—Od dawna jesteście razem?
—Tak jakby trzy lata. Chyba. A przynajmniej tak dawno się zaczęło. Jestem bardzo zajętą kobietą. Często poza krajem. A Krzyś jest pierworodnym uwiązanym do rodzinnego dworku —stwierdziła, poważniejąc. Bawiła się pustym kieliszkiem i szukała wzrokiem barmana. Stał w najbardziej oddalonym od nich krańcu baru i prowadził luźną pogawędkę ze starszym jegomościem.
—Ta mina nie zapowiada niczego dobrego —uznała Błyskiewiczówna, dopiwszy resztkę szampana w kieliszku i gestem prosząc o dolewkę dla nich obu.
—Krzyś chce rodziny. Żony i dzieci. Wielu. Mnie w domu, a nie na estradach Europy —odparła już całkiem ponura, bawiąc się swoim nowym drinkiem. Młody pracownik baru słysząc ją przystanął nieopodal, nagle bardzo zainteresowany polerowaniem białą ściereczką czystych szlanek. Lutosława odprawiła go gestem dłoni, więc nie miał wyboru i musiał się odsunąć. Źle dla reputacji restauracji by było, gdyby rozeszło się, że obsługa tropi sensacje i rozsiewa plotki. Już raczej żadna podobna Blumenfeldównie gwiazda nie skorzystałaby z usług Gniazda Rusałek.
—A ty czego chcesz? – kontynuowała pochylona ku niej poufnie żurnalistka.
—Sama nie wiem —przyznała zamyślona, wzruszając ramionami. —Lubię moje życie, ale kocham Krzysia i chciałabym mieć z nim rodzinę… kiedyś.
—Wiesz, że ci, którzy mają „coś kiedyś w planach” zazwyczaj nigdy ich nie spełniają?
—Nagle przemówiła przez ciebie mądrość ludowa? —burknęła artystka i pochłonęła jednym haustem kolorową zawartość kieliszka. —Ostatnio bez przerwy się o to sprzeczamy. W dodatku przy nim cały czas kręci się przyjaciółeczka jego siostry. Ta przeklęta Alinka Weleszczówna. Ta pyza byłaby idealną gospodynią na dworku. I ma szerokie biodra. Idealne do rodzenia stadka rumianych bobasów!
—Zgaduję, że twoja teściowa popiera kandydaturę Weleszczówny?
—Nienawidzi mnie —westchnęła Blumenfeldówna. Bardziej zirytowana, niż zmartwiona. Odszukała w torebce srebrną papierośnicę i zapaliła jednego, cienkiego papierosa. —Przede wszystkim, dlatego że nie chcę przejść ze Starej Wiary do Kościoła Bożego Syna. Wiesz, to komplikuje sprawę ślubu, bo skoro ja nie jestem jedną z nich to ksiądz w kościółku, skąd pochodzi Krzyś odmawia nam kościelnego. A bez niego to grzech. I mamy impas.
—Ostatnio w całej Europie się to nasila. Prześladowania starowierzeniowców. Nie sądziłam, że to szaleństwo kiedykolwiek dotknie Rzeczypospolitą —Licia pokręciła z niedowierzaniem głową.
—To nie tak. Nie powiedziałabym, że moja teściowa jest ksenofobem. To tylko mnie nie lubi. Ale masz rację. Sytuacja się zaognia. I jakby nie było - jest nas tu bardzo dużo, ale nikt nie proponuje zmiany na Rzeczypospolitą Czterech Narodów. Mimo wszystko to i tak najlepsze miejsce do życia dla nas. Słyszałam, że przyjmiemy uciekinierów z Królestwa Hiszpańskiego?
—To straszne, że chcieli im wszystko odebrać. Najpierw nałożyli podatki, potem zaczęli rekwirować majątki, a teraz nawracają na siłę. To nie powinno tak wyglądać. Każdy z nas ma wolną wolę i własne sumienie! —oburzyła się Błyskiewiczówna. Była religijna i nie wyobrażała sobie, aby ktokolwiek mówił jej, że jej religia w czymkolwiek jest gorsza od innych. —U nas coś tak strasznego nigdy się nie wydarzy! Możecie mieć inną wiarę, ale wszyscy jesteśmy obywatelami Rzeczypospolitej!
—Niemagi tak nie myślą —sprowadziła ją na ziemię Aster. —Jedziemy na jednym wózku. Może nie zdarzają się u nas prześladowania za wiarę, ale niemagi chcą takich samych przywilejów, jakie dostali magiczni.
—To nie jest problem —hrabianka lekceważąco machnęła ręką. —Są niezorganizowani. Nie stanowią zagrożenia.
—Typowa z ciebie szlachcianka, co? Jako żurnalistka powinnaś umieć spojrzeć na problem szerzej —Blumenfeldówna pokręciła z politowaniem głową, kręcąc papierosem kręgi w powietrzu. Smugi dymu zwijały się jak węże.
—O co ci chodzi? — Lutosława była szczerze zdziwiona.
—O to, że oni jedyne, czego potrzebują to przywódca. Jak Chmielnicki w czasie wojny z kozakami. Musiała was prawie zniszczyć, żebyście uznali ich za równych sobie. Z niemagami może być tak samo. Jeśli ruszą taką masą to mogą was zmiażdżyć — wykładała cierpliwie. Pracując w operze miała styczność z bardzo różnymi ludźmi, słyszała to co nie dochodziło do uszu szlachetnie urodzonych.
—U nas się to nie zdarzy. Jesteśmy dla nich dobrzy. Nie mają powodów do buntu — odparła tamta naiwnie. Jedyne niemagi, jakie znała to służący z jej domu. Miała bardzo dobry kontakt z pokojówką, czy szoferem i nie wyobrażała sobie, aby mogli ją zdradzić.
—Dobrym można być dla psa, a i tak nie wiadomo, czy coś mu nie strzeli do głowy i nie ugryzie. A ludziom czasami zależy po prostu na równości. Bogactwie. Wy macie, oni nie. To rodzi zawiść. Bieda natomiast przekształca zazdrość w nienawiść…
—Nienawiść prowadzi do agresji. Coś w tym jest.
—A w carskiej Rosji już się dzieje —uznała Aster, odrzucając do tyłu ciemne pukle. Strzepnęła też nadmiar popiołu do popielniczki z rżniętego szkła.
—Mówisz o postulatach Czerwonego Ludu? Żartujesz?! Kurier pisał o tym jak o ciekawostce dnia, a nie realnym zagrożeniu! —zaśmiała się Licia, ale śmiech uwiązł jej w gardle, gdy zobaczyła poważną twarz starszej koleżanki. —Ty w to naprawde wierzysz!
—Ilu spośród twoich kolegów to były biedne niemagi? Robotnicy? Chłopi?
—Oczywiście, że żaden! – zawołała, jakby samo zbliżanie się do kogoś takiego ją przerażało. Swojej służby nie uważała za jednostki biedne. Nie chodzili ani głodni, ani obdarci, a pensji starczało im na przyjemności czy drobne oszczędności.
—Dlatego tak samo jak ty są ślepi. Ktoś musi otworzyć im oczy, ale to nie takie proste. Mi było łatwiej cię przekonać, bo mnie podziwiasz —zaśmiała się, widząc jak młoda dziennikarka plącze się, zaprzeczając i potakując. —Jednak mężczyźni są uparci. Mało, która z osób, jakie uważają za autorytety mogłaby ich przekonać do zmiany zdania.
—Z tym się zgodzę —przyznała i wysączyła resztkę drinka. Odchyliła się na stołku, myśląc intensywnie o kolegach z pracy. Którego mogłaby przekonać, żeby zajął się takim tematem? Dwóch się w niej podkochiwało, więc łatwo daliby się zmanipulować, lecz żaden z polityki czy spraw zagranicznych. Jak zwykle pech. To byłby prosty sposób. W takim razie ona będzie musiała posłużyć się trudnym. Najpierw porozmawiać z którymś z kolegów – a najlepiej z kilkoma – i poprowadzić dyskusję tak, żeby myśleli, że pomysł artykułu o Czerwonoludowcach to ich własny. Potem oni już przekonają, kogo trzeba. A jak sami nie wyjdą z inicjatywą to ona im pomoże. Plan rozgrywki wewnątrz redakcji przypomniał jej o pierwotnym powodzie spotkania z Aster Blumenfeld. —To jednak nie są tematy do mojego wywiadu! Potrzebuję jakichś plotek zza kulis. Rodzinnych sekretów. Możesz podlizać się przyszłej teściowej, po tym cię pokocha!
Diwa zaczęła śmiać się tak serdecznie, że w kącikach oczu zabłysły jej małe kropelki łez.
—Może coś o koleżankach ze sceny?
—Po to, żeby któraś podłożyła mi później nogę w czasie występu? —ponownie zaśmiała się, ale przecząco pokręciła głową.
—Ale to nie muszą być złośliwe plotki!
—Naiwny pisklak.
Błyskiewiczówna westchnęła.
—Skupmy się zatem na twojej teściowej – powiedziała ugodowo, notując nazwisko Marii Borkowskiej.
—Jest wiedźmą…
—„Jest przesympatyczną, starszą panią…” —zanotowała żurnalistka, sylabizując.
—Babsko rządzi całą rodziną żelazną ręką…
—„Troszczy się o każdego…
—Z młodszego brata Krzysia zrobiła mamisynka…
—„Jest szczególnie blisko z młodszym z braci Borkowskich…” Jak on ma na imię? Zapomniałam — przerwała pisanie, aby podrapać się końcówką ołówka w skroń.
—Kazimierz. Poza tym bez przerwy się wtrąca w nasze sprawy i ingeruje w związek!
—„Mi też okazuje matczyną troskę.
Po tym zdaniu Aster nie wytrzymałą i ponownie roześmiała się na całe gardło. Bawiło ją to tak bardzo, że miała trudności ze złapaniem tchu. Tym razem rzucano im tylko dyskretne spojrzenia.
—Cicho! To dla twojego dobra! Co jeszcze? —nafukała na nią.
—Chce mieć wnuki – wymieniała dalej.
—To mogę napisać normalnie.
—Organizuje charytatywną kwestę na rzecz sierotek...
—To też jest dobre! Najlepsze! Starczy za wszystko! —ucieszyła się reporterka. Czasami zmyślanie było jeszcze trudniejsze, niż pisanie prawdy. Zwłaszcza dla niej - tej, która chciała prawdę ujawniać. —A teść jaki?
—Pantoflarz.
—„Bardzo łagodny dżentelmen.” —zanotowała, przyglądając się swoim notatkom krytycznym okiem i przytykając do ust czubek ołówka. Nie podobało jej się, ale na poprawki nadejdzie czas później. Podniosła oczy na swoją rozmówczynię: —A Krzysztof? Poza tym, że ma moje okropne poczucie humoru?
—Ideał. Poza tym, że chce zamieszkać na wsi —westchnęła cierpiętniczo.
—„Uwielbiasz go i jego rodzinny dwór, nie możesz doczekać się, aż tam zamieszkacie i odpoczniesz od zgiełku wielkiego miasta…
—Nie! —gwałtownie sprzeciwiła się Aster. Natychmiast się opanowała i przemówiła spokojniej i ciszej, pochylona ku dziennikarce: —Nie. Chyba jednak będzie lepiej jak napiszesz prawdę. Nie chciałabym, żeby przeczytał to kłamstwo i miał złudną nadzieję. Poza tym… Już jestem inna i spisana przez wszystkich na straty. Niech kobiety takie jak ja to przeczytają. Niech nie pozwolą sobie wmówić, że jeśli nie chcą być gospodyniami to jest z nimi coś nie tak. Że nie mogą znaleźć realizacji nigdzie indziej poza domem i rodziną. Może doda im to nieco odwagi, żeby spróbować pójść inną drogą —powiedziała poważnie, ale w głębi jej ciemnożółtych oczu kryła się melancholia. Apel Aster był wszystkim, czego jej było trzeba, aby wywołać skandal i szok wśród czytelników Kuriera Warszawskiego.
—To jeszcze tylko krótko o ostatnim spektaklu i twoich najbliższych planach – zakończyła temat. – Gdzie i w czym będzie cię można zobaczyć?
—Widziałaś mojego „Bolesława Chrobrego” to coś wymyśl. Dla mnie każdy występ jest taki sam. Reżyser, który próbuje mnie zmusić do realizowania własnej wizji, zazdrośni koledzy, którzy mnie chwalą i oczerniają, a jednocześnie wiedzą, że jeśli odniesiemy sukces to będzie to moja zasługa… Potem jeszcze w kraju będę w „Strasznym Dworze”, ale zimą wyjeżdżam do Francji i spędzę ją na Lazurowym Wybrzeżu. Cannes, Marsylia. Uwielbiam tamtejsze słońce! – Wyraźnie nie mogła się doczekać wyjazdu.
—Jeśli chodzi o wywiad to będzie wszystko —stwierdziła z zadowolonym uśmiechem Błyskiewiczówna, chowając swój notatnik. —Teraz przejdźmy do przyjemniejszej części! Jeszcze jeden kieliszek proszę!


*fragment opery "Halka"
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
RebelMac
Posty: 42
Rejestracja: 22 stycznia 2017, 13:23
Lokalizacja: Bielsko - Biała

Re: Iluzjonistka

Post autor: RebelMac » 22 stycznia 2017, 14:56

Tekst przeczytałem z uwagą i niestety wieje nudą. Właściwie to jeden wielki dialog (wywiad z artystką), który nic nie wnosi moim zdaniem do fabuły. Coś o Krzysiu, zarysowanie problemów, z którymi zmaga się ten przedstawiony przez Ciebie świat. Uważam też, że dziennikarka powinna być pewną siebie osobą "z jajami" a piszesz: "poddenerwowaną", "wyglądała jak zbity pies". Nie trafiło do mnie nazywanie wodnika demonem. Reasumując, możliwe że kolejne części będą bardziej dynamiczne, przedstawianie takich realiów magicznej Polski jest fajnym pomysłem. Czekam na jakiś tzw. "metaplot", główny wątek w powieści, a warsztatowo jest całkiem poprawnie.

Pozdrawiam.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kruffachi » 22 stycznia 2017, 15:15

Zacznę od tego, że bardzo mi się podoba wizja tej przedwojennej Warszawy :) Ogólnie nie jest to moje ulubione miasto, ale też - przyznaję - choć bywam w stolicy często, to jednak głównie służbowo i kojarzy mi się z pośpiechem i zmęczonymi ludźmi. Taką ją oglądam. Niemniej lubię Warszawę literacką, tę Prusa, tę Tyrmanda chociażby, i lubię o niej czytać. Twój portret został podszyty magią i to mi do niej, do tej przedwojennej atmosfery bardzo pasuje.

To, czego bym chciała, to dopieszczenia klimatu, żeby móc się tam naprawdę znaleźć i poczuć częścią miasta, częścią tej Europy w dobie magicznej la Belle époque. Bo tego mi głównie zabrakło. Większość informacji pozwalających znaleźć się w czasie i odtworzyć pomnożone przez element fantastyczny problemy społeczne umieszczasz w dialogu, który staje się przez to dość przeładowany i momentami chrobocze bardziej widoczną, niż by się chciało, ekspozycją. Po prostu niekiedy przestaję widzieć w nim rozmowę dwóch kobiet, a widzę narzędzie autorki. Często gorąco namawiam do tego, żeby nieco bardziej ufać w tej kwestii narratorowi, a jeszcze lepiej szczegółom tła, mogącym wzbudzić skojarzenia. Bohaterka mogłaby przecież posłyszeć jakąś wymianę poglądów na ulicy. Albo zobaczyć coś w gazecie. Albo dostrzec plakat lub napis na murze. Może w okolicy ktoś został zmuszony do zamknięcia ulubionego zakładu z jakiegoś specyficznego powodu. To dałoby się - sądzę - te informacje i poglądy Luci rozparcelować na różnych płaszczyznach i dzięki temu czytelnik chłonąłby je mimochodem, a nie miał wrażenie, że właśnie mówi się do niego rzeczy, które powinien zapamiętać. To na przykład wyszło Ci nieźle, kiedy pisałaś o przywiązaniu Krzysztofa do dworku jako pierworodnego.

A skoro już przy dialogach jesteśmy - troszkę Ci się rozpadają. Zdarzało mi się parokrotnie wracać wzrokiem w poszukiwaniu informacji, kto się właśnie wypowiada i czy mówiący na pewno gdzieś się nie zmienił. Myślę, że to kwestia tego, że jeśli u Ciebie postaci mówią, no to, no... mówią. I tyle ;) Nie zmieniają pozycji, nie gestykulują, nie odpływają myślami, nie robią tych wszystkich rzeczy, które pozwoliłyby mi sobie całą sytuację zwizualizować - mogę tych dialogów jedynie słuchać, jakbym słuchała radia. Tu też zachęcam do popracowania nad aspektem, jeśli nie w tym tekście, to w kolejnych. Zwłaszcza że takie gesty i zachowania dodatkowo dużo o postaciach mówią, pozwalają w nie uwierzyć.

Podoba mi się Twój dowcip :) Scena z początkiem wywiadu mnie bardzo rozbawiła, a sposób narracji ogólnie sprawia mi przyjemność, mimo językowych niedoróbek i miejsc stylistycznej chropowatości. Bo jest podszyty właśnie taką miłą ironią w dobrym guście i tonie. Tak to odczytuję, że Ty tę swoją Lucię lubisz, ale też patrzysz na nią z przymrużeniem oka, może odrobinę pobłażliwie. To mi się udzieliło i widzę tę pannę jako taką właśnie energiczną trzpiotkę, z jednej strony konserwatystkę, która wyniosła ze szlacheckiego domu szkołę tego, co powinna kobieta, a z drugiej kogoś, kto chciałby prezentować emancypacyjne i nowoczesne poglądy. Jak wychodzi w praktyce, wiemy po spotkaniu z wodnikiem ;) To zrobiło miły kontrast i kontekst. To sprawia, że ja tę bohaterkę jakoś tam lubię, choć pewnie nie chciałabym spędzać z nią czasu, bo jako osoba by mnie irytowała. Ale jako kreacja literacka jest sympatyczna i nośna.

Swoją drogą, czuję, że wątek wodnika jeszcze tu wróci ;) Czekam na ciąg dalszy.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 22 stycznia 2017, 16:04

RebelMac, Dzięki za komentarz i zwrócenie uwagi na dialogi. Faktycznie czasami tak bardzo skupiam się na tym, co muszę przekazać, że tu znowu z bohaterek chyba wyszły recytujące swoje kwestie manekiny :/
Jeśli chodzi o zachowanie Lici to dobrze scharakteryzowała ją Kruffachi. To nie jest jeszcze zbyt wyemancypowana epoka i po prostu Licia dopiero uczy się tego jak ma się zachowywać. Nie ma wzorca tego jak stać się "kobietą z jajami", a gdyby wprowadzała swoje zamysły zbyt brutalnie to nie tylko nikt nie brałby jej na poważnie, ale wręcz każdy próbowałby ją powstrzymać, żeby nie ośmieszyła się za bardzo, nie przyniosła hańby etc. Działa metodami, których nauczyła się od matki, babki, piastunki, czyli manipulowania, trochę zgrywania większej ofiary niż jest, brania na litość :) Jest trzpiotką, którą zafascynowało coś (dziennikarstwo) tak bardzo, że chciałaby spróbować swoich sił, a jednocześnie każdy rzuca jej pod nogi kłody.
SpoilerShow
Samo to, że w ogóle pozwalają jej napisać jakikolwiek tekst pod własnym nazwiskiem jest dla niej przywilejem zdobytym koneksjami (o tym piszę dopiero w kolejnej części).
A jeśli chodzi o nudę...
SpoilerShow
W następnej części będzie trup :P U mnie ogólnie trupy się ścielą aż za bardzo czasami =.= I niby śledztwo. Bardzo niby.
Kruffachi, Dziękuję raz jeszcze, że udało ci się zdążyć z komentarzem :D

Ja jestem rodowitą Warszawianką i chociaż ma wiele wad to jednak kocham to miasto ^^ Dlatego chyba próbuję pokazać ją taką, jaką ją widzę. A akurat to opowiadanie ma się do Prusa bardzo, bo myślałam o nim intensywnie, pisząc Iluzjonistkę XD Trafiłaś także w punkt.

Zwrócenie uwagi na dialog i twoja uwaga bardzo mi pomogła :) Już kiedyś ktoś mi zwrócił na to uwagę i zawsze mi to cierpi, gdy piszę z ograniczeniem długości (tak jak zaczęłam we wstępie było to opowiadanie konkursowe). Takie wstawki jako pierwsze lądują w koszu, gdy zdarzy mi się przekroczyć limit o te kilka tysięcy znaków =.= Kolejny powód, dla którego nie powinnam pisać na konkursy... A tu skupiłam się w dodatku na tym, żeby przekazać wszystko, co chciałam. I zrobiły się manekiny >.< Poprawię to w ciągu tygodnia, góra w niedzielę :P A przynajmniej się postaram.

Cieszę się, że mój drewniany humor do kogoś trafia xD

I tu jest kolejna rzecz, o której wiem, ale jeszcze nikt jakoś nie potrafił mi jej wyłuszczyć na tyle, żebym mogła ją zmienić. Moje główne bohaterki (jestem kobietą i uznałam, że w kobiecą psychikę lepiej się wczuję, więc są głównie panie) są mało strawne. :bag: Postacie męskie doczekują się głównie pozytywnych komentarzy, a damskie... Nawet jak nie Mary Sue to i tak nikomu nie pasują xD Jak nie za bardzo samodzielne, to za mało :P Ale cieszę się przynajmniej, że nie wywołuje skrajnej antyparii. To już i tak krok na przód :P
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Siemomysła » 22 stycznia 2017, 16:39

Hej, hej!

Kupiłaś mnie wybranym tłem historycznym. Jest ciekawie, lekko steampunkowo i to jest lep na Siem. Bardzo mi się podoba dobór postaci, kupuję Lucię (w ogóle kocham to zdrobnienie <3), ciekawam "co z niej wyrośnie". Scena z wodnikiem - z tym, jak się powiększał i malał - jak to zapachniało Dukajem ^_^ Podoba mi się też Aster - jej decyzja, by nie ściemniać pewnych kwestii w wywiadzie, widoczny znak, że narzeczony jest dla niej ważny, zbyt ważny, by go okłamywać, dając fałszywą nadzieję, za pośrednictwem gazety. A do tego jeszcze myśli ponad swoją prywatę - o innych kobietach, dla których może stać się przykładem.

Bardzo podobało mi się to "tłumaczenie" z prawdy Aster na wywiad. I ten moment, gdzie Lucia stwierdza "to mogę zapisać normalnie". Ogólnie ona się wydaje taka energiczna, działanie, działanie, działanie. Ma świadomość zapewne, że niewiele pomoże na zepsuty autowóz, ale i tak zagląda pod maskę. Też tak mam... Taki mały punkt identyfikacji.

Co do dialogów - faktycznie, jak mówili moi przedmówcy momentami stają się wyklepywaniem informacji, zwłaszcza tam, gdzie Aster uświadamia Luci "co tam, panie, w polityce". Lucia swoją drogą wychodzi tu na strasznie naiwną i fajne jest, że sama sobie to uświadamia, że niewiele do tej pory wiedziała - i znów, od razu: BUM, będę działać, ja nie dam rady, kto by mógł? są kandydaci i jest zalążek planu. Ona tak sobie frunie na tej swojej młodości i entuzjazmie, widać wyraźnie fascynację Aster i jej doświadczeniem. Dziewczyna kojarzy mi się z gąbką, chłonącą wszystko, która jeszcze nie umie tego wszystkiego przesiać i wybrać, co byłoby dla niej najlepsze. Jest ciekawa. Chce się o niej czytać. No i ja nie mam problemu, jaki ma RebelMac - że mało akcji, nic się nie dzieje. Ja czytam bohaterami, tu bohaterowie są, mogę nad nimi przystanąć i o nich pomyśleć. Coś już o nich wiem, teraz czekam, co dalej.

Co do "technicznych" - zdarzają Ci się literówki typu "kławstwo", "impat", "jesteśie", "możnaby" "nie ważne" - warto pod tym kątem przejrzeć tekst w jakimkolwiek programie, który podkreśla błędy - sporo tego typu babolków wbudowana korekta jest w stanie wyłapać.

Parę zdań niezrozumiałych:
Europejki, jako pierwsze na świecie otworzyły uniwersytety również na kobiety.
Europejki, czyli kto? Albo co?
—Panna Blumenfeld? Gdzie ją znajdę? —spytała, zdejmując delikatne, koronkowe rękawiczki i nakrycie głowy. Wrzuciła je do środka kapelusika i podała kamerdynerowi.

—Panna Blumenfeld siedziała przy barze...

Przeszła przez hol, pełna gracji sylwetka dziewczyny odbijała się w kryształowych lustrach , którymi wyłożono ściany.
Tu zaliczyłam zwiechę w temacie kto przeszedł przez hol. Myślę, że warto zaznaczyć, że to Lucia i że to jej sylwetka, bo na początku byłam pewna, że już widzi pannę Blumenfeld, a potem się okazało, że dopiero wchodzi po schodach i że to jednak Lucia się odbija.
Wszyscy już o mnie słyszeli. Nawet jeśli im się nie podoba mój występ to pójdą na niego tylko, dlatego żeby móc wysmarować mnie błotem.
Coś tu się z linią czasową nie zgadza - w sensie czy wiedzą przed występem, że im się nie podoba? Czy też chodzi Ci o to, że nawet jak im się nie podoba, to pójdą drugi raz, żeby ją obrzucić błotem?

Nie pogardziłabym też zaznaczeniem, że dziewczyny przed wywiadem zdążyły się zaprzyjaźnić. Bo to było dla mnie zaskakujące, Lucia cały czas zachowywała się jakby jechała na spotkanie z obcym człowiekiem, a potem taka komitywa.

Ode mnie tyle. Będę czytać dalej to pewne ;)
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 23 stycznia 2017, 04:26

Siemomysła, Hej :D
Jeśli to jest lep na Siem to zapewne kolejne opko na insta, które wczoraj mnie nawiedziło tuż przed snem, też powinno ci się spodobać :P Naskrobałam dzisiaj stronę, pomysł trochę dojrzewa, zobaczymy co mi z tego wyjdzie, bo mało czasu jest, żebym to jakoś przemyślała dogłębnie :/ Improwizacja pełna będzie xD :nano:

Pocieszyłaś mnie w związku z postaciami :heart: Mam nadzieję, że z Lutki będą ludzie. Na razie jeszcze bliżej jej do "lalki", ale chyba to już lalka z duszą :P Pinokio też się gubił zanim zmienił się w chłopca. Dukaj... Przyznam, że nie czytałam, bo s-f to ja średnio przyswajam (chyba, że ma też coś innego, a ja ignorantka o tym nie wiem?) Jednak z tego co słyszałam to z takiego porównania mogę być chyba tylko dumna ^^

Haha, to w tym jesteśmy takie same. Nie wiem, ale jak nie spróbuję to się nie dowiem - mama powtarzała mi to do znudzenia i jakoś mi tak zostało. Jestem domowym ekspertem od hydrauliki czy elektryki. Z wozami nic wspólnego do tej pory nie miałam, ale to kwestia czasu, aż się przemogę i zdam wreszcie to prawo jazdy. Ale czy rower, czy komputer to z filmikami na yt rozkładam i składam xD A co. Ja nie dam rady? XD

Postaram się dialogi poprawić do końca tygodnia :) Jak pisałam Kruffachi - było to opowiadanie konkursowe z limitem słów i dialogi to pierwsza rzecz, którą "kastruję", aż stają się bezpłciowe jak tu >.< Później nie poprawiałam tego drugi raz tak jak powinno być, bo o ile wyłapywanie takich rzeczy u innych jest łatwe tak u siebie niekoniecznie. Wsłuchiwanie się w czyjś głos wymaga skupienia, a w swój własny niestety nie. Tak jak z zapachem - jest się do niego tak przyzwyczajonym, że człowiek czasami niezauważa, że "śmierdzi" :P

Dzięki za wyłapanie literówek. Poprawione. Piszę w Wordzie i kiedyś poprawiał mi błędy, ale jak zaczęłam używać japońskiej klawiatury, tak Word się zbuntował i teraz każdy tekst jaki i gdziekolwiek piszę jest... cały czerwony. Każde słowo w każdym języku. Próbowałam to przestawiać, ale już kompletnie nie wiem, od czego to może być zależne >.<

Europejki, czyli mieszkanki Europy? Jest ten XIX wiek, więc świat rozszerzony o USA itd. Chodzi ci, żeby skonkretyzować, jakiej narodowości? Że to Szwajcarki, Francuzki, Polki itd bardziej w formie historycznej wstawki, czy jak?

Rozumiem. Skonkretyzuję, czyja sylwetka :)

Jeśli chodzi o ostani urywek. Chodzi mi o taką postawę, jak prezentuje tu kabaret Paranienormalni https://www.youtube.com/watch?v=_hhesT5UtuM (ok 6:45). Ktoś sobie ubzdura, że nie lubi, pójdzie, obejrzy, może nawet w głębi ducha uzna, że ok, ale później i tak będzie rzucał błotem. W tym wypadku chodzi o homofobów/rasistów. Są tak bardzo przeciwko Aster, że nieważne jakby śpiewała to i tak będą krytykować, a że nie da się prowadzić dyskusji bez znajomości tematu (to znaczy teraz się da, pół świata polityki tak robi, ale jako, że to świat z fantazji to nawet homofobom nie chce odbierać inteligenji :P) to chodzą, aby znaleźć to co im się nie podoba :P Może brzmi to pokrętnie, ale ludzka zawiść chyba taka jest - nielogiczna często.
SpoilerShow
Później pojawi się taki bohater, który idealnie odzwierciedli taką postawę, więc może na jego przykładzie uda mi się to lepiej zobrazować.
Zdążyły się poznać, ale spotkały tylko raz i Lutka bardzo przypadła do gustu Aster. Zachowanie Luci na początku wypływa ze stresu, bardzo boi się czymkolwiek uchybić, ale dopiero dzięki drugiej kobiecie rozluźnia się i zaczyna być sobą. Co do tego, że nazywa siebie jej przyjaciółką - podczas poprzedniego spotkania przedstawiała siebie, jako osobę, której zależy na dobru Aster i przez chwilę ciągnie to przedstawienie. Lutka jest trochę manipulatką, czasami trochę podświadomie, bo weszło jej to w krew i nawet się nad tym nie zastanawia (jak przy wodniku) Polubiła Aster, ale przede wszystkim chce osiągnąć swój cel. Dbając o samopoczucie Aster i zyskując jej zaufanie, mogłaby pozyskać informacje, których nie powinna, a wiadomo - wiedza to potęgi klucz. Nawet gdyby teraz w wywiadzie nie użyła wszystkich to kiedyś mogłaby "zrzucić prawdziwą bombę" :P
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Siemomysła » 23 stycznia 2017, 07:26

MononokeGirl pisze:Dukaj... Przyznam, że nie czytałam, bo s-f to ja średnio przyswajam (chyba, że ma też coś innego, a ja ignorantka o tym nie wiem?) Jednak z tego co słyszałam to z takiego porównania mogę być chyba tylko dumna ^^
"Lód" Dukaja rozgrywa się w alternatywnych czasach zbliżonych do Twoich - początek XX wieku, nie nastąpiło wyzwolenie Polski spod zaborów. Ale moje skojarzenie wzięło się z "Innych Pieśni" - takoż alternatywna rzeczywistość, czasy wcześniejsze. Obydwie te powieści można uznać za s-f albo nie. Zależy od tego jak się to s-f zdefiniuje. Fikcji naukowej w nich nie brakuje, Dukaj pisze o alternatywnej nauce (fizyce, chemii). Natomiast nie wypuszcza się w nich w przyszłość w stosunku do naszych czasów, co zwykle jest charakterystyczne dla s-f.
Tak jak z zapachem - jest się do niego tak przyzwyczajonym, że człowiek czasami niezauważa, że "śmierdzi" :P
To fakt niezaprzeczalny, najtrudniej u siebie znaleźć drobiazgi.
Europejki, czyli mieszkanki Europy?
No właśnie - czyli nadal nie rozumiem tego zaznaczonego zdania, bo co ono znaczy? Że Europejki jako pierwsze otworzyły uniwersytety na kobiety? Chyba Europa to zrobiła, jako taka? Albo w Europie to zrobiono?

Rozumiem, co miałaś na myśli z postawą ala kabaret, ale dopiero po Twoim wyjaśnieniu. Może warto tam coś dodać? Że "nawet ci, co zakładają, że im się nie będzie podobało, pójdą, żeby móc obrzucić mnie błotem?"
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 23 stycznia 2017, 13:44

Siemomysła pisze:"Lód" Dukaja rozgrywa się w alternatywnych czasach zbliżonych do Twoich - początek XX wieku, nie nastąpiło wyzwolenie Polski spod zaborów. Ale moje skojarzenie wzięło się z "Innych Pieśni" - takoż alternatywna rzeczywistość, czasy wcześniejsze. Obydwie te powieści można uznać za s-f albo nie.
Nie brzmi jak "s-f", o którym ja myślę, czyli kosmos, ufoludki, statki kosmiczne, dużo o fizyce i innych naukowych bądź pseudonaukowych rewelacji. Jakoś dopóki oglądam takie rzeczy (Ender, Awatar, Star Wars, Star Trek) to ok, ale jak czytam to jakoś średnio. Wątki historyczne brzmią fajnie :)

Właśnie nie cała Europa jako taka, więc nie piszę w ten sposób, bo nadal są państwa, gdzie kobiety nie mają takiego prawa, a nawet w tych, gdzie mają nie zawsze jest to popularne -> http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681 ... tecie.html Wcześniej czytałam lepsiejszy artykuł, a to tak na szybko znalezione. Pisząc ogólnie "Europejki" miałam na myśli kobiety z kilku państw europejskich, które się przyczyniły do otwarcia uniwersytetów na kobiety i zapoczątkowały trend. Zrobiono to w Europie, ale chciałam dać nacisk na to, że jednak jak kobiety chcą to mogą. Stąd taki a nie inny dobór słów. Teraz brzmi to bardziej zrozumiale? Nad tym fragmentem też sobie usiądę.

Wszystkie uwagi mam zapisane w liście "do poprawek", bo w przeciwieństwie do literówek potrzebuję dłuższej chwili spokoju, żeby się tym na spokojnie zająć. :)
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: pierdoła saska » 26 stycznia 2017, 08:57

Podobało mi się :3
Bardzo mi się podobało, choć powodowało też jakiś takiś smutek na dalekich skojarzeniach między siedzącą gdzieś w dalekich trzewiach tego tekstu Rzeczpospolitoą Obojga Narodów, tym co jest w samym tekście, a tym, co się obecnie w kraju dzieje :bag:. Życie, życie.

Licia przypadła mi do gustu. Najpierw uśmiechałam się, czytając jak się odnosi do wodnika, jaka to z niej szlachcianka i och i ach, a potem interesujące było jak bardzo wobec Aster się zmieniła. Tak jakby to całe bycie hrabianką zostało za drzwiami Rusałek i do środka weszła inna osoba. Nie hrabianka Błyskiewiczówna, a Lutka z Błyskiewiczów, panna niby wykształcona, ale w świecie nieotrzaskana. Trochę to przejście z jednej w drugą odbyło się gwałtownie, ale w sumie czemu nie. Przynajmniej do tego, jak to od słowa do słowa rozmowy wyszło nie mam uwag. Troszkę mi tam narrator zawiódł, ale o tym zaginionym w boju kawalerze, to ja napiszę za chwilę. Na razie o młodej.
Lubię młodą, za to że jej się chce, że wyróżnia się na tle innych panien (przynajmniej wg słów narratora), ale napisałaś ją tak, że mimo wszystko pozostała spójna ze swoim światem, a nie przesadziłaś i nie zrobiłaś z niej takiej “innej, nie rozumianej i zbuntowanej” – chwała ci za to.

Z Aster jawi mi się nieco mniej spójnie. Tu też następuje przeskok, bo najpierw, przez zachowanie Lutki, jawiła się jako ktoś bardzo ponad żurnalistkę, potem mentorowala, co w sumie sie wpisuje, tu i tam psiapsiółkowały. I to w sumie nie jest problem. Człowiek zmienny jest, a moje niepewności przypisuję zaginionemu w boju narratorowi.

Na początku tekstu narrator prowadził mnie przez zawiłości polityczne kraju. Że wiele nacji i jezyków, że magiczne istoty, kobiety na uczelniach, że aletrnatywną historia do naszej. Wziął mnie za rękę i wciągnął. Zasypał mnie bardzo szczegółowym opisem tego, co działo się na dziedzińcu Rusałek. Że studenci, chłopi, mieszczanie, że to i tamto… i się chyba tam zgubił w tym tłumie. Coś jeszcze pokrzykiwał jak Lutka wchodziła na piętro, a potem gościa wcięło. Znaczy może był tam, ale go panie zagadały i zrobiło się dziwnie.
Z teatru zostało mi radio :|
Od chwili, gdy Lutka zaczęła przepraszać, świat zniknął. Narrator z rzadka przebija się uwagą o drinku, przeczesaniu włosów czy tonie wypowiedzi, ale na dobrą sprawę panie istnieją poza światem. Są w lokalu, przy barze - czyli w miejscu dalekim od zacisznego, bo przy barze się jest jak na scenie, ludzie ze stolików ciebie widzą najlepiej - i rozmawiają o polityce, o plotkach, o życiu… za barem zwykle ktoś stoi. To znaczy, że generalnie ich rozmowa jest koszmarnie publiczna i wydawałoby się, że ktoś powinien krzywo spojrzeć, coś się powinno dziać, ale tego nie ma. Świat zniknął. A szkoda. Bo ja rozumiem, że rozmowa tak panie wciągnęła, że choćby tam pijany student nago przeszedł, to by nie zauważyły, ale dla mnie, dla czytelnika, stało się to okrojone. Że nie wspomnę o pracowniku za ladą, który wywiad słyszał, ba, całą rozmowę słyszał, i może jakiemuś plotkarskiemu pismu zaoferować smaczne, zasłyszane ploteczki; ale o samym wywiadzie za chwilę. Na razie chcę tylko powiedzieć, że tęsknię za narratorem, który umieściłby panie na powrót w świecie. Żebym wiedziała, co w ich rozmowie mogłoby budzić wzburzenie postronnych, że jedna lub druga rozejrzałaby się, czy jej przypadkiem nie usłyszano. Żeby tłoczne miejsce żyło. Ja w ogóle zapomniałam, że tam grała muzyka na żywo - przypomniałam sobie przeglądając notatki. Więc tak, narratorze, wróć, proszę! Może nie gadaj non stop, ale przerywaj paniom niekiedy.

To teraz wywiad - rozmowa. Podobało mi się, jak Aster mówiła z pobłażliwością do Lutki. Cała ta rozmowa wypadała tak pogodnie i nie miałam wątpliwości, że panie się dogadują, mimo że w sumie wynikało z tekstu, że to ich drugie spotkanie. Problem miałam z samym wywiadem.
Lutka przekonała Aster, że unikanie wywiadów jej szkodzi (w dalekim domyśle, że jak się unika prasy, to ludzie wymyślają sobie niestworzone rzeczy jako powody). Dzięki temu doszło do wywiadu. Pierwszego. Taki wywiad wszyscy zainteresowani zapamiętają. Jeśli trwająca już jakiś czas niechęć do wywiadów jest tak znana, to nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek zadowolił się opinią o teściowej, bo:
1. ani to nic takiego, czego nie można było powiedzieć wcześniej, a skoro tak to czemu diwa tak się wzbraniała - ten czy owy plotkarz nadal będzie dopowiadał sobie historie.
2. to, co Lutka zanotowała, można było napisać nie rozmawiając z Aster. Wystarczyło zapytać krewnych i przyjaciół narzeczonego. Oczywiście nie miałoby to takiego efektu, jak wywiad z do tej pory unikająca prasy diwą, ale mam wrażenie, że przeciętny czytelnik poczułby się rozczarowany i przeszedł do dumania nad tym jaką tajemnice próbuje się ukryć, podając mu takie byle co.
Przy czym podobało mi się jak Lutka przerabiała słowa Aster i jak Aster chciała, żeby młoda napisała prawdę. I że poruszyły problem wieloreligijności i tego, jak to przy małżeństwach komplikuje zycie <3 Naprawde, to były fajny fragment sceny. A potem fragment się skończył i zaczęłam się zastanawiać i doszłam do powyższych wniosków.
Istnieje jeszcze opcja, że z notatek powstanie coś z przytupem, jak się Lutka nad tym poznęca, ale tego to ja już nie wiem. :) Jeśli to gdzieś dalej się rozwikłuje, to posypuję łeb popiołem.

A tymczasem czekam na ciąg dalszy, bo mnie to i owo zaciekawiło bardzo i chcę wiedzieć :3 i poznać ten świat i w ogóle. Zwłaszcza w ogóle :D




Cytaty różne, kwadratowe i podłużne

► Pokaż Spoiler
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 29 stycznia 2017, 09:17

@ Marša , Cieszę się, że trafiło w gusta i dziękuję za tak długaśny i pobudzający komórki mózgowe komentarz. Oj miałam nad czym myśleć, miałam :heart:

To, że tekst pobudził takie dalekie skojarzenia (mimo że smutne) też mnie cieszy, bo pisałam go właśnie pod wpływem takich nie do końca radosnych skojarzeń :< To, że do kogoś one dotarły jest dla mnie zaskakujące, ale równocześnie znakiem, że było warto. Bo nie chciałam też bawić się w 100% tekst o polityce, ale przemycić tam, co myślę, z czym się nie zgadzam itp. Praca mojej nauczycielki historii z liceum, która uparła się, że nauczy mnie i resztę podobnych mi ignorantów analizowania zdarzeń historycznych chyba przyniosła jakieś rezultaty :P


Tak jak już komuś pisałam - odetchnęłam z ulgą, że nie popsułam bohaterek. A w szczególności Lutki, bo mam skłonności >.< Scharakteryzowałaś ją idealnie, aż dziw, że udało się to po tak krótkim urywku :D Możliwe, że zmienisz o niej zdanie, gdy zestawię ją z normalnymi damami z jej sfery, bo jak na tamte realia to wychodzi na bardzo zbuntowaną :P A przynajmmniej wedle tego, co czytałam. Jednak pomimo to każda cecha jej charakteru (nawet te buntownicze i inne) została przemyślana i ma swoje źródło, więc mam nadzieję, że w miarę czytania nadal pozostanie spójna, a nie wyrwana z jakiejś innej rzeczywistości jak Whoopie Goldberg w "Rycerzu Artura" >.<
Co do Aster - ona jest bardzo zwyczajna, a przynajmniej tak sama siebie postrzega. Nie zadziera nosa, ale wsadzi szpilę jak ktoś jej wsadza. To inni uważają ją za "inną", a czy to prawda? Właśnie, dlatego trafiło do niej to jak Lutka ją przekonywała, że brak wywiadów tylko jej szkodzi. Zamiast pisać coś o bohaterze wolę pokazywać go w różnych sytuacjach (jak z Licią) i to jak widzą go inni zestawiać z tym jaki naprawdę jest. Bo te różnice są naprawdę ciekawe :P Wiem to z własnego doświadczenia. Ludzie noszą maski dostosowane do potrzeb, miejsc, ale o tym już ktoś chyba książkę napisał i to w dodatku z kanonu szkolnego, więc swoich trzech groszy dodawać nie będę :P

Narrator się zgubił, dosiadł do studentów, bo mieli niezłego winiacza. Za zaniechanie swoich powinności solennie przeprasza ^^ Miał nauczkę, bo go potem kac męczył. A tak poważnie - było, ale znikło, bo to była praca konkursowa i wiele rzeczy musiałam usunąć. Limit zabija mi wszystko, bo nie jestem fanką krótkiej formy. Nie potrafię. Nawet małe opowiadanko zawsze mi się tam rozwija, kiełkuje i romnaża przez pączkowanie >.< Najpierw wymyślę sobie scenę i mam na tym skończyć, a potem nagle okazuje się, że mam 30 str i to nadal może się ciągnąć... Też jak za pierwszym razem piszę to potrafię się pilnować (np przy każdej scenie staram się stosować zasadę pięciu zmysłów i jednocześnie ograniczać zmysł wzroku, bo to on mi dominuje, a wiem, że nie w każdym miejscu muszę opisywać, co gdzie stało z dokładnością do 1 centymetra), ale jak usunę i czytam potem to już nie czuję tego, co mi znikło :grzybki:

Największego ćwieka zabiłaś mi uwagami dotyczącymi wywiadu. W pierwszym odruchu przyznałam ci rację i był dół, że ojej, ojej ja o tym wcale nie pomyślałam :aaaaa: . Później zaczęłam analizować, co mogłabym napisać inaczej oraz moją zaplanowaną treść wywiadu (którego nie napisałam, bo by się i tak nie zmieścił - teraz mogłam to nadrobić). I wyszło, że jednak do całości mi to pasuje :) Do charakteru Aster i do Lici, która nagina obietnice do granic możliwości. I masz rację, że to co powinno być rdzeniem wywiadu wypada znacznie gorzej, niż wynurzenia Aster dotyczące choćby polityki, czy religi.

Cytaty:
SpoilerShow
„Europejki, jako pierwsze na świecie otworzyły uniwersytety również na kobiety.” Wreszcie zostało mi to wytłumaczone tak, że zrozumiałam, w czym tkwi problem :) Dzięki, tego było mi brak.

„Niestety społeczeństwo nie do końca było gotowe na tak drastyczne zmiany.”
Tak przyznaję razję, że ten fragment na razie nie tłumaczy wszystkiego, a bardziej sygnalizuje, że coś jest na rzeczy. Ogólnie nie lubię wstawiać takich prawie encyklopedycznych definicji, co i kto, i w jakim roku dokonał. Stanowczo wolę pokazywać dokonania króla np w dialogach postaci, w artykułach gazet, w tym co się na mieście dzieje itp. A przynajmniej tak da się to wytłumaczyć, lecz prawda jest taka, że to uniwersum jest w powijakach i słabo przemyślane. Miałam pomysł i mało czasu do terminu oddania pracy (i limit, który też ograniczał pracę mojego mózgu jak uzda... bez przerwy słyszałam z tyłu głowy głosik: prr, nie zapędzaj się, nie musisz opisywać im zmian społecznych z ostatniego ćwierćwiecza itd.), a także mało wiary w to, że uda mi się nie skiepścić opowiadania osadzonego w jakichś tam, nawet nie do końca prawdziwych, ale realiach historycznych. Doświadczenia nie miałam żadnego i to pierwszy taki tekst :<

„Z jednej strony płeć piękna cieszyła się w tym kraju wielkim szacunkiem, lecz z drugiej – pozostawał pełen tradycjonalistów.” To zdanie... Sens był taki, jaki napisałaś, ale rozumiem, że napisałam to tak, że wyszedł całkiem odwrotny O.o Całe zdanie mówi o tej samej grupie społecznej. Szlachta/arystokracja, czyli ludzie obyci powinni być dżentelmanami (to czy tam sobie prywatnie uważają kobiety za maszynki do rodzenia to już tajemnica ich alkowy, a przed ludźmi trzeba się zachować) i szanować płeć piękną. A jednocześnie ci sami ludzie to tradycjonaliści, którzy w kobietach na uniwersytetach widzą trochę zagrożenie dla swojego autorytetu (jeszcze tylko tego by brakowało, żeby żona/córka/wnuczka poprawiała poważnego pana, co to do nauki nie miał głowy - nie każdy mieć musi, ważne, że rodzinę utrzymuje i za to szacunek mu się należy!), trochę oznakę napływającej zgnilizny moralnej (bo wiadomo - jaki student jest to każdy widzi, a żeby dziewczęta się też takie stały toż to przecież zgroza!) itd. Więc to jest cały czas o szacunku i tradycjonaliźmie, a nie osobno. Skoro wynikło takie nieporozumienie to to też będę musiała rozwinąć ^^

„Wyminęła bryczkę wypełnioną po brzegi płodami rolnymi, przy której stała zaprzęgnięta kasztanka.” Nie wydaje mi się, żeby to zdanie było takie mylące jak wynika z twojego komentarza, bo nie ważne ile razy je czytałam to dla mnie oczywistym pozostawało, że kasztanka stoi przy właśnie tej bryczce z płodami rolnymi, a nie żadnej innej. Jednak mimo to je zmieniłam i teraz powinno nie być wątpliwości.

http://comps.canstockphoto.pl/can-stock ... 410803.jpg O taki szyld mi chodzi, a zatem nie nad, a przy.

“Goście restauracji cechowali się ogromną różnorodnością.” A sens nie staje się jasny później? Nie jest to miejsce przeznaczone np głównie dla szlachty, albo studentów, ale przychodzą bardzo różnorodni goście.

“Po kilku schodkach wspięła się do głównej sali – miała ona półpiętro i wysoki sufit, z którego zwisał żyrandol z lampami naftowymi.” ?

Czy jest jakaś zasada, że jak używam formy nazwiska panieńskiego to cały czas? ^^; Możliwe, że musiałam się wczuć, ale nie potrafię odpowiedzieć, bo zwyczajnie się nie zastanawiałam. Dla mnie to wersja jej nazwiska, która pomaga mi uniknąć powtórzeń i nadać trochę klimatu...

Potężnie zbudowani faceci (mój wujek stanowczo twierdzi, że piwny brzuszek to jeszcze nie otyłość :P) na kierowniczych stanowiskach raczej nie okazują emocji? Zwłaszcza takich jak płacz, choćby z radości? Czy może tak, a ja takich emocjonalnych po prostu nie poznałam? :P

“—I tak, i tak. Społeczność artystów to banda najgorszych plotkarzy. I zawistników. Wielu nie ogranicza się tylko do powtarzania ich za twoimi plecami, ale z satysfakcją wsadzą ci szpilę i będą nią wiercić, patrząc ci prosto w oczy.
—Sadyści!
—Też tak robiłam —Aster przyznała się z drapieżnym uśmieszkiem samozadowolenia. —Ten świat jest okrutnym miejscem. Zresztą… Sama to wiesz najlepiej. Panna hrabianka Błyskiewiczówna powinna pisać sielankowe felietoniki o delikatnych dziewczęcych uczuciątkach albo powinnościach kobiety. I nieważne jak jesteś inteligentna, zaradna i odważna.
—Prawda. A jeśli poruszę jakikolwiek poważniejszy to każą mi nie zawracać tym sobie mojej małej główki.Nie znoszę tego —przyznała Licia, odrzucając na bok grzywkę i prychając jak kotka. Zauważyła jednocześnie, że Aster się odprężyła. Szlachcianka robiąc poważną minę, pogroziła śpiewaczce palcem: —Ale to i tak okrutne, że się tak na nich odgrywasz. Ja bym chyba tak nie mogła. Mam za miękkie serce.”

Racja, że tu dialog mógł trochę popłynąć, bo Aster nagle zmieniła temat. Co do pytania, co robi Aster - to jeszcze wydaje mi się zrozumiałe. Odnosi się do swojej własnej wypowiedzi i ona tak samo jak ci wszyscy inni, którzy o niej plotkują, szydzą itp - nie pozostaje im dłużna. Natomiast Licia jest przez swoich przełożonych sprowadzona do roli maskotki, która pisze felietony i to jeszcze takie, z którymi nie zawsze się zgadza, mimo że ma całkiem inne ambicje. Tylko, że Aster potrafi sobie z tym radzić, a Licia nie. Aster dała przykład, że Licia powinna bardziej walczyć, stawiać się.
Według mnie to jest dialog, zdarzają się nam w realnym świecie przeskakiwanie z tematu na temat i dzięki temu brzmi on bardziej naturalnie? Taki nieskonkretyzowany, bez wywodu, czemu jej się własna sytuacja skojarzyła z sytuacją Lici?

"Słuchaj rad starszej koleżanki" wydaje mi się ciekawym tytułem, gdyby później nastąpiłoby odniesienie do tej mentorującej Aster, która jest znacznie ciekawsza, kiedy wypowiada się na tematy niezwiązane z jej związkiem i rodziną (bo wtedy zrobiła się znacznie grzeczniejsza). To co sądzi o roli kobiet, zawistnej społeczności aktorów, czy religii, a to co o rodzinie narzeczonego to jakby były dwie kobiety - ta publiczna, która dostosowuje się do tego, jaką ją widzą inni i ta domowa - taka, jaką ją wychowano.

“—Nie powiedziałabym, że moja teściowa jest homofobem.“ Nie, dlatego Aster to prostuje? Najpierw sama mówi o tym, że teściowa ją nienawidzi, a kiedy Licia wyskakuje z prześladowaniami na zachodzie to broni teściowej, żeby żurnalistka nie wyciągnęła pochopnych wniosków. Specjalnie nie używam słów takich jak "Żydzi, katolicy" itp, więc nie piszę też o antysemityźmie.
Jeszcze raz dzięki za bardzo dokładny i dający wiele do myślenia komentarz :) Dzisiaj poprawiam ten fragment, a jak się uda ogarnąć to i kolejny może wrzucę ^^ :nano:
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 213
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 29 stycznia 2017, 15:44

*****

Grzeczne, niezamężne dziewczęta z dobrych rodzin nie przesiadywały w restauracjach do wieczora, pijąc bez umiarkowania alkohol. Na szczęście dla Lici i Aster - i tak nikt nie uważał ich za porządne, więc nie miały wyrzutów sumienia, spędzając w ten sposób wspólny czas. Jedyny problem stanowił dla nich powrót. Błyskiewiczówna nie była nawet w stanie dostać się do swojego autowozu. Otworzenie drzwiczek i wejście do środka w tak wąskiej uliczce, gdy cały świat wirował z szleńczą prędkością, wymagałoby wręcz zdolności akrobatycznych. Dlatego zostało jej tylko jedno rozwiązanie - dalekoprzekaz do kierowcy papy, Alojza. Na szczęście zawsze nosiła kryształ przy sobie.
To było ostatnie wspomnienie, jakie posiadała hrabianka z Błyskowic.
Obudziła się we własnym pokoju. Ledwie udało jej się otworzyć ciężkie, niczym z ołowiu powieki, rozpoznała uroczy, różowo-biały baldachim nad łóżkiem i natychmiast tego pożałowała. Ostre promienie słoneczne powbijały się odsłonięte, niechronione gałki oczne tysiącami igiełek. Zakryła głowę kołdrą, lecz palący ból zaczął promieniować na całą twarz. Tak jakby ktoś trzymał tuż nad nią pochodnię. Oblała się potem, gardło miała boleśnie suche. Nawet, gdyby chciała zawołać po pomoc to nie była w stanie ruszyć skołowaciałym językiem. W skroni pulsował tępy ból. Przeczuwała, że jeśli tylko wykona jakiś gwałtowny ruch to on zacznie rozpychać się na boki i rozerwie czaszkę od środka. Tak jakby mózg spuchł i napierał na oczy, uszy, wypływał nosem. Bardzo nieprzyjemne uczucie. Jęknęła.
—To się nazywa nieumiarkowanie w piciu, panienko —damski głos, tak radosny i słodki, że prawie ociekający lukrem. I tak samo gęsty i lepki. Miała wrażenie, że zapychał jej uszy. Czasami naprawdę nie znosiła swojej pokojówki, Marty.
—Wody. Potworze —zdołała tylko wycharczeć.
Po chwili, która była dla Lici całą wiecznością, ponownie usłyszała głos służącej:
—Ma panienka zamiar napić się wody, leżąc pod kołdrą?
—Potwór…
—Tak z ciekawości zapytałam tylko. Panienka ma tyle niesamowitych zdolności…
—Pogrążasz się. Przygotuj miskę —po ostatnim zdaniu pokojówka umilkła. Prawie od zawsze towarzyszyła swojej pani i mogła pozwolić sobie na drobne uszczypliowści, ale tak naprawdę ta sytuacja wcale jej nie bawiła. Bała się o zdrowie, bezpieczeństwo i dobrą reputację swojej przełożonej i przyjaciółki. Nie chciałaby, żeby Lutka wpadła w nieodpowiednie towarzystwo, a wszystko wskazywało na to, że osoba Blumenfeldówny właśnie taka była. Czoło Błyskiewiczówny otarła zimną, zwilżoną ściereczką, na kolanach położyła jej miskę, a potem pomogła usiąść.
—Potwór, ale niezastąpiony, panienko —zażartowała, pojąc Licię, przytrzymawszy jej głowę.
—Prawda —przyznała szlachcianka już swoim głosem. Marta nalała jej kolejną szklankę wody: —A to po co? Wystarczy…
—Nie. Ma panienka wypić cały dzbanek na raz. Przyniosłam też ogórki kiszone. To pomoże na samopoczucie. Może nasz pan nie zauważy panienki opłakanego stanu —odparła, przystawiając hrabiance szkło do ust. Tamta słysząc takie argumenty, nie opierała się dłużej. Wypiła i zjadła wszystko, co zostało jej podane, chociaż przez chwilę była na twarzy równie zielona, co ogórki. Po tym tytanicznym wysiłku opadła wyczerpana na poduszki. Była jednocześnie wypoczęta i zmęczona – poprzedniego wieczoru odprężyła się tak jak jeszcze nigdy w życiu, a teraz miała wrażenie, że jej mięśnie są z waty i skoordynowane poruszanie się wciąż stanowiło problem. —Kazałam panience przygotować gorącą kąpiel. Pełna, parująca wanna czeka! Hop, hop, proszę wyskakiwać z łóżka! Co jeszcze panienka nie wypłukała to teraz wypoci.
—Ten twój radosny głosik jest całkiem nie na miejscu —westchnęła Błyskiewiczówna. —Ja umieram —poskarżyła się marudnie, ale posłusznie usiadła. W lustrze toaletki stojącej naprzeciwko zobaczyła swoje odbicie i musiała przyznać Marcie rację – kąpiel była niezbędna. Skóra poszarzała, włosy sterczały każdy w inną stronę. Czuła też, że nie pachnie najpiękniej. —Będę musiała podziękować Boguszowi.
Mówiła o prywatnym banniku Błyskiewiczów, duchu opiekuńczym ich łaźni. Służył jej rodzinie w czasach na długo przed jej narodzinami i traktowała go jak wujka. Nawet papa odnosił się do niego z szacunkiem. I nic dziwnego. Rozzłoszczony mógł napełnić wannę w ciągu sekundy czymś znacznie mniej przyjemnym, niż gorąca woda, albo w ogóle odmawiać współpracy. Słyszała kiedyś plotki o jednym, doprowadzonym do furii, który teleportował dziedzica majątku na sam środek targu podczas największego natężenia ruchu. Nago. Później spakował swoje manatki i słuch o nim zaginął, a żaden inny bannik w imię solidarności nie zgadzał się na pracę u pechowej rodziny. Łazienniki bywały dumnymi i mściwymi bestiami.
—Proszę się pospieszyć. Pan bardzo chciał, o czymś z panienką porozmawiać.
—Tak, tak. Rozumiem —machnęła lekceważąco dłonią, na długą, białą nocną koszulę zakładając szlafrok.
Do Żółtego Salonu, gdzie zazwyczaj urzędował papa, przy asyście pokojówki zeszła godzinę później – udało się to tak szybko tylko, dlatego że woda w wannie była ledwie ciepła już, gdy do niej wchodziła. Widocznie Bogusz również znał polecenie pana domu. Mimo to musiała mu podziękować, bo był osobą, z którą się nie zadzierało.
Papa siedział na swoim ulubionym fotelu obitym czerwono-złotym perkalem i czytał książkę. A przynajmniej tak wydawało się na pierwszy rzut oka. Zupełnie nie zwrócił uwagi na pojawienie się córki, więc przystanęła w progu zaskoczona. Dopiero, wtedy zauważyła, że niewidzący wzrok Błyskiewicza utkwiony jest w jednym miejscu. Mieli te same jasnoniebieskie oczy, ale na tym podobieństwa się kończyły. Resztę urody odziedziczyla po matce. Jedynie dzięki temu miała jakiekolwiek wyobrażenie, jak mogła ona wyglądać, bo prawie jej nie pamiętała. Ciemnobrązowe włosy mężczyzny układały ię w fale i poprzetykane były pasmami siwizny - nie tylko na głowie, ale też na krzaczastych brwiach. Miał twarz o kwadratowej szczęce i szlachetnym, klasycznym profilu z mnóstwem zmarszczek w kącikach ust i oczu – dowodzie na to, że był osobą skorą do śmiechu. Widząc jak pozostawał nienaturalnie poważny i zamyślony, poczuła skurcz niepokoju w żołądku, chłodny oddech strachu na karku. Może to kobieca intuicja, może szósty zmysł, ale w takich wypadkach nie myliła się nigdy.
—Papa wzywał? —spytała głośniej, niż zwykle, dygając przed nim.
—Tak, ponad godzinę temu. Następnym razem, gdy proszę abyś przyszła to zrób to niezwłocznie. Usiądź Lutosławo. Musimy porozmawiać —chyba pierwszy raz od bardzo dawna przywitał ją tak chłodno. To on zaczął skracać jej imię do Lici, zawsze witał ją serdecznie i ciepło. Była jego małą księżniczką, uwielbiała go. Jednak w takich chwilach, jak ta trochę się bała i szykowała do kłótni. Zajęła miejsce na sofie naprzeciwko niego. Marta została przy drzwiach.
„Chyba udało mi się przekroczyć czerwoną linię. Nie mogę uwierzyć, że Alojzy mnie wydał! Jak on mógł!” gotowała się ze złości, ale odparła spokojnie: —Słucham papo.
—Aster Blumenfeld została zamordowana. Bardzo mi przykro, kochanie —powiedział zduszonym głosem. Patrzył na nią z obawą, jakby miała zemdleć, ale nie była tego typu osobą. Skądże znowu!
—Kiedy? Jak to się stało? —spytała stoicko, czując jak jej ciało zaczęło pompować adrenalinę do żył. Serce przyspieszyło, policzki poczerwieniały, w głowie się kręciło.
—Wczoraj wieczorem. Tuż po spotkaniu z tobą. Jechała polną drogą i została napadnięta. Była tu straż i chcieliby z tobą porozmawiać…
—Oczywiście. Zrobię wszystko, aby odnaleźć sprawcę! —przytaknęła. Przed oczami pojawiły jej się mroczki, oblała się zimnym potem. —Mówili coś jeszcze?
—Marto, przynieś krople —zwrócił się do pokojówki. Ta dygnęła i pokazała małą buteleczkę. Dostała za to uśmiech, który jednak nie sięgał oczu mężczyzny.
—Przecież ja wcale nie mdleję! —oburzyła się Litka, ale poruszyła się przy tym gwałtownie i zachwiała. Głowa była zbyt ciężka, żeby utrzymać ją w górze. W tej samej chwili przy dziewczynie znaleźli się jej ojciec i służąca. Mężczyzna podsunął córce fiolkę pod nos, a ona odskoczyła do tyłu. Zapach dobywający się z wnętrza był intensywny i nieprzyjemny. Jednak dzięki niemu jej myśli stały się przejrzyste, niczym kryształ, a oddech łatwiejszy. Gdyby nie ten gorset to na pewno nie dopadłaby ją ta nagła, zdradliwa słabość.
Godzinę później Alojzy otwierał przed nimi wyblakłoniebieskie, nieco obdrapane drzwi komisariatu. Błyskiewiczowi nie podobał się pomysł odwiedzin w takim lokalu, a tym bardziej nie chciał nawet słyszeć o puszczaniu tam Lutki samej. Ta przechowywalnia zwyrodnialców była ostatnim miejscem, w jakie powinna zapuszczać się taka niewinna niewiasta jak ona. Papa nalegał, aby zwyczajnie wezwać, któregoś z funkcjonariuszy do ich domu, jeśli straż tak bardzo potrzebowała z nią porozmawiać. Byłoby to o wiele wygodniejsze – zwłaszcza, że dziewczyna wciąż pozostawała roztrzęsiona. Do przodu pchało ją jednak poczucie sprawiedliwości i... ciekawość. Wrodzona i nieograniczona. Ojciec często powtarzał, że ta cecha jej charakteru jest „pierwszym stopniem do piekła” i Licia przyznawała mu rację, bo bez przerwy pakowała się w kłopoty.
Tym razem założyła czarną, długą sukienkę z drobnymi białymi i granatowymi wstawkami, a na głowie nosiła czarny kapelutek z woalką, kilkoma sztucznymi stokrotkami i białą wstążką. Strój nie do końca żałobny, bo znała Blumenfeldównę od niedawna. Do tego miała elegancką aktówkę z krokodylej skórki, pasującą do butów na obcasie. Ojciec ubrany w czarny garnitur otaczał ją ramieniem ochronnym gestem. Alojzy zamykał ich pochód. Z krwią kozaków w żyłach wyglądał bardziej na ochroniarza, niż kierowcę. Wysoki i umięśniony, o dzikim i czujnym spojrzeniu, a mimo to w granatowo-szarej liberii równie elegancki, co ich dwójka. Zamknął za nimi drzwi i stanął obok, obserwując wszystkich chmurnym wzrokiem. Robił na tyle imponujące wrażenie, że dwóch wychodzących strażników wyraźnie się zawahało, zanim obok niego przeszli.
W środku od progu powitał ich hałas oraz nieświeży zapach dawno niewietrzonego pokoju wypełninego zakurzonymi papierzyskami i spoconymi ludzkimi ciałami. Na ławeczce tuż przy wejściu przysypiał bezdomny o bardzo oryginalnej aparycji – zbyt krótkie spodnie wyprasowane w kant odsłaniały gołe, włochate łydki Tymczasem przykurzony, fioletowy frak był dla niego stanowczo za duży. Spod niego wystawała bura koszulina oraz kolorowe apaszki. Cylinder, z którego dobiegały dziwne chroboty i popiskiwanie, przekrzywił mu się na bok, zakrywając połowę brodatej twarzy. W jego długich, zmierzwionych włosach pliszka uwiła swobie gniazdko i łypała na nich paciorkowatymi oczami.
Hol, w którym czekali tylko oni i kloszard, od głównej sali odgradzała niebieska, obdrapana bramka. Była otwarta, bo właśnie dwóch strażników próbowało przeprowadzić przez nie agresyną Cygankę. Trzymali ją za łokcie, neutralizując jej najgroźniejszą broń – długie paznokcie. Jednak to nie powstrzymywało kobiety przed kopaniem i rzucaniem się na boki, chociaż nawet chodzenie sprawiało jej problemy, bo zaplątała się w długą, kolorową spódnicę. Niczym wężyca syczała najgorsze obelgi pod adresem funkcjonariuszy.
Pan Błyskiewicz patrzył na nieznajomą z pogardą, wykrzywiał niezadowolony wargi.
—Wiedziałem, że to zły pomysł. Nie powinnaś słuchać takiego języka —pouczył Licię surowo.
—Przepraszam papo —odparła potulnie, ale puściła uwagę mimo uszu. Rozglądała się ciekawie dookoła, nie mogąc opanować podekscytowania. To było jak wejście na tajemniczy teren, spróbowanie zakazanego owocu. Jednak miała z tego powodu również ogromne wyrzuty sumienia, bo żałowała, że doszło do tego w takich okolicznościach. —To dla Aster. Chcę, żeby winnego złapali jak najszybciej.
Ojciec spojrzał się na nią współczująco i poczuła się jeszcze gorzej. Myślał pewnie o tym jak dzielną jest dziewczynką – gotową nawet na takie poświęcenie w imię przyjaźni i lojalności. Zupełnie opacznie odbierał jej intencje. Papa chciał dodać coś jeszcze, ale właśnie w tej chwili podbiegł do nich umundurowany gołowąs.
—Hrabia Błyskiewicz! Nie spodziewaliśmy się… —nawet jego głos brzmiał, jakby jeszcze przechodził mutację.
—Proszę mi wierzyć, ja również. Jednak moja córka lubi zaskakiwać —odparł, wskazując na dziewczynę, która dygnęła z gracją.
—Panno Błyskiewicz —młodzieniec skinął jej głową, czerwieniąc się lekko.
—Jesteśmy tu w sprawie zabójstwa Aster Blumenfeld. Byłam jedną z ostatnich osób, które ją widziały. Chce rozmawiać z kimś, kto się tym zajmuje —powiedziała stanowczo, zaskakując swoim tonem obu mężczyzn. Nie było w nim nic z cichego szczebiotu delikatnej panienki.
—O-czywiście —zająknął się i spuścił wzrok, wskazując im drogę. Przeszli przez bramkę, a potem lawirując pomiędzy biurkami przez główną salę. Pod ścianami stały niedomykające się szafy, w których i na których piętrzyły się stosy akt. Poprowadził ich do odosobnionego, mniejszego pokoju ze stołem i dwoma krzesłami. Nie było w nim okna. Jak weszli na suficie rozjarzył się pojedynczy kryształ z uwięzioną wewnątrz błyskawicą, pobudzony do życia krótkim zaklęciem rzuconym przez strażnika.
—Proszę o chwilę cierpliwości —powiedział chłopak, zostawiając ich samych.
Pan Błyskiewicz westchnął przesadnie głośno i podsunął krzesło córce. Zebrała fałdy spódnicy i usiadła. Jej ojciec opadł ciężko na drugie siedzisko, jak tylko przyciągnął je bliżej dziewczyny.
—Nigdy więcej Lutka. Ty i te twoje pomysły!
—Przepraszam papo —powtórzyła, nie odrywając wzroku od drzwi. Jej wcześniejszy wywiad zasługiwał na pierwszą stronę gazety, ale gdyby udało jej się dostać bezpośrednie informacje na temat śledztwa… Myślenie o własnej karierze w takiej chwili było bardzo nie na miejscu. Odrażające. Egoistyczne. A mimo to nie potrafiła skupić się na czymkolwiek innym. Uznała, że wyrzutami sumienia zajmie się później, nawet jeśli w tej chwili przygniatały jej pierś, niczym syzyfowy głaz.
Strażnik, który wszedł do pokoju też był młody, ale nie aż tak jak poprzedni. Ten wyglądał poważniej, a granatowy mundur świetnie do niego pasował. Krój podkreślał muskularną sylwetkę, a ciemny kolor współgrał z ciemnobrązowymi włosami i jasnymi oczami. Ich spojrzenie się spotkało i Błyskiewiczówna poczuła, jakby przeskoczyła pomiędzy nimi iskra. Nieznajomy też chyba ją odebrał, bo przystanął raptownie, wpatrując się w nią, jakby pierwszy raz widział na oczy takie stworzenie. I może to była prawda - żadna inna dobrze urodzona dama nie przychodziłaby z własnej woli na komisariat. Dziewczyna powinna spuścić skromnie wzrok, ale nie mogła go od niego oderwać. Ten moment, kiedy dwie dusze znalazły porozumienie bez zbędnych słów, przerwał głos zrzędzącego seniora:
—Przejdźmy do konkretów, panie…
—…Sokolnik. Sokolnik Kasper. Proszę wybaczyć za sprawianie kłopotów, hrabio Błyskiewicz —odparł tamten, odzyskując równowagę. Zatrzasnął za sobą drzwi, a trzymaną w dłoniach teczkę położył na stole przed nimi. Nie było w pokoju trzeciego krzesła, ale nie wyglądało by mu to przeszkadzało.
—Bardziej, niż pan sprawia mi je moja niepoprawna córka —westchnął szlachcic, karcąco patrząc na niepokorną latorośl.
—Błyskiewicz Lutosława —przedstawiła się zduszonym głosem, skinąwszy funkcjonariuszowi głową. Coś odbierało jej dech. Znowu ten gorset?!
—Doceniamy obywatelskie zaangażowanie oraz poświęcenie czasu, lecz na szczęście winny został już schwytany —powiedział Sokolnik, a jego oblicze stężało w obojętnym wyrazie. Chwilę wcześniej jego przełożony bardzo martwił się wizytą Błyskiewiczów i nie omieszkał wygarnąć Kasperowi, co sądzi o angażowniu hrabiostwa w taki sposób. Gotowi poskarżyć się burmistrzowi!
Ucieszony włodarz Błyskowic klasnął w dłonie:
—Brawo dla naszej straży! W tak poważnej sprawie spisaliście się na medal!
—Tylko, że pan Sokolnik w to nie wierzy, prawda? —spytała dziewczyna, patrząc na niego przenikliwie. Typowe damskie spojrzenie zmrużonych, niczym u polującego kota oczu. Znał je każdy: tak przyglądała się matka łobuziakowi, gdy zniknęły wszystkie ciastka; żona mężowi, który wrócił późno do domu z pracy… Śledczy podejrzanemu podczas przesłuchania. Sokolnik uśmiechnął się do niej blado, a na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie. Chociaż to on wolał być po stronie zadającej pytania.
—Złapali bezdomnego wodnika. Był na miejscu, okradł ofiarę. To go obciążyło— odpowiedział zdawkowo.
—Jednak według pana nie nadaje się on na mordercę? —naciskała, a on był coraz bardziej niechętny do odpowiedzi.
—Jest biedny i prosty. Drobny złodziejaszek. To nie typ, który podejmuje ryzyko. Nie jest agresywny… Trochę poniosło mojego przełożonego to tamten się przyznał… Mi coś nie pasuje. Wystraszyliśmy go. Ale nie wiem czemu wyglądał na zrezygnowanego? Odpuścił, mimo że czeka go najsurowsza kara —stwierdził, marszcząc brwi w zamyśleniu.
—Może widział, kto to zrobił i boi się, że i on zostanie usunięty?
—Karą za zabójstwo jest śmierć.
—Nic dziwnego, że teraz się boi —mruknął z tyłu Alojzy, a ona musiała przyznać mu rację.
—Tylko, że każdy, nawet winny, wiedząc, jaka jest kara walczyłby o życie do końca. A on nawet nie próbował. Jakby wiedział, że to nie ma sensu. W dodatku… —funkcjonariusz zawahał się, patrząc z niepokojem na niewiastę.
—O co chodzi? —spytała zniecierpliwiona, odrzucając do tyłu grzywkę.
—Świętej pamięci… Cóż. To nie była spokojna śmierć. Dość… tragiczna.
—Każde zabójstwo jest tragiczne, panie Sokolnik —stwierdziła, przewracając oczami. Usłyszała za plecami zduszony chichot szofera. Nie rozumiała, co w tym takiego zabawnego, bo ją te wykręty tylko irytowały.
—Chodzi mi o to, że zabójstwo było tak brutalne, że nawet doświadczeni oficerowie mieli problemy na miejscu zbrodni. Nie jesteśmy z kamienia i jak zobaczy się coś takiego... To może się człowiekowi śnić po nocach. Ofiara otrzymała dużą liczbę ciosów nieznanym narzędziem kłutym. Głównie w klatkę piersiową i szyję. Twarzy nie dało się rozpoznać —powiedział strażnik brutalnie, patrząc dziennikarce prosto w oczy. Poczuła zawroty głowy, pobladła, ale stanowczo zacisnęła dłonie na oparciach krzesła. Nie zamierzała dać się wyprowadzić z równowagi. I to drugi raz w ciągu jednego dnia! Niedoczekanie! —W wypadku wodnika dziwi taki sposób morderstwa. Mógł zwyczajnie ją wysuszyć, albo utopić. To nie ma sensu.
—Aby posunąć się do czegoś tak strasznego ktoś musiał darzyć ją afektem. Głęboką nienawiścią —uznała kobieta słabym głosem. Odkaszlnęła. Spokojnie. Oddychać. Wdech i wydech.
—Czegoś takiego nie robi się dla kilku miedziaków na miskę zupy. Złodziej zwyczajnie by ją obezwładnił. Wystarczyłby cios w głowę, żeby zemdlała —dodał Alojzy, przyciągając wzrok wszystkich zebranych. On i jego pan wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
—Też tak myślę i nie zgadzam się z moimi przełożonymi. Dlatego chciałbym dowiedzieć się wszystkiego, co panna wie o tej sprawie i osobie Blumenfeldówny – wyznał wreszcie Sokolnik.
—Lepiej, jeśli pan usiądzie —odparła, wyciągając z aktówki swój notesik i plik kartek z informacjami, które zdobyła, przygotowując się do wywiadu. —Sporo tego.
—To są notatki? —spytał niepewnie Sokolnik, ale pokręcił przecząco głową. Tylko oparł się o blat stołu biodrami, zaglądając jej przez ramię.
—Jestem żurnalistką Kuriera Warszawskiego i wczoraj przeprowadzałam wywiad z Aster. Jest… Była moją znajomą —wyjaśniła cicho.
—Dlatego ma panna podwójny, a nawet potrójny powód, aby pomóc w śledztwie —uznał detektyw, a na jego twarzy pojawiła się nieufność. Pozytywnie zaskoczył ją tak poważnym podejściem. Sądziła, że najpierw złoży jej kondolencje po stracie przyjaciółki.
—Wie, pan co?! —oburzył się Błyskiewicz, słysząc takie insynuacje. Szczerze wierzył w szlachetne pobudki kierujące córką. Jeszcze chwila, a gotów zrobić mu awanturę.
—Ma rację —przyznała Lutka, wzruszając ramionami. Założyła nogę na nogę, położyła dłonie na kolanie i wyprostowała się dumnie, aby nie pokazać, że jednak tamta uwaga ją zabolała. Jedno to o czymś myśleć, a co innego usłyszeć brzydką prawdę z czyichś ust. Zwłaszcza kogoś, kto mógłby się podobać... Oczyściła myśli i przeszła do sedna: —Oprócz podstawowego powodu, czyli poczucia moralnego obowiązku, jestem winna Aster ostatnią posługę. Nie ukrywam, że też na tym skorzystam. Obydwoje zyskamy na współpracy. Pan rozwiąże sprawę, osiągnie sukces, pochwały. Ja będę miała artykuł dziesięciolecia i… nie zyskam uznania, ale przynajmniej zajdę za skórę niektórym redaktorom, którzy wątpią w mój talent.
—Powinnaś przekazać tę sprawę jakiemuś bardziej doświadczonemu koledze z Kuriera, Liciu —pouczył ją ojciec, kładąc nacisk na fakt, że jako kobieta nie powinna się tym zajmować. Zacisnęła usta w wąską, jasną linię i wiedział, że cokolwiek więcej nie powie to jego słowa odbiją się od niej, jak groch od ściany. Często nie rozumiał motywacji kierujących córką. Była jedynaczką, a to sprawiało, że martwił się o nią bez przerwy i rozpieszczał bez granic. Nie chciał utracić kolejnej kobiety, którą kochał.
—W tym zawodzie liczy się każda minuta, papo —przypomniała mu łagodnie, zamiast tłumaczyć, że pomimo bycia niewiastą potrafi napisać ten artykuł równie dobrze, co mężczyzna. Albo nawet lepiej. Jej współpracownicy z redakcji bywali napastliwi i irytujący, a z nią strażnik rozmawiał dość chętnie. Wydawał się być coraz bardziej nią zaciekawiony. Zwróciła do niego poważną twarz: —Co chciałby pan wiedzieć?
—Nie udało mi się porozmawiać z jej ojcem. Trzyma się przy Borkowskich. A dostępu do każdego członka tej rodziny broni seniorka rodu…
—Jest gorsza, niż Wawelski Ogniopluj —stwierdziła, przywołując najbardziej uciążliwy i niebezpieczny gatunek smoka osławionego w popularnej legendzie. Alojzy się nie powstrzymał i parsknął śmiechem. Sokolnik ledwo zakamuflował go udawanym kaszlem. Natomiast ojciec sapnął oburzony:
—Lutosławo! Pani Borkowska jest działaczką wolontariatu! Właśnie zbiera fundusze na edukację sierot. Nie wolno ci tak szpetnie o niej mówić!
—To był cytat świętej pamięci Aster. Ona i teściowa nie pałały do siebie miłością —powiedziała i opisała im sytuację narzeczeństwa, opowiadając historię usłyszaną w Gnieździe Rusałek.
—Zatem mogło chodzić o zatargi rodzinne, albo o majątek —zamyślił się oficer straży, marsząc czoło. —Każdy jest podejrzany.
—Co?! —zaskoczyło to Błyskiewicza. Starszy pan prawie spadł z krzesła. Zaczął żywo gestykulować. —Chyba nie podejrzewa pan jej ojca, przyszłej... niedoszłej teściowej czy narzeczonego?! To okrutne mówić tak o ludziach pogrążonych w żałobie!
Strażnik i dziennikarka wymienili spojrzenia. Uśmiechnęła się półgębkiem pobłażliwie i przepraszająco. Senior był marzycielem i idealistą, często nie dostrzegał okrucieństwa i brutalności otaczającej go rzeczywistości. Niczym Don Kichot żył wedle rycerskich zasad i optymistycznie zakładał, że każdy robi podobnie. Odbiło się to na jej wychowaniu, ale świat zewnętrzny szybko korygował ten stan rzeczy.
—Papo, zwłaszcza Blumenfeld jest podejrzany. Każdy wie, że żył ponad stan. Kupował wyścigowe konie i przegrywał spore sumy na Polach Mokotowskich. Bez przerwy ratowała go córka i żona. Bardzo zależało mu na Borkowskich, bo Krzysztof jest ich pierworodnym, a dworek jest sporo warty. Tylko Aster się nie śpieszyło do zamążpójścia i zostania gospodynią na wsi —objaśniła bezlitośnie. Mogła być "nieopierzonym pisklakiem", ale pod wieloma względami w porównaniu do niej ojciec był, niczym "dopiero co wykluta ptaszyna".
—Mogli się pokłócić. Może Blumenfeld wpadł w gorsze kłopoty, niż zwykle i żądał pomocy, a ona odmówiła? Zaślepił go gniew, uderzył ją , wpadł w szał… Dlatego teraz unika przesłuchania? To by pasowało —stwierdził Sokolnik podekscytowany.
—Równie dobrze mogła pokłócić się z narzeczonym. Duże uczucie wywołuje duże emocje. Przyjechał po nią. Ona wreszcie przyznała, że nie chce jechać na wieś. Może uznała, że będzie dla nich lepiej, jeśli się rozstaną? Zmarnował z nią dwa lata. A może jej rzekome romase nie są wcale takie rzekome? Artystki nie są łagodnymi, potulnymi kobietkami… —szybko wyrzucała z siebie słowa, coraz szybciej, jakby bała się, że straci myśl. Albo zrezygnuje z ich wypowiedzenia zawstydzona.
—Mogła próbować walczyć z napastnikiem…
—Podrapać go? —dopowiedziała.
—Albo coś gorszego. Była w końcu po babce rusałką. One potrafią być przerażające.
—Wtedy raczej nie byłoby trupa. A co jeśli nie chciała zrobić napastnikowi krzywdy, dlatego nie użyła swoich zdolności magicznych? A gdy zadał pierwszy cios to było już za późno? – kontynuowała.
—Czyli szamotała się z mordercą. Zostawiła ślady paznokci…
—Każdy, kto w tych upałach opatula sie po sam nos może chować rany!
—Co wcale nie zawęża nam kręgu podejrzanych —pouczył ją surowo, ale ton nie pasował do rozbawionego wyrazu twarzy.
—Ale jest dobrym dowodem. Chyba.
—Potrzebujemy mocniejszych. Równie silnych, jak te obciążające wodnika —westchnął i zaczął chodzić po pokoju.
—Bezdomny wodnik… —zastanawiała się na głos, przypominając sobie tego, który pomógł jej wczoraj, gdy popsuł się autowóz.
—Nie do końca bezdomny. Mieszka w dole, gdzie zbiera się deszczówka. Kiedyś miał strumień i trochę siły. Teraz starcza mu jej na tyle, żeby psuć autowozy na środku szczerego pola. Osoby, którym pomaga zwykle okazują się bardzo hojne. On sam też jak ma okazję coś niepostrzeżenie wyciągnąć to to robi…
—Zaginęła mi marynarka z perłową broszką i jedwabna apaszka! —wykrzyknęła Licia, czerwieniąc się z oburzenia i ciężko sapiąc. Dłonie zaciskała w pięści i ledwie mogła usiedzieć na swoim miejscu. —Spotkałam tego… tego nikczemnika! Uwielbiałam tą chustkę!
—Przykro mi —niepewnie powiedział Sokolnik, widząc poziom jej wzburzenia.
—Ale on faktycznie nie sprawia wrażenia kogoś zdolnego do zabójstwa —przyznała, fukając. —Poza ojcem i narzeczonym, Aster miała napięte stosunki z przyszłą teściową i zatargi z Julianną Britten-Lisowską.
—Tą śpiewaczką? Czemu? —wrócił do blatu i zaplótł ramiona na piersi.
W wielkim skrócie wyjaśniła mu spotkanie dwóch śpiewaczek, a także powód ich zatargu. Słuchał w skupieniu całości, nie przerywając jej zbędnymi pytaniami.
—To brzmi więcej, niż przekonująco —uznał, dopisując kolejną podejrzaną do listy.
—Czym jest Kościół Czystości? —spytała nagle, bo tym razem ona niepostrzeżenie zapuściła żurawia, zaglądając w jego notes. Z westchnieniem zatrzasnął dziennik. Chwilę mierzyli się wzrokiem.
—Grupą, która chciałaby utworzenia czystej rasy polskiej z wykluczeniem między innymi Litwinów, Kozaków, ale też rusałek, starowierzeniowców, wodników, chmurników, niemagów i tym podobnych. Selekcja czystej krwi mocarzy, którzy skarleli poprzez domieszkę krwi podludzi, czy nieludzi… —ściągając na siebie spojrzenia, wytłumaczył jej Alojzy, a jego wschodni akcent był lepiej słyszalny. Zazwyczaj działo się tak, gdy coś go zdenerwowało.
—Dziękuję —skinęła mu głową, a potem utkwiła oczekujące spojrzenie w funkcjonariuszu. Niczym drapieżny ptak w bezruchu czekała na najmniejszy błąd ofiary. Milczenie przeciągało się. —Jaki związek ma Kościół Czystości z Aster?
—To chyba oczywiste. Nie dość, że rusałka to jeszcze starowierzeniowiec. Nienawidzili jej tak bardzo, że najchętniej spaliliby ją na stosie —mruknął posępnie. —Dostawała pogróżki. Oczywiście niepodpisane, ale w ich stylu. Miała kilka nieprzyjemnych starć z ich przedstawicielami. Nic nie dało się zrobić, bo stoi za nimi minister Wszechpolski…
—Kilka razy próbował zwerbować papę… —dopiero, wtedy oboje spojrzeli na seniora z Błyskowic. Siedział odchylony do tyłu z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Poczerwieniał na twarzy tak, że na czole nabrzmiały mu żyły. Zrozumiała, że się na nią pogniewał, dlatego umilkł. Mogła zacząć go już przepraszać i urabiać, ale było to pracochłonne. Raz zajęło jej to dobre dwa miesiace, w tym przez jeden wcale się do niej nie odzywał. —Sama spróbuję się z nim porozumieć… —starszy Błyskiewicz drgnął, nadął policzki, lecz nic nie powiedział.
—Jeśli nie będzie panna ostrożna to może być niebezpieczne —poważnie uznał Sokolnik, ale oczy mu się śmiały. Ledwie skończył zdanie, gdy hrabia nie wytrzymał i wybuchł:
—I pozwoli pan niewieście samej na coś takiego?!
—Mnie tam raczej nie wpuszczą… — odparł niewinnie.
—A jeśli ten szubrawiec faktycznie miał coś wspólnego z krzywdą, która spotkała Blumenfeldównę?! —kontynuował, jakby nie usłyszał uwagi drugiego mężczyzny. —Wtedy nie zawaha się skrzywdzić też Lutki!
—To fakt —przyznał spokojnie strażnik. —Sądzę jednak, że to bardzo sprytna, odważna i rozsądna kobieta. Wierzę, że sobie poradzi. Poza tym… Chyba nie pozwoli jej pan pójść samej? Taki zatroskany rodzic jak pan…
—W ogóle nie pozwolę jej pójść! —odparł, zrywając się z krzesła.
—Papo! Dusza Aster nie zazna spokoju, jeśli jej morderca nie zostanie złapany! I moja też, jeśli pozwolę, aby skazano na śmierć niewinną osobę! —przeszła do ataku dziewczyna.
—Złodzieja… —zaprotestował, ale nie pozwoliła mu skończyć zdania.
—…zasługującego na więzienie, pokutę i możliwość odkupienia! —uderzyła w melodramatyczne tony. Błyskiewicz je uwielbiał. Nie zamierzała się poddawać: —Pójście do Wszechpolskiego na te nudne spotkania, jakie organizuje i porozpytywanie trochę nie jest, aż tak dużą ceną ze niewinne życie i spokój duszy!
—Ech, Lutka! —burknął, opadłwszy na siedzenie i sapnąwszy. Zeszło z niego powietrze jak z przekłutego balonika. Licia nie spodziewała się tak szybkiego zwycięstwa. Współpraca z nowym sojusznikiem była bardzo owocna.
—Zatem postanowione! My zajmiemy się Wszechpolskim, a pan spróbuje z Britten-Lisowską. Przy Borkowskich możemy połączyć siły, o ile wcześniej nie znajdziemy winnego —zadecydowała zadowolona.
—Lutka! Jesteś ostatnią osobą, która powinna dyktować nam jak postępować w tej sytuacji! —wciąż złościł się Błyskiewicz. Bardziej dla zasady, więc spuściła potulnie głowę.
—Tak naprawdę to miałem zaproponować ten sam plan, ale panna Lutosława mnie uprzedziła —strażnik uśmiechnął się do niej, ale nie rezygnowała z pokornej pozy. To zbiło go z tropu. —Przepraszam państwa za sprawienie kłopotu, ale jak widać ręce sprawiedliwości nie zawsze wszędzie sięgają…
—Jako obywatele nie możemy zgodzić się na taki stan rzeczy —przytaknął hrabia, pocierając posiwiałą skroń.

*****
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kanterial » 01 lutego 2017, 16:13

SpoilerShow
W Królestwie Rzeczypospolitej Trzech Narodów, w przeciwieństwie do większości krajów świata – istoty te i wielejemu podobnych mogły żyć w pokoju.
istoty i wiele IM podobnych?
Julianna od wielu lat ciężko pracowała nad swoją pozycją. Jesto dobra.
—Ile? —wycedziła przez zaciśnięte wargi.
Moja droga, to jest ta chwila, kiedy zabrzmię złośliwie - próbowałaś powiedzieć "ile?" przez zaciśnięte wargi? Pytam, bo ja sama gadam do siebie (w myślach i nie tylko!) pisząc dialogi. Także serio. Spróbuj.
Zdecydowanie jestem za zaciśniętymi zębami podczas mówienia, ale wargi przekraczają moje umiejętności XD próbowałam to powiedzieć, czytając, nie da się XD
Cóż, skoro już błysnęłam w spoilerze swoim turbo zwyczajem gadania przy pisaniu... Polecam. Naprawdę polecam czytać dialogi, może w myślach, ale wczuwać się, słyszeć, odgrywać. Pewnie tak robisz (pewnie wszyscy tak robimy), ale coś zdecydowanie jest u ciebie nie tak i zatrzymuje podczas czytania. Oczywiście tylko chwilami, ja wiem, może cztery razy na całą pierwszą wstawkę miałam wrażenie, że twoje postacie nie tyle rozmawiają ze sobą, co na zmianę bombardują czytelnika informacjami fabularnymi. To mocno razi. To jest coś podobnego do sytuacji w polskich serialach typu Klan - XD wybacz przykład - gdzie starsza pani odbiera telefon i mówi na głos: "Och nie! Mój mąż był wczoraj w szpitalu z powodu ostrego zapalenia stawów?" gdzie w rzeczywistości powiedziałaby: "Och, nie! Co takiego?!".
No ale musi powiedzieć nienaturalną kwestię, żeby widzowie wiedzieli...

To nie wszystko w kwestii dialogów. Uwaga, precyzuję: gubisz podmiot! nie wiem, czy ktoś już wspominał (pozwoliłam sobie nie czytać komentarzy z braku czasu, wybacz, tak nie wypada). Gubisz go tam, gdzie ładujesz dużo informacji w dialogi i wyraźnie zależy ci na przekazie - idziesz wtedy w zaimki. Jasne, można wywnioskować na logikę, kto mówi, ale to zajmuje czas. Miewasz momenty, gdzie nawet trzy, cztery wypowiedzi po kolei są oznaczone jedynie podmiotami domyślnymi! I to w sytuacji, gdzie gadają dwie kobiety... spójrz:
SpoilerShow
—A masz takie? —zapytała ją, jąkając się i czerwieniąc jeszcze bardziej. Jako panna nie powinna nawet myśleć o takich rzeczach, a co dopiero słuchać! Wstyd!

—Ale jeśli upiję się do końca i ci je wyjawię to i tak nie zamieścisz ich w artykule, bo jesteśmy przyjaciółkami, prawda? —chwyciła ją za ramię i pochyliła nad nią, żeby zajrzeć głęboko w jej niebieskie oczęta.

—Oczywiście, że nie! Wstydzę się nawet o tym myśleć! — przyznała szybko, uciekając wzrokiem.
Ten cytat obrazuje też dwa ostatnie problemy, o których chcę wspomnieć. Jeden - przeskakuje ci narracja. Niby siedzimy w głowie głównej bohaterki, ale gdy zachodzi potrzeba, słyszymy nagle przemyślenia Aster. Drugi - zapis. Tu się rozwodzić nie będę. Jest świetny poradnik na L swoją drogą, polecam, odsyłano mnie do niego wielokrotnie :facepalm: . Nie dajesz spacji przed wypowiedzią, dajesz małe litery po wypowiedzi, inne takie szczegóły.

A już tak naprawdę, naprawdę kończąc czepialstwo, jest trochę do zrobienia w interpunkcji. Widzę, bo wyłapałam u ciebie swoje własne nawyki, z którymi walczę - zbędne przecinki przed "niż", niedomknięte wtrącenia, oddzielanie podmiotu od orzeczenia, nie wydzielone zwroty imienne.
SpoilerShow
1) skoro matka Krzysztofa nie lubi innowierców, a głównym problemem jest to, że jej przyszła synowa nie przeszła na jej wiarę, to dlaczego:
Prześladowania starowierzeniowców. Nie sądziłam, że to szaleństwo kiedykolwiek dotknie Rzeczypospolitą —Licia pokręciła z niedowierzaniem głową.

—To nie tak. Nie powiedziałabym, że moja teściowa jest homofobem.
do diaska zahaczamy w ogóle o temat homofobii? Czy ta stara wiara to wiara homoseksualistów? Czy to ja czegoś nie ogarnęłam po prostu? Dla mnie temat innowierców i homoseksualistów nie łączy się zupełnie, no chyba że faktycznie ta wiara jest ich wiarą, ale to bez sensu, skoro Aster jest hetero...

2) Bitten-Lisowska wpadła na Lutosławę, gdy ta wchodziła do baru. Z opisu wynikało, że jest "nieznajomą", bohaterka jej nie rozpoznaje. Później, w trakcie rozmowy z Aster, bohaterka bez problemu wymienia ją z imienia i nazwiska, mówi, że się minęły. Coś mi tu nie gra!

Tekst jest bardzo przyjemny. Przyznać muszę, że kobiety jako główne bohaterki nie są tym, co lubię najbardziej (a już zwłaszcza takie jak panienka szlachcianka Lucia) lecz postać wykreowana przez ciebie jest poniekąd "wytłumaczona" ze swojej wiotkości, bezradności, naiwności, słodkości etc. Wszystkie te irytujące cechy łatwiej mi znieść, gdy wiem, że Lucia je momentami "odgrywa", bo tak została wychowana, tak wypada, takie są czasy i obyczaje. Dlatego daję ogromnego plusa za wyjaśnienie miejsca i znaczenia kobiet w twoim świecie. To pozwala wiele zrozumieć, zresztą w pierwszej scenie jest nawet wprost pokazana gra - gdy Lucia gada z wodnikiem i jej reakcje są przesadne, wyuczone. I, cóż, skuteczne.

Jak pisałam, czyta się przyjemnie i przynajmniej w mojej opinii bardzo obrazowo. Widzę dokładnie to, co opisujesz, widzę, jak Lucia przytrzymuje sukienkę, jak Aster odpala papierosa (notabene ani słowa o tym nie było, nie?), operujesz ładnie sytuacją. Niekiedy twój tekst jest przez to bardzo łatwy do zwizualizowania i wręcz mimowolnie mój mózg "uzupełnia" obraz do całości. Podoba mi się.

Nie znam Warszawy, a twój pomysł na świat wydał mi się bardzo nietypowy. No dobra, demonologia słowiańska, tu szlachcic, tam rusałka, tam żmij, niby klasyk, ale mamy jednocześnie pomieszanie narodów z Europy, magię w zastosowaniu technologicznym, autowozy, sytuację w Rosji, jeszcze całą tę sprawę z kobietami na uczelniach i stanowiskach... Dużo tu powrzucane, jestem zaintrygowana. Nie wiem czy ogarniam, ale ciekawi mnie. Na pewno będę czytać dalej. Dziś tylko jedna część, bo czas mnie goni :bag:

Ciężko mi ocenić co myślę o całości - wiesz, tak fabularnie - i o samej Luci, bo niewiele w sumie dostałam do analizy i nie jestem pewna na ile jej skromność i wstydliwość są prawdziwe, a na ile wyuczone. Przez to nie mogę załapać do niej żadnego emocjonalnego stosunku. Oby to się zmieniło.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

ODPOWIEDZ