Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Iluzjonistka

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Siemomysła » 25 lipca 2017, 14:25

Hm. No to wreszcie się ogarnęłam i doczytałam, a zaraz potem pomyślałam, że chyba jednak potrzebuję od nowa. Wrócić do początku, bo nie pamiętam chyba szczegółów.

Po pierwsze: o jakim stryjku mowa?

Po drugie: jakoś inaczej zapamiętałam Lutkę. Przyznam, że w tej rozmowie z Wszechpolskim - gdy udawała, wydawała mi się sztuczna i nachalna w tym myśleniu o sobie, jako o zdrajczyni. Przecież wie, po co to robi, nie? Miałam jej ochotę po prostu rzec, by nie przesadzała ;)

Myślę też, że powinnaś się zdecydować na jej obraz, jaki dajesz czytelnikowi, bo on wydaje mi się nieco niespójny:
— Czyli mam popytać służbę o osobę, której szukasz? Musisz mi utrudniać? — westchnęła, przyjmując matczyny ton. Wciąż łagodny, lecz trochę zniecierpliwiony, bo wiedziała, że to co zamierzała zrobić jest nieuniknione i irytowała się, że on jeszcze tego nie rozumiał.
Wydęła górną wargę, jak dziecko, które zorientowało się, że jednak nie dostanie ulubionego cukierka.
Czy to jest obraz tego, jak ona próbuje różnego typu manipulacji? Trochę słabo, że próbuje na kimś takim jak Szaniec, skoro widać, że jest między nimi sympatia. A jeśli to nie jest tak, że ona świadomie manipuluje i stąd te tony i miny to one mi nie pasują jakoś do jednej osoby. Przyznam, że nie potrafię wyjaśnić czemu, ale tak jest. Hum, ale najstraszniejsze to mi się wydaje jest to, że ja nie pamiętałam, że ona jest Iluzjonistką... Zaprawdę muszę przeczytać całość i chyba Cię o nią poproszę w jakimś pliku przy okazji następnej wrzutki.

To fukanie, rozsierdzanie się, to, że zastanawia się, czy "nie wejść w układ z pelargonią", to mi po prostu nie pasuje. Bo całość tego, czym się zajmuje jest przecież poważna bardzo. A to wygląda na taki comic relief i mnie gryzie.

Po trzecie: Szaniec. On był wcześniej? Jeśli był, to przepraszam, jeśli nie - może lepiej wprowadzić go wcześniej, zwłaszcza, że jemu się podobają felietony Lutki i w ogóle widać, że są jakoś blisko ze sobą, w sensie po kumpelsku, ale bardzo swobodnie i mam wrażenie, że w trakcie "śledztwa", gdy go wprowadzasz, za wiele informacji pada w jednym miejscu, przez co wydają się po prostu na szybko przyklejone do bohatera. Wiesz - i że jest dobrym dziennikarzem i że jest fair w tym zawodzie, i że lubi Lutkę, i że ma żonę i dzieci, i że jest od niej niższy stanem.
— A ty nieobytym typem — odparła swobodnie. Pochodził z zupełnie innej grupy społecznej i czasami, gdy przy kimś czuł się swobodnie to pozwalał sobie na zrzucanie maski. Zwykle uznawałaby taką uwagę za obraźliwą i nie odpuściłaby impretynentowi, lecz w wypadku starszego dziennikarza wiedziała, że w ten szorstki sposób okazuje troskę. — To jak jest? Znalazłeś go? Pomóc ci?
Nie zrozumiałam tego, kto się czuł swobodnie i na czym polegało zrzucenie maski?
„Przesadziłam? Zbyt ładnie się wysławiam? Za dużo powiedziałam?” zastanawiała się, chociaż nie miało to większego znaczenia. Jeśli człowiek widział różę, czuł jej słodki zapach i ukłuł się kolcem to nie myślał nawet o tym, że to mogłaby nie być róża. Jej zachowanie było dla nich dziwne, ale nie wątpili jeszcze w jej tożsamość. Ale lepiej było skończyć to jak najszybciej.
Nie zrozumiałam porównania. Bo "zachowanie" róży - czy to zapach, czy ukłucie kolcem, nie jest dla róży dziwne. A dla mnie to ich zdziwienie jest jak reakcja na ukłucie.
— Pańska córka znowu ładuje się w kłopoty — grzecznie zauważył Szaniec, stając obok Błyskiewicza i proponując mu kieliszek wina. Hrabia przyjął go, skinąwszy dziennikarzowi głową na powitanie. Już raz przeszli taką rozmowę, ale kiedy było po wszystkim, a nie w trakcie trwania dochodzenia.
Hmm... Ciekawa ta sugerowana przeszłość. Ale mam wrażenie, że za późno podana. Nie wiem, coś mam jakoś takie poczucie, że informacje pojawiają się chaotycznie, tak trochę - jak się co przypomni (wymyśli?). Z uwag ogólnych to właściwie to. No i jeszcze to, że powinnaś lepiej pilnować podmiotów i perspektyw. Zaznaczać, co kto mówi. Bo niby jest perspektywa hrabiego, a potem Szaniec mówi coś, jakby wszystko było opisywane z jego perspektywy. To wywołuje chwilową niepotrzebną konsternację. Z innych - zaskoczył mnie hrabia, że nie ma powodu do wydziedziczenia córki, bo nie ma dziecka z pastuchem. Serio? Nie potrzebuje powodu ;) Jedynym tak naprawdę jest to, że nie chce. I już. Bo nie ma żadnych zasad, co do tego, dlaczego się wydziedzicza, a dlaczego nie. No chyba, że mają te kwestie sformalizowane do bólu i pod groźbą kar jakichś straszliwych są przestrzegane przepisy. Ale o tym nie wiem, a ze znanego mi świata wyciągam inny obraz.
No i tylko jedna uwaga - Pan wielką literą to tylko w listach. W żadnym razie nie w dialogu w tekście. Pewnie zresztą inni zwrócili na to uwagę, podobnie, jak na inne literówki. Jest ich sporo, ale pamiętam, jakie masz możliwości ogarniania tego, a skoro nie mam czasu i sił na pomoc w tej kwestii, to się zamykam.

Pisz i wrzucaj.

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 205
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 09 sierpnia 2017, 01:29

Ag Bez bicia przyznaję, ze tekst moze być pod wieloma względami niedopracowany. Początkowo było to opowiadanie konkursowe, które teraz się rozrasta. W orginale musiałam pominąć wiele kwestii ze względu na limit słów. M.in stąd ten chaos informacyjny. Cała intryga tez była bardzo spłycona i teraz trochę nie wiem, co z tym fantem zrobić, bo w pierwotnej formie byłby zwyczajnie rozczarowyjący. Na chwilę obecną nawet ja nie mam pojęcia jak ta historia się potoczy i kto zabił Aster xD
Dobiłaś mnie tą Mary Sue =.= Ale niestety Lutka nie jest prosta postacią do przeprowadzenia. W ogóle pierwszy raz od dawna spróbowałam czegoś innego poza urban fantasy i trochę mnie to przerasta.
I jeśli chodzi o tą homofobię to mój mózg przestał na chwilę działać i myliłam ją z ksenofobią. Przez rok nie uzywałam polskiego i jakoś niektóre słowa do tej pory mi umykają. Wstyd i hańba :bag: Ale wydawało mi się, ze tą homofobię juz usunęłam...
Siem Tak, Lutka jest niespójna, ale to po części jest celowe, bo ona sama nie wie, jaka chce naprawdę być. Zwyczajnie wszelkie wzorce jakie ona posiada są nieskuteczne i wymieszane, więc trochę szuka swojej drogi.
Jeśli chodzi o stryjka to jest to nowe info. Będzie mi potrzebny później, więc juz tu alarmuję, ze ktoś taki istnieje :P Natomiast Lutka do tej pory swoich zdolności iluzjonistki nie uzywała, więc mogłaś to przegapić. Co pewnie jest tez moją winą, bo kompletnie zamotałam się w tym tekście z dozowaniem info.
Kruff Trochę o iluzjonistach będzie w tej wstawce trochę. Tak samo jak o magii, bo to nie tak, ze kazdy ma do niej nieograniczony dostep i mozliwości.
Kan Rzekłabym, ze iluzjoniści są raczej najbardziej niedocenionymi ludźmi na świecie :P Jakoś do tej pory nie miałam okazji wpleść do tekstu, czemu Lutka postanowiła zostać iluzjonistką, a to tez dość znaczące.

Jak tylko będę miała trochę czasu to znowu przejrzę tekst i poporawiam interpunkcję i literówki. Ze względu na nową pracę jestem trochę zamotana teraz, więc nie wiem, kiedy to nastąpi :/ Dzęki za wszystkie komcie!





Brzuch starszego sierżanta Kaspra Sokolnika zaburczał mało elegancko, ale na szczęście w tramwaju konnym panował taki hałas, że nikt tego nie dosłyszał. Oprócz klekotania, podzwaniania i innych stukotów i wizgów, jakie wydawał pojazd, we wnętrzu maszyny panował ogólny harmider. Ludzie tłoczyli się – grupka młodzieńców ze Szkoły Rycerskiej żartowała i przekrzykiwała się, paru robotników dyskutowało o czymś tubalnymi głosami, okrągła i niska przekupka z chustą na głowie trzymała ogromny kosz z kurczakiem, którego głowa ciekawie wystawała spod wiklinowego wieka. Zwierzak, co jakiś czas gdakał i piał rozdzierająco, ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
Może nikt poza Kasprem, którego myśli z winy kury bez przerwy zbaczały ku rosołowi ze skrzydełkami. Z żalem myślał o tym, że kolejny raz przegapił porę obiadową w domu. Drugi raz z rzędu! Wczoraj wyszedł jeszcze przed śniadaniem i od białego rana był na nogach. Nadkomisarz Marsz wyciągnął go z łóżka nad ranem ze względu na priorytet sprawy zabójstwa– niewiele wcześniej ciało znaleźli idący na targ chłopi, więc obaj funkcjonariusze mogli obejrzeć je na miejscu zdarzenia. W tamtej chwili Kasper cieszył się, że nie zdążył nic zjeść, bo najpewniej szybko opróżniłby zawartość żołądka. Potem trwały gorączkowe poszukiwania śladów, a jednocześnie unikanie natarczywej prasy – jeden z pismaków dowiedział się, że zamordowana kobieta nie wróciła na noc do domu, widział strażników odwiedzających mieszkanie jej i jej narzeczonego, a później krążył wokół komisariatu, aby wydębić jakiekolwiek okruchy informacji, które mógłby zamieścić w popołudniowym wydaniu. Mimo wielu niedogoności królewskim strażnikom udało się znaleźć pierwszego podejrzanego, lecz zbyt późno – reporter zdążył już opublikować tekst, w którym z braku jakichkolwiek sprawdzonych danych uznał, że grupa zajmująca się dochodzeniem to banda partaczy, która nie znalazła jeszcze żadnych poszlak. Przeczytawszy ten artykuł, nadkomisarz Marsz wpadł w szał i poczuł przemożną potrzebę zakończenia sprawy tu i teraz. Najgorzej odczuł to wodnik. Zaraz po nim wszyscy podwładni Marsza. Tylko jeden żurnalista mógł być zadowolony ze swojego fortelu, bo nadinspektor wezwał go do siebie – oficjalnie, "aby zmusić tego dziennikarzynę to sprostowania prawdy i przeprosin", a wyszło na to, że tamten otrzymał wszystkie, najgorętsze informacje z pierwszej ręki.
Kasper znalazł się, wtedy w bardzo nieciekawej sytuacji. Marsz zakończył śledztwo zbyt pośpiesznie i obszerny artykuł na jego temat miał się ukazać następnego dnia. Tymczasem starszy sierżant nie zgadzał się ze swoim przełożonym i uważał – podobnie jak cała reszta zespołu, która nie odważyła się sprzeciwić nadkomisarzowi – że należy sprawdzić inne poszlaki. Sierżant Blacha, młodszy aspirant Ciołek i aspirant Piechura mieli do stracenia więcej niż Sokolnik na postawieniu się Marszowi. Ciołek i Piechura ze swoim wykształceniem i pochodzeniem dobili kresu swoich możliwości na awans, a Blacha miał na utrzymaniu rodzinę i kolejne małe Blaszątko w drodze, więc niesnaski mogły się skończyć dla wszystkich Blachów tragicznie. Tymczasem Kasper dostał promocję, a jednocześnie rozkaz przeniesienia poza stolicę. Według niego gorzej być nie mogło. Dzięki rozwiązaniu sprawy śmierci Aster Blumenfeld mógł zabłysnąć i sprawić, że nakaz zostanie cofnięty. Miał taką cichą nadzieję, że odpowiedni rozgłos mu w tym pomoże...
Żołądek ponownie zaburczał żałośnie, upominając się o posiłek. Poprzedniego dnia Kasper mógł posilić się dopiero późnym wieczorem i dzisiaj zapowiadało się podobnie. Miał poranną zmianę, lecz postanowił przyjść wcześniej, bo umówił się z Piechurą, który obiecał pomagać mu w dalszym prowadzeniu sprawy za plecami nadkomisarza. Mieli spotkać się pod komisariatem, a później zjeść śniadanie w kawiarni. Pech chciał, że natknęli się na Marsza, który zagonił ich do roboty i pilnował, jakby wyczuwał podświadomie, że chcą mu wywinąć świństwo. Na prowadzenie swojego prywatnego śledztwa Kasper znalazł czas dopiero popołudniu. Piechura nie zdołał mu przekazać informacji, które zdobył, bo skończył pracę wcześniej. Starszy sierżant postanowił, że odwiedzi go, ale najpierw – wedle planów jego i panny Błyskiewicz – zamierzał spotkać się z Julianną Britten-Lisowską. Dobijała pora podwieczorku – kiszki grały mu marsza, a ślinka ciekła do ust za każdym razem, gdy wyczuł jakiś smakowity zapach, mijając kawiarnie czy restauracje. Zupełnie nie potrafił się skupić i co chwila coś go rozpraszało. Nie tylko senność, nie tylko głód, ale coś innego, co sprawiało, że chodził podekscytowany, a serce biło mu szybciej.
Zapewne oczekiwanie na rozwiązanie sprawy tak na niego działało. Mogła przesądzić o jego przenosinach, albo awansie. Wszystko albo nic. Szczęście albo sromota.
Nie wiedzieć czemu, kiedy pomyślał o szczęściu przed oczami stanęły mu niebieskie, przenikliwe oczy panienki Błyskiewicz. Tyleż zależało od tego, czy jej się udało u Wszechpolskiego!
Kasper wysiadł – lub raczej wyskoczył, bo woźnica albo nie usłyszał, albo zignorował jego prośbę o zatrzymanie poruszającego się powoli, wypchanego pojazdu – z tramwaju konnego na nierówny bruk przy skrzyżowaniu ulic Marszałkowskiej i Siennej. Potknął się o wystający kawałek jezdni, prawie wpadł pod bryczkę, ale skończyło się się szczęśliwie, bo w jednym kawałku dotarł na chodnik. Jednymi świadkami jego niezdarności był łaciaty kot i dziewczyna niosąca kosz z warzywami. Dziewka uciekła pod wpływem chmurnego spojrzenia funkcjonariusza. Kocur leniwie kiwał ogonem, ale nie ruszył się ze swojego miejsca, kontynuując obserwowanie mężczyzny zielonymi ślepiami. Tamten poprawił mundur i odmaszerował wzdłuż Nowosiennej odprowadzany przez zwierzaka wzrokiem.
Julianna Britten-Lisowska jak na zdetronizowaną "królową" polskiej sceny operowej przystało – mieszkała nieopodal nowowybudowanej Filharmonii w jeszcze świeższej na mapie Warszawy kamienicy z charakterystyczną, prawie zamkową wieżyczką. Dom należał do wydawnictwa Gobethnera i Wolffa, których okazały szyld wisiał nad księgarnią znajdującą się na parterze. Według danych, którymi dysponował ¬Kasper – pieśniarka żyła razem z mężem Dionizym Lisowskim na pierwszym piętrze, więc zamiast skorzystać z przypominającej klatkę dla ptaków elektrycznej windy, mężczyzna wspiął się po marmurowych schodach. Stanął przed drzwiami, a potem wdychając wciąż utrzymujący się w powietrzu zapach świeżej farby, wyrównał oddech i chusteczką otarł z czoła pot. Załomotał odruchowo kołatką umieszczoną na drzwiach, chociaż zorientował się po nie w czasie, że obok znajdował się guzik z dzwonkiem. Ledwie rozległo się kołatanie, a po drugiej stronie usłyszał śpieszące kroki.
— Słucham? — spytał stary kamerdyner o twarzy mopsa. Kiedy drzwi się rozchyliły, do uszu Sokolnika dotarły też dźwięki muzyki z gramofonu. Utwór dość znany, a głos wykonujący pieśń…
— Dzień dobry. Kasper Sokolnik z Królewskiej Straży Miejskiej — przedstawił się grzecznie, ale stanowczo i pewnie. Ten głos z nagrania coś mu mówił, ale nie potrafił z tej odległości określić do kogo należał... — Czy zastałem panią Britten-Lisowską?
— Witam, dzień dobry. Mam nadzieję, że nadal dobry! Czemu to zawdzięczamy taką wizytę? W czym możemy pomóc? — lokaj przyjął postawę obronną. Należał do tej generacji, która skoczyłaby w ogień, gdyby dostała taki rozkaz od swojego pracodawcy i funkcjonariusz wiedział, że jeśli nawet śpiewaczka była w domu, ale kamerdyrenowi nie spodoba się odpowiedź Kaspra to nie zostanie do niej dopuszczony.
— Dostaliśmy zgłoszenie, które dotyczyłoby bezpieczeństwa pani Britten-Lisowskiej... — powiedział wymijająco. Nawet nie było to kłamstwo. Gdyby to ona była zamieszana w jakiś sposób w zabójstwo Blumenfeldówny to jej bezpieczeństwo byłoby zagrożone. — Chciałbym potwierdzić jedynie kilka faktów.
— Jakich to faktów?
Piosenka lecąca z gramofonu należała do Aster! Dopiero teraz rozpoznał, gdy przeszła do wyższych partii, tak charakterystycznych dla niej. Czemu jednak słuchano jej nagrań? I to teraz?
Kamerdyner zmarszył brew, gdy nie otrzymał natychmiastowej odpowiedzi, upodabniając się tym jeszcze bardziej do pomarszonego psa.
— Chodzi o sprawę panny Blumenfeld — funkcjonariusz zdecydował się na szczerość, patrząc w ciemne oczy służącego. Tamten wahał się przez sekundę, ale potem odsunął z przejścia i gestem zaprosił Sokolnika do środka.
— Proszę za mną. Pani jest w Pokoju Muzycznym.
Lokaj poprowadził strażnika korytarzem przed drzwi, zza których dochodziła muzyka. Teraz głos Aster mieszał się z rozemocjonowanym głosem śpiewającej Julianny. Służący zatrzymał gościa przed drzwiami i najpierw go zaanonsował przed panią, zanim pozwolił mu wejść do środka.
Pokój Muzyczny był salonikiem utrzymanym w bieli i bladym różu z stojącym w jednym kącie fortepianem, a w drugim – gramofonem. Melodia nagle się urwała, gdy Britten-Lisowska zdjęła igłę z płyty, potem odwróciła się do Kaspra i posłała mu blady uśmiech. Słyszał o niej pogłoski, jakoby na tle stereotypowych rudzielców wyróżniała się szczególnie paskudnym charakterem. Teraz jak patrzył na tą filigranową kobietkę o smutnej twarzy i poznaczonym piegami zadartym nosku – kojarzyła mu się z żałobnym wcieleniem prerafaelickiej Ofelii pędzla Hughsa – tamta w bieli, a ta w czerni. Szare oczy miała podkrążone i zaczerwienione, jakby spędziła wiele godzin na płaczu. Gestem dłoni zaprosiła gościa, aby zajął miejsce na małej sofie. Nie potrafił sobie wyobrazić jej jako tej złej, która uknułaby zabójstwo, czy – o zgrozo! – potrafiła przeprowadzić tak brutalny mord.
— Zatem co pana tu sprowadza? – spytała i usiadła naprzeciwko niego w fotelu.
— Widziała się pani z Aster Blumenfeld w dniu jej śmierci. Chciałbym potwierdzić kilka informacji — wyjaśnił bez zbędnych wstępów, ale tak delikatnie, na ile potrafił.
— Tak… — przyznała i pociągnęła nosem. Był to niezbyt destyngowany dźwięk, więc zaczerwieniła się i ukryła twarz za dłonią. Odwróciła się zawstydzona, więc mógł podziwiać tylko jej profil. — Odwiedziłam tamtego dnia Gniazdo Rusałek. Spotkałyśmy się i… nie byłam dla niej zbyt miła — ostatnie słowa wypowiedziała zduszonym głosem. Po policzku spłynęło jej kilka łez. Otarła je szybko i zerwała się z fotela. Podeszła do komody, gdzie leżały chusteczki. Większość wymięta i mokra. Kobieta wybrała jedną z mniej zużytych i chwilę jej zabrało zanim się uspokoiła.
Wielu rzeczy się Kasper spodziewał, ale nie czegoś takiego. Czekał cierpliwie, bo nic innego nie mógł zrobić. Może jedynie podzielić się własną, czystą chustką, którą trzymał w wewnętrznej kieszeni marynarki. Kobiece łzy i dąsy nie działały na niego tak silnie jak to zaobserwował wśród innych mężczyzn. Jego matka była wdową i wychował się z pięcioma młodszymi siostrami. Nie było jeszcze takiej histerii, której nie widział. Potrafiły być naprawdę przerażające, ale dzięki nim jego próg wytrzymałości, nieczułości i spokoju był bardzo wysoki.
— O czym panie rozmawiały? — spytał łagodnie, gdy pochlipywanie się przeciągało.
— O "Chrobrym". Pogratulowałam jej, a ona... — rzuciła mu szybkie spojrzenie. Zadławiła się łzami, ale przemówiła ponownie. — Nigdy się nie mogłyśmy dogadać. Zaczęłam jako jej mentorka, ale później nasze drogi się rozeszły. Ludzka zawiść potrafi zniszczyć nawet najpiękniejszą przyjaźń…
— Przyjaźniły się panie? — zdziwił się.
— Chyba już nie — przyznała kobieta i wybuchła płaczem. Sokolnik znał to stadium i wiedział, że niczego sensownego się od niej nie dowie. Jej smutek i gorycz wydawały się prawdziwe. Straciła panowanie nad sobą, nie przejmowała się dłużej obecnością gościa. Niepewnym krokiem doszła do fotela, opadła na niego bez siły. Ukryła swoje oblicze za chusteczką. — Przepraszam, ale nie znoszę tego najlepiej... Nie wiem jak mogłabym pomóc… Czytałam w gazecie dzisiaj rano... To takie straszne! A ja się z nią pokłóciłam i już nigdy jej nie przeproszę!
Kasper zaczął się zastanawiać nad sposobem taktownego pożegnania się z gospodynią, gdy do pokoju wszedł kamerdyner z gospodarzem. Funkcjonariusz zerwał się z sofy, aby powitać pana Lisowskiego. Obaj mężczyźni przeprosili strażnika, a potem kobieta wyszła z pokoju podtrzymywana przez lokaja.
Dionizy Lisowski był eleganckim mężczyzną średniego wzrostu o dość ekscentrycznym guście w doborze garderoby. Tak samo jak żona nosił żałobną czerń, ale jego garnitur miał połyskliwe elementy, które w świetle nabierały granatowo-fioletowego połysku. Był znanym znawcą sztuki, a historią jego adoracji obecnej żony przez lata żyły plotkarskie kręgi. Kiedy młodziutka Julianna – tak naprawdę to w ogóle się nie zmieniała z wyglądu i wciaż miała sobie ten urok podlotka – pierwszy raz wystąpiła na warszawskiej scenie, zdobyła sobie tytuł "księżniczki współczesnej opery". I Dionizy niczym rycerz z średniowiecznego eposu został jej stałym fanem. Pojawiał się na wszystkich występach Brittenówny – nawet, kiedy jej sława wykroczyła poza granice kraju, a kobieta z "księżniczki" stała się "czerwoną królową" i krążyła po całej Europie. On obsypywał ją podarunkami, kwiatami, bił brawo, siedząc w pierwszym rzędzie. Nikt nie spodziewał się, że Lisowskiemu wreszcie się uda, bo rachityczny blondyn o rzadkim wąsie nie był typem amanta. Raczej nie zostałby uznany za przystojnego.
— Bardzo pana przepraszam. Żona głęboko przeżywa, zresztą jak my wszyscy ludzie sztuki, utratę takiego diamentu, jakim była nasza droga Aster — westchnął Dionizy, podając Sokolnikowi dłoń. Nastąpiła wzajemna prezentacja, a funkcjonariusz wyjaśnił, w jakiej sprawie przyszedł.
— Pańska żona wspomniała, że pokłóciły się z Aster...
— Tak. Nie może sobie tego wybaczyć. Jednak jaki to ma związek z tym wodnikiem, którego złapaliście? Sprawa jest już chyba zakończona? — jasne oczy Lisowskiego bystro zmierzyły reakcję Kaspra. Na szczęście dla starszego sierżanta wczoraj zdążył sobie przemyśleć wszystko, co miałby powiedzieć Lisowskim, żeby nakłonić ich do zeznań. To był kolejny powód, dlaczego tyle to trwało, zanim ich odwiedził.
— Widzi pan. Całą sprawą bardzo interesują się media. Musimy odpierać ich serię teorii, a dopóki nie znamy wszystkich faktów bywa to dość trudne. Część z nich nie przyjęła do wiadomości tego, że sprawca został już złapany...
— I łączą tą sprawę z moją Julianną?! — spytał wzburzony Dionizy, wachlując się dłonią. Czoło miał suche, ale z przyzwyczajenia przetarł je chustką. Kwieciście fioletową.
— Chyba zatarg pomiędzy dwiema diwami, dla niektórych jest znacznie większą sensacją. Nawet jeśli ma niewiele wspólnego z prawdą. Dlatego potrzebowałbym szczegółów, aby dementować te plotki od razu. Zanim dotrą do pańskiej małżonki i zaczną ją niepokoić.
— Tak, tak. Julianny nie powinno się teraz niepokoić. Jest taka roztrzęsiona... Ta kłótnia będzie ją prześladować — powiedział, rzucając zmartwione spojrzenie w kierunku drzwi, za którymi zniknęła kobieta. Gołym okiem widać było, że uczucie jakim ją darzył nie zbladło z biegiem czasu.
— O co się pokłóciły? Podobno pańska żona pogratulowała Blumenfeldównie. To raczej nie jest powód do kłótni...
— Tak. Pewnie tego angażu do Chrobrego. Albo małżeństwa. Po powrocie z Włoch to była pierwsza rzecz, którą usłyszeliśmy. Że Aster i Borkowski biorą ślub we wrześniu. Julianna bardzo się ucieszyła z tego powodu. To piękna para jest. Oboje życzyliśmy im szczęścia.
— Niewątpię, chociaż nic z tego nie wydaje mi się początkiem kłótni — zauważył ostrożnie Kasper.
— Tak — Dionizy zmarkotniał. Chwilę się zastanawiał, a potem spojrzał na funkcjonariusza nieśmiało. — Widzi pan... Ja nie chciałbym znieważać nieboszczki... Panie świeć nad jej duszą… Ale to krewka dama była. W dodatku wydaje mi się, że jej pożycie rodzinne nie do końca takie szczęśliwe było. Konflikt z narzeczonym miała.
— Słyszałem o tym. Że nie chciała porzucać sceny.
— A on optował za przeprowadzką do Borkowic i ustatkowaniem się — dokończył z żalem i smutkiem Lisowski. — Borkowscy to tradycjonaliści. Nie każda kobieta ma takie szczęście jak moja Julianna. Ja nie jestem zachłanny. Czułbym się jak chciwiec, okradając świat z jej talentu.
— Doceniam pańskie poświęcenie. Sam często chodzę do opery podziwiać głos paśkiej małżonki. Taki talent rodzi się raz na milion — przyznał Kasper, bo miał wrażenie, że właśnie tego oczekuje od niego Dionizy. Tamten pokraśniał z zadowolenia. — A co z tym ma wspólnego panna Blumenfeld? Bo nie do końca rozumiem?
— Cóż. To chyba jasne. Zazdrościła mojej Juliannie. Aster dostała się na szczyt. A nagła popularność potrafi poprzewracać w głowie. Wszędzie widziała zawistników... Nie mówię, że tacy się nie zdarzają. Artyści to trudni ludzie. Jednak podejrzewać o coś takiego mnie i moją Juliannę? — westchnął, a potem znowu się zmieszał i jednocześnie wypiął dumnie pierś. — Staramy się teraz o potomka. Jeszcze nic nie widać, ale to kwestia tygodni. To spowoduje przerwę w karierze Julianny. Cała scena zostałaby Aster.
— Gratuluję!
— Dziękuję — uśmiechnął się szczerze. Był to uśmiech człowieka spełnionego, któremu udało się osiągnąć wszystko, o czym zawsze marzył.
Kasper przestał dostrzegać motywy Lisowskich. W liście jego podejrzanych spadli na sam koniec. Ludzie, którzy spodziewali się dziecka raczej nie ryzykowaliby z tak małostkowych powodów jak zawiść. Jednak wciąż wydawało mu się, że coś ukrywają, albo go zwodzą. A ten temat – rychłych narodzin małego lub małej Lisieckiej – miał odciągnąć jego uwagę…
— A co państwo robili przedwczoraj wieczorem? To już ostatnie moje pytanie.
— Julianna miała wystąpić przed Jego Królewską Mością w Łazienkach wczoraj rano, ale to występu nie doszło — Dionizy pochwalił się, zapewne nie rozumiejąc powodu tego pytania. — Dlatego przedwczoraj odpoczywała w domu. Ja odwiedziłem filharmonię. Grał bardzo przyjemny kwartet smyczkowy.
Czyli solidnego alibi nie mieli.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 205
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 09 sierpnia 2017, 01:42

***** — ...nienko... Panienko? — Dopiero za trzecim razem do Lutosławy dotarło, że Marta zwraca się do niej. Hrabianka odwróciła ku pokojówce rozkojarzone spojrzenie.
— Tak?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. W jej oczach roziskrzyły się złośliwe chochliki, co natychmiast zaalarmowało jej pracodawczynię.
— Wspaniale, że panienka zgadza się, abym miała wolną sobotę! — ucieszyła się służąca i prawie zatańczyła w miejscu, jakby już miała zamiar wyrwać się na upragnioną wolność. Niestety była obłożona pięcioma ciężkimi sukniami swojej chlebodawczyni, a to skutecznie utrudniało jej jakiekolwiek poruszanie się.
— Ja? — zdziwiła się Błyskiewiczówna, nadal niezbyt przytomna i zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć, czy słyszała jakiekolwiek pytanie. Myślami wciąż powracała do analizowania poprzedniego wieczoru i błądziła...
— Panienko! — jęknęła zdesperowana Marta, uginająca się pod ciężarem, gdy zobaczyła, że Lutka ponownie odpływa myślami. Tym razem szlachcianka aż wzdrygnęła się i posłała dziewczynie karcące spojrzenie. Tamta odruchowo uciekła, cofając się o krok, ale natychmiast odzyskała rezon. U jej poprzedniej pracodawczyni podobny wzrok oznaczałby jakąś niezbyt przyjemną uwagę, albo nawet zapowiadałby rychłą karę za bezczelność. — Zdecydowała się już panienka na pięć sukien! Jak założy je panienka w ten upał wszystkie na raz to nie wiem, czy nawet zaklęcia chłodzące coś pomogą.
Lutosława zmierzyła swoją podwładną przytomniejącym wzrokiem, a potem westchnęła. Stały w jej garderobie, a Lutka wybierała strój na dzisiaj. Planowała spotkać się z fukncjonariuszem Sokolnikiem, a potem musiała odwiedzić redakcję Kuriera i porozmawiać z redaktorem Kaczorowskim. Z jednej strony miała ochotę ubrać się tak strojnie i pięknie ak nigdy, a z drugiej - nie chciała rzucać się w oczy. Nie po tym jak wczoraj, kiedy akurat przemykała po salonie Wszechpolskiego okryta zaklęciem niewidzialności, dotarły do niej niestworzone plotki na jej temat. Coś tak ohydnego usłyszała o sobie po raz pierwszy i prawie doprowadziło ją to do płaczu. Prawie. Po pierwszym odruchu – smutku, poczucia niesprawiedliwości i krzywdy, dziecięcej niemal chęci odsłonięcia się i wykrzyczenia im prosto w twarze prawdy – wzięła głęboki oddech i zacisnęła zęby. Nie była już małą dziewczynką, która wierzyła, że prawda zawsze wygra i sama się obroni, bo sprawiedliwości musi stać się zadość. Nie, prawda była rzeczą bardzo delikatną i wymagała obrońców tak samo jak sprawiedliwość swoich stróży. Czyż nie po to właśnie została dziennikarką? By mieć narzędzia, aby bronić prawdy i swoich racji? Podejmując pracę, spodziewała się, że plotkarze nie zostawią na niej suchej nitki, a wyleją kubeł pomyj i obrzydliwości. Sądziła, że jest przygotowana, aby zapłacić taką cenę. Teraz odkrywała to do czego są w stanie posunąć się ludzie i jedyne, co rozumiała to fakt, że nigdy nie będzie umiała pojąć tego świata.
— Zostaw tą szarą, najskromniejszą, a resztę odłóż na miejsce — zdecydowała hrabianka w końcu, a potem wyszła do sypialni.
— Na spotkanie z panem Kaczorowskim? — upewniła się pokojówka. Do tej pory do redakcji Lutka chodziła ubrana w najlepsze ubrania i dodatki. Podkreślała nimi swój status, bo przecież tylko dzięki niemu redaktor w ogóle zdecydował się ją zatrudnić. Hrabianka miała nadzieję, że wpłynie to też na decyzje, które próbowała każdorazowo wymusić na Kaczorowskim. Jednak w bogatym stroju za bardzo zwracałaby na siebie uwagę, a tego chciała uniknąć. Zawsze mogła użyć iluzji, ale w obecnym stanie, gdy zupełnie nie potrafiła się skupić, byłoby to dość ryzykowane. — Jest panienka pewna?
— Tak. Jestem. Niezależnie od tego jak będę wyglądać ten… nieokrzesany typ i tak będzie nieprzyjemny. A wcześniej muszę pojechać na komisariat... — Marta wydała z siebie okrzyk zdziwienia i stanęła niepewnie w progu. Lutka zmarszczyła brwi. — Tak, komisariat. Nie mam zamiaru być ich więźniem. Niech sobie mówią, co chcą — powiedziała. Była pewna, że pokojówka na pewno słyszała o tym, co wygadywali arystokraci o jej pani podczas spotkania u ministra Wszechpolskiego. Służący mieli swoje dojścia. Dlatego szlachcianka nie zagłębiała się w dodatkowe tłumaczenia.
— Nie sądzę, aby pan zgodził się na ponowną panienki tam wizytę…
— Wiem, wiem — Lutosława machnęła lekceważąco dłonią, zrzucając z ramion podomkę. — Już wczoraj zapowiedział mi, że dzisiaj ma kilka spotkań, więc nie będzie mi mógł towarzyszyć, a dopóki nie wyjaśni się sprawa Aster to Alojzy będzie robił za moją przyzwoitkę. Papa zagroził, że jeśli nie będę grzeczna to naśle na mnie cioteczkę Stasię — poskarżyła się, kiedy służąca pomagała jej zasznurować gorset. Marta uśmiechnęła się pod nosem.
Ciotka Stanisława była starszą siostrą Radosława i prawdziwą kobietą – elegancką, wiotką i delikatną. Nie miała ambicji rozwijania swojego potencjału magicznego, więc nie stanowiła dla Lutki żadnego wyzwania, jednak ciocia Stasia była istotą tak miłą i wrażliwą, że gdyby Lucia ją oszukała i wykorzystała tą słabość przeciwko niej to później prześladowałyby ją z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia.
— Cóż to byłby za dramat, gdyby do uszu pani Stanisławy dotarły te plotki — szepnęła z nagłym przestrachem pokojówka.
— Zemdlałaby. A potem płakała dniami i nocami — skrzywiła się hrabianka.
— A pan wie?
Lutka przytaknęła, pochmurniejąc.
— Zmusił mnie wczoraj do opowiadania o tej wizycie. Nie wiem, czy to było takie mądre posunięcie. Jeśli wcześniej miałam jakieś nadzieje, że Wszechpolski nie dowie się, po co go odwiedziliśmy tak moje wystąpienia rozwiały jakiekolwiek wątpliwości. Dobrze, że udało mi się zająć Wojtkiem...
— Biedny chłopak... I co się teraz z nim stanie?
Lutosława pokręciła głową ze smutną miną.
— Nie wiem. Bałam się najgorszego. Musimy mu zapewnić bezpieczeństwo, a potem… Naprawdę nie wiem — zakończyła stęknięciem, bo Marta sznurowała gorset. Gwałtownie poczerwieniała na twarzy, więc pokojówka nieco poluźniła sploty. — Jeszcze luźniej — rozkazała. — Nie chce ryzykować omdlenia, jeśli pan Sokolnik miałby jakieś nienajlepsze wieści do przekazania. Albo podczas kłótni z Kaczorowskim. Nie dam mu tej satysfakcji. I tak bez przerwy powtarza, że płeć piękna jest za słaba do tej pracy.
— A do fabryk nie? — mruknęła ledwo dosłyszalnie Marta, a jej pani uśmiechnęła się pod nosem. Na taki argument nigdy nie wpadła.
Kiedy Lutce udało się wreszcie ubrać, zjadła lekkie śniadanie w okolicach obiadu. Poprzedniego wieczoru wrócili z ojcem późno, więc młoda hrabianka nie spieszyła się ze wstawaniem. Wydała rozkazy swojej niezastąpionej pokojówce – głównie nakazała jej zaopiekowanie się Wojtkiem – a potem ona i szofer opuścili kamienicę.
Słońce ślizgało się po eleganckiej linii granatowego autowozu z herbem Błyskiewiczów na drzwiach, gdy powoli, lecz płynnie sunął wąskimi ulicami Warszawy. Pojazd bez problemu wyminął jadącą przodem bryczkę, zwolnił, ale nie zatrzymał się, kiedy przed maskę wyskoczył mu młody gazeciarz – kierowca ledwie pozwolił chłopaczkowi uciec i uniknąć zderzenia. Alojz, który prowadził, zaklął pod nosem miękko i śpiewnie w swoim języku, więc Lutka nie dosłyszała słów. Gdyby nie wymruczane przez szofera przekleństwo to nie zorienotowałaby się, że mogłoby dojść do wypadku. Ona sama pewnie gwałtownie by zachamowała i szarpnęła kierownicą w bok, wpadając na jadącą obok dorożkę, chociaż tlumaczono jej wielokrotnie, że lepiej, aby nie unikała czołowego zderzenia z mniejszym obiektem, o ile nie chce się zabić. Jednak nie sądziła by kiedykolwiek mogła osiągnąć taki poziom samokontroli, jaki zaprezentował Alojzy. W tej jednej chwili cieszyła się z jego towarzystwa, na które została skazana nakazem papy.
Poprzedniego wieczora, podczas spotkania u ministra Wszechpolskiego, odniosła jednocześnie sukces i porażkę. Udało jej się skontaktować osobiście ze służącym Wojtkiem i umówiła go z Szańcem, chociaż nadal rozważała zakończenie tej sprawy w pojedynkę. Zależało to od tego jak potoczy się dalej to popołudnie. Cały czas w głowie rozgrywała tamte zdarzenia dumna ze swojej zapobiegliwości i zdolności perswazji. Przekonała go, aby wymknął się z pałacu ministra i przemyciła go do własnego apartamentu. Wierna Marta ukryła go w pokojach dla służby. Lutosława bała się, że jemu też mogłoby się coś stać, a wtedy wszyscy zostaliby z niczym, a jej mała intryga odbiłaby się rykoszetem... Wojtek, jako jedyny świadek mogący obciążyć Wszechpolskiego zniknąłby w tajemniczych okolicznościach... Wtedy oskarżony o zabicie wodnik zostałby skazany na karę śmierci... Dwie ofiary i wciąż wolny morderca tylko dlatego, że panience Błyskiewicz zachciało się bawić w detektywa i udowadniać, że potrafiła radzić sobie równie dobrze, co mężczyzna. Teraz, kiedy przemyślała możliwe skutki swoich działań, gdyby coś poszłoby nie tak to czuła narastający w żołądku strach. Miała ogromną ochotę z kimś o tym porozmawiać, ale zupełnie nikt się do tego nie nadawał. Papa odpadał z oczywistych powodów. Marta była wspaniałą słuchaczką, ale pokładała ogromną wiarę w swoją pracodawczynię i podziwiała ją, a Lutka za nic nie chciała tego stracić. Potrzebowała kogoś, kto będzie patrzył na nią z taką dumą i uznaniem, jak pokojówka. Szaniec... Nie chciała, aby rozwiązanie tej sprawy było jego zasługą. Nie podobała jej się myśl,że dzieliłaby sukces z mężczyzną. A jednocześnie miała wrażenie, że straciła kontrolę i nie sądziła, że poradzi sobie z tym w pojedynkę.
Z rana strach ją sparaliżował. Obudziła się wcześnie, ale nie potrafiła zdobyć się na wstanie z łóżka, bo wtedy musiałaby zmierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów. Podniosła się dopiero, kiedy zniecierpliwiona lenistwem panienki Marta wpadła do jej sypialni. Towarzystwo pokojówki trochę zmotywowało Błyskiewiczównę, ale wciąż podjęcie jakiejkolwiek, nawet najmniejszej decyzji dotyczącej choćby dzisiejszego ubioru, sprawiało jej ogromny problem. Miotała się pomiędzy własną ambicją i poczuciem nietykalności, a brakiem wiary we własne zdolności – skoro wszyscy powtarzali, że to nie dla niej to może mogli mieć rację?
Kiedy podjechali pod budynek komisariatu w dwunastym cyrkule, Alojzy "poprosił" panienkę o pozostanie w wozie. Sam postanowił znaleźć pana Sokolnika i przypomniał szlachciance, że jej papa nie zgodziłby się, aby weszła do środka, co nie przeszkadzało, żeby mogła porozmawiać z funkcjonariuszem w kawiarni. Zrozumiała, że tym razem niczego innego nie przeforsuje, więc posłusznie została na swoim miejscu. Oczekiwanie nie trwało długo. Ledwie szofer wszedł do środka, a po chwili pojawił się ponownie w drzwiach. Sam. Lutosława wyprostowała się i wydęła wargi zagniewana.
— Nie ma go — uprzedził jej atak Alojzy, wsiadając do auta. — Ale dostałem adres. Domowy.
— Na co czekasz? Jedziemy.
Pokręcił głową, a czapka zakryła mu twarz, więc nie mogła zobaczyć jej wyrazu. Jednak odpalił auto i zawrócił w stronę Dworca Wiedeńskiego. Kiedy jechali Żelazną z daleka widać było kłęby dymu dojeżdżającego na stację parowozu. Jeszcze nim dotarli do Aleji Jerozolimskich, skręcili w Złotą, a Alojzy zaparkował autowóz pod drzewem. Zanim zdążył się odezwać, Lutka otworzyła drzwi i wyskoczyła na zewnątrz. Tym razem opuszczenie wnętrza pojazdu było znacznie łatwiejsze, bo nosiła na sobie prostą sukienkę, której zwykle używała do zbierania ziół w ogródku przy błyskowickim dworku.
— Panienko! — westchnął. — To szóste piętro. Nie ma sensu, aby panienka szła razem ze mną.
— Tak? Po to, żebyś po chwili wyszedł i powiedział mi, że go niestety nie ma? — fuknęła wojowniczo, podpierając się pod boki.
— To kawalerskie mieszkanie... prawdopodobnie. Nie może panienka tam iść… chyba — próbował ją przekonać, ale sam nie był przekonany, więc szło mu bardzo opornie.
— Prowadź — powiedziała, wskazując na najbliższą i najładniejszą kamienicę.
Szofer westchnął jeszcze raz, ale nie kłócił się dalej. Tak naprawdę to lubił taką Lutkę, a tą konwersację prowadził tylko, dlatego żeby mieć jakieś argumenty, gdyby pan Błyskiewicz miał do niego jednak pretensje. Wytłumaczenie "mówiłem jej, ale nie słuchała" zazwyczaj wystarczało. Kozak na etykiecie i konwenansach się nie znał, więc nie wymagano od niego, aby wiedział, jakich musiałaby przestrzegać młoda Błyskiewiczówna. Jednak zdążył się nauczyć, że zazwyczaj to co robiła było właśnie tym, czego nie powinna, więc nie zgadzał się z nią profilaktycznie. Miał jedynie wozić ją tam, gdzie sobie zażyczy oraz dbać o jej bezpieczeństwo i do tej pory w jego towarzystwie nie spadł jej włos z głowy, więc ze swoich obowiązków wywiązywał się wzorowo. Alojzy cofnął się i ruszył w stronę najstarszego budynków, a Lucia podążyła za nim. Na małym i ciemnym podwórku ze studnią pośrodku bawiła się zgraja dzieciaków w różnym wieku. Grały w ciuciubabkę, skacząc, śmiejąc się i piszcząc.
— Ty… Mała w warkoczu! — Alojzy zwrócił na nich uwagę najwyższej dziewczynki. Odwróciła w jego stronę ciekawskie, a jednocześnie ostrożne ślepka. — Do Sokolnika, w którą stronę? Która klatka?
Na dźwięk nazwiska funkcjonariusz królewskiej straży odwrócili się również zaciekawieni chłopcy. Nawet ten, który miał opaskę na oczach, ściągnął ją i popatrzył na dwójkę nieznajomych.
— Jest pan złodziejem? — zapytał jeden z młodszych z nadzieją.
— Chyba generałem, matole — poprawił go drugi, szturchając w bok. Trzej starsi westchnęli teatralnie, rozpoznając uniform szofera.
— Tamta klatka, psze pana — wskazali zgodnie na boczne wejście, którego prawie nie było widać przy dużej, drewnianej szopie ustawionej w kącie.
Ku zgrozie Lutki w budynku nie było windy, a kiedy spojrzała w górę na niekończącą się spiralę schodów w ciasnej klatce schodowej, zakręciło jej się w głowie. Alojzy wciąż prowadził, a dziewczynie nie pozostało nic innego jak podążać za nim. Nie przejmował się tempem, więc musiała niemal biec, żeby za nim nadążyć. W duchu cieszyła się, że założyła lżejszą sukienkę i miała poluźniony gorset, a mimo to gdy dotarła na ostatnie piętro była zziajana, serce głucho dudniło jej w piersi, po plecach i skroni spływały strumyki potu. Kazałaby mężczyźnie zwolnić, gdyby nie to, że nie była w stanie złapać oddechu na tyle, aby przemówić. A zostać w tyle się bała, bo miejsce to nie wyglądało na takie, do których była przyzwyczajona. Na pewno nie zamieszkiwali tu bogaci arystokraci. Raczej była to tania czynszówka – jedna z wielu, które wyrastały w panoramie miasta jak grzyby po deszczu, aby pomieścić ściągających tłumnie za pracą chłopów czy biedną, prowincjonalną szlachtę.
— Dobrze się panienka czuje? — zapytał zaskoczony szofer.
Stała oparta całym ciężarem ciała o poręcz schodów – gdyby nie to to chyba osunęłaby się na podłogę, bo kolana jej drżały. Taki bieg po schodach w niczym nie przypominał rozrywek sportowych, na jakie mogła sobie pozwolić dama. Nie był to pełen gracji badminton, czy taniec. Posłała mężczyźnie spojrzenie spode łba, ale nic nie powiedziała, bo za bardzo skupiała się na tym, aby nie dyszeć jak parowóz. To był bardzo nieelegancki dźwięk i czuła wstyd, że mogłaby go wydawać. Po tym jak tylko wyrównała oddech oświeciła swojego towarzysza w kwestii zasad savoir-vivre'u, gdzie to kobieta ma pierwszeństwo na schodach. Przyjął to bez słowa, nie tłumacząc, że w okolicach skąd pochodził to chałupy zazwyczaj parterowe, a wśród służby nikt na takie niuanse nie zwraca uwagi.
Wreszcie pozwoliła mu zapukać do drzwi, a zza nich posłyszeli kobiece głosy.
— Ktoś puka!
Cisza.
— Miśka! Ktoś pukał!
— Niech Basia otworzy!
— Ale ja nakładam do stołu!
— Ja otworzę! Skaranie boskie z nimi…
W wejściu pojawiła się młoda, ciemnowłosa kobieta z małym dzieckiem na ręku. I ona, i berbeć bez słowa wpatrywali się w nieznajomych zaciekawieni i zdziwieni. Serce Lutki, które jeszcze sekundę wczesniej biło mocno i równo, nagle ucichło. Niemalże zamarło. Słyszała, że to Alojzy odezwał się pierwszy, tłumacząc kim są i co tu robią, ale tak naprawdę słowa do niej nie docierały. Widziała jak piwne oczy tamtej rozszerzają się, a potem robią zamyślone, gdy odpowiadała na pytanie szofera.
Tymczasem w głowie Luci przewijał się huragan splątanych myśli. Część z nich dotyczyła nieznajomej. Zmierzyła ją spojrzeniem od stóp do głów, oceniając każdy detal stroju i urody. Kobieta miała ładną, okrągłą twarz z rumianymi policzkami, na której nieco odbijało się zmęczenie – prawdopobnie spowodowane chronicznym niewyspanime, bo sama zajmowała się swoim dzieckiem. Dla arystokratki było to nie do pojecia, bo przecież od takich zajęć były mamki. Ubrania nieznajomej wyglądały na wymięte i znoszone, chociaż czyste. We wszystkich tych detalach Lutka wygrywała. Hrabianka miała włosy uczesane w koronę dookoła głowy i ozdobione srebrnymi spinkami; szara suknia nie należała do najlepszych, ale nawet ta wykonana była z lepszego materiału i miała więcej ozdób. Urodą się różniły jak słońce i księżyc. Jedna ciemna i zaokrąglona, a druga jasna i szczupła. Szlachcianka dumnie zacisnęła usta w cienką linię, a dłonie w pięści. Wniosek wyciągnęła jeden: jeśli tamta była żoną Sokolnika to miał on fatalny gust!
— Braciszek powinien już być — powiedziała mieszkanka kamienicy i to było zdanie, które otrzeźwiło Lucię.
— Braciszek? Pan Sokolnik to pani brat? — wymsknęło jej się. Zaczerwieniła się po same cebulki włosów. Udawała, że nie widzi pobłażliwego spojrzenia tamtej, czy rozbawionego, które posłal jej Alojz. Błyskiewiczówna sama przed sobą udawała, że wcale nie odetchnęła właśnie z ulgą.
— Młodszy. Proszę wybaczyć, że się nie przedstawiłam, ale nie spodziewaliśmy się gości – zwłaszcza tak szacownych – i byłam troszkę zaskoczona. Nazywam się Antonina Bechter z domu Sokolnik, a ten tu to mój syn Florek — ostatnie słowa wypowiedziała znacznie miększym głosem, skierowanym raczej do chłopca niż do nich. Pogłaskała go też po brzuszku, na co odpowiedział rozkosznym śmiechem.Takim zaraźliwym, na który nie sposób było nie odpowiedzieć. — Zapraszam, proszę bardzo… Przepraszam, jestem dzisiaj taka rozkojarzona... Gości trzymać przed drzwiami! — zawstydzona wpuściła ich do środka, a oni weszli, chociaż początkowo nie takie mieli plany, jednak Lutka nie chciała robić afrontu i przysparzać jeszcze większego zakłopotania młodej mamie. Tymczasem tamta dostała słowotoku, który prawdopodobnie miał pokryć jej zmieszanie: — Od momentu śmierci naszego ojca, Kasper opiekuje się nami wszystkimi. Wyszłam za mąż, ale Ludwik, mój małżonek, stacjonuje teraz z armią na zachodzie. Robi się tam ostatnio bardziej niespokojnie niż zwykle, więc przyjechałam z wizytą do rodziny...
Weszli do ciemnego przedpokoju, gdzie jedynym źródłem światła były uchylone drzwi do kolejnego pokoju. Na ich tle sylwetka Antoniny była całkiem czarna.
— Nie słyszałam o tym… — zauważyła Lutosława, gdy przechodzili do kolejnego pomieszczenia – jadalni o bladoturkusowych ścianach i ciemnych meblach. Przy stole krzątała się dziewczyna w wieku gimnazjalnym ubrana w białą sukienkę. Na widok gości stanęła w pół ruchu, niczym przestraszone zwierzątko.
— Basiu przywitaj się! Co tak stoisz? — fuknęła na nią starsza siostra. Były bardzo do siebie podobne z tym wyjątkiem, że młodsza pozostawała nieco niższa. Tamta dygnęła, prawie upuszczając trzymany w dłoniach talerz i wymamrotała coś pod nosem, czerwieniąc się. — I nakryj dla… — Antonina zawahała się, niepewna, czy przypadkiem znowu nie robi czegoś nie tak. W końcu uznała, że gościnność jest wartością samą w sobie i dodała: — …panienki. — Spojrzała jednocześnie na Alojzego, nie wiedząc co z nim począć.
— Poczekam w kuchni, jeśli można — odpowiedział na niezadane pytanie.Trzymał zdjętą czapkę przy piersi i lekko skłonił gospodyni głową.
Nastolatka odłożyła naczynie i wyciągnęła kolejne, aby spełnić prośbę Blachterowej, a jednocześnie cały czas zerkała z ukosa na Błyskiewiczównę z cichym podziwem i zazdrością. Nie skończywszy rozkładać sztućców, skorzystała okazji, aby wymknąć się z pokoju i poprosiła ciuchutko, aby szofer podążał za nią.
Lutosława chciała przeprosić Antoninę i wyjaśnić, że raczej nie zostaną na posiłku, ale została wyprzedzona przez drugą kobietę:
— Jemy dzisiaj późny obiad, bo nasza najmłodsza, Miśka, ma dzisiaj urodziny. Czekamy wszystkie na Kaspra... Trochę się spóźnia, ale tak to już jest tam u nich. Nigdy nie wiadomo, kiedy wróci i kiedy będzie musiał wyjść. Mam nadzieję, że pamięta, bo to dla Misi bardzo ważne, ale przez te ostatnie zdarzenia cały czas chodzi rozkojarzony — zaśmiała się trochę nerwowo. Baśka zostawiła niedokończony stół i jakoś nie wracała. Antonina była z natury niecierpliwa i teraz najchętniej sama rozłożyłaby sztućce, ale nie miała wolnej ręki, bo trzymała gaworzącego Florka – zapowiadało się, że chłopiec zostanie taką samą gadułą, jak jego mama.
— Nie wiedziałam... Bardzo przepraszam za niezapowiedzianą wizytę, nie będziemy przeszkadzać… — powiedziała szlachcianka, wciąż stojąc, pomimo tego, że wskazano jej miejsce przy stole.
— Ależ nie przeszkadza pani! Taki gość na urodzinach naszej Misi to zaszczyt! — weszła jej w słowo gospodyni.
— …proszę przekazać tylko panu Sokolnikowi, że prosiłabym o kontakt z nim jak najpilniej — dokończyła swoje zdanie Lucia.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia. Jedynie dziecko nie przestawało mówić po swojemu – jego zmieniająca się intonacja sprawiała, że brzmiał, jakby coś im opowiadał. Brzmiało to na tyle zabawnie, że Lucia uśmiechnęła się bezwiednie. Najpierw uśmiechem odpowiedział jej Florek, a później jego mama. Przyjęcie u Sokolników zapowiadało się przyjemnie i interesująco. W końcu ciekawość zwyciężyła i hrabianka skapitulowała, a gdy ona usiadła, Antonina zajęła miejsce obok niej - po jej twarzy widać było, że odetchnęła z ulgą.
"Pewnie bała się, że jak okaże mi afront to zaszkodzę jej bratu" wytłumaczyła sobie tą serdeczność Blechterowej. "Mogłabym ją wyprowadzić z błędu, ale jestem chciałabym wiedzieć..."
Była ciekawa rodziny Kaspra. Tego, jaki był poza pracą. Jak zachowywał się w stosunku do matki i sióstr, a jak gdyby został sam na sam z nią… Lutosława bardzo starała się zagłuszyć te myśli, ale uparcie powracały jakby tylko na wpół świadome. Ciche jak szept suflera ukrytego przed widokiem publiczności, ale jednak obecne i nie dające spokoju.
— Hmm… Przepraszam, ale czy mogłaby pani powtórzyć, bo trochę się zamyśliłam… — wyznała Lutka, czerwieniąc się.
— Nic nie szkodzi. Mówiłam o obiedzie...
Antonina przedstawiła czekające ich menu, przepraszając za skomność poczęstunku. Lutka zapewniała, że jest bardzo wdzięczna za zaproszenie, a po zwyczajowych grzecznościach wywiązała się pomiędzy nimi rozmowa na temat kulinariów. Lucia grzecznie unikała chwalenia się jakimiś ekstrawanckimi potrawami, żeby nie urazić rodziny Kaspra. W czasie ich rozmowy do pokoju wróciła Basia i dokończyła swoje zadanie. Kiedy skończyła, starsza siostra pozwoliła jej z nimi zostać i włączyć się do rozmowy, która zeszła na opowieści szkolne obu dam – Błyskiewiczówna miała znacznie więcej do powiedzenia, bo poza podstawowym wykształceniem uczyła się na stancji mademoiselle de Marsan, a potem na studiach podróżowała po Europie. Młoda Sokolnikówna wydawała się zafascynowana opowieściami Luci. Sama obecnie uczęszczała do gimnazjum, ale na tej szkole planowała naukę zakończyć i oczywiście jak najszybciej poszukać męża.
— To naprawdę niesamowite, że panna posiada taką wiedzę i odwagę, żeby przez życie w pojedynkę nie bać się iść! — zachwyciła się dziewczyna.
— Baśka! — jęknęła jej starsza siostra, bojąc się, że Lucia obrazi się za tak mało eleganckie wytknięcie staropanieństwa.
— Cóż... To nie tak. Zawsze marzyłam o hucznym ślubie. Chociaż jakiś czas temu uczestniczyłam na ślubie księcia Lubomirskiego z panną Jadwigą Jełowicką, córką pana Adolfa, w Zakopanem i cóż to była za urocza uroczystość! — westchnęła rozmarzona Lutka. Oczami wyobraźni zobaczyła te wyniosłe i dostojne górskie szczyty, śliczny kościółek w sielskiej scenerii, siebie w najpiękniejszej, śnieżnobiałej sukni, a obok… Westchnęła ponownie. Nieco bardziej tęsknie i boleśnie. Siostry wymieniły podekscytowane spojrzenia – obydwie wiedziały, czego objawem są takie westchenienia. Żadna jednak nie zadała pytań o wybranka Lucinego serca, bo hrabianka zaczęła wchodzić w szczegóły opowieści o książęcym ślubie. Możliwość wysłuchania tej historii od uczestniczki czegoś tak wspaniałego mogła im się więcej nie przytrafić, więc łowiły chciwie każde słowo.
Kiedy ich trójka pochłonięta była rozmową, wokół nich zakrzątnęła się jedyna pokojówka pracująca u Sokolników. Kobieta w średnim wieku zaczęła wnosić talerze z przystawkami, dzbany z napojami. Niedługo po niej dołączyła do nich pani Sokolnikowa – wdowa nijak nie wyglądała na stateczną matronę, a na najstarszą z sióstr. Zdradzały ją nieliczne siwe włosy, a także ciemny kolor sukni. Po wzajemnym przedstawieniu matki Sokolnikówien i hrabianki, ona też bardzo chętnie posłuchała o ślubie księcia Lubomirskiego. Błyskiewiczówna opisywała właśnie anegdotki dotyczące znanych elit, gdy przerwał jej krzyk. Zaskoczona urwała w pół słowa i spojrzała rozszerzonymi ze zdziwienia oczami w kierunku skąd dochodził – delikatna fala strachu ścisnęła jej serce, kobieta nagle bardzo odczuła brak Alojzego w pokoju, bo przy nim czuła się bezpiecznie. Jednak była jedyną, która okazała zdenerwowanie. Basia była zażenowana, a Antonina z panią Sokolnikową poirytowane.
— Miśka — westchnęła wdowa bezradnie. Tak jak się wzdycha po rozlaniu mleka.
W następnej chwili do pokoju wpadła wysoka dziewczyna z rozwianym włosem i lśniącymi złością oczyma. Na oko mogła być tuż po albo tuż przed debiutem.
— Tośka! Powiedz Baśce, żeby mi oddała spinki! Ta jędza piegowata zabrała je bez pytania i… — nie skończyła zdania, bo zorientowała się, że w pokoju znajduje się osoba spoza rodziny. Obrzuciła Lutosławę szybkim, oceniającym spojrzeniem, a zaraz potem spaliła buraka, przeniosła wzrok na Bogu ducha winną Basię i krzyknęła płaczliwie: — To wszystko twoja wina! — po czym odwróciła się na pięcie i czmychnęła z pokoju.
Zapadła cisza. Basia próbowała skurczyć się w sobie i prawie znikła pod stołem. Pani Sokolnikowa nie przejęła się tym nadmiernie. Co innego Antonina. Ta przyszpiliła młodszą siostrzyczkę krytycznym, chłodnym spojrzeniem. Lutka nie potrzebowała wiedzieć więcej, aby domyśleć się, że to najstarsza była gospodynią bardziej niż wdowa po panu Sokolniku. To do niej zwróciła się Michalina, to ona teraz miała wymierzyć sprawiedliwość i załagodzić spór. Ich matka rozumiała co się wydarzyło, lecz udawała, że nic nie widzi. Nawet Florek jakby wyczuwał zmianę atmosfery, bo zaczął nagle kwilić. Uratowało to najmłodszą Sokolnikównę, która wymamrotała, że pójdzie po siostrę i uciekła. Antonina nie mogła jej gonić, zbyt zajęta uspokajaniem synka. Tymczasem dziecko popłakiwało coraz głośniej.
— Może ja będę w stanie pomóc… — nieśmiało zaproponowała Lutka i natychmiast pożałowała swoich słów. Nigdy nie zajmowała się małymi dziećmi. Widywała je jedynie z daleka – głównie słodko wtedy spały. Nie wiedziała nawet, że potrafią wykrzesać tyle siły i wydobyć takie dźwięki z tak małych ciałek. Zresztą płacz budził w niej dyskomfort i jakiś taki nieokreślony strach. Hrabianka zwróciła na siebie uwagę pozostałych dwóch pań i poczuła się głupio. Czekała na ich pobłażliwy śmiech, lecz on nie następował. Antonina natychmiast odwróciła się z powrotem ku Florkowi, bo krzyknął głośniej niż wcześniej, ale pani Sokolnikowa patrzyła nadal na Lucię wyczekująco. — On się chyba przestraszył, prawda? — stwierdziła Błyskiewiczówna, a potem wyczarowała motylka, aby pokryć zmieszanie. Motyl uciekł ze złożonych dłoni kobiety, usiadł na nosku chłopca, rozłożył i złożył skrzydła. Płacz umilkł jak ucięty nożem, bo Florek spróbował go pochwycić. Owad uleciał, omijając dłonie dziecka, a ono sapnęło rozzłoszczone. Po jego poczerwieniałej twarzyczce widać było, że szykuje się do kolejnego krzyku.
— Proszę nie przestawać — zachęciła Lutkę Sokolnikowa i aż zaklaskała z uciechy w dłonie. — Floruś patrz, jakie śliczne! — powiedziała do wnuka, dotykając delikatnie jego policzka.
I chłopiec spojrzał, a w jego bławatkowych oczętach odbijała się powstająca w powietrzu iluzja. Dookoła latały nie tylko motylki, ale też maleńkie wróżki o tęczowych ogonach zostawiające za sobą ścieżkę z iskier jak komety, miniaturowe smoki ziejące ogniem, pegazy i jednorożce, rajskie ptaki. I wszystko to tańczyło, wirowało, rozświetlając pokój feeriami barw. Antonina posadziła synka na miękkim dywanie, a iluzjonistka sprawiła, że otoczyła go natychmiast gromadka puchatych zwierzątek - króliczków, kotków, szczeniaczków, lisków.
Nie tylko Florek nie szczędził zachwytów, ale też jego mama i babcia głośno domagały się kolejnych cudeniek, oczarowane widowiskiem jak małe dziewczynki. Przedstawienia z udziałem iluzjonistów odbywały się w stolicy często, ale najlepsi występowali jedynie w Operze Narodowej, a na wejściówkę tam nie było ich stać. Do pokoju wróciły pogodzone Basia z uczesaną Misią, które zwabiły śmiechy, okrzyki zdumienia i radości. Usiadły w kąciku, a ośmielona dobrym przyjęciem Lutka postanowiła iść na całość. Oczom gospodyń ukazała się wspaniała historia o "księżniczce Michalinie i baśniowej krainie". Raz przenosiły się do komnat starego zamczyska, raz na uroczyska, potem na górskie szczyty. Widziały rycerzy walczących ze smokiem o rękę księżniczki, a także tego, który wreszcie zdobył wieżę i ją uratował, bo dzielna Michalina w odpowiednim momencie zrzuciła na głowę smoka ciężką doniczkę.
Właśnie Lutka wyczarowała las rozświetlony słonecznymi promieniami i łąki z czerwonymi kwiatami, bo bohaterowie dotarli właśnie do swojego nowego domu, gdy drzwi jadalni otworzyły się i stanął w nich Kasper. W pierwszej chwili hrabianka nie zauważyła jego nadejścia zbyt pochłonięta kolejnymi czarami. Stał w progu kompletnie zaskoczony i podziwiał piękno scenerii. Wydawało się, że nie ma tam ścian, a dookoła rozciągają się pola, nad nimi wisi błękitny nieboskłon, a po nim przemykają chmury puchate jak owieczki. W dolinie nad rzeczką stała lśniąca rezydencja, do której zmierzała książęca para. Chwilkę zajęło mężczyźnie zrozumienie, co tu się właściwie działo. Obrzucił szybkim spojrzeniem zachwycone buzie swojej rodziny, która w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że wrócił do domu. Chyba nawet zapomniały o Florku, bo brzdąc raczkował po podłodze, ścigając iluzoryczną wiewiórkę, która wesoło hopsała naookoło. A potem Kasper znalazł wzrokiem hrabiankę z Błyskowic, która wygladała na tle tego sielskiego krajobrazu niczym nimfa. Ona jedna nie miała błogiej i rozmarzonej miny, a bardzo skupioną.
— Cudowne! — wyrwało się mężczyźnie.
Lutosława uniosła spłoszone spojrzenie, które napotkało wzrok Sokolnika. Uśmiechnął się do niej szeroko.
— Braciszek! — krzyknęła uradowana Basia, zrywając się ze swojego miejsca. Podbiegła do Kaspra, a on pogłaskał ją po głowie z ciepłym uśmiechem. Sam widok najmłodszej siostry sprawił, że zmarszczki zmęczenia wokół jego oczu nieco się wygładziły. — Widziałeś?! Myślisz, że też mogłabym się czegoś takiego nauczyć? Psorka od podstaw magii zawsze bardzo mnie chwaliła… I potencjał magiczny mam podobno nie najgorszy…
Iluzje, wszystkie poza zwierzątkami, które zabawiały Florka, powoli wyblakły – wykonanie ich było bardzo męczące i wymagało koncentracji, której teraz Lutka nie potrafiła przywołać.
— Bardzo chętnie pożyczyłabym swoje podręczniki i służyła radą, gdybyś postanowiła spróbować — zachęciła ją Lutosława.
— Naprawdę?! — ucieszyła się jeszcze bardziej podekscytowana nastolatka.
— Baaaasia — westchnęła Sokolnikowa pobłażliwie, ale z nutką niezadowolenia w głosie. — Dziecko, kochane, i co ty byś robiła? W teatrze pracowała? Gdyby ktoś cię polecił jakiejś księżniczce mogłabyś ładnie rzucać glamur. Ale po co? Nie lepiej męża ci szukać? Swój dom mieć?
"Bo przecież tylko do tego nadają się kobiety. Takiej, która nie chce jedynie rodzić dzieci nikt nie zechce, więc będzie jedynie iluzjonistką " pomyślała niechętnie Lutka, ale nie odezwała się. Cała zjeżona siedziała sztywno przy stole i spuściła wzrok, którym wodziła za Florkiem. Chłopiec zdążył się już zmęczyć, więc nie ganiał wiewiórki, a jedynie leżał na pleckach i machał rączkami, aby dosięgnąć krążące mu nad głową wróżki. Był to zaskakująco odprężający widok. "A iluzjoniści nadają się jedynie do kuglarskich sztuczek i zaspokajania narcystycznego ego elit" dodała, chociaż patrzyła na dowód, że wcale tak nie jest. Sama znała mnóstwo zastosowań swojego talentu i aż dziw brał, że ludzie wciąż kojarzyli go tylko z tymi dwoma zastosowaniami niegodnymi marnowania przez osoby o wysokim potencjale magicznym, więc nauczanego jedynie osoby, które na nic lepszego nie było stać.
— Albo mogłaby iść w ślady Skłodowskiej-Curie i celować w pracę akademicką. Przecież ona po śmierci męża przejęła jego katedrę na Sorbonie! Czyż to nie byłby zaszczyt mieć pierwszą panią profesor nauk magicznych w rodzinie tu w Królestwie? Przeszlibyśmy do historii — pocieszył siostrę Kasper, bo zgaszona słowami matki Basia bardzo posmutniała. Słysząc jego pełen entuzjazmu głos, Lutosława uniosła twarz i zdała sobie sprawę, że jest jedną z czterech kobiet, które wpatrują się w niego z uwielbieniem.
Kasper odprowadził Basię na jej miejsce na końcu stołu, złożył życzenia Misi, a potem sam zajął miejsce naprzeciwko Lutki. Hrabianka poczerwieniała, myśląc o tym, że przecież wedle etykiety w ten sposób sadza się małżeństwa. Jednak wydawało się, że Sokolnikowie nic sobie z tych zasad nie robili, albo ich nie znali, bo główne miejsce zajęła jubilatka Miśka. Po jej prawicy posadzono Lutkę. Obok Lutki siedziała Antonina, a naprzeciwko niej wdowa Sokolnikowa. Dopiero kiedy mężczyzna zasiadł razem z nimi pokojówka zaczęła wnosić ciepłe dania: krupnik i potrawkę z kury.
— Przyznam, że byłem zaskoczony, widząc pannę w moim domu — zagadnął Lutkę mężczyzna. — Jak sądzę ma to związek ze świętej pamięci przyjaciółką…?
— Tak. Uważam, że to pilne i nie mogłam czekać do jutra. Bardzo przepraszam za naruszenie rodzinnej uroczystości. Nie miałam pojęcia o tym, że opiekuje się pan rodziną — odparła, walcząc ze sobą, aby zachowywać się naturalnie. Jeść, wodzić spojrzeniem po wszystkich zebranych, a nie tylko siedzieć i patrzeć na niego jak urzeczona. A mimo tych starań jej wzrok bez przerwy samowolnie wracał. Podziwiała ciemne, miękkie włosy, długie rzęsy, smukłe palce... I przeklinała siebie, bo każde nowe spostrzeżenie sprawiało, że robiło jej się gorąco. Gdyby nie ta paskudna pustka w głowie, to okryłaby się iluzjami, bo miała wrażenie, że wszyscy obecni muszą widzieć w jak żałosnym, dziwnym stanie się znajduje.
— Jednak pozwoli panna, że rozmówimy się po posiłku na osobności? — spytał ją, a wszystkie słuchaczki ich wymiany zdań zrobiły zawiedzione miny.
Rozmowa przy urodzinowym stole skupiła się później na Michalinie, której złożono najlepsze życzenia. Dziewczyna kończyła właśnie gimnazjum, a na pytanie Lutki o debiut – znowu zapadła niezręczna cisza.
— Sądzę, że nie uda się w przyszłym roku... — westchnął Kasper i spojrzał na siostrę przepraszająco.
— Już rozmawiałam ze swatkami. Może żaden bal nie będzie nam potrzebny. Poleciła mi kilku kawalerów — zauważyła Sokolnikowa, a jej córka skrzywiła się delikatnie i odwróciła głowę, tak aby nie dostrzegł tego jej brat. Widocznie nie chciała robić mu przykrości i dopominać się o nic, ale bardzo zależało jej, żeby jednak w jakimś balu uczestniczyć.
"Dla niej to pewnie byłaby jedyna taka możliwość, że wziąć w czymś takim udział. O ile nie znajdzie majętnego męża" domyśliła się Lutosława. Przed dniem swojego debiutu brała udział tylko w uroczystych obiadach, gonitwach, spacerach, wyprawach na koncerty czy przedstawienia teatralne. Na bale ojciec jej nie zabierał, tłumacząc, że to rozrywka dla dorosłych. Zmieniło się to dopiero po balu debiutantek. Od tamtej pory wielokrotnie miała okazję brać udział w wieczornych imprezach i ledwie pamiętała swoją ekscytację przed pierwszym, w którym uczestniczyła.
— A na ten organizowany przez panią Różę nie mogłabyś pójść? — spytała Lutka, ale odpowiedziały jej pytające spojrzenia Sokolników. — Żonę pana Macieja Radziwiłła. Co roku organizuje piękne Bale Debiutantek. Mogłabym poprosić cioteczkę Stasię, aby szepnęła słówko czy dwa — zaproponowała, nagle olśniona, że przecież młoda Sokolnikówna na taki bal nie poszłaby sama, a z obstawą matki i brata. O ile Błyskiewiczównę te przyjęcia zawsze nurzyły tak na to jedno chętnie by się wybrała. Jednocześnie Lucia martwiła się, czy przypadkiem nie poszła za daleko i nie uraziła dumy pana Sokolnika.
Temat przejęła pani Sokolnikowa i Blechterowa, więc Lutosława nie dowiedziała się, co myśli o tym Kasper. Szczególnie Antonina wyczuwając możliwości, które się za tym kryją, postanowiła nie przepuszczać okazji. Jednak widać było, że robi to z troski o dobro młodszej siostry, więc Lutka nie miała jej tego za złe. Pod koniec posiłku czuła się w towarzystwie tak familiarnie, że do wszystkich zebranych kobiet mówiła po imieniu.
— Przeprosimy was na chwilę — powiedział Kasper po deserze, wstając od stołu. Pomógł Lutce odsunąć krzesło, a potem zaprowadził ją do gabinetu. Wszystkie protokoły ostrzegały Lutkę, że panna i kawaler w jednym pokoju to coś nie do pomyślenia, ale skoro nikt inny się tym nie przejmował to ona też nie zamierzała.
Gabinet był bardzo małym pokoikiem z biurkiem stojącym przy oknie i ścianami zastawionymi regałami z książkami. Na blacie porozrzucane były podręczniki, którejś z dziewcząt, na które Kasper nie zwrócił większej uwagi. Poczekał aż Lutka zajmie miejsce na fotelu, a on przysunął sobie krzesło.
— Jeśli chodzi o pomoc Basi i debiut Miśki to bardzo dziękuję za propozycję. Proszę jednak powiedzieć mi teraz, czy to była tylko grzecznościowa oferta, czy też…
— Och — zaskoczył ją tą bezpośredniością, więc nie wykrzesała z siebie żadnej mądrzejszej odpowiedzi.
— Nie chciałbym, aby zawiodły się srodze, jeśli źle zrozumielibyśmy pannny intencje — dopowiedział poważnie.
— W sprawie Misi postaram się zrobić wszystko, co w mojej mocy, ale raczej bezpośrednio do pani Róży nie będę mogła się zwrócić. Nie mamy najlepszego kontaktu. Poproszę o to swoją ciotkę, lecz czy jej się uda, czy nie to zaręczyć nie jestem w stanie — odparła dumnie, prostują się jak królowa. — A Basi pomogę z ogromną radością. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie projekt fundacji, która wspierałaby uzdolnione, młode damy... Nie wiem jeszcze jak mogłabym to zorganizować, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
Przytaknął i uśmiechnął się do niej.
— Dziękuję.
Przełknęła głośno ślinę i lekko się zaczerwieniła.
— Nie ma za co. Cała przyjemność po mojej stronie — powiedziała nieco cichszym głosem. — Jeśli zaś chodzi o sprawę, z którą przyszłam…
— Odwiedziłem dzisiaj państwo Lisowskich. To raczej nie jest trop, który wniósłby coś więcej. Pani Julianna i jej mąż szczerze pogrążyli się w żałobie.
— W żałobie? — zdziwiła się, a on opowiedział jej o przebiegu spotkania ze śpiewaczką. — Hmmm. To ciekawe. Nie miałam z nią bezpośredniego kontaktu nigdy.
— A pannie udało się spotkać z ministrem?
— Oczywiście. Akurat wczoraj wieczorem wypadał jour fixe u ministra. Nie było dla nas żadnego problemu w dostaniu się tam — powiedziała bardzo podekscytowana. Chciała podzielić się nowiną, a jednocześnie nie wiedziała jak tego dokonać. Wspominać o swoich iluzjach, czy lepiej nie? I o tym, że namówiła Wojtka do zeznań? I o swoim szalonym planie? — U pana ministra spotkałam pana Szańca. Ma bardzo bogatą wiedzę na temat działań ministra i gróźb, które dostawała Aster... — przemówiła, jakby nie potrafiła się przyznać do tego, co samej udało jej się osiągnąć. Jakby podpierając się autorytetem starszego reportera, mogła wypaść bardziej wiarygodnie.
Kasper uśmiechnął się zachęcająco. Sam również niejednokrotnie miał okazję spotkać Szańca i bardzo go cenił.
— Namierzyliśmy służącego, który dostarczał te pogróżki. Ja... On jest teraz u nas — skróciła całą opowieść do najważniejszych faktów.
— Jednak słowo służącego przeciwko słowu ministra… — Sokolnik nie musiał dokańczać. Lutka ucieszyła się, że nie zapytał jakim to sposobem chłopak trafił do Błyskiewiczów, a od razu skupił się na priorytetach.
— Tak. O tym też myślałam…
— I jakieś pomysły?
— Jeden, ale obawiam się, że dość… niekonwencjonalny.
— Niekonwencjonalny — powtórzył za nią i się nachmurzył. Zabrzmiało to jak coś, w co nie powinien się pakować i czego mógł bardzo pożałować. — Proszę mówić.
Jednak zanim Lutosława zdążyła przemówić, do drzwi zapukała pokojówka. Przyniosła herbatę i ciastka, ale nie bez znaczenia był fakt, że nad jej ramieniem wyglądały Sokolnikowa i Sokolnikówny. Kasper przepędził ciekawskich, ale nadal widać było ich cienie pod szparą w drzwiach. Aby zapewnić im nieco prywatności, Lutka wyczarowała barierę Iluzję Ciszy. Kolejne zaklęcie nadwątliło jej wyeksplatowaną rezerwę magiczną. Gdyby spodziewała się, że będzie rzucała tyle czarów to zaopatrzyłaby się w naładowane kryształy, a tak to do swoich planów dodała jeszcze wizytę w Węźle, jak nazywano siedzibę klasztoru, który zajmował się magicznymi liniami. W takich miejscach można było naładować swoje pokłady many.
— Cóż… Na czym to… — szlachcianka odchrząknęła w pięść. — Chodzi o to, że słowo Wojtka nic nie znaczy. To pan minister musi się przyznać. Tak, aby byli świadkowie. I to tacy, których słowa będą znacznie bardziej wiążące.
— To musiałby być ktoś o jeszcze wyższym stanowisku, albo mu równy. Inni ministrowie, posłowie, senatorzy… — przy ostatnim słowie się zatrzymał. — Senator?
— Tak sobie właśnie o tym pomyślałam — mruknęła, nagle tracąc odwagę i spuszczając wzrok. — Stryjek ma być jutro wieczorem w operze. Ja i papa będziemy mu towarzyszyć. Dowiedziałam się wczoraj, że pan minister też się tam wybiera. Gdyby jakoś zmusić go, aby przyznał się publicznie…
— Nigdy tego nie zrobi.
— Chyba, że wyprowadzi się go z równowagi. I nie będzie wiedział, że ktoś go słucha — zauważyła tak cicho, jakby wolała, aby jej nie dosłyszał.
Ale usłyszał. Zmarszczył brwi, potarł brodę dłonią, założył nogę na nogę. Zastanawiał się. Ona, jako iluzjonistka mogła dać sobie z takim zadaniem radę i ukryć słuchaczy przed wzrokiem ministra. Pytanie brzmiało, co mogłoby go tak zdenerwować? Czy był typem gaduły? Czy był na tyle głupi i pewny siebie, aby wychlapać tak istotną informację skoro do tej pory się zabezpieczał? A to tylko pierwsze pytania, na które nie znał odpowiedzi. Kolejne tłoczyły się w kolejce, aby się nimi zajął.
— Będę musiał to lepiej przemyśleć. I najlepiej gdybym porozmawiał z panem senatorem wcześniej. Panna już z nim to konsultowała? — spytał, a ona pokręciła przecząco główką. — To będzie wymagało zaangażowania i poświęcenia z jego strony. Informacje muszą być sprawdzone w stu procentach. To będzie paskudna afera. I niepożądana przez wielu. Będą próbowali ją zatuszować.
— Wolałby się pan w to nie mieszać — zauważyła zawiedziona. Miała nadzieję, że zostanie potraktowana poważnie, a tymczasem funkcjonariusz wolał polegać na innych mężczyznach, albo w ogóle się nie angażować. Ona też się obawiała i potrzebowała wsparcia – rozmowa ze stryjkiem mogła być koszmarna.
— To chyba oczywiste. To ogromne ryzyko. I tak się naraziłem… — zamilkł nagle, cały się nastroszył, wspominając coś nieprzyjemnego. — Rozwiązanie takiej sprawy mogłoby mi bardzo pomóc, albo zniszczyć mi życie… To dlatego tak chętnie chciała panna pomóc Miśce i Baśce? Abym miał dług i chętniej się zgodził? — spytał, a Lutka się zaczerwieniła. Nie to było jej głównym celem, ale to nie tak, że o tym dodatkowym atucie nie pomyślała.
Spojrzał na nią zimno. Jeśli czegoś nie zamierzał wybaczać to manipulowania jego rodziną. Opiekował się nimi razem z Tośką od momentu, gdy zmarł ich ojciec – Kasper miał wtedy zaledwie trzynaście lat, a jego starsza siostra szesnaście. Ich pogrążona w żałobie matka na niewiele się wtedy zdała – była obciążeniem bardziej niż młodsze rodzeństwo. Miśka z Baśką przynajmniej się słuchały, gdy tymczasem Sokolnikowa starała się czasami wejść w rolę odpowiedzialnej za dom głowy rodziny i w ogóle jej to nie wychodziło, a oni z szacunku respektowali jej zdanie. Co przynosiło jedynie więcej kłopotów. On i Tosia dorośli szybciej, ufając sobie wzajemnie, bo nikogo innego nie mieli. Od momentu, gdy jego starsza siostra wyszła za mąż to na Kasprze spoczęła odpowiedzialność za dziewczynki i matkę. Musiał walczyć o stanowisko, nie mógł pozwolić, aby odesłano go do jakiejś dziury, bo wtedy nijak nie zdoła zapewnić im przyszłości, na jaką zasługują.
Lutosława spuściła oczy i zgarbiła ramiona.
— Ja… Naprawdę chcę im pomóc. Chciałam, żeby zobaczył pan, że potrafię coś zrobić. Że mogę być użyteczna. Że można powierzać mi odpowiedzialne zadania. Że... że nie jestem tylko głupią gęsią z prowincji, bo ja bardzo nie chcę nią być. Nie chcę, aby trzymano mnie pod kloszem...
— I próbuje panna przekonać o tym innych, rzucając się z motyką na słońce? — westchnął, a potem zrobił rozdrażnioną minę. — Ja traktuję pannę poważnie. Jest to chwilami trudne, ale się staram. Bardzo by mi pomogło, gdyby w tej chwili nie patrzyła na mnie panna jak skrzywdzone dziecko. Bo wydaje mi się, że rozmawiam o poważnym sprawach z poważną, dorosłą osobą.
Hrabianka uniosła na niego rozszerzone oczy. Lutka poczuła się, jakby została spoliczkowana. Brutalnie sprowadzona z chmur na ziemię. Odruchowo zrobiło jej się przykro. Powinna się rozpłakać, trochę pohisteryzować – tego by się od niej oczekiwało, jako od wrażliwej panienki. Jednak zamiast tego wyprostowała się dumnie, zacisnęła dłonie w pięści, a usta w wąską linię. Spojrzeniem ciskała błyskawice.
Uśmiechnął się zadowolony i rozsierdził ją jeszcze bardziej.
— Może pan łaskawie przestać zachowywać się, jakby dobrze mnie znał?! Nic pan o mnie nie wie! I tego jak trudno jest się odnaleźć wśród tylu zakazów i nakazów! Wszystko, o co pan prosi to całkowite zaprzeczenie wszystkiego, czego chcą wszyscy inni!
— Taaak. Zdaję sobie z tego sprawę. I właśnie dlatego mam wrażenie, że poznałem pannę lepiej niż ktokolwiek inny — zauważył i jej gniew minął. Na sekundę serce Lutki zabiło radością i nadzieją. — Bardzo przypomina mi panna siostrę. Tośka też uwielbia stawiać na swoim. Wygląda niepozornie, ale nadawałaby się na generała…
"Siostrę. Siostrę. Przypominam mu siostrę!" Wszystkie myśli Błyskiewiczówny to był krzyk i rozpacz, ale jej twarz niczym się nie zdradziła. Może przez chwilkę wyglądała na zawiedzioną, ale szybko opanowała się i nadała jej beznamiętny wyraz.
— …dlatego uznałem, że można pannie zaufać — Kasper skończył swój wywód, a Lutka zbyt pochłonięta własnymi myślami nie usłyszała najważniejszej części. — Proszę umówić nam spotkanie z panny stryjem. Skoro będzie nam potrzebna jego współpraca to musimy poznać jego zdanie.
— Oczywiście — odparła, wstając. Po męsku podała mu dłoń, aby przypieczętować umowę.
Pokręcił przecząco głową, jakby nie mógł uwierzyć, ale ujął jej palce i uścisnął delikatnie. Potem jednak odwrócił dłoń hrabiny wierzchem do góry i ucałował jak to należne było damie.
— Zatem czekać będę na kontakt. Odprowadzę pannę — zaproponował.
Rozanielona Lucia przytaknęła. Była tak oszołomina, że zgodziłaby się na wszystko.



Intryga jest bardzo... :facepalm: wiem. przepraszam. Ale nalezy do oryginalnego pomysłu i teraz muszę to jakoś rozplątać. Najlepiej ostrym narżedziem jak Aleksander Wielki
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Siemomysła » 09 sierpnia 2017, 13:28

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Pisałam i coś kliknęłam, jakiś absurdalny skrót i wszystko w kosmos!!!!!!!!!!!!!!!! T____T

No to jeszcze raz, choć pewnie nie tak ładnie.
Ilość sióstr - z pięciu młodszych zrobiła się jedna starsza i dwie młodsze. A do najpierw Miśka dostaje tytuł najmłodszej (przy mowie o jej urodzinach) a potem Baśka (gdy jest mowa o Kasprze głaszczącym najmłodszą siostrzyczkę). Gdzie są pozostałe? W grobie? Na służbie? Wyszły za mąż? Trochę tak to nie brzmi w końcówce, raczej jakbyś je pogubiła, albo zmieniła zdanie co do ilości.
Dziwi mnie też, że one się tak po kolei schodzą - w sensie, że jakby nie zauważyły, że ktoś wszedł do domu. To chyba nie jest naturalna sytuacja? Tośka nie informuje matki o gościu, bo? Nawet jeśli często miewają gości i to żadna nowość, bo ciągle ktoś tam przesiaduje, to owszem, mogłabym przyjąć, że starsza pani ma to w nosie, nie wiem, nadal żałobę przeżywa i woli być sama, ale jednak dziś dzień jest specjalny, no i jednak Lutka jest specjalna, nie?
Ponadto mam dysonans w temacie tania kamienica czynszowa vs zatrudnianie pokojówki. Nie jestem jednak zbyt dobra w realiach, które sobie wybrałaś jako tło, tak tylko podrzucam, że owszem, ktoś do pomocy w domu, może, ale dokładnie pokojówka? Kto gotował? Też pokojówka? Pokojówka to dość specjalny typ dziewczyny służącej, nie? A oni wyraźnie są niezbyt zamożni.

Co do Twego wyjaśnienia, że Lucia szuka swojej drogi - ok, ale tak w pełni świadomie? Zachowuje się jak kilka różnych charakterologicznie osób? I to w tej samej konwersacji? Mam z tym niejaki problem, ale pojmuję założenie :)

I błagam - nie uzupełnianie Many T_T Mana to komputerowe/RPGowe i w ogóle. To słowo natychmiast robi mi z bohaterów płaskie, nieprawdziwe obrazki. Wybija z historii. Jasne, że rzucanie zaklęć nie powinno się odbywać bezkosztowo, ale da się wykombinować to tak, żeby słowo Mana nie było potrzebne.


A Kasper w ostatniej scenie to jeszcze powinien się pochylić nad tą dłonią <3 O. Ogólnie lubię Kaspra tu konkretnie bardzo za dystans do kobiecych czarów i za maleńką porcję tatusiowania xDD jaką zafundował Lutce. O.

Wiesz - to się pochłania bardzo szybo, tę Twoją Iluzjonistkę. Człowiek pędzi, pędzi i już. I ciekaw jest co dalej.
No i za intrygę:
Obrazek
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 108
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Ag. » 09 sierpnia 2017, 21:07

Siem, to był control + A. Najgorzej

Fakt, iż było to opowiadanie konkursowe, wiele tłumaczy. Konkursy są głupie. Limity znaków są głupie. Tematy są głupie. Już to dziś pisałam, ale mi na odcisk te konkursy stają -_-

Po pierwsze, ta wstawka jest znacznie "czystsza". Tzn. nie gubię się co drugie zdanie, co się właściwie dzieje i kto jest kim, nie jest jakoś szalenie pokrętnie i dziwnie. Pod względem formy i stylu czytało mi się więc dobrze. Także dlatego, że fabuła wyraźnie na chwilę zwolniła, by zrobić miejsce na rozbudowanie charakterów postaci i relacji między nimi.

Właśnie, co do charakteru, to dalej nie lubię Lusi. Przede wszystkim za tę scenę, gdzie ocenia siostrę Sokolnika. Rozumiem, że to miała być scena zazdrości, bo jest zła, że ktoś w kim się buja ma już żonę, ale jest dla mnie różnica pomiędzy "o nie, on ma inną, zazdroszczę jej, jestem nieszczęśliwa" a "fuj, jak mógł wybrać taką brzydką, biedną, brzydzę się nią, jestem od niej lepsza". To jest po prostu chamskie i nieprzyjemne, bo łatwo odnieść wrażenie, ze Lusia tak negatywnie ją ocenia właśnie dlatego, że jest zazdrosna. To jest bardzo nieprzyjemna dla mnie reakcja i ciężko jest mi jej kibicować.

Napisałaś też, że Lusia sama do końca nie wie, jaka chce być, ale dla mnie to nie wygląda na jej świadome próby testowania różnych typów (zresztą osobowości nie można zmieniać jak rękawiczek), tylko na twoją nieporadność w tworzeniu tej postaci. Tym razem dostajemy więc kolejną odsłonę Lusi – panienki. Znowu jakoś nie przypominającą mi tej wcześniejszej Lusi... Przy czym też te jej feministyczne wtręty są dosyć toporne – znacznie lepszy jest komentarz o pracy w fabrykach. A te jej obrażanie się na faceta i jacy to ci mężczyźni źli... Przestań marudzić, Lusia, tylko rób swoje, bo przynudzasz.

Dalej też nie bardzo rozumiem, jak działa magia w tym świecie, ilu jest Iluzjonistów i czemu nikt nie rozumie tkwiącego w nich potencjału... ale może o tym się jeszcze rozpiszesz.

Ale za to fabuła właśnie sprawia wrażenie, jakby kierowała się na konkretne tory, co mi się podoba. Ale ja tak chyba mam, że lubię konkretne teksty i akcję. A tu powoli układa się jakiś plan i bardzo jestem ciekawa, co z tego planu im wyjdzie! Wiadomo, że rozmowa ze stryjkiem będzie trudna, a potem zmuszenie ministra do przyznania się... oj, dobre rzeczy się szykują na kolejne wstawki!

Jak zawsze szczegółowa łapanka, bo nie znam litości:
Zwierzak, co jakiś czas gdakał
Bez przecinka. I technicznie kurczak może i jest zwierzęciem, ale jednak lepiej pasowałoby „ptak”, jesi nie chcesz powtórzenia. Po prostu zwierzak kojarzy się futerkowo.
niewiele wcześniej ciało znaleźli idący na targ chłopi, więc obaj funkcjonariusze mogli obejrzeć je na miejscu zdarzenia.
A gdyby znaleźli je np. kupcy, to nie mogliby już do obejrzeć na miejscu? Przyczynowość w tym zdaniu jest bez sensu.
sprostowania prawdy
Ma sprostować prawdę, czyli powiedzieć kłamstwo? :D
Kasper znalazł się, wtedy w bardzo nieciekawej sytuacji.
Bez przecinka. I może „wówczas” zamiast „wtedy”? Chyba będzie naturalniej.
Na prowadzenie swojego prywatnego śledztwa Kasper znalazł czas dopiero popołudniu.
"Swojego" do wywalenia. W ogóle to jest jedno z pierwszych słów do wywalania zawsze i wszędzie.
skończyło się się szczęśliwie
powtórzenie
Jednymi świadkami
Jedynymi.
¬Kasper
Jakiś znaczek ci się wkradł.
Julianna Britten-Lisowska jak na zdetronizowaną "królową" polskiej sceny operowej przystało – mieszkała nieopodal nowowybudowanej Filharmonii w jeszcze świeższej na mapie Warszawy kamienicy z charakterystyczną, prawie zamkową wieżyczką. Dom należał do wydawnictwa Gobethnera i Wolffa, których okazały szyld wisiał nad księgarnią znajdującą się na parterze.
A to chciałam powiedzieć, że mi się podoba, zgrabnie napisane. :)
Tylko zastanawiam się, czy nie lepiej użyć „którego szyld”, żeby „którego" odnosiło się do wydawnictwa, a nie do G i W, bo to chyba dziwnie brzmi, ale nie będę się upierać.
destyngowany
dystyngowany
— A do fabryk nie? — mruknęła ledwo dosłyszalnie Marta, a jej pani uśmiechnęła się pod nosem. Na taki argument nigdy nie wpadła.
Nice! Polać tej pani!
Aleji
Uduszę! Nie wracaj, dopóki nie wykujesz: https://sjp.pwn.pl/zasady/21-7-5-Pisown ... 29325.html
tą konwersację

prowadził tylko, dlatego żeby mieć jakieś argumenty
"prowadził tylko dlatego, żeby mieć jakieś argumenty"

W ogóle znacznie lepiej byłoby „prowadził tylko po to, by mieć jakieś”.
— Prowadź — powiedziała, wskazując na najbliższą i najładniejszą kamienicę.

w stronę najstarszego budynków,
Poza tym, że najstarszego budynku, to trochę gubię się w tych wszystkich określeniach. Nie jestem przekonana, czemu one służą i w końcu nie wiem, czy te budynki są ładne czy brzydkie.
Alojzy zwrócił na nich uwagę najwyższej dziewczynki
To się nie kompiluje.
Raczej "Alojzy zwrócił się do najwyższej dziewczynki" / "Alozji przyciągnął uwagę najwyższej dziewczynki."
Na dźwięk nazwiska funkcjonariusz królewskiej straży odwrócili się również zaciekawieni chłopcy.
Sokolnik niespodziewanie zmienił płeć :D
Trzej starsi westchnęli teatralnie
Synchronicznie? Mieli to przećwiczone czy co?
niewyspanime
niewyspaniem
ale jestem chciałabym wiedzieć
jednak
Sokolnik nie musiał dokańczać.
kończyć
oszołomina
oszołomiona

Ogólnie jednak widzę postęp i tę część czytało mi się znacznie lepiej niż niektóre wcześniejsze, więc czekam na ciąg dalszy. :)
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kimchee » 09 września 2017, 20:50

Niemal już zapomniałam, co było w poprzednich wstawkach, ale szybko sobie przypomniałam. Na temat najnowszych nie mam wiele do powiedzenia. Podobało mi się, nadal jestem zaintrygowana, bo sukcesywnie odhaczasz kolejne osoby z listy podejrzanych, ale intryga wcale nie staje się przez to bardziej przejrzysta. Wręcz przeciwnie (to duży plus). W ostatnich dwóch postach śledztwo posunęło się do przodu zaledwie odrobinę, bo połowę „czasu antenowego” przeznaczyłaś na zasygnalizowanie prawdopodobnego wątku romantycznego, co też jest fajne, bo głębiej poznajemy bohaterów. Nie mam nic przeciw temu romansikowi. Muszę powiedzieć, że polubiłam Kaspra – to taki typ chłopaka z sąsiedztwa: miły, dobry, troszczy się o rodzinę i stara w pracy, chociaż nie jest najlepszym policjantem (o tym za chwilę).

Coś zauważyłam, że kilka osób miało jakieś zastrzeżenia do Lutki. Hmm ja jej jakoś szczególnie nie wielbię, ale mi nie przeszkadza. Rozumiem ją – a przynajmniej się staram. Z jednej strony chciałaby być nowoczesna, iść z duchem czasu, robić karierę i żeby wszyscy traktowali ją poważnie, ale kiedy jej wygodnie to nie ma oporów przez korzystaniem z przywilejów, jakie jej daje urodzenie i wpływy ojca.

Z początku myślałam, że rozwiniesz schemat dwóch aktorek walczących o prym na scenie. Tymczasem okazuje się, że tego konfliktu być może nie było. Julianna Britten-Lisowska wydaje się być osobą, która nie miała takiego parcia na szkło jak sugeruje początek „Iluzjonistki”/ Ba! jest tak spełniona zarówno w życiu zawodowym i osobistym (dziecko), że by chętnie oddała rywalce scenę. To może być prawda... albo nie. Druga strona nie ma możliwości się wypowiedzieć.

I tylko do jednego się muszę przyczepić.
— A co państwo robili przedwczoraj wieczorem? To już ostatnie moje pytanie.
— Julianna miała wystąpić przed Jego Królewską Mością w Łazienkach wczoraj rano, ale to występu nie doszło — Dionizy pochwalił się, zapewne nie rozumiejąc powodu tego pytania. — Dlatego przedwczoraj odpoczywała w domu. Ja odwiedziłem filharmonię. Grał bardzo przyjemny kwartet smyczkowy.
Czyli solidnego alibi nie mieli.


Czep może trochę na wyrost, bo dużo zależy od następnego rozdziału i tego jak się Kasper zachowa.
No cóż, zawiodłam się nieco tą konkluzją. Jak już powiedziałam, lubię bohatera, a i mam wrażenie, że chciałabyś, żeby się jednak wykazał i nie musiał się przenosić. Tymczasem się nie popisał.
Solidnego alibi może nie mieć jedynie Britten-Lisowska, bo nawet jeśli służba przysięgałaby, że cały wieczór siedziała w domu, to można mieć wątpliwości, bo w końcu to info od ludzi, których ona opłaca.
Z mężem już jest sprawa bardziej klarowna. Bo – moim zdaniem – alibi solidne ma, ale trzeba je sprawdzić (co jest normalną policyjną robotą). Tego wieczoru w filharmonii było na pewno więcej osób. Wystarczy wysłać kilku policjantów, żeby popytali. I gotowe. Ewentualnie bardziej dociekliwy policjant zastanowiłby się, ile czasu zajęłoby dostanie się z filharmonii na miejsce zbrodni i z powrotem, a potem jeszcze dokładnie odpytał ludzi, czy np. facet nie zniknął w przerwie albo jego loża (jeśli tam siedział) nie była czasem przez chwilę pusta. Czy są jakieś dyskretne wyjścia z budynku? A może ktoś sobie przypomina coś niezwykłego? Możliwości jest na pewno jeszcze więcej niż wypisałam i dobremu policjantowi na pewno by przyszły do głowy, tymczasem Kasper tak sobie od razu stwierdził kategorycznie, że nie – nie ma alibi i koniec. Nawet się nie zapytał, od ramy czasowe przedstawienia. Ale nie skreślam go całkowicie, zobaczę, co zrobi w kolejnej odsłonie, na która z niecierpliwością czekam.

ODPOWIEDZ