Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Iluzjonistka

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Siemomysła » 02 lutego 2017, 13:31

Na początek spoiler. Jest w nim sporo literówek, które tak naprawdę mogłaś usunąć sama, bo w okienku edycji posta istnieje podkreślanie babolków literówkowych ;) można się tym wspomóc. Oprócz literówek w spoilerze dwa słowa, które moim zdaniem są błędnie użyte i może ze dwie uwagi natury ogólnej.
SpoilerShow
Dostała za to uśmiech, który jednak nie sięgał oczy mężczyzny.
Błyskiewiczowi nie podobał się pomysł odwiedziń w takim lokalu, a tym bardziej nie chciał nawet słyszeć o puszczaniu tam Lutki samej. Ta przechowywalnia zwyrodnialców była ostatnim miejscem, w jakie powinna zapuszczać się taka niewinna niewiasta jak ona.
—O-czywiście —zająknął się i spuścił wzrok, wskazując im drogę. Przeszli przez bramkę, a potem lawirując pomiędzy biurkami przez główną salę. Pod ścianami stały niedomykajace się szafy, w których i na których piętrzyły się stosy akt. Poprowadził ich do odosobnionego, mniejszego pokoju ze stołem i dwoma krzesłami. Nie było w nim okna. Jak weszli na suficie rozjarzył się pojedyńczy kryształ z uwięzioną wewnątrz błyskawicą, pobudzony do życia krótkim zaklęciem rzuconym przez strażnika.
"Gdy" albo "kiedy", nie "jak". Tu określasz co się po czym stało, wyróżnikiem jest czas, nie sposób.
—…Sokolnik. Sokolnik Kasper. Proszę wybaczyć za sprawiania kłopotów, hrabio Błyskiewicz —odparł tamten, odzyskując równowagę. Zatrzasnął za sobą drzwi, a trzymaną w dłoniach tęczkę położył na stole przed nimi.
Twarzy nie dało się rozponać —powiedział strażnik brutalnie, patrząc dziennikarce prosto w oczy.
—To są notaki? —spytał niepewnie Sokolnik, ale pokręcił przecząco głową.
Tylko oparł się o blat stołu biodrami, zaglądając jej przez ramię.
Ma racje —przyznała Lutka, wzruszając ramionami. Założyła nogę na nogę, położyła dłonie na kolanie i wyprostowała się dumnie, aby nie pokazać, że jednak tamta uwaga ją zabolała. Jedno to o czymś myśleć, a co innego usłyszeć brzydką prawdę z czyichś ust.
Dobre, bardzo dobre! I nadal tak totalnie szczere z jej strony - że
Zwłaszcza z ust kogoś, kto móbłby się podobać
bo to znów wiele mówi o niej. W sensie w ogóle to jest normalne, że jeśli ktoś nam się podoba i chcielibyśmy, żeby to odwzajemnił, to chcemy wyglądać jak najlepiej w jego oczach. Dobre spostrzeżone, autorko!
—Oprócz podstawowego powodu, czyli poczucia moralnego obowiązku, jestem winna Aster ostatnią posługę.
Raczej przysługę, bo przecież nie zamierzała zorganizować jej pogrzebu ;) Wiem, że to w dialogu, ale myślę, że Lutka, jako dziennikarka z prawdziwego znaczenia nie pomyliłaby tych słów.
—Zaginęła mi marynarka z perłową broszką i jedwabna apaszka! —wykrzyknęła Licia, czerwieniąc się z oburzenia i ciężko sapiąc. Dłonie zaciskała w pięści i ledwie mogła usiedzieć na swoim miejscu. —Spotkałam tego… tego nikczemnika! Uwielbiałam tą chustkę!
O.O no dobra, tego po prostu nie pamiętam. I w sumie to w tym miejscu, po tym jak rzeczowo omawia kolejnych podejrzanych, ten wybuch wydaje mi się totalnie z dupy, że się tak nieładnie wyrażę :bag:
]—Mnie tam raczej nie wpuszczą… — odparł niewinnie.
W tym miejscu go pokochałam :bag:
]—Ech, Lutka! —burknął, opadłwaszy na siedzenie i sapnąwszy.

A teraz do rzeczy: a więc kryminał! pięknie, pięknie! Klimat na kryminał jest świetny. Minister Wszechpolski! Jakże pięknie dobrane nazwisko ;) W ogóle dotykasz poważnych problemów w tym tekście. Problemów zza okna bym rzekła. To plus. Jednak najbardziej mnie cieszy pan strażnik Kasper. I to nie tylko dlatego, że to mężczyzna w mundurze (choć też, nie wstydźmy się fetyszy... :bag:). Przede wszystkim on traktuje Lutkę cudownie. Jak równego, jak kogoś, kogo nie trzeba trzymać pod kloszem, jak kogoś, kto sam może podejmować swoje decyzje. W tym świecie po prostu traktuje ją jak każdego innego faceta i jakkolwiek źle może to brzmieć, dla niego w tym momencie, a tamtych realiach to jest wielki plus. Papa Błyskiewicz jest zaskakujący. Wydaje się na raz surowy i do bólu rozpieszczający jedynaczkę. Tak naprawdę zaangażował się właśnie z jej powodu w coś, co może mu zaszkodzić na wielu poziomach. I bardzo bardzo by mnie cieszyło, gdyby powód tego zaangażowania pozostał taki, jakim go wyraził w ostatnim zdaniu. Lubię takich bohaterów.

Pozdrowienia!

:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kruffachi » 03 lutego 2017, 19:52

Nie wiem, czy tak urzekło mnie otoczenie pierwszej wstawki, że przymknęłam oko na sprawy techniczne, czy tym razem po prostu potknięć było więcej, ale mimo że historia i świat bardzo mi się podobają, to język coraz mniej. Przy czym naprawdę chodzi o sprawy techniczne. O zwyczajną poprawność. Trochę mi głupio narzekać, bo nie robiłam tzw. łapanki, jako że robię ją bardzo rzadko i raczej przy krótkich tekstach - nie chcę przenosić pracy na hobby, że tak to ujmę. Więc nie przedstawiam konkretów, ale naprawdę, interpunkcja wymaga wielu ćwiczeń jeszcze, podobnie jak panowanie nad podmiotami, które robią niekiedy, co im się żywnie podoba. Zdarzyło się też kilka błędów fleksyjnych. Są też względy estetyczne. Zasady mówią, że jeśli wcięcie akapitowe, to bez dodatkowej pustej linii między akapitami, a także, że jeśli kursywa, to bez cudzysłowu. To są drobiazgi, ale rzutują na odbiór tekstu i komfort czytania. Czasem brakuje też spacji po półpauzach.

Ale do rzeczy - znaczy, do tekstu ;)

Żeby tak dokończyć marudzenie, zacznę od tego, co mi się nie spodobało, a była to postać hrabiego Błyskiewicza. Początkowo wydawał się dobrze skonstruowany, taki typowy "dobry ojciec" tego czasu, ale wszystko zmieniło się w momencie, gdy akcja przeniosła się na komendę. Jego komentarze były może dyktowane wychowaniem, ale jednak dość bezmyślne i miałam wrażenie, że zapisując jego wypowiedzi, nie zastanawiasz się już nad jego myślami, a całą uwagę skupiasz na Lici i Sokolniku, w efekcie czego za każdym razem, gdy odzywał się hrabia, coś we mnie krzyczało, że nie, że dorosły facet, nieważne, z jakiej klasy społecznej, nie byłby tak naiwny. Nawet chęć ochrony córki przed makabrycznymi treściami nie tłumaczy wszystkich jego wykrzyknień. Nie uwierzyłam mu i gdybym w tym momencie miała wskazać winnego, byłby to on przez swoje sztuczne zachowanie ;)

Zastanowiło mnie też stwierdzenie z początku, że Licia nie zaliczała się do porządnych panien. Hrabianka? To po prostu moja wątpliwość, może czegoś nie zrozumiałam.

A z tego, co mi się podobało, to realia, o czym już wiesz. A także zwrot w stronę kryminału. I chyba troszkę romansu? No, zobaczę - w każdym razie mam już sygnały dotyczące konwencji, wygodne dla mnie jako czytelnika. Wiem, w czym uczestniczę i czego się spodziewać nie w sensie fabularnym, tylko takim, no, bardziej ogólnym. Podobał mi się też sposób wykreowania atmosfery komisariatu - od zapachu, przez pojawiające się postaci w tle. Trochę zastanawiająca jest ta otwartość Sokolnika, ale kto wie... Rodząca się kryminalistyka tamtego czasu to w ogóle fascynujący temat, jestem ciekawa, czy to wykorzystasz. Poddałaś też kilka ciekawych tropów - jak teraz patrzę z dystansu, to parę też wcześniej, w poprzedniej wstawce. Jestem szalenie ciekawa, bo czuję, że sprawca może mnie czymś zaskoczyć i odpowiedź nie jest taka oczywista :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: pierdoła saska » 05 lutego 2017, 14:31

Tu są nawiązania do odpowiedzi na komentarz

Oż, a ja myślałam, że moje skojarzenia, to były takie daleko idące cuda i że pewnie mi się przywidziało... Tak, myślę, ze praca twojej nauczycielki historii w las nie poszła :D
Spicie narratora wywołane limitem znaków rozumiem. Smutne to, ale jak winiacz był dobry, to choć tyle z tego mu przyszło. Ot daję znać, że jakbyś to kiedyś poprawiała i już nie miała widma limitu znaków przed sobą, to warto by dać narratorowi gar soku z ogórków kiszonych i zaprząc go do pracy. :)
I tak jeszcze do cytatów na szybko:
- szyld - tak myślałam, że o taki chodzi i w sumie pojęcia nie mam czy on jest bardziej ponad czy obok. Obok kojarzy się z czymś stojącym, będącym w jednej linii. Te jednak są dość wysoko, aby klient nie przywalił głową... pojęcia nie mam jak je opisać XD
- potężni panowie z brzuszkiem - no ja bym im tam nie odmawiała prawa do ronienia łez czystych, rzęsistych ;)
- tytuł - o tak, wydaje się, ja się tam w zdaniu po prostu zgubiłam, z czego Lutka chce zrobić ten tytuł. Z samego tego zdania, z całej wypowiedzi. Trochę mi się to tam rozmyło ^^"

A tu już do rzeczy :)

Służąca <3 Ta panna ukradła show w pierwszej scenie tego rozdziału. xD Tak tylko mówię.
Szybko tu stało się jasne, czemu panny aż tak się sfamiliaryzowały w poprzedniej scenie. Ma to wstecznie sens i czyni obecne wydarzenia takimi na miejscu. Lubię :3
Papcio poszedł trochę w schemat. Rozumiem jego funkcję, ale on sam jest dla mnie jakiś takiś… no jakby wsadzono go tam, bo być musi, ale zupełnie się tam nie odnajduje. Jego wtrącenia były takie bez serc bez ducha. Co innego Lutka i strażnik. Choć ich rozmowa chwilami za bardzo bzyczała mi radosnym przerzucaniem się słowami i miałam wrażenie, ze coś mi tam nie gra (a z drugiej strony sama siebie pytałam, dlaczego w sumie nie miałoby tak być, tak lekko, z energią, ale przecież do celu :)). Przez moment obawiałam się, że pan strażnik jest trochę zbyt chętny do odpowiadania na pytania, bo narrator podkreśla profesję Lutki dość wcześnie w rozmowie i to stworzyło wrażenie, ze w sumie on powinien wiedzieć o jej profesji (1) - zwłaszcza wobec całego tego przejęcia, że hrabia przyjechał… nie byłoby w okolicy głośno o dziwacznych hobby panienki? Koniec końców jednak dziennikarskość wypływa, strażnik zachowuje się wobec niej tak, jak powinien… (dramatyczny wielokropek) choć języka mu to nie związuje, może nie te czasy, ale jakoś zwróciło to moją uwagę. Generalnie nic tylko dalej opowiada, być może wierząc w to, że panienka z dobrego domu nie zniży się do opisania wszystkiego w felietonie. Zresztą oni tam cały czas tak jakoś z miejsca się dogadują i tylko ten papa co jakiś czas próbuje wszystkim, z czytelnikiem włącznie, przypomnieć, że cała sytuacja jest taka trochę, no nie tak to się odbywać powinno. xD
Wprowadzenie motywów tarć między ludźmi/istotami na tle czystości rasy itd. Mi się podoba, zwłaszcza, że w tak bolesny sposób kontrastuje z przekonaniami wypowiadanymi między pannami w poprzednim rozdziale. Tam wszystko malowało się sielsko anielsko w Rzeczpospolitej. Tu rzeczywistość okazuje się, jak to często bywa, mniej kolorowa.
Podobało mi się, że wodnik wrócił w fabule. To takie czytelniczo miłe dla mnie, gdy coś co wzięłam za tło jedynie, wraca potem jako coś ważnego. Lubię ten uczuć i ciekawam czy jeszcze go tu będę miała. Zatem czekam! :D

1 "“Twarzy nie dało się rozponać —powiedział strażnik brutalnie, patrząc dziennikarce prosto w oczy." - ja wiem, że to narrator nazwał Lutkę dziennikarką, ale w jakimś stopniu sugeruje to, że Kasper wie już tutaj, że ona jest dziennikarką

Cytaty, głównie literówki :) większość rozkmin tym razem zawarłam w tym wszystkim powyżej.
► Pokaż Spoiler
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kanterial » 12 lutego 2017, 12:49

Eheheh, no dobra, pani Koteł, co to jej czasu na spanie szkoda XD ja tym razem zwięźle:

Pozostają dwie kwestie męczące (no, bo przeczytałam drugą wstawkę) i są to oczywiście dialogi oraz błędy techniczne. Przecinki, kurczę, nie jestem pewna, co ci już wypisałam poprzednio (wybacz) ale zdecydowanie takie wyrazy jak "niż", "jak" robią ci zamieszanie w zdaniach i generują złą interpunkcję.

Zatrzymałam się chwilę nad "czerwoną linią", którą Lutka przekroczyła rzekomo, wtedy, chwilę przed rozmową z ojcem. Bardzo rzadko się z tym spotykam (w Polsce jednak "cienka linia", nie?) ale lubię i w sumie taka mała rzecz, a cieszy. XD Znaleźć w tekście coś, co się od zawsze podoba. No, ale to tak mimochodem.

Mimo że dyskusja na komisariacie jest pod względem czytelności zbliżona do rozmowy Aster i Lutki przy alkoholu, interesowała mnie jednak bardziej. Tak, było momentami ciężko, były przeskoki między osobami, wzajemne dopowiadanie i uzupełnianie przemyśleń, jakby bohaterowie wszyscy mieli przez sekundę połączoną jaźń i wiedzieli doskonale, co reszta ma na myśli... Ale no jednak morderstwo, halo, od razu mi się lepiej czyta :bag: Naprawdę.
Nie zmienia to faktu, że wymiany zdań zdecydowanie są u ciebie do poprawy. Brakuje różnic w poglądach i wyraźnego wydzielenia osób uczestniczących w rozmowie, by jej nadać realizmu.

Dobra, ostrzę sobie zęby na całą tę sprawę. Czułam, podobnie jak Kili, że wątek Wodnika wróci i nie zawiodłam się. Może szkoda, że tak szybko został oskarżony i równie szybko oczyszczony z win (w końcu mogłaś z tego zrobić taką zawiłość na dobre dwie sceny) ale nie zapominam, że to ty jesteś autorką, a ja tu tylko czytam :bag: . Zaznaczam więc, że jestem zaintrygowana. No i bardzo mocno zaskoczona, bo jednak się nie spodziewałam ani śmierci Aster, ani tej... brutalności, z jaką śmierć jej zadano.
SpoilerShow
charakter Lutki wydaje mi się momentami niespójny. Raz jest naprawdę hrabianką, obrusza się byle czym, zachowuje zgodnie z kanonem... A raz sprawia wrażenie, jakby tylko grała, udawała, tu jakieś dzikie decyzje, tu wmawianie sobie i innym, że nie jest nazbyt wrażliwa, ba, jest wręcz nietypowa, taka kobieta w świecie męskich zajęć i przywilejów. Nie wiem. Jak dla mnie to ona sama jest niezdecydowana
Wiem, że chaos w tym komentarzu, przepraszam za to. Czekam na więcej.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: nuklearna_wiosna » 14 lutego 2017, 06:19

Dobrze, zebrałam się do komentarza, co udowadnia, że jest tylko jeden sposób, żebym się wzięła do roboty – trzeba mnie wkurzyć :P O tym, czemu mnie ten tekst wkurzył będzie później, na razie spoiler spoilera.
Nie chcę się rozwodzić nad tym, co już Ci wszyscy powiedzieli, postaram się nie powtarzać uwag już wcześniej sformułowanych. Odczucia mam nieco podobne, jak poprzednicy, ale też chyba mniej mi przeszkadza to, na co dziewczyny wcześniej zwróciły uwagę. Owszem, postacie dużo gadają, wyjaśniają sobie (i czytelnikowi) świat, ale tu sama nie jestem bez grzechu, moim też się ryj nie zamyka. Jest to jakiś sposób na przedstawienie rzeczywistości i – jeśli odrobinę z tym przyhamujesz i będziesz też stosować inne metody - trochę dialogowego wodolejstwa mi akurat przeszkadzać nie będzie. Bywa miejscami chropowato, ale to nic, czego by się nie dało wygładzić.
Wyłapałam takie tam różne rzeczy – trochę pozżeranych podmiotów, z których potem wychodzą dziwolągi i potworki, parę nieścisłości i może nie całkiem fortunnych sformułowań, no i przy okazji jakieś tam literówki i interpunkcja, ale to naprawdę przy okazji, nie wypisywałam tu wszystkich, a jest ich więcej, bo skopiowałam tekst do Worda i sporo napodkreślał.
SpoilerShow
Środek pola. Letni dzień, prażący sierpniowym słońcem. Wiejska, koleista droga, na której w karnym dwuszeregu wartowały rosochate wierzby. I autowóz.
Autowóz faktycznie, pewnie na drodze, wierzby raczej przy, bo gdyby rosły na, mogłoby się niewygodnie jechać.
Stojący na poboczu i dymiący spod maski. Kompletnie nieprzydatny. Zawsze miała tego typu szczęście.
Po „nieprzydatny” zrobiłabym nowy akapit, bo bez tego wychodzi, że autowóz jest rodzaju żeńskiego i miał(a) pecha rozkraczyć się na drodze. Jeśli bez nowego akapitu, to następne zdanie sugerowałabym zacząć od imienia bohaterki, żeby było jasne, że już nie mówisz o autowozie.
Czubkiem palca odzianego w skórzaną rękawiczkę dotknęła na próbę metalu, spodziewajac (z ogonkiem) się, że będzie rozgrzany. Wbrew jej domysłom okazał się być lodowato zimny.
Faktycznie lodowato, skoro tak od razu poczuła przez skórzaną rękawiczkę, ale niech będzie, że ma cienkie rękawiczki.
Spuściła wzrok i wtedy spojrzenie jej niezapominajkowo niebieskich oczu spotkało się z należącymi do wodnika mętnie zielonymi, niczym zabagniony staw. Był niezwykle niski, nawet jak na przedstawiciela swojego gatunku
Ten staw? Nie zjadaj podmiotu, kanapkę Ci lepiej zrobię! :D
Europejkom, jako pierwszum (pierwszym) na świecie udało się zmusić mężczyzn, aby otworzyli uniwersytety również na kobiety.
Nie brzmi mi to. Nie wiem, dlaczego, jak zacznę próbować wyjaśniać, to pewnie nie skończę do pojutrza, więc nie zacznę, ale na przykład : „(...) otworzyli bramy uniwersytetów również dla kobiet.” już by brzmiało.
Z jednej strony płeć piękna cieszyła się w tym kraju wielkim szacunkiem, lecz z drugiej – pozostawał pełen tradycjonalistów. (Podmiotem w pierwszej części zdania jest płeć piękna, w drugiej przeskoczyłaś już do kraju) Z tego powodu w dążeniu do samodzielności było im jednocześnie trudniej i łatwiej. (Komu? Znaczy wiem, że kobietom, ale to nie wynika z tego zdania. Ani z poprzedniego. Od jedzenia podmiotu dostaje się wzdęć. Mówię Ci, true story ;))
Wąskie uliczki Warszawy-Śródmieście, które zaprowadziły ją prawie, aż (zbędne) do orientalnej Dzielnicy Północnej, na jej szczęście nie były zatłoczone.
Tuż przed bramą - główne wejście znajdowało się w wewnętrzym dziedzińcu trzypiętrowej, klasycyzującej kamienicy - nie było już wolnych miejsc do zaparkowania, więc zatrzymała autowóz w bocznej uliczce, ledwie się w niej mieszcząc. Przestrzeń pomiędzy drzwiczkami a ceglaną ścianą była tak niewielka, że udało jej się wydostać tylko z ogromnym trudem
Tej przestrzeni? Od gwiazdek ani razu nie użyłaś imienia bohaterki, chyba czas najwyższy ;) Niby wiemy cały czas, że o niej mowa, jednak robisz na tyle wtrąceń, że Licia „gramatycznie” się w tym gubi).
Dziedziniec wypełniały stoliki, przy których gromadnie zebrały się najróżniejsze osobistości, oraz kolorowe parasole, pod którymi kryli się przed bezlitosnym słońcem.
Przeciiiineeeek! :D Bo jak nie, to będzie, że zebrały się tam osobistości i parasole, a to by było dziwaczne nawet jak na ten barwny skądinąd i różnorodny świat :D
— Panna Blumenfeld? Gdzie ją znajdę? —spytała, zdejmując delikatne, koronkowe rękawiczki i nakrycie głowy.

Jak jechała, miała skórzane rękawiczki... Pewnie po prostu zmieniła, ale napisz o tym, zrób to dla mnie, bo mi ta „nieścisłość” żyć nie da! XDD Albo to spisek i element intrygi... ;)
Jesto (do wywalenia) dobra. Świetna. Ale to bilety ze mną na przedstawieniu będą sprzedawać się lepiej.
Bilety na przedstawienie ze mną. Bardziej po polskiemu to chyba brzmi. Tak myślę.
— O to, że oni jedyne, czego potrzebują to przywódca. Jak Chmielnicki w czasie wojny z kozakami. Musiała was prawie zniszczyć, żebyście uznali ich za równych sobie.
”Ktoś taki, jak Chmielnicki...” i będzie trochę jakby przjrzyściej.
Poza tym kto musiał ich prawie zniszczyć? Podejrzewam, że wojna, ale wojna nie jest podmiotem. Podmiotem domyślnym w ostatnim zdaniu jest Chmielnicki i wychodzi, że Chmielnicki MUSIAŁA ich prawie zniszczyć.
Chmielnicki była kobietą! :D
Potem jeszcze w kraju będę w „Strasznym Dworze”, ale zimą wyjeżdżam do Francji i spędzę ją na Lazurowym Wybrzeżu. Cannes, Marsylia.
Wynika z tego zdania, że spędzi Francję, a nie zimę.
Na szczęście dla Lici i Aster - i tak nikt nie uważał ich za porządne, więc nie miały wyrzutów sumienia, spędzając w ten sposób wspólny czas.
Aster to rozumiem, że nikt nie uważał – legendarne artystyczne wyuzdanie, rozpasanie i te sprawy, ale Licia raczej JEST grzeczną dziewczyną z dobrej rodziny. To, że pisze czasem felietony do gazety raczej nie czyni jej jeszcze „nieporządną” i nie sądzę, by ktoś miał powód za taką ją uważać, choć po tej popijawie może się to zmienić :D Chyba że wcześniej było więcej takich popijaw? ;)
Obudziła się we własnym pokoju. Ledwie udało jej się otworzyć ciężkie, niczym z ołowiu powieki, rozpoznała uroczy, różowo-biały baldachim nad łóżkiem i natychmiast tego pożałowała.
Tego, że rozpoznała? Powinna się cieszyć, że obudziła się w znajomym miejscu, a nie w przydrożnym rowie, albo sprzedana Cyganom. Tak, wiem, pożałowała tego, że otworzyła oczy, bo słońce ją oślepiło. Ale to nie wynika z tekstu.
Ostre promienie słoneczne powbijały się (w?) odsłonięte, niechronione gałki oczne tysiącami igiełek.
Jakoś te wbijające promienie mi nie pasują. Rozumiem, że Lutka tak to mniej więcej czuła i można by zaznaczyć, że to jej odczucie, bo jak mnie trzecioosobowy narrator informuje, że się komuś promienie powbijały, to mam chęć go poprosić, tego narratora, o kontakt do jego dilera ;)
A gałki oczne zwykle są niechronione, o ile ktoś nie podejmie intencjonalnych działań, żeby je ochronić.
Przeczuwała, że jeśli tylko wykona jakiś gwałtowny ruch to on zacznie rozpychać się na boki i rozerwie czaszkę od środka.
Ekhem... znowu. Wyszło, że jak ona wykona ruch, to ten ruch zacznie się rozpychać, a nie ból. Pilnuj podmiotu, bo hasa jak chce.
Prawie od zawsze towarzyszyła swojej pani i mogła pozwolić sobie na drobne uszczypliowści (uszczypliwości), ale tak naprawdę ta sytuacja wcale jej nie bawiła. Bała się o zdrowie, bezpieczeństwo i dobrą reputację swojej przełożonej i przyjaciółki. Nie chciałaby, żeby Lutka wpadła w nieodpowiednie towarzystwo, a wszystko wskazywało na to, że osoba Blumenfeldówny właśnie taka była.
Przeskoczyłaś z narracją. Ni z tego ni z owego wskakujemy Marcie na chwilę do głowy i równie szybko wyskakujemy, mimo że normalnie podglądamy tylko, co się dzieje w głowie Lutki.
Wypiła i zjadła wszystko, co zostało jej podane, chociaż przez chwilę była na twarzy równie zielona, co ogórki.
Ogórki nie są zielone na twarzy. Są zielone wszędzie, abstrahując od tego, że pojęcia nie mam, gdzie ogórki mają twarz.
Mieli te same jasnoniebieskie oczy, ale na tym podobieństwa się kończyły. Resztę urody odziedziczyla (odziedziczyła) po matce. Jedynie dzięki temu miała jakiekolwiek wyobrażenie, jak mogła ona wyglądać, bo prawie jej nie pamiętała.
To jest zastanawiające, bo gdy w pierwszym rozdziale piszesz o mądrości wpajanej Lutce „od zawsze” przez „czcigodną matulę”, to Twoja bohaterka zdaje się dość dobrze rodzicielkę pamiętać. A przynajmniej niektóre jej nauki. I to nauki z rodzaju tych kierowanych do dorastających panien. Samo słowo „matula” wyraźnie wskazuje na matkę biologiczną, aż zgwałciłam słownik, żeby się upewnić. Więc albo w bardzo wczesnym dzieciństwie Licia słuchała od mamy wywodów o kobiecie-trzcinie i w dodatku doskonale jej się one wryły w mózg, w przeciwieństwie do wizerunku matki, co nie jest pewnie niemożliwe, ale trochę dziwne, albo nazywa matulą kogoś, kto nie jest jej biologiczną matką. Albo to niedopatrzenie.
Gdyby nie ten gorset to na pewno nie dopadłaby ją ta nagła, zdradliwa słabość.
Nie dopadłaby jej.
Ta przechowywalnia (przechowalnia) zwyrodnialców była ostatnim miejscem, w jakie powinna zapuszczać się taka niewinna niewiasta jak ona.
— Hrabia Błyskiewicz! Nie spodziewaliśmy się… — nawet jego głos brzmiał, jakby jeszcze przechodził mutację.
Uważałabym ze słowem „mutacja”. Chyba zbyt wcześnie, by go tak swobodnie używać. Mam na myśli czas akcji. Samo słowo powstało na przełomie XIX i XX wieku na gruncie genetyki, o mutacji głosu zaczęło się mówić zapewne znacznie później.
Uznała, że wyrzutami sumienia zajmie się później, nawet jeśli w tej chwili przygniatały jej pierś, niczym syzyfowy głaz.
Nie do końca trafne porównanie, bo syzyfowy głaz niczego nie przygniata, a jedynie symbolizuje daremny wysiłek.
Ich spojrzenie się spotkało (ich spojrzenia się spotkały) i Błyskiewiczówna poczuła, jakby przeskoczyła pomiędzy nimi iskra.
Serio?
No nic, nieważne, może ludzie naprawdę tak to czują, ale... serio?! XDD
— Błyskiewicz Lutosława — przedstawiła się zduszonym głosem, skinąwszy funkcjonariuszowi głową. Coś odbierało jej dech. Znowu ten gorset?!
Bohaterowie w dialogach mają prawo popełniać błędy językowe, ale szepnij Lutce ode mnie, że przedstawiając się, najpierw należy wymienić imię, potem nazwisko. Kasperowi też powiedz. Może wezmą to pod uwagę ^^
Sokolnik uśmiechnął się do niej blado, a na jego twarzy pojawiło się zaciekawienie. Chociaż to on wolał być po stronie zadającej pytania.
A paszła z jego głowy! Znowu wskoczyłaś nieproszona! :D
Ofiara otrzymała dużą liczbę ciosów nieznanym narzędziem kłutym.
Kłuta może być rana, nie narzędzie (chyba, że ktoś je czymś ukłuje :P) Narzędzie może być ostre (bo nikt normalnie nie powie przecież „kończyste” ;))
Głównie w klatkę piersiową i szyję. Twarzy nie dało się rozpoznać
Skoro zraniono ją głównie w klatkę piersiową i szyję, dlaczego nie dało się rozpoznać twarzy? o_O Od ran klatki piersiowej i szyi twarz nie zmieni się jakoś drastycznie. Jeśli zrobiono jej z tą twarzą coś szczególnego, trzeba by to wyraźniej zaznaczyć.
Pozytywnie zaskoczył ją tak poważnym podejściem. Sądziła, że najpierw złoży jej kondolencje po stracie przyjaciółki.
Kondolencje byłyby niepoważne?
— Powinnaś przekazać tę sprawę jakiemuś bardziej doświadczonemu koledze z Kuriera, Liciu — pouczył ją ojciec, kładąc nacisk na fakt, że jako kobieta nie powinna się tym zajmować.
Wytłuszczenie zbędne, zwłaszcza do spółki z jasnym wyłożeniem przez narratora intencji Błystkiewicza.
— Zaginęła mi marynarka z perłową broszką i jedwabna apaszka! — wykrzyknęła Licia.
Czemu wcześniej zupełnie nie było o tym mowy? Nawet nic nie było zasygnalizowane, Lutka mogła się chociaż w którymś momencie z roztargnieniem rozejrzeć za tymi rzeczami. W ogóle nie wiedziałam, że je przy sobie miała.
Niczym drapieżny ptak w bezruchu czekała na najmniejszy błąd ofiary.
Skąd to porównanie, sugerujące jakiś rodzaj konfrontacji? Przecież facet gada jak najęty, cały zachwycony tą konwersacją. Jaki „błąd” miałby popełnić i dlaczego?
— Kilka razy próbował zwerbować papę… — dopiero (dużą literą), wtedy oboje spojrzeli na seniora z Błyskowic. Siedział odchylony do tyłu z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Poczerwieniał na twarzy tak, że na czole nabrzmiały mu żyły. Zrozumiała, że się na nią pogniewał, dlatego umilkł. Mogła zacząć go już przepraszać i urabiać, ale było to pracochłonne. Raz zajęło jej to dobre dwa miesiace (ogonek), w tym przez jeden wcale się do niej nie odzywał. — Sama spróbuję się z nim porozumieć… — starszy Błyskiewicz drgnął, nadął policzki, lecz nic nie powiedział.
— Jeśli nie będzie panna ostrożna to może być niebezpieczne — poważnie uznał Sokolnik, ale oczy mu się śmiały.
Teraz to jej chyba czyta w myślach, bo Licia ani słowem nie zasugerowała, że coś zamierza zrobić. Porozumienie porozumieniem, ale to już są zdolności paranormalne.
— I pozwoli pan niewieście samej na coś takiego?!
— Mnie tam raczej nie wpuszczą… — odparł niewinnie.
Gdyż? Przecież jest policjantem prowadzącym śledztwo. Mogą mu nie chcieć pomóc, mogą utrudniać, mataczyć, ale przecież ma pełne prawo iść ich przesłuchać. Mógłby chociaż spróbować, zanim tam pośle zupełnie obcą osobę.
— A jeśli ten szubrawiec faktycznie miał coś wspólnego z krzywdą, która spotkała Blumenfeldównę?! — kontynuował, jakby nie usłyszał uwagi drugiego mężczyzny. —Wtedy nie zawaha się skrzywdzić też Lutki!
— To fakt — przyznał spokojnie strażnik. — Sądzę jednak, że to bardzo sprytna, odważna i rozsądna kobieta. Wierzę, że sobie poradzi.
Po kilkunastu minutach rozmowy. Nie wiem, czy gratulować odwagi, czy współczuć głupoty.

A teraz do rzeczy.

Przysięgam, że dawno tak się nie wściekałam przy czytaniu tekstu. Tym, co mnie najbardziej uderzyło i co sprawiło, że aż mi się chciało wyć, było patrzenie, jak sama sobie robisz krzywdę i, tworząc ciekawy społecznie i obyczajowo świat, jednocześnie umieszczasz w nim postacie, które do tego świata zupełnie nie przynależą, jakbyś wyciągnęła je z całkiem innej opowieści, innej rzeczywistości, innych czasów.
Jedynie Aster zdaje się faktycznie przeżywać problemy i dylematy, o których jest tu mowa,
SpoilerShow
chociaż za wiele to się nie naprzeżywała
. Poruszasz kwestię kobiet i licznych trudności, jakie piętrzą się przed nimi w opisywanym przez Ciebie społeczeństwie. Patrzę na Aster i to widzę. Te krzywe spojrzenia rodziny narzeczonego, bo dziewczyna wybrała inne życie niż normalnie przeznaczone jest kobietom. Widzę dramat osoby, która stara się godzić miłość z karierą w czasach, gdy kobiety robiące karierę wywoływały głównie powszechne zgorszenie. Wierzę, że Aster kochała Krzysztofa, a jednocześnie mam smutne poczucie, że miłość w takich czasach, w takim klimacie obyczajowym to za mało. Aster była postacią tragiczną. Cokolwiek by uczyniła, nie zaznałaby pełni szczęścia właśnie dlatego, że zanurzyłaś ją w świecie, który wykreowałaś i faktycznie spętałaś konwenansami, o których mówisz (a właściwie narrator mówi), że istnieją.

Lutka natomiast i jej ojciec przeczą wszystkiemu, czego się o tym świecie dowiedziałam. Panna Błystkiewicz, jak już dziewczyny zwróciły uwagę wcześniej, jest trochę niespójna, acz nie wątpię, że celowo. Z jednej strony możemy podejrzewać, że była wychowywana tradycyjnie, z drugiej, nie jest już dziewczynką, wyrosła na ciekawską pannicę, ciągnie ją do wszelakich światowych nowinek. To jest fajne, serio. Tylko że jak Aster zachciało się „światowości”, to natychmiast dostała po dupie, tak, jak to by normalnie miało miejsce w takim społeczeństwie. Albo żyjesz jak należy, porzucając wywrotowe idee i podporządkowując się społecznym normom, albo jesteś wyrzuconym poza nawias odszczepieńcem.
A Licia robi sobie co chce bez żadnych konsekwencji. Chciała na studia, poszła na studia, chciała być dziennikarką, to została i... i nic właściwie. Okej, można założyć, że kochający tatuś po prostu spełniał kaprysy córki, a że kochający tatuś jest wysoko postawiony, to nikt córce wprost wstrętów nie czynił. Spoko. Tylko że Lutka odebrała konserwatywne wychowanie. A kto ją wychował? Ojciec przecież. I tak, jak jestem jeszcze skłonna uwierzyć, że dmuchający na córcię tatuś zdecydował się puścić ją na studia i do mało wymagającej pracy, bo latorośl miała takie widzimisię, tak żadna siła ludzka mnie nie zmusi żebym uwierzyła w to, że pozwala jej wziąć udział w śledztwie kryminalnym.

Błystkiewicz wydaje się normalnym człowiekiem, „skażonym” swoimi czasami dokładnie tak, jak inni. Siedzi w tym schemacie, nie kryje się za bardzo z poglądami na temat kobiet i myślę, że co innego nieszkodliwe kaprysy, a co innego pchanie się w taką śmierdzącą sprawę i narażanie dobrego imienia rodziny. Trudno mi sobie wyobrazić, że Błystkiewicz na coś podobnego przystałby ot tak sobie, jakby to była prośba o nową suknię – pomarudzić, ponarzekać dobrotliwie, ostatecznie ulec, a co tam, niech ma. Papa przecież musi sobie zdawać sprawę, że jest głową rodziny i córka w ważnych kwestiach musi być mu posłuszna. Jakby ten bohater miał choć trochę wiarygodności, już przy pomyśle pójścia na komisariat ukróciłby zapędy Lici. Hrabia fatygujący się osobiście do straży w wielce podejrzanej sprawie tylko dla tego, że córka tak sobie zażyczyła. W świecie, gdzie kobiety praktycznie nie mogą o sobie stanowić. Hmm... I ta jego późniejsza zgoda na wplątane się Lutki w cały ten cyrk. Znów takie zrezygnowane „oj już dobrze, niech ci będzie!” To jest całkowicie współczesna relacja ojca z córką, nieprzystająca do realiów, które opisujesz.
To samo z Sokolnikiem na komisariacie. Naczytałam się wcześniej, jak to nikt kobiet nie traktuje poważnie, a tu pierwszy facet, którego Licia spotyka podczas śledztwa, niemal natychmiast się przed nią otwiera, wchodzi w komitywę, przyjmuje pomoc i oferuje pomoc. A papa patrzy i wzdycha. To jest przepis na współczesny kryminał. Tak ukazane relacje zarzynają Twój świat. Patrzę na nich wszystkich i już nie wierzę, że jest tak,jak pisałaś, że tym kobietom jest tak trudno.
Bo Lutosławie wcale nie jest trudno. Nie napotkała jeszcze ani jednej przeszkody, a tym bardziej żadnej związanej z obyczajowością wykreowanego świata, choć wyściubiła nos poza swój bezpieczny klosz, pod którym trzymał ją papa. Zainteresowała się sprawą, której drążenie może być niebezpieczne i której – może przede wszystkim – nie wypada drążyć komuś takiemu, jak ona.
Ja bym chciała zobaczyć ojca, który się piekli, że jedyna dziedziczka szarga rodzinne nazwisko ganiając za przestępcami po rynsztokach, czy gdzie ją tam intryga zaniesie, i próbuje ją wszelkimi siłami powstrzymać. Chcę zobaczyć strażników, którym się wcale nie podoba, że jakieś krnąbrne babsko wtrąca się w śledztwo. I w końcu chciałabym zobaczyć faktycznie zbuntowaną Lutkę. Zbuntowaną i sfrustrowaną, bo, w myśl tego, co przeczytałam w pierwszym rozdziale, ten świat nie powinien być przyjaznym miejscem dla panienki z dobrego domu, która postanawia zostać dziennikarką śledczą.
Nie wiem, może to wszystko jeszcze przede mną, może złoszczę się za wcześnie, ale dla mnie jest zbyt cukierkowo i niewiarygodnie. Pewne rzeczy mogą Lutce przychodzić łatwiej, bo pochodzenie, bo papa, koneksje, wpływy i pieniądze. Ale wszystko ma granice, a te granice wyznacza społeczeństwo. Na moje oko Licia granicę przekroczyła, wyrażając chęć osobistego zaangażowania się w śledztwo. Będę czytać dalej w nadziei, że ją”przywrócisz” temu światu i każesz ponieść konsekwencje pewnych wyborów.

Poza tym mam pewną wątpliwość dotyczącą samego śledztwa. Czy ono w ogóle trwa? Czy już zostało zamknięte, a Sokolnik prowadzi je na własną rękę? Odniosłam wrażenie, że jego przełożonym zależy na tym, żeby szybko zamknąć sprawę, stąd aresztowanie wodnika i brutalne zmuszenie go do przyznania się. Odniosłam też wrażenie, że szefowie Kaspra nie chcą, by ten w ogóle z Błystkiewiczami rozmawiał. A on niefrasobliwie wdaje się w długą pogawędkę o tym, jak to się ze swoimi przełożonymi nie zgadza, jakie ma inne pomysły na rozwikłanie sprawy, a wszystko to w miejscu, gdzie każdy może wejść, albo podsłuchać. Czy jemu tak wolno w ogóle? Czy też ma więcej szczęścia niż rozumu, że go nikt nie nakrył? A jeśli to drugie, to kiedy mu się to szczęście skończy? Bo jak się dobiorą ci dwoje w czepku urodzeni i tak im do końca nic nie stanie na drodze, to będę płakać rzewnymi łzami. Będę ;P
Co do samej rozmowy Lutki i Kaspra, to jest tak, jak już zasygnalizowałam. Nie wiem, w jakiej alternatywnej rzeczywistości ona się odbyła, ale na pewno nie w Twoim świecie, ani w żadnym ze znanych mi światów. Wszystko poszło tak łatwo, że mam nadzieję, że jest w tym jakiś haczyk.
Jak świat długi i szeroki nie ma chyba drugiego stróża prawa, który tak niefrasobliwie dzieliłby się swoimi sekretami jak Kasper i tak chętnie angażowałby osoby postronne w sprawę. Nawet jeśli osoby postronne mu się podobają ;) Tyle w temacie. Oby on coś knuł :D

Ale widzisz, ja się tak wysmętniam nie dlatego, że nie mam co robić o szóstej rano, tylko dlatego, że wiem, że ten tekst mógłby być naprawdę dobry. Ma klimat (choć trochę do dopracowania), ma pomysł, MA ZWŁOKI!!! Ma świetne tło społeczno-obyczajowe, tylko mam wrażenie, że co innego wymyślić świat, a co innego się w jego obrębie swobodnie poruszać, pamiętając o jego wszystkich niuansach.
Nie wykluczam, że to może być jakimś sprytnie pomyślanym zabiegiem i wszystko idzie Lutce tak łatwo nie bez powodu (nawet leczenie kaca), ale nie zmienia to faktu, że tam, gdzie bohaterka wkracza do akcji, ja opuszczam wykreowany przez Ciebie świat i trafiam do jakiegoś, w którym sytuacja społeczno polityczna jest cokolwiek odmienna.

Mimo tego, a może właśnie dlatego, chcę dalej. Chcę i będę czytać, bo przecież w końcu coś musi się wydarzyć, prawda?
Wierzę, że to może być coś fajnego :)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kimchee » 27 lutego 2017, 21:27

Trochę spontanu na początek...
Spuściła wzrok i wtedy spojrzenie jej niezapominajkowo niebieskich oczu spotkało się z należącymi do wodnika mętnie zielonymi, niczym zabagniony staw.
W tym momencie poczułam się kupiona. Jeśli jeszcze ten wodnik ma w swoim bajorku półeczkę kubeczkami, a w nich dusze niewinnych „przejezdnych” to będę go loffciać 4ever.
A tak na marginesie, to czy w ogóle istnieje coś takiego jak zabagniony staw? O.o

Mam nadzieję, że wodnik nie jest tylko rolą „gościnną”, a jeszcze się pojawi. I stawiam wszystkie cukierki, że to on spowodowała awarię.
Aster Blumenfeld została zamordowana.
Nic tak nie ożywia opowiadania jak trup. Zwłaszcza, że podejrzanych jest kilku: ta aktorka, z którą denatka się kłociła, albo narzeczony, albo jego matka, albo jego brat, albo ktoś z teatru, kto chce, żeby kolejne przedstawienie zarobiło, albo – to akurat najmniej przeze mnie lubiane zwykle w przypadku kryminałów rozwiązanie – faktycznie chodzi o względy polityczne.
A – i jeszcze wodnik!
Złapali bezdomnego wodnika. Był na miejscu, okradł ofiarę. To go obciążyło
No proszę, jednak wodnik jest podejrzany. I to, że nikt nie wierzy w jego winę, wcale nie musi oznaczać, że jest niewinny :P
Chodzi mi o to, że zabójstwo było tak brutalne, że nawet doświadczeni oficerowie mieli problemy na miejscu zbrodni. Nie jesteśmy z kamienia i jak zobaczy się coś takiego... To może się człowiekowi śnić po nocach. Ofiara otrzymała dużą liczbę ciosów nieznanym narzędziem kłutym. Głównie w klatkę piersiową i szyję. Twarzy nie dało się rozpoznać
Ok, w tym momencie najbardziej prawdopodobną teorią dla mnie stała się ta, że zamordowaną wcale nie jest Panna Blumenfeld. Ba, ona może być nawet sprawczynią (bądź jedną ze sprawczyń)!

A teraz ogólniki.
Piszesz ładnie – styl – no, może jeszcze nie powala na kolana, ale na pewno czyta się bardzo przyjemnie. Wydrukowałam sobie całość i czytałam, jakby to była prawdziwa powieść i naprawdę niewiele mnie rozpraszało. Tu i tam trzeba jeszcze doszlifować, ale ogółem jest dobrze.
Podobała mi się ta część wywiadu, gdzie Lucia zmienia wypowiedzi panny Blumenfeld na bardziej cenzuralne.
Bardzo podoba mi się wizja świata. Szkoda tylko, że bardzo wiele cennych informacji o społeczeństwie zostaje poruszonych w dialogach – i miejscami, niestety, wychodzi to trochę łopatologicznie. Mimo to wszystko jest oryginalne i szalenie ciekawe. Trochę mi jednak brak Warszawy w Warszawie – ok. nie byłam tam nigdy i nie znam miasta, ale mam takie wrażenie, że różnie dobrze mogłabyś pisać o Krakowie albo innym mieście. Oczywiście to może być zarzut niesprawiedliwy – wszak to dopiero początek, który ma zainteresować czytelnika, a nie serwować mu nudne opisu uliczek i kamienic, więc wszystko jeszcze się może zmienić.

Bohaterowie są ciekawi, na razie jeszcze dość tajemniczy, ale liczę, że się to zmieni. Licia wydaje się taką typową „emancypantką”, przyznam, że ten typ nie zawsze mi się podoba. Na razie więc bardziej polubiłam lokaja, ojca i pokojówkę (i oczywiście wodnika). Na horyzoncie majaczy nam też wątek romantyczny, więc na pewno będzie się działo.

Zaczyna się jak rasowy kryminał. Pod tym względem przykuwasz uwagę czytelnika. Pionki są mniej więcej rozstawione na planszy, wiadomo, kto będzie prześwietlany w kolejnych rozdziałach. Bardzo lubię kryminały, te z domieszką fantasy też.

Mogłabym wprawdzie sarkać, że policja coś za szybko decyduje się zaangażować do śledztwa dziennikarkę, ale co tam – wolę cieszyć się lekturą i sprawdzić, czy moje podejrzenia się sprawdziły. Mam nadzieję, że kolejnych fragmentach będzie coś więcej o wyuczonym zawodzie Luci i że panna Błyskiewiczówna będzie miała okazję wykorzystać swoje umiejętności podczas śledztwa.

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 202
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 30 maja 2017, 17:05

Za wszystkie komcie :tul: Trochę mi zabrało ogarnianie co i jak, bo gdzieś w międzyczasie uznałam, że mogłabym może wydłużyć? Pozmieniać? Bo to co miałam na 100% doprowadziłoby Wiosnę do płaczu xD Nadal nie jest tak dobrze jakby być powinno, ale cóż :bag: Najwyżej pożyczę tego pora do batożeniaWiosno, Co do Lutki - masz rację, że jest bardzo rozpuszczona, a jej relacja z ojcem nie jest takim schematem z ich epoki, bo trochę mają nieepokową sytuację rodzinną, więc wyewoluowało to w coś innego. Podczas tego "śledztwa" na razie idzie jej łatwo. zwalam to na limit, bo chciałam rozwiązać tę sprawę, więc wiele rzeczy musiało iść łatwiej niż powinno, ale do Kaspra masz rację - on ma swoje powody i teraz mogę wreszcie o nich napisać :D
Myślałam o Iluzjinistce tyle i poprawiałam tyle, że tekst musiałby odleżeć kolejne pół roku, aby mi się to poukładało xD Mam nadzieję, że tym razem za resztę uda mi się zebrać szybciej podziękujmy wszyscy Belle Epoque, które pojawiło się w tefałenie na czas xD

******* W najbliższym sąsiedztwie Placu Bankowego mieściły się rządowe instytucje i arystokratyczne, klasycystyczne pałace. Uliczki odchodzące od niego były znacznie szersze, niż gdziekolwiek indziej w mieście, żeby przechodnie i przejezdni mogli w pełni docenić majestat zabudowań. Nadeszło późne popołudnie, gdy Błyskiewiczowie podjechali bryczką zaprzężoną w dwa siwki pod pałac ministra Wszechpolskiego. Chłopiec w biało-czerwono-złotej liberii otworzył im drzwi. Pan Błyskiewicz ciężko, prawie się potykając, zeskoczył na bruk i pomógł córce wysiąść. Na popołudniową wizytę u tak zacnego gospodarza musieli zmienić stroje na bardziej odświętne, wieczorowe. On miał na sobie czarny, niczym krucze skrzydło frak z śnieżnobiałą koszulą oraz granatowo-szaro-żółtą apaszką. Dziewczyna też dobrała suknie wedle ich rodowych barw – granatową z drobnym żółtym wzorem oraz szarym gorsecikiem, a do tego naszyjnik z tygrysimi oczami kunsztownie oprawionymi w srebro. Weszli po szerokich schodach, na których szczycie czekał kolejny służący. Chłopak skłoniwszy się, otworzył przed nimi wysokie, dębowe drzwi. Wnętrze było bardzo marmurowe i zimne. Tak samo jak kolejne pokoje, przez które musieli przejść.
„Ma tu taki labirynt, jakby bał się skrytobójcy” Lutka pozwoliła ponieść się fantazji. Zaczytywała się w powieściach detektywistycznych, które rozbudzały jej nieokiełznaną ciekawość i sprawiały, że wszędzie szukała motywów. Dzięki nim trochę lepiej rozumiała świat, którego ojciec nie potrafił jej wytłumaczyć. Chociaż życie z takim idealistą, jakim był wymagało twardego stąpania po ziemi to czasami połączenie wyuczonej podejrzliwości i odziedziczonej po rodzicu wybujałej wyobraźni owocowało właśnie takimi myślami.
— Hrabia Radosław i hrabianka Lutosława Błyskiewiczowie z Błyskowic, herbu Dębina — zaanonsował ich lokaj nosowym głosem.
Znaleźli się w salonie, twarze niektórych z gości odwróciły się ku nim. Zebrało się tam wielu szlachetnie urodzonych – polityków, mecenasów sztuki, artystów, uczonych. Poznawała oblicza osób znanych z poglądów prawicowych. Konserwatywny poseł, który chciał wprowadzenia dodatkowego podatku dla nielubianych starowierzeniowców popijał wino w towarzystwie pisarza powieści historycznych ubarwiającego dzielność polskich wojów i naginającego w tym celu fakty. Obok nich właściciel klubu dla dżentelmenów „Biały Orzeł”, mason i nacjonalista. Dalej śpiewaczka – sławna z tego, że odmawiała brania udziału w przedstawieniach z udziałem nieludzi – śmiała się z opowieści baletnicy, która była fanatycznie wierzącą w Bożego Syna. Lutosława poczuła się nagle osaczona i zagubiona.
— Wspaniałe towarzystwo papo — mruknęła Licia, zaciskając dłoń na jego ramieniu.
Wieczór w takim gronie mógł się rozegrać wedle dwóch scenariuszy. Pierwszy – ten lepszy – zakładał, że żurnalistka zostanie dopuszczona do konwersacji, ale za to będzie bez przerwy agitowana propagandą "jedynych, słusznych poglądów" oraz wykpiwana za swoje dotychczasowe dokonania. W dodatku, żeby cokolwiek osiągnąć, musiałaby zacząć zaprzeczać, podlizywać się i wkupić czymś w łaski. Kłamiąc. Samej wyszydzając to w co naprawdę wierzyła. To co naprawdę ceniła. Zapowiadało się męcząco, ale nie po to została iluzjonistką, żeby teraz z tego daru nie skorzystać. Druga możliwa opcja miałaby być znacznie gorsza. Mogli ją zwyczajnie zignorować. Znowu. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej, dlatego nie przepadała za takimi miejscami jak to. Wolała spotakania bardziej "kameralne" – jesli nie powiedzieć, że biedne, bo znacznie poniżej setki gości – jedynie w zaufanym gronie. Miała tylko nadzieję, że obecność ojca nieco jej pomoże, bo obawiała się trochę skorzystać z planu awaryjnego.
I według jej przewidywań – goście uprzejmie kiwali hrabiemu głową, pozdrawiali krótko, gdy szedł z córką w głąb sali.
— To był twój pomysł — przypomniał jej papa, rozpływając się w zadowolonym uśmiechu.
Jakiś czas temu poddał się w temperowaniu i powstrzymywaniu córki od dziwnych pomysłów. Zdarzały się zbyt często i zbyt długo. Tak naprawdę to niemal bez przerwy odkąd opuścili Błyskowice, gdy posłał dziewczynę do warszawskiego gimnazjum. Nie ważne, co robił przez te wszystkie lata – ani razu nie udało mu się zmusić Lici do usłuchania rozsądku. Im bardziej ją naciskał, tym bardziej się sprzeciwiała. Raz zamknął ją w pokoju to wyszła kominem. Teraz zmuszenie jej do czegokolwiek mogło okazać się poza jego zdolnościami, bo podczas studiów przerosła go magicznymi umiejętnosciami. Wolał zachować przynajmniej pozory kontroli i nie przekonywać się o tym na własnej skórze. Ograniczał się zatem do pouczania – ba! jego tyrrady musiała znać już na pamieć! – oraz chronienia z cienia, ale nie na tyle, żeby nie odczuła wagi swoich postępków. Tak naprawdę to miał nadzieję, że wreszcie sparzy się ona wystarczająco mocno, aby przestraszyć i poddać.
— Okrutnik — westchnęła dziewczyna, lecz poszła za jego przykładem. Bardzo starała się wyglądać na rozluźnioną i zadowoloną z tego, że znajduje się na swoim miejscu. „Nie jest źle. Gra muzyka, są przekąski. I wcale nie przyglądają się mi, jakbym miała dwie głowy. Nie słyszę tych chichotów i nie widzę pokazywania palcami... Muzyka i przekąski. I szampan!"
Zostali wypatrzeni przez samego gospodarza – szczupłego mężczyznę w sile wieku o jaszczurzej posturze i twarzy. Był łysy, prawie bez brwi. Długi, cienki nos i małe, czarne oczka dopełniały gadziego obrazu. Radosny uśmiech, jakim ich obdarzył tylko wywołał zimne ciarki na jej plecach – Lutce nie podobało się, w jaki sposób na nią patrzył. Jak na muchę, która wpadła w sieć i ma zostać pożarta. Czuła, jakby jego wzrok się do niej lepił. Zazwyczaj wolała odganiać glamur – iluzję, która upiększała ludzką fizjonomię, jednak tym razem zmieniła zdanie i pozwoliła, aby oszukała jej wzrok. Minister nagle odgadział i wyprzystojniał.
— Pan Hrabia! — wykrzyknął z prawdziwą radością. Wyrzucił ramiona w górę, jakby chciał uściskać Błyskiewicza. Szlachcic z Błyskowic wyciągnął ręce przed siebie, żeby go powstrzymać, zaśmiał się sztucznie. Skończyło się na tym, że uścisnęli sobie dłonie. — Myślałem już, że unikasz podwieczorku w moim salonie! Tak długo nie przyjmowałeś zaproszenia ode mnie! — powiedział, mocniej zwierając palce i potrząsając nadmiernie podaną ręką.
— Nic z tych rzeczy! Ale wiesz jak to jest! Córka, folwark, mecenat, latem dworek, zimą pałac w mieście… Człowiek zupełnie nie ma czasu na przyjemności. I nawet nie zauważa jak mu mija rok za rokiem! Ech! — odparł wymijająco, uwalniając się wreszcie z uścisku.
— Tak, tak — przytaknął tamten, patrząc na Licię… z wyrzutem? obrzydzeniem? Uczucie mignęło w jego oczach tak szybko, że nie zdołała go odczytać. — Ależ o ile są milsze kłopoty z taką pięknością, jak twoja córka! Wierz mi, mam dwóch synów i nie ma gorszych nicponi!
— Oj, tak. Ona je wyjątkowo przyciąga — kwaśno przytaknął hrabia, wyraźnie sztywniejąc. Licia poczuła pod ręką jak napina mięśnie ramienia, jakby szykował się na cios. Przez chwilę było jej wstyd, że przez nią musi znosić ciągłe nieprzyjemności, ale szybko pozbyła się przykrego uczucia. To było jej życie i zdanie Wszechpolskiego w tym temacie żadnego z Błyskiewiczów obchodzić nie powinno. Jako minister powinien mieć ważniejsze rzeczy na głowie.
— Jej debiut był udany, a mimo to nie znalazła odpowiedniego kawalera, prawda? — gospodarz pokręcił głową ze smutkiem. Zaczynało ją bardzo irytować, że rozmowa o niej odbywała się poza nią. W dodatku nie minęło nawet pięć minut odkąd przybyli, a już rozmowa zeszła na najgorszy możliwy temat. Sztuczny uśmiech nie dosięgał jej oczu.
— Niestety — odparł hrabia, ale wcale nie brzmiał na zatroskanego. Była jedynaczką, jego oczkiem w głowie. Nie czekał z niecierpliwością na dzień, w którym pojawiłby się jakiś przybłęda i skradłby jego małą księżniczkę. Musiałby należeć do najlepszej rodziny – Radziwiłłów, Czartoryskich, Koniecpolskich, Potockich, Krasińskich – aby mieć jakiekolwiek szanse na akceptację ze strony Błyskiewicza. Jednocześnie wiedział, że atencja takiej osobistości jest mało prawdopodobna. Zatem kogokolwiek zainteresowałaby Lutka to według Radosława przyszły-niedoszły zięć zwyczajnie nie był dla niej dosć dobry. Zwłaszcza, że jego szalona córka miała osobliwy gust. A przynajmniej w ten sposób tłumaczył swoją niechęć. Prawda była taka, że Lutosława miała już marne szanse na jakąkolwiek sensowną ofertę od swatki i zapowiadało się, że zostanie starą panną. — Mam nadzieję, że nie zostanie starą panną — powiedział, jakby zaklinał rzeczywistość.
— Szkoda by było takiego kwiatu… Powinieneś sam poszukać jej odpowiedniego męża. Znasz panią Godlewską? Zacna swatka. Tylko przed tym musiałaby zrezygnować w „Kurierze”. To naprawdę uprzejme ze strony redaktora Kaczorowskiego, że drukuje jej felietoniki.
— Godlewskiej? Jejmości o takim nazwisku nie miałem przyjemności poznać — przyznał hrabia, odbierając od służącego dwa kieliszki czerwonego wina. Jeden podał córce. Dziewczyna czuła jeszcze dzisiejszy, nieprzyjemny poranek, ale cała postawa Wszechpolskiego działała jej na nerwy tak bardzo, że musiała pociągnąć powolny, długi łyk zimnego alkoholu, aby nie wybuchnąć. I nadal się uśmiechać. Miała wrażenie, że twarz zastygnąwszy niczym maska z betonu w jednym wyrazie, nie popęka nawet po powrocie do domu i już jej tak zostanie na zawsze. I będzie uśmiechać się do lustra, do ścian pokoju, do baldachimu, kładąc się spać.
— Akurat u mnie gości, więc będziesz miał okazję! — ucieszył się gospodarz, szukając wymienionej damy wzrokiem. Wyraźnie chciał się pozbyć niewygodnego towarzystwa Lutki, a oddanie ją swatce było idealnym pretekstem.
— Wspaniale — mina na twarzy ojca zrzedła tak bardzo, że tym razem uśmiech Lici był jak najbardziej szczery. Starszy pan znalazł się pomiędzy młotem a kowadłem. Wiedział jak okropnie niezadowolona z interwencji swatki byłaby córka. Zwykle by mu tego nie wybaczyła, ale teraz w przebłysku nagłego olśnienia wpadła na pomysł, jak mogłaby wreszcie włączyć się do rozmowy i jednocześnie zacząć temat Blumenfeldówny.
— Papo, koniecznie muszę poznać panią Godlewską! — wykrzyknęła.
Obaj panowie wyglądali na zszokowanych, słysząc to nagłe wtrącenie. Niespeszona kontynuowała:
— Długo o tym myślałam, po tym co stało się z Aster. Słyszał pan, panie ministrze? O Aster Blumenfeld? Planowała już ślub i go nie doczekała. Cóż za straszne okoliczności! — westchnęła z przesadnym dramatyzmem. — Była niewiele starsza niż ja. Jak pomyślałam, że mogłabym nie dożyć własnego ślubu…! Koszmar! Koniecznie musi mnie pan przedstawić tej sławnej swatce! — dygnęła przed nim, schylając głowę. Wcielone uosobienie pokory i niewinności w jednym.
— Zatem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło — zaśmiał się Wszechpolski, lecz zauważyła, że spiął się, gdy poruszyła ten temat.
— Była niesamowitą śpiewaczką, prawda? — kontynuowała niezrażona. Jak tylko przeszła do ataku to własne poirytowanie i niepokój ją opuściły. Leniwie kołysała płynem w kieliszku.
— Mi osobiście nie podobał się jej akcent — odparł niezadowolony, marszcząc nos, jakby poczuł nieprzyjemny zapach. — Brzmiała trochę jak koza.
— Akcent? Nie zwróciłam uwagi…
— Tak, akcent starowierzeniowców strasznie kaleczy europejskie języki. Nawet nasza szlachetna mowa brzmi przez to jak jazgot — westchnął z ubolewaniem. Błyskiewiczówna zrobiła wielkie oczy ze zdziwienia.
Starowierzeniowcy mieli swoją własną mowę, którą pielęgnowali z wielką dbałością. Byli ludem wędrowców z Bliskiego Wschodu, którzy zamieszkiwali wszystkie zakątki Europy, a od niedawna również Amerykę. Rzeczypospolita była od zawsze otwarta na każdego – niezależnie od wyznania czy rasy, więc kraj ten zamieszkiwała największa liczba tego ludu. W Warszawie ich domostwa skupiały się głównie w Dzielnicy Północnej, w Krakowie na Kazimierzu. Licię od zawsze fascynowała ich odmienność, a brzmienie ich polszczyzny uważała za wyjątkowo melodyjne. Nie rozumiała jak można było nazwać to jazgotem albo kozim meczeniem. Zwłaszcza, że Aster wychowała się w bardzo spolonizowanej rodzinie i prawie nie znała ich języka. A już na pewno nie miała żadnego obcego akcentu.
— Chyba ta jej orientalność przypadła niektórym do gustu — przyznała, korzystajac z zasady: „nie dyskutuj z fanatykiem tylko przytakuj”. Reguła ta działała również na znaczną większość mężczyzn.
— Ładnie to panienka nazwała, ale fakt jest taki, że wodziła wszystkich za nos, korzystając z teleempatycznych zdolności! Wpływanie na uczucia innych jest zakazane! Należy do sfery Czarnej Magii! A ta mała opętała wszystkich i przymykali oko na jej grzechy! — zaczął rozkręcać się minister, czerwieniejąc na twarzy. Zapomniawszy o temacie swatów, poprowadził ich ku fotelom, żeby mogli się trochę odprężyć.
— Zawsze uważałam, że jej występy są… inne — ponownie przytaknęła, czując się jak zdrajca. „To dla dobra twoje imienia, Aster. Niech go przyszpilę! Padalca jednego!” usprawiedliwiła się, zmawiając w myślach krótką modlitwę za spokój duszy zmarłej.
— Inne! Słychać, że panienka już za długo współpracuje z takim... Z takim brukowcem, jakim jest „Kurier”! — W ostatniej chwili powstrzymał się, aby nazwać gazetę jakoś dosadniej. — Wręcz ją promowali! Zamiast naszych prawdziwych, uzdolnionych gwiazd! — oburzał się, a Lutka zastanawiałą się, czy wiedział o mecenacie jej ojca nad Blumenfeldówną. Widziała po zachowaniu taty, że przez głowę przeszła mu ta sama myśl.
— Taka Britten-Lisowska jest znacznie zdolniejsza — powiedziała, zdobywając kolejne punkty uznania ze strony gospodarza. Prawie przy tym ugryzła się w język. — W ostatnim przedstawieniu to ona powinna dostać główną rolę, prawda? Blumenfeldówna musiała chyba kogoś opętać, żeby jej ją dali… Wszyscy to zauważyli, ale nikt nic nie zrobił. Chyba — westchnęła, a ojciec zmierzył ją takim wzrokiem, że chciała zapaść się pod ziemię. Zawstydzona odwróciła oczy, ale nie zamierzała się poddać.
— Widzę, że źle panienkę oceniłem! — powiedział nagle Wszechpolski ze skruchą.
— Ocenił pan? — Zatrzepotała rzęsami, udając, że zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie miał o niej zdanie.
Zdeprawowana czarna owca... Kolejna skandalistka w rodzie... Jabłko, które spadło niedaleko od skażonej jabłoni...
Tak jakby nie wysłuchiwała tego od momentu, gdy zaczęła uczęszczać do szkoły! Dziewczęta i chłopcy plotkowali za jej plecami, a ona zastanawiała się jak to możliwe, że wiedzą na ten temat więcej niż ona sama.
— Jest panna w tym wieku, że zamiast bawić się w pisanie felietonów powinna panna pomyśleć poważnie nad przyszłością! — upomniał ją surowo. Skrzywił się z widoczną odrazą. — Redakcja pełna mężczyzn to nie miejsce dla damy, hrabianki!
Tak jakby samo przebywanie w ich obecności bez opieki mogłoby pozbawić ją cnoty.
Mentalnie irytowała się, ale nie pozwoliła, aby cokolwiek było po niej widać. Nie tylko zadbała o odpowiednią maskę glamuru, ale też nie zdradzała się z emocjami na twarzy. Nie drgnął żaden mięsień, usta pozostawały uśmiechnięte, a brwi łagodnie wyrównane. Dłonie spoczęły na padołku, jedna na drugiej. Plecy miała wyprostowane, głowę lekko przechyloną. W takich chwilach jak ta, gdy skupiała się na każdym pojedyńczym szczególe miała wrażenie, że stoi i patrzy na samą siebie z boku. Że to tak naprawdę jej nie dotyczy, a jest tylko widzem tej całej szopki.
— Tak, jest bardzo trudno. Na szczęście do redakcji nie muszę chodzić prawie wcale, a większość tekstów wysyłam przez kuriera. Jedynie kiedy zdarzają się mi i redaktorowi Kaczorowskiemu różnice poglądów… — odparła smutno i zawiesiła głos, przeklinajac siebie samą w myślach. "Różnice poglądów"?! Nie miała prawa do różnic poglądów, jeśli chciała zachować ten obraz grzecznej i potulnej, do diaska! — Nikt nie chce słuchać tego, co mam do powiedzenia. A mi tylko chodzi o to, żeby dotrzeć do tych wszystkich zagubionych kobiet… Świat się zmienia, ktoś musi dać im wsparcie i pokazać drogę, bo inaczej zbłądzą. Ileż to słyszy się o wyczynach dekadentów! W tym i kobiet! A drugą kobietę może zrozumieć tylko kobieta, panie ministrze — stwierdziła, pokornie schylając głowę. Bała się, że jeśli za długo będzie patrzyła w jego wyidealizowaną i całkiem nieludzką twarz to z jej własnej w końcu spadnie zadowolona maska, ukazując ukrywane wzburzenie i wstręt. Sama potrafiła przeglądać poprzez glamur, więc najlepiej zdawała sobie sprawę, że on nie ochroniłby jej perfekcyjnie.
— Zatem poświęca panienka swoje prywatne szczęście! — jego głos łamał się ze wzruszenia. Pomyślałby kto. — Cóż za szlachetność! Jak możnaby spodziewać się po córce Błyskiewiczów! Równie wielkie serce, co pani ojca! — Czyli chodziło jedynie o to, aby nawiązać znowu do całego rodu. Ciekawe, jaką to sprawę miał do stryjka skoro postanowił to załatwić poprzez łatwego w kontaktach papę? — Jednak powinna panienka pomyśleć o rodzinie. Ojcu na pewno marzy się wnuk, prawda panie Radosławie?
— Dostałam nauczkę. Teraz na pewno się tym zajmę. Oby pani Godlewska mogła mi pomóc — westchnęła, zastanawiając się jak wrócić do poprzedniego tematu. Wzrokiem poprosiła ojca o pomoc, ale nie spodziewała się, że coś zrobi. Nie był utalentowanym manipulatorem. Miał zbyt szczerą duszę.
— Jeśli chodzi o zamążpójście Lutosławy to chętnych jest nawet zbyt wielu. Ale niewielu wartościowych. Znaleźć młodzieńca z dobrego domu, który nie byłyby dekadentem? Toż to prawdziwa zaraza! Tylko by się rozbijali po Zachodzie i zatracali rodowe fortuny. Pijawki sądzą, że posagiem spłacą długi. Masz, panie ministrze, prawdziwe szczęście, że w tych trudnych czasach nie masz córki — zaskoczył ją. Powiedział to takim tonem, jakby to nie była wina Lici, że jedynie tacy się trafiają, a całego społeczeństwa. — Szkoda Borkowskiego. Gdyby nie jego niezdrowe zainteresowanie Blumenfeldówną to byłby niezłą partią. Grzeczny chłopak. Chociaż za biedny dla mojej Lutki.
— Może obudzi się z tego czaru, jaki na niego rzuciła. Wszyscy wiedzą, że jej i jej ojcu chodziło jedynie o przejęcie dworku i ziemi Borkowskich. Cóż za parszywe istoty — Wszechpolski skrzywił twarz z odrazą, poprawiając się na fotelu.
— To obrzydliwe, że Blumenfeld nawet teraz wciąż wykorzystuje Borkowskich — głos ledwo wydobywał jej się z gardła. Każde słowo paliło ją żywym ogniem, a miała do powiedzenia jeszcze coś znacznie gorszego. W głowie niczym echo odbijało jej się słowo „zdrajczyni!”. — A już wydawało się, że Borkowskiemu się poszczęściło i uwolnił się od tego nieszczęścia. Ktoś mu się nieświadomie przysłużył… Sądzi pan, że to naprawdę jakiś oszalały wielbiciel? Tak podobno mówią… — przeszła prawie do konspiracyjnego szeptu, robiąc wielkie, przestraszone oczy i zakrywając usta dłonią.
— Jakiż tam wielbiciel! — prychnął z pogardą. Machnął na służącego, żeby przyniósł przekąski.Wszyscy poczęstowali się kanapeczkami z kawiorem. — Jakaś przybłęda. Złodziejaszek! Godny jej koniec zaprawdę!
— Niemożliwe! Słyszałem, że to zazdrosna o Borkowskiego córka Weleszczyńskich! — wtrącił się do rozmowy Błyskiewicz.
„Brawo papo! Nie możemy odpuścić!” Lutka prawie przyklasnęła ojcu.
— Mówić tak o takiej porządnej dziewczynie, panie hrabio! — obruszył się gospodarz. Mogli coś z niego wydobyć, gdyby zmusili go do obrony. Ojciec Weleszczyńskiej również był znanym konserwatystą i ksenofobem.
— Prawda, że porządna. Tym większe było moje zdziwienie, gdy to usłyszałem. Pani Weleszczyńska to prawdziwa perła, a jej mąż to patriota. Tym bardziej się zmartwiłem! Jakaż ulga usłyszeć, że to plotka zaledwie! — Odegrał swoją rolę tak dobrze, aż Licia się zdziwiła. Jeszcze nigdy córka nie widziała go tak zaangażowanego. Tak naprawdę to zazwyczaj uciekała, unikając takich rozmów. Wolała nie patrzeć na bezradnego papę, który musi świecić za nią oczami. Robiła tak od czasów gimnazjalnych, aby uniknąć wyrzutów sumienia.
Wszechpolski w dalszym ciągu wyglądał na poirytowanego, więc Lutka przejęła inicjatywę:
— Ale zapewne ktoś taki jak pan minister ma najlepsze informacje. Proszę wybaczyć nam, którzy mogą zaledwie słuchać plotek. Trudno uwierzyć, że zabił ją byle przybłęda. Słynęła z charakterku. Na pewno by walczyła. A rusałek nie zabija się łatwo — zastanawiała się na głos, przykładając palec do ust i robiąc minę pod tytułem: „zupełnie nie rozumiem i ktoś musi mi to wytłumaczyć”. Większość mężczyzn nie potrzebowała dodatkowej zachęty, żeby pośpieszyć z wyjaśnieniami. Mogli przez to poczuć się mądrzejsi. Nawet jeśli żadnych nie potrzebowała to i tak im na to pozwalała, żeby mieli trochę przyjemności i satysfakcji. Zadowolonymi łatwiej się manipulowało.
— Cóż… — zaczął mile połechtany, a ona utkwiła w nim oczekujące spojrzenie. W tej samej chwili za plecami ministra zobaczyła znaną sobie sylwetkę. Pisnęła zaskoczona, co wytrąciło Wszechpolskiego z równowagi. Licia schyliła przed nim głowę tak, żeby włosy zakryły jej twarz. Ucieszyła się, że ich nie spięła. Nieoczekiwanie zrobiło jej się duszno. Uderzyło ją gorąco i mieszanina nieprzyjemnych zapachów unosząca się w pokoju. Pot, pieczone mięsiwo i warzywa, perfumy. Zaduch nie do zniesienia. — Panienko?
Poczuła dłoń ojca na plecach.
— Lutosława jest taka wrażliwa. Bardzo ją ta sprawa wystraszyła — wytłumaczył. — Może lepiej będzie, kochanie, jeśli pójdziesz zaczerpnąć świeżego powietrza? — spytał ją, ale był to bardziej nakaz. On chyba też wypatrzył w tłumie tą samą osobę, co ona. — Za to ja chciałbym poznać wszelkie dostępne szczegóły. Nie chciałbym, żeby takie nieszczęście spotkało także moją rodzinę. To i tak nie są rzeczy, których powinna słuchać niewiasta.
„Papo, jesteś geniuszem” pomyślała, uśmiechając się ukradkiem. Potem udając słabą i drżącą, przeprosiła obu panów i rozglądając się uważnie, udała na poszukiwanie najbliższego balkonu. Przeszukiwała pokój tylko z pozoru nieprzytomnym spojrzeniem. Jej wzrok prześlizgiwał się po dystyngowanych gościach, nie zatrzymując na długo na żadnym z nich. Unikała kontaktu i patrzenia na wykrzywione kpiną i pogardą piękne maski. Wszystkie idealne, zimne i zobojętniałe, jak wyrzeźbione w marmurze przez Michała Anioła. Lutka poczuła ogromną ulgę, gdy wydostała się na zewnątrz. Z przyjemnością wciągnęła pełne płuca chłodnego, świeżego powietrza. Miała ładny widok na oświetlany lampami gazowymi ogród, czuła swoiski zapach niedawno ściętej trawy.
— Błyskiewiczówna. Znowu. Dlaczego zawsze pojawiasz się w miejscach, gdzie nie powinno cię być? — usłyszała za zsobą męski głos pełen złości i wzdrygnęła się. Westchnęła po raz setny tego wieczoru i na pewno nie ostatni. Ksawery Szaniec był osobą, aż nadto spostrzegawczą. Jak mogła pomyśleć, że potrafiłaby go oszukać? Jego czujnemu spojrzeniu nie mogło nic umknąć, dlatego był też idealnym redaktorem działu kryminalnego w „Kurierze Warszawskim”. Czytywała jego artykuły jeszcze w liceum, poznała go na swoim balu debiutantek i jego opowieści o pracy w gazecie zafascynowały ją. Z jego powodu zdecydowała się na taką ścieżkę kariery. Była to droga bardzo niebezpieczna, zwłaszcza dla osób z działu, w którym pracował, a o którym marzyła hrabianka.
Odwróciła się do niego z niewinnym uśmiechem. Widząc jej minę, jeszcze bardziej zmarszczył gęste, ciemne brwi. W tej chwili oczy miał całkiem czarne, chociaż tak naprawdę były ciemnobrązowe. Już nieco przerzedzone włosy dzielił przedziałkiem trzy czwarte i zaczesał na prawo. Jego podejrzliwy charakter odbijał się w szczupłej twarzy z ostro zarysowaną szczęką i linią nosa.
— Braciszek Ksawery! Jak cieszę się, że cię widzę! Nawet nie wiesz, jak mi się nudziło! — zaszczebiotała i podbiegła, aby go uściskać. Nie pozwolił jej na to. Delikatnie klepnął dziewczynę w czoło.
— W co tym razem się zaangażowałaś, szalona dziewucho? — pomimo ostrych słów jego głos stał się łagodniejszy.
— Ja? — spytała zaskoczona, odsuwając się na krok i kładąc jedną dłoń na piersi. Zamrugała, ściągając usta w dziubek.
— To na mnie to nie działa — powiedział, lecz ona wiedziała, że to nie prawda. Potrafił ją przejrzeć, ale był bardzo podatny na damskie sztuczki. Teraz musiała tylko zrobić smutne oczy, żeby zaczął ją przepraszać. Zamiast tego spoważniała. Był jedną z niewielu osób, która nie traktowała jej pracy, jako kaprysu znudzonej, rozpieszczonej pannicy, a wszystko co robił kierowane było troską o jej bezpieczeństwo. — Tropisz Kościół Czystości? — Trafił bez pudła.
— Wiesz coś o nich? — Oczka z podekscytowania zapaliły jej się, jak latarnie.
— Chyba nie sądzisz, że ci powiem?
— Nie bądź taaaaaaaaki! — jęknęła, odsuwając się. — I tak jeśli coś napiszę to Kaczorowski znowu odda laury tobie. Nigdy nie pozwoli zamieścić artykułu w dziale kryminalnym pod moim własnym nazwiskiem!
— To fakt. Ośmieszyłby się, więc przestań go nimi nękać. Zostaw Kościół w spokoju i wróć do domu — odparł poważnie, zakładając ramiona na piersi i stając w rozkroku.
— Nic mi nie będzie. Przyszłam z papą — machnęła lekceważąco ręką na jego obiekcje i oparła się o balustradę balkonu. — Lepiej omińmy tą część z twoim oporem skoro i tak mi powiesz, co wiesz i przejdźmy od razu do konkretów? Nie mogę zostawić papy na długo samego. Wszechpolski domyśla się podstępu. Bardzo mu na czymś zależy i dlatego grzecznie to ignoruje, nie wiesz może co takiego? Tylko do tej pory chyba nie wiedział, czego chcemy. Nie zostało dużo czasu, zanim to zrozumie.
— Gdyby traktował cię poważniej to byłoby tak od samego początku. Po co przychodziłabyś do tego gniazda żmij — przyznał jej rację, opierając się o poręcz po drugiej stronie. Chwilę mierzyli się wzrokiem – jej niebieskie oczy w srebrzystym świetle księżyca stały się zimnobłękitne, niczym lód, gdy tymczasem na jego brązowe padał ciepły blask lamp z wnętrza pokoju. — Lutka… Sił mi do ciebie brak. Czemu mam wrażenie, że zaplanowałaś na dzisiejszy wieczór coś wyjątkowo głupiego?
— Jak ty mnie dobrze znasz! — odrzekła z zadowolonym uśmiechem. — Papa najchętniej zamknąłby mnie w pokoju i nie wypuszczał — poskarżyła się, ale nie odnalazła współczucia.
— Tak jakby to miało podziałać — mruknął. – Ty z tych, co jak im drzwi zamknąć, wylezą oknem. A jak oknem się nie da to nawet i przez komin.
Dygnęła przed nim wielce ukontentowana z takiej oceny własnej osoby. Zastanawiała się, czy wiedział o tym zdarzeniu sprzed lat, czy po prostu strzelał. Mierzyli się wzrokiem, a Szaniec walczył z wrodzoną, zawodową ciekawością. Chciał wiedzieć, co wyniuchała hrabianka – miała i szczęście, i talent do zdobywania ludzkiej sympatii. Możliwe, że wpływały na to jej zabawne i mądre felietony. Jemu samemu anegdotki w nich zawarte potrafiły poprawić dzień, gdy zaczynał go od czytania gazety. Z drugiej strony z doświadczenia wiedział, że dopóki on nie zdradzi swoich informacji to nie ma takiej możliwości, aby ona wypaplała swoje. Wydawała się być beztroską gadułą, ale tajemnic broniła z oddaniem podobnym do królewskiego szpiega. Potrafiła tak pokierować rozmową, że nawet po dwóch godzinach wiedziałby tyle, co i na początku. Nie miał tyle czasu.
— O plotkach o pogróżkach usłyszałem już dawno od pokojówki w teatrze w Lublinie, gdzie występowała Blumenfeldówna. Nie miałem nic więcej, więc nie dało się z tego zrobić artykułu — streścił lakonicznie i spochmurniał, odwracając twarz.
— Nie mogłeś tego przewidzieć… — głos miała jednocześnie łagodny i poirytowany.
— Nie chciałem bardziej naruszać jej prywatności… Nie biegam za plotkami, pisze na podstawie żelaznych faktów. A żeby ruszyć dalej potrzebowałam na to jej pozwolenia. Jej informacji. Nie chciała skandalu bardziej niż sprawiedliwości. Albo się tak bała.
— Nie musisz mi się tłumaczyć. Jak ci ciężko to idź do konfesjonału. Wiem, że myśli „a gdybym” zawsze człowieka prześladują, ale przecież musisz rozumieć jak bardzo to bez sensu — westchnęła, ale sama nie mogła się ich pozbyć. „A gdybym nie zostawiła jej samej?” powracało, niczym bumerang. Trudno powiedzieć, kogo w tamtej chwili próbowała przekonać. Objęła się ramionami, odczuwając dotkliwiej wieczorny chłód.
— Czasami wydajesz się uroczą dziewczyną, a czasem aż trudno uwierzyć, jak bardzo jesteś oziębła. Naprawde powinnaś znaleźć narzeczonego — powiedział, doskonale zdając sobie sprawę z tego jak bardzo ją zirytuje. Jego oczy roziskrzyły się humorem. Miała ochotę rzucić w niego czymś ciężkim – poważnie rozważała współpracę z wiszącą na balkonowej balustradzie doniczką z pelargoniami – ale zrezygnowała. Jemu przynajmniej mogła się odpysknąć.
— Już mi to dzisiaj sugerowano, zmówiliście się wszyscy? Wtedy zmieni się tylko to, że będę oziębła i zaobrączkowana — prychnęła, odchodząc od poręczy, robiąc kilka kroków w bok i wracając. Irytacja nie pozwoliła jej ustać w miejscu, ale nie było tam dużo miejsca na spacery. Wydęła policzki i zaczęła skubać listki kwiatka w doniczce.
— Dzieci bardzo zmieniają kobiety…
— …i nie zawsze na lepsze. Mogę zmienić się w smoka, jak Borkowska. Poznałeś ją? — zażartowała, starając się rozluźnić atmosferę.
Była to wizja na tyle przerażająca, że mężczyzna natychmiast porzucił temat.
— Jak usłyszałem o śmierci tej biednej dziewczyny to poruszyłem wszystkie swoje kontakty, żeby sprawdzić, kto stał za pogróżkami… W tak krótkim czasie mogłem zweryfikować tylko tropy w Warszawie, ale wygląda na to, że to sam Wszechpolski… Był wtedy w Lublinie. W dodatku obsługa w teatrze i operze poznała jego służącego, który przekazał im przesyłkę dla Blumenfeldówny. Dobrze im zapłacili za milczenie, ale dość ją lubiły i nikt nie chciał jej śmierci. Pieniądze wydane, a sumienie gryzie — powiedział, wracając do urwanego wątku i rozkładając ręce.
— A ty potrafisz być bardziej uciążliwy niż komar w nocy — odgryzła się i natychmiast przeszła do analizy jego słów, aby nie miał czasu na odpowiedź: — Służący Wszechpolskiego — powiedziała, zastanawiając się na głos i stukając w dolną wargę palcem. — To by się zgadzało. Dlatego tak bardzo broni Kościoła przed strażą. Nie mogą się, nawet zbliżyć. Jednak to nadal za mało, aby cokolwiek przeciwko niemu zrobić.
— A jeśli, nawet to kara i tak spotkałaby jego służącego — dodał ponuro Szaniec, a ona musiała przyznać mu rację. Potrzebowali mocniejszych dowodów. W momencie, w którym w sprawę zamieszany był polityk – stawała się ona polityczna. To ułatwiało jej zadanie o tyle, że Błyskiewiczowie sroce spod ogona nie wypadli i ona w rodzinie miała wielu znamienitych działaczy i posłów. Zwłaszcza stryjka. Znalezienie osoby, której również zależałoby na „wymierzeniu sprawiedliwości” – lub bardziej bezpośrednio ujmując, pogrążeniu ministra — nie byłoby trudne. Nawet znajdowały się takie w jej bezpośrednim zasięgu. Mogli sprawę ułatwić i otworzyć wiele drzwi, które musiałaby normalnie wyważać. Jednak nie mogła pójść tylko z domysłami.
Szaniec na artykuł też potrzebował czegoś więcej.
— Znalazłeś już tego służącego?
— A myślisz, że cieszyłbym się twoim towarzystwem, gdybym znalazł?
— Tak, bo wiesz po co tu jestem? I się z tym nie zgadzasz? Próbujesz mnie zniechęcić, albo dać mi coś, co mnie odciagnie — uśmiechnęła się łagodnie, kręcąc pobłażliwie głową.
— Jesteś upartą babą.
— A ty nieobytym typem — odparła swobodnie. Pochodził z zupełnie innej grupy społecznej i czasami, gdy przy kimś czuł się swobodnie to pozwalał sobie na zrzucanie maski. Zwykle uznawałaby taką uwagę za obraźliwą i nie odpuściłaby impretynentowi, lecz w wypadku starszego dziennikarza wiedziała, że w ten szorstki sposób okazuje troskę. — To jak jest? Znalazłeś go? Pomóc ci?
— Nie.
— Czyli mam popytać służbę o osobę, której szukasz? Musisz mi utrudniać? — westchnęła, przyjmując matczyny ton. Wciąż łagodny, lecz trochę zniecierpliwiony, bo wiedziała, że to co zamierzała zrobić jest nieuniknione i irytowała się, że on jeszcze tego nie rozumiał.
— Lutka, na litość Pańską! Odpuść kobieto! — puściły mu nerwy i zbliżył się do niej na tyle, że wyraźnie poczuła zapach jego wody kolońskiej i potu. Zobaczyła pulsującą na czole żyłkę. Górował nad nią wzrostem, więc gdy zakrył sobą wejście do budynku, rzucał na nią cień. — Nie rozumiesz, że to dla ciebie niebezpieczne?
— Mniej, niż dla ciebie — odpowiedziała z niewzruszoną pewnością siebie, patrząc mu prosto w oczy. — Gdyby cokolwiek mi się stało to ojciec poruszy niebo i ziemię, żeby znaleźć prawdziwego winnego. Reszta rodziny też nie pozostanie obojętna. Ktokolwiek za tym stoi to co? Zamach na cały ród Błyskiewiczów przeprowadzi? Bzdura. A kto zadba o ciebie? Kto za tobą stanie? Twoja żona? Pięcioletni synek?
Cofnął się o krok, ulegając sile jej spojrzenia. Mocy osoby, która zdawała sobie sprawę ze swojej pozycji. Typowym dla każdego szlachentnie urodzonego, którego od kołyski zapewniano o własnej wyjątkowości. Żyli w przekonaniu, że są czymś więcej, niż tylko ludźmi.
— Nikt. Ale nie mógłbym nazwać siebie mężczyzną, gdybym pozwolił narażać się kobiecie — odparł spokojnie, ale z nieugiętą wolą. — Zatem jeśli spróbujesz czegokolwiek głupiego to pójdę prosto do twojego ojca. Jeśli ja nie potrafię przemówić ci do rozsądku, sądzę, że jemu się uda. Powinien lepiej pilnować taką postrzeloną kozę jak ty.
Wydęła górną wargę, jak dziecko, które zorientowało się, że jednak nie dostanie ulubionego cukierka. Jednocześnie zmarszczyła brwi, zastanawiając się co zrobić, aby jednak dopiąć swego. Żadna błyskotliwa riposta nie przychodziła jej do głowy, a widząc jej minę, dziennikarz nie wytrzymał i zaśmiał się. To ją rozsierdziło i nafukała na niego. Takie zachowanie rozbawiło go jeszcze bardziej.
— A ja nie mogłabym nazywać się twoją przyjaciółką, gdybym odpuściła tak łatwo! — odszczeknęła się, mijając go i wybiegając jak burza.
Teraz pozostawało, żeby odnalazła bezimiennego służącego. I musiała to zrobić szybko. Nie wątpiła, że Szaniec spełni swoją groźbę. A rozmowa jej ojca ze znanym dziennikarzem na pewno nie ujdzie uwadze Wszechpolskiego. Do tej pory już pewnie zaczął podejrzewać coś konkretnego. To był najwyższy czas, aby wykorzystała swoje zdolności.
Pałac kogoś tak wpływowego jak minister otoczony był całą pajęczyną skomplikowanych zaklęć ochronno-obronnych. Zaburzenia energii magicznej nimi wywołane były na tyle poważne, że we wnętrzu nie dało się nawet korzystać z teleprzekaźników. Jednak istniała subtelniejsza magia, której nikt nie próbował ograniczać – iluzja glamur. Każdy chciał wyglądać powabnie. Szlachetnie urodzone damy kupowały kosztowne klejnoty i suknie od najlepszych projektantów. Panowie w swej próżności niewiele im ustępowali. Oprócz tego niemal każdy korzystał z usług iluzjonistów. Zmiana koloru włosów, oczu, rozjaśnienie skóry, usunięcie wstydliwego pieprzyka czy pryszcza – jedna wizyta i z przeciętnej panny robiła się piękność. Jeden amulet noszony bez przerwy przy sobie i nawet twój mąż nie będzie wiedział jak wyglądasz naprawdę. Każdy nosił maskę, a Licia wyspecjalizowała się w ich tworzeniu. Bynajmniej nie po to, żeby sobie urody dodawać, chociaż był to niewątpliwie plus – wykorzystywała te zdolności głównie do pracy. Właśnie po to poszła na magisterkę. Ci iluzjoniści, którzy skończyli zaledwie liceum o profilu iluzjonistycznym mogli wprowadzać drobne zmiany w tym jak przedmiot lub osobę postrzegali inni. Ci po studiach mogli tworzyć całkiem nowe, niezależne od rzeczywistości wizje oddziałujące na wszystkie pięć zmysłów.
Kiedy Lutka wróciła do salonu ktoś grał na fortepianie, akompaniując damskiemu głosowi, śpiewającemu wesołą, sielską piosenkę. Wokół nich zebrała się większość gości. Wymieniali uwagi dotyczące zdolności pianisty, głośno chwalili piosenkę, bili oklaski. Błyskiewiczówna nie potrzebowała wydobywać już z nich informacji – i tak wątpiła, że cokolwiek co powiedzą pomogło jej znaleźć służącego, o którym wspomniał Szaniec. On stał się postacią kluczową do rozwiązania zagadki. Odetchnęła z tego powodu z ulgą. Przynajmniej nie będzie zmuszona oddawać się własnowolnie pod publiczny ostracyzm. W dodatku z pracownikami ministra miała wiekszą szansę dogadać się niż z jego gośćmi.
Nałożyła na siebie delikatną iluzję niewidzialności – nie znikła całkowicie, ale sprawiła, że inni ludzie przestali ją zauważać. Ich wzrok ją omijał, a kiedy szli, prawie na nią wpadali. Przemknęła wzdłuż ściany, aż odnalazła drzwi, którymi wchodzili służący. Znajdowały się niedaleko stołu z przekąskami. W razie, gdyby ktoś przejrzał jej iluzję – a na pewno na sali znajdowały się osoby posiadające takie zdolności i zabezpieczające ministra – Licia stanęła z boku, sącząc wino. Wyglądała, jakby wzrokiem szukała czegoś do jedzenia, ale kątem oka zerkała na wejście. Obserwowała zachowanie służby. Większość wchodziła i wychodziła z obojętnymi minami. To było jedno z tysięcy przyjęć, w których brali udział i wcale nie jedno z największych – albo frekwencja nie dopisała, albo zebrała się lepiej wyselekcjonowana śmietanka, bo nie uczestniczyło więcej niż dwieście osób. Skromnie jak na tak wysoko postawionego przedstawiciela władz. A potem nagle coś się zmieniło. Jeden kelner wyszedł, rozględając się po sali – wyglądał na osaczonego. Nie próbował nawet tego ukrywać, bo i tak nikt inny by mu się nie przyglądał. Zaraz potem w jego ślady poszła kelnerka. Ona nie była zdenerwowana. Raczej zdeterminowana jak bokser wychodzący na ring.
"Coś się stało i stawiam swoją drugą ulubioną chustkę, że to przez Szańca. Wreszcie rozeszło się, że wypytuje o jednego z nich. Ten, którego szuka pewnie już tu nie wyjdzie" uznała, a obserwacje to potwierdzały. Poprzednia dwójka nie spuszczała z oczu kręcącego się po pokoju reportera i wyraźnie go unikali. Krążyli też pomiędzy współpracownikami i wymieniali ciche uwagi szeptem.
Kiedy przeszła przez drzwi młoda kelnerka z tacą wypełnioną po brzegi napojami z bąbelkami, żurnalistka wyczuła swoją okazję. Ruszyła w tamtą stronę i mijając dziewczynę, przyjrzała jej się dokładnie. Zwróciła uwagę na jaśniejsze, krótkie kosmyki wymykające się ze starannie zaplecionego warkocza.… Na lekko przekrzywiony czepek, którego nie mogła poprawić, bo miała zajęte obie ręce… Na żółtawą plamkę na bluzce mundurka… Na wyjątkowo długie rzęsy, które sprawiały, że brązowe oczy wydawały się ciemniejsze… Iluzjonistka miała zaledwie kilka sekund, żeby tych wszystkich szczegółów wyuczyć się na pamięć. Przechodząc przez drzwi, przez które chwilę wcześniej weszła służąca – wyglądała już identycznie jak ona, ale nie niosła tacy. Utrzymywanie dwóch iluzji na raz było wystarczająco trudne, więc Lutka nie chciała dodawać zbędnych elementów. Starając się wczuć w swoją rolę, zgarbiła ramiona i spuściła wzrok, gdy przemykała wąskimi korytarzami do źródła wszystkich plotek, jakie można było usłyszeć w pałacu Wszechpolskiego.
Do kuchni.
Lutosława przyjaźniła się ze swoją pokojówką. Żadna nie powiedziałaby tego głośno, ale były sobie najwierniejszymi powiernicami. Dzięki temu Marta nie obawiała się poruszać przy swojej pani tematów, których większość by unikała. Za jej pośrednictwem szlachcianka zdobywała zawsze najcenniejsze informacje, bo dobrze urodzeni w obecności służby nie zachowywali czujności, traktując tych ludzi jak przedmioty. Chodzące, wykonujące rozkazy rzeźby. I nie myśleli o tym, że oni wszystko słyszą i chętnie ujawnią każdemu, kto odpowiednio zapłaci.
Hrabianka poczuła, że się zbliża, gdy korytarze stały się ciemniejsze i uderzyła ją fala gorąca. Wszechpolski oszczędzał i nie marnował cennych czarów chłodzących oraz świetlnych kryształów na pomieszczenia dla podwładnych. Co jakiś czas migotliwie mrugały płomyki gazowych lamp, które nie dawały tak wiele światła. Doszły też do niej ludzkie głosy i postukiwanie naczyń. Skręciła w kolejny korytarz, a z przejścia na jego końcu wyszedł kelner niosący tacę z szampanem. Mijając ją, wziął jeden z kieliszków i upił łyk, a potem odstawił z powrotem.
Lutka wzięła głęboki wdech, zanim odważyła się wejść do kuchni. To pomieszczenie było lepiej oświetlone, więc w pierwszej chwili została niemal oślepiona. Przypominało ul – służący niczym pszczoły zsynchronizowanie wykonywali swoje obowiązki. Każdy miał swoje miejsce i wiedział co ma robić. Dlatego tak bardzo rzuciła jej się w oczy stojąca z boku czwórka – dwie kobiety i dwóch mężczyzn, którzy pochylałli się ku sobie i gorączkowo o czymś szeptali. W tak zatłoczonym pokoju niewidzialna iluzjonistka musiała znacznie zręczniej manewrować, żeby na nikogo nie wpaść – pod ścianami stały stoły bądź piece, więc dziewczyna lawirowała pomiędzy kręcącymi się pracownikami kuchni i powolutku zbliżyła się do wyśledzonej czwórki.
— Wojtek, nie możesz mu wierzyć… — jedna z kobiet położyła dłoń na ramieniu zdenerwowanego chłopaka.
— Podobno najpierw jej groził, potem zabił i teraz wszystko będzie na mnie! — Był bliski załamania, w bezradności załamywał ręce.
"O to ciekawe…" pomyślała Lutka, stając obok nich. "Czyli jednak Szaniec kłamał i udało mu się odnaleźć służącego" skonstatowała bez zdziwienia.
— To dziennikarz. Mało ich nas przyciskało? Każdy próbuje. Nie przejmuj się — kontynuowała pocieszanie Wojtka piersiasta matrona ubrana nieco lepiej niż pozostali. Możliwe, że ochmistrzyni.
— Trzymaj jadaczkę na kłódkę to nikt o niczym się nie dowie — dodała poirytowana blond kelnerka, wzruszając ramionami.
Tyle wystarczyło, żeby Licia wiedziała, że dobrze trafiła.
Domyśliła się, że dochodzenie Szańca będzie jak wsadzanie kija w mrowisko. Prawdopodobnie odbywająca się narada dotyczyła tego, czy przeszkodzić panu domu w czasie przyjęcia i powiadomić go o zaistniałej sytuaji kryzysowej, czy nie. Od Marty Lutka wiedziała, że pierwszy przesiew informacji, które trafiały do uszu szlachty odbywa się pomiędzy najważniejszymi osobami wśród służby – zazwyczaj ochmistrzyni i kamerdynera, którzy zarządzali całą resztą. Czasami brali w tym udział jeszcze ważniejsze pokojówki czy szofer – osoby najczęściej przebywające w towarzystwie państwa, a więc znające je najlepiej. Z tej krótkiej wymiany zdań Błyskiewiczówna mogła wywnioskować jedno, ale to też nie był pewny strzał – Wojtek był lubiany i wszyscy zgromadzeni troszczyli się o niego. Wiedzieli, co może mu grozić i nie chcieli do tego dopuścić. Jakoś żadne raczej nie paliło się też, aby pobiec do gospodarza – o ile już ktoś nie został do niego wysłany, ale Lutosława w to wątpiła. Zmiana, jaką zaobserwowała w zachowaniu pracowników pałacu nastąpiła niedawno, a dwójka, którą Lutka widziała na początku bardziej zwracała uwagę na ciekawskiego dziennikarza niż własnego szefa. Zakładała zatem, że nie chcieli, aby minister się dowiedział, a postanowili wziąć sprawę we własne ręce i po prostu trzymać Szańca z daleka od Wojtka. To był najlepszy moment, żeby podgrzać atmosferę. Jeszcze nie zostało podane do publicznej wiadomości, kto został złapany i jest podejrzewany o zabójstwo Aster Blumenfeld. Jeśli wieść się rozniesie to szansa na przyciśnięcie Wszechpolskiego minie bezpowrotnie. Musiała ich przestraszyć. Musiała ich upewnić w tym, że minister użyje służącego jako kozła ofiarnego, poświęci nic nie znaczący pionek. Chłopak powinien spanikować i szukać pomocy poza pałacem. A żeby skompromitować kogoś tak znaczącego jak minister… Na to Lutka znała tylko jeden sposób. I w tak krótkim czasie lepszego wymyślić nie zdoła. To był najlepszy moment, żeby się pokazać.
— Hej, Wojtek! Szaniec z „Kuriera” chodzi i o ciebie wypytuje — powiedziała, ujawniając się tylko przed nimi. Cała czwórka podskoczyła z zaskoczenia i spojrzała na nią niechętnie.
„Czyli nie cieszę się ogólną sympatią” pomyślała."Wspaniale. Dobrze wybrałam. Miałam nadzieję, że ma tak odpychającą minę zawsze, a nie tylko teraz z jakichś szczególnych powodów."
— I co mu nagadałaś?! — Chłopakowi puściły nerwy i podniósł głos. Kilkoro najbliżej stojących kuchcików rzuciło im szybkie spojrzenia.
— A co miałam mu nagadać? — spytała niewinnie, przykładając wymownie palec do ust.
— Jestem skończony — jęknął Wojtek, chwytając się za głowę. Był bliski płaczu. Drugi mężczyzna chwycił go za ramię. Teraz Lutka zauważyła, że są do siebie podobni. Te same ciemne włosy i oczy, chude twarze. Jak ojciec z synem.Pozostałe dwie kobiety stanęły przed nimi, jakby chciały ich chronić. O ile mieli naprawdę tak silną więź, jaką widziała to jej improwizowany plan mógł nawet się udać. — Wyda mnie glinom, a oni nie tkną pana. Powieszą mnie tylko za to, że wykonywałem rozkazy.
— Bo głupi jesteś. Tak naprawdę nic mu nie musiałam mówić. Wszystko wiedział — wzruszyła ramionami Lutka-służąca. — Ale on cię nie che. Podsłuchałam jak rozmawiał z jakąś hrabianką… Błyskiewiczówną chyba. Widzieliście ją? Na taką sukienkę musiałabym zarabiać przez całe życie — westchnęła teatralnie. Często słyszała takie komentarze z ust swojej pokojówki i to w najmniej stosownych momentach.
— Nie chce mnie?
— Oboje chcą nam skazać pana! Ministra! Poszaleli! Dlatego cię szukał. Chce coś tam zachachmęcić i nie posłaliby cię na stryczek tak szybko. W przeciwnym razie nie masz żadnych szans — odparła przemądrzale, rozkładając ręce. — Poza tym wiesz… Artykuł o mordercy-służącym nie byłby takim hitem jak o ministrze-mordercy, prawda? Chyba, że bardzo chcesz trafić na pierwszą stronę "Kuriera"?
Cała czwórka spojrzała na nią jakby widziała ją po raz pierwszy.
„Przesadziłam? Zbyt ładnie się wysławiam? Za dużo powiedziałam?” zastanawiała się, chociaż nie miało to większego znaczenia. Jeśli człowiek widział różę, czuł jej słodki zapach i ukłuł się kolcem to nie myślał nawet o tym, że to mogłaby nie być róża. Jej zachowanie było dla nich dziwne, ale nie wątpili jeszcze w jej tożsamość. Ale lepiej było skończyć to jak najszybciej.
— Dlatego idź jak najszybciej do straży i się pokajaj to może dostaniesz lżejszą śmierć? — skończyła, śmiejąc się, jakby był to dobry żart. Odwróciła się na pięcie, wplatając w swoją aurę kolejny czar. Nie chciałaby, żeby za nią poszli, więc sprawiła, że wydała im się nieznośnie odrażająca. Tak bardzo, że nie mogli nawet na nią patrzeć. Jakoś nie było jej z tego powodu przykro. Zwłaszcza, że widziała w zamglonych oczach Wojtka, że połknął przynętę.
Chwilę później znikła im z oczu, bo spowił ją znowu czar niewidzialności.
"Będę miała mój artykuł!" pomyślała triumfalnie w pierwszej kolejności. "I sprawiedliwości stanie się zadość, więc duch Aster spocznie w spokoju" Zawstydziła się, bo ta myśl pojawiła się dopiero jako druga.
Przycziła się obok nich, wysłuchując żywiołowej dyskusji z milionem powodów, dla których Wojtek powinien i nie powinien iść do dziennikarza. Kłócili się zajadle szeptem, aż nie zaczęli podnosić głosów. Wtedy chłopak z ojcem poszli w swoją stronę, a ochmistrzyni wróciła do swoich obowiązków. Kelnerka dogoniła po chwili mężczyzn, a później wyszła na salę. Wśród gości szukała Szańca, aby przekazać mu wiadomość.
Już Licia się postarała, aby nie znalazła.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 202
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: MononokeGirl » 30 maja 2017, 17:47

*******
Po udanym występie zdolnego pianisty ktoś posadził przy fortepianie jakąś nastolatkę jeszcze przed debiutem, która plumkała powoli popularną melodię. Błyskiewicz ją kojarzył, lecz nie potrafił połączyć słuchanej muzyki z tytułem, czy oryginalnym autorem. Po skończonej rozmowie z Wszechpolskim – ledwie Lutka zniknęła z pola widzenia, a minister porzucił gawędziarski ton i przeszedł do konkretów, czyli propozycji handlowej – zaczął krążyć bez celu wśród gości. Starał się wyglądać na pogodnego i cieszącego się utworem, ale nie zbliżał się do grupki, która komentowała młodą artyskę. Wolał nie przyciągać uwagi, bo jedna konwersacja z gospodarzem zmęczyła go niepomiernie. Polityk zaskoczył hrabiego swoją inicjatywą, bowiem ten spodziewał się raczej, że minister będzie próbował dostać się przez jego osobę do bardziej wpływowego senatora, brata Radosława.
Pomysł na pierwszy rzut oka wydawał się korzystny, ale Błyskiewicz miał niejasne wrażenie, że coś się za tym kryje. Możliwe, że na odbiór wpłynęła ta cała tajemniczość, nerwowość, która nagle się pojawiła u jowialnego Wszechpolskiego. Strzelał oczami na boki, zacierał ręce – nic dziwnego, że wzbudzał swym zachowaniem czujność i podejrzliwość. Hrabia musiał bardzo uważać na słowa, aby na nic się nie zgodzić, a jednocześnie nie urazić gospodarza swoją odmową. Później próbował jeszcze raz nakierować rozmowę na Aster, bądź Kościół Czystości, ale skończyło się na tym, że Wszechpolski wywiódł go w pole i przedstawił mu Godlewską. I jak dama – dziarska wdówka zresztą – wzięła w obroty Błyskiewicza tak ledwie udało mu się od niej uwolnić. Miał wrażenie, że rozmawiając ze swatką o dobrych partiach dla Lutki, został jednocześnie oceniony jako niezła partia dla Godlewskiej. Wzdrygnął się na samą myśl, bo kobieta o pucołowatych policzkach, które miały dziwną zdolność do rozdymania się jak u żaby – była bardzo nie w jego typie.
— Pańska córka znowu ładuje się w kłopoty — grzecznie zauważył Szaniec, stając obok Błyskiewicza i proponując mu kieliszek wina. Hrabia przyjął go, skinąwszy dziennikarzowi głową na powitanie. Już raz przeszli taką rozmowę, ale kiedy było po wszystkim, a nie w trakcie trwania dochodzenia.
— Wiem — przyznał hrabia nonaszalancko i upił łyk.
— Jest Pan jedynym, który może ją powstrzymać i patrzy Pan na to szleństwo tak spokojnie? — sapnął zdawkowanie oburzony.
— Tak jak widać — Nie zamierzał podejmować dyskusji. Co miałby powiedzieć? Że próbował już wszystkich możliwych sposobów na utemperowanie Lutki? A ona pomimo to stawiała zawsze na swoim kompletnie obojętna wobec kar? Tak, te anegdotki na pewno spodobałyby się w "Kurierze". Tym razem przynajmniej wiedział, co robiła córka i to go nieco uspokajało. Przy poprzednich dwóch sprawach bardzo dokładnie ukryła przed nim swój udział. O pierwszej dowiedział się od szofera, a o drugiej od dziennikarza. Teraz przynajmniej miał jakiś wpływ na to, co się działo i mógł chronić tą szaloną dziewczynę.
— Rozumiem. Jest Pan równie nieodpowiedzialny, co ona — rozzłościł się Szaniec. W Lutce widział swoją bratanicę. Podobny upór i to urocze marszczenie nosa. Były chyba w podobnym wieku - to skojarzenie i zaufanie, jakim darzyła go Lutosława sprawiały, że tracił znaczną część swojego obiektywizmu, gdy chodziło o młodszą koleżankę.
— Nic Pan nie rozumie — odparł równie zirytowany Błyskiewicz, ale nie dodał nic więcej.
— Jest Pan pewien? Za przeproszeniem, ale wydaje mi się, że więcej niż Pan sądzi. Bo ja rozumiem to, że ją zwyczajnie Pan rozpuszcza. Tak bardzo boi się Pan, że ją straci, że pozwala jej Pan na to specjalnie... — zamilkł na chwilę, jakby ważył na języku kolejne słowa, aż wypluł je na bezdechu: — Boi się, że zostanie opuszczony tak samo jak zostawiła Pana żona — powiedział zduszonym głosem, myśląc o starym skandalu. O Adeli Błyskiewiczowej, która uciekła, porzucając męża i małą córeczkę. Do młodszego. Za granicę. O tej aferze wszyscy słyszeli. — Przez to wszystko, co ona robi nigdy nie znajdzie męża. Zostanie na zawsze z Panem. O to Panu chodzi? — spytał cicho, wyrzucając szybko z siebie słowa, jakby bał się, że hrabia mu przerwie, albo sam zaraz straci odwagę. Tamten nie miał takiego zamiaru. Z każdym kolejnym, bolesnym stwierdzeniem, zadającym mu niemal fizyczny ból, coraz mocniej ściskał delikatną nóżkę kieliszka, lecz nic nie odpowiedział. — Po tym, co zrobiła Panu żona...
— Nie mi. Lutce. To ją to zabolało bardziej — nie wytrzymał i wyjaśnił. Ręce go świerzbiły, najchętniej nauczyłyby dziennikarzynę rozumu tu i teraz, ale zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, gdzie się znajdują. Tylko Lutka w tej rodzinie nie przejmowała się konsekwencjami. Nabrał pełne płuca powietrza. Potem wzruszył ramionami. — I myli się Pan w swoim osądzie.
Ksawery rzucił głową, a z idealnie zaczesanej grzywki oderwały się dwa ciemne kosmyki i opadły mu na oczy. Poprawił je wolną dłonią, a potem osuszył swój kieliszek i oddał puste naczynie przywołanemu gestem służącemu. Kiedy kelner się oddalił, mentor Lutki spojrzał na jej ojca, otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale potem je zamknął bez słowa. Wyjął z kieszonki kamizelki zegarek powieszony na łańcuszku – chyba najcenniejszą rzecz, jaką posiadał, a dostał go w prezencie – otworzył go, zerknął na godzinę i schował czasomierz spowrotem. Nie często nosił go ze sobą, ale jak tylko nadarzała się okazja to nie potrafił przestać się nim bawić.
— Ma Pan rację. Nie rozumiem. Nie rozumiem, jak ojciec może pozwalać córce na taką samowolkę...
— Proszę mi wierzyć, ja sam nie do końca rozumiem, drogi Panie. Gdy mój ojciec huknął na moją starszą siostrę to był koniec dyskusji. Płakała, rozpaczała, ale głównie zamknięta w swoim pokoju. Ewentualnie mdlała malowniczo. U Lutki to jest zaledwie początek. Możliwe, że to przez to, że nie miała matki? Może wtedy byłoby inaczej? Co ja wiem o wychowywaniu jej na kobietę? Gdyby była chłopcem pewnie potrafiłbym spisać się lepiej... — zastanawiał się na głos hrabia. — Nie wiem. Jest bezczelna. Chyba Pan to zauważył? Nie przejmuje się, bo wie, że jej nie wydziedziczę. Zresztą. Na razie, jaki miałbym powód? Nie ma dziecka z pastuchem, nie próbuje brać ślubu z kimś nie z jej klasy. Poszła na studia i pracuje, a nie wypada. Za to karze ją społeczeństwo... Słyszał Pan może coś ciekawego dzisiaj?
— Że odbierał ją Pan z komisariatu. Podobno straż zgarnęła ją z ulicy za nierząd — odparł Szaniec spokojnie, ponownie wyjmując zegarek i obracając go w dłoni, a Błyskiewicz zachłysnął się winem. Drugi mężczyzna musiał poklepać go po plecach, bo starszy pan poczerwieniał gwałtownie, oczy niemal wyszły ma na wierzch i nie mógł złapać tchu. — Spokojnie, przecież to oczywista bzdura jest...
— Co ludzie... Na Boga. Kto jest taki mądry?!
Szaniec pokręcił głową przecząco. Nie zależało mu na doprowadzaniu do awantur, czy konfliktów. Poza tym - on pozostawał na służbie dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu. Nie raz obiecywał swoim informatorom dochowywania tajemnicy i tylko dzięki temu, że miał wśród ludzi dobrą opinię zyskiwał ich zaufanie. Nie zamierzał teraz tracić jej, aby zdemaskować głupiego plotkarza.
— Czy to ważne? Plotka żyje już własnym życiem.
— Ważne! Oczywiście, że ważne! Lutka była ostatnią osobą, która widziała Aster! Składała zeznania, aby pomóc w schwytaniu mordercy! Ludzie sumienia nie mają... Naprawdę. Nierząd? Wszystko, ale to?! Jak komuś coś takiego mogło przyjść do głowy? — umilkł nagle i zacisnął usta. Kilka osób zwróciło uwagę na jego wzburzenie i niby to przypadkiem, ale znaleźli się na tyle blisko, aby słyszeć rozmowę. Mężczyzna zaczął rozglądać się za córką. Zachciało jej się chodzenia na komisariat? Tak?! To teraz niech to odkręca. Opowiada każdemu z gości z osobna, jaką to przeżyła traumę. A on będzie mógł chwalić się, że wychował ją w duchu proobywatelskości i praworządności. Cholera, zupełnie nie potrafił tego przewidzieć... Gdyby przyszło mu to do głowy wcześniej... Jak zwykle. Wiedział jak grać według ogólnyh reguł, ale nie potrafił przewidzieć tego, jaki obrót przybiorą sprawy, gdy wymkną się ze znanych mu schematów. To ścięło jego krew w nagłym strachu. — Widział Pan moją córkę? Rozglądam się, ale nigdzie jej nie ma.
— Chwilę temu rozmawialiśmy na balkonie... — odparł, samemu szukajac jej wzrokiem. Była dość charakterystyczna. Poruszała się zawsze szybko i energicznie, parła przed siebie do celu. — Ale ma Pan rację. Też jej nie widzę. — Westchnął. Jakoś poczuł, że panna Błyskiewicz zdążyła uprzedzić jego interwencję u swojego ojca i w tej chwili robi coś bardzo, bardzo głupiego. — Była nieco wzburzona jak się rozstawaliśmy, ale musi gdzieś tu się kręcić...
— Zrobiłby Pan coś dla mnie? — przerwał mu podenerwowny Błyskiewicz. Przyszedł specjalnie, aby mieć ją na oku i oto jak mu to wyszło. Trochę bąbelków, muzyczka, śmichy-chichy i stracił czujność. — Proszę jej powiedzieć, żeby natychmiast do mnie wróciła jak tylko ją Pan spotka. Poszukam jej. Jest zbyt zaangażowana w sprawę śmierci Blumenfeldówny...
— Rozumiem. Też się za nią rozejrzę — obiecał zaalarmowany tonem hrabiego i panowie się rozeszli.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kanterial » 01 czerwca 2017, 12:05

Ooojeju :bag: jak dawno nie było Iluzjonistki.

No właśnie, chyba słowo "iluzjonistka" wreszcie nabrało dla mnie pełnego sensu. Miałam okazję poczytać o tych zdolnościach Lutki, które wydają się być kluczowe od teraz (czy tak?) i których na pewno jeszcze użyje w trakcie rozwiązywania sprawy, a może i później, bo w sumie nie wiem co planujesz i czy szybko podasz nam to rozwiązanie. Będę trochę nie po kolei szła po scenach, bo czytałam wczoraj i trochę się poprzestawiało w trakcie myślenia.

Co dziwne, mam wrażenie, jakby wstawka działa się w dwóch miejscach - jakby nagle coś się zmieniło, gdy Lutka czmycha z balkonu przed Szańcem i postanawia się porozglądać. Nie wiem skąd to wrażenie, bo to wciąż ten sam dom i ten sam bankiet, ale tak jakoś... wszystko się zmienia i nawet inaczej widziałam wnętrza. Choć to pewnie wina wcześniejszych scen, gdzie Lutka występuje w towarzystwie znanych sobie osób (a one robią mocno tło), ojca, Szańca. Potem tych postaci nie ma i nagle (!) widzę wszystkich tych "statystów" wokoło, spory tłum, kelnerów, takie dosłownie mrowie ludzi w bogatych wnętrzach. Nie czepiam się, bo to w sumie dobrze wyszło, ale pomyślałam, że ci napiszę. Kiedy Lucia z papą gadają z Ministrem, to ja nie czuję obecności innych ludzi w tej wielkiej sali. Jest tak, jakby tam stali we trójkę. A na balkonie tak, jakby to był balkon oddzielony zupełnie od wnętrza i też zapewniający bohaterom zupełną prywatność.

Już zapomniałam, jak mnie na zmianę irytowała i trafiała pod żebra Lutosława :facepalm: z jednej strony wzbiera we mnie wyrozumiałość i współczucie, gdy widzę nieprzychylność tych ludzi, przytyki, to, jak (chamsko!) ją traktują niektórzy, te uwagi, (chyba najbardziej poczułam "drukowanie jej felietoników" kiedy ona stała obok i wiadomo było, że słyszy). Współczuję jej w takich chwilach. I rozumiem tę grę, te maski, to (aggghhr jakie to wkurwiające!) udawanie diwy, przykładanie paluszka do usteczek w dziubek, wielkie oczy, przerysowane emocje, pozy porcelanowych lalek, które dla każdego normalnego człowieka postronnego w naszych czasach oznaczałyby, że dziewuszka ma coś nie tak w głowie i przecież robi to na pokaz, a tam... tam działają. Tak, działają, nawet na takiego gada jak Minister, nawet trochę na Szańca... [ból Kanteriala]. Ale to są realia i chowam swoje niezadowolenie w kieszeń. I, jak pisałam, rozumiem to zachowanie Lutiki. Nie mogę jednak przeboleć jej upierdliwości, upartości i pozwalania sobie na wszystko, zbytniej pewności siebie i takiego... zuchwalstwa. Tak, na ma taki charakter, bo jest rozpuszczona, ale jednak wzbiera we mnie delikatna złość, kiedy o tym czytam. To, jak zbudowałaś charakter Lutosławy, jak ona jest w gruncie rzeczy zakłamana przed sama sobą i w jak ciężkiej sytuacji stawia ją społeczeństwo, sprawia, ja nie jestem w stanie o niej czytać na spokojnie. Cała sprawa (hej, halo, sprawa morderstwa!) staje się dla mnie tylko teatrzykiem, w którym rozwydrzona Lutka ciąga za sobą swojego uległego papę, kica wesoło i bryka, wszystko uchodzi jej na sucho i... no, hop siup, rozwiązuje sprawę morderstwa Blumenfeldówny.

Z drugiej jednak strony, choć wszystko (ała!) idzie Lutce jak po maśle, sceny na zapleczu podobały mi się. I zrobiły całkiem niezłe wrażenie. Mimo swojej liniowości i pewnej łatwości w przewidzeniu, co zaraz nastąpi. Tak, to było taki literackie, niby brak zaskoczenia, ale fajnie mi się czytało i sprawności Lutki w dedukcji, i o jej zdolnościach iluzjonistki. Btw - skoro iluzjoniści po studiach potrafią TAKIE RZECZY to czy nie są najbardziej znienawidzonym ludźmi na świecie, których wszyscy się boją i którym nie ufają? :bag:

Szaniec - bo o nim muszę napisać. Omg, ta postać mnie w tej wstawce urzekła. On jest jak dwie osoby w jednej. Niby na granicy chamskości wobec Lutki, niby wyniosły, niby myśli: durna dziewuszka, głupia, w co się pcha. A jednocześnie jest życzliwy ewidentnie, może nawet martwi się o nią (czy to jednak kwestia męskiej dumy?) i na swój sposób wzbudza sympatię. Totalnie nie wiem, co o nim myśleć. Nie wiem, czy on szanuje Lutkę. Może przez to wydaje mi się takim trochę wężem, bo sama już nie wiem, czy robi to dla jej dobra, czy dla siebie, ale... Nie, chyba jednak go lubię. Przynajmniej na razie. Chętnie bym o nim więcej czytała.

Co mnie najbardziej rozwaliło:
— To był twój pomysł — przypomniał jej papa, rozpływając się w zadowolonym uśmiechu.
jprdl papo XDDDDDDDD widzę ten jego uśmiechnięty ryj i jak to mówi półgębkiem, patrząc w innym kierunku, MEGA XD
W ogóle kocham papę. Nie wiem dlaczego, ale on mnie rozczula totalnie :bag:

Podsumowując: dobrze, że wrzucasz znów, przypomniała sobie co nieco, chwilowo pomysł na intrygę nie piorunuje (akcja o służącym Wszechpolskiego taka nieco płaska) ale czekam zaintrygowana, czekam pełna ciekawości na Szańca, papę, Lutkę i innych.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kimchee » 01 czerwca 2017, 21:37

Nowa „Iluzjonistka” Yay!

Przeczytałam od razu jak się pojawiły fragmenty. Nareszcie mam chwilę
czasu na napisanie komcia.

W końcu doczekałam się momentu, kiedy Lutka wykorzystuje swoje zdolności. Nareszcie wiemy, co można robić, będąc iluzjonistką. Profesja Lutki ma wiele praktycznych (zapewne wszystkich jeszcze nie poznaliśmy) zastosowań, a nie jest tylko szpanerskim słowem, które można wpisać w rubryce zawód.

Świat staje się coraz bardziej pełnowymiarowy – coraz więcej wiadomo o polityce i społeczeństwie. Takie detale budują klimat. Mamy też wątki emancypacyjne, chociaż w nieco innym niż klasyczny wydaniu. Wygląda na to, że Lutka jest wyjątkowa pod tym względem. Jestem ciekawa, czy inne „panny z dobrych domów” po cichu nie mają podobnych poglądów, ale boją się je uzewnętrzniać.
Jeszcze więcej bym się chciała dowiedzieć o filozofii i programie politycznym ludzi, którzy nie tolerują magicznych istot. Nawet jak się kogoś nie lubi „bo tak” trzeba przynajmniej wymyślić przekonujące powody dla społeczeństwa.

Ksawery Szaniec zdecydowanie wydaje się postacią z potencjałem. Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze.

Pojawia się też sugestia, że zabójstwo Aster mogło mieć podłoże politycze. Eee nie przekonuje mnie to. Gdyby ktoś faktycznie chciał wyciszyć tym jakiś skandal albo uciszyć denatkę, to raczej zrobiłby to bardziej „po cichu”, pozorując zabójstwo w trakcie rabunku albo samobójstwo. Zmasakrowanie twarzy samo w sobie jest na tyle niezwykłe, że aż się prosi o dokładne zbadanie.
Chyba że... ktoś ma niecny plan siania propagandy. Aster żyje, tylko jest gdzieś przetrzymywana, zamiast niej zginęła jakaś biedna dziewoja. A wina – jeśli policja się spisze – spadnie na Aster i będzie to koronny argument dla ludzi pokroju Wszechpolskiego. Nadal jednak wolę moją pierwszą teorię ;)

Pojawiają się nam także perspektywy innych bohaterów – fajnie. Zdarza ci się jednak mieszać perspektywy i to trochę zaburza rytm czytania.

Mam nadzieję, że teraz na kolejny fragment przyjdzie nam czekać krócej ;)

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1767
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Kruffachi » 04 czerwca 2017, 15:18

Oho, przyznaję, że jestem zaskoczona pałerem Lutki O.o Znaczy tym, jak w gruncie rzeczy jest potężny. I skoro tego można się nauczyć, skoro rok rocznie iluś tam absolwentów kończy kierunek, to, kurde, jak musi wyglądać takie społeczeństwo O.o Jak musi wyglądać polityka? Wszystko, cały ten trochę cukierkowy, a trochę gorzki obraz jak ze starych pocztówek zupełnie mi się rozjechał. no bo też, kurka, to nie jest tak, najwyraźniej, że rodzisz się z takim czy innym darem i trudno, trzeba z tym jakoś żyć - chociaż oczywiście możesz urodzić się nieczłowiekiem - ale po prostu się czegoś uczysz. Bo tak chcesz. Bo to może dać ci przewagę. Przyznaję, że to spostrzeżenie dodało też kolejny rys w charakterze Lutki, bo teraz już kompletnie widzę ją jako osobę bez skrupułów. Inna sprawa, że całe społeczeństwo może żyć w takim zakłamaniu, że nawet iluzjoniści nie robią na nich wrażenia, no przecież, pod tym pudrem, pod kołnierzykami kryją się obrzydliwości. Ale jak to daleko musiało zajść?

A z tym wszystkim kontrastuje fabuła, która chociaż osnuta wokół morderstwa, sprawia wrażenie lekkiej, prostej i przyjemnej. Ale może tak nie jest. Może to kwestia perspektywy i niewrażliwości Lutki. Bo przecież przy tym wszystkim, przy niby postępowych poglądach, jawi się ona od początku jako osoba w głębi serca kompletnie pozbawiona delikatności i wrażliwości. Więc może faktycznie to tylko ona dobrze się bawi, jest tak pyszna. Ta jej motywacja... żeby po prostu mieć dobry materiał, ta rywalizacja z Szańcem, ta pogoń za sensacją. Ugh... No ale też Lutka jest produktem swojego czasu i sytuacji społecznej. I z jednej strony wydaje się, że po prostu temperament nie na te czasy, ale z drugiej, człowiek się pyta: a co to znaczy "nie na te czasy?"

Nie wiem, miesza mi się to wszystko w głowie, nawarstwia i całkiem szczerze przyznaję, że nie potrafię kompletnie ocenić, na ile jest to zamierzone, a na ile "tak wyszło" podczas opisywania perypetii Luci. Bo jeszcze jest cała ta kwestia poglądów. I tego, że podział społeczny na tych przynajmniej "nieco lepszych" a tych "złych" każących się gotować służbie we własnym sosie i pałających ogólną pogardą i do tego głupotą jest bardzo prosty i w sumie chyba będę zawiedziona, jeśli się okaże, że faktycznie mordercą czy zleceniodawcą raczej jest Wielopolski, a motywacje były obyczajowe lub majątkowe i Blumfeldówna jest czystą jak łza niewinną ofiara nienawiści rasowej. Bo owszem, to prawdopodobne, tak mogłoby być, ale to z kolei otwiera drogę do poważnych rozkmin społecznych, których tu nie ma i nawet nie za bardzo widzę dla nich miejsce. Nie z perspektywą subtelnej jak ruski czołg Lutosławy.

O, ale Szaniec wjechał na scenę i zaskarbił sobie moją olbrzymią sympatię, chociaż tak po prawdzie, to nie do końca wiem czym. No bo sama ta jego opieka nad Lutką jest dość uwłaczająca, więc raczej mnie tym nie rozczulił. Może tą szorstką postawą i faktem, że nie pasuje z nią do tego pudrowanego towarzystwa. On jest taki prawdziwszy i bardziej kanciasty. I może o to chodzi.

Nie wię, to nie jest dobry dzień na pisanie komcia, ale chciałam go napisać, o ^^
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Iluzjonistka

Post autor: Ag. » 20 lipca 2017, 23:33

Ten komentarz jest bardzo długi i zapewniam, że na początku posiadał jakąś strukturę. Ostatecznie może być trochę chaotyczny, za co przepraszam.

Przeczytałam wszystkie wstawki na raz i muszę powiedzieć, że mam zagwozdkę. Bo ta pierwsza jakoś nijak nie pasuje do tych następnych. Gdy zaczęłam czytać, miałam wrażenie, że ten tekst ma być bajką czy czymś w tym klimacie – no bo ta Lucia taka trzpiotka głupiutka, samochodzik jej się rozkraczył, pantofelek przemoczył, a tu wodnik przybył na ratunek. Nie wiem czemu, ale dla mnie to miało klimat wybitnie bajkowy, tak mi się po prostu styl tej sceny kojarzy.

A potem dostaję wywiad i całe to tło polityczne i to było takie jeb! w potylicę, że to wcale nie bajka, tylko całkowicie poważne klimaty. Ale całe to wprowadzenie i wywiad są mocno chaotyczne. A przecież sam świat jest ciekawy – mamy konflikty na tle rasowym i religijnym, mamy początki emancypacji, mamy w końcu magię. Tylko to wszystko jest tu wrzucone na raz i dla mnie to trochę za dużo. Można było to tło zarysowywać łagodniej, po trochu. Plus o ile jeszcze rozumiem rasizm czy ksenofobię, to nie bardzo ogarniam, skąd i a propos czego tam nagle wyskakuje homofobia.

Zwłaszcza że sam wywiad jest mało profesjonalny, ale o tym ciężko napisać, nie wchodząc w postać Luci, więc o tym jeszcze za chwilę, a teraz dalej o zmianie klimatu. Kolejna część, ta na komisariacie, jest dla mnie w zupełnie innym klimacie niż pierwsza wstawka. I przede wszystkim mam wrażenie, że jest też lepsza językowo – zdecydowanie lepiej mi się ją pisało. Co nie znaczy, że pewne rzeczy nie miały tam sensu, ale o tym za chwilę. Natomiast scena na bankiecie znów przywraca nadmiar informacji i chaos – momentami gubiłam się, o czym w ogóle postaci mówią. Albo pewnych szczegółów zabrakło, albo były tak opisane, że je przeoczyłam. Przykłady poniżej.
Kolejna skandalistka w rodzie... Jabłko, które spadło niedaleko od skażonej jabłoni...
? Rozumiem, że chodzi o to, co jest powiedziane później, że jej matka odeszła. Ale na tym etapie tekstu dla mnie to jest kompletnie niezrozumiałe i nie jestem pewna, czy czegoś po prostu nie przeoczyłam.
Czyli chodziło jedynie o to, aby nawiązać znowu do całego rodu. Ciekawe, jaką to sprawę miał do stryjka skoro postanowił to załatwić poprzez łatwego w kontaktach papę?
A tutaj to już kompletnie mnie zgubiłaś. Jakiego stryjka? O co chodzi? Aż przeczytałam początek tej wstawki od początku, ale się niczego nie dopatrzyłam.
Mogę zmienić się w smoka, jak Borkowska.
Trochę brakuje mi kontektu, by zrozumieć reakcje bohaterów. Nie wiem, kim jest Borkowska i czemu jest smokiem. Czy to było wcześniej?
To by się zgadzało. Dlatego tak bardzo broni Kościoła przed strażą. Nie mogą się, nawet zbliżyć. Jednak to nadal za mało, aby cokolwiek przeciwko niemu zrobić.
Tak bardzo się gubię o co chodzi :(
On stał się postacią kluczową do rozwiązania zagadki. Odetchnęła z tego powodu z ulgą. Przynajmniej nie będzie zmuszona oddawać się własnowolnie pod publiczny ostracyzm.
Po raz kolejny - ??? Nic z tego nie rozumiem. Jaki ostracyzm?

Problem stanowią też dla mnie ludzie w tle. Sprawiają strasznie niemile, zawsze wrogie wrażenie. Ciągle a to podsłuchują, a to obgadują, oglądają się, wytykają palcami... Wszyscy sprawiają wrażenie niewyżytych w tym mieście, ciągle niezdrowo ciekawych, podniecających się byle czym. O ile jeszcze rozumiem, że barman próbuje podsłuchać gwiazdę, to tu:
Nie słyszę tych chichotów i nie widzę pokazywania palcami
To już jest przesada. Dostojne, poważne towarzystwo oczywiście może plotkować, wymieniać jakieś spojrzenia i uwagi, ale tak chamsko wytykać palcami? No super kulturalni ludzie, naprawdę.
— Że odbierał ją Pan z komisariatu. Podobno straż zgarnęła ją z ulicy za nierząd — odparł Szaniec
Co zaś do tego fragmentu, to w pierwszej chwili myślałam, że to miał być chamski dowcip. Ale nie. Ktoś naprawdę plotkuje, że córka hrabiego stoi na ulicy jak pospolita dziwka. Naprawdę ktokolwiek byłby w stanie to powiedzieć/uwierzyć/przekazać dalej? Co jest nie tak z tymi ludźmi? Nie wyobrażam sobie ani wyższych sfer mówiących takie rzeczy, ani jakiejkolwiek córki hrabiego mogącej zachowywać się w taki sposób. Hrabianki i dziwki to są dwa odległe światy.

Co zaś do magii w tym świecie, to mam problem z nią problem. Bo wychodzi na to, że każdy, kto odebrał wystarczające wykształcenie, może dowolnie zmieniać swój wygląd. Do tego stopnia, że mąż nie wie, jak wygląda jego żona! Nie wiem, jak w takich warunkach można ufać komukolwiek, załatwiać cokolwiek i nie sprawdzać co dziesięć minut tożsamości wszystkich dokoła siebie.

A także taki mały drobiazg:
bo mimo że wyglądały słodko i niewinnie to były jednymi z najgroźniejszych istot w Królestwie.
Rusałki są super groźne, ale robią za kelnerki? Bycie najgroźniejszymi w Królestwie sugerowałoby jednak, że powinny mieć jakieś wpływy.

Tak więc całościowy klimat tego opowiadania jest bardzo trudny do określenia przez ten zmieniający się styl i nie wiem sama, co o nim myślę.

Dobrze, to teraz chwilę pomówmy o scenie na komisariacie. Po pierwsze – policjant opowiada o super brutalnych szczegółach, a ojciec i Alojzy nie reagują. Naprawdę? Żaden z tych trzech mężczyzn nawet przez chwilę nie ma refleksji, że dama nie powinna takich rzeczy słuchać? Po się kupy w realiach twojego świata nie trzyma.
Po drugie: Ot, przyszedł policjant i zamiast przesłuchać Lucię na dzień dobry zdradza jej wszystkie szczegóły, a potem jeszcze swoje domysły. I nawet jak się dowiaduje, że ta jest żurnalistką, nie przestaje gadać. Co od, za przeproszeniem, odpierdziela?
Po trzecie: to, że ot tak cywile zostają wciągnięci do śledztwa przez jakiegoś gościa, któremu wydaje się, że złapany podejrzany, który na dodatek się przyznał, jednak nie jest winny, jest zupełnie nierealistyczne. Mam wrażenie, że Lucia zostaje wkręcona w ten wątek, no bo musi, bo inaczej fabuła nie ruszy do przodu. A że dzieje się to z naruszeniem logiki, to tym gorzej dla logiki.

Podobał mi się za to ten fragment:
Założyła nogę na nogę, położyła dłonie na kolanie i wyprostowała się dumnie, aby nie pokazać, że jednak tamta uwaga ją zabolała. Jedno to o czymś myśleć, a co innego usłyszeć brzydką prawdę z czyichś ust.
Teraz przejdę do postaci:

Co do głównej bohaterki, to brzydko śmierdzi mi Mary Sue. Ładna, super utalentowana, bezczelna, wpycha się wszędzie i nie słucha niczyich rad, robi sobie co chce bez żadnych konsekwencji i tak dalej. Za nic lubić jej nie potrafię, choć na różnych etapach tekstu za różne rzeczy, bo tak jak zmienia się klimat tego tekstu, tak zmienia się i bohaterka. W każdej kolejnej wrzucie Lucia jest kimś innym.

Na początku zaczyna jako taka naiwna pannica, oderwana od rzeczywistości, bo wychowana co oczywiste w złotej klatce. Jednocześnie jakoś tam próbuje poszerzyć swoje horyzonty, ale w rozmowie z Aster wychodzi, jak tak naprawdę nie zna się na polityce i wielu spraw nie rozumie. Ot, trochę jest głupiutka. Zresztą sama Aster to zauważa:
Jako żurnalistka powinnaś umieć spojrzeć na problem szerzej
I może jej przerabianie wypowiedzi Aster jest fajne, ale w praktyce nie rozumiem celu tego wywiadu. Nic specjalnego w nim nie ma, Lucia żadnych tajemnic nie wyciąga, nie zachęca do szczerych zwierzeń. W ich przyjaźń łatwiej bym uwierzyła, gdyby Lucia od miesięcy urabiała Aster i namówiła ją w końcu do prawdziwego, pełnego brutalnej prawdy wywiadu. A że były przyjaciółkami po jednym spotkaniu? Niewielką ma to wartość, co widać po tym wywiadzie – Lucia nie potrafi przytrzymać jednego wątku, poprowadzić tej rozmowy, brakuje jej ciekawości, inteligencji, dociekliwości, a przede wszystkim jakże ważnej dla dziennikarza umiejętności zachęcenia kogoś do szczerzej spowiedzi. I to on record, nie off. Ponieważ Lucia tak naprawdę nie zdobyła zaufania Aster, bez przerwy musi się pilnować, uważać na zeszyt, nie wolno jej niczego naprawdę ciekawego napisać. Cały ten zmyślony wywiad w finalnej wersji będzie mieć z dwa akapity. Z tego wszystkiego wyłania mi się obraz słabej dziennikarki, ale...

...w następnych wstawkach wszystko to nie ma już znaczenia, bo zgodnie z zasadą Mary Sue okazuje się w następnym fragmencie, że brała udział w napisaniu jakichś super świetnych artykułów.
Przy poprzednich dwóch sprawach bardzo dokładnie ukryła przed nim swój udział. O pierwszej dowiedział się od szofera, a o drugiej od dziennikarza.
Ona? Ta dziewczyna, która prostego wywiadu nie umie przeprowadzić? Coś tu się nie zgadza. A i bohaterka nagle się zmienia – znika gdzieś jej naiwność, nagle staje się bystra, nagle widzi powiązania i rozumie wielką politykę, nagle też okazuje się, że jej magia jest super dobra i potężna (a już chciałam powiedzieć, że choć wprowadzasz magię, to w historii prawie w ogóle jej nie ma... to dostałam.). Nie rozumiem po prostu tej nagłej zmiany, ze wstawki na wstawkę postać ewoluuje coraz bardziej, ale bez żadnego uzasadnienia.

Na przykład tu:
Lutka pozwoliła ponieść się fantazji. Zaczytywała się w powieściach detektywistycznych, które rozbudzały jej nieokiełznaną ciekawość i sprawiały, że wszędzie szukała motywów. Dzięki nim trochę lepiej rozumiała świat, którego ojciec nie potrafił jej wytłumaczyć.
Już niczym nie przypomina tej zagubionej dziewczynki z mokrym trzewiczkiem. Jakby inna postać.
wykorzystywała te zdolności głównie do pracy.
Na tym etapie wiem, że Lucia pisuje zabawne felietony. Do tego potrzebna jej ta super magia?

Co zaś do Aster... to gdy przeczytałam ten fragment:
Była niewiele starsza niż ja.
To się na chwilę zawiesiłam, bo szczerze mówiąc, wyobrażałam sobie Aster co najmniej 40-letnią O_o w sumie jak teraz o tym myślę, to ma to sens, że były w podobnym wieku, ale Aster wydaje się po po prostu milion razy dojrzalsza i doświadczona, jakby mogła być matką głównej bohaterki… Cała to postać świetnie ci wyszła – kobieta rozdarta, zdająca sobie sprawę, że jeśli chce żyć tak jak chce, będzie musiała odrzucić miłość, wybierająca wolność, ale jednocześnie świadoma jej ceny i - nomen omen – ograniczeń. Kobieta, która dokładnie sobie wszystko przemyślała i osiągnęła stan zrozumienia pewnych ważnych spraw. Sto razy ciekawsza i lepsza od głównej bohaterki.

Literówki, przecinki i inne rzeczy:
Nawet niezwykle ułomny wodnik na ogół posiadał znacznie lepszą magię wody, niż jakikolwiek człowiek.
Magią się raczej włada, nie posiada.
aby otworzyli uniwersytety również na kobiety.
Wpuścili na uniwersytety? Otworzyli bramy uniwersytetów? Na pewno można to napisać poprawniej.
Szwajcari
Szwajcarii
Z jednej strony płeć piękna cieszyła się w tym kraju wielkim szacunkiem, lecz z drugiej – pozostawał pełen tradycjonalistów.
Podmioty się poplątały.
zaprowadziły ją prawie, aż do orientalnej
Niepotrzebny przecinek. I w ogóle można by przerobić to zdanie.
spytała, a tamta wyciągnęła rękę. Dostała miedziaka i posłała panience figlarny uśmiech.
Podmiot. Nasza bohaterka to wszystko zrobiła?
pójdą na występ chyba tylko, dlatego żeby
tylko po to, żeby
Tak, samo jak ja nie pozwalam się zniszczyć
przecinek zbędny
O to, że oni jedyne, czego potrzebują to przywódca.
Znowu zbyt pokręcone. Po prostu: brakuje im tylko przywódcy.
Mało, która z osób, jakie uważają za autorytety mogłaby ich przekonać do zmiany zdania.
Tak jak wyżej. Na co ci te wszystkie wtrącenia, przekombinowane zdania? Wystarczy: Mało który autorytet mógłby...
Typowe damskie spojrzenie zmrużonych, niczym u polującego kota oczu
Zbędny przecinek.
—Wie, pan co?!
Po raz kolejny zbędny przecinek. I w ogóle trochę nieładne słowa w ustach gentelmana.
—Powinnaś przekazać tę sprawę jakiemuś bardziej doświadczonemu koledze z Kuriera, Liciu —pouczył ją ojciec, kładąc nacisk na fakt, że jako kobieta nie powinna się tym zajmować.
Nie ma potrzeby aż podwójnie podkreślać, czytelnik nie jest głupi i wie, o co chodzi.
tyrrady
tyrady
Tak naprawdę to miał nadzieję, że wreszcie sparzy się ona wystarczająco mocno, aby przestraszyć i poddać.
Przedstaszyć i poddać co? Nie da się tu uciec od drugiego „się”.
— Chyba ta jej orientalność przypadła niektórym do gustu — przyznała, korzystajac z zasady: „nie dyskutuj z fanatykiem tylko przytakuj”.
Przecież ona tu z nim właśnie dyskutuje, a nie mu przytakuje tak w moim odczuciu?
odpysknąć.
Odpyskować.
Nie mogą się, nawet zbliżyć
Przecinek zbędny.
A jeśli, nawet to kara i tak spotkałaby jego służącego
A jeśli nawet, to…

Ogólnie więc ten tekst, jakkolwiek ma ciekawą fabułę i czyta się go nawet całkiem przyjemnie, gdy się omija błędy, to jest przede wszystkim mocno niespójny i niedopracowany. Za to stworzony przez ciebie świat jest świetny, bo wykorzystuje starą dobrą zasadę, by wykorzystać fantastykę do mówienia o współczesnych problemach, mam więc nadzieję, że dalej będziesz mądrze wykorzystywać te wszystkie polityczno-społeczne napięcia.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

ODPOWIEDZ