Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Maszyna zagłady

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Maszyna zagłady

Post autor: nuklearna_wiosna » 14 października 2015, 00:38

Maszyna zagłady

Straszliwa, śmiercionośna broń obcych miała bardzo krótkie, bardzo czarne włosy i obcisłą koszulkę w kolorze khaki.
- Jesteś pewien? - zapytał Kai.
- Jestem tak daleki od pewności, jak to tylko możliwe – odparł ponuro Sven, lekarz pokładowy, w zamyśleniu skubiąc jednego ze swoich imponujących blond dreadów.
- Kapitan mówiła...
- Nie wątpię, że mówiła. Ona na każdy temat ma coś do powiedzenia! – przerwał rozdrażniony. - Jej teoria jest równie prawdopodobna jak każda inna i ani trochę bardziej.
- Tę dziewczynę znaleziono w opuszczonej bazie Mędrców, głęboko pod ziemią, w celi zabezpieczonej tak, że z powodzeniem można by trzymać tam głowicę nuklearną. Tyle że ta cela była wyposażona jak komfortowy apartament. Naprawdę sądzisz, że to było więzienie?
- Przecież mówię właśnie, że nic nie sądzę.
- Jest tak, jak twierdzi kapitan. Ta kobieta, czy... cokolwiek to jest... ma w sobie niszczycielską moc. Trzymali ją tam jako broń.
Sven spacerował po laboratorium, spoglądając raz po raz w kąt, gdzie, za grubą szybą, siedziała domniemana maszyna zagłady. Zwykle wykorzystywał to pomieszczenie do przechowywania okazów obcej fauny. Teraz na szybko musiał przystosować je dla człowieka.
No, w każdym razie dla kogoś, kto człowieka do złudzenia przypominał.
- Tak, to niezwykle ciekawe – odezwał się w końcu. - Doceniam dramaturgię, naprawdę. Tylko że ja ją zbadałem, Kai. I zapewniam cię, że nie ma w niej nic, czego być nie powinno. Ani jednej komórki obcych, ani jednej modyfikacji genetycznej, żadnych zbrojeń. Nie wybuchnie, nie wyrosną jej z rąk armaty, nie zacznie strzelać laserami z oczu. Bardzo mi przykro, że cię rozczarowuję.
- To nie chodzi o...
- Spokojnie. Rozumiem potrzebę zachowania ostrożności. - Sven jakby czytał mu w myślach. - Nie narażę załogi.
- Nie głupio ci? - spytał Kai niepewnie, zmieniając temat. - Jak tak siedzi i się gapi?
- Powiedziałbym, że to raczej my gapimy się na nią. W końcu to ona jest tu więźniem. Proponowałem, że wyłączę przezroczystość, żeby miała trochę prywatności, ale prosiła, żebym w ciągu dnia zostawiał tak, jak jest.
- Rozmawiałeś z nią?
- Cały czas z nią rozmawiam. Na czas twoich odwiedzin wygłuszyłem jej celę, ale normalnie mam włączoną obustronną komunikację. Nie narzekam tu na nadmiar towarzystwa, więc miło mieć do kogo otworzyć gębę.
- I... i co?
- Nic właściwie. Jest miła. Normalna. Nie pamięta niczego ze swojej przeszłości, więc za wiele się od niej nie dowiemy.
- Wiesz, że i tak będę musiał ją przesłuchać.
Sven wzruszył ramionami.
- A przesłuchuj. Spodziewam się, że chętnie z tobą pogada. Jest dość otwarta. Prawdę mówiąc z zadziwiającą pogodą ducha znosi swoje położenie.
- Może to mordercze plany utrzymują ją w dobrym humorze...
- Dałbyś już spokój, naprawdę!

Kai nie miał najmniejszego zamiaru dać spokoju.
Siedząc w kajucie nad resztką kolacji, przyznawał sam przed sobą, że obecność dziewczyny na pokładzie niepokoi go. Jako pierwszy oficer poczytywał sobie za punkt honoru trzymać rękę na pulsie i mieć wszystko pod kontrolą. Niewiedza i niepewność doprowadzały go do szaleństwa.
I jeszcze Sven!
Kai osobiście bardzo lubił i cenił młodego lekarza. Niełatwo obdarzał kogokolwiek sympatią i fakt, że był w stanie nawiązać z nim tak bliską relację, mówił sam za siebie. Teraz jednak związek ten zaczynał mu ciążyć. Sven nie od dzisiaj grabił sobie u pani kapitan, a jego lekceważący stosunek do jej ostatnich podejrzeń zdecydowanie mu nie pomagał. Kai wiedział, że czara goryczy prędzej czy później się przeleje. Nie chciał, by go z tym w jakikolwiek sposób powiązano.
- O, jesteś! - Wślizgnęła się jak zwykle niepostrzeżenie. Nie miała zwyczaju pukać. - Svena nie ma. To dobrze.
Zerwał się z miejsca.
- Pani kapitan...
- Spocznij. Siadaj.
Spoczął i usiadł. Kapitan zajęła miejsce po przeciwnej stronie stołu. Musiała przykucnąć na krześle, bo gdyby usiadła, znad blatu widać byłoby jej tylko głowę. Była tak niska i drobna, że przy pierwszym spotkaniu ludzie brali ją za dziecko.
- No? - zapytała bez zbędnych wstępów. - Jak wrażenia?
- Trudno powiedzieć – odparł zamyślony. - Sven mówi, że nie znalazł żadnych modyfikacji.
- A ona? Rozmawiałeś z nią?
- Nie.
- A powinieneś. Musisz. - Odruchowo odgarnęła z czoła nierówno obciętą rudą grzywkę. - Jeszcze dzisiaj zorganizujemy przesłuchanie. Potrzebna mi twoja opinia. Svenowi nie ufam.
- Wiem, że bywa zbyt... - zabrakło mu słowa. - Ale nie sądzę, żeby...
- Ja też nie sądzę żeby. A przynajmniej bardzo bym chciała nie sądzić. Ale za mocno zależy mu, żeby mieć rację i to mnie martwi. Wykorzystuje fakt, że jest jedynym lekarzem na pokładzie i że jesteśmy uzależnieni od jego osądu. Gotów pominąć coś ważnego, byle tylko jego było na wierzchu.
- Nie znam się na medycynie.
- Na medycynie pewnie nie. Ale potrafisz obserwować, masz łeb na karku. Zrób z niego użytek.
- Tak jest!

Ta misja od początku wydawała się dziwna. Rząd nie ucieka się do pomocy najemników, jeśli nie musi. Skoro się do nich zwrócili, to znaczyło, że bali się wysłać swoich. Pierwsze czerwone światełko powinno już wtedy zapalić się w głowach załogi „Ifryta”. Może nawet zamrugało słabo, ale zaraz zgasło. Ostatecznie od tego byli. Żeby wysyłać ich tam, gdzie innym z różnych powodów się nie spieszyło.
Po drugie – baza Mędrców.
Mało komu pozwalano choćby wylądować na którejś z ich platform, a co dopiero wejść do bazy! Mędrcy stanowili najmniej otwartą ze wszystkich koegzystujących w przestrzeni ras. Nie okazywali nikomu jawnej wrogości, ale – choć założyli nieduże kolonie na wszystkich ośmiu planetach - unikali integracji. Nie mieli swoich przedstawicieli w Międzyplanetarnym Kongresie, odprawiali z kwitkiem poselstwa, nie interesowali się nikim i nie życzyli sobie, by interesowano się nimi. W końcu Kongres podjął decyzję o zostawieniu Mędrców w spokoju. Nie bardzo mógł zresztą zrobić cokolwiek innego. Mędrcy, z tego, co udało się dowiedzieć, dysponowali technologią znacznie przewyższającą wszystko, co stworzyły pozostałe rasy. Próby wywierania na nich nacisku byłyby więc wyjątkowo nierozsądne.
Wszystko to oczywiście wzmagało tylko ciekawość. O Mędrcach krążyły różne mrożące krew w żyłach opowieści. I oto nagle od rządu przyszła wiadomość, że jedna ze sfilmowanych przez ziemską sondę baz na platformie Mędrców sprawia wrażenie opuszczonej, mimo że nie ma żadnych wcześniejszych zapisów świadczących o jej porzuceniu. W porozumieniu z przedstawicielami pozostałych ras zdecydowano, że Ziemia wyśle swój statek na rekonesans w razie gdyby, jak powiedziano, zaistniała potrzeba udzielenia pomocy ewentualnym mieszkańcom bazy.
Padło na „Ifryta”. Był po prostu najbliżej.
Kai nie poszedł na rozpoznanie, wszystkie informacje miał więc z drugiej ręki.
W bazie nie znaleziono żadnych legendarnych technologii Mędrców. Właściwie wyglądała jak zwykły opuszczony obiekt wojskowy z nader skromnym laboratorium. Żadnych tajemniczych artefaktów, żadnych sekretnych receptur. Tylko labirynt zimnych korytarzy i mroczne sale, wśród których przeważały pokoje mieszkalne.
Nic nie było zdemolowane. Żadnych śladów walki.
Gdyby wysłany na zwiad zespół nie działał tak metodycznie, zapewne szybko wróciłby na statek i zameldował, że w bazie nikogo nie ma. Najemnicy byli jednak dobrze wyszkoleni. Przeczesali obiekt kawałek po kawałku i na najniższym poziomie znaleźli doskonale zabezpieczony boks, w pełni umeblowany i wyposażony.
W środku siedziała ona.
Wyglądała jak zwykła ludzka kobieta. Nie potrafiła powiedzieć, kim jest, ani jak znalazła się w bazie. Pamiętała, że Mędrcy robili jej jakieś badania, ale nie wiedziała, jakie. Podobno nie bolało.
Kai nie widział w tym sensu.
Mędrcy nie musieli przecież porywać ludzi do badań. Prawdopodobnie i tak wiedzieli o nich więcej, niż oni sami o sobie. Nie wydawało się też, by dziewczyna była zakładniczką. Nie, oni po prostu trzymali ją w bazie, badali w niewiadomym celu, a potem... zniknęli.

- Dobry wieczór. Kai Nakahara.
- Dobry wieczór. Zdaję sobie sprawę, że uprzejmość nakazuje się przedstawić, ale niestety nie pamiętam mojego imienia. Mędrcy w bazie mówili na mnie Cala, ale nie jestem pewna, czy tak się właśnie nazywam.
Uśmiechała się. Nie butnie i bezczelnie, jak to się często zdarza więźniom na początku przesłuchania. Nie przymilnie i służalczo, jak to również często zdarza się więźniom na początku przesłuchania. Nie. Uśmiechała się zwyczajnie, tak po prostu, jakby spotkali się na kawie w jakimś miłym miejscu. Patrzyła na niego z ciekawością. Bez złości. Bez strachu.
Poczuł się dziwnie.
Nie wykluczono w stu procentach możliwości, że dziewczyna jest nosicielką jakiegoś wirusa, Kai zatem przesłuchiwał ją w laboratorium, by mogła pozostać za swoją szybą. Sven niechętnie opuścił pomieszczenie, nie ukrywając co myśli o wywalaniu go z jego własnego królestwa.
- Nie pamięta pani swojego imienia? - Kai udał zdumionego. Wiedział, że nie pamięta, a przynajmniej tak twierdzi. - A cokolwiek innego? W ogóle coś pani pamięta?
- Niczego sprzed bazy. Ani tego, jak się tam dostałam. Sam pobyt pamiętam, ale niewiele jest do opowiadania. Mówiłam już wszystko doktorowi. I waszej pani kapitan.
- Więc proszę powiedzieć i mnie.
- W porządku. - Wzruszyła ramionami.
Zrelacjonowała wszystko to, co i tak już wiedział. Nic nowego. Nic, co zwróciłoby jego uwagę.
- Jacy oni są? - zapytał. - Mędrcy? Niewielu ludzi miało z nimi kontakt...
- Są... och, są... chyba w porządku. Byli dla mnie dobrzy. Nie sądzę, żeby chcieli czegoś złego. Na pewno mają swoje plany, ale i tak byśmy ich nie zrozumieli.
- Porwali panią. Prawdopodobnie w jakiś sposób usunęli wszystkie wspomnienia. Badali, nie zdradzając, w jakim celu. Trzymali w klatce.
- Nie w klatce, tylko...
- Nie nienawidzi ich pani? Nie jest pani wściekła? Przestraszona? Nie ma pani traumy?
- Dla pańskiej przyjemności i własnego świętego spokoju mogłabym powiedzieć, że owszem, mam straszliwą traumę i jestem w rozpaczy, albo że nie spocznę, póki nie dokonam na nich krwawej zemsty. Ale zakładam, że jednak zależy panu na szczerości, prawda? Nie mam żadnej traumy. Wszystko jest w porządku.
- Wie pani, czemu baza opustoszała? - zapytał, powstrzymując się od uwagi, że jego zdaniem nic tu nie jest w porządku. - Gdy tam przyszliśmy, Mędrców już nie było. Była tylko pani.
- Prawdopodobnie odeszli – powiedziała po prostu.
- Dokąd?
- Nie wiem, nie zwierzyli mi się.
- Zostawili panią samą. Gdybyśmy nie przybyli, umarłaby pani w tej celi. Jak długo była pani sama?
- Czy ja wiem? Kilka dni. Miałam w mojej kwaterze jedzenie i picie. Nie niepokoiłam się, prawdę mówiąc. Myślałam, że to część planu i że niedługo wrócą. Gdyby nie wrócili, pewnie faktycznie w końcu bym umarła. Ale miałam szczęście i znaleźliście mnie.

- Niemożliwe – zawyrokował Kai. - Niezależnie od tego, co Sven mówi na temat jej biologii, reakcje, które obserwowałem, nie były ludzkie. Żaden człowiek tak by się nie zachował.
- Jeżeli definiujesz człowieczeństwo poprzez odczuwanie urazy, to gratuluję nastawienia do rzeczywistości! - obruszył się Sven.
Kapitan westchnęła.
Siedzieli we troje w czymś, co od biedy można było nazwać salą konferencyjną. W końcu poważna narada wymaga poważnego otoczenia. Tylko oni, jak do tej pory, znali wszystkie aspekty sprawy. Statek rzecz jasna huczał od plotek. Zresztą nie tylko statek. Ziemski rząd uparcie domagał się raportu, zapewne dlatego, że sam był mocno ciśnięty przez wyższe instancje. Prawdopodobnie cała galaktyka z zapartym tchem oczekiwała na wieści. Załoga „Ifryta” nie mogła ignorować tego w nieskończoność.
- Wcale nie definiuję człowieczeństwa. Nie jestem od tego. Po prostu wiem, co widziałem. Ta kobieta nie jest w szoku, nie wydaje się zagubiona, mimo że nie ma najmniejszego pojęcia, co się wokół niej dzieje. Mędrcy zostawili ją na pewną śmierć, a ona mówi o tym jak o niewartym uwagi incydencie. To nie jest normalne! Ona nie jest normalna!
- Dlaczego akurat ty miałbyś wyrokować o tym, co jest normalne? W moim odczuciu ona jest najnormalniejsza z nas wszystkich!
- Myślę, że oni ją stworzyli – powiedział cicho Kai. - Myślę, że powstała tam, w laboratorium. Nie ma wspomnień, bo przed tym, jak znalazła się w bazie, po prostu jej nie było. Powołali ją do istnienia w jakimś celu. Jest...albo miała być... narzędziem. Może zrobili takich więcej, a to był jakiś nieudany model, dlatego ją zostawili...
- Kai, nawet Mędrcy nie są w stanie ot tak sobie produkować ludzi - powiedział Sven tym swoim irytującym „nie-wierzę-że-muszę-ci-to-tłumaczyć” tonem. - Już dawno ustalono, że mimo całego swojego technologicznego zaawansowania, to nie oni są Stwórcami. Stwórców prawdopodobnie będą szukać jeszcze całe pokolenia po nas. I możliwe, że nigdy nie znajdą.
- Nie mówiłem nic o produkowaniu ludzi – sprostował Kai. - Bo ona nie jest człowiekiem. Nawet jeśli, jak mówisz, biologicznie jest nie do odróżnienia, to brakuje jej... nie wiem, jak to nazwać...
- Duszy? - rzucił kpiąco Sven.
- Może...
- Panowie, do rzeczy! - Kapitan zabrała głos po raz pierwszy od rozpoczęcia narady. - Mamy ustalić, co z nią zrobimy. Moja propozycja jest następująca: wysyłamy ją na Ziemię, zgarniamy nasze pieniądze, a potem zapominamy o sprawie i lecimy gdzieś, gdzie zgarniemy jeszcze więcej pieniędzy. Nie ukrywam, że ewentualny sprzeciw nie jest mile widziany.
Sven wyglądał, jakby „ewentualny sprzeciw” cisnął mu się na usta, ale nic nie powiedział. Kai kiwnął tylko głową. W końcu ich zadaniem było przeczesanie bazy i zbadanie tego, co znajdą w środku. Zadanie wykonane, resztą niech martwią się inni.
Filozofia najemnika.
- Zatem postanowione. - Kapitan uderzyła otwartą dłonią w stół, jednak nie przyniosło to spodziewanego efektu. W dużej, prawie pustej sali rozległo się jedynie ciche, niepewne plaśnięcie.
Doskonałe podsumowanie rozmowy, pomyślał Kai.
Zamiast wykrzyknika drżący, wkurwiający wielokropek.

- Ziemia jej nie weźmie – oznajmiła następnego dnia pani kapitan. - Obawiam się, że nikt jej nie weźmie. Chyba nie wierzą, że nie wybuchnie. Ja też swoją drogą nie wierzę, dlatego wcale mi się nie uśmiecha trzymanie jej na statku. Wysłałam rządowi wszystko, co mamy. Zgadzają się z nami, że ta... osoba?... że może być niebezpieczna. Dlatego jej nie chcą. Wolą, żeby w razie czego rozpiździła nasz skromny statek, niż całą planetę. W gruncie rzeczy logiczne. Tylko że ja nie mam ochoty siedzieć na bombie nie wiadomo jak długo! Mamy zalecenie, by wyeliminować ją jedynie, gdy stworzy bezpośrednie zagrożenie.
- Wtedy może być już za późno – mruknął ponuro Kai.
- Nie stworzy żadnego zagrożenia - burknął Sven w tym samym momencie. - Przecież powiedziałem. Żadnych armat zamiast rąk, żadnych rakiet w tyłku... Przestańcie panikować. Nie jest niczym zarażona, nie promieniuje, generalnie stanowi okaz zdrowia. Jest inteligentną i sympatyczną młodą kobietą, więc zamiast ją demonizować, spróbujcie się z nią po prostu zaprzyjaźnić!
- Po prostu zaprzyjaźnić! - jękną Kai ze zgrozą.
- A tak! Tobie by się akurat przydało! Twoje uprzedzenia...
- Że co?!
- Dosyć! Jesteście nie do wytrzymania! Wybacz, Sven, ale chyba darujemy sobie przyjaźń z nią. Niestety musimy ją tu trzymać, póki Kongres nie skontaktuje się z Mędrcami i nie wyjaśni tej sprawy. To może potrwać, więc... hm. Bądźcie ostrożni. Uważajcie.
- Na co? - zapytał Sven zaczepnie.
Kai sądził, że kapitan się rozzłości, ona jednak patrzyła zamyślona przed siebie niczym nie zdradzając, że w ogóle go usłyszała.
- Na co mamy uważać? - powtórzył Sven.
- W sumie dobre pytanie. - Kapitan, ku zaskoczeniu Kaia, uśmiechnęła się. Uważajcie, po prostu. Na wszystko. Tak dla pewności.
II - Wariactwo! Czyste wariactwo! - gorączkował się Sven. - Idziemy na wojnę z czymś czego nie rozumiemy! To się źle skończy!
- Obowiązku nie ma – przypomniał sucho Kai i wysiorbał resztkę zupy z dna miski. - Kapitan pozwoliła odejść tym, którzy nie chcą lecieć.
Prawdę mówiąc wolałby, żeby lekarz faktycznie opuścił statek. Od dwóch tygodni mieszkali w osobnych kajutach, a widywali się jedynie podczas wspólnych posiłków. Wzajemne unikanie się za wszelką cenę obaj uznawali za zbyt dziecinne, bywało więc, że zamienili czasem kilka słów. Mimo wszystko Kai znosił tę sytuację znacznie gorzej, niżby się tego po sobie spodziewał. Sven przeciwnie, chyba odczuwał ulgę. Wreszcie mógł spokojnie zająć się swoim nowym obiektem zainteresowania.
- Jeśli oddadzą mi Calę, odejdę choćby dzisiaj – oznajmił właśnie.
Kai westchnął.
Wiedział, że Sven prawdopodobnie nie kochał Cali, tak, jak nigdy nie kochał jego. Dziewczyna była jednak w stanie wzbudzić w nim uczucie, którego Kai od dawna już wzbudzić nie potrafił.
Ciekawość.
Sven przez całe życie szukał nowych doznań, kolekcjonował wrażenia, unikając stałości i rutyny. Gdy tylko jego kolejna ekstrawagancja zmieniała się w normę, wycofywał się i znajdował sobie kolejne dziwactwo.
Związek z Kaiem też stanowił dla niego tylko przygodę. Nigdy wcześniej nie był z mężczyzną, a oto miał okazję sprawdzić, jak to jest. Sprawdził więc, a teraz, mając do wyboru kontynuowanie tej znajomości i uwiedzenie domniemanej maszyny zagłady, nie zastanawiał się długo. Wprawdzie wciąż utrzymywał, że Cala nie jest niebezpieczna, musiał jednak przyznać, że stanowiła zagadkę. A na Svena nic nie działało lepiej niż zagadka.
Kai wiedział, że tak to się kiedyś skończy, ba, nawet sam od dłuższego czasu rozważał rozluźnienie relacji, a jednak gdy to już się stało, czuł się źle i ulżyłoby mu zdecydowanie, gdyby Sven poszedł do diabła. On jednak najwyraźniej nie zamierzał.
Nie bez Cali.
- Nie mogą ci jej oddać – powiedział Kai. - Wciąż nie wiadomo, czym ona jest.
Kilka dni po opublikowaniu jej portretu przyszła wiadomość z jednej z ziemskich uczelni. Rozpoznali dziewczynę, jako zaginioną przed kilkoma miesiącami doktorantkę, co oznaczało, że Mędrcy faktycznie uprowadzili ją i w jakiś sposób zmienili, Sven wciąż jednak nie ustalił charakteru tych zmian. Zdaniem kapitan dlatego, że wcale się nie starał. Istniała też możliwość, że nauka i technologia Mędrców były po prostu zbyt zaawansowane, by pozostałe rasy za pomocą swoich narzędzi mogły odkryć cokolwiek.
Ostatecznie w końcu Rada zarządziła przygotowanie odpowiednio zabezpieczonego schronu na jakiejś platformie z dala od siedzib rozumnych ras i przetransportowano tam dziewczynę, ku rozpaczy Svena. Skompletowano też zespół badawczy, który miał potwierdzić dotychczasowe ustalenia. Wszyscy obawiali się, że Cala – okazało się, że to jej prawdziwe imię – stanowi ultranowoczesną bombę z opóźnionym zapłonem i aktywuje się, gdy Mędrcy uznają, że nadszedł czas.
- No właśnie. Nie mogą mi jej oddać. - Sven podniósł się z krzesła. - Dlatego ja nie mogę odejść. Tylko zostając z wami mam jeszcze szansę ją zobaczyć. O ile podczas tej waszej chorej inwazji Mędrcy nie rozpieprzą nas wszystkich na nanocząsteczki.
Po tych słowach odwrócił się i odszedł. Kai został sam nad pustą miską, a ostatnie wypowiedziane przez Svena zdanie, wciąż odbijało mu się echem pod czaszką.

Gdy tylko ziemski rząd przekazał Kongresowi raporty z „Ifryta”, wystosowano pierwsze wezwanie do rozmów. Odpowiedź nie nadeszła, podobnie jak na kolejne i jeszcze następne. Mędrcy nie przyjęli też ani jednego poselstwa, nie podając powodu. Prawdę powiedziawszy po prostu ignorowali statki, lądujące przed ich bazami. Uparcie siedzieli w środku, zamknięci na cztery spusty.
To też nie było normalne. Fakt, byli skrytym ludem i nie nawiązywali kontaktów z innymi rasami, nawet, jeśli dzielili z nimi planetę, ale we własnym gronie funkcjonowali normalnie. Każdą bazę otaczała osada, w której toczyło się codzienne życie. Obecnie osady opustoszały. Większość gdzieś odleciała, a ci, którzy zostali, zabarykadowali się w głównym budynku bazy. Tak było na wszystkich ośmiu planetach.
Rada uznała jednomyślnie, że są to działania zbrojeniowe, o tyle niebezpieczne, że w wyniku ewentualnego ataku mogły ucierpieć jednocześnie wszystkie planety. Dlatego też zapadła decyzja o uprzedzeniu ataku.
Mędrcy budowali swoje bazy na odludziach, ewakuacja ludności, mogącej znaleźć się w polu rażenia, przebiegła więc szybko i sprawnie. Przez cały ten czas próbowano nawiązać kontakt, w nadziei, że inwazja nie okaże się konieczna. Mędrcy, swoim zwyczajem milczeli, a zdesperowany Kongres panikował coraz bardziej. Tym właśnie – aktem desperacji i paniki – był według Kaia cały ten jutrzejszy atak. I, choć mu tego nie powiedział, zgadzał się ze Svenem.
To czyste wariactwo i źle się skończy.
Pozostawała jeszcze kwestia Cali. Nie było większych wątpliwości co do tego, że właśnie ona będzie stanowiła decydujący element tej rozgrywki. Na razie była w rękach Kongresu.
Ale Kai wcale nie był pewien, czy to dobrze.

Baza stała pośrodku niczego i sprawiała wrażenie całkowicie wymarłej.
- Finlandia – mruknął któryś z nawigatorów, obserwując obraz na monitorze. - Nie mogli się usadowić w jakimś przyjemniejszym klimacie?
- Robi ci różnicę? - zapytał ktoś.
- Koło chuja mi lata. Tak tylko mówię, żeby...
- Cisza! - Kai stał na mostku, próbując się uspokoić, a gadanie załogi wcale mu w tym nie pomagało. - Skupcie się.
Drugi monitor zamigotał i wyświetlił krótki tekst ostatecznego wezwania do rozmów.
Niech odpowiedzą. Niech się odezwą. Kai złapał się na tym, że powtarza w myślach te zdania jak zaklęcia. Niech to się okaże pomyłką. Jakimś ponurym żartem. Nie powinniśmy. Nie możemy! Przecież... Przecież możliwe, że oni nas nie zrozumieli. Być może wcale się nie zbroją. Może po prostu siedzą tam, a my...
Prawdę mówiąc nie sądził, żeby to było możliwe. Wiedział, że translatory Mędrców działają dobrze. Wcześniej zdarzyło się kilka sytuacji, w których komunikacja z nimi okazała się niezbędna i kontakt, choć krótki i bardzo oficjalny, przebiegł bez zakłóceń.
Elektronicznie wzmocniony głos kapitana statku dowodzącego odczytał wezwanie trzy razy. Bez skutku.
Żeby chociaż otworzyli ogień, myślał Kai, wiedząc, jak absurdalnie to brzmi. Do tej pory zawsze był pewien wrogich intencji tych, do których strzelał. Tym razem nie był pewien niczego i nie pomagała nawet świadomość, że ostatecznie to nie on wyda rozkaz bombardowania.
„Ifryt” wraz z jednym statkiem rządowym, stanowiły wyłącznie wsparcie. Dwa okręty bojowe przeznaczono do zrzucenia bomb, piątą i ostatnią maszyną był statek dowodzący. Takie same grupy wysłano na pozostałych siedem planet, na których Mędrcy założyli swoje bazy. Wszystkim kierował Przewodniczący Rady Bezpieczeństwa ze swojej siedziby.
Kai zerknął na panią kapitan. Nie wyglądała najlepiej. Uczestniczyła w misji dobrowolnie, zaproponowano jej to jako dowódcy statku, na którym wszystko się zaczęło. Jej mina wskazywała jednak na to, że żałuje swojej decyzji.
Sven siedział w laboratorium i udawał, że nic go to wszystko nie obchodzi.
Kai miał nerwy napięte do ostatnich granic. Był zły na siebie, że tak ostro uciszył załogę. Może ich rozmowy choć trochę byłyby w stanie rozładować napięcie, a tak to nerwowe pochrząkiwania i szelest kombinezonów tyko je potęgowały.
Cokolwiek się stanie, wszystko będzie lepsze od tego czekania, pomyślał Kai.
I wtedy padł rozkaz.
A potem kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.
Rozległ się stłumiony huk. Chmura pyłu przysłoniła wszystkie monitory. Była zbyt gęsta i nieprzenikniona, jak na przewidywany efekt eksplozji. Nie przypominała kłębów dymu, które spodziewali się zobaczyć. Nie dało się też nigdzie dostrzec ognia, choć przecież zbombardowana baza musiała właśnie płonąć. Tajemnicza chmura, zamiast rozwiewać się, gęstniała. Pochłonęła obrazy i dźwięki, pozostawiając na monitorach sinawą nicość.
W tej samej chwili zawył alarm. Wśród załogi nastąpiło poruszenie, ale wszyscy pozostali na miejscach. Komunikacja między statkami wciąż działała. Z głośników dochodziły okrzyki.
- Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień! - usłyszał z Kai. Nie miał pojęcia, czy był to rozkaz, czy tylko czyjeś pobożne życzenie.
Czerwone kontrolki migotały, syrena zawodziła, a członkowie załogi spoglądali po sobie niepewni, czy pozostać na stanowiskach, czy realizować procedurę kryzysową. Nikt nie kwapił się zanadto, by im to powiedzieć.
- ... wstrzymany – zachrzęścił znów głośnik. - Na pięciu planetach zdążyliśmy zatrzymać...
Na pięciu planetach. Na pięciu... Co... co z pozostałymi trzema, myślał gorączkowo Kai. Co z Ziemią? Co z... z moim domem?!
- Kurwa, co to jest?! Co się stało?! - załoga bez trudu przekrzykiwała alarm. W głosach ludzi słychać było panikę.
I w końcu padło to słowo, którego Kai obawiał się najbardziej. Jakby fakt, że nie zostanie wypowiedziane mógł powstrzymać samo zjawisko.
Ze statku dowodzącego nadszedł sygnał do odwrotu i rozkaz realizacji procedury kryzysowej na wypadek skażenia.
Skażenie. Słowo to, zamiast spotęgować chaos, paradoksalnie sprawiło, że załoga uspokoiła się. Na większość z nich, w przeciwieństwie do Kaia, nazwanie rzeczy po imieniu podziałało dobrze. Wróg zyskał twarz.
Komunikacja z pozostałymi statkami została unormowana. Przewodniczący Rady Bezpieczeństwa otrzymał zbiorczy raport i wezwał wszystkie jednostki do lądowania na jednej z medycznych międzyplanetarnych platform rządowych.
Kapitan „Ifryta”, blada i spięta, ustawiła kurs, po czym oznajmiła uruchomienie protokołu awaryjnego. Osobiście nadzorowała komorę dezynfekcyjną, przez cały czas nie mówiąc ani słowa. Nie odezwała się, gdy wszyscy po kolei pobierali z magazynu kombinezony ochronne i wkładali je sprawnie i również w milczeniu.
- Do czasu lądowania nie wolno nam poruszać się po statku, niczego dotykać, tym bardziej jeść czy pić – warknęła w końcu, gdy byli gotowi. - Teraz pójdziemy do szpitala i zajmiemy wszystkie izolatki, jakimi dysponuje doktor Sven.
- Nie jestem pewien, czy on dysponuje jakąkolwiek izolatką – mruknął Kai, zanim zdążył się powstrzymać.
Kapitan rzuciła mu nieodgadnione spojrzenie.
- Zaraz się okaże, prawda? - powiedziała sucho.
- A właśnie – zorientował się Kai. - Gdzie w ogóle jest Sven?
- Też się zaraz okaże.
Nie trzeba było na to długo czekać.
Nim ktokolwiek zdążył choćby wykonać choćby krok w stronę drzwi, te otworzyły się i stanął w nich lekarz pokładowy we własnej osobie. Nie włożył kombinezonu. Miał na sobie zwykle, cywilne ubranie, na które narzucił rozpięty kitel. Z całej jego postaci biło coś dziwnego – ręce wbił w kieszenie, a wzrok w podłogę i stał tak bez słowa, pozwalając, by reszta załogi gapiła się na niego w zdumieniu. W pierwszej chwili Kai mylnie odczytał tę pozę jako poczucie winy, wręcz próbę odpokutowania jej, poprzez bezsensowny akt autodestrukcji. Bo jaki mógł być inny powód, dla którego lekarz tak lekkomyślnie miałby ryzykować skażenie nieznaną substancją?
Chciał na niego wrzasnąć, potrząsnąć nim, zmusić, by, jak wszyscy, zastosował się do procedury i nie urządzał demonstracji. Kapitan miała chyba podobny zamiar. Prychnęła gniewnie, zapewne szykując się do ostrej reprymendy, zakończonej rozkazem natychmiastowego wypierdalania do komory dezynfekcyjnej, głos jednak uwiązł jej w gardle, gdy Sven uniósł wreszcie głowę i uśmiechnął się drwiąco, bynajmniej bez śladu skruchy.
- Jak już skończycie martwić się o swoje tyłki, przyjdźcie wszyscy na pokład – powiedział. - Możliwe, że jest tam coś, co was zainteresuje.
Jakby na potwierdzenie jego słów, zawieszony pod sufitem głośnik przemówił głosem Przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa.
- Załogi wszystkich statków mają niezwłocznie stawić się na głównym pokładzie. Powtarzam...
Nie musiał powtarzać.
Gdy dobiegli na miejsce, głośnik wciąż jeszcze skrzeczał.
- Proszę o zachowanie spokoju. Transmisja będzie odbywać się na żywo...
- Jaka transmisja? - zapytał Kai.
Kapitan nie odpowiedziała. Uruchomiła komunikator.
- Załoga „Ifryta” melduje się na pokładzie – powiedziała do mikrofonu. - Panie Przewodniczący, co się dzieje?
- Mędrcy nawiązali kontakt.
Kilka osób głośno wciągnęło powietrze.
- Teraz? - warknęła kapitan. - Chyba trochę za późno na stawianie żądań!
Monitor błysnął, obraz zafalował i oto oczom załogi ukazała się twarz. Była prawie ludzka, tylko bardziej nieruchoma. Przypominała maskę, a oczy nie miały w sobie głębi.
- Nałożył hologram – mruknął Kai, choć przecież dla wszystkich było to oczywiste. Posługiwanie się hologramami stanowiło częstą praktykę w kontaktach pomiędzy zamieszkującymi różne planety ludami. Znacznie łatwiej było skupić się na rozmowie, mając przed oczami znajomy widok, a nie czułki, macki i wachlarze.
- Może my też powinniśmy? - mruknął Sven.
- Jeszcze czego! - warknęła kapitan, ignorując fakt, że połączenie trwa i ich rozmówca może ją usłyszeć. - Protokół dyplomatyczny nie obowiązuje w rozmowach z terrorystami.
- Nie jesteśmy terrorystami – głośnik wypluł przemielone przez translator słowa, świadczące o tym, że Mędrzec faktycznie usłyszał.
- Nie? A co to było?! - to samo pytanie wykrzykiwały pewnie także załogi pozostałych statków, Przewodniczący wyłączył jednak wzajemną komunikację.
- Proszę o spokój! - huknął teraz. - Ja poprowadzę rozmowę, proszę nie przerywać!
Prośba stanowiła tylko formalność, jako że chwilę później zablokował wszystkim statkom możliwość transmitowania przekazów. Prawdopodobnie udostępniał tę rozmowę również rządom wszystkich planet.
- Czego chcecie? - zwrócił się do obcego. - Jakie żądania mamy spełnić, żebyście cofnęli to... cokolwiek to jest?
- Nie chcemy niczego – odpowiedział spokojnie Mędrzec. - I nie cofniemy tego, co się stało.
- A co... co wy właściwie zrobiliście?! Dlaczego?!
- Nic nie zrobiliśmy. To wy zrobiliście. Nie wiem dlaczego, ale podejrzewam, że przez waszą niezrozumiałą skłonność do niszczenia wszystkiego, czego nie rozumiecie. Ale to już nie potrwa długo.
- Co nie...
- To, co zostało rozpylone na trzech z ośmiu planet nie jest trujące. Nie zabija, nie rani, nie wywołuje żadnej choroby. To po prostu... zmieni was.
- W co?!
- W nic. Na lepsze.
- To jakiś absurd... Proszę o konkrety. Stało się coś... coś strasznego...
Kai zauważył, że przewodniczący wybrał formę bezosobową. Nie „wy zrobiliście”. Nie „my zrobiliśmy”. Stalo się. Samo się stało.
- Nic strasznego. Dokładnie przebadaliśmy tę substancję.
- Na ludziach, tak? Na takich, jak... jak tamta!
- Nie tylko. Wybraliśmy przedstawicieli wszystkich ras. Wyłącznie ochotników. Warunkiem było jedynie, by nie zdradzili nikomu, dokąd i po co się udają. Wszystkie próby przebiegły pomyślnie.
- I kim oni teraz niby są?
- Lepszą wersją siebie.
- I wszyscy stracili pamięć? I cała reszta, ci ludzie na skażonych planetach...! Przecież to się skończy katastrofą!
- Co? Ach, nie! Oczywiście, że nie! Cali wymazaliśmy pamięć, ponieważ miała być waszą ostateczną próbą. Nie mogliśmy ryzykować, że cokolwiek z niej wyciągniecie. Oczywiście – zastrzegł pospiesznie – na wszystko wyraziła zgodę. Nie zrobiliśmy niczego wbrew czyjejkolwiek woli.
- Owszem, zrobiliście! - wybuchnął Przewodniczący. - Rozpyliliście truciznę na...
- Nie my – przerwał obcy ze spokojem. - I nie truciznę.
- Ale...
- Znaleźliście w bazie jedną bezbronną, zagubioną, pokojowo nastawioną kobietę. Jaka była wasza pierwsza myśl?
- Że...
- Że jest niebezpieczna. Dlaczego? Nie było żadnych przesłanek, by tak twierdzić.
- Chcieliśmy zapytać...
- Chcieliście. Ale my nie chcieliśmy z wami rozmawiać. Zwykle nie chcemy, więc nie było to nic nadzwyczajnego, prawda?
- Więc co mieliśmy...?
- Jak to: co? - Nawet przez filtr translatora dało się usłyszeć chłód w głosie Mędrca. - Zaopiekować się nią. Przystosować do życia w społeczeństwie. Gdybyście to zrobili, nie tknęlibyśmy zapasów substancji. Nie uzbroilibyśmy baz i życie toczyłoby się tak, jak do tej pory. Ale wy udowodniliście, że w czymś, czego nie rozumiecie, potraficie dostrzegać wyłącznie zagrożenie. Nie widzieliście w Cali dziewczyny, której przytrafiło się coś złego i której należy pomóc, tylko kogoś, kogo trzeba zamknąć w klatce, labo wręcz unicestwić. Wielka polityka, poważne narady i wszyscy jednomyślni. Osiem planet, osiem samoświadomych cywilizacji, wszystkie tak bardzo, tak niewiarygodnie podobne... Dokładnie tak, jak mówili...
- Kim wy jesteście? Czego od nas chcecie?!
- Tylko pewności, że pozwolicie żyć nam i... i innym. Że kiedy napotkacie coś, czego nie zrozumiecie, kiedy na swoje pytania nie otrzymacie satysfakcjonującej odpowiedzi, nie zareagujecie agresją.
- Co teraz będzie z... z tymi, którzy...
- Mówiłem. Staną się lepszą wersją siebie. Niestety, nie udało się wam uwolnić substancji na wszystkich planetach, ale to nic nie szkodzi. Mam nadzieję, że kiedy zobaczycie, jak to działa, sami zgłosicie się do nas po więcej.
- Prędzej nas szlag trafi – warknęła kapitan. Usłyszeli to oczywiście tylko członkowie jej załogi. Zareagowali potwierdzającymi pomrukami. Prawie wszyscy...
Kai odniósł wrażenie, że Przewodniczący miał zamiar powiedzieć coś podobnego jak pani kapitan, ale się powstrzymał.
- Jak to właściwie działa? - zapytał tylko drewnianym głosem.
- Redukuje negatywne emocje – wyjaśnił obcy. - Znacznie zmniejsza skłonność do agresji. Ulepszone jednostki nie złoszczą się, nie smucą, nie odczuwają urazy i zazdrości. Maja mniejszą skłonność do zamartwiania się, są mniej egoistyczne...
- Dosyć, to okropne! - zawołał Kai, zupełnie już nad sobą nie panując.
- Wspaniałe... - szepnął Sven w tym samym momencie.
Spojrzeli na siebie właściwie bez zdziwienia, bo przepaść, którą każdy z nich dojrzał w czach drugiego, była tam przecież zawsze.
- Rozumiecie chyba, że nie możemy na to pozwolić. - Przewodniczący jakby zebrał się w sobie. - To zbyt głęboka ingerencja, na którą nie wyrażaliśmy zgody. Obejmiemy kwarantanną wszystkich skażonych, poddamy szczegółowej obserwacji i badaniu, w celu znalezienia sposobu na odwrócenie zmian.
- Tego się obawiałem. Translator nie oddawał wszystkich subtelności zawartych w tonie głosu, więc nie było wiadomo, czy w wypowiedzi Mędrca pobrzmiewa smutek, czy też satysfakcja z tego, że trafnie przewidział reakcję. - Nie chciałem uciekać się do tego argumentu, ale nie widzę innego wyjścia. Cóż, pozostałe bazy są nadal uzbrojone, a my mamy nad nimi kontrolę. Nie dostaniecie się do środka, nie zniszczycie substancji. My za to możemy rozpylić ją w każdej chwili i zakończyć dzieło. Wolelibyśmy nie uciekać się do tego rozwiązania, więc nie ukrywam, że liczę na negocjacje.
Przewodniczący wydał z siebie dziwny dźwięk – coś pomiędzy warknięciem i okrzykiem zgrozy.
- Dlaczego?! - ryknął. - Dlaczego, do cholery?! Dlaczego tak wam na tym zależy?! Przez tyle lat żyliśmy w pokoju! Osiem ras nie atakowało nigdy ani was, ani siebie wzajemnie, więc czego od nas chcecie?!
- Otóż świat nie kończy się na waszych ośmiu rasach... i naszej, dziewiątej – wyjaśnił Mędrzec. - My jesteśmy, jakby to najlepiej ująć... tylko jedną partią i to nieszczególnie udaną. Gdy zaczęliście nawiązywać kontakt z innymi żyjącymi w kosmosie rasami nie zdziwiło was, że tak łatwo się z nimi porozumieć? Że myślą w podobnych kategoriach, że bez większych problemów udało się stworzyć międzyplanetarne organizacje oparte na zasadach, które wszyscy w jakiejś formie znali już wcześniej? Prawda jest taka, że powstaliśmy wszyscy razem na podstawie podobnych założeń. Dlatego tak szybko odnaleźliśmy się we wszechświecie. Ale oprócz nas są inni. Inne, hm... serie, partie, czy jak to inaczej nazwać. Gdy ich spotkamy, prawdopodobnie ich nie zrozumiemy. Ani oni nas. Technologia, zarówno nasza, jak i zapewne ich, idzie do przodu i kontakt z istotami, które przekraczają nasze pojmowanie, wydaje się nieunikniony. Dlatego trzeba przygotować grunt. Dlatego moja rasa, jako najbardziej rozwinięta z naszej serii, otrzymała zadanie przetestowania was i zmodyfikowania, jeśli wykażecie zbyt niepokojący poziom agresji w kontakcie z czymś, czego nie rozumiecie. Musi do was dotrzeć, że pozostając tym, kim jesteśmy, w końcu doprowadzimy do wojny...
- Dlaczego my doprowadzimy? A... a ci... inni? Przecież nic o nich nie wiemy! Może to oni... o ile w ogóle istnieją... Może to ich... Może to nie nas trzeba...
- Spodziewam się, że pozostałe rasy także są w jakiś sposób przygotowywane do spotkania, ale to już nie nasza sprawa. My otrzymaliśmy polecenie, by zmodyfikować was i... i siebie również.
- Polecenie? Od kogo? - zapytał Przewodniczący, choć odpowiedź, równie oczywistą, co nieprawdopodobną, odgadli już wszyscy.
- Od Stwórców, rzecz jasna.

- No to... do zobaczenia. Może.
- Może. Dokąd pójdziesz?
Sven zastanowił się przez chwilę. Nie nad odpowiedzią, raczej nad tym, czy w ogóle jej udzielić. Załoga Ifryta zbierała się wreszcie do odlotu po wielodniowym pobycie na platformie medycznej, gdzie przeszli serię badań. Tylko on jeden nie wracał na statek i zdaje się, że nikomu nie było z tego powodu szczególnie przykro. No, prawie nikomu. Kai jako jedyny przyszedł go pożegnać. Zresztą tak czy inaczej zasługiwał na szczerość.
- Jest więcej takich jak ja – powiedział w końcu lekarz. - Przyłączę się gdzieś... do kogoś. Chcę pomagać zmodyfikowanym ludziom normalnie żyć dopóki nie zmądrzejecie.
- Oni będą żyć normalnie! Nikt ich nie skrzywdzi. My...
- Tak, wiem, wy tylko wyłapiecie ich, odseparujecie od społeczeństwa i pozamykacie w laboratoriach.
- Dramatyzujesz. Po prostu chcemy poznać charakter tego... tego czegoś, skoro być może kiedyś wszyscy będziemy musieli... - Kai wzdrygnął się na samą myśl.
- Na razie te ich negocjacje do niczego nie prowadzą i długo nie doprowadzą. Jeszcze przez jakiś czas nic nie będziemy musieli. My nie. Za to zmodyfikowani będą się gnieździć w szpitalach, a ci, którzy tam nie trafią, staną się lokalnymi atrakcjami dla osób ze swojego otoczenia. Nie powinno tak być. Powinni móc żyć jak wszyscy.
- Bez ich zgody odebrano im człowieczeństwo. Jak po czymś takim mieliby żyć jak wszyscy?
- Nasze tak zwane człowieczeństwo okazało się wyłącznie produktem i to wadliwym. Kai, im nikt niczego nie odebrał. Po prostu naprawiono usterkę.
Kai nie odpowiedział. Miał dosyć tej rozmowy. Była zupełnie bezcelowa. Stali ze Svenem na przeciwnych biegunach i nie mieli szans na porozumienie.
- Jestem ciekaw jak to się wszystko skończy – westchnął cicho.
- Mam nie najlepsze przeczucia.
- W tym jednym się zgadzamy.
- Kai?
- Hm?
- Postarajmy się nie być wrogami, dobrze? Tak długo, jak to będzie możliwe.
- Umowa stoi.
Przypieczętowali pakt krótkim uściskiem dłoni. Od strony statku dobiegły ponaglające okrzyki. Kai chciał powiedzieć jeszcze coś na pożegnanie, ale nie znalazł słów. Skinął tylko głową Svenowi i ruszył ku zniecierpliwionej załodze.
Istnieje możliwość ciągu dalszego, ale na razie go nie obiecuję ;)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 433
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Maszyna zagłady

Post autor: R. Bates » 15 października 2015, 15:53

Sci-fi to rzadkość, więc biegnę, paląc podeszwy najków ;).

CCS:
- „…komfortowy apartament” - to imho pleonazm. Apartamenty wyróżniają się spośród zwykłych mieszkań z reguły komfortem i rozmachem.
- „Nim ktokolwiek zdążył choćby wykonać choćby krok w stronę drzwi,… „ - przypadkiem dwa razy ‘choćby’ dałaś.
- „…zamknąć w klatce, labo wręcz unicestwić.” - literówka.

PODSUMOWANIE:
Z plusów.
Na pewno pomysł i sama historia, bo jest ciekawa i godna rozwinięcia oraz uszczegółowienia. Postać pani kapitan jest nieźle napisana – rzuca się w oczy na plus. No i jak zwykle niewielka ilość błędów.
Z minusów:
Koncepcja fabularna. Pierwsza część jest ok. Napisana w miarę szczegółowo, gdzie rozłożenie akcji w czasie jest dobre i z zainteresowaniem się czyta. Ale już druga wstawka jest napisana ogólnikowo (skrótowo). Miałaś jakiś zarys historii, ale został on tylko zarysem. Brak bardziej szczegółowej fabuły, akcji, która pokazywałaby to wszystko, co wydarzyło się na platformie Mędrców, podczas rozpylenia gazu. Brakuje przygód, które odbyliby bohaterowie, a które ostatecznie doprowadziłyby do zmian części ludzi itd. Wszystko jest napisane jakby wielkim skrótem.
Druga sprawa wynika z pierwszej. Skrótowość fabularna sprawia, że jest jak na lekarstwo opisów. Wiem, że za nimi nie przepadasz, ale wciąż uważam, że stosujesz ich za mało lub nieumiejętnie przekradasz informacje o otoczeniu. To wszystko dzieje się dla mnie w próżni. Pamiętam jak kiedyś nawiązywałaś w dyskusji ze mną do Ślepowidzenia – że tam też nie ma opisów, bo wszystko dzieje się w jednym statku kosmicznym. Z tym, że tam jest multum opisów wszystkiego wokół tylko one nie rzucają się w oczy, bo Watts to zgrabnie kamufluje. Molekularna szczegółowość i funkcjonalność środowiska statku kosmicznego, którym lecą jego bohaterowie, rysuje w świadomości więcej obrazów niż suche opisy ludzi i przedmiotów i o takich właśnie mówię. U ciebie wszystko opisane jest ogólnikami, więc trudno złapać klimat opisywanych wydarzeń. Uważam, że jeśli nad tym popracujesz, to twoje teksty zyskają wiarygodność.
Właśnie, wiarygodność. Co z nieważkością? Zawsze natykam się na to samo. W filmach, powieściach, opowiadaniach. Firmujesz tekst jako s-f. A grawitacja jest najważniejszym z oddziaływań we wszechświecie. Dla mnie – jako fana s-f – najważniejszym pytaniem od razu jest, dlaczego w twoim statku ludzie chodzą po pokładzie? Wystarczy napisać, że znajdują się w obracającej się części statku, gdzie siła odśrodkowa symuluje grawitację, ale jednak coś trzeba. Bo nie uwierzę, że ludzkości udało się okiełznać grawitację, skoro dopiero skolonizowali tylko osiem planet, a nie całe galaktyki, gwiazdy i czarne dziury. Warto byłoby napisać, jak to robią?
Kapitan Ci się udała, od razu ją polubiłem. Ale faceci już mniej mi się podobają. Tzn. słabo widać w nich charaktery i męskie zachowania (nawet jeśli są gejami). Więcej dowiedziałem się o nich z opisów ich charakterów i przeszłości, niż z ich zachowania w zarysowanej akcji (tu wracam do problemu koncepcji fabularnej, z której może to wynikać). Nie potrafię tego rozwinąć, po prostu mi się nie podobali.
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Maszyna zagłady

Post autor: Krin » 15 października 2015, 17:28

A mnie się tam podobało i gotowa bym była popiskiwać z uwielbienia, gdyby nie własnie obawa mająca związek z tym, o czym napisał Bates. Na początku myślałam, że mam do czynienia z pewnego rodzaju wstępem do akcji właściwej i teraz mam wątpliwości. Martwią mnie również te takie krótkie sceny świadczące, że to tak właśnie nie do końca przemyślany początek.
A oprócz tego to ja chyba kocham twoją pisaninę. Jak dla mnie to potrafisz wszystkie podobne braki nadrobić pomysłem i stylem. Gdyby nie to, że siedzę tu na forum już jednak od jakiegoś czasu i wybebeszam tekst po tekście, to pewnie nawet nie zwróciłabym uwagi na takie rzeczy. To przyjemna i całkiem wciągająca lektura. (Czyli dwie najważniejsze cechy posiada.) Jest w tym coś niesamowitego, bo przed każdym czytaniem twojego tekstu mam bezpodstawne przeświadczenie, że to nie jest tekst dla mnie, a potem zawsze okazuje się, że czytam z zapartym tchem. Nie przedłużając mojego pokrętnego wywodu, tekst na pewno ma bardzo DUŻY potencjał i domyślam się, że te problemy, o których wspomniałam wynikają po części (lub w całości) z twojego braku życia i innych takich.

Jestem w rozterce chciałabym żebyś napisała więcej, ale jednocześnie nie mogę doczekać się "Na obraz i podobieństwo".
Więc PISZ tak ogólnie! ;)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Maszyna zagłady

Post autor: Siemomysła » 06 grudnia 2015, 12:32

Straszliwa, śmiercionośna broń obcych miała bardzo krótkie, bardzo czarne włosy i obcisłą koszulkę w kolorze khaki.
Umiesz w pierwsze zdania. To jest bardzo ważna umiejętność, Wiosno. Czytam to pierwsze zdanie i od razu wpadam w tekst. Ba! Od razu wpadam w bohaterkę – sympatyzuję z nią instynktownie.
Nie wybuchnie, nie wyrosną jej z rąk armaty, nie zacznie strzelać laserami z oczu.
Mam komentarz dźwiękowy:
https://www.youtube.com/watch?v=jWt9pCPx8w8

Podoba mi się nakreślenie charakterów i układów w załodze. Bo to niby krótki tekst, ale Ty nie żałujesz miejsca, żeby czytelnik zobaczył ludzi, a nie imiona i funkcje – piję do stosunku Kaia do Svena i do tego, jak się zastanawia nad wycofaniem, bo szkodzi to jego karierze.
Zerwał się z miejsca.
- Pani kapitan...
- Spocznij. Siadaj.
Spoczął i usiadł.
<3 Nie dość, że zwyczajnie delikatnie zabawne, to jeszcze rzuca kolejne światło na charaktee Kaia. Lubię to.
Nie mieli swoich przedstawicieli w Międzyplanetarnym Kongresie, odprawiali z kwitkiem poselstwa, nie interesowali się nikim i nie życzyli sobie, by interesowano się nimi. W końcu Kongres podjął decyzję o zostawieniu Mędrców w spokoju. Nie bardzo mógł zresztą zrobić cokolwiek innego.
Ale to miło myśleć, że się samemu podjęło decyzję, nie? :D
Uśmiechała się. Nie butnie i bezczelnie, jak to się często zdarza więźniom na początku przesłuchania. Nie przymilnie i służalczo, jak to również często zdarza się więźniom na początku przesłuchania. Nie. Uśmiechała się zwyczajnie, tak po prostu, jakby spotkali się na kawie w jakimś miłym miejscu. Patrzyła na niego z ciekawością. Bez złości. Bez strachu.
Poczuł się dziwnie.
Piękne podsumowanie ludzkich zachowań w obliczu zagrożenia. I jak ładnie ona się z tego wyłamuje.

Wyobrażam sobie frustrację Kaia podczas przesłuchania i całej reszty zresztą. Bo ona naprawdę się wyłamuje. To nie jest naturalnie, by nie mieć traumy i nie jest naturalne, by mówić dobrze o kimś, kto cię zamyka, pozbawia pamięci i tak dalej. Zupełnie, ale to zupełnie się nie dziwię, że wietrzą w tym podstęp. Najprościej jest jej oczywiście nie wierzyć, uważać, że gra, że mimo wszystko jest MASZYNĄ.
- Jeżeli definiujesz człowieczeństwo poprzez odczuwanie urazy, to gratuluję nastawienia do rzeczywistości! - obruszył się Sven.
Ale tak właśnie jest. I nawet nie chodzi o urazę, ale ogólnie o emocje. A ona zdaje się ich nie mieć. Nawet jeśli się uśmiecha.
- Panowie, do rzeczy! - Kapitan zabrała głos po raz pierwszy od rozpoczęcia narady. - Mamy ustalić, co z nią zrobimy. Moja propozycja jest następująca: wysyłamy ją na Ziemię, zgarniamy nasze pieniądze, a potem zapominamy o sprawie i lecimy gdzieś, gdzie zgarniemy jeszcze więcej pieniędzy. Nie ukrywam, że ewentualny sprzeciw nie jest mile widziany.
Pani kapitan tak bardzo kapitańska <3 Znów – jest charakter, wyraźny rys w krótkim przecież opowiadaniu. Wiosno, Ty naprawdę umisz w rysowanie ludzi!
- Zatem postanowione. - Kapitan uderzyła otwartą dłonią w stół, jednak nie przyniosło to spodziewanego efektu. W dużej, prawie pustej sali rozległo się jedynie ciche, niepewne plaśnięcie.
Doskonałe podsumowanie rozmowy, pomyślał Kai.
Zamiast wykrzyknika drżący, wkurwiający wielokropek.
<3
- W sumie dobre pytanie. - Kapitan, ku zaskoczeniu Kaia, uśmiechnęła się. Uważajcie, po prostu. Na wszystko. Tak dla pewności.
Jest kapitańska i da się lubić <3 A przy okazji – zjadła się tu jakaś półpauza.
Dziewczyna była jednak w stanie wzbudzić w nim uczucie, którego Kai od dawna już wzbudzić nie potrafił.
Ciekawość.
Bosz, jakie to ludzkie takoż…
Obecnie osady opustoszały. Większość gdzieś odleciała, a ci, którzy zostali, zabarykadowali się w głównym budynku bazy. Tak było na wszystkich ośmiu planetach.
Trochę jak delfiny znikające w „Autostopem przez galaktykę”…
Żeby chociaż otworzyli ogień, myślał Kai, wiedząc, jak absurdalnie to brzmi. Do tej pory zawsze był pewien wrogich intencji tych, do których strzelał. Tym razem nie był pewien niczego i nie pomagała nawet świadomość, że ostatecznie to nie on wyda rozkaz bombardowania.
Ładne i ludzkie znów. Z powodem jest po prostu łatwiej i przypomina mi się krążąca ostatnio w Internetach wypowiedź Goebbelsa bodajże, o tym, że ludzi łatwo wmanewrować w wojnę, choć tak naprawdę nikt jej nie chce. Tutaj nie było na czym budować manipulacji. Serdeczne wyrazy współczucia dla rządu..
- Jak już skończycie martwić się o swoje tyłki, przyjdźcie wszyscy na pokład – powiedział. - Możliwe, że jest tam coś, co was zainteresuje.
Na pokład? Czyli gdzie? Bo oni są chyba wszyscy na pokładzie?
Znacznie łatwiej było skupić się na rozmowie, mając przed oczami znajomy widok, a nie czułki, macki i wachlarze.
<3
Kai zauważył, że przewodniczący wybrał formę bezosobową. Nie „wy zrobiliście”. Nie „my zrobiliśmy”. Stalo się. Samo się stało.
Odsuwamy, no pewnie, ale to miłe z jego strony, że nie tylko od siebie odsunął, ale i od nich – jakieś poczucie przyzwoitości się tli… No i literówka.
- Prędzej nas szlag trafi – warknęła kapitan. Usłyszeli to oczywiście tylko członkowie jej załogi. Zareagowali potwierdzającymi pomrukami. Prawie wszyscy...
No pewno – bo nie po to mamy wolną wolę, żeby ją nam ktoś wycinał skalpelem, nie? Ależ mi to koresponduje z odcinkiem TOSa, który właśnie w czwartek oglądałam <3 Odcinek w wersji polskiej zatytułowany „Sztuczna inteligencja”.
Ulepszone jednostki nie złoszczą się, nie smucą, nie odczuwają urazy i zazdrości. Maja mniejszą skłonność do zamartwiania się, są mniej egoistyczne...
Literówka. Oraz zdecydowane brrr… Lobotomia czołowa na całym społeczeństwie… Brrrrr…
- Od Stwórców, rzecz jasna.
Jeszcze większe brrr… Bo albowiem – wiara w Boga Stwórcę Jedynego to jedno, ale nagle uświadomić sobie, że naprawdę, ale to naprawdę istnieje się jako czyjś produkt… To uprzedmiatawia. Redukuje. Rodzi się bunt.

Wiosno, po pierwsze – to jak powiew dawnej fantastyki, takiej, jaką czytałam dzieciakiem będąc. Oczywiście, że ona była niejako Maszyną Zagłady. Choć jej nie powodowała w dosłownym sensie – stała się jej początkiem. Zagłady takiej ludzkości (i nie tylko), jaka istniała w chwili, gdy ktoś postanowił ją przeprogramować. Stwórcy… Siedzą w jakiejś fabryce i jej laboratoriach, w białych kitlach i kombinują, co będzie dobre dla wszystkich. Ingerują. Tną, nadpisują. Osobiście wolę tę wersję z wolną wolą, brakiem ingerencji i Sądem Ostatecznym ;)

Rozumiem, skąd wziął się czytaczom morał. Skupili się na tym, jak została potraktowana dziewczyna – uwierzyli Mędrcom w ich oskarżenia. W ich sensowność i prawdziwość. A dla mnie rząd/społeczeństwo Twego świata po prostu instynktownie reagowało protestem na próbę ingerencji.

To, że wśród ludzi są Kaie i Sveny to też piękne – to objaw wolnej woli. Są poglądy, przekonania, wartości, w które się wierzy. Różne dla różnych ludzi. Sztuczna ingerencja nie jest metodą na poprawę stosunków międzyludzkich. Tak uważam.

Pisz, pisz, Wiosno. Dużo pisz.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Maszyna zagłady

Post autor: Kanterial » 30 czerwca 2016, 14:27

SpoilerShow
Sven nie od dzisiaj grabił sobie u pani kapitan, a jego lekceważący stosunek do jej ostatnich podejrzeń zdecydowanie mu nie pomagał.
za dużo zaimków w jednym zdaniu
Musiała przykucnąć na krześle, bo gdyby usiadła, znad blatu widać byłoby jej tylko głowę. Była tak niska i drobna, że przy pierwszym spotkaniu ludzie brali ją za dziecko.
człowiek-analiza: no, wybacz, Mopsie, ale nazwanie tego "byciem niskim i drobnym" to chyba niedomówienie. Kapitan musiałaby być karłem, żeby jej głowa, podczas siedzenia, wystawała jedynie znad blatu. Przypominam, że przy tym samym blacie Kai je kolację, a to (jak mniemam) znaczy, że może na nim oprzeć łokieć... Naprawdę musiałaby mieć kobieta 140cm wzrostu, alarmuję, że to może zatrzymać czytelnika, jak i mnie zatrzymało
Idziemy na wojnę z czymś(,) czego nie rozumiemy!
Ostatecznie w końcu Rada zarządziła przygotowanie odpowiednio zabezpieczonego schronu na jakiejś platformie z dala od siedzib rozumnych ras i przetransportowano tam dziewczynę, ku rozpaczy Svena.
zdanie nieczytelne totalnie, jak dla mnie. Pierwsze zaznaczenie - masło maślane. Albo ostatecznie, albo w końcu, bo tak to w oczy kole. Drugie zaznaczenie - tu powinno być wtrącenie, żeby zdanie nabrało lekkości. Proponuję wydzielić te słowa przecinkami
Kai został sam nad pustą miską, a ostatnie wypowiedziane przez Svena zdanie(zbędny) wciąż odbijało mu się echem pod czaszką.
Mędrcy, swoim zwyczajem milczeli, a zdesperowany Kongres panikował coraz bardziej.
albo usunąć pierwszy przecinek, albo dodać brakujący po "zwyczajem" i zrobic z tego wtrącenie
Niestety, nie udało się wam uwolnić substancji na wszystkich planetach, ale to nic nie szkodzi.
pewnie moja własna estetyka się odzywa :bag: ale "ale to nic nic nie szkodzi" brzmi tak... potocznie? Sama budowa "to nic nie szkodzi" jest taka spłycona, celowałabym w "to niczemu nie szkodzi/to w niczym nie przeszkadza" // od razu przepraszam za tę uwagę, bo subiektywna, można zignorować
Wspomniałaś na SB, więc jestem.
Nie wiem, czy nie pożałujesz, że wezwałaś Wolfa, ale już za późno - upraszam o wyrozumiałość, bo komentarz nie będzie ociekał pochwałami (choć nie mam zamiaru utwierdzać cię w przekonaniu, że czas skończyć z pisaniem, parafrazując twoją wypowiedź z krzykpudła XD)

Mam mieszane uczucia.
Całość wydaje się lekko wtórna, nie zaskakuje pomysłem, liniami fabularnymi, konstrukcją bohaterów. Wydarzenia wywołują u mnie myśl "klasyk!", mimo że nie byłabym w stanie na szybko przytoczyć przykładów. No ale nawet Strugaccy, ze swoim uniwersum Kammerera. Może masz pecha, że uwielbiam Strugackich, i zdania z książek takich jak "Żuk w mrowisku" znam na pamięć. Chyba wymieniłabym właśnie tę książkę - Cala to taki Lew Abałkin - i jeszcze "Fale tłumią wiatr". Bo Stwórcy, bo wyższe istoty, bo coś, co nas przeraża swoją obcością. Boimy się, bo nie ogarniamy, tak jak mops nie ogarnia sensu wszechświata. Swoją drogą też znany i wałkowany ten motyw "strach przed nieznanym". Wiec podsumowując - na minus zdecydowanie działa brak "świeżości" w tekście, sztampowe trochę zarysy postaci i ich motywacje oraz rozterki.
Całość, rozumiem to doskonale, zbyt krótka, by się zagłębiać w opisy sojuszów, rad, sił zbrojnych i całego tego politycznego bełkotu, ale niestety czegoś takiego zabrakło. Zabrakło skomplikowania i niepewności, wydarzenia runęły jedno po drugim jak w amerykańśkim filmie - tu znaleźli "niebezpieczną broń", tu zauważyli, że Mędrcy coś niehalo (moim zdaniem fakt braku odpowiedzi i ewakuacje to trochę mało na taki odzew) i bang - dobra, atakujemy, osiem planet, hop siup,kilka statków tu, kilka tam, ktoś niby rządzi i ktoś wydaje rozkazy, ktoś to wszystko przemyślał, ale w gruncie rzeczy no... nie tak się odbywają działania wojenne, to na logikę powinno zająć miesiące, pochłonąć koszty, zobligować milion różnych osób do tworzenia strategii i rozpoczynania dyskusji... No nie wiem, czy rozumiesz, co ci zarzucam. Rozumiesz? Wymagam od ciebie, inni czytelnicy też by wymagali, bo nie jesteś licealistą, który pisze opko Sc-Fic, masz już sporo w głowie, pisałaś inne rzeczy, ogarniasz trochę świat (nie mówię o tym, który ogarniamy obie, czyli piwko i serial...). Nie możesz tak po prostu prowadzić wydarzeń, bo są ci potrzebne. Ma być atak, to się wklika kilka zdań o formalnościach, historii Mędrców itd, jakichś w miarę dobrych pobudkach i git, możemy prowadzić wojnę w kosmosie. Cała ta główna akcja jest, tak samo jak pokład "Ifryta", trochę pusta. Niby jasne, że nie składa się załoga wyłącznie z lekarza, pani kapitan i oficera, ale tak właśnie, w praktyce, jest. Inni ludzie się nie przewijają, całość, jak sceny w teatrze, ma taką skąpą scenografię za sobą. A może skąpo przedstawioną. Brak mi głębi. Brak jej w Kaiu, w Ifrycie, w rozmowie ludzi z Mędrcami, w kosmosie i wszechświecie. Zero oficjalności w tym dialogu głównym, między przewodniczącym a Mędrcem pod hologramem. Zero takiej "sztywności" w zdaniach. Jakby gadali, momentami, w restauracji o interesach. Wiem, że jestem okrutna. Ale sprawa dotyczy ludzkości! I o tej ludzkości decyduje co, garstka ludzi w statkach (np. Pani Kapitan/ Kai) i jeden "trochę wyżej postawiony" facet, na szybko prowadzący rozmowę z kosmitą?
SpoilerShow
Człowiek dygresja: wiesz, może ja juz jestem skrzywiona i patrzę na tekst z perspektywy pisarza, nie wiem. Może przeciętny człowiek nie ubolewa nad tym, że brakuje zdań o nic nieznaczących osobach, że wszystko "wisi w przestrzeni" zarysowane na potrzebę chwili. Nie umiem ocenić, także może uznaj moje czepialstwo za przejaw zrozumienia procesu twórczego
Mam nadzieję, że cię nie dobiłam przemyśleniami odnośnie technicznej warstwy fabuły. Są ostre, wiem, ale to wynika z pewnego (doświadczenie to może złe słowo) obycia z opisem wielkich, ważnych wydarzeń na skalę masową. Jezu, chyba się plączę, wybacz. Takie opisy i akcje są cholernie ciężkie. I o ile można zarąbiście, jak ty, prowadzić rozmowy w kajucie, o tyle można średnio radzić sobie z potężną, epicką rozmową o dziejach świata, która u ciebie wypadła blado.
Dobra, koniec kopania cię po kostkach. A NIE, MOMENT, JESZCZE JEDNA UWAGA.
Kapitan statku NAJEMNIKÓW którzy wyznają filozofię najemniczą (kasa), zgadza się DOBROWOLNIE uczestniczyć w cholernie niebezpiecznej misji grożącej utratą życia, statku, kasy, załogi, życia i kasy? Nooo coś tu jest niehaloooo....

Mam, wbrew pozorom, również garść przyjemnych uwag. Sven jest do polubienia, podobnie jak Kai zresztą - nawet, jeśli są klasyczni i na klasycznych osiach zbudowani. Lubię ich rozmowy, lubię tę lekką chemię między nimi, doceniam wstawkę o związku (zaskoczyła mnie! Świetna) i niewymuszoną atmosferę uszczypliwości, podejrzliwości i pewnego wzajemnego rozgryzienia, przynajmniej wstępnego. Dobre zagranie z kapitanem, mimo że niewytłumaczone. No - bo jednak on nie wygląda na kapitana. Tu zdanie o jej "niekoniecznie kapitańskim wyglądzie", eghem, no jednak nie prezentuje się kobieta zbyt epicko i charyzmatycznie :facepalm: , ten wzrost, ta ruda grzywka, no obraz powstaje dość osobliwy. A jednak ona. Jednak ją szanują, jednak jej słuchają, jednak Kai respektuje rozkazy. Szkoda, że nie ma wyjaśnienia i właśnie uzasadnienia, ale i tak lubię i mi się podoba. Coś, widocznie, sprawiło, że laska na swoje stanowisko zasłużyła.
W ogóle nie widziałam, co prawda, Cali, nawet jej sobie nie wyobraziłam, ale początek i ta narastająca ciekawość były przyjemne. Przyjemnie było się pozastanawiać, przeczytać, że Sven utrzymuje z nią kontakt głosowy, że przezroczystość zostaje zdjęta, bo Cala chce widzieć innych. Serio, ona to taki Lew Abałkin, tykająca bomba w oczach ludzi. A może nie. No, w każdym razie początek chyba najbardziej mi się podobał, był wolniejszy niż późniejsza akcja, całkowicie udany.

A tak jeszcze tylko - bo uznałam chyba, że ludzie wiedzą, kiedy potrafią pisać - widać u ciebie obycie z tekstem i tworzeniem, widać świadomość dużą, fajnie operujesz sytuacją. To jak robienie zdjęć. Niby robić może każdy, wyjdą czasem super, ale jednak im dłużej się w tym siedzi, tym lepiej się ogarnia taką czarną magię jak "oświetlenie" "ostrość" i inne takie takie specjalistyczne określenia, które czynią człowieka fotografem. Chciałam przez to powiedzieć, że pisać powinnaś, nawet jeśli takie teksty jak ten nie zrobią piorunującego wrażenia na księdzu takim jak ja.

Dziękuję za lekturę
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 116
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Maszyna zagłady

Post autor: Ag. » 13 lipca 2016, 17:45

Tekst wciągnął mnie w zasadzie od pierwszego zdania, potem było troszkę gorzej. Tak jak ktoś już wyżej zauważył, kolejne sceny stają się coraz bardziej skrótowe. Następują też spore przeskoki czasowe i zwykle zajęło mi chwilę nim zrozumiałam, gdzie teraz jesteśmy i co się dzieje. Aczkolwiek rozumiem, że czasem rozpisywanie każdego szczegółu nie wychodzi za dobrze i lepiej jest przeskoczyć do przodu, do akcji właściwej. Mimo to może dałoby radę trochę płynniej przechodzić od sceny do sceny?

Miałam też duży problem z samym momentem ataku. Nie mam pojęcia, co tam się wydarzyło. W sensie, że tam, gdzie nastąpił atak, nastąpił też kontratak, a na tych pozostałych planetach nie? Znaczy Mędrcy wypuścili substancję tylko, gdy już zaczęło się bombardowanie? Czy bomba coś zniszczyła i dlatego substancja się wydostała? Przez chwilę myślałam, że z jakiegoś powodu to siła bomby została obrócona przeciwko tym, którzy ją wypuścili i już w ogóle mi się pokręciło co i jak. Nie rozumiem też trochę skali. Ta substancja wyszła z bazy w Finlandii na całą Ziemię? Tylko na atakujące statki? Na Finlandię? Mam też problem z wyobrażeniem sobie miejsca akcji – gdzie ci bohaterowie chodzą, gdzie rozmawiają, gdzie jest przewodniczący... zdążyli już wylądować? W tej bazie Mędrców w Finlandii czy gdzieś indziej? Bardzo mi tu brakuje jakiś szczegółów.

Co zaś do Kaia i Svena... oddzielnie jako bohaterów ich lubię. Lubię różnice między nimi i konflikt. Ale nijak nie widzę jakiegoś związku między nimi. Wszystkie ich wypowiedzi, złośliwości i tak dalej można rozpatrywać tylko z punktu widzenia koleżeństwa/wspólnej pracy. Zabrakło mi czegoś, co urzeczywistniłoby ich związek, nawet jeśli nie był on zbyt poważny.

DOBRA! Starczy, namarudziłam się, a przecież tekst mi się bardzo podobał! Może pomysł z agresywnymi ludźmi, co to niszczą wszystko, czego nie rozumieją, a także odebranie negatywnych emocji postrzegane jako odczłowieczenie nie są jakieś super odkrywcze, ale podoba mi się wykonanie, to nawiązanie do różnych "partii" istot we wszechświecie, to że wszyscy są tacy podobni, więc mogą się komunikować, ale gdzieś tam istnieją istoty zupełnie inne. Dla mnie super, język też dobry i płynny, postaci polubiłam, tylko tę narrację bym poprawiła. Chętnie sięgnę po inne twoje teksty. :)
Trochę jeżozwierz, trochę być może Asperger, trochę pisarzyna.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Maszyna zagłady

Post autor: Kruffachi » 06 sierpnia 2016, 18:45

Podobało mi się, jestem kontenta, a zarzuty mam właściwie tylko dwa (poza jedną literówką, gdzieś tam zamiast albo masz labo, no i paroma przecinkami, ale ja tak nie lubię poprawiać drobiazgów na foruuum... :grzybki: ). I może od tych zarzutów zacznę, żeby potem bez pardonu wylać na Ciebie wiadro malinowego budyniu.

Pierwszy zarzut dotyczy otwierającego dialogu, który momentami ociera się o A opowiada B o rzeczach, o których obaj wiedzą, bo tak podobno ciekawiej dla czytelnika. Dużo tam informacji, dużo bardzo długich i przez to nienaturalnych partii dialogowych. Moim zdaniem dobrze byłoby jeszcze ten fragment przebudować, może nieco rozrzedzić.

Drugi zarzut jest w sumie podobny, też dotyczy przegadania, a mam na myśli scenę, w której Mędrcy wyjaśniają, o co im chodzi. Wyjaśniają tak długo i dokładnie, że aż sami siebie zaczynają powielać. Widać, że dość mocno zależało Ci na zaprezentowaniu idei i ich sposobu myślenia, ale uważam, że dobrze zrobią tam solidne cięcia.

No to teraz głasie.

Być może Kan ma rację, że "Maszyna zagłady" nie powala oryginalnością, a linia fabularna niespecjalnie się komplikuje, ale mnie sposób podania tej historii bardzo odpowiada. Niby cały czas czekałam na moment, aż bomba wybuchnie, niby przedstawienie ludzi jako niebezpiecznego, impulsywnego agresora w kosmosie też nie zaskoczyło i wzbudziło skojarzenia, ale nie przeszkodziło mi to we wsiąknięciu w Twoją opowieść. Bo jest po prostu ładnie, dobrze i sugestywnie napisana. Właśnie to, co lubię - nie ma oszałamiającej ilości opisów, a jednak potrafię wejść na scenę i uwierzyć w otaczające mnie rekwizyty.

Potrafię też - za to chylę czoła szczególnie - uwierzyć w bohaterów. Na tak niewielkiej w gruncie rzeczy przestrzeni udało Ci się sprawić, że naprawdę polubiłam Kaia, kibicowałam mu, rozumiałam i współodczuwałam, a Sven mnie mocno zaintrygował jako postać. Udało Ci się też mimochodem, niejako między wersami, odmalować ich relację. Z ogromną przyjemnością poczytałabym o nich kiedyś więcej. Nie naciskam, nie namawiam nawet, bo pracujesz nad innym ważnym projektem, ale jeśli kiedyś Cię najdzie, wiedz, że jest przynajmniej jeden zdeklarowany czytelnik ;)

Podobało mi się także, w jaki sposób zbudowałaś napięcie. Mam na myśli motyw z milczeniem Mędrców. Wiadomość, że był to swego rodzaju test, nieco zmniejszyła wrażenie, jakie robiło, ale tak naprawdę już po fakcie - po tym, jak spełniło swoją funkcję, a ja się naprawdę wkręciłam w wydarzenia.

No nie wiem, no... Podobało mi się po prostu. Odczuwałam przyjemność podczas lektury i chyba zwyczajnie jest tak, że jestem czytelnikiem dość kompatybilnym z Twoim sposobem pisania.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ