Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Ta gra, w którą gramy

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Ta gra, w którą gramy

Post autor: Martys » 25 września 2015, 15:50

Korzystam z tego, że dobiłam do magicznej granicy 10 postów i równocześnie mam szaloną potrzebę podzielenia się tekstem.
Tekst z zeszłego roku, mały spin-off do mojego wielokrotnego NaNo - Bailey Keller. Jak zwykle bez Bailey.
Tak że tak...

Tekst arbitralnie podzielony na pół, bo był długi. Potem wrzucę drugą część.



Ta gra, w którą gramy
- Tommy, przyjacielu, jak leci? Nie, wybacz, złe słowo. Co słychać? Niezbyt tu wygodnie, co?
Stawiam niepewnie nogi, szukając oparcia. Ramiona rozłożone na boki, jak mamusia kazała, chociaż daleko w razie czego nie polecę. Dotykam ściany za plecami, jak jakiś pająk, jakbym mógł się tej pionowej, chropowatej powierzchni rzeczywiście przytrzymać. Gzyms może jest wystarczająco szeroki dla Tommy’ego, ale nie dla mnie, a balansowanie na gzymsach nie należy do mojego repertuaru popisowego.
– Nie lepiej stąd zejść? Co? Przecież nikt tu nie chce skakać. No chodź, Tommy. Chodź do mnie…
Przesuwam się kolejnych kilka kroków. Nogi coraz bardziej mi się trzęsą. Próbuję nie patrzeć w dół. Jak tylko o tym myślę, oczywiście natychmiast patrzę w dół, więc staram się nie myśleć w ogóle.
- Przecież nie skoczysz. Nie chcesz chyba przyprawiać swojej mamy o zawał, co nie? Taki dobry chłopak jak ty…
- Psycholog roku – słyszę syk tuż obok. Potrząsam głową. Nie teraz.
- No chodź, zbliż się tylko trochę. Zaraz cię będę miał, zrób tylko krok w moją stronę…
Kucam, pochylam się do przodu i wtedy gzyms kruszy mi się pod nogami, tracę równowagę. Słyszę jak tłum poniżej głośno nabiera powietrza. Na oślep chwytam Tommy’ego, który przelatuje mi przed twarzą, a już po chwili ląduję na stercie liści zagrabionej pod ścianą, chwała niech będzie Innym bogom… Ło matko, niby niewysoko i ta sterta liści, ale i tak mnie zatkało, przed oczami pociemniało na moment. No, ale już widzę ją, leci przez tłum gapiów podziwiających cyrkowe sztuczki starego faceta, rozpychając ludzi na boki jak lodołamacz. Moja klientka, emerytowana nauczycielka, pani Stewart czy jakoś tak.
- Tommy – łka i rzuca się przy nas na kolana. Bierze Tommy’ego z moich rąk i przyciska go do obfitej piersi. - Tommy, mój maleńki, tak mnie nastraszyć… Dziękuję, detektywie – mówi, już do mnie. Macham jedną ręką, drugą rozcierając bok. Szczęście, że grabi w tej stercie nie było, ale na jakiejś gałęzi chyba wylądowałem. Tommy spogląda na mnie z nienawiścią, czy też może z bezgranicznym zniechęceniem w zielonych oczach. Zupełnie nieświadomy pochlipywania jego mamci. Na Pustkowia, jak ja nienawidzę kotów.

*
Wchodzę w mrok klatki schodowej, idę kilka stopni w górę, zawracam i wychodzę znów na zewnątrz. Patrzę na żółtą plakietę na tablicy przy drzwiach – Garmand Kadeen, prywatny detektyw. Znaczy się, ja wiem, że tak tam jest napisane, ale osoba postronna może nie wiedzieć, bo moja wizytówka tak naprawdę znów się odkleiła, obsunęła i schowała pod tabliczkę fryzjera z parteru. Z westchnieniem biorę ją i chowam do kieszeni. Tym razem, jak Pustkowia rozległe, wezmę i przykręcę na śruby. Administrator może mi skoczyć. Gdy dochodzę do drzwi swojego gabinetu nie jestem już w tak bojowym nastroju. W zasadzie to nie, administrator rzeczywiście może złożyć gdzieś zażalenie, wywalić mnie na ulicę, pozbawić jedynego, do tego wątpliwego źródła dochodu… Nie, po prostu kupię lepszy klej. Będzie taniej i bezpieczniej. Przekręcam klucz i wchodzę do środka.
- Piękne – słyszę od progu syk i powolne klaskanie. – Garmand, wybawca kotów. Jak się z tym czujesz, bracie?
- A nie widać? – mówię, starając się zignorować kpinę w jego głosie. Idę prosto do łazienki, nawet nie ściągam płaszcza. Od razu do łazienki, odkręcam wodę, najgorętsza jaka pójdzie z tych rur, mydło antybakteryjne – szoruję ręce. Koty. Aż mnie dreszcze przechodzą. – Wyśmienicie. Powiedz mi, że jak mnie nie było, ktoś mnie szukał, bo potrzebował pomocy w czymś naprawdę poważnym.
Zakręcam wodę, wycieram ręce, stoję tak chwilę, czekając na odpowiedź, po chwili orientuję się, co powiedziałem i sam idę sprawdzić i automatyczną sekretarkę, i maila. Nadzieja matką głupich, ale każda matka kocha dzieci swe.
- Dzwoniłeś do mamy? – pyta. Nie odpowiadam od razu, pochłonięty studiowaniem spamu, więc ponawia pytanie.
- W tym tygodniu jeszcze nie – mówię i z westchnieniem naciskam klawisz DELETE. Absolutnie nic. Nawet reklamówek z supermarketów mniej. Chyba zauważyli, że coraz rzadziej do nich chodzę. Jak z kasą krucho, to i się mniej chodzi, no co tu dużo mówić. Ale jakie czujne, cholery.
- Dzwoń.
- Później.
- Dzwoń.
- Jas…
- Dzwoń!
- Okej, okej, dzwonię – mówię i rzucam się do telefonu. Głowa zaczyna mi pulsować. Z pamięci wybieram numer. Czekając na połączenie, rozglądam się po pokoju. Gdzie żem ja porzucił aspirynę.
- Szpital psychiatryczny Sunbite Hill, New Shore, słucham? – słyszę w słuchawce. Odruchowo przestaję się kręcić w fotelu i siadam prosto. Dwa razy widziałem tą kobietę na żywe oczy – wiem, że to ona, bo tego głosu nie da się pomylić. Nazywam ją Helga.
- Dzień dobry, mówi Garmand Kadeen – przedstawiam się jak uczniak. – Czy mógłbym rozmawiać z Santhar Kadeen? Jestem jej synem – dodaję, bo kilka razy zbyła mnie słowami, że pani Kadeen nie odbiera telefonów, po czym zawsze musiałem szybko tłumaczyć, kim jestem i czemu dzwonię. Miejmy to za sobą.
- Pani Kadeen śpi – mówi Helga. – Coś przekazać?
- Nie.
Zapada cisza, bo nie wiem, co dalej powiedzieć, więc szybko dziękuję jej za cokolwiek to było, co dla mnie zrobiła, i rozłączam się. Natychmiast słyszę chichot.
- Trzeba było przedstawić się jako ja – mówi.
- To tak nie działa.
- Przecież ty nie wiesz, jak to działa.
No w sumie racja. Zaczynam bujać się w fotelu. Strasznie skrzypi. Jasiir lepiej pojmuje zasady gry. Gdzie mi tam do niego, ja nawet nie wiem w co gram.
- Idzie – mówi. Podnoszę wzrok.
- Kto?
Pukanie do drzwi. Aż się wzdrygam. Rzadko się tak zdarza, żeby jego przeczucia się sprawdzały, ale jak już to zawsze mnie to tak samo zaskakuje. Zejdę na zawał we własnym biurze.
Gdy otwieram drzwi, czuję się jak bohater pierwszej dowolnej powieści detektywistycznej. Prywatny detektyw przyjmujący w swym biurze piękną kobietę w potrzebie. Minus opary whisky (bo mnie nie stać), dym papierosowy (bo nie palę), ciemność za oknem (jest południe) i czerwona suknia kobiety (bo ubrana jest najzwyczajniej w świecie w jeansy i kolorową bluzkę). Ale co tam.
Zapraszam ją do środka, zamykam drzwi. Siada na krześle przed moim biurkiem, ja siadam w swoim fotelu, po drodze oczywiście uderzając się kolanem w metalową szafkę, którą postawiłem przy biurku, że niby na dokumenty, a tak naprawdę na kurz i pająki. Powinna teraz wyciągnąć znikąd cygaretkę i bez pytania ją zapalić, ale tylko kładzie sobie torebkę na kolanach i obserwuje mnie, czy może zacząć. Już mam coś powiedzieć, ale uprzedza mnie.
- Anna Swan. Przychodzę z dość delikatną sprawą – mówi, a głos lekko jej drży. Ale patrzy mi prosto w oczy. – Chciałabym, by śledził pan mojego męża. Zdradza mnie. Wiem to dobrze, ale potrzebuję niezbitych dowodów, by w sądzie go pogrążyć.
- Jak typowo – słyszę syk tuż przy uchu. Macham na Jasiira ręką, starając się, by ten gest jak najbardziej przypominał zachętę, by mówiła dalej.
Wyciąga z torebki kopertę i podaje mi ją.
- W środku jest zdjęcie Dwaighta. To mój mąż. I harmonogram jego dnia – dodaje po chwili. Pięknie podane na tacy i opakowane.
- Pozostaje mi tylko go śledzić i zrobić reportaż – mówię, a ona kiwa głową. Przeglądam pobieżnie zawartość koperty i odkładam ją na bok. – Czemu inni pani odmówili?
- Ceny – mówi i wzrusza ramionami. Jej głos nadal drży, oczy ma szkliste i zaczerwienione, ale spojrzeniem ani na chwilę nie ucieka w bok. – Cóż innego?
- No tak – mruczę. Do mnie trafiają wszyscy spadochroniarze, których moi zacni koledzy po fachu spuszczą w kanał za pomocą swojego cennika. Mój cennik z daleka krzyczy „praca za jedzenie”, wielkimi jaskrawymi literami z neonami, parasolkami i całym tym syfem mającym na celu zwrócić uwagę ludzi. I na pewnym poziomie desperacji zwraca.
Ustalam z nią szczegóły, podsuwam do podpisu standardową umowę wałęsania się za niewiernym małżonkiem, którą kiedyś opracowała mi Serena, zanim odeszła. Co oznacza, że umowy tej nie zmieniałem od dziesięciu lat. Ciekawe jak teraz z tymi wszystkimi zapisami i postanowieniami, jak to wszystko wygląda w świetle obecnego prawa, ale pani Swan się tym nie przejmuje. Bierze umowę, kartkuje ją, zatrzymuje się przy ciekawszych paragrafach, po czym wyciąga do mnie rękę. Podaję jej pióro, ona szybko podpisuje kartki i wręcza mi komplet. Wstaję, dając jej do zrozumienia, że teraz może spokojnie odejść i być pewna, że zadanie zostanie wykonane, i to od ręki, no dobra, dajcie mi pięć minut. Góra tydzień.
- Niewierny mąż – słyszę znów syk, gdy drzwi za moją nową klientką się zamykają. – Jak ty chcesz tego dokonać, o Gary, bohaterze kotów.
No przysięgam, kiedyś się nie opanuję i spróbuję palnąć mu w łeb. To będzie ciekawy widok. Serenie by się spodobało.
- Widziałeś te zapiski? – mówię do niego, podchodząc do biurka. Biorę z niego kartki i wybieram jedną z nich. Wieczorami pan Swan ma w zwyczaju znikać. Znaczy, oczywiście wraca do biura, jeszcze popracować, pracoholik. Pani Swan jest bardzo wyrozumiałą małżonką, więc nie ma nic przeciwko. Pan Swan idzie sobie do pracy, pani Swan spać. – Mieszkają na Willow Hill. Zdążę jeszcze wrócić do domu i się przebrać.

*
Będąc mistrzem przebrania, wtapiam się w otoczenie po drugiej stronie ulicy. Tutaj jest park i cień, i już jakiś szary człowiek siedzi na ławeczce zwróconej przodem do domu państwa Swan, no to się dosiadam. Facet rzuca mi zaciekawione spojrzenie, kiwam mu przyjaźnie głową na dzień dobry.
- Ładny dzień – zaczyna, a z mojej lewej Jasiir wybucha śmiechem. Ledwo słyszę, co facet do mnie gada, próbuję coś tam odpowiedzieć, kątem oka obserwując dom. Jest po siódmej, pan Swan powinien niedługo wychynąć ze swego domostwa, wsiąść do tego błyszczącego forda stojącego na podjeździe i udać się na drugą turę do pracy. I tak też się dzieje. Wychodzi, przerzuca teczkę z jednej ręki do drugiej, idzie do samochodu, wsiada.
Wstaję, chociaż monolog szarego faceta na temat ostatniej teorii na pojawienie się Pustkowi prawie zaczął mnie wciągać. Żegnam się i idę spokojnie w dół ulicy, w kierunku gdzie odjechał mój cel. Wsiadam na rower, który zostawiłem sobie pod drzewem i jadę za fordem.
Plusem tak ciasnego i napakowanego miasta jak nasze jest to, że rowerem z łatwością dogonisz takiego błyszczącego forda. Nie rozumiem ludzi kupujących sobie samochody większe niż prześwit ulicy. Ford niezgrabnie skręca na skrzyżowaniu w prawo. Samochody jadące właśnie z prawej muszą przyhamować i go przepuścić, bo zatacza łuk jak autobus. A ja sobie spacerkiem, nawet się zanadto nie zgrzawszy, przejeżdżam za nim przepisowo na pasach, zwalniam nawet, żeby trochę sobie odjechał, ale przecież na takiej ulicy się nie rozpędzi – za chwilę i tak będzie musiał przyhamować, bo kolejne skrzyżowanie, a za nim, nieważne, w którą stronę pojedzie, znów będzie zaraz musiał gdzieś skręcić. Konstruktorzy mieli fantazję z tymi ulicami, zupełnie jakby próbowali nam labirynt stworzyć, same zakręty, zero prostych odcinków.
No, ale tę dyskusję mam już za sobą. Przegrałem ze swoją teorią spiskową obrywając w paszczę od jej wysokości, Ivy. Po wysłuchaniu mojej tyrady na temat labiryntów, szczurów i tego, co czai się na Pustkowiach, z kamienną twarzą dała mi z liścia i kazała płacić za drinki teraz, w tej chwili, albo wyląduję na zmywaku. Resztę nocy spędziłem oczywiście szorując gary, aż rano przyszedł właściciel lokalu, który najpierw przywitał mnie jak złodzieja, a potem musiał przyznać się do błędu i mnie wypuścić. Stare czasy. Miesiąc będzie.
Zgodnie z oczekiwaniami, pan Swan udaje się najpierw pod własne biuro, gdzie zostawia samochód na parkingu, zmienia marynarkę, zdejmuje krawat, nakłada na głowę nawet jakiś kapelusz, pełna dyskrecja, po czym przechodzi na jeden z sąsiednich przystanków i siada, oczekując na autobus. No dobra, nie do końca zgodnie z oczekiwaniem, bo sądziłem, że jednak będzie jechał samochodem, ale ja umiem szybko się przystosować, jak na detektywa przystało. Staję sobie przy sklepie, tyłem do przystanku, obserwując gościa w odbiciu wystawy. Po chwili przyjeżdża autobus, więc zerkam za siebie. Tak, facet wsiada, więc jadę za nim.
Linia A36. Zatacza pętlę dookoła Willow Hill, nurkuje na chwilę do Trzeciego Miasta, po czym wyłania się w Oakland. Jadę w pewnej odległości od autobusu, bo już wiem, gdzie pan Swan wysiądzie. W Trzecim Mieście jest tylko jeden przystanek, przy dokach. Pierwszą moją myślą jest „brawo, Gary, zuch chłopak, nie zgubisz dziada”, a kolejną „na Pustkowia, Trzecie Miasto…”
Gdy zbliżamy się do Muru oddzielającego Drugie Miasto od Trzeciego, zwalniam i patrzę na zegarek. Wpół do ósmej. Na świętego… No dobra. Przecież mnie nie zabiją.
- Gaaaryyy – słyszę syk. Kierownica roweru ucieka mi na milisekundę, ale już po chwili jestem opanowany i zimny jak głaz za Ścianą Życia. – Przecież znasz zaklęcie. Powiesz słowo i będą ci z ręki jedli…
Co racja, to racja. Nie ma sensu się z nim kłócić.
Zgodnie z oczekiwaniami, że tak pozwolę sobie powtórzyć, bo tym razem wszystko się zgadza, pan Swan wysiada na przystanku Doki – Trzecie Miasto. Spogląda jeszcze – z resztą tak samo jak ja – na oddalający się z nieprzepisową prędkością autobus. Już po chwili na ulicy jest pusto, może poza nami dwoma. Co mi przypomina, że zachowuję się nader nieprofesjonalnie tak stojąc na środku jezdni na rowerze, więc w trymiga zjeżdżam na chodnik po drugiej stronie, zostawiam rower pod pierwszą z brzegu klatką schodową i wchodzę do niej. Natychmiast też wyglądam przez brudną szybkę drzwi na zewnątrz, by sprawdzić, czy pan Swan się zorientował. Ale gdzie tam – co prawda przechodzi na moją stronę ulicy, ale nawet nie patrzy w stronę mojej kryjówki. Idzie w prawo, mija mnie, wychylam się nieco i widzę, że przechodzi przez kolejną ulicę i zbliża się do klubu Knaves: Underground. Trochę się cieszę, bo zawsze mógł pójść do jakiejś meliny, gdzie autorytet Ivy nie sięga. Wróć, przecież wszędzie imię królowej jest znane, zdrów niech ona będzie po wsze czasy, i tak dalej.
Wychodzę z klatki, przyczepiam rower do balustrady i, modląc się w duchu, by nikt mi go nie gwizdnął, idę za moim celem. Po chwili słyszę za sobą brzęknięcie dzwonka. Odwracam się. Już jakiś kolo stoi sobie przy moim rowerze i go tyka. Wracam.
Ivy niejednokrotnie zaznaczała w przeszłości (nie dalszej też jak trzy dni temu), że jestem idiotą. Biorąc pod uwagę jej rozległą wiedzę na temat życia, wszechświata i wszystkiego, trudno się z nią nie zgodzić. Za każdym razem przyjmuję ten fakt z pokorą, jakby przypominała mi moje miejsce w wielkiej mozaice jaką jest jej wyobrażenie istnienia. Raz jeden powiedziała coś zgoła innego. Powiedziała, że nie wyglądam na takiego, który potrafi o siebie zadbać. I powiedziała to z uznaniem. Bo akurat tamtej nocy stawiłem czoła kilku kolesiom w jej klubie i musiała wkroczyć dopiero kiedy zaczęli wyciągać noże. Bitka zakończyła się dla mnie jedynie kilkoma szwami, które mi z resztą sprawnie nałożyła, a nie pochówkiem, którego nie potrafiłaby odprawić, jak się wtedy przyznała.
- Przyjacielu – mówię, podchodząc do typka, który okazuje się o głowę wyższy ode mnie. Taki tęgi brodacz. Pień drzewa, który wyhodował brodę zamiast mchu. – Poszukuję właśnie takiego jak ty. Widzisz, okolica nieciekawa, normalnie bym się tutaj nie zapuszczał, ale sprawy służbowe, rozumiesz, taka praca, rowerem przyjechałem i tymże też rowerem chciałbym do domu wrócić, po wykonaniu zadania oczywiście. Popilnujesz go dla mnie, co? Ivy na pewno będzie ci wdzięczna – mówię na zakończenie i klepię go po przyjacielsku w biceps szerokości mojego tułowia, prawie bez przesadni tutaj. Po czym idę lekkim krokiem w stronę klubu, nie oglądając się. Zaskoczyć przeciwnika, zdezorientować go, wygrać. Technika Ivy. Zawsze mówi mi, że jak już będę na tyle głupi, by prowokować ludzi na ulicach Trzeciego Miasta to mam później trwać w swoim, choćby później szli na pół kroku za mną pod sam Mur, dysząc mi w kark. Ten za mną nie idzie. Widać, że stary wyjadacz, wierny wyższej rangi, imię bóstwa osadza go na miejscu. Cóż tu wiele mówić – taki świat. Boga swego przecież imienia na daremne wypowiadać nie wolno, bo można oberwać w cztery litery, każdy to wie.
Knaves: Underground zajmuje całą piwnicę, parter i dwa piętra ceglanego budynku na rogu ulicy. Na dole jest pub w stylu irlandzkim, z ciemnymi, poobijanymi meblami, niskim sufitem, masą ludzi i telewizorami emitującymi jakieś mecze. Oczywiście głównie nagrania odtwarzane z kaset i płyt, bo przynajmniej w tym sezonie żadne rozgrywki się nie odbyły, nieważne w jakiej dyscyplinie, więc nowości brak, że o transmisji na żywo nie wspomnę. Pustkowia znów się przesunęły i tym razem wchłonęły Centrum Olimpijskie w Starym Nowym Jorku. Było o tym głośno na wiosnę. Musieli ewakuować pół miasta i to w nocy, bo tak się akurat Pustkowiom beknęło. Granica przesunęła się dwadzieścia kilometrów w głąb Oceanshore. Nim gdziekolwiek teraz wybudują czy po prostu zorganizują jakiekolwiek centrum sportowe, trochę to potrwa. Do tego czasu trzeba się zadowalać nagraniami z zeszłych sezonów.
Na parterze jest coś w rodzaju salonu gier. Mają tam bilard, różne gry arkadowe, chyba nawet stolik do ping ponga, co byłoby dziwne w Drugim lub Pierwszym Mieście, ale tutaj obowiązuje zasada brania tego, co dają. Ktoś im dał stół do ping ponga to go wstawili do klubu.
Pierwsze i drugie piętro to burdel. Gdzież indziej poszukiwać niewiernego małżonka? Mogłem co prawda trafić po prostu na jakiegoś typa, który wybrał sobie młodszą laseczkę i z nią spędza wieczory, podczas gdy szanowna małżonka śpi, ale trafił mi się bardziej przyziemny koleś. Przynajmniej trudno nie będzie.
Wchodzę na pierwsze piętro, zatrzymuję się przy wykidajle, którego nawet znam z widzenia. On mnie chyba też. Nie pyta o nic, ogląda mnie od stóp do głów i wpuszcza do środka. Zaczynam się zastanawiać, czy nie przywdziałem na dziś stroju zjadliwie zielonego, jak wiecznozielone pędy bluszczu, ale chyba jednak nie, bo takich raczej nie mam, chociaż kto mnie tam wie.
Na początek wita mnie recepcja. Pełna kultura – czerwone ściany, owszem, ale wszędzie czyściutko, pani za kontuarem skromnie ubrana, biała koszula zapięta pod szyję, żółta apaszka na tejże szyi, zakładam że czarna spódnica przepisowo do kolan… Usadowieni w fotelach pod ścianami odziani w garnitury jegomoście obserwujący każdy mój ruch. Pani uśmiecha się do mnie jak recepcjonistka w hotelu do nowo przybyłego gościa. Pyta mnie nawet w czym może mi pomóc.
- Zapytaj ją, czy możesz porobić zdjęcia ich klientowi, bo potrzebne są jako dowód w sprawie rozwodowej.
- Jas… - Przeciągam dłonią po twarzy, by kobitka nie zauważyła, że coś mówię. No nic, jak to mówią, raz kozie śmierć. Pewnym krokiem podchodzę do recepcji. Zerkam na identyfikator przypięty do bluzki dziewczyny. – Violet, bardzo ładne imię – mówię i szczerzę się. Pełen profesjonalizm. – A więc panno Violet, owszem, może mi pani pomóc.
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Gorgiasz » 25 września 2015, 21:34

Dobrze napisany tekst; daje się zauważyć stylizację na Raymonda Chandlera. Ciekawe i barwne słownictwo, kilka udanych powiedzonek, delikatny humor, choć treść prawie standardowa. Prawie – bo kilka elementów pozostaje nieszablonowych i niezrozumiałych, zakładam, że wszystko zostanie rozjaśnione w dalszej części.
Co słychać? Niezbyt tu wygodnie, co?
Powtórzone „co”. Całość nie brzmi dobrze.
Gzyms może jest wystarczająco szeroki dla Tommy’ego, ale nie dla mnie, a balansowanie na gzymsach nie należy do mojego repertuaru popisowego.
Powtórzony „gzyms”.
Nogi coraz bardziej mi się trzęsą.
Napisałbym: Nogi trzęsą się coraz bardziej.
„mi” dobrze jest unikać, zwłaszcza gdy i tak wiadomo, o kim mowa.
chwała niech będzie Innym bogom…
Trzeba konsekwentnie. Albo Innym Bogom, albo innym bogom.
Tommy spogląda na mnie z nienawiścią, czy też może z bezgranicznym zniechęceniem w zielonych oczach. Zupełnie nieświadomy pochlipywania jego mamci. Na Pustkowia, jak ja nienawidzę kotów.
Dobra puenta tego fragmentu.
- Piękne – słyszę od progu syk i powolne klaskanie.
- Piękne. – Słyszę od progu syk i powolne klaskanie.
Co prawda napisałbym: - Piękne – Od progu słyszę syk i powolne klaskanie.
Głowa zaczyna mi pulsować.
„mi” bym usunął.
- Szpital psychiatryczny Sunbite Hill, New Shore, słucham? – słyszę w słuchawce.
- Szpital psychiatryczny Sunbite Hill, New Shore, słucham? – Słyszę w słuchawce.
Dwa razy widziałem tą kobietę na żywe oczy – wiem, że to ona, bo tego głosu nie da się pomylić.
„na żywe oczy” - nie ma chyba takiego zwrotu, owszem, można stworzyć własny, ale ten akurat nie jest najszczęśliwszy.
że zadanie zostanie wykonane, i to od ręki, no dobra, dajcie mi pięć minut. Góra tydzień.
Dobre.
Znaczy, oczywiście wraca do biura, jeszcze popracować, pracoholik.
„pracoholik” bym usunął; powtórzenie derywatu „pracy”.
które mi z resztą sprawnie nałożyła, a nie pochówkiem, którego nie potrafiłaby odprawić, jak się wtedy przyznała.
„zresztą”

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: szczepantrzeszcz » 26 września 2015, 15:30

Martys pisze:Korzystam z tego, że dobiłam do magicznej granicy 10 postów i równocześnie mam szaloną potrzebę podzielenia się tekstem.
Na taki stan ducha lekarstwa jak dotąd nie wynaleziono :)
Martys pisze:...mały spin-off do mojego wielokrotnego NaNo - Bailey Keller. Jak zwykle bez Bailey.
Może jestem natrętny, ale czy mogłabyś przetłumaczyć na polski... stary człowiek nie czai bazy.
Martys pisze:Tekst arbitralnie podzielony na pół, bo był długi.
?
Martys pisze: Potem wrzucę drugą część.
Przeczytałem pierwszy akapit, teksty niezakończone z założenia pomijam, ten wydał mi się wart przeczytania. Czekam niecierpliwie.

I drobna uwaga techniczna, w zaszadzie pośba nieśmiała: jeżeli nie stosujesz wcięć, wskazane byłoby rozdzielać akapity pustą linią. Ludziom o kiepskim wzroku będzie łatwiej.

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Martys » 28 września 2015, 10:24

Dzięki za komentarze i redakcję! Przemyślę, zobaczę jak to się ma do tekstu.

Bez gadania wrzucam drugą - ostatnią - część.


Ta gra, w którą gramy, cz.2
*
Słów mądrości swej matki nie powinno się zapominać. Jeśli kiedykolwiek doczekam się potomstwa, chociaż wszelkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi, że prędzej konstelacje naszego obecnego nieba wrócą do układu sprzed nadejścia Pustkowi i Innego, niż ja przekażę geny dalej. Jeśli kiedykolwiek doczekam potomstwa, każę im spisywać każde słowo swej rodzicielki. Od bajek, przez przepisy kulinarne, po narzekania jak to ją bardzo plecy czy głowa boli. Sam będę matkę mych dzieci w razie czego nagrywał, a nagrania skrzętnie przechowywał, bo nigdy nie wiadomo, kiedy któraś z jej mądrości się przyda.

Ja swej matki nie nagrywałem, nie zapisywałem jej złotych myśli, ale dzięki Jasiirowi pamiętam przynajmniej te najważniejsze rzeczy, bo kiedy ja zaczynałem poddawać w wątpliwość jej zdrowie psychiczne, mój bliźniak spijał słowa z jej ust. Biję się do dziś w pierś za to, że nie byłem takim synem, jakiego ona chciała, ale przynajmniej zawsze był przy niej Jasiir.

- Obliczyłem to – znów słyszę syk Jasiira. Niby wiem, że w każdej chwili może się odezwać, ale i tak tracę trochę równowagę. Chwieję się na gzymsie przez nieskończenie długie uderzenie mojego własnego serca, jak to patetycznie brzmi… Łapię za rynnę i przywieram do niej. To już drugi raz, a słońce rzekomo ledwo zaszło. Z resztą kto ich tam wie, astronomów od siedmiu boleści, równie dobrze ja bym tam mógł siedzieć w ciepełku i kontrolować, czy Kopuła wyświetla dobre położenie słońca nad Pustkowiem, czy nie. – Gdybyś mamę wziął do siebie, a nie bulił na ten szpital, to byś był tylko dwie stówy w plecy, a wartość dodana nieskończona, bo ona szczęśliwa, a ty masz eksperta pod dachem, nie musisz do niej dzwonić po porady kiedy elfy na horyzoncie się pokażą.

Jak ja go nienawidzę momentami. Mam tylko nadzieję, że się w myślach czytać nie naumiał. Pokonuję ostatnie dwa metry i jestem na dachu. A w dachu – okno dachowe. Podchodzę do tegoż okna ostrożnie, jak ninja.

- Raczej jak najniższego sortu detektyw zdesperowany na tyle, by uciekać się do sztuczek, ale ok.

Jutro zadzwonię do Sereny i poproszę ją, by wróciła, ale tylko po to, by mogła obserwować, jak daję w paszczę Jasiirowi. Z trudem zmuszam się, by zachować zimną, profesjonalną krew. Przez okno widzę w dole niewiernego męża, Dwighta Swana, z… Chciałem powiedzieć, że z jakąś lafiryndą, ale to Kiara, więc raczej nie z jakąś lafiryndą, ani nawet nie z prostytutką, ale z kobietą o wysokich walorach estetycznych parającą się użyczaniem swych walorów estetycznych potrzebującym choćby odrobiny piękna w tym podłym świecie. Łeb babka ma jak tuzin łysych pał z Drugiego Miasta. Widziałem ją raz ogrywającą szefa szefów naszego lokalnego klubu fanów starego Arsenalu w pokera srogo zakrapianego. Wiecie, taki sport, poker srogo zakrapiany.

- Cześć, Kiara – Jasiir syczy, by po chwili zanieść się rechotem, który pewnie wystraszyłby połowę rezydentów budynku, gdyby tylko ich doszedł.

- Jas… – szepczę, bo mnie akurat usłyszeć mogą. Sprawdzam flesz na aparacie, ale jest wyłączony, więc ok. Pstrykam fotki. Muszę się zastanowić, czy oddać je pani Swan, czy sprzedać mniej na to zasługującym, ale lepiej płacącym portalom. Ale będę musiał jakoś zaretuszować twarz Kiary, żeby nie było, no to chyba tylko pani Swan mi pozostaje. – Mówiłeś, że mogę ją zapytać o możliwość robienia zdjęć ich klientowi, bo ta sprawa rozwodowa.

- Mówiłem.

- Wywalili mnie na zbity pysk. Nawet ten wykidajło mnie kopnął. Bez interwencji Ivy raczej nie mam co tu szukać, nawet jeśli zmienią zarządcę.

- Ale zalazłem w tej jej ksiundze—

- Księdze.

- Księdze – powtarza, a syk zmienia się w rechot, ten jego charakterystyczny, kiedy uczy się nowego słowa. Coraz rzadziej ostatnio, ale nadal zdarza mu się odkryć coś nowego. – Znalazłem tam, gdzie twój Romeo się chowa, tak?

No akurat tak. Co mi przypomina, że nie wspomniałem o tych jakże przeze mnie opiewanych słowach mądrości matki mej, czy naszej, zależy jak na to patrzeć, a mianowicie: „Jasiir to twój brat, tak? I nie patrz tak na mnie… To twój brat. On zawsze pomoże.”

Najbardziej to brat mi pomógł, gdy trzeba było zdobyć zaufanie bogini miasta tuż pod Ścianą Życia. Jak po raz pierwszy zawędrowałem do Behind the Scene, akurat Ivy, w swej krasie obalającej ustroje polityczne, była na dyżurze na bramce zamiast na barze, czyli cały klub siedział jak trusia, żeby krzywym spojrzeniem diabła nie sprowokować, bo jej gniew powoduje zmiany w nastroju Pustkowi i pochłanianie kolejnych obszarów miejskich. W te oto progi przyszedł-że ja, zagubiony i zdezorientowany, bo przecież nie każdego dnia wyprawia się człowiek cywilizowany w progi Trzeciego Miasta po to, by odnaleźć złodzieja samochodów (taki to był mój jeden jedyny raz współpracowania z policją, czasy starsze niż ja sam pamiętam, nie tęsknię za nimi). Jedno jej spojrzenie i ja wiem, że ona wie, z kim ma do czynienia, więc postanawiam zachowywać się tak, by jej intuicji nie obrazić: siadłem do baru, zamówiłem co tam mają, i zamulałem cały wieczór. Całą noc. Nad ranem panna w zieleń odziana wywaliła mnie na bruk. Powiedziałem wtedy do Jasiira, że cały ten szajs nie jest wart kwoty, którą mi płacą i że idę szukać szczęścia na Pustkowiach, jako jakiś szalony Pustelnik. Będę przepowiadać przyszłość z martwych drzew i figur ludzi zastygłych w czasie, którzy mieli pomysł podobny do mojego, minus cała wiedza o Innym, którą ja posiadam, dzięki mojej… naszej matuli. Wtedy ona nachyliła się nade mną i zapytała, z kim rozmawiam, no to machnąłem ręką w kierunku ogólnie przyjętym przeze mnie, że tam akurat powinien znajdować się Jasiir i przedstawiam jej mojego bliźniaka. Ivy spojrzała w pustkę, wyciągnęła rękę, chybiła o milę, Jasiir ją spróbował chwycić, ona potrząsnęła własną ręką, jakby potrząsając ręką Jasiira, przywitała go słowami „Witam, Niewidzialny Przyjacielu—

- To mój brat.

- Witam, Niewidzialny Bracie tego tutaj pijusa.

Potem podała mi rękę, powiedziała jak się nazywa i ostrzegła, że jest to imię, przed którym drży całe Trzecie Miasto. I że mam zabierać swoje grube cztery litery z jej dzielnicy, bo akurat miała dwa razy po dwadzieścia godzin i jest w kiepskiej formie psychicznej. To był początek naszej niezwykłej przyjaźni. Zasługuje to na oddzielną historię, taką co najmniej na tysiąc stron, drobnym drukiem, z czego większość to oczywiście będą peony na cześć Ivy. Jak to dobrze, że nie utrzymuję się z pisania…

- Powinieneś być alpinistą i wspinać się na Alpy – mówi. Pstrykam kolejne fotki, myśląc o tym, jak to dziwnie potem będzie rozmawiać z Kiarą o czymkolwiek, choćby o pogodzie. – Oni cię na ryj, a ty hop, na ścianę, jak ten spajderman w starych komiksach.

- Jas, jestem w pracy – mruczę, chociaż wiem, że to akurat było bez sensu. Jak by go to obchodziło. W tym momencie Kiara spogląda na mnie. Wiedziała, że się tam czaję w rzekomym mroku za oknem, czy dopiero teraz mnie zauważyła? Uśmiecha się delikatnie. Skinienie głową. Równocześnie zagłębia palce we włosach pana Swana, zachęcając go.

- Chce swoją dolę – Jasiir syczy mi do ucha. Macham ręką, ale zaraz też chwytam aparat, bo Kiara postanawia pokazać coś, co będzie wyglądało wybitnie w reportażu dla sądu i w folderach ukrytych na samym dnie dysku twardego przeciętnego samca, który będzie miał do nich dostęp, muszę pamiętać, by je usunąć z dysku po tym wszystkim, no bo Serena…

- A to pamiętam – słyszę. – Kiara mówiła, że po spotkaniu z Veeną nauczyła się paru—

Że też mnie nikt nie filmuje. Po zamachnięciu się na brata tracę równowagę i staczam się parę metrów po dachu. W tych kilka sekund zdołałem zmienić wyznanie trzy razy, ale jak już zatrzymuję się na krawędzi dachu wiem, że jedynym prawdziwym wyznaniem jest Pustkowie i Inne pod nim ukryte, w końcu to ono krąży wokół Starego Londynu, i wokół każdej cywilizacji w ogóle, w łaskawości swej nieskończonej użyczając nam, małym ludziom, ograniczonych przestrzeni do życia.

- Na Pustkowia… - wzdycham, zaciskając palce na krawędzi dachu.

*
Pani Swan ogląda zdjęcia z kamienną twarzą. Poza oczami, czerwonymi i łzawymi, nic w niej nie zdradza, że cała sprawa z niewiernością męża w ogóle ją jakkolwiek emocjonalnie absorbuje.

- O ile pamiętasz z opowiadań mamy, jest taka rasa, siththar—

- Ciebie chyba… – mruczę, zakrywając twarz, chociaż obiecałem sobie, że w obecności klientów nie będę reagował na zaczepki Jasiira.

- Słucham?

Pani Swan patrzy na mnie wyczekująco, biedactwo…

- W nagraniach dla sądu twarz dziewczyny będzie odtajniona, chociaż ze względu na układy między Miastami - zaczynam, ale ona mi przerywa uniesieniem ręki. Jak baba uniesie rękę tak właśnie, w geście „zamknij się slash nieważne slash słowo więcej a będzie wojna domowa”, to automatycznie zamykam się, chociaż kiedyś słyszałem, że to pantoflarstwo. Serena jednak jasno dała mi do zrozumienia, że lepiej być żywym pantoflarzem, niż martwym macho.

- Nieważne – mówi. – Jest idealnie.

Idealnie. Pani Swan mi dziękuje, podaje rękę, obiecuje zrealizować przelew jak najszybciej, wychodzi. A ja siedzę w tym biurze i się zastanawiam: co do ciężkiej cholery. Ja rozumiem, Trzecie Miasto i w ogóle, tam dziwne rzeczy się dzieją, ludzie znikają i pojawiają się, idą w Pustkowia i wracają, co z resztą tyczy się głównie mnie, bo mama powiedziała mi, jak Pustkowia wyglądają…

*
- Gaaaryyy – słyszę syk. Spoglądam w jego kierunku, ale widzę tylko nieruszony drink koloru zielonego, z resztą taki sam jak mój. – Gary, bracie, cóż cię gryzie?

Jasiir czasem tak ma, że niby interesuje się moim życiem, a tak naprawdę zbiera dane na temat tego, jak żyć w moim świecie. Wielokrotnie zaprzeczał, ale ja wiem swoje. Wymierzam w niego palcem, mrużąc jedno oko, bo drinki jakie zaserwowała nam Ivy nie były tak bezalkoholowe jak na początku twierdziła. Sylwetka Jasiira kręci się i kręci na tle gier ustawionych w trzewiach Behind the Scene, a mój palec za nią podąża. Z jakiegoś powodu przypomina niebieskiego trolla – z wielkimi uszami, kłami i chudą sylwetką. Dość fantastyki, myślę sobie… Zacznę czytać klasyków. Shakespear, Dickens… Dobra, żartowałem. King, może, bo z niego to strach pomysły czerpać.

- Jesteś takim chu-- - zaczynam, ale w tym momencie bogini zstępuje z niebios w akompaniamencie szurania krzeseł i zaskoczonych sapnięć osobistości zebranych w klubie, i siada obok mnie.

- Tak bardzo słaba noc – mówi, opierając się na stole. Siadła tak, że widzę ją i Jasiira jako jedno, ewentualnie jako bliźniaka syjamskiego z jednym kręgosłupem i resztą, ale dwiema głowami.

- Na miłość wszystkiego… Jas w lewo, Ivy w prawo – mówię, zakrywając oczy na moment. Kiedy patrzę ponownie, oboje siedzą już tak jak powinni, czyli Jasiir bardziej po lewej, a Ivy bardziej po prawej. I nawet bez szemrania się obyło.

- Niewidzialny Przyjacielu-- - zaczyna Ivy, więc jej przerywam, póki mogę.

- Bracie – mówię. – To mój cholerny brat bliźniak. Brat. Jakby drugi syn matki mej, chociaż takiego fizycznie nie miała... Bliźniak, do jasnej—

- Cool – mówi Ivy. Mruga do mnie zalotnie. – Może być zmyślony brat… Niewidzialny Bracie.

- Tak? – Jasiir odpowiada, ku mej uciesze.

- Czuję się idiotycznie przemawiając do twojej choroby psychicznej – Ivy mówi, obracając się do mnie, dłoń przy twarzy. Tłumi śmiech. W sekundę się opanowuje. – Ty tak na serio-serio?

Kiwam głową. Ivy wzdycha, sięga po trunek stojący przed Jasiirem. Jasiir wyciąga w jego kierunku rękę, wykrzywia się w proteście, ale co ja mogę? Ivy wypija zawartość szklanki, beka i wbija wzrok w tylne wyjście z klubu.

- Kiara pozostanie bez zarzutów, ten twój kochaś pójdzie z torbami za zbyt wysoki poziom testosteronu.

Dopiero po chwili orientuję się, że pani sąd pod wezwaniem Ivy zawahała się i patrzy na mnie wyczekująco.

- Mam jedną prośbę – mówi i przysuwa się bliżej. Instynktownie odsuwam się. Nie wiem skąd ten odruch się wziął, ale odkąd zaczęliśmy sobie mówić na ty, a Jasiir zaczął o niej mówić jako o „Pannie Ivy” zamiast zwyczajowego „ten śmiertelnik”, zacząłem mieć momentami do niej dystans jak do przełożonego w siłach zbrojnych Ostatnich Świadomych Terytoriów Starego Świata. Człowiek prowadzący nas przeciwko Pustkowiom nie będzie miał ułamka tej władzy, którą bawi się teraz panna twierdząca, że widziała elfy we mgle Pustkowi. No popatrzcie na takie stwierdzenie: widziałam elfy! Podążajcie za mną!

Każde, KAŻDE takie stwierdzenie wywoła co najmniej uśmiech w słuchaczach, ale Ivy jest nie do zdarcia – poszła w Pustkowie, wróciła, pokazała elfa, taką kulę światła, tylko bez źródła – Trzecie Miasto padło na kolana. A ja razem z nim.

- Jedną prośbę – powtarza, patrząc już prosto na mnie. Prośbę.

- Dla znajomych mam promocyjne ceny – posyłam jej uśmiech, ale nie odwzajemnia go. Poważna Ivy jest poważna.

- Jeśli jeszcze kiedykolwiek postanowisz zadrzeć z którymkolwiek klubem i potem będziesz szukał u mnie pomocy... Wyświadcz mi przysługę i idź popływać w Tamizie…

- Nie umiem pływać, z resztą każdy wie, że Tamiza—

- Dokładnie o to mi chodzi – mówi i wstaje od stolika. Kiwam poważnie głową. No fakt, trochę po bandzie tam poszedłem, nie powiem.

*
- Jaaasiiir – mówię w pustkę gabinetu. Kurz tańczy w rzadkich promieniach słońcach padających przez żaluzje, jak bym mógł się spodziewać w sztampowych powieściach detektywistycznych. Oczywiście to tylko syf mojego własnego gabinetu. – Jeśli ktokolwiek, KTOKOLWIEK, zada mi coś trudniejszego niż znalezienie kota, weź mnie z łaski swej w cztery litery kopnij.

- Gaaaryy…

On tak mówi, bo już próbował, ale nigdy się nie udawało. Ja wiem, on wie, mama próbowała mnie przekonać, że… W tym momencie, w tej ciszy gabinetu i w oczekiwaniu na nowego klienta zapaliłbym papierosa, jak to w powieściach bywa, ale nie mogę się przekonać do palenia. Serena paliła jak smok, Ivy popala coś, co tytoniem nie jest, ale ja…

- Gaaryy…

No tak. Biorę słuchawkę w dłoń, wykręcam numer z pamięci, czekam na połączenie.

- Sunbite Hill, szpital psychiatryczny, słucham.

- Dobry wieczór, mówi Jasiir Kadeen, chciałbym mówić z moją matką, Santhar Kadeen.

Pauza. Ciężki oddech, szelest kartek.

- Chwileczkę proszę.

Chwila. Zerkam w cień gabinetu i czuję uśmiech Jasiira. Nigdy nie pojmę tej gry.
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Coffee » 28 września 2015, 21:39

Przeczytałam! Też wieczorem, też po excelach, wyczuwam tu rozwijającą się klątwę ;)

Mam wrażenie po przeczytaniu, że przeszłam się przez czyjeś mieszkanie, nie mając za wiele czasu na porozmawianie z gospodarzami. Obejrzałam kuchnię, obejrzałam salon, jako że jestem wścibska, to rzuciłam okiem na sypialnię, super, super, wystrój świetny, widać, kim oni są, widać, jak im się żyje, widzę ich charakter - ale to tyle, nie mam za bardzo czasu potwierdzić tego wszystkiego. Tak jest z tym tekstem: dałaś mi wgląd w coś o wiele większego, rozbudowany, barwny i szalenie interesujący świat, ale to tylko wgląd na chwilę. Jeśli to miała być zanęta, to ja się czuję zanęcona i pływam w okolicy spławika. O co kaman z elfami? Z mamunią? Z Pustkowiem? Fabuła tutaj to tylko pretekst do pokazania kawałka świata. Mnie zazwyczaj ciężko kupić samym światem, no i tutaj na pewno pomogli bohaterowie. Których ledwo co zarysowałaś, a już z miejsca ciekawią mnie ich historie, tła i relacje z innymi.
Sprawie na pewno pomogło, że połączyłaś autodissującego pierwszoosobowego narratora z detektywem z fantastycznym światem, którego zasad konsekwentnie nie odsłaniasz. No jak w mordę jeża zapachniało mi Feliksem Castorem, a ja Castora całkiem polubiłam.

Do wytknięcia mam właściwie pierdoły. Pierwsza scena - zdurniałam nieco przez cały ten gzyms, bo skojarzył mi się z wysokimi budynkami, kamienicami w środku miasta i podobnymi, a zaraz potem było o zagrabionej stercie liści. Mój błąd prawdopodobnie, ale musiałam szybko przekalibrować mentalny obraz.
Cały akapit od "Najbardziej to brat mi pomógł..." jest bardzo chaotyczny. Da się wybrać stamtąd informacje, tak, to tempo wrzucania informacji rysuje wyraźne obrazy, tak, ale jednak bardzo szybko czytelnik zaczyna się po tym ślizgać. Jeśli to jest celowy zabieg, to nie jestem pewna, do czego służy: w tak krótkim tekście odrobina konkretnej ekspozycji nie zaszkodzi, a atmosfera będzie i tak, bez problemu, z nieco rozrzedzonym akapitem ;) Jeśli wyszło przypadkiem, to zwracam uwagę.

I... nie mam więcej uwag <.< Spodobało mi się bardzo, podbiłaś mi tym tekstem średnią poniedziałkową nieco do góry. Dzięki!
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Krin » 30 września 2015, 20:01

Strasznie mi się spodobał ten tekst. Aż trudno powiedzieć dlaczego, bo bardzo brakowało mi jakiegoś mocnego akcentu na koniec, który by jednoznacznie zamykał całą opowieść. Czasem też bardzo trudno się było zorientować w realiach świata, ale jednak do pewnego stopnia powoli tłumaczyłaś czytelnikowi, z czym ma do czynienia na tyle, by zrozumiał, o co chodzi. To mocno wzmagało ciekawość. A i bohater super. Jednocześnie jest chory, a jednocześnie jest normalny. Nie żaden tam psychopata. Radzi sobie jak może. Ma chyba taką pracę, jaką chciał, choć nie bardzo rozumiem, dlaczego aż tak mu nie szło. Nie rozumiem też, dlaczego nie jest leczony.

Fajnie by było, gdybyś napisała o nim coś jeszcze, skoro jak mówisz jest to część czegoś większego. Nawet bardzo fajnie, bo i świat i bohaterowie ciekawi. Nic mądrego na ten temat nie mogę powiedzieć, bo, prawdę mówiąc, do szczęścia brakowało mi właśnie tylko bardziej wyrazistego zakończenia (i nekromantów).
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Siemomysła » 02 października 2015, 14:03

Ja mam do zakomunikowania głównie: och, och, tak bardzo mi się podobało.
Dzieją się tam niby takie poważne rzeczy i groźne mogą też być i tak dalej, choć groźne idą nieco zakulisowo. Wszystko jest takie łagodne. Jakby przymglone. Kojarzy mi się kolorystycznie z ciepłym żółtym światłem poranka przeświecającego przez trawy. No! Łagodność to najlepsze słowo. A jednocześnie nie raz parsknęłam śmiechem. Lubię Gary'ego. Jasiir się za nim chowa, nie odwrotnie, prawda? Motyw z matką w szpitalu jest świetny. W ogóle tak naprawdę cała ta akcja z zadaniem wyznaczonym przez klientkę to tylko pretekst do przedstawienia bohaterów, prawda? I do pogrania światem. Widać ten potencjał Bailey, która nie umie się urodzić. Martys umi zachęcać ;) A skądinąd wiem też, że nieźle sobie radzi z dłuższymi sprawami, więc ja po prostu liczę, że kiedyś dowiem się czym są Pustkowia. Mam wizję. Już sobie układam czym są. Już kombinuję. Egoistycznie - chcę sprawdzić, czy mam rację ;)

Czuję też wewnętrzną potrzebę odniesienia się do spostrzeżenia Coff w temacie gzymsu. Dla mnie to całkiem zgrabne przełożenie na literaturę filmowej sceny, w której kamera pokazuje najpierw bohatera z bardzo bliska i widać za nim fasadę budynku, groza sytuacji jest budowana, a potem kamera odjeżdża... To się udało właśnie dlatego, że się widzi ten budynek takim wysokim, myślę, że o to chodziło Martysowi, żeby wszystkich nabrać i żeby trzeba było sobie przeprogramowywać odbiór.

Piękny tekst!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Kanterial » 28 czerwca 2016, 18:13

SpoilerShow
Tommy spogląda na mnie z nienawiścią, czy też może z bezgranicznym zniechęceniem w zielonych oczach. Zupełnie nieświadomy pochlipywania jego mamci. Na Pustkowia, jak ja nienawidzę kotów.
:facepalm: to ci się udało, byłam pewna, że chodzi o dzieciaka. Klasyk!
Gdzie żem ja porzucił aspirynę.
Znak zapytania? Prosz...
Przez chwilę zapada cisza, bo nie wiem, co dalej powiedzieć, więc szybko dziękuję
cisza zapada i już, ona nie może zapadać chwilę, chwilę może trwać (serio, coś nie brzmi to dobrze)
- Trzeba było przedstawić się jako ja – mówi.
- To tak nie działa.
- Przecież ty nie wiesz, jak to działa.
jeden z ulubionych cytatów z tekstu, pochwalam, świetny
podsuwam do podpisu standardową umowę wałęsania się za niewiernym małżonkiem, którą kiedyś opracowała mi Serena(,)zanim odeszła.
- Sunbite Hill, szpital psychiatryczny, słucham(.)
No więc bang, przeczytałam wczoraj, ale jednak uznałam, że się prześpię przed komentarzem.
Niektóre sprawy wymagają przemyśleń. Ale niestety - nawet tak ogarnięty kapłan jak ja nie ogarnął chyba do końca tego tekstu.

Mam wrażenie, że jest tu coś ukrytego i przemyślanego, jakiś zamysł, który ciężko pojąć, ale ty go miałaś. Jeśli nie, jeśli to tylko lekki "spontan", Pustkowia dla zmyły i choroba psychiczna mająca nadać bohaterowi nieco ciekawych odcieni, to weź mnie wyprowadź z błędu XD
Ile ja czasu spędziłam, zastanawiając się. Nawet zgooglowałam to słowo, które padło, że jest taka rasa jak "siththar" :facepalm: jedna czy dwie strony naprowadziły mnie na chore wnioski, ale uznałam, że to byłyby zbyt wymyślne teorie i odpuściłam.

Męczy mnie, że nie rozumiem zamysłu. Tego czegoś, takiego szczegółu (nie wiem nawet, czy on istnieje!) który zna autor. Ogólnie to lekkie 'rozdwojenie jaźni' Gary'ego było dla mnie jasne od początku, od pierwszej wstawki z tym głosem z lewej. Ciekawy zabieg z nazwaniem tego syczeniem, podziałało. I też stylizacja, to przeciągane imię, Gaaaryyy przez cały tekst, sprawia, że kiedy pada przed końcem bliźniacze "Jaaaaasiiiirr", człowieka aż ciarki przechodzą. Tu jest najmocniejszy dla mnie akcent, takie zaznaczenie faktu, ż mamy do czynienia jednak z poważnym odchyleniem bohatera od normy.

Wiele zabawnych scen, nieźle napisanych pod względem dźwięczności (łatwo zepsuć komiczną scenę, jeśli się ją ubierze w zbyt ociężałe słowa, albo będzie brzmiała sztucznie) i przez to powodujących mimowolne rozbawienie. Nawet upadek na dachu, mimo że filmowy, był dobry. Naprawdę zabawny tekst, to udało ci się osiągnąć, daję 10 na 10. Uśmiechałam się niemal bez przerwy (GDYBY TYLKO NIE MĘCZYŁO MNIE TO NIEOGARNIĘCIE, TOWARZYSZĄCE CZYTANIU!)

Nie wiem, co więcej mogłabym napisać. Podoba mi się pomysł niby-realności, zderzenia jakby światów, tu rozpoznaję nazwy, tu widzę coś rodem z opowieści sf-fic. Przyjemnie. Ivy powala na kolana. Uwielbiam ją. No i sam Garmand, na boga, gościa nie da się nie darzyć sympatią. To, jak go zbudowałaś, jest dla mnie świetne. Najlepsza rzecz w tekście - pokochać bohatera, lubić go w ten typowy, fanowski sposób, i jarać się każdą sceną. Ten facet mnie do siebie przekonał i wiedziałam od pierwszego akapitu, że będzie epicki. Mogłabym cytować twoje zdania i jarać się nimi, ale chyba jednak wystarczy, że napiszę - na każdy akapit zdarza się przynajmniej jedno zdanie, które mnie urzeka humorem. Umiesz bawić, doceniam.

Inna, nieco mniej przyjemna rzecz, jest taka, że gdy wchodzą przemyślenia na temat Pustkowi i w ogóle tego "elementu spoza realności" to robi się mocno nieczytelnie. Gubiłam się. Było mi ciężko, ciężko przy opisie początków znajomości Gary'ego z Ivy, ciężko przy scenie śledzenia męża klientki, gdy detektyw ogarnia, dokąd zmierzają. Naprawdę robiło się gęsto od informacji i to był, uważam, problem. Jakbyś momentami zapominała, że każde nowe słowo, każda "nierealna" rzecz zatrzymuje czytelnika, trochę go irytując. Dla mnie to było tak - raz jest normalna powieść, zero odjazdów, a czasem jak ci się sypnie elfami, zagładami, pustkowiami i bogami i zaklęciami, to człowieka szlag trafia, bo zrozumieć nie idzie.

Trochę chaos w tej mojej wypowiedzi, wybacz - tekst też bywał chaotyczny XD
Ale podsumowując, podobało mi się cholernie: lekkość, humor, zaczepny styl, luźne dialogi, a nie podobało mi się: natężenie niezrozumiałości, momentami nieczytelność narracyjna i miejsca, gdzie wspomnienia mieszają się z czasem teraźniejszym i rozbijają skupienie na tekście

Bardzo dobry tekst. Lubię zdecydowanie.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Martys » 08 lipca 2016, 11:17

Pięknie dziękuję za komentarz! Nie wiedziałam, że jeszcze ktoś tu zagląda. Komentarz dla mnie bardzo trafny i łechtający moje ego, gdyż tak, takiej reakcji oczekuję od czytelnika ;)

Jestem świadoma, że może być chaotycznie. Jest to krótka wariacja, poboczne opo do tekstu, który ma ok. 150k słów. Był to spory projekt, nigdy nie skończony, gdyż się pogubiłam (w planach i plikach). Coś w tym jest. Więc ten zamysł, o którym wspominasz, to może być echo większej całości – całej historii z Pustkowiami. Ale po kolei…

Za poprawki dziękuję – wprowadzę. Z tym siththarem mnie ucieszyłaś :) Nie spodziewałam się, że ludzie będą to wyszukiwać. Nawet nie wiedziałam, że ktoś już użył tego słowa (chociaż nihil novi sub sole). A i dobrze wiedzieć, że potrafię kogoś rozbawić – myślałam, że tylko mnie bawią moje własne teksty i brechtam się nad nimi jak głupia. Cieszę się też, że stworzyłam postaci, które może lubić ktoś jeszcze poza mną. To dla mnie bardzo ważne.

Przepakowanie tekstu informacjami – zgadzam się. Wiem, że próbowałam tam przedstawić cały wielki świat, a to tylko zajawka całości jest, więc nie ma na to fizycznie miejsca, przez co tekst robi się męczący. Zaryzykowałam, by sprawdzić, do jakiego stopnia ludzie to przyjmują. Widzę, że w takich tekstach trzeba się jednak ograniczać do niezbędnego minimum i to tego ciekawszego, jak w trailerze filmu.

Naprawdę wielkie dzięki za ten komentarz. Jest piękny i dający mi perspektywę na to, jak wygląda ten tekst w oczach innych. I jak każdy - po prostu cieszę się, że komuś spodobało się, co wyprodukowałam :)
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Kruffachi » 09 lipca 2016, 17:42

Rozumiem go czy nie, bardzo mi się tekst podobał. Techniczne wpadki są naprawdę drobne i z pewnością nie wytrącają z równowagi na tym etapie przygotowania tekstu (aczkolwiek są, co tu kryć), to raczej norma. Stylowo napisane właśnie tak, jak rozumiem pierwszoosobówkę - gdzieś na granicy literackości, potoczności i odrobiny chaosu. Właśnie z tym sznytem, który pozwala uwierzyć w autentyczność takiego opowiadania, choć przecież nigdy nie miałoby prawa zaistnieć. A jednak człowiek po raz kolejny daje się świadomie i dobrowolnie nabrać na tę iluzję. Zresztą trochę adekwatnie do tytułu, nawet jeśli odnosi się on do czegoś innego ;)

Nad samą historią rozwodzić się nie będę, może ograniczę się do spostrzeżenia, że jest zbyt prosta, zbyt klasyczna, aby nie nabrać podejrzeń, że Twój tekst rozciąga się raczej w poprzek niż wzdłuż. Znaczy... ech, no, że nie chronologia jest tu ważna, a kolejne warstwy, jakie nie tyle odsłaniasz, co sygnalizujesz. Szalenie mnie ten Twój NaNoŚwiat ciekawi, a jednocześnie myśl, że te wszystkie sugestie mają szersze wyjaśnienie, trochę swędzi w mózg. Bo mi taka plątanina niedopowiedzeń całkiem pasuje. Lubię to. Jest trochę weirdowo, trochę lovecraftowsko, trochę absurdalnie. Lubię też się domyślać. Zastanawiać, czy Trzy Miasta są względem siebie usytuowane przestrzennie, czy wcale nie, może też stanowią nakładające się na siebie warstwy, a może relacja polega jeszcze na czymś innym. A może - choć to opcja tylko czysto hipotetyczna, wszak tekst wisi w fantastyce i jest spin-offem - to wszystko to faktycznie tylko szaleństwo, a Jasiir nie istnieje?

Z samym Jasiirem także wiąże się sporo przyjemnych pytań, na które chwilowo wcale nie chcę znać odpowiedzi. Tak jak z Pustkowiami. To jakieś przebicia równoległej rzeczywistości? Takiej, w której egzystują inne rasy? A może pozostałość jakiejś katastrofy i obszary skażone? "Ta gra..." przede wszystkim stanowi dla mnie właśnie pożywkę dla wyobraźni, taką intelektualną zabawkę, układankę, gdzie najfajniejszy jest sam proces dochodzenia do rozwiązań, bo kiedy je otrzymam, wszystko się zmieni. Podejrzewam, że zmiana oznaczałaby czerpanie przyjemności z innego aspektu - choćby właśnie z zapoznawania się z Twoją pełną wizją - ale to już coś innego.

Blah, miałam nadzieję napisać sensowny komentarz. Może kiedyś. Tymczasem po prostu garść wrażeń.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Martys
Posty: 61
Rejestracja: 22 lipca 2015, 12:02
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Martys » 11 lipca 2016, 13:50

Kruffo! Wielkie dzięki za komentarz! Bardzo, bardzo sensowny, gdyż chyba przy okazji pomogłaś mi odkryć, co zrobiłam źle i czemu porzuciłam całość. Te niedopowiedzenia, a raczej ich brak w głównym tekście - pojechałam po bandzie i zaczęłam tłumaczyć, i tekst stracił całą swoją magię. W końcu wiem, co zrobiłam źle! Bardzo dziękuję. Niby proste, a jednak nie potrafiłam przyłożyć do tego palca, że się tak brzydko wyrażę.

To był tekst konkursowy, więc z założenia główna fabuła miała być prosta. Gdyż nie pisałam tekstu detektywistycznego, a bardziej fantasy (duh!), stąd przesunięcie wagi z niewiernego męża na Gary'ego i Jasiira. Tyle z mojego tłumaczenia się. Czy mi wyszło czy nie - zakładam, że jednak tak, gdyż myślę, że do tego odnosi się Twoje "że nie chronologia jest tu ważna, a kolejne warstwy, jakie nie tyle odsłaniasz, co sygnalizujesz". Może mogłam bardziej się postarać. A może to szczyt moich możliwości.

Serdecznie dziękuję!
"He never sleeps, the judge. He is dancing, dancing. He says that he will never die."
Cormac McCarthy, Blood Meridian, or the Evening Redness in the West
"What on earth is less reprehensible than the life of the Levovs?"
Philip Roth, American pastoral

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ta gra, w którą gramy

Post autor: Kruffachi » 12 lipca 2016, 13:11

Wpadłam jedynie napisać, że ogromnie mnie Twoja odpowiedź ucieszyła :D Człowiek sobie przypomina, po co pisze komentarze.

Trzymam kciuki za Gary'ego, Jasiira, jaranie się nimi i dalsze prace nad powieścią <3
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ