Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Muzyka z oddali

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Muzyka z oddali

Post autor: Kimchee » 20 września 2015, 20:55

Muzyka z oddali
Są takie miejsca, nawet w okolicach, które wszyscy dobrze znają, gdzie można łatwo zgubić się – zgubić się w czasie i przestrzeni.
Otaczają je kręgi.
I muzyka.

Ten dzień nie różnił się niczym od wszystkich innych upalnych letnich dni, jakie przeżyli dotychczas. Słońce świeciło wysoko, po niebie przetaczały się leniwie chmury, popędzane delikatnymi podmuchami wiatru. Było gorąco.
Dwaj chłopcy dla ochrony przed temperaturą skryli się w lesie otaczającym Ystradfellte. Ubrani w krótkie spodenki i cienkie koszulki (obaj wyobrażali sobie, że to najprawdziwsze wojskowe mundury) krążyli między drzewami, udając, że walczą z wrogą armią. W rękach mocno trzymali kije, które były ich karabinami. Jeden miał w kieszeni spodenek składany nóż – prezent od przesądnej babci – ale noże nie nadawały się do tego rodzaju walki. Obaj traktowali zabawę w wojnę bardzo serio.
A ich matki poważnie traktowały spóźnienia. Nie rozumiały powagi sprawy.
Dziś upał doskwierał bardziej niż zwykle. Woda skończyła się szybko, ostatni posiłek był tylko mglistym wspomnieniem, toteż mali żołnierze ustalili, że najlepiej będzie wrócić do obozu, jak nazywali domy, odpocząć, uzupełnić zapasy i rozprawić się z nieprzyjacielem następnego dnia.
Mieli wracać.
Ale usłyszeli muzykę.
Zdała się płynąć nie wiadomo skąd – bo zewsząd: niósł ją wiatr, który poruszał liśćmi drzew, wyrastała z ziemi... Zdawała się jednocześnie nagrodą i obietnicą. Czymś równie niezbędnym, jak łyk wody albo powietrze.
– To chyba stamtąd? – Jamie, młodszy z chłopców wskazał miejsce, które otaczały zarośla.
Nie zauważył nawet, że upuścił swój kij. Nie zważając na nic, zaczął się przez nie przeciskać.
Zanim Thomas – starszy i rozsądniejszy, który zwykle pełnił funkcję dowódcy – zaprotestował, że żołnierzowi nie wolno tak porzucać broni, już skradał się za towarzyszem.
Właściwie tego nie chciał, ale coś ewidentnie go tam ciągnęło. Jego kij także upadł na ziemię.
Za krzakami czekało ich rozczarowanie. Nie było żadnego muzyka, który wygrywałby cudowną melodię. Tylko drzewa, krzaki i paprocie. W każdym miejscu poza niewielkim idealnym kręgiem, gdzie roślinność zdawała się być podeptana.
Podeszli kilka kroków. Muzyka stała się wyraźniejsza.
Starszy chłopiec przystanął. Jego nogi wyraźnie wyrywały się w stronę kręgu, ale umysł podpowiadał, że to niewłaściwe. Przypomniał sobie o czymś, co opowiadała mu babcia. Może raczej straszyła – kręgami uczynionymi stopami tańczących Tylwyth Teg.
Nikt stamtąd nie wracał. A jeśli nawet – wracał odmieniony.
Chłopiec uświadomił sobie, że to właśnie z ich powodu ma w kieszeni nóż i dlatego mógł się zatrzymać, podczas gdy jego przyjaciel zmierza prosto do kręgu.
– Czekaj! – zawołał, wyciągając przed siebie ręce.
Złapał tylko powietrze. Jamie zniknął. Wszedł do kręgu i rozpłynął się w powietrzu.
Thomas jeszcze przez chwilę wołał jego imię, ale nic się działo. Bał się wkraczać do kręgu. Muzyka jednocześnie przyciągała go i odpychała. Pragnął jej słuchać w tym samym stopniu, co natychmiast zatkać uszy. W całym swoim dwunastoletnim życiu nie doświadczył tak ambiwalentnych uczuć.
Odwrócił się i pobiegł po pomoc.
Dwa porzucone kije-karabiny leżały pod drzewem.

*
Tańczą. Podskakują. Kręcą się w koło w rytm muzyki. Ciągle i ciągle.
W kręgu nie ma dnia ani nocy, nie ma pór roku ani lat. Nie ma zimna i zmęczenia ani głodu. Jest tylko taniec i muzyka, która zaspokaja wszystkie potrzeby. Sprawia, że stopy same odnajdują rytm.
Wszyscy w kręgu chcą tylko tańczyć.

*
Muzyka umilkła nagle. Stopy straciły rytm i oparcie. Upadła na twardą ziemię – nagle i boleśnie, przez dłuższą chwilę oddychając ciężko i nie mogąc wstać. Stopy bolały, jakby przeszła wiele mil, a przecież tańczyła jedynie chwilę. Była głodna, ale bardziej zdezorientowana.
Słońce zachodziło powoli, zwiastując ciepłą noc. Coś było nie tak. Minęła chwila, nim sobie przypomniała co.
Powinno być południe, nie wieczór. Podczas tańca zgubiła kilka godzin! Gdzie się podziały, tego nie mogła odgadnąć. Jedyne, co pamiętała, to muzyka i migoczące sylwetki pozostałych tancerzy. Ale żadnych twarzy.
Wstała – nie od razu – i chwiejnym krokiem podążyła w stronę domu. Z każdym kolejnym buty wydawały się zbyt małe. Była tak zajęta myśleniem o muzyce i tańcu, że w ogóle nie zważała na to, gdzie idzie.
I zgubiła się. Naraz otoczyły ją wysokie dęby o grubych pniach i wijące się jak węże paprocie. Las wydawał się inny – obcy i wrogi. Nie był już tym samym przyjaznym miejscem, gdzie bawiła się od dzieciństwa i gdzie znała każdy kąt.
Nim wyszła na drogę, zrobiło się szaro. W nadciągającym zmroku wszystko dookoła robiło jeszcze bardziej posępne wrażenie, wydawało się wyprane z kolorów. Zabrakło muzyki, która nadawała światu barwy i sens. Kobieta szła przed siebie, myśląc, jak bardzo denerwuje się jej mąż. Zawsze się denerwował, kiedy nie wracała na czas, a tym razem przepadła na kilka godzin. Na pewno wyruszyła już na poszukiwania w asyście sąsiadów.
Ale bardziej niż o niepokoju najbliższych myślała o własnej stracie. Kiedy umilkła muzyka, poczuła się jakby wraz z nią straciła cząstkę siebie. Teraz miała w duszy dziurę, której nie mogły wypełnić ani wspomnienia o mężu, ani śpiącym w kołysce synku.
Kilka razy przystawała i zastanawiała się czy nie zawrócić, ale nie słyszała już muzyki.
Coś dziwnego stało się z domami. Zmieniły się. Miały inne okna, czasem inne furtki albo w ogródkach rosły nie te same, co jeszcze przed południem kwiaty. Kobieta nie potrafiła tego zrozumieć.
Zastanawiała się, czy ktoś nie zrobił jej psikusa.
Dostępu do jej własnego domu bronił wysoki żywopłot, który oglądała przez chwilę ze ściągniętymi brwiami. Rano – tego była pewna jak własnego imienia – go tu nie było.
Zmieniły się też drzwi. Znikła kołatka. W oknach nie paliły się światła, na podwórku nie ujadał pies. Pomyślała, że być może mąż zabrał go na poszukiwania.
Po raz pierwszy, od kiedy usłyszała w lesie muzykę harfy zastanowiła się, kto opiekuje się jej synem. Pierwszy raz jej serce poruszyło się na myśl o czymś innym niż muzyka. Mimo to czuła wyraźnie, że tamto wspomnienie wciąż tkwi w niej głęboko jak cierń.
Nacisnęła klamkę - drzwi okazały się zamknięte. Zapukała - mocno i desperacko, że chyba mogłaby obudzić umarłego.

*
Ilekroć Gwen odwiedzała dom rodzinny ojca, nie mogła pozbyć się wrażenia, że to dom duchów. Konkretnie jednego – babci Catrin.
Babcia, matka ojca, pewnego letniego dnia – całkiem takiego jak ten, który właśnie dobiegał końca – wyszła na spacer i już nie wróciła. To było prawie pięćdziesiąt lat temu. Ale w domu pozostał jej duch. Był w rozmowach, nadziejach, że pewnego dnia żona i matka stanie w progu, wyjaśni, dlaczego odeszła, oraz fotografiach. Nie było ich wiele – tylko dwie. Pierwsza – ślubna, na której pan młody i panna młoda oboje ubrani elegancko i staromodnie, stoją trochę sztywno i ze skrępowaniem wpatrują się w obiektyw. Nic w poważnym, ale z całą pewnością szczerym, uśmiechu Catrin nie wskazywało, by miała kiedykolwiek opuścić rodzinę. Na drugiej ona, on i dziecko – ojciec Gwen. Podobnie jak jego córka znał zaginioną tylko z opowieści i zdjęć. Podobno Gwen była podobna do babci. Tak przynajmniej twierdził dziadek, któremu pod koniec życia kilka razy zdarzyło się pomylić wnuczkę z zaginioną żoną.
Faktycznie, kiedy dziewczyna przyglądała się fotografiom stwierdzała podobieństwo w kształcie podbródka, małym nosie, i uśmiechu (w świecie Gwen aparaty fotograficzne były czymś tak powszechnym jak oddychanie, ale ona czuła się raczej jak w czasach, kiedy zdjęcia robiono tylko z okazji ważnych wydarzeń). Obie miały jasne włosy. Koloru oczu babci nie dało się stwierdzić na podstawie fotografii, ale dziadek mówił, że były brązowe, jak oczy Gwen.
Podczas każdych spędzonych w domu dziadka wakacji dziewczyna zastanawiała się, co stało się kobietą tak do niej podobną. Niektórzy sądzili, że została porwana, inni, że zamordowana i zakopana gdzieś w lesie. Według jeszcze innych uciekła od nieszczęśliwego małżeństwa i obowiązków. Gwen w życiu nie słyszała większej bzdury.
Z czasem przywykła do myśli, że nigdy nie dowie się, co spotkało babcię tamtego dnia.
Dlatego, kiedy o zmierzchu, brutalne i natarczywe pukanie (nie dzwonek, chociaż wszyscy sąsiedzi wiedzieli o dzwonku, w ogóle, kto w tych czasach nie miał dzwonka?), oderwało Gwen od lektury, zwlokła się leniwie z kanapy i trzymając książkę w dłoni, ruszyła do drzwi bez specjalnego namysłu.
Korytarz o niskim suficie i ganek tonęły już w ciemności. Gwen otworzyła drzwi, po kształcie sylwetki gościa poznała, że ma do czynienia z kobietą, ale żeby rozpoznać jej rysy, potrzebowała chwili.
– Kim jesteś? – Nieznajoma nie traciła czasu na prezentacje i kurtuazyjne wstępy, zaatakowała bez ostrzeżenia. – I co robisz moim domu?!
Postąpiła krok naprzód.
Gwen upuściła książkę. Już o niej nie myślała. Przyłożyła rękę do twarzy.
Drugą kurczowo trzymała drzwi.
– O mój Boże... – wyszeptała.
W kobiecie, która stała na progu domu i sprawiała wrażenie, jakby chciała rozszarpać ją na strzępy, rozpoznała babcię Catrin. Taką samą jak na fotografii (chociaż na żadnym zdjęciu nie miała miny wyjątkowo rozwścieczonej harpii, była do siebie podobna), w tej samej czerwonej sukni w grochy, jaką do znudzenia opisywał dziadek, bo to była jej ulubiona suknia, i ciemnych włosach przyciętych na wysokości ramion.
Żadna suknia nie mogłaby przetrwać nienaruszona przez pięćdziesiąt lat.
Żadna twarz nie mogła pozostać tak długo młoda.
– Co tak stoisz?! – babcia zmarszczyła brwi. – Wpuść mnie. To mój dom.
Gwen milczała.
– No, odezwij się wreszcie.
Gdyby Gwen nie była tak zszokowana, pewnie zdołałaby zauważyć, że babcia miała niezły charakterek. Dziadek o tym zapomniał, wynosząc we wspomnieniach żonę do rangi anioła. Babcię? Dziwne było myśleć w tych kategoriach o kimś, kto wyglądał, jakby był w jej wieku.
Babcia przeszyła ją kolejnym morderczym spojrzeniem. Jeszcze chwila, a wnuczka zaczęłaby dziękować Bogu, że babcia zaginęła i ani razu nie pilnowała jej kiedy była mała i lubiła rozrabiać.
Zebrała się w sobie i puściła drzwi.
– Przepraszam – powiedziała, wycofując się w głąb ciemnego korytarza. – Wszyscy martwiliśmy się o ciebie...
W jej głowie zjawiła się natrętna myśl, że babcia jest tyko duchem, który zniknie natychmiast kiedy znajdzie się w kręgu światła.
– Gdzie byłaś? – odważyła się zapytać.
Objęła się rękami, dopiero teraz zauważyła, że ma gęsią skórkę.
Babcia znów spojrzała – ale jakoś inaczej. Z zakłopotaniem, jakby dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, co robiła przesz ostatnie pięćdziesiąt lat.
– Ja... – rozchyliła usta, ale jeszcze przez chwilę nie mogła dokończyć zdania. – Tańczyłam. Jestem taka zmęczona...
Stanęła na progu – w końcu. Dziadek tego nie doczekał, chociaż w tych okolicznościach może to i lepiej. Ale nie weszła do domu. Na oczach wnuczki, która musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie zemdleć, rozsypała się w proch.
– Ciociu! – Gwen wrzasnęła histerycznie, powali, po omacku posuwając się w tył.
W tej chwili była pewna, że jeśli na chwilę odwróci wzrok od szczątków babci, sama stanie się tylko kupką popiołu.
I że właśnie straciła rozum.

*
Kiedy kilka minut później do kuchni wkroczyła ciocia Glenda, Gwen siedziała przy stole. Nie trzęsła się już. Siedziała twarzą zwróconą do korytarza, a drzwi frontowe stały otwarte na oścież. Nadal bała się odwrócić, choćby po to, żeby zaparzyć herbaty.
Próbowała jakoś logicznie wytłumaczyć to, czego była świadkiem. Szło raczej marnie.
W tej sytuacji staroświeckie, znajome i swojskie otoczenie maleńkiej kuchni i stary stół z wytartą ceratą, działały uspokajająco. Za oknem panowała jednak ciemność, której nie rozproszyła nawet lampa.
Ciocia najpierw zamknęła drzwi.
– Co się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Ciocia, właściwie cioteczna babka, powoli, podpierając się laską, podeszła do stołu. Miała na sobie szlafrok zarzucony na nocną koszulę. Wcześnie wstawała i wcześnie kładła się spać, w każdej innej sytuacji budzenie staruszki o tej porze wydawałoby się barbarzyństwem. Ale nie w tej.
– Zgadłaś – Gwen, blada jak mąka, zmusiła się, by oderwać wzrok od ciemnego korytarza i skupić na dobrotliwej, pomarszczonej twarzy.
Uśmiechnęła się. Uśmiech zdawał się być bardzo histeryczny.
– Kto tak hałasował?
Ciotka Glenda z wyraźną ulgą usiadła na ulubionym krześle.
– Jeśli ci powiem zadzwonisz po lekarza.
Ciotka potrząsnęła głową. Niejedno w życiu widziała.
– To była Babcia. Babcia Catrin – wyrzuciła z siebie z wyraźną ulgą.
Po tym najtrudniejszym wyznaniu przyszedł czas na inne szczegóły.
Ciocia wysłuchała ich w milczeniu z wyrozumiałym uśmiechem i – na całe szczęście – bez westchnień i okrzyków dotyczących zdrowia psychicznego dziewczyny.
– Powiedziała, że tańczyła? – zapytała po wszystkim. – Jesteś pewna, że tak powiedziała?
W jej głosie Gwen wyczuła ożywienie.
– Tak. Co to znaczy?
– Pamiętasz, jak w dzieciństwie opowiadałam ci o elfich kręgach?
Jasne, że pamiętała. Historie o ludziach, którzy zgubili się w lesie i przypadkowo weszli do kręgu. Tańczyli do upadłego, a jeśli wracali po wielu latach, najczęściej rozsypywali się w proch na progu własnych domów. Tańczyć z Tylwyth Teg znaczyło tyle co umrzeć.
Wszystko do siebie pasowało. Aż za dobrze.
– Oczywiście, ale to...
– Tylko opowieści? – Starsza kobieta uśmiechnęła się ciepło. – Były czasy, kiedy to nie były tylko opowieści. Czarodziejski lud tańczył w dolinie Neath. Widać nie do końca odszedł...
Gwen bardzo nie spodobała się taka perspektywa.
– Była taka historia – mówiła dalej stara kobieta. – Dwadzieścia lat temu chłopiec ze wsi nie wrócił z zabawy w lesie. Jego kompan przybiegł do domu wrzeszcząc, że mały wszedł do kręgu i zniknął.
– I znaleźli tego chłopca?
– Jego przyjaciel powtarzał opowieść o elfich kręgach do czasu aż zrozumiał, że dla własnego dobra powinien przestać.
– I nikt go tam nie szukał?
Ciocia Glenda potrząsnęła głową, nieupięte siwe włosy opadały jej na czoło. Wciąż odgarniała je niedbałym gestem młodej dziewczyny.
– Nie, ale może to i lepiej. Z kręgu się nie wraca. Nawet gdyby podczas jego tańca na zewnątrz upłynęło tylko dwa dni, nie jest już tą samą osobą. Muzyka go zmienia i nie potrafi już żyć w naszym świecie, bo harfa i krąg wzywają go do siebie.
– Biedni chłopcy – podsumowała dziewczyna.
Nie wiedziała, którego żałuje bardziej. Sama już odczuwała ciężar tajemnicy, w którą nikt by nie uwierzył. A przecież miała tyle pytań i wątpliwości, na które ciocia – mimo najlepszych chęci – nie była w stanie odpowiedzieć.
Przez chwilę siedziały obie w milczeniu. W końcu Gwen odważyła się zapytać:
– Co się z nim stało? – Zamiast na twarz staruszki, znów zerknęła na korytarz. – Z tym chłopcem, który wrócił z lasu?
– A... – na twarzy starszej kobiety pojawił się niechętny grymas – mieszka tu nadal, ale wątpię, żeby chciał z tobą porozmawiać o kręgu.
Mimo to Gwen już zdecydowała, że spróbuje.

*
Gwen oderwała spojrzenie od lustra, przy którym usiłowała ukryć skutki nocy wypełnionej snami o ludziach rozsypujących się w proch.
Ciocia Glenda stała w drzwiach, opierając się o nieodłączną laskę, tłumaczyła jak dostać się do domu Thomasa Edwardsa. Temat wskazówek wyczerpała szybko – wystarczyło iść niecałą milę wzdłuż głównej drogi i wypatrywać jednopiętrowego domku z zaniedbanym ogródkiem i białą fasadą („Poznasz, że to on”, oświadczyła na koniec, a dziewczyna nie miała podstaw by wątpić) – od dłuższej chwili tylko przyglądała się dziewczynie.
– Jesteś pewna, że chcesz tam iść? – zapytała tonem osoby, która doskonale czyta w ludzkich twarzach.
Gwen zrobiła minę jak osoba przyłapana na gorącym uczynku. Nie była już pewna swojego zamiaru tak jak jeszcze wczoraj, ale w jej naturze nie leżało wycofywanie się z podjętych decyzji. Wątpliwości próbowała zagłuszyć pozorami pewności siebie, stąd tak długie przeglądanie się w lustrze.
– Chcę zrozumieć, co się stało – stwierdziła enigmatycznie.
Starsza kobieta westchnęła. Sprawiała wrażenie, jakby wszelkie wyjaśnienia były jej zbędne, bo co zmieniały po tylu latach? Nic.
Przestąpiła z nogi na nogę, po czym Gwen poznała, że za długo nadweręża nogę i postanowiła zakończyć poranną toaletę.
– Życz mi szczęścia. – Była wdzięczna cioci, że odprowadziła ją do samych drzwi.
Przejście ponad progiem, gdzie zakończyło się życie babci, wciąż wydawało się tym samym, co stąpanie po świeżo wykopanym grobie, słowem profanacją.

*
Thomas Edwards mieszkał sam w domu odziedziczonym po rodzicach i – zgodnie z tym, co twierdziła ciocia – uchodził za odludka i dziwaka. Nic dziwnego w przypadku osoby, o której jedni myśleli, że zwariował, inni pewnie podejrzewali, że w wieku dwunastu lat zamordował kolegę.
Przedpołudnie wydawało się wymarzoną porą na przechadzkę. Gwen próbowała zebrać myśli; co jakiś czas zerkała ukradkowo w stronę lasu. Nie był już tym, czym kiedyś. Nigdy nie będzie.
Dom znalazła bez problemu, ale w środku nie było nikogo, bądź też był ktoś, kto nie życzył sobie towarzystwa. Nieco zirytowana, podeszła do okienek i próbowała zajrzeć do środka przez – co zaskakujące – idealnie czyste firanki. Pierwsze okno mieściło się w kuchni, małej i podobnej do tej w domu dziadka, chociaż z nieco bardziej staroświeckimi meblami. W drugim natrafiła na zaciągnięte zasłony.
Zirytowana, stała przez chwilę, zastanawiając się, co zrobić. Nie chciała wracać do domu z niczym. Bała się, że zabraknie jej śmiałości, by wrócić i spróbować drugi raz.
W końcu postanowiła obejść dom dookoła.
Dalej – aż do granicy lasu – rozciągały się zielone pola. Na niektórych pasły się owce. Jakiś mężczyzna naprawiał ogrodzenie, chyba w ogóle nie zdając sobie sprawy z jej obecności. Ruszyła w jego kierunku.
– Przepraszam! – zawołała już z odległości kilku metrów, ale mężczyzna podniósł głowę dopiero kiedy powtórzyła. – Szukam Thomasa Edwarda.
Nieznajomy zastygł na moment z młotkiem w dłoni. Po wahaniu, jakie poprzedziło odpowiedź, Gwen zorientowała się, że trafiła na właściwą osobę.
Ale chyba jednak nie na osobę, jakiej poszukiwała.
Pod drzewem leżał pies, sporej wielkości border collie z pyskiem nakrapianym czarnymi kropkami. Zaalarmowany pojawieniem się kolejnej osoby podniósł głowę, ale szybko wrócił do wcześniejszego zajęcia – snu.
– O co chodzi? – rzucił oschle Thomas Edwrads.
Trzymał nieruchomo młotek, jakby nie wiedział, co z nim zrobić. Nawet nie próbował ukrywać, że najchętniej jak najszybciej pozbyłby się natrętnej dziewczyny.
Z bliska bardziej wyglądał na trzydzieści kilka lat, które musiał mieć, ale niedbała fryzura, broda i workowaty, roboczy strój dodawały mu nieco lat. Mimo to nie sprawiał wrażenie odpychającego, gdyby nie zawzięta mina – zaciśnięte usta i spojrzenia z ukosa, jakby spodziewał się ukrytej kpiny w każdym jej słowie – sprawiałby całkiem sympatyczne wrażenie.
– Nie zna mnie pan. – Nie planowała rozmawiać tak oficjalnie, ale po lodowatym początku nie umiała inaczej. – Jestem wnuczką Aluna Morgana. Chciałam... chciałam porozmawiać o dniu, kiedy pański przyjaciel zgubił się w elfim kręgu.
Już w połowie drugiego zdania Gwen zorientowała się, że Thomas Edwards w ogóle jej nie słucha (albo mistrzowsko udaje obojętność). Zabrał się do wbijania gwoździ w świeżo umocowaną deskę. Nawet na nią nie patrzył.
Dziewczyna odniosła wrażenie, że prędzej doszłaby do porozumienia z owcami.
– Nie mam czasu – odpowiedział, nadal nie podnosząc głowy.
Zastanawiała się, czy zawsze tak rozmawia z ludźmi.
– Nie zajmę go dużo...
Młotek wylądował na ziemi.
– W takim razie załatwmy to od razu. – Teraz patrzył jej prosto w oczy, no może nie do końca – bo był o dobrą głowę wyższy. Żarty się skończyły.
– Tamtego dnia pokłóciliśmy się z Jaime’im. Szukałem go potem, ale nie mogłem go znaleźć. Zaczęło robić się ciemno, więc ze strachu przed karą opowiedziałem w domu bajkę o kręgu. To wszystko. Nie wiem, co stało się z nim. A teraz niech pani lepiej idzie.
I niech lepiej nigdy nie wraca, dopowiedziała sobie w myślach Gwen.
– Źle pan mnie zrozumiał – zaczęła się tłumaczyć; sama widziała, jak desperacko. – Ja wierzę w kręgi.
W odpowiedzi otrzymała kolejne niechętne spojrzenie.
– W takim razie współczuję. Elfie kręgi to bajki, które opowiada się dzieciom, żeby nie chodziły same do lasu. Pani jest na to chyba za duża.
Na dodatek obrzucił ją lekceważącym spojrzeniem. Gwen wciągnęła ze świstem powietrze. W środku aż się dotowała i chętnie zrobiłaby dobry użytek z młotka.
Pies, zaalarmowany podniesionym głosem swojego pana, znów uniósł łeb. Ale tym razem nie wrócił do drzemki. Patrzył czujnie to na Gwen, to na jej rozmówcę. Prawdopodobnie i tak rozumiał więcej niż dziewczyna.
Thomas Edwards schylił się po młotek. Najwyraźniej uznał rozmowę za zakończoną, tylko zapomniał o tym poinformować. Gwen, która przyszła tu z najlepszymi intencjami, uznała, że na więcej lekceważenia sobie nie pozwoli. Nie zamierzała czekać, aż rozmówca powie: „Jeszcze pani tu jest?”. Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie, odprowadzana przez czujny wzrok psa.
Nie odwróciła się aż do chwili, kiedy weszła na schody domu dziadka.

*
Patrzył ktoś jeszcze. Thomas Edwards przypatrywał się odchodzącej kobiecie jeszcze chwilę po tym, jak jej włosy i letnia sukienka w kwiaty zlały się w jedną różnobarwną plamę, która wkrótce zniknęła.
Został sam, z młotkiem w dłoni i poczuciem, że najlepiej zrobiłby, gdyby palnął nim sobie w łeb.
Okłamał ją.
Kłamał od chwili, kiedy stało się jasne, że prawda o tamtym dniu nie jest do przyjęcia. Od tamtej pory – przez dwadzieścia lat – opowiadał historyjkę o kłótni i poszukiwaniach tak często, aż niemal sam w nią uwierzył. Nauczył się zbywać natrętne pytania (za to wiedział, że od osądzających spojrzeń nie uwolni się nigdy – stały się częścią jego egzystencji) i naprawdę myślał, że nie będzie musiał odpowiadać na nie już nigdy.
Dlatego zareagował tak gwałtownie.
Może jednak zbyt gwałtownie?
W ten sposób tylko potwierdził niepochlebną opinię, jaką musiała o nim słyszeć wnuczka Morgana. Zresztą, co go ona obchodziła. Ot, paniusia, którą znudziła wieś i postanowiła poszukać taniej rozrywki. Jego kosztem.
A jednak – wciąż patrząc w dal, mężczyzna nie mógł pozbyć się wrażenia, że ta rozmowa będzie miała przykre konsekwencje.

*
Gwen kopnęła ze złością grudkę ziemi.
Gbur!
Poszła kawałek dalej i natrafiła na niewielki kamień. To kopnięcie zabolało. Popołudniowa przechadzka, która miała pomóc jej ochłonąć, zadziałała dokładnie odwrotnie. A przecież myślała, że gorzej być nie może.
Po powrocie z nieudanej wizyty Gwen zamknęła się w swoim pokoju. Cioci nie powiedziała nic, zresztą nie musiała – staruszka pewnie wyczytała wszystko z jej twarzy.
Przez kolejne kilka godzin zirytowana kobieta siedziała przy oknie na poddaszu i wpatrywała się w roztaczający się wokół pól las. W końcu postanowiła nie marnować dnia i wyjść. Chcąc ominąć dom i pole, gdzie mogłaby natknąć się na okropnego farmera, przezornie wybrała drogę na przełaj przez łąki i pola.
Tym sposobem w końcu doszła do granicy lasu. I chociaż wczoraj powtarzała osobie, że za żadne skarby nie wejdzie tam sama, zaczęła się zastanawiać. Z czystej kobiecej przekory myślała, czy dałaby radę odnaleźć krąg. Poza tym na otwartym terenie robiło się coraz bardziej duszno, a wysokie drzewa obiecywały miły chłód...
Ruszyła przed siebie.
Jeśli istniały kiedykolwiek ścieżki, którymi można było dostać się do kręgu, zarosły dawno. Wszystkie zdawały się prowadzić donikąd.
Nigdzie nie słyszała obezwładniającej muzyki harfy. Ale poszła dalej.
Przez kolejny kwadrans jedyna melodia, jaką słyszała, wydobywała się z gardeł ptaków. Towarzyszył jej szum liści. Żadnych harf.
Wtem coś zaszeleściło w krzakach. Gwen zatrzymała się z mocno bijącym sercem. Nie należała do szczególnie strachliwych, ale w tej sytuacji...
Z zarośli wypadł pies; merdając ogonem i z językiem wywalonym z pyska, podbiegł do niej. Poznała go.
Zaraz za nim, niestety, pojawił się właściciel.
Thomas Edwards z taką samą niechętną miną jak rano, ale nie wydawał się bynajmniej zaskoczony spotkaniem. Raczej niemile utwierdzony w... czymś.
– Co pani tu robi? – odezwał się pierwszy.
– Spaceruję – odparła z zaczepną miną.
Mężczyzna rozejrzał się, jakby coś rozważał.
– To nie jest dobre miejsce – podsumował.
Gwen prychnęła z irytacją.
– Sama o tym zdecyduję.
Odwróciła się i miała zamiar pójść inną drogą.
Głos dobiegł ją dopiero, kiedy uszła kilka kroków.
– Niech pani nie szuka kręgów. – Dziwne, ale tym razem nie pobrzmiewała w nim agresja, raczej obawa. – To nie przyniesie nic dobrego.
Gwen odwróciła się na chwilę.
Pies wpatrywał się w nią z przekrzywioną głową. Miny Thomasa Edwarda nie mogła rozszyfrować.
– Skąd ten pomysł?
– Przyjacielska rada.
– Moja babcia też trafiła do kręgu – powiedziała zmienionym głosem. – Wczoraj, kiedy otworzyłam drzwi, stała na progu. Rozsypała się w proch. Ja też kogoś tam straciłam. Ale ja się nie boję.
Odwróciła się i poszła, tym razem nie oglądając się za siebie.

*
Mężczyzna także się odwrócił. Miał zamiar wracać do domu. W końcu to nie była jego sprawa.
Pies nie ruszył się z miejsca.
– Słyszysz to, prawda? – Thomas podszedł do zwierzęcia i łagodnie pociągnął go za obrożę.
Gdzieś niedaleko, z kierunku, w którym podążyła Gwen Morgan, sączyła się melodia, a ziemia wibrowała pod stopami tańczących w kręgu. Wyczuwał to nawet tutaj.
To było ostatnie miejsce, gdzie by teraz poszedł mężczyzna. Nie był w tej części lasu od dwudziestu lat, mimo iż czasem przemierzał w snach zarośniętą ścieżkę. Słyszał melodię harfy, tak samo wyraźnie jak tamtego dnia.
Przyzywała go z taką samą siłą.
Kobieta miała rację. Bał się. Bał się, że jeśli jeszcze raz znajdzie się w pobliżu Tylwyth Teg, silna wola i nóż mogą nie wystarczyć. A wtedy czeka go to samo co Jamiego
Dwadzieścia lat temu był tylko dzieckiem. I się bał.
Teraz chyba był tchórzem.
Border collie zaskomlał cicho, kiedy jego pan ruszył w ślad za kobietą. Przez chwilę jeszcze wahał się, ale potem pobiegł za nim ze spuszczonym ogonem.

*
Tańczą.
Tak jak wczoraj, jutro i każdego dnia do końca świata.
W kręgu wszystko przestaje mieć sens. Liczy się tylko taniec.
Każdy, kto przypadkiem zapuści się w okolice kręgu, pozostaje dla tancerzy niewidzialny.

*
Gwen musiała przyznać, że chyba się zgubiła.
Tak długo szła przed siebie, że kiedy w końcu przystanęła, widząc otaczające ją ogromne dęby i zapuszczone krzewy, poczuła się nagle zgubiona i wystraszona. Ścieżka – jeszcze przed chwilą wyraźnie widziała, że stąpa po wdeptanej ścieżce – zniknęła nagle. Kiedy kobieta odwróciła się, za nią były tylko rośliny.
Wiatr przestał wiać. Liście zwieszały się z gałęzi nieruchomo. Wszędzie było cicho. Żadnego dźwięku.
Poza jednym.
Niedaleko, cicho wprawdzie, ale nie na tyle, by nie dało się tego usłyszeć, płynęła muzyka.
Gwen słyszała ją po raz pierwszy, mimo to rozpoznała od razu.

*
W kręgu zawsze jest dość miejsca dla nowych tancerzy. Wszyscy są tu mile widziani.
Mimo to nikt ze sobą nie rozmawia.
Wszyscy tylko tańczą.
Wyczuwają nawzajem swoją obecność, ale każdy tancerz jest dla innego tancerza tylko mgnieniem oka, rozmazaną sylwetką, której rysów twarzy nie sposób uchwycić, chyba że by się zatrzymać.
Są wśród nich Tylwyth Teg. Ich szaty połyskują jak rosa na zielonych liściach albo tęcza na niebie.
Mały Jamie podskakuje z błogim wyrazem twarzy już dwudziesty rok. Jemu wydaje się, że trwa to zaledwie chwilę, a skoro tak, może potańczyć jeszcze trochę, bo w domu nie zauważą jego nieobecności. Jest przecież wcześnie. Słońce wciąż świeci wysoko.
Obok niego kobieta w sukience w kwiaty. Kręci się dookoła, cały świat wygląda przez to jak rozmazana wielokolorowa plama. Kreci jej się w głowie, mimo to z gardła wydobywa się jedynie śmiech niezmąconej radości. Czuje, że nigdy w życiu nie była tak szczęśliwa.
Dlatego protestuje i opiera się, kiedy jakaś ręka – brutalna i szorstka – łapie ją i siłą wyciąga z kręgu.
Nikt nie zatrzymuje się, żeby jej pomóc. Są zbyt zajęci tańcem.
A ona jest zbyt słaba by utrzymać się w kręgu.

*
Ocknęła się, siedząc na ziemi. W szczerym polu. Niedaleko pasły się owce. Słyszała je dobrze.
Nie słyszała jednak muzyki. Jednocześnie boleśnie odczuwała, że gdzieś tam w środku lasu wciąż gra harfa. I brakowało jej tonów jak niczego dotąd w życiu.
Nadciągał zmrok. Gwen zadała sobie pytanie, jak długo tańczyła w kręgu.
Kilka minut?
Dni?
Lat?
Ostatnie, co pamiętała wyraźnie, to właśnie muzyka. Potem wszystko spowijała mgła. W kręgu tańczył Magiczny Lud, ale gdyby ktoś kazał Gwen opisać wygląd elfów, nie umiałaby. Widziała tylko lekkie, połyskujące szaty i zarysy smukłych sylwetek. Byli też inni ludzie, opętani urokiem muzyki, ale ich także nie potrafiła sobie przypomnieć. Nie wiedziała nawet, ilu ich było.
Potem ktoś – nie, nie ktoś, bo przeklęty Thomas Edwards – wyciągnął ją poza obręb kręgu, mimo że kopała, gryzła i próbowała wyrwać się, by wrócić. Raz prawie jej się o udało, ale mężczyzna dogonił ją i chwycił mocno. Nie puścił aż nie dotarli tutaj. Nawet teraz siedział tak, że niemal stykali się kolanami. Gdyby znów próbowała wrócić do kręgu, nie miałaby szans.
Szczerze mówiąc, pragnienie powrotu osłabło, na pewno nie było tak silne jak w lesie, gdzie słyszała muzykę. Mimo to Gwen czuła, że straciła coś bezpowrotnie. Przez chwilę – krótką jak uderzenie serca – czuła absolutne, niczym niezmącone szczęście. Wiedziała, że nic w ludzkim świecie nie jest w stanie mu dorównać. Jeśli więc zostanie na zewnątrz, już zawsze będzie żyła z pustką w duszy.
Pies położył głowę na jej kolanie. Pogłaskała go ostrożnie.
Spojrzała przy tym na mężczyznę, który siedział nieopodal milcząco. Na policzku coraz wyraźnie znaczyła się szrama, ślad po jej paznokciach.
– Dziękuję – powiedziała cicho.
Z każdą chwilą czuła wdzięczność coraz bardziej.
– I przepraszam – dodała.
Dłoń Thomasa Edwarda powędrowała do policzka. Skrzywił się nieznacznie, kiedy dotknął zaczerwienionej skóry.
On też to czuł. Wiedziała. Słyszał muzykę. Wszedł do kręgu.
Nie wierzyła, że to dla niej.
Zebrała się na odwagę, by zapytać:
– Co będzie teraz?
Musiała mieć przy tym wyjątkowo żałosną minę, bo po raz pierwszy popatrzył na nią współczująco.
– Postaramy się żyć jak dawniej.
Oboje chyba wiedzieli, że to niemożliwe. Mimo to Gwen cieszyła się, że nie spędzi wieczności kręcąc się dookoła własnej osi.
– Najlepiej będzie, jeśli wyjedziesz i nie wrócisz. – Ponieważ prawdopodobnie uratował jej życie, Gwen uznała, że może pominąć zwroty grzecznościowe. – Przynajmniej przez jakiś czas. Będzie ciężko, ale to wykonalne.
– Jeśli nie rozsypię się w proch na progu własnego domu. – Uśmiechnęła się krzywo.
– Wątpię, czy minęło aż tyle czasu. Najwyżej dzień czy dwa. Spójrz na psa.
Faktycznie, border collie, który cały czas przebywał na zewnątrz wyglądał identycznie jak tego ranka.
Mężczyzna wyciągnął coś z kieszeni. Podał jej. W półmroku rozpoznała składany nóż.
– Przyda ci się – usłyszała przyjazny głos. – Do ochrony.
Gwen zawstydziła się. Sama powinna o tym pomyśleć! Skoro tańce w kręgu okazały się rzeczywistością, dlaczego nie miałyby działać noże, Biblia albo inne sposoby ochrony?
Przez chwilę milczeli. Gwen marzła coraz bardziej i miała ochotę wrócić do domu.
Thomas odezwał się niespodziewanie.
– Widziałem go, Jamie’go Nie postrzał się ani trochę. I... wydawał się szczęśliwy. Ale dla niego było już za późno.
Gwen przytaknęła. Za późno o dwadzieścia lat.
– Wszyscy są tam na swój sposób szczęśliwi – zauważyła, a pustka powróciła na chwilę.
Popatrzyli na siebie. Dwie osoby na całym świecie, które prawdopodobnie jako jedyne wiedziały, co czuje to drugie. Thomas skinął głową. Podniósł się.
Podał rękę Gwen.
Nim odeszli w stronę wsi. Ostatni raz spojrzała w stronę lasu – ciemnego i posępnego.
Nic nie słyszała.
Ale wiedziała, że jeszcze usłyszy. Nie wiedziała tylko, czy to ją cieszy, czy przeraża.

*

Muzyka nie ustaje tylko dlatego, że ktoś nagle opuścił krąg.
Prawdę mówiąc, nikt tego nie zauważa.
Wszyscy skupieni są tylko na muzyce.
I tańczą.
Tańczą.
Tańczą...

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Muzyka z oddali

Post autor: Gorgiasz » 22 września 2015, 21:27

Dwaj chłopcy dla ochrony przed temperaturą skryli się w lesie otaczającym Ystradfellte.
Nie brzmi najlepiej. Napisałbym „dla ochrony przed upałem”
Nie rozumiały powagi sprawy.
Kolokwializm. W dialogu by przeszedł, ale tak, to nie za bardzo.
– To chyba stamtąd? – Jamie, młodszy z chłopców wskazał miejsce, które otaczały zarośla.
Nie zauważył nawet, że upuścił swój kij. Nie zważając na nic, zaczął przeciskać się przez zarośla.
Powtórzone „zarośla”.
Zanim Thomas – starszy i rozsądniejszy zwykle pełnił funkcję dowódcy
Przecinek po „rozsądniejszy”.
Nie było żadnego muzyka, który wygrywałby cudowną melodię.
„muzyka” nie pasuje. I za chwilę będzie powtórzenie słwa. Może „grajka”? Albo: „Nie było nikogo, kto...”
Jamie zniknął. Wszedł do kręgu i rozpłynął się w powietrzu
Kropka.
W kręgu nie ma dnia ani nocy, nie ma pór roku ani lat.
Ponieważ noce, pory roku i lata są w liczbie mnogiej, napisałbym „dni”.
Minęła chwila nim sobie przypomniała co.
Minęła chwila, nim sobie przypomniała co.
Podczas tańca zgubiła kilka godzin!.
Kropka niepotrzebna.
Była tak zajęta myśleniem o muzyce i tańcu, że w ogóle nie zważała na to, gdzie idzie.

Może: Była tak zajęta myślami o muzyce i tańcu, że w ogóle nie zważała na to, gdzie idzie.
W nadciągającym wzroku wszystko dookoła robiło jeszcze bardziej posępne wrażenie, wydawało się wyprane z kolorów.
wzroku? Może mroku?
Ale bardziej niż o niepokoju najbliższych myślała o własnej stracie.
Ale bardziej niż o niepokoju najbliższych, myślała o własnej stracie.
Kilka razy przystawała i zastanawiała się czy nie zawrócić, ale nie słyszała już muzyki.
Zbyt często używasz słowa „muzyka”.
Dostępu do jej własnego domu bronił wysoki żywopłot, który oglądał przez chwilę ze ściągniętymi brwiami.
Chyba „oglądała”?
Był w rozmowach, nadziejach, że pewnego dnia żona i matka stanie w progu, wyjaśni, dlaczego odeszła, oraz fotografiach.
Niezgrabna konstrukcja zdania.
Faktycznie, kiedy dziewczyna przyglądała się fotografiom stwierdzała podobieństwo w kształcie podbródka, małym nosie, i uśmiechu
Faktycznie, kiedy dziewczyna przyglądała się fotografiom, stwierdzała podobieństwo w kształcie podbródka, małym nosie, i uśmiechu
(w świecie Gwen aparaty fotograficzne były czymś tak powszechnym jak oddychanie,
To porównanie nie jest najszczęśliwsze.
Podczas każdych spędzonych w domu dziadka wakacji dziewczyna zastanawiała się, co stało się kobieta tak do niej podobną.
Podczas każdych spędzonych w domu dziadka wakacji, dziewczyna zastanawiała się, co stało się kobieta tak do niej podobną.
I powtórzone „się”.
Według jeszcze innych uciekła od nieszczęśliwego małżeństwa i obowiązków.
Według jeszcze innych, uciekła od nieszczęśliwego małżeństwa i obowiązków.
Próbowała jakoś logicznie wytłumaczyć, to czego była świadkiem.
Próbowała jakoś logicznie wytłumaczyć to, czego była świadkiem.
– Zgadłaś – Gwen, blada jak mąka, zmusiła się, by oderwać wzrok od ciemnego korytarza i skupić na dobrotliwej pomarszczonej twarzy.
– Zgadłaś. – Gwen, blada jak mąka, zmusiła się, by oderwać wzrok od ciemnego korytarza i skupić na dobrotliwej, pomarszczonej twarzy.
Muzyka go zmienia i nie potrafi już żyć w naszym wiecie, bo harfa i krąg wzywają go do siebie.
„świecie”
– Co się z nim stało? – Zamiast na twarzy staruszki, znów zerknęła na korytarz.
„na twarz”
– A – na twarzy starszej kobiety pojawił się niechętny grymas – mieszka tu nadal, ale wątpię, żeby chciał z tobą porozmawiać o kręgu.
– A. (A...) – Na twarzy starszej kobiety pojawił się niechętny grymas – mieszka tu nadal, ale wątpię, żeby chciał z tobą porozmawiać o kręgu.
Powtórzona „twarz”.
Mimo to Gwen już zdecydowała, że spróbuje.
„już” bym usunął.
I stanowczo zbyt często, używasz imienia Gwen.
a dziewczyna nie miała podstaw by wątpić) – od dłuższej chwili tylko przyglądała się dziewczynie.
Powtórzona „dziewczyna”.
– Jesteś pewna, że chcesz tam iść? – zapytała tonem osoby, która doskonale czyta w ludzkich twarzach.
Gwen zrobiła mnę jak osoba przyłapana na gorącym uczynku.
„minę”
Powtórzona „osoba”.
Nie była już pewna swojego zamiaru tak jak jeszcze wczoraj, ale w jej naturze nie leżało wycofywanie się z podjętych decyzji. Wątpliwości próbowała zagłuszyć pozorami pewności siebie, stąd tak długie przeglądanie się w lustrze.
– Chcę zrozumieć, co się stało – stwierdziła enigmatycznie.
„się” w każdym zdaniu.

Nie była już pewna swojego zamiaru tak jak jeszcze wczoraj, ale głupio (wstyd) jej było zmieniać podjętą decyzję. Wątpliwości próbowała zagłuszyć pozorami pewności siebie, stąd tak długo oglądała swoje odbicie.
– Chcę zrozumieć, co zaszło (- Chcę wszystko zrozumieć) (- Chcę wiedzieć, o co tutaj chodzi) – stwierdziła enigmatycznie.
Oczywiście, nie musisz rezygnować z wszystkich „się”; ale chciałem pokazać, że można.
Była wdzięczna cioci, że odprowadziła ją po same drzwi.
Lepiej: Była wdzięczna cioci, że odprowadziła ją do samych drzwi.
Przejście ponad progiem, gdzie zakończyło się życie babci, wciąż wydawało się tym samym, co stąpanie po świeżo wykopanym grobie, słowem profanacją.
Dwa razy „się”.
Thomas Edwards mieszkał sam w domu odziedziczonym po rodzicach i – zgodnie z tym, co twierdziła ciocia – uchodził za odludka i dziwaka. Nic dziwnego w przypadku osoby, o której jedni myśleli, że zwariował, inni pewnie podejrzewali, że w wieku dwunastu lat zamordował kolegę.
Przedpołudnie wydawało się wymarzoną porą na przechadzkę. Gwen próbowała zebrać myśli; co jakiś czas zerkała ukradkowo w stronę lasu. Nie był już tym, czym kiedyś. Nigdy nie będzie.
Ze względu na dalszą treść, te akapity należałoby zamienić miejscami.
Dom znalazła bez problemu, ale w środku nie było nikogo, bądź też był ktoś, kto nie życzył sobie towarzystwa.
Skąd od razu wiedziała, że w środku nie było nikogo? Przed podejściem do okienek (lepiej bez zdrobnienia) spenetrowała wnętrze?
Nieco zirytowana dziewczyna podeszła do okienek i próbowała zajrzeć do środka przez – co zaskakujące – idealnie czyste firanki.
Nieco zirytowana, podeszła do okien i próbowała zajrzeć do środka przez – co zaskakujące – idealnie czyste firanki.
Pierwsze okno mieściło się w kuchni,
powtórzone okno/okienko.
Zaalarmowany pojawieniem się kolejnej osoby podniósł głowę, ale szybko wrócił do wcześniejszego zajęcia – snu.
To oprócz Edwardsa był tam ktoś jeszcze? Gwen była „kolejną osobą”?
Z bliska bardziej wyglądał na trzydzieści kilka lat, które musiał mieć, ale niedbała fryzura, broda i workowaty, roboczy strój dodawały mu nieco lat.
Powtórzone „lat”.
Mimo to nie sprawiał wrażenie odpychającego, gdyby nie zawzięta mina – zaciśnięte usta i spojrzenia z ukosa, jakby spodziewał się ukrytej kpiny w każdym jej słowie – sprawiałby całkiem sympatyczne wrażenie.
Mimo to nie sprawiał odpychającego wrażenia - gdyby nie zawzięta mina, zaciśnięte usta i spojrzenia z ukosa, jakby oczekując ukrytej kpiny w każdym jej słowie – jawiłby się (byłby) całkiem sympatycznym człowiekiem.
– Nie zna mnie pan – nie planowała rozmawiać tak oficjalnie, ale po lodowatym początku nie umiała inaczej.
– Nie zna mnie pan. – Nie planowała rozmawiać tak oficjalnie, ale po lodowatym początku nie umiała inaczej.
Dziewczyna odniosła wrażenie, że prędzej doszłaby do porozumienia z owcami.
„dziewczyna” – niepotrzebna. Wiadomo, o kogo chodzi.
Okłamał ją.
Zbędna informacja, dobrze o tym wiemy z pierwszej części opowiadania.
Po powrocie z nieudanej wizyty Gwen zamknęła się w swoim pokoju.
Po powrocie z nieudanej wizyty, Gwen zamknęła się w swoim pokoju.
Przez kolejne kilka godzin zirytowana kobieta siedziała przy oknie na poddaszu i wpatrywała się w roztaczający się wokół pół las.
„pól”
Przez kolejne kilka godzin zirytowana kobieta siedziała przy oknie na poddaszu i wpatrywała się w roztaczający się wokół pół las. W końcu postanowiła nie marnować dnia i wyjść. Chcąc ominąć dom i pole, gdzie mogłaby natknąć się na okropnego farmera, przezornie wybrała drogę na przełaj przez łąki i pola.
Trzy razy „pole”.
Wszystkie zdawały się prowadzić do nikąd.
„donikąd”
Nigdzie nie słyszała obezwładniającej muzyki harfy.
Dlaczego akurat harfy?
Przez kolejny kwadrans jedyna melodia, jaką słyszała, wydobywała się z gardeł ptaków.
Może: Przez kolejny kwadrans jedyna melodia, jaką słyszała, wydobywała się z ptasich gardzieli.
Z zarośli wypadł pies; merdając ogonem i z językiem wywalonym z pyska, podbiegł do niej.
Niezgrabne zdanie.
Rozsypała się w proch. Ja też kogoś tam straciłam. Ale ja się nie boję.
Odwróciła się i poszła, tym razem nie oglądając się za siebie.
„siękoza”
To było ostatnie miejsce, gdzie by teraz poszedł mężczyzna.
„mężczyzna” - do usunięcia.
Każdy, kto przypadkiem zapuści się w okolice kręgu pozostaje dla tancerzy niewidzialny.
Każdy, kto przypadkiem zapuści się w okolice kręgu, pozostaje dla tancerzy niewidzialny.
Wyczuwają nawzajem swoją obecność, ale każdy tancerz jest dla innego tancerza tylko mgnieniem oka, rozmazaną sylwetką, której rysów twarzy nie sposób uchwycić, chyba że by się zatrzymać.
Wyczuwają nawzajem swoją obecność, ale są dla siebie tylko mgnieniem oka, rozmazaną sylwetką, której rysów twarzy nie sposób uchwycić w ruchu.
„chyba że by się zatrzymać.” - nie pasuje. Jeśli koniecznie chcesz zachować tę uwagę, należy skonstruować nowe zdanie. Na przykład: To jest możliwe tylko, gdy taniec będzie skończony.
Kreci się dookoła, cały świat wygląda przez to jak rozmazana wielokolorowa plama. Kreci jej się w głowie, mimo to z gardła wydobywa się jedynie śmiech niezmąconej radości.
„Kręci”
Nie puścił aż nie dotarli tutaj.
Nie puścił, aż nie dotarli tutaj.
Na policzku coraz wyraźnie znaczyła się szrama, ślad po jej paznokciach.
Chyba zadrapania, w najgorszym razie – rana. Szrama, to będzie ewentualnie później, po zagojeniu.
Przez chwile milczeli.
„chwilę”
Thomas odezwał się nie spodziewanie.
„niespodziewanie”
– Widziałem go, Jamie’go
Brakuje kropki. I pisałbym Jamiego.
Nic nie słyszalna.
?

Lekkie, nastrojowe i - powiedziałbym - „dobroduszne” opowiadanie. Przyjemnie się czyta. Brakuje trochę opisów, na przykład pomieszczenia, w którym toczą się rozmowy, trochę głębszej charakterystyki postaci.

Awatar użytkownika
jouska
Posty: 7
Rejestracja: 14 sierpnia 2015, 15:49

Re: Muzyka z oddali

Post autor: jouska » 22 września 2015, 22:41

Bardzo mi się podobało! Podeszłam do sprawy bez przekonania, widząc elfy, ale było ich malutko i wyszły naprawdę zgrabnie :) Całość wprawia w fajny nastrój. Mam wrażenie, że mogłoby być trochę straszniej na początku, ale część "obyczajowa" wyszła przyjemnie. Strasznie podobał mi się motyw z babką wracającą po tylu latach - szkoda, że rozsypała się, zanim Gwen zdążyła z nią porozmawiać. Kłótnia między nimi musiałaby być widowiskowa :D
Bałam się, że załatwisz Gwen na koniec (znaczy, przywiązałam się do bohaterów) i cieszę się bardzo, że zjawił się rycerz w zbroi i ją uratował :D
Ok, fabularnie było okej, klimat był, bohaterowie jak na krótką formę przyzwoici, za to stylistycznie... No cóż, mogło być lepiej. Mam wrażenie, że niektóre zdania były nieprzemyślane i brzmiały niezręcznie.

Rzucił mi się w oczy drobny błąd logiczny:
Zapukała do drzwi tak mocno i desperacko, że chyba mogłaby obudzić umarłego.
Dlaczego pukała do siebie do domu, zamiast po prostu wejść? Nawet nie nacisnęła klamki, żeby sprawdzić, czy zamknięte.

I parę byków. Przecinki w pewnym momencie zaczęłam ignorować, bo mam wrażenie, że skubańce skakały po tym tekście bez większego planu :P
cieknie koszulki
cienkie
co stało się kobieta tak do niej podobną
z kobietą
Podczas tańca zgubiła kilka godzin!.
Rano – tego była pewna, jak własnego imienia – go tu nie było.
przy porównaniach nie wstawiamy przecinka
Ciocia najpierw zamknęła drzwi
Po tym najtrudniejszym wyznaniu przyszedł czas na inne szczegóły
Żarty się skończyły
Kropki na końcu
nie potrafi już żyć w naszym wiecie
świecie

I teraz wisienka na torcie:
M. Jamie
D. Jamiego
C. Jamiemu
B. Jamiego
N. Jamiem
Ms. Jamiem
W. Jamie

Czytałam inny twój tekst zaledwie parę dni temu. Gdybym miała porównać - tamten był bardziej dopracowany, jeśli chodzi o błędy, natomiast w tym zdecydowanie bardziej podoba mi się fabuła i to, jak ją budowałaś.
JOUSKA: a hypothetical conversation that you compulsively play out in your head.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Muzyka z oddali

Post autor: Kimchee » 23 września 2015, 12:37

@ Gorgiasz, @ jouska, dziękuję za komentarze.
Mniej więcej potwierdzają to, co sama czuję - że ten tekst jest w pewien sposób nieudany. Pomijając błędy (większą część poprawiłam - dziękuję za wskazanie - ale do likwidacji koślawych zdań i powtórzeń będę potrzebowała więcej czasu), większą część pisała w czasie, kiedy pisało mi się naprawdę źle i codziennie musiałam bardzo się zmuszać. Być może to są efekty.
Dlaczego akurat harfy?
Bo wg podań harfa to ulubiony instrument elfów. Czasem w okolicy kręgów można usłyszeć też skrzypce, na których grają ludzie, którzy kiedyś przykładowo zabłądzili w weszli do kręgów ;)

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Muzyka z oddali

Post autor: szczepantrzeszcz » 26 września 2015, 17:18

Widziałem taki taniec. Zachód słońca, ognisko, przepięknie grany (gitara plus mandolina) irlandzki motyw. Dziewczyna, klasyczny anglosaski brak urody, zaczęła tańczyć i do dzisiaj się zastanawiam, czy nie zamknęła nas w elfim kręgu - był tylko taniec, nic więcej, a ona... nie macie pojęcia jaka piękna była.

Minęła chwila.

Dzisiaj w lustro spoglądam. Gęba szara od codzienności, zmętniałe spojrzenie, które nie dostrzega tego, co dostrzec warto. Zadaję sobie pytanie: ile czasu Wam upłynęło. Ile czasu upłynęło tam, gdzie nas wtedy nie było.

Szczepan, uznania pełen, pokłon składa i za arcyprzyjemną lekturę dziękuje.

Skok w tańczący krąg jest motywem starym jak świat Zastanawiam się skąd w ludziach ten imperatyw ucieczki, postawa ćmy pędzącej w ogień. Brak akceptacji świata? To chyba nie jest dobre wyjaśnienie. Ani Gwen, ani młody Thomas nie wydają się ludźmi boleśnie doświadczonymi przez życie. A może to niepoznane wabi ku sobie, kusi tajemnicy zew?

Dobra szata edytorska sprawiła, że czytało się lekko. Gorgiaszowo-Jouskowa korekta nie została wprowadzona... trochę szkoda... pospieszyłem się z czytaniem. Tak czy inaczej bardzo fajne było.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Muzyka z oddali

Post autor: Kimchee » 01 października 2015, 19:12

@ szczepantrzeszcz, dziękuję za przeczytanie.

Jak pisałam wyżej, nie wprowadziła wszystkich wymienionych wyżej poprawek, bo chwilowo nie mam czasu pochylić się nad tym opowiadaniem, a tego wymaga poważniejsza redakcja.
Skok w tańczący krąg jest motywem starym jak świat Zastanawiam się skąd w ludziach ten imperatyw ucieczki, postawa ćmy pędzącej w ogień. Brak akceptacji świata? To chyba nie jest dobre wyjaśnienie. Ani Gwen, ani młody Thomas nie wydają się ludźmi boleśnie doświadczonymi przez życie. A może to niepoznane wabi ku sobie, kusi tajemnicy zew?
No, nie do końca o to mi chodziło. Thomas, owszem, jest człowiekiem boleśnie doświadczonym przez życie, ale właśnie przez zetknięcie się z kręgiem i muzyką elfów, które naznaczyły go na całe życie i zrobiły z niego odludka.
Chciałam raczej spleść popularne wierzenia ludowe z współczesnością i zobaczyć, jak będzie grał ten nadprzyrodzony pierwiastek. Bardziej próbowałam pokazać, że chociaż żyjemy w XXI wieku,"Inny" świat istnieje, nawet bardzo blisko i to, jak kontakt z czymś takim wpływa na człowieka i jego postrzeganie rzeczywistości.Czy mi się udało - tego nie wiem, ale wydaje mi się, że nie do końca. Nadal mi czegoś w tym tekście brakuje. Jeśli kiedyś dowiem się co, na pewno powrócę i go poprawię.

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Muzyka z oddali

Post autor: szczepantrzeszcz » 01 października 2015, 21:40

Kassandra pisze:...bo chwilowo nie mam czasu pochylić się...
Taki stan umysłu tylko pozornie wydaje się niegroźny, przemijający. Uważaj.
Kassandra pisze:Chciałam raczej spleść popularne wierzenia ludowe z współczesnością i zobaczyć...
A co to jest, ta współczesność? Wierzenia ludowe zamknięte w klatce fikcji?
Kassandra pisze:jak będzie grał ten nadprzyrodzony pierwiastek.
Całkim fajnie grał.
Kassandra pisze:Czy mi się udało - tego nie wiem
Udało się.
Kassandra pisze:Nadal mi czegoś w tym tekście brakuje. Jeśli kiedyś dowiem się co, na pewno powrócę i go poprawię.
Lista może być długa. Zależy, jakie ograniczenia Sobie narzucisz. Mogłaś pokusić się o bardziej wnikliwą analizę psychologiczną Gwen (pięć stron), mogłaś staranniej pokazać proces alienacji Thomasa (dziesięć stron). Środowisko, a może lepiej napisać tło, (Anglia? Szkocja? Irlandia?) też doprasza się bogatszego opisu - lepiej wyglądałby ów splot ze współczesnością. Warto popracować. Nie mam zamiaru chrzanić komunałów o opowiadaniu-które-ma-potencjał, ale wydaje mi się, że pójście w rozwój mogłoby dostarczyć wiele frajdy... nie tylko Autorce opowiadania.

ODPOWIEDZ