Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Pęknięte lustro

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Pęknięte lustro

Post autor: Kimchee » 13 czerwca 2015, 19:33

Pęknięte lustro

W pierwszym tygodniu października 1867 roku Londyn opanowała iście angielska pogoda. Dni stawały się coraz krótsze, latarnie uliczne świeciły coraz dłużej, a mgła zdawała się żyć własnym życiem; wisiała nad miastem gęsta niczym ubite na sztywno białko. Każde wyjście z domu bez parasola oznaczało dopominanie się o kłopoty.
Właśnie wtedy pani Rogerowa Hadley – zamiast poddać się złemu nastrojowi – postanowiła wykorzystać aurę, jaką ofiarowała natura, i przekonać męża do pomysłu zorganizowania seansu spirytystycznego. Wobec tego już przy śniadaniu przypuściła szturm, wystawiając małżonka na bezlitosny ostrzał swoich dużych niebieskich oczu, czarnych loków spływających kaskadami na kształtne ramiona podkreślone krojem sukni i pełnych różowych warg. Pan Hadley nie miał większych szans. Zawsze łatwo ulegał żonie, w dodatku sam odczuwał pewien dreszcz ekscytacji, jaki towarzyszy kontaktom ze światem nadprzyrodzonym. Nim herbata w imbryku zdążyła ostygnąć, małżeństwo miało gotowy plan.
– Myślałam, żeby zaprosić też pana Krajewskiego – powiedziała na koniec Margaret Hadley. – Wiesz, ostatnio wydaje mi się jakiś dziwny.
– Kochanie, o tej porze roku wszyscy wydają się dziwni.

*
Tadeusz Krajewski był sąsiadem państwa Hadley od trzech lat. Mieszkał w kamienicy w Camden Park, jeszcze zanim wprowadziło się tam młode małżeństwo. Był mniej więcej w tym samym wieku co Roger Hadley, ale powaga stale malująca się na twarzy oraz zmarszczki i pasma siwizny na włosach czy brodzie sprawiały, że brano go za starszego. Za to pod względem charakteru obaj panowie różnili się tak jak tylko mogą dwie osoby. Pan Hadley był z natury otwarty i gadatliwy, Krajewski małomówny, zamknięty w sobie. Pierwszy z uśmiechem opowiadał o dzieciństwie i młodości, drugi milczał na ten temat i w ogóle mało mówił o sobie. Hadley wiedział, że pochodzi z kraju, którego nie ma, że kiedyś mieszkał pod Warszawą, w majątku, którego nazwę Anglik znał, ale nie umiał poprawnie jej wymówić. W żadnych innych okolicznościach życiowych nie zawarliby bliższej znajomości, a jednak – zostali bliskimi przyjaciółmi. Każdy odkrywał w tym drugim to, czego akurat mu brakowało. Pan Krajewski stawał się w towarzystwie nieco weselszy, jego angielski znajomy cenił spokój i opanowanie sąsiada z dołu.
Margaret Hadley często obserwowała blade oblicze przyjaciela domu i zgadywała, jaka historia mogła doprowadzić imigranta właśnie tutaj. Ponieważ zaś była kobietą romantyczną, oś każdej hipotezy stanowiła przedstawicielka jej własnej płci.
Roger Hadley, jak przystało człowiekowi czynu, niezwłocznie przystąpił do wcielania planu w życie. Zaraz po śniadaniu zszedł na dół, do mieszkania przyjaciela.
Zastukał dwa razy i po chwili w uchylonych drzwiach ukazała się blada twarz Krajewskiego.
– Przychodzę z misją zleconą przez damę – przywitał się Hadley.
– W takim razie wejdź.
Przeszli do niewielkiego, ale gustownie urządzonego saloniku. Okna wychodziły na ponurą ulicę. W kominku płonął ogień, nadający wnętrzu nieco przytulności. Nad nim wisiało duże lustro w złotej oprawie, w którym odbijała się melancholijna twarz gospodarza. Krajewski nosił się na czarno, jakby był w żałobie, ale Roger nigdy nie odważył się zapytać, czy jego strój wynikał z konieczności czy upodobania.
Panowie zasiedli w obitych ciemnym materiałem fotelach.
– Może czegoś się napijesz? – zapytał Tadeusz, wskazując na karafkę z sherry.
Krajewski nie trzymał na stałe służby. Kobieta, która sprzątała, gotowała obiady i cerowała jego koszule jeszcze nie przyszła. O tej godzinie panowie musieli obsłużyć się sami.
Jak przewidziała pani Hadley, sąsiad przyjął zaproszenie, ale nie okazał pożądanego entuzjazmu. Z natury był sceptyczny wobec okultystycznej mody, która ostatnio brała szturmem salony.

*
Wyznaczonego dnia pani Hedley od rana wykazywała podenerwowanie i ekscytację. Zdaniem męża zachowywała się jak mała dziewczynka w Boże Narodzenie. Seans miał rozpocząć się dopiero po zmroku, ale już od rana salonik był przygotowany na nawiązanie kontaktów z duchami. Większość mebli przesunięto i teraz w centrum, na czerwonym dywanie w czarny wzór, stał okrągły stolik nakryty białym obrusem, a wokół niego pięć krzeseł. Pani Hadley zaprosiła na ten wyjątkowy wieczór jeszcze jednego gościa – swojego brata, kawalera.
Kwadrans po osiemnastej zebrane w salonie towarzystwo raczyło się brandy i oczekiwało na nadejście atrakcji wieczoru.
Madame Roche zjawiła się niebawem. Okazała się niską i raczej pulchną kobietą, z dużą ilością pierścionków na krótkich bladych placach. Na głowie nosiła wdowi czepek, a jej suknia z czarnego jedwabiu przybrana była niesamowitą ilością koronek. Wizerunek madame Roche z pewnością rozczarowywał miłośników powieści gotyckiej, jednak cieszyła się dobrą opinią wśród znajomych pani Hadley. To ostatecznie przesądziło o wyborze medium.
Długo rozglądała się po salonie państwa Hadley, zanim się odezwała.
– Przykro mi, proszę pani – powiedziała niskim, niemal męskim głosem, patrząc na przepraszająco na Margaret. – To mieszkanie nie nadaje się do nawiązania kontaktu.
Mina medium kazała pani Hadley rozejrzeć się po pomieszczeniu. Nie wiedziała, co jest nie tak. Przecież zrobiła wszystko, co kazano. Tak bardzo się starała i doprawdy nie miała pojęcia, co jeszcze mogłaby poprawić.
– Nie rozumiem – powiedziała nieco drżącym głosem.
Madame Roche popatrzyła na nią przenikliwymi szarymi oczami.
– Nie ma co się smucić, dziecko. To przeszkoda całkiem niezależna od pani.
– Co teraz? – Margaret spojrzała błagalnie na męża.
Wyraźnie domagała się, by Roger znalazł wyjście z sytuacji.
– Może moje mieszkanie nadałoby się? – zaproponował Krajewski. – Mieszkam pięto niżej, ale po drugiej stronie.
Państwo Hadley byli jednakowo zaskoczeni stroną, z której nadeszła pomoc.
Madame Roche spojrzała na mężczyznę z uwagą, z jaką przed chwilą lustrowała salonik.
– Proszę mi je pokazać.

*
Margaret Hadley jeszcze długo zachodziła w głowę, co takiego różniło ponury salonik sąsiada o jej własnego, że zyskał aprobatę madame Roche, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi. Starsza dama milczała na ten temat, a jedyne pytanie, jakie Margaret odważyła się zadać, skwitowała, że to sprawa pomiędzy duchami a nią.
Pod okiem medium prędko przygotowano pomieszczenie. Nakryto stolik, przyniesiono z piętra krzesła. Madame Roche kazała szczelnie zasłonić okno, a nawet zakryć czymś lustro. Wszystko, czego sobie zażyczyła, zostało wykonane szybko i wielką starannością.
Kiedy Krajewski zbliżył się do okna, miał wrażenie, że mgła wspina się ku niemu. Reszta ulicy zdawała się odgrodzona od budynku półprzezroczystym kloszem. Czym prędzej zasunął kotary i wrócił do towarzystwa. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach, Roger już zapalał świecę stojącą na środku stolika.
– A teraz chwyćcie się za ręce – poleciła madame Roche.
Krajewskiemu, jako gospodarzowi, przypadło miejsce po prawej stronie medium (jego drugim sąsiadem był młody Peter Smith, brat Margaret). Dłoń starszej pani okazała się w dotyku zimna i wilgotna – nieprzyjemna, jakby dotykało się mokry kamień.
W pomieszczeniu, nie licząc skąpego światła świecy, która rzucała na ścianę osobliwe cienie, było całkiem ciemno. Ciszę przerywało jedynie ciche mamrotanie madame Roche. Krajewski, chociaż siedział najbliżej, nie rozumiał nic z tego, co mówiła. Przez chwilę nie działo się nic. Potem jednak płomień świecy zafalował, cienie na ścianie ożyły i poruszały się, chociaż ich właściciele siedzieli nieruchomo. Wydawały się nie należeć już do nich. Do kogo, tego Tadeusz nie wiedział. Mężczyzna odniósł nieprzyjemnie wrażenie, że uliczna mgła wniknęła do środka przez szpary w oknie i grube zasłony. Widział cienie półprzezroczyste wstęgi unoszące się tuż pod sufitem. Przynosiły znajome aromaty wiosennych kwiatów i świeżego siana.
Dłoń madame Roche zacisnęła się na jego własnej z siłą, o jaką w życiu nie posądziłby staruszki. Ciałem kobiety wstrząsnął dreszcz, plecy wygięły się do tyłu w łuk, kiedy spazm minął, głowa medium opadła na pierś.
Margaret Hadley pisnęła.
Po chwili madame Roche podniosła na uczestników seansu oczy, które wyglądały, jakby były zasnute mgłą. Błądziły po pokoju, a kiedy spoczęły na kimś, patrzyły jednocześnie na niego i przez niego, jakby widziała ich na wskroś. Aż w końcu wzrok madame spoczął gdzieś między jednym a drugim fotelem.
– Powiedz mi, kim jesteś i po co przybywasz? – odezwała się kobieta głosem przynajmniej o pół tonu niższym niż mówiła dotychczas.
Wyglądało na to, że mówi do kogoś, kogo inni nie widzieli.
Przez chwilę medium pilnie nasłuchiwała.
– Mówi, że ma na imię Izabela – powiedziała w końcu.
Krajewski poczuł, że zimno prześlizguje się z jej dłoni wprost na jego skórę. Skamieniała mu ręka i tułów, nie mógł się ruszyć.
– Mówi, żeby przekazać Tadeuszowi, że na niego czeka…
Zaskoczony Krajewski, puścił rękę madame Roche. Wtedy, w mgnieniu oka, stało kilka rzeczy na raz. Później, kiedy Tadeusz usiłował odtworzyć w pamięci ten straszny wieczór, nie mógł rozstrzygnąć, co nastąpiło pierwsze a co ostatnie. Przez długi czas wydawało mu się, że najpierw usłyszał, jak pęka zawieszone nad kominkiem lustro, potem z pomieszczenia zniknęła mgła, wraz z nią zapachy. Na koniec zgasła świeca i pokój pogrążył się w ciemności. Krajewski jeszcze przez chwilę siedział oszołomiony, póki Roger Hadley nie odsłonił okna.
– Czy się udało? – madame Roche podniosła bladą twarz.
Mówiła cicho. Wydawała się zdezorientowana i bardzo zmęczona.
– Tak nam się wydaje – odpowiedziała pani Hadley drżącym głosem.
Jej mina sugerowała, że Margaret spodziewała się po seansie jednak czegoś innego. Wszyscy byli na swój sposób przejęci tym co się stało, chociaż panowie starali się maskować swój strach.
– Proszę mi wybaczyć. – Przed kolejnym zdaniem madame Roche odetchnęła głęboko. – Zwykle nie pamiętam, co się dzieje, kiedy jestem w transie. Czy ktoś może mi opowiedzieć, co się działo?
Kiedy Roger Hadley opisał dość precyzyjnie wydarzenia, Krajewski odniósł wrażenie, że staruszka patrzy na niego jakoś dziwnie, jakby chciała go przed czymś ostrzec, jednak nie zrobiła tego.
Najdziwniejsza rzecz zdarzyła się jednak, kiedy gospodarz poszedł odsłonić lustro. Jak podejrzewał, w prawym górnym roku widniało pęknięcie, które zniekształcało jego twarz. Mężczyzna szybko obejrzał resztę tafli. Była nietknięta, jednak z lustrem wyraźnie było coś nie tak. Nie odbijało dokładnie tego, co znajdowało się w saloniku. Na stole, przy którym przed chwilą siedzieli, zamiast świecy, stał biały wazon w niebliski wzór, a w nim kolorowe polne kwiaty. Tadeusz znał ten wazon i kwiaty. W przeszłości widywał je wielokrotnie. Teraz jednak pomyślał, że umysł płata mu figla. Kiedy się odwrócił, stolik i świeca znajdowały się na swoim miejscu.

*
Przez resztę wieczoru Krajewski zachowywał się jeszcze bardziej milcząco i tajemniczo niż zwykle. Nie chciał dyskutować o mistycznym przeżyciu, którego wspólnie doświadczyli. Niemal cały wieczór przesiedział w fotelu i patrzył w pęknięte lustro.
– Nie przejmuj się tym lustrem – Roger Hadley, usiadł obok przyjaciela i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. – Rama nie ucierpiała i na pewno można jakoś wymienić szkło.
Krajewski wymamrotał coś pod nosem.
Roger był piekielnie ciekaw, kim jest tajemnicza Izabela – zakładając, iż nie była wyłącznie wytworem wyobraźni medium. Słowa rzekomego ducha zrobiły na Krajewskim tak piorunujące wrażenie, że prawie na pewno musiał znać kiedyś jakąś Izabelę, która postradała życie w tragicznych okolicznościach. Hadley dotychczas nie wierzył w duchy ani seanse, godząc się na prośbę żony miał nadzieję co najwyżej na zajmującą rozrywkę, o której będzie można opowiadać potem anegdoty w towarzystwie. Teraz zaś zastanawiał się, skąd obca kobieta mogłaby wiedzieć o ważnej osobie w życiu Krajewskiego, skoro nie opowiedział o niej nawet jemu, najlepszemu przyjacielowi.

*
Po wyjściu gości, Tadeusz nie odważył się więcej spojrzeć w lustro. Miał nadzieję, że noc i sen wyleczą go z omamów wzrokowych, które wywołały słowa madame Roche oraz tajemnicza atmosfera.
Następnego ranka okazało się, że o żadnym przywidzeniu nie może być mowy. Zaskoczony mężczyzna zamarł z ręką wyciągniętą w pół drogi po kieliszek sherry. W lustrze, obok karafki, wyraźnie odbijał się wazon z kwiatami. Stał tak blisko mężczyzny, że Krajewski mógłby przysiąc, że czuje ich zapach. Za oknem wychodzącym na kwitnący sad, jakim zapamiętał go z dzieciństwa i młodości, świeciło słońce. Promienie wpadały do pokoju…
Tadeusz obejrzał się. Prawdziwe okno w jego mieszkaniu nadal ukazywało smutny, zamglony obraz Londynu budzącego się ze snu. Jego salon był posępny i ciemny.
Zrozumiał. Zwierciadło ukazywało obraz z innego miejsca i innego czasu. Na fotelu, tym, który zwykł zajmować, kiedy czytał poranną gazetę i jadł śniadanie, leżała niedokończona robótka. Ktoś zaczął wyszywać delikatny, skomplikowany wzór kwiatowy, ale potem porzucił pracę.
Tadeusz przypomniał sobie, gdzie i w jakich okolicznościach widział ostatni raz ten materiał. Wszystkimi zmysłami czuł, że właścicielka tamborka wkrótce się zjawi.
Usiadł na sąsiednim fotelu i czekał.

*
Dokładnie tydzień po pamiętnym seansie spirytystycznym, państwo Hadley oczekiwali na kolacji swojego polskiego przyjaciela. Krajewski należał do ludzi punktualnych. Przez cały okres ich znajomości nie zdarzyło się, by nie przyszedł na czas. A teraz się spóźniał.
Miał być o osiemnastej, tymczasem minęło niemal pół godziny, a gość się nie zjawił.
Roger Hadley po raz kolejny spojrzał ma na zawieszony na złotej dewizce zegarek.
– Chyba powinienem pójść i sprawdzić, co go zatrzymało.
– Koniecznie – zgodziła się pani Hadley.
Oboje myśleli o tym samym. Od tamtego dziwnego wieczoru, prawie w ogóle nie widywali sąsiada. Kiedy pan Hadley poszedł na dół z zaproszeniem, Krajewski przyjął je, nawet uprzejmie podziękował za względy, ale myślami zdawał się być zupełnie gdzie indziej.
Roger czekał długo pod drzwiami i kiedy już zaczął myśleć, że Krajewski po prostu zapomniał o kolacji i gdzieś wyszedł, Tadeusz otworzył drzwi. Anglik doznał niemałego wstrząsu, na widok przyjaciela, który prezentował się w sposób dla siebie niezwykły. Miał na sobie szlafrok, na nogach domowe pantofle. Hadley dałby głowę, że Krajewski w ogóle się dziś nie ubierał. Ciemne, przetykane siwizną włosy mężczyzny – zazwyczaj zadbane i gładko uczesane z przedziałkiem – były potargane; broda wydawała się odrobinę dłuższa niezwykle. Jeszcze więcej zmian zaszło na twarzy mężczyzny. Krajewski miał podkrążone oczy i spojrzenie chorego człowieka.
Na widok sąsiada, Tadeusz przypomniał sobie o spotkaniu.
– Wybacz, zapomniałem… Przeproś ode mnie Margaret, ale nie czuję się dziś najlepiej.
– Margaret się o ciebie martwi. Ja także.
Krajewski przez chwilę wpatrywał się w przyjaciela jakby głęboko coś rozważał. W końcu przemówił nienaturalnym głosem.
– Wejdź.
Hadley z trwogą zauważył, że wygląd salonu Krajewskiego także zmienił się na gorsze. Na stoliczku stały puste filiżanki, gazety, jakieś papiery. Hadley wywnioskował, że niewielki mebel służy od kilku dni jednocześnie za biurko i stół jadalny.
– Powiedziałem pani Bonner, żeby nie przychodziła przez kilka dni – wyjaśnił Tadeusz, siadając na fotelu. Nie na tym, który zajmował zwykle – na tym drugim.
Przez moment spoglądał dziwnie na lustro. Wobec tego i Roger przyjrzał mu się dokładnie, ale prócz rysy, którą widział już w dniu seansu, nie dostrzegł niczego nowego.
– Czy to lustro nie wydaje ci się dziwne? – Dobiegł go dziwny głos Krajewskiego.
– Jest pęknięte.
Przyjaciel mruknął coś, co brzmiało „Ach tak”. Wtedy Hadley domyślił się, co od początku zdumiało go w twarzy gospodarza. Mina Krajewskiego wyrażała oczekiwanie. Mimo ponurego, zaniedbanego wyglądu, mieszkania, do którego raczej nie wypadało sprowadzać gości, Tadeusz wyraźnie czekał. Na kogoś lub coś.
Roger usiadł niepewnie. Na górze czekała Margaret i ciepły posiłek, ale nie mógł tak po prostu wyjść, nie spróbowawszy jakoś pomóc.
– Co się dzieje? Jesteś taki od… tamtego wieczoru.
Przez chwilę obaj nic nie mówili. Roger wspominał niezwykłe doświadczenia seansu, wiedział, że Krajewski robi to samo. Zauważył, jak sąsiad wyciąga coś z kieszeni. Zorientował się, że to portret, dopiero, kiedy Krajewski wepchnął mu go w dłoń.
Miniatura przedstawiała kobietę. Bardzo młodą i bardzo ładną kobietę: jasnowłosą, zielonooką pannę o ładnych rysach i jakimś fascynującym zamyśleniu bijącym z jednocześnie poważnej i dziecinnej twarzy. Roger domyślił się, że to tajemnicza Izabela.
– To ona. Moja żona.
Żona! Co prawda Hadley był pewien, że Krajewski ma za sobą nieszczęśliwą miłość, jednak sądził, że jest kawalerem. W każdym razie nigdy nie widział obrączki.
Oddał portret. Krajewski wzięła go do ręki i z czułością pogładził kciukiem uwieczniony na nim policzek żony.
– Pobraliśmy się w 1862 roku – zaczął mówić.
Hadley nie miał pojęcia, czy te słowa są przeznaczone do niego, czy przyjaciel tak głęboko zatracił się w swoim żalu, że mówi sam do siebie. W każdym razie słuchał.
– Była najpiękniejszą i najdelikatniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. Istną nimfą. Kiedy nie widywaliśmy się przez jakiś czas, jej uroda niemal rzucała mnie na kolana. Wiedziałem, że nie ma innej możliwości musi wyjść za mnie. Sądziłem, że ma wszystko, co może mnie uszczęśliwić. A jednak – nie byłem szczęśliwy w tym małżeństwie. Po pierwszych oszałamiających miesiącach, przyszło opamiętanie. Dom zaczął wydawać mi się klatką, małżeństwo kajdanami. Kochała mnie, co do tego jestem pewien, chciała jednak, żebym robił wszystko, jak chciała ona. A chciała, żebym żył z nią w naszym domu, wychowywał dzieci. Starzał się z nią, nikomu nie wadząc i nie rzucając się w oczy. Ja jednak wiedziałem, że nie możemy być szczęśliwi, nasze dzieci nie mogą być szczęśliwie, kiedy ich własnej ojczyzny nie ma na mapie. Izabela tego nie rozumiała. Nie mogę jej za to winić. Błagała mnie na kolanach, żebym nie brał udziału w powstaniu. Powiedziała, że to ją zabije i będę miał jej śmierć na sumieniu. Nie wziąłem tego na poważnie.
Przerwał i spojrzał na przyjaciela zbolałym wzrokiem. Hadley domyślił się zakończenia.
– Kiedy wróciłem służąca powiedziała, że moja żona zmarniała z dnia na dzień. Jak ścięty kwiat w wazonie, tak mi powiedziała. Podobno przed śmiercią majaczyła w gorączce. Wołała mnie. Ostanie co powiedziała, to że będzie na mnie czekać.
Hadley drgnął, dreszcz przeszedł mu po plecach.
Rozmówca uśmiechnął się smutno. Cienie i bruzdy na jego twarzy wydawały się jeszcze głębsze.
– Teraz wiesz, czemu tak podziałały na mnie słowa madame Roche.
Krajewski westchnął i mówił dalej, chociaż przychodziło mu to z coraz większym trudem.
– Od tego czasu nie spojrzałem na jej portret. Ale od seansu wciąż czuję jej obecność. Jakby zaraz miała wejść przez te drzwi.
Hadley spojrzał w kierunku drzwi, przez które sam przeszedł. Były zamknięte, mimo to zadrżał. W pełni rozumiał odczucia Tadeusza. Przez ostatnie kilka minut wydawało mu się, że odczuwa obecność kogoś jeszcze, ale to wrażenie było tak abstrakcyjne, że za nic nie umiał ubrać go w słowa. Nie czuł czegoś takiego od seansu spirytystycznego. Musiał przyznać sam przed sobą, że się boi i że za nic nie chce zostawać dłużej w tym mieszkaniu. Musiał powiedzieć o wszystkim Margaret. Tak, jego żona na pewno okaże się lepszym słuchaczem. Była wrażliwsza i bardziej otwarta na tego rodzaju sprawy.
– Myślę, że powinieneś się porządnie wyspać – powiedział, wstając. – Przyjdę do ciebie jutro. Porozmawiamy jeszcze.
Krajewski nic nie powiedział. Z posępną miną skinął głową.
– Jesteś naprawdę dobrym przyjacielem – pożegnał go w drzwiach. – Cieszę się, że mogłem cię poznać. I twoją żonę. Zazdroszczę wam, że jesteście tacy zgodni.
Takie słowa wydały mu się dziwne, ale wziął je za jeszcze jeden przykład melancholii trapiącej sąsiada.

*
Krajewski szybko wrócił na fotel i zaczął gorączkowo wpatrywać się w lustro. Przesuwał rozbieganym wzrokiem od jednego szczegółu do drugiego, szukając czegoś nowego. Ilekroć spojrzał w taflę, zmieniał się nowy szczegół. Raz był to klosz lampy, innym razem kolor ścian, wzór na dywanie, obicie fotela albo pojawiał się nowy obraz na ścianie. Salon w lustrze coraz mniej przypominał pomieszczenie, w którym się znajdował, a coraz bardziej upodabniał się do salonu w jego rodzinnym domu. Domu, który był świadkiem jego małżeńskiego szczęścia i największej rozpaczy. Domu, z którego uciekł, bo przypominał o zbyt wielu rzeczach. A jednak to wszystko dopadło go tutaj: tęsknota, żal, poczucie winy… Mimo kilometrów i granic.
Znalazł. Na sofie, której nie było jeszcze wczoraj, pojawiła się poduszka ze złotymi frędzelkami. Tadeusz nie pamiętał, czy to już wszystkie szczegóły, ale czuł, że coś się zbliża. Wyjął z kieszeni małe ręcznie malowane puzderko na biżuterię, spoczywające do tej pory w szufladzie komody. Wewnątrz znajdowała się lśniąca złota obrączka. Założył ją.
Teraz był gotów.

*
Margaret stanowczo podzielała zdanie męża, że Tadeuszowi należy pomóc i w żadnym wypadku nie powinien być teraz sam. Przyjaciółka jej matki przeszła kiedyś załamanie nerwowe i bardzo źle się to skończyło.
– Powinniśmy zaprosić go jutro na śniadanie – powiedziała jakby do siebie, kiedy leżeli w łóżku, w ciemności.
Roger westchnął.
– Mam iść i zaprosić go teraz?
Poczuł na sobie wzrok żony.
– Oczywiście, że nie. Wystarczy jak pójdziesz tam przed dziewiąta.
Odwróciła się na drugi bok. Po kilku minutach jej oddech wyrównał się, po czym Roger poznał, że zasnęła. Sam jeszcze długo nie mógł zaznać tego luksusu. Ostanie słowa Krajewskiego nie dawały mu spokoju. Powracały jak echo.

*
O wpół do dziewiątej Hadley stał już pod drzwiami mieszkania przyjaciela i pukał zawzięcie do drzwi. Najpierw sądził, że Krajewski poszedł za jego radą i jeszcze śpi. Jednak kiedy minęło kilka minut i nawet wołanie przez drzwi nie przyniosło efektu, zaniepokoił się na tyle, by pójść do mieszkania gospodarza.
Pan Hill nie był zadowolony, że ktoś odciąga go do jajek, grzanek i bekonu, ale Roger nalegał tak gorąco, że w końcu mężczyzna – zazwyczaj niewzruszony jegomość – przejął się.
Zdjął z gwoździa zapasowe klucze i podążył za Hadley’em na górę.
– Proszę. – Pan Hill otworzył drzwi, ale wyraźnie nie miał zamiaru wkraczać do mieszkania pierwszy.
Roger poszedł przodem.
– O nie! – krzyknął rozpaczliwie, kiedy zobaczył nieruchomą postać leżącą na dywanie przed kominkiem.
Podbiegł do przyjaciela, odwrócił go na plecy, ale Krajewski był zimny i sztywny. Musiał nie żyć od kilku godzin.
W oczach Rogera zalśniły łzy. Wiedział już, co miał na myśli Tadeusz ostatniego wieczora. Wiedział, że tej nocy odejdzie. To było pożegnanie.
Uścisnął martwą dłoń mężczyzny. Zdziwił się, widząc lśniącą na palcu obrączkę. Był pewien, że Tadeusz dotychczas jej nie nosił.
Największy szok przeżył jednak, kiedy wstał i spojrzał w lustro. Zniknęło pęknięcie w rogu. Tafla znów była idealna.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Gorgiasz » 14 czerwca 2015, 21:44

Dobre opowiadanie, trochę w stylu "Fin de siècle". Przeczytałem z przyjemnością, oprawioną w stosowny nastrój.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Kimchee » 14 czerwca 2015, 22:03

Gorgiaszu, dziękuję za poświęcony czas i dobre słowo!
Opowiadanie napisałam na konkurs Magazynu "Histeria", ale widać było za mało horroru w horrorze ;)
Przy okazji poćwiczyłam pisanie tekstów do 15 stron znormalizowanego maszynopisu (bo prawie wszędzie takie chcą).

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Pęknięte lustro

Post autor: szczepantrzeszcz » 15 czerwca 2015, 11:04

Wciągnęło mnie... a potem urzekło.

W końcu uznałem, że jest na tyle dobre, aby wyartykułować swoje uwagi. Niektóre mogą Ci się wydać "od czapy", niektóre, mam nadzieję, coś wniosą.
wystawiając małżonka na bezlitosny ostrzał swoich dużych niebieskich oczu, czarnych loków spływających kaskadami na kształtne ramiona podkreślone krojem sukni i pełnych różowych warg.
Na ostrzał oczu? ...i owszem, jednak o lokach, ramionach i ustach dobrze byłoby inaczej napisać. Trochę poezji nie zaszkodzi :)

Seans miał rozpocząć się dopiero po zmroku, ale już od rana salonik był przygotowany na nawiązanie kontaktów z duchami.
ale salonik przygotowano przed południem

Z "nawiązywania kontaktów" bym zrezygnował.

oczekiwało na nadejście atrakcji wieczoru.
oczekiwało atrakcji wieczoru.

...albo jakoś podobnie.

Madame Roche zjawiła się niebawem.
Byłoby lepiej, gdyby żona Hadleya w pierwszym akapicie wymieniła to nazwisko.

Długo rozglądała się po salonie państwa Hadley, zanim się odezwała.
Genealnie się-koza. Nie jakaś rozpaczliwa, ale myślę, że jak za dwa tygodnie przeczytasz, to więcej takich miejsc zauważysz.

Kiedy Krajewski zbliżył się do okna, miał wrażenie, że mgła wspina się ku niemu.
Znowu "się", jednak zdanie bardzo dobre. Nie odmówiłbym sobie kolejnego zdania (lub dwóch), które wzmogłoby nastrój.

cienie na ścianie ożyły i poruszały się,
cienie na ścianie ożyły, poruszały się,

Głupia sprawa, ale to "i" kompletnie zepsuło nastrój. Ciekaw jestem, czy to tylko moja fanaberia, czy ktoś jeszcze myśli podobnie.

Mężczyzna odniósł nieprzyjemnie wrażenie, że uliczna mgła wniknęła do środka przez szpary w oknie i grube zasłony.
przez szpary w oknie, przez grube zasłony.

...jak wyżej.

Tadeusz znał ten wazon i kwiaty. W przeszłości widywał je wielokrotnie.
Tadeusz znał ten wazon, znał te kwiaty.

Zamiast następnego zdania fajnieby zabrzmiała burza Tadeuszowych myśli... jakieś urywki wspomnień... czyjeś spojrzenie? ...dotyk czyjejś dłoni?

...nawet jemu, najlepszemu przyjacielowi.
Wcześniej przydałaby się krótka dygresja, co połączyło Hadleya i Krajewskiego.

Zaskoczony mężczyzna zamarł z ręką wyciągniętą w pół drogi po kieliszek sherry. W lustrze, obok karafki, wyraźnie odbijał się wazon z kwiatami. Stał tak blisko mężczyzny, że Krajewski mógłby przysiąc, że czuje ich zapach.
Dwa razy "mężczyzna". Ja bym napisał jakoś tak:

Odruchowo sięgnął po kieliszek sherry, jednak ręka zamarła w pół drogi. W lustrze, obok karafki, wyraźnie odbijał się wazon z kwiatami. Był tak blisko że Krajewski mógłby przysiąc...

...i tutaj jakaś mało wyraźna retrospekcja, a na koniec zdanie o zapachu kwiatów.

Jego salon był posępny i ciemny.
Salon był posępny i ciemny.

bez "jego".

Miniatura przedstawiała kobietę. Bardzo młodą i bardzo ładną kobietę: jasnowłosą, zielonooką pannę o ładnych rysach i jakimś fascynującym zamyśleniu bijącym z jednocześnie poważnej i dziecinnej twarzy.
"ładną" się powtarza. Wart zastąpić słowem "piękną". Poza tym, nie wiem dlaczego, ale "jakimś fascynującym" wyrzuciłbym.

Błagała mnie na kolanach, żebym nie brał udziału w powstaniu.
Kiepsko brzmi. Lepiej jakoś tak: Błagała na kolanach, abym nie ruszał w pole.

Wiedział, że tej nocy odejdzie. To było pożegnanie.
Znowu brakowało mi wspomnianej wcześniejszej dygresji o tym, co połączyło Hadleya i Krajewskiego.


Dobre samo w sobie i świetny materiał na opowiadanie dwukrotnie większe. Te dygresje, o których wspominałem, mogłyby dotyczyć wewnętrznego rozdarcia pomiędzy miłością do kobiety i miłością do ojczyzny.

Twin, dzięki za lekturę.

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Kimchee » 15 czerwca 2015, 11:38

szczepantrzeszcz pisze: Twin, dzięki za lekturę.
A ja dziękuję za komentarz.
W wolnej chwili przeczytam tekst jeszcze raz i porównam z propozycjami zmiany. dygresje, o których piszesz, to to dobry pomysł i być może jeszcze trochę rozbuduję opowiadanie. Horrorem to on pewnie nigdy nie będzie, ale widzę, ze wyszedł całkiem zjadliwy kawałek ^^

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Pęknięte lustro

Post autor: szczepantrzeszcz » 15 czerwca 2015, 11:40

Twinsanity pisze:Horrorem to on pewnie nigdy nie będzie
Miód (pitny, półtorak) na moją duszę lejesz :)

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Krin » 18 czerwca 2015, 17:38

Jak dla mnie to daleko temu tekstowi do horroru. Piszesz w sposób kojarzący mi się zazwyczaj Arthurem Conan Doylem bądź Agathą Christy przy czym oni pisali przecież kryminały, a na dodatek wcale mi się ten ich styl za bardzo nie podoba. Jest stworzony do dokładnego opisu sprawy w sposób mający umożliwić zaobserwowanie dokładnego przebiegu wydarzeń a niekoniecznie wzbudzić tak potrzebne emocje. Przynajmniej mi potrzebne. (Choć wzbudza, naturalnie, zainteresowanie.) Takie to ładne i zgrabne, ale dla mnie nieco zbyt dużo dokładnych opisów historii i relacji. To takie powolne dokładne opisanie wydarzeń wraz z czynnikami, które do nich doprowadziły. Może w pewien sposób ma coś wspólnego ze stylem, którego nie lubię, a który tak podoba się szczepanowi.

Krótko: Lektura mnie nie porwała, ale była całkiem przyjemna i interesująca.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Siemomysła » 15 lipca 2015, 07:46

Och! Jak to się stało, że przemknęłam obok tego opowiadania? Dobrze jednak czasem robić sobie rajd po wszystkich działach celem sprawdzenia, co się pojawiło :D
Bardzo, bardzo ładna Kassandra. Horror nie, ale opowiadanie okultystyczne moim zdaniem już tak. Opis seansu bardzo przypadł mi do gustu, a najmocniej utkwiło w głowie odbite w lustrze okno - ten sielski, słoneczny obraz w lustrze i mglisty Londyn za plecami <3 Lubię też tempo tego opowiadania. Wolne i łagodne. Zwróciło moją uwagę to, że Anglicy u Ciebie wyłamują się ze stereotypu ludzi, którzy za nic nie zakłócą spokoju sąsiadowi, choćby zachowywał się najdziwniej.
Podobało mi się.
Reszta w spoilerze:
SpoilerShow
Był mniej więcej w tym samym wieku co Roger Hadley, ale powaga stale malująca się na twarzy oraz zmarszczki i pasma siwizny na włosach czy brodzie sprawiały, że brano go za starszego. Za to pod względem charakteru obaj panowie różnili się tak jak tylko mogą dwie osoby.
Tutaj już zmarszczki i pasma siwizny oraz powaga ich dzieli. Wspólny jest wiek, ale wrażenie wywierają inne i dlatego zgrzytnęło mi to "Za to pod względem". Ja bym chyba dała "Również pod względem".
Starsza dama milczała na ten temat, a jedyne pytanie, jakie Margaret odważyła się zadać, skwitowała, że to sprawa pomiędzy duchami a nią.
Tu nabrałam podejrzeń XD Wiesz - że szykuje jakiś skok, oszustwo, czy cokolwiek ;)
Dłoń starszej pani okazała się w dotyku zimna i wilgotna – nieprzyjemna, jakby dotykało się mokry kamień.
A nie "mokrego kamienia"?
Widział cienie półprzezroczyste wstęgi unoszące się tuż pod sufitem. Przynosiły znajome aromaty wiosennych kwiatów i świeżego siana.
przecinek?
Wtedy, w mgnieniu oka, stało kilka rzeczy na raz.
się
Wszyscy byli na swój sposób przejęci tym co się stało, chociaż panowie starali się maskować swój strach.
przecinek
Na stole, przy którym przed chwilą siedzieli, zamiast świecy, stał biały wazon w niebliski wzór, a w nim kolorowe polne kwiaty.
niebieski
Ciemne, przetykane siwizną włosy mężczyzny – zazwyczaj zadbane i gładko uczesane z przedziałkiem – były potargane; broda wydawała się odrobinę dłuższa niezwykle.
niż zwykle
Ostanie co powiedziała, to że będzie na mnie czekać.
Ostatnie (nie ostanie ;) ), co
– Oczywiście, że nie. Wystarczy jak pójdziesz tam przed dziewiąta.
dziewiątą; no i to ten moment, kiedy już wiadomo, że pan Krajewski wreszcie pójdzie do żony :)
Największy szok przeżył jednak, kiedy wstał i spojrzał w lustro. Zniknęło pęknięcie w rogu. Tafla znów była idealna.
I ten końcowy akapit zrobił mi dreszcza. Czytałam wczoraj wieczorem, do poduszki i naprawdę przeszedł mnie dreszcz.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 107
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Ag. » 26 lipca 2015, 19:57

Parę miesięcy temu po lekturze "Salamandry" myślałam o tym, że chętnie bym sobie coś o seansie spirytystycznym przeczytała, ale oczywiście pomysł upadł. I oto trafiłam na to opowiadanie.

Szalenie mi się podobało. Dobrze napisane, ma równe tempo akcji, jest spójne, postaci są wyraźnie przedstawione i ostatnie zdanie świetnie całość zamyka. :) Rzeczywiście horror to nie jest, ale wrażenia mam bardzo pozytywne.

Znalazłam dwie literówki:
niebliski wzór
oraz
Krajewski wzięła go do ręki
Z innych rzeczy na początku wydaje mi się, że zdanie
Wyglądało na to, że mówi do kogoś, kogo inni nie widzieli.
jest niepotrzebne, bo to wynika z kontekstu.

A potem tak się wciągnęłam, że przestałam zwracać uwagi na szczegóły. :)
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 193
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Kimchee » 28 lipca 2015, 10:28

Siemomysła, Ag., dziękuję za miłe słowa. Takie komentarze przywracają mi wiarę, że to moje pisanie ma jednak sens ;)
Zastanawiałam się, czy nie przerobić tego opka, żeby było bardziej horrorowe, ale może jednak zostanie takie jak jest, skoro jednak się podoba.

Krin, tobie też dziękuję. Widać nie jesteś moim targetem ;) A opowiadanie nie jest ostatecznie horrorem (mimo że na etapie projektowania miało nim być), dlatego jest dziale fantastyka, a nie tam, gdzie lądują opowieści z dreszczykiem. Co do reszty komcia, to chyba rozumiem, o co ci chodziło, chociaż musiałam go sobie przeczytać dwa razy ;)

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Pęknięte lustro

Post autor: szczepantrzeszcz » 28 lipca 2015, 12:00

Kassandra pisze:Zastanawiałam się, czy nie przerobić tego opka, żeby było bardziej horrorowe, ale może jednak zostanie takie jak jest...
Pomysł równie dobry jak opowiadanie ;)

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Pęknięte lustro

Post autor: Kruffachi » 13 sierpnia 2015, 13:49

Będzie łyżka dziegciu :bag:

Mam mieszane uczucia względem kilku Twoich decyzji.

Pierwsza z nich to rozpoczęcie w tym miejscu i perspektywą państwa Hadley. Miejsce powoduje, że chronologia w opowiadaniu jest bardzo prosta - od jednej krótkiej scenki do drugiej krótkiej scenki, wszystko po kolei i bez tajemnic, a to przecież tekst o duchach i seansie spirytystycznym. Każda kolejna z tych scenek ma równą wartość, bo nie akcentujesz tego, co ważne. To powoduje z kolei, że między siłą emocjonalną dość beztroskich przygotowań do seansu i śmiercią Tadeusza pojawia się znak równości, a to prowadzi do faktu, że mnie to zakończenie nie poruszyło. Ani uczuciowo, ani zaskoczeniem, ani nawet mi specjalnie żal nie było, czy błogo, że podążył do ukochanej żony. No nic, bo scenka tek samej długości i tego samego rytmu, co wszystkie poprzednie. Opis tej samej długości, co opis medium.

Ale trudno było mi też uwierzyć w samą Izabelę i być może jej konstrukcja ponosi część odpowiedzialności za taki odbiór. No bo to wszystko bardzo, bardzo skonwencjonalizowane jest, w dodatku to stara i skostniała konwencja. Zwłaszcza umieranie z rozpaczy.

Wreszcie trzecia rzecz to mieszanie perspektyw. Perspektywa państwa Hadley to taka typowa Kassandryczna perspektywa z dużą dawką angielskiego sznytu. Natomiast Tadeusz wypada po prostu blado i nijako. Opis mgły, na którą patrzy przez okno, zajmuje ledwie króciutki akapit, a to była taka okazja do zbudowania klimatu! Podobnie jak fakt, że wchodzisz do jego głowy. Dlaczego cała ekspozycja musiała znaleźć się w dialogu? Czy nie byłoby lepiej dla klimatu, gdyby Roger nie poznał historii, a czytelnik mógłby ją zrekonstruować na podstawie myśli samego Tadeusza? Piszesz o rzeczach emocjonalnych, ale bardzo rzeczowo i w poukładany sposób. Nieco mi brakuje chaosu, grania na uczuciach, tajemnicy. Tymczasem to nie pierwsze Twoje opowiadanie, w którym widzę układ: budowanie napięcia - dialog wyjaśniający - zejście nastroju. To bardzo czytelny układ, ale też niekoniecznie sprzyjający klimatowi, a chyba o klimat tym razem chodziło.

Wcale nie muszę mieć racji i zdaję sobie sprawę z faktu, że gdyby przerobić moje mądrzenie się na praktykę, powstałby zupełnie inny tekst, ale może kiedyś tam przyda Ci się to do pisania czegoś innego ;)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

ODPOWIEDZ