Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałwa)

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane]

Post autor: Kruffachi » 13 stycznia 2015, 17:18

Jestem... zaintrygowana. Tak najogólniej. I bardzo usatysfakcjonowana lekturą :D

Zacznę może od mankamentów, żeby sobie potem móc swobodnie popływać w lukrze. Z drobiazgów, które zauważyłam, było jedno "mimo tego" i kilka przecinków przed "niż" w kontekście, w którym być ich nie powinno (upraszczając: jeśli po "niż" nie ma drugiego czasownika, przecinka nie będzie).

Z kwestii kompozycyjnych - kilka razy miałam wrażenie nadmiernego powtarzania informacji. Chyba wiem, z czego to wynika, i w związku z tym podejrzewam, że bez trudu to poprawisz w redakcji, bo sądzę, że to kwestia pisania na bieżąco, wstawkami. Przy czytaniu ciągiem te miejsca się uwidaczniają, zwłaszcza w dwóch pierwszych wstawkach, w trzeciej już tego wrażenia nie miałam. Takie przykładowe miejsca: Grabarz dwukrotnie zastanawia się, kim jest Błazen i dwukrotnie podkreślasz te same dziwne symptomy. Tu i ówdzie nieco nadprogramowych słów po prostu - nic wielkiego ;)

Było jedno miejsce nieco słabsze fabularnie od pozostałych - moment, w którym aktorzy przyznają, że wiedzą o tajemnicy Mirabelle. Przyznam, że to była pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, gdy tylko dziewczyna została zaczepiona na dworcu. Więc potem byłam leciutko rozczarowana, na co bez wątpienia ma wpływ bardzo wysoki poziom całości. Dumałam nad tym trochę i tak sobie wydumałam, że może chodzi o to, że tak często powtarzasz o tym, jakie byłoby straszne, gdyby istnienie szkieletu wyszło na jaw, że mimowolnie przygotowujesz czytelnika na taki właśnie rozwój wypadków. Owszem, trudna do przewidzenia jest skala, w jakiej wszyscy o wszystkim wiedzą, ale w tamtym momencie to jeszcze do końca nie wychodzi i mały zawód jest.

A teraz lukier.

Nie mam dużego doświadczenia ze steampunkiem, ale kiedy myślę o możliwościach tego gatunku, to właśnie widzę takie rozwinięcie tematu jako optymalne - u Ciebie to nie są puste rekwizyty, bajeranckie gadżety i scenerie, tylko coś, co faktycznie konstruuje świat. Poruszasz przy okazji i już na początku ważny problem, poddajesz rozważaniom koncepcję przenikania się człowieczeństwa i maszyny - nie powiem, temat mi ostatnio bliski ;) Podoba mi się sposób, w jaki go prezentujesz i w jaki splatasz z losami bohaterów i ich osobistą motywacją. Przykładem tu choćby Mirebelle, która łamie się, gdy życie stawia ją przed ogromem problemów, a zakazana technologia wydaje się jedynym ratunkiem - niepewnym, raczej pomocą niż cudownym rozwiązaniem problemu, ale jednak sprawą wartą rozważenia wobec całej sytuacji. I nagle okazuje się, że kwestie etyczne muszą ustąpić przed praktyką. To oczywiście nie jedyna możliwa postawa, ale fakt, że konstruujesz Mirabelle właśnie w ten sposób - jako osobę przejmującą inicjatywę, działającą - powoduje właśnie, że już na starcie konflikt konstruujący cały świat miesza się z osobistymi losami bohaterów i nie jest ani przez moment tylko tłem. Potem oczywiście jeszcze to umacniasz, wplatasz w dychotomię kolejne postaci, ale podziwiam konsekwencję i fakt, że wychodzisz od tego już w pierwszym kroku.

Ciekawe jest także to, że czytelnik zapoznaje się z całym problemem początkowo właśnie z takiej małej, osobistej perspektywy. Nawet Grabarz wydawał się początkowo po prostu lokalnym dziwakiem, takim ukrytym hobbystą. Niby robił coś nielegalnego, niby było wiadomo, że jest z innego miasta, ale wydawał się niegroźnym zapaleńcem schowanym w zaciszu swojej pracowni, który raz jeden uczynił wyjątek i przekazał swoje zakazane dzieło przytłoczonej tragedią dziewczynie. Potem wyruszamy do stolicy - do centrum - i nagle okazuje się, na jak wysokim szczeblu wszystko się tak naprawdę odbywa.

Dobre było to zagranie, żeby Reinharda i całą tę sferę polityczną pokazać dopiero w trzeciej wstawce. Dobre, bo to, o czym pisałam wcześniej, i dobre, bo zgotowałaś jemu i całemu towarzystwu mocne, umotywowane wejście. Czułam się - jako czytelnik - dobrze na to przygotowana. Czyli, podsumowując ten wątek, sam sposób rozwijania opowieści na piątkę :D

Klimat - o jak mi się podoba, jak mnie ten klimat niepokoi. Lubię groteskę i dość mocno we mnie trafia - to raz. Zestawienie śmierci, żałoby z karnawałem także robi na mnie wielkie wrażenie. To, co lekkie, niepoważne, śmieszne, staje się nagle przerażające przez kontekst i kontrast. Błazen - Błazen Cmentarny (och, już samo to zestawienie w nazwie) jest naprawdę przerażający, nieludzki, odrealniony, jakby wyrwany z teatru absurdu. No i sam motyw teatru, mechanicznych lalek, aktorów. Wszystkie te wątki i motywy nakładają się na siebie i potęgują, komentują wzajemnie. Tkasz z nich naprawdę znakomity gobelin. I jeszcze to wszystko w różny sposób odnosi się do problemu całości.

Tu mi mocno utkwiła w głowie Antoinette, jako odwrócenie tego, co zakazane. Bo zakazane jest tylko tworzenie maszyn na podobieństwo ludzi, jakby jedna strona medalu, ale czy na pewno ta gorsza? I kim jest właściwie taka baletnica? Przedmiotem? Zatem przedmiot w człowieka nie, ale człowiek w przedmiot już tak? Tu całkowicie rozumiem oburzenie Cynthii, ta hipokryzja zostaje mocno podkreślona i jednocześnie znów grasz kontrastem, bo kaliber problemu ciężki, ale przedstawiony przez pryzmat lekkiej rozrywki w różowej sukience. I skojarzenia od razu biegną w stronę Rady. W ogóle sam koncept świetny, przejmujący dreszczem, ale też odnoszący się do problemu - bo kim właściwie są członkowie Rady? Przecież - poza pałacem, poza swoją ściśle określoną funkcją - zdają się niezdolni do samodzielnego życia. Wątpliwe, by się tacy urodzili. Więc co? Zostali okaleczeni? W jakiś sposób "skonstruowani"? Przecież to też nie jest etyczne.

Tu wielka Twoja oryginalność, bo zwykle jest tak, że postawę nieetyczną przeciwstawia się etycznej, a tu obie budzą wielkie wątpliwości moralne. Jakby człowiek, który wyeliminował zagrożenie zbudowanie maszyny-człowieka, czuł w tym miejscu pustkę i pożądał w zamian człowieka-maszyny. Węszę grubą sprawę. Węszę i ostrzę ząbki.

To mnie bezpośrednio prowadzi wreszcie do postaci, bo na pewno sympatii do nich nie mogę motywować sympatią do reprezentowanego przez nich stanowiska - uniemożliwiłaś mi to i chwała Ci za to :D Budzą we mnie różne uczucia, ale nikt nie pozostaje obojętny. O Błaźnie już pisałam, o tym, że mnie niepokoi. Zbyt jest odrealniony, bym potrafiła go traktować jako człowieka, ale postacią jest świetną i intrygującą. W ogóle postaci są świetne, nawet jeśli ich nie lubię.

A nie lubię takiej Mirabelle na przykład, bo owszem, jest przytłoczona tragedią, ale coś z jej postępowaniem jest nie tak. Jakby działała w szoku. A może to PTSD? Może nie powinnam jej tak szybko oceniać? Może po prostu prze do przodu, bo nie widzi innego wyjścia? Może dlatego nie myśli o konsekwencjach swoich czynów, że po prostu rozpaczliwie ucieka przed losem? Na pewno nie jest jednoznaczna. Nie zdobyła mojej sympatii, ale jednocześnie jestem jej ciekawa, bo postawa, jaką prezentuje, otwiera całą listę pytań.

Bardzo za to, instynktownie i od razu, polubiłam Grabarza. Zresztą w obu wersjach - i prowincjonalnego wynalazcy i upadłej legendy. Teraz, po lekturze całych trzech wstawek, widzę go jako kogoś, kto - podobnie jak Mirrabelle - ucieka przed światem, który zawalił się w oka mgnieniu. Jest taki zapędzony w kąt, a strach o samego siebie sprawia, że niszczy bez wahania dorobek, choć i tak istnieje dowód jego winy i gdzieś tam musi podejrzewać, że misja, w którą wyrusza, jest bardziej rozpaczliwym odruchem. Zastanawiam się, co tak naprawdę podkusiło go, żeby obudować Willa szkieletem. Co sprawiło, że uwierzył w to, że nie obróci się to przeciwko niemu. Jestem szalenie ciekawa jego relacji z Mirabelle i tego, jak ich losy się jeszcze splotą. Na razie, na emocjonalnym poziomie, zdecydowanie jest tak, że to w nim widzę ofiarę i przez to jemu kibicuję. Co się oczywiście może tysiąc razy zmienić.

Wreszcie Reinhard i Cynthia. Też ich lubię - i razem, i osobno. Ja w ogóle mam słabość do polityki i polityków ^^ Ale tak sobie wyobrażam tego brodatego miśka za tym biurkiem i jak ja mam go nie lubić? ;) Nawet mimo dziwnego wrażenia, że w istocie jest tylko marionetką większych od siebie (ha, znów teatr!) i właściwie człowiekiem o dość słabym charakterze, ale to wnoszę głównie z jego perypetii damsko-męskich, a wizyta u Rady to też nie taka znowu zwyczajna sytuacja, więc możliwe, że wrażenie to się rozmyje. A w Cynthii widzę zgorzkniałą, kiszącą się w swojej własnej dumie kobietę, bardzo zranioną. Kiedy pojawił się jej opis z perspektywy Reinharda, miałam wrażenie, że dla niego jest ona takim towarem drugiego sortu. Już się zużyła. Kiedyś była fajna, ale tu się coś naderwało, tam przetarło. Jak się nie wściekać, będąc w takiej pozycji? Rozumiem, rozumiem, rozumiem.

No i akcja mnie zwyczajnie wciągnęła. Dobrze porcjujesz wydarzenia fabularne i mieszasz z ekspozycją - nie mam wrażenia przewagi jednego nad drugim, przez co w równym stopniu ciekawią mnie Twoja wizja, jak i sama fabuła. Zatem czekam na jeszcze :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 28 stycznia 2015, 09:44

I oto wreszcie jest rozdział! Bardzo chciałam wrzucić cokolwiek w tym miesiącu i jakimś cudem się udało. Mam nadzieję, że w przyszłym będę bardziej płodna.
Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze :heart: Rozdałam w końcu zaległe, tak bardzo zasłużone ciacha <3 Mam nadzieję, że wybaczycie opóźnienie, że o mnie jeszcze nie zapomnieliście i będziecie kontynuować lekturę.
Ten rozdział trochę bez fajerwerków, ale musiałam przez to przebrnąć. W przyszłym postaram się o nieco więcej napięcia. Długi dość, ale sporo dialogów, szybko pójdzie ;)
Pisałam i poprawiałam, będąc zwykle półprzytomna i chociaż bardzo się starałam, mógł mi się zdarzyć jakiś gwałt na ortografii i stylistyce (na interpunkcji zdarzył się na pewno), więc w razie co - proszę krzyczeć głośno :)


IV - Tajna organizacja? - Mirabelle patrzyła w lodowate oczy Aimara, szukając w nich czegoś... jakiejś iskierki, przekornego błysku, charakterystycznego dla ludzi, potrafiących żartować z absolutnie poważną miną.
Niczego takiego nie znalazła.
- Aso nie chciał, żebym ci o tym mówił, ale to ja zostałem wyznaczony na twojego strażnika, więc mogłem zdecydować.
- Ja... nie myślałam...
- To akurat wiem. Nie myślałaś.
Siedzieli w wilgotnej, ponurej, oświetlonej jedynie lichą lampką naftową klitce, którą miał na myśli zarządca dzielnicy fabrycznej, mówiąc o mieszkaniu pracowniczym. Poprzedniego wieczora Aimar i Aso powiedzieli jej tylko tyle, że swoją wyprawą i nieudolnym przewiezieniem szkieletu, zwróciła na siebie uwagę bardzo ważnych i bardzo niebezpiecznych ludzi. Przekonywali ją, że miała niebywałe szczęście, trafiając do teatru i mianowali się jej ochroniarzami. Aso głównie żartował, za to Aimar zmarkotniał jeszcze bardziej, o ile to było w ogóle możliwe.
Z samego rana obudzili ją i kazali ruszać. Półprzytomna włożyła przygotowane poprzedniego wieczora czyste ubranie, zabrała walizkę, Williama i poczłapała za swymi przewodnikami do powozu. Okazało się, że za towarzysza podróży będzie mieć jedynie Aimara. Nie była to dobra wieść. Milczący aktor najwyraźniej jej nie lubił i do tej pory tylko obecność Aso ratowała atmosferę.
- Dokąd jedziemy? - odważyła się zapytać po dłuższej chwili ciężkiego milczenia.
- Zgodnie w twoim planem. Do dzielnicy robotniczej. Zainstalujemy cię w fabryce, przynajmniej na razie.
- Nie mogłabym zostać z wami, w teatrze? - zapytała nieśmiało. - Mogłabym pomagać! Mogłabym...
- Nie.
Na miejscu ze zdumieniem zorientowała się, że Aimar zamierza wraz z nią pracować przy produkcji. Zdziwiło ją to, bo nie miał ze sobą żadnego bagażu, prócz wysłużonej, skórzanej torby, która, choć dość duża, nie nadawała się do tego, by pomieścić dobytek życia na okoliczność przeprowadzki. Aktor zdawał się jednak pewny swego, a na nieśmiałe pytania dziewczyny po prostu nie odpowiadał.
To on rozmawiał z właścicielem fabryki i zarządcą dzielnicy mieszkalnej. Nie przyznał się do znajomości z Mirabelle. Mówił, że po prostu wpadli na siebie po drodze ledwie chwilę temu. Był wygadany – jeśli chciał, obrotny, wzbudzał zaufanie i takim sposobem oboje otrzymali zatrudnienie i klucze do położonych niedaleko siebie kwater.
Mirabelle bała się o cokolwiek pytać. Gdy wskazał jej ponury, ceglany budynek, po prostu ruszyła pod wypisany na przywieszce klucza numer, a on poszedł w swoją stronę.
Odwiedził ją dopiero wieczorem, gdy rozpakowała walizkę i oporządziła Williama na tyle, na ile pozwalały tutejsze okropne warunki. Wyzwoliła wreszcie jego ciało ze szkieletu i teraz leżało bezwładnie na twardym, wąskim łóżku.
Aimar przyniósł trochę jedzenia – dopiero wtedy Mirabelle zorientowała się, że nie ma żadnych zapasów i nawet nie zapytała nikogo, gdzie w pobliżu może znaleźć sklep. Przygotowała prosty posiłek, zagrzała wodę na piecu, w którym wcześniej jakimś cudem udało jej się rozpalić i zaparzyła herbaty. Usiedli przy topornym, drewnianym stole.
- Powiesz mi coś wreszcie? - zapytała cicho dziewczyna.
- To ty mi coś powiedz! – syknął Aimar. - Powiedz mi, co ci strzeliło do głowy!
- Myślałam, że uda mi się przywieźć go tu i... znaleźć lekarza, albo... Bo ja zostałam sama! - wybuchnęła nagle. - Mam tylko jego! Kochamy... kochaliśmy się! Planowaliśmy... a teraz... - Reszta wypowiedzi utonęła w szlochu.
Aimar czekał cierpliwie.
- Nie wiem, w jakiej jaskini żyłaś do tej pory – powiedział, gdy wreszcie przestała płakać - ale skoro tak bezmyślnie wyściubiłaś z niej nos, to jedynie do siebie będziesz mogła mieć pretensje, jeśli to, co za chwilę ode mnie usłyszysz, ani trochę ci się nie spodoba.
Faktycznie, nie spodobało jej się. Ale była jak na razie zbyt zszokowana, by mieć pretensje do kogokolwiek.
- Tajna organizacja – rzekł Aimar, przedrzeźniając ją. - To właśnie powiedziałem. Panopticon ochrania członków dawnego Centralnego Towarzystwa Nauk i ludzi z nim powiązanych. Nie udało nam się zdławić przewrotu, jest nas zbyt mało, ale nie możemy dopuścić, by dawna wiedza i dawne ideały zostały zapomniane. Odkąd przywiozłaś tu tę rzecz... – Wskazał ułożonego na łóżku Williama, mimo że ten nie miał na sobie szkieletu. Nawet, jeśli zauważył swoją pomyłkę, niczym się nie zdradził. - Odkąd przywiozłaś tę rzecz, też jesteś w to wszystko wplątana i potrzebujesz ochrony. Mnie przydzielono do tego zadania, chociaż nie powiem, żebym był szczęśliwy. - Obrzucił ją zdegustowanym spojrzeniem. - Dlaczego to tutaj ściągnęłaś?
- Nie mów tak o Willym! Nie mów o nim... „to”!
- Nie mówię o nim. Więc?
- Przecież powiedziałam ci, dlaczego!
- D'Avensis kazał Ci to zrobić?
- Kto to jest d'Avensis?!
- Albo naprawdę nic nie wiesz, albo kłamiesz lepiej, niż mógłbym się po tobie spodziewać. - Aimar uśmiechnął się lekko, jakby zaintrygowany.
- Nie kłamię!
- Tym gorzej dla ciebie. - Powrócił do oschłego tonu. - Najlepszą rzeczą, jaką możesz teraz zrobić, jest zniszczenie szkieletu i wyjechanie ze stolicy.
- Nie! To znaczy... Dobrze, skoro ten szkielet sprawia tyle problemów, to może faktycznie trzeba się go pozbyć. Nie do końca wiem, o co w tym wszystkim chodzi ale skoro jest aż tak niebezpieczny, to w porządku, zniszczmy go. Nie chcę mieć kłopotów. Dotarłam, gdzie chciałam, teraz już poradzę sobie bez tej konstrukcji, chociaż będzie mi pewnie ciężej. Ale o wyjeździe nie ma mowy! Nigdzie indziej nie znajdę lekarza, który będzie umiał pomóc Willy'emu!
- Skąd wiedziałem, że to właśnie powiesz... - westchnął zrezygnowany Aimar.
Ku zdumieniu Mirabelle, nie nalegał dłużej. Zamiast tego sięgnął do torby - tej samej, którą przywiózł tu jako jedyny bagaż - i zaczął w milczeniu wyjmować z niej jakieś narzędzia oraz utensylia.
Dziewczyna wystraszyła się nie na żarty. Czyżby zamierzał zmusić ją do wyjazdu torturami?!
- Ciemno tu – powiedział w końcu z niesmakiem. - Przynieś bliżej lampę.
Mirabelle wstała posłusznie, podeszła do stojącej przy łóżku Williama skrzyni na ubrania i wzięła stojącą na niej lampkę naftową. Nie wróciła jednak do stołu. Zastygła przy skrzyni, z lampą w objęciach, jakby to, że odeszła kilka kroków od Aimara, mogło zapewnić jej jakąkolwiek ochronę.
- No, chodź.
- Co zamierzasz zrobić? - spytała piskliwie
Przestał grzebać w torbie i spojrzał na nią z rozbawieniem. Była zła na siebie, że nie zdołała zapanować nad głosem. Poza tym zdawała sobie sprawę, jak żałośnie wygląda, czając się pod ścianą, niczym zaszczute zwierzę i kurczowo ściskając lampę.
- Nic strasznego – mruknął Aimar. - Ale jeśli tak bardzo upierasz się przy pozostaniu w stolicy, musimy się zatroszczyć, żeby nikt cię nie rozpoznał.
Patrzyła na niego, nic nie rozumiejąc.
- Trzeba ci zmienić wygląd! – parsknął zniecierpliwiony. - Chodź tu z tą lampą, postaw ją na stole i usiądź tak, żebym cię dobrze widział.
- Zmienić mi... Jak?!
- Pracuję w teatrze. - Aimar wydawał się już mocno rozdrażniony jej niedomyślnością. - Pracowałem – dodał gorzko. - Możesz śmiało założyć, że wiem, jak.
W końcu przyniosła lampę i postawiła na stole. Rozkład światła i cienia w pokoju zmienił się. Łóżko, na którym leżał William, ledwie majaczyło w półmroku.
- Jak będę teraz wyglądała? - zapytała mniej już wystraszona, a bardziej zaciekawiona Mirabelle. Zawsze była zadowolona ze swojego wyglądu, w tym z gęstych loków w kolorze miodu, i nie odczuwała potrzeby zmiany wizerunku, ale w obliczu konieczności, prócz oczywistej obawy, odezwała się w niej także i próżność.
- Zależy, jaki będę miał kaprys – odpowiedział beznamiętnie Aimar. - Sugestii i zamówień nie przyjmuję.
- A czy...
- Nie, nie dam ci lusterka.
Mirabelle zamilkła na chwilę.
- Ale... - spróbowała jeszcze raz.
- Nie. Zobaczysz, jak skończę. Nie będziesz mi w trakcie pracy zawracała głowy.
Była jeszcze zbyt wystraszona, żeby się obrazić, ale obiecała sobie, że gdy tylko zdobędzie pewność co do dobrych zamiarów Aimara, uczyni to na pewno.
- I co dalej? - zapytała po kilkunastu minutach, podczas których słychać było tylko cichy szczęk nożyczek. - Co zrobimy potem?
- Dobrze, że pytasz. Czyżbyś zaczynała myśleć perspektywicznie?
Mirabelle poważnie rozważyła, czy jednak nie obrazić się już teraz, ale ciekawość przemogła urazę. Wzruszyła ramionami, czym zasłużyła sobie na ostrzegawcze syknięcie i przypomnienie, że właśnie ważą się losy jej fryzury.
- Nie wiem, czy perspektywicznie – wycedziła przez zęby, starając się już więcej nie ruszać, nie drgać, zgoła nie oddychać. - Po prostu chcę wiedzieć.
- Jak skończymy, pójdziemy do sąsiada i oddamy mu klucze. Będzie wiedział, o co chodzi. Zdążyłem już wcisnąć mu rzewną bajeczkę, że uciekłaś z domu, a ja przybyłem przywrócić cię na łono rodziny. Zapukamy do niego, powiemy, że zmądrzałaś i poprosimy, by zwrócił rano nasze klucze, bo chcemy wyjechać w nocy, po cichu, by nie wzbudzać sensacji. Aso za godzinę będzie czekał na nas w umówionym miejscu.
- I gdzie pójdziemy? - spytała przestraszona, acz wciąż nieruchoma.
- Pojedziemy, nie pójdziemy. Na drugi koniec miasta. I zrobimy dokładnie to, zrobiliśmy tutaj. Znajdziemy inną fabrykę i zatrudnimy się w niej. Musimy też jak najszybciej znaleźć lekarza.
- No tak, ale...
- Żadnego „ale” nie chcę słyszeć. - Aimar odłożył nożyczki i zajął się odkręcaniem jakichś słoików i butelek. Po izbie rozszedł się dziwny ostry zapach, jeszcze bardziej dokuczliwy, niż unosząca się tu do tej pory woń stęchlizny. - Przed chwilą sama powiedziałaś, że przyjechałaś tu szukać dobrego lekarza. Wiem, gdzie możemy takiego znaleźć. Oprócz tego, że jest dobry, zapewnia też całkowitą dyskrecję. To mnie bardzo zachęca do skorzystania z jego usług. Jeśli oczywiście interesuje cię moje zdanie.
- Interesuje. Co ty mi robisz?! Włosy mi zgniją od tej cuchnącej brei!
- Nic ci nie zgnije.
Zostawił ją ze śmierdzącą mazią na głowie, zabrał spod pieca wiadro i wyszedł. Prawdopodobnie udał się tylko do studzienki na podwórzu, wrócił bowiem za chwilę z wodą, którą przelał do dużego blaszanego garnka, znalezionego w szafce. Zachowywał się bardzo swobodnie. Postawił garnek na piecu, a gdy woda się ugrzała, pomógł dziewczynie spłukać głowę.
Ale jeśli sądziła, że to koniec, była w błędzie.
Ponownie usadził ją na stołku, rozczesał włosy i pozostawił do wyschnięcia, a sam zajął się twarzą. Mirabelle przypomniała sobie przebrania, w których Aso i Aimar występowali na dworcu. Miała nadzieję, że aktor nie zamierzał i jej ucharakteryzować klauna lub mima.
- Mogę już? - zapytała, gdy skończył i stanął przed nią, przyglądając się swojemu dziełu uważnie.
Skinął głową w milczeniu, wyją z torby nieduże, okrągłe zwierciadło i podał jej.
- O Boże!
Gdyby nie to, że twarz widoczna w lustrze wyrażała osłupienie, które czuła Mirabelle, dziewczyna nie uwierzyłaby, że patrzy na samą siebie i w zabiegach Aimara upatrywałaby diabelskich sztuczek. Miodowe loki zastąpione zostały przez sięgające ramion proste, ciemne włosy, a twarz, do tej pory pełna, rumiana, teraz sprawiała wrażenie znacznie szczuplejszej i bledszej. Makijaż podkreślił kości policzkowe, a także pogłębił cienie pod oczami.
- No i jak? - spytał Aimar takim tonem, jakby w istocie nie za bardzo go to obchodziło.
- Wyglądam... dziwnie.
W pierwszej chwili, zszokowana, chciała użyć innego słowa. Chciała powiedzieć, że wygląda strasznie, okropnie, koszmarnie, ale... Ale to nie byłaby prawda.
Godzinę temu na stołku zasiadła dziewczynka – delikatna, niewinna panienka z dobrego domu. Teraz wstawała zeń młoda kobieta – już nie tak wymuskana, surowsza, pozbawiona dziecięcej miękkości, a przy tym znacznie bardziej... pociągająca? Mirabelle nie przywykła myśleć o sobie w ten sposób, jednak inne słowo za nic nie chciało w tej chwili przyjść jej do głowy.
Uważała się do tej pory za raczej ładną dziewczynę. Właśnie tak – za ładną. Rodzice, sąsiedzi, koleżanki, nawet William – wszyscy tak o niej mówili. Ot, po prostu – panna, na którą miło popatrzeć. Mieli też z Willim pierwsze doświadczenia erotyczne, ale nigdy nie kojarzyła ich z porywami szaleńczej namiętności, raczej z ostrożnymi podchodami i nieśmiałymi eksperymentami dwojga bardzo młodych ludzi, poznających dopiero wzajemnie swoje ciała. Nie nazwałaby tych doznań nieprzyjemnymi, ale też daleko im było do wielkich uniesień, tak opiewanych przez literaturę romansową. Wyobrażenie sobie uczucia, towarzyszącego byciu pożądaną, przekraczało jej możliwości. Jednak ta kobieta w lustrze... O tak, jej można było pożądać w jakiś dziwny, niepokojący sposób...
Zanim zdążyła doprecyzować tę myśl, Aimar bezceremonialnie zabrał jej zwierciadło. Potem kazał przywdziać najskromniejszą suknię, jaką znajdzie w swoim bagażu. Na koniec wyjął z torby perukę z płowym warkoczem i założył sprawnie na głowę dziewczyny.
- Po to zmieniałeś mi fryzurę, żebym ją teraz zasłaniała... tym?! - Nie odważyła się drugi raz poprosić o lusterko, ale wcale nie musiała w nie spoglądać, by wiedzieć, że wygląda jak wieśniaczka. Zupełnie wbrew sobie poczuła rozczarowanie.
- To na wypadek, gdyby nas szukali. Skołujemy ich. Zarządca dzielnicy pamięta blondynkę i nieznajomego gościa. Sąsiad nawet na mękach zezna, że żadnej blondynki nie widział, tylko rudą z warkoczem i jej brata, a nową kwaterę zasiedlisz już jako brunetka. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że możesz zmieniać wygląd w takim tempie. Nie wiedzą, że masz do pomocy mnie i moje wybitne zdolności. - Po tak chełpliwej wypowiedzi spodziewała się porozumiewawczego uśmiechu, ale nic takiego nie nastąpiło. - Przez jakiś czas będą może szukać, rozpytywać, w końcu stracą twój ślad, uznają, że wyjechałaś. A my zniszczymy szkielet i zajmiemy się tym, po co tu przybyłaś, czyli leczeniem chłopaka.
- My?
- Jestem twoim strażnikiem.
- Ale jeśli już nic mi nie będzie groziło...
- Moim obowiązkiem jest zakładać, że zawsze może ci coś grozić. Strażnika otrzymuje się dożywotnio.
- To znaczy... - zaczęła zszokowana, ale Aimar nie słuchał. W skupieniu wbijał wzrok w ciemność za oknem.
- Jest sygnał od Aso – przerwał jej, nie pozwalając dokończyć straszliwej myśli. - Załóż szkielet swojemu chłopakowi i wyjdźcie dyskretnie. Ukryj go we wnęce klatki schodowej na samym dole i szybko wróć tutaj. Ja w tym czasie spakuję to, co zdążyłaś rozpakować. Kiedy przyjdziesz, odegramy scenkę przed sąsiadem, potem wyjdziemy, zgarniemy chłopaka i pójdziemy do powozu.
Plan zadziałał zadziwiająco dobrze, choć Mirabelle obawiała się nawet na chwilę stracić Williama z oczu. Jeśli faktycznie ktoś ich śledził, mógł zobaczyć, że młodzieniec pozostał bez opieki i uprowadzić go w tym czasie. Nie bardzo wiedziała właściwie, po co ktokolwiek miałby to robić, ale w ostatnich dniach wydarzyło się tyle dziwnych rzeczy, że nie wykluczała takiej ewentualności. Na szczęście po rozmowie z sąsiadem znalazła narzeczonego tam, gdzie go zostawiła, a i sam sąsiad był bardzo uprzejmy. Nie zezłościł się, że późnym wieczorem zakłócają mu spokój, wręcz przeciwnie. Okazał radość na wieść o ponownym połączeniu się „rodziny”, zabrał klucz, obiecując zwrócić go rano i życzył im szczęścia.
W końcu wszyscy w trójkę pod osłoną nocy dotarli do powozu, w którym czekał Aso.
Drugi aktor powitał ich z radością, jakby rozstali się przed wieloma tygodniami, a nie zaledwie kilkanaście godzin wcześniej, po czym uważnie przyjrzał się Mirabelle.
- Dobra robota – mruknął do Aimara.
- To nie wszystko.
Gdy rozsiedli się na ławkach, a Aso uruchomił mechanizm pojazdu, Aimar polecił dziewczynie zdjąć perukę. Gdy usłuchała, wręczył jej czerwoną szminkę. Nic nie powiedział, ale ostatecznie znała przecież przeznaczenie szminki. Pomalowała wargi starannie, wpatrując się w swoje odbicie w szybie powozu. Z jakiegoś powodu była z siebie dumna, że tym razem nie poprosiła o lustro.
Aimar wydawał się zadowolony, a Aso zamarł w niemym podziwie - nie wiadomo, czy dla urody dziewczyny, czy dla talentu przyjaciela.
- Doskonale. A teraz się przebierz. - Aimar wręczył Mirabelle sporą paczkę, którą wyjął ze swej przepastnej torby. Zagadką pozostawało, jakim cudem wcześniej ją tam upchnął.
W paczce była suknia. Ale nie taka zwyczajna suknia, jakich dziewczyna miała wiele. Nie, ta kreacja nie należała zdecydowanie do takich, które mogłaby nosić skromna panienka z małego miasta.
- Przebrać się? - wykrztusiła. - W to? Tutaj?
- Wystarczy ci miejsca. Powóz jest duży. - Aimar najwyraźniej nie podzielał jej oburzenia.
- Przy was?!
- Przebrałaś się przy mnie w mieszkaniu i nic ci się nie stało.
- To... to była inna sytuacja! Trzeba było się spieszyć!
- Teraz też trzeba.
Spojrzała z powątpiewaniem na Aso, ale ten tylko wzruszył ramionami. Nie wyglądał jednak na zaniepokojonego, zaciągnęła więc zasłony i powoli zaczęła rozwiązywać tasiemki prostej sukni, którą Aimar polecił jej wcześniej założyć na użytek przedstawienia z sąsiadem. W powozie faktycznie było sporo miejsca, a obaj mężczyźni odwrócili się taktownie. Nowa kreacja należała raczej do takich, które zdejmuje się i wkłada błyskawicznie, toteż Mirabelle nie napotkała większych problemów. Gdy skończyła, Aimar sprawnie pozapinał jej wszystkie haftki na plecach i obaj aktorzy mogli podziwiać prawdziwą królową nocy, jak z nutą goryczy samą siebie nazwała w myślach Mirabelle.
- Czy to naprawdę konieczne? - powiedziała zawstydzona. - Czuję się...
- Sam miałem spytać, czy to konieczne – wtrącił szybko Aso, widząc chyba, że dziewczynie zbiera się na płacz. - Miałeś z niej zrobić robotnicę.
- To jutro. - Aimar uśmiechnął się, ale wcale nie sprawiał dzięki temu sympatyczniejszego wrażenia. - Dzisiaj mamy jeszcze coś do załatwienia w mieście. A skoro już jestem zmuszony pokazać się publicznie, to nie mogę inaczej, jak tylko z atrakcyjną kobietą u boku.
Słowa bezczelnego aktora zdecydowanie nie były czymś, co Mirabelle powinna brać na poważnie i czym powinna się przejmować, wiedziała o tym dobrze. Jednak nic nie mogła poradzić na to, że poczuła się mile połechtana.
Czyżby naprawdę była... atrakcyjna?
- O czym ty mówisz? - powiedziała, mimo wszystko próbując wykrzesać z siebie jak najwięcej oburzenia. - Tu siedzi mój narzeczony!
Aktorzy popatrzyli po sobie stropieni . Nikt się nie odezwał.
W końcu powóz stanął w jakimś ciemnym zaułku.
- Chodź – powiedział Aimar do dziewczyny, otwierając drzwi.
- Co? Gdzie?! My... my naprawdę jeszcze gdzieś idziemy?!
- Przecież mówiłem. - prychnął aktor. - Po co niby miałbym ci kazać wbijać się w tę kieckę? Dla kaprysu?
Tym razem prychnęła Mirabelle. Miała wrażenie, że od rana nie doświadcza niczego innego, prócz właśnie kaprysów swojego strażnika, więc kolejny raczej by jej nie zdziwił.
- No wiesz... - zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
- My idziemy, - powiedział - a Aso zabiera chłopaka, bagaże i jedzie zostawić wszystko w kwaterze, którą wcześniej dla nas załatwił.
- Jak... Jak wy to wszystko...?
Aso uśmiechnął się szeroko
- Cóż by z nas było za tajne stowarzyszenie, gdybyśmy nie potrafili ukryć jednej osoby?

- Jeszcze w kwestii ukrycia. - Aimar maszerował długimi, równymi krokami, a Mirabelle starała się za nim nadążyć, co wcale nie było łatwe w ciemności. - Nie posługuj się swoim imieniem i nazwiskiem.
- To czyimi mam się posługiwać?!
- Wymyśl coś, a ja postaram się o fałszywą kartę identyfikacyjną dla ciebie. Nie sądzę, żeby w fabryce pytali, jeśli dobrze to rozegramy, ale nie wiadomo, kiedy ci się przyda.
- To może... Belle? Rodzice tak mnie czasem...
- Nie – uciął sucho Aimar. - Nie podoba mi się. - Ale Mira... Tak, Mira może być. Od dzisiaj nazywasz się Mira Flynn, a twój fałszywy brat, Martin Flynn.
- Flynn?
- Dość popularne w stolicy nazwisko, ale nie na tyle, żeby ktoś zaczął podejrzewać, że stroisz sobie żarty i ostentacyjnie ukrywasz tożsamość.
- Ale przecież miałam sobie sama wymyślić!
- Nie wziąłem poprawki na twój fatalny gust.
Przez jakiś czas szli w milczeniu. Mirabelle była ciekawa, gdzie są, dokąd podążają, ale nie miała ochoty rozmawiać z Aimarem i narażać się na kolejne przykre uwagi. Nie ulegało wątpliwości, że trafili do jakiejś podejrzanej dzielnicy, tak różnej od rzęsiście oświetlonego centrum z jego ozdobnymi, majestatycznymi budowlami. Poprzedniego wieczora, gdy wyglądała z okien powozu w drodze do teatru, miasto zrobiło na niej wrażenie baśniowej krainy, ale ulica, którą w tej chwili prowadził ją Aimar, niewiele miała wspólnego z wczorajszym zapierającym dech w piersiach widokiem. Prawdę mówiąc była tak ciemna, że niewiele miała wspólnego z jakimkolwiek widokiem. Nikt nie uznał za konieczne montowania oświetlenia w takim miejscu. Poza tym wąski przesmyk wciśnięty był między ślepe ściany kamienic, nie mogli więc liczyć nawet na blask padający z okien. Tylko na końcu zaułka jaśniała słaba poświata, a z oddali dobiegały ludzkie głosy, co pozwalało mieć nadzieję, że dookoła nadal istnieje cywilizowany świat.
Okazało się, że świat istniał, jak najbardziej. Ale bynajmniej nie cywilizowany.
- O Boże! - wykrztusiła przerażona Mirabelle i odruchowo chwyciła Aimara za ramię, gdy wyszli wreszcie z ciemnego zaułka na szeroką ulicę. Nie zaprotestował, a ona nie puściła. Jak mogłaby puścić i zaryzykować, że towarzysz zniknie jej z oczu, że zostawi ją samą w tym... tym miejscu! - Gdzie my jesteśmy?!
- W sercu najpodlejszej dzielnicy miasta! - Aimar wydawał się uradowany, ku zdumieniu Mirabell, która nie podejrzewa go o zamiłowanie do takiej atmosfery.
W niemal każdym z walących się, piętrowych domów działał jakiś podejrzany przybytek. Trudno było tego nie zauważyć, biorąc pod uwagę, że drzwi wszystkich pootwierane były na oścież, rzucając na ulicę plamy żółtego światła. Z wnętrz dobiegał gwar, z niektórych także coś, co przy dobrych chęciach można było się uznać za muzykę. Przed lokalami tłoczyli się ludzie. Wyszli prawdopodobnie zaczerpnąć świeżego powietrza i teraz, stali oparci o ściany, usiłując zachować pion. Część przepychała się w kolejkach do knajp, tu i ówdzie wybuchały bójki. W cieniu wnęk, zaułków i bram majaczyły niewyraźne sylwetki.
- Aimar, co my robimy w takim miejscu? - szepnęła Mirabelle bliska płaczu.
- Szukamy lekarza. Im szybciej ten twój, jak mu tam...
- William!
- Właśnie. Im szybciej wyzdrowieje, tym szybciej będziesz mogła się stąd wynieść i wyplątać z całej sprawy.
- Ja wszystko rozumiem, ale lekarza? Tutaj?! - Podniosła głos. - Tutaj możemy znaleźć najwyżej rzeźnika! I jeszcze o tej porze...!
- Działanie na twoją szkodę nie leży w moim interesie, więc bądź łaskawa w końcu mi zaufać. - W głosie Aimara słychać było zmęczenie.
- A mam inne wyjście?!
- Nie wiem. Ale dla twojego i mojego dobra lepiej nie sprawdzaj. No, jesteśmy na miejscu – dodał po chwili. - Wchodź.
- Co? Tu?!
Aimar skinął głową i przestąpił próg niczym się niewyróżniającej speluny. Mirabelle do tej pory miała nadzieję, że jedynie przechodzą tą upiorną ulicą, a ich cel znajduje się gdzie indziej. W tej chwili ją straciła.
Wnętrze było ciemne i duszne. Panował ścisk, śmierdziało alkoholem i zastarzałym potem. Nie grała żadna muzyka, a nawet, gdyby grała, pewnie zagłuszyłyby ją pijackie wrzaski. Mirabell nie mogła się zdecydować, czy zatkać nos, czy uszy. Ostatecznie uznała, że smród przeszkadza jej bardziej. Aimar nie zwracał na nią uwagi. Przepchnął się przez tłum i podszedł do baru. Dziewczyna podążyła za nim.
Ponury, chudy barman z krzywym nosem obrzucił ich obojętnym spojrzeniem, gdy zbliżyli się do kontuaru. Aimar niczego nie zamówił. Zamiast tego wdał się z ponurakiem w rozmowę, której treści Mirabelle nie była w stanie dokładnie usłyszeć, z powodu panującego w barze hałasu. O ile zdołała się zorientować, były to głównie niezobowiązujące stwierdzenia na temat pogody, czy liczby klientów w lokalu. Dopiero, gdy barman wyłuskał z kieszeni klucz i skinął na nich niechętnie, dziewczyna zorientowała się, że najprawdopodobniej właśnie na jej oczach odbyła się wymiana haseł.
Przeszli za bar i dalej – na zaplecze. Ich przewodnik w milczeniu zajął się przestawianiem pudeł i skrzynek, piętrzących się pod jedną ze ścian, aż odsłonił nieduże drzwi. Mirabelle była nieco zdumiona, jednak szybko doszła do wniosku, że ukrywanie tajemnych przejść całkiem pasuje do ludzi, porozumiewających się sekretnymi hasłami.
Barman nadal milczał. Otworzył drzwi i gestem zachęcił ich do wejścia, choć jego miny zachęcającą nazwać się bynajmniej nie dało. Mirabelle zerknęła na Aimara niepewnie, ale strażnik nie odwzajemnił spojrzenia. Ruszył w stronę wejścia i dopiero, gdy sam przekroczył próg, zawołał do niej, by upewnić się, czy wciąż za nim podąża.
- Tak, tak, idę! - odkrzyknęła i wolno podeszła do drzwi. Za nimi ujrzała strome i wąskie schody. Aimara nie widziała. Zapewne czekał na nią na dole, ale tam już nie sięgało wpadające z zaplecza światło.
- Uważaj, nie spadnij – usłyszała wzmocniony przez echo głos aktora.
Niepewnie stanęła na pierwszym stopniu, czując na plecach ciężkie spojrzenie antypatycznego barmana, który najwyraźniej nie wybierał się z nimi. Miała nadzieję, że nie zmknie drzwi, kiedy ona będzie jeszcze na schodach.
Nie zamknął. Dopiero, gdy znalazła się na dole, Aimar zawołał, że już może i majaczący nad ich głowami jasny prostokąt zniknął z głuchym trzaskiem.
Mirabelle spodziewała się, że otoczy ich nieprzenikniona ciemność. Z początku nawet była pewna, że tak właśnie się stało, jednak po chwili dostrzegła, że przed nimi majaczy słabe światło. Trudno powiedzieć, by dobrze oświetlało drogę, ale przynajmniej pozwalało jej rozróżniać sylwetkę idącego przed nią Aimara. Bardzo chciała znów chwycić go za rękę, jak pół godziny temu na ulicy, ale tunel był zbyt wąski, by dwie osoby mogły iść obok siebie. Korytarz nie miał żadnych odnóg, nie dało się w nim zgubić. Zawracać nie było sensu – i tak samej nie udałoby jej się wyjść, więc Aimar chyba nie widział powodu, by się na nią oglądać. Szedł swoim normalnym tempem i dziewczyna szybko została w tyle.
Przyspieszyła kroku.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie my właściwie idziemy? - wydyszała, gdy znalazła się tuż za nim. - To nie tak, że ci nie ufam – zapewniła pospiesznie, pamiętając, że jest drażliwy na tym punkcie. - Po prostu myślę, że byłoby łatwiej... nam obojgu...
- Gdybyś zamilkła – dokończył Aimar zimno. - Mówiłem już. Idziemy na spotkanie z lekarzem.
- Dobrze, słyszałam za pierwszym razem!
- Więc po co...
- Spróbuj mnie trochę zrozumieć! - przerwała, a jej ostry ton zaskoczył nawet ją samą. - Lekarz kojarzy mi się z czystym, jasnym gabinetem w małomiasteczkowym szpitalu! Z niczym innym, a już na pewno nie z nocnymi wędrówkami po podziemiach! O tej porze, w takim miejscu nie szuka się lekarza!
- Tylko o tej porze wiem, gdzie go znaleźć. I to nie moja wina, że bywa akurat w takim miejscu.
- Ale przecież to musi być jakiś podejrzany typ!
- Podejrzany typ! - parsknął Aimar. - To ci dopiero! A ja to niby kto?
- Hm. Też podejrzany typ.
Aimar nie wydawał się urażony. Wybuchnął czymś na kształt ponurego śmiechu.
- Czas zacząć się przyzwyczajać, panno Miro Flynn.
- Czy mógłbyś...
- Nie. Musisz przywyknąć. To trochę niezręczne nie reagować na własne imię.
Mirabelle wzruszyła ramionami i chciała jeszcze coś powiedzieć, jednak nie zdążyła, bo oto korytarz nieoczekiwanie rozszerzył się, by za chwilę zakręcić łagodnie, prowadząc ich wprost do źródła światła, na które zwróciła uwagę po zejściu na dół.
Teraz ujrzała wielką, salę, przypominającą nieco szpital polowy. Przy wejściu paliło się kilka gazowych lamp, po to chyba, by wskazywać drogę tym, którzy schodzą tu z góry, im dalej jednak, tym robiło się ciemniej, a przeciwległego końca pomieszczenia w ogóle nie było widać. Na kamiennej podłodze rozłożono posłania. Było ich mnóstwo i, o dziwo, sprawiały wrażenie całkiem wygodnych. Część z nich zajmowali ludzie, inne były puste i porządnie zasłane. Gdzieniegdzie ustawiono przepierzenia, jakby ktoś chciał osłonić najbardziej chorych przed wzrokiem innych. Tyle że... nikt tu tak naprawdę na chorego nie wyglądał! Ludzie leżeli, albo półleżeli bez ruchu, ale na ich twarzach nie było widać cierpienia. Przeciwnie – odbijała się na nich niczym niezmącona błogość. Większość prawdopodobnie nie dostrzegła nawet, że ktoś wszedł. Kilkoro powiodło za przybyszami bezmyślnym wzrokiem. Dopiero, gdy Mirabelle przyjrzała się dokładniej zauważyła, że każdy z nich trzymał fajkę o długim cybuchu, a wszechobecny dym i ciężki zapach nie pochodziły bynajmniej z kadzidła, jak z początku myślała. Dziwne oprzyrządowanie, stojące przy posłaniach też nie było raczej sprzętem medycznym.
Aimar jak zwykle nie uznał za stosowne niczego wyjaśnić. Nadal szedł szybko, prowadząc ją między posłaniami w ciemność, na sam koniec sali. Gdy doszli na miejsce, aktor chrząknął cicho. Na ten dźwięk coś przed nimi się poruszyło. Dziewczyna usłyszała trzask pocieranej o draskę zapałki i po chwili ktoś zapalił grubą świecę. Płomień wydobył z mroku nieduży stolik i zarys stojącego za nim ogromnego fotela. W tymże fotelu zasiadał drobny, bardzo stary i bardzo pomarszczony człowieczek, a cienie tańczyły na jego nieruchomej twarzy.
- Dobry wieczór – odezwał się cicho Aimar. - Przyszedłem po ciastko z wróżbą. Czy ma pan jeszcze ciastka z wróżbą?
Przez chwilę Mirabelle myślała, że stary się nie odezwie, że zasnął albo umarł w tym swoim fotelu. Sądziła, że ciastko z wróżbą to kolejny szyfr, tym większe było jej zdziwienie, gdy nieznajomy jednak się poruszył, powoli wstał i podreptał w ciemność, by wrócić z plecionym koszykiem pełnym niezbyt apetycznie wyglądających słodyczy. Wziął jedno ciastko w szponiastą dłoń i podał Aimarowi z takim namaszczeniem, jakby przekazywał mu bezcenny klejnot.
- Towarzyszka pana? - zachrypiał nieprzyjemnie. - Co dla niej?
- Podzielę się z nią moim ciastkiem.
- Dzielenie się jest dobre. - Starzec usiadł z powrotem w fotelu, oparł łokcie na stole i zetknął koniuszki palców. - Lecz czy inni to pochwalą?
- Nie ma obawy. Dzielę się z nią wszystkim.
- Wszystkim... Ach tak... Cóż, proszę za mną.
Kolejne tajne przejście i kolejny ciemny korytarz nie zrobiły już na Mirabelle większego wrażenia. Bardziej ciekawiło ją, co właściwie wydarzyło się przed chwilą.
- Genialne w swej prostocie, prawda? - odpowiedział Aimar, gdy go o to zapytała. - Służby porządkowe rzadko robią naloty na tę dzielnicę, ale czasem się zdarza. Może być tak, że kiedyś zapragną przeczesać naszą zaprzyjaźnioną knajpę i znajdą tajne przejście. I dokąd ich ono doprowadzi? Do nielegalnej palarni! Rozgonią towarzystwo, przetrzepią pałą, powlepiają grzywny, paru przymkną na jakiś czas... Za wiele to nie da i oba przybytki prędko się pozbierają przy pomocy organizacji, ale policja i tak spuchnie z dumy po takiej akcji! Myślisz, że komukolwiek przyjdzie do głowy szukać dalej?
- A... co jest dalej?
- Zobaczysz. Zresztą o, już dochodzimy!
Kolejny łagodny zakręt i oto stali przed drzwiami – zupełnie zwyczajnymi, ozdobnymi drzwiami z ciemnego drewna, jakie na każdym kroku spotyka się w cywilizowanym świecie na powierzchni, za to raczej rzadko w ponurych podziemnych korytarzach. Oświetlone były zawieszonym na ścianie lampionem, a pilnował ich człowiek niepasujący do tego miejsca chyba bardziej jeszcze, niż one same. Doprawdy, sterczenie we fraku w wilgotnym tunelu zakrawało na szaleństwo!
- Dobry wieczór państwu – rzekł głębokim głosem domniemany szaleniec. - Czy mógłbym zobaczyć państwa zaproszenie?
Mirabelle przestraszyła się, nie sądziła bowiem, by mieli coś takiego. Nie chciała teraz wracać z powrotem na górę. Zbyt bardzo interesowało ją, co znajduje się za absurdalnymi drzwiami.
Aimar tylko uśmiechnął się uprzejmie i podał mężczyźnie ciastko z wróżbą. Ten sięgnął do wyłomu skalnego i wyjął stamtąd naczynie, nad którym bezceremonialnie zmiażdżył wypiek w dłoni. Strzepnął do miski wszystkie okruchy, aż w ręku pozostał mu jedynie świstek papieru. Odczytał jego treść i kiwnął głową.
- Zapraszam – powiedział. Odstawił miskę i otworzył drzwi. - Występ zaraz się zacznie.
* * * Berło brzdęknęło cicho.
Błazen zorientował się, że trzyma je zbyt kurczowo. Rozluźnił uścisk. Spojrzał z niepokojem na śpiącego Grabarza, ale ten nie zareagował na dźwięk. Długo nie chciał zasnąć, jednak zmęczenie w końcu wzięło górę nad jego oślim uporem. Teraz oddychał spokojnie, miarowo, nakryty po same uszy puchową kołdrą w porządnie wykrochmalonej poszwie.
Jeszcze chwila i będzie można iść, doszedł do wniosku Błazen.
Być może nie powinien zostawiać Grabarza śpiącego i bezbronnego, jednak dokonany w myśli bilans potencjalnych zysków i strat nie pozostawił mu innego wyboru. Zresztą nie spodziewał się, by jego obiektowi coś groziło.
Nie w tej chwili.
Brzdęknięcie.
Błazen westchnął ciężko i odłożył berło na stół, by nie hałasować, ale nie mógł skupić się na rozmyślaniach. Bezwiednie sięgnął po nie ponownie.
Oczywiście brzdęknęło.
Grabarz wciąż spał. Informacje, które otrzymał tego wieczora, poważnie nim wstrząsnęły. Błazen uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie niemal dziecięcego zdumienia Grabarza, gdy ten dowiedział się o Panopticonie. Aż trudno uwierzyć, że osoba piastująca niegdyś tak wysokie stanowisko, przez cały czas była do tego stopnia niedoinformowana! Strażnicy wprawdzie rzadko ujawniali się przed obiektami, ale jednak plotki o tajnych organizacjach działających w podziemiu były tak powszechne, że powtarzali je nawet ludzie zupełnie niezwiązani z Centralnym Towarzystwem Nauk. Kto jak kto, ale sam przewodniczący powinien być chyba bardziej czujny!
Błazen ostrożnie wstał z krzesła. Dzwonki na rogatej czapce tylko cicho zaszemrały. Podniósł ze stołu filiżankę i jednym łykiem dopił pozostałą na dnie resztę swojego ulubionego ziołowego naparu. Odstawił naczynie, upewnił się, że drzwi są zaryglowane i bezszelestnie wyślizgnął się przez uchylone okno.

- Co tu robisz?
Choć pytanie wskazywało, że się go nie spodziewała, po niej samej nie było widać zaskoczenia. Nadeszła korytarzem sztywno, jak zwykle. Jej ruchy były niezgrabne, urywane. Prawdę powiedziawszy, gdy nie tańczyła, sprawiała raczej przygnębiające wrażenie.
Nie powinno go to dziwić. Od początku znajomości miał świadomość, że tak to się kiedyś skończy.
- Zdradź mi, moja miła, jak oni was uczą tej samokontroli? - uśmiechnął się, ale w mroku zapewne tego nie dostrzegła. - Gdyby to na mnie ktoś się zaczaił w ciemnym korytarzu zapewne nie zapanowałbym nad zwieraczem i byłby wstyd przeokrutny!
Nie mówił szczerze, rzecz jasna, i zdawał sobie sprawę, że kobieta doskonale o tym wie. Ale w końcu był Błaznem. Wypowiadanie gładkich kłamstw i nic nieznaczących słów przychodziło mu niemal równie łatwo, jak oddychanie.
- To Pałac Ministerialny, budynek użyteczności publicznej. Jak tu wszedłeś?
- Niestety, najdroższa, ja nie jestem salonową zabawką, którą ludzie sami chętnie wprowadzają, gdzie się da, więc muszę szukać innych sposobów.
- Czego ode mnie chcesz?
- Od ciebie? Niczego.
- Więc skończ to przedstawienie. Mam zadanie do wykonania.
- Tak, ja też. I odnoszę wrażenie, że jakoś dziwnie jest nam ze sobą po drodze.
Spróbowała go wyminąć. Nie zatrzymał jej, po prostu podążył za nią.
- Nie mogę zaprowadzić cię do więźnia!
- Nie bój się – powiedział z nutą rozbawienia w głosie. - Nie zrobię niczego, co mogłoby ci zaszkodzić. Masz na to moje nic niewarte słowo Błazna. Ciągle jesteśmy po tej samej stronie – dodał cicho po chwili.
Nie odpowiedziała, ale i nie zaprotestowała już więcej.
Szedł za nią w milczeniu ciemnym korytarzem Pałacu Ministerialnego przy Ministerstwie Technologii. Stąpał bardzo ostrożnie, by nie wszcząć alarmu dzwonkami na czapce. Na drugie już tego wieczora rozstanie z ulubionym nakryciem głowy nie mógł się zdobyć. Berło również trzymał nieruchomo, wciąż walcząc z przemożną ochotą, by nim potrząsnąć.
Przez wysokie okna, wychodzące na pałacowy ogród, wpadał jedynie słaby blask księżyca, łagodnie oświetlając sylwetkę Baletnicy. W tym świetle jej ruchy przypominały tiki nerwowe. Albo konwulsyjne drgawki. Błazen przyglądał się im z mieszaniną obrzydzenia i fascynacji.
Doszli do pomieszczeń gospodarczych w lewym skrzydle Pałacu. Baletnica otworzyła jedne z wielu drzwi prowadzących do wszelkiego rodzaju skrytek i schowków, ale pokój, który ukazał się ich oczom, skrytką ani schowkiem nie był.
Świeciła się tam mała lampka, wydobywając z półmroku jedyny mebel - spore, na oko dość wygodne krzesło z miękkim obiciem. Siedząca na nim kobieta miała zalepione taśmą usta i ręce związane za oparciem, oprócz tego wyglądała jednak na całą i zdrową. Oraz wcale żwawą, zważywszy na fakt, że gdy tylko ich zobaczyła, zaczęła szarpać się wściekle. Próbowała też coś krzyczeć, nie zwracając uwagi na taśmę, znacząco utrudniającą artykulację.
- Anneliese – powiedziała Baletnica na tyle głośno, by uwięziona ją usłyszała. - Anneliese, nie histeryzuj, proszę. Nic złego ci się nie stanie.
Mnięła dłuższa chwila, zanim ciekawość przemogła gniew i Annelese zamilkła w nadziei, że dowie się, czemu zawdzięcza tę nocną wizytę dwojga przebierańców, o porwaniu nie wspominając.
- Już? - upewniła się Baletnica. Uwięziona kobieta spojrzała ma nią wrogo. - Jesteś gotowa, by usłyszeć wiadomość?
- A nawet dwie! - dodał Błazen i jednak brzdęknął.
Ale tylko raz.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kandara » 28 stycznia 2015, 19:10

W sumie zastanawiam się czy nie zaczekać na jeszcze kilka wstawek, aby następnie skleić im jakiś przyzwoity komentarz zbiorczy, bo tak jest zwyczajnie łatwiej. Powiem szczerze, że jak tak sobie patrzę na tę wstawkę, to trudno znaleźć punkt zaczepienia. O postaciach już mówiła i zdaje się, że na razie wpisują się w to, co już powiedziałam, co jest dość zrozumiałe, ze względu na małą ilość czasu, który upłynął w fabule, nawet, jeśli miejscami miało się wrażenie, że jest go więcej, bo tyle się wydarzyło, bo tyle razy zmieniła się sytuacja. O chociażby wątek Mirabell (szczaw i mirabelki... ee dobra wiem, że to od czapy, ale nie mogę pozbyć się skojarzenia) posunął się o dzień, a ja mam wrażenie, że minął tydzień fabularny. No to chyba dobrze, tak myślę. No i ta nocna wędrówka po podejrzanych zaułkach w kitce kobitki lekkich obyczajów w towarzystwie podejrzanego typa. To było obrazowe. Znaczy było ciekawe i opisane obrazowo. No i to wędrówka, czy tam ee spacerkiem bym tego nie nazwała, ale chodzili no... Więc w uproszczeniu powiedzmy, że to spacer, no chciałabym tak umieć. A Błazen i Baletnica to ciekawy duecik, oj ciekawy.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Siemomysła » 29 stycznia 2015, 07:25

SQUEEEEEEEEEE!!! Jest nowa wrzutka!
Ok, to było wczoraj, bo i wczoraj przeczytałam sobie do snu.

O poranku mamy następujące wrażenia:

1. Wrzutka spokojna, owszem, ale nie powiedziałabym, że nic się nie dzieje - czytelnik dostaje sporo informacji, które prowadzą go przez fabułę, coś niecoś w pewien sposób rozjaśniają. To zawieszenie na końcu! Ta myśl: ale że oni? Ją? Nie rząd? Czy ja coś przegapiłam? To było dobre, bo jakoś uderzyło jednak znienacka.

2. Aimar to typ, który nadaje się do fangirlowania :bag:

3. Motyw z palarnią opium, która jest jedynie przykrywką, zasłoną <3 Jak weszli do palarni, miałam myśl - och jest XIX wiek - jest opium i wniosek: ech doktor nie będzie umiał działać na trzeźwo? A potem Wiosna jak to Wiosna wyprowadziła mnie z drogi najprostszego rozumowania <3

4. Troszku mi się zdały zbyt nachalne rozmyślania Mirabelle o swej seksualności. Myślę - o ile mogę się tu wtrącić, że ładniej byłoby subtelniej i że na pewno potrafisz subtelniej. Bo sam fakt tej przemiany - przeróbka, której dokonał Aimar, to, że ją wymodelował jak lalkę, jak Baletnicę... znaczy to było moje skojarzenie i to jest *__*

5. Motyw strażników na całe życie <3 <3 OMG coraz bardziej mnie fascynuje ta organizacja *___* Na początku wydawało mi się dziwne, że oni tacy otwarci w stosunku do Mirabelle, ale w obliczu tego, co czytam dalej - jeśli działają tak, jak to wygląda, to oczywiście - mówią jej kim są, co będzie dalej, bo ona po prostu jest w ich rękach. Strażnik będzie z nią już zawsze, jak Błazen z Grabarzem <3 I znów więcej myśli - jak im się to kalkuluje? Bo oczywiście człowiek ma czarną duszę i myśli zaraz, że się musi kalkulować, a może nie musi? Więcej myśli. LUBIĘ TO.

Pisz, Wiosno, pisz!
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Krin » 31 stycznia 2015, 21:12

Po tym wstępie bałam się, że rozdział może okazać się nieco gorszy od pozostałych, lecz i tym razem nie zawodzisz. Wręcz przeciwnie - wiele objaśniasz, ukazujesz kolejne zagadki i nie wiem skąd taki pomysł w twojej głowie, że akcja nie posunęła się do przodu. Jeśli to miała być nudna wstawka, to na kolejną czekam w napięciu. :D

Nie wiele jest już do dodania po tym, co powiedziała Kandara i Siem, ale mimo to spróbuję.
Twój świat jest... nieco szalony. Nie mam tu na myśli spójności. W pozytywnym znaczeniu. Mamy tu np. takiego Błazna. Na samym początku uderzyła mnie ta postać swoim surrealizmem. No bo ile razy widziałam błazna na cmentarzu? Raczej nigdy. Dalej był Grabarz, aktorzy, tancerka i reszta. Ten świat ma taką jakąś własną, pokręconą logikę i strasznie mi się to podoba. Na dodatek nie jest absurdalny. Gdyby był nie zaciekawiałby. Wiem, że nie potrafię napisać, o co mi chodzi. Ja nie wiem, o co chodzi, ale lubię ten świat. Jest taki w sam raz. Wszystko jest tu takie w sam raz.
Mam tylko jedno POTWORNE zastrzeżenie:
► Pokaż Spoiler


Przyszło mi jeszcze tylko na myśl, że tytuł jest bardzo odpowiedni, ale dość, mam wrażenie, popularny. Jedno albo nawet dwa widziałam opowiadania z takim samym.

P.S Jestem gotowa fangirlować co najmniej trzy postacie z tego opka albo i więcej. :heart:
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 194
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kimchee » 16 marca 2015, 09:46

Wstyd przyznać, kiedy drukowałam ten tekst i czytałam pierwsze wstawki. Ale teraz ogarnęłam całość i czuję, że wreszcie mogę napisać coś sensownego, chociaż pewnie zapomniałam połowę z tego, co chciałam napisać.

Powiem krotko – jestem zachwycona.

Podoba mi się świat. Od samego początku wydał mi się taki jednocześnie bajkowy i surrealistyczny jak ze snu. Lubię steampunk i wątki ludzi, którzy potrzebują maszyn żeby w jakiś sposób funkcjonować (nie mam też nic przeciwko przebierankom z zębatki ;). W tym świecie wszystko do siebie pasuje. Wygląda na dopracowane i mam wrażenie, że wiele jest jeszcze do odkrycia przed czytelnikiem. W każdym razie konstrukcja świata ma tu – wydaje mi się – bardzo mocne zakotwiczenie fabularne. O fabule na razie zbyt mocno się nie wypowiadam, ale ostatnia wstawka ładnie wyjaśnia wszystko, co się do tej pory stało i daje nadzieje na bardzo wiele. Jestem bardzo usatysfakcjonowana kierunkiem, w jaki fabuła podąża. Chociaż mała mieścina i cmentarzyk miały swój urok xD

„Na obraz i podobieństwo” podoba mi się bardziej niż „Ostatni przystanek”. Może dlatego, że do głodu dochodzi większa liczba bohaterów? Rozumiem, że tam tak było trzeba (tylko Julian), ale tutaj stworzyłaś kilka naprawdę ciekawe i dopracowane postacie. Wiele z nich jest naprawdę oryginalnych (Błazen, Grabarz, Baletnica). Twój styl jest w jakiś sposób i oszczędny, i bardzo konkretny. Umiesz oddać uczucia, opisać wygląd, miejsce, a jednocześnie to płynie i sprawia, że lektura od tej strony jest samą przyjemnością. Cały tekst jest bardzo klimatyczny.

Pisałam wyżej o bohaterach. Niestety przez nich trochę cierpi Mirabelle, która na początku jawiła mi się jako ta postać centralna. Nie mam jej znów tak wiele na zarzucenia (nawet ją lubię), bo taka jest rola, jaką jej wyznaczyłaś. W literaturze jest wiele takich bohaterek – cichych, niewinnych, postawionych w trudnej sytuacji, które muszą szybko dorosnąć. Jednak w tym wątku na razie bardziej jestem ciekawa, czy jej luby w końcu się ocknie i czy będzie taki jak przedtem (no i jeszcze się zastanawiam, czy ten wypadek rodziców był przypadkowy, ale to chyba tylko moje gdybanie ;). I, wreszcie, jestem ciekawa Aimara, bo tym ostatnim fragmentem zdobył całkowicie moje serce. Kassandry lubią takie typy. Doceniam Błazna, ale postacią, która mnie najbardziej fascynuje, jest Baletnica. Jest w niej jakiś smutek i tajemnica, przez którą bez przerwy o niej myślę. Duży potencjał ma też Grabarz. I on jest da mnie wielką tajemnicą.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1788
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Kruffachi » 31 marca 2015, 11:24

Ajajajaj! Wreszcie doczytałam, a tu taki fragment na rozbudzenie apetytu i nic dalej :C Oczywiście wiem, że czas mało pisaniu sprzyjający, więc nie poganiam, ale czekać będę w napięciu, a kiedy wreszcie dokończysz, będę miała ogromną radochę i wiedz o tym ;)

Nie wiem, co tu napisać, żeby się nie powtarzać. O, portrety mi się tu bardzo podobają. Portret Mirabelle i Błazna. Ta pierwsza mnie do siebie przekonuje i - co więcej - doszłam do wniosku, że mój ambiwalentny stosunek do niej wynikał trochę ze złego nastawienia. Teraz pokazujesz ją jako panienkę z dobrego domu chowaną tak naprawdę pod kloszem i rzuconą nagle na głęboką wodę. Strzelam, że fakt, iż inne elementy przyciągnęły moją uwagę bardziej, spowodował, że niby o tym wiedziałam, a jednak przeoczyłam. Teraz obraz mi się uzupełnił i w moim odbiorze znacznie więcej jest wyrozumiałości i współczucia. Przyznam też szczerze, że praktycznie od początku wzrusza mnie to jej przywiązanie do Willa. Czy może raczej poczucie obowiązku, które ubiera - także przed samą sobą - w szaty przywiązania. Zwłaszcza teraz, gdy dałaś nieco szerszy opis tego, jak wyglądał ten związek, sytuacja wydaje się tragiczna i bardzo smutna, a Mirabelle zyskuje na dzielności. Jeszcze trochę i naprawdę zacznę ją lubić! ;D Póki co - szczerze doceniam. I kibicuję. Obraz Błazna z kolei oparłaś na szczególikach, ale są one bardzo przyjemne dla oka. To przywiązanie do czapki, do sposobu mówienia, do pobrzękiwania berłem. To jest szalenie ciekawe, bo co to za błazen w sumie, który nie ma drugiej twarzy? Który jest błaznem zawsze? Ogromna ciekawość i ogromne napięcie w oczekiwaniu na ciąg dalszy, o.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: nuklearna_wiosna » 08 maja 2015, 01:19

Wróciłaaaam!

Nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć w tej chwili, albowiem jestem w euforii, albowiem skończyłam rozdział.

Dziękuję za uwagę :)




V

- O co chodziło z tymi ciastkami? - Mirabelle siedziała przy stoliku, obejmując dłońmi sporych rozmiarów kielich. Część zawartości już wypiła, pozostała część stygła powoli lecz nieubłaganie. Dziewczyna, zaabsorbowana do tej pory nocną wyprawą, wystraszona, zszokowana, ale i zafascynowana, nie zwracała uwagi na chłód. Dopiero gdy usiadła spokojnie we względnie bezpiecznym miejscu, poczuła przejmujące dreszcze. Jej wydekoltowana suknia nie była odpowiednim strojem ani na jesienną pogodę, ani na wędrówkę po podziemiach.
- Mówiłaś coś? - Aimar rozglądał się dookoła, wyraźnie czegoś, lub kogoś, wypatrując.
Mirabelle pociągnęła łyk grzanego wina ze swojego kielicha. Było ciężkie i cierpkie, z wyraźnie wyczuwalną korzenną nutą. Smakowało jej znacznie bardziej niż rozcieńczany wodą blady trunek, który zdarzało jej się wcześniej pić przy kilku rodzinnych okazjach..
- Pytałam, o co chodziło z ciastkami. To całe... zaproszenie...
- A, to. Tajne hasła Starego Śliwki.
- Przepraszam... kogo?!
- Starego Śliwki. Człowieka z palarni. Nie widziałaś, jaki jest pomarszczony? Całkiem jak suszona śliwka! Każdej nocy Śliwka wymyśla nowe hasło, zapisuje na skrawkach papieru i zapieka w ciastkach. Przed wschodem słońca idzie zdradzić je strażnikowi przy drzwiach. Koszyk z wypiekami chowa potem w sejfie i wyjmuje tylko, gdy ktoś poprosi o wróżbę, o ile uzna, że proszący jest godny zaufania. Trzeba wtedy wziąć ciastko i zanieść strażnikowi. Jeśli znalezione w ciastku hasło zgadza z tym przekazanym mu przez Śliwkę o poranku, to znaczy, że może nas wpuścić.
- A gdyby ktoś niepowołany obrabował yy... Śliwkę... z ciastek i takim sposobem dostał się tutaj?
- Nie polecałbym nikomu próbować. - Aimar skrzywił się lekko. - Część klientów palarni, których przed chwilą widzieliśmy, to w rzeczywistości ochrona Starego Śliwki. Doskonale wtapiają się w otoczenie, ale gdybyśmy wykonali jeden zbyt gwałtowny ruch, byłby to zapewne ostatni ruch w naszym życiu, nie licząc śmiertelnych drgawek.
- I wszystko po to, żeby ukryć... knajpę?!
Aimar westchnął przeciągle.
- Klub, dziewczyno. Klub, nie knajpę.
- Niech ci będzie.
Mirabelle rozejrzała się dookoła. Nigdy wcześniej nie odwiedzała podobnych miejsc. W jej rodzinnym miasteczku znajdowały się, z tego co wiedziała, dwa bary, do których przychodzili wyłącznie mężczyźni - do jednego bardziej, do drugiego mniej dystyngowani. Tutaj towarzystwo było mieszane. Zajęto niemal wszystkie miejsca przy niedużych, okrągłych stolikach. W świetle zielonych lampionów twarze zgromadzonych wyglądały upiornie. Na większości z nich malowało się zaciekawienie i wyraz oczekiwania. Zgromadzeni rozmawiali półgłosem, wiercili się nerwowo w fotelach, popatrując w stronę zaciemnionej sceny.
Mirabelle z jakiegoś powodu nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie ona jedna z okazji wizyty w tym lokalu włożyła coś, czego nie nosi na co dzień.
Gdy wspomniała o tym Aimarowi, wzruszył ramionami ze swoim zwykłym grymasem niezadowolenia.
- To nie jest miejsce, w którym ktokolwiek chciałby się obnosić ze swoim pochodzeniem, nie mówiąc już o prawdziwej tożsamości - powiedział tylko.
W innej sytuacji być może drążyłaby temat, ale... fotel, w którym się rozparła, był miękki i wygodny, szmer rozmów łagodnie koił nerwy, a alkohol krążył w żyłach, powodując - wreszcie! - przyjemne odprężenie. Cóż ją obchodzili ci wszyscy obcy ludzie i powody, dla których pod osłoną nocy zgromadzili się w tak dziwnym miejscu?
Pomiędzy stolikami krążyli elegancko ubrani kelnerzy i Mirabelle poważnie rozważała zamówienie kolejnego grzanego wina.
- Nawet o tym nie myśl.
Wzdrygnęła się. Była pewna, że nie obwieściła głośno swojego zamiaru. Aimar i bez umiejętności czytania w myślach był irytujący, więc oby istniało jakieś racjonalne wytłumaczenie...!
- Wodzisz wzrokiem za tym kelnerem, jakbyś chciała go zjeść – powiedział jej strażnik demonstracyjnie znużonym głosem, nim zdążyła zażądać rozwinięcia wypowiedzi. - Możliwe oczywiście, że wpadł ci w oko, ale moje poczucie estetyki broni się zaciekle przed samym rozważaniem tej opcji.
Mirabelle wcześniej nie przyjrzała się mężczyźnie zbyt dobrze. Teraz odruchowo skupiła na nim wzrok tylko po to, by przyznać Aimarowi rację. Możliwość zadurzenia się w nim odpadała.
- Drugie wyjaśnienie – kontynuował aktor – to bardziej prawdopodobne, opiera się na przypuszczeniu, że chodzi ci po głowie zamiar osuszenia kolejnego kielicha z winem. I tenże zamiar próbuję właśnie zdusić w zarodku. Potrzebuję cię przytomnej.
- Jestem przytomna! - Mirabelle spojrzała wymownie na stojącą przed Aimarem szklankę pełną bladozłotego płynu.
- Ja się nie upijam – powiedział aktor, bezbłędnie interpretując jej minę. - Nie jestem w stanie, choćbym nawet chciał. - Na dowód błyskawicznie wychylił zawartość szklanki. Nawet się nie skrzywił. Mirabelle obserwowała go uważnie przez kilka minut. - Co tak patrzysz? - burknął w końcu. Przecież mówiłem. Nie mogę się upić. Za to do woli mogę się popisywać. - Skinął na kelnera, a gdy ten postawił przed nim kolejną szklankę, i tę opróżnił jednym łykiem. - Ty tak nie umiesz, więc nie szarżuj.
- Co tu się będzie działo? - dziewczyna zmieniła temat.
- Nic, co by nas dotyczyło. Porozmawiamy z lekarzem i wracamy.
- Od ciebie nigdy niczego się nie można dowiedzieć! - burknęła z pretensją.
- Jestem strażnikiem, nie informatorem.
- Uwodzisz kolejną niewiastę metodą „na zimnego drania”?
Mirabelle wzdrygnęła się, słysząc obcy głos. Aimar tylko przewrócił oczami.
Mężczyzna, który do nich podszedł, był niski i żylasty. Szpakowate włosy miał krótko ostrzyżone, a duży i garbaty nos pozwalał mniemać, że jego właściciel i ponury barman z knajpy na górze są ze sobą jakoś spokrewnieni.
- Doktor Hansen we własnej osobie – mruknął aktor. - Siadaj.
- Meg powiedziała mi, że tu jesteś. - Mężczyzna stał nieporuszony. - I że nie sam. Po co ją tu przyprowadziłeś? Zaraz zaczyna się występ.
- Siadaj, mówię, nie stercz tak nade mną. To Mira Flynn. Ma prawo tu być. Jest... Jest moim obiektem.
Człowiek nazwany doktorem Hansenem, klapnął na pobliskie krzesło, bardziej pod wpływem zaskoczenia, niż na polecenie Aimara.
- A jednak! - sapnął z zadowoleniem. - No, nareszcie! W końcu znaleźli na ciebie sposób! Pierwszy wolny duch Panopticonu ujarzmiony! Skończą się te twoje wieczne narowy! Jak się z tym czujesz?
- Należę do organizacji. - Aimar nie dał się sprowokować. - Od zawsze wiedziałem, że w każdej chwili mogę dostać takie rozkazy. Byłem przygotowany.
Nieprawda, pomyślała nagle Mirabelle. Nieprawda. Nie był przygotowany. Miał nadzieję, że jego to nie spotka.
Spojrzała na swojego strażnika, jakby widziała go po raz pierwszy. Do tej pory myślała, że aktor świetnie się bawi, racząc ją złośliwymi docinkami. Nie przyszło jej do głowy, że być może naprawdę jest rozgoryczony, że dostał zadanie, o które nie prosił. Że nigdy nie chciał być na nią skazany.
- Aimar... - zaczęła, choć właściwie nie bardzo wiedziała, co mogłaby mu powiedzieć tutaj, w tym dziwacznym miejscu, pośród coraz bardziej podekscytowanych ludzi, w obecności tego antypatycznego Hansena, czy jak mu tam. - Ja...
- Mira, to jest właśnie lekarz, którego szukaliśmy – przerwał jej aktor. Mówił swobodnym tonem, jakby wymiana zdań sprzed chwili w ogóle się nie odbyła. - Myślę, że będzie w stanie nam pomóc.
- A ja nie byłbym tego wcale taki pewien – mruknął Hansen, na powrót markotniejąc. - Coś ty wymyślił, Aimar? Znowu szukasz przygód?
- Nie – młody mężczyzna uśmiechnął się jakoś tak smutno. - Tym razem to przygoda mnie znalazła.
Wyczerpawszy prawdopodobnie tym zdaniem dzienny limit ludzkich reakcji, przystąpił niezwłocznie do chłodnego i rzeczowego przedstawiania lekarzowi sytuacji. Mirabelle aż za dobrze wiedziała, co za chwilę usłyszy, toteż przestała słuchać. Beznamiętna relacja Aimara mogłaby jedynie zepsuć jej nastrój. Skupiła wzrok na scenie, na której właśnie zapalały się światła.
Pośrodku dziewczyna ujrzała okrągły, drewniany stolik i kilka krzeseł. Jeśli miało się tu odbyć jakieś przedstawienie, dekoracja do niego była nader skąpa. Przez chwilę nic się nie działo. Wreszcie zza kotary wyszła konferansjerka w męskim stroju. Była dość przysadzista, ciemne włosy upięła w ciasny kok. Nie sposób było powiedzieć o niej, że jest piękna, ale już określenie „przystojna” zdawało się jakby dla niej stworzone. Zaczęła mówić, a Mirabelle szybko zrozumiała, że raczej nie jest to wstęp do klasycznego widowiska teatralnego. Nie rozumiała jeszcze, czego za chwilę będzie świadkiem, ale powracające wciąż w przemowie słowa „duch” i „ciało”, skutecznie przykuły jej uwagę.
Przy stoliku tuż pod sceną siedziała łkająca spazmatycznie kobieta i dwie dziewczyny, wyglądające na jednocześnie zirytowane i przestraszone. Konferansjerka zaprosiła wszystkie trzy na scenę, i usadziła przy stoliku. Publiczność wpatrywała się w tę gromadkę z napięciem.
- Kontakt jak zwykle nawiąże dla nas madame Kate! - padła kolejna zapowiedź.
Zza zasłony wychynęła dama, młodsza i szczuplejsza od konferansjerki, jednak w jakiś sposób do niej podobna. Ubrana była w długą, zwiewną suknię, poruszała się jak w transie, nieobecny wzrok utkwiła gdzieś nad głowami zebranych. Gdy również usiadła przy stoliku i cicho poprosiła trzy kobiety o chwycenie się za ręce, Mirabelle zrozumiała.
Wydała zduszony okrzyk dokładnie w chwili, gdy Aimar gwałtownie podniósł się z fotela. Od pewnego czasu nie zwracali na siebie wzajemnie większej uwagi, teraz więc patrzyli zdumieni jedno na drugie.
- Co?! - zapytali jednocześnie.
- Nic, a co ma być? - Aimar odpowiedział pierwszy. - Idziemy. Zbieraj się.
-Ale...
- Z Hansenem wszystko uzgodnione – przerwał aktor. - Pomoże nam.
Mirabelle spojrzała odruchowo na lekarza. Jego mina nie wróżyła udanej współpracy.
- Ale Aimar, oni...
- Oni – aktor zerknął w stronę sceny – na szczęście nic nas nie obchodzą. Chodź.
- Dobrze, wy róbcie, co chcecie, ale na mnie już pora – mruknął Hansen, zanim Mirabelle zdążyła podjąć kolejną próbę potwierdzenia swoich przypuszczeń. - Przyjdę jutro. - Wstał i oddalił się, znikając w ciemnym kącie sali.
- Chodź – powtórzył Aimar jakby nieco łagodniej. - To, co się tam dzieje, nie ma z nami nic wspólnego.
- Chciałabym zobaczyć...
Nie mamy czasu. - Aktor nie czekał na jej odpowiedź i ruszył zdecydowanie w stronę wyjścia. Nie pozostawił Mirabelle większego wyboru, powlokła się więc za nim, szybko wysączywszy resztkę swojego wina.
Niestety, całkowicie już wystygło.

- Czy to był seans spirytystyczny? - zapytała, gdy tylko Aso odwiózł ich do nowej kwatery, która niczym w zasadzie nie różniła się od poprzedniej, i zostawił samych.
Aktorzy musieli umówić się wcześniej, bo gdy tylko Mirabelle i Aimar wyszli z podejrzanego pubu z powrotem na ulicę, ujrzeli czekający na nich powóz. Aso zapewnił ich, że zostawił Williama pod dobrą opieką. Na miejscu nikogo nie zastali, Mirabell na tyle rozumiała już zasady działania Panopticonu by wiedzieć, że jeśli jego członkowie nie chcą być widziani, to nie będą. Najważniejsze, że William miał się dobrze. To znaczy nie gorzej, niż zwykle.
Dziewczyna nie wiedziała, czy może mówić swobodnie w obecności Aso, milczała więc, jednak ledwie tylko za drugim aktorem zamknęły się drzwi, podjęła kolejną próbę zaspokojenia swojej ciekawości. Nie było to łatwe, gdy za jedyne źródło informacji miało się Aimara.
- Dasz mi wreszcie spokój, dziewczyno? - burknął po swojemu.
- Oj, Aimar no! To był seans spirytystyczny, czy nie?!
- Był. Zadowolona?
- Jestem po prostu ciekawa! Dlaczego nie pozwoliłeś mi popatrzeć?
- Żałosny cyrk – prychnął. - No dobrze, powiem ci – dodał, widząc jej pytające spojrzenie. - Bo przecież się ode mnie nie odczepisz. - Usiadł na koślawym stołku, oparł się o ścianę i wyciągnął przed siebie długie nogi. - Klub prowadzą trzy siostry – zaczął. - Jedna zajmuje się sprawami organizacyjnymi, druga zdobywa informacje, a trzecia udaje medium.
- Jak to: udaje?
- Nie przerywaj, co? Normalnie udaje. Gdy zgłasza się klient i chce, by siostry nawiązały kontakt ze zmarłym, dziewczyny przeprowadzają regularne i dogłębne śledztwo, by Kate mogła podawać prawdziwe informacje, udając, że przemawia przez nią duch.
- Czyli to nie jest naprawdę?
- Nie jest. Klub to komórka Panopticonu. Jedna z nielicznych ujawnionych na tyle, by ściśle współpracować z zakonspirowanym Towarzystwem Naukowym.
- W jaki sposób współpracują? Myślałam, że tylko ich ochraniacie...
Aimar wzruszył ramionami.
- Mamy obowiązek zapewnić Towarzystwu każdą możliwą pomoc – powiedział.
- A co Towarzystwu po trzech fałszywych spirytystkach?
- Otóż siostrzyczki głoszą ideę nierozerwalnego połączenia między ciałem i duchem.
Mirabelle kiwnęła głową, przypominając sobie przemowę konferansjerki, ale nadal nic z tego nie rozumiała.
- Twierdzą – kontynuował Aimar, - że lepiej poznają ducha, dysponując ciałem, w którym niegdyś rezydował. Ludzie, którzy przychodzą do nich w celu nawiązania kontaktu ze swoimi bliskimi, często dostarczają im ich zwłoki.
- Co?!
- Dziewczyny organizują normalne, publiczne seansy ku uciesze gawiedzi, takie, jak dzisiejszy, również oszukane zresztą, ale w pewnych kręgach wiadomo, że można też zwrócić się do nich prywatnie. Gdy ktoś umiera, jego rodzina przekazuje ciało siostrzyczkom, by nawiązały kontakt i wyjaśniły wszystkie niezałatwione sprawy zmarłego. One sprawy wyjaśniają, owszem. Odnajdują zaginione testamenty, ukryte kosztowności, aczkolwiek informacje zbierają sposobem klasycznym i niemającym nic wspólnego z ingerencją z zaświatów. A ciało przekazują Towarzystwu do badań. Rodziny zmarłych urządzają pogrzeb z pustą trumną, bo nikt się głośno nie przyzna, że oddał zwłoki spirytystom. Obu stronom zależy na dyskrecji. I tak to działa już od paru lat.
- Po co komu taka konspiracja? Przecież żeby badać zwłoki, wystarczy pójść na dowolną akademię medyczną. To nie jest zakazane.
- Całe Towarzystwo jest zakazane, jakbyś w razie zapomniała.
- Tak, wiem, ale... dlaczego właściwie? Był przewrót, obalono ówczesną władzę, zdelegalizowano Towarzystwo... Dlaczego?
Aimar spojrzał na nią rozbawiony.
- Na jakim świecie ty żyjesz?
- No co?! Miałam jedenaście lat!
- Posądzono Towarzystwo o nieakceptowalne praktyki. Pojawiło się podejrzenie, że eksperymentują na ludziach, żywych i martwych, by, na rozkaz rządu, połączyć ciało i mechanizm, w celu stworzenia człowieka nowej generacji, zdolnego do większego wysiłku zarówno fizycznego, jak i umysłowego. Opozycyjne ugrupowania polityczne uznały to za nieetyczne, zdobyły poparcie społeczeństwa i doszło do przewrotu.
- Czy podejrzenie było słuszne? Członkowie Towarzystwa naprawdę to robili?
- Oczywiście, że robili. Nadal robią. Myślisz, że po co siostrzyczki zbierają zwłoki? Przekazują je Hansenowi i...
- Hansenowi?!
- No tak. Co cię dziwi? Hansen jest jednym z ocalałych członków Towarzystwa. Zdecydował się pozostać w mieście i działać w podziemiu.
- Przecież on ma leczyć Williama!
- Zgadza się. Nie rozumiem...
- Leczyć! Nie przerobić na... człowieka nowej... generacji, czy jak to tam...
- Hej, spokojnie! Hansen jest lekarzem. Ma swoje spaczone zainteresowania naukowe, co nie znaczy, że nie zna się na klasycznej medycynie. Nie wmontuje twojemu chłopakowi ani jednego kółka zębatego. Obiecuję.
Mirabelle nie poczuła się szczególnie uspokojona, ale nie drążyła tematu. Chciała wierzyć, że Aimar wie, co robi.
Aktor tymczasem wstał i przeciągnął się.
- Czas na mnie – powiedział. - Idę.
- Gdzie?!
Zerknął na nią z rozbawieniem.
- Do mojej kwatery. Do łóżka. Spać.
- Nie! - zaprotestowała gwałtownie. - Nie idź nigdzie! Przecież miałeś mnie ochraniać!
- Nie ma potrzeby, żebym w tym celu tkwił tutaj jak kołek. Założenie jest takie, że to ja mam widzieć ciebie. Ty mnie nie musisz.
- Jak chcesz mnie widzieć przez sen?
- Poradzę sobie, już ty się tym nie martw.
- Martwię się! Straszysz mnie od wczoraj! Na każdym kroku słyszę o ostrożności i konspiracji, a teraz zamierzasz sobie tak po prostu iść spać! Gdybyś jeszcze spał tutaj...
- Gdzie tutaj? - Aimar z dezaprobatą rozejrzał się po pomieszczeniu.
Na jednym wąskim łóżku leżał William, drugie miała zająć Mirabelle. Na podłodze nie było miejsca by rozłożyć posłanie, pomijając fakt, że dwa cienkie koce i tak nie zapewniłyby ani ciepła, ani wygody podczas snu, choć Mirabelle była zdania, że strażnik powinien wykazywać gotowość do poświęceń w imię jej bezpieczeństwa.
Nie wykazywał.
- Chyba doszczętnie oszalałaś – usłyszała zatem zamiast deklaracji bezgranicznego oddania. - Mowy nie ma. Nie będę spał na podłodze!
- Możesz na łóżku! - fuknęła zirytowana Mirabelle. - Ja się jakoś zmieszczę koło Willy'ego!
Aimar wyglądał na zdziwionego.
- Chyba faktycznie za bardzo cię nastraszyłem – mruknął. - Ale naprawdę znam się na swojej pracy i to, że ty mnie nie widzisz nie znaczy, że ja nie widzę ciebie. Nie muszę być zawsze tuż obok.
- Ale dzisiaj bądź!
- Dobrze - westchnął. - Dzisiaj będę. Ale na łóżku.
- Na łóżku.
- To zgoda. - Aimar przypieczętował zakończenie negocjacji rozdzierającym ziewnięciem i bez skrępowania zaczął się rozbierać.
Gdy został w samych spodniach, podszedł do beczki z wodą, którą wcześniej przygotował Aso, i obmył się szybko. Jeszcze mokry wsunął się pod przykrótką kołdrę w postrzępionej poszwie i odwrócił twarzą do ściany.
- Dobranoc – mruknął.
- Dobranoc – odpowiedziała zdumiona Mirabelle.
Spodziewała się trudności wynikających ze spania pod jednym dachem z obcym mężczyzną, wyglądało jednak na to, że zdoła uniknąć krępującej sytuacji. Właściwie mogła przeprowadzić wszelkie zabiegi higieniczne zupełnie swobodnie, bowiem jej strażnik najwyraźniej nie był zainteresowany niczym, prócz jak najszybszego zapadnięcia w sen.
Westchnęła.
Wybór pomiędzy wieczorną toaletą w pokoju a dokonaniem ablucji we wspólnej dla całego piętra łazience na korytarzu był prosty. Zataszczyła miednicę do najciemniejszego kąta swojej klitki, umyła się i przebrała najszybciej, jak potrafiła. Aimar ani drgnął. Być może już spał. Mirabelle usiadła na stołku i wpatrzyła się w jego jasne włosy rozsypane po poduszce.
Ten mężczyzna, o którego istnieniu jeszcze wczoraj nie miała pojęcia, dziś był jej jedynym sprzymierzeńcem. Rano miała zacząć pracę w fabryce i przez cały dzień udawać Mirę Flynn, nie bardzo wiedząc, kim właściwie jest Mira Flynn. Nie znalazła jeszcze czasu, by choć przez chwilę nad tym pomyśleć, a już jutro będzie musiała wcielić się w nią i to tak, by nie wzbudzić podejrzeń innych pracowników. Świadomość, że gdy wróci, Aimar będzie tu na nią czekał, stanowiła jedyne pocieszenie. Oczywiście wolałaby trafić na kogoś milszego, ale w tej sytuacji cieszyło ją, że w ogóle ma kogoś po swojej stronie. Gdyby została z tym wszystkim sama...
Westchnęła jeszcze raz, po czym wstała i zgasiła lampę. Po omacku wgramoliła się do łóżka.
Nie tego, w którym leżał William.
* * * - Jesteś idiotą, van Foltyn!
Niewykluczone, pomyślał z rezygnacją Reinhard, patrząc tępo na swoją byłą żonę i zastanawiając się, jak drogo przyjdzie mu zapłacić za ten głupi pomysł z porwaniem.
- Mówiłem ci już... – próbował tłumaczyć, ale mu przerwała.
- Jestem w stanie ścierpieć to, że zamiast zaprosić mnie na rozmowę jak cywilizowany człowiek, ty zlecasz moje uprowadzenie - oznajmiła. - Mogę zapomnieć o tym, że twoi ludzie, taszcząc mnie jak wór kartofli, nabili mi o framugę guza wielkości kaczego jaja. Zdołałabym ci nawet ewentualnie wybaczyć upojną noc, którą spędziłam przywiązana do krzesła. Ale jesteś idiotą, jeśli choć przez chwilę sądziłeś że będę rozmawiała z tą twoją kukłą!
- Antoinette nie jest kukłą!
W zasadzie nie powinien się dziwić. Znał Anneliese nie od dziś. Zawsze dążyła do konfrontacji twarzą w twarz. Rozmowa przez pośrednika nie była czymś, na co mogłaby przystać.
Wysłał Baletnicę, jak zwykle. Gdy trzeba było załatwić jakąś delikatną sprawę, zawsze wysyłał Baletnicę. Ludziom nie przyszłoby do głowy, że salonowa zabawka może być w istocie pomocnicą i informatorką wpływowego polityka, więc nikt jej o nic nie pytał i nie podejrzewał, dzięki czemu mogła działać swobodnie. Tym razem jednak nie sprostała wyzwaniu, czego naprawdę mógł się spodziewać, wiedząc, jak uparta potrafi być jego była małżonka. Gdy przyszedł rano do pracy, Baletnica zakomunikowała mu, że, mimo starań, nie udało jej się porozumieć z Anneliese i że kobieta stanowczo żąda spotkania z nim.
Więc się spotkali.
Anneliese, uwolniona i dyskretnie sprowadzona przez Baletnicę do gabinetu ministra, rozsiadła się fotelu i najwyraźniej nie zamierzała wyjść, póki nie uzyska wyjaśnień, a tych Reinhard absolutnie nie miał ochoty jej udzielać.
Prawdę mówiąc myślał teraz tylko o tym, że jeśli Cynthia nie obraziła się wczoraj na śmierć to prawdopodobnie zaraz tu przyjdzie i zobaczy Anneliese. Przecież po czymś takim nie da mu żyć przez pół roku! Co najmniej... Nie wspominając o tym, że całą konspirację szlag trafi.
- Coś ty sobie, durniu skończony, myślał?! - obcesowe pytanie wytrąciło go z zamyślenia. Anneliese wpatrywała się w niego z niechęcią i bębniła palcami w poręcz fotela.
Reinhard zebrał się w sobie, zdecydowany odpowiedzieć jak najszybciej, byle już sobie wreszcie poszła.
- Cały czas próbuję ci to wytłu... - zaczął
- No to tłumaczże wreszcie!
Minister Technologii, Reinhard van Foltyn, westchnął ciężko. Kolejną rzeczą, o której powinien pamiętać, a zapomniał, był fakt, że rozmowy z Anneliese nigdy nie należały do łatwych.
- Myślę, że Król i Rada podejrzewają cię o kontakty z zakonspirowanym Towarzystwem Naukowym – powiedział wprost.
Nie wiedział, jakiej reakcji się spodziewał, ale raczej nie takiej. Anneliese spojrzała na niego zdziwiona i prychnęła.
- Oczywiście, że mam kontakty z Towarzystwem – odparła spokojnie. - To żadna tajemnica. Mogę im to dać na piśmie.
- Może lepiej nie – jęknął słabo. - Król i Rada najprawdopodobniej sądzą, że możesz mnie doprowadzić do członków organizacji. Chcą, żebym cię wykorzystał...
- Jeszcze czego!
- ... w tym celu. Dlatego uznałem, że lepiej będzie, jeśli znikniesz. Moi ludzie mieli zgarnąć cię dyskretnie, ale pokpili sprawę i zrobili to na oczach osoby, która pod żadnym pozorem nie powinna była tego widzieć. Teraz tym bardziej powinnaś zaszyć się gdzieś i poczekać, aż sprawa ucichnie. Nie chcę, żebyś była w to wplątana.
- Ty nie chcesz! A to dobre! - Anneliese wstała z fotela i zaczęła krążyć nerwowo po gabinecie.
- Gdybym cię zwyczajnie poprosił, żebyś usunęła się na jakiś czas, to przecież...
- Oczywiście, że bym się nie zgodziła! - przerwała mu po swojemu. - I teraz też się nie zgadzam! Ale uspokoję was. Ciebie, Króla, Radę i każdego, kto przypisuje mi dostęp do jakichkolwiek tajemnic. Ja nic nie wiem. Nic kompletnie. Z powodzeniem możecie dać mi spokój. Mój program zawiera postulat przywrócenia prawa do tworzenia mechanizmów, mogących zastąpić ludzkie ciało. Tak. Uważam, że jest to potrzebne do ratowania zdrowia i życia i zdania nie zmienię, chociaż cały świat polityki uważa mnie za niebezpieczną wariatkę. Biorąc to pod uwagę, oczywiste jest chyba, że Towarzystwo zawsze mnie interesowało i próbowałam odszukać jakichś jego członków. Ostatecznie to oni mnie znaleźli, ale nie byli wcale chętni do współpracy. Od czasu do czasu kontaktują się ze mną, ale jedyną rzeczą, którą mi przekazują, jest uprzejma prośba, żebym nie pchała nosa w nie swoje sprawy.
- Chcesz powiedzieć, że masz na pieńku i z jedną i z drugą stroną? I z władzą i z Towarzystwem?
- Cóż. Tak. Zgadza się. Tak właśnie jest. - Przystanęła pośrodku pokoju i śmiało spojrzała mu w oczy. - Ale ja nie odpuszczę.
Patrzyła na niego wyzywająco, jakby spodziewała się, że zaraz zacznie namawiać ją by jednak odpuściła, ale on myślał już o czymś innym.
- Kłamiesz – powiedział w końcu. - Musisz coś wiedzieć. Moi ludzie porwali cię z mieszkania, w którym przebywał legendarny przewodniczący Towarzystwa. Władze mają go na oku, odkąd przyjechał do miasta, więc wiedzą, gdzie się zaszył. Ale skąd mogłaby to wiedzieć osoba tak nieświadoma i niedoinformowana, za jaką chcesz uchodzić?
Anneliese nie wyglądała na zmieszaną. Nie sądził zresztą, by takie uczucie w ogóle było jej znane. Wzruszyła ramionami.
- Powiedziałam, że nie dostaję żadnych informacji od członków Towarzystwa. Ale powiedziałam też, że nie odpuszczę, prawda? Oficjalnie nic nie wiem, a swoimi domysłami nie mam obowiązku się dzielić.
- Chcesz powiedzieć, że najzwyczajniej w świecie, ot, po prostu, domyśliłaś się, gdzie można znaleźć d'Avensisa.
- Można tak to ująć.
- Kobieto, do jasnej cholery! - ryknął niespodziewanie Reinhard w poczuciu całkowitej bezsilności. - Nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać! Czy do ciebie nic nie dociera?! Masz informacje i Rada wie, że je masz! Jeśli nie znikniesz, zmuszą mnie do tego, żebym wydobył od ciebie wszystko, co wiesz!
- Ja nic nie wiem.
Van Foltyn ukrył twarz w dłoniach.
- Anneliese, proszę...
- Nie proś – przerwała twardo. - Nie zostawię sprawy, o którą walczę tak długo. Nie będę się ukrywać. Jeżeli Król i Rada z jakiegoś powodu się mną interesują, wiedzą, gdzie mnie szukać. Możesz im to powiedzieć. Teraz wychodzę. - Ruszyła w stronę drzwi. - A następnym razem, jak będziesz chciał porozmawiać, wystarczy poprosić. Roztrzaskiwanie oponentowi głowy o framugę to niezbyt dobry wstęp do negocjacji.
Z tobą i tak nie ma żadnych negocjacji, uparta wariatko, chciał powiedzieć, ale powstrzymał się. Niczego by to nie zmieniło.
- Reinhard... - coś w jej głosie kazało mu podnieść głowę znad papierów, w które wpatrywał się bezmyślnie od dłuższej chwili.
Stała przy drzwiach i spoglądała na niego z krzywym uśmiechem.
- Hm? - mruknął w końcu, bo przedłużająca się cisza sprawiała, że czuł się nieswojo.
- Mimo wszystko to miłe, że się o mnie martwiłeś.
- Anneliese...
- Postaram się wyjść niezauważona – błyskawicznie zmieniła temat. - W końcu wiem, jak się poruszać po pałacu. Nikt się nie dowie, że tu byłam. Tyle jeszcze mogę dla ciebie zrobić.
Cicho otworzyła drzwi i równie cicho zamknęła je za sobą, nim Reinhard zdążył cokolwiek jeszcze powiedzieć.
Przez dłuższą chwilę siedział rozkojarzony, nie będąc w stanie robić niczego produktywnego. W końcu sięgnął po pierwszą teczkę z materiałami dotyczącymi Panopticonu. Zamierzał znaleźć jakiś punkt zaczepienia, coś od czego mógłby zacząć poszukiwania bez wciągania w to Anneliese. Był zdecydowany udawać twardo, że nie ma pojęcia, o co chodzi Radzie i trzymać się od byłej żony z daleka. Wiedział, że nie może to trwać w nieskończoność i że w końcu dostanie bezpośredni rozkaz, którego nie będzie mógł zlekceważyć.
Chyba że sam zdemaskuje organizację. Wtedy Anneliese nie będzie im do niczego potrzebna.
Zagłębił się w lekturze. Nie było tego wiele – mgliste zeznania, trochę domysłów. Wynikało z tego, że w stolicy, a także poza jej obrębem, działa organizacja, mająca na celu nie dopuścić do faktycznego unicestwienia Centralnego Towarzystwa Nauk. Po przewrocie Panopticon miał dążyć głównie do zapewnienia ochrony i umożliwienia dalszej pracy tym, którzy przenieśli się ze swoją działalnością do podziemia.
- Paranoja – mruknął Reinhard do siebie. - Wszyscy dostali paranoi. Innego wyjaśnienia nie widzę.
Nie mógł uwierzyć w to, że faktycznie istnieje grupa, której członkom udało się przeniknąć niemal wszędzie. W dokumentach znalazł informację, jakoby Panopticon zinfiltrował wszystkie instytucje publiczne, w tym sądy, a także – o zgrozo! - same ministerstwa! Groźbą, szantażem i skrytobójstwami wymusili uniewinnienie i wypuszczenie na wolność wielu członków dawnego Towarzystwa, podejrzewanych o nieetyczne praktyki, przy czym sami zdołali pozostać w ukryciu i w tej chwili mogli być wszędzie!
Van Foltyn rozejrzał się dookoła, jakby obawiał się, że zza szafy wychynie za chwilę zakapturzony szpieg.
- Niemożliwe – mruknął. - To jest po prostu nie możliwe.
- Przepraszam, panie ministrze, mówił pan coś? - Eric uchylił drzwi, wetknął głowę przez szparę i z zaciekawieniem spoglądał na Reinharda.
- Nic ważnego, tylko... - van Foltyn urwał, zmrożony nagłą myślą. - Jak to usłyszałeś? - zapytał podejrzliwie. - Mówiłem cicho.
- Akurat przechodziłem obok. - Chłopak uśmiechnął się rozbrajająco. - A słuch mam znakomity!
Nie doczekał się odpowiedzi, wymruczał więc jakieś pożegnanie i wycofał się pospiesznie.
Reinhard odetchnął głęboko.
Nie dać się wpędzić w paranoję. Przecież to absurdalne, żeby Eric...
- Niemożliwe! - ryknął głośno i walnął pięścią w biurko, aż podskoczyły leżące na nim teczki.
- Słucham? - Młodszy sekretarz ponownie stanął w drzwiach. - Czy coś się...
- Won!
Gdy za zdziwionym i chyba nieco obrażonym chłopakiem zamknęły się drzwi, Reinhard wrócił do lektury. Przejrzał kilka kolejnych teczek, zamierzając skupić się jedynie na konkretnych, przydatnych informacjach.
Coś mu nie pasowało.
Każda organizacja została kiedyś przez kogoś założona i posiadała jakąś strukturę. W dokumentach, które trzymał w ręku, nie było na ten temat ani słowa. Żadnych domysłów, przypuszczeń, żadnych paranoicznych podejrzeń.
Początki Panopticonu ginęły w pomroce dziejów, a jego obecny kształt za nic w świece nie dawał się uchwycić.
Czym więc był ten kuriozalny twór?!
Potrzebuję oddechu, uznał Reinhard. Powinienem ochłonąć.
Wstał zza biurka, za chwilę jednak usiadł z powrotem. Bezwiednie potargał czarną czuprynę.
Musiał zebrać myśli
Gdzie, do cholery jasnej, podziewała się Antoinette?!
* * * - Anneliese van Foltyn jest niebezpieczna.
Brzdęknięcie.
- Mam na nią oko.
Brzdęknięcie.
- Nie masz.
Błazen leżał na kobiercu z opadłych liści w najdalszym zakątku ogrodu przy pałacu ministerialnym. Podłożył lewe ramię pod głowę i wpatrywał się w zasnute chmurami niebo. Prawą rękę wyciągną wzdłuż ciała, a trzymanym w niej berłem co jakiś czas uderzał lekko o udo. Baletnica stała sztywno pod drzewem.
- Może faktycznie jej nie doceniłam – przyznała. - Nie spodziewałam się, że sama odnajdzie d'Avensisa.
- Wie znacznie więcej niż powinna.
- Na to wygląda. Po co uparłeś się, żeby iść do niej ze mną?
- Pomyślałem sobie, że razem raźniej – uśmiechnął się.
- Nie musiałeś tu przychodzić. Powiedziałabym ci...
- Ach, powiedziałabyś mi! O czym, jeśli wolno spytać? O tym, że minister porwał Anneliese? Tego sam się domyśliłem. Czy może o tym, że straciłaś nad nią kontrolę?
- Przyszedłeś tu, żeby mnie sprawdzić?!
Brzdęknięcie.
- Nasza urocza pani van Foltyn posiada informacje, których posiadać nie powinna. Skąd?
- Nie wiem.
- A któż inny miałby to wiedzieć? Jesteś wszak jej tajnym kontaktem, czyż nie? Zmyl ją więc. Zrób coś! Ratuj sytuację! Chyba, że rola potrójnej agentki cię przerasta...
Brzdęknięcie.
Myślał, że się obruszy, ale ona milczała.
- Możliwe – powiedziała w końcu głucho. - Możliwe, że przerasta.
Błazen przestał kontemplować chmury i lekko obrócił głowę, by móc spojrzeć na stojącą pod drzewem kobietę. Wyglądała na smutną, ale mógł się mylić. Jej zastygłe rysy znacznie utrudniały rozpoznawanie stanów emocjonalnych.
- Doradzałbym wzięcie się w garść – powiedział chłodno. Usiadł, skrzyżowawszy nogi, i zaczął cicho wydzwaniać berłem sobie tylko znany rytm.
Baletnica, ku jego zdziwieniu, odeszła spod drzewa i usiadła naprzeciw niego. Jej ruchy zdawały się mniej mechaniczne niż zwykle.
- Już raz wzięłam się w garść – zgrzytnęła. - Spodziewam się, że pamiętasz. Wzięłam się w garść, mimo że wszyscy, łącznie z tobą, spisali mnie na straty. Drugi raz mogę nie dać rady... - Czekała na reakcję, ale ta nie nastąpiła. - Dla Panopticonu szpieguję ministra, dla ministra szpieguję całe jego otoczenie, jednocześnie jestem kontaktem Anneliese i nieustannie gimnastykuję się jak mogę, by zaspokoić jej ciekawość, nie zdradzając jednocześnie niczego ważnego...!
- Dlaczego właściwie się jej nie pozbędziemy? - przerwał.
Obrzuciła go zdegustowanym spojrzeniem. Przez chwilę miała chyba zamiar zignorować pytanie i kontynuować tyradę, ale zrezygnowała, prawdopodobnie świadoma tego, że jeśli szuka współczucia, trafiła pod zły adres.
- Może być użyteczna – odparła zatem.
Błazen wzruszył ramionami.
- Skoro tak twierdzisz, najmilsza. Skoro tak twierdzisz... Ale zrób mi tę przyjemność i bądź ostrożna, dobrze? Gdyby van Foltyn dowiedział się, że pracujesz dla Panopticonu...
- To byłby koniec. Wiem. Ale nie tylko dla mnie. Anneliese też ma powody, by dochować tajemnicy. Gdyby coś mi się stało, straciłaby jedynego informatora.
- Może nie jedynego. - Błazen brzdęknął głośniej. - Jeśli nie ty zdradziłaś jej miejsce pobytu d'Avensisa, to kto?
- Nie mogę zabronić jej prowadzić własnych poszukiwań.
Błazen uniósł brwi.
- Czy nie po to aby nawiązałaś z nią kontakty, żeby zaprzestała własnych poszukiwań?
- Tak. Tak było. Z początku...
- Z początku? - powtórzył Błazen lodowato. - Z początku? Ty... Co ty zrobiłaś?!
- Nie, nic – zapewniła pospiesznie. - Nic jej nie powiedziałam, przysięgam! Po prostu... wydaje mi się, że ona wpadła na coś, że odkryła... Nie wiem, jak ci to... - Niespodziewanie chwyciła go za rękę. - Nie zastanawiałeś się nigdy nad tym, kim właściwie... kim my tak naprawdę jesteśmy?
Łagodnie wyswobodził dłoń z jej uścisku i wstał. Spojrzał na nią z góry.
- Jestem Błaznem – powiedział cicho. - Członkiem Panopticonu. Strażnikiem. Strażnikiem, który zostawił swojego podopiecznego na zbyt długo. Wobec powyższego, za pozwoleniem, oddalę się, gdyż obowiązki wzywają. - Zdjął czapkę i ukłonił się, zmiatając nią liście i dzwoniąc przy tym na pół ogrodu.
Baletnica, wystraszona, rozejrzała się odruchowo, ale nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby usłyszeć.
Błazen mrugnął do niej.
- Czas zakończyć wreszcie zadanie i z powrotem zaszyć się na jakiejś spokojnej wsi – powiedział. - Do następnego spotkania. Być może.
Odchodząc, odwrócił się tylko raz.
Baletnica siedziała tak, jak ją zostawił. Wydawało mu się, że płakała, ale nie miał pewności.
Z tej odległości łatwo było się pomylić.
* * * Nie rozmawiali o tym, ale też przecież nie było o czym rozmawiać. Każdej nocy powtarzało się to samo. Aimar kładł się pierwszy, zawsze twarzą do ściany. Mirabelle dołączała po chwili i zasypiała szybko z policzkiem przytulonym do jego nagich pleców.
Nie bardzo wiedziała, dlaczego jej na to pozwalał, biorąc pod uwagę, że na co dzień był wciąż gburowaty, złośliwy i nie do zniesienia. Zgodnie ze swoim sposobem bycia, powinien wywalić ją z łóżka, nie szczędząc niemiłych słów oraz wyrzutów, dotyczących rozpychania się i zabierania mu przestrzeni życiowej. Nie zrobił tego.
Mirabell lubiła te chwile tuż przed zaśnięciem, gdy po ciężkim dniu pracy mogła poczuć wreszcie znajome ciepło i przyjemny zapach ziołowego mydła, wsłuchać się w spokojny oddech i przypomnieć sobie, że nie jest i nigdy nie będzie już sama. Cokolwiek by się nie stało.
Williamem opiekowała się nadal z tym samym oddaniem, co na początku. Jej przywiązanie do strażnika niczego w tym względzie nie zmieniło. Bardzo chciała, żeby narzeczony wyzdrowiał, ale nie zanosiło się na to.
Doktor Hansen, zgodnie z obietnicą, pojawił się u niej wieczorem, dzień po jej wyprawie do podziemnego klubu fałszywych spirytystów. Aimar zdążył już zniszczyć szkielet. Zrobił to, gdy Mirabelle była w fabryce. Po powrocie z początku była wściekła, ale ostatecznie przyznała mu rację – tak było łatwiej. Gdyby miała zrobić to sama, zapewne wciąż by zwlekała, z każdym dniem narażając się coraz bardziej. W końcu konstrukcja była użyteczna i ciężko byłoby z niej zrezygnować. A teraz miała to z głowy. Od tej pory opieka nad Williamem stała się znacznie trudniejsza, ale Mirabelle radziła sobie nieźle, nawet Hansen to przyznał.
Poza tym nie mówił wiele, niczego nie obiecywał. Mruknął tylko, że nie jest cudotwórcą, ale zobaczy, co da się zrobić. Stwierdził, że pacjentowi brakuje składników odżywczych i podpiął go pod jakąś skomplikowaną aparaturę, która zajęła pół i tak przecież niewielkiego pokoju. Maszyna pracowała dzień i noc, klekocząc cicho, ale efektów – o ile faktycznie były jakieś efekty – nie dało się zaobserwować.
Lekarz przychodził codziennie, robił swoje w niemal zupełnym milczeniu, po czym wychodził, nie dzieląc się wnioskami, chyba że Mirabelle bardzo nalegała. A nawet, kiedy nalegała, nie otrzymywała wyczerpującej odpowiedzi. Ot, trzeba czekać, za wcześnie, by cokolwiek stwierdzić.
Wszystko to trwało tydzień.

Po tygodniu William Locke zmarł.



KONIEC CZĘŚCI I
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: szczepantrzeszcz » 08 maja 2015, 10:49

KONIEC CZĘŚCI I
Jak ja to lubię.

Szczepan chętnie siadłby do lektury, ale musi do roboty... Jutro poczyta.

Awatar użytkownika
Stella R. Pellet
Posty: 27
Rejestracja: 09 grudnia 2013, 10:32
Lokalizacja: Vroclove

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Stella R. Pellet » 10 maja 2015, 12:26

Przeczytał! Przeczytał!

Ojej, jakie to fajne ;3

Ponieważ jestę kucykię i się nie znam na ars verbum, ominę kwestie gramatyczno-interpunkcyjne, ponieważ ich nie ogarniam, a obawiam się, że one ogarnęły by mnie.

Oh oh. Fantastyka bez potworów, fireboltów i inszych cudów na kijach *__*

Tajemnicza, intrygująca... mh-roczna historia. Nikt nie jest tym, na kogo wygląda... no, poza Mirą, która jak mniemam miała być Derpem. Serio. Świat, w którym wiadomka, że takie twory są zakazane, a ta się pcha z zakazaną kukłą prosto do stolicy. HELLO?! WTF. Ale pasuje do jej visage. Kupujem to.

Jestem wielcem ciekaw jak to dalej poprowadzisz, bo Cliff Hanger j***ął mocno ;3
Ostatnio zmieniony 17 maja 2015, 12:20 przez Kruffachi, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Ocenzurowano zgodnie z zapisami Regulaminu
Obrazek

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: szczepantrzeszcz » 10 maja 2015, 23:07

Klimat zdecydowanie nie mój, ale wcale nie żałuję, że przeczytałem. Jak skończysz kolejną część, również chętnie przeczytam.

Infantylne, a owa infantylność nasuwa skojarzenia z bardzo zacną książeczką Pana Waldemara Płudowskiego "Mistrzyni Burz". Tam wprawdzie byli rycerze i czarownice a tutaj zaskakujaco normalny świat:
Najpierw zakazaliście wykonywania mechanizmów na podobieństwo ludzi, a potem zaczęliście tresować ludzi na podobieństwo mechanizmów!
ale sposób postrzegania rzeczywistości przez Twoich bohaterów znacząco odbiega od naszego mało baśniowego świata. Jest to duży plus.

Błędów nie zanotowałem, kilka ich było, jednak kiedy ciekawość każe czytać dalej, trudno zwracać uwagę na błędy.

I jeszcze dwa cytaty, które bardzo brzypadły mi do gustu:
Czy może Bóg faktycznie istnieje, w dodatku ma w zwyczaju sprawiać, że przypadkowych złych ludzi trafia nagły szlag i właśnie padło na tego tu?
...byłby to zapewne ostatni ruch w naszym życiu, nie licząc śmiertelnych drgawek.
Fajna lektura.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Na obraz i podobieństwo [kontynuowane] (styczniowa Chałw

Post autor: Krin » 15 maja 2015, 23:49

Po pierwsze: GDZIE JEST GRABAŻ?!

Po drugie:
Brzdęknięcie.
:heart:
Być może już wiesz, bo wspominałam o tym, że ta scena z nie do końca wiadomego mi powodu zmieniła moje nastawienie do Błazna (kocham go już nie tylko z brzdęknięcia) i moje wyobrażenie o tej dwójce. Nie wydają się już w tym momencie tacy twardzi i pewni siebie. Czuć jakąś ich niepokojąca przeszłość i już nawet się domyślam, jaka to przeszłość. odnoszę wrażenie, że inny fragment tej wstawki usiłował mi to zasugerować, choć mogę słabo pamiętać, bo dawno czytałam.

Potrafisz w sposób genialny zaciekawić czytelnika. Cały czas stawiasz przed czytelnikiem nowe pytania. Nie tworzysz nowych wątków, lecz przekształcasz stare w taki sposób, że ma się wrażenie, iż są nowe, ponieważ cały czas dowiadujemy się czegoś istotnego, nie ma tu fragmentów, które można by było wyrzucić. Wszystko sprawia wrażenie napisanego z wcześniejszym namysłem.
Najbardziej mocarnym elementem było tu oczywiście te ostatnie zdanie, choć ciekawa jest również wcześniej wspomniana przeze mnie tajemnica pochodzenia Błazna i Baletnicy oraz opis stosunków pomiędzy Aimarem a Mirabelle. Czuję jednak, że ktoś z tej piątki (z Grabarzem) źle skończy. Ja to czuję, choć im tego nie życzę. Najchętniej wystawiłabym do tej roli Mirabelle, ale ona wydaje mi się zarazem najmniej prawdopodobna, bo przecież już się w coś wpakowała na samym początku i nie posiada więcej potencjału wpakowawczego.
Zastanawia mnie jednak (już to chyba nawet pisałam), co może skłonić człowieka, by wstąpił do organizacji zajmującej się ochroną naukowców. Chciałabym też znać dokładniejszą przeszłość Grabarza, bo przecież wiadomo kim był, ale nie wiadomo czym dokładniej się zajmował, dlaczego się tym zajmował ani dlaczego upadł. Bycie starannie zorganizowanym zbrodniarzem, jakim przedstawiają go przeciwnicy trochę mi do niego nie pasuje.

Muszę ci też pogratulować powrotu do pisania. :tul: Nadal piszesz tak dobrze jak kiedyś.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

ODPOWIEDZ