Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Upadek [skończone]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Upadek [skończone]

Post autor: pierdoła saska » 27 czerwca 2014, 10:06

Zatem mój kwietniowy Camp wychodzi z szafy, bo zaczyna w niej gnić.
Kolejna próba porwania się na fantastykę historyczną, bo jakoś tak. Ot mnie podkusiło. Tekst jest w sumie skończony, teraz leci druga runda poprawek, więc raczej szybko powinnam wstawiać kolejne kawałki. :)

Upadek




Poczdam, 13 stycznia 1831
Siostro,

piszę do ciebie jeszcze przebywając z dala od domu rodzinnego, bowiem wciąż nie opuściłem Poczdamu, lecz już powziąłem przygotowania do wyjazdu. Nie chcę zostawać tu dłużej, niż jest to absolutnie konieczne. Nim list ten dotrze do ciebie z pewnością ja wrócę już do Wärzendurffu, a sytuacja wokół nas być może zmieni się diametralnie, wydarzenia ostatnich dni przestaną mieć znaczenie, a tak umiłowany przez niektórych spokój powróci. Choć jest to wielce prawdopodobne, to i tak piszę do ciebie już teraz, bo wiem, że życzyłabyś sobie wiedzieć, co też takiego ustaliliśmy. Mam ponadto listy do ciebie od Marii Luizy, panny Dramst oraz Christopha – załączam je do tej korespondencji, bowiem zwłaszcza Maria Luiza nalegała, aby jak najprędzej do ciebie dotarły. Czemu za pośrednictwem mnie, tego dochodzić nie zamierzam, bo tyle jest spraw pilniejszych.
Zapadły pierwsze ważkie decyzje, choć nie nazwałbym ich ani zdecydowanymi, ani ostatecznymi, to jednak nie miałem na nie wpływu występując w imieniu króla Antoniego. To niemały zaszczyt, że mnie wysłał, czy raczej ojca naszego prosił w sposób w jaki tylko królowie prosić mogą, aby on się wyprawił, ale koniec końców zaszczyt ten przypadł mnie. Doceniam to w pewnym sensie i jestem dumny, ale zważ, że to zaszczyt wielce wątpliwy, bo w imieniu Fryderyka Wilhelma III pojawił się nasz stary znajomy, z którym przyjdzie nam dzielić kolejne dekady nieśmiertelności. Okazuje się, że Almerich Lammert w przeciągu ostatnich kilkunastu lat zdołał z umyślnego zbira od brudnej roboty, pozostającego usługach kościoła w Prusach Wschodnich, wkraść się w łaski króla Pruskiego. Nie można mu odmówić przedsiębiorczości, choć gdyby mnie pytano, to za nic nie chciałbym go mieć ani za przedstawiciela moich interesów, ani w ogóle nie chciałbym go widzieć w swojej okolicy. Szanuję twoje zdanie o nim, szanuję, że uważasz, iż jest znamienitym strategiem i przysłużył się nam przed trzynastoma laty, ale i tak najzwyczajniej w świecie go nie lubię. W każdym razie, to on zasiadł ze mną i pozostałymi przy stole. Pozostałych ci nie wymienię w tym liście, nie widzę ku temu powodów. Chodzi tylko o rezultaty rozmów toczonych w ostatnich dniach. Otóż w świetle minionej wojny, ofiar i poświęceń, w świetle zysków i strat jakie mogłaby przynieść czynna interwencja, a także w świetle Przepowiedni (choć o niej nikt się głośno nie zająknął) zadecydowano, że Związek Niemiecki jako całość i jako każdy z krajów weń wchodzących nie wkroczy na ziemie rosyjskie, by wspomóc którąkolwiek ze stron. Jednocześnie król Fryderyk Wilhelm III, w słowach Lammerta, zadeklarował, iż tępić będzie powstanie na ziemiach Pruskich przy użyciu wszelkich dostępnych mu ku temu narzędzi, a poza granicami swymi jeśli tylko niemilitarne ukrócenie polskich zapędów będzie możliwe, to nie omieszka się zaangażować.
Ja sam niewiele miałem do powiedzenia i mam wrażenie, że król nasz nawet gdyby podróż jako taka nie miałaby być dlań uciążliwością, to i tak nie wybrałby się, aby głosu nie zabierać, co we mnie budzi nader wyraźne skojarzenia, a zatem dla ciebie tym są one wyrazistsze. Zresztą nikt z ważnych nie przybył osobiście, ale o tym, o samym przebiegu spotkania opowiem ci, gdy nie będzie między nami bariery papieru.
I tu przechodzę do sprawy. Do tego, co mnie do napisania tego listu tu i teraz zmotywowało. Wiem Johanno, że z jednej strony lubisz podróże, z drugiej mimo wszystko wciąż ci one nie służą, a jednak prosiłbym cię, abyś przyjechała do Wärzendruffu. Zaznaczam, że nie masz się czego obawiać i w domu wszystko w porządku, rodzice zdrowi, a Frederike Sophie jest dla matki nieocenionym wsparciem i pewnikiem nie powinienem tego mówić, ale gdy postanowiłaś zamieszkać w Bawarii matka chyba odetchnęła z ulgą. Choć kocham ją, to uważam to za co najmniej niewłaściwe, ale nie mnie oceniać. Proszę cię o przybycie, chciałbym bowiem przedyskutować coś, czego nie jestem skłonny powierzyć papierowi, a też nie bardzo możliwym jest dla mnie wybrać się na południe Bawarii do was.
Wszelkie odpowiedzi do mnie ślij proszę do naszego domu.
Maria Luiza na pewno zaznaczyła dokąd masz przesłać te jej, zaś Christophowi najlepiej żebyś w ogóle nie odpisywała. Wypadałoby, aby dotarło w końcu do niego, że nie masz nastu lat i nie jesteś panną na wydaniu, a mężatką.

Kocham cię i wyczekuję twego przyjazdu,
Johann


Poczdam, kilka dni wcześniej Krótki zimowy dzień już dawno się rozpoczął i bliżej było do zachodu niż wschodu słońca, ale nie czyniło to większej różnicy dla zgromadzonych w saloniku. Wysokie okna, wychodzące na ogród, przesłoniono kotarami, które zatrzymywały ciemny, szary dzień na zewnątrz, oraz ciepło od płonącego w kominku ognia wewnątrz. Skaczące płomienie zmieniały twarze zebranych w karykaturalne maski światłocieni, wyostrzały uśmiechy, pogłębiały spojrzenia i sprawiały, że spotkanie nabierało mistycyzmu, którego nie planowano. Nikt jednak nie powiedziałby, że on tu nie pasuje. Johann Fryderyk Wärzner stał pod jedną ze ścian pozwalając, by któryś z przodków ich gospodarza zerkał nań z góry. W nierównym świetle nawet on, pędzlem uwięziony w jednym tylko nastroju, zdawał się być bardziej podejrzliwy i uważniej łypać martwym, malowanym okiem niż zazwyczaj. Śledził swych niezwykłych gości, z których każdy był personą samą w sobie, każdy coś znaczył poza tymi czterema ścianami w trudnym do nazwania kolorze. Poza półmrokiem saloniku mieli oni swoje życie, interesy i poglądy, ale tu i teraz stanowili jedynie maski dla ważniejszych od siebie. Ich słowa były słowami tamtych i Johann Fryderyk czuł jak zdenerwowanie podchodzi mu do gardła. W drodze do Poczdamu walczył z samym sobą. Z pokusami, z których już dawno powinien był wyrosnąć, a jednak wciąż pozostawały one żywe jak przed nastaniem zimy 1816 roku. Tej, co zmieniła wszystko nie zmieniając nic. Potoczył spojrzeniem po cieniach rysujących się na tle dużego kominka.
Hanower, Hesja-Kassel i Hesja – nazwiska się nie liczyły, tytuły były nieważne, nagle cały zaszczyt zdawał się tylko żartem. Uśmiechnął się do delegata z Saksonii-Coburg-Gotha, starszego od siebie mężczyzny, z którym minęli się wcześniej na jednym z korytarzy i wymienili donikąd nieprowadzące grzeczności. Szacowny delegat był niczym ten przodek gospodarza na wielkim płótnie powyżej. Patrzył z góry i nie irytowało Johanna Fryderyka to, że w ogóle to czyni, przywykł bowiem podwójnie do takiego tratowania, a to, iż wydaje się wierzyć w znaczenie swej nominacji i swych lat. Jakby jego wiek coś tu znaczył. Johann Fryderyk mógłby mieć lat siedemnaście, być na przednówku roku osiemnastego jak miało to miejsce w 1816 – wszak niewiele zmienił się z wyglądu – a mógł mieć lat trzydzieści trzy, jak było w istocie, zaś delegat mógł ich mieć zarówno czterdzieści jak i pięćdziesiąt czy sto i tak byli maskami.
Uniósł do ust kielich, aby ukryć swoje zdezorientowanie. Ślizgając się spojrzeniem po sylwetkach, odgadując twarze, pochodzenie i wiek próbował zgadnąć ilu szacownych gości, to zwykli wierni słudzy swych władców – królów i książąt. Ilu przeżyło tyle lat ile maluje się im na twarzy, ilu z nich wie o magii, ilu jej dotknęło, a ilu o niczym nie ma pojęcia i jest tu tylko po to, by zaznaczyć swoją obecność. Chciał wierzyć, że on jeden jedyny tkwi w tej pierwszej grupie. Podświadomie wręcz zakładał to jeszcze tego dnia rano, ale teraz wątpił i czuł się jak uczniak, naiwne dziecko we mgle.
– Można pomyśleć, że chcą nas tu wszystkich udusić. Ukisić w naszym własnym smrodzie.
Rozkaszlał się przestraszony słowami, których się nie spodziewał i głosem aż nadto znajomym, choć niesłyszanym od bez mała dziesięciu lat.
– Pan Lammert – mruknął.
– Pan, sram – mruknął Prusak na granicy słyszalności. – Dałbyś sobie spokój z tym wersalem, Hansel. Jakbyśmy karków za siebie i za ten kraj nie nadstawiali nie tak dawno temu – prychnął, a towarzyszący temu grymas w ułamku sekundy ulotnił się z jego twarzy i zastąpił go uśmiech; przedstawiciel Hanoweru gwałtownie odwrócił się i przyłączył do rozmowy nieopodal kominka. – Trzynaście, czternaście lat to dla niektórych dużo, ale dzięki uczynności twojej siostry, jej męża i twojej musiałem zrewidować swoje podejście.
– Nie brzmisz na szczególnie zasmuconego tym faktem.
Lammert zaśmiał się cicho.
– Moja dusza cierpi – zapewnił. – Ale życie toczy się dalej i nie mam zamiaru pozwolić mu się zmarnować. Poza tym to miłe wiedzieć, że cała ta coś znacząca zgraja zastanawia się skąd też się urwałem. Obawiam się, że w konkursie na najładniejsze drzewo genologiczne przegrałbym z kretesem. Za to ty masz tu chyba jakiś krewnych, o ile dobrze pamiętam jak to splatają się gałęzie Wärznerów i Wettynów z linii Alberta?
Odpowiedziało mu milczenie. Johann Fryderyk nie widział powodu, aby przytakiwać czemuś, co bardziej było stwierdzeniem niż pytaniem. Czy faktycznie ktoś z jego odleglejszych krewnych tu był, tego nie wiedział. Żadnej informacji o tym nie dostał zawczasu ani też nikogo znanego sobie tu nie spotkał, choć w półmroku łatwo było się nie rozpoznać. To zresztą nie miało znaczenia. Obecność Almericha Lammerta denerwowała go. Rozwiewała spokój, który próbował sobie wmówić.
– Jak myślisz, ilu z nich boi się, że będzie kolejna wielka wojna?
Wzruszył ramionami.
– Nie przybył nikt z Austrii, ale cesarz wie o co naprawdę toczy się gra. Wie Fryderyk Wilhelm i jestem niemal pewien, że Ludwik I też zdaje sobie z tego sprawę. No i oczywiście król Antoni…
W przeciągniętej samogłosce tkwiło niezadane pytanie, które na moment przeniosło ich w czasie i przestrzeni. Oto nie znajdowali się w nieco już dusznym saloniku pałacu w Poczdamie i nie mieli za oknem jedynie ogrodów. Na chwilę brandenburska zima ustąpiła miejsca bawarskiej. Alpejskiej zimnej zimie pełnej śniegu na wysokich zboczach gór. Gościł ich wówczas dom rodziny Schielke i wiele rzeczy było innych, ale nie oni sami – nie na pierwszy rzut oka. Wtedy, gdy przy trzaskającym ogniu, cierpkim ciepłym winie i wybornym cieście dyskutowali o tym jak bardzo Napoleon jest lub nie jest potrzebny Europie, jeszcze czas się dla nich nie zatrzymał, ale to miało nastąpić lada dzień. Wtedy również Johann Fryderyk widział w Cesarzu Francuzów zesłanym na wyspę świętej Heleny lek dla Europy, prawdziwego wodza i człowieka, w którym pokładał nadzieje – strzępki marzeń pozostałe po postanowieniach Kongresu Wiedeńskiego. Starszy o kilkanaście lat Johann Fryderyk stojący w Poczdamie tym razem nie wybuchnął od razu. Zaciskając zęby powtarzał sobie, że nie jest tu po to, aby dyskutować swoje poglądy, wykładać własne przekonania i próbować kogoś przekonać. Ma przekazać wolę króla i nic więcej. Zacisnął bezsilnie palce i wpatrzył się w kryjący się w półmroku sufit. Almerich Lammert wypuścił głośno powietrze, splótł dłonie za plecami, ale nie ruszył się z miejsca. Nie minęła minuta, a odezwał się znowu.
– Ci tu nic nie wiedzą. Są jak bezmyślne figurki.
– Tego nie wiesz.
– Ależ wiem, Hansel, wiem. Nawet nie wszystkie koronowane głowy Europy wiedzą, co stało za rozbiorami. W sumie możemy czuć się wyjątkowi.
– Prze-
– Panowie, już pora – ochrypły głos wybił się ponad szmer rozmów.
Otworzono drzwi do sąsiedniego pokoju, równie ciemnego, ale większego niż salonik, w którym atmosfera zdążyła zagęścić się poza granice komfortu. Przepuszczając się w drzwiach podług zawiłych zasad starszeństwa i statusu przenieśli się tam i zasiedli przy długim stole, którego gładki blat odbijał światło świec niczym polerowany kamień.
– Jakbyśmy w jakiś katakumbach siedzieli.
Johann Fryderyk nie zareagował na wyszeptane za swoimi plecami słowa. Zresztą bez sensu byłoby odpowiadać, gdy Almerich ledwie tylko zwolnił, aby wypowiedzieć całe zdanie. Nim na dobre przebrzmiało, jego już tam nie było. Zajmował miejsce przy końcu stołu. Milczący i wyniosły bezczelnie przyglądał się wszystkim, nie odwracając wzroku, gdy jego zainteresowanie zostało zauważone. Zamiast tego uśmiechał się.
U szczytu stołu nie było nikogo. Za dosuniętym, rzeźbionym krzesłem ział ciemny otwór kominka, w którym nie napalono. Znad niego na zebranych spoglądał Fryderyk II. Johann Fryderyk patrzył na obraz kątem oka. Tylko jego najjaśniejsze części dawały się wyróżnić i w rozedrganym powietrzu tuż nad płomieniem świecy powstawało złudzenie, że zmęczona twarz wielkiego króla porusza się. Pobrużdżona zmarszczkami wyrytymi przez lata życia pełnego wyzwań, które niekoniecznie leżały w guście raczej filozoficznego władcy, wykrzywiała się, nabierała głębi niezwykłej dla nawet najlepszych portretów i sprawiała wrażenie, że wychodzi poza płótno. Zerknął na pozostałych ciekaw, czy i oni to zauważyli. Może ktoś wierzył w duchy? Odetchnął. W palcach obracał płaski kamień zawieszony na złotym łańcuszku – prezent od siostry. Talizman, który miał go chronić, ale przed czym – tego już nie wiedział.
– Wszyscy wiemy, w jakim celu zawezwano tu tak znamienite grono – odezwał się pozbawiony ciała głos i choć zaskoczyć on musiał wszystkich, to nikt nie zaczął się nerwowo rozglądać. – Oto jasnym jest, że z nadejściem wiosny dojdzie za naszą granicą do rozlewu krwi. Ledwie piętnaście lat temu zakończyliśmy okres wielkich wojen z francuskim diabłem, a już kolejne zagrożenie puka do naszych bram.
Zadrżał.
Milcz, Johannie – nakazał sobie. – Napoleona już nie ma i nic tego nie zmieni.
– Choć zdawać by się mogło, że najgorszej pladze położyliśmy kres jeszcze w ubiegłym stuleciu i tym samym zagwarantowaliśmy bezpieczeństwo naszym dzieciom, to jednak nie ucięliśmy jej głowy tak skutecznie, jak nam się wydawało.
Pochwycił spojrzenie Almericha. Kilkoro innych mężczyzn zamarło w nienaturalnym bezruchu – oni wiedzieli.
– Oto bowiem niespokojny lud polski zamiast poddać się losowi i naszej woli, rzuca się na cara, my zaś musimy zadecydować co leży w interesie Związku.
Jak to dumnie brzmiało. Spojrzał na Fryderyka II – Prusy – i Almericha – farsa. Oparł się łokciami o blat, splótł palce dłoni i oparł o nie brodę. W półmroku i tak nie miało to znaczenia.
– Czy ktoś chce coś powiedzieć nim odda głos?
Lammert wstał.
– Ja. Tylko kilka słów od Fryderyka Wilhelma, by nie pozostała żadna niejasność – oznajmił, wymieniając swego władcę tak lekkim, że wręcz nieprzyzwoitym tonem. Nie czekał również na zachętę, choćby cień przyzwolenia. Mówił dalej ledwie zaczerpnął tchu. – Jest intencją króla chronić swych poddanych i dobro Prus jak i całego Związku Niemieckiego. Oznacza to dbanie o spokój na ziemiach należących niegdyś do Rzeczpospolitej, które teraz znajdują się pod naszą opieką, a które, choć póki co spokojne, mogą dać się zarazić temu szaleństwu, co się pod carską władzą zaległo – mówił głośno i wyraźnie, jakby próbował naśladować dworski ton i mu nie wychodziło. Ośmieszał się, a Johann Fryderyk był pewien, że robi to specjalnie. Że kpi ze zgromadzonych, bo choćby chcieli go wyśmiać i zignorować, to wszak nie mówił co sam sądzi, a co sądzi król Prus; siła z którą musieli się liczyć. – Zatem jest rzeczą oczywistą, że bez względu na to, co zostanie tu postanowione Fryderyk Wilhelm tępił będzie wszelkie zarzewia powstania na ziemiach pruskich, a poza swymi granicami, gdzie tylko to będzie możliwym, dołoży wszelkich starań niemilitarnych, aby ukrócić buntownicze zapędy. Strach bowiem pomyśleć co może rozpętać się w Związku Niemieckim, gdy ta pożoga się na niego rozniesie. Powinno być celem nas wszystkich, aby powstanie skończyło się szybko i nie dotknąwszy naszych granic.
W ciszy dało się słyszeć pomruk aprobaty.
Johann Fryderyk spuścił wzrok.
– W interesie naszym jest zatem zmieść ich z powierzchni ziemi raz na zawsze, bo jak widać, choć plany były ambitne, to wciąż się ich pozbyć nie możemy – rozległ się niski wibrujący głos, który wydał się Johannowi znajomy, a mimo tego nie mógł powiązać go z twarzą, nazwiskiem i tytułem.
– Doprawdy, Brunszwik – Almerich nie krył rozbawienia w głosie. – To twoje zdanie, czy mamy rozumieć iż mówisz głosem–
– Mówię to, co wiemy wszyscy!
– Obawiam się, że nie. Śmiem podejrzewać nawet, że coś sobie roisz–
– Jak śmiesz, ty…! Ty…!
– Myślę, że powinniśmy głosować – rozległ się pozbawiony ciała głos.

– Że wyjdzie po równo, tego nie przypuszczałem! – Almerich roześmiał się. – Starzy głupcy i niedorosłe marionetki. Boją się i oni i ci za nim. Trzęsą kolanami, że aż tu słyszę jak im kości grzechoczą. Wiedzą, że jeśli dojdzie do otwartych starć, to Prusy stanowić będą znamienitą część armii.
– Może liczą, że spłoniecie w tej zawierusze?
Donośny śmiech wypełnił małą komnatkę po sam sufit. Almerich Lammert, delegat pruskiego króla Fryderyka Wilhelma III zgiął się w pół i łzy rozbawienia napłynęły mu do oczu. Śmiał się długo i pełną piersią nic sobie nie robiąc z spojrzenia Johanna. Z jego zdenerwowania całą sytuacją oraz zachowaniem jego samego. I obaj wiedzieli, że Johann nie żartował. Że sam nieśmiało chciał wierzyć w taką opcję i gdyby miał tyle lat, na ile wyglądał, to pewnikiem faktycznie by wierzył.
– A kto – Almerich z trudem łapał powietrze i artykułował słowa – was wtedy kraiki malutkie, kupieckie stolice i sztuk ostoje ochroni przed carem lub przed kolejnym szalonym Francuzem? Kto? No właśnie. Zresztą car ugasi to powstanie nim się ono na dobre zacznie. Niepodległa Rzeczpospolita się nie odrodzi, bo nikt nie jest dość szalony, aby na to pozwolić. Raz nam się udało ją zmieść, ale nikt nie zaryzykuje, że uda się to ponownie!
– Wierzysz w to?
– Byłbym szalony, gdybym nie wierzył.


ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 29 czerwca 2014, 18:54

Bawaria
Johann miał rację pisząc, że nim list dotrze, a ona odpisze, wszystko może się odmienić. Zza granicy dochodziły wieści o kolejnych bitwach i kolejnych zwycięstwach wojsk polskich. Pierwsze miało miejsce tuż przed ich wyjazdem z Ettal, o kolejnych dowiadywali się w miarę pokonywanych kilometrów. Powstaniu przyglądano się z uwagą i dobrze skrywanymi emocjami. W czasie ich postoju w Monachium – który trwał tylko dwa dni, a Johanna Amalia wolałaby, aby był jeszcze krótszy – zastanawiano się nad tym czy car stłumi żywioł polski nim ten postawi w ogniu cały zabór, czy może potrzebne będzie wsparcie i co też to może dla Bawarii oznaczać? Austria, Prusy owszem, jak najbardziej – mówiono – to w ich interesie, bowiem niezadowolonych Polaków mają pod swoim bokiem, ale my tutaj? Co byśmy na tym zyskali? Podobnie mówiono w Norymberdze, a i w Plauen oraz Zwickau nikt się nie palił do czynnego wspierania. Owszem pojawiały się głosy pochwał, głosy podziwu, ale nic za nimi nie stało. I tak aż po Drezno.
Pagórki w okolicy Wärzendurffu nie zmieniły się od ich ostatniej wizyty przed przeszło trzema laty. Wciąż układały się w znajomą panoramę i nadal można było wypatrywać horyzontu gdzieś bardzo daleko. Sebastian, wyglądając za zaparowane okno landary, śmiał się, że płasko tu dokładnie tak, jak to zapamiętał. Johanna tylko uśmiechała się pod nosem i otulała mocniej podbitym futrem płaszczem. Zima tego roku nie była tak okrutna jak ta z 1816. Mróz nie kąsał tak ostro nawet w lutym i choć przed nimi wciąż było wiele marcowych dni, to chwilami zdawało się, że ciepła wiosna lada dzień zapuka do drzwi. Nie czyniło to jednak wielotygodniowej podróży lżejszą.
– Naprawdę nie mogliśmy zwlec dwóch miesięcy lub choćby jednego?
Spojrzała na Sebastiana kątem oka i westchnęła. Który już raz pytał ją o to? Piąty, dziesiąty, piętnasty? Nie liczyła. W zniecierpliwieniu dłużącą się jazdą i w znudzeniu jednostajnym krajobrazem nie liczyła ponawianych pytań, które przecież nie miały sensu skoro już dojeżdżali na miejsce.
– Rozumiem – roześmiał się. – Twoja wola… Milknę.
W niewielkiej w sumie przestrzeni jego śmiech wydawał się być jeszcze głośniejszy, niż gdy słyszała go na salonach. Donośny, niezobowiązujący, z głębi serca i pełnej piersi – uśmiechnęła się i potarła oczy. Zacisnęła dłoń na nic już nieznaczącym liście, który jednak kierował jej myśli ku innemu, nieistniejącemu już pismu. To spaliła w domu bez zastanowienia, uprzednio jedynie przepisawszy adres, na który miałaby przekazać ewentualną odpowiedź. Zastanawiała się, jak doszło do tego, że to do niej pisano.
Kto by pomyślał – śmiała się do siebie samej w chwilach największego strachu – że po siedemnastu latach życia na swoich pokojach i czekania na chorobę, która w końcu poza zmęczeniem i troskami przyniesie również śmierć, życie zakręci w drugą stronę i nienawykły do ludzi kurczak zaistnieje w półcieniach socjety. Że będą do mnie pisać, zwracać się szeptem i prosić o wsparcie. Czy ktokolwiek mógł to przewidzieć?
Tymczasem tak właśnie było i list w jej dłoni stanowił tego potężny dowód. W słowach spisanych pięknym literackim niemieckim zawarto wręcz błaganie, za to nie znalazła się tam nawet kropla zwątpienia. Jakby cały świat wiedział, że Johanna Amalia Schielke de domo Wärzner zna Przepowiednię z Tolkemit i w nią wierzy!

Wszak ten tekst po stokroć tłumaczony z języków tak rzadkich i niezrozumiałych, że tylko nieliczni je znają, ma swych wersji co najmniej kilkanaście, a każda z nich uważa się za tę najprawdziwszą i najwiarygodniejszą. I każda, ale to każda, a znam je wszystkie, bowiem ojciec dopilnował, abym się ich wyuczyła na pamięć niczym modlitw najważniejszych, przekonuje, że dla dobra wszystkich nas winno się uczynić to lub to i jedne drugim przeczą! I choć chyba nic, tylko źródło najpierwsze mogłoby tu rozstrzygnąć, to czy w sercu i duchu normalnym i bożym się może wydawać, że śmierć i zniszczenie są drogą właściwą?

Eliza Fryderyka Luiza Marta Radziwiłłówna nie pisała ani zwięźle, ani jej list nie wydawał się mieć konkretnego celu. Poza wyrażoną między wierszami prośbą o szeroko pojęte poparcie Johanna Amalia nie dostrzegła niczego konkretnego, choć długo zastanawiała się nad przeczytanymi słowami zarówno w kontekście listu od Marii Luizy jak i poza nim. Jaki cel miało pisanie do niej? Do szlachcianki z dobrego domu skoligaconego odlegle z Wettynami Albertyńskimi, ale nic ponadto? Jaki cel mogła w tym mieć panna, która jak się szeptało, rozgrzała serce drugiego z synów Fryderyka Wilhelma III? Na co mogła liczyć i co mogła usłyszeć?
Duża, ciepła dłoń Sebastiana nakryła jej drobną, zmarzniętą i drżącą nie z zimna a zdenerwowania.
– Jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
Pokręciła przecząco głową, a po chwili dodała jednak nieudolnie przekuwając myśli w słowa.
– Nic, o czym wiedziałabym na pewno. Ot moje głupie wątpliwości i wybujała, pokojowa wyobraźnia.
– Twoja wyobraźnia nie raz okazywała się bardziej polowa niż pokojowa, o ile pamiętam.
Spojrzała na niego wyzywająco, ale widać było, że stropiła się. Może wręcz zmartwiła, jakby ostatnie lata jednak ją zmieniły. Nie na zewnątrz, ale w środku i to w stronę, która niekoniecznie mu odpowiadała.
– Co nie jest przytykiem – zaznaczył więc pospiesznie. – W żadnym razie! Raczej… po prostu wolałbym wiedzieć, czy jadę tylko odwiedzać teściów, złożyć wyrazy uszanowania i powspominać z twoim bratem chociażby nasze paryskie poznanie się, czy może… no wiesz.
Skinęła głową i skrzywiła się. Szukała słów, a on gotów był dać jej tyle czasu, ile tylko by sobie zamarzyła, ale niestety reszta świata nie chciała czekać. Ostrożnie, powoli i z wyraźnym mozołem, okrężną, ale najbardziej płaską z możliwych dróg dojeżdżali już do wärzendurffskiej siedziby rodziny.
– Tylko list od zdesperowanej panny, która z jakiś powodów liczy, że coś mogę zdziałać, choć nie mogę, to po pierwsze. Po drugie nie wiem czy gdybym nawet miała możliwość jakoś wesprzeć jej sprawę, to chciałabym to zrobić… Nie wiem też, kto i co jej naopowiadał, kto zasugerował jej, że mogę zrobić cokolwiek lub w ogóle powiedział jej o moim istnieniu, ale wierzę, że poza mną i nią samą nikt nie zna treści jej listu. Może poza księżniczką Marią, ale ona jest daleko stąd.
– Marią?
– Marią z domu Sachsen-Weimar-Esienach, żoną księcia Karola syna Fryderyka Wilhelma III.
Przewrócił oczami.
– Wysoko.
– Tym bardziej nie widzę siebie w tym wszystkim. Z Marią Teresą nie miałam dobrych stosunków. Czy raczej nie miałam żadnych niemalże nim jej mąż nie wstąpił na tron Saksonii, a jeszcze tego samego roku zmarła. Wszelkie starania królowej Amalii, aby nas ze sobą zaznajomić choćby w listach spełzły zatem na niczym, a w kilka miesięcy później i ona umarła. Król Antonii kolejnej małżonki póki co nie wziął, a z nim samym ja kontaktu nie utrzymuję. Przez ostatnie cztery lata to Johann był bliżej dworu królewskiego, a nie ja i nie żałuję, choć jeśli nadarzy się okazja, to spróbuję odnowić stosunki najlepiej jak potrafię – nie zabrzmiała przekonująco mówiąc to i w istocie nie miała nawet pojęcia jak się za to zabrać. W duchu liczyła, że jej matka, przez cały czas obecna w okolicy Drezna i nieustannie pozostająca blisko królewskiego dworu, udzieli jej jakiejś rady. Z drugiej strony nie umiała zapanować nad obawami, niebiorącymi się znikąd, że to nadzieje próżne i wręcz naiwne. Przed laty wszak matka skreśliła ją w tym względzie. Uznała, że córka nie da rady sprostać byciu zaufaną dworu. I choć przecież Johanna Amalia udowodniła później, że jest inaczej, zawiozła list do Monachium i przestała spędzać w chorobie znamienitą większość czasu, to jednak Eliza Wärzner nigdy nie cofnęła swojego sądu. – Jakby nie było, to od kilkunastu lat mieszkam daleko na południu, z dala od wielkich spraw Królestwa Saksonii a co dopiero mówić o dworze pruskim! To w stosunku do pierwszych siedemnastu lat mojego życia nie uległo wielkiej zmianie i…
Zamilkła. Sebastian patrzył na nią spode łba. Nie uśmiechał się. W półmroku landary wyglądał chmurnie i złowieszczo. Potężny jak niedźwiedź mężczyzna, który na co dzień był duszą towarzystwa, jednym z tych sympatycznych ludzi, którzy nieznajomych zmieniają w serdecznych przyjaciół i przełamują wszelkie lody, nagle stał się uosobieniem gniewu. Przynajmniej dla niej.
– Bastianie…
– Jeśli wolałabyś zamieszkać w Monachium, w domu-
– Nie – przerwała mu. – Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Wystarczy mi rewolucji w moim życiu. Siedemnaście lat ja i wszyscy w około czekaliśmy aż w końcu choroby odeślą mnie na tamten świat i przez te lata nie oczekiwałam niczego innego tak naprawdę. A teraz mam nowy dom, mam męża, mam przygody, o których nie piszą nawet w najwymyślniejszych romansach, jakie czytałam. Monachium przez cały rok to na razie jak dla mnie za wiele. Nie narzekam i powinieneś o tym wiedzieć i…
Landara zatrzymała się. Zza drewnianych ścian słychać było nawoływanie i Johanna Amalia zamilkła. Była w domu. Jeszcze tylko dziedziniec i już.
– Cieszysz się – stwierdził bardziej niż zapytał.
Temat płynnie uległ zmianie. Tamto już się nie liczyło. Nigdy się nie liczyło, choć tak często powracało w ich rozmowach.
– Tak. Chyba.
Konie szarpnęły po raz ostatni. Zaskrzypiały koła, jęknęło drewno i ruszyli. Johanna Amalia poprawiła się na siedzeniu, przeczesała palcami nieufryzowane włosy, na moment dotknęła kolczyków i wstrzymała oddech.

Otulona satynowym płaszczem o futrzanym kołnierzu Frederike Sophie stała u szczytu niskich schodów i uśmiechała się. Wyglądała nienagannie - wyprostowana, w pięknej, niezobowiązującej sukni i uczesanych starannie włosach. Ledwie Johanna Amalia zeszła ostrożnie po stopniach landary, ona już zmierzała ku niej, uważnie stawiając kroki na mokrych stopniach, i witała ją ciepłymi słowami niczym siostrę. Johann Fryderyk szedł za nią, a wyraz jego twarzy pozostawał niezdecydowany. Uśmiechał się niby, ale w niebieskich oczach czaiło się coś niewypowiedzianego i trudnego do nazwania, co sprawiło, że Sebastian ponownie poczuł się dziwnie. Patrzył z góry na wszystkich, uśmiechał się i chwalił pannę, wciąż!, Frederike Sophie, zapewniał o tym, że podróż minęła im spokojnie, naprawdę, panno Frederike!, a w myślach zastanawiał się, co za wieści ma Hansei dla swojej siostry i jego samego, bo mowy nie było, aby rodzeństwo wykluczyło go ze swych planów. Jakiekolwiek one nie były.
– Wejdźmy do środka czym prędzej. Tam jest ciepło. Jesteśmy już po obiedzie, a do kolacji daleko, ale znajdzie się coś ciepłego dla was. – Frederike Sophie gospodarowała nimi zaradnie niczym pani domu. – Służba wie gdzie przenieść wasze bagaże. Niczego nie ruszano w twoich pokojach, Johanno. W ogóle, co to za pomysł podróżować w środku zimy! Rozumiem, że ci powietrze w górach służy i przezwyciężyło twoje choroby, a przynajmniej większość z nich, ale to szaleństwo! Już nawet nie z racji zimna, choć doprawdy pojąć nie umiem jak to znieśliście oboje, ale to po prostu niebezpieczne.
– I na szczęście już za nami – odparła Johanna. – Hans…
– Dobrze cię widzieć.
Frederike Sophie odstąpiła od nich, uśmiechnęła się do Sebastiana i skinieniem dłoni w rękawiczce zachęciła go, aby w ślad za nią wszedł do dworu, gdzie było cieplej i wiatr nie starał się wtargnąć pod płaszcze. Między rodzeństwo nie próbowała wchodzić, tylko zerkała wymownie, jakby liczyła, że zdrowy rozsądek w którymś z nich weźmie górę nad radością ze spotkania.
– Do pana, panie Sebastianie, też mam wyrzut, że pan na tę podróż pozwolił – stwierdziła, gdy zimny dziedziniec został za nimi, ale w jej głosie nie było gniewu. – O ile w Johannę i jej zdrowy rozsądek wierzyć wręcz nie mam podstaw, o tyle pan… doprawdy.
– Cóż ja mogłem? – zaśmiał się smutno i rozłożył bezradnie ramiona. – Cóż ja mogłem, panno Frederike? Zjeździłem nieco Europy, z tymi i owymi się w słowie i nie tylko ścierałem, ale nawet mój brat, żołnierz w końcu, uważa mnie za marnego w walce, a i ojciec wciąż powtarza, że do pewnych spraw nosa nie mam i wiele nauki przede mną i patrzenia mu na ręce. Jakże miałbym w takim razie przegadać Johannę?
– Mężowskim słowem?
– I tego trzeba mi się jeszcze nauczyć – roześmiał się, a ona zmarszczyła nos, ale już nie wypomniała mu ile lat już jest tym mężem.
Za ich plecami huknęły zamykane drzwi. Johanna wyplątywała się z futra, pospiesznie i nadaremne próbowała wygładzić wymiętą suknię, a Johann podekscytowanym półszeptem relacjonował jej coś, czego usłyszeć nie mogli.
– Zupełnie się nie zmienili, jakby czas się ich nie imał i nadal mieli po siedemnaście lat, tylko wtedy ona wyjeżdżała, a nie przyjeżdżała – Frederike Sophie szepnęła i pokręciła głową ni to rozbawiona, ni to zasmucona; Sebastian nie umiał tego stwierdzić.
– Hans, jeszcze będziecie mogli porozmawiać. Pozwól się swojej siostrze odświeżyć, odpocząć. Zarządzę, by podano posiłek w żółtym, jest najprzytulniejszy obecnie. Eugenia prosiła mnie, abym dała jej znać, kiedy przyjedziecie, bo bardzo chce się spotkać, jeśli by to było możliwe, ale to chyba najwcześniej jutro, prawda? I tak jest już późno, a ona mieszka obecnie w Dreźnie.
– Pisała mi, że przyjęła posadę guwernantki w dobrym domu w stolicy.
– Owszem. Częściowo za wstawiennictwem twojej matki zresztą. Tyle dobra od niej…
Johanna nie słuchała, a przynajmniej nie tak uważnie jak powinna, ale jej myśli swoim zwyczajem błądziły. Wzrok ślizgał się po znajomych ścianach, szukał różnic, znaków upływającego czasu, nowych trendów – drobiazgów, których nie było tu poprzednim razem lub takich, co zniknęły zużyte, zniszczone lub po prostu niemodne. Często nie była w stanie rozsądzić, czy coś się faktycznie zmieniło, czy to jej pamięć płata figle, przeinacza, wypacza i tworzy nieistniejące obrazy. Dopiero własne pokoje – salonik i przyległa sypialnia – ją uspokoiły. Tu faktycznie nic się nie zmieniło. Te same meble, te same książki – przyjrzała się grzbietom – i obrazy. Nawet zasłony. Brakowało tylko madame Lippold, ale jej brakowało już wszędzie i Johanna Amalia czuła coś na kształt wstydu, bo nie mogła zmusić się, by na myśl o tym było jej przykro. By zatęskniła do tej starszej, oschłej i wszystko wiedzącej kobiety, która przez lata stanowiła coś na kształt jej nauczycielki, opiekunki, powierniczki i niemalże całego świata zamkniętego w tych dwóch pokojach.
– Przyślę do ciebie Henriettę, chyba że wolisz swoją pokojówkę.
– Nie odnajdzie się tu szybko. To nie ona towarzyszyła mi ostatnim razem.
Nie, nie aż tak. Nie było tak tragicznie, jak niektórzy zwykli to malować. Siostra Sebastiana wysnuwała wnioski jak z książek, tworzyła cierpienie i samotność, które nie istniały, a przynajmniej Johanna ich nie czuła, bo i czemu by miała? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – śmiała się niekiedy uspokajając Annmarie bezpodstawnie przekonaną, że jej bratową skrzywdzono – podobnie z tym, czego one nie znają w ogóle.
– Mama i tata są w domu?
– Twój ojciec ma wrócić niebawem. Wyjechał w jakiś ważnych sprawach aż do Lipska. Pani Eliza natomiast udała się do Drezna i gdy wróci, pewnikiem od razu uda się spać. Długie, ciemne dni nigdy jej nie służyły.
Skinęła głową.
Nie twórz. Nie dorabiaj – nakazała sobie w myślach. – Zostaw to Sebastianowi.
– Zostawię cię teraz…
– Oczywiście, proszę. Przyjdę zaraz.
– Nie spiesz się. Po takiej drodze… – W śmiechu Frederike Sophie wciąż było słychać wyrzut i brzmiał on rozczulająco szczerze.

– Za twoje prośby i sam nie wiem co, to ja zgarniam burę, wiesz?!
– Przesadzasz. Kilka słów od Frederike nazywasz burą? – Johann Fryderyk prychnął i odwrócił się od okna, za którym znów zaczęło padać. – Droczyła się czy czepiała dla samego czepiania, zawsze tak miała, a z biegiem lat jest tylko gorzej. Staropanieństwo jej nie służy. Ciesz się, że nie widziałeś jej wkrótce po twoim ślubie z Johanną. Jeśli były w życiu Frederike rzeczy pewne, to tym jednym wydarzeniem wstrząsnęliście podstawami tego, w co wierzyła i te pewniki zburzyliście. W sumie wy i Eugenia. Bo najpierw ona cudem znalazła kogoś, kto może nie jest wielce majętny, ale mogą się utrzymać i w dodatku zdaje się, iż jest tam prawdziwe uczucie. Samo istnienie życzliwego jej człowieka nie dziwi, ale że doszło do małżeństwa, choć miała dziecko nie wiadomo z kim i tylko los łaskawy sprawił, że urodziło się martwe... A dwa lata później, Johanna w liście obwieściła, iż wraca do domu, czuje się dobrze, wręcz znakomicie. A wraz z tym listem nadszedł także twój, z prośbą o jej rękę, którą to prośbę ponowiłeś tutaj w taki sposób, że rodzice wciąż są pod wrażeniem. Czego jak czego, tego się Frederike nie spodziewała i była wściekła. Próbowała to zamaskować, ale zgadnij, na kim się jej gniew koncentrował?
– Opowiadałeś – zauważył nagle odzyskując humor. – Nie raz, ani nie dwa. Pod tym dachem i kilkoma innymi.
– Mogę i jeszcze tysiąc razy opowiedzieć, jeśli nadarzy się okazja. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, abym przystał na związek z nią, a przecież tylko ślepiec nie zauważyłby, że chodziło jej to po głowie. Może nadal chodzi… ale nie wiem co by takiego mogło przekonać ku niej ojca i matkę. Mam czas, by wymyślić jak pogodzić własną nieśmiertelność z byciem panem domu. Ty tego problemu nie masz… Są też ważniejsze sprawy – spochmurniał. – Wiem, że stronisz od polityki, wojen i wszystkiego co wiąże się z wielkim światem, ale o powstaniu słyszałeś?
Sebastian przytaknął.
– Jeszcze w styczniu odbyło się w Poczdamie spotkanie w tej sprawie. Teatrzyk nieco, ale jednak… póki co siedzimy, patrzymy i wierzymy, że raz dwa car wszystko skończy, tylko że nie kończy. Bitwa za bitwą i…
– Sprzyjasz powstańcom?
Słowa wyrwały się Sebastianowi z gardła nim je w ogóle przemyślał i zrozumiał skąd mu przyszły do głowy, skarcić się już za nie nawet nie skarcił, bo nie miało to sensu, skoro zostały wypowiedziane. Po prawdzie winne były luźne skojarzenia. Echa listów, rozmów odległych w czasie i przestrzeni tak bardzo, że niemalże nie byłych. Wtedy w Paryżu i później w Dreźnie, Monachium, Ettal, Wiedniu, w Stuttgarcie i Moguncji byli młodsi, byli głupsi, bardziej naiwni.
Johann był.
Teraz jednak było teraz.
Był rok 1831 a nie 1816. Napoleon już zmarł i już nikt nie knuł, jak to unieśmiertelnić wielkiego wodza, aby powiódł Europę ku świetlanej przyszłości. Niewielu z tamtych spiskowców wciąż żyło, aby móc rozpaczać nad niepowodzeniem planu i kląć na tych, co im przeszkodzili, wyklinać i mścić się na nich. Także Kongres Wiedeński i jego postanowienia zdawały się czymś, co okrzepło i zadomowiło się w świadomości ludzi – stało się normalnością, a mimo tego przyszło Sebastianowi do głowy, że Johann mógłby sprzyjać powstańcom.
– I tak, i nie – odparł Johann Fryderyk z mieszanymi uczuciami. – To bardziej skomplikowane. Słyszałeś kiedyś o Przepowiedni z Tolkemit?

Przyszli tuż przed pannami, służący bowiem rezolutnie pierw zapukał do nich i przeprosił za najście, ale podano do stołu, potem dopiero skierował się ku Frederike Sophie, a na koniec ku Johannie Amalii, jej dając najwięcej czasu. Zupełnie nie słusznie, bo zostawszy sama w swoich pokojach popadła w nostalgiczną zadumę, z której wynikło więcej złych niż dobrych myśli i lepiej byłoby, gdyby przerwano jej szybciej.

ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Krin » 03 lipca 2014, 13:23

Niektóre fragmenty czytało mi się świetnie, a niektóre potwornie. Wydaje mi się, że nie miałam problemów z koncentracją, a w ogóle nie ogarniałam kto co mówi i gdzie się znajduje. Szczególnie w tym drugim fragmencie. Ja rozumiem niechęć do powtarzanie ciągle imion, ale bez przesady. Musiałam się bardzo skupić, by cokolwiek zrozumieć.
Kilka innych rzeczy też mi jakoś nie pasuje:
próbował zgadnąć ilu szacownych gości, to zwykli wierni słudzy swych władców – królów i książąt. Ilu przeżyło tyle lat ile maluje się im na twarzy, ilu z nich wie o magii, ilu jej dotknęło, a ilu o niczym nie ma pojęcia i jest tu tylko po to, by zaznaczyć swoją obecność. Chciał wierzyć, że on jeden jedyny tkwi w tej pierwszej grupie.
Tego fragmentu też trochę nie rozumiem. Miał nadzieje, że jako jedyny należy do grupy będącej wiernymi sługami swoich władców?
[...]Znad niego na zebranych spoglądał Fryderyk II.[...]
Nie będę już kopiować całego tego fragmentu. Na początku zrozumiałam, że ten król stał na lub za kominkiem. Dopiero jak była mowa o pędzlu to się skapnęłam, że on już nie żył i to portret.
odezwał się pozbawiony ciała głos i choć zaskoczyć on musiał wszystkich, to nikt nie zaczął się nerwowo rozglądać.
Nie bardzo rozumiem w jakim sensie pozbawiony ciała. Duch? Ktoś kogo Johann nie mógł zobaczyć?

Jest tego jeszcze trochę, ale już nie pamiętam gdzie.

Zmusiłaś mnie też do przypomnienia sobie różnych faktów z historii. (To chyba nawet dobrze. :D) Powstania narodowe to akurat mój znienawidzony temat, ale przypominam sobie coś i to coś nie bardzo mi tu pasuje. Pozwól, że zrobię tu sobie małą rozkminę. Pewnie twoja znajomość historii jest większa, ale wtrącę swoje trzy grosze. Kto wie. Będzie w punktach bo łatwiej.
1. Zwycięża we Francji rewolucja lipcowa. Spiskowcy boją się wysłania Polaków do stłumienia powstania w Belgii. - Trochę dziwne, że nikt nie wspomniał o tych wszystkich walkach.
2. Wybuch powstania zostaje przyspieszony. Nie udaje się pojmać wielkiego księcia Konstantego. Brak poparcia wśród wyższych oficerów. Nikt nie chce objąć władzy nad powstaniem. Słyszałam nawet, że niektórzy mieszkańcy miasta słysząc nawoływanie do powstania prędko zatrzaskiwali okiennice. - Nie wygląda to zbyt groźnie.
3.Jakiś cudem udaje się wyzwolić Warszawę.
4. Władzę nad powstaniem obejmuje Chłopicki i prawie od razu (!) zabiera się za próby pertraktacji z carem. Ludzie wyższych rang pamiętają Księstwo Warszawskie i Napoleona. Pamiętają też, kto doprowadził do ich upadku. Nie wierzą w zwycięstwo. Są przerażeni tym, co zrobili uczniowie szkoły podchorążych. Chcą jak najszybciej skończyć to wszystko, by straty były jak najmniejsze. Zdaniem wielu historyków było to jedyne ogólnopolskie powstanie mające szansę na powodzenie, która została zaprzepaszczona przez niepewność dowódców. - Również mało groźnie to wygląda.
5. Car wcale nie chce pertraktować i żąda natychmiastowej kapitulacji.
6. 25.01.1831r. - Sejm detronizuje cara. Powstaje Rząd Narodowy. - Czy to już nie powinno się tam znajdować? Bo w końcu nie wiem jak długo oni tam jechali.
Nie mam wprawdzie pojęcia jakie ruchy dyplomatyczne były podejmowane i jakie panowały w Europie nastroje, ale ta reakcja wydaje mi się trochę naciągana. Może mnie oświecisz w tej sprawie.

Tak poza tym to podoba mi się ten lekko tajemniczy klimat. :) Ciekawi mnie czemu główny bohater zawdzięcza swój wygląd.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Joa » 06 lipca 2014, 21:41

*taka tam rozszerzona historia*
*taka tam matura rozszerzona z historii planowana na za rok*


Ekhe, więc, Marszo.

Jeju, Ty wiesz, że ja Cię lubię czytać. Mam ogromne zaufanie do Twojego pisania, do Twoich tekstów. Wiem, że będzie mi się dobrze czytało i że to nie będzie stracony czas. Wiem też niestety, że z komentarzem będzie trudniej, bo jesteś strasznie poprawna w tym jak piszesz. Nie popełniasz błędów, tekst jest estetyczny. Zawsze wyformatowany. Dobrze się prezentujący.
Twoje pisanie też jest na stałym poziomie. Nigdy nie schodzisz poza ten poziom, czasami teksty są ponad nim. Chyba nigdy nie czytała nic Twojego, co by nie było czymś dobrym.
Dlatego jest mi tak trudno, bo ile razy można pisać o tym, że dajesz sobie radę? Bang. Nie wiem, chyba piszę Ci to za każdym razem.
O tekście mogę napisać niewiele. To nie jest mój gatunek. Znów. Modyfikowanie przeszłości, tworzenie nowej przyszłości, takie tam... Nie moje. Nie lubię też powieści/opowiadań historycznych. Głównie ze względu na język, ten specyficzny, tak daleki od teraźniejszego. Trochę mnie męczy. U Ciebie jest on przyjemny. Właściwie przez tekst się płynęło, leniwie, powoli, ale ciągle, bez przestojów. Stałym tempem. To jest zaletą. Ja chcę go doczytać, a jak wiesz, w niektórych przypadkach teksty czyta się tak, że chce się przestać na kilku pierwszych akapitach.
Mogę Ci powiedzieć, że to nie jest mój ulubiony Twój tekst. Nie pasuje mi i język, i bohaterowie, którzy nie wzbudzają u mnie ani sympatii, ani antypatii, ani klimat. Bo klimat jest, jasne. Jest klimat tamtych czasów, są odpowiedni bohaterowie, język... Wszystko się zgadza. I ktoś, kto i lubi fantastykę, i właśnie taką modyfikację historii - jemu to się spodoba. Ja jestem pewna, bo to tekst bardzo dobry pod tym względem.
Nie pasuje mi, ale będę czytać, bo w sumie jest przyjemnie. I dużo się uczę, czytając Ciebie, Marszo.
Więc ja czekam, wiesz. Czekam też na jakiś inne teksty, niekoniecznie z historią związane lub sf. Czekam na coś innego.
Pozdro, weny, Marszo!
Bang, Joa.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Kruffachi » 13 lipca 2014, 10:20

Czekałam na ten tekst bardzo, o czym wiesz, i na razie jestem bardzo, bardzo ukontentowana :D Może nie najlepsza do komentowania "Upadku", bo chyba nieco za dużo wiem na starcie, ale bardzo, bardzo ukontentowana. W związku z tym pozwól, że skupię się głównie na wykonaniu, żeby przypadkiem czegoś przedwcześnie nie chlapnąć. Ale wiedz, że koncepcją Przepowiedni i powstania oglądanego z drugiej strony, z perspektywy całej Europy nadal jaram się niepomiernie i nieugaszalnie :D No i wiesz, na co czekam <3 XD

No więc nade wszystko podoba mi się język. Bardzo ładny, bardzo czytelny, bogaty i taki szlachetny, co oczywiście pasuje do warstwy społecznej, w jakiej się poruszasz, wysokich tematów, o które zahaczasz i ogólnie atmosfery tamtych czasów (no, przynajmniej atmosfery, która, jak sobie wyobrażam, panowała w tamtych czasach XD Żaden ze mnie Johann czy Johanna XD - swoją drogą, podobało mi się, jak subtelnie dajesz znać o tym "szczególe"). Podoba mi się szalenie to wejście w skórę "wroga", zaborcy i rozłożenie go na czynniki pierwsze, rozbicie, zerwanie z wizją umysłowości roju: pokazujesz różne postawy, różne przypuszczenia, obawy i nadzieje, a jednocześnie dajesz do zrozumienia, że to tylko jeden z wielu problemów Prus, że przecież w tym samym czasie zmagały się z problemami wewnętrznymi, że cała Europa żyła jeszcze powidokami ( ;) ) Napoleona. Świetne, barwa, miodek!

Jeszcze słówko o postaciach. Tu znów mam ten problem, że zwyczajnie wiem, na które powinnam zwrócić szczególną uwagę, więc to też odrobinę mi zaburza perspektywę, ale nie zmienia faktu, że ich po prostu lubię :) Najmniej na razie (bo tak chyba będzie najłatwiej) Johanna, ale za to jego siostra i Bastian mnie zdobyli bardzo, bardzo. Przy czym Johann to po prostu trochę nie mój typ postaci - żadną miarą nie sugeruję, że jest źle zbudowany czy że gdzieś popełniłaś jakiś błąd. Ja po prostu mam nieuzasadnioną, nieracjonalną czytelniczą awersję do tego typu bohaterów, o czym zresztą wiesz i ja wiem, że Ty masz z kolei odwrotnie (gadałyśmy kiedyś o filmowym Kilim w tym kontekście, nie? ;) ).

Jejuś, jak mnie zajarał ten tekst *_* Jaką on ma szansę odczarować mordęgę, która kojarzy się z tematami powstań narodowych w ogóle *_*

Naprawdę dobra robota! c[]!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 14 lipca 2014, 10:40

@ Krin
Szczególnie w tym drugim fragmencie. Ja rozumiem niechęć do powtarzanie ciągle imion, ale bez przesady. Musiałam się bardzo skupić, by cokolwiek zrozumieć.
Niechęci do powtarzania imion nie mam. :) generalnie daleka jestem od myślenia, że każde powtórzenie to zło. Ale zabawy językiem, jak jest na nie miesjce, owszem - lubię. :)
Tego fragmentu też trochę nie rozumiem. Miał nadzieje, że jako jedyny należy do grupy będącej wiernymi sługami swoich władców?
Powiedzmy. Tajemnica rozwija się powoli :)
Nie będę już kopiować całego tego fragmentu. Na początku zrozumiałam, że ten król stał na lub za kominkiem. Dopiero jak była mowa o pędzlu to się skapnęłam, że on już nie żył i to portret.
Fryderyk drugi zmarł jeszcze w XVIII wieku, więc tak ten :P I w sumie biorę tę uwagę na plus. Stary Fritz wielkim człowiekiem był i jeśli wyszło, że on tam jest bardziej realny, niż jako cień, to super. Miał wywierać na zgromadzonych wrażenie, a jak się udzieliło czytelnikowi, który ma prawo z góry wiedzieć, że od bez mała 50 lat Fritz nie żyje, to... :D Cieszam się.
Nie bardzo rozumiem w jakim sensie pozbawiony ciała. Duch? Ktoś kogo Johann nie mógł zobaczyć?
Dokładnie to ostatnie. Jak pisałam, ciemnawo było i pewno kogoś stojącego w kącie dostrzec by się nie dało. Więc jest sam głos.

Co do punktów historycznych, to generalnie podałaś to z polskiego punktu widzenia. Odrobinę z rosyjskiego. A Związek Niemiecki na to... :P Poza tym akurat działania Prus - blokowanie kont bankowych itd - i Austrii - w sumie takie same - są faktem. Chyba anwet za oceanem robiono zbiórki pieniedzy dla powstańców, o ile dobrze pamietam; wydarzenia za oceanem mało mi tu były potrzebne, skoro poruszam się głownie po podwórku zwanym Królestwem Saksonii. :)
Plus jesteśmy w dziale fantastyka, więc należny spodziewać się niespodziewanego.
Kujam za wszelkie refleksie i pokarm do myślenia :D


@ Stojke
cóż ja ci mam napisać, poza "kujam!" :D dunno. To że chcesz czytać, mimo że pod wieloma względami tekst nie leży w kregu tego co czytać lubisz, cieszy mnie niezmiernie :heart:


@ Kili
No i wiesz, na co czekam <3 XD
kie, kie, kie. Będzie :D
swoją drogą, podobało mi się, jak subtelnie dajesz znać o tym "szczególe")
Uffff. Bo miałam pisząc wrażenie, że może zamiast subtelności wychodzi mi wciskanie tego gdzie się da, bo pojawia się kilkakrotnie xD
Przy czym Johann to po prostu trochę nie mój typ postaci - żadną miarą nie sugeruję, że jest źle zbudowany czy że gdzieś popełniłaś jakiś błąd. Ja po prostu mam nieuzasadnioną, nieracjonalną czytelniczą awersję do tego typu bohaterów, o czym zresztą wiesz i ja wiem, że Ty masz z kolei odwrotnie (gadałyśmy kiedyś o filmowym Kilim w tym kontekście, nie? ;) ).
Yup. xD chociaz nie powiem, Hansowi czasami mam ochotę skopać dupsko, ale się chłopak wyrabia... jest dla niego nadzieja xD
Jaką on ma szansę odczarować mordęgę, która kojarzy się z tematami powstań narodowych w ogóle *_*
c[_]! :D


Pukanie wyrwało Johannę Amalię z zamyślenia czy może raczej z półsnu, w jaki zapadła. Otuliła się szczelniej kocem, choć nie było zimno. Początek kwietnia okazał się zaskakująco łaskawy. Ogrody wärzendurffskiego dworu zieleniły się z dnia na dzień coraz bardziej, ulewy, burze i piękne słońce zaplatały się w szalony warkocz zmiennej pogody, raz po raz psującej ich plany. Trzy razy Eugenia przekładała swój przyjazd czy to z racji słoty, która rozmyła drogę, czy to przez chorobę, która ją dopadła gnana rześkim wiatrem oraz gęstym deszczem.
– Proszę!
Drzwi uchyliły się i blask świecy oświetlił zdobiące je złocenia, zaburzył układ cieni na ścianach, lecz nie był w stanie konkurować z płonącym na kominku ogniem.
– Nie śpisz? – Głos Elizy Wärzner był cichy i zmęczony.
– Mamo! – Poderwała się z miejsca. – Kiedy wróciłaś?
– Chwilę temu, ale nie chciałam stawiać na nogi całego dworu. Równie dobrze można poczekać z tym do rana.
– Frederike będzie niepocieszona.
– Ale przynajmniej wyspana i bez brzydkich cieni pod oczami.
Johanna Amalia skuliła się w sobie, mocniej zacisnęła dłoń na kocu, co pomimo ciepłego półmroku w saloniku nie przeszło to niezauważone. Eliza Wärzner pokręciła głową, zatańczyły zmęczone całym dniem loki równie jasne jak u jej córki, a powieki opadły na szare oczy. Cicho zamknęła drzwi i stawiając krótkie kroki podeszła do sofki. Usiadła i skinęła na Johannę Amalię.
– Tak, powinnaś spać, ale nie zamierzam ci tego wypominać – odezwała się. Cisza uśpionego dworu dusiła jej słowa, nakładała się na zmęczenie i sprawiała, że głos stał się w zasadzie szeptem. – Dość życia przespałaś, jeśli się nad tym zastanowić. A mi jest na rękę, że nie śpisz i możemy porozmawiać teraz, gdy nikt nie czeka aż skończymy, nie wie nawet, że jesteśmy tu razem. Frederike również. Nie stój tak, usiądź. – Sięgnęła po kielich z resztką wina. – Pozwolisz? – Upiła łyk i odstawiła go równie ostrożnie jak wcześniej stawiała kroki. – Zaskoczyła mnie twoja decyzja o przyjeździe. Tak nagle i w dodatku jeszcze w zimie…
– Już Frederike zrugała mnie i Sebastiana za to – Johanna Amalia roześmiała się, lecz na próżno byłoby szukać na jej twarzy rumieńca wstydu.
– Domyślam się. Twój list z Norymbergi zupełnie mnie zaskoczył i wystraszył.
– Mamo…
– Cii, Johanno. Czasy nastały dość spokojne, ale jaka kobieta decyduje się na taką podróż bez naprawdę wyjątkowego powodu? Zwłaszcza, że z twojego listu nie wynikało, że przyjedziesz z Sebastianem. To dopiero napisałaś w kolejnym i jedynie chwała ci za to, że wysłałaś go ledwie pięć dni później, inaczej, pewnikiem, wyjechałabym ci naprzeciw, byle tylko szybciej dowiedzieć się, co takiego się wydarzyło… Nie wierzysz mi?
Nie przytaknęła ani nie zaprzeczyła. Sama nie wiedziała czy wierzy, czy też nie i czy w ogóle ma to jakieś znaczenie. To była dziwna rozmowa. Inna niż większość tych, które odbyła z matką jeszcze nim pierwszy raz wyjechała do Bawarii czy wtedy, gdy wróciła tu niemal dziesięć lat później. Wtedy matka była bardziej odległa, jakby wciąż nie odnalazła się w nowej dla nich obu sytuacji, a Johanna Amalia była jeszcze bardziej zagubiona. Teraz wszystko zdawało się być inne, lecz co dokładnie się zmieniło, tego nazwać nie umiała.
– Masz prawo, ale proszę nie testuj moich słów w przyszłości. Z upływającymi latami takie nerwy mi nie służą… a ty nic się nie zmieniłaś. Choć nie… wyglądasz lepiej, zdrowiej. To dobra zmiana. Małżeństwo ci służy.
Uśmiechnęła się. Słowa cisnęły się jej na usta, bo wszak nie małżeństwo, nie góry – nie tylko to składało się na jej obecny stan, marzenia i plany. Przez moment czuła, że może o tym wszystkim opowiedzieć matce, ale koniec końców nie przerwała milczenia. Coś w niej drżało i była pewna, że Annemarie umiałaby znaleźć dla tego dobrą nazwę i wyjaśnienie, ale ona nie była siostrą Sebastiana a jego żoną; nie potrafiła w pełni zanalizować własnego strachu i nadać mu imienia.
– Może jednak zostanę babcią?
Zadrżała i przygryzła wargę pod uważnym spojrzeniem matki. Nie zaprzeczyła i nie przytaknęła – znowu – choć wiedziała jak brzmi odpowiedź na to pytanie.
Nie, nie zostaniesz, póki zaklęcie gwarantujące moją nieśmiertelność jest aktywne. Ciąża to zbyt wielka zmiana w organizmie, by była możliwa – tak by ujęła to w słowach, gdyby zmusiła się do nich, ale milczała. Nie miała pojęcia, co matka wie o magii i jak się na nią zapatruje. Że ojciec wiedział – niczego nie przesadzało. Że kilka książek w bibliotece o tym traktowało – również. Eliza Wärzner mówiła tymczasem dalej, nieświadoma rozterek córki.
– Bo twój brat do ożenku się nie pali, a ojciec nadal folguje mu w tym względzie. Starszy kawaler to wciąż dla młodej panny łakomy kąsek i nie wątpię, że gdy w końcu uznają, że nadszedł czas, to nie będziemy mieć problemu ze znalezieniem odpowiedniej kandydatki, ale czasami zastanawiam się, czy tego dożyję–
– Mamo!
– Nie trzeba być obłożnie chorym by umrzeć, Johanno. Nie trzeba być nawet przygiętym do ziemi przez nadmiar przeżytych lat. Trzeba myśleć o przyszłości bez siebie, przygotowywać ją póki ma się czas.
– Do czego zmierzasz? – pytanie wyrwało się jej nagle i zaskoczyło ją samą.
– Jak zwykle bezpośrednia. A już myślałam, że minione lata stępiły tę cechę twojego charakteru i mego zaniedbania w wychowywaniu cię. Do czego zmierzam? Do uporządkowania spraw między nami dwiema. Póki żyje twój ojciec, ja jestem panią tego domu, gdy on odejdzie, co nie nastąpi szybko, a przynajmniej taką mam nadzieję, zostanie nią żona Johanna. Jednak, jeśli do tego dnia ona się nie pojawi, to będziesz nią ty, choć zapewne tytularnie jedynie, zważywszy jak daleko mieszkasz. Jeśli zdarzy się, że twój brat umrze przed tobą i nie zostawi potomstwa, to dwór i ziemie również przejdą na ciebie, to już postanowione.
Skinęła głową.
– Mam zamiar ustanowić rentę dla Frederike – ciągnęła Eliza – i liczę, że to uszanujesz.
– Ja nie mam-
– Masz bardzo wiele do powiedzenia w tej sprawie, Johanno. Nie wiem, co słyszałaś, nie wiem co ci opowiedziano wprost i nie wiem co sobie sama do tego dopowiedziałaś. Nigdy nie pojęłam jakimi ścieżkami chadza twoja wyobraźnia, ale przed chwilą powiedziałam ci, że moją następczynią w tym domu jesteś ty, o ile twój brat nie ożeni się. Renta dla Frederike, to jedyne, co mogę jej przyobiecać za lata, które spędziła ze mną jako przyjaciółka, powierniczka i pierw dziewczyna, a później kobieta, dzięki której mogłam realizować się. Ty bowiem ledwie wyzdrowiałaś na dobre już sama znalazłaś męża, przeciwko któremu złego słowa powiedzieć nie mogłam.
Eliza odetchnęła głęboko. Tym razem już bez pytania sięgnęła po kielich. Wina w nim było tyle co na jeden łyk i szybko rozejrzała się za karafką. Uśmiechnęła do jej zawartości, dolała i usiadła wygodniej.
– Od razu mi lżej – roześmiała się i było w tym coś zupełnie dla Johanny Amalii obcego.
Jakby już nie patrzyła na własną matkę, kobietę, której słowo było w tym domu prawem. Tę, co odwiedzała ją częściej lub rzadziej, wyrażała swe zmartwienie i umykała ku Frederike i Eugenii. Pani Wärzner i pani Schielke pierwszy raz patrzyły na siebie na prawdę. Zniknęły złudzenia, zbudowane mury zależności, ograniczeń mniej lub bardziej wyimaginowanych, żalów, smutków i niezrozumienia.
– Przyjechałaś przez Johanna, prawda? – zapytała Eliza z nową energią.
Johanna Amalia przytaknęła.
– Na wschodzie jest niebezpiecznie, mam nadzieję, że nie zamierzacie się tam wybierać?
Zawahała się nim zaprzeczyła.
– Nie dziw się, Johanno. Mam oczy i uszy, nie jestem tylko panią domu organizującą przyjęcia i wiesz o tym. Historia nie zapamięta tego, co dla niej zrobiłam tak, jak nie zapamiętała żadnej z naszych poprzedniczek, ale to nic nie znaczy. Jeśli łudziłaś się, że nic nie wiem o tym co zimą i wiosną 1817 ty, twój brat i twój obecny mąż wyczynialiście, to możesz przestać. Nie znam szczegółów, ale wiem, że nie przesiedzieliście tego czasu spokojnie w Alpach. Południowa Francja? Szwajcaria? Nie patrz tak na mnie. Nie pytam o nic i nie zapytam, ale chcę abyś wiedziała, że nie wierzyłam w ciebie. Gdy podjęłaś się tamtej podróży byłam pewna, że nigdy z niej nie wrócisz, że nie dotrzesz nawet do Monachium i nie zdołasz przekazać powierzonych ci listów. Myliłam się, przyznaję to, ale moje myśli nie były bezpodstawne, a co ważniejsze, teraz się nie liczą. Twój ojciec i brat mają swoje plany, swoje rozmowy i mnie do nich nie dopuszczają. Może to i lepiej, ale…
– Nic nie wiem… Johann opowiedział mi o Poczdamie, o Almerichu Lammercie, ale nie wiem czy ty o nim słyszałaś. Chciał, Johann, abym przyjechała do domu, ale czemu, tego nie wiem. On sam chyba nie wie. Wiedział w Poczdamie, teraz już nie, a puszczone w ruch koła się toczą i… Fredrike…
Cisza w saloniku była gęsta i ciepła. Nie narzucała się i nie błagała, aby ją przerwać, a zamiast tego snuła się sennie i można by przypuszczać, że jej intencją było uśpić swych gości, odwlec kolejne słowa do szarówki świtu, a może i jeszcze dalej. Johanna Amalia tarła zmęczone oczy. Coś chciała powiedzieć, ale myśl się jej urwała i zagubiła w gąszczu niezrozumienia. Chyba współczuła Frederike, ale do tego wniosku doszła, gdy już leżała w łóżku i wpatrywała się w ciemność.

– Stoczek i Dobre, Kałuszyn dwukrotnie i podobnie Wawer, Nowa Wieś, Nowogród i Białołęka. Olszynka Grochowska-
– Tu się pan zapędza. Tam bitwa pozostała nierozstrzygnięta! Kałuszyn również, o ile mi wiadomo!
– Ale kto to lepiej wykorzystał? Przecież to już widać i piszą o tym! Ci… ci…
– Polacy – Johann odezwał się pierwszy raz od dłuższej chwili.
Spojrzenia rozmawiających skupiły się na nim i zdziwienie odmalowało się na twarzach dostojnych mężów swoich żon, panów przez większe i mniejsze P, a przede wszystkim mężczyzn, którzy niejedno widzieli. Mówiący, któremu zabrakło słów, szlachcic niemalże spod Zwickau, który tu odwiedzał swych dalekich krewnych, zmierzył go spojrzeniem na poły zagniewanym, na poły zaskoczonym. Zerknął na swego towarzysza, jakby w nim szukał pomocy – wskazówki. Johann Fryderyk zmrużył oczy.
– Chcą zburzyć spokój w Europie! – odezwał się w końcu, nie znalazłszy ratunku w nikim, a Johann odetchnął ciężko, pokręcił głową i odszedł na drugą stronę pomieszczenia poszukać innej dyskusji.
Mniej wojennej, mniej go interesującej, bo przysłuchując się tym debatom o strategiach, o wojsku i o bitewnych cudach, o tym kto gdzie nie był, gdy Napoleon szedł przez Saksonię, z trudem gryzł się w język i równie ciężko przychodziło mu zachowanie tajemnicy. A przede wszystkim było mu wstyd, że gdzieś w głębi ducha wciąż wspomina Napoleona, jako kogoś kto tak bardzo wiele mógł zdziałać dobrego, tak wiele zdziałał i na nic miały się argumenty Johanny, przytaczane historie i fakty. Słuchając rozmów wokół siebie czuł jednak, jak bardzo uzasadnione było podejrzenie Sebastiana.
– To zaraza…!
Zamarł. Myśli wróciły mu do Poczdamu, do wieczoru po bezsensownym głosowaniu. Siedzieli z Almerichem w jednym pokoju, zwabieni do siebie siłą, którą chciał nazywać przypadkiem, a mimowolnie i tak określał przeznaczeniem. Byli na siebie skazani przez własną ciekawość i poczucie wyższości. Almerich prychał i fukał rozbawionym oburzeniem na lewo i prawo. Wyśmiewał farsę i wytykał rzecz oczywistą: było drugie spotkanie.
– Hansel, pomyśl o tym. Zebraliby się sami, to poszłaby plotka, ktoś mógłby się wywiedzieć i zacząć zadawać niewygodne pytania, dłubać i grzebać tam, gdzie nie powinien. A tak czysta sytuacja. Sproszono wszystkich pół tajnie i w wielkiej sprawie. Nieoficjalnie póki co, jakby w przygotowaniu do przyszłości, by tam mówić jednym głosem; głosem niemieckim. I wszyscy są zadowoleni jakby właśnie wyruchali największą cnotkę w zagrodzie, a tak naprawdę tuż pod ich nosami odbywa się spotkanie właściwe. To, gdzie spróchniali, przekonani o swej wyższości i wiedzy powiernicy debatują, w którymś z pokoi pałacu nad tym co dalej? Co w świetle przepowiedni, czy jak to tam chcesz nazywać!, począć?! To, na którym podjęte zostaną naprawdę liczące się decyzje. Jakbym chciał, to pewnikiem wkręciłbym się na to spotkanie i miał rzadką okazje prześmiać ich, ale… – Wzruszył ramionami dając do zrozumienia, że wcale mu na tym nie zależy. – Wśród nich jest nawet drugie ucho Fryderyka Wilhelma. Dobrze już zasuszone, bardzo ostrożne i pozornie w ogóle z Prusami niezwiązane. Jestem pewien, że ma mnie on za głupka i niech tak sobie pozostanie.
Johann nie wątpił, że tak właśnie było, a ich dwóch pominięto z różnych powodów, co jednak niczego nie zmieniało. Wstał i przeciągnął się. Strzeliły mu stawy, jakby w proteście wobec wilgotnej zimy zatęskniły za suchymi, siarczystymi mrozami i mimowolnie skrzywił się.
– Po pierwsze – powiedział powoli i wyraźnie – wyrażaj się. Cnotka w zagrodzie, co to za określenie?
– Specjalnie dla ciebie ugrzecznione, Hansel.
Nie skomentował zdrobnienia. Już dawno nauczył się nie zwracać na nie uwagi.
– Ugrzecznij bardziej.
– Po co? Żeby mnie zapraszali na swoje tajne spotkania? Podziękuję! – prychnął. – Z ich gadania nic nie wynika. Powiedzmy, że uznają wyższość tłumaczenia A nad B i co z tego? Co może Hanower, co może Szlezwik? Póki Prusy mówią jedno, póty reszta może sobie nagwizdać. Nie krzyw się, taka jest prawda: Rzeczpospolita jest zgubą nas i całego świata tak, jak to przepowiedziano.
Nie śmiał się kłócić z pierwszym stwierdzeniem ani tam, ani na drezdeńskim salonie, gdzie nikt nie wiedział... A może wiedział? Może wiedzieli wszyscy, tylko jeden z drugim chcieli wydawać się mądrzy? Za wszelką cenę próbowali wynieść się ponad wierzenia, bajdurzenie przesądy i przepowiednie właśnie? Zatonąć w mądrościach i prawdach naukowych? Zrezygnowany uśmiech uniósł mu kącik ust. Tak tu jak i tam nie liczono się z jego zdaniem, a on ze wszech miar starał się dotrzymać słowa danego ojcu i nie unieść się niepotrzebnie, nie wykrzyczeć swoich myśli, jak to niegdyś uczynił w domu nie raz, gdy chodziło o Napoleona i Polaków właśnie. Złośliwie historia zdawała się obrać ten naród za jedną ze swych osi i tam, gdzie jedni upatrywali złej wróżby on widział szansę. Almerich mógł mówić co chciał, Johanna również, a on czuł inaczej.
– Panie Wärzner!
Półkrzyk kulturalny przywrócił go do tu i teraz, nakazał się skupić, rozpoznać i zanurzyć w codzienności. Alexander Pffeifer zbliżał się do niego stawiając długie kroki, jakby się z kimś ścigał. Uśmiechał się, a gdy już stali obok siebie w odległości sprzyjającej rozmowie skinął głową w niemej, oszczędnej, ale wyraźnej oznace szacunku.
– Moja żona prosiła, abym pana pozdrowił, jeśli tu pana spotkam. Jest wielce wdzięczna za zaproszenie i zdaje się, że nic jej nie powstrzyma przed przyjazdem do Wärzendurffu pod koniec tygodnia. A przynajmniej ja próbował nie będę.
– Proszę pozdrowić ode mnie Eugenię – odparł.
– Nie omieszkam. Ucieszy się wielce.

Radości Eugenii Pffeifer z domu Brhems starczyło do dnia wizyty i wysiadając z otwartego powozu na dziedzińcu wärzendurffskiego dworu promieniała. Przyglądała się murom, w których spędziła tyle lat i tyle wspomnień z nimi wiązała, że nie starczyłoby jednego popołudnia na opowiedzenie choćby tylko tych najważniejszych. Nie wszystkie były piękne, dobre i z mądrością dla innych. Co to, to nie, ale Eugenia nie widziała powodu, aby w swych pomyłkach szukać zła. Wolała myśleć o ręce przeznaczenia, która pchnęła ją, gdy należało i pozwoliła znaleźć męża troskliwego i kochanego. Przykładając dłonie do ust i starając się powstrzymać łzy, spoglądała na znajome drzwi, na ogród i okna, na Frederike Sophie u stóp schodów i Johannę Amalię w progu.
– Tyle lat! – szepnęła i zachłysnęła się powietrzem. – Tyle długich lat, Johanno.
– Eugenio – Frederike Sophie odchrząknęła, ale tyle z tego przyszło, że pani Pffeifer spojrzała na nią, uśmiechnęła się przepraszająco i ze szklącymi się oczami wzięła Johannę Amalię w ramiona.
– Tyle lat, a ty promieniejesz. Tak się cieszę…
– Ja również, Eugenio.
Słowa rwały się pani Pffeifer na języku, coś próbowała powiedzieć, ale gubiła się, wahała pod uważnym spojrzeniem Frederike Sophie, krygowała i walczyła z samą sobą.
– Alex nie mógł przyjechać – odezwała się, w końcu odsunąwszy się od Johanny. – Ale bardzo tego żałował. Zamiast niego przyjechał ze mną nasz znajomy, chwilowo przebywający w Dreźnie.
Trudno było stwierdzić, do kogo zwraca się pani Eugenia. Niby starała się spoglądać na Johannę Amalię, a jednak wzrok umykał jej ku Frederike Sophie i w tych krótkich chwilach, kiedy ich spojrzenia się krzyżowały, zająkiwała się, uśmiechała przepraszająco i czym prędzej uciekała spojrzeniem ku Johannie Amalii.
– Pan Adam jest tu tylko przejazdem, ale bardzo się mu Drezno spodobało…
Milczący do tej pory jegomość skinął głową. Nieprzesadnego wzrostu górował jednak nad Eugenią oraz Johanną Amalią i sprawiał wrażenie wyższego niż był. To po części również z racji szczupłej budowy.
Postawiony przy Sebastianie wyglądałby jak sosenka koło dębu – przeszło Johannie Amalii przez myśl, gdy mierzyła go wzrokiem.
– Doprawdy, panie… Adamie?
– Owszem, pani…?
– Panno Huenecke – odparła Frederike Sophie. – Odwiózł pan tylko naszą drogą Eugenię, czy pozostanie pan na kilka dni w gościnie?
– Nie chciałbym się narzucać-
– Johanno, to chyba nie będzie problem?
Mężczyzna nienachalnie, ale na pewno w sposób trudny do przeoczenia, wodził spojrzeniem od jednej damy do drugiej i Eugenia cichutko zachłysnęła się powietrzem.
– Adamie – odezwała się pospiesznie – pozwól, że ci przedstawię. Pan… ni Johanna Amalia Wä… Schielke, córka naszych gospodarzy tutaj oraz Frederike Sophie Huenecke – zawahała się, zabrakło jej słów na chwilę – moja droga przyjaciółka, z którą przez lata korzystałam z opieki i gościny domu Wärznerów.

Johann złożył ręce za plecami i w milczeniu przyglądał się dziedzińcowi z wysokości okna na pierwszym piętrze. Nie widział większości twarzy ze swojego miejsca niemal na krańcu skrzydła budynku, ale bez trudu dostrzegł osobę niepasującą. Alexander Pffeifer był mężczyzną przeciętnego wzrostu i konkretnej postury. Trzy lata starszy od Johanna miał okazję wziąć udział w bitwach, choć nie było ich wiele i nie dawały się te jego wystąpienia nazwać chwalebnymi. Oddać mu należało, że nie próbował swoich dokonań przekłamać i bezpodstawnie nadać im większej wagi. Bez zbędnych słów szybko przyznał kiedyś, że trzy razy poszedł w pole. Pierwszy pełen werwy i zapału, jak głupi szczeniak, którym przecież był, drugi pełen obaw i dumy doświadczonego w boju żołnierza, do jakiej nie miał prawa, trzeci skończył się dla niego tragicznie, przez co do czwartego nie doszło. A mimo tego Johann zazdrościł mu. Chciałby móc powiedzieć, że choć tyle zrobił.
Teraz nie miało to większego znaczenia.
To nie Alex Pffeifer przyjechał z Eugenią. Mężczyzna, który podawał jej dłoń, kiedy wysiadała, był zbyt szczupły i nijak nawet na krewnego nie wyglądał. Przyglądając się mu z daleka, Johann zmarszczył brwi. Nie podobało mu się, że nie ma pojęcia, kogo takiego przyjdzie mu gościć w swoim domu.
– Tato…
Heinrich Wärzner mruknął przyzwalająco nie odwracając spojrzenia od rozłożonych przed sobą dokumentów.
– Pozwolisz, że się oddalę. Przyjechał ktoś mi nieznany, chciałbym dowiedzieć się kto to. W Poczdamie naprawdę nie wydarzyło się nic więcej, a przynajmniej nic, w co by mnie wciągnięto. Także w ostatnich listach niczego nowego mi nie napisano. W zasadzie poza wystąpieniem delegata króla pruskiego, to nie zdarzyło się tam nic marginalnie wartego uwagi i zastanawiania się nad głębszym znaczeniem tego.
– Ale mówisz, że nie był to żaden ze znanych ci szlachciców.
– Nie – odpowiedział spokojnie i poczuł się źle, usłyszawszy jak przekonująco zabrzmiał – ale nie znam nawet piątej ich części z nazwiska, co dopiero z twarzy, a nikt się tam nie przedstawiał – wyjaśnił, jakby to miało jakieś znaczenie, a nie było jedynie wygodnym usprawiedliwieniem i odwróceniem uwagi. Nie zamierzał się jednak przyznawać do znajomości z Lammertem. Tyle lat o niej milczał i trzymał ojca w ciemności, że zmienianie tego teraz mijało się z celem. – Pozwolisz?
– Idź.
Skinął głową, co pewnikiem przeszło niezauważone i wyszedł. Krótki dystans między oknem a drzwiami pokonał w kilku starannie odmierzonych krokach. Nie za krótkich ani nie za długich – nie uciekał, choć poczucie wstydu paliło go.
Tak to przyłączył się do siostry i pozostałych w bibliotece, gdzie pośród okalających pomieszczenie regałów z książkami, wznoszących się na wysokość dwóch pięter, pan Adam opowiadał o swoich podróżach, o spotkanych ludziach i dziwach tego świata, a Eugenia przysłuchiwała się temu zauroczona. Zerknął na siostrę ciekaw, co ona na to, czy odezwie się, wytoczy ciężkie działa półprzypuszczeń, wybada grunt, sprawdzi, czy pan Adam tylko w mistykę, duchy i czary lubi się w słowach zapędzać i twierdzi, że w nie wierzy, czy też może miał dość odwagi, aby ich spróbować. Ona jednak siedziała wpatrzona w przestrzeń i milczała. Cokolwiek działo się w jej głowie pozostawało tajemnicą – jak zawsze.
– Zatem jedzie pan na wschód? – dudniący bas Sebastiana wszedł w słowo gościa.
– Owszem, to się chyba rozumie samo przez się!
Sebastian mruknął pod nosem coś, co pewnikiem nigdy nie miało nawet udawać słowa. W przeciwieństwie do Johanny Amalii nie wyglądał na zadumanego nad czymś głębokim i trudnym do nazwania.
– A zostawił pan kogoś za sobą?
Pytanie wzięło gościa z zaskoczenia. To było widać w jego gestach, słychać w milczeniu, a przede wszystkim rzucił się w oczy jego wzrok gwałtownie ześlizgujący się z Sebastiana, wędrujący ponad lśniącym blatem stołu, na moment zatrzymujący się na karafce, na świetle wiosennego dnia załamującym się na zdobiących ją rżnięciach, a potem mknący dalej ku Johannie Amalii i na niej, zupełnie tego nieświadomej, zatrzymujący się na dłużej. To wszystko Johann zauważył i zadrżał, nie dlatego, że ów mężczyzna, według słów Eugenii i jego własnych poręczeń, człek oczytany, nauczyciel, szlachcic a przede wszystkim wielki poeta, patrzył na jego siostrę, ale dlatego, że on sam zwrócił uwagę na tak wiele detali i każdemu na poczekaniu nadał milion imion i interpretacji. Czkawką myślową powróciły do niego te ciemne, poczdamskie wieczory, podczas których Almerich mu tłumaczył – belferskim i obraźliwym tonem – to, czego on, Johann, nie tyle nie rozumiał, a czego zrozumieć nie chciał, woląc udawać, że nic się nie dzieje i nie ma trzeciego dna. A teraz? Ot tak? Bo tam byli ludzie wielcy, nominowani, a tu? Pan Adam. Poeta znamienity, choć tego nie wiedzieli w pełni, bo choć język niemiecki nie był gościowi obcy, to jednak tworzyć w nim nie tworzył.
– Matkę moją i choć serce do niej tęskni, to są rzeczy ważniejsze.
Eugenia przytknęła dłoń do ust, ale nie spuściła wzroku. Frederike Sophie zaś zmrużyła oczy.
– Ojczyzna na przykład.
– I dlatego zostawia pan za sobą wszystko? – Sebastian nienachalnie pytał dalej.
– A czy można inaczej? Jakie ma znaczenie cokolwiek innego i czym jest życie w niewoli, pod butem okrutnym, cisnącym do ziemi kark tak mocno, że kiedyś musi się on złamać z chrzęstem, a wtedy…
Johann Fryderyk zacisnął dłoń w pięść. To były słowa wypowiadane z głębi serca i bez odniesienia, a jednak…
A kto was wtedy kraiki malutkie, kupieckie i sztuk ostoje ochroni przed carem lub przed kolejnym szalonym Francuzem? Kto?
…odetchnął.
– Ojczyzna to miłość największa i najpierwsza, od niej kolejne są uzależnione. Serce pierw ku niej się kieruje, potem dopiero w inne strony spogląda. Wszystko to serce.
– Walczył pan wcześniej? – Johann Fryderyk odezwał się nim zdążył pomyśleć czy to rozsądne.
Krytyczne spojrzenie Frederike Sophie wgryzło mu się w krtań, ale nie spuścił wzroku, nie cofnął swoich słów i nie stłumił zainteresowania. Czas wokół nich zwolnił. Pozornie jedynie, ale dla nich, zamkniętych w jego bańce, na te kilka sekund rozciągniętych w minuty, pozostawało to bez znaczenia. Patrzył na pana Adama i tak samo patrzyli Sebastian i Frederike Sophie. Nie zgadywał, co któremu chodzi po głowie, choć gotów był się założyć, że były to rzeczy diametralnie różne, tak jak różni byli oni wszyscy tutaj.
– Nie. Niestety! – westchnął ciężko pan Adam. – Młodość, choroba… Za późno się urodziłem, niestety. Odżałować tego nie mogę.
– Jak ktoś mi znany…
– Frederike! – Johann zaprotestował gwałtownie, Eugenia uśmiechnęła się przepraszająco do Adama, a Sebastian roześmiał głośno.
– A co racja, to racja – wydusił z siebie pomiędzy kolejnymi wybuchami rozbawienia. – Jakbym Johanna sprzed nastu lat słyszał. Dokładnie takie same słowa chyba wypowiedziałeś, Hansei, w Paryżu, co nie? Musiały paść, bo przecież usilnie przekonywałeś mnie o marności wszystkiego wokoło.
– Możliwe – westchnął. – Nie patrz tak na mnie i nie marszcz czoła. Nie wypieram się. Jeśli myślałeś, że będzie inaczej, to… – wzruszył ramionami i wyciągnął przed siebie nogi. Nie był wysoki, a wręcz należało mu się miano najniższego w gronie. Frederike była mu niemal równa wzrostem i kiedyś nie pozwoliłby sobie na coś takiego, nie obsunąłby się na krześle i nie stracił ani centymetra. Teraz było inaczej. Podchwycił spojrzenie siostry i uśmiechnął się. – Nawet teraz nie wahałbym się długo. Przed laty powstrzymał mnie ojciec. Uznał, że jedynaka i to w dodatku jeszcze nawet nie piętnastoletniego nie puści. Teraz jednak drugi argument nie ma już mocy. Pierwszy też nie do końca….
Eugenia spojrzała na Adama i czmychnęła wzrokiem ku Johannowi i Johannie Amalii, jakby ich próbowała niemo poprosić o pozwolenie, ale niczego takiego nie otrzymała.
– Ale to bez znaczenia przy obecnych nastrojach i układach politycznych. Za Prusy bić się nie będę – dokończył myśl.
– Jeszcze tego by brakowało, abyś próbował! – parsknął Sebastian.

ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1775
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Kruffachi » 14 lipca 2014, 12:30

Krótko będzie, bo nie chcę się powtarzać ;) Jeżyk nadal ładny, nadal mi się podoba - parę słów bym wyrzuciła, dwa zdania skróciła na pewno, bo Ci już podchodzą pod pleonazmy, ale poza tym bardzo dobrze mi się płynie przez tekst, na pełnych żaglach.

No i jest moja wyczekana postać, oczywiście XD Wejście świetne, kontrast wyszedł bardzo fajnie, wiele sobie po tym epizodzie obiecuję i gęba mi się tak czysto nerdowsko zaciesza do tego :D A Eugenii to ja chyba trochę współczuję nawet.

Napiszę jeszcze coś, co pewnie wiesz, ale napiszę - tłumu czytelników raczej nie będzie, bo wszak głównym atutem i osią jest klimat, nie akcja, ale ja jestem zdobyta coraz bardziej i chociaż nie gryzę paznokci z napięcia, to mi to odpowiada, taki spokój i w warstwie językowej, i fabularnej, i emocjonalnej. Po tej wstawce najmocniej w pamięci utkwiła mi rozmowa Johanny z matką - odmalowana chyba z najlepszym klimatem, ale wiadomo, nocne rozmowy muszą mieć klimat ;)

Nie będę się rozwlekać, bo też całość drepcze sobie niespiesznie, i po prostu czekam na to, co dalej :)
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Krin » 16 lipca 2014, 22:32

Ech... Pozwolę sobie znowu ponarzekać, że to by był jeden z moich ulubionych tekstów z literki, gdybym co chwile nie gubiła się w imionach, nazwiskach i rodzinnych koligacjach. Chyba po prostu czytam w zbyt długich przerwach. Czy można prosić o jakąś specjalną rozpiskę dla nic nieogarniającej Krin?

Lubię, gdy w tekście występują jakieś skomplikowane sprawy i pomiędzy postaciami są różne kłamstwa, niedopowiedzenia, powiązania, tajemnice. Na razie klimat jest świetny moim zdaniem. Mam nadzieje, że pozostanie taki do końca i dojdzie do tego jeszcze napięcie, którego brakuje Kili :). Może nawet polubię fantastykę historyczną. Lubie historie (no może akurat niekoniecznie polskich powstań...), ale nie zdarza mi się czytać podobnej literatury.

Błędów jest naprawdę niewiele. Czasem gubisz jakieś krótkie słowa. Czasem jakieś nietypowe sformułowanie. Nie robisz tego czego nienawidzę - nie wrzucasz króciutkimi fragmentami. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 17 lipca 2014, 16:48

Mówisz i masz.

Grube linie - rodziny
Cienkie - rożne inne opisane

Zieją dziury, bo albo tych osób jeszcze nie potrzebowałam, ale już gdzieś się w innej historii z tymi bohaterami przewinęli, ale nie pamiętam dokładnie ich danych, a dla "Upadku" nie ma to znaczenia. I dodałam flagi krajów przy niektórych, dla innych pochodzenie nie ma większego znaczenia lub coś na te nutę :)

Obrazek
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: pierdoła saska » 02 sierpnia 2014, 19:20

Lecim z tym dalej :)


– Nie spodobało mu się to.
– Oczywiście – mruknął Johann. – Zarówno twoje wyśmianie mnie, czy raczej mojego pomysłu… idei… nieważne. Jak i sam fakt, że z góry opowiedziałem się za stroną pruską.
Słońce dotykało już horyzontu i w wysokim lecz ciasnym gabineciku niewiele pozostało dziennego światła. Ciemne ściany i meble tonęły w zapadającym zmroku. Johann i Sebastian nie do końca pasowali tu w jasnych koszulach i z równie jasnymi włosami. Odcinali się od tła, sami ku sobie ściągali wzrok, choć nikt nie patrzył, więc pozostawało to bez znaczenia.
– Nie miało mu się to spodobać. Myślisz, że później temat króla Augusta wziął się znikąd? Niby napomknięty jedynie, wspomniany, ale na pewno nie wziął się z powietrza. To taki test, badanie gruntu i poglądów.
– Nie szukasz przypadkiem spisku tam, gdzie go nie ma?
Johann zawahał się.
Może – przyznał przed samym sobą, ale nie umiał inaczej. Podejrzenia mnożyły się w nim.
– Nawet jeśli… To bez znaczenia.
– Nie lubisz go?
– Nie. A raczej tak… co to za pytanie podstępne! Lubię go, bo czemu miałbym nie. Mam wrażenie, że myślimy podobnie. Gdybym umiał lepiej składać ze sobą słowa, to może też zostałbym poetą i razem tworzylibyśmy wiersze o straconych ojczyznach, cnotach i kto wie czym jeszcze?
– Już widzę jak ci na takie życie ojciec pozwala.
– Jakie?
– Na klepanie szlachetnej biedy i zaklinanie jej w słowa dumne i piękne, czy jakoś tak to określiła panna Frederike.
Johann gwałtownie podniósł na niego wzrok i zagniewał się w sposób, zdaniem Sebastiana, komiczny. Przesadnie dziecięcy, jak na wiek mówiącego, jego pozycję społeczną i nawet doświadczenia. Z trudem zachował poważny wyraz twarzy, nie zbagatelizował swoich słów, nie prześmiał ich ani nie rozwinął w dłuższa opowieść.
– Rozmawialiście o nim… mnie?
– Chwilę zanim tu przyszedłem – przyznał. – Powiedzmy, że nasz gość nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Jest na to tu i ówdzie za chudy. Ty w tej rozmowie pojawiłeś się jako kontrast w tym względzie.
Johann nie poczuł się jakoś szczególnie lepiej, słysząc to, bo i nie miał czemu. Zdanie Frederike Sophie tak naprawdę nie liczyło się dla niego przesadnie, ale mimo tego uśmiechnął się. Nie miał wątpliwości, że panna Huenecke szybko oceniła gościa, czy raczej wyceniła, na podstawie jego garderoby. Czyniła to zawsze i nie raz ani nie dwa dzieliła się z nim swoimi obserwacjami. To były te dziwne chwile, kiedy zupełnie przestawał rozumieć, jaka jest natura stosunków między nimi. W latach nim Johanna Amalia wyjechała, a Eugenia wyszła za mąż i przeprowadziła się do Drezna momenty te były rzadkie i mniej wyraźne, ale kiedy zostali we dworze sami ze swoim towarzystwem poczęły się mnożyć. Spróbował zgadnąć, co też takiego wywnioskowała z ubioru pana Adama. Z koszuli i wysokiego kołnierzyka, kamizelki i ciemnych wąskich spodni na podejrzenie niepewnie wyglądających nogach – schludnie, czysto, ale bez fajerwerków, pomyślał. Kolory stonowane, bezpieczne i popularne. To Sebastian pozwalał sobie na bardziej żywe wstawki, na błękity i żółcie przyciągające ku niemu wzrok.
– Frederike chyba żaden mężczyzna nigdy nie będzie w stanie dogodzić. Sam już się nawet nie zastanawiam nad tym, który by tu podołał, kto jakie ma szanse i mam wrażenie, że nawet moja matka zaniechała już prób, ale to bez znaczenia. Bardziej mnie intryguje, czemu ten człowiek w ogóle tu przyjechał. Z tego co mówił, wynikało, że jest w Dreźnie niedługo i Eugenię też poznał zaledwie przed tygodniem na spotkaniu nie dosłyszałem u kogo. Zachwycił ją tym co i jak mówił i dalej łatwo sobie dopowiedzieć jak się to potoczyło. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie wynikną z tego żadne nieprzyjemności jak wtedy…
Sebastian spojrzał na niego pytająco. Stał dwa kroki dalej i górował nad Johannem, ale nie zmieniało to układu sił w pokoju.
– Eugenia przyciąga ku sobie nieszczególnych ludzi – dodał, jakby to wyjaśniało wszystko.
Nie zagłębili się we wspominanie tego, w rolę Ludwiga Richtera w całym zajściu i w to co się z nim stało później. W konsekwencje i skandal, którego jedynie cudem udało się uniknąć. Milczeli jedynie chwilę, nim Johann odezwał się ponownie.
– A skoro tak, to trudno mi się nie zastanawiać. I nie, nie szukam spisków gdzie ich nie ma. Szukam zbyt szczęśliwych zbiegów okoliczności.
– Podejrzewasz, że ktoś go nasłał?
– Może… Nie wiem tylko po co i mnie to irytuje.
– I mówisz tak, jakbyś był mistrzem w dostrzeganiu i rozwikływaniu spisków knutych przez innych. – Sebastian kpił. Nieznacznie i po przyjacielsku, ale kpił i w Johannie coś się skręciło, coś zacisnęło mu dłonie w pięści i sprawiło, że zmarszczył czoło. Gniew podszedł mu do gardła i zażądał, aby go wypuszczono. Chciał fuknąć, oburzyć się i wytknąć, że nie jest już tym samym naiwnym osiemnastolatkiem, który dał się uwikłać w cudzy spisek i śnił sen o swym wielkim znaczeniu, w istocie będąc tylko małym trybikiem, którego nie zawahano się poświęcić. Och! on to wszystko doskonale pamiętał – myśli, uczucia, twarze, głosy i nazwiska. Gdyby zechciał, to mógłby odszukać wszystkich, którzy go wówczas wykorzystali i mieli nieszczęście wciąż żyć, tylko po co? Odetchnął głęboko. Zamknął oczy i wsłuchał się w ciszę.
– Staram się – stwierdził. – Ktoś musi.
Nie padło pytanie czy to samo przez się ma oznaczać, że tym kimś jest on, Johann Fryderyk Wärzener.
– Nie zasłynąłem w towarzystwie z przesadnie ostrożnych poglądów – przyznał. – Jest wiadomym pewnemu gronu, że tęsknię za wielką Saksonią, że przykładam wagę do nieistniejącej już unii personalnej z Rzeczpospolitą, a także nie jest tajemnicą, że nie podoba mi się rosnąca zależność Saksonii od Prus. Nie jestem oczywiście jedynym i nie peroruję o tym na każdym przyjęciu czy polowaniu. Nie agituję i to nie tylko z ostrożności czy wręcz strachu. To zresztą nieważne. Liczy się, że na wschodzie szaleje powstanie i nagle pod moim dachem pojawia się ktoś, kto rzekomo jest z Rzeczpospolitej i chce za nią walczyć, choć jak widać nie gna na złamanie karku. A co więcej pojawia się w pierwszej od lat sytuacji, kiedy Johanna jest tutaj.
I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Sebastian spoważniał. Usiadł po przeciwnej stronie stolika i spojrzał spode łba na Johanna. Nie odezwał się, ale milczenie w jego wykonaniu było bardziej niż wymowne. Gdy mówił, mówił dużo, barwnie o wszystkim i o niczym, o radościach, tragediach, pięknie i brzydocie. Słowa go lubiły. Ale gdy milczał, to nie trudno było odgadnąć jego nastrój.
– Myślisz, że to czkawka po Napoleonie?
Tym razem to Johann roześmiał się. Oparł łokcie o blat, splótł palce w koszyczek i wsparł na nim brodę. Patrzył ku oknu i nocy za nim. Zadane pytanie było przerażająco nieprecyzyjne. Wszystko w Europie było czkawką po Napoleonie. Dobrą lub złą.
– Nie – odparł. – Nie bezpośrednio, ale jeszcze na długo przed tym jak poznałeś moją siostrę była ona tematem plotek. Ja również, to nieuniknione, ale głównie mówiono o niej. O tym kiedy umrze lub nie, jakim cudem to jeszcze nie nastąpiło i co się za tym kryje. O to czy kiedyś na dobre wyzdrowieje nie pytano, a tymczasem? Gdyby była religijna, to pewnikiem teraz szeptanoby o cudzie, ale nie jest i nigdy nie plotkowano o tym, że by być mogła. Tymczasem magia, choć wciąż jest sztuką, której wielu boi się tykać, i słusznie, to jednak istnieje w świadomości ludzi od dawna. Więc ludzie gadają. Nie zabronię im. – Wzruszył ramionami. – Dla wielu używanie małych kamieni o magicznych właściwościach, wprawianie ich w sygnety i naszyjniki, obdarowywanie się nimi i noszenie ich z pozorną ignorancją odmalowaną na twarzy, to sposób na urozmaicenie sobie życia. Nie mów mi, że w Bawarii się tego nie robi.
Zrobiło się już zbyt ciemno, by mogli widzieć swoje twarze i z nich czytać reakcje. Tylko słowa niosły ze sobą jakiś przekaz, a Sebastian milczał, lecz inaczej niż poprzednio. Nie był w tym milczeniu nieruchomy i w ciszy gabinetu dało się słyszeć jak skrzypi i trzeszczy fotel w którym siedzi.
– Mieszkasz z Johanną i nadal pozostajesz ignorantem w tych sprawach? Jak ty się uchowałeś?
– Normalnie. To bez znaczenia dla tej sytuacji.
– Racja. Znaczenie ma, że Johannę łączy się z magią i to nie salonową. Salonowa nie przywraca do zdrowia osób, które przez siedemnaście lat niemal cały czas borykały się z głupimi chorobami. Po części ciebie również się łączy, bo wyjechała z tobą, do ciebie i wróciła tu już jako twoja żona. Mnie także, bo byłem z wami. I naprawdę to wszystko w zupełności wystarczy, abym się obawiał. Nie muszę do tego dodawać kogoś, kto wie o spisku mającym na celu uczynienie Napoleona nieśmiertelnym i naszej małej, ale jednak znaczącej roli w udaremnieniu go. Więc jeśli masz zamiar oskarżać mnie o paranoję w szukaniu spisków, to daruj sobie, bo ja mogłem być kiedyś naiwny, mogłem zakochać się w idei i nie widzieć świata po za nią, nadal mogę pod wieloma względami taki być, ale–
– Rozumiem. Nie musisz krzyczeć – Sebastian wszedł mu w słowo. – Rozumiem. Będziemy uważać i obserwować naszego gościa czy go wyrzucimy?
– Pierwsze…
– Dobrze, zatem popatrzymy mu na ręce. Wspominał dziś, że uwielbia długie spacery, więc, jeśli pogoda dopisze, możemy się jutro wybrać mniejszym lub większym gronem. Panie i panny w otwartej kolasce, my pieszo. Możesz powozić, jeśli nie masz ochoty na godziny przebierania nogami – w głosie Sebastiana czaiło się nieszkodliwe rozbawienie. – Będziemy mieć wokół siebie piękną przyrodę i porozmawiamy niezobowiązująco, i coś się może komuś wymsknie. Jak ci się ten plan podoba?

Śmiech Sebastiana poniósł się po lesie, płosząc wszystko, co tylko znalazło się w pobliżu drogi. Zbulwersowane jego zachowaniem ptaki z jazgotem poderwały się z drzew, a on nic sobie z tego nie zrobił. Zgiął się w pół i nawet nie próbował ocierać łez rozbawienia, które naszły mu do oczu. Powożona przez Johanna kolasa zatrzymała się obok niego, ale pojawienie się zaciekawionych widzów nie sprawiło, że uspokoił się nagle. Zamiast tego śmiał się jeszcze dłuższą chwilę, wzbudzając coraz większe zainteresowanie. Stojący obok niego pan Adam wydawał się zdezorientowany, żeby nie powiedzieć oburzony, bo oba te uczucia walczyły o palmę pierwszeństwa na jego twarzy. Ostre kości policzkowe i ściągnięte rybie usta nadawały mu bardzo chmurnego wyglądu, a także przydawały lat i nie zachęcały do nawiązywania rozmowy, a mimo tego Eugenia próbowała zapytać cóż takiego zaszło. Na próżno – jej niepewny, cichy głos nie był w stanie dotrzeć do niego. Raz po raz zagłuszana musiała się w końcu poddać, podobnie jak Johanna Amalia poddała się krytycznemu spojrzeniu Frederike Sophie i odezwała się, w końcu, zamiast jedynie podziwiać.
– Bastianie, bo się udusisz – powiedziała z bardziej zaintrygowaną niż karcącą nutą w głosie. – Poza tym jestem ciekawa, co cię tak rozbawiło. Jeśli mam zostać wdową, to chciałabym wiedzieć czemu to zawdzięczam.
Johann spojrzał na siostrę. Uśmiechnęła się. Odpowiedział tak samo. Cóż, przedstawiona wizja nie miała szansy się ziścić, więc nie było to nawet czarnowidztwo.
– Pan Adam – wykrztusił – zdaje się, że dziś rano, nim mgła opadła, widział ducha.
Eugenia wciągnęła głośno powietrze, a jej oczy zaiskrzyły się od źle skrywanego zaciekawienia.
– Naprawdę pan widział? – szepnęła.
– Ducha raczej nie – Sebastian odezwał się pierwszy i ponownie zaniósł śmiechem.
– Pan w duchy nie wierzy?
Pytała Eugenia, ale jasnym było, że pan Adam również był tego ciekaw.
– To nie ma nic do rzeczy. Może i jakieś chadzają po świecie, ale ten w ogrodach dziś rano z pewnością był całkiem materialny. Zaręczam! Bez urazy, Adamie, nie wyśmiewam wiary w duchy uwięzione pośród nad i w to, że ci i owi mogą je zobaczyć. Co prawda nie rozumiem zafascynowania nimi i lgnięcia do nich. Sam wolałbym się nigdy z takim stworzeniem oko w oko nie spotkać. Dusze to rzecz boska i Bogu je należy zostawić. A skoro on się po nie nie upomina, to zwykły człowiek też nie powinien. Ale w tym tu konkretnym przypadku mam wrażenie, że kiedyś tę zjawę tu spotkałem. Tę, o której mi opowiedziałeś. Niska, jasna, stąpająca cicho i niknąca za załomem budynku. Dokładnie tak to było, prawda, Johanno?
– Owszem – przytaknęła niespeszona.
– Widzisz Adamie, moja żona od dawna lubi sobie czasami wyjść na spacer i z wielu powodów niekoniecznie wykorzystuje do tego celu pory i drzwi powszechnie uznawane za normalne bądź właściwe. W tym kącie, o którym mówimy są za to drzwi ukryte. Fanaberia architektoniczna czy może przejaw ostrożności tego, kto tą część projektował. Jakby nie było, jest tam przejście, w którym ja, a pewnikiem ty również, musielibyśmy iść zgięci w pół a może nawet bokiem, ale nasi gospodarze…
Zmierzył wzrokiem Johanna, który przysłuchiwał mu się z apatycznym wyrazem twarzy i tylko zaciśnięte na skórzanych pasach dłonie o bielejących knykciach świadczyły, że nie jest mu takie obojętne, co się o nim mówi.
– Uważasz więc, że nie widziałem ducha, a panią… – Pan Adam skinął głową ku Johannie, a ona wzruszyła ramionami, cokolwiek to miało oznaczać.
– Obawiam się, że owszem i to chyba dobrze. Nie czułbym się spokojnie wiedząc, że mi duchy chodzą pod oknem, nawet jeśli pewnikiem okazałbym się zbyt twardogłowym człowiekiem, aby je zobaczyć. – Mówiąc to posłał żonie uśmiech. – I chwała za to, nie chciałbym, zdecydowanie nie chciałbym.
– Już to mówiłeś – Johann Fryderyk odezwał się po raz pierwszy. – Skoro już ustaliliśmy tożsamość niedoszłego ducha, to możemy ruszać dalej, czy zamierzasz jeszcze raz zgiąć się w pół ze śmiechu i nas wstrzymać?
– Spieszy ci się gdzieś, Hansei? Piękny mamy dzień.
W istocie taki był. Słońce wciąż wisiało wysoko na niebie, a błękit zachęcał, aby zapuścić się gdzieś dalej bez obaw, że deszcz uprzykrzy życie. Przy tym temperatura pozostawała całkiem miła. Na powozie chłód nie doskwierał przesadnie, a chodzący nie narzekali, że pot się z nich leje nieprzyzwoicie, choć pan Adam jasno stwierdził, że nie byłoby to coś, co skłoniłoby go do skorzystania z oferowanego przez Eugenię miejsca obok siebie.
– Chodzenie sprawia, że myśli inaczej płyną i inaczej patrzy się na świat. Można się przyjrzeć, łatwiej się zatrzymać i poświecić chwilę zadumy szczegółowi, który tam wysoko jest niezauważalny. Świat jest pełen niesamowitości, których wielu nie zauważa.
– W tym duchów? Bez urazy, jestem ciekaw! – zarzekł się Sebastian.
Zeszli z drogi na ścieżkę przecinającą pola i wychodzącą tuż przy granicy miasteczka, gdzie mieli się spotkać z jadącym okrężną drogą powozem. Nie ścigali się z nikim, ale jakoś odruchowo narzucili zdrowe tempo zmuszające ich obu, by wyciągali nogi, a zarazem nie takie, żeby rozmowa stała się nieprzyjemna.
– Duchy są jednym z wielu dziwów i faktycznie nie należy z nimi przesadnie obcować, ale sam fakt, że się je dostrzega wiele znaczy. Sam mówiłeś, że byłbyś zbyt twardogłowy, aby zobaczyć ducha, a przecież nie na duchach kończą się niezwykłości naszego świata! Tyle pozostaje dla nas niewidoczne i tylko nieliczni są dość czuli w sercu, aby zobaczyć to, wobec czego wielu pozostaje obojętnym i ślepym. Fascynujemy się koleją żelazną, zaczynamy spieszyć i zapominać. A przecież w podaniach ludowych, w bajkach opowiadanych nam do snu wiele rzeczy nie mogło się wziąć znikąd. Trzeba tylko chcieć je zobaczyć.
Sebastian mruknął pod nosem aprobująco, choć w zasadzie, to jednak wolałby nie zobaczyć niczego takiego. Pozostałby ukontentowany gdyby nawet o magii, salonowej lub nie, nie wiedział, ale na to już było za późno.
– Tyle rzeczy bardziej namacalnych mamy pod nosami. Tyle pilniejszych i może nie niebezpieczniejszych, ale zdecydowanie mogących nas łatwiej skrzywdzić – westchnął.
Na wąskiej ścieżce musieli iść gęsiego i miał nieodparte wrażenie, że czuje spojrzenie pana Adama na swoich plecach. Było badawcze, zaciekawione i przenikliwe.
– Nie jestem za bardzo w polityce, jak to się mówi. To Johann jest z tych, co chcieliby walczyć, udzielać się i wywierać wpływ na świat – mówił dalej poniekąd w przestrzeń przed sobą. – Tak go wychowano. W tym względzie stanowię jego przeciwieństwo. Moja rodzina nie jest tak znacząca, ziemie nasze znajdują się w rejonie, przez który żadne armie raczej nie spróbowałyby się przeciskać, a poza tym mam szczęście być najmłodszym z braci. Johann zaś braci nie ma w ogóle i od zawsze jasnym było, że na niego przejdzie tytuł i związane z nim obowiązki, dlatego chyba nie umie się w pełni cieszyć życiem. Ja za to nie oczekuję wiele. Mam żonę, mam dom i resztę rodziny. To mi wystarcza. Ty, o ile dobrze z wczoraj pamiętam, żony nie masz, prawda?
– Dobrze pamiętasz, wciąż szukam tej właściwej kobiety. Tej jedynej, którą ja pokocham i ona pokocha mnie prawdziwie, a nie przez pryzmat tytułów, pieniędzy, spadków i całego planowania rodziców. Nawet jeśli intencje są wówczas dobre, to skutki potrafią być opłakane. Ile nieszczęścia miało źródło w źle podjętych decyzjach? Bez urazy.
– Urazy brak, jeśli miała się ona tyczy mojego małżeństwa z Johanną – roześmiał się ponownie. – Nie zaplanowano go za nas, choć oczywiście nasi rodzice musieli wyrazić na nie zgodę. Szczęśliwie dla mnie, nie miałem wówczas zbytniej konkurencji, teraz zapewne wyglądałby to inaczej.
– Eugenia wspominała mi coś o tym. O chorobach.
– To na szczęście już za nami. Czy to zasługa Alp, czy mojej osoby, tego nie wiem i wnikać nie zamierzam. Jeśli choroby Johanny były sposobem przeznaczenia, abym mógł się z nią spotkać nim oddano jej rękę komuś innemu, to nawet trudno mi myśleć o nich jak o czymś złym. Ale proszę. nie wspominaj tego przy jej bracie. Johann, na ile mi wiadomo, bardziej się tym wszystkim przejmował niż jego siostra i to się nie zmieniło.
Nie wiedział jak jego słowa zostały zinterpretowane, ale miał nadzieję, że zasiał ziarno zaciekawienia i rychło zbierze plony. Zwłaszcza, że już dochodzili do miasteczka. Domy przestały być jasnymi kształtami w oddali, a zaczęły dominować w widoku. Ścieżka zrobiła się szersza i w sumie mogliby iść obok siebie. Sebastian w myślach odtwarzał dalszą ich drogę, licząc że się nie zgubi, choć minęło tyle lat. Eugenia uparła się, że muszą odwiedzić tę samą cukiernię, w której byli przed laty, gdy to on był nowym gościem w Wärzendurffie.
– Sam będąc szczęśliwy w małżeństwie, mogę tylko życzyć ci powodzenia w poszukiwaniach.

Rozmowa o poszukiwaniach wybranki serca znalazła swoje pięć minut w czasie odpoczynku w cukierni, ale tak naprawdę powróciła jakiś czas później, w wybitnie niepiękny dzień. Deszcz zaczął padać jeszcze w nocy, nim poszli spać, i nie przestał do rana. Siekąc raz mocniej, raz lżej pozostawał stałym szumem aż do późnego popołudnia, które to zastało Johanna, Sebastiana i Adama w jednym z pokoi dworu. Nisko wiszące chmury nie zwiastowały odmiany aury, a mimo raczej wczesnej godziny, wydawało się, że zapada już zmrok. Johann stał przy oknie, z dłońmi splecionymi za plecami, i patrzył poza krople spływające po szybie. Nie ciągnęło od niej chłodem. To była wiosenna ulewa. Długa niczym jesienne słoty, ale dość ciepła, by myśl o otwarciu okna przeszła mu przez głowę i uciekła wygoniona śmiechem Sebastiana. Co by się nie działo w ostatnich dniach, on zdawał się nie tracić humoru.
To nie jest zabawa – powtórzył mu po raz chyba setny tego dnia rano, a i to zostało jedynie podsumowane uśmiechem i błyskiem w oku. Czy Sebastian zawsze był takim lekkoduchem? I nie, i tak – stwierdził w końcu z obawą.
– Hansei! Gdybym nie znał cię lepiej, to bym pomyślał, że pod wpływem naszej rozmowy zamyśliłeś się o jakiejś pięknej pannie. – Lekkość tonu Sebastiana nie pasowała do siły z jaką jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Johanna. – Ale cię znam, wiec pewnikiem chodziło o politykę. Tylko nie mów mi, że w tych porannych listach przyszło jakieś nowe wezwanie dla ciebie do Drezna czy Bóg raczy wiedzieć gdzie.
– Nie – odparł sucho. – Ja się nigdzie nie wybieram i nic nie sugeruje, że się to zmieni. Nie zajmuję się wielką polityką, a w tej mniejszej tylko niekiedy zastępuję ojca.
– No i dobrze. To zamiast wpatrywać się w przestrzeń, chodź tu – mówiąc już popychał go delikatnie w stronę wolnego fotela – i pomóż mi znaleźć dla Adama dobrą partnerkę na najbliższe przyjęcie. Zastanawialiśmy się nad panną Frederike, choć ona może nie być chętna na takie jednorazowe wyjście w męskim towarzystwie, mam rację?
– Frederike?
Sebastian grał swą rolę idealnie. Zachowywał się tak, jakby nie wiedział jakiego mężczyzny szuka Frederike Sophie, jakby nie rozmawiali o tym przed kilkoma dniami w nieznacznie odmiennym kontekście. Kłamał, a przy tym spojrzenie miał czyste, uśmiech szczery i zdawał się promienieć dobrymi intencjami. Johann czuł się dziwnie patrząc na niego.
– Frederike, przecież mówię. Gdzieś ty się myślami zabłąkał? – zapytał Sebastian i jakby to miało w jakiś sposób pomóc, to wbrew wszelkim zasadom zmierzwił Johannowi włosy, co zaowocowało tylko przyciężkim westchnięciem tegoż i zdziwionym spojrzeniem pana Adama, który w ostatnich dniach nie raz i nie dwa próbował pojąć i przebić się przez tutejszą hierarchię.
Bezskutecznie. Dzień poprzedni udowodnił mu, że słowo Johanny Amalii ma wbrew pozorom wielką wagę w tym miejscu, choć przez poprzednie dni swego gościnnego pobytu miał wrażenie, że poza panią domu, której spotkać nie spotkał, najważniejsza jest tu właśnie Frederike Sophie. To ona podejmuje decyzje, dba o dwór i to jej należy się obawiać, a nie Johanny Amalii, która stawszy się panią Schielke i przyjechawszy tu jedynie w odwiedziny, taką władzą, według niego, rozprawiać nie powinna. Dokładnie w tych słowach zrelacjonował to Sebastianowi zaledwie pół godziny wcześniej, co tamten przywitał pełnym zadumy skinieniem głowy. A potem wzruszył ramionami i z ciężkim westchnięciem stwierdził, że kto by tam kobiety zrozumiał. Nie oznaczało to końca tematu, bo pan Adam wyraźnie nie czuł się usatysfakcjonowany taką odpowiedzią, zwłaszcza w świetle niewielkiego, jak na standardy domu Wärznerów, przyjęcia planowanego przez Elizę Wärzner na wieczór za dwa dni.
– Zbłądziłem ku innym sprawom, za co przepraszam. – Johann skinął głową ku panu Adamowi. – I naprawdę wątpię, by Frederike zechciała się w pana towarzystwie wybrać, nawet jeśli oznacza to jedynie wspólne przekroczenie progu sali na dole, jeden taniec i nieco rozmów.
– Ma kogoś upatrzonego?
– Nie, o ile mi wiadomo, ale to niczego nie zmienia z bardzo prozaicznej przyczyny. Z całym szacunkiem… – Ku swemu zdziwieniu zabrzmiał naprawdę szczerze i matka wraz z ojcem byliby z niego dumni. – Ale jest pan zupełnie poza kręgiem jej zainteresowań. Frederike jest niemniej rzeczowa co moja siostra, choć ich rzeczowość rozmija się w kwestii tematów. Frederike szuka męża, który zabrałby ją możliwie daleko od wpływów jej rodziny i tu rzeczywiście stanowi pan jakąś opcję. – Uśmiechnął się i oparł wygodniej o oparcie fotela. Nie patrzył w sumie na pana Adama, a na obraz za jego plecami. Nie najtrafniejszy, ale i tak ujmujący, pejzaż jednej z bitew napoleońskich, wykonany na jego zamówienie zaledwie trzy lata temu. – Jednak na ile zdążyłem wywnioskować z twoich wypowiedzi, to nie posiadasz majątku, który pozwoliłby ci na utrzymanie żony, chcącej udzielać się w towarzystwie i nie zaciskać pasa co rusz. Tymczasem właśnie taką kobietą jest Frederike. Bezwarunkowa miłość powodowana tylko czystą miłością nie jest dla niej, szkoda czasu.
Pan Adam zmarszczył wysokie czoło i sięgnął dłonią ku zaczesanym do tyłu włosom, ale zatrzymał ją w pół ruchu. Wyglądało to tak, jakby zamierzał się na kogoś i nie pozostało niezauważone, ale też nie wywołało żadnej reakcji. Johann niespiesznie sięgnął po kielich i upił kilka łyków, a z każdym czuł jak cierpkie wino uspokaja go. Uciszało myśli pełne spisków i wątpliwości, poprzetykane pomysłami, co do których nie miał wątpliwości, że są głupie, a mimo tego nie potrafił ich zapomnieć czy chociaż wyśmiać. Były trochę jak zabawki z dzieciństwa. Tymczasem Sebastian wciąż jeszcze nie usiadł. Znieruchomiał na krótką chwilę jakby rozważał czy afront był tak wielki, że dojść może do rękoczynów. Pan Adam nie był herkulesowej postury i burdy zdawały się nie leżeć w jego naturze, ale tak naprawdę znali go krótko i o jego przeszłości wiedzieli tylko tyle, ile sam im powiedział.
Dłoń opadła na kolano.
Udziela ci się fantazja Wärznerów – pomyślał i zajął swoje miejsce z taką gracją, na jaką stać było kogoś jego postury.
– Trudno winić kobietę za chęć czucia się bezpieczną – przyznał głośno.
– A jednak czym jest takie wyrachowanie wobec miłości? Czy taka kobieta w ogóle kiedykolwiek kochała? Czy jest do miłości zdolna? – Pan Adam powątpiewał. Zwiniętą w luźną pięść dłoń przytknął do ust i zamyślił się tak wyraźnie, że nie wypadało mu przerywać. Milczeli więc cierpliwe w oczekiwaniu na wnioski.
Sebastian spoglądał na Johanna, ale nic mu z tego nie przyszło, bo i przyjść nie mogło. Johann bowiem nie oceniał, nie zastanawiał się nad tym czy Frederike Sophie Huenecke szuka miłości czy sponsora i co z tego wynika. Nie zastanawiał się nawet nad tym czy sam szuka żony do kochania, czy utrzymanki i czy w ogóle kogoś szuka choćby podświadomie. Zamiast tego wciąż przyglądał się bitwie na obrazie. Żołnierzom idącym na siebie, leżącym pokotem na ziemi – brudnym, wcale nie chwalebnym i przede wszystkim martwym. Poległym za ideę, ojczyznę czy może za nic. Odetchnął.
– Sam pan mówił, że są rzeczy ważniejsze od miłości do kobiety – stwierdził, odwracając spojrzenie od obrazu.
Pan Adam się stropił, spojrzał szybko przez ramię i zacisnął na chwilę usta w cienką linię gniewu.
– Miłość do pieniądza, to rzecz o wiele bardziej poślednia niż miłość do drugiego człowieka, a ojczyzna jest ponad nimi obiema – odparł cedząc słowa. – Poza tym pieniądze i wojowanie to rzecz męska i rozpatrywanie ich w kontekście panny wydaje mi się wielce nie na miejscu. Kobieta to kwiat, dla którego uczucie mężczyzny powinno być najżyźniejszą ziemią.
– Może zatem jest to jeszcze dla Frederike Sophie rzeczą do odkrycia – wtrącił się Sebastian. – Lat jak na pannę ma już sporo, ale to jeszcze nic nie znaczy, prawda? Jest starsza od ciebie – zwrócił się do Johanna – dobrze pamiętam, czy nie?
Johann Fryderyk przytaknął skinieniem głowy nim doprecyzował ilość lat dzielącą go od Frederike Sophie – cały jeden rok.
– Wciąż jest zatem młodą panną, która wiele jeszcze może się o życiu dowiedzieć.
– Dziwnie definiuje pan młodość. Trzydzieści cztery lata, to raczej już wiek jak na kobietę szukającą męża dość sporo.
Sebastian chrząknął ostro – w jego mniemaniu nie wypadało mówić tak wprost o wieku Frederike Sophie i nawet przyjacielska atmosfera, w jakiej toczyło się to spotkanie, nie usprawiedliwiała takiego afrontu. Pan Adam tymczasem patrzył na Johanna Fryderyka co najmniej zdumiony i jeśli próbował to zamaskować, to poniósł klęskę.
– Masz trzydzieści trzy lata? – zapytał niedowierzająco i Johann na chwilę zwątpił we własne obawy, co do jego osoby, bo może faktycznie był on tylko przypadkowym gościem i o niczym nie miał pojęcia, skoro tak pięknie szczerze dziwił się tej rewelacji.
– Owszem – przytaknął i pod wpływem impulsu dodał – dokładnie tyle co Johanna.
Pan Adam zamyślił się, ale do tematu nie wrócił.
ciąg dalszy nastąpi
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Krin » 05 sierpnia 2014, 11:54

Ech... Jak ja kocham przerwy w środku dialogu. Dobrze, że mam tą rozpiską, bo chyba w ogóle nic bym nie zrozumiała. A tak to nawet nie było źle. Nawet lepiej było. Zastanawia mnie tylko czy te postacie to muszą mieć aż tyle imion. :D

Mimo że nic się specjalnego nie dzieje to wyczuwam pewne napięcie. Spowodowane jest ono tymi całym węszeniem spisków i niedopowiedzeniami. Bardzo powoli uchylasz nam rąbka tajemnicy. Ciekawi mnie sposób uleczenia Johanny Amalii i ten młody wiek ich obu. Tak samo mnie ciekawi Pan Adam. Pozwolę sobie na domysły. Myślę, że szuka właśnie tej magii a nie polityki. Poruszył ten temat na samym początku. Był poza tym romantykiem a oni kochali takie rzeczy. Zauważyłam też, że nie zdradziłaś nam chyba nazwiska gościa. I zastanawiam się właśnie czy nie masz w tym jakiegoś celu.
Jakiś spisek. Mówię wam. Na koniec okaże się, że to rosyjski car albo sułtan turecki. Mówię wam. ;)

Czekam na dalszy fragment i na to żeby dowiedzieć się o co tu będzie chodziło. No chyba, że głównym wątkiem jest tu właśnie Pan Adam. Chętnie się przekonam.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 899
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Upadek

Post autor: Siemomysła » 06 sierpnia 2014, 10:03

Dzień dobry, w ten piękny środowy poranek, jak mówią na Wyspach, środa to taki mały piątek, więc cieszmy się bliskością urlopu! Ach... to mój urlop... no ok - i tak się cieszmy, bo zniknę na ponad tydzień i nie będę marudzić :u:

Po tym bezsensownym wstępie nie na miejscu, pragnę donieść, iż wreszciem przeczytała. Wszystkie do tej pory wrzucone strony, a w pliku ich wyszło równiutko pięćdziesiąt, jako, że spoiler ze spontanem byłby długaśny, to pozwoliłam sobie wysłać Ci, Autorko, linkasa do docsa i jego marginesów, tam pośród licznych achów i ochów, a także serduszek w kierunku Sebastiana (kocham Sebastiana, chcę jednego dla siebie, PISZ TO NANO!), jest kilka brakujących przecinków i kilka z gatunku razem, czy osobno i jedna bratanica, co to miała być bratową jednak i mnie zmyliła ;)

Tu natomiast chciałabym rzucić jakimś takim podsumowaniem i wnioskiem ogólnym.

Po pierwsze - im dalej czytałam, tym bardziej byłam pewna, że Twój styl, sposób pisania i przedstawiania scen, Twój narrator, to wszystko razem idealnie pasuje do czasów, do realiów, za które się wzięłaś tym razem. Mam wrażenie, że ze wszystkich czytanych przeze mnie Twoich tekstów ten jest najlepszy o.O (PISZ TO NANO!) Na drugim miejscu ciągle Agnes May (PISZ TO TEŻ!) - musiałam to napisać, żebyś nie zapomniała, że takie coś pisałaś piszesz również.

Po drugie - bohaterowie! Jacy oni są wyraziści - wszyscy, począwszy od grającego pierwsze skrzypce Johanna (który dla mnie został Jasiem, tak go widzę, chłopca zagubionego ciągle, choć już zdaje się lata minęły odkąd mógł sobie miejsce znaleźć i poczuć się w czymś pewnie, a on nadal jakiś taki jest trzymający się przeszłości, choć może to nie tak, może tylko teraźniejsze wydarzenia, tak go cofnęły ku staremu, z drugiej strony, jeśli się jest nieśmiertelnym... łatwo się zagubić chyba między młodzieńczymi pasjami - bo czasu się ciągle ma mnóstwo, a starością psychiki) aż do Almericha, co się pojawił na chwilę, hałaśliwy, soczysty, pewny siebie i nonszalancki. Lubię to. Lubię, że oni jak żywi wychodzą z obrazu, że są z przodu, a świat, wydarzenia, są tłem, za nimi. Widać każdego - widać Eugenię z jej strachliwością i niepewnością, zapewne wynikającą i z tej wspomnianej przeszłości i z ogólnych cech charakteru, widać Frederike, która zdaje się być jak zasuszona guwernantka, ale o której wnętrzu, nie wiem nic, poza niejasnym wspominkiem Johanna, że ona być może by go chciała za męża, a może jednak nie tylko jako sponsora, ale i miłość? Hym? Nie wiem, widzę ją z zewnątrz cudzymi oczami i tylko ją tak widzę, ani razu narrator w nią się nie wgłębił. Sama Johanna - ona jest ważna, ale też o niej dostajemy głównie informacje spoza niej. Jednak widać gdzieś tam niepewność w kontaktach z rodzicielką - za dużo je dzieli i tej przeszłości, gdy czekano na jej śmierć właściwie i teraźniejszości z magią związanej. Nie ważne jednak z jakiej perspektywy kogo pokazujesz, nad kim się ze swym narratorem pochylasz - każdego widać, nawet pana domu, z jego ważniejszymi sprawami, z jego swoistą wyniosłością i jakimś murem między nim a synem, a może i resztą rodziny.

Po trzecie - ile ciekawości wzbudzasz odkrywając małe fragmenciki przeszłości! Jak bardzo chce się wiedzieć! (PISZ TO NANO!)

Krótko: bardzo mi się podoba, co tu widzę.
:u:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

ODPOWIEDZ