Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Samotne irysy [Chałwa]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 06 sierpnia 2013, 17:16

SpoilerShow
Przygotowania zostały ukończone. Hisako, wciąż nieprzytomna, odziana w śnieżnobiały, nocny strój, leżała teraz dokładnie na środku swojego pokoiku, a dookoła niej jej posłania paliły się liczne świece i kadzidła. Aromatyczny dym wypełniał pomieszczenie białą, wijącą się mgiełką, spowijał je w całości, sprawiał, że powietrze stawało się ciężkie, wręcz namacalne. Monotonny, mruczący zbędny dźwięk sutr, recytowanych przez pięciu mnichów i starą mniszkę w szarym kapturze, wzmagał dodatkowo panujący tutaj podniosły nastrój niebiańskiej zadumy. Dusząca, ciężka, chwytająca za gardło woń drzewa sandałowego, zmieszana z mocnym zapachem lotosu, unosiła się w przestrzeni sypialni, aby następnie wypełnić płuca przebywających tu osób. Oczyścić umysły, usunąć zeń zbędne myśli, zepchnąć na bok wszelkie zbędny związane z tym światem odczucia, by wprowadzić dusze w odmienny, wyższy stan świadomości. Poziom, na którym mogli widzieć, to, co niewidoczne, słyszeć to, co niesłyszalne, czuć, to, co niewyczuwalne.
Tamao była tutaj także. Odrobinę odurzona przetłaczającą mieszaniną aromatów zawartą w dymie świec i kadzidełek, siedziała, tak samo jak kapłani przecinek w pozycji kwiatu lotosu i na wpół otwartymi oczami przyglądała się nieruchomym sylwetkom. Wsłuchiwała się w jednostajne, rytmiczne brzmienie modłów i starała odłożyć na bok wszystkie obawy i zgryzoty, które dręczyły ją tak mocno w ciągu ostatnich dni. Podobnie jak oni, chciała się całkowicie wyciszyć, wznieść ponad to, co doczesne, zaznać, chociażby na chwilę przecinek tego wyższego stanu świadomości. Niestety, nie było jej to dane. Smutek po stracie męża, strach o życie córki, niepokój o los syna i klanu przyległy do jej serca tak mocno, że nawet otępienie nie potrafiło go ich stamtąd wyprzeć. Dlatego też teraz po prostu tkwiła tutaj, jak zawsze spokojna, na pozór całkowicie pozbawiona emocji, opanowana do granic i z pewnym niepokojem, ale i ufnością oczekiwała końca rytuału. Głosy duchownych stawały się coraz bardziej niewyraźne, a ich postacie zdawały się być coraz odleglejsze. Dym wypełniający komnatę zgęstniał. Wijąc się i falując pomiędzy panią Sugiatni, a siedzącymi na przeciwko jej mnichami przecinek tworzył coś na podobieństwo bardzo grubej zasłony. Kobieta zamknęła powieki, zakołysała się lekko, czując mocny zawrót głowy. Odruchowo wsparła się dłonią o podłogę, a kiedy wirowanie ustało, na powrót otworzyła oczy. Skoro nie może przyłączyć się do medytacji, to przynajmniej przyjrzy się wszystkiemu tak uważnie, jak to tylko możliwe.
Popiół z kadzideł opadał na drewnianą podstawkę, podczas gdy one robiły się coraz krótsze i krótsze, natomiast wosk ze świec skapywał po ich ściankach. Dym wciąż gęstniał, jednak aromat już dawno przestał drażnić nozdrza obecnych tu osób. Czas zdawał się stać w miejscu. Duchowni wciąż powtarzali te same słowa, Hisako wciąż leżała spokojna, jakby uśpiona na futonie, Tamao wciąż wpatrywała się w nieruchome sylwetki, udając przy tym, że drażniący oczy i gardło dym wcale jej nie przeszkadza. Długo, bardzo długo nic więcej się nie działo.
Niespodziewanie, w monecie, kiedy pozostało nie więcej jak ćwierć trociczki kadziła, nagły, zimny podmuch zdmuchnął świece, rozwiał unoszącą się w pokoju gęstą mgłę. Jednocześnie księżniczka rzuciła się konwulsyjnie na posłaniu. Tak samo jak wcześniej, tak i teraz drobnym ciałem wstrząsnęła seria silnych dreszczy. Dziewczyna wyprężyła się kilkakrotnie, zwinęła w kłębek, po czym równie gwałtownie rozprostowała się. Sutry nasiliły się, a drgawki również. Niemal poderwały księżniczkę z posłania, tylko po to, aby chwilę później znów cisnąć nią o podłogę. Wtedy też, coś uderzyło w mniszkę. Starsza kobieta zachwiała się, jakby ktoś mocno pchnął ją do tyłu. Upadła na plecy hej, pchnięta od tyłu nie leciałaby na plecy, nawet nie starając się zamortyzować upadku. Nie zaprzestała także recytowania modłów.
Hisako, jakby przyciągana jakąś niewidzialną siłą, po raz kolejny oderwała głowę i plecy od futona. Sztywno uniosła się do pozycji półsiedzącej. Trwała tak przez kilka chwil, a następnie bezwładnie opadła na posłanie. Nie poruszyła się już, lecz z kapłanką,=#008000]zbędny[/color] zaczęło dziać się dokładnie to samo, co przed chwilą z księżniczką. Kaptur zsunął się z głowy kobiety, ukazując ogoloną czaszkę, poorana licznymi zmarszczkami twarz ściągnęła się bólem, a matowe, pokryte bielmem tęczówki, wywróciły na drugą stronę. Mniszka parokrotnie jeszcze uniosła się lekko i opadła, rytmicznie uderzając głową o tatami.
- Tamao-chan, dobrze cię znów widzieć. - Z ust zakonnicy wydobył się głęboki, niski, lecz jednocześnie ciepły, pełen ulgi, męski głos.
- Harumi-sama! - Pani Sugiatni z trudem panowała nad drżeniem. Jej dłoń odruchowo powędrowała w stronę medium, źrenice rozszerzyły się raptownie. Serce w pierwszej chwili zabiło mocniej, ale natychmiast zwolniło. - Nigdy bym nie pomyślała, że byłbyś zdolny do podobnej rzeczy.
- Uwierz, że tego nie chciałem. Wybacz mi, że ostatnio przysporzyłem ci tulu zmartwień.
- Nie powinieneś mnie o to prosić, panie, wiesz o tym dobrze. Nie wolno mi czuć urazy.
- A czujesz? - zapytał duch miękkim, łagodnym tonem, tym samym, którego dawniej używał tylko wtedy, gdy byli sami. Tonem, sprawiającym, że otaczająca Tamao twarda powłoka w jednej chwili pękała na tysiąc kawałków, odkrywając jej prawdziwą duszę. Teraz też spokój opadł z twarzy kobiety ustępując miejsca tępemu przecinek zmieszanemu ze smutkiem bólowi.
- Nie, panie. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że cię rozumiem. Dlatego błagam, pozwól mi spytać.
- Nie musisz prosić o pozwolenie.
- Dlaczego tutaj jesteś? Co skłoniło zbędny cię do tego, aby dręczyć własną córkę? - Głos Tamao nie zmienił się, pozostał spokojny.
- Nie chciałem tego. Nie miałem zamiaru jej dręczyć, pragnąłem tylko jeszcze raz was ujrzeć, myślałem o was do końca. I do końca nie pogodziłem zbędny się z tym, że muszę umrzeć, aby uratować honor klanu i swój własny. Tak naprawdę, wbrew temu, co pokazałem własnemu bratu przecinek nie czułem spokoju, gdy podejmowałem tę decyzję, ani też nie poczułem go potem, kiedy wszystko już było przygotowane i kiedy skończyłem układać wiersz. Nie bałem się, jednak było mi przykro, że muszę się zabić. Nie mogłem odejść, nie chciałem. Umarłem z przekleństwem w myślach... Dlatego tutaj jestem. Za bardzo kochałem to życie, ten świat. Nie chciałem się z nim rozstawać, nie chciałem opuszczać was na zawsze. Nie, nie byłem na to gotowy, chociaż powinienem. Ale to przecież za wcześnie! Hisako nie jest jeszcze nawet zaręczona. A Hiroshi? On przecież nie jest gotowy. Zostałem. Nie umiałem, nie mogłem odejść. Potem ujrzałem Hisako. Podszedłem do niej, dotknąłem jej. Ona zaczęła krzyczeć, a mnie coś popchnęło... Wpadłem w jej ciało i nie umiałem się wydostać. Przepraszam, że zadałem jej ból. Przepraszam, że zadałem go tobie.
Mnisi nie ustawali w recytowaniu sutr, a rozwiane wcześniej opary z kadzidełek zbędny na powrót wypełniły sypialnię. Tamao zbędny spojrzała na leżącą przed nią córkę, a potem ponownie wbiła wzrok w niewidome medium.
- Chcę poznać twój ostatni wiersz - powiedziała tak, jakby prosiła o gałązkę wiśni.
- Oczywiście, Tamao-chan zbędny :


Oto znów pada śnieg
Przeminęła zbyt szybko
Czerwień jesieni


Wsłuchiwała się smakując słów, wyłapując delikatne zmiany w jego głosie, starając się jak najlepiej pojąć ich sens.
- Dziękuję, ale teraz

Niechaj twa zmęczona dusza
Zazna spokoju
Jak ziemia po żniwach.


Wyrecytowała gładko, po czym pochyliła się ku podłodze, składając tym samym głęboki ukłon zbędny przed duchem męża.
Medium charknęła głośno, jakby próbowała wyrzucić flegmę z gardła. Kaszlnęła jeszcze parę razy, znów rzucając się po podłodze niczym ryba wyjęta z wody, a potem w jednej chwili wszystko ustało. Niewidoma starka leżała na podłodze ciężko dysząc, mnisi zaprzestali modłów, a jeden z nich zgasił resztkę świec i kadzideł.
Dziewczyna poruszyła się gwałtownie na posłaniu, a następnie otworzyła oczy. Zdezorientowanym, błędnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju. Wciąż jeszcze nieco mętne spojrzenie brązowych oczu zatrzymało się na matce, po czym powędrowało dalej ku sylwetkom, właśnie upuszczających opuszczających pokój mnichów.
- Matko - odezwała się, po krótkiej chwili, w momencie, gdy jej oczy znów spoczęły na Tamao. - Będziesz łaskawa wyjaśnić mi, co się tu dzieje? Gdzie Kumiko? Chce wstać i się wykąpać.
- Spokojnie. Przez kilka dni zbędny twoim ciałem władał zabłąkany duch, ale dzięki mnichom ze świątyni Kiyan, udało się go wypędzić.
- Władał zabłąkany duch - powtórzyła Hisako głucho i bardzo cicho. Na chwilę znów zamknęła oczy. - Więc to prawda, nie sen. - Dokończyła bardziej dla siebie niż dla matki. Głośniej zaś dodała: Czuję się już całkiem dobrze. Jednakże jestem głodna przecinek brudna i słaba. Czy mogę wstać, zjeść coś i się wykąpać?
- Dobrze, niech będzie. Zaraz też każĘ zawołać twoją pokojówkę.
- Dziękuję, matko. - Uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie. Tamao skinęła lekko głową, po czym przecinek nic nie mówiąc, wyszła z pokoju.


*


Jakiś czas później naga Hisako siedziała na niewielkim, drewnianym stołeczku znajdującym się wewnątrz małej, kwadratowej łaźni. Bose stopy dotykały kamiennej, choć jednocześnie przyjemnie ciepłej posadzki. Rozpuszczone, sięgające za pośladki włosy zarzuciła na ramiona, tak, że zupełnie zakryły małe, jędrne piersi. Dokoła niej kręciła się Kumiko w podwiniętej szacie, z rękawami podciągniętymi do łokci. Blask księżyca wpadał do pomieszczenia przez znajdujące się pod sufitem, zabezpieczone kilkoma listewkami okno. Za jego sprawą, na podłodze, ścianach przecinek nielicznych sprzętach oraz ciałach dziewcząt widniały długie, niebieskawe smugi, przeplatane czarnymi, głębokimi cieniami. Zaś świetlne refleksy odbijały się od powierzchni wody, wypełniającej obszerną, głęboką cyprysową wannę.
- Naprawdę, bardzo się cieszę, że panienka jest już zdrowa - odezwała się swobodnie służąca zajęta namydlaniem swojej pani. - To dobrze, że duch tak szybko dał się przepędzić.
- Ja taż też się cieszę - odparła beznamiętnie księżniczka, wpatrzona w jakiś bliżej nieokreślony punkt. - Pewnie wiele się wydarzyło - dodała ze sztuczną wesołością. - Dlatego teraz liczę na ciebie, opowiedz mi, co się tutaj działo, kiedy spałam?
- Dwa dni temu odbyła się rada klanu - podjęła pokojówka, pochylając się zbędny i zanurzając w zimnej wodzie niewielką białą szmatkę - pan Kenshiro raczej nie był z niej zadowolony - ciągnęła ostrożnie dalej, po chwilowym zawahaniu.
Hisako podparła podbródek dłonią, słowa dziewczyny sprawiły, że zamyśliła się na chwilę. Co takiego wydarzyło się podczas narady? Bo tego, że coś się wydarzyło przecinek była pewna. Nie możliwe przecież, żeby chodziło tylko o decyzję Hiroshiego w sprawie sojuszu, w końcu została ona podjęta już jakiś czas temu. Nawet, jeśli Kenshiro nadal liczył na to, że młody daimyo zbędny jednak ulegnie jego namowom i zmieni zdanie, to przecież zbędny chyba miał dość czasu, aby oswoić się z jego wolą. Był samurajem. Sługą o wysokim statusie, ale wciąż jedynie sługą... O co więc mogło chodzić?
- Skąd to wiesz? - zapytała po krótkiej chwili milczenia.
- Widziałam go zaraz po zebraniu - Kumiko znów zawahała się lekko. - Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale wydał mi się dziwny, a do tego wspominał coś o panu Ikemoto oraz o tym jakoby decyzje naszego pana zbędny miałby miały (wcześniej użyłaś "jakoby" więc "miałyby" nie może być) w przyszłości zgubić klan... - Zamilkła nagle, jednocześnie mocniej skupiając się na swoim zajęciu. Chyba powiedziała zbyt wiele. Odruchowo spuściła oczy, starając się z całych sił ukryć zbędny malujące się na twarzy zakłopotanie, jakby zapomniała, że w pomieszczeniu panuje półmrok.
- Powiedział to tobie? - Księżniczka odwróciła się przez ramię, spojrzała na rozmówczynię, jednocześnie łapiąc ją za nadgarstek, tak mocno, że tamta gwałtownie zgięła się wpół.
- Nie... Niezupełnie - zaprzeczyła lekko drżącym głosem. - Ja przepraszam.
Hisako westchnęła cicho.
- Spokojnie. Powiedz mi, co się stało, w jaki sposób się tego dowiedziałaś? - Zanim padły te słowa, zdążyła już puścić służącą i całkowicie obrócić się w jej stronę.
- Nic, naprawdę, ja tylko... Zdarzyło mi się słyszeć, coś, co nie było przeznaczone dla moich uszu... Ale przysięgam, to się więcej nie powtórzy.
- Nie umiesz kłamać - stwierdziła stanowczo Hisako. - Nawet tego nie próbuj.
- Kiedy ja nie kłamię, jakbym mogła. - Kumiko miotała się coraz bardziej, w końcu osunęła się na kolana i przyciągnęła głowę do płyt podłogi. - Przysięgam, że nie...
- Wstań! - Pierwsza córka klanu Sugiatni niewiele robiła sobie z zakłopotania służki, która wstała natychmiast po tym, jak padło polecenie. I teraz lekko drąc drżąc stała ze spuszoną spuszczoną głową i zamkniętymi oczami tuż pod ścianą.
- Dobrze - Hisako wyprostowała się na stołeczku - To teraz powiedz mi, jak było naprawdę. Byłaś z nim tamtej nocy, czy tak?
- Wybacz mi księżniczko, nie mogę... Nie powinnam... Nie wolno mi... - dukała, Kumiko, jednocześnie czując jak, na samo wspomnienie, krew napływa jej do policzków. Nigdy przedtem żaden mężczyzna nie żądał od niej czegoś podobnego. I chociaż doskonale wiedziała, że nie dzieje się nic niezwykłego, że to nic nie znaczy, nie potrafiła myśleć o tym spokojnie.
Pamiętała jego dotyk. Stanowczy uścisk twardych, pełnych odcisków dłoni. Swoistą delikatność, połączoną z nieznoszącą sprzeciwu władczością. Pamiętała, że po tym jak znaleźli się w pokoju, a ona pomogła mu już przebrać się w nocną szatę, klęczała na podłodze pełna obaw o to, co stanie się za chwilę.
Samuraj najpierw rozwiązał fartuch, który nosiła zamiast pasa, rozsunął poły wierzchniego i spodniego kimona dziewczyny, wsunął w nie dłoń i przez chwilę dotykał jej skóry. Ugniatał malutkie, niemal płaskie piersi, tak mocno ściekając przy tym brodawki, że poczuła napływające do oczu łzy.
Nadal się bała. Serce biło jej szybciej, w głowie miała popłoch. Wiedziała, że powinna czuć się dumna, zaszczycona! Ale przecież miała tylko niecałe piętnaście lat i nigdy wcześniej nie była z mężczyzną! Nie miała pojęcia, co robić! Ilustracje z książek poduszkowych, które tak chętnie oglądała w raz z innymi młodymi służącymi, wydały się jej nagle śmieszne, niewystarczające. Zresztą i tak wszystkie zapomniała. Zacisnęła powieki. Kenshiro jedną ręką wciąż bawił się biustem dziewczyny, drugą ponownie chwycił dłoń jej dłoń, wsunął pod swoje jedwabne nocne kimono i położył na przyrodzeniu.
Wzdrygnęła się lekko. Otworzyła oczy, poruszała nimi gwałtownie, jakby szukając ratunku, szarpnęła się, nieśmiało spróbowała cofnąć rękę. Nie chciała, nie była na to gotowa! Przytrzymał ją mocniej. Nic nie powiedział, wyczuła jednak, że nie spodobało mu się to. Samuraj ujął służącą za drugą rękę i także wsunął ją pod swoją szatę. Znów zacisnęła powieki. Pozwoliła, żeby poprowadził jej dłonie, zademonstrował, w jaki sposób masować jego członka, aby stwardniał, a gdy to się stało przecinek pchnął dziewczynę na rozłożony futon.
Chwilę później było już po wszystkim, lecz on zamiast pozwolić jej odejść, zupełnie nieoczekiwanie zaczął mówić. A mówił takie rzeczy, że Kumiko poczuła prawdziwe przerażenie. Nigdy nie powinna tego słuchać! Co on teraz zrobi, zabije ją? Życie służącej zbędny tak niewiele znaczy.
Nieważne, że ta służąca była córką wiejskiego samuraja. Jej ojciec miał tak niską rangę i tak mały przydział ryżu, że nie tylko nikt nie zapraszał go na oficjalne klanowe uroczystości, ale też zapewne nikt nawet nie pamiętał jego imienia. Dlatego nawet teraz, kiedy stała przed swoją panią, wciąż bała się, że tamtej nocy ściągnęła na siebie wyrok śmierci.
- Czyli tak. - Hisako wzruszyła lekko ramionami, nagle łagodniejąc. - To przynajmniej powiedz mi, co dokładnie wtedy usłyszałaś z jego ust.
- Nie usłyszałam już nic więcej - Kumiko wyraźnie odetchnęła. - Hisako-sama, myślisz, że to możliwe? Hiroshi-sama zbędny mógłby...
- Nie wiem, nie znam się na prowadzeniu wojen. Jeśli jednak stryj tak twierdzi, obawiam się, że może mieć rację. Ufam jego doświadczeniu.
Zamilkły. Kumiko konturowała obmywanie ciała i włosów swojej młodej pani, skupiając się całkowicie na tej czynności. Księżniczka zaś wbiła wzrok w refleksy księżycowego światła, usiłując zebrać myśli.
Przez cztery dni leżała nieprzytomna, to długo, bardzo długo. Wiele przez to straciła, może nawet zbyt wiele? Zacisnęła powieki. Czym sobie na to zasłużyła? Czemu własny ojciec zrobił jej coś takiego? Jak w ogóle mogło do tego dojść? Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań i prawdę mówiąc, wcale nie była pewna, czy chce je poznać. Sprzeczności mieszały się w niej, przekrzykiwały wzajemnie. Pourywane kawałki myśli to wynurzały się na wierzch, to ginęły w odmętach umysłu, aby już nigdy nie powrócić. Na W ich miejsce natychmiast pojawiały się nowe. Wiele spraw, niedokończonych refleksji kłębiło się teraz pod sklepieniem czasZki dziewczyny. Chaos ogarniał ją całą, wkradał się nie tylko do rozważań, ale i emocji. Po ostatnich przeżyciach nie wiedziała już, co powinna czuć. Obok zimnej, nienawiści do generała Murahito połączonej z chęcią zabicia go własnym sztyletem, albo przynajmniej ujrzenia martwym, pojawiała się teraz ponura, wymierzona w rodzica pretensja. To przyprawiało ją o wstyd. Nidy, przenigdy nigdy nie powinna czuć czegoś podobnego! Nie miała prawa mieć żalu do ojca! To przecież świadczyło o zupełnym braku szacunku! Och! jak bardzo chciała pozbyć się tego uczucia, wyrzuć z siebie, zapomnieć o jego istnieniu! Z drugiej strony, coś nieśmiało szeptało w niej, że przecież nie robi niczego złego. W końcu została skrzywdzona. Skrzywdzona? Naprawdę pomyślała coś takiego? Nie mogła jednak zaprzeczać faktom. Niestety, ojciec, czy raczej jego duch przecinek naprawdę ją skrzywdził. Pogrążył w gorączce i uśpił na długi czas. Prawie zabił, Skąd zbędny więc te skrupuły? Przecież nie miał prawa jej nękać. Nie ważne, kim był!
Co z Hiroshim i jego decyzjami? Czy naprawdę mogą być aż tak groźne? Nie umiała odpowiedzieć, lecz intuicja nakazywała jej przyznać Kenshiro rację. To on był tutaj starszy i bardziej doświadczony, skoro, więc mówił na głos, to, co mówił, bez wątpienia musiał mięć powody ku temu.
Pokojówka nareszcie skończyła i ukłoniwszy się, zostawiła swoją panią samą. Hisako powoli wstała i skierowała kroki w stronę wanny. Gorąca ciecz przyległa do ciała dziewczyny, rozluźniła mięśnie. Sprawiła, że po mimo ponurych myśli ogarnęła księżniczkę oczyszczająca, chodź osłabiająca błogość. „Nie” - postanowiła w duchu. - „Nie będę o tym myśleć, ale chyba powinnam porozmawiać z bratem.” - Rzekła "rzekła" z małej jeszcze w duchu, nim bez reszty oddała się chwili przyjemności.
Trochę jeszcze zostało, ale to nadrobię później. Interpunkcja jest słabą stroną tekstu, fabuła mocną, bo prowadzisz ją w przyjemnym dla czytelnika tempie, zaopatrując w fajne szczegóły (barwne masz opisy, lubię to, i dokładne). Podoba mi się konsekwencja w prowadzeniu postaci, to, że są stałe w poglądach i znają swoje miejsce. Zaznaczasz hierarchiczne "stosunki" międzyludzkie, patriarchalność, naprawdę ładnie Ci to wychodzi. Cieszy mnie też to, że nie spłycasz postaci Kumiko, czyli na przykład nie "lituje się" ona nad służką, choć wie, co ją spotkało. Tak trzymać.

Tylko interpunkcja zawodzi, nie wiem, nie wiem jak możesz to zmienić, bo skoro już tyle piszesz i nadal są podobne błędy przecinkowe, to może nadal nie umiesz ich wyłapać? Ma sens dla Ciebie to, co ja wypisuję? W sensie, masz takie przekonanie, że następnym razem nie powtórzysz czegoś? Bo może chodzi o to, że w pewnym momencie sprawdzania tekstu, co na pewno robisz przed wrzuceniem, już przestajesz widzieć zbędne przecinki. W każdym razie mam nadzieję, że będziesz robić postępy i odbierzesz mi możliwość czepiania się interpunkcji.

Blah, dobry fragment. I nareszcie rozwiązało się nieco z tym ojcem.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 01 września 2013, 13:35

O, widzisz Kandaro. Przeczytałam. Obiecałam, prawda? I prośby dotrzymałam. Było ciężko, ale Cię lubię i wzięłam się za to w nocy. Czytałam do grubo po trzeciej, a potem wzięłam się za Irysy przed 12. I oto jestem.

Nie mam dla Ciebie błędów, było ich kilkanaście na wszystkie fragmenty, ale zgaduję, że po prostu niektórych nie poprawiłaś. Musisz to jak najszybciej poprawić, bo to obniża wartość tekstu. Jakieś literówki głównie, pogubione, przestawione, dodane litery w wyrazie. "Mięć" zamiast "mieć" albo coś w tym stylu. Poszukaj tego, jak będziesz mieć czas, przeczytał jeszcze raz, szczególnie ostatnie fragmenty, bo to o nich mowa.

Przez kilka fragmentów szło mi źle, głównie przez opisy. W pierwszym fragmencie było to okej, ale w każdym kolejnym, kilka akapitów, ogromnie długich, opisujących przedmiot, miejsce, osobę troszkę mnie denerwowało. Wiesz, stosunkowo mało akcji było, a opisy przeważały. Brakowało mi harmonii, wyważenia tych dwóch składników.

Ale teraz wiem, ze to Twój styl, Twoja opowieść. Kreujesz świat słowami, sprawiasz, ze wyobrażam sobie to wszystko, całe to piękno. Znajdź mi kogoś kto z taką szczegółowością, oddaniem, barwnością coś opisze. Nie przypominam sobie nikogo takiego na tym forum. Sprawiasz, że chcę się tam znaleźć.

W dodatku znasz się na rzeczy, masz ogromną wiedzę na temat Japonii i przemycasz ją do swojego tekstu, opierając się na ich zasadach, rytuałach, itd. A przy tym tworzysz swój świat.

Hisako i Hiroshi mieli być chyba najbardziej lubianymi postaciami. W moim wypadku się sprawdziło; bardzo ich polubiłam. Nawet ich stryj nie jest jak na razie do końca zły dla mnie, a matka staje się pełna uczuć, chociaż ich nie uzewnętrznia.

Może pomyśl o wprowadzeniu jakiejś akcji; walki, pojedynku dużego między Hisako i Hiroshim, wiesz, czegoś co przyciągnie. Może zrezygnuj trochę z obszernych opisów każdej sceny. To troszkę męczy, mimo że jest pięknie napisane. Wiem, że te opisy sprawiają Ci przyjemność i lubisz je pisać, ale pomyśl nad tym.
Nie mogę się doczekać dalszego ciągu. Wiem, że go piszesz, ja będę na niego czekać niecierpliwie i mam nadzieję, że nie zapomnę tych przeczytanych fragmentów, do tego czasu.

Reasumując: nie mam za dużo do zarzucenia. Jedynie te błędy i trochę za mało akcji. Ale Twój styl, słowa, piękne opisy, przyjemnie postacie to rekompensują. Nie masz czym się martwić, Kandaro. Poza tym, nie dla każdego czytałabym trzy strony przeogromnych (o, kolejna zaleta tego tekstu!) fragmentów. Trzymaj się, Żuczku i pisz!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
limero

Re: Samotne irysy

Post autor: limero » 12 września 2013, 18:49

Tytuł mi się bardzo podoba! Wytrwałości w pisaniu! :)

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 15 września 2013, 01:27

Sprawa pierwsza: dzięki ogromne dla wszystkich, co to przeczytali i zostawili po sobie jakiś ślad. Nawet jeśli tego po mnie nie widać, to naprawdę, naprawdę jest to dla mnie bardzo ważne.
Kanterial pisze:
Tylko interpunkcja zawodzi, nie wiem, nie wiem jak możesz to zmienić, bo skoro już tyle piszesz i nadal są podobne błędy przecinkowe, to może nadal nie umiesz ich wyłapać? Ma sens dla Ciebie to, co ja wypisuję? W sensie, masz takie przekonanie, że następnym razem nie powtórzysz czegoś? Bo może chodzi o to, że w pewnym momencie sprawdzania tekstu, co na pewno robisz przed wrzuceniem, już przestajesz widzieć zbędne przecinki. W każdym razie mam nadzieję, że będziesz robić postępy i odbierzesz mi możliwość czepiania się interpunkcji.

Blah, dobry fragment. I nareszcie rozwiązało się nieco z tym ojcem.
Kan, ja po prostu jestem w tej dziedzinie ciemna. Nie wiem skąd to się u mnie bierze :bag: . Wiem tylko, że nie umiem stawiać tych głupich znaczków, tak jak należy. I chociaż, przyznaję mam całkiem dobrą książeczkę na ten temat, ocalałą jeszcze z czasów szkolnych, to wątpię czy kiedykolwiek się tego nauczę tak, jak potrzeba. I zapewniam, że nie robię tego złośliwie, ani celowo.

Joa pisze:O, widzisz Kandaro. Przeczytałam. Obiecałam, prawda? I prośby dotrzymałam. Było ciężko, ale Cię lubię i wzięłam się za to w nocy. Czytałam do grubo po trzeciej, a potem wzięłam się za Irysy przed 12. I oto jestem.


Przepraszam, cię że oficjalnie dopiero teraz odpowiadam, ale... dla mnie odpowiadanie bez kolejnej części jest takim trochę sztucznym podbijaniem tematu. W każdym razie cieszy mnie, że przez to przebrnęłaś. Naprawdę. :heart:
Joa pisze:Hisako i Hiroshi mieli być chyba najbardziej lubianymi postaciami. W moim wypadku się sprawdziło; bardzo ich polubiłam. Nawet ich stryj nie jest jak na razie do końca zły dla mnie, a matka staje się pełna uczuć, chociaż ich nie uzewnętrznia.


No wreszcie! Wreszcie ktoś coś na ten temat powiedział, myślałam, że to nigdy nie nastąpi. I wiesz co? Fajnie, że polubiłaś dzieciaki. Tak po ludzku mnie to ucieszyło.
Kompot pisze:Sorry, że spoileruje cały tekst, ale tak było mi wygodnie czytać, a ciągle mnie coś rozprasza. Zadziwiająco dobrze mi się czytało, niektóre opisy podobały mi się szczególnie. Mam jedną uwagę, propozycję, jakkolwiek to nazwać. Moim zdaniem część w łaźni powinna zamienić się z częścią ostanią. Są dwa powody, które za tym przemawiają.
Nie sorry, nie sorry, bo z takiego spojera lepiej mi się poprawia. Dużo, dużo lepiej, niż przy cytowanych jedynie wycinkach tekstu. Co do rozkładu fragmentów, to się raczej nie zgadzam, ale to tym niżej.

Rozdział IX Shoji odsunęły się bezszelestnie.
- Panie, powinieneś się położyć. Jest już bardzo późno, właśnie mija druga połowa czasu żurawia - odezwał się cichy, dziewczęcy głos.
- Odejdź. Ja nie zamierzam jeszcze iść spać - odparł machinalnie Hiroshi, krzywiąc się jak dziecko. Dziewczyna zachichotała cicho.
- Ależ mój panie, przecież musisz czuć się zmęczony - stwierdziła spokojnie, takim tonem jakby chciała powiedzieć: " Jestem przekonana, że zaśniesz natychmiast jak się położysz."
Zdumiony śmiałością osoby, która ośmieliła się nie tylko bezceremonialnie przeszkodzić mu w modlitwie, ale także zwracać się do niego w tak bezczelny sposób, odwrócił się w stronę wejścia. W ciemności dostrzegł zarys, przycupniętej na werandzie, kobiecej sylwetki.
- Zdaje się, że lepiej ode mnie wiesz, czego mi teraz trzeba - rzekł chłodno.
- Zatem powiedz mi, panie, czego ci trzeba? - Dziewczyna wyraźnie drażniła się z nim, prowokowała. - Czego innego może pragnąć człowiek o tak późnej porze? - ciągnęła spokojnie dalej. - Zwykle o tej porze dawno już spałeś, Hiroshi-sama.
- Jak śmiesz tak do mnie mówić? - Ukryte w tym pytaniu narastające wzburzenie, zmieszane ze źle skrywanym zdumieniem sprawiły, że klęcząca postać znów zaniosła się cichym, udawanym śmiechem.
- Naprawdę potrzebujesz snu, mój panie. Musisz być naprawdę bardzo zmęczony, skoro już nawet nie jesteś w stanie mnie nie rozpoznać.
Poderwał się gwałtownie, podbiegł do wejścia. Jeszcze w biegu z powrotem opadł na kolana.
- Siostro! - zawołał łapiąc dziewczynę za nadgarstki i przez chwilę trzymając je w dłoniach. - Wyzdrowiałaś! Jak to dobrze.
Że też nie poznał jej od razu! Nikt inny nie ośmieliłby się przecież rozmawiać z nim w ten sposób.
- Tak, czuję się dobrze.
- I znowu nikt mi nic nie powiedział - westchnął Hiroshi. - To bardzo dziwne, że nikt nie raczy nawet poinformować mnie, co tak naprawdę dzieje się w moim własnym domu! A wtedy, gdy leżałaś nieprzytomna, nie pozwolili mi nawet na chwilę cię odwiedzić. Matka i stryj twierdzili, że to byłby zły znak. - Głos drżał mu lekko od tłumionego żalu i ponownie wzbudzonej irytacji. Przecież był tu panem!
- Ktoś zabronił czegoś panu prowincji Mido? Niesłychane. - Nieznacznie przechyliła głowę w udawanym oburzeniu, ale szybko spoważniała. - Widziałam ojca - rzekła cicho.
- Co? - Chłopiec odskoczył od siostry, wypuszczając z dłoni jej przeguby. - Znowu sobie ze mnie żartujesz? - zapytał niepewnie.
- Gdzieżbym śmiała - odpowiedziała najbardziej poważnym tonem, na jaki było ją stać. - Przyszedł do mnie we śnie, a właściwie... - Nabrała powietrza - nawiedził mnie. Opętał. Tego też ci nie powiedzieli?
- Nawiedził... Opętał? - Hiroshi mówił powoli, jakby nie docierało do niego to, co usłyszał. - Czyli to dlatego byli tu ci mnisi... - Drżenie w jego głosie narastało. "I oni chcieli to przede mną ukryć" myślał z goryczą, wciąż spoglądając na dziewczynę.
Gdzieś głębiej budziło się w nim coś niedobrego, czego jeszcze nie potrafił nazwać, a co kuło go boleśnie w koniuszek serca.
- Może to i lepiej. - Hisako ułożyła dłonie na kolanach - Masz teraz na głowie tyle innych spraw, że nie powinieneś przejmować się takimi drobiazgami.
- Drobiazgami? - Hiroshi mało nie wybuchnął. - Chcesz mi powiedzieć, że twoje zdrowie, oraz fakt, że nasz ojciec z jakiegoś powodu zmienił się w Mononoke, są drobiazgami?
- Dokładnie tak. I nie unoś się tak, takie zachowanie nie przystoi władcy. Jedno opętanie, życie jednej dziewczyny jest niczym wobec odpowiedzialności za cały nasz klan.
- To twoje życie. A ty jesteś przecież moją siostrą. Nie mów, że to jest niczym!
- Właśnie. Jestem tylko twoją siostrą - mocno zaakcentowała słowo "tylko". - Kimś zupełnie nieważnym.
- Nie mów tak! Nie jesteś nieważna, ja cię potrzebuję!
- Nie wiem, czy wiesz, ale siostry odchodzą z domu.
* Kilka dni później kiedy formalne odnowienie sojuszu, pomiędzy klanami Sugiatni i Ashida stało się faktem, a większość poddanych opuściła mury zamku, Hiroshi po raz kolejny przeglądał akt sojuszniczy. Dokument ów został sporządzony w obecności jego, szambelana Takayashi oraz trzech innych wysoko postawionych członków rady klanu, podczas oficjalnego posłuchania, którego udzielił pięciu samurajom - posłom pana Ashidy Akinoriego. Negocjacje, toczone pod kierownictwem wciąż jeszcze nieco naburmuszonego, ale posłusznego Kenshiro, przebiegały wyjątkowo sprawnie. Delegaci rodu Ashida bez sprzeciwu, przyjęli wszelkie warunki, podyktowane szorstkim głosem wojownika, zyskując w zamian jedynie obietnice pomocy w momencie, kiedy wróg znajdzie się w odległości dwudziestu jeden ri od Erikawy. O tym, że właśnie taki zapis powinien znaleźć się w akcie sojuszniczym, Hiroshi dowiedział się dzień wcześniej, podczas popołudniowej rozmowy ze stryjem.
- Jeśli pozwolisz panie - odezwał się wówczas klęczący przed nim samuraj - uważam, że skoro, pomimo moich próśb, postanowiłeś jednak odnowić przymierze, to przynajmniej powinniśmy zaproponować możliwie jak najbardziej korzystne dla nas warunki. Przede wszystkim ważne jest to, żebyśmy nie angażowali się od początku, dołączyli do zmagań możliwie najpóźniej, wtedy może będziemy mieć w tym starciu jakieś szanse.
Wiatr szumiał cicho w nagich konarach klonu z irysowego ogródka, w którym przebywali. Promienie słoneczne odbijały się od lekko pomarszczonej tafli oczka wodnego, przez co wyglądała tak, jakby ktoś wysypał nań tysiące malutkich diamentów. Hiroshi siedział na jednym z otaczających sadzawkę kamieni i ukradkiem zerkał na jej powierzchnię. Podłużna twarz chłopca, otoczona długimi do ramion, ciemnymi włosami, nosiła znamiona głębokiego zamyślenia, a migdałowe czarne oczy lśniły dziwnym blaskiem. Samuraj przeklął w duchu widząc to. Znowu to samo. - Tak? - Młody daimyo w jednej chwili jakby stracił zainteresowanie odblaskami na wodzie i patrzył teraz prosto w twarz ojcowskiego brata. - Jak, twoim zdaniem miałoby to z naszej strony wyglądać? - Padło spokojne, chodź zarazem wypełnione autentyczną ciekawością pytanie.
- Mówiłem już nieraz, że żeby zebrać siły potrzebujemy czasu - zaczął powoli Kenshiro, uważnie obserwując swojego pana. - Dlatego nie powinniśmy interweniować wcześniej, niż armia Murahitów znajdzie się w określonej odległości, powiedzmy siedemnastu ri, od Erikawy. A i wtedy nie powinnyśmy wdawać się w otwarty bój, a jedynie pomóc w przygotowaniu obrony zamku i miasta oraz oczywiście wziąć udział w samej obronie.
- A co jeśli Murahito nigdy tam nie dotrą? - Tym razem głos chłopca zawierał w sobie wyraźną nutę obaw i niepewności.
- Dotrą - odparł z przekonaniem samuraj. - Niczego innego nie jestem tak pewien jak tego, że Ashida nie zdołają zatrzymać ich wcześniej. Istnieje jeszcze możliwość, że wojna skończy się, zanim Isamo przepuści atak na stolicę Akai, ale raczej wątpię, żeby do tego doszło. Pan Akinori nie podda się tak łatwo, dobitnym dowodem, jest to, że wciąż żyje, a nawet dokonał częściowej rekonstrukcji klanu. Nie mniej jednak, to nie wystarczy, żeby zatrzymać Drugą armię klanu Murahito, uwierz mi, panie.
- Wierzę - rzucił jakby w przestrzeń. - Rozumiem. Zgadzam się na takie warunki sojuszu.
- Dziękuję, Hiroshi-sama. - Kenshiro lekko pochylił głowę. - Bardzo cieszy mnie twoje zaufanie.
Wieczorem, siedząc samotnie w swoim prywatnym pokoju, Hiroshi z ulgą przyglądał się brunatnym znakom na białym papierze. Wreszcie mógł przestać o tym myśleć, zadręczać się czy aby na pewno postępuje właściwie. Układ przypieczętowano i tym samym wątpliwości, jakie dręczyły go jeszcze niedawno, zaczęły powoli odchodzić w zapomnienie. Teraz już wiedział, że nie zejdzie z raz obranej ścieżki. Leciutki uśmiech satysfakcji pojawił się na jego ustach. Powoli wracał do równowagi, odzyskiwał zagubiony spokój i chociaż wciąż odczuwał mocny, wręcz palący żal po stracie ojca, to jednak sypiał coraz lepiej. Gwałtowne, pełne łez przebudzenia zdarzały się mu coraz rzadziej. Smutek przyczaił się jedynie w najgłębszym zakamarku serca młodego władcy, umiejscowił wygodnie w gdzieś w koniuszku, aby kłaść swój cień na wszystkich myślach, emocjach i działaniach. Hiroshi nie był pewien czy kiedykolwiek się go pozbędzie. Wciąż brakowało mu ojca. Brakowało do tego stopnia, że czasem ogarniała go nagle lekka, stłumiona, nieśmiała skierowana przeciwko siostrze złość, może zazdrość? Ile razy jednak łapał się na tym było mu wstyd, gdyż w jego własnym odczuciu, wyglądało to tak, jakby zazdrościł Hisako opętania. Co za niedorzeczność! Przecież ona mogła przez to zginąć, a on? On po prostu miał pretensje o to, że zmarły rodzic przyszedł do Hisako, a nie do niego. Zupełnie jakby był kilkuletnim, nadmiernie rozpieszczonym dzieckiem, które wcale jeszcze nie rozumie świata. Bez sensu. Nawiedzenie przez ducha, nawet ducha własnego ojca, nie zaliczało się do miłych doświadczeń. Wręcz przeciwnie, to było coś, co wpływało na równowagę ciała, umysłu i ducha, zaburzało ją w sposób znaczący i gwałtowny, na zawsze zostawiając na ofierze swoje piętno. Ale przecież Hisako nic się nie zmieniła! Nadal była tak samo niepokorna i o wiele zbyt śmiała jak na kobietę. Zbyt władcza. Zbyt stanowcza. Zbyt dobrze władająca bronią. Zbyt samodzielna. I zbyt pewna tego, że to co robi jest słuszne. Zdawała się posiadać te wszystkie przymioty, których on tak potrzebował, a których mu brakowało. Czasami nawet myślał, że tuż przed ich narodzinami, Subukari, bóg zajmujący się przydziałem dusz do ciał, pomylił się i tak dusza, która miała trafić do jego ciała, trafiła do ciała siostry. Natomiast sama Hisako, wciąż odczuwała pewne osłabienie. Często bolała ją głowa. Nieraz przy niewielkim z pozoru wysiłku zdarzało się, że nagle całe otoczenie zaczynało wirować, a ona gwałtownie traciła równowagę i musiała przytrzymać się czegoś, aby nie upaść. W tych momentach, jej twarz na powrót stawała się woskowo-blada, a na czoło występowały kropelki potu. Na szczęście gorączka już nie wracała. Pomimo tych drobnych incydentów księżniczka czuła się dobrze i powoli wracała do pełni sił. Nie było więc powodu do niepokoju. Ani tym bardziej do położenia jej do łóżka, czego ewidentnie próbował dokonać Jiro, za każdym razem, kiedy zasłabła. Ignorowała go jednak, twierdząc, że przez podobną terapię, prędzej umrze z nudów, niż wyzdrowieje. W rzeczywistości nie tyle obawiała się nudy, co własnych myśli i uczuć. Martwiła się, że jeśli zbyt długo pozostanie bezczynna, one zapanują nad nią bez reszty, wyciągną na wierzch to wszystko, co tak bardzo chciała zagłuszyć, wycisną z oczu kolejne łzy. Nie chciała tego. Pragnęła za to jak najszybciej wrócić do równowagi, chociaż doskonale wiedziała, że nic już nie będzie takie samo. Nikomu nie powiedziała też o nawiedzających ją niemal co noc snach. Czuła w nich zapach krwi i zgnilizny, sprawiający, że powietrze wokół stawało się namacalne. Widziała blade, trupie twarze, które wpatrywały się w nią szeroko otwartymi, matowymi oczami, zmasakrowane, rozszarpane przez kruki i wrony ciała mężczyzn kobiet, a nawet dzieci. Złowieszcze krakanie unosiło się nad okolicą, odbijało głuchym echem w przestrzeni. Jeden z ptaków, największy ze wszystkich, przysiadał zwykle na znajdujących się najbliżej dziewczyny, zwłokach młodego chłopca i kilkoma uderzeniami mocnego dzioba, wydłubywał otwarte, zastygłe w przerażeniu oko. Następnie unosił łeb, spoglądał na stojącą bez ruchu, niby wrośniętą w ziemię księżniczkę. Z chwilą, kiedy rozpościerał skrzydła obraz zmieniał się. Czarne ptaszyska okazywały się motylami, a trupy kwiatami. Wysokimi, niebieskimi irysami, których łodygi poruszały się leciutko w podmuchach ciepłego, majowego wiatru. Krakanie ustępowało miejscu cichemu, dźwięcznemu śpiewowi słowika i tylko zbierające się na horyzoncie ciemne chmury, oraz dalekie grzmoty zakłócały tę sielankę. Te, gnane wiatrem zbliżały się szybko. W jednej chwili spokojna, słoneczna okolica pogrążała się w zupełnej ciemności. W tym samym momencie niebo przecinała potężna, zygzakowata błyskawica. Po niej następował huk i zaczynał padać obfity, czerwony deszcz, podczas gdy Hisako wciąż stała w tym samym miejscu, co wcześniej. Nie mogąc się ruszyć, z rosnącym przerażeniem obserwowała burzę. Patrzyła jak pioruny uderzają dokoła niej, słyszała ich potężne huki i rozpaczliwie próbowała zerwać się do biegu. Na próżno. Nawałnica zamierała. W jednej chwili, ciemność cofała się, odsłaniając setki, może nawet tysiące połamanych kwiatów. Niebo zaczynało wirować, cała okolica obracała się w miejscu, niczym wielki kierat. W centrum tego wszystkiego nadal była ona. Całkowicie zdezorientowana, zdrętwiała ze strachu, z sercem bijącym tak szybko i głośno, że mogła je bez trudu usłyszeć. W momencie, gdy wszystko zatrzymywało się, łąka znikała, a dziewczyna stwierdzała nagle, że znajduje się w jakimś niewielkim, zadymionym pomieszczeniu. Drewniane ściany wzniesione zostały z grubych poprzecznych bali, środek izby zajmowało niewygaszone palenisko. Obok stał niewielki, porcelanowy wazonik w nim bukiet irysów. Wówczas puszczała krępująca jej ciało blokada, na skutek, czego Hisako zataczała się gwałtownie i opadała na ziemię, potrącając naczynie. Z łoskotem uderzało o klepisko i chociaż pozostawało w jednym kawałku, to wylewała się zeń cała woda, tworząc ciemną plamę na suchej ziemi. Niebieskie kielichy momentalnie więdły. Płatki kurczyły się i czerniały. Ogień w palenisku strzelał w górę, pomarańczowe płonienie dotykały włosów dziewczyny. Ze ścian spływała lepka, czerwona, gorąca ciecz, a one same rozmywały się, falowały i zanikały. Pośrodku pustki, w jakiej nagle się znajdowała, wypiętrzała się szybko, jakby ktoś malował ją krótkimi pociągnięciami pędzla, stroma, wysoka góra o ośnieżonym wierzchołku. Wyciągała ku niej dłoń, ponownie otwierała usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Próbowała wstać, ale nogi miała jakby z mgły... Zaczynała się, zatem czołgać się w kierunku wzniesienia. Nie wiedziała, po co to robi, dlaczego chce się tam dostać, mimo to brnęła naprzód, czując ból zżeranej skóry, pieczenie ran i zadrapań. Mocno przyciskając dłonie do zimnego podłoża, ze ściśniętym w panice sercem i szeroko otwartymi oczami, zbliżała się do pionowych zboczy. Gęsty dym unosił się ponad szczytem. Białe kłęby chwiały się na boki, spowijały całą okolicę, a następnie skupiały w jednym miejscu, przypierając przy tym ludzką sylwetkę. Mgielna postać zmieniała się w ogień. Rzucała się w kierunku pełzającej Hisako, dotykała jej włosów i ciała, które zaczynały płonąć. Rozdzierający, piekący, palący ból, odblokowywał gardło. Wydawała tłumiony krzyk i dokładnie w tym samym momencie budziła się. Siadała gwałtownie na posłaniu, usiłując złapać oddech, uspokoić zbyt mocno bijące serce. Rozszerzonymi źrenicami spoglądała w noc, odruchowo łapiąc za rękojeść leżącego nieopodal tanto...[/align]
* Dzień po oficjalnym odnowieniu sojuszu, Hisako ćwiczyła samotnie na dziedzińcu głównego budynku, pod zieleniącymi się konarami rodowej śliwy. Zawzięcie wymachując drewnianą naginatą, wymierzała wyimaginowanym przeciwnikom cały szereg szybkich, ciosów, z taką energią, jakby naprawdę zależało od tego jej życie. Krótkie, szarpane, ale zarazem płynne ruchy całego ciała, łączyły się z donośnymi, urywanymi okrzykami. Długie, spięte w kucyk włosy śmigały w powietrzu za każdym razem, gdy odskakując w bok wykonywała unik. Od czasu, do czasu lekko pochylała się do przodu, aby wzmocnić siłę natarcia. Pomimo rzadkich, słabych podmuchów kwietniowego wiatru, ciało i twarz dziewczyny pokrywał pot. Ona jednak nawet na chwilę nie przerywała treningu. Wkładając weń wszystkie negatywne emocje, całą nienawiść, żal, czuła jak stopniowo ogrania ją przyjemne, wręcz błogie zmęczenie. Uśmiechnęła się lekko. Wykonała jeszcze jeden szybki wypad, po czym zatrzymała się na chwilę. Otarła czoło jedwabną chusteczką, wydobytą zza poły granatowego kosode, w które była ubrana i podparła się bronią jak laską. Odetchnęła głębiej parę razy. Zaraz potem ponownie uderzyła, wyprowadzając od dołu szybki, prosty cios. Uśmiechnęła się. Cofnęła broń, przeniosła ją za plecy, osłoniła się zgrabnie, wykonała, połączony z przyklękiem wypad, jednocześnie unosząc naginatę po lekkim skosie. Wstała, przybrała pozycję wyjściową i znów natarła przenosząc ciężar ciała to na jedną, to na drugą nogę. Niespodziewanie rozległ się klekoczący dźwięk, towarzyszący uderzeniu drewna o drewno. Ostrze natrafiło na opór. Zaskoczona, otworzyła przymknięte w czasie ataku oczy i zaczęła powoli podnosić głowę. Najpierw ujrzała wyciągnięty bokken, potem trzymającą go dłoń, a na końcu resztę sylwetki stojącego przed nią, niewysokiego, lekko tęgawego chłopca w błękitnej hakama i kosode koloru indygo. Hisako wyprostowała się, lekko zakręciła naginatą i opuszczając ją swobodnie w dłuż ciała spojrzała prosto w smutne oczy brata.
- Powinnaś trzymać gardę - skomentował spokojnie Hiroshi, przyglądając się uważnie poczynaniom siostry.
- Chciałam dać ci szanse. - Padła szybka, zabarwiona delikatną, prawie niedostrzegalną prowokacją, odpowiedź. - Źle by wyglądało, gdybyś zbyt łatwo ze mną przegrał.
Oparł ciężar ciała na prawej nodze, mocniej zacisnął dłonie na rękojeści lekko uniesionego, trzymanego przed sobą bokkena.
- Nie wybaczę ci tego. - Młody daimyo cofnął się jeszcze o krok, nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Zobaczymy. - Księżniczka także wykonała krok w tył i również przyjęła pozycję zaczepno-obronną.
Ruszyli. Hiroshi uderzył prosto, ale natrafił na poprzeczny blok. Skrzyżowali broń, przez chwilę trwali w zwarciu, próbując odepchnąć się nawzajem. W końcu chłopiec zdołał oswobodzić bokken z uścisku. Krążąc po łuku, szukał okazji do następnego natarcia. Podczas gdy dziewczyna przeniosła broń za plecy, jednocześnie cofając lekko prawą nogę i wyciągając przed siebie lewą dłoń, jakby chciała powstrzymać nią przeciwnika. Ten uderzył znad głowy, ale Hisako zdołała chwycić oręż w dwóch miejscach i unosząc go poprzecznie, zablokowała cios. Odskoczyła. Uśmiechnęła się zdawkowo. Natarła. Nadal trzymając naginatę w dwóch miejscach, skierowała ją po skosie w okolice gardła młodego daimyo. Zbił je szybkim ruchem drewnianego miecza. Zanim jeszcze zdołała podnieść się z półuklęku, znów wykonał zamach z nad głowy, zmuszając ją do osłonięcia się skróconym przez chwyt drzewcem. Zachwiała się lekko, ale odbiła uderzenie. Błyskawicznie wstała. Wykonała szybki obrót wokół własnej osi, oddaliła nieco od brata i obserwowała go przez chwilę. Pojedynek, który właśnie toczyli był swoistym powrotem do normalności, dostatecznym dowodem na to, że życie toczy się dalej. Bezlitośnie, nie oglądając się wstecz, nie rozpamiętując tego, co się zdarzyło, wciąż parło naprzód, nie przejmując się zupełnie ich troskami i wymuszając nań podobną postawę. Nieważne, co było. Z każdym kolejnym uderzeniem, uświadamiała to sobie coraz wyraźniej. Zmrużyła lekko oczy. Najważniejsze, aby skupiła się na tej chwili. Chłopiec pozostał na miejscu. Ze skupieniem na twarzy, próbował przewidzieć kolejny ruch bliźniaczki. A potem, wszystko potoczyło się błyskawicznie: w jednej chwili znalazł się w pobliżu dziewczyny. Trzymając drewniany miecz w pozycji wyjściowej, zaatakował wprost, z dużą siłą napierając na przeciwniczkę, która próbowała zatrzymać jego ciosy, trzymaną w poprzek naginatą. Cięcia wzbierały na sile. Hisako robiła niewielkie, ale szybkie kroki w tył, poruszając przy tym bezgłośnie ustami. W końcu chłopiec uderzył ją po palcach, tak silnie, że omal nie poluzowała chwytu. Stęknęła cicho z bólu. Tym czasem on uderzył po raz drugi, znacznie mocniej, a potem jeszcze raz i jeszcze raz, za każdym razem wkładając w atak, coraz więcej siły. Jedyne, co mogła teraz robić to się cofać i blokować spadające na nią wściekłe, szybkie ciosy. Wysiłek włożony w trening coraz bardziej dawał się jej we znaki. Czuła jak spływa po niej pot, bolą mięśnie oraz bezlitośnie obijane przez brata palce, tętno przyśpiesza coraz bardziej. Do tego widziany przez nią obraz nagle zaczął się rozmywać. Kolory zlewały się ze sobą, przed oczami latały jej białe i czarne plamy. W następnym momencie cały dziedziniec zawirował, a Hisako wydała cichy okrzyk bólu, poprzedzony kolejnym niezwykle mocnym razem w palce. Zanim zorientowała się w tym, co się dzieje, rozluźniła oba chwyty. Broń upadła na ziemię, a ona sama przyłożyła dłoń do twarzy i osunęła się na kolana.
- Siostro! - Zaniepokojony Hiroshi rzucił się w stronę dziewczyny - Wszystko w porządku? Ja przepraszam, nie chciałem uderzyć tak mocno... - zaczął szczerze zakłopotany.
- To nie twoja wina, wygrałeś. - Odjęła dłoń z twarzy i uśmiechnęła się z wysiłkiem. A wówczas chłopiec ujrzał, że z jej twarzy odpłynęła cała krew. Nawet wargi straciły kolor. - W prawdziwej walce straciłabym palce po pierwszym uderzeniu. Dobra taktyka - westchnęła cicho. - Wreszcie ci się udało. Potraktuj to jak prezent na drogę, bo jutro przenosicie się do fortu Kokkyō, prawda?
- Tak... Stryj uważa, że powinniśmy być tak blisko Erikawy jak to możliwe, a jednocześnie tak daleko, jak tylko się da... Ale co z tobą? - Nagle zmienił temat. - Dobrze się czujesz?
- Nic mi nie jest. - Podniosła się z wysiłkiem i stanęła na lekko chwiejnych nogach. - Nie przejmuj się teraz mną, to za chwilę minie. - Ostatnie zdanie miało brzmieć uspokajająco, ale zostało wypowiedziane tak słabym głosem, że słysząc go, chłopiec także pobladł.
- Oprzyj się o mnie - rzekł cichym, lecz stanowczym tonem. - Zaprowadzę cię do pokoju i lepiej, żebyś tam odpoczęła.
- Nic mi nie jest - usiłowała protestować, jednocześnie odsuwając się od brata.
- To był rozkaz. Lepiej, żebyś go usłuchała.
Spojrzała nań z lekkim wyrzutem, nic jednak nie powiedziała, tylko pozwoliła odprowadzić się do pokoju.
* Sprawnymi pociągnięciami pędzla, nakreślił na kartce kilka smolistych, grubych, ale mimo to starannych znaków. Podniósł głowę, spojrzał na lekko odsunięte shoji i stwierdził, że na dworze jest już ciemno. Powoli odłożył na bok przybory do pisania, oparł łokcie o blat niskiego stolika, znajdującego się w centrum zajmowanego przezeń, kwadratowego pokoju. Przeczesał palcami włosy, po czym przyłożył dłoń do czoła i przez jakiś czas trwał w bezruchu, jakby ciągle jeszcze zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. Istotnie, w jego umyśle było wciąż wiele wątpliwości. Przecież złożył przysięgę i podpisał ją własną krwią! Nie powinien jej łamać, a przynajmniej nie powinien robić tego ukradkiem, jak złodziej, lub oszust. Jednakże w zaistniałych okolicznościach, szczególnie w obliczu odnowienia przymierza z Ashida, wydawało mu się to jednym z bardziej rozsądnych rozwiązań, nawet, jeśli oznaczał przemianę w podstępnego, zdradzieckiego węża. Wzdrygnął się mimowolnie, kiedy to sobie uświadomił. Co jednak innego mógł zrobić? Dopóki układ nie został odnowiony, łudził się, że ktoś przemówi młodemu władcy do rozumu. Ale kiedy ujrzał jak Hiroshi składa na dokumencie swój podpis, zrozumiał, że wszystko jest stracone. Za długo z tym zwlekał! Powinien zrobić to od razu, zaraz, albo nawet jeszcze podczas spotkania z posłami! Oczywiście, wtedy od razu straciłby życie, ale przynajmniej nie musiałby dalej bezczynnie przyglądać się temu, co ci ludzie wyprawiają z klanem! Nie musiałby znosić nieumiejętnych, jego zdaniem, rządów i znów przeklinać w duchu słabości głównej rodziny. Przysięga, obowiązek, kodeks, jedynie te rzeczy trzymały go jeszcze przy zwierzchnikach, sprawiały, że pozostawał wierny Harmumienu, chociaż zawsze uważał go za zbyt delikatnego, żeby nie powiedzieć miękkiego. Nie odmawiał mu co prawda pewnego autorytetu, lecz czasami nie mógł ścierpieć jego decyzji. Niemniej, najgorsze nawet postanowienia i działania zmarłego pana, nie mogły równać się z tym, co wyprawiał jego syn. Że też nie istniał nikt, kto w jakikolwiek sposób mógłby wpłynąć na poczynania chłopca. Owszem, Kenshiro robił, co w jego mocy, ale najwyraźniej moc ta była zbyt mała... Odjął prawą dłoń od głowy, przechylił się lekko w bok i na chwilę utkwił wzrok w płomyku świecy. Raz jeszcze zadał sobie w myślach pytanie, czy aby na pewno postępuje słusznie. Kiedy już odgonił ostatnie wątpliwości złożył zapisany papier w kształt koperty, sięgnął po pędzel i nakreślił na czystej powierzchni kilka symboli. Następnie zdmuchnął świecę, wstał, nie myśląc już więcej o tym, co napisał ułożył się do snu, na rozłożonym w sąsiednim pomieszczeniu futonie.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 28 września 2013, 21:14

SpoilerShow
Shoji odsunęły się bezszelestnie.
- Panie, powinieneś się położyć. Jest już bardzo późno, właśnie mija druga połowa czasu żurawia - odezwał się cichy, dziewczęcy głos.
- Odejdź. Ja nie zamierzam jeszcze iść spać - odparł machinalnie Hiroshi krzywiąc się jak dziecko. Dziewczyna zachichotała cicho.
- Ależ mój panie, przecież musisz czuć się zmęczony - stwierdziła spokojnie, takim tonem jakby chciała powiedzieć: " Jestem przekonana, że zaśniesz natychmiast jak się położysz" kropka

Zdumiony śmiałością osoby, która ośmieliła się nie tylko bezceremonialnie przeszkodzić mu w modlitwie, ale także zwracać się do niego w tak bezczelny sposób, odwrócił się w stronę wejścia. W ciemności dostrzegł zarys, przycupniętej na werandzie, kobiecej sylwetki.
- Zdaje się, że lepiej od de mnie, wiesz, czego mi teraz trzeba - rzekł chłodno.
- Zatem zbędny powiedz mi, panie, czego ci trzeba? - Dziewczyna wyraźnie drażniła się z nim, prowokowała. - Czego innego może pragnąć człowiek o tak późnej porze? - ciągnęła spokojnie dalej. - Zwykle o tej porze dawno już spałeś, Hiroshi-sama.
- Jak śmiesz tak do mnie mówić? - Ukryte w tym pytaniu narastające wzburzenie, zmieszane ze źle skrywanym zdumieniem sprawiły, że klęcząca postać znów zaniosła się cichym, udawanym śmiechem.
- Naprawdę potrzebujesz snu, mój panie. Musisz być naprawdę bardzo zmęczony, skoro już nawet nie jesteś w stanie mnie nie rozpoznać.

Poderwał się gwałtownie, podbiegł do wejścia. Jeszcze w biegu z powrotem opadł na kolana.
- Siostro! - Zawołał łapiąc dziewczynę za naDgarski i przez chwilę trzymając je w dłoniach. - Wyzdrowiałaś! Jak to dobrze.
Że też nie poznał jej od razu! Nikt inny nie ośmieliłby się przecież rozmawiać z nim w ten sposób.
- Tak, czuję się dobrze.
- I znowu nikt mi nic nie powiedział - westchnął Hiroshi kropka - To bardzo dziwne, że nikt nie raczy nawet poinformować mnie, co tak naprawdę dzieje się w moim własnym domu! zbędny myślnik A wtedy, gdy leżałaś nieprzytomna, nie pozwolili mi nawet na chwilę cię odwiedzić. Matka i stryj twierdzili, że to byłby zły znak kropka - Głos drżał mu lekko od tłumionego żalu i ponownie wzbudzonej irytacji. Przecież był tu panem!
- Ktoś zabronił czegoś panu prowincji Mido? Niesłychane. - Nieznacznie przechyliła głowę w udawanym oburzeniu, ale szybko spoważniała. - Widziałam ojca - rzekła cicho.
- Co? - Chłopiec odskoczył od siostry, wypuszczając z dłoni jej przeguby. - Znowu sobie ze mnie żartujesz? - zapytał niepewnie.
- Gdzieżbym śmiała - odpowiedziała najbardziej poważnym tonem, na jaki było ją stać. - Przyszedł do mnie we śnie, a właściwie... - Nabrała powietrza - Nawiedził mnie. Opętał. Tego też ci nie powiedzieli?
- Nawiedził... Opętał? - Hiroshi mówił powoli, jakby nie docierało do niego to, co usłyszał. - Czyli to zbędny dlatego byli tu ci mnisi... - Drżenie w jego głosie narastało. "I oni chcieli to przede mną ukryć" myślał gorzko *lepiej: z goryczą*, wciąż spoglądając na dziewczynę.
Gdzieś głębiej budziło się w nim coś niedobrego, czego jeszcze nie potrafił nazwać, a co kuło go boleśnie w koniuszek serca.

wspaniały hak na końcu - to o czymś niedobrym w sercu. Czytelnik od razu wyczuwa możliwość obudzenia się jakiejś nowej, nieznanej cechy w Hiroshim, może nie od razu "ciemnej strony" ale jakiegoś... "zahartowania" większej niewrażliwości, może złości, sama nie wiem - w każdym razie masz szansę wyprowadzić z tego ciekawą akcję, rozpocząć rozwój postaci i ją zdynamizować!

- Może to i lepiej. - Hisako ułożyła dłonie na kolanach - Masz teraz na głowie tyle innych spraw, że nie powinieneś przejmować się takimi drobiazgami.
- Drobiazgami? - Hiroshi mało nie wybuchnął. - Chcesz mi powiedzieć, że twoje zdrowie, oraz fakt, że nasz ojciec z jakiegoś powodu zmienił się w Mononoke, są drobiazgami?
- Dokładnie tak. I nie unoś się tak, takie zachowanie nie przystoi władcy. Jedno opętanie, życie jednej dziewczyny jest niczym wobec odpowiedzialności za cały nasz klan.
- To twoje życie. A zbędny ty jesteś przecież moją siostrą. Nie mów, że to jest niczym!
- Właśnie. Jestem tylko, twoją siostrą - mocno zaakcentowała słowo "tylko" kropka - Kimś zbędny zupełnie nieważnym.
- Nie mów tak! Nie jesteś nie ważna nieważna łącznie!, ja cię potrzebuję!
- Nie wiem, czy wiesz, ale siostry odchodzą z domu.


*


Kilka dni później, kiedy formalne odnowienie sojuszu zbędny pomiędzy klanami Sugiatni i Ashida stało się faktem, a większość poddanych opuściła mury zamku, Hiroshi po raz kolejny przeglądał akt sojuszniczy. Dokument ów został sporządzony w obecności jego oraz trzech innych, wysoko postawionych członków rodu, podczas oficjalnego posłuchania, którego udzielił pięciu samurajom - posłom pana Ashidy Akinoriego. Negocjacje, toczone pod kierownictwem wciąż jeszcze nieco naburmuszonego, ale posłusznego Kenshiro przecinek przebiegały wyjątkowo sprawnie. Delegaci rodu Ashida bez sprzeciwu zbędny przyjęli wszelkie warunki, podyktowane szorstkim głosem wojownika, zyskując w zamian jedynie obietnice pomocy w momencie, kiedy wróg znajdzie się w odległości dwudziestu jeden ri zbędny od Erikawy.

O tym, że właśnie taki zapis powinien znaleźć się w akcie sojuszniczym, Hiroshi dowiedział się dzień wcześniej, podczas popołudniowej rozmowy ze stryjem.
- Jeśli pozwolisz panie - odezwał się wówczas klęczący przed nim samuraj - Uważam, że skOro, pomimo moich próśb, postanowiłeś jednak odnowić przymierze, to przynajmniej powinniśmy zaproponować możliwie jak najbardziej korzystne dla nas warunki. Przede wszystkim ważne jest to, żebyśmy nie angażowali się od początku, dołączyli do zmagań możliwie najpóźniej, wtedy może będziemy mieć w tym starciu jakieś szanse.

Wiatr szumiał cicho w nagich konarach klonu z irysowego ogródka, w którym przebywali. Promienie słoneczne zbędny odbijały się od lekko pomarszczonej tafli oczka wodnego, przez co wyglądała tak, jakby ktoś wysypał nań tysiące malutkich diamentów. Hiroshi siedział na jednym z otaczających sadzawkę kamieni i ukradkiem zerkał na jej powierzchnię. Podłużna zbędny twarz chłopca, otoczona długimi do ramion, ciemnymi włosami przecinek nosiła znamiona głębokiego zamyślenia, a migdałowe zbędny czarne oczy lśniły dziwnym blaskiem. Samuraj przeklął w duchu widząc to. Znowu to samo.

- Tak? - Młody daimyo w jednej chwili jakby stracił zainteresowanie odblaskami na wodzie i patrzył teraz prosto w twarz ojcowskiego brata. - Jak, twoim zdaniem miałoby to z naszej strony wyglądać? - Padło spokojne, chodź za razem wypełnione autentyczną ciekawością pytanie.
- Mówiłem już nie raz, że żeby zebrać siły potrzebujemy czasu - zaczął powoli Kenshiro, uważnie obserwując swojego pana. - Dlatego nie powinniśmy interweniować wcześniej, niż armia Murahitów zbędny znajdzie się w określonej odległości, powiedzmy siedemnastu ri, od Erikawy. A i wtedy nie powinnyśmy wdawać się w oddarty otwarty?bój, a jedynie pomóc w przygotowaniu obrony zamku i miasta oraz oczywiście wziąć udział w samej obronie.
- A zbędny co jeśli Murahito nigdy tam nie dotrą? - Tym razem głos chłopca zawierał w sobie wyraźną nutę obaw i niepewności.
- Dotrą - odparł z przekonaniem samuraj kropka - Niczego innego nie jestem tak pewien jak tego, że Ashida nie zdołają zatrzymać ich wcześniej. Istnieje jeszcze możliwość, że wojna skończy się, zanim Isamo przepuści atak na stolicę Akai, ale raczej wątpię, żeby do tego doszło. Pan Akinori nie podda się tak łatwo, dobitnym dowodem zbędny jest to, że wciąż żyje, a nawet dokonał częściowej rekonstrukcji klanu. Nie mniej jednak, to nie wystarczy, żeby zatrzymać Drugą armię klanu Murahito, uwierz mi, panie.
- Wierzę - rzucił jakby w przestrzeń. - Rozumiem. Zgadzam się zbędny na takie warunki sojuszu.
- Dziękuję, Hiroshi-sama kropka - Kenshiro lekko pochylił głowę kropka - Bardzo cieszy mnie twoje zaufanie.

Wieczorem, siedząc samotnie w swoim prywatnym pokoju, Hiroshi z ulgą przyglądał się brunatnym znakom na białym papierze. Wreszcie mógł przestać o tym myśleć, zadręczać się czy aby na pewno postępuje właściwie. Układ przypieczętowano i tym samym wątpliwości, jakie dręczyły go jeszcze niedawno przecinek zaczęły powoli odchodzić w zapomnienie. Teraz już wiedział, że nie zejdzie z raz obranej ścieżki. Leciutki uśmiech satysfakcji pojawił się na jego ustach. Powoli wracał do równowagi, odzyskiwał zagubiony spokój i chociaż wciąż odczuwał mocny, wręcz palący żal po stracie ojca, to jednak sypiał coraz lepiej. Gwałtowne, pełne łez przebudzenia zdarzały się mu coraz rzadziej. Smutek przyczaił się jedynie w najgłębszym zakamarku serca młodego władcy, umiejscowił wygodnie w gdzieś w koniuszku, aby kłaść swój cień na wszystkich myślach, emocjach i działaniach. Hiroshi nie był pewien czy kiedykolwiek się go pozbędzie.

Wciąż brakowało mu ojca. Brakowało do tego stopnia, że czasem ogarniała go nagle lekka, stłumiona, nieśmiała skierowana przeciwko siostrze złość, może zaZdRość? Ile razy jednak łapał się na tym, tyle razy ogarniał go wstyd, gdyż w jego własnym odczuciu, wyglądało to tak, jakby zazdrościł Hisako opętania. Co za niedorzeczność! Przecież ona mogła przez to zginąć, a on? On po prostu miał pretensje o to, że zmarły rodzic przyszedł do Hisako, a nie do niego. Zupełnie jakby był kilkuletnim nadmiernie rozpieszczonym dzieckiem, które wcale jeszcze nie rozumie świata. Bez spacja! sensu. Nawiedzenie przez ducha, nawet ducha własnego ojca przecinek nie zaliczało się do miłych doświadczeń. Wręcz przeciwnie, to było coś, co wpływało na równowagę ciała, umysłu i ducha, zaburzało ją w sposób znaczący i gwałtowny, na zawsze zostawiając na ofierze swoje piętno.

Ale przecież Hisako nic się nie zmieniła! Nadal była tak samo niepokorna i o wiele zbyt śmiała jak na kobię. Zbyt władcza. Zbyt stanowcza. Zbyt dobrze władająca bronią. Zbyt samodzielna. I Zbyt pewna tego, że to co robi jest słuszne. Zdawała się posiadać te wszystkie przymioty, których on tak potrzebował, a których mu brakowało. Czasami nawet myślał, że tuż przed ich narodzinami, Subukari, bóg zajmujący się przydziałem dusz do ciał przecinek pomylił się i tak dusza, która miała trafić do jego ciała, trafiła do ciała siostry.

Natomiast sama Hisako, wciąż odczuwała pewne osłabienie. Często bolała ją głowa. Nieraz przy niewielkim z pozoru wysiłku zdarzało się, że nagle całe otoczenie zaczynało wirować, a ona gwałtownie traciła równowagę i musiała przytrzymać się czegoś, aby nie upaść. W tych momentach, jej twarz na powrót stawała się woskowo-blada, a na czoło występowały kropelki potu. Na szczęście gorączka już nie wracała. Pomimo tych drobnych incydentów księżniczka czuła się dobrze i powoli wracała do pełni sił. Nie było zbędny więc powodu do niepokoju. Ani tym bardziej, do położenia jej do łóżka, czego ewidentnie próbował dokonać Jiro, za każdym razem, kiedy zasłabła. Ignorowała go jednak, twierdząc, że przez podobną terapię, prędzej umrze z nudów, niż wyzdrowieje. W rzeczywistości nie tyle obawiała się nudy, co własnych myśli i uczuć. Martwiła się, że jeśli zbyt długo pozostanie bezczynna, one zapanują nad nią bez reszty, wyciągną na wierzch to wszystko, co tak bardzo chciała zagłuszyć, wycisną z oczu kolejne łzy. Nie chciała tego. Pragnęła za to jak najszybciej wrócić do równowagi, chociaż doskonale wiedziała, że nic już nie będzie takie samo.

Nikomu nie powiedziała też o, nawiedzających ją niemal zbędnyco noc przecinek snach. Czuła w nich zapach krwi i zgnilizny, sprawiający, że powietrze wokół stawało się namacalne. Widziała blade, trupie twarze, które wpatrywały się w nią szeroko otwartymi, matowymi oczami przecinek zmasakrowane, rozszarpane przez kruki i wrony ciała mężczyzn I kobiet, a nawet dzieci. Złowieszcze krakanie unosiło się nad okolicą, odbijało głuchym echem w przestrzeni. Jeden z ptaków, największy ze wszystkich, przysiadał zwykle na znajdujących się najbliżej dziewczyny, zwłokach młodego chłopca i kilkoma uderzeniami mocnego dzioba, wydłubywał otwarte, zastygłe w przerażeniu oko. Następnie unosił łeb, spoglądał na stojącą bez ruchu, niby wrośniętą w ziemię księżniczkę. Z chwilą, kiedy rozpościerał skrzydła obraz zmieniał się. Czarne ptaszyska okazywały się motylami, a trupy kwiatami. Wysokimi, niebieskimi irysami, których łodygi poruszały się leciutko w podmuchach ciepłego, majowego wiatru. Krakanie ustępowało miejscu cichemu, dźwięcznemu śpiewowi słowika i tylko zbierające się na horyzoncie ciemne chmury, oraz dalekie grzmoty zakłócały tę sielankę. Te, gnane wiatrem zbliżały się szybko. W jednej chwili spokojna, słoneczna okolica pogrążała się w zupełnej ciemności. W tym samym Momocie momencie?niebo przecinała potężna, zygzakowata błyskawica. Po niej następował huk i zaczynał padać obfity, czerwony deszcz, podczas gdy Hisako wciąż stała w tym samym miejscu, co wcześniej. Nie mogąc się ruszyć, z rosnącym przerażeniem obserwowała burzę.

Patrzyła jak pioruny uderzają do kołO niej, słyszała ich potężne huki i rozpaczliwie próbowała zerwać się do biegu. Na próżno.

Nawałnica zamierała. W jednej chwili, ciemność cofała się, odsłaniając setki, może nawet tysiące połamanych kwiatów. Niebo zaczynało wirować, cała okolica obracała się w miejscu, niczym wielki kierat. W centrum tego wszystkiego nadal była ona. Całkowicie zdezorientowana, zdrętwiała ze strachu, z sercem bijącym tak szybko i głośno, że mogła je bez trudu usłyszeć. W momencie, gdy wszystko zatrzymywało się, łąka znikała, a dziewczyna stwierdzała nagle, że znajduje się w jakimś niewielkim, zadymionym pomieszczeniu. Drewniane ściany wzniesione zostały z grubych poprzecznych bali, środek izby zajmowało niewygaszone palenisko. Obok stał niewielki, porcelanowy wazonik w nim bukiet irysów. Wówczas puszczała krępująca jej ciało blokada, na skutek, czego Hisako zataczała się gwałtownie i opadała na ziemię, potrącając naczynie. Z łoskotem uderzało o klepisko i chociaż pozostawało w jednym kawałku, to wylewała się zeń cała woda, tworząc ciemną plamę na suchej ziemi. Niebieski kielichy momentalnie więdły. Płatki kurczyły się i czerniały. Ogień w palenisku strzelał w górę, pomarańczowe płonienie dotykały włosów dziewczyny. Ze ścian spływała lepka, czerwona, gorąca ciecz, a one same rozmywały się, falowały i zanikały. Pośrodku pustki, w jakiej nagle się znajdowała, wypiętrzała się szybko, jakby ktoś malował ją krótkimi pociągnięciami pędzla, stroma, wysoka góra o ośnieżonym wierzchołku. Wyciągała ku niej dłoń, ponownie otwierała usta, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Próbowała wstać, ale nogi miała jakby z mgły... Zaczynała się, zatem czołgać się w kierunku wzniesienia. Nie wiedziała, po co to robi, dlaczego chce się tam dostać, mimo to brnęła na przód, czując ból zżeranej skóry, pieczenie ran i zadrapań. Mocno przyciskając dłonie do zimnego podłoża, ze ściśniętym w panice sercem i szeroko otwartymi oczami, zbliżała się do pionowych zboczy.

Gęsty dym unosił się ponad szczytem. Białe kłęby chwiały się na boki, spowijały całą okolicę, a następnie skupiały w jednym miejscu, przypierając przy tym ludzką sylwetkę. Mgielna postać zmieniała się w ogień. Rzucała się w kierunku pełzającej Hisako, dotykała jej włosów i ciała, które zaczynały płonąć. Rozdzierający, piekący, palący ból, odblokowywał gardło. Wydawała tłumiony i dokładnie w tym samym momencie budziła się. Siadała gwałtownie na posłaniu, usiłując złapać oddech, uspokoić zbyt mocno bijące serce. Rozszerzonymi źrenicami spoglądała w noc, odruchowo łapiąc za rękojeść leżącego nieopodal tanto...[/align] formatowanie!
*


Czwartego dnia, po oficjalnym odnowieniu sojuszu, Hisako ćwiczyła samotnie na dziedzińcu głównego budynku, pod zieleniącymi się konarami rodowej śliwy. Zawzięcie wymachując drewnianą naginatą, wymierzała wyimaginowanym cały szereg szybkich, ciosów, z taką energią, jakby naprawdę zależało od tego jej życie. Krótkie, szarpane, ale zarazem płynne ruchy całego ciała, łączyły się z donośnymi, urywanymi okrzykami. Długie, spięte w kucyk włosy śmigały w powietrzu za każdym razem, gdy odskakując w bok wykonywała unik. Od czasu, do czasu lekko pochylała się do przodu, aby wzmocnić siłę natarcia.

Pomimo rzadkich, słabych podmuchów kwietniowego wiatru, ciało i twarz dziewczyny pokrywał pot. Ona jednak nawet na chwilę nie przerywała treningu. Wkładając weń wszystkie negatywne emocje, całą nienawiść, żal, czuła jak stopniowo ogrania ją przyjemne, wręcz błogie zmęczenie. Uśmiechnęła się lekko. Wykonała jeszcze jeden szybki wypad, po czym zatrzymała się na chwilę. Otarła czoło jedwabną chusteczką, wydobytą zza poły granatowego kosode, w które była ubrana i podparła się bronią jak laską. Odetchnęła głębiej parę razy. Zaraz potem ponownie uderzyła, wyprowadzając od dołu szybki, prosty cios. Uśmiechnęła się. Cofnęła broń, przeniosła ją za plecy, osłoniła się zgrabnie, wykonała, połączony z przyklękiem wypad, jednocześnie unosząc naginatę po lekkim skosie. Wstała, przybrała pozycję wyjściową i znów natarła przenosząc ciężar ciała to na jedną, to na drugą nogę.

Niespodziewanie rozległ się klekoczący dźwięk, towarzyszący uderzeniu drewna o drewno. Ostrze natrafiło na opór. Zaskoczona, otworzyła przymknięte w czasie ataku oczy i zaczęła powoli podnosić głowę. Najpierw ujrzała wyciągnięty bokKen, potem trzymającą go dłoń, a na końcu resztę sylwetki stojącego przed nią, niewysokiego, lekko tęgawego chłopca w błękitnej hakama i kosode koloru indygo. Hisako wyprostowała się, lekko zakręciła naginatą i opuszczając ją swobodnie w dłuż ciała spojrzała prosto w smutne oczy brata.
- Powinnaś trzymać gardę - skomentował spokojnie Hiroshi, przyglądając się uważnie poczynaniom siostry.
- Chciałam dać ci szanse. - Padła szybka, zabarwiona delikatną, prawie niedostrzegalną prowokacją, odpowiedź. - Źle by wyglądało, gdybyś zbyt łatwo ze mną przegrał.

Oparł ciężar ciała na prawej nodze, mocniej zacisnął dłonie na rękojeści lekko uniesionego, trzymanego przed sobą bokkena.
- Nie wybaczę ci tego. - Młody daimyo zbędny cofnął się jeszcze o krok, nie spuszczając dziewczyny z oczu.
- Zobaczymy. - Księżniczka także wykonała krok w tył i również przyjęła pozycję zaczepno-obronną.

Ruszyli. Hiroshi uderzył prosto, ale natrafił na poprzeczny blok. Skrzyżowali broń, przez chwilę trwali zwarciu, próbując odepchnąć się na wzajem. W końcu chłopiec zdołał oswobodzić bokken z uścisku. Krążąc po łuku, szukał okazji do następnego natarcia. Podczas gdy dziewczyna przeniosła broń za plecy, jednocześnie cofając lekko prawą nogę i wyciągając przed siebie lewą dłoń, jakby chciała powstrzymać nią przeciwnika. Ten uderzył znad głowy, ale Hisako zdołała chwycić oręż w dwóch miejscach i unosząc go poprzecznie, zablokowała cios. Odskoczyła. Uśmiechnęła się zdawkowo. Natarła. Nadal trzymając naginatę w dwóch miejscach, skierowała ją po skosie w okolice gardła młodego daimyo. Zbił je szybkim ruchem drewnianego miecza. Zanim jeszcze zdołała podnieść się z półuklęku, znów wykonał zamach z nad głowy, zmuszając ją do osłonięcia się skróconym przez chwyt, drzewcem. Zachwiała się lekko, ale odbiła uderzenie. Błyskawicznie wstała. Wykonała szybki obrót wokół własnej osi, oddaliła nieco od brata. Obserwowała go przez chwilę.

Pojedynek, który właśnie toczyli był swoistym powrotem do normalności, dostatecznym dowodem na to, że życie toczy się dalej. Bezlitośnie, nie oglądając się wstecz, nie rozpamiętując tego, co się zdarzyło, wciąż parł na przód, nie przejmując się zupełnie ich troskami i wymuszając nań podobną postawę. Nie ważne, co było. Z każdym kolejnym uderzeniem, uświadamiała to sobie coraz wyraźniej. Zmrużyła lekko oczy. Najważniejsze, aby skupiła się na tej chwili.

Chłopiec pozostał na miejscu. Ze skupieniem na twarzy, próbował przewidzieć kolejny ruch bliźniaczki. A potem, wszystko potoczyło się błyskawicznie: w jednej chwili znalazł się w pobliżu dziewczyny. Trzymając drewniany miecz w pozycji wyjściowej, zaatakował wprost, z dużą siłą napierając na przeciwniczkę, która próbowała zatrzymać jego ciosy, trzymaną w poprzek naginatą. Cięcia wzbierały na sile. Hisako robiła niewielkie, ale szybkie kroki w tył, poruszając przy tym bezgłośnie ustami. W końcu chłopiec uderzył ją po palcach, tak silnie, że omal nie poluzowała chwytu. Stęknęła cicho z bólu. Tym czasem on uderzył po raz drugi, znacznie mocniej, a potem jeszcze raz i jeszcze raz, za każdym razem wkładając
weń, "w atak"[/color] coraz więcej siły. Jedyne, co mogła teraz robić to się cofać i blokować spadające na nią wściekłe, szybkie ciosy. Wysiłek włożony w trening zbędny coraz bardziej dawał się jej we znaki. Czuła jak spływa po niej pot, bolą mięśnie oraz bezlitośnie obijane przez brata palce, tętno przyśpiesza coraz bardziej. Do tego widziany przez nią obraz nagle zaczął się rozmywać. Kolory zlewały się ze sobą, przed oczami latały jej białe i czarne plamy. W następnym momencie cały dziedziniec zawirował, a Hisako wydała cichy okrzyk bólu, poprzedzony kolejnym niezwykle mocnym razem w palce. Zanim zorientowała się w tym, co się dzieje, rozluźniła oba chwyty. Broń upadła na ziemię, a ona sama przyłożyła dłoń do twarzy i osunęła się na kolana.
- Siostro! - Zaniepokojony Hiroshi rzucił się w stronę dziewczyny - Wszystko w porządku? Ja przepraszam, nie chciałem uderzyć tak mocno... - Zaczął szczerze zakłopotany.
- To nie twoja wina, wygrałeś. - Odjęła dłoń z twarzy i uśmiechnęła się z wysiłkiem. A wówczas chłopiec ujrzał, że z jej twarzy odpłynęła cała krew. Nawet wargi straciły kolor. - W prawdziwej walce straciłabym palce po pierwszym uderzeniu. Dobra taktyka. - Westchnęła cicho. - Wreszcie ci się udało. Potraktuj to jak prezent na drogę, bo jutro przenosicie się do fortu Kokkyō prawda?
- Tak... Stryj uważa, że powinniśmy być tak blisko Erikawy jak to możliwe, a jednocześnie tak daleko, jak tylko się da... Ale co z tobą? - Nagle zmienił temat. - Dobrze się czujesz?
- Nic mi nie jest. - Podniosła się z wysiłkiem i stanęła na lekko chwiejnych nogach. - Nie przejmuj się teraz mną, to za raz minie. - Ostatnie zdanie miało brzmieć uspokajająco, ale zostało wypowiedziane tak słabym głosem, że słysząc go, chłopiec także pobladł.
- Oprzyj się o mnie - rzekł cichym, lecz stanowczym tonem. - Zaprowadzę cię do pokoju i lepiej, żebyś tam odpoczęła.
- Nic mi nie jest - usiłowała protestować, jednocześnie odsuwając się od brata.
- To był rozkaz. Lepiej, żebyś go usłuchała.
Spojrzała nań z lekkim wyrzutem, nic jednak nie powiedziała, tylko pozwoliła odprowadzić się do pokoju.


*


Sprawnymi pociągnięciami pędzla, nakreślił na kartce kilka smolistych, grubych, ale mimo to starannych znaków. Podniósł głowę, spojrzał na lekko odsunięte shoji i stwierdził, że na dworze jest już ciemno. Powoli odłożył na bok przypory do pisania, oparł łokcie o blat niskiego stolika, zajmującego centrum zajmowanego prze zeń, kwadratowego pokoju. Przeczesał dłonią włosy, po czym przyłożył czoło do dłoni i przez jakiś czas trwał w bezruchu, jakby ciągle jeszcze zastanawiał się nad tym, co powinien zrobić. Istotnie, w jego umyśle zbędny było wciąż wiele wątpliwości. Przecież złożył przysięgę i podpisał ją własną krwią! Nie powinien jej łamać, a przynajmniej nie powinien robić tego ukradkiem, jak złodziej, lub oszust. Jednakże w zaistniałych okolicznościach, szczególnie w obliczu odnowienia przymierza z Ashida, wydawało mu się to jednym z bardziej rozsądnych rozwiązań, nawet, jeśli oznaczał przemianę w podstępnego, zdradzieckiego węża. Wzdrygnął się mimowolnie, kiedy to sobie uświadomił. Co jednak innego mógł zrobić? Dopóki układ nie został odnowiony, łudził się, że ktoś przemówi młodemu władcy do rozumu. Ale kiedy ujrzał jak Hiroshi składa na dokumencie swój podpis, zrozumiał, że wszystko JEST stracone.

Za długo z tym zwlekał! Powinien zbędny zrobić to od razu, zaraz, albo nawet jeszcze podczas spotkania z posłami! Oczywiście, wtedy od razu straciłby życie, ale przynajmniej nie musiałby dalej bezczynnie przyglądać się temu, co ci ludzie wyprawiają z klanem! Nie musiałby znosić nieumiejętnych, jego zdaniem przecinek rządów i znów przeklinać w duchu słabości głównej rodziny.

Oho, fajnie, jakieś emocje negatywne wreszcie!

Przysięga, obowiązek, kodeks, jedynie te rzeczy trzymały go jeszcze przy zwierzchnikach. Sprawiały, że wiernie, chodź bez zbytniego entuzjazmu służył Harumiemu, chociaż zawsze uważał go za stanowczo zbyt delikatnego, a nawet miękkiego. Nie odmawiał mu zbędny co prawda pewnego autorytetu, lecz czasami nie mógł ścierpieć jego decyzji. Niemniej, najgorsze nawet postanowienia i działania zmarłego pana, nie mogły równać się z tym, co wyprawiał jego syn. Że też nie istniał nikt, kto w jakikolwiek zbędny sposób mógłby wpłynąć na poczynania chłopca. Owszem, Kenshiro robił, co w jego mocy, ale najwyraźniej moc ta była zbyt mała...

Odjął prawą dłoń od głowy, przechylił się lekko w bok i na chwilę utkwił wzrok w płomyku świecy. Raz jeszcze zadał sobie w myślach pytanie, czy aby na pewno postępuje słusznie. Kiedy już odgonił ostatnie wątpliwości złożył zapisany papier w kształt koperty, sięgnął po pędzel i nakreślił na czystej powierzchni kilka symboli. Następnie zdmuchnął świecę przecinek wstał, nie myśląc już więcej zbędny o tym, co napisał I ułożył się do snu, na rozłożonym w sąsiednim pomieszczeniu zbędny futonie.
No dobra - powtarzam się.
Interpunkcja.
Zapis dialogów.

Naprawdę Kand, wiem, rozumiem - pisałaś dawno, nie masz siły, nie widzisz tego... Ale tak nie można, bo im bardziej ja chcę przysiąść nad Irysami, tym bardziej mnie złoszczą te uszczerbki techniczne, jakie w nich serwujesz. BO JA WIEM, ŻE UMIESZ PISAĆ BEZ NICH. A tutaj są, machają do mnie i sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe.
Na pewno znasz teorię, ale może jednak zerknij przed wrzucaniem do tego wątku o zapisie dialogów (masz problem prawie wyłącznie z formą "wypowiedź - opis - wypowiedź" bo nie pamiętasz jak je łączyć, z kropkami, czy bez, wielkiej litery, czy z małej itd. To wszystko. Tak niewiele, a tyle zmienia... No a interpunkcja to tylko czas, chęć i ćwiczenie. Nie wiem jak Ci to idzie, ale apeluję, byś nad tym przysiadła.

Pomimo tego, że, jak pisałam, nie ogarniam motywów "złych" i jeszcze trochę mylę nazwy królestw, przyznać muszę, że fabuła zaczęła być żwawsza. Czekam na jakąś bitwę, na RUCH w Twoim wykonaniu, bo wszystkie niemal sceny są statyczne i bardziej skupiają się na psychologii. Nie nudzą mnie, ale może przemyśl jakąś żwawszą wstawkę, po prostu, by zmienić tempo. Horishi jest najbardziej przekonującą i ułożoną postacią, tyle mogę powiedzieć jak na razie, bo jego stryj, choć dynamiczniejszy i z ciekawszymi motywami, nie jest dostatecznie obszernie i dokładnie opisany - jeśli chcesz nim emocjonalnie poszarżować, wzbudzić uczucia w czytelniku, to dodaj więcej, opisz go, skup się na nim i dawaj dalej!
Te dwie męskie postacie, czyli Hiroshi i Kenshiro, są najlepiej prowadzone i najciekawsze. Moja rada - poprowadź młodego niespodziewaną ścieżką, zmień go trochę, zaskocz nas, a Kenshiro niech skupi na sobie uwagę na jakiś czas, by przekonać czytelnika do siebie i urozmaicić trochę akcję.

Najbardziej podobała mi się scena walki bliźniaków, bo była żywsza i barwniejsza niż reszta wpisu. Myślę, że najlepsze, co możesz zrobić, to dodać postaciom trochę indywidualności, skupiając się na każdej z nich po kolei.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 09 października 2013, 16:38

SpoilerShow
Zupełnie jakby był kilkuletnim przecinek nadmiernie rozpieszczonym dzieckiem, które wcale jeszcze nie rozumie świata.
i o wiele zbyt śmiała jak na kobietę.
W tym samym momencie niebo przecinała potężna, zygzakowata błyskawica.
Patrzyła jak pioruny uderzają dookoła niej
leżącego nieopodal tanto...[/align] (zapomniałaś usunąć)
przenosicie się do fortu Kokkyō przecinek prawda?
to zaraz minie
Mam wrażenie, że zrezygnowałaś ze zbędnych opisów przyrody, pomieszczeń i szat. Widać to, ja to zauważyłam i od razu bardziej lekko mi się czytało.
Scena walki Hiroshiego z siostrą była genialna. W końcu Hiroshi zatryumfował, a Hisako i tak zachowała swój hart ducha. Czekam na większe bitwy, jakieś pościgi, wybuchające kaczki i fruwające po niebie kimona (okej, bez przesady).
Myślę, że powinnaś być z tego fragmentu zadowolona, naprawdę. Zrobiłaś postęp rezygnując z obszernych i niepotrzebnych opisów.
SpoilerShow
Nikomu nie powiedziała też o nawiedzających ją niemal co noc, snach.Nikomu nie powiedziała też o nawiedzających ją niemal co noc, snach. Czuła w nich zapach krwi i zgnilizny, sprawiający, że powietrze wokół stawało się namacalne. Widziała blade, trupie twarze, które wpatrywały się w nią szeroko otwartymi, matowymi oczami, zmasakrowane, rozszarpane przez kruki i wrony ciała mężczyzn kobiet, a nawet dzieci. Złowieszcze krakanie unosiło się nad okolicą, odbijało głuchym echem w przestrzeni. Jeden z ptaków, największy ze wszystkich, przysiadał zwykle na znajdujących się najbliżej dziewczyny, zwłokach młodego chłopca i kilkoma uderzeniami mocnego dzioba, wydłubywał otwarte, zastygłe w przerażeniu oko. Następnie unosił łeb, spoglądał na stojącą bez ruchu, niby wrośniętą w ziemię księżniczkę. Z chwilą, kiedy rozpościerał skrzydła obraz zmieniał się. Czarne ptaszyska okazywały się motylami, a trupy kwiatami. Wysokimi, niebieskimi irysami, których łodygi poruszały się leciutko w podmuchach ciepłego, majowego wiatru. Krakanie ustępowało miejscu cichemu, dźwięcznemu śpiewowi słowika i tylko zbierające się na horyzoncie ciemne chmury, oraz dalekie grzmoty zakłócały tę sielankę. Te, gnane wiatrem zbliżały się szybko. W jednej chwili spokojna, słoneczna okolica pogrążała się w zupełnej ciemności. W tym samym Momencie niebo przecinała potężna, zygzakowata błyskawica. Po niej następował huk i zaczynał padać obfity, czerwony deszcz, podczas gdy Hisako wciąż stała w tym samym miejscu, co wcześniej. Nie mogąc się ruszyć, z rosnącym przerażeniem obserwowała burzę.
Genialny fragment. Naprawdę. Najchętniej to bym wstała i Ci poklaskała, bo naprawdę mi się cholernie podoba. Przerażający, jakoś smutny i depresyjny, ale wciąż przerażający w pewnym stopniu.
A ten fragment i ten opis jest niesamowicie napisany, ma klimat i atmosferę. Jest dobry, bardzo.
Brawo, Kandaro!
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
czarownica

Re: Samotne irysy

Post autor: czarownica » 16 października 2013, 22:37

Nadrobiłam dwa ostatnie fragmenty i muszę przyznać, że to piękna powieść. Urzeka mnie głównie Twoja narracja. Uderza w niej wrażliwość i subtelność w opisach, zarówno pięknych scenerii, jak i okrutnych, drażliwych. Doskonałym tego przykładem jest opis snu Hisako - bogaty w szczegóły, niezwykle wysublimowany w środkach wyrazu. Świat kreowany przez Ciebie jest z jednej strony cudownie subtelny, doskonale niemal piękny, a z drugiej twardy, brutalny, okrutny. A to takie japońskie! To zderzenie przeciwstawnych środków wyrazu jest charakterystyczne dla japońskiej kultury. Można przyjąć, że taka technika wyszła jakby spod ręki rodowitego Japończyka, takie to jest zgodne z duchem tego narodu. Myślę, że to , oprócz niezłego warsztatu, w ogólnym rozumieniu, świadczy o wysokiej wartości Irysów.
Występuje jednak sporo literówek i błędów interpunkcyjnych, nad którymi powinnaś popracować, ale to już Kanterial Ci wcześniej wytknęła. Dla mnie jest super!
A więc, Kand: Per aspera ad astra! A ja trzymam kciuki!
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 30 października 2013, 00:51

Dziękuję serdecznie wszystkim za komentarza. To naprawdę fajnie motywuje, a czasem wręcz dodaje skrzydeł. Tak więc... dziękuję raz jeszcze. I specjalne podziękowania dla Joi, już ona wie za co.
Rozdział X Hiroshi nigdy jeszcze nie spoglądał na rodzinną prowincję z tej perspektywy, nie widział jej w podobnym świetle. Chociaż wiosenny krajobraz wyżyny nie zmienił się od czasu, gdy podziwiał go po raz ostatni, chłopcu zdawało się, że, tak naprawdę, widzi to wszystko po raz pierwszy w życiu.
Rozległe łąki pokrywały niewysokie, łagodne pagórki. Kolorowe plamy, rozsianych pomiędzy wysokimi trawami, polnych kwiatów przywodziły na myśl wymyśle wzory wyszywane na damskich szatach. Ponad nimi górowały białe ostańce skalne o najróżniejszych kształtach i wielkościach. Pojedyncze bądź zebrane w niewielkie skupiska, ze szczytami zaokrąglonymi lub ostro sterczącymi ku niebu.
Rozproszone pomiędzy tym wszystkim mniejsze i większe wioski z niewielkimi, drewnianym chatami o dachach krytych strzechą, zlewały się z krajobrazem wyżyny, uzupełniając go. Ich mieszkańcy obrabiający właśnie niewielkie, przydzielone im skrawki ziemi, na widok przejeżdżającego obok oddziału natychmiast przerywali swoje zajęcia. Klękali nisko, pochylając głowy, po czym spokojnie wracali do pracy. Kwitnące, o tej porze roku, dzikie wiśnie i śliwy, roztaczały wokół mocny, słodki zapach, który mieszał się z odorem ludzkiego nawozu.
Wszystko to nagle jakby nabrało barw, urosło, przytłoczyło chłopca swoim ciężarem. Stłumił westchnienie. Teraz, kiedy w zbroi z pokrytego pomarańczową laką żelaza, ozdobioną dodatkowo czarnym symbolem irysa, otoczony przez swoich samurajów, jechał na grzbiecie śnieżnobiałej klaczy, jeszcze mocniej odczuwał ciążącą na nim odpowiedzialność.
To była jego ziemia, jego prowincja i tylko od niego zależało, co się z nią stanie. Wzdrygnął się w duchu. Odpowiadał nie tylko za ziemię, ale i zamieszkujących ją ludzi. Za samurajów i, co właśnie zrozumiał, także za chłopów. Myśli te sprawiły, że miał ochotę skulić ramiona, wtulić w nie głowę i przynajmniej na chwilę schować się przed tym, co go czekało. Zamiast jednak postąpić zgodnie z własnym instynktem, ściągnął barki, jeszcze bardziej prostując się w siodle. Za nic nie mógł okazać słabości, bo to mogły go zgubić. Dlatego skrzętnie ukrywał niepokój przed wszystkimi. Był przecież władcą. Po to się urodził i chociaż nigdy tego nie pragnął, musiał podołać swoim obowiązkom. Nieważne, że chciał uciec, wyrwać się z krępujących go więzów. Zresztą nawet gdyby miał taką możliwość, to i tak by z niej nie skorzystał. "Nie wolno uciekać przed tym, do czego się zostało stworzonym, sprzeciwiać się naturalnemu porządkowi". Tak go wychowano, takie zasady mu wpojono, a fakt, że wszystko spadło nań zbyt wcześnie, zanim jeszcze ukończył przygotowania, nie miał tutaj absolutnie żadnego znaczenia. Aż nazbyt wyraźnie zdawał sobie z tego sprawę. Świadomość ta codziennie coraz mocniej prostowała jego sylwetkę, dodawała mocy i siły jego słowom. Nieważne, że wciąż czuł się jak zagubione dziecko. Inni nie powinni o tym wiedzieć!
Nie poruszając głową, samymi tylko oczami rozejrzał się wokół. Zerknął na jadących najbliżej niego piętnastu przybocznych, potem znów przed siebie, na dowodzoną przez stryja dziesięcioosobową straż przednią. W myśli odnotował, że kilka metrów za nimi porusza się, stanowiący jednocześnie straż tylnią dwudziestoosobowy odział, dowodzony przez Sugiatni Ikemoto. Wszyscy razem tworzyli niewielką armię uformowaną w dwójkowy szyk wojenny. Dodatkowo towarzyszyła im spora grupa służących i kilkunastu medyków, także dosiadających koni. Reszta wojsk, pod wodzą zaufanego klanowego generała Hara Raizo, jak zostało ustalone tuż przed wymarszem, miała dołączyć do nich później, już w warowni.
Generał Hara. Hiroshi szybko przywołał w myślach jego obraz. Usłyszał mocny, twardy, dość szorstki głos wasala, doniosły nawet wtedy, gdy jego właściciel mówił cicho i pomyślał, że to bez wątpienia dobry dowódca. Ktoś, kto mógłby go wiele nauczyć, gdyby było jeszcze dość czasu na naukę.
Pola uprawne i wioski stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej od siebie oddalone, drzewa coraz liczniejsze. Nie rosły już pojedynczo. Tu i ówdzie tworzyły nawet malutkie zagajniki, a na horyzoncie majaczyła zielona linia lasu.
Skały zmieniły się góry. W promieniach wiosennego słońca wysokie, omszałe szczyty mieniły się wieloma odcieniami czerwieni, brązu i szarości. Hiroshi przyglądał się im tak uważnie, jak tylko mógł. Bardzo pragnął to zapamiętać. A pejzaż wokół niego wciąż się zmieniał i wreszcie weszli do lasu.
Droga, a właściwie ścieżka, którą obecnie się poruszali, wiła się żółtawo-brązową wstęgą pośród starych, wysokich drzew. Rozłożyste, pokryte zielenią gałęzie przysłaniały niebo, tylko w niektórych miejscach przepuszczając do dna lasu ukośne smugi promieni słonecznych. Schowane pomiędzy liśćmi ptaki śpiewały zawzięcie. Wysokie i niskie tony ich pieśni mieszały się ze sobą, tworząc pozbawioną rytmu, chaotyczną melodię. Niekiedy natarczywą, jakby narastającą, przesyconą piskliwymi, ostrymi, podobnymi do kłótni dźwiękami. Innym razem łagodną, niosącą się po okolicy na przemian wznoszącym i opadającym gwizdem, świergotaniem, terkotaniem lub kukaniem.
"To musi być naprawdę duża kukułka" przemknęło Kenshiro przez głowę, gdy tylko usłyszał charakterystyczny, głęboki podobny do czkawki odgłos. Tchnięty jakimś dziwnym przeczuciem odruchowo wstrzymał konia i, nakazując pozostałym, by zrobili to samo, rozejrzał się po okolicy. Kukanie ustało, a następnie powtórzyło się znowu. Tym razem trwało dużej. Samuraj spojrzał na jadących obok niego członków straży przedniej. Zobaczył skupienie na twarzach, jakieś dziwne napięcie zmieszane z niepokojem. Ruszyli dalej wolno, wciąż rozglądając się na boki, trzymając broń w pogotowiu. Kolejna przerwa w śpiewie i znów kilka krótkich "kuku". Jeszcze jedna pauza, stłumiony jakby dobiegający z oddali krótki dźwięk. Poruszenie w orszaku wzmogło się. Strażnicy coraz intensywniej wpatrywali się w zarośla oraz wiszące wysoko ponad nimi korony drzew. Nie zobaczyli jednak nic, a kukułka, czy raczej kukułki, nadal śpiewały.
- Dziwne. To brzmi trochę jak kod - zauważył jeden ze strażników jadący po prawej stronie Kenshiro, dość młody, niewysoki, szczupły mężczyzna, podobnie jak inni żołnierze mający na sobie kosode w kolorze brudnej pomarańczy i brązową hakama w odcieniu jasnego brązu. Szerokie nogawki zostały przywiązane do łydki kawałkiem sznurka.
- Owszem – przytaknął powoli Kenshiro jakby się nad czymś zastanawiał, a chwilę później, kątem oka spostrzegł jakiś ruch. Wiedział, że to nie wiatr, od pół dnia nie uświadczyli nawet jednego podmuchu. Zwierzę? Możliwe, ale w jednej chwili przeszyło go silne uczucie niepokoju, a po plecach przeszedł gwałtowny dreszcz. Kukułka. Od początku coś mu się w tej pieśni nie spodobało i teraz nagle zrozumiał co. Było jeszcze zbyt wcześnie na kukułcze kukanie! Zaklął w duchu. W tym samym momencie coś świsnęło tuż obok jego głowy. Uchylił się machinalnie, dzięki czemu uniknął trafienia. Lecz młody wojownik, ten sam, który wspomniał o sygnale, nie miał już tyle szczęścia. Wydał z siebie krótki, urywany charkot, kiedy krótka strzałka wbiła się w odsłonięty fragment jego szyi, a już chwilę później zastygł i ciężko zwalił się z konia. Nim dotknął ziemi, był już martwy. "Niemożliwe" przemknęło przez głowę panu Sugiatni.
Nie miał jednak czasu, aby dłużej się nad tym zastanowić, gdyż powietrze ponownie zaświszczało. Grad, zmieszanych z metalowymi pociskami, strzałek posypał się na orszak ze wszystkich stron. Sporo spośród nich dosięgło celu i wkrótce trupy zaskoczonych mężczyzn opadły na ścieżkę przed i pomiędzy towarzyszy. Bolesny kwik wierzchowców zdradził, że groty raniły nie tylko ludzi. Trzy konie padły i przewracając się zawadziły o sąsiadów. Podniosła się wrzawa, powstało ogromne zamieszanie. Jedni pochylili się ku końskiej szyi, aby w ten sposób uniknąć śmiercionośnych pocisków, inni dobyli mieczy, bądź mocniej zacisnęli ręce na włóczniach, jeszcze inni, rozglądając się wkoło i klucząc pomiędzy kompanami, próbowali wydostać się poza zasięg ostrzału. Ponieważ leśna ścieżka w tym miejscu zwężała się jeszcze bardziej, musieli zmienić szyk na pojedynczy. Kopyta końskie tratowały poległych. Ze zmasakrowanych ciał wypłynęła krew, zabarwiła poszycie na brunatno-czerwony kolor. Zmieszana z ziemią posoka tworzyła śliskie błoto. Czyjś koń się pośliznął, stracił równowagę i w końcu runął na ziemię, niczym kostka domina pociągając za sobą kilka następnych.
Ostrzał stopniowo tracił na intensywności, a szeregi każdej z trzech grup przerzedziły się znacznie, aż wreszcie ustał zupełnie. Wówczas z drzew i ciemnych zarośli runęła na nich cała banda zwinnych niczym pająki, uzbrojonych postaci. Gibkie, drobne, wysportowane ciała całkowicie spowijała zielona materia, twarze szczelnie zasłaniały kawałki grubej tkaniny, znad której wystawały jedynie oczy napastników. "Organizacja. Zabójcy. Ale jak?! Skąd?!".
Widział, jak część z nich błyskawicznie spuszcza się w dół po linach, które zawisły nagle na koronach drzew. Niektórzy wśliznęli się na puste siodła, inni siłą rozpędu, za pomocą silnego kopniaka w plecy zrzucili z koni kilku kolejnych samurajów, przejęli ich rumaki. A skoro to tylko zrobili, natychmiast skierowali trzymaną w ręku broń przeciwko pozostałym przy życiu klanowym wojownikom. Szczęknęła stal, kiedy krótkie, proste klingi mieczy napastników oraz ich sierpowate ostrza na łańcuchach skrzyżowały się z orężem obrońców. Ci z samurajów, którzy stracili konie, uwijali się teraz pomiędzy jeźdźcami. Na pozór kręcąc się bezwładnie, starali się unikać konnych, jednocześnie odpierając ataki pieszych agresorów.
Kenshiro obrócił konia. Z wysokości siodła ciął niemiłosiernie naginatą dwóch najbliższych pieszych "zielonych", uderzył nią w czyjeś otrze. Spojrzał na przeciwnika, cofnął broń, a potem szybko zadał cios. Szerokie cięcie spadło wprost na szyję śmiałka. Odcięta głowa zabójcy potoczyła się pod końskie kopyta. Obrócił się ponownie, wymachując zakrwawioną bronią, szukał kolejnego wroga.
Nie czekał długo. Znów poczuł na swojej naginacie ciężar obcego żelaza. Chciał odbić uderzenie, a następnie szybko wyprowadzić pchnięcie, jednak uścisk nie zelżał. Samuraj spróbował lekko cofnąć konia, ale nowy przeciwnik nie pozwolił mu na to. "Zielony" gwałtownym ruchem uwolnił broń, nie tracąc ani chwili, zbliżył się do przeciwnika, uniósł miecz, obrócił go i uderzył z góry, ale Kenshiro zdążył zablokować cięcie. Chwycił drzewce bliżej nasady i ostrza ponownie się skrzyżowały. Pan Sugiatni z pozoru niedbałym, sprężynowym ruchem lekko ruszył nadgarstkami, unosząc tym samym klingę. Sytuacja odwróciła się. Teraz to broń samuraja była na wierzchu. Zabójca wyszarpał oręż, natarł ponownie. Kenshiro sparował cios, szybko przechodząc do kontrataku. I znów natrafił na ripostę. Przez długi czas pojedynek pozostawał nierozstrzygnięty...
Dookoła wrzało. Szczękała stal, rżały konie, ludzie krzyczeli, wymieniali ciosy, spadali z wierzchowców, których kopyta ślizgały się po coraz bardziej błotnistej powierzchni. Kenshiro bardziej to wyczuwał i słyszał niż widział. Skupiony na najbliższym otoczeniu i własnej walce, w każdej chwili spodziewał się ciosu w plecy od któregoś z członków Organizacji.
Pojedynek wciąż trwał, kiedy poczuł gwałtowny, przeszywający ból w okolicy lewego łokcia. Czyjeś ostrze przecięło materiał ochraniacza, werznęło się głęboko w ciało, ale nie doszło do kości. Krew popłynęła wartkim strumieniem. Jakby tego nie zauważył, nie przejął się. Balansując wierzchowcem, stojąc w strzemionach, walczył dalej.
Hiroshi zamarł na moment. W tej samej chwili, gdy rozpoczął się atak na straż przednią, kilka strzał i shurikenów powaliło na raz pięciu ludzi z jego najbliższej eskorty. Pozostali natychmiast zwarli szeregi, zacieśnili krąg, naszykowali trzymane w dłoniach włócznie. Ktoś coś krzyknął, ktoś inny odpowiedział. Przytłumione zaskoczeniem zmysły młodego władcy, nie zdołały rozróżnić słów, lecz pomimo to, umysł odnotował ich sens.
- Chrońcie daimyo!
Tymczasem, na tyłach orszaku, Ikemoto klął bezgłośnie, obserwując jak kolejna lekka, krótka strzała powala ostatniego samuraja z jego oddziału. Sam nie został trafiony tylko dlatego, że w chwili, gdy rozpoczął się ostrzał, przywarł płasko do końskiej szyi i bardzo uważał na to, żeby mieć przy sobie przynajmniej dwóch ludzi, którzy mogliby go zasłonić. Z niezmienionym, jak zawsze kamiennym wyrazem twarzy, balansował pomiędzy członkami oddziału, kryjąc się pomiędzy nimi. Przy czym robił to tak zwinnie, że w powstałym zamieszaniu, tamci zdawali się nie dostrzegać jego praktyk. Ale Ikemoto nie był tchórzem. Uważał tylko, że pchanie się pod ostrzał zatrutych bełtów, nie jest najlepszym sposobem na śmierć. A że ukrywał się za innymi, używał ich jako żywych tarcz? Nie widział w tym nic złego. Przecież świat jest tak uporządkowany, że gorsi poświęcają się dla lepszych. Zawsze tak było, jest i będzie. Dlatego niżsi rangą nie mieli prawa narzekać. Ba! Powinni czuć się zaszczyceni, że mogą się na coś przydać właśnie jemu, Sugiatni Ikemoto, wypełniając w ten sposób swoje przeznaczenie i przyczyniając się dla dobra całego klanu. W końcu bez względu na wszystko, on chciał przede wszystkim przetrwania rodu, dlatego musiał przeżyć. Nie mógł pozwolić sobie, aby tutaj zginąć! Nieważne, za jaką cenę.
Mocniej zacisnął dłoń na drzewcu swojej naginaty, a jego twarz pozostała niezmieniona. Spokojna, niezmącona nawet lekkim zaskoczeniem. Pochylił broń pod odpowiednim kątem. Chaos, jaki jednocześnie ogarnął cały orszak, zdawał się go nie obejmować. Spiął konia, aby pogalopować do oddziału przybocznego, a gdy się tam znalazł, wmieszał się w szyk.
Hiroshi odnalazł przy boku własną katanę, zacisnął palce na rękojeści i szybkim ruchem wyciągnął broń z pochwy. Działał instynktownie, niby to bezradnie rozglądając się na wszystkie strony, jakby kogoś szukał. Przyboczni zdążyli już utworzyć wokół niego zwartą, ruchomą ścianę. Nabrał powietrza w płuca, chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie bardzo wiedział, jakich słów powinien użyć, a zresztą w narastającej wrzawie raczej nikt by go nie usłyszał. Poprawił uścisk dłoni na rękojeści. Ujrzał jak kilku kolejnych samurajów osuwa się na ziemię z zastygłymi na twarzach wyrazem zaskoczenia i bólu. Niektórzy padali tak blisko, że chłopiec widział ich puste, szeroko otwarte oczy. Wzdrygnął się. Bał się. Serce biło mu szybko, miał wrażenie, że coś, jakaś niewidzialna siła ściska mu gardło, a następnie paraliżuje całe ciało. Zaczął oddychać szybciej i płycej. Czuł mrowienie w palcach, krew uderzającą do kończyn. Zacisnął zęby. Nie mógł się lękać! Nawet w takiej chwili, za nic na świecie nie powinien dać tego po sobie poznać! Ale nigdy wcześniej nie znajdował się w podobnej sytuacji, nigdy jeszcze nic bezpośrednio nie zagrażało jego życiu! Gorączkowo powtarzał więc w myśli modlitwę do bogini Akemori, władczyni nieba, pani wszystkich władców, próbując opanować emocje.
- Hiroshi-sama! - Usłyszał blisko siebie czyjś głos. Obejrzał się w tamtym kierunku. Jeden z członków straży przybocznej podjechał tak blisko, że gdyby chciał, bez problemu chwyciłby go za ramię. - Obiecuję, że cię ochronimy panie, nawet za cenę naszego życia.
Chłopiec skinął głową. Bardzo pragnął w to wierzyć, chociaż gdzieś z tyłu jego umysłu pojawiły się wątpliwości. "Nawet za cenę życia." Czy miał prawo tego od nich żądać, tylko dlatego, że był ich panem?
Raz jeszcze desperacko rozejrzał się wokół i chociaż z każdą chwilą odczuwał coraz silniejszy strach, poprawił chwyt na rękojeści. Zacisnął zęby. Nie wiedział co tym wszystkim myśleć, mimo że pod warstwą wciąż odmawianej modlitwy, mózg młodego daimyo pracował rozpaczliwie. Rozszerzone źrenice rejestrowały narastające zamieszanie. Znów kilku członków jego najbliższej eskorty zostało nagle zrzuconych ze swoich koni. Lekko spiął wierzchowca piętami, zwierzę przemieściło się nieznacznie o kilka kroków. To jednak wystarczyło, aby uniknąć zabójcy, który właśnie próbował osunąć się wprost za jego plecy. Pośród wrzawy chłopiec jakby usłyszał głuchy odgłos opadającego ciała. Przygryzł mocniej wargi tak, że poczuł krew na języku.
I wówczas został zaatakowany. Zdołał sparować cios, ale napastnik już szykował się do kolejnego uderzenia. Odruchowo uniósł broń pod lekkim kątem. Sztych miecza zabójcy zderzył się z jego klingą, po czym ześliznął się i zarył w krytym laką napierśniku, zostawiając na nim głęboką bruzdę. Zabolało, po pancerzu popłynęła krew. Jęknął cicho, ale zdołał jeszcze unieść miecz i wykonać kontrę. Nie myślał, po prostu pchnął, a potem wyszarpał katanę z ciała przeciwnika. Obrócił się. Nie był sam. Wciąż widział zajętych walką przybocznych. Dostrzegał ich zaciętość, determinację...
Brzęknęło, zadzwoniło chłopcu w uszach. Coś potężnie uderzyło go w hełm. Na tyle mocno, że gwałtownie zamachał rękami, chciał się obrócić, ale oczy młodzieńca zaszły mgłą, miecz wypadł z ręki. Rana na piersi nagle zaczęła obficiej krwawić. Oszołomiony pochylił się ku końskiej szyi. A potem była już tylko ciemność.

* Wioska położona była dokładnie u podnóża zamkowego wzgórza. Niewielka, składająca się zaledwie z dziesięciu drewnianych, krytych strzechą chat, osada miała tylko jedną, prostą, szeroką, piaszczystą ulicę. Tego dnia biegała po niej w tą i tamtą stronę grupka kilkuletnich, umorusanych, ale wyrażanie zadowolonych dzieci. Bose stopy wzniecały niewielkie obłoczki kurzu, kiedy śmiejąc się, ganiały z jednego końca alejki na drugi, rzucając przy tym do siebie szmacianą piłką. Kilka kobiet w różnym wieku, zajmowało się codzienną krzątaniną. Jedna z nich - niska, drobna, całkiem jeszcze młoda, z włosami zaczesanymi do tyłu i ukrytymi pod kawałkiem szarej bawełny, wytrwale zamiatała teren wokół swojego domu. Inna siedząc na progu zajmowała się obieraniem warzyw, a jej sąsiadka właśnie szorowała naczynia z pomocą wody i piasku. Dwie inne zawzięcie o czymś rozprawiały podczas szycia i cerowania ubrań.
- Uwaga, rzucam! - zawołała pyzata, może pięcioletnia dziewczynka z czarnymi, sięgającymi do podbródka włosami. Wzięła potężny zamach, a następnie mocno cisnęła trzymaną w rękach gałgankową kulką. Uśmiechnęła się promiennie, widząc, jak zabawka wznosi się po łuku ku bezchmurnemu niebu, aby chwilę później obniżyć lot i odbić się od stożkowatego nakrycia głowy jakiegoś ronina w oberwanym kimonie. W tym samym momencie wszystko jakby zamarło. Uliczka opustoszała, a osada nagle pogrążyła się w przejmującej, wyczekującej ciszy.
Bezpański samuraj pochylił się nad przedmiotem, który zdążył już upaść u jego starych, mocno przetartych waraji. Wziął go do ręki, obejrzał uważnie z każdej strony. Niewielka piłeczka uszyta ze skrawków jakieś kolorowej materii. Najprawdopodobniej dzieło matki jednego z dzieci. Na ocienionej bambusowym kapeluszem twarzy pojawił się szeroki, pełen uznania uśmiech. Zabawka sprawiała wrażenie całkiem starannej. Wojownik rozejrzał się wokół, nie spostrzegł jednak nikogo. Westchnął cicho. Owszem, roninowie nie cieszyli się wśród ludu zbyt dobrą opinią, ale to wydało mu się lekką przesadą. Przecież nie zamierzał nikogo skrzywdzić! A już na pewno nie dziecko. Odłożył piłeczkę na ziemię, po czym ruszył dalej, kierując się w stronę największego z domostw, znajdującego się najbliżej stoku zamkowego wzgórza.
Podniósł służące za drzwi płótno i wszedł do średniej wielkości, zaciemnionej, dość dusznej izby. Tuż przy progu znajdował się wąski pas ubitej ziemi, a nad nim wznosił się niezbyt wysoki podest, na którym ułożono drewnianą podłogę. Pośrodku pomieszczenia było kwadratowe palenisko, a nad nim wisiał metalowy kocioł. Ronin przysiadł na podwyższeniu i zaczął rozwiązywać rzemienie swoich sandałów.
- A jednak przyszłaś, księżniczko. - Odezwał się nagle jakiś głos. Osoba, do której należał, siedziała po drugiej stronie paleniska tak, że wiszący gar, przysłaniał ją niemal w całości. - Witaj, miło cię znów widzieć.
- Witaj Iwahara-san - odpowiedział ronin głosem Hisako. - Przepraszam, ale ostatnio trochę chorowałam. To wszystko przez śmierć ojca. Ale, czuję się już dobrze i pomyślałam, że dawno cię nie odwiedzałam. - Zanim padły te słowa, dziewczyna zdążyła już pozbyć się obuwia, wyciągnąć zza obi pochwę z kataną, odłożyć ją na bok i usiąść obok gospodarza. Ściągnęła także kapelusz, zarzucając go na plecy niczym kaptur i odsłaniając związane w węzeł włosy. W świetle tlącego się ogniska widziała owalną, mocno pomarszczoną twarz Iwahary, rzadkie, cienkie kosmyki, bardziej już siwe niż czarne. Uważnie przyjrzała się drobnej sylwetce, a jako że mężczyzna był nagi od pasa w górę, mogła wyraźnie zobaczyć zapadniętą klatkę piersiową, sflaczałe mięśnie, pozostałość po dawnym wytrenowaniu.
- Tylko ty jeszcze mnie tak nazywasz, księżniczko. Napijesz się ze mną herbaty? - Odpowiedziała potakującym mruknięciem, a on mozolnie się podniósł i kulejąc, zakrzątał po izbie. Wyciągnął ze stojącej w rogu skrzyni dwie gliniane czarki, niewielką bambusową trzepaczkę oraz papierowe zawiniątko. Chwilę badał w ręku jego zawartość, po czym wrócił do paleniska i rozwiązał obwiązujący je konopny sznurek i ostrożne rozłożył papier, ukazując zielony proszek, który następnie nasypał do obu naczyń i zalał dobytą drewnianym czerpakiem wodą z kociołka. Lewą dłonią zaczął energicznie mieszać zawartość czarek z pomocą chasen. Subtelny zapach uderzył ich w nozdrza, a gospodarz posłał dziewczynie coś na kształt przelotnego uśmiechu. - Niestety, nie jest tak dobra, jak na zamku - wyjaśnił i natychmiast spoważniał. - To nie powinno było się nigdy wydarzyć. - Podjął po chwili milczenia, jaka zapadła pomiędzy nimi. - Twój ociec nie powinien ginąć w tak okrutny sposób. - W głosie Iwahary zabrzmiała zawziętość zmieszana z żalem.
- Umarł z honorem. Został opłakany. Będzie pomszczony - księżniczka bardziej recytowała niż mówiła, a jej słowa brzmiały jakoś dziwnie pusto. Wspomnienie rodzica nadal bolało.
- Wierzysz w to, księżniczko?
Upiła łyk ze swojej czarki i nic nie odpowiedziała.
- Widziałem wiele śmierci. Nie jedną sam zadałem. Kilka razy asystowałem przy seppuku i wiesz co? Przekonałem się, że nie ma znaczenia jak się umiera, bo w śmierci nie ma nic godnego, honorowego, ani wzniosłego, jak twierdzi większość z nas. Śmierć jest straszna. Nie ma czegoś takiego jak honorowa śmierć, to się nawet w wymowie ze sobą kłóci.
Kiwnęła głową. Oczywiście, ten starzec miał rację. W śmierci nie było nic pięknego, czy szlachetnego. To tylko zwykłe bajki, brednie stworzone przez przedstawicieli jej własnej klasy, aby bezkarnie odbierać życie. Pozbawiać dzieci ojców, żony mężów, a mężów żony, matki synów, a ojców córek, umożliwić komuś zaspokojenie czyjejś próżności. Zwykłe wygodnictwo, okrucieństwo i tchórzostwo, ubrane w podniosłe słowa o obowiązku, honorze i odwadze. Nie wypowiedziała głośno tych myśli. Zamiast tego ponownie spojrzała na mężczyznę, splotła dłonie na kolanach i rzekła:
- I tak by go zabili. - Ton dziewczyny brzmiał równie pusto jak wcześniej.
- To prawda. Generał Murahito nie pozwoliłby mu żyć, tak samo jak my nie pozwolilibyśmy żyć generałowi, gdy sytuacja była odwrotna. Ale czy to oznacza, że Harumi-sama odszedł z honorem? - Zawiesił głos, jakby spodziewał się odpowiedzi. Hisako poczuła się tak, jakby ktoś dźgnął ją nożem w samo serce. Szybko zamrugała, czując, jak łzy zbierają się jej pod powiekami.
- Nie przyszłam tutaj rozmawiać o śmierci ojca. - Kontrolowała głos, starając się nadać mu szorstki, władczy ton pozbawiony płaczliwych nut, które powoli wkradały się do jej gardła.
- Wybacz. - Starzec lekko pochylił głowę - nie chciałem cię urazić, Hisako-sama, jednak wiedz, że dla mnie śmierć mojego pana jest niemal równie bolesna, jak dla ciebie, księżniczko. Znałem go od jego wczesnego dzieciństwa. Byłem przy nim, gdy rozpoczął naukę walki, byłem, gdy wyruszał na swoją pierwszą wojnę, byłem przy jego zaślubinach z twoją matką... Służyłem mu tak samo wiernie, jak wcześniej jego ojcu. W tej służbie straciłem dwa palce. - Wyciągnął przed siebie prawą dłoń, pozbawioną małego i serdecznego palca, aby pokazać ją dziewczynie. Hisako opuściła głowę. Znała go odkąd skończyła dwanaście lat i od tego czasu odwiedzała go potajemnie, przynajmniej raz w miesiącu. Nigdy jednak nawet przez myśl jej nie przeszło, jak wiele ten człowiek poświęcił dla swoich władców. Ile dla nich zrobił i jak wiele to dla niego znaczyło. - Jednak mój pan pozwolił mi osiedlić się tutaj, w wiosce, u stóp swego zamku i nadal mu służyć. - Ton starego samuraja był na pozór całkiem spokojny, chociaż wprawne ucho mogłoby wychwycić delikatne drżenie. - Dał mi ten dom i mianował głównym łącznikiem swojego wywiadu.
- Iwahara-san... - Dziewczyna przez chwilę spoglądała na niego w oszołomieniu. Umilkła na chwilę, nie mogąc znaleźć właściwych słów, znów upiła odrobinę parującego napoju, tylko po to, aby zyskać na czasie. Nie spodziewała się czegoś podobnego i teraz czuła lekkie zakłopotanie. Co miała odpowiedzieć komuś, kto służył jej rodzinie na wiele, wiele lat przed tym, zanim ona przyszła na ten świat? Wszystko wydawało się nieodpowiednie...
- Przepraszam, Iwahara-san - wykrztusiła w końcu i także lekko pochyliła głowę. - Nigdy nie pomyślałam, że dla ciebie też jest to trudne. - Uniosła wzrok. Mężczyzna pokiwał głową.
- Nic nie szkodzi. Masz rację, nie powinienem roztrząsać tego teraz, kiedy doszły mnie takie wieści.
Wyprostowała się, poprawiła ułożenie dłoni.
- Czy coś się stało? - Znów kontrolowała głos, starając się oczyścić go całkowicie z wszelkich emocji.
Wahał się. Przez ułamek sekundy widziała to w jego twarzy.
- Księżniczko, nie jestem pewien, czy powinien o tym mówić akurat tobie. Ja powinien raczej powiadomić pana Kenshiro. - Znów zakrzątał się po izbie, a kiedy wrócił trzymał w ręku niewielki, zwinięty kawałek papieru. - Przyszło dzisiaj, właśnie miałem iść z tym do zamku.
- Stryja nie ma już w zamku.
- Więc powinienem przekazać wiadomość panu szambelanowi Takayashi.
- Oddaj to mnie - zażądała. - Chcę wiedzieć, co się dzieje.
Nie potrafił sprzeciwić się tak wyraźnemu rozkazowi, nawet, jeśli wydała go młoda, niedoświadczona kobieta. Ktoś, kto w żadnym razie nie powinien zajmować się podobnymi sprawami. Świat, w którym żyli nie był światem kobiet. Ale nie był też światem sług, a on przecież się do nich zaliczał. I właśnie dostał polecenie od kogoś, kto stał wyżej niż on. Dlatego podał dziewczynie karteczkę. Rozwinęła ją, ale zanim zdążyła przeczytać, Iwahara odezwał się:
- Jakieś tydzień temu, w Yantagi wybuchała zaraza. Krwawa biegunka.
- Yantagi... - potworzyła w taki sposób, jakby próbowała sobie coś przypomnieć - to przecież wioska Ikemoto. Wiesz coś więcej?
- Tak, księżniczko. Moje źródła donoszą, że epidemia rozszerza się na kolejne wioski, chociaż pan Yasuo, zarządził kwarantannę. Chorzy są izolowani, zwłoki natychmiast palone, a mnisi z miejscowej świątyni wciąż wznoszą modły i odprawiają rytuały oczyszczające.
- Ile jest ofiar?
- Jak na razie doniesiono o siedemdziesięciu dwóch osobach w samym Yantagi.
- A ile osób mieszkało tam przed epidemią?
- Dwieście osiemnaście.
Westchnęła przeciągle, unosząc wzrok ku sklepieniu izby. Sprawa wydawała się naprawdę poważna.
- Dlaczego ty przekazujesz tę wiadomość? Zarządca lenna powinien przesłać wiadomość przez gołębia.
Iwahara rozłożył ręce w geście bezradności.
- Nie mam pojęcia dlaczego o tym nie zameldowali, ale moi ludzie właśnie próbują ustalić przyczyny tego zaniedbania.
"No dobrze" przemknęło księżniczce przez głowę, ale czemu nie przekazałeś tego natychmiast jak tylko otrzymałeś wiadomość? Także dopuściłeś się zaniedbania Iwahara-san". Raz jeszcze przyjrzała się dokładnie sylwetce starca i o nic już nie zapytała.
Niespodziewanie zastępująca drzwi płachta uchyliła się delikatnie, wpuszczając do środka smugę światła i młodą dziewczynę w sięgającej kolan szacie przepasanej lnianym fartuchem. Chłopka trzymała w dłoniach małą paczuszkę owiniętą w czystą tkaninę i przewiązaną sznurkiem.
- Witaj, Soichiro-sama - odezwała się pogodnym, dźwięcznym głosem. - Przyniosłam kilka kulek ryżowych. Sama robiłam. - Wkroczyła na podwyższenie i skierowała kroki w stronę paleniska. Hisako ujęła czarkę w obie dłonie i wycofała się w kąt izby. Nie chciała, żeby ta wieśniaczka ją zobaczyła, chociaż w tym świetle i przebraniu, na pewno by jej nie rozpoznała.
- Dzień dobry, Kanna-chan. - Iwahara uśmiechnął się leciutko. - Dziękuję, proszę połóż to tutaj. - Wskazał miejsce obok siebie. - W domu wszystko w porządku? - zapytał uprzejmie, kiedy już dziewczyna postawiła przed nim paczuszkę.
- Tak - zapewniła cichym głosem. - Wieczorem przyjdę i posprzątam - dodała, rozglądając się po pomieszczeniu. - Ale teraz muszę iść. - Ukłoniła się lekko zanim wyszła. Kiedy płachta znów opadła na swoje miejsce, księżniczka wysunęła się z cienia.
- Ja także muszę już wracać. - Odstawiła puste naczynie. - Dziękuję za herbatę.
* Zebrano trupy i ułożono w dwa stosy. Na pobliskiej polanie pośpiesznie utworzono lecznicę, gdzie obecni w grupie medycy zajęli się rannymi. Ci, którzy mogli chodzić o własnych siłach, zostali pośpiesznie opatrzeni i odesłani, zaś dla ciężej poszkodowanych i nieprzytomnych przygotowano nosze.
Kliku ocalałych wysłano na patrol po okolicy, a Kenshiro wezwał do siebie wszystkich ocalałych oficerów. Przysiedli na niewysokich, składanych stołkach, ustawionych dla nich po środku polany w pewnym oddaleniu od lecznicy oraz miejsca, w którym złożono trupy. Pan Sugiatni przez chwilę spoglądał w tamtym kierunku. Dwudziestu jeden martwych zabójców w zielonych szatach, dwudziestu trzech samurajów i pięciu służących. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Nie rozumiał, jak mogło dojść do czegoś takiego. Jęknął bezgłośnie. Kiedy skończyła się potyczka i napastnicy wycofali się chyłkiem, próbował ich policzyć, ale nie zdołał. Zgadywał jednak, że zaatakowała ich grupa pięćdziesięciu kilku, może sześćdziesięciu członków Organizacji. Całkiem spory odział jak na zabójców. Zapewne jego wynajęcie kosztowało niemało sztuk złota. Nie to było jednak głównym problem. Sprawdził opatrunek na swoim ramieniu: niewielki kawałek białego lnu nie zsuwał się ani nie przeciekał. Westchnął.
Targnięto się na życie daimyo! Zacisnął dłonie w pieści. Wciąż nie wierzył w to, co się wydarzyło. Wbił paznokcie w skórę. Nagle uświadomił sobie, że tak naprawdę bardziej złości go fakt, że ktoś podniósł rękę na jego bratanka, niż to, że dokonano zamachu na władcę Mido. Coś zapiekło go w piersi, prawie tak samo mocno, jak po śmierci Harumiego. Przypomniał sobie tamtą chwilę. Ludzi zgromadzonych na dziedzińcu warowni w górach Chunzu, klęczącego brata, własną uniesioną katanę i krew plamiącą podest. Zdawało mu się, że znowu czuje na sobie chłodny podmuch ostatnich dni jesieni zmieszany z pierwszymi płatkami mokrego śniegu.

Oto znów pada śnieg - przedśmiertny wiersz brata pojawił się nagle w jego głowie. Przeminęła zbyt szybko
czerwień jesieni
"Tak jak twoje życie" Podsumował gorzko. "Bardzo przepraszam, za mój brak czujności, za niedostateczne chronienie twojego syna, ale mówiłem już, że nie dam rady. Nie dam rady utrzymać tych wszystkich bestii z dala od niego." Przerwał monolog, znów coś zakuło go w serce. Naprawdę chciał ochronić tego chłopca, usunąć mu przed nóg wszelkie przeszkody, jakie był w stanie usunąć. I teraz już wiedział, że to nie tyle wynika z samurajskiej lojalności, ile z rodzinnego przywiązania. W jednej chwili zrozumiał, że czuje do tego chłopca, to samo, co wcześniej do jego ojca, a swojego brata. Tym mocniej, że sam nie miał żyjących dzieci.
Zerknął na siedzących przed nim mężczyzn, prześliznął się po nich wzrokiem i tylko na jednej osobie zatrzymał go dłużej. Ikemoto wyczuł spojrzenie kuzyna, ale twarz mężczyzny pozostała spokojna niczym maska. Wzmożony ruch na jednym z końców polany powiadomił ich o powrocie grupy patrolowej. Jej dowódca, wysoki, postawny samuraj, szedł właśnie w ich stronę prowadząc za sobą swój niewielki oddziałek. Znalazłszy się w odległości kilku kroków od oficerów, upadł na jedno kolano i pochylając głowę, wydyszał w stronę Kenshiro:
- Wybacz panie, ale nie udało się nam nikogo złapać.
Mięśnie twarzy przełożonego ściągnęły się gwałtownie, jakby w bolesnym skurczu, czy też w gniewie, otworzył usta, a kiedy się odezwał jego głos miał w sobie stanowczo zbyt wiele negatywnych emocji.
- Wy głupcy, nie staraliście się dostatecznie! - zagrzmiał, a Ikemoto słysząc to zdecydował się zabrać głos.
- To była Organizacja, kuzynie - przemówił miękko i spokojnie, ale jednocześnie z silnym akcentem na słowie '"Organizacja". - Ich nie chwyta się żywych, jeszcze nigdy to się nikomu nie udało. I dlatego wciąż tak mało o nich wiemy. Nie mamy nawet pojęcia ile jest klanów. O, na przykład ci tutaj. - Wskazał otwartą dłonią na ułożone w stos ciała najemników - Mają wytatuowaną na piersi rozwartą, wilczą paszczę. Nie ma takiego symbolu w naszych rejestrach.
Kenshiro zacisnął zęby, łykając gorzką pigułkę, jaką poczęstował go krewniak. Ponownie przeniósł na niego spojrzenie.
- Nie, nie udało - przyznał po chwili, starając się aby jego głos zabrzmiał cierpko, ale nie ironicznie. - Ale oni nigdy nie działają z własnej inicjatywy, ktoś musiał ich wynająć. - Nabrał powietrza - Powiem więcej, to ktoś, kto dokładnie zna trasę naszego przemarszu, ktoś, kto orientuje się, gdzie, kiedy i w jakiej liczbie będziemy. Musieli to wiedzieć bardzo dobrze, bo uderzyli jednocześnie na wszystkie trzy odziały. Jednym słowem, zdrajcą jest ktoś, spośród nas. - Zawiesił głos, wciąż wpatrując się w kuzyna świdrującymi, zimnymi oczami.
- Oskarżasz mnie? - W tonie Ikemoto nie było wyzwania, czy obrazy, a tylko zwykłe, zabarwione lekkim zdumieniem pytanie.
- Nie. Nie mogę kogokolwiek oskarżać o coś tak poważnego, nie mając dowodów jego winy - odparł beznamiętnie Kenshiro, powściągając gniew, lecz wciąż utkwiony w krewniaku wzrok, zdawał się mówić coś zupełnie przeciwnego. Młodszy z panów Sugiatni doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Westchnął w duchu. Wiedział, że tak będzie, w końcu ów człowiek zawsze podejrzewał go o jak najgorsze zamiary, tak jak wtedy, gdy będąc dziećmi grali w ukrycie i miecz. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, wzrosła jedynie ranga oskarżeń. To nie było już oszustwo w dziecinnej zabawie. Nie miał mu tego za złe. Właściwie, to nigdy go to specjalnie nie obchodziło.
Wciąż klęczący nieopodal podoficer spoglądał na nich z pewnym rodzajem niepokoju, może nawet bojaźni i czuł się coraz bardziej nieswojo. Zupełnie jak ktoś, kto przypadkiem trafił do miejsca, które powinien omijać jak najszerszym łukiem.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 01 listopada 2013, 21:50

Hejki, Kandaro!
Pisałam Ci już chyba na gadu gadu, że ten fragment lubię. Bo akcja, bo coś się dzieje, bo pojawia się staruszek.
Ale po kolei. Pierwszy fragment był bardzo fajny: coś się dzieje! Nie boisz się, masz odwagę, jest walka i w dodatku długa!Chciałabym tego więcej! ;) Żal mi było Hiroshiego, chcę wiedzieć co z nim się dzieje i nie mogę się doczekać, by przeczytać kolejny fragment.
Późniejsze spotkanie ze staruszkiem: lubię to, jak bardzo "japońska" jest Hisako, staruszka całkiem polubiłam, może pojawi się jeszcze kiedyś? c: Byłoby miło!
Czekam na dalszy ciąg, wciąż możesz liczyć na mnie w związku z WIESZ CZYM.
Czekam, Kandaro! :)
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 01 listopada 2013, 23:49

"Nie dam rady utrzymać wszystkie bestie z dala od niego."
a nie "utrzymać wszystkich bestii"? O.o

Jaki czysty technicznie kawałek, chyba pierwszy raz się nie czepię. Skopiowałam sobie ten fragment do dokumentu, w którym mam całość Irysów, w sumie jakiś czas temu go odświeżyłam. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.
Pierwsze co mnie uderzyło - to chyba najbogatszy opis walki jaki mi się zdarzyło czytać przez ostatni rok. Naprawdę! Sytuacja do opisania na 2 stronach a4, ale ile by straciła, a u Ciebie widać całe spektrum tego wydarzenia. Trochę cierpi na tym dynamika, bo wiadomo, im więcej i dłużje, tym bardziej tempo zwalnia, czytelnik przyzwyczaja się do sytuacji i już nie skacze mu ciśninie na wzmiankę o mieczach i krwi... Ale wyszło dobrze!

To nie będzie zbyt składny komentarz, bo tak naprawdę wciągnęłam się w tekst i chyba dopiero za godzinę poukłada mi sie w głowie, co się dokładnie wydarzyło. Czytało mi się dobrze, ale czułam, że jest dużo informacji, więc do końca bardzo uważałam, jakbym nie chciała przegapić jakichś sideł, które zastawiłaś na czytelnika :D Na plus ogromny jest cały akapit o uczuciach Hiroshiego, to, jak działa jego psychika jest świetnie oddane - coraz bardziej go przytłacza świadomość brzemienia, jakie musi nieść i właśnie - jak napisałaś - zamiast kryć się w sobie, on coraz bardziej się prostuje, nie chcąc okazać słabości. W sumie, ilu władców mogło tak właśnie się czuć? O tym pomyślałam czytając.
Przy ostatniej okazji pisałam, że chciałabym czytać o uczuciach Kenshiro i Hiroshiego, że powinnaś się na nich skupić fabularnie. Nie wiem, na ile to zbieg okoliczności a na ile Twoje działanie, ale lepiej by nie mogło, na to właśnie liczyłam! Pomimo złej nuty, wyczuwalnej w charakterze Kenshiro wcześniej, piszesz tu o jego przywiązaniu i lojalności. Niechęć ukryta, do sprawowania władzy przez bratanka, kłóci się tu z, jak to inaczej nazwać, troską o niego i uważam, że Kenshiro bardzo zyskuje, gdy przedstawiasz jego uczuciową stronę. Przypomnienie sobie wiersza brata również było mocne!
Jestem ciekawa nowego bohatera, na razie nie mam o nim zdania, choć wydaje się być typowym protagonistą :D

Gdzieś tam na środku nie weszło Ci formatowanie, widać nawias z komendą.


Pisz szybciej! Kandaro...
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 12 listopada 2013, 16:04

Rozdział XI Isamo klęczał przed stryjem pośród obszernej, prawie pustej sali audiencyjnej. Przed oczami miał tylko drobny, misterny splot kosztownych tatami o złoconych brzegach. Jego katana leżała nieco dalej, tak, żeby nie mógł po nią sięgnąć, nie podnosząc się. Przez zabezpieczone listewkami okna wpadły do pomieszczenia promienie słoneczne i lekko muskając granatowe szaty trwającego w pokłonie generała sprawiały, że pocił się intensywnie. Wręcz czuł krople spływające po czole, policzkach i plecach.
Udało mu się dotrzeć do głównej siedziby klanu Hakuzumy w ostatnim dniu wyznaczonego terminu. Kiedy kilka godzin temu stolica powitała Isamo i jego pięcioosobową eskortę, zgiełkiem, rozgardiaszem codzienności, znajomą mieszaniną barw oraz zapachów, zrozumiał, że prowadzone przez klan wojny przyczyniły się do rozkwitu miasta.
Wzdłuż szerokich, przestronnych ulic, wypełnionych tłumem ludzi różnej płci, wieku i stanu, ciągnęły się rzędy drewnianych budynków. Na niektórych z nich zawieszono rozmaite szyldy, informujące, jakim rodzajem rzemiosła zajmują się właściciele.
Minęli zakład rzemieślnika wyrabiającego słomiane sandały i maty. Pracującego przed swoim warsztatem parasolnika, właśnie zajmującego się malowaniem wzorów na jednej dużej parasolce z niebieskiego papieru. Obok niego na starej plecionce leżało już kilka gotowych dzieł. Kolorowe kapelusze przyciągały nieśmiałe spojrzenia chichoczących dziewcząt w spłowiałych kimonach i małych dzieci, mocno ściskających ręce swoich matek. Przejechali obok kuźni, a także pracowni płatnerskiej, z wnętrza których dochodziły odgłosy uderzenia młota o żelazo, a z pieców wydobywały się obłoczki dymu.
Jechali dalej. Warsztaty rzemieślnicze powoli zmieniały się w gospody, herbaciarnie i domy gry. I tutaj ulice wypełniał różnobarwny tłum. Kurtyzany w ostrym makijażu, szykownych fryzurach, pękających wręcz od szpilek oraz wstążek, odziane w kolorowe, obnażające ramiona szaty rozciągały usta w zalotnych uśmiechach. Śmiejąc się głośno, podbiegały do mniej lub bardziej pijanych mężczyzn i proponowały im swoje usługi. Isamo przyglądał się temu ze swoistą pogardą zmieszaną z zaciekawieniem. Nie rozumiał ich. Jak można dać się tak omamić zwykłej dziwce? Przecież nie miały w sobie nic nadzwyczajnego. Ale czy jakiekolwiek inne kobiety miały?
Ich uśmiechy, miękkie, melodyjne głosy, ozdobne fryzury, kolorowe szaty, nawet sposób, w jaki się poruszały. Wiedział, że to wszystko przyciąga ku nim spojrzenia mężczyzn pokroju Akiry, jednakże w nim samym nigdy nie wywoływało żadnych uczuć, nie rozbudzało żadnych żądz, czy pragnień. Z drugiej strony kobiety nie odstręczały go, nie napawały odrazą. One po prostu... Istniały. Czasem nawet bywały użyteczne.
Kiedy przejeżdżali obok placu handlowego, przyjemna woń świeżej ryby uderzała ich w nozdrza, przyprawiając o ssanie w żołądku. Kupcy, uwijając się jak w ukropie, nadziewali na patyki niewielkie kluseczki i pokrojone na drobne kawałki owoce morza. Gotowali ryż i układali na nim plastry łososia, rekina, dorsza bądź różowe krewetki. Tworzyli najróżniejsze kompozycje, starając się zwabić jak największą liczbę wygłodniałych klientów. W drugiej części inni handlarze rozłożyli na straganach rozmaite przedmioty: wachlarze jedwabne i papierowe, bele jedwabiu, czy bawełny, ozdoby do włosów, lakowe puzderka. Ludzie krążyli pomiędzy straganami, głośno o czymś rozprawiając.
Isamo i jego ludzie skręcili wreszcie w jedną z nieco węższych, bocznych uliczek, a potem jeszcze jedną i następną, kierując się w stronę rezydencji pana Masahiro. Strzelista, szeroka wieża, złożona z szczęściu kondygnacji zwieńczonych lekko spadzistymi, po bokach wywiniętymi w górę, dachami z niebieskich dachówek – główna wieża Zamku Błękitnego Ptaka, rosła w oczach. Po chwili oczom wojowników ukazał się podwójny pierścień fosy, potężne mury wzniesione z tysięcy skalnych bloków tworzących kolejne tarasy na stoku sztucznego wzniesienia. Niewysokiego pagórka, usypanego specjalnie po to, aby ustawić na nim tę budowlę. Prawdziwą fortecę, przy której blakły wszystkie pozostałe. Od warowni dzieliła ich już jedynie cicha aleja, przy której ulokowały się skryte za otynkowanymi ogrodzeniami, rezydencje bogatych samurajów, wiernych wasali swego władcy.

Teraz, gdy trwał w pokłonie, Isamo wciąż nie rozumiał, dlaczego tu jest? Co takiego zmusiło pana Masahiro do tej decyzji? Czy chodziło o seppuku głowy klanu Sugiatni? Raczej nie. Gdyby daimyo dowiedział się o tym wydarzeniu, to z pewnością nie mógłby liczyć na tak łagodne potraktowanie. Dlaczego zatem odwołał go z pola walki? I czemu zrobił to w momencie, gdy wznowienie wojny było jedynie kwestią kilku godzin, może dni? Za co chciał go ukarać, przydzielając mu dowództwo nad tą podłą szkołą wojskową? Wzdrygnął się. Przeniesienie na Fumiro było równoznaczne z wygnaniem. Trudno traktować inaczej osadzenie na małej, nieurodzajnej, kamienistej wysepce, do niedawna jednej z posiadłości klanu Ohira, gdzie obecnie szkolono chłopów z zaciągu i samurajów najniższej rangi.
Wreszcie w głowie generała zabłysła myśl, że to Akira zgotował mu taki los. „Podobno masz objąć dowództwo w szkole wojskowej na Fumiro.” Przypomniał sobie minę i ton kuzyna podczas wypowiadania tych słów. „Więc to tak.”. Poczuł jak gotuje się w nim krew, ciesząc się jednocześnie, że jego twarz skierowana jest ku podłodze. Dzięki temu mógł ukryć, dręczące go przez ostatnie kilka dni gniew, niepewność i strach, które właśnie teraz sięgały zenitu. Niestety, nieważne jak się starał, nie potrafił nad nimi zapanować. Nawet w obecności przywódcy rodu.
- Podnieś głowę! – Isamo zaklął w duchu, kiedy usłyszał władczy, donośny głos pana Murahito Masahiro. Powoli wyprostował się, spojrzał na siedzącego na podwyższeniu starszego mężczyznę. Miał on małe, czarne, płytko osadzone oczy, w których czaiły się iskierki okrucieństwa. Pełne, lekko opalone policzki, niewielkie, wąskie usta ułożone w obojętną, jakby znudzoną minę. Wyraźna, chodź niezbyt gęsta siatka zmarszczek pokrywała oblicze władcy, przydając mu majestatu, a srebrzysto-czarne włosy spięte były w kok ponad wygolonym ciemieniem. Ubranie jakie nosił, składało się z beżowego kosode, wyszywanego w brązowe romby i hakama w odcieniu zgniłej zieleni. Wszystko z najlepszej jakości jedwabiu.
- Domyślasz się, dlaczego cię tu wezwałem? – zapytał Masahiro tym samym przeszywającym tonem, którym wydał wcześniejsze polecenie.
- Prawdę mówiąc, nie, panie – odpowiedział powoli Isamo, ważąc dokładnie każde słowo. Nieważne, że prócz ich dwóch w sali nie było absolutnie nikogo: żadnego uzbrojonego strażnika, czy chociażby służącej od podawania herbaty.
- Akira nic ci nie mówił? – W głosie nie wyczuwało się zdumienia.
„A więc miałem rację” błyskawiczna myśl przeleciała przez umysł samuraja. Teraz, kiedy usłyszał z ust swojego pana, imię kuzyna, był niemal pewien, że tamten chciał mu zaszkodzić. Jeśli zaś dodać do tego fakt, że zapewne obstawił go swoimi szpiegami, gdyż tylko od szpiega mógł dowiedzieć się o tym, co stało się jesienią, to wszystko zaczynało układać się w całkiem logiczną całość. Tylko dlaczego zadawał sobie tyle trudu? Czemu po prostu go nie zabił? Tego jednego nie mógł pojąć.
- Wspominał coś na temat szkoły wojskowej na Fumiro, ale nie wyjaśnił, dlaczego miałbym się tam udać.
- Dobrze poradziłeś sobie z Drugą Armią. Prawdę mówiąc, wątpiłem w to, że takich ludzi da się przemienić w dobrych wojowników, przecież ich interesują tylko pieniądze… – Przerwał na chwilę dając do zrozumienia, że chce, aby bratanek dokończył to zdanie.
- Ale boją się kija, panie. – Isamo pozwolił sobie na lekki, ledwo dostrzegalny uśmiech.
- Tak… – odparł przeciągle, jakby w zamyśleniu Masahiro. – Widzę, że twój jest wyjątkowo ostry, może nawet zbyt ostry? – Pytanie zawisło w powietrzu, generał odruchowo przyciągnął głowę do tatami.
- Doszły mnie słuchy, że zmarnowałeś okazje na szybkie rozprawienie się z Sugiatni, a potem dokonałeś wielkiego spustoszenia w szeregach oficerskich. Potrafisz to wyjaśnić? Oczywiście nie umniejsza to twoich zasług, o których już wspomniałem, jednak nie podoba mi się to. Nie lubię takiego bezsensownego marnotrawstwa, ci ludzie bardziej przydaliby się nam żywi, zwłaszcza teraz. Chyba musisz się nauczyć oszczędności… – Przyjrzał się dokładnie zgiętemu w ukłonie bratankowi.
- Panie, ja… – zaczął powoli Isamo, starając się brzmieć jak najpokorniej.
- Nic nie mów! – przerwał mu natychmiast stryj, nieco podniesionym głosem. – Tak naprawdę nie interesują mnie twoje wyjaśnienia, co one zmienią? Życia im nie wrócą. Dlatego to już nieważne. – Ostentacyjnie machnął ręką. – A co się tyczy Sugiatni, to też nie trzeba się nimi zbytnio przejmować. Teraz kolej Watanabe, aby się nimi zajęli. Pan Noburu prosił mnie, abym pozwolił mu uderzyć.
Isamo słuchał uważnie. Informacja nie ucieszyła go. Nie potrzebowali przecież pomocy, mieli wystarczająco dużo sił, aby po ostatecznym zdobyciu Akai, ruszyć na Mido i także i ją podporządkować swojej władzy. Mogli zjednoczyć ten kraj sami, bez Watanabe, ani nikogo innego. Tym bardziej, że, jak wiedział, w razie powodzenia natarcia, pan Noboru miał odzyskać posiadłości, które jego klan utracił w wojnie Hacheshi. Konflikcie wybuchłym w drugim roku wróbla panowania cesarza Hikaru, ojca obecnego boskiego władcy, cesarza Nabuhiro. W wyniku trwającej kilka miesięcy wojny Watanabe zostali całkowicie wyparci z Kontynentu Ui i zmuszeni do zamieszkania na Toriyakanie, niewielkiej wysepce, stanowiącej ich pierwotną posiadłość.
Generał poczuł kolejną, spływającą po plecach stróżkę potu. Zawsze bał się stryja, a majestat bijący od władcy niemalże go przytłaczał. To zaś sprawiało, że w tracił całą pewność siebie, jednakże starał się jak mógł, aby tego nie okazywać. Teraz zaś odczuwał większy lęk niż kiedykolwiek wcześniej, bo władca mówił o rzeczach, które albo celowo pominął w sprawozdaniach, albo nie zdążył jeszcze zrelacjonować. „Przeklęty Akira, co on kombinuje? O co w tym wszystkim chodzi?”.
- Brakuje ci cierpliwości, ale jesteś młody, to całkiem normalne… Masz jeszcze czas, żeby się nauczyć, ale im wcześniej zaczniesz tym lepiej. Właściwie, ja też popełniłem błąd, nie powinienem posyłać cię tam, powinienem od razu posłać Akirę. – Masahiro podrapał się po podbródku.
Samuraj uniósł lekko głowę, słysząc spokojny i władczy, ale jednocześnie dziwnie pojednawczy ton głosu swojego pana.
- Rzeczywiście, obejmiesz dowództwo nad szkołą w Iganie. Obecny dowódca nie posiada dość autorytetu, żeby mógł nadal radzić sobie sam. Z raportów wynika, że pogorszyła się dyscyplina, liczę, że ją przywrócisz, posługując się mniej radykalnymi środkami niż w Drugiej Armii. Bo ludzie naprawdę są nam potrzebni.
- Tak, panie. – Isamo ułożył dłonie przed sobą, a następnie przyciągnął do nich czoło.
Za drzwiami sali audiencyjnej, natknął się na idącą korytarzem Kochane, młodziutką konkubinę stryja. Przewyższającą go o głowę dziewczynę, o jasnej, okrągłej twarzy, delikatnych, regularnych rysach, wyrazistych, lecz łagodnych brązowych oczach. Długie do ziemi, kruczoczarne włosy miała zaczesane do tyłu w ozdobiony białymi wstążkami koński ogon. W ręku trzymała lakową tacę z imbrykiem i dwiema czarkami, a pod bladoróżowym kosode, na które zarzuciła, bogato wyszywane w kwiaty brzoskwini uchikage, zarysowywał się wydatny, okrągły brzuch. Ten widok wystarczył, aby Isamo ponownie poczuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg.

* Obozowisko rozbito na otwartej równinie. Wielkie, płócienne płachty z wymalowanym na nich symbolem pawia z rozłożonym ogonem, podzieliły przestrzeń na wiele osobnych sfer. Przebywający w nich żołnierze gromadzili się w pobliżu pochodni i ognisk, rozprawiając zawzięcie o przeróżnych sprawach. Przygotowywali i spożywali posiłki, chłonąc ciepło bijące od pomarańczowych płomieni, rozjaśniających ciemność bezksiężycowej, wiosennej nocy. Nie przejmując się zmęczeniem po forsownym marszu, śmiali się głośno ze swoich żartów, śpiewali pieśni ze swoich rodzinnych wiosek. Niektórzy od czasu do czasu pociągali łyk przemyconej ukradkiem sake, chociaż picie alkoholu było surowo zabronione. Klanowi samuraje, bez względu na rangę oraz chłopi w większości przestrzegali zakazu, ale najemnicy zachowywali się tak, jakby nie dotyczyły ich żadne zasady.
W centralnej, przeznaczonej dla najwyższego dowództwa, części pośród licznych pochodni ustawionych pod płóciennymi ścianami, przy długim stole z nieheblowanego drewna siedział Akira. Za jego plecami znajdowały się cztery wielkie stojaki wypełnione łukami i strzałami.
- Kagawa, możesz mi wytłumaczyć, co się tam dzieje? – zapytał Akira klęczącego przed nim lekko otyłego, niezbyt wysokiego mężczyznę, opierając łokieć na blacie stołu, a podbródek na dłoni. – Jak to możliwe, że po przeszło tygodniu forsownego marszu i ciężkiej pracy przy uzupełnianiu zapasów, oni wciąż robią tyle hałasu? – mówił niedbałym, nonszalanckim tonem, jakby wcale go to nie obchodziło, w głębi duszy jednak niemalże gotował się ze złości. Znowu ktoś zakłóca jego nocny spokój, zupełnie jakby miał mało problemów. Nie podobało mu się tutaj. Nie podobały mu się mijane wioski, lasy i pola. Zaś tutejsze wieśniaczki wręcz go odstręczały, co przyprawiało generała o frustrację. Nieraz już zdarzyło mu się nawet żałować, że nie zabrał ze sobą którejś z dziewcząt z gospody Tańczących Żurawi. Wtedy przynajmniej nie byłby pozbawiony kobiety, nie musiałby pościć jak jakiś mnich, a gdyby trzymanie jej dłużej przy sobie stało się niewygodne, mógłby ją zabić w każdej chwili. Nie smakowała mu tutejsza strawa, a uciążliwy marsz, nocowanie pod gołym niebem oraz fakt, że musi dokończyć coś, co zaczął Isamo, wywoływały w nim uczucie zmęczenia.
- Zaraz ucichną, panie – Tadamasu leciutko skinął głową – wkrótce zmorzy ich sen…
- Nie składaj obietnic w ich imieniu, Kagawa, bo może cię to naprawdę wiele kosztować – rzucił jakby od niechcenia generał, po czym zmienił pozycję. – Wiesz, że tego nie znoszę. To głupota, a ja nie toleruję głupców, szczególnie w swoim własnym otoczeniu. – Zabębnił palcami po stole, a na jego ustach pojawił się wymowny półuśmieszek.
- Panie, ja tylko… – zaczął tłumaczyć się sługa, ale pan Murahito natychmiast mu przerwał.
- Jeśli coś brzmi jak obietnica, to najpewniej nią jest, a obietnicy winno się dotrzymać. Tak, czy nie?
- Tak, panie. Oczywiście. – Sługa ukradkiem oblizał spierzchnięte wargi, podrapał się po wygolonej głowie i spojrzał płytko osadzonymi oczami na zwierzchnika.
- Cieszę się, że rozumiesz. – Generał wyprostował się i położył dłonie na kolanach.
W pewnej chwili wrzawa panująca wokół zmieniła w gorączkowe zamieszanie, zmieszane z odgłosem galopujących końskich kopyt. Jednocześnie gdzieś w zewnętrznych sferach obozu nagle buchnęło w górę kilka dodatkowych płomieni.
- A to, co takiego? – zapytał Akira, powoli kierując dłoń w stronę katany i nieznacznie muskając palcami rękojeść. – Czyżby wartownicy znów dali się zaskoczyć? A jednak otaczają mnie głupcy.
- Pójdę zobaczyć, co się tam dzieje, panie…
- Kagawa zostań tutaj! – Rozkaz został wydany twardym, stanowczym głosem, używanym przez generała tak rzadko, że wręcz do niego niepasującym. Tadamasu, który zdążył już się poderwać, a nawet zrobić pierwsze kilka kroków, zamarł w bezruchu.
Kilka osób pojawiło się w służącej za wejście przerwie pomiędzy płachtami. W biegu opadli na jedno kolano, dotknęli ziemi dłonią, pochylając się w ukłonie.
- Panie! - zawołał jeden z nich – To Ashida, atakują nas…
- Doprawdy? Dobrze żeś mi o tym powiedział, bo sam nigdy bym się nie domyślił. – Akira wzruszył lekko ramionami. Palce jego prawej dłoni nadal muskały rękojeść długiego miecza, na ustach widniał ironiczny uśmiech. – Może wyjaśnisz mi, jak to możliwe, że wdarli się tutaj? Jak to się stało, że daliście się im zaskoczyć? Zdaje się, że cztery dni temu słyszałem coś o jakiś zabitych szpiegach!
Generał lekko poruszył wąsami na tamto wspomnienie i uśmiechnął się nieznacznie, unosząc tylko jeden kącik ust. Cóż z tego, że trzej szpicle Ashida zostali pojmani i zamęczeni na śmierć, skoro podczas przesłuchania nie zdradzili niczego, nawet ilu ich tak naprawdę było? Zawsze przecież istniała możliwość, że jakiś mógł się wymknąć i najwyraźniej, tak właśnie stało się tym razem. Zresztą sam ten incydent powinien zmusić jego ludzi do większej czujności, tym bardziej, iż przecież wydał im wyraźny rozkaz. Tymczasem zaś oni pozwalają, aby Ashida zaatakowali ich we własnym obozie. "Nie, to wprost nie mieści się w głowie! Może jednak Isamo miał rację” – pomyślał, wciąż spoglądając na klęczącego człowieka. „Czasem trzeba zastosować drastyczne środki, żeby ta zbieranina wreszcie coś zrozumiała, ale ja tak nie znoszę niszczenia narzędzi… Nawet tych nie do końca sprawnych. Nigdy nie wiadomo, do czego mogą się przydać".
Odgłosy walki nasilały się. Oderwani od ognisk żołnierze zdołali naprędce chwycić za broń. Pośpiesznie naciągnęli łuki, dobyli włóczni. Strzały mieszały się ze sobą. Jedne zwalały napastników z koni, inne przeszywały obozowiczów.
Jednocześnie płomienie rozprzestrzeniały się. Pełzały po przegrodach i innych drewnianych elementach, przyczyniały się do wzrostu kotłowaniny.
Akira wciąż uśmiechał się krzywo, ale nie trzymał już dłoni na rękojeści miecza. Zamiast tego sięgnął po jeden z długich łuków. Przewiesił przez ramię kołczan, naciągnął cięciwę i czekał. Pozostali na jego rozkaz zrobili to samo, po czym utworzyli luźne koło wokół generała.
Pięciu konnych przedarło się przez tłum obrońców, wpadło z impetem na ogrodzenie otaczające centralną cześć obozu, niszcząc je. Chwilę potem leżeli na ziemi przeszyci strzałami, ale za nimi zjawili się następni. Wszyscy mieli na sobie zbroje, a do pleców przytroczone sashimono, na których widniał symbol dwóch złączonych gałęziami wierzb – mon klanu Ashida.
Tadamasu opadł na ziemię, podobny los podzieliło kilku innych samurajów klanu Murahito, robiąc przerwę w formacji ochraniającej generała, który nawet na chwilę nie przestawał się uśmiechać.
- Stać! - krzyknął ktoś i niewielki oddzialik konnych rozstąpił się. - Zostawcie go mnie, ale trzymajcie łuki w pogotowiu.
Akira uniósł brwi ze zdumienia, kiedy zobaczył, jak z jeden z trzymających się do tej pory na tyłach jeźdźców zsuwa się z konia, a następnie przechodzi przez szpaler swoich ludzi. Łuk generała też był naciągnięty, strzała nałożona. Zawsze zdążyłby ją wypuścić, zanim ktokolwiek by zareagował, ale mino to czekał. Coś imponowało mu w postawie tego rosłego głupka o twarzy przysłoniętej mempo. Samuraj zatrzymał się w odległości dłoni przedłużonej mieczem, ściągnął maskę. Generał zobaczył wydatny podbródek, blade usta o grubych wargach, kluskowaty nos i płaskie policzki.
- Nazywam się Hibi Yashiro, jestem zarządcą tych ziem i sługą klanu Ashida. Jeśli cię zabiję, żądam, aby moi ludzie odeszli spokojnie – powiedział, kłaniając się. Akira także się skłonił, a następnie przedstawił swoje imię i przystał na warunek. - Ale jeśli ty zginiesz, oni także - dodał jeszcze takim głosem, jakby nudziły go nie tylko te procedury, ale też cała wojna.
Pozwolił, aby Hibi uderzył jako pierwszy. Spokojnie, płynnie opuścił obie dłonie w momencie, kiedy tamten zdecydował się zaatakować. Jednym ruchem wbił miecz w brzuch przeciwnika. Szybko wyszperał klingę z rany, kopniakiem odrzucił od siebie umierającego. Pochylił się nad nim, szarpnął za włosy i obciął mu głowę. Kilku z konnych, widząc porażkę swojego dowódcy, wypuściło niecelne strzały, nie bacząc na złożoną wcześniej obietnicę. Jednakże te desperackie akty na niewiele się zdały i już kilka chwil później podzielili los swojego zwierzchnika.
Tymczasem Akira zorientował się, że w pozostałych częściach obozu umilkły odgłosy walki, a ostatnie płomienie ognia stopniowo dogasały. Co więcej, zrozumiał, że wrzawa zaczęła słabnąć już wtedy, gdy oddział wdarł się do jego centralnej części. I ponownie uśmiechnął się ironicznie. Najwyraźniej napastnicy wcześniej dostali rozkaz, aby wycofać się dokładnie w tamtym momencie... Głupcy, co oni sobie wyobrażali? Że jego śmierć wystarczy, aby powstrzymać wojnę? Rozmyślając tak, przywołał do siebie tych, co stanowili jego ochronę podczas potyczki i wraz z nimi ruszył na obchód miejsca niedawnej bitwy.
Generał całkowicie obojętnie przyglądał się pobojowisku, które jeszcze niedawno było obozem. Bez emocji patrzył jak jego ludzie sprzątają miejsce niedawnej walki: dobijają poważnie rannych, jak odcinają głowy trupom i zbierają ciała oraz porozrzucaną broń. O nic nie zapytał. Na to przyjdzie czas później. Już teraz jednak wiedział, że chociaż atak został odparty, wywołał spore szkody. Westchnął z irytacji i zmęczenia, które nagle uderzyły go ze zdwojoną siłą. "Małe psy mogą sprawić naprawdę wiele kłopotu." pomyślał, po raz kolejny tego wieczoru przyznając rację kuzynowi. Na tej ziemi szlak przemarszu trzeba znaczyć ogniem i krwią. Nie można odpuścić żadnej, nawet najmniejszej wiosce, trzeba mordować jej mieszkańców na najbardziej wyszukane sposoby, bo inaczej Ashida poczują się zbyt pewni siebie. Trzeba ich nastraszyć, trzeba ciągle na nich uważać. Jęknął bezgłośnie. Jak on nie znosił brutalności! Co innego przecież zabić kogoś szybko mieczem, włócznią czy strzałą, a co innego skazywać na powolne konanie w męczarniach. To takie niepiękne.
* Isamo przebudził się w środku nocy. Przez chwilę leżał bez ruchu, wpatrując się w rozlaną na ścianach i suficie niebieskawą smugę księżycowego światła. Myśli kotłowały mu się w głowie, kiedy po raz setny przeżywał w nich ostatnie kilka dni. Twarz i ton głosu Akiry podczas tamtego spotkania, pośpieszna podróż do Hakuzumy, rozmowa z władcą, brzuch Kochane. Ten ostatni obraz niepokoił go najbardziej. Jak to możliwe, że właśnie teraz, po tylu latach? Przecież stryj posiadł wiele kobiet i nigdy, żadna z nich nie dała mu potomka. Czemu więc teraz miałoby być inaczej?
Słowa pana Masahiro, wypowiedziane podczas dzisiejszej audiencji, zdołały na kilka chwil przywrócić mu utraconą nadzieję. Z jakiegoś powodu Isamo znów uwierzył w to, że po śmierci stryja przejmie po nim schedę. Wszakże Akira, ten rozpustny głupiec, bez żadnych zasług dla klanu nie mógł wchodzić w grę. Widok dziewczyny sprawiał jednak, że rozbudzone na nowo złudzenia prysły równie szybko jak się pojawiły. A Isamo błyskawicznie zrozumiał, że obaj z Akirą zostali odsunięci.
Oczywiście istniała możliwość, że urodzi się dziewczynka albo, że dziecko to wcale nie przyjdzie na świat. Poza tym mało to dzieci umierało w ciągu pierwszych pięciu lat życia? Odrobinę uspokojony przekręcił się na bok, ale sen wciąż nie przychodził.
Otworzył oczy, wsparł się na łokciu i spojrzał na leżącego na sąsiednim futonie drobnego młodzieńca. Wędrujące światło księżyca padało właśnie na szczupłą twarz o subtelnych rysach, wysokich, pięknie wyrzeźbionych kościach policzkowych. Kształtne usta uśmiechały się błogo do jakiegoś sennego obrazu. Generał powstrzymał się od pogłaskania chłopca po gęstych czarnych, rozsypanych teraz po poduszce włosach. Nie chciał go budzić. Wolał przyglądać się spokojowi malującemu się na twarzy śpiącego.
Towarzystwo młodzieńca stanowiło jedną z lepszych stron pobytu w stolicy. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spędził tak miły wieczór. Chociaż w dobrach Ashida nie brakowało pięknych chłopców, to jednak żaden z nich nie mógł równać wyszkoleniem się z tym leżącym teraz obok niego. "Może powinienem go kupić?" - przemknęło mu przez głowę, zanim zamknął oczy.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 12 listopada 2013, 16:20

SpoilerShow
tak, żeby nie mógł po nią sięgnąć, nie podnosząc się.
Nie sięgać, nie podnosząc się? Chodziło raczej o sięganie, nie podnosząc się.
że po śmierci stryja, przejmie po nim schedę.
Zbędny.
że Rozbudzone na nowo
Od małej.
Oczywiście, istniała możliwość, że urodzi się dziewczynka albo, że dziecko to wcale nie przyjdzie na świat.
Zbędne przecinki. (Nie jestem do końca pewna).
Poza tym, mało to dzieci umierało w ciągu pierwszych pięciu lat życia? Odrobinę uspokojony przekręcił się na bok, ale ponownie sen wciąż nie przychodził.
Zbędny i jeden dodany, poprawione na "ponownie sen nie przechodził". "Ponowny sen" mi nie gra.
Gdy czytałam to podczas sprawdzania było mi jakoś tak przyjemnie, głównie ze względu na opisy, w których jesteś mistrzynią. W tym fragmencie jest harmonia pomiędzy opisami a akcją i to jest super.
Strasznie pochwalę Cię za odwagę: Isamo, który jest gejem. Jesteś odważna, pisząc o tym. Trochę żałuję, że nie było więcej opisów jego uczuć względem kobiet, przemyśleń, to mogłoby być ciekawe, trudne, ale interesujące. Stać by Cię na to było.
Świetnie rysujesz niektóre postacie, są idealnie bezwzględne, widać to.

Kaaand, pisz, pisz, pisz! Szybciej! Wiesz, jestem tak z Ciebie i tak dumna, że robisz coraz mniej błędów, starasz się.
Pisz, poprawiaj i nie narzekaj, bo nie masz na co. :heart:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

ODPOWIEDZ