Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Samotne irysy [Chałwa]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 07 grudnia 2012, 23:25

Kan, Black dzięki wam bardzo. (Wiem, gramatycznie do zadanie do d..., ale co tam ;) )
Cieszę się, że ten rozdział przypadł wam do gustu, bo sama miałam wobec niego mieszane uczucia. Dlatego tak się z nim ociągałam, a poprawki, o których wspominałam szły mi tak topornie. Tak, bałam się, naprawdę bałam się tego jak ten fragment może zostać przyjęty. Zatem kamień z serca. Za błędy przepraszam, ale pewne reguły jakoś nie trzymają mi się głowy... :bag: Obiecuję jednak, że się postaram. Może w końcu się uda.
Chwyciła ją mocno za ramiona, przycisnęła do ziemi.

znowu ktoś chwyta mocno
No tak, znowu. Zaszła konieczność powtórzenia pewnej akcji... ale przecież nie użyłam takich samych sformułowań...

z rosnącym przerażaniem przyglądała się jak jej córka ciska się konwulsyjnie na własnym posłaniu



no... warto by zaznaczyć czyje to posłanie tylko, gdyby konwulsje były tak gwałtowne, aż przemieściłaby się za ich sprawą do czyjegoś łóżka. Leżała w swoim, to dalej leży, nie?
Jasne, że dalej leżała w swoim... ale jednak śmiem się nie zgodzić z opinią niż słowo 'własnym" jest tu zbędne. Pełni ono tutaj funkcję wzmacniającą, podkreślającą. Tak jak w wypowiedzi: "Jak on śmie zwracać mi uwagę w moim własnym domu?" eee, nie do końca dobry przykład... :bag:
Hisako jakby nabrała nowych sił. Chociaż oczy chorej pozostały zamknięte, to zdołała ona nie tylko wyszarpać się pokojówce, ale także bardzo mocno uderzyć ją twarz.

hm... a tak... czy pokojówka przypadkiem nie złapała ją za ramiona i nie przygwoździła (starała się) unieruchomić? Trudno wykonywać ruchy łapiętami i bić kogoś, jeśli jest się trzymanym w ten sposób.
No, ale przecież napisałam, że się jej wyszarpała... jakoś. O.o Więc nie rozumiem o co chodzi.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
wołszebnik
Posty: 1106
Rejestracja: 03 czerwca 2012, 11:09
Lokalizacja: http://www.facebook.com/joanna.gadawska?ref=tn_tnmn
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: wołszebnik » 13 grudnia 2012, 21:27

Kandara pisze:
z rosnącym przerażaniem przyglądała się jak jej córka ciska się konwulsyjnie na własnym posłaniu



no... warto by zaznaczyć czyje to posłanie tylko, gdyby konwulsje były tak gwałtowne, aż przemieściłaby się za ich sprawą do czyjegoś łóżka. Leżała w swoim, to dalej leży, nie?
Jasne, że dalej leżała w swoim... ale jednak śmiem się nie zgodzić z opinią niż słowo 'własnym" jest tu zbędne. Pełni ono tutaj funkcję wzmacniającą, podkreślającą. Tak jak w wypowiedzi: "Jak on śmie zwracać mi uwagę w moim własnym domu?" eee, nie do końca dobry przykład... :bag:
Podkreślić, że śmiała umierać we WŁASNYM łóżku, zamiast podkreślić, że UMIERAŁA? Twój wybór ;)
Kandara pisze:
Hisako jakby nabrała nowych sił. Chociaż oczy chorej pozostały zamknięte, to zdołała ona nie tylko wyszarpać się pokojówce, ale także bardzo mocno uderzyć ją twarz.

hm... a tak... czy pokojówka przypadkiem nie złapała ją za ramiona i nie przygwoździła (starała się) unieruchomić? Trudno wykonywać ruchy łapiętami i bić kogoś, jeśli jest się trzymanym w ten sposób.
No, ale przecież napisałam, że się jej wyszarpała... jakoś. O.o Więc nie rozumiem o co chodzi.
no właśnie, jakoś. Jakoś mało czytelnie. Acz, jam tylko głupi czytelnik :roll:
A tymczasem w pewnym EL (acz z pewnością nie Dorado, zbyt ubogo tamże na to), gdzie prawowstecz:
Obrazek Acz wybaczmy demokracji, Orwell rzekł, wszak nie bez racji, że to w każdej delegacji,pod gajerkiem, przy korycie, pod krawatem, pcheł poszycie...
zbieżność nazw absolutnie przypadkowa

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 06 marca 2013, 23:45

Co mogę powiedzieć? To się dopiero nazywa poślizg, ale tak to już jest, gdy ktoś ma milion obaw na sekundę. (Nieważne uzasadnionych, czy nie) :bag:

Rozdział VI


Służące wniosły do sali lakowe tace z jedzeniem i napitkiem. Bez słowa postawiły je przed uczestnikami uroczystości, po czym, równie cicho jak się zjawiły, opuściły pomieszczenie. Atmosfera w komnacie nieco się rozluźniła, rozległy się ciche szmery rozmów.
Hiroshi spojrzał na swój posiłek. Nie był głodny. Przeciwnie, napięcie związane z pierwszą, prowadzoną przezeń naradą całkowicie wypełniło żołądek chłopca. Pomimo to, zdecydowanym ruchem sięgnął po pałeczki leżące obok miski z białym, gotowanym ryżem z warzywami. Wciąż czuł na sobie przeszywające spojrzenia zgromadzonych samurajów. Doskonale wiedział, że go sprawdzają, badają, jaki posiada charakter, szukają podobieństwa do zmarłego pana. Podobny sprawdzian wpisany był zwyczajowo w początek panowania każdego daimyo, chociaż żaden członek klanu nigdy nie przyznałby się do podobnej bezczelności względem swojego zwierzchnika. Młody przywódca westchnął w duchu. Nagle zrozumiał, że tak naprawdę jest sam. W zdaniu tego nieformalnego egzaminu nie mógł liczyć przecież na niczyją pomoc. Przymrużył powieki, jakby chciał ochronić źrenice przed nadmierną ilością światła, choć w sali paliło się zaledwie kilka stojących pod ścianami świec. Wątły blask na wpół rozjaśniał panującą wokół ciemność, sprawiał, że na podłogę padały długie czarne cienie. Jednakże twarze zebranych skrywał mrok. Fakt ten sprawił, że samopoczucie piętnastolatka odrobinę się polepszyło. Nie musiał bowiem dużej patrzyć w oczy zgromadzonych. I chociaż nadal odczuwał skrępowanie, to teraz już wiedział, że wytrzyma. Uśmiechnął się lekko i po raz kolejny zanurzył pałeczki w naczyniu z ryżem, a kiedy uderzyły o ceramiczne dno, ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma pojęcia, jak smakowała spożyta przed chwilą potrawa. Odłożył pustą miseczkę i, nie czekając na sługę, sięgnął po pękatą flaszkę. Przelał nieco mętnej, białej cieczy do malutkiej czarki, po czym wypił wszystko jednym haustem. Skrzywił się nieznacznie, czując w ustach posmak ryżowego wina, lecz mimo to powtórzył czynność. Znów się wzdrygnął, ale pił dalej. Wreszcie wszelkie obawy, które targały nim przez cały czas trwania pierwszej części uroczystości, zaczęły stopniowo ulatywać. Zadowolony z efektu, miał już po raz szósty skosztować zbawiennego, jego zdaniem, trunku. Nie zdążył jednakże nawet wyciągnąć ręki, bo Kenshiro nieoczekiwanie położył mu dłoń na ramieniu.
- Myślę, panie, że dla ciebie już wystarczy - upomniał go cichy, lecz stanowczy głos. Hiroshi przechylił się w jego stronę.
- Jeszcze odrobinę, to naprawdę pomaga - szepnął tak cicho, aby usłyszał go tylko stryj.
- Wiem, jednak naprawdę już dość. Nie jesteś przyzwyczajony, panie. Upijesz się.
Chłopiec odetchnął głębiej. Musiał przyznać krewniakowi rację, nie był przyzwyczajony. Nigdy wcześniej nie pił przecież alkoholu w takich ilościach.
- To prawda. - Niechętnie skinął głową. Odwrócił się w stronę sali i przez chwilę przyglądał się sylwetkom mężczyzn wciąż zajętych spożywaniem posiłku.
- Zanim wznowimy obrady - Kenshiro po raz kolejny tego dnia odezwał się szeptem, wprost do ucha bratanka - chciałbym jeszcze raz porozmawiać o sojuszu.
Hiroshi poczuł gwałtowne, przelotne ukłucie gniewu. Odruchowo zacisnął dłonie w pięści, podczas gdy kości żuchwy zadrżały lekko, a i tak wąskie wargi zmieniły się w cieniutką linię.
- Rozmawialiśmy już o tym wielokrotnie - oświadczył chłodno i nad wyraz pewnie. - Zdania nie zmieniłem.
- Tak, lecz nalegam... - Samuraj nie rezygnował, chociaż wobec tak zdecydowanego oświadczenia swojego pana, powinien natychmiast zaniechać dalszego drążenia tematu oraz jak najprędzej przeprosić za okazaną zuchwałość. Kenshiro jednakże wcale nie miał zamiaru postąpić w podobny sposób. Westchnął bezgłośnie. Nie tylko nie zgadzał się z decyzją bratanka w sprawie układu, ale też uważał ją za zły, wręcz fatalny pomysł, mający realne szanse przyczynić się do ostatecznego upadku klanu.
- ...abyś, panie wysłuchał mnie raz jeszcze - dokończył z determinacją w głosie. - Ostatnia wojna pochłonęła blisko połowę naszej armii. Ci, którzy nie polegli w walce zostali zmuszeni do popełniania seppuku lub po prostu w niewoli zamęczeni na śmierć. To z kolei oznacza - ciągnął dalej, zupełnie nie przejmując się tym, iż wykłada tak oczywiste kwestie - że jesteśmy osłabieni. I w nowej wojnie nie jesteśmy w stanie wystawić już takiej samej liczby samurajów, czy też innych sił, tym bardziej, że przecież nie możemy pozostawić prowincji bez ochrony.
- Ależ nie pozostawiamy jej bez ochrony. Nasze kobiety umieją władać bronią wystarczająco dobrze, aby obronić własny dom, zwłaszcza, że przecież zostanie przy nich także cześć straży, a Murahito będą już zajęci walką. Wątpię, aby groziło nam jakieś inne niebezpieczeństwo, Watanabe przecież nie odważą się tak po prostu wtargnąć tutaj i zaatakować, w sytuacji, gdy ciągle pozostają z Umari w stanie wojny.
- Gdym był panem Murahito, uderzyłbym jednocześnie w dwóch miejscach, wszedł w układ z Watanabe, być może z Umari. Prawdą jest, że Umari i Watanabe od dziesięciu lat pozostają ze sobą w stanie wojny, ale od dawna nie wykonali żadnych ruchów przeciw sobie. Powtarzam raz jeszcze: jesteśmy osłabieni, armia Ashidy praktycznie nie istnieje. Nawet gdyby Murahito nie rzucili do walki dodatkowych sił, a jestem przekonany, że to zrobią, nie zdołamy zatrzymać ich zanim dotrą do Erikawy. A jeśli tam dotrą, to...
- Słyszałem to już setki razy. Jednak, co w takim wypadku pomoże pozostawienie armii tutaj, skoro i tak, jak to ująłeś jesteśmy osłabieni?
- Jeśli nie rozproszymy sił... - odparł mężczyzna powoli, aby ukryć narastającą irytację, co jednak nie do końca mu się udało. -... i odpowiednio przygotujemy obronę, mamy szansę odeprzeć atak, może nawet zwyciężyć. Ale tylko na naszych ziemiach. Po co zresztą mamy się niepotrzebnie narażać, skoro to pewne, że prędzej czy później i tak dopełnimy zemsty?
- A Isamo? Co będzie, jeśli zginie on z ręki kogoś, kto nie należy do naszego klanu? - Chłopiec prawie krzyknął, chociaż nadal szeptał.
- To może się wydarzyć nawet wtedy, gdy odnowimy sojusz i włączymy się w kolejną, bezsensowną wojnę. - Głos samuraja zabrzmiał cierpko. - Zwłaszcza, że Ashida też mają powody, żeby szukać zemsty na generale. Proszę, Hiroshi-sama wybaczyć mi szczerość. - W chwili, gdy wypowiadał ostatnie słowa, pokornie pochylił głowę, ale ton, którym mówił, wciąż zawierał w sobie pewne znamiona zdenerwowania. Nie był zadowolony z zakończonej właśnie wymiany zdań. Wręcz przeciwnie, wyrzucał sobie w duchu, że nie potrafi nakłonić tego upartego dzieciaka do zmiany postanowienia. "Idiota ze mnie" pomyślał, czekając na odpowiedź bratanka. "Największy i najdurniejszy idiota, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi. Przepraszam cię bracie, ale nie dam rady ochronić ani twego syna, ani rodu."
- Wybaczam, jednak będzie, jak zdecydowałem. Chłopiec ostatecznie uciął dyskusję.
* W pokoju Hisako panował spokój, a księżniczka spała głębokim, nieprzerwanym snem. Drobne, wciąż trawione gorączką ciało, było znów zupełnie nieruchome. W sąsiednim pomieszczeniu, za na wpół odsuniętymi shoji, w nikłym kręgu przytłumionego światła, rzucanego przez niewielką świeczkę osłoniętą papierowo-drewnianym lampionem, siedziało dwoje ludzi.
- Zatem, Jiro-san twierdzisz, że nic się nie zmieniło? - Dopytywał się cichy, melodyjny głos Tamao.
- Nie, pani. - Lekarz wyglądał na mocno zakłopotanego. - Mogę z całą pewnością stwierdzić, że stan księżniczki nie uległ zmianie. Gorączka jak była tak jest, puls utrzymuje się na tym samym słabym poziomie. Ja zaś nadal nie mam pojęcia, co jej jest, ani skąd wziął się tamten atak. Przykro mi, ale nie wiem jak to wyleczyć.
Pani Sugiatni, wyciągając lekko szyję, zwróciła się w stronę posłania córki. Przez jakiś czas, tkwiąc bez ruchu, spoglądała w tamtym kierunku, jakby potrafiła przeszywać ciemność wzrokiem. Wreszcie nieznacznie poruszyła głową, kierując małe brązowe oczy z powrotem na lekarza.
- Rozumiem. Potrafisz przynajmniej stwierdzić ile czasu to jeszcze potrwa? - zapytała cicho.
- Jeśli się nie obudzi - zaczął ostrożnie mężczyzna - podejrzewam, że nie dłużej jak tydzień. Ja przepraszam. - Bezradnie rozłożył ręce, dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia. - Bardzo przepraszam.
Nie słuchała dalej słów starego medyka, zamiast tego znów zerknęła w stronę sypialni dziewczyny, a w jej serce wbiło się kilka bolesnych igiełek. Zdusiła westchnienie.
"Nie!" krzyknęła w myśli "To nie może się tak skończyć. Hisako-chan, obudź się proszę!"
Prowadzące na werandę drzwi odsunęły się gwałtownie.
- Pani, proszę, wybacz mi, że ośmielam się tu wdzierać w taki sposób. - Dało się słyszeć cichy, zdyszany, jak po szybkim biegu, głos Saty. Służka klęczała przed wejściem z nisko opuszczoną głową. - Ale chyba wiem... znaczy domyślam się, co dolega księżniczce. To... To prawdopodobnie Mononoke. - Ostatnie słowo zostało wypowiedziane z najwyższym przejęciem.
Oznajmienie służącej wywołało poruszenie. Tamao drgnęła leciutko, jakby nagle ujrzała przebiegającą obok niej jaszczurkę, a przez spokojną, nieporuszoną twarz przemknął cień nadziei.
- Mononoke? Duch opętujący? - spytała Tamao na wpół kontrolowanym głosem. - Skąd takie przypuszczenie? - Nie chciała zdradzać, co czuje, ale nie potrafiła całkowicie nad sobą zapanować. Nie była z tego dumna. Kobiety takie jak ona nie powinny obnażać duszy przed osobami niższego stanu. To zniszczyłoby całą równowagę, zaburzyło odwieczny porządek Świata, obnażyło słabość kogoś, kto w oczach poddanych i motłochu słabości mieć nie powinien. Dlatego nadal starała się zachować pozory, nawet, jeśli emocje niemalże same z niej wypływały. Nie mogła jednak i nie chciała pozbyć się niewzruszonej maski chłodnego spokoju, noszonej od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Jednym z jej najlepiej zachowanych wspomnień z rodzinnego domu był dźwięczny, jednolity głos matki, wypowiadający następujące słowa: "Uczucia, emocje, namiętności, wszystko to będzie ci towarzyszyć przez całe życie. Będą gromadzić się w tobie, rozsadzać od środka, ściskać gardło, cisnąć łzy do oczu, wyrywać z piersi krzyk, szloch lub śmiech. Pamiętaj jednak, że za nic nie możesz im ulec. Jesteś damą, kobietą z klasy wojowników. Dlatego też powinnaś być wojownikiem. Musisz nieustanie dzień i noc walczyć ze słabościami, tłumić uczucia, składować je na dnie serca. Nie możesz im ulec ani się ich wyzbyć, bo zmienisz się w potwora. Lecz to, co dzieje się wewnątrz ciebie możesz znać tylko ty sama, bądź twój pan. Nikt więcej. Dla wszystkich innych bądź jak skała. Spokojna i dumna. Muszą myśleć, że jesteś ponad ludzkie słabości, bo inaczej nie zyskasz ich prawdziwego szacunku."
- Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, w mojej rodzinnej wiosce był jeden podobny przypadek - podjęła Sata cichym, choć nabrzmiałym głosem. Służyła w zamku już siedemnaście lat i przez ten czas doskonale zdołała poznać swoją panią. Nauczyła się także bezbłędnie wyczuwać skryte pod maską spokoju i opanowania nastroje damy, a co więcej - szczerze ją polubiła. Teraz też doskonale wiedziała, jakie wrażenie na kobiecie wywarły słowa, które przed chwilą padły.
- Demon zniewolił wtedy młodą dziewczynę. O ile dobrze pamiętam, nazywała się Ayumi, albo jakoś podobnie... A wszystko zaczęło się od tego, że jak zawsze wybrała się do lasu, po chrust. Wróciła jakaś dziwna, osowiała i rozdygotana. Snuła się po wsi, nie odzywając się do nikogo ani słowem. Zupełnie jakby w innym świecie jakimś była. Nie odpowiadała na pytania, nawet rodzice i naczelnik nie potrafili do niej dotrzeć. I wzrok miała inny, taki nieobecny, obłąkany. Niektórzy uznali, że pewnie spotkała w lesie jakiegoś ronina, dali więc spokój. Ale pewnego dnia nie obudziła się, a wieczorem wedle słów jej matki, dostała podobno gwałtownego ataku drgawek. Na szczęście w okolicy przebywał akurat jeden wędrowny mnich, który obiecał pomóc. Odprawił egzorcyzm. Po nim Ayumi obudziła się już zupełnie zdrowa. - Służąca nie była w stanie opowiadać składniej, jednak nie miało to większego wpływu na odbiór opowieści.
- Co o tym myślisz Jiro-san?
- Myślę, pani, że to, owszem, mogłoby być możliwe. Kiedy parę lat temu odwiedziłem klasztor w górach Sunyo, rozmawiałem z tamtejszymi mnichami na temat opętań. Okazuje się, że wcale nie są to takie rzadkie i niezwykłe przypadki. Ja jednak nigdy nie widziałem żadnego.
- Dlaczego? - Dama ponownie zwróciła się do służącej. - Mówisz o tym dopiero teraz?
- Ponieważ dopiero przed chwilą zdołałam połączyć ze sobą to wszystko. To było tak dawno... A ja jestem tylko głupią, prostą kobietą.
- Dobrze więc. - Pani Sugiatni odetchnęła głębiej, nie mogła już dużej skrywać ulgi. - Natychmiast wyślę kogoś do świątyni w Yomugarze.
* Kiedy w połowie czasu pawia wznowiono obrady, Hiroshi wciąż odczuwał pewne zdenerwowanie, ale jego trema zmniejszyła się znacząco. Chłopiec nie trzymał już w dłoni papierowego wachlarza, nie zaciskał pięści, nie mrużył oczu. Przeciwnie; spoglądał wprost przed siebie, starając się rozróżnić w mroku sylwetki poddanych. W pewnym momencie rozkazał nawet, aby przyniesiono więcej światła. Polecenie zostało natychmiast wykonane. I w komnacie zapłonęło kilka dodatkowych świec, dzięki którym pomieszczenie rozjaśniło się na tyle, aby dało się rozróżnić nie tylko zarysy, ale także twarze poszczególnych osób.
Kenshiro obserwował to wszystko uważnie i gdyby nie wzburzenie, które wciąż jeszcze targało jego umysłem, zapewne ucieszył by się z faktu, że Hiroshi wreszcie zdołał zachować się jak władca.
Teraz jednak głowa samuraja zajęta była czym innym. Echa niedawnej rozmowy z młodym daimyo, wciąż rozbrzmiewały w mózgu mężczyzny, sprawiając, że narastało w nim poczucie winny z powodu niemożności wypełnienia ostatniej woli brata. Wyrzuty sumienia zmieniały się w straszliwą złość na bratanka i samego siebie.
"Co ten dzieciak sobie wyobraża?" pytał w duchu raz po raz. "Czy naprawdę nie widzi tego, że prowadzi ród do zguby, a może wydaje mu się, że nieprzemyślana zemsta może się udać i nie zaszkodzić naszemu istnieniu i interesom? Tak czy tak niedobrze. Lecz, skoro ty, bracie wybrałeś go na swojego następcę, to wiedz, że nie będę się temu sprzeciwiać, chociaż tak mi ciężko."
- Kenshiro-dono. - Doniosły, aksamitny, należący do Ikemoto głos, wyrwał go z zamyślenia i zmusił do spojrzenia prosto w oczy kuzyna.
- Wytłumacz nam proszę jedno; gdzie jest głowa albo chociaż włosy Harumi-samy? Dlaczego nie przywiozłeś ich ze sobą i tym samym uniemożliwiłeś pochowanie go tutaj, w rodzinnym lennie? - dokończył spokojnie tamten, wbijając jednocześnie w krewniaka świdrujący wzrok.
- Spełniłem ostatni rozkaz mojego brata. - Kenshiro odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. - Przekazałem wiadomość rodzinie i zająłem się jego żoną oraz dziećmi. Z niczego więcej nie zamierzam się tłumaczyć.
- A co z niepisanym, braterskim zobowiązaniem? - Ton, jakim zostało zadane pytanie, pozbawiony był choćby najmniejszej drwiny, najlżejszego jadu, a nawet zwykłej zajadłości.
- Asystowałem mu podczas samobójstwa, obowiązek spełniłem. - Kenshiro starał się mówić spokojnie, lecz tłumiona dotychczas irytacja zaczynała stopniowo się ujawniać. Tego było już naprawdę za wiele. Najpierw zmuszony został do zaakceptowania szkodliwej dla klanu decyzji Hiroshiego, a teraz jeszcze ktoś pokroju Ikemoto ma czelność zarzucać mu niedopełnienie obowiązków! A przecież jego nawet tam nie było! Nie widział rzezi, jaką urządzili ludzie Murahitów po zdobyciu twierdzy, nie miał pojęcia jak obeszli się ze wszystkimi ocalałymi z bitwy obrońcami.
- Czyżby? - Na upudrowanej twarzy nie pojawił się żaden cień. Nic, co choćby w najmniejszym stopniu zdradzało emocje jej właściciela. Brzmienie głosu także pozostawało spokojne i rzeczowe. - Więc pytam raz jeszcze, gdzie głowa pana Harumi?
- Drogi kuzynie wybacz, ale nie miałem możliwości przywieśź tego ze sobą. Generał Isamo kazał spalić ją razem z ciałem. Nie mogłem nic przeciw temu zrobić, gdym próbował naraziłbym życie i nie wypełniłbym misji, którą powierzył mi brat. Już sama ucieczka była ryzykowana.
- Czyli mam rozumieć, że Sugiatni Kenshiro, brat Sugiatni Harumi, boi się śmierci? - Pytanie, podobnie jak wcześniej, nie zawierało drwiny czy ironii, a jedynie niezachwianą pewność siebie zmieszaną z bezwzględnością.
- Wykonanie woli mojego brata było najważniejsze. Dlatego właśnie pozwoliłem sobie ochronić własne życie - odparł Kenshiro, resztką sił opanowując narastający gniew. Jego palce już od dłuższego czasu błądziły po rękojeści katany i tylko obecność daimyo powstrzymywała go przed jej użyciem.
- Jednak, jeśli ty Ikemeto-dono uważasz sam fakt, że żyję za zbrodnię i sprzeniewierzenie się zasadom i tradycji, to gotowy jestem tu i teraz ponieść za to należytą karę. - Ostatnie zdanie niemalże wykrzyczał, uzewnętrzniając tym samym całą tłumioną dotychczas wściekłość. Zdecydowanie wyszarpał zza obi wakizashi i położył je przed sobą.
- Naprawdę, jeśli tylko nasz pan pozwoli, można to w każdej chwili zmienić.
- Nie pozwalam! - Ten krótki rozkaz sprawił, że obaj mężczyźni zamilkli i równocześnie pochylili głowy ku posadzce. Tymczasem Hiroshi, najwyraźniej sam nieco zaskoczony ostrym tonem własnej wypowiedzi, ciągnął dalej. - Nikt nie będzie się tutaj zabijał ani wypominał komuś czegoś, o czym tak naprawdę nie ma pojęcia. Bo co ktokolwiek w tej sali, oprócz mojego stryja może wiedzieć, co wydarzyło się w górach Chunzu? Nie było nas tam. Zostaje więc tylko uwierzyć nam na słowo komuś, kto nie tylko to widział, ale także w tym uczestniczył i ja w te słowa wierzę. Wyście też powinni. Jednakże. - W tym miejscu zwrócił się do uczestników niedawnej wymiany zdań. - Wasze zachowanie także należy uznać za naganne. - Zmuszał się do wygłaszania tych słów, wiedział jednak, że teraz już nie może przerwać, że musi dokończyć to, co zaczął, ale wcale nie był tym zachwycony. Nie poczuł się także przez to ani odrobinę lepiej, przeciwnie, w umyśle chłopca każde słowo wydobywające z jego ust brzmiało przynajmniej parę razy głośniej i o wiele bardziej obcesowo.
- Nie życzę sobie więcej podobnych rozmów ani w tym zamku, ani poza jego murami, a już na pewno nie pozwolę na coś podobnego w mojej obecności.
- Tak, panie, przepraszam. - Kenshiro pierwszy przerwał ciszę, powstałą po przemowie młodego daimyo. Wciąż odczuwał gniew, teraz nawet większy niż przedtem, ale mimo tego starał się mówić spokojnie. Doskonale wiedział, że to, co się przed chwilą wydarzyło, nigdy nie powinno mieć miejsca. Westchnął w duchu. Jak mógł dać się wciągnąć w tę kłótnię? Powinien bardziej nad sobą panować.
- Ja także przepraszam, Hiroshi-sama. - W tonie Ikemoto nie było skruchy.
* Po skończonej naradzie Kenshiro szybkim krokiem opuścił salę. Zbiegł po prowadzących na piętro drewnianych, przypominających drabinę schodach. Minął kilka znajdujących się na parterze komnat o ścianach w papierowo-drewnianą kratę, aż w końcu poczuł na twarzy świeże, chłodne powietrze wiosennej nocy. Przystanął na skraju werandy i parę razy odetchnął głębiej, jakby rozkoszował się zapachem niedawnego deszczu. Jego nerwy stopniowo uspokajały się. Niestety, odczuwana wściekłość, zamiast przemijać i ulatywać gdzieś w przestrzeń, zamieniała się w palące poczucie winy zmieszane z żalem do Hiroshiego, Ikemoto oraz, przede wszystkim, samego siebie. Nadal nie potrafił i nie chciał zaakceptować decyzji w sprawie sojuszu, lecz w duszy obiecywał sobie nigdy więcej nie poruszać tej kwestii. To nie miało żadnego sensu. Nieważne, co powie, jakich argumentów użyje; bratanek się uparł i nic już tego nie zmieni. Westchnął głęboko. Dlaczego ten chłopak nie słuchał jego rad? Czemu tak usilnie dążył do zagłady, a przynajmniej znaczącego osłabienia klanu? Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co jest pierwszym i najważniejszym obowiązkiem daimyo? Czy nie rozumiał, że powinien przede wszystkim chronić swój klan i swoje ziemie? Zemsta nie powinna mu w tym przeszkadzać ani tym bardziej kierować jego decyzjami! Chociaż oczywiście, jej także nie wolno zaniedbać. I tak, prawdą jest, że trzeba dokonać tego możliwie szybko, ale obecnie szanse powodzenia przedsięwzięcia są znikome! To przecież nie tak, że nie chciał dopełnić powinności. Przeciwnie, miał wielką ochotę ujrzeć oddzieloną od ciała głowę Murahito Isamo, ale nie mógł pozwolić na to, aby pragnienie to przysłoniło mu zdrowy rozsądek. Nigdy, przenigdy!
Ruszył wzdłuż tarasu. Szedł nierównym tempem, to nieznacznie zwalniając, to znów przyśpieszając. Chciał w ten sposób oczyścić umysł, wyrzucić z głowy wszystkie złe myśli, jakie zrodziły się w niej podczas narady. Pragnął zapomnieć o sprzeczce z kuzynem, o tym co od niego usłyszał, niestety, nie potrafił. Jego duma ucierpiała naprawdę dotkliwie, a takiej zniewagi nie mógł tak po prostu wybaczyć. Ikemoto zapewne osiągnął to, czego chciał: sprowokował go i upokorzył przy wszystkich pełnoprawnych członkach klanu, sam jak zawsze uchodząc bezkarnie z całego zdarzenia.
"Ale jeszcze kiedyś mi za to zapłacisz, kuzynie. Wiedz, że zapamiętam sobie to dobrze."
Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył, kiedy dotarł do miejsca, w którym drewniano-papierowa ściana budynku kończyła się, a podłoga werandy skręcała za róg. Jednakże, gdy tylko je minął, zatrzymał się raptownie, gdyż nagle ujrzał tuż przed sobą sylwetkę klęczącej dziewczyny. Przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu. To niespodziewane spotkanie sprawiło, że w jednej chwili cały żal i urażona duma, które ledwie kilka chwil temu paliły go niczym ogień, przestały się liczyć. Myśli samuraja popłynęły bowiem w zupełnie innym kierunku, to zaś sprawiło, że uśmiechnął się lekko. Oto dostrzegł możliwość odreagowania przynajmniej części zaznanych ostatnio napięć. Powoli podszedł do kłaniającej się postaci. Pomimo ciemności rozpoznał ją od razu.
- Kumiko - odezwał się niespodziewanie łagodnym tonem. - Co ty tutaj robisz?
- Nic takiego panie, po prostu myślę. - Pokojówka mówiła cichym, monotonnym głosem.
- Dlaczego tutaj?
- Bo to dobre miejsce. Kiedy tylko mogę, zawsze przychodzę tutaj, aby pomyśleć.
- A o czym teraz myślisz?
- O chorobie księżniczki, panie. Martwię się o nią naprawdę.
- Więc czemu nie jesteś przy niej? - Kolejna kwestia mężczyzny została wypowiedziana dokładnie w taki sam sposób jak poprzednia.
- Sata z nią została... - Nieznacznie uniosła głowę. - Ona twierdzi, że ta choroba księżniczki to może być opętanie.
- A ty zgadzasz się z nią, Kumiko-chan?
Przykucnął naprzeciw dziewczyny, tak, że twarze obojga znalazły się dokładnie na tym samym poziomie. Dziewczyna poczuła na sobie oddech pana, co sprawiło, że przez całe jej ciało przeszedł dreszcz strachu, a żołądek skurczył się boleśnie.
"Nie" jęknęła w duchu. "Tylko nie to. Ja nie chcę!"
Nie poruszyła się jednak, nie odezwała, ani też nie zaprotestowała w jakikolwiek inny sposób, aby zapobiec dalszemu rozwojowi sytuacji. Ręka mężczyzny dotknęła dłoni służącej w dziwnie poufały, chociaż jednocześnie władczy sposób. Stanowczym ruchem pociągnął ją ku sobie. Sprzeciw w głowie dziewczyny nasilił się, ale usta nadal milczały. Wstrzymała na chwilę oddech, zacisnęła powieki, aby uspokoić się choć trochę. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, które dla wystraszonej pokojówki zdawały się być wiecznością.
- Ja... Nie wiem panie, wybacz mi. - Ledwo zdołała wydusić z lekko ściśniętego gardła odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie.
On jednak nie zwrócił już na to żadnej uwagi.
- Nie tutaj - szepnął jakby do siebie. Podniósł się, ale nie puścił dziewczyny, zmuszając ją tym samym, aby także zmieniła pozycję.
- Chodź ze mną.
"Nie... Proszę, nie" nie przestawała powtarzać w myśli, chociaż potulnie człapała za wojownikiem. Nie mogła pozwolić sobie na odmowę, nie miała prawa zrobić nic, aby uniknąć tego, co miało się stać. Była przecież tylko służącą.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
czarownica

Re: Samotne irysy

Post autor: czarownica » 07 kwietnia 2013, 12:53

SpoilerShow
Służące wniosły do sali lakowe tace z jedzeniem i napitkiem. Bez słowa postawiły je przed uczestnikami uroczystości, po czym,przecinek równie cicho jak się zjawiły opuściły pomieszczenie. Atmosfera w komnacie nieco się rozluźniła, rozległy się ciche szmery rozmów.
Hiroshi spojrzał na swój posiłek. Nie był głodny. Przeciwnie, stres związany z pierwszą,przecinek prowadzoną prze zeń naradą całkowicie wypełnił żołądek chłopca. Pomimo to, zdecydowanym ruchem sięgnął po pałeczki leżące obok miski z białym, gotowanym ryżem z warzywami. Wciąż czuł na sobie przeżywającechyba przeszywajace spojrzenia zgromadzonych samurajów. Doskonale wiedział, że go sprawdzają, badają, jaki posiada charakter, szukają podobieństwa do zmarłego pana. Podobny sprawdzian wpisany był zwyczajowo w początek panowania każdego daimyo, chociaż żaden członek klanu nigdy nie przyznałby się do podobnej bezczelności względem swojego zwierzchnika. Młody przywódca westchnął w duchu. Nagle zrozumiał, że tak naprawdę jest sam. W zdaniu tego nieformalnego egzaminu nie mógł liczyć przecież na niczyją pomoc. Przymrużył powieki,przecinek jakby chciał ochronić źrenice przed nadmierną ilością światła, choć w sali paliło się zaledwie kilka,przecinek stojących pod ścianami,przecinek świec. Wątły blask na wpół rozjaśniał panującą wokół ciemność, sprawiał, że na podłogę padały długie czarne cienie. Jednakże twarze zebranych skrywał mrok. Fakt ten sprawił, że samopoczucie piętnastolatka odrobinę się polepszyło. Nie musiał,zbędny tu przecinek bowiem dużej patrzyć w oczy zgromadzonych. I chociaż nadal odczuwał skrępowanie, to teraz już wiedział, że wytrzyma. Uśmiechnął się lekko i po raz kolejny zanurzył pałeczki w naczyniu z ryżem, a kiedy uderzyły o ceramiczne dno, ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma pojęcia,przecinek jak smakowała spożyta przed chwilą potrawa. Odłożył pustą miseczkę i, nie czekając na sługę,przecinek sięgnął po pękatą flaszkę. Przelał nieco mętnej, białej cieczy do malutkiej czarki, po czym wypił wszystko jednym haustem. Skrzywił się nieznacznie, czując w ustach posmak ryżowego wina, lecz mimo to powtórzył czynność. Znów się wzdrygnął, ale pił dalej. Wreszcie wszelkie obawy, które targały nim przez cały czas trwania pierwszej części uroczystości,przecinek zaczęły stopniowo ulatywać. Zadowolony z efektu, miał już po raz szósty skosztować zbawiennego, jego zdaniem trunku. Nie zdążył jednakże nawet wyciągnąć ręki, bo Kenshiro nieoczekiwanie położył mu dłoń na ramieniu.
- Myślę, panie, że dla ciebie już wystarczy. - Upomniał go cichy, lecz stanowczy głos. Hiroshi przechylił się na jego stronę.
- Jeszcze odrobinę, to naprawdę pomaga - szepnął tak cicho, aby usłyszał go tylko stryj.
- Wiem, jednak naprawdę już dość. Nie jesteś przyzwyczajony, panie. Upijesz się.
Chłopiec odetchnął głębiej. Musiał przyznać krewniakowi rację, nie był przyzwyczajony. Nigdy wcześniej nie pił przecież alkoholu w takich ilościach.
- To prawda. - Niechętnie skinął głową. Odwrócił głowę w stronę sali i przez chwilę przyglądał się sylwetkom mężczyzn wciąż zajętych spożywaniem posiłku.
- Zanim wznowimy obrady - Kenshiro po raz kolejny tego dnia odezwał się szeptem, wprost do ucha bratanka. - Chciałbym jeszcze raz porozmawiać o sojuszu.
Hiroshi poczuł gwałtowne, przelotne ukłucie gniewu. Odruchowo zacisnął dłonie w pięści, podczas gdy kości żuchwy zadrżały lekko, a i tak wąskie wargi zmieniły się w cieniutką linię.
- Rozmawialiśmy już o tym wielokrotnie - oświadczył chłodno i nad wyraz pewnie. - Zdania nie zmieniłem.
- Tak, lecz nalegam... - Samuraj nie rezygnował, chociaż wobec tak zdecydowanego oświadczenia swojego pana,przecinek powinien natychmiast zaniechać dalszego drążenia tematu oraz jak najprędzej przeprosić za okazaną zuchwałość. Kenshiro jednakże wcale nie miał zamiaru postąpić w podobny sposób. Westchnął bezgłośnie. Nie tylko nie zgadzał się z decyzją bratanka w sprawie układu, ale też uważał ją za zły, wręcz fatalny pomysł, mający realne szanse przyczynić się do ostatecznego upadku klanu.
- ...powinno chyba być z dużej litery abyś, panie wysłuchał mnie raz jeszcze - dokończył z determinacją w głosie. - Ostatnia wojna pochłonęła blisko połowę naszej armii. Ci, którzy nie polegli w walce zostali zmuszeni do popełniania seppuku lub po prostu w niewoli zamęczeni na śmierć. To z kolei oznacza - ciągnął dalej, zupełnie nie przejmując się tym, iż wykłada tak oczywiste kwestie. - Że jesteśmy osłabieni. I w nowej wojnie nie jesteśmy w stanie wystawić już takiej samej liczby samurajów, czy też innych sił, tym bardziej, że przecież nie możemy pozostawić prowincji bez ochrony.
- Ależ nie pozostawiamy jej bez ochrony. Nasze kobiety umieją władać bronią wystarczająco dobrze, aby obronić własny dom, zwłaszcza, że przecież zostanie przy nich także cześć straży, a Murahito będą już zajęci walką. Wątpię, aby grodziło groziło nam jakieś inne niebezpieczeństwo, Watanabe przecież nie odważą się tak po prostu wtargnąć tutaj i zaatakować, w sytuacji, gdy ciągle pozostają z Umari w stanie wojny.
- Gdym był panem Murahito, uderzyłby uderzyłbym jednocześnie w dwóch miejscach, wszedł w układ z Watanabe, być może z Umari. Prawdą jest, że Umari i Watanabe, od dziesięciu lat pozostają ze sobą w stanie wojny, ale od dawna nie wykonali żadnych ruchów przeciw sobie. Powtarzam raz jeszcze: jesteśmy osłabieni, armia Ashidy praktycznie nie istnieje. Nawet gdyby Murahito nie rzucili do walki dodatkowych sił, a jestem przekonany, że to zrobią, nie zdołamy zatrzymać ich zanim dotrą do Erikawy. A jeśli tam dotrą, to...
- Słyszałem to już setki razy. Jednak, co w takim wypadku pomoże pozostawienie armii tutaj, skoro i tak, jak to ująłeś jesteśmy osłabieni?
- Jeśli nie rozproszymy sił... - Odparł mężczyzna powoli, aby ukryć narastającą irytację, co jednak nie do końca mu się udało. -...i odpowiednio przygotujemy obronę, mamy szansę odeprzeć atak, może nawet zwyciężyć. Ale,ten przecinek uznałabym za zbędny; gdyby chcieć na moment zawiesić głos to lepszy trzykropek lub pauza, da bardziej zdecydowany efekt tylko na naszych ziemiach. Po co zresztą mamy się niepotrzebnie narażać, skoro to pewne, że prędzej czy później i tak dopełnimy zemsty?
- A Isamo? Co będzie, jeśli zginie on z ręki kogoś, kto nie należy do naszego klanu? - Chłopiec prawie krzyknął, chociaż nadal szeptał.
- To może się wydarzyć nawet wtedy, gdy odnowimy sojusz i włączymy się w kolejną, bezsensowną wojnę.- Głos samuraja zabrzmiał cierpko - Zwłaszcza, że Ashida też mają powody, żeby szukać na zemsty na generale. Proszę, Hiroshi-sama wybaczyć mi szczerość - W chwili, gdy wypowiadał ostatnie słowa, pokornie pochylił głowę, ale w zbędneton, którym mówił,przecinek wciąż zawierał w sobie pewne znamiona zdenerwowania. Nie był zadowolony z zakończonej właśnie wymiany zdań. Wręcz przeciwnie, wyrzucał sobie w duchu, że nie potrafi nakłonić tego upartego dzieciaka do zmiany postanawiania postanowienia. "Idiota ze mnie" - pomyślał, czekając na odpowiedź bratanka. "Największy i najdurniejszy idiota, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi. Przepraszam cię bracie, ale nie dam rady ochronić ani twego syna, ani rodu."
- Wybaczam, jednak będzie,przecinek jak zdecydowałem - chłopiec osaczenie ostatecznie uciął dyskusję.

*


W pokoju Hisako panował spokój, a księżniczka spała głębokim, nieprzerwanym snem. Drobne, wciąż trawione gorączką ciało,przecinek było znów zupełnie nieruchome. W sąsiednim pomieszczeniu, za na wpół odsuniętymi shoji, w nikłym kręgu przytłumionego światła, rzucanego przez niewielką świeczkę osłoniętą papierowo-drewnianym lampionem, siedziało dwoje ludzi.
- Zatem, Jiro-san twierdzisz, że nic się nie zmieniło? - Dopytywał się cichy,przecinek melodyjny głos Tamao.
- Nie, pani. - Lekarz wyglądał na mocno zakłopotanego. - Mogę z całą pewnością stwierdzić, że stan księżniczki nie uległ zmianie. Gorączka jak jest tak była tu zmieniłabym na: jak była, tak jest, plus puls utrzymuje się na tym samym słabym poziomie. Ja zaś nadal nie mam pojęcia, co jej jest, ani skąd wziął się tamten atak. Przykro mi, ale nie wiem jak to wyleczyć.
Pani Sugiatni wyciągając,tu przecinek zbędny lekko szyję, zwróciła się w stronę posłania córki. Przez jakiś czas, tkwiąc bez ruchu, spoglądała w tamtym kierunku, jakby potrafiła przeszywać ciemność wzrokiem. Wrazemreszcie nieznacznie poruszyła głową, kierując małe,przecinek brązowe oczy z powrotem na lekarza.
- Rozumiem. Potrafisz przynajmniej stwierdzić ile czasu to jeszcze potrwa? - zapytała cicho.
- Jeśli się nie obudzi - zaczął ostrożnie mężczyzna. - bez kropki przed pauzą i od małego p, bo inaczej siada sens Podejrzewam, że nie dłużej jak tydzień. Ja przepraszam. - Bezwładnie rozłożył ręce, dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia. - Bardzo przepraszam.
Nie słuchała dalej słów starego medyka, zamiast tego znów zerknęła w stronę sypialni dziewczyny, a w jej serce wbiło się kilka bolesnych igiełek. Zdusiła westchnienie.
"Nie!" - krzyknęła w myśli - "To nie może się tak skończyć. Hisako-chan, obudź się proszę!"
Prowadzące na werandę drzwi odsunęły się gwałtownie.
- Pani, proszę,przecinek wybacz mi, że ośmielam się tu wdzierać w taki sposób. - Dało się słyszeć cichy, zdyszany, jak po szybkim biegu,przecinek głos Saty. Służka klęczała przed wejściem z nisko opuszczoną głową. - Ale chyba wiem... znaczy domyślam się, co dolega księżniczce. To... To prawdopodobnie mononoke. - Ostatnie słowo zostało wypowiedziane z najwyższym przejęciem.
Oznajmienie służącej wywołało poruszenie. Tamao drgnęła leciutko, jakby nagle ujrzała przebiegającą obok niej jaszczurkę, a przez,tu przecinek zbędny spokojną, nieporuszoną twarz przemknął cień nadziei.
- Mononoke? Duch opętujący? - spytała Tamao na wpół kontrolowanym głosem - Skąd takie przypuszczenie? Nie chciała zdradzać, co czuje, ale nie potrafiła całkowicie nad sobą zapanować. Nie była z tego dumna. Kobiety takie jak ona nie powinny obnażać duszy przed osobami niższego stanu. To zniszczyłoby całą równowagę, zaburzyło odwieczny porządek Świata, obnażyło słabość kogoś, kto w oczach poddanych i motłochu słabości mieć nie powinien. Dlatego nadal starała się zachować pozory, nawet, jeśli emocje niemalże same z niej wypływały. Nie mogła jednak i nie chciała pozbyć się niewzruszonej maski chłodnego spokoju, noszonej od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Jednym z jej najlepiej zachowanych wspomnień z rodzinnego domu był dźwięczny, jednolity głos matki, wypowiadający następujące słowa: "Uczucia, emocje, namiętności, wszystko to będzie ci towarzyszyć przez całe życie. Będą gromadzić się w tobie, rozsadzać od środka, ściskać gardło, cisnąć łzy do oczu, wyrywać z piersi krzyk, szloch lub śmiech. Pamiętaj jednak, że za nic nie możesz im ulec. Jesteś damą, kobietą z klasy wojowników. Dlatego też powinnaś być wojownikiem. Musisz nieustanie dzień i noc walczyć ze słabościami, tłumić uczucia, składować je na dnie serca. Nie możesz im ulec ani się ich wyzbyć, bo zmienisz się w potwora. Lecz to, co dzieje się wewnątrz ciebie możesz znać tylko ty sama, bądź twój pan. Nikt więcej. Dla wszystkich innych bądź jak skała. Spokojna i dumna. Muszą myśleć, że jesteś ponad ludzkie słabości, bo inaczej nie zyskasz ich prawdziwego szacunku."
- Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką w mojej rodzinnej wiosce był jeden podobny przypadek. - Podjęła Sata cichym, chodź nabrzmiałym głosem. Służyła w zamku już siedemnaście lat i przez ten czas doskonale zdołała poznać swoją panią. Nauczyła się także bezbłędnie wyczuwać,przecinek bo wtrącenie skryte pod maską spokoju i opanowania,przecinek koniec wtrącenia nastroje damy, a co więcejtu dałabym przecinek albo pauzę szczerze ją polubiła. Teraz też doskonale wiedziała, jakie wrażenie na kobiecie wywarły słowa, które przed chwilą padły.
- Demon zniewolił wtedy młodą dziewczynę o imieniu Ayumi, a wszystko zaczęło się od tego, że jak zawsze wybrała się do lasu, po chrust. Wróciła jakaś dziwna, osowiała i rozdygotana. Snuła się po wsi,przecinek nic nie mówiła, zupełnie jakby w innym świecie jakimś była. Nie odpowiadała na pytania, nawet rodzice i naczelnik nie potrafili do niej dotrzeć. I wzrok miała inny, taki nieobecny, obłąkany. Niektórzy uznali, że pewnie spotkała w lesie jakiegoś ronina,przecinek dali,ten zbędny więc spokój. Ale pewnego dnia nie obudziła się, a wieczorem,przecinek wedle słów jej matki, dostała podobno gwałtownego ataku drgawek. Na szczęście w okolicy przebywał akurat jeden wędrowny mnich, który obiecał pomóc. Odprawił egzorcyzm. Po nim Ayumi obudziła się już zupełnie zdrowa - Służąca nie była w stanie opowiadać składniej, jednak nie miało to większego wpływu na odbiór opowieści.
- Co o tym myślisz Jiro-san?
- Myślę, pani, że to,przecinek owszem,przecinek mogłoby być możliwe. Kiedy parę lat temu odwiedziłem klasztor w górach Sunyo, rozmawiałem z tamtejszymi mnichami na temat opętań. Okazuje się, że wcale nie są to takie rzadkie i niezwykłe przypadki. Ja jednak nigdy nie widziałem żadnego.
- Dlaczego? - Dama ponownie zwróciła się do służącej. - Mówisz o tym dopiero teraz?
- Ponieważ dopiero przed chwilą zdołałam połączyć ze sobą to wszystko. To było tak dawno... A ja jestem tylko głupią, prostą kobietą.
- Dobrze, więc. - Pani Sugiatni odetchnęła głębiej, nie mogła już dużej skrywać ulgi. - Natychmiast wyślę kogoś do świątyni w Yomugarze.

*


Kiedy w połowie czasu pawia wznowiono obrady,przecinek Hiroshi wciąż odczuwał pewne zdenerwowanie, ale jego trema zmniejszyła się znacząco. Chłopiec nie trzymał już w dłoni papierowego wachlarza, nie zaciskał pięści, nie mrużył oczu. Przeciwnie;tu dałabym średnik spoglądał wprost przed siebie starając się rozróżnić w mroku sylwetki poddanych. W pewnym momencie rozkazał nawet, aby przyniesiono więcej światła.uciekła gdzieś kropka Polecenie zostało natychmiast wykonane.bez kropki i z małej litery I w komnacie zapłonęło kilka dodatkowych świec, dzięki którym pomieszczenie rozjaśniło się na tyle, aby dało się rozróżnić nie tylko zarysy, ale także twarze poszczególnych osób.
Kenshiro obserwował to wszystko uważnie i,przecinek gdyby nie wzburzenie, które wciąż jeszcze targało jego umysłem, zapewne ucieszył by się z faktu, że Hiroshi wreszcie zdołał zachować się jak władca.
Teraz jednak głowa samuraja zajęta była czym innym. Echa niedawnej rozmowy z młodym daimyo, wciąż rozbrzmiewały w mózgu mężczyzny, sprawiając, że narastało w nim poczucie winny z powodu niemożności wypełnienia ostatniej woli brata. Wyrzuty sumienia zmieniały się w straszliwą złość na bratanka i samego siebie.
"Co ten dzieciak sobie wyobraża?" - Pytał w duchu raz po raz. - "Czy naprawdę nie widzi tego, że prowadzi ród do zguby, a może wydaje mu się, że zemsta jest ważniejsza niż bezpieczeństwo i interesy klanu? Tak czy tak - pauza nie dobrze. Lecz, skoro ty, bracie wybrałeś go na swojego następcę, to wiedz, że nie będę się temu sprzeciwiać, chociaż tak mi ciężko."
- Kenshiro-dono. - Doniosły, aksamitny należący do Ikemoto głos, wyrwał go z zamyślenia i zmusił do spojrzenia prosto w oczy kuzyna.
- Wytłumacz nam proszę jedno,zamiast przecinka może średnik gdzie jest głowa albo, chociaż włosy Harumi-samy? Dlaczego nie przywiozłeś ich ze sobą i tym samym uniemożliwiłeś pochowanie go tutaj, w rodzinnym lennie? - Dokończył spokojnie tamten, wbijając jednocześnie w krewniaka świdrujący wzrok.
- Spełniłem ostatni rozkaz mojego brata. - Kenshiro odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. - Przekazałem wiadomość rodzinie i zająłem się jego żoną oraz dziećmi. Z niczego więcej nie zamierzam się tłumaczyć.
- A co z niepisanym, braterskim zobowiązaniem? - Ton, jakim zostało zadane pytanie,przecinek pozbawiony był choćby najmniejszej drwiny, najlżejszego jadu, a nawet zwykłej zajadłości.
-Asystowałem mu podczas samobójstwa, obowiązek spełniłem. - Kenshiro starał się mówić spokojnie, lecz tłumiona dotychczas irytacja zaczynała stopniowo się ujawniać. Tego było już naprawdę za wiele. Najpierw zmuszony został do zaakceptowania szkodliwej dla klanu decyzji Hiroshiego, a teraz jeszcze ktoś pokroju Ikemoto ma czelność zarzucać mu niedopełnienie obowiązków! A przecież jego nawet tam nie było! Nie widział rzezi, jaką urządzili ludzie Murahitów po zdobyciu twierdzy, nie miał pojęcia jak obeszli się ze wszystkimi ocalałymi z bitwy obrońcami.
- Czyżby? - Na upudrowanej twarzy nie pojawił się żaden cień. Nic, co choćby w najmniejszym stopniu zdradzało emocje jej właściciela. Brzmienie głosu także pozostawało spokojne i rzeczowe. - Więc pytam raz jeszcze, gdzie głowa pana Harumi?
- Drogi kuzynie wybacz, ale nie miałem możliwości przywieść tego ze sobą. Generał Isamo kazał spalić ją razem z ciałem. Nie mogłem nic przeciw temu zrobić, gdym próbował naraziłbym życie i nie wypełniłbym misji, którą powierzył mi brat. Już sama ucieczka była ryzykowana.
- Czyli mam rozumieć, że Sugiatni Kenshiro, brat Sugiatni Harumi, boi się śmierci? - Pytanie, podobnie jak wcześniej, nie zawierało drwiny czy ironii, a jedynie niezachwianą pewność siebie zmieszaną z bezwzględnością.
- Wykonanie woli mojego brata było najważniejsze. Dlatego właśnie pozwoliłem sobie ochronić własne życie. - Odparł Kenshiro, resztką sił opanowując narastający gniew. Jego palce już do dłuższego czasu błądziły po rękojeści katany i tylko obecność daimyo powstrzymywała go przed jej użyciem.
- Jednak, jeśli, ty Ikemeto-dono uważasz sam fakt, że żyję za zbrodnie i sprzeniewierzenie się zasadom i tradycji, to gotowy jestem tu i teraz ponieść za to należytą karę. - Ostatnie zdanie niemalże wykrzyczał, uzewnętrzniając tym samym się zbędne całą tłumioną dorazemtychrazemczas wściekłość. Zdecydowanie wyszarpał zza obi wakizashi i położył je przed sobą.
- Naprawdę, jeśli tylko nasz pan pozwoli, można to w każdej chwili zmienić.
- Nie pozwalam! - Ten krótki rozkaz sprawił, że obaj mężczyźni zamilkli i równocześnie pochylili głowy ku posadzce. Tymczasem Hiroshi, najwyraźniej sam nieco zaskoczony ostrym tonem własnej wypowiedzi,przecinek ciągnął dalej. - Nikt nie będzie się tutaj zabijał ani wypominał komuś czegoś, o czym tak naprawdę nie ma pojęcia. Bo co ktokolwiek w tej sali, oprócz mojego stryja może wiedzieć, co wydarzyło się w górach Chunzu? Nie było nas tam. Zostaje,zbędny przecinek więc tylko uwierzyć nam na słowo komuś, kto nie tylko to widział, ale także w tym uczestniczył i ja w te słowa wierzę. Wyście też powinni. Jednakże. - W tym miejscu zwrócił się do uczestników niedawnej wymiany zdań. - Wasze zachowanie także należy uznać za naganne. - Zmuszał się do wygłaszania tych słów, wiedział jednak, że teraz już nie może przerwać, że musi dokończyć to, co zaczął, ale wcale nie był tym zachwycony. Nie poczuł się także przez to ani odrobinę lepiej, przeciwnie, w umyśle chłopca każde słowo wydobywające z jego ust brzmiało przynajmniej parę razy głośniej i o wiele bardziej obcesowo.
- Nie życzę sobie więcej podobnych rozmów ani w tym zamku, ani poza jego murami, a już na pewno nie pozwolę na coś podobnego w mojej obecności.
- Tak, panie,przecinek przepraszam. - Kenshiro pierwszy przerwał ciszę,przecinek powstałą po przemowie młodego daimyo. Wciąż odczuwał gniew, teraz nawet większy niż przedtem, ale mimo tego starał się mówić spokojnie. Doskonale wiedział, że to, co się przed chwilą wydarzyło,przecinek nigdy nie powinno mieć miejsca. Westchnął w duchu. Jak mógł dać się wciągnąć w tę kłótnię? Powinien bardziej nad sobą panować.
- Ja także przepraszam, Hiroshi-sama. - W tonie Ikemoto nie było skruchy.

*


Po skończonej naradzie Kenshiro szybkim krokiem opuścił salę. Zbiegł po prowadzących na piętro drewnianych, przypominających drabinę schodach. Minął kilka znajdujących się na parterze komnat o ścianach w papierowo-drewnianą kratę, aż w końcu poczuł na twarzy świeże, chłodne powietrze wiosennej nocy. Przystanął się zbędne na brzegu werandy i parę razy odepchnął odetchnął głębiej, jakby rozkoszował się zapachem niedawnego deszczu. Jego nerwy stopniowo uspokajały się. Niestety, odczuwana wściekłość, zamiast przemijać i ulatywać gdzieś w przestrzeń, zamieniała się w palące poczucie winny winy zmieszane z żalem do Hiroshiego, Ikemoto oraz, przede wszystkim samego siebie. Nadal nie potrafił i nie chciał zaakceptować decyzji w sprawie sojuszu, lecz w duszy obiecywał sobie,uznałabym za zbędny nigdy więcej nie poruszać tej kwestii. To nie miało żadnego sensu. Nieważne, co powie, jakich argumentów użyje;średnik bratanek się uparł i nic już tego nie zmieni. Westchnął głęboko. Dlaczego ten chłopak nie słuchał jego rad? Czemu tak usilnie dążył do zagłady, a przynajmniej znaczącego osłabienia klanu? Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co jest pierwszym i najważniejszym obowiązkiem daimyo? Czy nie rozumiał, że powinien przede wszystkim chronić swój klan i swoje ziemie? Prywatna, bądź,tu zbędny co bądź,tu potrzebny przecinek zemsta nie powinna mu w tym przeszkadzać ani tym bardziej kierować jego decyzjami! Chociaż oczywiście, jej także nie należy zaniedbać. On sam miał przecież wielką ochotę ujrzeć oddzieloną od ciała głowę Murahito Isamo, ale nie mógł pozwolić na to, aby pragnienie to przysłoniło mu zdrowy rozsądek. Nigdy, przenigdy.zamiast kropki dałabym wykrzyknik
Ruszył wzdłuż tarasu. Szedł nierównym tempem, to nieznacznie zwalniając, to znów przyśpieszając. Chciał w ten sposób oczyścić umysł, wyrzucić z głowy wszystkie złe myśli, jakie zrodziły się w niej podczas narady. Pragnął zapomnieć o sprzeczce z kuzynem, o tym co od niego usłyszał, niestety, nie potrafił. Jego duma ucierpiała naprawdę dotkliwie, a takiej zniewagi nie mógł tak po prostu wybaczyć. Ikemoto zapewne osiągnął to, czego chciał: sprowokował go i upokorzył przy wszystkich pełnoprawnych członkach klanu, sam jak zawsze uchodząc bezkarnie z całego zdarzenia.
"Ale jeszcze kiedyś mi za to zapłacisz, kuzynie. Wiedz, że zapamiętam sobie to dobrze."
Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył, kiedy dotarł do miejsca, w którym drewniano-papierowa ściana budynku kończyła się, a podłoga werandy skręcała za róg. Jednakże, gdy tylko je minął, zatrzymał się raptownie, gdyż nagle ujrzał tuż przed sobą sylwetkę klęczącej dziewczyny. Przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu. To niespodziewane spotkanie sprawiło, że w jednej chwili cały żal i urażona duma, które ledwie kilka chwil temu paliły go niczym ogień, przestały się liczyć. Myśli samuraja popłynęły,zbędny tu bowiem w zupełnie innym kierunku, to zaś sprawiło, że uśmiechnął się lekko. Oto dostrzegł możliwość odreagowania przynajmniej części zaznanych ostatnio napiąć. Powoli podszedł do kłaniającej się postaci. Pomimo ciemności rozpoznał ją od razu.
- Kumiko - odezwał się niespodziewanie łagodnym tonem. - Co ty tutaj robisz?
- Nic takiego panie, po prostu myślę. - Pokojówka mówiła cichym, monotonnym głosem.
- Dlaczego tutaj?
- Bo to dobre miejsce. Kiedy tylko mogę, zawsze przychodzę tutaj, aby pomyśleć.
- A o czym teraz myślisz?
- O chorobie księżniczki, panie. Martwię się o nią naprawdę.
- Więc czemu nie jesteś przy niej? - Kolejna kwestia mężczyzny została wypowiedziana dokładnie w taki sam sposób jak poprzednia.
- Sata z nią została... - Nieznacznie uniosła głowę. - Ona twierdzi, że ta choroba księżniczki to może być opętanie.
- A ty zgadzasz się z nią Kumiko-chan?
Przykucnął naprzeciw dziewczyny, tak, że twarze obojga znalazły się dokładnie na tym samym poziomie. Dziewczyna poczuła na sobie oddech pana, co sprawiło, że przez całe jej ciało przeszedł dreszcz strachu, a żołądek skurczył się boleśnie.
"Nie" - jęknęła w duchu - "Tylko nie to. Ja nie chce!"chcę - uciekł ogonek
Nie poruszyła się jednak, nie odezwała, ani też nie zaprotestowała w jakikolwiek inny sposób, aby zapobiec dalszemu rozwojowi sytuacji. Ręka mężczyzny dotknęła dłoni służącej w dziwnie poufały, chociaż jednocześnie władczy sposób. Stanowczym ruchem pociągnął ją ku sobie. Sprzeciw w głowie dziewczyny nasilił się, ale usta nadal milczały. Wstrzymała na chwilę oddech, zacisnęła powieki, aby uspokoić się chodź trochę. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, które dla wystraszonej pokojówki zdawały się być wiecznością.
- Ja... Nie wiem panie, wybacz mi. - Ledwo zdołała wydusić z lekko ściśniętego gardła odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie.
On jednak nie zwrócił już na to żadnej uwagi.
- Nie tutaj - szepnął jakby do siebie. Podniósł się, ale nie puścił dziewczyny,przecinek zmuszając ją tym samym, aby także zmieniła pozycję.
- Chodź ze mną.
"Nie... Proszę,przecinek nie".kropka i po pauzie z dużej litery - nie przestawała powtarzać w myśli, chodź potulnie człapała za wojownikiem. Nie mogła pozwolić sobie na odmowę, nie miała prawa zrobić nic, aby uniknąć tego, co miało się stać. Była przecież tylko służącą.
W spoilerze zaznaczyłam wychwycone usterki techniczne - głównie interpunkcyjne i pojedyncze literówki.

Ogólnie powiem tak. Przeczytałam cały tekst od samego początku, bo zdążyłam już zapomnieć wcześniejsze wpisy.Czytałam je, choć nie komentowałam. Teraz zdecydowałam się jednak wyrazić swoje zdanie. Od razu się przyznaję, że jestem pod wrażeniem Twojego pisania. Czytając to, momentami odczuwałam nutkę zazdrości, że tak lekko i płynnie Ci to idzie, bo ja tak bym nie potrafiła ujarzmić doskonale prowadzonej fabuły, misternych opisów i głęboko sięgającej emocjonalnej wiwisekcji bohaterów. Dodatkowym atutem są u Ciebie realia i sceneria kreowanego świata, który, dzięki temu dla mnie, przyzwyczajonej do europejskiego kręgu kulturowego, jawi się niezwykle interesująco. W mojej ocenie, także na duży plus zaliczam Ci dynamizm w przebiegu fabuły, w której odkrywasz coraz więcej interesujących wątków, a tym - rozpoczętym - nadajesz ciekawą kontynuację.
Gratuluję Ci więc z całego serca i czekam na dalszy ciąg.
Pozdrawiam serdecznie.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 18 kwietnia 2013, 20:17

SpoilerShow
Służące wniosły do sali lakowe tace z jedzeniem i napitkiem. Bez słowa postawiły je przed uczestnikami uroczystości, po czym, równie cicho jak się zjawiły *przecinek, kończysz wtrącenie* opuściły pomieszczenie. Atmosfera w komnacie nieco się rozluźniła, rozległy się ciche szmery rozmów.
Hiroshi spojrzał na swój posiłek. Nie był głodny. Przeciwnie, stres związany z pierwszą, prowadzoną prze zeń [przezeń łącznie!] naradą całkowicie wypełnił żołądek chłopca. Pomimo to, zdecydowanym ruchem sięgnął po pałeczki leżące obok miski z białym, gotowanym ryżem z warzywami. Wciąż czuł na sobie przeszywające spojrzenia zgromadzonych samurajów. Doskonale wiedział, że go sprawdzają, badają, jaki posiada charakter, szukają podobieństwa do zmarłego pana. Podobny sprawdzian wpisany był zwyczajowo w początek panowania każdego daimyo, chociaż żaden członek klanu nigdy nie przyznałby się do podobnej bezczelności względem swojego zwierzchnika. Młody przywódca westchnął w duchu. Nagle zrozumiał, że tak naprawdę jest sam. W zdaniu tego nieformalnego egzaminu nie mógł liczyć przecież na niczyją pomoc. Przymrużył powieki, jakby chciał ochronić źrenice przed nadmierną ilością światła, choć w sali paliło się zaledwie kilka *zbędny przecinek* stojących pod ścianami świec. Wątły blask na wpół rozjaśniał panującą wokół ciemność, sprawiał, że na podłogę padały długie czarne cienie. Jednakże twarze zebranych skrywał mrok. Fakt ten sprawił, że samopoczucie piętnastolatka odrobinę się polepszyło. Nie musiał bowiem dużej patrzyć w oczy zgromadzonych. I chociaż nadal odczuwał skrępowanie, to teraz już wiedział, że wytrzyma. Uśmiechnął się lekko i po raz kolejny zanurzył pałeczki w naczyniu z ryżem, a kiedy uderzyły o ceramiczne dno, ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma pojęcia, jak smakowała spożyta przed chwilą potrawa. Odłożył pustą miseczkę i, nie czekając na sługę, sięgnął po pękatą flaszkę. Przelał nieco mętnej, białej cieczy do malutkiej czarki, po czym wypił wszystko jednym haustem. Skrzywił się nieznacznie, czując w ustach posmak ryżowego wina, lecz mimo to powtórzył czynność. Znów się wzdrygnął, ale pił dalej. Wreszcie wszelkie obawy, które targały nim przez cały czas trwania pierwszej części uroczystości, zaczęły stopniowo ulatywać. Zadowolony z efektu, miał już po raz szósty skosztować zbawiennego, jego zdaniem *przecinek* trunku. Nie zdążył jednakże nawet wyciągnąć ręki, bo Kenshiro nieoczekiwanie położył mu dłoń na ramieniu.
- Myślę, panie, że dla ciebie już wystarczy. - Upomniał go cichy, lecz stanowczy głos. Hiroshi przechylił się w jego stronę.
- Jeszcze odrobinę, to naprawdę pomaga - szepnął tak cicho, aby usłyszał go tylko stryj.
- Wiem, jednak naprawdę już dość. Nie jesteś przyzwyczajony, panie. Upijesz się.
Chłopiec odetchnął głębiej. Musiał przyznać krewniakowi rację, nie był przyzwyczajony. Nigdy wcześniej nie pił przecież alkoholu w takich ilościach.
- To prawda. - Niechętnie skinął głową. Odwrócił głowę w stronę sali i przez chwilę przyglądał się sylwetkom mężczyzn wciąż zajętych spożywaniem posiłku.
- Zanim wznowimy obrady - Kenshiro po raz kolejny tego dnia odezwał się szeptem, wprost do ucha bratanka *zbędna kropka* - Chciałbym jeszcze raz porozmawiać o sojuszu. **zapis dialogów!**
Hiroshi poczuł gwałtowne, przelotne ukłucie gniewu. Odruchowo zacisnął dłonie w pięści, podczas gdy kości żuchwy zadrżały lekko, a i tak wąskie wargi zmieniły się w cieniutką linię.
- Rozmawialiśmy już o tym wielokrotnie - oświadczył chłodno i nad wyraz pewnie. - Zdania nie zmieniłem.
- Tak, lecz nalegam... - Samuraj nie rezygnował, chociaż wobec tak zdecydowanego oświadczenia swojego pana, powinien natychmiast zaniechać dalszego drążenia tematu oraz jak najprędzej przeprosić za okazaną zuchwałość. Kenshiro jednakże wcale nie miał zamiaru postąpić w podobny sposób. Westchnął bezgłośnie. Nie tylko nie zgadzał się z decyzją bratanka w sprawie układu, ale też uważał ją za zły, wręcz fatalny pomysł, mający realne szanse przyczynić się do ostatecznego upadku klanu.
- ...abyś, panie wysłuchał mnie raz jeszcze - dokończył z determinacją w głosie. - Ostatnia wojna pochłonęła blisko połowę naszej armii. Ci, którzy nie polegli w walce zostali zmuszeni do popełniania seppuku lub po prostu w niewoli zamęczeni na śmierć. To z kolei oznacza - ciągnął dalej, zupełnie nie przejmując się tym, iż wykłada tak oczywiste kwestie *zbędna kropka* - Że jesteśmy osłabieni. I w nowej wojnie nie jesteśmy w stanie wystawić już takiej samej liczby samurajów, czy też innych sił, tym bardziej, że przecież nie możemy pozostawić prowincji bez ochrony.
- Ależ nie pozostawiamy jej bez ochrony. Nasze kobiety umieją władać bronią wystarczająco dobrze, aby obronić własny dom, zwłaszcza, że przecież zostanie przy nich także cześć straży, a Murahito będą już zajęci walką. Wątpię, aby groziło nam jakieś inne niebezpieczeństwo, Watanabe przecież nie odważą się tak po prostu wtargnąć tutaj i zaatakować, w sytuacji, gdy ciągle pozostają z Umari w stanie wojny.
- Gdym był panem Murahito, uderzyłbym jednocześnie w dwóch miejscach, wszedł w układ z Watanabe, być może z Umari. Prawdą jest, że Umari i Watanabe *zbędny przecinek* od dziesięciu lat pozostają ze sobą w stanie wojny, ale od dawna nie wykonali żadnych ruchów przeciw sobie. Powtarzam raz jeszcze: jesteśmy osłabieni, armia Ashidy praktycznie nie istnieje. Nawet gdyby Murahito nie rzucili do walki dodatkowych sił, a jestem przekonany, że to zrobią, nie zdołamy zatrzymać ich zanim dotrą do Erikawy. A jeśli tam dotrą, to...
- Słyszałem to już setki razy. Jednak, co w takim wypadku pomoże pozostawienie armii tutaj, skoro i tak, jak to ująłeś jesteśmy osłabieni?
- Jeśli nie rozproszymy sił... - Odparł mężczyzna powoli, aby ukryć narastającą irytację, co jednak nie do końca mu się udało. -...i odpowiednio przygotujemy obronę, mamy szansę odeprzeć atak, może nawet zwyciężyć. Ale tylko na naszych ziemiach. Po co zresztą mamy się niepotrzebnie narażać, skoro to pewne, że prędzej czy później i tak dopełnimy zemsty?
- A Isamo? Co będzie, jeśli zginie on z ręki kogoś, kto nie należy do naszego klanu? - Chłopiec prawie krzyknął, chociaż nadal szeptał.
- To może się wydarzyć nawet wtedy, gdy odnowimy sojusz i włączymy się w kolejną, bezsensowną wojnę.*spacja*- Głos samuraja zabrzmiał cierpko *kropka* - Zwłaszcza, że Ashida też mają powody, żeby szukać na zemsty na generale. Proszę, Hiroshi-sama wybaczyć mi szczerość *kropka*- **zapis dialogów* W chwili, gdy wypowiadał ostatnie słowa, pokornie pochylił głowę, ale ton, którym mówił, wciąż zawierał w sobie pewne znamiona zdenerwowania. Nie był zadowolony z zakończonej właśnie wymiany zdań. Wręcz przeciwnie, wyrzucał sobie w duchu, że nie potrafi nakłonić tego upartego dzieciaka do zmiany postanowienia. "Idiota ze mnie" - pomyślał, czekając na odpowiedź bratanka. "Największy i najdurniejszy idiota, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi. Przepraszam cię bracie, ale nie dam rady ochronić ani twego syna, ani rodu."
- Wybaczam, jednak będzie, jak zdecydowałem *kropka*- chłopiec osaczenie [ostatecznie? Albo ja nie znam tego słowa w takim znaczeniu, albo coś jest nie tak. Osaczenie nie funkcjonuje chyba w formie przymiotnika] uciął dyskusję.

*


W pokoju Hisako panował spokój, a księżniczka spała głębokim, nieprzerwanym snem. Drobne, wciąż trawione gorączką ciało, było znów zupełnie nieruchome. W sąsiednim pomieszczeniu, za na wpół odsuniętymi shoji, w nikłym kręgu przytłumionego światła, rzucanego przez niewielką świeczkę osłoniętą papierowo-drewnianym lampionem, siedziało dwoje ludzi.
- Zatem, Jiro-san twierdzisz, że nic się nie zmieniło? - Dopytywał się cichy, melodyjny głos Tamao.
- Nie, pani. - Lekarz wyglądał na mocno zakłopotanego. - Mogę z całą pewnością stwierdzić, że stan księżniczki nie uległ zmianie. Gorączka jak jest tak była [jak była tak jest brzmiałoby logiczniej], puls utrzymuje się na tym samym słabym poziomie. Ja zaś nadal nie mam pojęcia, co jej jest, ani skąd wziął się tamten atak. Przykro mi, ale nie wiem jak to wyleczyć.
Pani Sugiatni *przecinek* wyciągając lekko szyję, zwróciła się w stronę posłania córki. Przez jakiś czas, tkwiąc bez ruchu, spoglądała w tamtym kierunku, jakby potrafiła przeszywać ciemność wzrokiem. Wreszcie nieznacznie poruszyła głową, kierując małe brązowe oczy z powrotem na lekarza.
- Rozumiem. Potrafisz przynajmniej stwierdzić ile czasu to jeszcze potrwa? - zapytała cicho.
- Jeśli się nie obudzi - zaczął ostrożnie mężczyzna*zbędna kropka* - Podejrzewam, że nie dłużej jak tydzień. Ja przepraszam. - Bezwładnie rozłożył ręce, dokładnie tak samo jak poprzedniego dnia. - Bardzo przepraszam.
Nie słuchała dalej słów starego medyka, zamiast tego znów zerknęła w stronę sypialni dziewczyny, a w jej serce wbiło się kilka bolesnych igiełek. Zdusiła westchnienie.
"Nie!" - krzyknęła w myśli - "To nie może się tak skończyć. Hisako-chan, obudź się proszę!"
Prowadzące na werandę drzwi odsunęły się gwałtownie.
- Pani, proszę, wybacz mi, że ośmielam się tu wdzierać w taki sposób. - Dało się słyszeć cichy, zdyszany, jak po szybkim biegu, głos Saty. Służka klęczała przed wejściem z nisko opuszczoną głową. - Ale chyba wiem... znaczy domyślam się, co dolega księżniczce. To... To prawdopodobnie mononoke. - Ostatnie słowo zostało wypowiedziane z najwyższym przejęciem.
Oznajmienie służącej wywołało poruszenie. Tamao drgnęła leciutko, jakby nagle ujrzała przebiegającą obok niej jaszczurkę, a przez spokojną, nieporuszoną twarz przemknął cień nadziei.
- Mononoke? Duch opętujący? - spytała Tamao na wpół kontrolowanym głosem*kropka* - Skąd takie przypuszczenie? Nie chciała zdradzać, co czuje, ale nie potrafiła całkowicie nad sobą zapanować. Nie była z tego dumna. Kobiety takie jak ona nie powinny obnażać duszy przed osobami niższego stanu. To zniszczyłoby całą równowagę, zaburzyło odwieczny porządek Świata, obnażyło słabość kogoś, kto w oczach poddanych i motłochu słabości mieć nie powinien. Dlatego nadal starała się zachować pozory, nawet, jeśli emocje niemalże same z niej wypływały. Nie mogła jednak i nie chciała pozbyć się niewzruszonej maski chłodnego spokoju, noszonej od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Jednym z jej najlepiej zachowanych wspomnień z rodzinnego domu był dźwięczny, jednolity głos matki, wypowiadający następujące słowa: "Uczucia, emocje, namiętności, wszystko to będzie ci towarzyszyć przez całe życie. Będą gromadzić się w tobie, rozsadzać od środka, ściskać gardło, cisnąć łzy do oczu, wyrywać z piersi krzyk, szloch lub śmiech. Pamiętaj jednak, że za nic nie możesz im ulec. Jesteś damą, kobietą z klasy wojowników. Dlatego też powinnaś być wojownikiem. Musisz nieustanie dzień i noc walczyć ze słabościami, tłumić uczucia, składować je na dnie serca. Nie możesz im ulec ani się ich wyzbyć, bo zmienisz się w potwora. Lecz to, co dzieje się wewnątrz ciebie możesz znać tylko ty sama, bądź twój pan. Nikt więcej. Dla wszystkich innych bądź jak skała. Spokojna i dumna. Muszą myśleć, że jesteś ponad ludzkie słabości, bo inaczej nie zyskasz ich prawdziwego szacunku."
- Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką *przecinek* w mojej rodzinnej wiosce był jeden podobny przypadek*zbędna kropka* - Podjęła Sata cichym, chodź nabrzmiałym głosem. Służyła w zamku już siedemnaście lat i przez ten czas doskonale zdołała poznać swoją panią. Nauczyła się także bezbłędnie wyczuwać *zbędny przecinek* skryte pod maską spokoju i opanowania nastroje damy, a co więcej - szczerze ją polubiła. Teraz też doskonale wiedziała, jakie wrażenie na kobiecie wywarły słowa, które przed chwilą padły.
- Demon zniewolił wtedy młodą dziewczynę o imieniu Ayumi, a wszystko zaczęło się od tego, że jak zawsze wybrała się do lasu, po chrust. Wróciła jakaś dziwna, osowiała i rozdygotana. Snuła się po wsi *przecinek/albo/i/lecz* nic nie mówiła, zupełnie jakby w innym świecie jakimś była. Nie odpowiadała na pytania, nawet rodzice i naczelnik nie potrafili do niej dotrzeć. I wzrok miała inny, taki nieobecny, obłąkany. Niektórzy uznali, że pewnie spotkała w lesie jakiegoś ronina, dali więc spokój. Ale pewnego dnia nie obudziła się, a wieczorem wedle słów jej matki, dostała podobno gwałtownego ataku drgawek. Na szczęście w okolicy przebywał akurat jeden wędrowny mnich, który obiecał pomóc. Odprawił egzorcyzm. Po nim Ayumi obudziła się już zupełnie zdrowa*kropka* - Służąca nie była w stanie opowiadać składniej, jednak nie miało to większego wpływu na odbiór opowieści.
- Co o tym myślisz Jiro-san?
- Myślę, pani, że to, owszem, mogłoby być możliwe. Kiedy parę lat temu odwiedziłem klasztor w górach Sunyo, rozmawiałem z tamtejszymi mnichami na temat opętań. Okazuje się, że wcale nie są to takie rzadkie i niezwykłe przypadki. Ja jednak nigdy nie widziałem żadnego.
- Dlaczego? - Dama ponownie zwróciła się do służącej. - Mówisz o tym dopiero teraz?
- Ponieważ dopiero przed chwilą zdołałam połączyć ze sobą to wszystko. To było tak dawno... A ja jestem tylko głupią, prostą kobietą.
- Dobrze *zbędny przecinek* więc. - Pani Sugiatni odetchnęła głębiej, nie mogła już dużej skrywać ulgi. - Natychmiast wyślę kogoś do świątyni w Yomugarze.

*


Kiedy w połowie czasu pawia wznowiono obrady, Hiroshi wciąż odczuwał pewne zdenerwowanie, ale jego trema zmniejszyła się znacząco. Chłopiec nie trzymał już w dłoni papierowego wachlarza, nie zaciskał pięści, nie mrużył oczu. Przeciwnie; spoglądał wprost przed siebie starając się rozróżnić w mroku sylwetki poddanych. W pewnym momencie rozkazał nawet, aby przyniesiono więcej światła. Polecenie zostało natychmiast wykonane. I w komnacie zapłonęło kilka dodatkowych świec, dzięki którym pomieszczenie rozjaśniło się na tyle, aby dało się rozróżnić nie tylko zarysy, ale także twarze poszczególnych osób.
Kenshiro obserwował to wszystko uważnie i gdyby nie wzburzenie, które wciąż jeszcze targało jego umysłem, zapewne ucieszył by się z faktu, że Hiroshi wreszcie zdołał zachować się jak władca.
Teraz jednak głowa samuraja zajęta była czym innym. Echa niedawnej rozmowy z młodym daimyo, wciąż rozbrzmiewały w mózgu mężczyzny, sprawiając, że narastało w nim poczucie winny z powodu niemożności wypełnienia ostatniej woli brata. Wyrzuty sumienia zmieniały się w straszliwą złość na bratanka i samego siebie.
"Co ten dzieciak sobie wyobraża?" - Pytał w duchu raz po raz. - "Czy naprawdę nie widzi tego, że prowadzi ród do zguby, a może wydaje mu się, że zemsta jest ważniejsza niż bezpieczeństwo i interesy klanu? Tak czy tak nie dobrze. Lecz, skoro ty, bracie wybrałeś go na swojego następcę, to wiedz, że nie będę się temu sprzeciwiać, chociaż tak mi ciężko."
- Kenshiro-dono. - Doniosły, aksamitny *przecinek* należący do Ikemoto głos, wyrwał go z zamyślenia i zmusił do spojrzenia prosto w oczy kuzyna.
- Wytłumacz nam proszę jedno; gdzie jest głowa albo *zbędny przecinek* chociaż włosy Harumi-samy? Dlaczego nie przywiozłeś ich ze sobą i tym samym uniemożliwiłeś pochowanie go tutaj, w rodzinnym lennie? - Dokończył spokojnie tamten, wbijając jednocześnie w krewniaka świdrujący wzrok.
- Spełniłem ostatni rozkaz mojego brata. - Kenshiro odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. - Przekazałem wiadomość rodzinie i zająłem się jego żoną oraz dziećmi. Z niczego więcej nie zamierzam się tłumaczyć.
- A co z niepisanym, braterskim zobowiązaniem? - Ton, jakim zostało zadane pytanie, pozbawiony był choćby najmniejszej drwiny, najlżejszego jadu, a nawet zwykłej zajadłości.
-*spacja*Asystowałem mu podczas samobójstwa, obowiązek spełniłem. - Kenshiro starał się mówić spokojnie, lecz tłumiona dotychczas irytacja zaczynała stopniowo się ujawniać. Tego było już naprawdę za wiele. Najpierw zmuszony został do zaakceptowania szkodliwej dla klanu decyzji Hiroshiego, a teraz jeszcze ktoś pokroju Ikemoto ma czelność zarzucać mu niedopełnienie obowiązków! A przecież jego nawet tam nie było! Nie widział rzezi, jaką urządzili ludzie Murahitów po zdobyciu twierdzy, nie miał pojęcia jak obeszli się ze wszystkimi ocalałymi z bitwy obrońcami.
- Czyżby? - Na upudrowanej twarzy nie pojawił się żaden cień. Nic, co choćby w najmniejszym stopniu zdradzało emocje jej właściciela. Brzmienie głosu także pozostawało spokojne i rzeczowe. - Więc pytam raz jeszcze, gdzie głowa pana Harumi?
- Drogi kuzynie wybacz, ale nie miałem możliwości przywieść [przywiódłby głowę? Może ź zamiast ś] tego ze sobą. Generał Isamo kazał spalić ją razem z ciałem. Nie mogłem nic przeciw temu zrobić, gdym próbował naraziłbym życie i nie wypełniłbym misji, którą powierzył mi brat. Już sama ucieczka była ryzykowana.
- Czyli mam rozumieć, że Sugiatni Kenshiro, brat Sugiatni Harumi, boi się śmierci? - Pytanie, podobnie jak wcześniej, nie zawierało drwiny czy ironii, a jedynie niezachwianą pewność siebie zmieszaną z bezwzględnością.
- Wykonanie woli mojego brata było najważniejsze. Dlatego właśnie pozwoliłem sobie ochronić własne życie. - Odparł Kenshiro, resztką sił opanowując narastający gniew. Jego palce już do dłuższego czasu błądziły po rękojeści katany i tylko obecność daimyo powstrzymywała go przed jej użyciem.
- Jednak, jeśli *zbędny przecinek* ty Ikemeto-dono uważasz sam fakt, że żyję za zbrodnie i sprzeniewierzenie się zasadom i tradycji, to gotowy jestem tu i teraz ponieść za to należytą karę. - Ostatnie zdanie niemalże wykrzyczał, uzewnętrzniając tym samym całą tłumioną dotychczas wściekłość. Zdecydowanie wyszarpał za obi wakizashi i położył je przed sobą.
- Naprawdę, jeśli tylko nasz pan pozwoli, można to w każdej chwili zmienić.
- Nie pozwalam! - Ten krótki rozkaz sprawił, że obaj mężczyźni zamilkli i równocześnie pochylili głowy ku posadzce. Tymczasem Hiroshi, najwyraźniej sam nieco zaskoczony ostrym tonem własnej wypowiedzi, ciągnął dalej. - Nikt nie będzie się tutaj zabijał ani wypominał komuś czegoś, o czym tak naprawdę nie ma pojęcia. Bo co ktokolwiek w tej sali, oprócz mojego stryja może wiedzieć, co wydarzyło się w górach Chunzu? Nie było nas tam. Zostaje więc tylko uwierzyć nam na słowo komuś, kto nie tylko to widział, ale także w tym uczestniczył i ja w te słowa wierzę. Wyście też powinni. Jednakże. - W tym miejscu zwrócił się do uczestników niedawnej wymiany zdań. - Wasze zachowanie także należy uznać za naganne. - Zmuszał się do wygłaszania tych słów, wiedział jednak, że teraz już nie może przerwać, że musi dokończyć to, co zaczął, ale wcale nie był tym zachwycony. Nie poczuł się także przez to ani odrobinę lepiej, przeciwnie, w umyśle chłopca każde słowo wydobywające z jego ust brzmiało przynajmniej parę razy głośniej i o wiele bardziej obcesowo.
- Nie życzę sobie więcej podobnych rozmów ani w tym zamku, ani poza jego murami, a już na pewno nie pozwolę na coś podobnego w mojej obecności.
- Tak, panie, przepraszam. - Kenshiro pierwszy przerwał ciszę, powstałą po przemowie młodego daimyo. Wciąż odczuwał gniew, teraz nawet większy niż przedtem, ale mimo tego starał się mówić spokojnie. Doskonale wiedział, że to, co się przed chwilą wydarzyło, nigdy nie powinno mieć miejsca. Westchnął w duchu. Jak mógł dać się wciągnąć w tę kłótnię? Powinien bardziej nad sobą panować.
- Ja także przepraszam, Hiroshi-sama. - W tonie Ikemoto nie było skruchy.

*


Po skończonej naradzie Kenshiro szybkim krokiem opuścił salę. Zbiegł po prowadzących na piętro drewnianych, przypominających drabinę schodach. Minął kilka znajdujących się na parterze komnat o ścianach w papierowo-drewnianą kratę, aż w końcu poczuł na twarzy świeże, chłodne powietrze wiosennej nocy. Przystanął na skraju werandy i parę razy odetchnął głębiej, jakby rozkoszował się zapachem niedawnego deszczu. Jego nerwy stopniowo uspokajały się. Niestety, odczuwana wściekłość, zamiast przemijać i ulatywać gdzieś w przestrzeń, zamieniała się w palące poczucie winy zmieszane z żalem do Hiroshiego, Ikemoto oraz, przede wszystkim *przecinek* samego siebie. Nadal nie potrafił i nie chciał zaakceptować decyzji w sprawie sojuszu, lecz w duszy obiecywał sobie nigdy więcej nie poruszać tej kwestii. To nie miało żadnego sensu. Nieważne, co powie, jakich argumentów użyje; bratanek się uparł i nic już tego nie zmieni. Westchnął głęboko. Dlaczego ten chłopak nie słuchał jego rad? Czemu tak usilnie dążył do zagłady, a przynajmniej znaczącego osłabienia klanu? Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co jest pierwszym i najważniejszym obowiązkiem daimyo? Czy nie rozumiał, że powinien przede wszystkim chronić swój klan i swoje ziemie? Prywatna, bądź co bądź, zemsta nie powinna mu w tym przeszkadzać ani tym bardziej kierować jego decyzjami! Chociaż oczywiście, jej także nie wolno zaniedbać. On sam miał przecież wielką ochotę ujrzeć oddzieloną od ciała głowę Murahito Isamo, ale nie mógł pozwolić na to, aby pragnienie to przysłoniło mu zdrowy rozsądek. Nigdy, przenigdy!
Ruszył wzdłuż tarasu. Szedł nierównym tempem, to nieznacznie zwalniając, to znów przyśpieszając. Chciał w ten sposób oczyścić umysł, wyrzucić z głowy wszystkie złe myśli, jakie zrodziły się w niej podczas narady. Pragnął zapomnieć o sprzeczce z kuzynem, o tym co od niego usłyszał, niestety, nie potrafił. Jego duma ucierpiała naprawdę dotkliwie, a takiej zniewagi nie mógł tak po prostu wybaczyć. Ikemoto zapewne osiągnął to, czego chciał: sprowokował go i upokorzył przy wszystkich pełnoprawnych członkach klanu, sam jak zawsze uchodząc bezkarnie z całego zdarzenia.
"Ale jeszcze kiedyś mi za to zapłacisz, kuzynie. Wiedz, że zapamiętam sobie to dobrze."
Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył, kiedy dotarł do miejsca, w którym drewniano-papierowa ściana budynku kończyła się, a podłoga werandy skręcała za róg. Jednakże, gdy tylko je minął, zatrzymał się raptownie, gdyż nagle ujrzał tuż przed sobą sylwetkę klęczącej dziewczyny. Przez chwilę spoglądał na nią w milczeniu. To niespodziewane spotkanie sprawiło, że w jednej chwili cały żal i urażona duma, które ledwie kilka chwil temu paliły go niczym ogień, przestały się liczyć. Myśli samuraja popłynęły bowiem w zupełnie innym kierunku, to zaś sprawiło, że uśmiechnął się lekko. Oto dostrzegł możliwość odreagowania przynajmniej części zaznanych ostatnio napiąć. Powoli podszedł do kłaniającej się postaci. Pomimo ciemności rozpoznał ją od razu.
- Kumiko - odezwał się niespodziewanie łagodnym tonem. - Co ty tutaj robisz?
- Nic takiego panie, po prostu myślę. - Pokojówka mówiła cichym, monotonnym głosem.
- Dlaczego tutaj?
- Bo to dobre miejsce. Kiedy tylko mogę, zawsze przychodzę tutaj, aby pomyśleć.
- A o czym teraz myślisz?
- O chorobie księżniczki, panie. Martwię się o nią naprawdę.
- Więc czemu nie jesteś przy niej? - Kolejna kwestia mężczyzny została wypowiedziana dokładnie w taki sam sposób jak poprzednia.
- Sata z nią została... - Nieznacznie uniosła głowę. - Ona twierdzi, że ta choroba księżniczki to może być opętanie.
- A ty zgadzasz się z nią *przecinek* Kumiko-chan?
Przykucnął naprzeciw dziewczyny, tak, że twarze obojga znalazły się dokładnie na tym samym poziomie. Dziewczyna poczuła na sobie oddech pana, co sprawiło, że przez całe jej ciało przeszedł dreszcz strachu, a żołądek skurczył się boleśnie.
"Nie" - jęknęła w duchu*kropka* - "Tylko nie to. Ja nie chcę!"
Nie poruszyła się jednak, nie odezwała, ani też nie zaprotestowała w jakikolwiek inny sposób, aby zapobiec dalszemu rozwojowi sytuacji. Ręka mężczyzny dotknęła dłoni służącej w dziwnie poufały, chociaż jednocześnie władczy sposób. Stanowczym ruchem pociągnął ją ku sobie. Sprzeciw w głowie dziewczyny nasilił się, ale usta nadal milczały. Wstrzymała na chwilę oddech, zacisnęła powieki, aby uspokoić się chodź trochę. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, które dla wystraszonej pokojówki zdawały się być wiecznością.
- Ja... Nie wiem panie, wybacz mi. - Ledwo zdołała wydusić z lekko ściśniętego gardła odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie.
On jednak nie zwrócił już na to żadnej uwagi.
- Nie tutaj - szepnął jakby do siebie. Podniósł się, ale nie puścił dziewczyny, zmuszając ją tym samym, aby także zmieniła pozycję.
- Chodź ze mną.
"Nie... Proszę, nie." - Nie przestawała powtarzać w myśli, chodź potulnie człapała za wojownikiem. Nie mogła pozwolić sobie na odmowę, nie miała prawa zrobić nic, aby uniknąć tego, co miało się stać. Była przecież tylko służącą.

Spójrz na spoiler, lasko - jest kolorowy od poprawek, co prawda nie wybitnie, ale jednak. Wiedz, że jest tak z powodu długości tekstu i tego, że ROBISZ po prostu stałe błędy (mam na myśli zapis dialogów, do poprawki) i, cóż, powtarzają się. Więc, gdyby podsumować - zapis dialogów: ALARM, chodzi głównie o wypowiedzi "rozbite na dwie" i to, że w środkowej strefie, tam, gdzie opisujesz z perspektywy narratora wypowiadane słowa, dajesz na przykład kropki. A później zaczynasz kontynuację rozpoczętej wcześniej wypowiedzi z wielkiej litery, co jest błędem. I to by było na tyle, bo reszta jest naprawdę ładna. Nie przejmujemy się więc ilością kolorowych wstawek ode mnie tylko lecimy do wątku o zapisie dialogów i poprawiamy. Reszta błędów to jakieś drobne przecinkowe sprawy i kilka spornych słów czy wyrażeń, do rozważenia, ew. wytłumaczenia.

To dobrze, że dodałaś w końcu kolejną odsłonę. Niestety zdążyłam już prawie o nich zapomnieć... Może wydawać Ci się to naciąganą historią z mojej strony, ale ucieszyłam się, widząc fragment Irysów. Wierz lub nie. Nie patrzyłam na spoiler Ewki, ale chyba nanosiłaś już poprawki jakieś, nie ważne - jest lepiej, pamiętam mnogość błędów na początku i widzę, że choć długo zwlekałaś z dodaniem (pisaniem?) to wychodzisz raczej na plus. Wniosek, rada - pisz, lasko, więcej. Ja będę czytać.

Fabularnie nie czepię się, jak wyżej już pewnie wspominałam, podoba mi się tematyka w której się poruszasz. Jest mi przyjemnie czytać o wszystkim związanym z Japonią, wiem, że zachowujesz realia, przynajmniej ich większość, kultury i mentalności Japończyków. Co więcej mogę rzec? 7 punktów na dziesięć, jestem zainteresowana, mam nadzieję że ogarniesz dialogi i czekam na kolejną część.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 18 kwietnia 2013, 23:45

zapis dialogów: ALARM, chodzi głównie o wypowiedzi "rozbite na dwie" i to, że w środkowej strefie, tam, gdzie opisujesz z perspektywy narratora wypowiadane słowa, dajesz na przykład kropki. A później zaczynasz kontynuację rozpoczętej wcześniej wypowiedzi z wielkiej litery, co jest błędem.


No masz... a do tej pory każdy mówił coś innego na temat tych wtrąceń narratorskich i kontynuacji. Zasadę, którą tutaj stosowałam znalazłam na jakieś stronie z poradami dla piszczących. Nie pamiętam już jaka to była strona :bag: No cóż... dzięki.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 01 maja 2013, 18:43

Rozdział VII Murahito Isamo - młody człowiek niepozornego wzrostu i dość mizernej postury - stał na podwyższeniu werandy, trzymając w ręku złożony wachlarz. Obszerne szaty z długimi, szerokimi rękawami i takimi samymi nogawkami, przez które przewleczono jedwabne sznurki, sprawiały, że wyglądał na tęższego niż był w istocie. Trójkątna twarz o wyraźnie zarysowanych, wysokich kościach policzkowych, błyszczących oczach, zadartym nosie oraz szerokich ustach przybrała wyraz poważny i srogi. Za plecami miał na wpółuchylone shoji, prowadzące do niedużej, pustej sali narad, przed sobą wielki, brukowany plac, wypełniony uzbrojonymi mężczyznami. Za otaczającym go niewysokim pokrytym ciemnobrązowymi dachówkami murkiem rozciągały się trzy zamkowe ogrody, odpowiadające poszczególnym porom roku. Długi szpaler obsypanych różowymi kwiatami drzew wiśniowych ciągnął się daleko w głąb jednego z nich. Drobne, delikatne płatki wirowały w podmuchach słabego, chłodnego wiatru, po czym opadały na ziemię. Nagie konary licznych palmowych klonów wystawały ponad ogrodzenie parku jesiennego, natomiast zwisające, niemal dotykające ziemi gałęzie wierzb płaczących ze strefy letniej, przewieszały się przez granice swojego terytorium.
W miejscu gdzie szczyt góry Ichimiku, na której zbudowano posiadłość, przechodził w strome zbocza, znajdował się kolejny kamienny, mocno przysadzisty mur. W pewnej odległości od niego zaś jeszcze jeden wyraźnie wyższy od pozostałych, nierówny. Masywne ściany wraz z wystającymi ponad nie drewnianymi wieżami, to pięły się ku górze, to znów opadały w dół po stoku, zamykając cały teren posesji potężnym pierścieniem utworzonym z idealnie do siebie przylegających głazów.
Żadne z tych umocnień, ogrodów czy budynków nie nosiło znamion wcześniejszej walki, śladów jakiegokolwiek oporu stawianego przez poprzednich mieszkańców warowni. Zupełnie jakby przejęcie nigdy się nie wydarzyło, nie było wojny, bitwy i rzezi, jaka potem nastąpiła. Wszystko wydawało się nienaruszone, pozostawione na swoim miejscu, idealnie wkomponowane w zamkową przestrzeń. Nawet stojący na werandzie członek rodu Murahito oraz zgromadzona na głównym placu armia pasowały tutaj doskonale.
- Od dawna wiadome było, że ten dzień nastąpi - zagrzmiał nagle dowódca. - Trzeba dokończyć, to, co zaczęliśmy jesienią zeszłego roku. Zmiażdżyć tych pozbawionych wszelkiego honoru niedobitków, co wymsknęli się nam rąk i ośmielili sprzeciwić się rządom naszego pana na tych terenach. Należy przejąć lub zrównać z ziemią wszystkie ich zamki, ich samych pozabijać, a ich czaszkami wybrukować wszystkie ulice w Erikawie. - Wyciągnął przed siebie dłoń i rozkładając wachlarz zatoczył szerokie koło. - W samozwańczej stolicy, zamieszkałej przez samozwańczego daimyo, kogoś, kto gdyby miał chociażby blade pojęcie o tym, czym jest wstyd i postępowanie godne prawdziwego samuraja, już dawno popełniłby seppuku. Tymczasem, Ashida Akinori nie tylko ośmiela się żyć, ale także posiadać armię i odgrażać się, że wyrzuci stąd nas, prawdziwych władców tych ziem, a wkrótce i całego Kimiro.
Odpowiedziały mu gromkie, pełne pasji okrzyki. Stojący z tyłu włócznicy rytmicznie uderzyli trzonkami swojej broni o bruk podwórca. Generał z trudem stłumił uśmiech. Cieszyło go to, co widział i słyszał. A widział wierne i gotowe na wszystko wojsko klanowe. Teraz, po oczyszczeniu jego szeregów ze wszelkiego rodzaju zdrajców, nieudaczników i tchórzy, mógł z całą pewnością stwierdzić, że zebrali się tutaj tylko najwierniejsi i najbardziej lojalni wojownicy. Nawet, jeśli jeszcze tydzień temu, którykolwiek ze gromadzonych tu mężczyzn myślał o zdradzie, albo zatajeniu przed nim czegokolwiek, teraz zapewne nie ma już podobnych pomysłów. Jedynie bowiem głupiec nie zrozumiałby przesłania, jakie niosło ze sobą ukrzyżowanie, powieszenie, lub ścięcie stu pięciu podkomendnych, w tym czterdziestu dwóch samurajskich oficerów. Z tych ostatnich, zaledwie trzy osoby otrzymały łaskawą możliwość popełnienia seppuku. Chociaż Isamo w głębi duszy nadal żałował zmarnowanej szansy na ostateczny upadek klanu Sugiatni, a tym samym szybkiego przejęcia ich ziem, to jednak humor dostojnika znacznie się polepszył. W tym samym momencie, kiedy spadła głowa ostatniego nieudacznika, a stada wron wzbiły się w powietrze ponad polem, na które wyrzucono ciała skazańców, poczuł w sobie zupełnie nową energię. "Nic straconego, już niedługo wszystko się odmieni." powtarzał w myślach raz po raz, spokojnie obserwując jak wygłodniałe, czarne ptaszyska szarpią zwłoki. Widok ten nie robił na nim większego wrażenia, odór rozkładającego się ciała także mu nie przeszkadzał. Podobne obrazki widywał już wiele razy. Wszakże po każdej wielkiej i małej bitwie, pozostawało na polu przynajmniej kilka tysięcy poległych. Większości nieszczęśników nie grzebano. Zwykle nie było na to czasu, zresztą kto przejmowałby się najemnym motłochem?
Nim okrzyki umilkły, generał, lekko zadzierając szyję, spojrzał przez zebranych wojowników, konary ogrodowych drzew i dalej, przez mury, aby utkwić wzrok w jakimś odległym, wyimaginowanym punkcie. Niezmiernie rzadko pozwalał sobie na podobne rozprężenie, a i nawet teraz w ciemnych, zimnych oczach nie było rozmarzenia. Jego miejsce zajęła wyraźna groźba, przestroga skierowana ku wszystkim tym, którzy ośmieliłby się stanąć mu na drodze, przeszkodzić w dalszych podbojach w imię klanu Murahito. "Wkrótce po was przyjdziemy, możecie być tego pewni, tak samo jak tego, że po dniu nastaje noc, a ta noc będzie dla was bardzo długa."
Przeniósł wzrok na zebranych. Na samurajów, najemników, a nawet chłopów gotowych oddać życie, za roszczenie władzy pana Murahito Masahiro, a tym samym przyczynić się walnie do wzrostu łask swego dowódcy u głowy rodu. Te zaś z kolei miały otworzyć mu w przyszłości drogę do dziedzictwa, jako że stary, ponad sześćdziesięcioletni stryj wciąż pozostawał bezdzietny...
"Nie zapędzaj się tak" przywołał do porządku własne myśli, kiedy poczuł, że wyobraźnia wyraźnie wymyka mu się spod kontroli. "Nie myśl o rzeczach tak odległych, aby nie zaniedbać tego, co teraz leży przed tobą." Poskutkowało. W jednej chwili znów znalazł się na placu zarówno ciałem, jak i duchem.
Ponownie uniósł dłoń, a wówczas umilkły ostatnie okrzyki, plac uspokoił się, a na surowej twarzy zwierzchnika pojawił się nikły uśmiech. Wolnym krokiem ruszył wzdłuż werandy, zszedł po niskich, drewnianych stopniach, a następnie zaczął krążyć pomiędzy szeregami. Nigdy, jeśli nie liczyć oficerów, przesadnie nie interesował się podwładnymi. Nie starał się zapamiętać ich twarzy, czy nazwisk, to nie było mu do niczego potrzebne. Mijał więc jakby od niechcenia kolejnych żołnierzy, na żadnym nie zatrzymując dużej spojrzenia. Dotarł do końca pierwszego rzędu, powoli odwrócił się na pięcie i ponownie zagłębił się między kolumnami. Większość zebranych wyraźnie górowała nad nim wzrostem, niektórym sięgał zaledwie do ramion, przez co chcąc, nie chcąc spoglądali nań z góry. Nie przejmował się tym, w końcu to oni drżeli pod spojrzeniem jego bystrych, czarnych oczu. To jego gniew wywoływał u nich przerażanie i to jego głosu słuchali z najwyższym przejęciem. Wszystko było zatem na swoim miejscu.
Trzeci rząd, czwarty, piąty... Powoli przechadzał się po między kolejnymi szeregami niby to w zamyśleniu uderzając wachlarzem o wewnętrzną stronę lewej dłoni. Przegląd, był tylko czystą formalnością, czymś, co powinien wykonać, chociażby tylko po to, aby wzmóc strach, a tym samym dyscyplinę w oddziałach. Przy czym chodziło mu głównie o najemników i rekrutujących się z chłopstwa ashigaru, którzy za sprawą jego osobistego rozkazu, także zjawili się teraz na placu. Nawet jeśli nie zwracał na nich większej uwagi, to doskonale wiedział, że nic tak dobrze nie wpływa na motywację i morale wojowników, jak widok dowódcy oraz świadomość, chociażby złudna, że obserwuje on osobiście każdego z ich.
Zanim jednak doprowadził wszystko do końca, usłyszał jakiś doniosły, nieco natarczywy głos, powtarzający w kółko:
- Pilna wiadomość dla generała Murahito!
I z każdą chwilą przybliżający się coraz bardziej. Isamo stłumił przekleństwo cisnące mu się na usta. Nie lubił podobnych niespodzianek, nienawidził, kiedy ktokolwiek przeszkadzał mu w tym, co akurat robił, zwłaszcza, jeśli przebywał akurat w obecności podwładnych. Zirytowany prychnął pod nosem, kiedy śpieszył w kierunku niskiego pawilonu, o lekko spadzistym dachu zamykającego dziedziniec od północy. Niektórzy z pośród zgromadzonych wojowników wymienili między sobą ukradkowe, pytające spojrzenia, ale nikt nie odważył się odezwać. Niemalże dokładnie w tej samej chwili, w której dowódca na nowo zajął swoje poprzednie miejsce, na placu zjawił się ubrany w podróżny strój mężczyzna. Przybysz zatrzymał się gwałtownie, padając na kolana przed dowódcą. Ten dał dłonią znak, że pozwala mu mówić.
- Nazywam się Kagawa Tadamasu i mam dla ciebie, panie pilną wiadomość - wygłosił, nie podnosząc oczu.
- To już słyszałem - syknął lodowato dostojnik. - Jeśli to list, a nie przekaz ustny, to podejdź tutaj i podaj mi go.
Posłaniec natychmiast zerwał się z klęczek, zbliżył się do stopni werandy, po czym, wykonując kolejny głęboki ukłon oddał oficerowi złożoną czterokrotnie kartkę papieru. Dowódca Drugiej Armii klanu Murahito ujął ową rzecz w obie dłonie. Nie od razu ją jednak rozłożył, gdyż widok niewielkiego nakreślonego nań symbolu sprawił, że w jego serce wstąpiła nowa fala złości. Doprawdy, spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego. Klnąc w duchu otworzył wreszcie list, a kiedy już go przeczytał jego twarz stała się czerwona.
- Gdzie on teraz jest? - zapytał, kierując gniewne spojrzenie na posłańca.
- Mój pan zatrzymał się w Ikazie, dokłądnie w Gospodzie Tańczących Żurawi.
W głosie mężczyzny było coś takiego, że Isamo z trudem zapanował nad gwałtowną chęcią skrócenia go o głowę.
- Wracaj i powiedz, że jeszcze dzisiaj przybędę, by go powitać.
* Gospoda Tańczących Żurawi mieściła się przy jednej z głównych ulic Ikazy, niegdysiejszej stolicy prowincji Akai, i zaliczała się do najlepszych w mieście. Ogrodzona była wysokim, wzniesionym z bambusowych pali parkanem, całkowicie skrywającym przed ciekawskimi spojrzeniami parterowe pawilony oraz otaczające je miniaturowe ogródki. Drzewka bonsai o najróżniejszych kształtach i formach górowały ponad rzuconymi tu i ówdzie niewielkimi głazami oraz kamiennymi kapliczkami, zaś wysypany pomiędzy nimi biały żwir dopełniał całości. Nad tym wszystkim unosiły się, delikatne, głębokie, chodź jednocześnie niepokojące tony utworu granego na koto. Dziewczyna, spod zręcznych palców której wychodziły te dźwięki, siedziała wewnątrz niewielkiego, wyłożonego tatami pokoiku. Całkowicie skupiona na grze, pochylająca się nad wielkim, drewnianym instrumentem i szarpiąca cierpliwie długie struny, sprawiała wrażenie odległej, wręcz nierzeczywistej. Patrząc na nią i słuchając jej melodii można było ulec złudzeniu, że czas stanął w miejscu, a wszelkie doczesne troski odpłynęły gdzieś daleko. Dokładnie takiego stanu doznawał teraz leżący na plecach, z rękami podłożonymi pod głową, dość młodo wyglądający mężczyzna. Szerokie usta rozciągały się w lekkim uśmiechu, małe czarne wąsy drgały z wyraźnym zadowoleniem, podczas gdy kolejne nuty przenikały do jego duszy i rozlewały w niej ciepłe uczucie błogości. Ono zaś oczyszczało umysł ze wszystkich zbędnych myśli. Liczyła się tylko chwila obecna, ważna była jedynie doznawana przyjemność. Nic więcej.
Dziewczyna mocniej szarpnęła struny, dźwięk uniósł się na chwilę, zmieszał z jej cichym, mruczącym śpiewem. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej. Chwilę potem słowa pieśni zamarły, powietrze znów wypełniało jedynie subtelne brzmienie koto.
- Akira! - Jakiś gniewny, pełen nieskrywanej nienawiści głos przerwał sielankę, zburzył harmonię, sprawił, że dźwięk urwał się w pół tonu, a przerażona artystka krzyknęła krótko i piskliwie, jednocześnie podrywając się na równe nogi i szukając schronienia za plecami słuchacza. Ten jakby od niechcenia otworzył przymknięte dotychczas oczy i usiadł krzyżując nogi.
- Isamo, gdzie ty się wychowywałeś? W stajni? Nie wiesz, że jak kogoś odwiedzasz, to należałoby się najpierw przywitać, szczególnie, jeśli odwiedzasz kogoś starszego od siebie? A ty, co? Wpadasz tu jak wściekły, wygłodniały tygrys, straszysz Sazuko i ogólnie robisz wiele hałasu. To niedobrze - odparł beznamiętnie Akira, patrząc na dowódcę drugiej klanowej armii spod przymrużonych powiek. - Chociaż w sumie, czego innego miałby się po tobie spodziewać, nigdy nie grzeszyłeś dobrymi manierami. - Jak zawsze zwracając się do siebie, celowo pomijali wszelkie zwroty grzecznościowe.
- Ty, ty... - Twarz Isamo w jednej chwili zmieniła kolor z czerwonego na iście purpurowy. - Ty...
- Sazuko-chan, zostaw nas samych.
Spłoszona dziewczyna ukłoniła się pośpiesznie i opuściła pomieszczenie przechodząc przez tylne drzwi i zasuwając je za sobą.
- A ty, kuzynie uspokój się. - Akira nadal lustrował gościa spod zmorzonych powiek. - Ciężko mi rozmawiać z człowiekiem, który miota się niczym cyrkowa małpka. - Siadaj.
Gość odetchnął gwałtownie, prychnął pogardliwie, ale polecenie wykonał.
- Znacznie lepiej. Widziałem twoje dzieło. Popalone, zrabowane wsie, zniszczone ryżowiska i ziemia pod uprawę jęczmienia, rozkładające się trupy na polach, których smród czuć nawet tutaj, za murami miasta, ciała miejscowych chłopów na szubienicach w ich rodzinnych wioskach oraz na pobliskich drzewach, stada wron i kruków... Głodujących ludzi, żebraków i włóczęgów bezradnie miotających się od wsi do wsi, od miasta, do miasta, od świątyni do świątyni. Jak to możliwe, więc, że to miasto jest niemal nietknięte? Że ta gospoda wciąż tutaj stoi, a ja mogłem się w niej zatrzymać i słuchać czegoś tak pięknego jak gra tutejszych dziewcząt, podziwiając przy tym ich urodę? Czyżbyś nagle nauczył się prowadzić wojny? - Urwał znacząco, jakby oczekiwał odpowiedzi. Nie doczekał się jednak, więc podjął dalej. - Chyba jednak nie. Czyś ty do reszty zgłupiał, żeby pozwolić panu Sugiatni popełnić seppuku?
- Skąd...
- Skąd wiem? Nie widzę potrzeby, aby ci to zdradzać. Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, co zrobiłeś?
- Nie przypominaj mi - wycedził Isamo przez zaciśnięte zęby - wiem, że postąpiłem nierozważnie.
- Nierozważnie?! Ty to nazywasz nierozważnym postępowaniem? Nie, nierozważna to jest kurtyzana, która po nocy spędzonej z klientem zapomni użyć środków zapobiegających poczęciu, a ty jesteś po prostu głupi. Głupcy zaś zwykle źle kończą.
Pogrzebał chwilę w obszernym rękawie swojego zielonego kosode w drobne, łączące się ze sobą pięciokąty, wyciągnął zeń złożoną w kształt koperty kartkę papieru i podał ją kuzynowi w taki sposób, jakby przekazywał miecz.
- Rozkazy pana Masahiro - wyjaśnił, widząc zdumioną minę krewniaka. - Przejmuję twoich ludzi natychmiast. Natomiast ty masz stawić się w głównej siedzibie klanu w przeciągu dziesięciu dni od daty określonej w tym dokumencie.
Isamo niechętnie spojrzał na otrzymane pismo. To, co z niego wyczytał, sprawiło, że gwałtownie pobladł, tym wyraźniej, że jeszcze przed chwilą oblicze jego było niemal fioletowe.
- Ja bym się pośpieszył, ale nie martw się, gdyby nasz pan chciał twojej śmierci, już byłbyś martwy. Podobno - Akira zniżył głos, jakby wyjawiał największą tajemnicę - Masz objąć dowództwo w szkole wojskowej na Fumiro.
Dało się słyszeć odgłos powietrza wciąganego przez usta.
- Co takiego? Że niby miałbym się zająć tamtą hołotą?!
- W tej kwestii to chyba niewiele się zmieni - zauważył złośliwie wąsaty - Druga Armia to niezła zbieranina. Chłopi z zaciągu, najemnicy, roninowie i jakaś tam garstka prawdziwych samurajów... W sumie nawet nie poczujesz różnicy. Nie mówiąc już o tym, że tak właściwie, to powinieneś się cieszyć. - Podparł podbródek dłonią, przekrzywiając lekko głowę. - To raczej ja mam tutaj powód do narzekań. Znów muszę po tobie sprzątać. To męczące, wiesz?
Isamo nadal blady, z oczami pełnymi gniewnych błysków, spoglądał prosto w spokojne, lekko drwiące czarne tęczówki kuzyna. Obserwował jak usta tamtego na przemian to rozciągają się w ironicznym półuśmiechu, to znowu układają się w pozbawioną wyrazu obojętną minę. Słuchał lekceważącego, zabarwionego kpiną głosu, odruchowo szukając u swojego boku rękojeści krótkiego miecza, ale po upewnieniu się, że broń znajduje się na swoim miejscu, po prostu coraz mocniej zaciskał dłonie w pieści. Nie mógł go zabić, a przynajmniej nie teraz i nie tutaj. Czyn ten mógłby ponieść za sobą znaczne konsekwencje, oznaczałby to przecież sprzeciwienie się woli głowy rodu. Opanowując się ostatnim wysiłkiem woli, przypomniał sobie, jak osiemnaście lat temu, po tym jak ich ojcowie, młodsi bracia Murahito polegli w bitwie pod Iganą, zostali przygarnięci przez pana Masahiro. Pięcioletni wówczas Isamo i dziesięcioletni Akira, już wtedy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. A rywalizacja, o względy stryja oraz dziedzictwo po nim, która od tamtego dnia stała się ich udziałem, nie sprzyjała rozwojowi miłości braterskiej pomiędzy kuzynami. Wręcz przeciwnie. Każdy kolejny dzień, każdy nowy pojedynek szermierczy, poetycki, czy kaligraficzny dostarczał przegranemu coraz to nowych powodów do niechęci, nawet nienawiści wobec zwycięzcy. W triumfatorze budził zaś każdorazowo gwałtowną pogardę względem pokonanego, przejawianą następnie w różnego rodzaju złośliwościach, trwających aż do następnej konfrontacji.
- Męczące? - odezwał się w końcu dowódca Drugiej Armii przerywając krótką chwilę milczenia. - I to mówi generał, który przez ostatnie cztery lata widział wojnę, co najwyżej w sprawozdaniach i książkach. Co za upokorzenie. - Powoli scedził słowa przez zaciśnięte zęby.
- Jak już mówiłem, jesteś głupcem, a za głupotę się płaci - zauważył beznamiętnie Akira. - Z tym, że twoja cena jest nadzwyczaj niewygórowana.
- Straciłem twarz.
- Owszem. Ale co z tego? Przecież się nie zabijesz.
- Mógłbym za to uciąć ci głowę.
Drugi z generałów uśmiechnął się drwiąco.
- Wiesz doskonale, że nie zdążyłbyś nawet wyciągnąć miecza, ale możesz spróbować.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 06 maja 2013, 01:07

ZŁE
ZBĘDNE
SpoilerShow
Murahito Isamo - młody człowiek niepozornego wzrostu i dość mizernej postury - stał na podwyższeniu werandy, trzymając w ręku złożony wachlarz. Obszerne szaty z długimi, szerokimi rękawach i takimi samymi nogawkami, przez które przewleczono jedwabne sznurki, sprawiały, że wyglądał na tęższego niż był w istocie. Trójkątna twarz o wyraźnie zarysowanych, wysokich kościach policzkowych, błyszczących oczach, zadartym nosie oraz szerokich ustach przybrała wyraz poważny i srogi. Za plecami miał na wpółuchylone shoji, prowadzące do niedużej, pustej sali narad, przed sobą wielki, brukowany plac, wypełniony uzbrojonymi mężczyznami. Za otaczającym go niewysokim pokrytym ciemnobrązowymi dachówkami murkiem rozciągały się trzy zamkowego ogrody, odpowiadające poszczególnym porom roku. Długi szpaler obsypanych różowymi kwiatami drzew wiśniowych ciągnął się daleko w głąb jednego z nich. Drobne, delikatne płatki wirowały w podmuchach słabego, chłodnego wiatru, po czym opadały na ziemię. Nagie konary licznych palmowych klonów [zbędny] wystawały ponad ogrodzenie parku jesiennego, natomiast zwisające, niemal dotykające ziemi gałęzie wierzb płaczących, ze strefy letniej, przewieszały się przez granice swojego terytorium.
W miejscu gdzie szczyt góry Ichimiku, na której zbudowano posiadłość [przecinek] przechodził w strome zbocza [przecinek] znajdował się kolejny kamienny, mocno przysadzisty mur. W pewnej odległości od niego zaś jeszcze jeden wyraźnie wyższy od pozostałych, nierówny. Masywne ściany wraz z wystającymi ponad nie drewnianymi wieżami, to pięły się ku górze, to znów opadały w dół po stoku, zamYkając cały teren posesji potężnym pierścieniem utworzonym z idealnie do siebie przylegających głazów.
Żadne z tych umocnień, ogrodów czy budynków nie nosiło znamion wcześniejszej walki, śladów jakiegokolwiek oporu stawianego przez poprzednich mieszkańców warowni. Zupełnie Jakby przejęcie nigdy się nie wydarzyło, nie było wojny, bitwy i rzezi, jaka potem nastąpiła. Wszystko wydawało się nienaruszone, pozostawione na swoim miejscu, idealnie wkomponowane w zamkową przestrzeń. Nawet stojący na werandzie członek rodu Murahito oraz zgromadzona na głównym placu armia pasowały tutaj doskonale.
- Od dawna wiadome było, że ten dzień nastąpi. - Zagrzmiał nagle dowódca. - Trzeba dokończyć, to, co zaczęliśmy jesienią zeszłego roku. Zmiażdżyć tych pozbawionych wszelkiego honoru niedobitków, co wymsknęli się nam rąk i ośmielili sprzeciwić się rządom naszego pana na tych terenach. Należy przejąć lub zrównać z ziemią wszystkie ich zamki, ich samych pozabijać, a z ich czaszkami wybrukować wszystkie ulice w Erikawie. - Wyciągnął przed siebie dłoń i rozkładając wachlarz zatoczył szerokie koło. - *czy tu nie brakuje "w"?* Samozwańczej stolicy, zamieszkałej przez samozwańczego daimyo, kogoś, kto gdyby miał chociażby blade pojęcie o tym, czym jest wstyd i postępowanie godne prawdziwego samuraja, już dawno popełniłby seppuku. Tymczasem, Ashida Akinori nie tylko ośmiela się żyć, ale także posiadać armię i odgrażać się, że wyrzuci stąd nas, prawdziwych władców tych ziem, a wkrótce i całego Kimiro.
Odpowiedziały mu gromkie, pełne pasji okrzyki. Stojący z tyłu włócznicy rytmicznie uderzyli trzonkami swoich broni o bruk podwórca. Generał z trudem stłumił uśmiech. Cieszyło go to, co widział i słyszał. A widział wierne i gotowe na wszystko wojsko klanowe. Teraz, po oczyszczeniu jego szeregów ze wszelkiego rodzaju zdrajców, nieudaczników i tchórzy, mógł z całą pewnością stwierdzić, że zebrali się tutaj tylko najwierniejsi i najbardziej lojalni wojownicy. Nawet, jeśli jeszcze tydzień temu, którykolwiek ze gromadzonych tu mężczyzn myślał o zdradzie, albo zatajeniu przed nim czegokolwiek, teraz zapewne nie ma już podobnych pomysłów. Jedynie [zbędny] bowiem głupiec nie zrozumiałby przesłania, jakie niosło ze sobą ukrzyżowanie, powieszenie, lub ścięcie stu pięciu podkomendnych, w tym czterdziestu dwóch samurajskich oficerów. Z tych ostatnich, zaledwie trzy osoby otrzymały łaskawą możliwość popełnienia seppuku. Chociaż Isamo w głębi duszy nadal żałował zmarnowanej szansy na ostateczny upadek klanu Sugiatni, a tym samym szybkiego przejęcia ich ziem, to jednak humor dostojnika znacznie się polepszył. W tym samym momencie, kiedy spadła głowa ostatniego nieudacznika, a stada wron wzbiły się w powietrze ponad polem, na które wyrzucono ciała skazańców, poczuł w sobie zupełnie nową energię. "Nic straconego, już nie długo wszystko się odmieni." powtarzał w myślach raz po raz, spokojnie obserwując jak wygłodniałe, czarne ptaszyska szarpią zwłoki. Widok ten nie robił na nim większego wrażenia, odór rozkładającego się ciała także mu nie przeszkadzał. Podobne obrazki widywał już wiele razy. Wszakże po każdej wielkiej i małej bitwie, pozostawało na polu przynajmniej kilka tysięcy poległych. Większości nieszczęśników nie grzebano. Zwykle nie było na to czasu, zresztą tym, kto przejmowałby się najemnym motłochem?
Nim okrzyki umilkły generał, lekko zadzierając szyję [przecinek] spojrzał przez zebranych wojowników, konary ogrodowych drzew i dalej, przez mury, aby utkwić wzrok w jakimś odległym, wyimaginowanym punkcie. Niezmiernie rzadko pozwalał sobie na podobne rozprężenie, a i nawet teraz w ciemnych, zimnych oczach nie było rozmarzenia. Jego miejsce zajęła wyraźna groźba, przestroga skierowana ku wszystkim tym, którzy ośmieliłby się stanąć mu na drodze, przeszkodzić w dalszych podbojach w imię klanu Murahito. "Wkrótce po was przyjdziemy, możecie być tego pewni, tak samo jak tego, że po dniu nastaje noc, a ta noc będzie dla was bardzo długa."
Przeniósł wzrok na zebranych. Na samurajów, najemników, a nawet chłopów gotowych oddać życie, za roszczenie władzy pana Murahito Masahiro, a tym samym przyczynić się walnie do wzrostu łask swego dowódcy u głowy rodu. Te zaś z kolei miały otworzyć mu w przyszłości drogę do dziedzictwa, jako że stary, ponad sześćdziesięcioletni stryj wciąż pozostawał bezdzietny...
"Nie zapędzaj się tak" przywołał do porządku własne myśli, kiedy poczuł, że wyobraźnia wyraźnie wymyka mu się spod kontroli. "Nie myśl o rzeczach tak odległych, aby nie zaniedbać [zbędny] tego, co teraz leży przed tobą." Poskutkowało. W jednej chwili znów znalazł się na placu zarówno ciałem, jak i duchem.
Ponownie uniósł dłoń, a wówczas umilkły ostatnie okrzyki, plac uspokoił się, a na surowej twarzy zwierzchnika pojawił się nikły uśmiech. Wolnym krokiem ruszył wzdłuż werandy, zszedł po niskich, drewnianych stopniach, a następnie zaczął krążyć pomiędzy szeregami. Nigdy, jeśli nie liczyć oficerów, przesadnie nie interesował się podwładnymi. Nie starał się zapamiętać ich twarzy, czy nazwisk, to nie było mu do niczego potrzebne. Mijał [zbędny] więc jakby od niechcenia kolejnych żołnierzy, na żadnym nie zatrzymując dużej spojrzenia. Dotarł do końca pierwszego rzędu, powoli odwrócił się na pięcie i ponownie zagłębił się po między kolumnami *pomiędzy kolumny?*. Większość zebranych wyraźnie górowała nad nim wzrostem, niektórym sięgał zaledwie do ramion, przez co chcąc, nie chcąc spoglądali nań z góry. Nie przejmował się tym, w końcu to oni drżeli pod spojrzeniem jego bystrych, czarnych oczu. To jego gniew wywoływał u nich przerażanie i to jego głosu słuchali z najwyższym przejęciem. Wszystko było [zbędny] zatem na swoim miejscu.
Trzeci rząd, czwarty, piąty... Powoli przechadzał się po między kolejnymi szeregami niby to w zamyśleniu uderzając wachlarzem o wewnętrzną stronę lewej dłoni. Przegląd, był tylko czystą formalnością, czymś, co powinien wykonać, chociażby tylko po to, aby wzmóc strach, a tym samym dyscyplinę w oddziałach. Przy czym chodziło mu głównie o najemników i rekrutujących się z chłopstwa ashigaru, którzy za sprawą jego osobistego rozkazu, także zjawili się teraz na placu. Nawet [zbędny] bowiem jeśli nie zwracał na nich większej uwagi, to doskonale wiedział, że nic tak dobrze *nie wpływa?* na motywację i morale wojowników, jak widok dowódcy oraz świadomość, chociażby złudna, że obserwuje on osobiście każdego z ich.
Zanim jednak doprowadził wszystko do końca, usłyszał jakiś doniosły, nieco natarczywy głos, powtarzający w kółko: - Pilna wiadomość dla generała Murahito!
I z każdą chwilą przybliżający się coraz bardziej. Isamo stłumił przekleństwo cisnące mu się na usta. Nie lubił podobnych niespodzianek, nienawidził, kiedy ktokolwiek przeszkadzał mu w tym, co akurat robił, zwłaszcza, jeśli przebywał akurat w obecności podwładnych. Zirytowany prychnął pod nosem, kiedy śpieszył w kierunku niskiego pawilonu, o lekko spadzistym dachu zamakającym dziedziniec od północy. Niektórzy z pośród zgromadzonych wojowników wymieniło między sobą ukradkowe, pytające spojrzenia, ale nikt nie odważył się odezwać. Niemalże dokładnie w tej samej chwili, w której dowódca na nowo zajął swoje miejsce poprzednie miejsce, na placu zjawił się ubrany w podróżny strój mężczyzna. Przybysz zatrzymał się gwałtownie, padając na kolana przed dowódcą. Ten dał *co dał?* dłonią, że pozwala mu mówić.
- Nazywam się Kagawa Tadamasu i mam dla ciebie, panie pilną wiadomość - wygłosił nie podnosząc oczu.
- To już słyszałem - syknął lodowato dostojnik. - Jeśli to list, a nie przekaz ustny, to podejdź tutaj i podaj mi go.
Posłaniec natychmiast zerwał się z klęczek, zbliżył się do stopni werandy, po czym, wykonując kolejny głęboki ukłon oddał oficerowi jakąś złożoną czterokrotnie kartkę papieru. Dowódca Drugiej Armii klanu Murahito ujął ową rzecz w obie dłonie. Nie od razu ją jednak rozłożył, gdyż widok niewielkiego symbolu nakreślonego nań symbolu sprawił, że w jego serce wstąpiła nowa fala złości. Doprawdy, spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego. Klnąc w duchu otworzył wreszcie list, a kiedy już go przeczytał jego twarz stała się czerwona.
- Gdzie on teraz jest? - zapytał, kierując gniewne spojrzenie na posłańca.
- Mój pan zatrzymał się Ikazie, w Gospodzie Tańczących Żurawi.
W głosie mężczyzny było coś takiego, że Isamo z trudem zapanował nad gwałtowną chęcią skrócenia go o głowę.
- Wracaj i powiedz, że jeszcze dzisiaj przybędę, by go powitać.


*


Gospoda Tańczących Żurawi mieściła się przy jednej z głównych ulic Ikazy, niegdysiejszej stolicy prowincji Akai [przecinek] i zaliczała się do najlepszych w mieście. Ogrodzona była wysokim, wzniesionym z bambusowych pali parkanem, całkowicie skrywającym przed ciekawskimi spojrzeniami parterowe pawilony oraz otaczające je miniaturowe ogródki. Drzewka bonsai o najróżniejszych kształtach i formach górowały ponad rzuconymi pomiędzy nimi niewielkimi głazami i kamiennymi kapliczkami. Wysypany pomiędzy nimi biały żwir dopełniał całości. Nad tym wszystkim unosiły się [zbędny] delikatne, głębokie, chodź jednocześnie niepokojące tony utworu granego na koto. Dziewczyna, spod zręcznych palców [zbędny] której wychodziły te dźwięki [przecinek] siedziała wewnątrz niewielkiego, wyłożonego tatami pokoiku. Całkowicie skupiona na grze, pochylająca się nad wielkim, drewnianym instrumentem i szarpiąca cierpliwie długie struny, sprawiała wrażenie odległej, wręcz nierzeczywistej. Patrząc na nią i słuchając jej melodii można było doznać wrażenia, czas stanął w miejscu, a wszelkie doczesne troski odpłynęły gdzieś daleko. Dokładnie takiego stanu doznawał teraz leżący na plecach [przecinek] z rękami podłożonymi pod głową [przecinek] dość młodo wyglądający mężczyzna. Szerokie usta rozciągały się w lekkim uśmiechu, małe czarne wąsy drgały z wyraźnym zadowoleniem, podczas gdy kolejne nuty przenikały do jego duszy i rozlewały w niej ciepłe uczucie błogości. Ono zaś oczyszczało umysł ze wszystkich zbędnych myśli. Liczyła się tylko chwila obecna, ważna była jedynie doznawana przyjemność. Nic więcej.
Dziewczyna mocniej szarpnęła struny, dźwięk uniósł się na chwilę, zmieszał z jej cichym, mruczącym śpiewem. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej. Chwilę potem słowa pieśni zamarły, powietrze znów wypełniało jedynie subtelne brzmienie koto.
- Akira! - Jakiś gniewny, pełen nieskrywanej nienawiści głos przerwał sielankę, zburzył harmonię, sprawił, że dźwięk urwał się w pół[spacja]tonu, a przerażona artystka krzyknęła krótko i piskliwie, jednocześnie podrywając się na równe nogi i szukając schronienia za plecami słuchacza. Ten jakby od niechcenia odtworzył przymknięte do tych czas oczy i usiadł krzyżując nogi.
- Isamo, gdzie ty się wychowywałeś? W stajni? Nie wiesz, że jak kogoś odwiedzasz, to należałoby się najpierw przywitać, szczególnie, jeśli odwiedzasz kogoś starszego od siebie? A ty, co? Wpadasz tu jak wściekły, wygłodniały tygrys, straszysz Sazuko i ogólnie robisz wiele hałasu. To nie dobrze *niedobrze łącznie*. - Odparł beznamiętnie tamten patrząc na dowódcę drugiej klanowej armii spod przymrużonych powiek. - Chociaż w sumie, czego innego miałby się po tobie spodziewać, nigdy nie grzeszyłeś dobrymi manierami. - Jak zawsze zwracając się do siebie, celowo pomijali wszelkie zwroty grzecznościowe.
- Ty, ty... - Twarz Isamo w jednej chwili zmieniła kolor z czerwonego na iście purpurowy. - Ty...
- Sazuko-chan, zostaw nas samych.
Spłoszona dziewczyna ukłoniła się pośpiesznie i opuściła pomieszczenie przechodząc przez tylne drzwi i zasuwając je za sobą.
- A ty, kuzynie uspokój się. - Akira nadal lustrował gościa spod zmorzonych powiek. - Ciężko mi rozmawiać z człowiekiem, który miota się niczym cyrkowa małpka. - Siadaj.
Gość odetchnął gwałtownie, prychnął pogardliwie, ale polecenie wykonał.
- Znacznie lepiej. Widziałem twoje dzieło. Popalone, zrabowane wsie, zniszczone ryżowiska i ziemia pod uprawę jęczmienia, rozkładające się trupy na polach, których smród czuć nawet tutaj, za murami miasta, ciała miejscowych chłopów na szubienicach w ich rodzinnych wioskach oraz na pobliskich drzewach, stada wron i kruków... Głodujących ludzi, żebraków i włóczęgów bezradnie miotających się od wsi do wsi, od miasta, do miasta, od świątyni do świątyni. Jak to możliwe, więc, że to miasto jest niemal nietknięte? Że ta gospoda wciąż tutaj stoi, a ja mogłem się w niej zatrzymać i słuchać czegoś tak pięknego jak gra tutejszych dziewcząt, podziwiając przy tym ich urodę? Czyżbyś nagle nauczył się prowadzić wojny? - Urwał znacząco, jakby oczekiwał odpowiedzi. Nie doczekał się jednak, więc podjął dalej [kropka]- Chyba jednak nie. Czyś ty do reszty zgłupiał, żeby pozwolić panu Sugiatni popełnić seppuku?
- Skąd...
-[spacja]Skąd wiem? Nie widzę potrzeby, aby ci to zdradzać. Zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, co zrobiłeś?
- Nie przypominaj mi - wycedził Isamo przez zaciśnięte zęby - wiem, że postąpiłem nierozważnie.
- Nierozważnie?! Ty [zbędny] to nazywasz nierozważnym postępowaniem? Nie, nierozważna to jest kurtyzana, która po nocy spędzonej z klientem zapomni użyć środków zapobiegających poczęciu, a ty jesteś po prostu głupi. Głupcy zaś zwykle źle kończą.
Pogrzebał chwilę w obszernym rękawie swojego zielonego kosode, w drobne, łączące się ze sobą pięciokąty, wyciągnął zeń złożoną w kształt koperty kartkę papieru i podał ją kuzynowi w taki sposób, jakby przekazywał miecz.
- Rozkazy pana Masahiro - wyjaśnił, widząc zdumioną minę krewniaka. - Przejmuję twoich ludzi natychmiast. Natomiast ty masz stawić się w głównej siedzibie klanu w przeciągu dziesięciu dni daty określonej w tym dokumencie.
Isamo Niechętnie spojrzał na otrzymane pismo. To, co z niego wyczytał, sprawiło, że gwałtownie pobladł, tym wyraźniej, że jeszcze przed chwilą oblicze jego było niemal fioletowe.
- Ja bym się pośpieszył, ale nie martw się, gdyby nasz pan chciał twojej śmierci, już byłbyś martwy. - Podobno - Akira zniżył głos, jakby wyjawiał największą tajemnicę - Masz objąć dowództwo w szkole wojskowej na Fumiro.
Dało się słyszeć odgłos powietrza wciąganego przez usta.
- Co takiego? Że niby miałbym się zająć tamtą hołotą?!
- W tej kwestii to chyba nie wiele się zmieni - zauważył złośliwie wąsaty - Druga Armia to niezła zbieranina. Chłopi z zaciągu, najemnicy, roninowie i jakaś tam garstka prawdziwych samurajów... W sumie nawet nie poczujesz różnicy. Nie mówiąc już o tym, że tak właściwie, to powinieneś się cieszyć. - Podparł podbródek dłonią, przekrzywiając lekko głowę. - To raczej ja mam tutaj powód do narzekań. Znów muszę po tobie sprzątać. To męczące, wiesz?
Isamo nadal blady, z oczami pełnymi gniewnych błysków, spoglądał prosto w spokojne, lekko drwiące czarne tęczówki kuzyna. Obserwował jak usta tamtego na przemian to rozciągają się ironicznym półuśmiechu, to znowu układają się pozbawioną wyrazu obojętną minę. Słuchał lekceważącego, zabarwionego kpiną głosu odruchowo szukając u swojego boku rękojeści krótkiego miecza, ale po upewnieniu się, że broń znajduje się na swoim miejscu, po prostu coraz mocniej zaciskał dłonie w pieści. Nie mógł go zabić, a przynajmniej nie teraz i nie tutaj. Czyn ten mógłby ponieść za sobą znaczne konsekwencje, oznaczałby to przecież sprzeciwienie się woli głowy rodu. Opanowując się ostatnim wysiłkiem woli, przypomniał sobie, jak osiemnaście lat temu, po tym jak ich ojcowie, młodsi bracia Murahito polegli w bitwie pod Iganą, zostali przygarnięci przez pana Masahiro. Pięcioletni wówczas Isamo i dziesięcioletni Akira, już wtedy nie pałali do siebie zbytnią sympatią. A rywalizacja, o względy stryja oraz dziedzictwo po nim, która od tamtego dnia stała się ich udziałem, nie sprzyjała rozwojowi miłości braterskiej pomiędzy kuzynami. Wręcz przeciwnie. Każdy kolejny dzień, każdy nowy pojedynek szermierczy, poetycki, czy kaligraficzny dostarczał przegranemu coraz to nowych powodów do niechęci, nawet nienawiści wobec zwycięscy. W triumfatorze budził zaś każdorazowo gwałtowną pogardę względem pokonanego, przejawianą następnie w różnego rodzaju złośliwościach, trwających aż do następnej konfrontacji.
- Męczące? - odezwał się w końcu dowódca Drugiej Armii przerywając krótką chwilę milczenia. - I to mówi generał, który przez ostatnie cztery lata widział wojnę, co najwyżej w sprawozdaniach i książkach. Co za upokorzenie. - Powoli scedził słowa przez zaciśnięte zęby.
- Jak już mówiłem, jesteś głupcem, a za głupotę się płaci - zauważył beznamiętnie Akira. - Z tym, że twoja cena jest nadzwyczaj niewygórowana.
- Straciłem twarz.
- Owszem. Ale co z tego? Przecież się nie zabijesz.
- MógłbyM za to uciąć ci głowę.
Drugi z generałów uśmiechnął się drwiąco.
- Wiesz doskonale, że nie zdążyłbyś nawet wyciągnąć miecza, ale możesz spróbować.
Wohoa!
Pomijając trochę przecinków, jak zawsze, i kilka "zjedzonych" wyrazów, tekst przyjemny do czytania, ładny. Cóż mogę powiedzieć, Kandaro, żeby Cię jakoś zmotywować? Widzę postęp w opisach, są barwniejsze, postacie wyraźniejsze, ciekawiej przedstawione i realistyczne dzięki tym właśnie, pięknym i obszernym opisom.
Dobrze, że nie rezygnujesz z wstawek o otoczeniu i porze dnia na rzecz rozmów i akcji. Podoba mi się to. Lubię Twoją manierę opisywania twarz i ubrań, to, że relacjonujesz aktualny wyraz twarzy mówiącego i delikatnie nakreślasz sytuację pomiędzy bohaterami. Oczywiście mam też nadzieję, że zostawisz nam miejsce do własnych wyobrażeń! Nie przesadź z dokładnością i opracowywaniem wszystkiego w najmniejszym stopniu. Na razie jest super, po prostu ostrzegam przed przedobrzeniem.

Fragment podobał mi się bardziej od poprzedniego. Pewnie dlatego, że nie trzeba aż tak "orientować się" w powiązaniach rodzinnych i tego typu, zaprzątających głowę szczegółach. Nie stresowałam się tu poczynaniami młodego władcy, mogłam zaintrygowana pochłaniać słowa opisujące przygotowania do bitwy, przemyślenia bezwzględnego dostojnika. Podobało mi się.

Szczerze mówiąc przydałoby się trochę akcji! Mam nadzieję, że coś się niedługo wydarzy, że wniesiesz trochę tempa w swoją powieść. Weny życzę!

PS - te przecinki... często nie kończysz wtrąceń, lasko.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 06 maja 2013, 03:25

Kanterial pisze: Wohoa!
Pomijając trochę przecinków, jak zawsze, i kilka "zjedzonych" wyrazów, tekst przyjemny do czytania, ładny.
Coś mi się zdaje, że nie pracowałam na ostatecznej wersji rozdziału. Tak to jest, gdy ma się na dysku 10 kopii i nie pamięta się, która jest ostatnia. :bag: A z przecinkami chyba się nie pokocham.
Kanterial pisze:Widzę postęp w opisach, są barwniejsze, postacie wyraźniejsze, ciekawiej przedstawione i realistyczne dzięki tym właśnie, pięknym i obszernym opisom.
Kocham Cię Kan normalnie, ale teraz będę się przez tydzień, albo i dłużej zastanawiać, czy te wcześniejsze były aż tak złe :bag:
Kanterial pisze:Oczywiście mam też nadzieję, że zostawisz nam miejsce do własnych wyobrażeń! Nie przesadź z dokładnością i opracowywaniem wszystkiego w najmniejszym stopniu. Na razie jest super, po prostu ostrzegam przed przedobrzeniem.
Cały czas z tym walczę... chyba jest lepiej niż kiedyś.
Kanterial pisze:Fragment podobał mi się bardziej od poprzedniego. Pewnie dlatego, że nie trzeba aż tak "orientować się" w powiązaniach rodzinnych i tego typu, zaprzątających głowę szczegółach.
Dałabym sobie rękę uciąć, że trochę powiązań rodzinnych tu było, tyle, że u "Tych drugich". Fajnie jednak, że tak uważasz.
Kanterial pisze:Szczerze mówiąc przydałoby się trochę akcji! Mam nadzieję, że coś się niedługo wydarzy, że wniesiesz trochę tempa w swoją powieść. Weny życzę!
Jak mówiłam... Ja się tej pani śmiertelnie boję. Z drugiej strony, wiem, że nie mogę wiecznie jej unikać, więc... kiedyś w końcu się pojawi... ale raczej nie w tym najbliższym wpisie (tylko jakby co, to nie bić... za mocno)

A dzięki wena się przyda, bo jakoś zaginęła w akcji, której nie ma. :D
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
czarownica

Re: Samotne irysy

Post autor: czarownica » 21 maja 2013, 21:25

Obszerne szaty z długimi, szerokimi rękawach i takimi samymi nogawkami, przez które przewleczono jedwabne sznurki, sprawiały, że wyglądał na tęższego niż był w istocie.
Miało pewnie być: "szerokimi rękawami".
Nie od razu ją jednak rozłożył, gdyż widok niewielkiego symbolu nakreślonego nań symbolu sprawił, że w jego serce wstąpiła nowa fala złości.
O jedno "symbolu" za dużo.
Ten jakby od niechcenia odtworzył przymknięte do tych czas oczy i usiadł krzyżując nogi.
Literówka - "otworzył", a nie "odtworzył" i "dotychczas" razem.
- Isamo, gdzie ty się wychowywałeś? W stajni? Nie wiesz, że jak kogoś odwiedzasz, to należałoby się najpierw przywitać, szczególnie, jeśli odwiedzasz kogoś starszego od siebie? A ty, co? Wpadasz tu jak wściekły, wygłodniały tygrys, straszysz Sazuko i ogólnie robisz wiele hałasu. To niedobrze. - Odparł beznamiętnie tamten patrząc na dowódcę drugiej klanowej armii spod przymrużonych powiek. - Chociaż w sumie, czego innego miałby się po tobie spodziewać, nigdy nie grzeszyłeś dobrymi manierami. - Jak zawsze zwracając się do siebie, celowo pomijali wszelkie zwroty grzecznościowe.
Który "tamten" odparł beznamiętnie? Mam wrażenie, że całą tę kwestię wygłasza Akira.
Natomiast ty masz stawić się w głównej siedzibie klanu w przeciągu dziesięciu dni daty określonej w tym dokumencie.
Winno być zapewne" w przeciągu dziesięciu dni od daty"...
Isamo Niechętnie spojrzał na otrzymane pismo.
Tu tylko literówka: niechętnie miało być chyba z małej litery.
Obserwował jak usta tamtego na przemian to rozciągają się w ironicznym półuśmiechu, to znowu układają się w pozbawioną wyrazu obojętną minę.
Literówki - zgubione "w".
Ogólnie - nadal jest dobrze, a nawet lepiej. Narracja biegnie spokojnie, z dbałością o szczegóły, co w sytuacji, gdy opisywany jest tak dla nas egzotyczny świat, okazuje się niezwykle cenne. Skierowanie fabuły w stronę przeciwników głównych bohaterów bardzo wzbogaca opowieść i poszerza perspektywę, z której czytelnik może obserwować wydarzenia. Podoba mi się bardzo i czekam na więcej. Pozdrawiam Cię serdecznie. :heart:

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 03 sierpnia 2013, 02:30

Wiem, wiem. Mam zabójcze tempo, ale... nie w sumie to nie mam usprawiedliwienia. ee przepraszam. :bag:
Rozdział VIII Przygotowania zostały ukończone. Hisako, wciąż nieprzytomna, odziana w śnieżnobiały, nocny strój, leżała teraz dokładnie na środku swojego pokoiku, a dookoła jej posłania paliły się liczne świece i kadzidła. Aromatyczny dym wypełniał pomieszczenie białą, wijącą się mgiełką, spowijał je w całości, sprawiał, że powietrze stawało się ciężkie, wręcz namacalne. Monotonny, mruczący dźwięk sutr, recytowanych przez pięciu mnichów i starą mniszkę w szarym kapturze, wzmagał dodatkowo panujący tutaj podniosły nastrój niebiańskiej zadumy. Dusząca, ciężka, chwytająca za gardło woń drzewa sandałowego, zmieszana z mocnym zapachem lotosu, unosiła się w przestrzeni sypialni, aby następnie wypełnić płuca przebywających tu osób. Oczyścić umysły, usunąć zeń zbędne myśli, zepchnąć na bok wszelkie związane z tym światem odczucia, by wprowadzić dusze w odmienny, wyższy stan świadomości. Poziom, na którym mogli widzieć, to, co niewidoczne, słyszeć to, co niesłyszalne, czuć, to, co niewyczuwalne.
Tamao była tutaj także. Odrobinę odurzona przytłaczającą mieszaniną aromatów zawartą w dymie świec i kadzidełek siedziała, tak samo jak kapłani, w pozycji kwiatu lotosu i na wpół otwartymi oczami przyglądała się nieruchomym sylwetkom. Wsłuchiwała się w jednostajne, rytmiczne brzmienie modłów i starała odłożyć na bok wszystkie obawy i zgryzoty, które dręczyły ją tak mocno w ciągu ostatnich dni. Podobnie jak oni, chciała się całkowicie wyciszyć, wznieść ponad to, co doczesne, zaznać, chociażby na chwilę, tego wyższego stanu świadomości. Niestety, nie było jej to dane. Smutek po stracie męża, strach o życie córki, niepokój o los syna i klanu przylgnęły do jej serca tak mocno, że nawet otępienie nie potrafiło ich stamtąd wyprzeć. Dlatego też teraz po prostu tkwiła tutaj, jak zawsze spokojna, na pozór całkowicie pozbawiona emocji, opanowana do granic i z pewnym niepokojem, ale i ufnością oczekiwała końca rytuału. Głosy duchownych stawały się coraz bardziej niewyraźne, a ich postacie zdawały się być coraz odleglejsze. Dym wypełniający komnatę zgęstniał. Wijąc się i falując pomiędzy panią Sugiatni, a siedzącymi na przeciwko jej mnichami, tworzył coś na podobieństwo bardzo grubej zasłony. Kobieta zamknęła powieki, zakołysała się lekko, czując mocny zawrót głowy. Odruchowo wsparła się dłonią o podłogę, a kiedy wirowanie ustało, na powrót otworzyła oczy. Skoro nie może przyłączyć się do medytacji, to przynajmniej przyjrzy się wszystkiemu tak uważnie, jak to tylko możliwe.
Popiół z kadzideł opadał na drewnianą podstawkę, podczas gdy one robiły się coraz krótsze i krótsze, natomiast wosk ze świec skapywał po ich ściankach. Dym wciąż gęstniał, jednak aromat już dawno przestał drażnić nozdrza obecnych tu osób. Czas zdawał się stać w miejscu. Duchowni wciąż powtarzali te same słowa, Hisako wciąż leżała spokojna, jakby uśpiona na futonie, Tamao wciąż wpatrywała się w nieruchome sylwetki, udając przy tym, że drażniący oczy i gardło dym wcale jej nie przeszkadza. Długo, bardzo długo nic więcej się nie działo.
Niespodziewanie, w momencie, kiedy pozostało nie więcej jak ćwierć trociczki kadziła, nagły, zimny podmuch zdmuchnął świece, rozwiał unoszącą się w pokoju gęstą mgłę. Jednocześnie księżniczka rzuciła się konwulsyjnie na posłaniu. Tak samo jak wcześniej, tak i teraz drobnym ciałem wstrząsnęła seria silnych dreszczy. Dziewczyna wyprężyła się kilkakrotnie, zwinęła w kłębek, po czym równie gwałtownie rozprostowała się. Sutry nasiliły się, a drgawki również. Niemal poderwały księżniczkę z posłania, tylko po to, aby chwilę później znów cisnąć nią o podłogę. Wtedy też, coś uderzyło w mniszkę. Starsza kobieta zachwiała się, jakby ktoś mocno pchnął ją w klatkę piersiową. Upadła na plecy, nawet nie starając się zamortyzować upadku. Nie zaprzestała także recytowania modłów.
Hisako, jakby przyciągana jakąś niewidzialną siłą, po raz kolejny oderwała głowę i plecy od futonu. Sztywno uniosła się do pozycji półsiedzącej. Trwała tak przez kilka chwil, a następnie bezwładnie opadła na posłanie. Nie poruszyła się już, lecz z kapłanką zaczęło dziać się dokładnie to samo, co przed chwilą z księżniczką. Kaptur zsunął się z głowy kobiety, ukazując ogoloną czaszkę, poorana licznymi zmarszczkami twarz ściągnęła się bólem, a matowe, pokryte bielmem tęczówki, wywróciły na drugą stronę. Mniszka parokrotnie jeszcze uniosła się lekko i opadła, rytmicznie uderzając głową o tatami.
- Tamao-chan, dobrze cię znów widzieć. - Z ust zakonnicy wydobył się głęboki, niski, lecz jednocześnie ciepły, pełen ulgi, męski głos.
- Harumi-sama! - Pani Sugiatni z trudem panowała nad drżeniem. Jej dłoń odruchowo powędrowała w stronę medium, źrenice rozszerzyły się raptownie. Serce w pierwszej chwili zabiło mocniej, ale natychmiast zwolniło. - Nigdy bym nie pomyślała, że byłbyś zdolny do podobnej rzeczy.
- Uwierz, że tego nie chciałem. Wybacz mi, że ostatnio przysporzyłem ci tylu zmartwień.
- Nie powinieneś mnie o to prosić, panie, wiesz o tym dobrze. Nie wolno mi czuć urazy.
- A czujesz? - zapytał duch miękkim, łagodnym tonem, tym samym, którego dawniej używał tylko wtedy, gdy byli sami. Tonem, sprawiającym, że otaczająca Tamao twarda powłoka w jednej chwili pękała na tysiąc kawałków, odkrywając jej prawdziwą duszę. Teraz też spokój opadł z twarzy kobiety, ustępując miejsca tępemu, zmieszanemu ze smutkiem bólowi.
- Nie, panie. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że cię rozumiem. Dlatego błagam, pozwól mi spytać.
- Nie musisz prosić o pozwolenie.
- Dlaczego tutaj jesteś? Co skłoniło cię do tego, aby dręczyć własną córkę? - Głos Tamao nie zmienił się, pozostał spokojny.
- Nie chciałem tego. Nie miałem zamiaru jej dręczyć, pragnąłem tylko jeszcze raz was ujrzeć, myślałem o was do końca. I do końca nie pogodziłem się z tym, że muszę umrzeć, aby uratować honor klanu i swój własny. Tak naprawdę, wbrew temu, co pokazałem własnemu bratu, nie czułem spokoju, gdy podejmowałem tę decyzję, ani też nie poczułem go potem, kiedy wszystko już było przygotowane i kiedy skończyłem układać wiersz. Nie bałem się, jednak było mi przykro, że muszę się zabić. Nie mogłem odejść, nie chciałem. Umarłem z przekleństwem w myślach... Dlatego tutaj jestem. Za bardzo kochałem to życie, ten świat. Nie chciałem się z nim rozstawać, nie chciałem opuszczać was na zawsze. Nie, nie byłem na to gotowy, chociaż powinienem. Ale to przecież za wcześnie! Hisako nie jest jeszcze nawet zaręczona. A Hiroshi? On przecież nie jest gotowy. Zostałem. Nie umiałem, nie mogłem odejść. Potem ujrzałem Hisako. Podszedłem do niej, dotknąłem jej. Ona zaczęła krzyczeć, a mnie coś popchnęło... Wpadłem w jej ciało i nie umiałem się wydostać. Przepraszam, że zadałem jej ból. Przepraszam, że zadałem go tobie.
Mnisi nie ustawali w recytowaniu sutr, a rozwiane wcześniej opary z kadzidełek na powrót wypełniły sypialnię. Tamao spojrzała na leżącą przed nią córkę, a potem ponownie wbiła wzrok w niewidome medium.
- Chcę poznać twój ostatni wiersz - powiedziała tak, jakby prosiła o gałązkę wiśni.
- Oczywiście, Tamao-chan:

Oto znów pada śnieg
Przeminęła zbyt szybko
Czerwień jesieni
Wsłuchiwała się smakując słowa, wyłapując delikatne zmiany w jego głosie, starając się jak najlepiej pojąć ich sens.
- Dziękuję, ale teraz
Niechaj twa zmęczona dusza
Zazna spokoju
Jak ziemia po żniwach.

Wyrecytowała gładko, po czym pochyliła się ku podłodze, składając tym samym głęboki ukłon przed duchem męża.
Medium charknęła głośno, jakby próbowała wyrzucić flegmę z gardła. Kaszlnęła jeszcze parę razy, znów rzucając się po podłodze niczym ryba wyjęta z wody, a potem w jednej chwili wszystko ustało. Niewidoma starka leżała na podłodze ciężko dysząc, mnisi zaprzestali modłów, a jeden z nich zgasił resztkę świec i kadzideł.
Dziewczyna poruszyła się gwałtownie na posłaniu, a następnie otworzyła oczy. Zdezorientowanym, błędnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju. Wciąż jeszcze nieco mętne spojrzenie brązowych oczu zatrzymało się na matce, po czym powędrowało dalej ku sylwetkom, właśnie opuszczających pokój mnichów.
- Matko - odezwała się, po krótkiej chwili, w momencie, gdy jej oczy znów spoczęły na Tamao. - Będziesz łaskawa wyjaśnić mi, co się tu dzieje? Gdzie Kumiko? Chcę wstać i się wykąpać.
- Spokojnie. Przez kilka dni twoim ciałem władał zabłąkany duch, ale dzięki mnichom ze świątyni Kiyan, udało się go wypędzić.
- Władał zabłąkany duch - powtórzyła Hisako głucho i bardzo cicho. Na chwilę znów zamknęła oczy. - Więc to prawda, nie sen. - Dokończyła bardziej dla siebie niż dla matki. Głośniej zaś dodała - Czuję się już całkiem dobrze. Jednakże jestem głodna, brudna i słaba. Czy mogę wstać, zjeść coś i się wykąpać?
- Dobrze, niech będzie. Zaraz też każę zawołać twoją pokojówkę.
- Dziękuję, matko. - Uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie. Tamao skinęła lekko głową, po czym nic nie mówiąc, wyszła z pokoju.
* Jakiś czas później naga Hisako siedziała na niewielkim, drewnianym stołeczku znajdującym się wewnątrz małej, kwadratowej łaźni. Bose stopy dotykały kamiennej, choć jednocześnie przyjemnie ciepłej posadzki. Rozpuszczone, sięgające za pośladki włosy zarzuciła na ramiona, tak, że zupełnie zakryły małe, jędrne piersi. Dokoła niej kręciła się Kumiko w podwiniętej szacie, z rękawami podciągniętymi do łokci. Blask księżyca wpadał do pomieszczenia przez znajdujące się pod sufitem, zabezpieczone kilkoma listewkami okno. Za jego sprawą, na podłodze, ścianach, nielicznych sprzętach oraz ciałach dziewcząt widniały długie, niebieskawe smugi, przeplatane czarnymi, głębokimi cieniami. Zaś świetlne refleksy odbijały się od powierzchni wody, wypełniającej obszerną, głęboką cyprysową wannę.
- Naprawdę, bardzo się cieszę, że panienka jest już zdrowa - odezwała się swobodnie służąca zajęta namydlaniem swojej pani. - To dobrze, że duch tak szybko dał się przepędzić.
- Ja też się cieszę - odparła beznamiętnie księżniczka, wpatrzona w jakiś bliżej nieokreślony punkt. - Pewnie wiele się wydarzyło - dodała ze sztuczną wesołością. - Dlatego teraz liczę na ciebie, opowiedz mi, co się tutaj działo, kiedy spałam?
- Dwa dni temu odbyła się rada klanu - podjęła pokojówka, pochylając się i zanurzając w zimnej wodzie niewielką białą szmatkę - pan Kenshiro raczej nie był z niej zadowolony - ciągnęła ostrożnie dalej, po chwilowym zawahaniu.
Hisako podparła podbródek dłonią, słowa dziewczyny sprawiły, że zamyśliła się na chwilę. Co takiego wydarzyło się podczas narady? Bo tego, że coś się wydarzyło, była pewna. Niemożliwe przecież, żeby chodziło tylko o decyzję Hiroshiego w sprawie sojuszu, w końcu została ona podjęta już jakiś czas temu. Nawet, jeśli Kenshiro nadal liczył na to, że młody daimyo jednak ulegnie jego namowom i zmieni zdanie, to przecież chyba miał dość czasu, aby oswoić się z jego wolą. Był samurajem. Sługą o wysokim statusie, ale wciąż jedynie sługą... O co więc mogło chodzić?
- Skąd to wiesz? - zapytała po krótkiej chwili milczenia.
- Widziałam go zaraz po zebraniu - Kumiko znów zawahała się lekko. - Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale wydał mi się dziwny, a do tego wspominał coś o panu Ikemoto oraz o tym jakoby decyzje naszego pana miałyby w przyszłości zgubić klan... - Zamilkła nagle, jednocześnie mocniej skupiając się na swoim zajęciu. Chyba powiedziała zbyt wiele. Odruchowo spuściła oczy, starając się z całych sił ukryć malujące się na twarzy zakłopotanie, jakby zapomniała, że w pomieszczeniu panuje półmrok.
- Powiedział to tobie? - Księżniczka odwróciła się przez ramię, spojrzała na rozmówczynię, jednocześnie łapiąc ją za nadgarstek, tak mocno, że tamta gwałtownie zgięła się wpół.
- Nie... Niezupełnie - zaprzeczyła lekko drżącym głosem. - Ja przepraszam.
Hisako westchnęła cicho.
- Spokojnie. Powiedz mi, co się stało, w jaki sposób się tego dowiedziałaś? - Zanim padły te słowa, zdążyła już puścić służącą i całkowicie obrócić się w jej stronę.
- Nic, naprawdę, ja tylko... Zdarzyło mi się słyszeć, coś, co nie było przeznaczone dla moich uszu... Ale przysięgam, to się więcej nie powtórzy.
- Nie umiesz kłamać - stwierdziła stanowczo Hisako. - Nawet tego nie próbuj.
- Kiedy ja nie kłamię, jakbym mogła. - Kumiko miotała się coraz bardziej, w końcu osunęła się na kolana i przyciągnęła głowę do płyt podłogi. - Przysięgam, że nie...
- Wstań! - Pierwsza córka klanu Sugiatni niewiele robiła sobie z zakłopotania służki, która wstała natychmiast po tym, jak padło polecenie. I teraz lekko drżąc stała ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami tuż pod ścianą.
- Dobrze - Hisako wyprostowała się na stołeczku - To teraz powiedz mi, jak było naprawdę. Byłaś z nim tamtej nocy, czy tak?
- Wybacz mi księżniczko, nie mogę... Nie powinnam... Nie wolno mi... - dukała, Kumiko, jednocześnie czując jak, na samo wspomnienie, krew napływa jej do policzków. Nigdy przedtem żaden mężczyzna nie żądał od niej czegoś podobnego. I chociaż doskonale wiedziała, że nie dzieje się nic niezwykłego, że to nic nie znaczy, nie potrafiła myśleć o tym spokojnie.
Pamiętała jego dotyk. Stanowczy uścisk twardych, pełnych odcisków dłoni. Swoistą delikatność, połączoną z nieznoszącą sprzeciwu władczością. Pamiętała, że po tym jak znaleźli się w pokoju, a ona pomogła mu już przebrać się w nocną szatę, klęczała na podłodze pełna obaw o to, co stanie się za chwilę.
Samuraj najpierw rozwiązał fartuch, który nosiła zamiast pasa, rozsunął poły wierzchniego i spodniego kimona dziewczyny, wsunął w nie dłoń, przez chwilę dotykał jej skóry. Ugniatał malutkie, niemal płaskie piersi, tak mocno ściskając przy tym brodawki, że poczuła napływające do oczu łzy.
Nadal się bała. Serce biło jej szybciej, w głowie miała popłoch. Wiedziała, że powinna czuć się dumna, zaszczycona! Ale przecież miała tylko niecałe piętnaście lat i nigdy wcześniej nie była z mężczyzną! Nie miała pojęcia, co robić! Ilustracje z książek poduszkowych, które tak chętnie oglądała w raz z innymi młodymi służącymi, wydały się jej nagle śmieszne, niewystarczające. Zresztą i tak wszystkie zapomniała. Zacisnęła powieki. Kenshiro jedną ręką wciąż bawił się biustem dziewczyny, drugą ponownie chwycił jej dłoń, wsunął pod swoje jedwabne nocne kimono i położył na przyrodzeniu.
Wzdrygnęła się lekko. Otworzyła oczy, poruszała nimi gwałtownie, jakby szukając ratunku, szarpnęła się, nieśmiało spróbowała cofnąć rękę. Nie chciała, nie była na to gotowa! Przytrzymał ją mocniej. Nic nie powiedział, wyczuła jednak, że nie spodobało mu się to. Samuraj ujął służącą za drugą rękę i także wsunął ją pod swoją szatę. Znów zacisnęła powieki. Pozwoliła, żeby poprowadził jej dłonie, zademonstrował, w jaki sposób masować jego członka, aby stwardniał, a gdy to się stało, pchnął dziewczynę na rozłożony futon.
Chwilę później było już po wszystkim, lecz on zamiast pozwolić jej odejść, zupełnie nieoczekiwanie zaczął mówić. A mówił takie rzeczy, że Kumiko poczuła prawdziwe przerażenie. Nigdy nie powinna tego słuchać! Co on teraz zrobi, zabije ją? Życie służącej tak niewiele znaczy.
Nieważne, że ta służąca była córką wiejskiego samuraja. Jej ojciec miał tak niską rangę i tak mały przydział ryżu, że nie tylko nikt nie zapraszał go na oficjalne klanowe uroczystości, ale też zapewne nikt nawet nie pamiętał jego imienia. Dlatego nawet teraz, kiedy stała przed swoją panią, wciąż bała się, że tamtej nocy ściągnęła na siebie wyrok śmierci.
- Czyli tak. - Hisako wzruszyła lekko ramionami, nagle łagodniejąc. - To przynajmniej powiedz mi, co dokładnie wtedy usłyszałaś z jego ust.
- Nie usłyszałam już nic więcej - Kumiko wyraźnie odetchnęła. - Hisako-sama, myślisz, że to możliwe? Hiroshi-sama mógłby...
- Nie wiem, nie znam się na prowadzeniu wojen. Jeśli jednak stryj tak twierdzi, obawiam się, że może mieć rację. Ufam jego doświadczeniu.
Zamilkły. Kumiko kontynuowała obmywanie ciała i włosów swojej młodej pani, skupiając się całkowicie na tej czynności. Księżniczka zaś wbiła wzrok w refleksy księżycowego światła, usiłując zebrać myśli.
Przez cztery dni leżała nieprzytomna, to długo, bardzo długo. Wiele przez to straciła, może nawet zbyt wiele? Zacisnęła powieki. Czym sobie na to zasłużyła? Czemu własny ojciec zrobił jej coś takiego? Jak w ogóle mogło do tego dojść? Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań i prawdę mówiąc, wcale nie była pewna, czy chce je poznać. Sprzeczności mieszały się w niej, przekrzykiwały wzajemnie. Pourywane kawałki myśli to wynurzały się na wierzch, to ginęły w odmętach umysłu, aby już nigdy nie powrócić. W ich miejsce natychmiast pojawiały się nowe. Wiele spraw, niedokończonych refleksji kłębiło się teraz pod sklepieniem czaszki dziewczyny. Chaos ogarniał ją całą, wkradał się nie tylko do rozważań, ale i emocji. Po ostatnich przeżyciach nie wiedziała już, co powinna czuć. Obok zimnej, nienawiści do generała Murahito połączonej z chęcią zabicia go własnym sztyletem, albo przynajmniej ujrzenia martwym, pojawiała się teraz ponura, wymierzona w rodzica pretensja. To przyprawiało ją o wstyd. Nidy, przenigdy nigdy nie powinna czuć czegoś podobnego! Nie miała prawa mieć żalu do ojca! To przecież świadczyło o zupełnym braku szacunku! Och! jak bardzo chciała pozbyć się tego uczucia, wyrzucić z siebie, zapomnieć o jego istnieniu! Z drugiej strony, coś nieśmiało szeptało w niej, że przecież nie robi niczego złego. W końcu została skrzywdzona. Skrzywdzona? Naprawdę pomyślała coś takiego? Nie mogła jednak zaprzeczać faktom. Niestety, ojciec, czy raczej jego duch, naprawdę ją skrzywdził. Pogrążył w gorączce i uśpił na długi czas. Prawie zabił. Skąd więc te skrupuły? Przecież nie miał prawa jej nękać. Nieważne, kim był!
Co z Hiroshim i jego decyzjami? Czy naprawdę mogą być aż tak groźne? Nie umiała odpowiedzieć, lecz intuicja nakazywała jej przyznać Kenshiro rację. To on był tutaj starszy i bardziej doświadczony, skoro, więc mówił na głos, to, co mówił, bez wątpienia musiał mięć powody ku temu.
Pokojówka nareszcie skończyła i ukłoniwszy się, zostawiła swoją panią samą. Hisako powoli wstała i skierowała kroki w stronę wanny. Gorąca ciecz przyległa do ciała dziewczyny, rozluźniła mięśnie. Sprawiła, że pomimo ponurych myśli ogarnęła księżniczkę oczyszczająca, choć osłabiająca błogość. „Nie” - postanowiła w duchu. - „Nie będę o tym myśleć, ale chyba powinnam porozmawiać z bratem.” - rzekła jeszcze w duchu, nim bez reszty oddała się chwili przyjemności.

* Hiroshi klęczał przed niewielkim, pustym ołtarzem wewnątrz pogrążonej w półmroku ogrodowej kapliczki. Mała, stojąca na drewnianej podstawce świeca, stanowiąca jedyne źródło światła, rzucała miękką, migotliwą poświatę na papierowe ściany, co czyniło je niemal przeźroczystymi. Czarne, lakierowane deski wyłaniały się z ciemności, błyszczały pośród niewielkiego żółtawego kręgu, a potem znów ginęły w mroku. Chłopiec spoglądał nań w milczeniu. Lubił to, uwielbiał obserwować tę dziwną grę światła i cienia. Przyglądać się jak jeden wątły, malutki, kołyszący się na wszystkie strony promyk rozjaśnia pomieszczenie, załamuje spokojną, aksamitną czerń. Ciepły delikatny blask przynosił ukojenie, pomagał uporządkować nie całkiem jeszcze spokojne myśli, dodawał sił niezbędnych do uniesienia tego, co spadło na jego barki. Na chwilę wrócił myślą do niedawnej narady, przypomniał sobie, w jaki sposób członkowie klanu przyjęli jego pierwszą, samodzielną, jakże ważną decyzję i westchnął cicho. Ich milcząca, pełna niewzruszonej powagi zgoda, wcale nie sprawiła, że poczuł się chociażby odrobinę pewniej w nowej roli. Fakt, że nikt z wyjątkiem Kenshiro nie wyraził głośno, co myśli na ten temat, więcej; żaden członek klanu nawet nie mrugnął, wzmógł w młodym przywódcy uczucie osamotnienia. Nie wiedział, bowiem, kto popiera go naprawdę, a kto jedynie z obowiązku. Jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że nie powinien o tym myśleć, przejmować się zanadto zdaniem poddanych.
„Daimyo nie jest od tego, ażeby zadowalać podwładnych, tylko od tego, aby ich prowadzić, wskazywać właściwą drogę, zgodną z jego własnym duchem. Cokolwiek zrobisz, jakkolwiek postąpisz będzie to dobre. Musisz o tym pamiętać. Decyzja władcy zawsze jest dobra” - na wierzch umysłu chłopca wysunęły się nagle stare nauki ojca. Ich sens miał dopiero pojąć... Ale skoro to, co robił, jako władca zawsze było dobre, czemu wywoływało to tak wyraźny sprzeciw stryja Kenshiro?
Oderwał wzrok od ognika, tańczącego na cienkim knocie świecy, spojrzał wprost na wpół skryty w cieniu ołtarz. Wstał, wziął do ręki drewnieją podstawkę i powoli zbliżył się do niskiego stolika. Postawił na nim świeczkę, a wówczas rozjaśniło się niemal całe wnętrze kaplicy. Sięgnął dłonią do leżącego w kącie podłużnego, odkrytego pudełka i wydobył stamtąd trociczkę kadzidła. Przyłożył ją do promyka świecy, a kiedy ogień zaczął pełzać po nasączonym wonnym olejkiem drewnie, natychmiast dmuchnął, aby go ugasić. Kilka iskierek wzbiło się w powietrze, jednakże wszystkie zgasły, zanim zdążyły dotknąć ziemi. Przy życiu pozostały jedynie te, które wciąż trzymały się kadzidełka i rozgrzewając je swoim żarem, sprawiały, że w powietrze unosiło się cienkie pasmo białego dymu. Hiroshi umieścił tlącą się pałeczkę w jednej z licznych miniaturowych dziurek, znajdujących się po obu bokach ołtarzowego stolika i ponownie przyklęknął.
Podobnie jak matka w pierwszych dniach po otrzymaniu wieści o śmierci ojca, tak teraz on spędził tutaj niemalże całe dzisiejsze popołudnie. Oddając się na przemian rozważaniom i modlitwom, usiłował odzyskać utraconą równowagę. Zamknął oczy, zmieniając kierunek myśli. Dlaczego nikt nie chciał powiedzieć mu niczego o tej dziwnej chorobie księżniczki? Minęło już tyle czasu. Cztery długie dni, a on wciąż praktycznie nic nie wiedział na ten temat. Wyglądało to trochę tak, jakby domownicy obawiali się, że nie zniesie prawdy i za wszelką cenę starali się ją przed nim ukryć.
"Może mają rację?" - Pomyślał z goryczą. - "Gdybym poznał prawdę, mógłbym jej nie wytrzymać, ale przecież w końcu będą musieli wyjawić mi, co się dzieje. Dlaczego, więc nie chcą tego zrobić teraz? Nie jestem już dzieckiem. Nie powinni mnie już za nie uważać."
Wciąż czuł to samo, co podczas porannego spaceru po ogrodach, gdy ujrzał przypadkiem sunące w milczeniu, wysokie, szczupłe, wręcz chude sylwetki pięciu mnichów oraz mniszki. Stojąc w przeciwległym końcu ogrodu, uważnie śledził kroki spowitych w pomarańczowo-czerwone i szare szaty postaci, odczuwając przy tym coraz większy niepokój. Duchowni skręcili w stronę pokoi kobiecych, a wówczas od razu przyszła mu na myśl Hisako. Zadrżał leciutko. Nie podobało mu się to ani trochę, złe przeczucia w jednej chwili wzięły nad nim górę, przygnały do rodowej kapliczki i nakazały rozpocząć modły.
W ciągu kilku godzin, które upłynęły od tamtego wydarzenia parokrotnie zmieniał tok myśli, to przypominał sobie naradę, to znowu przywoływał w myśli obraz nieprzytomnej, gorączkującej siostry. Jednocześnie usiłował odgadnąć, takiego oznacza obecność mnichów? Dlaczego, jak się domyślał, matka postanowiła po nich posłać, zamiast zdać się na metody Jiro? Czyżby stary medyk nie potrafił pomóc dziewczynie? Zadrżał, jak tylko sformułował tę myśl. "Nie" - gdzieś z tyłu głowy natychmiast zmaterializowało się zaprzeczenie. - "Ona nie może umrzeć, to nie byłoby sprawiedliwe!"
- Błagam was o wszystkie duchy opiekuńcze tego rodu, pomóżcie mi i pozwólcie wyzdrowieć mojej siostrze, cokolwiek jej jest - szepnął, nie otwierając oczu. - Okażcie swą łaskę - dodał i nisko pokłonił się przywołanym w modlitwie siłom.
* W białej bawełnianej, przewiązanej miękką wstęgą yukata stała na werandzie pawilonu kąpielowego, nie zważając zupełnie na chłód wiosennej nocy. Opierając się o jeden filarów z podtrzymujących lekko spadzisty dach, spoglądała na pogrzany w mroku ogród. Czarne zarysy niskich, przyciętych w regularne kształty drzewek, wygięty łuk niewielkiego mostku, przerzuconego nad szemrzącym cicho pośród skał malutkim strumykiem odcinały się nieznacznie od granatowej przestrzeni. Nieco dalej, majaczyło przytłumione, niewyraźne światło sączące się przez papierowe ściany rodowej kapliczki. Wszystko to było ciche i spokojne, jak zawsze.
Uśmiechnęła się blado myśląc, że gdyby na jej miejscu znajdował się ktoś o nieco bardziej artystycznym usposobieniu, na pewno ułożyłby jakiś wiersz. Poemat opisujący tę chwilę, zamykający ją w kilku prostych, odpowiednio dobranych, pełnych ukrytych znaczeń słowach. Ona jednak nie miała na to najmniejszej ochoty. Układanie wierszy stanowczo nie należało do jej ulubionych zajęć. Zamiast więc tracić energię, na coś, co i tak nie przyniosłoby by pożądanych rezultatów, księżniczka klanu Sugiatni, przypatrywała się rozjaśnionej żółtawą poświatą kapliczce. Domyślała się, kto przebywa w środku i zastanawiała, co powinna zrobić? Pójść tam teraz, czy lepiej odłożyć rozmowę do jutra? Przez kilka chwil rozważała obie możliwości aż w końcu postanowiła. Wsunęła stopy w parę zawsze stojących pod werandą łaźni dyżurnych get i lekkim, pewnym krokiem ruszyła przez ogród, postukując drewnianymi klockami o kamienną ścieżkę.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kompot
Mącikompot
Posty: 423
Rejestracja: 21 sierpnia 2012, 23:40

Re: Samotne irysy

Post autor: Kompot » 04 sierpnia 2013, 16:28

SpoilerShow
Kandara pisze:Wiem, wiem. Mam zabójcze tempo, ale... nie w sumie to nie mam usprawiedliwienia. ee przepraszam. :bag:
Rozdział VIII Przygotowania zostały ukończone. Hisako, wciąż nieprzytomna, odziana w śnieżnobiały, nocny strój, leżała teraz na dokładnie na środku swojego pokoiku, a dookoła jej posłania paliły się liczne świece i kadzidła. Aromatyczny dym wypełniał pomieszczenie białą, wijącą się mgiełką, spowijał je w całości, sprawiał, że powietrze stawało się ciężkie, wręcz namacalne (bardzo mocny opis). Monotonny, mruczący, dźwięk sutr, recytowanych przez pięciu mnichów i starą mniszkę w szarym kapturze, wzmagał dodatkowo panujący tutaj podniosły nastrój niebiańskiej zadumy. Dusząca, ciężka, chwytająca za gardło woń drzewa sandałowego, zmieszana z mocnym zapachem lotosu, unosiła się w przestrzeni sypialni, aby następnie wypełnić płuca przebywających tu osób. Oczyścić umysły, usunąć zeń zbędne myśli, zepchnąć na bok wszelkie, związane z tym światem odczucia, by wprowadzić dusze w odmienny, wyższy stan świadomości. Poziom, na którym mogli widzieć, to, co niewidoczne, słyszeć to, co niesłyszalne, czuć, to, co niewyczuwalne.
Tamao była tutaj także. Odrobinę oddłużona (odurzona?) przetłaczającą mieszaniną aromatów zawartą w dymie świec i kadzidełek, siedziała, tak samo jak kapłani w pozycji kwiatu lotosu i na wpół otwartymi oczami przyglądała się nieruchomym sylwetkom. Wsłuchiwała się w jednostajne, rytmiczne brzmienie modłów i starała odłożyć na bok wszystkie obawy i zgryzoty, które dręczyły ją tak mocno w ciągu ostatnich dni. Podobnie jak oni, chciała się całkowicie wyciszyć, wznieść ponad to, co doczesne, zaznać, chociażby na chwilę tego wyższego stanu świadomości. Niestety, nie było jej to dane. Smutek po stracie męża, strach o życie córki, niepokój o los syna i klanu przyległy do jej serca tak mocno, że nawet otępienie nie potrafiło go stamtąd wyprzeć. Dlatego też teraz po prostu tkwiła tutaj, jak zawsze spokojna, na pozór całkowicie pozbawiona emocji, opanowana do granic i z pewnym niepokojem, ale i ufnością oczekiwała końca rytuału. Głosy duchownych stawały się coraz bardziej niewyraźne, a ich postacie zdawały się być coraz odleglejsze. Dym wypełniający komnatę zgęstniał. Wijąc się i falując pomiędzy panią Sugiatni, a siedzącymi na przeciwko jej (niej?) mnichami tworzył coś na podobieństwo bardzo grubej zasłony. Kobieta zamknęła powieki, zakołysała się lekko, czując mocny zawrót głowy. Odruchowo wsparła się dłonią o podłogę, a kiedy wirowanie ustało, na powrót otworzyła oczy. Skoro nie może przyłączyć się do medytacji, to przynajmniej przyjrzy się wszystkiemu tak uważnie, jak to tylko możliwe.
Popiół z kadzideł opadał na drewnianą podstawkę, podczas gdy one robiły się coraz krótsze i krótsze, natomiast wosk ze świec skapywał po ich ściankach. Dym wciąż gęstniał, jednak aromat już dawno przestał drażnić nozdrza obecnych tu osób. Czas zdawał się stać w miejscu. Duchowni wciąż powtarzali te same słowa, Hisako wciąż leżała spokojna, jakby uśpiona na futonie, Tamao wciąż wpatrywała się w nieruchome sylwetki, udając przy tym, że drażniący oczy i gardło dym wcale jej nie przeszkadza. (jeśli zamierzone są te powtórzenia, to nie będę się czepiała) Długo, bardzo długo nic więcej się nie działo.
Niespodziewanie, w monecie, kiedy pozostało nie więcej jak ćwierć trociczki kadziła, nagły, zimny podmuch zdmuchnął świece, rozwiał unoszącą się w pokoju gęstą mgłę. Jednocześnie księżniczka rzuciła się konwulsyjnie na posłaniu. Tak samo jak wcześniej, tak i teraz drobnym ciałem wstrząsnęła seria silnych dreszczy. Dziewczyna wyprężyła się kilkakrotnie, zwinęła w kłębek, po czym równie gwałtownie rozprostowała się. Sutry nasiliły się, a drgawki również. Niemal poderwały księżniczkę z posłania, tylko po to, aby chwilę później znów cisnąć nią o podłogę. Wtedy też, coś uderzyło w mniszkę. Starsza kobieta zachwiała się, jakby ktoś mocno pchnął ją do tyłu. Upadła na plecy, nawet nie starając się zamortyzować upadku. Nie zaprzestała także recytowania modłów.
Hisako, jakby przyciągana jakąś niewidzialną siłą, po raz kolejny oderwała głowę i plecy od futona. Sztywno uniosła się do pozycji półsiedzącej. Trwała tak przez kilka chwil, a następnie bezwładnie opadła na posłanie. Nie poruszyła się już, lecz z kapłanką, zaczęło dziać się dokładnie to samo, co przed chwilą z księżniczką. Kaptur zsunął się z głowy kobiety, ukazując ogoloną czaszkę, poorana licznymi zmarszczkami twarz ściągnęła się bólem, a matowe, pokryte bielmem tęczówki, wywróciły na drugą stronę. Mniszka parokrotnie jeszcze uniosła się lekko i opadła, rytmicznie uderzając głową o tatami.
- Tamao-chan, dobrze cię znów widzieć. - (nie powinno być bez kropki i z małej litery?)Z ust zakonnicy wydobył się głęboki, niski, lecz jednocześnie ciepły, pełen ulgi, męski głos.
- Harumi-sama! - Pani Sugiatni z trudem panowała nad drżeniem. Jej dłoń odruchowo powędrowała w stronę medium, źrenice rozszerzyły się raptownie. Serce w pierwszej chwili zabiło mocniej, ale natychmiast zwolniło (nie jestem pewna czy reakcje somatyczne dobrze jest wykorzystywać do obrazowania etykiety. Rozumiem, że chodzi o to iż nie mogła pokazywać emocji, ale serio potrafi do tego stopnia kontrolować swoje ciało by reakcje somatyczne na lęk, podniecenie itd wyciszyć? Zmień to proszę, bo to takie trochę opkowe.). - Nigdy bym nie pomyślała, że byłbyś zdolny do podobnej rzeczy.
- Uwierz, że tego nie chciałem. Wybacz mi, że ostatnio przysporzyłem ci tulu zmartwień.
- Nie powinieneś mnie (o) to prosić, panie(przecinek) wiesz o tym dobrze. Niewolno (nie wolno, chyba że masz na myśli szybko) mi czuć urazy.
- A czujesz? - zapytał duch miękkim, łagodnym tonem, tym samym, którego dawniej używał tylko wtedy, gdy byli sami. Tonem, sprawiającym, że otaczająca Tamao twarda powłoka w jednej chwili pękała na tysiąc kawałków, odkrywając jej prawdziwą duszę. Teraz też spokój opadł z twarzy kobiety ustępując miejsca tępemu zmieszanemu ze smutkiem bólowi.
- Nie, panie. Skłamałabym jednak, gdym (gdybym?) powiedziała, że cię rozumiem. Dlatego błagam, pozwól mi spytać.
- Nie musisz prosić o pozwolenie.
- Dlaczego tutaj jesteś? Co skłoniło, cię do tego, aby dręczyć własną córkę? - (z małej) Głos Tamao nie zmienił się, pozostał spokojny.
- Nie chciałem tego. Nie miałem zamiaru jej dręczyć, pragnąłem tylko jeszcze raz was ujrzeć, myślałem o was do końca. I do końca nie pogodziłem, się z tym, że muszę umrzeć, aby uratować honor klanu i swój własny. Tak naprawdę, wbrew temu, co pokazałem własnemu bratu nie czułem spokoju, gdy podejmowałem tę decyzję, ani też nie poczułem go potem, kiedy wszystko już było przygotowane i kiedy skończyłem układać wiersz. Nie bałem się, jednak było mi przykro, że muszę się zabić. Nie mogłem odejść, nie chciałem. Umarłem z przekleństwem w myślach... Dlatego tutaj jestem. Za bardzo kochałem to życie, ten świat. Nie chciałem się z nim rozstawać, nie chciałem opuszczać was na zawsze. Nie, nie byłem na to gotowy, chociaż powinienem. Ale to przecież za wcześnie! Hisako nie jest jeszcze nawet zaręczona. A Hiroshi? On przecież nie jest gotowy. (podwójna spacja) Zostałem. Nie umiałem, nie mogłem odejść. Potem ujrzałem Hisako. Podszedłem do niej, dotknąłem jej. Ona zaczęła krzyczeć, a mnie coś popchnęło... Wpadłem w jej ciało i nie umiałem się wydostać. Przepraszam, że zadałem jej ból. Przepraszam, że zadałem go tobie. (bardzo mi się podoba ten fragment wypowiedzi. Pokazuje ludzką naturę i to, że mimo iż samobójstwa się wymagało, nie było ono prostą decyzją i że lęk mimo wsztko w jakiś sposób wygrywa/ jest nieodłoączny.)
Mnisi nie ustawali w recytowaniu sutr, a rozwiane wcześniej opary z kadzidełek, na powrót wypełniły sypialnię. Na nikim nie zrobiło to jednak większego wrażenia (sztywne to zdanie. Na mnie też kadzidła i dymy nie robią większego wrażenia :lalala: ). Tamao, spojrzała na leżącą przed nią córkę, a potem ponownie wbiła wzrok w niewidome medium.
- Chcę poznać twój ostatni wiersz - powiedziała tak, jakby prosiła o gałązkę wiśni.
- Oczywiście, Tamao-chan, oto on (nie potrzebne usztywnia. Lepiej by zagrało gdyby zamiast oto on dopisać coś w stylu narracyjnym, że zaczął recytować.):

Oto znów pada śnieg
Przeminęła zbyt szybko
Czerwień jesieni
Wsłuchiwała się smakując słów, wyłapując delikatne zmiany w jego głosie, starając się jak najlepiej pojąć ich sens.
- Dziękuję, ale teraz: (tutaj też dziwnie zagrał ten dwukropek.)
Niechaj twa zmęczona dusza
Zazna spokoju
Jak ziemia po żniwach.

Wyrecytowała gładko, po czym pochyliła się ku podłodze, składając tym samym głęboki ukłon, przed duchem męża.
Medium charknęła głośno, jakby próbowała wyrzucić flegmę z gardła. Kaszlnęła jeszcze parę razy, znów rzucając się po podłodze niczym ryba wyjęta z wody, a potem w jednej chwili wszystko ustało. Niewidoma starka leżała na podłodze ciężko dysząc, mnisi zaprzestali modłów, a jeden z nich zgasił resztkę świec i kadzideł.
Dziewczyna poruszyła się gwałtownie na posłaniu, a następnie otworzyła oczy. Dezorientowanym (Zdezorientowanym), błędnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju. Wciąż jeszcze nieco mętne spojrzenie brązowych oczu (zaiste powiadam: bardzo opkowo.) zatrzymało się na matce, po czym powędrowało (to też opkowo. Powędrowało, pokierowało itd) dalej ku sylwetkom, właśnie upuszczających pokój mnichów.
- Matko - odezwała się, po krótkiej chwili, w momencie, gdy jej oczy znów spoczęły na Tamao. - Będziesz łaskawa wyjaśnić mi, co się tu dzieje? Gdzie Kumiko? Chce wstać i się wykąpać.
- Spokojnie. Przez kilka dni, twoim ciałem władał zabłąkany duch, ale dzięki mnichom ze świątyni Kiyan, udało się go wypędzić.
- Władał zabłąkany duch - powtórzyła Hisako głucho i bardzo cicho. Na chwilę znów zamknęła oczy. - Więc to prawda, nie sen. - Dokończyła bardziej dla siebie niż dla matki. Głośniej zaś dodała: Czuję się już całkiem dobrze. Jednakże jestem głodna brudna i słaba. Czy mogę wstać, zjeść coś i się wykąpać?
- Dobrze, niech będzie. Zaraz też każe zawołać twoją pokojówkę.
- Dziękuję, matko. - Uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie. Tamao skinęła lekko głową, po czym nic nie mówiąc, wyszła z pokoju.
* Jakiś czas później naga Hisako siedziała na niewielkim, drewnianym stołeczku znajdującym się wewnątrz małej, kwadratowej łaźni. Bose stopy dotykały kamiennej, chodź (choć, bo chociaż) jednocześnie przyjemnie ciepłej posadzki. Rozpuszczone, sięgające za pośladki włosy zarzuciła na ramiona, tak, że zupełnie zakryły małe, jędrne piersi. Dokoła niej kręciła się Kumiko w podwiniętej szacie, z rękawami podciągniętymi do łokci. Blask księżyca wpadał do pomieszczenia przez znajdujące się pod sufitem, zabezpieczone kilkoma listewkami okno. Za jego sprawą, na podłodze, ścianach nielicznych sprzętach oraz ciałach dziewcząt widniały długie, niebieskawe smugi, przeplatane czarnymi, głębokimi cieniami. Zaś świetne (świetlne?) refleksy odbijały się od powierzchni wody, wypełniającej obszerną, głęboką cyprysową wannę.
- Naprawdę, bardzo się cieszę, że panienka jest już zdrowa - odezwała się swobodnie służąca zajęta namydlaniem swojej pani. - To dobrze, że duch tak szybko dał się przepędzić.
- Ja taż się cieszę - odparła beznamiętnie księżniczka, wpatrzona w jakiś bliżej nieokreślony punkt. - Pewnie wiele się wydarzyło - dodała ze sztuczną wesołością. - Dlatego teraz liczę na ciebie, opowiedz mi, co się tutaj działo, kiedy spałam?
- Dwa dni temu odbyła się rada klanu - podjęła pokojówka, pochylając się, i zanurzając w zimnej wodzie niewielką białą szmatkę - pan Kenshiro raczej nie był z niej zadowolony - ciągnęła ostrożnie dalej, po chwilowym zawahaniu.
Hisako podparła podbródek dłonią, słowa dziewczyny sprawiły, że zamyśliła się na chwilę. Co takiego wydarzyło się podczas narady? Bo, że coś się wydarzyło była pewna. (podwójna spacja) Nie możliwe przecież, żeby chodziło tylko o decyzję Hiroshiego w sprawie sojuszu, w końcu została ona podjęta już jakiś czas temu. Nawet, jeśli Kenshiro nadal liczył na to, że młody daimyo, jednak ulegnie jego namowom i zmieni zdanie, to przecież, chyba miał dość czasu, aby oswoić się z jego wolą. Był samurajem. Sługą o wysokim statusie, ale wciąż jedynie sługą... O co więc mogło chodzić?
- Skąd to wiesz? - zapytała po krótkiej chwili milczenia.
- Widziałam go zaraz po zebraniu - Kumiko znów zawahała się lekko. - Proszę wybaczyć mi śmiałość, ale wydał mi się dziwny, a do tego wspominał coś o panu Ikemoto oraz o tym jakoby decyzje naszego pana, miałby w przyszłości zgubić klan... - Zamilkła nagle, jednocześnie mocniej skupiając się na swoim zajęciu. Chyba powiedziała zbyt wiele. Odruchowo spuściła oczy, starając się z całych sił ukryć, malujące się na twarzy zakłopotanie, jakby zapomniała, że w pomieszczeniu panuje półmrok.
- Powiedział to tobie? - Księżniczka odwróciła się przez ramię, spojrzała na rozmówczynię, jednocześnie łapiąc ją za nadgarstek, tak mocno, że tamta gwałtownie zgięła się wpół.
- Nie... Niezupełnie - zaprzeczyła lekko drżącym głosem. - Ja przepraszam.
Hisako westchnęła cicho.
- Spokojnie. Powiedz mi, co się stało, w jaki sposób się tego dowiedziałaś? - Zanim padły te słowa, zdążyła już puścić służącą i całkowicie obrócić się w jej stronę.
- Nic, naprawdę, ja tylko... Zdarzyło mi się słyszeć, coś, co nie było przeznaczone dla moich uszu... Ale przysięgam, to się więcej nie powtórzy.
- Nie umiesz kłamać - stwierdziła stanowczo Hisako. - Nawet tego nie próbuj.
- Kiedy ja nie kłamię, jakbym mogła. - Kumiko miotała się coraz bardziej, w końcu osunęła się na kolana i przyciągnęła głowę do płyt podłogi. - Przysięgam, że nie...
- Wstań! - Pierwsza córka klanu Sugiatni niewiele robiła sobie z zakłopotania służki, która wstała natychmiast po tym, jak padło polecenie. I teraz lekko drąc stała ze spuszoną głową i zamkniętymi oczami tuż pod ścianą.
- Dobrze - Hisako wyprostowała się na stołeczku - To teraz powiedz mi, jak było naprawdę. Byłaś z nim tamtej nocy, czy tak?
- Wybacz mi księżniczko, nie mogę... Nie powinnam... Nie wolno mi... - dukała, Kumiko, jednocześnie czując jak, na samo wspomnienie, krew napływa jej do policzków. Nigdy przedtem żaden mężczyzna nie żądał od niej czegoś podobnego. I chociaż doskonale wiedziała, że nie dzieje się nic niezwykłego, że to nic nie znaczy, nie potrafiła myśleć o tym spokojnie.
Pamiętała jego dotyk. Stanowczy uścisk twardych, pełnych odcisków dłoni. Swoistą delikatność, połączoną z nieznoszącą sprzeciwu władczością. Pamiętała, że po tym jak znaleźli się w pokoju, a ona pomogła mu już przebrać się w nocną szatę, klęczała na podłodze pełna obaw o to, co stanie się za chwilę.
Samuraj najpierw rozwiązał fartuch, który nosiła zamiast pasa, rozsunął poły wierzchniego i spodniego kimona dziewczyny, wsunął w nie dłoń przez chwilę dotykał jej skóry. Ugniatał malutkie, niemal płaskie piersi, tak mocno ściekając przy tym brodawki, że poczuła napływające do oczu łzy.
Nadal się bała. Serce biło jej szybciej, w głowie miała popłoch. Wiedziała, że powinna czuć się dumna, zaszczycona! Ale przecież miała tylko niecałe piętnaście lat i nigdy wcześniej nie była z mężczyzną! Nie miała pojęcia, co robić! Ilustracje z książek poduszkowych, które tak chętnie oglądała w raz z innymi młodymi służącymi, wydały się jej nagle śmieszne, niewystarczające. Zresztą i tak wszystkie zapomniała. Zacisnęła powieki. Kenshiro jedną ręką wciąż bawił się biustem dziewczyny, drugą ponownie chwycił dłoń jej dłoń, wsunął pod swoje jedwabne nocne kimono i położył na przyrodzeniu.
Wzdrygnęła się lekko. Otworzyła oczy, poruszała nimi gwałtownie, jakby szukając ratunku, szarpnęła się, nieśmiało spróbowała cofnąć rękę. Nie chciała, nie była na to gotowa! Przytrzymał ją mocniej. Nic nie powiedział, wyczuła jednak, że nie spodobało mu się to. Samuraj ujął służącą za drugą rękę i także wsunął ją pod swoją szatę. Znów zacisnęła powieki. Pozwoliła, żeby poprowadził jej dłonie, zademonstrował, w jaki sposób masować jego członka, aby stwardniał, a gdy to się stało pchnął dziewczynę na rozłożony futon.
Chwilę później było już po wszystkim, lecz on zamiast pozwolić jej odejść, zupełnie nieoczekiwanie zaczął mówić. A mówił takie rzeczy, że Kumiko poczuła prawdziwe przerażenie. Nigdy nie powinna tego słuchać! Co on teraz zrobi, zabije ją? Życie służącej, tak niewiele znaczy.
Nieważne, że ta służąca była córką wiejskiego samuraja. Jej ojciec miał tak niską rangę i tak mały przydział ryżu, że nie tylko nikt nie zapraszał go na oficjalne klanowe uroczystości, ale też zapewne nikt nawet nie pamiętał jego imienia. Dlatego nawet teraz, kiedy stała przed swoją panią, wciąż bała się, że tamtej nocy ściągnęła na siebie wyrok śmierci.
- Czyli tak. - Hisako wzruszyła lekko ramionami, nagle łagodniejąc. - To przynajmniej powiedz mi, co dokładnie wtedy usłyszałaś z jego ust.
- Nie usłyszałam już nic więcej - Kumiko wyraźnie odetchnęła. - Hisako-sama, myślisz, że to możliwe? Hiroshi-sama, mógłby...
- Nie wiem, nie znam się na prowadzeniu wojen. (podwójna spacja) Jeśli jednak stryj tak twierdzi, obawiam się, że może mieć rację. Ufam jego doświadczeniu.
Zamilkły. Kumiko konturowała obmywanie ciała i włosów swojej młodej pani, skupiając się całkowicie na tej czynności. Księżniczka zaś wbiła wzrok w refleksy księżycowego światła, usiłując zebrać myśli.
Przez cztery dni leżała nieprzytomna, to długo, bardzo długo. Wiele przez to straciła, może nawet zbyt wiele? Zacisnęła powieki. Czym sobie na to zasłużyła? Czemu własny ojciec zrobił jej coś takiego? Jak w ogóle mogło do tego dojść? Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań i prawdę mówiąc, wcale nie była pewna, czy chce je poznać. Sprzeczności mieszały się w niej, przekrzykiwały wzajemnie. Pourywane kawałki myśli to wynurzały się na wierzch, to ginęły w odmętach umysłu, aby już nigdy nie powrócić. Na ich miejsce natychmiast pojawiały się nowe. Wiele spraw, niedokończonych refleksji kłębiło się teraz pod sklepieniem czaski dziewczyny. Chaos ogarniał ją całą, wkradał się nie tylko do rozważań, ale i emocji. Po ostatnich przeżyciach nie wiedziała już, co powinna czuć. Obok zimnej, nienawiści do generała Murahito połączonej z chęcią zabicia go własnym sztyletem, albo przynajmniej ujrzenia martwym, pojawiała się teraz ponura, wymierzona w rodzica pretensja. To przyprawiało ją o wstyd. Nidy, przenigdy nigdy nie powinna czuć czegoś podobnego! Nie miała prawa mieć żalu do ojca! To przecież świadczyło o zupełnym braku szacunku! Och! jak bardzo chciała pozbyć się tego uczucia, wyrzuć z siebie, zapomnieć o jego istnieniu! Z drugiej strony, coś nieśmiało szeptało w niej, że przecież nie robi niczego złego. W końcu została skrzywdzona. Skrzywdzona? Naprawdę pomyślała coś takiego? Nie mogła jednak zaprzeczać faktom. Niestety, ojciec, czy raczej jego duch naprawdę ją skrzywdził. Pogrążył w gorączce i uśpił na długi czas. Prawie zabił, Skąd, więc te skrupuły? Przecież nie miał prawa jej nękać. Nie ważne, kim był!
Co z Hiroshim i jego decyzjami? Czy naprawdę mogą być aż tak groźne? Nie umiała odpowiedzieć, lecz intuicja nakazywała jej przyznać Kenshiro rację. To on był tutaj starszy i bardziej doświadczony, skoro, więc mówił na głos, to, co mówił, bez wątpienia musiał mięć powody ku temu.
Pokojówka nareszcie skończyła i ukłoniwszy się, zostawiła swoją panią samą. Hisako powoli wstała i skierowała kroki w stronę wanny. Gorąca ciecz przyległa do ciała dziewczyny, rozluźniła mięśnie. Sprawiła, że po mimo ponurych myśli ogarnęła księżniczkę oczyszczająca, chodź osłabiająca błogość. „Nie” - postanowiła w duchu. - „Nie będę o tym myśleć, ale chyba powinnam porozmawiać z bratem.” - Rzekła jeszcze w duchu, nim bez reszty oddała się chwili przyjemności.

* Hiroshi klęczał przed niewielkim, pustym ołtarzem wewnątrz pogrążonej w półmroku ogrodowej kapliczki. Mała, stojąca na drewnianej podstawce świeca, stanowiąca jedyne źródło światła, rzucała miękką, migotliwą poświatę na papierowe ściany, co czyniło je niemal przeźroczystymi. Czarne, lakierowane deski wyłaniały się z ciemności, błyszczały pośród niewielkiego żółtawego kręgu, a potem znów ginęły w mroku. Chłopiec spoglądał nań w milczeniu. Lubił to, uwielbiał obserwować tę dziwną grę dziwną grę światła i cienia. Przyglądać się jak jeden wątły(przecinek) malutki, kołyszący się na wszystkie strony promyk rozjaśnia pomieszczenie, załamuje spokojną, aksamitną czerń. Ciepły delikatny blask przynosił ukojenie, pomagał uporządkować nie całkiem jeszcze spokojne myśli, dodawał sił niezbędnych do uniesienia tego, co spadło na jego barki. Na chwilę wrócił myślą do niedanej narady, przypomniał sobie, w jaki sposób członkowie klanu przyjęli jego pierwszą, samodzielną, jakże ważną decyzję i westchnął cicho. Ich milcząca, pełna niewzruszonej powagi zgoda, wcale nie sprawiła, że poczuł się chociażby odrobinę pewniej w nowej roli. Fakt, że nikt z wyjątkiem Kenshiro nie wyraził głośno, co myśli na ten temat, więcej; żaden członek klanu nawet nie mrugnął, wzmógł w młodym przywódcy uczucie osamotnienia. Nie wiedział, bowiem, kto popiera go naprawdę, a kto jedynie z obowiązku. Jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że nie powinien o tym myśleć, przejmować się za nadto zdaniem poddanych.
„Daimyo nie jest od tego, ażeby zadowalać podwładnych, tylko od tego, aby ich prowadzić, wskazywać właściwą drogę, zgodną z jego własnym duchem. Cokolwiek zrobisz, jakkolwiek postąpisz będzie to dobre. Musisz o tym pamiętać. Decyzja władcy zawsze jest dobra” - na wierzch umysłu chłopca wysunęły się nagle stare nauki ojca. Ich Sens miał dopiero pojąć... Ale skoro, to, co robił, jako władca zawsze było dobre, czemu wywoływało to tak wyraźny sprzeciw stryja Kenshiro?
Oderwał wzrok od ognika, tańczącego na cienkim knocie świecy, spojrzał wprost na wpół skryty w cieniu ołtarz. Wstał, wziął do ręki drewnieją podstawkę i powoli zbliżył się do niskiego stolika. Postawił na nim świeczkę, a wówczas rozjaśniło się niemal całe wnętrze kaplicy. Sięgnął dłonią do leżącego w kącie podłużnego, odkrytego pudełka i wydobył stamtąd trociczkę kadzidła. Przyłożył ją do promyka świecy, a kiedy ogień zaczął pełzać po nasączonym wonnym olejkiem drewnie, natychmiast dmuchnął, aby go ugasić. Kilka iskierek wzbiło się w powietrze, jednakże wszystkie zgasły, zanim zdążyły dotknąć ziemi. Przy życiu pozostały jedynie te, które wciąż trzymały się kadzidełka i rozgrzewając je swoim żarem, sprawiały, że w powietrze unosiło się cienkie pasmo białego dymu. Hiroshi umieścił tlącą się pałeczkę w jednej z licznych miniaturowych dziurek, znajdujących się po obu bokach ołtarzowego stolika i ponownie przyklęknął.
Podobnie jak matka w pierwszych dniach po otrzymaniu wieści po śmierci ojca, tak teraz on spędził tutaj niemalże całe dzisiejsze popołudnie. Oddając się na przemian rozważaniom i modlitwom usiłował odzyskać utraconą równowagę. Zamknął oczy, zmieniając kierunek myśli. Dlaczego nikt nie chciał powiedzieć mu niczego o tej dziwnej chorobie księżniczki? Minęło już tyle czasu. Cztery długie dni, a on wciąż praktycznie nic nie wiedział na ten temat. Wyglądało to trochę tak, jakby domownicy obawiali się, że nie zniesie prawdy i za wszelką cenę starali się ją przed nim ukryć.
"Może mają rację?" - Pomyślał z goryczą.- "Gdym (naprawde tu powinno być gdy? gdynbym poznał prawdę...) poznał prawdę, mógłbym jej nie wytrzymać, ale przecież w końcu będą musieli wyjawić mi, co się dzieje. Dlaczego, więc nie chcą tego zrobić teraz? Nie jestem już dzieckiem. Nie powinni mnie już za nie mieć"
Wciąż czuł to samo, co podczas porannego spaceru po ogrodach, gdy ujrzał przypadkiem sunące w milczeniu, wysokie, szczupłe, wręcz chude sylwetki pięciu mnichów oraz mniszki. Stojąc w przeciwległym końcu ogrodu, uważnie śledził kroki spowitych w pomarańczowo-czerwone i szare szaty postaci, odczuwając przy tym coraz większy niepokój. Duchowni skręcili w stronę pokoi kobiecych, a wówczas od razu przyszła mu na myśl Hisako. Zadrżał leciutko. Nie podobało mu się to ani trochę, złe przeczucia w jednej chwili wzięły nad nim górę, przygnały do rodowej kapliczki i nakazały rozpocząć modły.
W ciągu kilku godzin, które upłynęły od tamtego wydarzenia parokrotnie zmieniał tok myśli, to przypominał sobie naradę, to znowu przywoływał w myśli obraz nieprzytomnej, gorączkującej siostry. Jednocześnie usiłował odgadnąć, takiego oznacza obecność mnichów? Dlaczego, jak się domyślał, matka postanowiła po nich posłać, zamiast zdać się na metody Jiro? Czyżby stary medyk nie potrafił pomóc dziewczynie? Zadrżał, jak tylko sformułował tę myśl. "Nie" - gdzieś z tyłu głowy natychmiast zmaterializowało się zaprzeczenie. - "Ona nie może umrzeć, to nie byłoby sprawiedliwe!"
- Błagam was o wszystkie duchy opiekuńcze tego rodu, pomóżcie mi i pozwólcie wyzdrowieć mojej siostrze, cokolwiek jej jest - szepnął nie otwierając oczu. - Okażcie swą łaskę - dodał i nisko pokłonił się przywołanym w modlitwie siłom.
* W białej bawełnianej, przewiązanej miękką wstęgą yukata, stała na werandzie pawilonu kąpielowego, nie zważając zupełnie na chłód wiosennej nocy. Opierając się o jeden filarów z podtrzymujących lekko spadzisty dach, spoglądała na pogrzany w mroku ogród. Czarne zarysy niskich, przyciętych w regularne kształty drzewek, wygięty łuk niewielkiego mostku, przerzuconego nad szemrzącym cicho pośród skał malutkim strumykiem odcinały się nieznacznie od granatowej przestrzeni. Nieco dalej, majaczyło przytłumione, niewyraźne światło sączące się przez papierowe ściany rodowej kapliczki. Wszystko to było ciche i spokojne, jak zawsze.
Uśmiechnęła się blado myśląc, że gdyby na jej miejscu znajdował się ktoś o nieco bardziej artystycznym usposobieniu, na pewno ułożyłby jakiś wiersz. Poemat opisujący tę chwilę, zamakający ją w kilku prostych, odpowiednio dobranych, pełnych ukrytych znaczeń słowach. Ona jednak nie miała na to najmniejszej ochoty. Układanie wierszy stanowczo nie należało do jej ulubionych zajęć. Zamiast więc tracić energię, na coś, co i tak nie przyniosłoby by pożądanych rezultatów, księżniczka klanu Sugiatni, przypatrywała się rozjaśnionej żółtawą poświatą kapliczce. Domyślała się, kto przebywa w środku i zastanawiała, co powinna zrobić? Pójść tam teraz, czy lepiej odłożyć rozmowę do jutra? Przez kilka chwil rozważała obie możliwości aż w końcu postanowiła. Wsunęła stopy w parę, zawsze stojących pod werandą łaźni dyżurnych get i lekkim, pewnym krokiem ruszyła przez ogród, postukując drewnianymi klockami o kamienną ścieżkę.
Sorry, że spoileruje cały tekst, ale tak było mi wygodnie czytać, a ciągle mnie coś rozprasza. Zadziwiająco dobrze mi się czytało, niektóre opisy podobały mi się szczególnie. Mam jedną uwagę, propozycję, jakkolwiek to nazwać. Moim zdaniem część w łaźni powinna zamienić się z częścią ostanią. Są dwa powody, które za tym przemawiają.
Część z Kumiko jest bardziej dynamiczna i jest świetna na przerwanie tekstu, zaczepienia czytelnika.
Naturalniej wygląda sytuacja, gdy opisujesz zdarzenia chronologicznie. Domyślam się, że kiedy dziewczęta były w kąpieli, ktoś już poinformował młodego pana o cudownym ozdrowieniu siostry. Wracanie do czasu przeszłego w tym wypadku trochę mota.

Ogólnie tekst mi się podobał, nie wywracałam się tak bardzo na opisach pewnie dlatego, że dużo się działo ;)

Życzę weny dużo! Masz bukiet: :flower: :leaf: :flower: :flower: :leaf: :flower:
Obrazek

ODPOWIEDZ