Wybieramy PROZĘ LIPCA!
Czas na oddanie głosu do 17 VIII - ankieta dostępna w TEMACIE

Samotne irysy [Chałwa]

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Joa » 27 kwietnia 2014, 19:32

SpoilerShow
On, Kenshiro, wszyscy, cały klan trwali w zawieszeniu, miotali się niczym tuńczyki w sieci i nie mogli zrobić nic, aby wydostać się z pułapki, do której zapędzili się sami, a która teraz coraz bardziej zaciskała się wokół ich.
Bardzo mi się podobało to, co zacytowałam.
Ach, o ileż to wszystko byłoby prostsze, gdyby młody daimyo zginał w tamtym ataku! Następny w linii - Kenshiro - z pewnością wiedziałby, jak należy teraz postępować.
Zgubione przecinki i ogonek.
"Nie będziesz żył pod jednym niebem z zabójcą swego ojca lub pana.".

A tu kropka po cudzysłowie powinna być, a nie w.
Tym czasem Ikemoto zbliżał się do miejsca, w które zmierzał.
Powinno być razem i zamiast "w" dałabym "do którego".
białą parę unoszącą się z nad turkusowej powierzchni niewielkiego oczka wodnego,
Razem.
Poklepał zwierzę po pysku, na co ono zadrżało cicho, zarzucając popielatą grzywą, przywiązał je do młodej, samotnej brzuski.
Tu bym rozłożyła na dwa zdania, wstawiając kropkę przed "przywiązał". Tak, to zdanie nie ma sensu, mam nadzieję, że rozumiesz, do czego mam zastrzeżenia. I nie "brzuski", tylko "brzózki".
aby upadło za plecy, rozwiązał taśmę podczytującą juban,
ale nie otwowierał oczu
Mężczyzna zatrzymał się tuż zanim.
Osobno.
Ikemoto otworzył oczy, stanął i odwrócił się w stronę Kenshiro
Zamieniłabym na wstał, "stanął" używa się raczej wtedy, gdy człowiek się zatrzymuje, a nie wstaje.
Kenshiro-dono - ukłonił się lekko.
Kropka i od dużej litery.
Jednakże tamten wytrzymał spojrzenie, nie zwracając uwagi najmniejszej uwagi na zawarte w nim nieme oskarżenie.
Przecinek.
Wszyscy z twojego odział zginęli.
ciał córek i syna ginącego od ostrza wroga
Ginących.
czy bratanicy."
Kropka po cudzysłowie.
otworzyć ledwo, co zabliźnione rany
,
Bez przecinka.
wyrecytowała sztywno, wciąż obserwując nie tylko twarz, ale również całą postać Michiru.
Przecinek.

Wohoa, Kandaro! Nie czytałam tak długo i nie komentowałam, bo nie czułam się na siłach, by cokolwiek z tych dwóch rzeczy robić, nie chciałam się przymuszać, żeby to nie rzutowało na ocenę. Zresztą to nie tylko przy twoim tekście, nie czułam po prostu ochoty na czytanie jakiekolwiek.
A dziś stwierdziłam, że przeczytam z chęcią. I co?
No.
Kandaro.
No i było przyjemnie, bardzo przyjemnie. Muszę Ci powiedzieć, że im dalej w las, tym przyjemniej mi się czyta Irysy, choć wciąż to nie jest to, co czytam na co dzień. Wiesz, Japonia, odległe czasy, to nie mój klimat.
Ale. Ale czytam. I bardzo doceniam to, jak piszesz. Dziś muszę powiedzieć, że naprawdę zrobiłaś postępy względem pierwszych wstawek. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.
Pisz, Kandaro, ja w Ciebie wierzę i czekam.
I nie mam nic już do dodania, było bardzo przyjemnie.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 06 maja 2014, 19:42

SpoilerShow
Odbite od nich białej powierzchni promienie słońca sprawiały, że połyskiwały delikatnie.
ich

nie mogli zrobić nic, aby wydostać się z pułapki, do której zapędzili się sami, a która teraz coraz bardziej zaciskała się wokół ich.
nich

Doceniał rozsądek[,] wyczucie, jakimi krewniak wykazywał się
rozsądek I wyczucie. Dlaczego? Dlatego, że później łączysz te dwie rzeczy w "jedno", używając słowa "jakimi". Więc mowa o obydwu wymienionych cechach. Przecinek sugeruje, że tylko o jednej.

Kenshiro nigdy by tak nie postąpił, ale nie pozwoliłby także[,] na złamanie owego niepisanego prawa.
bez

Zaczął[,] więc powoli rozwiązywać taśmy podtrzymujące hakama.
bez

jednakże nie znajdował się na jego miejscu i nie mógł patrzeć na to się działo, przez pryzmat, co by było gdyby.
"na to co się działo przez pryzmat tego, co by było, gdyby"

Musiał przede wszystkim chronić własny honor i własne życie, aby z kolei móc bronić honor całego klanu, w tym także swojej rodziny.
honoru

- Muszę żyć - odparł z prostotą Ikemoto - po prostu[,] muszę kuzynie.
przecinek po "muszę"

Sięgnęła ku wstędze, związującej jej nocny strój wyjęła zza niego
przecinek po "strój"

raz urodziła martwe dziecko, a teraz[,] odra zabiła Isei`a?
bez. Poza tym - pięć razy im się nie udało, a w tekście widzę wymienione cztery razy tylko

Wieczór jest taki piękny, że aż się prosi o ułożenie kilku wierszy, nieprawdaż szanowna matko?
przecinek po "nieprawdaż"

Wyrwana z zamyślenia Hisako[,] powróciła do rzeczywistości.
zamiast tego na czerwono, musi być po "zamyślenia"

Pytam, księżniczko czy zechcesz wziąć w niej udział.
po "księżniczko"

Pewnie dlatego tak dobrze układało się ze sobą dogadywały.
? ? ?

Watanabe, panie - Strażnika nadal brzmiał tak
głos Strażnika?

Cały fragment czytało mi się wspaniale. Jeśli chodzi o falowanie (bo lekkie było) to sam początek, przemyślenia Ikemoto, trochę mi brzmiały sztywno. Same w sobie były świetne, chętnie dowiedziałam się o postrzeganiu Kenshiro i ocenie ze strony kuzyna, ale miałam wrażenie że ciężko Ci się pisało, zdania takie jak "zbliżał się do miejsca, do którego zmierzał" (czy jakoś tak, by nie zacytuję) mnie spowalniały. Mimo wszystko całość przyjemna w odbiorze, możliwe, że to moja przerwa w czytaniu Irysów i potrzeba wbicia się w rytm. Od chwili, gdy Popiół zostaje przywiązany do drzewa, jest już normalnie i bardzo mi się podoba.

Zdecydowanie na plus wyczuwalne napięcie i niechęć w scenie z Hisako. Jako czytelnik powinnam pewnie zgadzać się z nią i podejrzewać, że stara kobieta, proponująca niewygodną grę, robi to z premedytacją, złośliwie. Z jakiegoś powodu tak się nie stało. Zaczęłam się zastanawiać, czy nieme podejrzenia Hisako nie są czasem wynikiem jej przewrażliwienia, bo niby wszystko zdaje się je potwierdzać, ale... jakoś brak dowodów, by ta "lisica" rzeczywiście działała na jej niekorzyść. Byłam zaintrygowana, aż żałuję, że scena przerwana została przybyciem Strażnika. Emocje tu najbardziej mi odpowiadały, płynęły przez głowę jak trzeba - czułam atmosferę, wieczór, mimo wiszącego w powietrzu widma złej sytuacji, podobało mi się.

Było w tekście kilka takich błędów, jakby... z pośpiechu? Na przykład te zgubiony "głos" Strażnika, czy zdanie wymienione przeze mnie w spoilerze, takie niezrozumiałe. Liczę, że sprawdzasz tekst przez wrzucaniem, więc pewnie tyle razy przesunęłaś po nim wzrokiem, że tego nie widziałaś. Wygląda to w sumie na efekt nanoszonych poprawek, jakby niedokończoną redakcję? Sama nie wiem.

Wstawka o rodzinie Kenshiro bardzo, jak dla mnie, niespodziewana. I po raz kolejny napisze, że to moja ulubiona postać. Wiele zyskał po tym fragmencie, widzę, że to celowe, bo mało co byłoby w stanie jeszcze go podbudować jako "przyjemną" w odbiorze postać... poza takim właśnie akcentem. Co jak co, ale tragedia w przeszłości, ciążące konsekwencje, taki charakterystyczny "ból" bohatera - to zawsze działa na czytelnika. Pochwalić należy i chwalę.

*mam nadzieję że więcej będzie scen z Ikemoto - jest dobry jako pryzmat dla całej sytuacji, ocenia "z boku" działania postaci, które my już znamy i patrzymy wyłącznie subiektywnie...
SpoilerShow
i jak zawsze jestem pod wrażeniem japońskiego nazewnictwa. Nie kojarzę połowy nazw stroju, który Ikemoto z siebie zdejmował, ale byłam zajarana czytając o tym (nie dlatego, że się rozbierał, tylko dlatego, że to ubranie takie warstwowe i... eee, ok, brzmię jak idiotka)
Czekam!
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy

Post autor: Kandara » 27 czerwca 2014, 02:10

Dziękuję wszystkim za komentarze. Uwielbiam je, bo to miłe, że ktoś poświęca mojej pisaninie tyle czasu, że nie tylko czyta, ale i komentuje co mu tam na sercu leży.

------ Rozdział XIV Szanowny Stryju!
Pozwalam sobie napisać do Ciebie ten list i już w pierwszych jego słowach poprosić Cię i zaklinać na szaty bogini Akemori, pierwszej i najwyższej władczyni naszej, matki wszelkich ciał niebieskich, na hełm i zbroję brata jej, strasznego Shimakury, na popioły najświętszego Rozświetlonego i na spokój duszy mego ojca, abyś nie pokazywał go naszemu panu, ani, ze względu na jego dobro, które niezmiernie leży mi na sercu, nie przekazywał mu teraz jego treści w żaden sposób. Bo chociaż w innych czasach sprawa ta wymagałaby natychmiastowej reakcji, z jego strony, dziś niewolno nam go dodatkowo go męczyć...

Po takim wstępie nie spodziewał się dobrych wieści, ale właśnie dlatego czytał dalej. Chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Przesunął wzrokiem po kolejnych znakach i już wiedział, że jest naprawdę źle, a wiedza ta znalazła odbicie w wyrazie twarzy i spojrzeniu, które stopniowo, niezależnie od nieświadomego samuraja zmieniały wyraz na coraz bardziej posępny.
"Niewiarygodne" powtarzał sobie w duchu, nie chcąc uwierzyć, w to, co zostało napisane ręką Hisako, jednocześnie doskonale wiedząc, że każde słowo jest prawdą. Przerwał na chwilę, powrócił spojrzeniem do wcześniejszych linii. Może coś źle odczytał? Pismo księżniczki nie należało do najzgrabniejszych, więc mógł pomylić ze sobą niektóre słowa. Nie pomylił. Czytał więc dalej:

Epidemia rozszerza się dalej, na wioski leżące wzdłuż nurtu Shiro Muruki. Obecnie obejmuje, nie licząc Yantagi i jednego osiedla wyklętych, trzy osady chłopskie. Nie jestem pewna, czy pan Ikemoto wie, co dzieje się w jego lennie, podejrzewam jednak, że podobnie jak nam, tak i jemu nie doniesiono o sprawie, bo i po co? I tak nie mógłby teraz się tym zająć...

Kenshiro ponownie przerwał czytanie listu i z westchnieniem na chwilę uniósł oczy ku pokrytemu białymi, puszystymi obłokami niebu. Stał oparty o ścianę chaty, w której wciąż leżał Hiroshi, i z niedowierzaniem przebiegał wzrokiem po znakach pokrywających trzymany w ręku papierowy zwój. Co ta dziewczyna sobie wyobraża? Za kogo się ma, że waży się na takie rzeczy! Na wszystkie morskie, ziemskie i podziemne demony, jakie miała prawo do tego, aby samowolnie nawiedzać czyjś dom, w sprawach innych niż towarzyskie?! Księżniczce nie przystoją takiego rzeczy! Tym bardziej nie przystoją, jeśli sprawa dotyczy tak poważnej sprawy, jak epidemia. A gdyby się zaraziła? Nie chciał nawet o tym myśleć, wystarczyło, że młody pan wciąż cierpiał z powodu z odniesionych ran, a ona chyba nadal nie całkiem przyszła do siebie, po tym, co ją spotkało.
Przymknął oczy. Misja zlecona mu przez brata, zdawała mu się coraz trudniejsza, dziś po raz pierwszy pożałował, że poskąpiono mu łaski popełnienia samobójstwa. Żal ten trwał jednak krócej niż jedno mgnienie oka. Skoro kazano mu żyć, powinien żyć i nie uskarżać się, tym bardziej, że przecież to ma sens. Bratankowie go potrzebują. Oboje. Teraz dostrzegł to mocniej. Dziwne, że w ciągu ostatnich czterech dni ani razu nie pomyślał o Hisako. Dlatego, że była kobietą? Możliwe. Bo przecież nie dlatego, że nic do niej nie czuł. To oczywiste, że nie mógł pozostać obojętnym wobec córki brata, którego zawsze szczerze szanował.Z góry założył jednak, że z dziewczyną będzie mniej problemów, że sama z siebie nie zrobi ona niczego, co mogłoby przysporzyć jej jakichkolwiek kłopotów! A tu proszę, nie docenił bratanicy. Nigdy nawet nie przeszło mu przez myśl, że mogłaby zrobić coś takiego!Zgadzał się jednak z księżniczką, co do tego, że w obliczu zaistniałych okoliczności nie powinien wspominać Hiroshiemu o zarazie. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Znał swojego pana na tyle dobrze, aby wiedzieć, że to by go tylko dodatkowo zgnębiło. Już sama wieść o wrogu, który przekroczył morską granicę prowincji i właśnie przedzierał się przez góry, wyraźnie przybiła chłopca. Kenshiro zapamiętał, że kiedy posłaniec oddał listy i pokrótce opowiedział ich treść, przez ułamek chwili zauważył w twarzy bratanka popłoch zmieszany z niedowierzaniem i żalem.A przecież przestrzegał go przed tym! To jasne, że osłabieni ostatnim, nieswoim konfliktem, poddani pod władzę chłopca, który nie zaznał wojny na własnej skórze, stali się łatwym łupem także dla pomniejszych klanów. Nie zaznał, bo ostatnia wojna, która toczyła się na terenie prowincji, miała miejsce przed jego narodzeniem, a na wyprawy jeszcze dwa lata temu był, według Harumiego, zbyt młody, chociaż często zdarzało się, że trzynasto- i czternastoletni młodzieńcy szli w bój razem z ojcem. Sam Kenshiro widział swoją pierwszą bitwę właśnie w tym wieku.Jednakże czy miał prawo zatajać przed władcą kolejną rzecz nawet, jeśli robił to dla jego dobra? Coś mówiło mu, że źle postępuje wciąż traktując Hiroshiego jak dziecko, ale co mógł poradzić na to, że ciągle go takim widział? Bo cóż z tego, że wedle prawa bliźnięta osiągnęły już wiek dorosły? On nie umiał myśleć o nich w ten sposób, lecz bez względu na to, co uważał, powinien uznawać fakty. Powoli wrócił do listu. Hisako, choć kreśliła go w pośpiechu przesłała mu pismo znacznych, rozmiarów. Po chwili doszedł do końca:

Z pozdrowieniem, Twoja oddana bratanica Hisako.
Uśmiechnął się lekko, doczytawszy ostatnie słowa. "Oddana bratanica" nie martwiłaby go swoją osobą ani tym bardziej nie przysyłała podobnych listów.Właśnie dochodziło południe, a dookoła niego życie w wiosce toczyło się z pozoru całkiem zwyczajnie. Pomino zajęcia części domostw przez wojsko, chłopi nie zaniechali swoich codziennych zajęć. W sąsiedniej zagrodzie cztery czarne kury zbiły się w pogdakującą grupkę, kiedy jakiś chłop rzucił między nie ziarno. Kenshiro nagle zdał sobie sprawę z tego, że, przez te kilka dni postoju prawie nie widywał dziewcząt i młodych kobiet. Zapewne w obawie przed zachciankami panów wieśniacy pochowali gdzieś swoje żony i córki. Z innego zakątka niósł się głuchy odgłos rąbania drewna, zza zabudowań osady słychać było męskie głosy i pojedyncze rżenia koni, czyli dźwięki typowe dla oddziału ustawiającego się szyk. Jednak w uszach Kenshiro i tak pobrzmiewała nieprzyjemna cisza.W zasadzie powinni wyruszyć kilka godzin temu, to jest tuż po przyjeździe kuriera, nie zrobili tego, bo stan zdrowia młodego daimyo, chociaż wyraźnie lepszy, wciąż nie pozwalał mu dosiadać konia. Niezbędny stał się więc palankin, a ponieważ wyruszając z zamku, zgodnie z rozkazem Hiroshiego, nie zabrano go, teraz pozostawało im jedynie pożyczyć lektykę z domu pana Hary. Złożył list, wsunął za połę kosode i wszedł do chaty. Hiroshi siedział na posłaniu oparty o jedną z belek podtrzymujących sufit. W bladym świetle płonącego w palenisku ognia, twarz chłopca wyglądała na niemal pozbawioną koloru, chociaż jak sam twierdził, czuł się już znacznie lepiej. Owszem, ciągle ćmiło go w głowie, a płuca bolały przy głębszym wdechu, jednak życiu chłopca nic już bezpośrednio nie zagrażało. - Przepraszam - odezwał się, podnosząc oczy na wchodzącego do izby stryja - Byłem głupcem.
Kenshiro wszedł dalej, przysiadł przed posłaniem chłopca i lekko pochylając głowę odpowiedział:
- Nie, panie, nie byłeś. Wiem, co tobą kierowało i rozumiem to.
- Jednak... - chłopiec przez chwilę szukał odpowiednich słów - zlekceważyłem to, że prowincja praktycznie została bez ochrony, naiwnie liczyłem na to, że nic się nie stanie. Byłem głupi. - Powtórzył z większą mocą niż poprzednio. - Nie zaprzeczaj, nie powiesz mi chyba, że nie uznałeś mnie wtedy za naiwnego smarkacza. I wiesz, co? Miałeś rację. Ja sam nie wiem, jak mogłem tego nie zauważyć.
- Panie... - Samuraj podniósł głowę - Wiem, że postępowałeś zgodnie z kodeksem i sercem.
- Oczywiście. Wielkie słowa, na usprawiedliwienie głupiej dziecinnej zachcianki. Myślisz, że nie wiem, że to ja byłem celem tamtej zasadzki? Myślisz, że nie rozumiem, że to nie byli zwyczajni zabójcy? Gdyby tak było, nie daliby wam rady. - Głos nabrzmiewał mu coraz bardziej, słowa stawały się głośniejsze. Kenshiro krzywił się w duchu na ten wybuch emocji Hiroshiego. To nie powinno się przytrafiać władcom. Chłopom, rzemieślnikom, kupcom, tak, ale nie samurajom, a tym bardziej daimyo. - To byli albo samuraje, albo Organizacja. Długo to trwało, ale w końcu olśnienie na mnie spłynęło. Chociaż w sumie to jedno.
- Nie, panie to nie jest jedno. Organizację tworzą roninowie i zwykli zbóje.
- Ronin ma prawo nosić długi miecz! Nie mów mi więc, że nie jest samurajem - przerwał Hiroshi bardziej opanowanym, ale jednocześnie szorstkim głosem. - Jednak to bez różnicy, Organizacja sama z siebie by tego nie zrobiła, oni nie mieszają się do takich spraw.
Tego się nie spodziewał, toteż słowa chłopca uderzyły go jakby obuchem w tył głowy, na chwilę zmącając umysł samuraja. Źrenice gwałtownie rozszerzyły się, z twarzy odpłynęła krew. Nie musiał nic mówić, młody władca sam doszedł do właściwych wniosków! Sformułowana myśl sprawiła, że zalała go nagła fala ulgi. Chociaż powinien się przecież z tym liczyć, Hiroshi może był młody, może popełniał błędy, ale jak mógł kiedykolwiek pomyśleć, że nie zrozumie, co się stało? Przeklął własną tępotę. W swoim postanowieniu chronienia chłopca zapędził się stanowczo zbyt daleko. W końcu miał przed sobą piętnastoletniego młodzieńca, a nie pięcioletniego chłopczyka! - Masz kogoś na myśli? - Hiroshi zdołał uspokoić głos i teraz mówił już swoim zwykłym, matowym, ciepłym, delikatnie drgającym.Kolejna rzecz, której się nie spodziewał, przynajmniej nie tak szybko. Mimowolnie napiął mięśnie, zacisnął pieści. Teraz wiedział, że jeszcze nie może na to odpowiedzieć. Nie wolno mu rzucać oskarżeń bez chociażby cienia dowodów.
- Nie wiem, panie. Wybacz mi. - Odparł jednocześnie sięgając ku miejscu na piersi, gdzie wcześniej ukrył list Hisako. Te kilka chwil rozmowy sprawiły, że nagle zmienił zdanie co do prośby dziewczyny. Hiroshi może i był delikatny, ale nie na tyle, żeby chronić go przed wszystkim, co się dzieje. - Myślę, że powinieneś to zobaczyć.
* – Księżniczko? – Kumiko zrobiła niepewny krok w kierunku Hisako, zwróconej plecami do niewielkiego orszaku, złożonego, prócz pokojówki, z dwóch strażników i pięciu tragarzy, klęczących teraz w pyle drogi. Czterech mężczyzn wciąż trzymało drągi zamkniętego palankinu, którego blado żółte ścianki zdobił wzór różowych kwiatów magnolii.– Księżniczko, czy coś się stało? – Kolejny krok i znów brak jakiejkolwiek reakcji ze strony Hisako, prócz nagłego zadarcia głowy, jakby chciała spojrzeć w niebo, i rozpostarcia szeroko ramion. Rękawy uchikake i kosode osunęły się i spłynęły ku łokciom, ukazując nagą skórę. Chwilę stała tak, niby modląc się wprost do schowanego akurat za małym białym obłokiem słońca, zanim powoli odwróciła się.
Kumiko pisnęła, widząc grymas bólu wyryty w bladym, dziwnie zastygłym, nieruchomym, niczym teatralna maska i tak samo bladym obliczu. Zamglone, nieobecne oczy patrzyły gdzieś w dal, poprzez pokojówkę i resztę orszaku, jakby wcale ich tam nie było. Służąca rozpaczliwie zerknęła na mężczyzn. Strażnicy zmienili się na twarzy, ale wciąż stali na lekko rozstawionych nogach, starając się nie okazywać strachu. Tragarze bardziej przylgnęli do ziemi, właściwie padli na nią plackiem, drżąc przy tym niczym zające przed nagonką. Dziewczyna zacisnęła pięści, nerwowo poruszyła ustami, wypowiadając słowa pierwszej sutry, jaka przyszła jej do głowy. Nie. Nie teraz. Przecież wszystko było dobrze!
– Zostaw! – Krzyk, chociaż wyraźny łamał się, drgał i urywał jakby ucięty mieczem. – Nie! - Rozpaczliwy, bolesny, podobny do ryku zranionego tygrysa. - Zostaw! - Gwałtowne szarpnięcie zwaliło księżniczkę z nóg. Poleciała twarzą w dół, w ostatniej chwili wyciągnęła jednak ręce, co zamortyzowało upadek. Targana serią silnych dreszczy, rzuciła się parę razy, po czym znieruchomiała i powoli wstała. Kumiko i pozostali niepewnie spojrzeli po sobie. Chociaż wciąż mieli przed sobą Hisako, to nie mogli nie zauważyć, że ruchy dziewczyny wyostrzyły się, przyśpieszyły, stały się gwałtowniejsze, szarpane, pozornie nieskoordynowane. Wzrok, po tym jak już opadła zeń mgła, stwardniał, przez co spojrzenie stało się niemal przeszywające.
– Pa... pani? Hisako-sama? – Kumiko trzęsła się, gdy wypowiadała te słowa. – Wszystko w porządku? - Wiedziała, że nie. Widziała to wyraźnie i gdzieś tam w duszy zdawała sobie sprawę, że stojąca przed nią istota, nie jest jej panią, ale odtrącała tę myśl, czepiając się nadziei, że tak naprawdę nic się nie stało. Nie mogło! Nie teraz!
* Posłańców było dwóch. Obaj jednakowo zdrożeni, pokryci brudem, cuchnący ludzkim oraz końskim potem, obaj jednakowo przekonani o pilności i ważności dostarczanej wiadomości. Jeden z nich nosił na podróżnym kimonie mon przedstawiający kwiat kamelii wpisany w romb i przedstawiał się jako Kasai Shinji sługa pana Toru Ryouty. Szatę drugiego zdobił irys rozłożony niczym parasol nad trzema źdźbłami trawy, a ze słów wynikało, że przysłał go pan Sugiatni Yasou. Powiadomiona o ich przybyciu Tamao poczuła dwa mocne ukłucia niepokoju, osobne dla każdego z nich, a potem jeszcze jedno, silniejsze, stanowiące jakby kumulację poprzednich. Tym bardziej, że żaden z przybyszy nie chciał, czy też nie mógł rozmawiać z szambelanem, lecz pokornie prosił panią zamku o audiencję. Zgodziła się bez zastanowienia.Czego chciał od niej brat? Tak nagle. Od kiedy siedemnaście lat temu opuściła dom rodzinny, pisywali do siebie jedynie z okazji niektórych wielkich świąt, czy prywatnych uroczystości. I tak tuż narodzinach bliźniąt, pan Toru Ryouta przysłał wraz z listem gratulacyjnym także podarunki: kilkanaście metrów jedwabiu na kimona dla siostrzeńca i siostrzenicy, dwa złote talizmany szczęścia w bogato wyszywanych woreczkach z zielonego jedwabiu, jak również dwa papierowe wachlarze dla chłopca i porcelanową lalkę, z fryzurą z prawdziwych kobiecych włosów, dla dziewczynki. Potem nie licząc informacji o śmierci rodziców, wymienili ze sobą jeszcze kilka uprzejmych pism.
Ile to już lat? Taomao szybko odgięła palce. Ostatni list, na który nie dostała już odpowiedzi, wysłała w trzecim roku jaśminu panowania cesarza Hikaru. Westchnęła ciężko. Dziewięć lat bez chociażby najmniejszej wiadomości, a teraz niespodziewanie wysyła do niej lotne stopy. To nie mogło zwiastować niczego dobrego. Posłaniec Yasou także nie mógł mieć dobrych wieści. Pani Sugiatni poczuła jak jej serce przyśpiesza. Chyba Hisako nic się nie stało? Była jeszcze trochę słaba, to prawda, ale nie było jej nic poważnego, chyba, że ta krótka podróż w jakiś sposób ją nadwyrężyła. Jiro ostrzegał, że może tak się zdarzyć.
Donośny głos oznajmił przybycie pani, po czym drzwi prowadzące na werandę przy wewnętrznym dziedzińcu odsunęły się. Tamao nie poruszając głową zobaczyła, że dwaj klęczący poniżej podestu mężczyźni skłonili się nisko. Powoli usiadła i to samo zrobiła podążająca za nią Sata. Poprawiwszy odpowiednio fałdy białego uchikake, pani Sugiatni złożyła dłonie na kolanach, w prawej trzymała na wpół rozłożony wachlarz, także biały, lekko tylko zabarwionym złotem tuż przy górnym brzegu, upodobniła twarz do spokojnej maski i utkwiła spojrzenie w rosnącej niedaleko śliwie. Lubiła to drzewo. W pierwszych latach małżeństwa, kiedy zdarzało się jej tęsknić za domem, rodzicami i starszym bratem, wpatrywanie się w potężną, bogato rozgałęzioną koronę pomagało jej tłumić emocje.
Wypowiadając słowa powitania, panowała nad głosem na tyle dobrze, że żadna fałszywa nuta nie wkradła się do stanowczego, ale uprzejmego tonu. Nic nie zdradziło obaw szarpiących ją od środka. Z równym pozornym spokojem przyjęła listy i przeczytała pisma, chociaż treść obu przyprawiła kobietę o zimne poty.
- Czy mój syn został powiadomiony o sytuacji? - zapytała wysłannika pana Yasou.
- Pan napisał do niego. Ufam, że wiadomość dotrze lub już dotarła do rąk młodego pana.
- Dobrze. - Nieznacznie kiwnęła głową.
- Podejdź! - zwróciła się do sługi klanu Toru. - Twój pan, kazał ci przynieść odpowiedź? – Zapytała, starając się nie okazać oburzenia, jakie wywołała w niej niedawna lektura.
- Tak jest, pani. - Mężczyzna skłonił się lekko.
- Rozumiem.
Odłożyła wachlarz. W lewym rękawie, podobnie jak wszystkie kobiety z jej klasy, nosiła niewielką, inkrustowaną masą perłową, bogato zdobioną srebrem pochwę, a niej niewielki płaski sztylet z rękojeścią wykonaną w taki sam sposób. Milcząca i nieruchoma do tej pory Sata zamarła z ręką przy ustach, gdy ujrzała, jak po niego sięga, unosi na wysokość twarzy i powoli wysuwa ostrze.
- Pani! - rozpaczliwy głos służącej przerwał ciszę - Czy to naprawdę konieczne?
Tamao rzuciła jej karcące spojrzenie.
- Mój brat - powiedziała ostro - żąda ode mnie czegoś, na co nie mogę się zgodzić. Jego prośba znieważa mnie, mojego syna, moją córkę oraz pamięć mojego męża, a na to pozwolić nie mogę.
- Ależ...
- Cicho. Idź, przynieś mi przybory do pisania i wstążkę do związania nóg. Przyprowadź też pana Takayashi.
Służąca podniosła się, znikła we wnętrzu domu i zasunęła za sobą drzwi. Tamao wsunęła z powrotem kaiken do pochwy i położyła przed sobą. Przez kilka dłuższych chwil nikt nie się nie odzywał. Pani Sugiatni wciąż wpatrywała się w zieleniące się gałęzie śliwy, próbując uspokoić serce, które przyśpieszyło jeszcze mocniej, w momencie podjęcia decyzji. Poczuła jak krew uderza w opuszki palców dłoni i stóp, przyprawiając je o mrowienie, jak oddech staje się cięższy, a zmieniony w zimny kamień żołądek opada na dno brzucha. Zacisnęła dłonie w pieści, chociaż nie trzęsły się. Posłańcy tkwili na swoich miejscach. Nie zostali odprawieni, więc nie śmieli odejść.
- Pani - zaczął nieśmiało Kasai - mój pan nie chciał cię obrazić, ale jeśli do tego doszło, pragnę wyrazić swój żal i przeprosić w swoim i jego imieniu.
Skierowała na niego wzrok.
- Znasz treść przewożonego przez siebie listu?
- Tak, zostałem z nią zapoznany.
- Rozumiesz, więc, że nie mogę przyjąć tych przeprosin. Chciałabym, abyś przekazał to mojemu bratu.
Z głębi zamkowych pomieszczeń nadszedł szambelan, z nim wróciła Sata, trzymająca w dłoniach drewnianą tackę na nóżkach z czystymi kartkami papieru, dwoma ceramicznymi naczyniami wypełnionymi wodą i tuszem, płaskim kamieniem do ich mieszania, pędzlem oraz starannie złożoną białą wstążką.
Takayashi ukłonił się, czekając na polecenia, służąca postawiła przedmioty przed Tamao, a ona natychmiast zaczęła mieszać inkaust.
- Panie Takayashi, dopilnuj, żeby goście zostali nakarmieni przed ruszeniem w drogę, ale wcześniej muszę prosić cię i ich, abyście zostali moim świadkami. Ty zaś powinieneś patrzeć szczególnie uważnie, abyś mógł opowiedzieć o tym moim dzieciom. – Wygłosiła stanowczo, nie przerywając rozcieńczania czarnej substancji.
- Oczywiście, moja pani. - Szambelan skłonił się niżej i nie pytał o nic, zrozumiał wszystko, kiedy tylko zobaczył wyraz twarzy Saty. Nie zamierzał odwodzić swojej pani od zamiaru. Musiała mieć dobry powód, skoro zdecydowała się na taki krok. Zgadywał, że znajduje się on w treści dostarczonych listów. Kolejne słowa kobiety potwierdziły te podejrzenia.
- Ponadto oddaj to mojemu synowi. - Tamao podała mu list opatrzony kameliowym monem. - Zrozumie.
- Tak, pani. - Takayashi schował pismo do rękawa. Znów zapadła cisza.
Pani Sugiatni przyłożyła pędzel do papieru, zaczęła pisać. Kiedy skończyła, złożyła kartki w kształt kopert. Je także podała szambelanowi, z poleceniem, aby przekazał jej dzieciom. Potem ujęła w dłonie wstążkę i sama obwiązała sobie nogi. Sata nie tłumiła już łez, nie tylko pozwoliła im płynąć po policzkach, ale także zaniosła się spazmatycznym szlochem, jednakże nie zacisnęła powiek, ani nie odwróciła głowy. Dama zbliżyła otrze do szyi. Krew trysnęła gwałtownie wąskim, lecz wartkim strumieniem.
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Samotne irysy

Post autor: Kanterial » 27 czerwca 2014, 16:40

SpoilerShow
Chciał mówić o tym z Tobą, lub panem Takayashi, lecz kazałam mu wstrzymać się,
bez przecinka przed "lub"
Już sama wieść o wrogu, co *proponuję "który"* przekroczył morską granicę prowincji i właśnie przedzierał się przez góry*przecinek* wyraźnie przybiła chłopca.
Myślisz, że nie wiem, że to ja byłem celem tamtej zasadzki? Myślisz, że nie rozumiesz *rozumiem*, że to nie byli zwyczajni zabójcy?
Te kilka chwil rozmowy sprawiły, że nagle zmienił zdanie, co do prośby dziewczyny.
bez przecinka po "zdanie"
Poleciała twarzą w dół, w ostatniej chwili wyciągnęła jednak ręce, i co zamortyzowało upadek.
zbędne "i"? albo przesunięte
Przez kilka dłuższych chwil, nikt nie się nie odzywał.
zdecydowanie bez przecinka
No, Kandaro, długo kazałaś mi czekać, ale dobra, nie będę jęczeć, wypada mi się cieszyć, że wreszcie dodałaś xD Narzekanie zostawię na później, jeśli znowu się zatniesz. Poza tym, że chciałabym umieć Cię zmotywować i sprawić, żebyś pisała zawsze, gdy tylko masz ochotę... to muszę przyznać, że działa tu też mój egoizm - pomijam to, że dobrze Ci życzę jako znajomej i autorce - i po prostu z czystego wygodnictwa wolałabym dostawać Irysy częściej. Bo zapominam, jak bym się nie starała, zawsze coś wyleci, i skazujesz mnie na czytanie poprzedniej wstawki kolejny raz, żebym nie straciła wątku! Zwłaszcza, że momentami zupełnie nie ogarniam realiów, którymi tak sprawnie operujesz.
Polityka, kultura, historia przewijająca się w tle. To jest wyzwanie czytelnicze, uwierz.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak głęboko "siedzisz" w temacie i nie wątpię, że to przychodzi Ci z łatwością (lubisz Japońskie klimaty przecież), ale i tak... no wow. Pamiętasz o tylu szczegółach, dowiaduję się z tego tekstu tylu ciekawych rzeczy! Na przykład seppuku, wow, wowowow, byłam przekonana, że ona popełni je zwyczajowo, a tymczasem zrobiła to przecinając tętnicę szyjną (od razu pomyślałam, że jestem głupia i kobiety pewnie miały jakąś inna wersję seppuku niż samurajowie) więc zriserczowałam i znalazłam to "jigai". Dzięki, to było ciekawe. Niby taka banalna rzecz, ale sama bym nie dotarła do informacji i różnicach takich...

W ogóle bardzo mnie to zaskoczyło. Cholernie bardzo. Poza tym, że moje uczucia względem matki bliźniaków były średnio "gorące", to jednak bardzo mną to poruszyło. Przecież to będzie cios, oni już są oboje potargani przez los, widać bardzo dobrze, syn ma teraz dodatkowe problemy ze zdrowiem a Hisako, jak rozumiem, jakąś formę ponownego "opętania"? Coś jest bardzo mocno nie tak, nie mogę się doczekać wyjaśnienia tej akcji z księżniczką. Więc jak pomyślę, że jeszcze im dowalisz śmierć matki to...
wyszło Ci to, byłam zszokowana.

Na koniec jeszcze dodam, że trzymasz poziom, a moja ulubiona postać zyskała kolejne 100 punktów swoją szczerą troską o potomków brata. No i ta drobna dygresja Kenshiro o tym, czy nie myślał o Hisako, bo jest kobietą, to mój personalnie ukochany moment tego fragmentu, taka perełka. Po prostu mi się podobało XD
Czekam.
dahin ist mein Glanz und mein Vertrauen auf den Herrn

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1801
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kruffachi » 08 lipca 2014, 20:33

Wreszcie przeczytałam :D Nie na piszę zbyt wiele. Nie, bo oberwałam przecież potężnym spoilerem i w związku z tym ostatnia scena - w ogóle cała ostatnia część - z pewnością nie zadziałała na mnie tak, jak miała i niewiele mogę tu powiedzieć. Poprzednie fragmenty też czytałam głównie z takim: ale jak? Ale kiedy? Czekałam po prostu, aż wydarzy się to, o czym już wiedziałam. Generalnie spoilery nie powodują, że nie chcę czytać albo że czytam bez zaciekawienia, ale jednak mocno ustawiają odbiór, dlatego nie lubię. I dlatego jestem teraz dość bezradna podczas pisania komentarza, bo właściwie nie wiem, co Ci napisać. No smutno mi, mimo że się przygotowałam, ale to pewnie wiesz. Ciekawi mnie, co dokładnie zmusiło Tamao do takiego dramatycznego gestu. Niby wiem, że w kulturowym odpowiedniku świata Irysów nie potrzeba by wiele, ale czuję, że nie po to ustawiłaś to w ten sposób, by nie miało dużego wpływu na fabułę.

W ogóle coraz mroczniej, coraz gęściej się robi, wszystkich spotykają nieszczęścia, sytuacja wydaje się beznadziejna i bardzo mnie ciekawi, w jakim kierunku podążysz. To znaczy, czy czytam klasyczną tragedię, czy może raczej zmierzamy ku jakiemuś przesileniu, po którym zaserwujesz zakończenie innego typu.

Kenshiro nadal rządzi <3

No nic, czekam na ciąg dalszy :D
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 480
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Krin » 21 lipca 2014, 15:21

Przeczytałam w końcu i nie żałuje. Jak na razie to mój ulubiony tekst na literce. Chyba najbardziej podobają mi się postacie. Lubię kiedy główni bohaterowie mają wady. I to nie takie wady, że są troszkę złośliwi przez jeden rozdział i się z kimś pokłócą czy coś, a tak naprawdę to są idealni. Robią rzeczy samolubne i naprawdę głupie. Ludzie z wyższych sfer traktują ludzi z niższych sfer tak jak powinni. Brakuje mi tego w wielu książkach.

Reszta też oczywiście mi się podoba. Realia mi się podobają. Lubie tę ich teatralną grę. W ogóle lubię takie hmm... polityczne gierki. Niestety z żalem stwierdzam, że ciągle muszę szukać znaczenia jakiegoś słowa.

Fabuła mnie wciągnęła. Mam wrażenie, że to dopiero początek całej opowieści. Napięcie rośnie. Zbierają się czarne chmury. Zawiązują się wątki, które dopiero przyjdzie pora rozwiązać. Mam nadzieje, że nie przyspieszysz nagle i nie skończysz tego zbyt szybko. To by była katastrofa.

Opisy czasem bywają nużące i mój mózg się wyłącza na chwilę, ale to na początku głównie. Potem jest dużo lepiej. Tworzą klimat opowieści. Tworzą wrażenie takiego jakiegoś spokoju. (Oczywiście nie wszędzie :))

Jak spojrzałam na opisy walki to w moim umyśle pojawiła się uporczywa myśl - "Ja też tak chcę umieć! Jak można się tego nauczyć?" Nie były co prawda najlepszymi jakie czytałam w życiu, ale dopiero ostatnio zdałam sobie sprawę, jak trudno się je piszę. Dla mnie coś niemożliwego.

Zauważyłam też niestety, że w tych starych fragmentach nadal jest trochę błędów. Głównie literówek albo jakiś słów brakuje.

I jak zwykle zapomniałam co jeszcze miałam napisać. :( Trudno.

Pisz jak najszybciej! Czekam z niecierpliwością.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Grafoman
Posty: 40
Rejestracja: 20 listopada 2014, 18:00

Re: Samotne irysy

Post autor: Grafoman » 03 lutego 2015, 05:58

Co prawda nie wgłębiłem się jeszcze do końca w tekst, ale już na wstępie chcę zaznaczyć, że bardzo mnie zaintrygował.
Szczerze się przyznam, że pierwszy raz czytam coś bardziej literackiego o Japonii i... wciągnęło mnie od pierwszego zdania.
Opis nocy jest naprawdę uroczy, aż czuć jej atmosferę ( może dlatego, że czytam ten tekst w ciemności:)).
Poruszyło mnie też przedstawienie relacji między małżonkami. Bardzo plastycznie opisałaś to, co ich łączy. Przeważnie takie opisy nie trzymają mi się długo w pamięci, ale ten jest (że tak powiem) "przesłodki" ;).
Zastanowiło mnie jedynie to zdanie:
Z zadowoleniem otwarli więc przed nim podwoje posesji
Czy nie pasowałoby tu bardziej słowo Z radością? Zadowolenie jakoś mi się nie kojarzy, ale jeśli to celowy zamysł Autora, to wszystko ok. Tylko taka dygresja... :)
Czytam dalej i nie omieszkam dodać nieco więcej po przeczytaniu całości!
:glask: Pisz, bo naprawdę super!
Pozdrawiam,
Grafoman
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" ;)

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: nuklearna_wiosna » 18 października 2015, 02:45

Cóż. Obiecałam komentarz i w końcu jest. Chciałam znaleźć stary, ale po wszystkich moich zawirowaniach sprzętowych gdzieś przepadł. Zresztą i tak nie był zbyt wylewny. Odświeżyłam sobie tekst, ale pamiętam też poprezednie odczucia, więc ten komentarz to takie trochę dwa w jednym.
Wiesz, że zabierałam się do „Irysów” jak pies do jeża, a to dlatego, że ja po prostu nie lubię dawnej Japonii. Jedyną przeczytaną przeze mnie książką w tych klimatach była pierwsza część „Opowieci Rodu Otori”, która mnie, dalikatnie mówiąc, nie zachwyciła i nie spieszyło mi się do ponownej wyprawy w ten rejon historyczno-kulturowy, bo zwyczajnie nie widziałam tam niczego dla siebie.
Po lekturze Twojego tekstu, cóż, żaden przełom nie nastąpił. Nadal mi z samurajami nie po drodze i chyba już tak zostanie.. Nie ma to nic wspólnego z jakością tekstu i starałam się, żeby nie zaważyło zbytnio na opinii.

No a skoro już czytałam coś, co zupełnie nie przemawia do mnie pod względem miejsca i czasu akcji, chciałam szybko znaleźć jakiś element, który by mi pozwolił przy tej lekturze wytrwać. I owszem, znalazłam coś takiego, mianowicie Ciebie.
Od początku, od pierwszych zdań właściwie, było widać, że wiesz, co robisz, a ja lubię, kiedy ludzie wiedzą, co robią. I nawet jeśli jakaś dziedzina nie jest mi bliska, chętnie posłuham, gdy, gdy ktoś opowiada z pasją, a u Ciebie tę pasję widać od razu. Masz dużą wiedzę na temat Japonii, a przede wszystkim czujesz ten klimat i chcesz, żeby czytelnik też go poczuł. I do tej pory jest dobrze. Tylko... tochę nie mogłam zrozumieć, dlaczego ma go poczuć dokładnie tak, jak Ty czujesz, zobaczyć dokładnie to, co Ty widzisz. Przez cały czas odnosiłam wrażenie, że każdy tak pieczołowicie odmalowany detal jest dla Ciebie ważny i ma zaistnieć na papierze dokładnie w takim kształcie, w jakim zaistniał w Twojej wyobraźni. Nie przywykłam do tego.
Oczywiście czytam opisy w książkach, ale rzadko spotykam aż tak szczegółowe i ogólnie traktuję je raczej swobodnie. Po prostu pozwalam obrazom przemykać i nie przejmuję się, jeśli z jakiegoś powodu niekoniecznie są zgodne z tym, co czytam. Poza tym wystarczy mi jedno słowo do pobudzenia skojarzeń. Dla mnie można napisać po prostu „Była zima”. I wystarczy. Przecież wiem, jak wygląda zima. No, może trochę hiperbolizuję, ale nie za bardzo ;) W każdym razie Ty mi na żadną niemal dowolność wizualizacji nie pozwoliłaś i z początku nie wiedziałam, czy bardziej mnie to wkurza, czy intryguje.
W przeciwieństwie do większości komentujących nie czułam się, jakbym tam była, ale jakbym oglądała jakieś odległe „dawno, dawno temu”, które zostało ustalone raz na zawsze, skrystalizowane w formie, którą narzuciłaś. Nie zachęcasz czytelnika do interakcji z tekstem, do współtworzenia świata razem z Tobą. Od razu twardo i zdecydowanie mówisz, że to Twój świat i owszem, można wejść popatrzeć, ale nie dotykać. To nie jest wada, tak myślę. To cecha charakterystyczna Twojego stylu i zapewne konsekwencja zaangażowania, jakie włożyłaś w pisanie. Jak się już z tym oswoiłam, to było całkiem w porządku. Bo przecież dlaczego nie miałabym wejść i popatrzeć, skoro pokazujesz ładne rzeczy? :) Bo ostatecznie całkiem spodobał mi się Twój świat, chociaż jest taki „niedotykalny”. A może dlatego właśnie...

Ten dystans, który wyczuwam w formie, pasuje do treści, bo przecież mamy tu do czynienia ze społeczeństwem, w którym panuje hierarchia i formalne stosunki nawet między bliskimi sobie osobami. I tak, jak spod przytłaczającego momentami opisu wyłania się ostatecznie piękny, subtelny krajobraz, tak spod sztywnych gestów, masek i narzuconych przez społeczeństwo ról z Twoich bohaterów wyłaniają się prawdziwi ludzie.
Nie robisz z nimi niczego spektalularnego. Zamykasz ich w ramach narzuconych im przez kulturę – dokładnie takich, jakich czytelnik ma wszelkie prawo się spodziewać, ale czy aby na pewno się spodziewa? Twoje podejście do bohaterów jest boleśnie szczere i realistyczne. Jesteś świadoma rzeczywistości, w jakiej ich umieściłaś i, jak na razie, nie przewidujesz chyba odstępstw. Czytelnik, przyzwyczajony do bohaterów niedopasowanych, buntowników, przeciwstawiających się wszystkiemu, czemu można się przeciwstawić, spodziewałby się, być może, że bliźnięta nie podejmą tak łatwo narzuconych im ról, że będą walczyć, by ich nie przyjąć, a oni... walczą, by w nich wytrwać. To, co się z nimi stało, było oczywiste. Hisako, choć z natury bystra, zadziorna i dzielna, jest „tylko siostrą”. Nie zawsze bywa posłuszna, ma swoje motywy, ale działa w granicach wiarygodności. Hiroshi męczy się i miota jako władca, ale postępuje tak, jak – jego zdaniem – należy. Współczesnym czytelnikom wychowanym w duchu „zdrowego egoizmu” i imperatywie realizowania indywidualnych pragnień może być trudno się z nimi utożsamić. Ja się akurat utożsamiać nie potrzebuję, więc mogę w pełni docenić potencjał tragiczny i konsekwentne prowadzenie bohaterów, także drugoplanowych. Tragedia osobista Kenshiro jakoś nie bardzo mnie rusza, bo też i nie bardzo go lubię, za to przemówiła do mnie postać Tamao.
Mówiąc o wiarygodności bohaterów, nie mogę nie wspomnieć o tym, co już napisała Krin – że mają wady. Tylko że ja nie jestem pewna, czy to wady. Mają, no... wiarygodność ;) Bo czy to, że książniczka nie przejęła się wieśniakami, jest jej wadą? W tym świecie, w tych czasach raczej chyba nie, podobnie, jak wykorzystanie przez Kenshiro służącej do zaspokojenia swojej żądzy. Ludzie wysoko postawieni uchodziliby co mnajmniej za dziwnych, gdyby zanadto obchodził ich los biedoty, czy uczucia służby . To w moim odczuciu nie tak, że ona ma wadę, bo jest nieczuła, a on okazał swoją złą i brutalną stronę. Nie, oboje zrobili coś ze wszech miar normalnego. Cieszę się, że z tym nie odpuszczasz i fundujesz czytelnikom dysonans poznawczy i szok kulturowy, oraz prezntujesz mentalność znacznie różniącą się od naszej.

Jeśli chodzi o wątki fabularne, moje zainteresowanie kieruje się w stronę Hisako i tego, co się znów z nią dzieje. Motyw ducha o opętania mi się spodobał, nie miałabym nic przeciwko, żeby mrok jeszcze trochę zgęstniał. Ciekawi mnie też kwestia zarazy. Niepostrzeżenie rozsnułaś sieć ciężkiej atmosfery, tylko... co dalej?

Mimo, że zasiadałam do lektury pełna obaw, mimo że nie lubię tematu, a ze stylem nie od razu się oswoiłam, nie żałuję czasu spędzonego nad tą lekturą. Wiem już, że pisać umiesz, masz swój styl i umysłową dyscyplinę oraz wiedzę, które pozwalają Ci trzymać się specyfiki tamtych czasów i tworzyć bohaterów, którzy są tacy, jacy faktycznie mogliby być, a nie o jakich czytelnikowi byłoby wygodniej czytać.
Fajnie, gdybyś kontynuowała. Jeśli napiszesz dalszy ciąg, to nawet ja przeczytam, tym razem bez obaw i ociągania ;)
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy

Post autor: Kimchee » 04 stycznia 2016, 13:08

Przeczytałam w końcu. Szkoda, że tak późno, ale to nawet dobrze, bo jestem akurat w nastroju na takie rzeczy. komć z lekkim poślizgiem, ale mam nadzieję, że się spodoba.

Na początek dostaniesz bęcki za to, że nie ma ciągu dalszego! Nie można tak zostawiać czytelnika po ostatnim emocjonującym rozdziale – to zbyt okrutne :P Chcę przeczytać ciąg dalszy. Pytam, gdzie on jest?!

Z rzeczy, których mogłabym się uczepić, to chyba tylko tego, że w niektórych scenach mieszasz nieco perspektywy. Generalnie każda ma swojego bohatera, z punktu widzenia którego opowiadane są wydarzenia, ale czasem (zdaje się, że jednym z tych przypadków jest scena zbliżenia Kenshiro i służącej) dopuszczasz kogoś jeszcze. Mnie to osobiście nie przeszkadzało za bardzo, ale wiem, że są tacy, co się czepiają ;)

A teraz możemy przejść do przyjemniejszej części, czyli zachwytów. A tych jest sporo.
Przede wszystkim, bardzo dobrze wiesz, o czym piszesz. Nawet jeśli w ostateczności miejscem akcji jest wymyślona kraina, przeprowadziłaś olbrzymi „risercz”, co więcej, potrafisz przekazać tę wiedzę w taki sposób, by czytelnik (a przynajmniej taki czytelnik jak ja) był jednocześnie oczarowany, zaciekawiany, a nie miał poczucia, że oto ktoś mu serwuje nudny fabularyzowany podręcznik.
Piszesz bardzo ładnie. Poza „Irysami” czytałam tylko „Białą Inez”, ale wydaje mi się, że masz już wyrobiony własny styl tzn. lubisz bogate opisy, lubisz szczegóły i bardzo dopracowujesz stronę „wizualną”. Mnie się to podoba. Nie mam aż tak bogatej wyobraźni ani wiedzy, żeby odpowiednio sobie wyświetlić w głowie Japonię tamtego okresu (bardziej idę w stronę Korei – proszę, napisz coś o Korei), dzięki Irysom czuję, że poszerzyłam swoją wiedzę. Zaledwie raz czy dwa miałam wrażenie, że nieco zagalopowałaś się z opisem tudzież porównaniem, ale poza tym byłam niezmiernie oczarowana, że umiałaś utrzymać ten sam poziom przez wszystkie rozdziały. Całość jawi się jako taki barwny obraz – koniecznie namalowany jasnymi, pastelowymi barwami – najlepiej akwarelami, tylko gdzieniegdzie zdarzają się ciemnoczerwone plamy. Opisy przyrody, budynków (wewnątrz i zewnątrz) są pełnoprawnymi „bohaterami” Irysów. Ja osobiście lubię teksty o spokojnej „melodii”, gdzie autor niekoniecznie stawia na akację, bardziej skupia się na rozwoju bohaterów i odmalowaniu ich życia w społeczeństwie. Ale przecież w Irysach zdarzają się momenty akcji i są to momenty bardzo dobre, wbrew temu co zwykle twierdzisz :)
Serio, nie wiem, na co tak ciągle narzekałaś, bo efekt finalny wyszedł oszałamiająco. Trochę wysiłku i można myśleć, żeby zrobić z tym, coś ambitniejszego. Szczególnie, że target w Polsce by był, a na rynku to chyba tylko „Opowieści rodu Otori” – nawiasem mówiąc dość blado wypadające – są z tego samego podwórka.

Na koniec zostawiam bohaterów, bo tu w ogóle jest bogactwo i każdy znajdzie coś dla siebie. Przede wszystkim cieszę się, że zdecydowałaś się na to, co ja osobiście lubię najbardziej, czyli: wielu bohaterów-wiele perspektyw. Nie opowiadasz się wyraźnie za żadną stroną. Każdej poświęcasz uwagę, każdy bohater jest niezwykle ludzki w swoich działaniach, ma zalety i wady, a czytelnik sam decyduje, kogo woli najbardziej. Z tego wszystkiego wyłania się bardzo spójny obraz społeczeństwa klanowego (było tak w Japonii?), gdzie bardzo ceni się dobro rodu, szczególnie pojmuje się honor. To jest fajne, bo przez tę dbałość o ród w pierwszej kolejności motywacje bohaterów są bardzo prawdziwe i do kupienia, a jak jeszcze do tego dochodzą osobiste ambicje, to już w ogóle jest wisienka na torcie.
Zahaczasz też o kwestie sytuacji kobiet. Bohaterowie uwikłani są w równe role, jak wiadomo nie da się tego pogodzić.

Kenshiro jest zarówno członkiem rodu, którego dobro należy stawiać ponad wszystko, bratem związanym obietnica, ale też stryjem, który coraz wyraźniej odczuwa wobec dzieci zmarłego ojcowskie uczucia (podoba mi się dodanie jego własnej sytuacji bezdzietności). Podobał mi się ten jego konflikt, kiedy stało się wyraźne, że zemsty za śmierć głowy rodu niekoniecznie da się pogodzić z dalszym tego rodu dobrem. Cóż, miał ten moment ze służącą, ale najwyraźniej jest to usprawiedliwione obyczajowo, więc się nie czepiam. Z początku miałam wiele obaw o tę postać – bałaś się po tym jego pierwszym fragmencie, że to będzie jeden z tych, co będą chcieli zagarnąć żonę brata i władze po nim, a ty – niespodzianka.
Jak już jesteśmy przy żonie – to Tamao jest pięknym archetypem kobiety tamtych czasów. Zaimponowała mi na koniec.
Dzieci – Hisako i Hiroshi – cały czas się zmieniają i na pewno nie powiedziały ostatniego słowa. Póki co ciekawiej rozwijała się osobowości Hiroshiego (pogodzenie zemsty z dobrem rodu, w gołe dorośnięcie, żeby przewodzić), ale znów Hisako – jaka ta niepokorna i eee „opętana” ma wielki potencjał na przyszłość,. Podobał mi się opis jej choroby. Jestem zaintrygowana jej dalszymi losami. Podoba mi się, że nie jest zbuntowana tylko dla "szpanu", ale z tego jej zachowania coś wynika i pewnie wyniknie w przyszłości. Dotychczas to ona była tą silniejszą z bliźniaków. ale to chyba nie było na porządku dziennym uczyć dziewczynę walczyć, nie?
Nie ukrywam, ze najbardziej intrygującą postacią po tej stronie jest Ikemoto. Ciekawam jego dalszych losów.

Po drugiej stronie za to mamy zapowiedź bardzo ciekawego wątku. Zastanawiam się, jak to będzie z tym ewentualnym dzieckiem i co z tym zrobią Isamo i Akira. Dotychczas głównie rywalizowali ze sobą o schedę po krewnym, a tymczasem może się okazać, że ktoś im ją sprzątnie. Czy przejdą nad tym do porządku dziennego, a może zjednoczą się by jakoś rozwiązać problem (każdy z założeniem, że potem i tak „wykończy drugiego”). Gdybym miała typować, to prędzej Isamo poważyłby się na coś takiego. Wydaje mi się nieobliczalny, chyba nawet nie zaprezentowałaś jego wszystkich jego twarzy. To w sumie chyba jedna z postaci, które jeszcze dorastają i nie wiem, w jaką stronę podąży. Dla odmiany z Akirą miałam przez większą część akcji taki problem, że był charakteryzowany głownie z perspektywy bycia rywalem Isamo, a wiadomo, że to bardzo stronniczy obraz. Jak w końcu zaczął nieco wychodzić z cienia, to nagle stał się szalenie intrygująca postacią. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Isamo to już postać ukształtowana, doroślejsza. Ale zobaczymy.

Tak więc zostałam z wieloma pytaniami, wieloma potencjalnymi drogami, którymi mogłyby podążyć wątki, spotkaniami, które mogłyby mieć miejsce. No, po prostu z utęsknieniem czekam na ciąg dalszy.
Pora roku zmieniała się. Powoli, ze zdumieniem ciężko rannego wojownika, który nie pogodził się jeszcze z przegraną w zakończonym przed chwilą pojedynku, odchodziła zima.
Bardzo ładny opis.
Generał Murahito Isamo miał zmartwienie.
Podoba mi się takie wprowadzenie bohatera.
Przelana maź momentalnie wysychała, tworząc wokół duszy dziewczyny twardą niby kamienną powłokę, w której gładką powierzchnię wciąż uderzały kolejne fale nieprzyjaznych, destrukcyjnych uczuć.
O, a to jeden z tych nielicznych przykładów lekko przesadzonego opisu.
Minęli zakład rzemieślnika wyrabiającego słomiane sandały i maty. Pracującego przed swoim warsztatem parasolnika, właśnie zajmującego się malowaniem wzorów na jednej dużej parasolce z niebieskiego papieru. Obok niego na starej plecionce leżało już kilka gotowych dzieł. Kolorowe kapelusze przyciągały nieśmiałe spojrzenia chichoczących dziewcząt w spłowiałych kimonach i małych dzieci, mocno ściskających ręce swoich matek. Przejechali obok kuźni, a także pracowni płatnerskiej, z wnętrza których dochodziły odgłosy uderzenia młota o żelazo, a z pieców wydobywały się obłoczki dymu.
Tu z kolei fajnie przedstawiasz sytuacje innych warstw społecznych.
Kiedy kilka godzin temu stolica powitała Isamo i jego pięcioosobową eskortę, zgiełkiem, rozgardiaszem codzienności, znajomą mieszaniną barw oraz zapachów, zrozumiał, że prowadzone przez klan wojny przyczyniły się do rozkwitu miasta.
Właśnie, nawet wojna między klanami ma jakaś drugą stroną, na której ktoś korzysta. Uwielbiam takie rzeczy.[/align]

Awatar użytkownika
Kandara
Posty: 238
Rejestracja: 25 lipca 2012, 00:51

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Kandara » 31 marca 2016, 21:04

Rozdział XV Sazuko przesunęła uzbrojonymi w plektrony palcami po strunach leżącego przed nią koto. Te zadrżały lekko, jęknęły cicho, po czym, zanim jeszcze przeminął pierwszy ton, poruszone w innym miejscu, zaśpiewały głosem deszczowych kropel. Urywane dźwięki rozbrzmiewały delikatnie, aby następnie spęcznieć i rozpłynąć się w powietrzu. Dziewczyna zmieniła układ dłoni, melodia rozlała się szeroką szumiącą rzeką. Przyśpieszyła, a to sprawiło wrażenie, jakby na powierzchni wody pojawiła się piana, a nagły wiatr przywołał z oddali brzmienie małych dzwonków. Powtarzający się gwałtowny, narastający fragment, na chwilę zburzył spokój kompozycji, mącąc ją, jak kopyta końskie mącą spokojną toń. Potem stopniowo melodia z powrotem złagodniała. Instrument zajęczał, naciągnięta jedwabna żyłka zadygotała po raz ostatni i wszystko ucichło.
Odetchnęła głęboko, otarła pot z czoła, zaczęła od początku. Nie wiedziała, czy lubiła grać, wiedziała jednak, że kiedy skupia się na ćwiczeniach, nie myśli, nie analizuje, nie roztrząsa niczego, ani niczego nie żałuje. Dociśnięcie, szarpnięcie, uderzenie. Melodia wydobyła się z pudła rezonansowego, rozlała po ogrodzie, zanika. Kropla uderza w ziemię...
- Sazuko, siostro czy to ty? - Kolejny dźwięk urwał się zanim jeszcze zdążył rozbrzmieć. Dziewczyna oderwała dłonie od instrumentu. Głos, który pytał, delikatny, bardzo dziecinny, należał do jednej z adeptek.
- O co chodzi, Hana-chan?
Drzwi odsunęły się, ukazując postać klęczącej w korytarzu dziewczynki.
- Mama-san cię wzywa.
- Oczywiście, już idę, dziękuję ci.
Dziewczynka odeszła, a Sazuko zdjęła plektrony, schowała je do drewnianej szkatułki leżącej obok koto, wstała, poprawiła szaty, przygładziła włosy i zagłębiła we wnętrze budynku.
Przecięła w poprzek kilka wąskich korytarzy, a kiedy dotarła pod drzwi pokoju przełożonej, usłyszała, że w środku toczy się rozmowa. Wzięła głębszy oddech, uklękła i delikatnie przesunęła jedno ze skrzydeł, po wpuszczonej w podłogę szynie. Na chwilę zrobiło się cicho.

- Pani? - zapytała wyciągając przed siebie ręce i umieszczając je na jednej z wyścielających pokój mat, sama jednak nadal pozostając poza jego obrębem.
- Wejdź. - Wsunęła się do środka i starannie zasunęła za sobą panele fusumy, pokryte od strony pokoju malowidłem przedstawiającym wiśniowe drzewo rosnące na niewysokim pagórku. Finezyjnie powykręcane, pokryte drobnymi kwiatami gałęzie wypełniały niemal całą górną przestrzeń obrazu, jakby roztaczały opiekę nad ziemią i młodymi bambusami.
Kurtyzana właśnie na nim starała się skupić uwagę, gdyż na siedzącą bokiem do wejścia parę : kobietę w średnim wieku, stroją w pomarańczowe kimono i niewysokiego, młodego mężczyźnie, ubranego, co dziewczyna nagle sobie uświadomiła w brudne, oberwane szmaty wolała nie patrzeć. Zamarła na chwilę przeczucie nie myliło jej. To nie było zwykłe wezwanie, a gość, który właśnie rozmawiał z mama-san nie był klientem. Nie mógł być, obdartusów nie wpuszczano do Gospody Tańczących Żurawi.
Poczuła mrowienie w palcach, ale tylko ułożyła dłonie na podłodze i wykonała głęboki ukłon, przyciągając czoło do dłoni. Następnie wyprostowała się, umieściła ręce na kolanach i spojrzała wprost na gościa. Czekała na jego słowa, a w jej głowie myśli kotłowały się, mieszały i galopowały to przeszłość, to w przyszłość.
- Zarządca Hibi nie żyje.
Nie poruszyła się, ani nie odezwała, nadal czekała, nie dając po sobie poznać, czy wiadomość zrobiła na niej jakieś wrażenie. W istocie, nie zrobiła. Trwała przecież wojna, to zupełnie naturalne, że giną ludzie. Zwłaszcza samuraje, z tym trzeba się liczyć. A ona? Czy to ważne czyją będzie poddaną? Jej życie nie zmieni się, nie musi się o to martwić.
Wciąż pamiętała tamtego generała, nie zachowywał się jak barbarzyńca, przeciwnie wykazywał się bardzo dobrym gustem i znajomością malarstwa, poezji i muzyki. Nie czuła do niego odrazy, ani nienawiści, w pewnym sensie ujęło ją jego wyczucie smaku i umiejętność dokładnego sprecyzowania pragnień. Pamiętała fakturę jego skóry; nie była gładka, ani miękka. Raczej przesuszona, dziwnie spierzchnięta, zdawała się nie pasować do kogoś takiego jak on. Nie wspominała tego z rozrzewnieniem jednak prawdą było, że nawet w czasie pokoju nie bywało tu wielu jemu podobnych.
Mężczyzna wyciągnął coś z rękawa, z początku nie zobaczyła dokładnie, co, ale kiedy uniósł to na wysokość swojej piersi i rozwinął, serca zabiło jej szybciej. Nie! Patrzyła na nakreślony czerwonym tuszem symbol i nie mogła uwierzyć, że go widzi. Trwała wojna, owszem, lecz dlaczego, zwracali się do nich? Mieli przecież armię... Osłabioną i przerzedzoną, jednakże mogli walczyć otwarcie, nie musieli, naprawdę nie musieli posuwać się do czegoś takiego. Jeszcze nie.
Gość nie musiał mówić nic więcej. Zrozumiała. Tylko jak oni sobie to wyobrażają? Jak miałaby tego dokonać? Zbliżyć się do niego... Przecież oni już stąd odeszli. I sądząc z tego, co mówi ten mężczyzna poruszają się szybko. Naprawdę mają go za takiego głupca? To się mylą, chociaż spędziła z nim tylko dwa wieczory, wiedziała, że nie jest głupi. I że cokolwiek wymyślą, nie nabiorą go. Serce znów uderzyło mocniej. Zginie tam, to pewne. A czy jest coś gorszego od bezsensownej śmierci? Nie, nie pójdzie, woli zostać tu, grać, układać wiersze, tańczyć, śpiewać i sypiać z klientami. Niestety, nie miała prawa odmówić. Symbol Czerwonego Niedźwiedzia wymagał bezwarunkowego posłuszeństwa.
W głębi duszy wiedziała, że w końcu do tego dojdzie, że ktoś kiedyś upomni się o nią powołując się na ten symbol, widziała wiele razy jak w imię owego znaku proszono o coś inne dziewczęta. Niektóre już nie wracały. Ale czy nie takie było ich główne zadanie? Gospoda Tańczących Żurawi wspaniała nazwa, nieodmiennie kojarząca się z wdziękiem jej mieszkanek, ze szczęściem oraz spokojem, jakie czekało każdego, kto odwidział to miejsce. Przywodząca na myśl śpiew i taniec, nie wzbudzała podejrzeń w śród niewtajemniczonych. W końcu, kto mógłby pomyśleć, że tutejsze ptaki, to tak naprawdę niedźwiedzie?
*** Kochane siedziała nieruchomo przed wypolerowanym, metalowym lustrem, a Yuki powoli rozczesywała jej włosy. Służąca delikatnie brała w dłonie kolejne pasma i przejeżdżała po nich drewniany zębami niewielkiego grzebienia, podczas gdy konkubina pana Murahito beznamiętnie przypatrywała się temu, co odbijało się w gładkiej, czystej tafli i nie podobało się jej to, co widziała: nabrzmiałe policzki, lekko rozlane rysy. Tylko oczy błyszczały intensywniej niż dawniej.
Westchnęła cicho, jednocześnie kładąc dłoń na okrągłym brzuchu, bo skryte w nim dziecko poruszyło się gwałtownie, kopiąc dotkliwie raz i drugi. Ach! Jakby chciała, aby ono już przyszło na świat! Pragnęła ujrzeć jego twarz, usłyszeć płacz, móc dotknąć jego skóry, poczuć jej zapach i dokładnie zbadać końcówkami palców.
- Więc zdążyłem. Nie położyłaś się jeszcze.
Obie kobiety drgnęły przestraszone na dźwięk tych słów. Kochane oparła dłonie o podłogę, pochylając się w tak głębokim ukłonie, na jaki pozwalał jej stan, służąca przerwała czesanie i padła na twarz.
- Wyjdź! - Mężczyzna stojący tyłem, do wciąż otwartych drzwi, nie patrzył na służącą, do której się zwracał, a na siedzącą przed lustrem dziewczynę, która teraz z zakłopotaniem przyglądała się deskom podłogi i powoli zmierzał w jej kierunku.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz - powiedział, siadając na przeciwko coraz bardziej zakłopotanej Kochane.
- Panie, nie powinieneś mnie teraz oglądać. Wyglądam strasznie. Przepraszam cię. - wydukała, kiedy służka wreszcie zasunęła za sobą drzwi.
- Nikt nie będzie mi mówić, co powinienem robić, a co nie.
- Wybacz, panie. - Ponownie położyła dłonie przed sobą i pochyliła się w ukłonie. - Nie to miałam na myśli, ja tylko...
- Wiem. - Uśmiechnął się. - Czy ty się mnie boisz? - Zapytał wyraźnie rozbawiony. - Zdawało mi się, że po tym wszystkim, powinnaś otwarcie patrzeć mi w oczy i śmiać się, a nie prosić o wybaczenie, za każdym razem, kiedy tylko mnie ujrzysz. Myślałem, że matka mojego dziecka ma w sobie więcej dumy, a przynajmniej powinna mieć.
Wyprostowała się. Nie miała pojęcia, co powinna na to odpowiedzieć, jakich słów użyć i jak złączyć je w zdania. Siedzący obok mężczyzna naprawdę budził w niej strach, sprawiał, że każdy mięsień w drobnym ciele napinał się, gotowy w dowolnej chwili na reakcję. Fakt, że spędziła z nim nie jedną noc, w niczym nie pomagał. Wręcz przeciwnie, onieśmielał ją jeszcze bardziej. Wszakże obcowanie z ciałem kogoś, kto wiekiem dorównywał jej dziadkowi nie należało do najmilszych doświadczeń i Kochane obawiała się, że fakt ten w końcu wyjdzie na jaw. Nie czuła w prawdzie odrazy, a właściwie już nie czuła, ale dotyk starca i świadomość tego, że ich ciała łączyły się ze sobą nie sprawiały jej zbytniej przyjemności. Jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z zaszczytu jaki spotkał ją i jej rodzinę.
Doskonale pamiętała ten dzień, w którym zarządca zamku przybył do domu jej rodziców, aby oświadczyć, że została wybrana przez pana, aby mu służyć. Chociaż od dziecka wiedziała, że podsłuchiwanie nie przystoi nikomu, a już najmniej córce samuraja, ale wtedy nie mogła powstrzymać ciekawości. Nie często zdarzało się, żeby odwiedzał ich ktoś ze zamkowej służby, a jeszcze rzadziej ten ktoś przychodził w imieniu samego władcy. Dlatego przyczaiła się w sąsiednim pokoju i zaciekawieniem godnym małego dziecka, przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn. Wysłannik był bardzo bezpośredni, to też po wymianie grzecznościowych uprzejmości, bez zbędnych wstępów przeszedł do rzeczy. Serce w niej wówczas zamarło. Ze wstrzymanym oddechem oczekiwała odpowiedzi ojca. Miała nadzieję, że odmówi, że wymyśli, coś, nie ważne co, aby nie musiała służyć władcy w ten sposób. Niestety, tak się nie stało, a kiedy słowa wypowiadane przez rodzica, zdała sobie sprawę, że inaczej brzmieć nie mogły. Wiek pana nie odgrywał tu żadnej roli. Liczyło się tylko to, że wydał rozkaz, a oni nie mogli mu odmówić. Potem do Kochane dotarło, że nawet gdyby istniała taka możliwość, to jej ojciec nigdy by z niej nie skorzystał. Po pierwsze dlatego, że był samurajem i służba stanowiła sens jego życia, po drugie z powodu korzyści i zaszczytów jakich spodziewał się otrzymać w zamian za oddanie córki na konkubinę, po trzecie z troski o samą dziewczynę, która w wieku dziewiętnastu lat pozostawała niezamężna. To rozwiązywało problem jej przyszłości, a nawet oznaczało swoisty awans, bo w zamku z pewnością niczego by jej nie zabrakło, a gdy jeszcze udało się jej powić syna... Wówczas mogłaby stać się faktyczną panią zamku.
A co jeśli urodzi córkę? Kochane zadawała sobie to pytanie od chwili, gdy dowiedziała się, że nosi w sobie dziecko pana. Przez podobne myśli nie mogła w pełni cieszyć z dobrej nowiny, a ostatnio obawa ta coraz częściej dawała o sobie znać, podsycana dodatkowo przez służące, które widząc zmiany zachodzące w jej ciele szeptały pomiędzy sobą, kiedy zdawało się im, że nikt nie słyszy, czy w końcu znaczące spojrzenia Yuki.
- Nie, panie - odezwała się w końcu po chwili milczenia. - Po prostu mnie zaskoczyłeś, to wszystko.
- Martwisz się czymś? - zlustrował spojrzeniem postać dziewczyny od przylegających do podłogi kolan, po twarz na której malowało się napięcie. - Niepotrzebnie. - Wciągnął głęboko powietrze - Twój syn nie będzie władcą potężnego kraju, będzie rządził całym Kimiro. Kimiro, w którym nie będzie już więcej bratobójczych wojen, ani prowincjonalnych daimyo ze zbyt wielkimi ambicjami. To mogę ci obiecać. - Prawą dłonią zakreślił koło w powietrzu.
- Kraj rządzony przez jednego władcę, z jednym prawem i silną armią, to coś, co bardzo chciałbym mu dać i jestem pewien, że tak właśnie się stanie, bo dzieło rozpoczęte przez mojego prapradziada nigdy nie było tak bliskie ukończeniu. - Uśmiechnął się szeroko, Kochane zobaczyła jak rozjaśniły mu się oczy. Dziwna sprawa, ale kiedy mówił o swoich planach zjednoczenia kraju, zawsze rozpromieniał się niczym dzieciak z zapałem opowiadający o swoich przyszłych wielkich czynach. Z tą różnicą, że on w przeciwieństwie do dziecka doskonale wiedział o czym mówi, a w głowie miał nie tylko wizję, ale i dokładny plan jej realizacji.
- Przecież cesarz jest naszym władcą. - Kochane zachowała poważny ton.
- Ależ oczywiście, mój syn, a wcześniej ja, będziemy rządzić Kimiro w jego imieniu.
W jednej chwili zrozumiała wszystko i uśmiechnęła się delikatnie unosząc kąciki ust. Wizja jej syna, drugiego po cesarzu człowieka w państwie, przed którym nie tylko szeregowi samuraje, ale także daimyo biją czołem wydała się dziewczynie bardzo pociągająca, jednak ten jeszcze się nie urodził, a to nieco studziło jej zapał.
"Błagam, niech to będzie chłopiec"
Obrazek Księżycowa weno, działaj!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Siemomysła » 01 kwietnia 2016, 07:15

Cieszę się bardzo, że piszesz dalej! Teraz muszę sobie przypomnieć wszystko, co wcześniej, bo jednak masa czasu upłynęła i bardziej pamiętam nastrój całości, wrażenie drobiazgowości, powolności przedstawianych wydarzeń, niż intrygę. Zrobię to z prawdziwą przyjemnością :)
A ten fragment dobrze napisany, wyrazisty - świetny opis gry, podoba mi się też szczerość odczuć dziewcząt względem ich kochanków. No i literówek niewiele :)
Nie na siedzącej bokiem do wejścia parze: kobiecie w średnim wieku, ustrojonej w pomarańczowe kimono i niewysokim, młodym mężczyźnie, ubranym, co dziewczyna nagle sobie uświadomiła w brudne, szczepiące się szmaty.
- Uśmiechnął się szeroko, kochane zobaczyła jak rozjaśniły mu się oczy. Dziwna sprawa, ale kiedy mówił o swoich planach zjednoczenia kraju, zawsze rozpromieniał się niczym dzieciak z zapałem opowiadający o swoich przyszłych wielkich czynach.
Dalej, poproszę!
:nano:
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Kimchee
Posty: 195
Rejestracja: 08 stycznia 2014, 18:26
Kontaktowanie:

Re: Samotne irysy [Chałwa]

Post autor: Kimchee » 01 kwietnia 2016, 12:03

Jeju, jeju nie masz pojęcia jak się cieszę, że mogłam przeczytać kolejny rozdział "Irysów". Jestem z Ciebie dumna, że nie porzuciłaś tego projektu, bo zdecydowanie warto go pisać.

W tym rozdziale przedstawiasz dwa nowe kobiece charaktery. Bardzo dobrze, przez to fabuła zyskuje na wielowymiarowości i każdy niemal bohater może zaprezentować swoje racje. W tej chwili nie mogę się zdecydować, który z tych dwóch wątków wydaje mi się atrakcyjniejszy, ale na pewno czekam na rozwinięcie każdego z nich.

Obie "damy" wypadły bardzo naturalnie, widać, że mają charaktery ukształtowane zgodnie z duchem epoki, co nie dziwi, ale jednocześnie są w nich różnice, które sprawiają, że potrafię w swojej głowie zakwalifikować je jako odrębne byty, a nie jedną postać napisaną dwa razy ze zmienionym imieniem. Brawo!

Powtórzę się, że masz bardzo plastyczny, obrazowy styl. Ten początkowy opis gry - *.* - niemal słyszałam to w głowie. I chociaż radziłabym za jakiś czas przejrzeć go i wygładzić nieco, to i tak robi piorunujące wrażenie.

No i co dalej? Wciąż mnożysz pytania (och, wątek dziecka zapowiada się szalenie interesująco, ciakawam, czy będzie jakiś zamach), a czytelnik dobrania sobie do nich teorie, ciekawość wprost zżera.


Pisz, pisz, pisz!

ODPOWIEDZ