Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Lwy morskie

FANTASTYKA
W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną. ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Lwy morskie

Post autor: Ag. » 06 lipca 2018, 21:21

Postanowiłam odgrzebać teksty napisane w bodajże 2013, co by zobaczyć, czy dalej mi się podobają i czy się do czegoś nadają... najlepiej wspominam ten i po przejrzeniu pierwszego fragmentu wydaje mi się, że dalej jest spoko. Także wrzucam, ale jeśli tekst się brzydko zestarzał, to mówcie.

Lwy morskie, odc. 1.

Czasem czułam, jakbym rozpadała się w środku. Na zewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie, ale wewnątrz kości były połamane, a organy zasuszone. I gdybym choć drgnęła, wszystko by się pokruszyło – moja głowa zamieniłaby się w lekki, skórzany worek, powiewający na wietrze, a moje stopy nabrzmiałyby, wypełnione gruzem wnętrzności, który spłynąłby w dół z reszty ciała. Dlatego czasem po prostu siedziałam bez ruchu, próbując opanować przenikający mnie ból oraz ocalić prawidłowy kształt i konsystencję ciała. Siedziałam tak, dopóki nie zerwał się wiatr, siekący mnie piaskiem po twarzy. Podniosłam rękę, by osłonić oczy… i zamarłam w przestrachu, czekając, co się stanie. Rozsypię się czy nie? Nie, dziś jeszcze nie. Tylko ból był taki sam.
Mama zawsze powtarzała, bym nie narzekała, tylko popatrzyła na Miszkę i podziękowała, że nie jestem taka jak on. Misza nie ma żadnego wyimaginowanego, wewnętrznego bólu – tłumaczyła. Jeśli łamią mu się kości, to naprawdę. Jeśli usychają organy, to trzeba iść do lekarza, który tylko pokiwa głową, da zastrzyk i lizaka, ale Miszy nie naprawi. Może tylko mocniej dokręci parę śrubek, żeby mały braciszek wolniej się rozlatywał.
Mama mawiała też, że Misza nie ma duszy. Nie dość więc, że nie powinnam na swoje wewnętrzne bóle narzekać, to jeszcze powinnam być wdzięczna, bo jak dusza szczypie, to znaczy, że jest. A Miszka to tylko pusta, brzydka skorupa, tak brzydka, że żadna dusza nie chciała w niej zamieszkać. Mama tłumaczyła, że choć braciszek miał formę zbliżoną do człowieka, to bardziej był zwierzęciem, do tego niezbyt bystrym, śliniącym się głównie.
Misza miał ulubioną zabawę – stawał na środku podwórka i czekał na silniejszy wiatr. Gdy ten się zrywał, Miszka podskakiwał na krzywych nóżkach, biegł i udawał, że wiatr porywa jego niekształtne ciało. Śmiał się przy tym po swojemu, a śmiech miał taki, że wszystkie dzieci przed nim uciekały i nie chciały się z nim bawić. Misza charczał, jakby się dusił, a potem trochę ryczał – taki to był śmiech. Ryczał jak lwy morskie, które widziałam w telewizji dawno temu. I z wyglądu też je trochę przypominał, bo miał ciałko rozlane i rączki niezgrabne jak płetwy. Kiedyś próbowałam mu wytłumaczyć, że to nieprawda, że nie ma duszy. Ma, tylko że to dusza lwa morskiego. Przez jakąś wielką, kosmiczną pomyłkę – zamiast trafić do wielkiego, szarego cielska – wypełniła małego, różowego chłopca. Ciało człowieka okazało się bardzo niewygodne dla potężnego ssaka, dlatego jego dusza napierała od środka, by odpowiednio ciało Miszki odkształcić, uformować. Dlatego mały braciszek jest taki dziwny.
Misza w odpowiedzi zacharkał, co oznaczało, że się ucieszył. Pomyślałam, że zrozumiał, bo miał takie mądre spojrzenie, a gdy opowiadałam mu o lwie morskim, patrzył mi prosto w twarz, nie wiercił się i nie wyglądał za okno na szarpane wiatrem, uschnięte drzewa, jak zwykle robił, gdy się do niego zbyt długo i zbyt monotonnie mówiło. Uwierzył w moją historię, a być może w końcu poczuł się zrozumiany.
Pomyślałam, że ja też mogłam mieć nie tę duszę, co trzeba, i dlatego tak mnie bolało w środku. Tylko że ja byłam normalna, tak fizycznie. Może miałam duszę myszy lub ptaszka, czegoś małego, co się nie musiało rozpychać.
– Ni pies, ni wydra, podobne do świdra! – wołały dzieci za Miszką. Cieszyłam się, że nie wyglądałam jak świder.
Matka również była wdzięczna za to, że urodziłam się całkiem normalna. Modliła się regularnie w podzięce, a i mnie układała ręce do modlitwy i uczyła słów pacierza. Dziękowała też, że ma kogoś do pomocy w domu oraz przy Miszy. Na tatkę niewiele mogła liczyć – pokręciło go na tyle, by nie mógł chodzić do pracy, ale jeszcze nie dość, by nie mógł wyjść na wódkę. Tatko przez większość dnia siedział przed śnieżącym telewizorem lub znikał na długie godziny. Mówił mało i rzadko, przez co bałam się go trochę. Wyobrażałam sobie, że miał duszę wulkanu, uśpionego od lat, ponuro spoglądającego jedynym okiem na życie toczące się spokojnie w wiosce u jego podnóża. Któregoś dnia wulkan mógł wybuchnąć. Utrzymywałam więc bezpieczną odległość od ojca, zbliżając się tylko po to, by podać mu talerz z obiadem. Gdyby wulkan wybuchł, lawa pochłonęłaby Miszkę od razu, gdyż Miszka lubił kręcić się tatkowi między nogami lub gryźć pilota. Tatko nigdy jednak – w przeciwieństwie do mamy – nie mówił źle o małym braciszku i cierpliwie znosił wszelkie związane z ciągnięciem za nogawkę oraz ślinieniem się zabawy.
Tatko rzadko przerywał milczenie, a jeśli już to robił, najczęściej opowiadał o tak zwanej „dawnej chwale”. Mówił, że gdy byłam zupełnie mała, a Miszka się nawet jeszcze nie urodził, miasteczko tętniło życiem dzięki kopalni. Lubił przywoływać anegdotki z czasów, gdy również tam pracował. Potem kopalnię zamknęli czy też się zapadła, lub miał miejsce jakiś wypadek – nie wiedziałam dokładnie, gdyż tatko nie chciał o tym nigdy rozmawiać, a wypytywany zaczynał bębnić palcami po napuchłym kolanie i przeklinać cicho, żeby Miszka nie usłyszał. Wraz z kopalnią zniknęły pociągi i ciężarówki, ale przede wszystkim – miejsca pracy. Tatko zawsze kończył wspominki narzekaniem, że nie było pracy, choć i tak wszyscy wiedzieliśmy, że z jego opuchniętymi nogami i trzęsącymi się dłońmi do żadnej pracy się nie nadaje.
Nikt więc do naszego miasteczka nie przyjeżdżał, a i my nigdzie się nie wybieraliśmy. Czasami wychodziłam na drogę, aż za znak z nazwą miejscowości. Próbowałam wypatrzyć cokolwiek na horyzoncie, ale targany wiatrem piach zasłaniał niebo, a słońce raziło w oczy. Słychać było tylko uderzanie piasku o popękany asfalt drogi. Raz udało mi się dostrzec linię widnokręgu – falowała odległa, gorąca, a za nią rozciągały się zapewne kolejne, dalekie kilometry niczego. Ziemia skwierczała. Trudno było mi zrozumieć, czemu ktokolwiek miałby pokonywać okrutną pustynię tylko po to, by dostać się do naszego miasteczka. Nawet praca w kopalni nie wydawała się tego warta. Może podróż koleją była łatwiejsza, ale ostatnie pociągi odjechały tak dawno, że nawet ich nie pamiętałam.
Nie było drogi ucieczki, a mimo to ludzi w miasteczku wydawało się ubywać. Wszystko przez choroby, które sprawiały, że jedni stawali się za chudzi, a drudzy za grubi. Ciągła nieproporcjonalność utrudniała prawidłowe liczenie. Bo jak się patrzyło na tych z żebrami na wierzchu, o skórze prawie przezroczystej – jakby przyjrzeć się bliżej, to i narządy można by zobaczyć, i samą duszę skuloną między żebrami – to liczyło się ich zaledwie za pół człowieka, czasem tylko za jedną czwartą. Nieliczne grubasy ciągnęły statystyki do góry, ale nie mogły wyrównać straty po chudzielcach. Miszka też był gruby i mama tłumaczyła, że ci, którzy nabrzmieli, odchodzili szybko – tak próbowała mnie pocieszać. Powtarzała, że Miszka niedługo odejdzie i wszystko będzie dobrze. Nie wiem, czemu to robiła, bo ja wcale nie chciałam, żeby Miszka gdziekolwiek szedł. Patrzyłam na horyzont i wiedziałam, że sam nie miałby siły nigdzie dojść.
– Zobacz – wyszeptała raz nerwowo mama, pokazując tatce coś za oknem. Wspięłam się na szafkę obok zlewu, żeby lepiej widzieć. Miszka pełzał po podłodze, poszczekując, bym opowiedziała mu, co zobaczyłam.
– Szkoda, Miszka, że tego nie widzisz! To nasz sąsiad, pan Fiodor, praktycznie zwinięty w pętelkę. Wygląda jeszcze śmieszniej od ciebie!
– Cii! – Mama machnęła na mnie ręką, bym się nie odzywała. – Co on tu robi? Powinien leżeć w łóżku.
Dorośli znosili choroby znacznie gorzej od dzieci, co nieodmiennie mnie zaskakiwało. To ja i Miszka, i reszta ferajny, byliśmy mniejsi, delikatniejsi, słabsi. A mimo to dawaliśmy jakoś radę. Dorośli natomiast poddawali się zaskakująco szybko. Myślę, że działo się tak przede wszystkim przez wstyd. Wstyd odbierał chęć do działania, powodował, że ludzie patrzyli na siebie niechętnie. Co zdrowsi dorośli patrzyli na chorych z potępieniem, bezgłośnie pytając, czemu nie leżą w szpitalu lub domu, czemu wystawiają zdeformowane ciała na widok publiczny. Wydawali pełne oburzenia okrzyki, gdy komuś się ulało. Chorych członków rodziny ukrywali przed sąsiadami. Najbardziej zadowoleni byli, gdy ktoś opadł kompletnie z sił i nie potrafił już samodzielnie wstać z poduszek. Wtedy problem sam się rozwiązywał, choć ulice pustoszały.
Z dziećmi dorośli czynili podobnie – gdy tylko u kogoś pojawiały się pierwsze objawy, zaraz był kładziony do łóżka, zawijany w kilka warstw koców i kołder, tak że mógł tylko leżeć i dyszeć. Mama też szczelnie opatulała Miszkę kołdrą, jakby był to jakiś magiczny rytuał mający uzdrowić go ze wszystkich nieszczęść, z jakimi się urodził. Nie miało to żadnego sensu, gdyż w miasteczku zawsze było ciepło, a najczęściej tak gorąco, że nie dało się spać. Mały braciszek miał na szczęście dość siły oraz uporu, by odrzucić grube warstwy i wypełznąć z łóżka. Ciągnęło go na zewnątrz, w przeciwieństwie do dorosłych. Gotowy był przebierać grubymi nóżkami aż do wyczerpania, by potem zacząć podpierać się rękami, palcami jak serdelki wbijając się w piach i podciągając do przodu – cokolwiek, byleby wyrwać się na wolność.
Tak robiły wszystkie dzieci, zarówno te, które urodziły się normalne, ale z czasem zaczęły jednak giąć się do ziemi, jak i te, które przyszły na świat z nogami krzywymi, oczami zezowatymi, głowami zdeformowanymi; przekrój był olbrzymi i każdy miał jakąś własną, wyjątkową cechę, wyśmiewaną przez resztę. A to rączek za dużo albo za mało; a to trafiło się komuś dodatkowe kolano; a to garb dumnie sterczący do góry. Wszystkie jednak dzieci bez wyjątku ciągnęły na zewnątrz, do wspólnej zabawy – Szymek raz nawet uciekł ze szpitala, dlatego zaczął kuleć na nigdy niedoleczoną, złamaną nogę. Nie mieliśmy czasu na chorowanie, na pierzyny, na dorosły wstyd i obrzydzenie. Zbyt zajęci byliśmy urządzaniem konkursów we wchodzeniu na drzewo, bieganiu na czas, siłowaniu się, zrzucaniu przeciwników z małpiego gaju czy budowaniu fortów z wyschniętych gałęzi i ukradzionych z piwnic i garaży przedmiotów. Niestety, jako całkiem sprawną, zawsze wykluczano mnie ze wszelkich zabaw; co najwyżej wolno mi było sędziować. Miszka zajmował najczęściej zaszczytne ostatnie miejsce, ale i tak dawało mu to mnóstwo radości.
Dorośli mieli sporo racji, gdy mówili, że nam to dobrze, że jako dzieci nie musimy się niczym martwić. Niestety pan Fiodor był dorosły, należał więc do świata ciągłych, dziwnych problemów. Dlatego jego ukazanie się na ulicy wywołało zaskoczenie nie tylko mamy, ale też innych sąsiadów, którzy rzucali złośliwe komentarze, plując z okien. Być może jakoś by to znieśli, gdyby pan Fiodor był w lepszym stanie, ale nawet ja musiałam przyznać, że nie prezentował się najlepiej.
Wyglądał, jakby coś go naciskało od góry, stopniowo spłaszczając. Ciało jego, nie mogąc pokonać tej niewidzialnej siły i wybić się do góry, ale nie pozwalając też wcisnąć się w ziemię, w akcie buntu rozlewało się na boki. Kręgosłup wygiął się niebezpiecznie, snując po plecach wężykiem, ale jakimś cudem jeszcze nie pękł. Sąsiad usiadł na ławce niedaleko naszego domku. Siedział tam bez ruchu ku narastającej irytacji rodziców.
– Co ten człowiek sobie myśli? Może umarł? Powinnam zadzwonić po karetkę? A, telefon nie działa… I tak odsyłają ludzi do domu, uwierzysz? Tłumaczą, że nic nie mogą zrobić. Pewnie leki dla siebie i swoich rodzin kradną, a dla zwykłych ludzi nic nie ma – narzekała mama.
Wyszłam do niego, zabierając ze sobą Miszkę. Wymknęliśmy się cicho przez podwórze, by mama nie zdążyła nas skrzyczeć. Gdy sadzałam małego braciszka na ławce obok pana Fiodora, czułam palący w plecy, wściekły wzrok.
– Kto tam? – zapytał Fiodor. Szyję miał zbyt napuchłą, by móc odwrócić głowę w naszą stronę.
– To ja. I Miszka.
– Idźcie stąd – powiedział gniewnie. Oczy zniknęły pod obrzmiałymi policzkami i zapadniętymi łukami brwiowymi. Z zacienionego oczodołu lała się lepka, jasna ciecz.
– Proszę się nie martwić, Miszka jest dokładnie taki sam – uspokoiłam go, zakładając, że wstydzi się swojego wyglądu.
– Misza… On jest jeszcze mały, prawda? – Zakasłał potężnie, plując brunatną śliną. Ta ściekła mu po brodzie na pierś. – Taki mały… Nie wiadomo, czy ratować, bo to dziecko jeszcze, czy z tego samego powodu dobić. Niech korzysta z resztek życia, póki je ma… albo niech nie cierpi więcej.
– Braciszek ma się całkiem dobrze. Ostatnio nauczył się nowego dźwięku, grucha niczym gołąb.
Zapadła cisza, przerywana okazjonalnymi kaszlnięciami pana Fiodora. Coraz gęstsza i bardziej brunatna maź spływała mu z ust. Chciałam przetrzeć jego twarz rękawem, ale mi nie pozwolił.
– Wyszedł pan na spacer?
– Nie wrócę do łóżka! Żadną siłą mnie nie zaciągnięcie! – zaprotestował gwałtownie.
– Oczywiście, że nie. Jest pan bardzo duży, więc na pewno bardzo silny. Wątpię, by ktokolwiek mógł pana stąd ruszyć. Nawet gdyby całe miasteczko się zbiegło i założyło chomąta, by pana pociągnąć!
– W zeszłym tygodniu… Ja tak nie skończę. Chcę mieć pogrzeb, a nie, żeby mnie z chałupą spalili!
– Niech pan sobie wyobrazi tych, co mają tylko jedną nogę, albo i pół, jak łapią linę w zęby i na kulach podskakują! Nigdy by pana stąd nie ruszyli! A ci, co są tak grubi jak pan, poprzewracaliby się i zepsuli cały szyk. Ktoś by krzyczał „raz, dwa, ciągniemy!”, a tu grubas jakby się przewrócił, tak by wszystkich z rytmu wybił.
Pan Fiodor zatrząsł się cały, ale nie byłam pewna, czy to śmiech, czy kolejny napad kaszlu.
– Co ty wymyślasz za głupoty – wysapał, a ja się oburzyłam. – No dobrze już, dobrze, malutka. Ale idź już, zabierz braciszka. Mężczyzna musi zrobić, co ma do zrobienia.
– Ale pan nic nie robi!
Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Miszka też zaczął się nudzić i grymasił, ściągnęłam go więc z ławki, by mógł popełznąć do domu.
– Dorośli są okropni – wyszeptałam, nachylając się na odchodne do pana Fiodora. – Gdyby pan chciał, to my, dzieciaki, spotykamy się na placu zabaw ze Ślimakiem. Wie pan, na tym najfajniejszym. Może pan wpaść. My też nie lubimy siedzieć w domu.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 75
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Lwy morskie

Post autor: Xanttis » 06 lipca 2018, 22:57

Przeczytałem za jednym razem, bo całkiem krótki fragment.

Najpierw technicznie. Przyznam, że nie wiem czy to tylko ja, czy coś mi tu nie gra w szyku zdania, albo z odmianą końcówek:
moja głowa zamieniłaby się w lekki, skórzany worek, powiewający na wietrze, a moje stopy nabrzmiałyby, wypełnione gruzem wnętrzności, który spłynąłby w dół z reszty ciała.
Wstęp odrobinę przydługi jak dla mnie, ale bez znużenia i znudzenia, coś tam się działo, utrzymywało w skupieniu jednak. Po przeczytaniu nie wiem też jak ma się ten pierwszy akapit do reszty. Trochę taki jakby górnolotny, metaforyczny, a akcja działa się w domu i przed nim, odliczając wrzutki z jej wspomnień. Wygląda to trochę jak kadr z filmu na wstępie. Może taki efekt miał być? Na pewno ciekawie to wygląda.

A co do odbioru i wrażeń czytelniczych; mroczny tekst. Dużo pytań i tajemnic, mglisty obraz od początku. Co się wydarzyło, dlaczego chorują? Nasuwają się myśli o apokalipsie, że to postapo, że jakaś wojna, a tu nie. Jedyną poszlaką i wskazówką jest to, że kiedyś była kopalnia i była praca a teraz nie ma, choć nie wiadomo czy tłumaczy ona to wszystko dookoła. Narratorka ciągle mówi, ciągle coś przekazuje, ale nie ma nic o tle, tylko wewnętrzny obraz, uczucia. Dobrze to wygląda, autentycznie. Nie ma tu wykładania kawy na ławę czy patetycznego gadania, że jakaś wojna czy cokolwiek. Przekaz - co widzę, co się dzieje, co słyszałam, co myślę. Na pewno dałoby się uwypuklić opisy, ale plucie brunatną mazią mi akurat wystarczy.

Wygląda to poprawnie i ciekawie jak dla mnie, te lwy morskie są przynętą, haczykiem, hmmm. Może bardziej doświadczeni wyłapią więcej stylistyki niż ja ^^. Ogólnie dosyć... przykry tekst.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1791
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Lwy morskie

Post autor: Kruffachi » 17 lipca 2018, 19:19

Ten komć miał wyglądać początkowo zupełnie inaczej, ale właśnie skończyłam korektę piekielnie nudnego opka w klimacie postnuklearnym i to sprawiło, że zacznę trochę od końca - od tego, dlaczego postnuklearu nie lubię. Na ogół. No właśnie dlatego, że jest nudny, że autorzy często nacierają się wizją tych samych krajobrazów, po raz tysięczny wałkują mantry o tym, że kiwi kiwi kiwi, jacy to jesteśmy jako ludzkość źli i chciwi, że sobie to zrobiliśmy, jaka ta samotność jest straszna i tak dalej i tak dalej. Nie twierdzę, ze same w sobie te tematy nie są warte poruszania, ale w postnuklearne postapo wrosły tak mocno, że właściwie ono bez nich nie istnieje, a skoro tak, to autorzy raczej się nie wysilają, tylko ciągle sięgają po te same klisze, a nawet te same wyrażenia. I tak bohater idzie w pyle, rozważa o naturze człowieka, wżera konserwy, tu go coś pogodni, tu coś sam upoluje, ale niewiele z tego wynika.

Piszę o postnuklearu, bo wnioskuję, że to, co opisujesz, to jakiś rodzaj mutacji popromiennych lub podobny mechanizm. No i Ciebie te zarzuty ogólnie nie dotyczą - przynajmniej nie w tym fragmencie, który przeczytałam. Podchodzisz do tematu od innej strony i chwała Ci za to. Nie samotnego wędrowca żelaznodupca, a zwyczajnych ludzi, których życie stanęło na głowie i którzy nigdzie się nie ruszają, z niczym nie walczą, tylko nadal udają, że owinięcie kogoś kołdrą wygoni wszelkie choroby. Do tematu dzieci też podchodzisz ciut inaczej, bo nie jest to emocjonalny dodatek do dorosłego bohatera, a postać, która dostaje swoją narrację i swoje prawo do widzenia oraz nazywania świata. I to daje kapitalny efekt w postaci pewnego zderzenia. Nie ma jęczenia nad bólami istnienia i trudami przetrwania, bo głos dostaje dziewczynka, która niekoniecznie o tym myśli. Owszem, ma pewne swoje mentalne problemy, są opisy za małej duszy i tego wewnętrznego bólu (te akapity o za małych i za dużych duszach są świetne), ale równie ważne wydają się pozytywne aspekty życia. Ot, choćby sukcesy niepełnosprawnego brata, których nikt inny zdaje się już nie zauważać. Bardzo mnie tym ciepłem i siostrzaną miłością kupiła. Co by się nie działo, jakiekolwiek przywary by z niej nie wyszły, przez ten aspekt prostego przywiązania jakby pozbawiony ckliwego współczucia albo chęci zagłaskania na śmierć, tak bardzo mi się podoba, że jej automatycznie kibicuję. Uwielbiam taką prostotę w relacjach i podejściu do życia. No i równie ważne są zabawy, to wychodzenie na zewnątrz.

Chcąc się czegoś przyczepić, mogłabym się zastanawiać, na ile naturalne są jej rozważania porównujące światy dzieci i dorosłych, ale to tylko chcąc się przyczepić bardzo bardzo, a nie czuję potrzeby szukania dziury w całym. Bo tak, rozważania te są podane w sposób wiarygodny, a to, że z punktu widzenia kogoś, kto się na co dzień literaturą zajmuje i ma ustawione anteny na szczególne okoliczności, wydają się bardziej dla czytelnika niż dla samej postaci? Co z tego w sumie? Masa jest takich fragmentów i o ile potrafią swoją funkcję zamaskować świetnym językiem - a tak jest w tym wypadku - nic w nich złego. A poza tym to są naprawdę fajne rozważania i jednak zupełnie zostawię je w spokoju, a nawet więcej - pochwalę.

Zwłaszcza że one się świetnie pzekładają na to, co pokazujesz. Tkwi mi w oczach nie tylko obraz sąsiada, który po wielu dniach wychodzi wreszcie z domu, zapewne tylko po to, żeby umrzeć w sposób, w jaki by chciał, a nie dusząc się pod pierzyną. Myślę też o matce i o wyraźnym w jej zachowaniu zmęczeniu, o takiej gorzkiej, okrutnej myśli, że chciałaby, żeby jej syn już wreszcie umarł, a on jak na złość trzyma się życia i jeszcze w pewien sposób radzi sobie znacznie lepiej od niej, widząc radość tam, gdzie inni nie potrafią.

Świetne jest to zdanie, w którym bohaterka wspomina, że jako w pełni sprawna nie ma prawa do udziału w dziecięcych konkursach. To jest kapitalne odwrócenie. W ogóle dzieci takiego świata to jest tak cudowny temat i na ile mogę to oceniać po tak krótkim fragmencie, rozwijasz go w kierunku, który mi szalenie odpowiada i imponuje. Budujesz ten kontrast między beznadzieją umierającego świata, a takim spoistym ciepłem i bezpretensjonalnością pokolenia, które przez większość swojego życia znało ten świat tylko takim i po prostu próbuje się dostosować. Wrzucaj więcej koniecznie, będę czytać i żałuję, że nie zabrałam się za lekturę natychmiast po tym, jak wrzuciłaś.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Ag.
Posty: 112
Rejestracja: 05 czerwca 2015, 19:24
Lokalizacja: Warszawa
Kontaktowanie:

Re: Lwy morskie

Post autor: Ag. » 18 lipca 2018, 20:24

Xanttis – co do pierwszego akapitu, to możliwe, że było tak: napisałam go, nie wiedziałam, co z nim dalej zrobić, więc porzuciłam go na parę miesięcy/lat. Któregoś dnia odkopałam go i wymyśliłam ciąg dalszy. Dlatego może trochę odstawać.

Ogólnie zaś mam złe wieści, będzie jeszcze mroczniej i bardziej przykro. :(

Kruffachi – dziękuję za tyle ciepłych słów, daje mi to siłę do dalszego działania. :) Tylko teraz się trochę boję, jak ci się będzie reszta tego tekstu podobać, bo co, jak nie spełni oczekiwań? Aczkolwiek rzeczywiście jest to troszeczkę inne spojrzenie na post-apo, powiedziałabym, że nawet post-post-apo, więc mam nadzieję, że chociaż pod tym względem spodoba ci się mój pomysł.

Co do dzisiejszego fragmentu... jestem zaskoczona, że to kiedyś przeszło redakcję i korektę, bo i językowo w paru miejscach leżało, a i narracja była zbyt szarpana. Poprawiłam ile umiałam, proszę o uwagi odnośnie płynności. Poza tym aż tak dużo się nie dzieje, głównie beznadzieja. Ale potem obiecuję, że już będzie zakończenie i będzie ciekawiej.


Lwy morskie, odc. 2

Ale pan Fiodor nigdy się na placu zabaw nie zjawił. Pod wieczór podjechała karetka i – wbrew temu, o czym próbowałam go przekonać – sanitariusze mieli dość siły, by podnieść go z ławki. Więcej go już nie widziałam.
Spotykaliśmy się pod olbrzymią zjeżdżalnią, zwaną Ślimakiem. Zabawki były kiedyś tęczowo kolorowe, ale od prażącego niemiłosiernie słońca wyblakły. Przybrały kolory ziemi – beżowe, żółtawe. Część, choćby karuzela, rozsypała się. Drabinki nie wytrzymały, niewielkiego przecież, ciężaru chudzielca Szymka, łamiąc mu rękę. Kończyna – mimo gipsu – zrosła się krzywo, przez co wyginała się w dziwny sposób. Jednak Szymek dalej właził na płoty, drzewa i zjeżdżalnię najszybciej ze wszystkich.
Gdy wychodziłam z domu, mama kazała mi wkładać rajstopki, grube swetry, a głowę zawijała w chustę. Chyba miała małego świra na punkcie ciepłych strojów. Nie dało się tak wytrzymać, więc gdy tylko skręcałam za róg i nie byłam widoczna z okien domu, zrzucałam ubrania. Na placu zabaw ściągaliśmy buty oraz skarpety, bo robiły się od nich odciski i nogi nam śmierdziały. Uciekaliśmy całymi grupkami z rozżarzonego piasku na jeszcze gorętsze blachy zjeżdżalni. Potem koiliśmy obolałe stopy i poparzone pośladki w skąpym cieniu uschniętego drzewa po drugiej stronie ulicy. Pozbawione liści gałęzie nie oferowały wystarczającego schronienia, więc o miejsce w cieniu chudego pnia trzeba było walczyć, a potem przesuwać się wraz z nim. Tylko Miszce było wszystko jedno, a wręcz wydawał się z przyjemnością pocić w założonych na cebulkę spodenkach, bluzkach, kurteczkach.
Od biegania w pełnym słońcu skóra odłaziła wszystkim dzieciakom od ciała, a na plecach i ramionach robiły się wielkie, bolesne bąble i czarne strupy. Mama płakała nad moimi bąblami, aż w końcu powiedziała, że ten ból, który gryzie mnie od środka, powodowany jest właśnie przed słońce. Zaczęłam zakrywać ramiona chustą, ale dzieciaki patrzyły na mnie dziwnie. W trakcie zabawy chustę najczęściej porywał wiatr. Kto chciał się popisać, ściągał ją dla mnie z drzewa, na którym utknęła.
Dzieciaki przestały żartować z mojej chusty, gdy Marysia pokryła się strupami tak wielkimi i paskudnymi, że przestała do nas przychodzić. Leżała w domu pod stosem kołder, spod których nie miała siły się wygrzebać. Ale nikt więcej nie zaczął nosić chust albo bluzek z długimi rękawami. Dalej biegaliśmy po piasku gołymi stopami.
Niedługo po tym, jak zaczęłam nosić chustę, ale jeszcze przed tym, jak zniknęła Marysia, wydarzył się pożar, o którym wspomniał pan Fiodor, gdy siedział na ławce przed moim domem, denerwując mamę.
Tamtego dnia wyczuwałam wyraźnie nerwowość dorosłych. Tatko gdzieś zniknął, mama kazała mi siedzieć w domu. Pomstowała na nasz szpital, wyzywając lekarzy od najgorszych, gdyż najwyraźniej nie chcieli zrobić czegoś po jej myśli. Zaciekawiona postanowiłam umknąć drzwiami na podwórze. Była to szybka i skuteczna droga ucieczki – mama rzadko je zamykała, a nawet jeśli, klucz wisiał zaraz obok nich. Naciskałam już na klamkę, gdy Miszka zaczął kwilić, musiałam więc zabrać go ze sobą. Odnaleźliśmy tatkę, stojącego pod jednym z domów i debatującego ze sporą grupą ludzi. Zaparkowana przed domkiem karetka nieprzerwanie migała światłami, choć nikt nie wiedział, po co to robi.
– Musicie go zabrać – słyszeliśmy, jak naciskali niektórzy dorośli.
– Ścianę trzeba by wyburzyć – odpowiedział ktoś bez przekonania.
– Mam hak w ciężarówce.
– I tak nie ma go gdzie ułożyć.
– Późno już. Sprzęt jest potrzebny, ludzie…
– Ja nie będę tego robić, to jest wasza praca!
Tatko wzruszył ramionami. W końcu zobaczył mnie i Miszkę. Gestem dłoni kazał nam wracać do domu. Zamiast tego poszliśmy na plac zabaw, wyciągnąć informacje od innych dzieci.
– Widzisz coś stamtąd? – zapytałam Alka, który co prawda chodził, podpierając się kulami, ale ręce miał ze stali, dzięki czemu potrafił wdrapać się wszędzie.
– Z zewnątrz nic. Trzeba wejść do środka – odkrzyknął ze szczytu latarni.
Dorośli nie życzyli sobie naszej obecności, dlatego czekaliśmy do wieczora. Miszka był zmęczony i osowiały, gdyż o tej porze kładł się już spać. Niektóre dzieciaki nie miały wyboru i wróciły do domu, wymknęły się jednak z łóżek po zgaszeniu świateł i znowu do nas dołączyły.
– Tam mieszka mój wujek – wyznała w końcu Lenka, międląc pluszowego króliczka z jednym oczkiem. – Mama zakazała mi komukolwiek o tym mówić, ale wam powiem.
– No to co się tam dzieje?
– Nie wiem dokładnie. Nie widziałam już dawno wujka. Chyba był bardzo chory i nie opuszczał domu. Tata coś wspominał, że lekarz do niego przychodził, ale ostatnio przestał, bo nie miał nic nowego do powiedzenia. Dziś rano mama poszła sprawdzić, jak się wujek czuje, a potem nagle zawołała wszystkich, a mnie zabroniła wychodzić z pokoju. – Uniosła dumnie głowę, podkreślając, że nie usłuchała zakazu, dzięki czemu była teraz z nami, by wprowadzić nas w szczegóły sprawy. Pochwaliliśmy jej lojalność względem przyjaciół.
– Chyba nie powinniśmy tam iść. Jeśli jej wujek jest chory, możemy się zarazić – zauważył Szymek.
Zrugaliśmy go za chęć wycofania się. Na większość z nas, w związku ze zniknięciem w środku nocy, czekały w domu kłopoty. Jeśli mieliśmy dostać burę, to za coś porządnego.
– Szymek-kurczak wymięka! – zakrzyknął Alek.
– I tak już wszyscy jesteśmy chorzy – dodała Lenka. – Tylko jeszcze nie tak, żeby leżeć w łóżku. Na przykład mój młodszy brat… – urwała, spoglądając na Miszkę. Zaczerwieniła się, więc wzruszyłam ramionami, dając jej do zrozumienia, że nic się nie stało.
– Miszka ma się całkiem nieźle, tylko tego po nim nie widać. W ogóle ciężko coś zobaczyć pod tymi szalikami i kurtkami.
– Miszka stara kiszka! – wydarł się znowu Alek. Dałam mu kuksańca w bok, by się uspokoił. Jeszcze ściągnie na nas uwagę dorosłych. Alek uwielbiał się drzeć.
– Ona nie jest chora. – Szymek wskazał na mnie. – I ja też nie!
Zsunęłam z ramion chustę, pokazując jątrzące się rany i strupy.
– Tylko ci się wydaje, że jesteś zdrowy. Może z zewnątrz tego nie widać, ale gnijesz od wewnątrz. Jak już wszystko przegnije, to wychodzi na wierzch – wytłumaczyłam. – Ciągle czuję, jak mnie boli w środku. Czasem tak bardzo, że nie mam siły się ruszyć. A ty masz krzywo zrośniętą rękę.
– Tata mówi, że w szpitalu są same konowały…
– Nieprawda. Kości powinny się dobrze zrastać. Ale się nie zrastają, bo wszyscy jesteśmy chorzy. I trudno. Przynajmniej nie musimy się martwić, że się czymś zarazimy.
– No to co mamy zrobić? – zapiszczał, najwyraźniej powstrzymując się od płaczu.
– Ja chcę w końcu wejść do środka! – wtrącił się Alek, a reszta mu przytaknęła.
Pod osłoną nocy przebiegliśmy wzdłuż ściany do okna, a przez nie wleźliśmy do sypialni. Mężczyzna leżał na plecach w kącie pokoju. Jego brzuch wypinał się do góry, w niczym nie przypominał jednak łagodnego, acz dorodnego pagórka, jakim zwykle chwalą się panowie. Wyglądał raczej jak zbocza zniszczone lawiną błotną – spływał na boki, tworząc nieforemne fałdy o gumiastym wyglądzie. Lśnił potem. Skóra na rękach pokryta była wybroczynami. Był całkowicie nagi, ale brzuch zasłaniał także jego fiutka; odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała na to patrzeć.
Przekroczyłam próg. Lenka rozpłakała się od smrodu i wyszła z budynku. Tuż za mną stał Alek, szturchając mnie kulą. Udawał, że wymiotuje, wydając obleśne dźwięki, przesadził jednak i zwymiotował naprawdę.
W ciemności słabo widziałam twarz leżącego mężczyzny. Mógł być bardzo blady, ale też światło księżyca mogło nadać jego skórze niezdrowy kolor. Jedyną latarkę zabrała ze sobą Lenka, która zaczęła się nagle bać wszystkiego. Czekałam, aż moje oczy przyzwyczają się do mroku. Podeszłam bliżej i zdałam sobie sprawę, że nie leżał na podłodze, jak mi się wydawało, lecz na łóżku. Połamane nóżki ledwo wystawały spod zwałów brzucha.
Alek stanął koło mnie.
– E, nic ciekawego. Tak samo zimny jak moja babka.
Pociągnęłam ostrożnie za wystające spod mężczyzny prześcieradło. Nawet nie drgnęło. Materiał został wessany między dwie fałdy tłuszczu. Nie potrafiłam powiedzieć, gdzie kończy się skóra, a zaczyna pościel. Wszystko pokryte było jakąś nieprzyjemną mazią.
– Wrósł w łóżko! Ej, patrzcie! Wrósł w łóżko! – darł się z zadowoleniem Alek. Reszta podeszła niepewnie, by się przyjrzeć. W świetle latarki ujrzałam, że mężczyzna miał usta oblepione zaschniętą pianą.
Nie chciałam więcej śmiać się z tego człowieka. Próbowałam wytrzeć ręce w prześcieradło, ale tylko pogorszyłam sytuację. Spróbowałam oczyścić dłonie gazetą. Słodki zapach stawał się coraz bardziej nieznośny. Dostrzegłam stojącego w progu pokoju Miszkę. Patrzył na mnie wyjątkowo bystrym wzrokiem. W tym rozumnym, prawie dorosłym spojrzeniu było coś przerażającego, aż zaszczękałam zębami mimo gorąca.
Wyślizgnęliśmy się z budynku parę minut później. Odruchowo zebraliśmy się pod ulubionym, zeschniętym drzewem.
– Nie wiem, czym się tak wszyscy ekscytują. W sumie to zmarnowaliśmy noc. Mogliśmy coś ciekawszego porobić.
– To było obleśne – Lenka skrzywiła się, wciąż zaczerwieniona od płaczu. – Chcę do mamy.
Miszka zaczął ciągnąć mnie za rękę, ale byłam w złym nastroju i nie zareagowałam. Puścił mnie, by zacząć biec w przeciwnym kierunku. Śledziłam bezmyślnie wzrokiem, jak koślawo podskakuje. Nagle odwrócił się, znów śląc mi to spojrzenie – jakby był bardzo, bardzo stary i wszystko już wiedział.
Uniosłam głowę. Nad miasteczkiem wisiała czerwona łuna. Domek człowieka-łóżka stał w ogniu. Przez chwilę panowała zupełna cisza, gdy ogień konsekwentnie trawił swą zdobycz. Chwilę później ludzie nadbiegli ze wszystkich stron, zawyły alarmy. Nikt nie zwrócił uwagi na naszą grupkę. Wszyscy byliśmy przerażeni, nawet Alek zamilkł. Gdy tylko dorośli zrozumieli, co się pali, stracili zapał do gaszenia. To środek pustyni – tłumaczyli – z wodą jest coraz ciężej. Szkoda ją marnować.
– Alek – zapytałam krótko.
– Ja nic nie wiem! – zaprotestował gwałtownie. – Ja nic nie zrobiłem.
Ogień sprawiał wrażenie bardzo spokojnego, znacznie spokojniejszego niż my w tamtej chwili. Nigdzie mu się nie śpieszyło, nie marzyła mu się ekspansja. Był ogniem zdecydowanym wykonać precyzyjnie swoje zadanie. Nie miał dalszych planów ani pragnień. Spalił dom człowieka-łóżka i jego samego do końca, aż została tylko kupka popiołów. I zgasł. Dorośli stali i patrzyli. Niektórzy rozgrzebywali pogorzelisko, gasząc ostatnie płomyki.
Nikt nie kazał nam iść do łóżek. Miszka ze zmęczenia położył się spać na drodze. Świszczał przez nos.
* Pożar wyraźnie odmienił nasze miasteczko. Dorośli przycichli, posmutnieli jeszcze bardziej, chodzili ze zmartwionymi twarzami. Ja też się martwiłam, ale nie mówiłam o tym głośno, gdyż Alek boleśnie wytknąłby mi najmniejszą okazaną słabość. Niepokoiłam się o mamę, która nie mogła usiedzieć w miejscu, krzyczała na tatkę, a raz wyszła z domu w połowie zmywania, jeszcze z pianą na dłoniach. Może dlatego, że i tak nie było w czym zmywać, bo woda w kranach przestała lecieć.
Rano budziły mnie kamienie walące w szybę. Miszka bardzo się na te hałasy cieszył. Zaczynał doniośle piszczeć, gdy tylko je usłyszał. Tego ranka nie słyszałam ani kamieni, ani piszczenia. Leżałam, gapiąc się w sufit. Wiedziałam, że robi się późno, że już dawno minęła pora wstawania, ale nie zjawiali się ani rodzice, ani Alek. Nagle wszystko wydało się dosyć bezsensowne. Ale potem Miszka zaczął kwilić i po prostu musiałam mu pomóc. Pogłaskałam go po spoconych, zwichrzonych, jasnych włoskach. Ubrałam go w rozciągnięte rajstopki, które śmiesznie opięły fałdki tłuszczu na brzuchu, buciki, z których i tak wystawały mu małe palce, a także podkoszulek. Więcej nie potrzebował, choć pewnie mama uważałaby inaczej.
Wymknęliśmy się bez śniadania. Miszka odruchowo wskazał na połówkę domu zajmowaną przez naszą sąsiadkę. Zwykle wychodziła rano na ganek, by pokrzyczeć na nas i Alka, jakie to z nas paskudne i hałaśliwe dzieciaki. Alek czasem rzucał w nią kamieniem, a potem błyskawicznie odskakiwał na kulach w bok. Dziś ulice były nieprzyjemnie ciche.
Na placu czekał Szymek, popychając wózek z Alkiem. Czekaliśmy, ale nie pojawiła się ani Lenka, ani Marysia, ani nikt inny. O Alku nie rozmawialiśmy. Mizerniał z dnia na dzień, tak że nie miał już siły skakać na kulach, drzeć się wniebogłosy i robić sobie z nas dowcipów. Nie mógł nawet sam popychać kółek wózka. Siedział zgarbiony, z oczami zapadniętymi mocno w czaszkę, z kępkami włosów ledwo trzymającymi się głowy. Z przygnębieniem patrzyło się, jak ginie w oczach najlepszy z naszej grupy. Tylko Miszka poklepywał go rączką po kolanie, jakby próbował wytłumaczyć, że nic się nie stało.
We dwójkę było nam ciężko, ale daliśmy radę wciągnąć Alka na szczyt Ślimaka. Zepchnęliśmy go po rozgrzanej blasze zjeżdżalni. Chłopak zajęczał, chyba bardziej z zadowolenia niż z gorąca. Uznaliśmy, że bawi się dobrze jak zawsze.
Szymek uparł się, że musimy odwieźć go do szpitala. Ten znajdował się na drugim końcu miasteczka, pchaliśmy więc wózek na zmianę. Nawet Misza pomagał, choć jego nóżki nie były przyzwyczajone do tak długich wypraw i musiałam po drodze zostawić go u ciotki. Szpital był niskim, podłużnym budynkiem o nieprzyjemnym zapachu i bladozielonych ścianach. W oknach wisiały krótkie, szare firanki, na podjeździe stało trochę samochodów i karetka. Wyglądała, jakby stała tu od wieków.
W środku natychmiast ogarnęła mnie groza. To było złe miejsce, pełne pacjentów, którzy przyrośli do łóżka razem z pościelą, pełne ludzi wychudzonych i powyginanych tak, jakby mieli zbyt dużo kolan i łokci, o długich, groźnych palcach. Szymek odprowadził Alka do jego rodziców, którzy chyba tu pracowali albo leżeli, nie do końca zrozumiałam.
– Wszyscy są chorzy. Najpierw strasznie się bałem, ale teraz już nie. Po prostu o tym nie myślę. Zresztą już mi wszystko jedno – wyjaśnił Szymek.
Minęła nas kobieta ciągnąca za sobą kroplówkę. Miała puste oczy spoglądające do innego wymiaru.
– Możesz oddać Miszkę, wiesz. Tu nie jest aż tak źle. Wszyscy sobie nawzajem pomagają, o ile mogą. I rodzice Alka też są spoko.
– Miszce nic nie jest! – zaprotestowałam gwałtownie i rzuciłam się biegiem na zewnątrz.
Instrukcja obsługi: http://9.asset.soup.io/asset/2745/0297_d5c7_500.jpeg

Piszę, czytam: http://agnieszkazak.com" onclick="window.open(this.href);return false;

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 212
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Lwy morskie

Post autor: MononokeGirl » 19 lipca 2018, 01:47

Z tym "przykrym" odbiorem zgodzę się z Xanttisem. Nie czytuję post-apo właśnie z tego względu. Jestem dość wrażliwym odbiorcą i czasami to nieprzyjemne uczucie potrafi się do mnie przykleić, więc dla własnego zdrowia psychicznego staram się trzymać z dala. A tu zapowiada się dużo nieprzyjemności, żółci podchodzącej do gardła i ogólnej fermentacji mózgu (także jak jak mój mózg sfermentuje to trzeba będzie winko z niego zrobić i uraczyć jakiegoś miłego zombie :P)

Jednak zaczynając od początku....
Pierwsze zdanie masz bardzo dobre. Idealny wstęp do takiej opowieści, a jednocześnie jest intrygujące. Kolejne już nieco mniej, od pierwszego akapitu bez owijania w bawełnę ciśniesz z "nieprzyjemnościami" - opis powoduje obrzydzenie, lecz to pierwsze zdanie naprawdę chwyta. Może to przez pierwszą osobę, może przez to, że mi też zdarzały się takie uczucia - zatem od razu opek staje się bardziej personalny.
Wydaje mi się, że jak czytałam za pierwszym razem to zwróciłam uwage na to samo zdanie co Xanttis, ale teraz przestało mi przeszkadzać. Jedynie masz dosć blisko "wiatr" w jednym akapicie.

Mama, jaką pokazujesz - z jednej strony wiem na pewno, że nie chciałabym takiej mieć. To co tłumaczy dziecku jest bezduszne i okrutne. A jednocześnie muszę spojrzeć własnemu egoizmowi prosto w oczy i przejrzeć się w obrazie tej Mamy, jaką narysowałaś. Byłybyśmy zaskakująco podobne. Ona widzi, tak samo jak widzi to jej córko, gdzie zmierza ten świat. Nie jest w stanie pomóc swojemu dziecku i wie, że lepiej nie będzie. Jedyne, co tak naprawdę może to marzyć, aby Misza odszedł jak najszybciej, aby odciążył resztę i ułatwił im przetrwanie, a jednocześnie życząc mu, żeby nie cierpiał dłużej.

Motyw duszy lwa morskiego, który zamieszkał w ciele małego chłopca bardzo udany. Lubię jak takie szczegóły łaczą się z tytułem.
Potem używasz tego motywu do opisania duszy głównej bohaterki i jej ojca, i jakoś traci to część mocy, chociaż rozumiem, że główna bohaterka mogła pójść po prostu tym tokiem rozumowania. Bardzo ciekawe, że odmówiła jakiegoś porównania swojej bezdusznej matce.

Podoba mi się ten myk z patrzeniem na ten świat oczami dziecka. Piekielnie sprytne. W post-apo czesto autorzy wymysląją coraz dziwniejsze przyczyny "tajemniczości" apokalipsy. A to ktoś budzi się nagle ze śpiączki (i to całkiem zdrowy, bez odleżyn itd) w świecie, gdzie szaleją zombie i wszystkich zeżarły poza głównym szczęściarzem, a to nagle coś pierdykło, gdy ludzie byli w schronie itd. Tu jest to tak cudownie naturalne, a jednocześnie, jako że dzieci nie wszystko rozumieją to niektóre rzeczy zwyczajnie pozostaną tajemnicą.

Ta rozkmina o "wstydzie dorosłych" jakoś nie pasowała mi do reszty narracji dziewczynki, nie jest wcale dziecięca. Zwłaszcza, że skoro sama nie czuła tego wstydu to czy potrafiłaby zrozumieć, że dorośli go czuli? Prawdziwy powód?

Słońce, które zamiast dawać życie zabija, powodując strupy i mutacje, ta rozgrzana pustynia rozciągająca się dookoła miasteczka - buduje to klimat tego końca. Siła, bez której nie da się żyć teraz to życie odbiera - nic nie jest już pewne. Jednocześnie przez to ograniczenie miejsca akcji robi się trochę "duszno", ciasno, klaustrofobicznie. Chciałoby się uciekać, ale wiadomo, że nie ma dokąd. Poza tym to podejście eko-apokalipsy jest chyba najrzadziej wykoszystywane, a jak dla mnie najbardziej prawdopodobne. Nie żadne zombie, nie żadne nuklearne bomby, a bardziej zwyczajne wykorzystanie i zniszczenie planety dobije ludzkość.
– Tylko ci się wydaje, że jesteś zdrowy. Może z zewnątrz tego nie widać, ale gnijesz od wewnątrz. Jak już wszystko przegnije, to wychodzi na wierzch
Nie brzmi to wcale dziecięco, ale do nie jest zarzut, bo ja wcale nie oczekuję, że dzieci pozostaną naiwne i ślepe w takim świecie, który kreujesz. Brzmi to nad wyraz dojrzale, a przy tych okrzykach Alka z tła - jeszcze dojrzalej. I buduje ten smutek, poczucie beznadzieji, przykrość w odbiorze.

Opis wyprawy do domu martwego mężczyzny jest tak zimny, naturalistyczny, bezwględny i beznamiętny. I ludzie wrośnięci w łóżka, ci dorośli, którzy przestali wychodzić na zewnątrz (uderzyło mnie to tym bardziej, że mam dokładnie taką samą babcie, zatem byłam w stanie sobie to wyobrazić, aż zbyt dobrze) - skojarzyło mi się z jednym filmikiem, który ktoś puścił na Literce In door generation Żyć na zewnątrz się nie da, w środku też nie.

To co się stało z Alkiem - Beznadzieja Critical Limit. Najbardziej boli, gdy taki bohater choruje/umiera. To tak jakby ostatnie okruchy światła i nadziei z premedytacją wrzucić do kibla.

Powtórzę tutaj za Kruff, bo ostatnia scena i słowa głównej bohaterki mi o tym przypomniały - ta czułość z jaką ona traktuje swojego braciszka, ta bezwarunkowa miłość kupują i mnie. To piękny motyw jest.

Jestem pewna, że wszystko w tym opowiadaniu zmierza do śmierci/śmierci w męczarniach/upodlenia rasy ludzkiej, ale chyba dzięki temu, że główna bohaterka zwyczajnie przyjmuje świat taki jakim jest i nie mięknie - mi też się to jakoś udaje. Zwyczajnie miałaby doła stulecia po przeczytaniu czegoś takiego. Czuję nieprzyjemny, rdzawy osad na duszy, ale na szczęście nie na tyle wżarty, żebym nie mogła z ciekawością czekać na ciąg dalszy.
:fire: :fire: :fire: PŁOŃ I PISZ! :fire: :fire: :fire:

Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

ODPOWIEDZ