Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Fabuła – czym powinnna być?

Miejsce dla wszelkich poradników i pytań związanych z procesem twórczym, pogaduch o pisaniu, czytaniu i komentowaniu.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: Zaimek » 17 kwietnia 2017, 15:48

Chciałbym zainicjować dyskusję nad sensem twórczości fabularnej. Popełniłem dzisiaj taki wpis na blogu:
Trudno nie przyznać Cioranowi racji, kiedy pisze, że twory samego tylko intelektu są jałowe. Twierdzenie to ujawnia swoją prawdziwość zwłaszcza w odniesieniu do literatury pięknej, a w szczególności do utworów fabularnych. Fabuła, która pozostaje bez związku z najrdzenniejszymi przeżyciami swojego twórcy, z konieczności musi być nudna i pozbawiona życia. Antoni Lange tak oto pisał o powinności poety: Poeta rzuca okiem wstecz
I własne czyny swoje waży —
Czy jeszcze ogień w nim się żarzy,
Czy nie pordzewiał jego miecz?
Czyli wykonał swoją rzecz,
Czy sięgnął w rdzeń swoich miraży?
Miraże nie biorą się znikąd. Mają w sobie wiele z satelity. I właśnie dlatego naprawdę dobra literatura obiera je sobie nie tylko za punkt wyjścia, ale również za osnowę. Fikcja literacka o tyle tylko ma sens i o tyle tylko przemawia do serca i wyobraźni, o ile pulsuje żywym doświadczeniem swojego autora. I nie chodzi tu o czysty weryzm, o wąsko rozumianą mimesis. Można z powodzeniem pisać o samym sobie, umieszczając akcję powieści dziesiątki tysięcy lat świetlnych od miejsca swojego zamieszkania, w scenografii zgoła egzotycznej, która niewiele będzie miała wspólnego z empiryczną rzeczywistością. Nie chodzi bowiem o wierność rzeczywistości fizykalnej ani nawet o respektowanie prawidłowości rządzących ludzką psychiką. Postępowanie fikcyjnej postaci może stać w jawnej sprzeczności nie tylko z aktualną wiedzą psychologiczną, ale również z potoczną intuicją, a mimo to będzie posiadało, jako składnik pewnej konstelacji w obrębie świata przedstawionego, walory poznawcze. Chciałoby się zapytać: na jakiej zasadzie?

To, co w pisarzu najrdzenniejsze, jest również najmniej indywidualne. Właśnie dlatego największe wrażenie robią na nas książki egotystów, których spojrzenie zwrócone jest cały czas w głąb samego siebie. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli uznać za wiarygodną tezę Junga o istnieniu nieświadomości zbiorowej, w której zmagazynowane są właściwe całemu gatunkowi dyspozycje, archetypy, wypromieniowujące z siebie nieprzebraną mnogość barwnych wizji i obrazów, służących nie tylko literatom, ale również reprezentantom innych sztuk przedstawieniowych za tworzywo. Jeśli więc z rozmysłem każę swojemu bohaterowi zrobić coś, co narusza życiowe prawdopodobieństwo, bądź jeśli inicjuję wydarzenia, które w sposób oczywisty przeciwstawiają się potocznym wyobrażeniom o świecie, to — o ile pozostaję posłuszny swoistej logice przemawiających językiem mojej wyobraźni archetypów — komunikuję tym samym pewne istotne treści poznawcze dotyczące uwarunkowań ludzkiej psychiki.

Zdaje się jednak, że literatura byłaby zbyt uboga, gdyby bazowała wyłącznie na archetypach. To, co w człowieku najrdzenniejsze, obejmuje swoim zakresem również ślady, echa, pozostałości minionych doświadczeń indywidualnych, a także zdeterminowane genetycznie i uzależnione od cech konstytucjonalnych predyspozycje. I to również powinno znaleźć wyraz w twórczości. Nie dlatego, żeby epatować czytelników swoim ja — efekciarstwo niewiele ma wspólnego z prawdziwą literaturą. Najważniejsze, aby odbiorca dzieła literackiego rozpoznał w nim swoją własną egzystencję. Otworzył szeroko oczy i z zajęciem wpatrywał się w to, co być może wcześniej już w sobie przeczuwał, lecz co dotychczas pozostawało jedynie domeną słabo uświadomionych doznań. Takie rozpoznawanie siebie w dziele literackim byłoby niemożliwe, gdybyśmy wszyscy byli przedstawicielami odrębnych gatunków i nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Literatura tzw. zeszytowa, której jedyną ambicją jest dostarczyć czytelnikowi rozrywki (bardzo zresztą wątpliwej), i która operuje ujęciami stereotypowymi, pozbawionymi istotnej wartości poznawczej, zawsze wydawała mi się czymś wymuszonym, czymś tłumaczącym się jedynie dążnością autora do zaistnienia na półkach księgarnianych. Utwory wyalienowane ze sfery archetypowej oraz z żywego doświadczenia pisarza, schlebiające skostniałym rozwiązaniom narracyjnym bądź też wchodzące w konflikt z usankcjonowanymi tradycją konwencjami dla samej tylko igraszki formalnej — nie mogą wzbudzić w nikim żywego zainteresowania, jako że interesujące jest tylko to, co ma możliwie najściślejszy związek z potrzebami.
[/align]

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1769
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: Kruffachi » 23 kwietnia 2017, 15:12

Podyskutowałabym, ale - prawdę powiedziawszy - nie wiem jak, bo piszesz cały czas twierdząco, autorytatywnie i używasz zaimka "nas", czyli masz na myśli także mnie i każdego innego czytelnika. To nie otwiera pola do dyskusji.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: Zaimek » 29 kwietnia 2017, 20:19

To jest notka blogowa, a nie forumowy post. Zwracasz uwagę na rzeczy drugorzędne, nieistotne :) Zresztą od momentu opublikowania tego tekstu trochę się już w moich poglądach pozmieniało, ale nie na tyle, bym literaturę czysto rozrywkową uważał za godną uwagi.

Awatar użytkownika
nuklearna_wiosna
Posty: 133
Rejestracja: 21 stycznia 2014, 01:44
Lokalizacja: w czarnej dupie
Kontaktowanie:

Re: Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: nuklearna_wiosna » 07 maja 2017, 20:04

Myślę, że mimo wszystko Kruffachi dotknęła jednak ważnej kwestii. Wypowiedziałeś się bardzo jasno na temat utworów fabularnych, na temat tego, czego od nich oczekujesz, oraz co sądzisz o literaturze rozrywkowej i właściwie jedyną sensowną reakcją jest przyjęcie do wiadomości Twojego punktu widzenia. Nawet, jeśli ktoś ma odmienny, to Twoja wypowiedź nie brzmi, jakby Cię to szczególnie interesowało. A już na pewno nie ma większego sensu przekonywanie Cię do innych poglądów, dlatego też wcale nie zamierzam.

Nawet, jeśli przyjąć tezę o archetypach właściwych całej ludzkości, nie daje nam to wcale żadnej podpowiedzi odnośnie fabuły. Bo twórca odnosi się do określonego motywu zawsze w kontekście. Zatem choćby sam motyw był odbiorcy znany i bliski na dowolnie głębokim poziomie, nie ma żadnej gwarancji, że „opakowany” w taką, nie inną treść dotrze do niego w sposób, jaki sobie autor założył. Przy całej swojej pierwotności, archetypy są plastyczne i podatne na różne interpretacje, dlatego poleganie na nich w celu wywołania konkretnej reakcji, może być zdradliwe.

Co do doświadczeń indywidualnych, myślę, że one w pisaniu zawsze gdzieś wychodzą. Już same wybory odnośnie formy i stylistycznego kształtu tekstu z nich się właśnie biorą, że o tematyce nie wspomnę. Autor jest w swoim tekście obecny. Każdy autor w każdym tekście. Dla mnie to nie ulega wątpliwości. Nawet jeśli nie pisze o sobie, zawsze w jakimś stopniu pisze siebie. Ale to się dzieje naturalnie, czytelnik o tym na co dzień nie myśli i nie sądzę, że powinien.
Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić metodę, dzięki której mielibyśmy poznawać, czy twórca w danym momencie opisał własne głębokie doświadczenie, czy też nie. I na diabła mi właściwie ta wiedza? Jeśli znajdę gdzieś coś, co do mnie przemawia, nie zastanawiam się, czy autor osobiście miał może podobne doświadczenie, czy wszystko od A do Z zmyślił i sklecił na wyczucie, w nadziei, że ludzie jakimś cudem to łykną. Po prostu cieszę się tym i przeżywam. Sama, czytając komentarze do własnych tekstów, widzę ogromne rozbieżności w emocjonalnym podejściu czytelników do poszczególnych wątków. Nie dostrzegam żadnej prawidłowości wskazującej na to, że to, co pochodzi z moich osobistych doświadczeń, działa lepiej niż to, co się do nich zupełnie nie odwołuje.

Niestety, żeby rozmawiać dalej, musiałabym wiedzieć, czym jest dla Ciebie choćby „istotna wartość poznawcza”, bo to bardzo nieprecyzyjne określenie. Istotna dla kogo i w jakim względzie? Dla mnie literatura rozrywkowa może nieść ze sobą wartość poznawczą, tym bardziej zastanawiam się, dlaczego, Twoim zdaniem, nie może.

No i kolejna sprawa. Czym jest literatura czysto rozrywkowa i jak ją odróżnić od, nie wiem... „nieczysto” rozrywkowej? Skąd pomysł, że literatura rozrywkowa nie może czytelnika dogłębnie poruszyć, czegoś mu uświadomić, wywołać refleksji? To dość kategoryczny pogląd. W życiu znajdowałam już olśnienia i wzruszenia w takich miejscach, że chyba nic mnie nie zdziwi, więc tym ciężej słuchać, że ktoś nie chce dać sobie szansy eksplorowania literatury rozrywkowej przy jednoczesnym otworzeniu umysłu na tyle, by podejść do niej bez kija i znaleźć coś dla siebie.
"Everything ic connected" ~Dirk Gently

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: Zaimek » 27 maja 2017, 21:29

"Opakowanie" archetypu jest oczywiście bardzo ważne i zależy od talentu oraz warsztatowych umiejętności autora. Nie twierdzę, że wystarczy się odwołać do archetypów, by osiągnąć sukces. Zresztą wyraźnie napisałem, że literatura nie karmi się samymi tylko archetypami. Moje deliberacje wymierzone były przeciwko takiej twórczości literackiej, która pozostaje bez związku z nieświadomością, z tym, co w autorze idiomatyczne, indywidualne, najżywsze. Bardzo bliska jest mi metoda stosowana m. in. przez Joannę Bator; metoda polegająca po prostu na subtelnym wsłuchiwaniu się w samego siebie. Nie trzeba nic na siłę wymyślać, wystarczy być otwartym na to, co przychodzi. Opowieść sama się ułoży.

Literatura rozrywkowa - takie mam przynajmniej wrażenie, być może mylne - polega nie na obiektywizowaniu swojego życia wewnętrznego, ale na suchym, pozbawionym wigoru łączeniu wątków i obrazów, słowem: na czysto intelektualnym zawiązywaniu intrygi. Nie mam nic przeciwko intrydze, jeśli pozostaje ona na usługach czegoś ważniejszego, co Ingarden nazywał jakościami metafizycznymi (patrz: roz. 2 rozprawy znajdującej się pod tym linkiem: http://www.cejsh.icm.edu.pl/cejsh/eleme ... 25-144.pdf).

Awatar użytkownika
Zaimek
Posty: 37
Rejestracja: 11 sierpnia 2016, 17:59
Lokalizacja: Olsztyn
Kontaktowanie:

Re: Fabuła – czym powinnna być?

Post autor: Zaimek » 31 lipca 2017, 13:55

Przepraszam za ów autorytatywny ton, który ujawnił jedną z licznych skaz mojego charakteru. Rezonerstwo nie jest nigdzie mile widziane, powinienem się z tym liczyć. Ponieważ temat, który poruszyłem, absorbuje mnie już od długiego czasu, a wątpliwości z nim związane każą mi wciąż na nowo ponawiać refleksję nad swoimi wyborami pisarskimi, podbijam go w nadziei na uzyskanie aprobaty dla swoich poglądów bądź wywołanie sensownej polemiki.

Aby poprzeć swoje stanowisko argumentami, zamieszczam poniżej fragment notki (jeszcze co prawda niedokończonej, ale zawierającej pewne istotne, jak mi się wydaje, spostrzeżenia), którą zamierzam w najbliższym czasie opublikować na blogu:

Zdarza się, że natrafiamy niekiedy na dwie wykluczające się koncepcje, z których każda sprawia wrażenie słusznej i należycie uzasadnionej. Tak jest chociażby z programami literackimi czy też ideami zawierającymi w sobie bądź sformułowane wprost, bądź wyrażone jedynie implicite dyrektywy dotyczące tworzenia literatury. Za przykład, który zresztą zainspirował mnie do napisania tej notki, posłużą mi zapatrywania Irzykowskiego oraz Ingardena. Ten drugi nie zajmował się krytyką, dlatego też w jego przypadku nie można mówić o jakimś programie; tym niemniej formułowane przez niego twierdzenia na temat istoty dzieła literackiego siłą rzeczy implikują pewne wskazania praktyczne, do których pisarz musi się zastosować, jeśli leży mu na sercu powodzenie swojego przedsięwzięcia.

Autor bezprecedensowej Pałuby opowiada się za literaturą możliwie najwierniej odzwierciedlającą rzeczywistość, przy czym ową wierność należy tu rozumieć inaczej niż u realistów — nie jako tworzenie pewnego wyobrażeniowego układu zastępczego w stosunku do rzeczywistości, na którym można pokazać właściwe jej mechanizmy i prawidłowości, ale jako bezpośrednie jej opisywanie, jako rezygnację ze zdań fikcjonalnych, konstytuujących świat odrębny od empirycznego. Zdaniem Irzykowskiego charakterystyczne dla dotychczasowej praktyki powieściopisarskiej selekcjonowanie elementów rzeczywistości pozaliterackiej, a następnie komponowanie na ich podstawie osobnego świata — oddala literaturę od prawdziwego życia, sprzyja powstawaniu i petryfikacji zniekształcających nasze postrzeganie stereotypów i schematów myślowych. Każdy, kto próbował swoich sił w beletrystyce, zgodzi się zapewne z tymi intuicjami — czy nie jest faktem, że w imię Piękna i literackości uciekamy się niejednokrotnie do eksponowania pewnych rysów kosztem nieuwzględniania innych? Czy nie „dopowiadamy” tego, czego surowa rzeczywistość, ze względu na swoją „ułomność” („pałubiczność”), nie uwydatniła? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie umniejszał, nie koloryzował ani nie potęgował zaobserwowanych przez siebie zjawisk, tak aby w większym stopniu czyniły zadość powziętemu uprzednio zamysłowi artystycznemu.

Jak czytamy w przedmowie Aleksandry Budreckiej, poprzedzającej tekst właściwy Pałuby, ideałem dla Irzykowskiego byłoby „opisywać bezpośrednią rzeczywistość, w czasie teraźniejszym, ze wszystkim szczegółami”. Nie trudno zauważyć, że dzięki takiemu postawieniu sprawy literatura zyskiwałaby charakter dokumentarny, reportażowy. Nie ma tu miejsca na fikcjotwórstwo, zawiązywanie intrygi, dowolne rozporządzanie wyselekcjonowanymi uprzednio fragmentami rzeczywistości. Nie ma tu miejsca na żaden zamysł. Istotne jest tylko rejestrowanie tego, co dane. Prawda okazuje się dla Irzykowskiego o wiele ważniejsza niż Piękno.

Trudno oczywiście przypuścić, by autor Pałuby nie zdawał sobie sprawy z niemożliwości odwzorowania wszystkiego, co składa się na bogatą materię życia. Na przeszkodzie takiemu zamierzeniu stawałoby nie tylko relatywne w stosunku do bogactwa empirycznych przeżyć ubóstwo środków językowych, ale w nie mniejszym stopniu uwarunkowania ludzkich procesów poznawczych, już na poziomie neurologicznym: wszak niektóre tylko bodźce oddziałujące na nasze receptory stają się treścią doznań świadomych, olbrzymia ich część zostaje przez komórki nerwowe „zignorowana”. Dlatego przedstawioną przez autora Pałuby wizję procesu twórczego należy traktować jako nieosiągalny wzór, możliwy do zrealizowania jedynie drogą stopniowych przybliżeń, jako ogólny kierunek, w którym pisanie powinno podążać.

Czy jednak w istocie powinno? Za słusznością postulatów programowych Irzykowskiego przemawia sprzeciw wobec zafałszowań oraz przeinaczeń, jakim podlega rzeczywistość w dziełach literackich (nawet tych najbardziej cenionych). Deformacje i zniekształcenia, mające w założeniu uwypuklać bądź marginalizować, a także upiększać (upodabniać do obowiązujących w danej epoce standardów poznawczo-estetycznych) — otwierają drogę bezproduktywnej tautologii: pozostają bowiem na usługach skonwencjonalizowanych już sposobów ujmowania rzeczywistości, różnego rodzaju szablonów przysłaniających to, jak się rzeczy mają naprawdę; literatura się powtarza, mówi o samej sobie, legitymizuje błędne nierzadko stereotypy poznawcze i utwierdza społeczne imaginarium na tychże stereotypach ufundowane. Aby zilustrować tę myśl, sięgnijmy po jakiś przykład. Wyobraźmy sobie poetę usiłującego opisać potężne, rozłożyste drzewo. Niech będzie to mierny poeta, ponieważ jest rzeczą wiadomą, że utalentowani adepci sztuki poetyckiej są mniej podatni na oddziaływanie utrwalonych w powszechnej świadomości szablonów, podporządkowujących sobie percepcję. Zapewne zechce on wyeksponować zaznaczone cechy: potęgę i rozłożystość. Gałęzie i konary przyrówna do mocarnych ramion, wybrzuszenia — do muskułów itd. W jego zdominowanej przez stereotypy wyobraźni wspomniane drzewo przybierze postać tytanicznego siłacza. Tak bowiem zwykliśmy te obiekty przyrodnicze postrzegać. Powstanie kolejny wiersz umacniający pewne wyobrażenia z nimi związane. Zwróćmy uwagę na to, co się tu dokonuje: oto niektóre własności przysługujące przedmiotowi poetyckiego opisu stają się jego znakiem rozpoznawczym, emblematem, pozostawiającym w cieniu niezliczoną mnogość innych własności, które mogą się w akcie percepcyjnym nie ujawnić (bo przecież „granice mojego języka są granicami mojego świata”). Czytelnicy przesiąknięci takimi emblematami obcują później nie tyle z rzeczywistością, co z jej skrótowymi reprezentacjami, zasłaniającymi przedmiot swojego odniesienia. Nasz poeta wydobył na wierzch jedynie cechy konwencjonalne, zapoznając to, co znalazło się poza nawiasem tradycyjnych znaczeń i konotacji związanych z wybujałymi drzewami.

Pół biedy, jeśli emblematyzacja dotyczy jedynie takich czy innych okazów flory. Ale kiedy zaczyna obejmować ludzkie charaktery, funkcje społeczne itp. — staje się niebezpieczna, ponieważ ludzie zaczynają wtedy patrzeć na własne życie przez pryzmat mniej lub bardziej odstających od rzeczywistości klisz i fantazmatów. Konfrontacja tych dwu porządków (życia i wyobrażeń) wypada oczywiście na niekorzyść realności, przez co skłonni są oni ujemnie oceniać samych siebie i własne doświadczenia. Nie jest to zresztą jedyna konsekwencja stosowania w dziełach literackich zabiegów idealizujących rzeczywistość. O wiele bardziej brzemienna w skutki jest zrodzona na gruncie takich zabiegów uporczywa dążność do urzeczywistnienia nieziszczalnych mrzonek — nieuniknione fiasko, jakim zakończyć się muszą wszelkie próby nagięcia rzeczywistości do abstrakcyjnych konceptów, staje się źródłem głębokiej frustracji i rozgoryczenia.

ODPOWIEDZ