Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Tutaj znajdują się ogłoszenia o konkursach, w których minął już termin nadsyłania prac. Nic jednak nie broni, aby sobie dalej o nich rozmawiać. :)

Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Czas głosowania minął 05 sierpnia 2017, 08:58

01
0
Brak głosów
02
1
13%
03
4
50%
04
3
38%
 
Liczba głosów: 8

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 218
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Post autor: Milan » 29 lipca 2017, 08:58

A zatem w tym optymistycznym nastroju przystępujemy do głosowania :D Zasady niezmienne - ankieta będzie aktywna przez tydzień, każdemu przysługuje jeden głos, a zdanie można zmienić.

Pięknie dziękujemy za wszystkie nadesłane teksty! Miłej lektury, pozytywnej! :u:



Tu był jeszcze jeden tekst, ale musiał zniknąć.


02
Co nas łączy Barbara Orzeszkowa; lekarz piątego stopnia
Dziennik pokładowy, wpis nr 1, 678 rok e.m.*
Przebudzenie po hibernacji przebiegło bez większych zakłóceń. Badania funkcji organizmu pomyślne. Kapitan Minamoto nie skarży się na żadne dolegliwości. Ja czuję niesłabnącą senność i trudności w koncentracji.
Nasz nowy dom wygląda pięknie.


Spojrzałam z niezadowoleniem na wpis na czytniku. Poprawiłam datę na rok 797. 678 to rok, w którym wystartowaliśmy. Minęło ponad sto lat, zmieściliśmy się w ramach błędu. Brawo my. Tylko nikły blask tabletu rozświetlał ciemność gabinetu medycznego. Mrok mnie przytłaczał, ale dopóki wszystkie systemy nie zostaną sprawdzone musieliśmy oszczędzać energię - zarządzenie kapitana, więc nic nie mogłam z tym zrobić. Podziwiam faceta. Przebyliśmy prawie pięć lat świetlnych w podróży międzygwiezdnej, jako pierwsi astronauci w historii. Jako pierwsi zostaliśmy zahibernowani na tak długi okres czasu i wybudzeni z tego stanu przez szuczne inteligencje. Nasz statek ¬– Arka I – także jako pierwszy musiał przez stulecie wytrzymać podróż obsługiwany jedynie przez komputery i żadnego nadzoru ze strony ludzi. Ja czułam się klaustrofobicznie ze świadomością jak daleko od domu się znajduję, a ten co? Z beznamiętną miną wydawał kolejne rozkazy, sam podobny nieco do robota. Sławna japońska obowiązkowość.
Pieprzony samuraj. Przez niego czułam się jak histeryczka.
Skuliłam się do pozycji embrionalnej i spojrzałam przez szybę mojej tuby na Japończyka. Jak to Azjata miał twarz o trudnym do określenia wieku, czarne oczy i włosy. Tak samo jak mnie, jego muskularne ciało okrywał jedynie szary kocyk, gdyż tylko to dostaliśmy od robota, a w stan hibernacji wchodziliśmy w samej bieliźnie. Cali pokryci byliśmy przyssawkami, które stymulowały nasze mięśnie impulsami elektrycznymi. Powieki mu opadały, ale walczył z powracającą sennością, wysłuchiwał przez słuchawkę raportów kolejnych sztucznych inteligencji – tych wszystkich Inżynierów Jeden, Dwa, Trzy, czy Mechaników – a potem najważniejsze spostrzeżenia zapisywał na tablecie. Ja powinnam robić to samo, konsultując się z Lekarzami, ale głowę miałam tak ciężką... Niemal czułam jak niemrawo przebiegają mi kolejne impulsy pomiędzy neuronami, chociaż z medycznego punktu widzenia to oczywista bzdura.

Kapitan, pomimo że nie uskarża się na senność to jednak ledwo patrzy na oczy. Trzeba uświadomić go, że musi być szczery ze swoim lekarzem, ale to zrobię później, bo teraz nie zdołam wykrzesać z siebie sił na taką rozmowę.

Zanotowałam z niejaką, mściwą satysfakcją.
— Lekarz, badanie hormonalne. Stężenie melaniny. Szukaj powodów senności — zleciłam, a język mi się plątał.
Ostatkami sił przesunęłam palcem po ekranie tabletu. Log zniknął, a na jego miejscu pojawiło się zdjęcie z kamery, pokazujące nasz nowy dom. Planetę Centaurię przy gwieździe Alfa Centauri. Typ ziemski, posiadający śnieżne bieguny. Tyle wiedzieliśmy dzięki projektowi Longshot, startując. Ja widziałam kontynent w kształcie poszarpanej litery C, który otaczały oceany. Miał pas pustynnej żółci, ale też zielone obszary, wyglądające jak tropikalne lasy.
Światła zamrugały i zapaliły się. Widocznie przegląd paneli słonecznych i systemu zasilania przebiegł pomyślnie. Wspaniale.
Nasz nowy dom wygląda pięknie, pomyślałam.

Barbara Orzeszkowa; lekarz piątego stopnia
Dziennik pokładowy, wpis nr 8, 797 rok e.m.
Przeprowadziłam wybudzanie pozostałej częśći Załogi 1. Al Halabi ma zgalarowacienie na ramieniu – szczególnie nieszczęśliwie, bo to przecież jeden z mechaników. Prawdopodobną przyczyną jest jakaś usterka przy zamrażaniu. Stevenson trochę uskarża się na pracę pęcherza, Osas wymagał przeszczepu wątroby, Iwanowna nie przeżyła. To daje nam jedną kobietę mniej w Etapie Czwartym. Pierwszą ofiarę śmiertelną z naszej setki przy 5% progu niepowodzenia.
Trwają prace przeglądowe statku. Okazało się, że część paneli słonecznych na dziobie została uszkodzona, ale nie spowodowało to znaczącego obniżenia energii. Jednak ze względu na zaangażowanie w to Lewisa i Choi opóźniono wystrzelenie łazika. Nastąpi ono dopiero dzisiaj, co daje nam opóźnienie dwóch dni.


Przerwałam pisanie i niecierpliwie postukałam palcami w obudowę tabletu. Wciąż jeszcze pozostawałam ksenobiologiem tylko z nazwy. Badania bakterii i wirusów odkrytych na biegunach Marsa, czy pod powierzchnią Europy nie liczyłam. Tu mieliśmy całą, cholerną puszczę! Miliardy nie nazwanych organizmów! Ponad sto lat snu, poświęcenia, treningi, kwalifikacje. Do Arki I nie mógł dostać się każdy. Tylko wyselekcjonowane jednostki sprawdzane nawet pod względem genetycznym do kilku pokoleń wstecz. Ledwo mi się udało, bo przez niektórych zostałam uznana za za starą. Ja i moje dwadzieścia sześć lat. Górną granicą dla kobiet był wiek trzydziestu lat ze względu na szczyt sił rozpłodowych. Później równia pochyła. Zresztą mężczyzn też wybierano młodych – takich, którzy nie musieliby zostawiać rodzin.
Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że to podróż w jedną stronę. Przed oczami stanęła mi zapłakana twarz matki, ponura ojca, podekscytowana młodszego brata – nigdy nie byliśmy ze sobą blisko, więc koncentrował się jedynie na atrakcji, jaką było wejście do siedziby ŚALK**. I tak wszyscy byli już martwi, więc czym ja się przejmuję?
— Pani doktor? — Bhaduri-geolog przerwał moje rozmyślenia. Hindus był młodszy ode mnie o trzy lata i zawsze zwracał się do mnie jak do starszej siostry. Należał do zespołu rozpoznania, w którym byłam również ja. To my mieliśmy zająć się badaniem planety. On miał pomóc wybrać miejsce na nową ziemską ambasadę na Centaurii. Stabilną tektonicznie, z dostępem do wody itd. – ogólnie dającą największe szanse na przetrwanie. Do mnie, jako ksenobiologa, należało później stwierdzenie, czy znajdują się tam organizmy, których będziemy mogli użyć, a które mogą być dla nas zagrożeniem.
— Kapsuła wylądowała? — spytałam, odgarniając liście i wstając z podłogi. W Arce oczywiście była mała szklarnia, która miała zapewnić nam podstawowe produkty. Poza setką wybranych kolonizatorów nowej planty, mieliśmy ze sobą nasiona i zwierzęta. Wszystko to, co mogłoby być nam potrzebne, gdyby Centauria okazała się jednak wyglądem bliższa Księżycowi, czy Marsowi, niż Ziemii. Niestety Ogrodnik, który był odpowiedzialny za posadzenie sadzonek w doniczkach podczas naszego snu, spóźnił się nieco, albo źle dawkował lampy słoneczne, bo większość warzyw mieliśmy niedojrzałą. Musieliśmy nadal zadowalać się żarciem w tubkach i suszonkami. Przychodziłam tu często, bo cała ta zieleń działała na mnie uspokajająco. Czy wspominałam już, że podczas testów oszukiwałam i nie przyznałam się do klaustrofobii?
— Tak — odpowiedział na moje pytanie Bhaduri.
Przeszliśmy wąskim, wyłożonym kratkami korytarzem na mostek. Usłyszeliśmy ich jeszcze zanim weszliśmy do środka. Huczało jak w ulu. Cały Zespół 1 – zaledwie dziewięć osób — obserwował na dwudziestu ekranach obraz z kamer dronów.
Kamera pierwsza: pomarańczowe kwiaty wielkości baniaka na wino, a przy nich uwijająca się futrzasta kolibro-pszczoła.
Kamera piąta: plaża z lazurowo czystą wodą, a na niej wylegujące się kałamarnico-żółwie. Jeden opancerzony karaluch. I pterodaktylo-mewy. Jedna wyłowiła z wody dziobiastą srebrną rybę.
Żołądek ścisnął mi się z ekscytacji, a wzrok się zamglił, ale wystarczyło, abym zamrugała, żeby znowu się wyostrzył. Płakałam z radości.
Kamera jedenasta: inny rodzaj pterodaktyli – różowych jak landrynki – kluczem leciał nad lasem.
Kamera trzynasta: dinozaury. Jak na moje oko, chociaż nie jestem specem, coś wyglądajacego jak zielony nakrapiany na niebiesko brontozaur rzuło leniwie liście palmy.
Bhaduri krzyknął. Zresztą nie był odosobniony. Jeden z dronów prawie padł ofiarą latającego monstrum wyglądajacego jak skrzyżowanie płaszczki z meduzą. Jak takie coś mogło w ogóle się unosić?
— Grawitację mają słabszą niż ziemska — odpowiedział na moje niezadane pytanie Osas-fizyk. Zaraz potem posypały się szeregi danych liczbowych. Murzyn namiętnie je wszystkie notował na swoim tablecie.
No tak. Ja też powinnam.
Usiadłam na swoim miejscu, otworzyłam na tablecie obraz z kamer, a także plik tekstowy. Zrobiłam zbliżenie na kamerę siedemnastą. Na równinie stała piramida schodkowa, a u jej stóp na kamiennych tarasach rozciągało się miasto. Ruchliwe i żywe, nie żadna wymarła cywilizacja.
— Pieprzone centaury — podsumowała Choi za moimi plecami. Odwróciłam się w stronę Koreanki i nie mogłam się nie roześmiać, widząc jej minę.
Nasza rozumna forma życia wyglądała jak żyrafolud. Kształtna głowa z wielkimi, czarnymi, łagodnymi ślepiami i kępą sztywnych włosów na szczycie. Dłonie chwytne, stopy kopytne. Ogonek z chwostem, górne partie ciała pokryte szczecinką w łaty. Zakochałam się w nich zaledwie ich zobaczyłam.
Centaurianie są piękni.

Barbara Orzeszkowa; lekarz trzeciego stopnia
Dziennik pokładowy, wpis nr 124, 797 rok e.m.
Ambasador Centaurian zachorował. Prawdopodobnie złapał przeziębienie, które Smith postanowił wyleczyć naturalnie, bo "przecież nic mu nie jest". Macho-debil. Powinnam mu już wtedy spuścić wpierdol. Byłemu marines. Na pewno.
Jestem idiotką. Złożyłam rezygnację z lekarza piątego stopnia. Zostałam zdegradowana na stopień trzeci.
Zwykłe przeziębienie! Jeśli nam tu umrze to rozpęta się wojna. Muszę go wyleczyć za wszelką cenę.
Powiedziałam Minamoto, że wcale się tym nie stresuję. Wcaaaale. Nie załapał sarkazmu. Japończyk. Kto zrobił kapitanem Japończyka?!


Trzeci dzień siedziałam na krześle obok łóżka Warrephu – właśnie w ten sposób Tłumacz fonetycznie zapisywał jego imię, chociaż tak naprawdę to nijak nie dało się tego zapisać w naszym w alfabecie, bo język Centaurian składał się z mruknięć, prychnięć i rżenia. W przekładzie imię Obcego brzmiało znacznie milej, bo Szybkonogi. Z tego, co zauważyła Gonzalez-antropolożka Szybkonogi, czy Wielkorogi (Phaaph) były najpopularniejszymi imionami męskimi. Zabawne, że to co w naszje kulturze odbierane było, jako wada (facet-rogacz) tu stawało się atutem i wzorcem męskości.
Centaurianin spał twardo i pocił się. Wyglądał, jakby schudł o połowę i nawet tak bardzo nie wystawał poza ramy koi. Każdy członek załogi miał minimum metr siedemdziesiąt. Wszyscy przeszliśmy trening sportowy, walki i przetrwania w dziczy. Jednak ja z moim metrem osiemdziesiąt sześć czułam się przy Warrephu jak dziecko. Mogłam mu się zmieścić pod pachą, a do tego dochodziła jeszcze przecież długa, smukła szyja. Dawno nikt nie patrzył na mnie z góry, ale jak spotkałam go pierwszy raz to wyglądałam przy nim jak kruszynka.
Opatuliłam Warrephu szczelniej kocem i wstałam. Musiałam na chwilę wyjść i się przewietrzyć. Temperatura w izolatce została podkręcona na maksa, bo nasz Obcy przyzwyczajony był do trzydziestostopniowych upałów. Na Centaurii jedynie na biegunach temperatury spadały poniżej dziesięciu stopni. Klimat umiarkowany to dwadzieścia stopni zimą. Wytrzymywałam u boku Warrephu tylko, dlatego że ciągle piłam i nie nosiłam nic poza bielizną. O takich pielęgniarkach fantazjowali ziemscy faceci od stuleci, a kosmicie się poszczęściło. Ba. Czasami wyglądał, jakby ten fakt doceniał. Nie powiem. Oglądanie jego muskularnego ciała, chociaż tak odmiennego, też przysparzało mi wiele satysfakcji.
Poza izolatką było przyjemnie chłodno. Założyłam kitel i szczelnie go związałam. Byłam tak spocona, że na białej tkaninie od razu pojawiły się przepocone koła. W głowie mi się nieco kręciło, więc oparłam się o ścianę i przymknęłam na chwilę oczy.
— I jak ma się nasz zwierzaczek? — poznałam głos Minamoto. Centaurianie mieli delikatny problem z uznaniem go, jako kapitana i "wodza", bo w ich kulturze grupie przewodził najsilniejszy. A to oznaczało, że również najwyższy. Japończyk miał mnóstwo zalet, ale wysoki wzrost do nich nie należał. On odpłacał im się, nie uznając ich za ludzi.
—Wraca do zdrowia, Panie Kapitanie — odparłam, ale nie miałam sił, aby bawić się w saluty. — Gorączka się nadal utrzymuje. Laboratorium udało się połączyć nasze białe krwinki z ich systemem odporności. Pierwsze rezultaty już widać.
— To słychać. Przestał rżeć jak głupi.
— On w ten sposób kichał.
— Melduj wszelkie zmiany, Basia — Zmuszenie Japończyka do ciągłego wymawiania imienia Barbara to jak karanie szczeniaczka. Aż robi się szkoda. Nigdy nie dogadam się z Minamoto, bo nie mogę zrozumieć jak to możliwe, żeby człowiek zachowywał się sztywno, jakby mu w dupę kij wsadzili, ale nie miałam sił poprawiać jego "Barara" po raz milionowy.
Moje "ta jes" nie dosłyszał, bo odwrócił się na pięcie i pomaszerował tym swoim musztrowym krokiem, aż tylko kratki dzwoniły pod jego stopami.
Kiedy wróciłam do pokoju, Centaurianin spojrzał na mnie spod wpół uniesionych powiek. Gdy się zbliżyłam, chwycił moją dłoń, ale nie miał sił na cokolwiek innego. Odblokowałam tablet, a tam na tapecie ujrzałam uroczą scenę z wiewiórką i żyrafą. Otworzyłam plik z tekstem bajki i zaczęłam mu czytać historię "Śpiącej Królewny", a Tłumacz przez głośnik wszystkie moje słowa zamieniał w prychnięcia, rżenie i mruczenie.

Barbara Orzeszkowa; lekarz trzeciego stopnia
Dziennik pokładowy, wpis nr 315, 797 rok e.m.
Z zachowań Centaurian: pocałunki są u nich źle przyjęte. Jeden osobnik z drugim nie powinien stykać się ustami, bo do ust dostaje się tylko pożywienie. Warrephu ujrzawszy jak Gonzalez całuje się z Stevensonem, prawie nadział tego drugiego na dzidę, aby ratować naszą koleżankę. Wdzięczność i ewentualnie inne ciepłe uczucia okazują liźnięciami. Teraz przynajmniej wiem, czemu zostałam wylizana, gdy zakończył kurację. Dobrze wiedzieć na przyszłość.


Siedzieliśmy na drzewie jagodowym z Warraphu i wyjadaliśmy owoce z kosza. Mieliśmy je zanieść do spichlerza, ale pod wieczór zrobiło się tak przyjemnie, gdy słońca zachodziły nad Puszczą Długich Cieni, że pozostaliśmy na gałęzi i przyglądaliśmy się widowisku. Zachody słońca na Cenaturii robią znacznie większe wrażenie niż na Ziemii, zwłaszcza teraz, gdy lato jest w pełni. Obydwa słońca chylą się ku zachodowi, jedno prawie białe, a drugie pomarańczowe. Horyzont płonie. Śpiewogwizdy latają nam nad głowami, polują na nie światłobrzuchy. W oddali widać jak nad wodopojem zatrzymały się długoszyje.
Boże, jak ja kochałam ten świat.
*e.m. Era Międzyplanetarna - wprowadzona ze względu na poprawnoć polityczną względem innych religii niezadowolonych z liczenia kalendarza od narodzin Chrystusa. 1 rok Ery Międzyplanetarnej wypada na rok 1969, gdy zrealizowano misję Apollo, a na księżycu stanął pierwszy człowiek.
**Światowa Agencja Lotów Kosmicznych


03
Dom płonął i nie była to moja wina.
– Kwestia tak naprawdę, jak zawsze, sprowadza się do tego: użyją siły czy nie użyją siły, a jeśli użyją siły, to w jakiej formie? – mówił Bjarke, skręcając sobie blanta wprawnymi, lekkimi ruchami. Większość palców miał oklejone plastrami, która od dawna potrzebowały wymiany. – Na razie to luz, lux i spokój.
Jego ostatnie słowo wyczytałam z ruchu warg, bo jakikolwiek dźwięk utonął w trzasku pękającego szkła, gdy płomienie wdarły się na trzecie piętro.
– Jakby nie to jebane nabrzeże, to w ogóle nie byłoby problemu – kontynuował Bjarke, a gruby gibon w jego dłoniach nabierał chyba ostatecznego kształtu. – Poprzepychalibyście się trochę z niebieskimi, wycięliby wam dostęp do czegokolwiek ważnego i koniec. Wszyscy zadowoleni. No ale kurwa, przecież nie odstąpią jak mieszkania na Bronksie podskoczyły do dwóch baniek. I sztywniaki z Manhattanu po prostu nie chcą mieć z wami nic wspólnego. No to albo wy się ruszycie, albo oni.
– Nie powinniśmy czegoś zrobić?
Obejrzał skręta pod światło i wyraźnie zadowolony zaczął poklepywać się po kieszeniach. Potem, wyraźnie niezadowolony, obejrzał się na płonący budynek. Potem znów na blanta. I znów na budynek.
– Bjarke…
– W tej chwili już niczego z tym nie zrobisz – powiedział. – OK, widzę lampy, idą po ciebie. Pamiętaj, żeby się do niczego nie przyznawać. Przyślemy do ciebie Geri, dobra? Wytrzymasz do tego czasu?
– Pani Selwyn?
Znowu coś trzasnęło, a ja nie wiedziałam, na co patrzeć: trójkę glin w pełnym uzbrojeniu do tłumienia zamieszek, płomienie, które w końcu dotarły do dachu i pożerały piękny warzywny ogród, czy strażaków, którzy chyba streamowali pożar na żywo.
– T-tak.
– Jest pani aresztowana pod zarzutem podpalenia. Ma pani prawo zachować milczenie…
Milczałam więc. Na chuj strzępić ryja.
*
– Może kawy?
Nie jestem wariatką. Nie szukam guza. W przeciwieństwie do większości moich znajomych komisariaty policji zwiedzałam głównie przez ekran telewizora. Nigdy nikogo nie prowokowałam i trzymałam się z daleka od jakiegokolwiek ryzyka. Ciągle wyglądam jak studentka, to pomaga. Poza okazjonalnymi zatrzymaniami na granicach dzielnic i w metrze mój kontakt z policją był raczej nieistniejący.
– Tak, poproszę.
Bjarke by wiedział, jak się zachować. Rada „nic im nie mów i czekaj na adwokata” brzmi sensownie dopóki nie patrzysz prosto w oczy zmęczonej, miłej policjantki, która przynosi ci kawę, a ty nie masz pojęcia, ile to czekanie zajmie.
– Jestem porucznik Reeve Clifford. – Wskazała na swój identyfikator przy piersi. – I mam przyjemność z…
– Hazel Selwyn.
– Kim jesteś z zawodu?
– Architektką.
Porucznik Reeve Clifford uśmiechnęła się i nawet jej uśmiech był zmęczony.
– Oczywiście o tobie słyszałam, ale musimy mieć to nagrane – powiedziała. – Budynek przy Hughes Avenue jest pani projektu?
To ten, który płonął i którego nie chcieli gasić strażacy.
– Tak.
– Może pani wyliczyć wszystkie pani projekty, które obecnie są ukończone lub ukańczane na terenie Bronksu?
– Po co?
– Proszę odpowiedzieć.
– Dwadzieścia jeden.
– Dwadzieścia jeden… I ilu z nich mamy pilnować przed kolejnym pożarem, pani Selwyn?
– Nie wiem. Wy mi powiedzcie.
– I tyle zleceń z dzielnicy to pewnie zasługa znajomości z przewodniczącą Payne?
Teraz spojrzenie porucznik Clifford nie było ani przyjazne, ani zmęczone, a ja zastanawiałam się, czy jest już za późno na powrót do opcji „milcz i czekaj na adwokata”.
– Co robiła pani przez ostatnie godziny?
– Myślicie, że ja podpaliłam ten dom?
A przecież to naprawdę nie była moja wina.
– Co robiła pani przez ostatnie godziny?
I to był ten moment, w którym do mnie dotarło, dlaczego powinnam była po prostu zamknąć ryj i patrzeć w kąt od samego początku.
Gdybym miała powiedzieć prawdę – prawdę, która bardzo by zainteresowała nie tylko porucznik Clifford, ale i pewnie cały komisariat – czekałoby mnie długie trzydzieści minut opowiadania o tym, jak wraz z Bjarkem wędrowaliśmy przez cały Bronx. Musiałabym wytłumaczyć, jak ciężkie są kable od paneli słonecznych i jak trudno po ciemku dobrze podłączyć przetworniki. Co najważniejsze, pewnie miałabym pewne trudności z wyjaśnieniem, jak i dlaczego włamaliśmy się do osiedlowych rozdzielnic elektrycznych.
Nie jestem wariatką. Nie szukam guza. Jeśli robię cokolwiek nielegalnego, pilnuję, żeby nikt się o tym nie dowiedział.
Payne mi urwie głowę, jak o tym wszystkim usłyszy.
– Pani Selwyn, przebywała pani poza domem po godzinie policyjnej. Znaleźliśmy panią w pobliżu płonącego domu. Bardzo chętnie usłyszę inną wersję wydarzeń od tej, która się nasuwa.
– Godzinie policyjnej? – wyrwało mi się.
Porucznik wlepiła we mnie badawczy wzrok, a ja miałam nadzieję, że na mojej twarzy widnieje odpowiedni rodzaj zaskoczenia. Według naszych danych mieli ją wprowadzić dopiero jakoś za pięć dni – za siedem odciąć wodę, prąd i większość dostaw.
Przegłodzić nas. Przetrzymać. Niepokorny Bronx pod władzą wariatki z poparzonym ryjem.
– Nie wiedziałam o godzinie policyjnej.
– To nie jest usprawiedliwienie.
– Kiedy…
– Dzisiaj rano został wydany komunikat.
Ta, pewnie na piątej stronie ogłoszeń starożytnej strony internetowej NYPD. A pożar pewnie będzie na pierwszej stronie z wiadomością, że w nieokrzesanej dzielnicy znowu niespokojnie.
Gnoje. Chcieliśmy załatwić sprawę pokojowymi marszami i graffiti z mchu na murach, to nas nie słuchali. Pokora nigdy nie była, technicznie rzecz biorąc, naszą mocną stroną.
– Pani się poci.
– Tu jest gorąco.
– Nie, wcale nie.
Rozległo się pukanie i zaraz potem otworzyły się drzwi.
– Um, prawniczka pani Selwyn…
Będzie na mnie bardzo zła, prawdopodobnie.
*
– Jestem na ciebie bardzo zła, Hazel.
– Obie jesteśmy.
Geri milczała przez całą drogę taksą, więc mi nie pozostawało nic innego jak wgapiać się w reklamy podsumowane mi przez komputer auta. Za roztaczanymi na szybie wizjami płatków śniadaniowych i piwa Bronx wyglądał na naprawdę opustoszały; albo wieści o godzinie policyjnej się rozniosły, albo działo się coś jeszcze innego. Odpowiedź czekała w Community Center, razem z wkurwioną przewodniczącą Payne, kilkoma setkami osób na miejscu i kolejnymi tysiącami na ekranach konferencyjnych. Wiele osób kojarzyłam z tych czy innych akcji miejskich.
– Dobra wieść jest taka, że jakiekolwiek oskarżenia wobec Hazel i tak będą musiały poczekać na potem – powiedziała Geri. Obie z Payne były potwornie wysokie, więc nieraz po prostu rozmawiały nad moją głową. – Co z pożarem?
– Nikomu nic się nie stało – odparła przewodnicząca.
Cechą charakterystyczną Payne, pierwszą rzeczą, jaką ktokolwiek zauważał, jej – można by rzec – prymarnym atrybutem była blizna na jej twarzy. Właściwie to kilka blizn, o bardzo specyficznym kształcie blisko z sobą sąsiadujących wielokątów. Payne nabawiła się jej w wieku dwunastu lat, gdy razem z rodzicami protestowała przeciwko Dakota Access Pipeline i w związku z tym również razem z rodzicami rzucono ją na rozgrzane stalowe płyty.
Inne cechy przewodniczącej rady dzielnicy Bronx Payne obejmowały tunele w uszach, tatuaże aż po knykcie i styl, który najlepiej można określić jako „wyprzedaż w second-handzie”.
– Hazel – powiedziała, łapiąc mnie za ramię i patrząc głęboko w oczy w tym swoim szczególnym stylu, który wychodził człowiekowi przez plecy. – Zrobiliście, o co prosiłam?
Pokiwałam głową. Przyciągnęła mnie do siebie i ucałowała w czoło.
Tak, jestem taka niska, że mogła to zrobić.
– No to lecimy.
Weszła na krzesło, z krzesła przeskoczyła na stół i uniosła ręce.
– Drodzy! – Nastąpiło standardowe dziesięć sekund uciszania się, po czym większość obecnych wlepiła wzrok w przewodniczącą. – Dziękuję za przyjście! Dzisiaj NYPD wprowadziła na terenie naszej dzielnicy godzinę policyjną. Jak wszyscy wiemy, to oznacza start procesu, którego spodziewaliśmy się od dłuższego czasu. Myśleliśmy o tym. Przygotowaliśmy się do tego. Cokolwiek na nas wrzucą, jesteśmy na to gotowi.
– Nie byliśmy gotowi na pożar przy Hughes Ave – burknął ktoś z tłumu. Nie poznałam po głosie.
– A kto go zgasił? Przecież nie straż pożarna. – Odczekała kilka pojedynczych uśmiechów. Większość sali była bardzo poważna. Strach to robi z ludźmi. – Słuchajcie, mamy ponad półtora miliona ludzi pod swoją opieką. Nie wszyscy wiedzą o wszystkim, czego się spodziewać. Nie wszyscy się z nami zgadzają. Ale wszyscy będą celem miasta przez najbliższe dni. Dlatego wszyscy jak tutaj stoimy musimy być gotowi. Musimy znać na pamięć punkty zbiórki, dostaw i pomocy medycznej. Wiecie, gdzie są wasze sektory i jak o nie dbać. Mamy otwarte linie alarmowe. Damy radę. Od dzisiaj, od tej chwili, jesteśmy oblężeni.
*
– Myślisz, że wszystko wytrzyma? – spytałam Bjarke czwartego dnia, gdy szliśmy obok siebie w pokojowym proteście. Protest był naprawdę pokojowy, bo w istocie nikogo nie obchodził, włącznie z nami.
– Że co, że instalacje?
– Tak.
– Spoko.
*
– Ty mi powiedz – darł się jeden glina na drugiego – ty mi powiedz jak, do cholery, mogą dalej srać tym swoim graffiti z mchu, jak od dwóch dni mają odciętą wodę?!
Zbiorniki retencyjne na dachu, panowie, miałam ochotę powiedzieć. Miałam ochotę rozwinąć przed nimi plany budynków, które projektowałam i które pomagałam zaprojektować, i dokładnie im pokazać, co dają domowe stacje uzdatniania wody. Na które, swoją drogą, miasto poskąpiło kasy podczas suszy trzy lata temu.
Oczywiście to była może jedna trzecia prawdy. Wodę też bezczelnie kradliśmy od sąsiednich dzielnic.
Mogłabym im to wszystko opowiedzieć, gdybyśmy nie podsłuchiwali ich przez radio.
*
Po tygodniu sporo z nas spało już w Community Center.
– Dostawy są coraz mniejsze.
Podsłuchiwałam jednym uchem, jednocześnie ciągle próbując zasnąć.
– Co z ogródkami?
Tymi na dachach. Między innymi budynków, które projektowałam.
– Magazynujemy i rozdajemy.
Odwróciłam się.
– Pamię-acie o tych… tych… zakopanych…
– Co?
– No magazynach… zakopanych… Sprzed trzech lat…
– Jakich zakopanych?
– No w piwnicach… Susza była, robiliśmy zapasy strategiczne… Sama zakopywałam też… Był o tym punkt w instrukcji…
– Co? Pamiętasz gdzie?
Zamrugałam.
– Gdzie co?
– Gdzie zakopywałaś?
Pokręciłam głową.
– Robiliśmy mapę zanim się to wszystko zaczęło. Poszukam.
*
Można odizolować miasto w mieście. Przy odrobinie chęci nie jest to takie trudne, zwłaszcza gdy od lat wprowadza się prawa ograniczające mobilność populacji i spycha kolejne wydatki na samorządy, żeby zwalić winę za rzeczy, które niechybnie skazane za niepowodzenie, na innych.
Oczywiście to, czego to większe miasto nie przewidziało, to fakt, że nam dokładnie na izolacji zależało.
– Ej – powiedział znudzony Bjarke, przeglądając wiadomości w telefonie. – Podobno nam wyłączyli prąd.
Wszyscy jak na sznurku obróciliśmy głowy ku wielkiemu telewizorowi, na którym właśnie dwóch chłopaczków ścigało się w Mario Kart.
– Aha.
– Panele słoneczne chyba dają radę.
Nie zdawałam sobie sprawy, że można czuć taką ulgę.
Ale że nikt się nie zorientował, że przepniemy się na własne źródła zasilania? Przecież były na dachach, na litość boską.
*
Z domu przy Hughes Avenue zostały zgliszcza. Z budynku, który mieścił szesnaście rodzin, a dzięki ogrodowi i cieplarni na dachu nawet był w stanie je latem wyżywić, zachowało się trochę popiołu, trochę więcej sadzy i miejsce zbrodni otoczone żółtą taśmą, pod którą oboje z Bjarkem przeszliśmy.
– Nie martw się, coś tu odbudujecie – powiedział. Czasami wychodził na wierzch jego duński akcent.
– Wiem. Tylko kiedy?
Mijało półtora miesiąca od kiedy postanowiono dać nam nauczkę. Żaden z środków powziętych przez miasto nie odniósł pożądanego efektu. Odcięli nam wodę, prąd i większość dostaw. Po godzinie policyjnej na skwerach i w parkach przesiadywały setki ludzi – więcej niż mogły pomieścić cele. Nic nie robili. Siedzieli. Niektórzy urządzali turnieje planszówek albo rozwiązywania sudoku.
W radzie miasta mieli teraz wybór. Ugiąć się albo eskalować.
Patrzyłam na zgliszcza domu, którego istnienie rozpoczęło się w mojej głowie.
Nie byliśmy gotowi na eskalację. Mimo wszystko – jeszcze nie. Chcieliśmy po prostu żyć spokojnie, na własną rękę, w jako-takiej stabilizacji. Jeśli zaraz nad głową zawisną nam drony albo obudzimy się w nocy duszeni dymem, to nic z tego życzenia już nie pozostanie.
Trąciłam nogą spopielone krzesło, które następnie rozpadło się w kupę popiołu.
Bjarke złapał mnie za ramię. Od strony Tremont Park nadchodziła Payne. Trudno było ocenić wyraz jej twarzy.
– Hazel…
Staraliśmy się o myśleć o konsekwencjach wszystkiego i pomagaliśmy sąsiadom. Byliśmy pogodni, pomocni i samowystarczalni.
– Hazel!
Czy zasłużyliśmy na szczęśliwe zakończenie?

03

Komplety Czarnego Boga 5.49

Gniew jego wyjdzie spod ziemi, z ciała pustyni, które zranią. Przyniesie płacz i śmierć, wojnę, która trwać będzie, aż wina gwałtu zadanego magii nie zostanie zmazana.

– Wiesz, co to jest?! Wiesz? – Rozdziawił paszczę i wywalił jęzor, więc reszta jego słów utonęła w niezrozumiałym bełkocie. Ale tak, palec entuzjastycznie wskazujący na ozór stanowił pewną wskazówkę. Żyraf przestępował z nogi na nogę jak dziecko, które zjadło za dużo słodyczy, i pobrzękiwał bronią, której wciąż jeszcze nie zdążył zdjąć, ledwie zsiadłszy z biczogona.
Wyglądał trochę jak militarystyczna choinka – te cienkie, choć zaskakująco atletyczne pod portkami nóżki i ramiona, które nie powinny utrzymać shotguna, a jeśli już, to wylecieć ze stawów wraz z pierwszym odrzutem.
Ale ciągle jakimś cudem tkwiły w miejscu.
– Mhm. A proszę przypis? – Wiewióra przekrzywiła głowę i zamrugała powiekami bez rzęs.
Żyraf zamknął wreszcie paszczę.
– To Czarny Język! – obwieścił z dumą i zabłyszczały mu oczy. – Czarny Język od Czarnego Boga, bym głosił Czarne Rzeczy!
– I mówisz, że kiedy ci się tak porobiło? – ruda towarzyszka wciąż patrzyła na niego sceptycznie znad jaszczurzej uwięzi.
– No, przed chwilą! Nie było i jest! – Jej towarzysz pstryknął chudymi, pogiętymi jak patyki palcami.
– Nie zjadłeś czegoś?
– Nie!
– Nie piłeś?
– Nie! Co ja miałem, kurwa, pić na pustyni?! Dlaczego mi nie wierzysz?! – jęknął Żyraf z zawodem i wygiął usta w podkówkę. Wraz z ustami wygięły się okalające je tatuaże widoczne pod rzadkim zarostem.
Naprawdę, powinien się ogolić.
– Bo wiesz, to jednak trochę… dziwne? Może ty chory jesteś…?
Zmarszczył brwi i Wiewióra wiedziała już, że się obraził. No trudno, obraził się, to się odobrazi. Jaki byłby sens obrażania się, gdyby nie odobrażanie? Na pustyni wszystko było dość proste. Wschody i zachody słońca, gorąco w dzień, zimno w nocy, biczogony, usuwanie piasku z dosłownie wszystkiego, pilnowanie zapasów wody, zacinające się zamki w broni i polowanie na duchy piasku, które tak naprawdę z duchami miały tyle wspólnego, co z rybkami w akwarium.
Nie, coś się pogrzało w starych instalacjach odwiertów Szarej Soli na wschodzie i pierdykło magią w promieniu dobrych stu kilometrów. Obecnie nie dało się określić, czy próbujący ci odgryźć głowę duch piasku to były fenek czy pracownik platformy. Do obu należało strzelać równie szybko i najlepiej z daleka. No, chyba że było się Żyrafem – krótkowidzem za to z niewiarygodną wręcz wiarą w misję.
Aż trudno było uwierzyć, że kiedy piętnaście lat temu jako jeszcze właściwie szczyle postanowili zgłosić się na szkolenie dla łowców duchów, to on był tym bardziej sceptycznym. Ale zmieniło się. Widział radość mieszkańców ocalonych wiosek, dzieci, które odzyskały mamusie i tatusiów z oblężonych przez abominacje placówek badawczych i zakładów – wdzięczność tych najmniejszych i najbardziej bezbronnych.
Jak się okazało, jakoś po drodze zarazili go wiarą w Czarnego Boga, do czego jakoś nigdy wcześniej nie zdążył się przyznać.
– No dobra… – zaczęła znów Wiewióra ostrożnie, odchylając połę namiotu i wskazując mu głową wejście. Zmierzchało. – A tak w ogóle, bo ja tam z doktryną do końca nie wiem. To dobrze? Bo takie „Czarne Rzeczy” brzmią jak niedobrze. I nie wiem, może się martwię nawet?
– Czym się martwisz, Wiewióra?
– Tobą, głupku. Na duchy piasku, taka czarna ospa jest czarna!
– Jagody też są czarne. Pamiętasz, jak smakują jagody?

*

Odobrażanie przebiegło szybko i sprawnie, choć Wiewóra nadal nie miała pewności, czy Żyrafowi po prostu nie przygrzało za bardzo w łeb. Pustynia to pustynia, a oni czasem spędzali na słońcu długie godziny, aż zupełnie wypłowiały chustki okrywające ich głowy.
– Pokaż ten język jeszcze raz – poleciła, gdy, ucieknąwszy przed nocnym zimnem, kulili się pod kocem w cieniu polowej lampki. – No, powiedz „Aaa”…
– Aaa…!
– Cholera, faktycznie jest czarny…
Mężczyzna uśmiechnął się szeroko całą twarzą. Nawet jego uszy wydawały się uśmiechnięte.
– Mówiłem ci – cieszył się.
Wiewióra westchnęła i opadła płasko na jego pierś – szeroką, wbrew temu, czego można by się spodziewać. No, przynajmniej z jej perspektywy, bo, na ile się orientowała, promieniowanie piaskowych duchów nie nagrzebało wiele w jej gabarytach, za to Żyraf urósł do ponad dwóch metrów i nie było namiotu, z którego nie wystawałyby mu nogi. Czasem śmiał się, że dzięki temu tak czy inaczej umrze w butach.
Za czym kryło się oczywiście: Już zawsze będziemy łowcami na pustyni, ale o dziwo w stwierdzeniu tym Wiewióra nie znajdowała niczego, co by ją przerażało. Wszystko, co mogliby robić jako dorośli w świecie, który został za nimi, wydawało się wobec polowania na piaskowe duchy kompletnie nieważne i bez sensu. Tu ich życie miało sens – ilekolwiek nie miałoby potrwać. Tu ich miłość miała sens, namacalnie dając siłę i zmieniając zmaganie z trudną codziennością w kilkanaście lat szaleńczego zakochania, gdzie wszystko działo się wciąż od nowa – dzień w dzień.
Wiewióra położyła dłoń na czole Żyrafa, ale nie wyczuła gorączki. Nie widziała na jego ciele wysypki, a języka nie pokrywał osad, tylko po prostu… zmienił kolor. I już. Może faktycznie nic mu nie było?
A może nadszedł czas na kolejną małą mutację?
Cóż, wiewióra dorobiła się ogona, więc chyba nie powinna narzekać? Nie, zdecydowanie nie. Zwłaszcza że lubiła smak czarnej porzeczki.
Postanowiła, że po prostu dopisze kolejny pozytyw życia na pustyni do listy.



Komplety Czarnego Boga 6.72

I powiedział im, że po gniewie jego uspokoi się piasek i nadejdzie pokój, a pokój przywiezie wiewiórka o czystym sercu dosiadająca żyrafy. Żyrafę zaś poznają po tym, że będzie mówiła Jego językiem.

Awatar użytkownika
Milan
Straż! Straż!
Posty: 218
Rejestracja: 07 listopada 2012, 07:53

Re: Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Post autor: Milan » 05 sierpnia 2017, 17:26

BADUMTSSSS...!

Z przyjemnością ogłaszamy, że zwycięzcą tej odsłony instantów jest

Coffee

Serdecznie gratulujemy i przypominamy o małej nagrodzie w postaci możliwości zmiany koloru nicka :u:

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 174
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Post autor: Coffee » 05 sierpnia 2017, 18:47

Yaaaay! :D Dziękuję bardzo za głosy.
To ja poproszę na fioletowo jak można :)
It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Instant pozytywno-obrazkowy - głosowanie

Post autor: Kanterial » 05 sierpnia 2017, 22:03

A ja proszę autora czwartego tekstu, żeby się ujawnił, jeśli nie ma zamiaru wieszać tekstu w dziale forumowym, dawno żaden instant mi się nie podobał tak T~T
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

ODPOWIEDZ