Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Nie mów hop przed zachodem słońca

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1450
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kanterial » 30 kwietnia 2018, 16:58

— Nie, Stello... Nie, nie teraz, wieczorem... Y-ym... Yhm — wystękał, po czym obudził się z nogą w zamrażarce i wombatem na twarzy.
Jedna z tych rzeczy ucieszyła go, zanim wpadł w panikę.
Nie tracił czasu na przerażone dyszenie i rozglądanie się po kantynie. Uniósł Stellę w powietrze (nie było łatwo, bo w skafandrze ważyła ponad trzydzieści kilogramów), a zamrożoną stopę, której nie czuł i którą skręcił kilka godzin wcześniej, wyciągnął z lodówki opatrzonej swoim nazwiskiem.
Kiedy wstawał, był już w połowie analizy ostatniego uruchomionego programu czuwania nad lotem statku LAN-k-0(c.z). Z wombatem pod pachą pokuśtykał do centrum pokładowego. Wraz z drugim operatorem sterował tam pracą wszystkich systemów oraz silników, dbając o bezpieczeństwo załogi. Osobny program buforował dla naziemnej stacji dane dotyczące lotu i ledwie raz na dobę, o godzinie szóstej sześć, wysyłał zapytanie o zgodę do głównego admina.
Brzózka był głównym adminem i przespał tę godzinę w kantynie.
— O nie — rzucił głośno, stając w przejściu.
Centrum wyglądało jak pobojowisko. Pięć okrągłych świateł alarmowych raziło po oczach, migając w chorym tempie, pęknięte monitory ciśnienia syczały uwalnianym gazem chłodzącym, a dwie kawy operatora Koniecznego ściekały z panelu, brązową ścieżką zwierając kolejne elementy instalacji. Wyjący sygnał alarmowy rozdarł się na całego, oscylując wokół najczulszych częstotliwości i prawie dosłownie raniąc bębenki trzema tysiącami herców. Brzózka zacisnął zęby. Jak najszczelniej zakrył Stelli uszy, dociskając włochaty ryjek do skafandra.
— Konieczny! KO-NIE-CZNY! — zawył, aktywując odbiornik przewodzenia kostnego tuż za lewym uchem. — MELDUJ!
Konieczny wrzeszczał, dusił się i kwiczał dziko jak zarzynane zwierzę. Dźwięk wypełnił Brzózce czaszkę, w sekundę odbierając zdolność myślenia. Agonalny jazgot zaczął mu rezonować w zębach i nie ucichł wcale, gdy informatyk dezaktowował wszczepiony odbiornik.
Przedarł się przez sieć pozrywanych przewodów i oszołomiony zasiadł przed zdewastowanym panelem administracji.
Bezmyślnie wklepał trzydzieści dwie komendy archiwizacji raportów, restartu systemów bezpieczeństwa i wewnętrznej analizy uszkodzeń, myląc terminal z dziennikiem i nie trafiając w zalane kawą litery. Konieczny dalej umierał mu w głowie. Stella zasnęła chwilę po tym, jak wepchnął jej w uszy swoje zatyczki, i na totalnym czilu zwisała przewieszona przez kolano.
Alarmy ucichły nagle i strasznie, skazując Brzózkę na potworne dźwięki rozszczelniających się ścian i pękających grodzi. Odległe trzaski miażdżonych korytarzy niosły się po kanałach wentylacji. Kości czaszki rezonowały echem ludzkiego głosu.
Brzózka złapał się za głowę i wbił palce w skronie, rozpaczliwie próbując zmusić mózg do działania. Musiał opanować sytuację w centrum. Musiał to zrobić maszynowo, nie myląc znaków i uwzględniając rozmyte pakiety danych.
— Zamknij się! Stul pysk, Leon! — zawył. — ZDYCHAJ! JUŻ!
Konieczny ucichł.
Stella przeciągnęła się i pazurami przebiła Brzózce skafander.
— Poziom pierwszy... Nieaktywne, drugi, niski poziom tlenu, trzeci... — Informatyk mamrotał, jednocześnie czytając raporty z kolejnych segmentów statku i klepiąc w terminalu dwie niezależne ścieżki komend. Lewą ręką miotał zera i jedynki, prawą pełne instrukcje w obiektowym języku wewnętrznym. — Bezpiecznych segmentów: dwa, członków załogi... Członków...
Urwał i wytrzeszczył oczy.
Jedenaście osób, które poza nim brały udział w misji testowej, znajdowało się po drugiej stronie statku. W komorach napędowych i maszynowni odnotowano rejestrację wszystkich czterech konstruktorów i łącznościowca. Sub-admin Konieczny, security-host i sekcja badawcza utknęli wspólnie między komorami hibernacyjnymi a sanitariatem. Kapitan nie wymeldował się ze strefy wolnej.
Brzózka przytknął palec do odbiornika. Odblokował kanał pierwszy.
— Kapitanie Pramov? — wykrztusił żałośnie. Nasłuch milczał tak głęboko, że nawet szum tętniczy i oddech na dolnym spektrum trwały martwo, bez najmniejszej zmiany w natężeniu. — Kirył?
Przełączył odbiornik na kanał drugi.
— Paweł? Kod dwa: Paweł, odezwij się.
I na kanał trzeci.
— Sec-host, melduj. Sec-host, mówi admin, co się dzieje?
Host oddychał wolno i równo jak we śnie. Podobnie ludzie z sekcji badawczej, ze spowolnionym tętnem i brakiem reakcji na przepływ bodźców z odbiornika. Brzózka sprawdził dziesięć na jedenaście kanałów i zrozumiał, że gdzieś tam, niżej, już zabrakło tlenu. To wyjaśniało ubytek substancji hibernującej ze zbiornika pod pokładem centrum. Systemy aktywowały się samoistnie.
Na kanale jedenastym umierał Konieczny.
Kanał dwunasty należał do Brzózki i w chwili skrajnego zwątpienia informatyk aktywował go, by sprawdzić, czy sam jeszcze żyje.
Rezerwy tlenu: stan poniżej średniej — głosił jaskrawy napis nad terminalem, co rusz przyciągając wzrok Brzózki i nie pozwalając mu skupić się na planowaniu. Co miał zrobić? Należało wysłać do reszty załogi roboty odpowiedzialne za utrzymywanie funkcji życiowych podczas hibernacji, ale ilość energii potrzebnej do zasilenia jedenastu odrębnych jednostek zaważyłaby na prędkości lotu i najpewniej zmusiła Brzózkę do wygaszenia jednego z silników wspomagających. Informatyk nie był w stanie zdecydować, na czyich robotach zaoszczędzić. Kapitan Pramov był stuprocentowo martwy, a Koniecznemu nie dostarczono gazu hibernacyjnego na czas, ale nawet to nie ułatwiało decyzji.
Tlen uciekał przez rozszczenione śluzy i co pięć sekund wskaźnik procentowy przesuwał się o milimetr bliżej ku zeru.
Brzózka przeliczył zużycie i po kilkunastu pobocznych kalkulacjach zrozumiał, że zostały mu dwie godziny. Do najbliższej przystani kosmicznej, przy pełnym zużyciu silników, dotarłby w trzy i pół. Każdy z aktywowanych robotów wydłużał ten czas o pięć procent.
— Stello — wyszeptał. — Stello, ty jesteś ważna. Ja jestem ważny. Jestem głównym adminem.
Bez głównego admina statek nie miał szans dolecieć nigdzie, więc główny admin musiał żyć.
Tamci zabierali mu tlen. Zużywali jego tlen.
— Nasz tlen, Stello.
Brzózka wyprostował się sztywno i wpisał serię poleceń w awaryjny ekran dystrybutora wewnętrznego. "Zarządzaj zasobami", głosił nagłówek. "Zarządzanie zasobami wymaga zgody ze stacji głównej, baza-matka: Ziemia, Instytut". Brzózka zerknął na śpiącą Stellę i dla pewności zasłonił jej oczy. Wpiął swój net-pad do panelu i włączył program zagłuszający odczyty naziemne, szyfrując wszystkie raporty. Program napisał miesiąc wcześniej, dzień przed zameldowaniem się w gabinecie zarządu i wyrażeniem pisemnej zgody na udział w misji.
— B...ohf... - rozbrzmiało mu między uszami.
Spłoszony przypadł do blatu i rozejrzał się, jakby Konieczny stał tuż obok. Pomacał kość za lewym uchem. Odbiornik był nieaktywny, kanał jedenasty trwale zablokowany. Brzózka wytrzeszczył oczy i zaczął zgrzytać zębami, by zagłuszyć rezonans. Zhakował dystrybutor wewnętrzny, zaimplementował odcięcie tlenu od wszystkich segmentów poza centrum, zdalnie zatrzasnął działające grodzie i włączył zabezpieczenia wokół najmniejszej części użytkowej statku, do której miał bezpieczny dostęp. Instrukcje wgrały się i czekały na zatwierdzenie. Informatyk zawahał się.
Uniósł wombata, złapał za jeden z przednich pazurów i odwrócił wzrok, by nie widzieć ekranu. Łapka Stelli pacnęła głucho o klawisz enter.
Światła wokół centrum zgasły jedno za drugim, a wskaźnik zużycia tlenu stanął w miejscu.
Zasoby tlenu, stan przy obecnym zużyciu: cztery godziny — głosił pasek po ponownym przeliczeniu.
Brzózka zagapił się w nieruchomy kosmos za oknem i bezmyślnie wstał z fotela. Odstawił Stellę i skierował kroki w stronę stanowiska Koniecznego. Z jego szuflady wyjął ostatni wkład do elektronicznego papierosa.



Trzy i pół godziny później:

— Wstawaj, Stello. Pobudka.
Statek usiadł miękko w strefie lądowania i wgranym trybem połączył się ze sztuczną atmosferą wokół przystani kosmicznej numer 00786.
Jeden z samosterowanych pokładów, czekających na przybyszów w lukach nad gigantyczną bazą zaopatrzeniową, został przez Brzózkę przywołany z następującym zestawem danych wejściowych: ilość pasażerów: dwóch, czas pobytu: nieokreślony, model promu i ilość miejsc postojowych: nieznany, zero.
To, co poza wombatem udało się Brzózce zebrać i wynieść, zostało przesłane przez portal sprawdzający.
Siebie i Stellę przeniósł chwilę po tym, jak ustawił kurs umierającego statku na najbliższą wykrytą radarami czarną dziurę.
Na długim pomoście otoczonym bezpieczną bańką generatora grawitacji, w pełnym umundurowaniu, między stertą ukradzionego sprzętu i z dwiema nieswoimi butlami tlenu, Stefan Brzózka usiadł i załamał się ze Stellą między nogami.
You were everything in my heart and my heart still beats, these empty beats

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 03 maja 2018, 09:50

JAKIŚ CZAS PÓŹNIEJ, GRILLBAR "SPADAJĄCA GWIAZDA"

Mówiło się, że kiedy stacja 000786 w końcu trzaśnie w słońce to właśnie tak to będzie wyglądało - jak spadająca gwiazda. Tylko, że data zapowiadanej katastrofy jakoś nie nadchodziła i to tak już od dziesięciu lat nic się nie zmieniało. Dlatego Szefu - niegdyś przemytnik z jednej z setek grup, które postanowiły wykorzystać porzuconą stację, a obecnie właściciel niegdyś najpodlejszego z barów - nazwał tak swoją knajpę. Na cześć apokalipsy, dzięki której on i rzesza innych międzygalaktycznych cwaniaków mogła wreszcie znaleźć swój dom.
Szefu i Milcząca Obecność, w skrócie nazywana Moą, nie za bardzo za sobą przepadali. On był drzewcem z Shushusshuri i miał uraz do wszystkich owadoidów, a tak się właśnie nieszczęśliwie złożyło, że Moa jednym była - pochodziła z małej planetki Oza. Ku obopólnej radości nie musieli widywać się zbyt często, chociaż mieszkała na zapleczu baru. Odkąd przejęła zarządzanie tym przybytkiem, wizyty Szefu przestały być konieczne i mogli kontaktować się mailowo.
Było spokojnie. Moa jedną ręką przecierała blat, który błyszczał matowo, drugą mieszała koktajl w shakerze, a dwiema pozostałymi nalewała derbazjańskie piwo z beczki. Napój pienił się i strzelał bąbelkami, miał piękny bursztynowy kolor. Popchnęła szklanicę po blacie, nie rozlewając ani kropelki. Gość - ropusznik z Tarraniru - chwycił ją pewnie trzypalczastą łapą i wlał do swojego obszernego gardła na raz. Ozjanka natychmiast przygotowała sobie kolejną szklankę z grubego szkła, dla pewności jeszcze raz przetarła ją ścierką, i wlała do niej jadowicie-zieloną zawartość shakera. Płyn był gęsty, w środku pływały czerwone, fosforyzujące owoce i lód. Idąc rakiem (było ciasno i bez przerwy zahaczała o różne rzeczy odwłokiem, więc tak było najłatwiej), zbliżyła się do klienta, który zamówił drink. Ośmiornicznik mrugnął do niej, odbierając zamówienie.
Na cierpliwość Nadkrólowej jak ten palant ją irytował! Mógł wyciągnąć to swoje oślizgłe ramię i sięgnąć po napój sam, ale to ona musiała rakiem przeciskać się do niego, bo Jaśnie Pan nie mógł wyświadczyć jej tej grzeczności. Pan i władca! Zachowywał się jakby władał ulem, a nie był tylko drobnym handlarzyną starociami.
Poirytowana zatrzepotała skrzydłami, po czym poderwała się i śmignęła nad blatem - przeleciała po całym barze niczym huragan, zbierając puste naczynia ze stolików, przecierając zachlapane blaty i żałując, że nie zabrała ze sobą też szczotki. Niedawno zamiatała, lecz goście znowu zdążyli nanieść pyłu. Nie miała zielonego pojęcia skąd się brał, ale niezaprzeczalnie tam był, drażniąc pedantyczną Moę.
- Dla nas jeszcze po jednym! - zamówił zgrzytliwie korolizyjski golem. Siedziała ich przy stoliku piątka i każdy wyglądał jak kupa gruzu. Pili w kuflach maxi breję przypominającą świeży cement.
Moa zawisła niezdecydowana. Z jednej strony instynktownie wolała unikać konfliktów, a z drugiej bardzo lubiła porządek i zasady. Regułą w "Spadającej Gwieździe" było, że klienci odbierali zamówienia przy kontuarze sami.
- Wuu-uua-aaaa-gaa-aau-uaa-a-a - warknął na niego włochaty Flor, grillowy i pomocnik Moi, co miało zapewne znaczyć "To marsz do baru, bratku!" Dziarsko podrzucał przy tym skwierczące steki metalową łopatką.
Ona jako Ozjanka żywiła się jedynie nektarem i Szefu jakoś nie potrafił zaufać jej zdolnościom kucharskim, dlatego przy grillu na zmianę rządzili Flor i Flow. Reszta obsługi baru zostawała sukcesywnie zwalniana, gdy w ostatnich tygodniach Moa przejmowała ich obowiązki. Zaczynała klasycznie od zmywaka, bo w desperacji poszukiwała jakiegokolwiek zajęcia.
Przed tym grillbarem należała do załogi statku kosmicznego "Złoty Strzał" - piratów, przemytników, najemników. Ogólnie - nie najlepszego towarzystwa... Nie wiedziała jak się pomiędzy nimi znalazła. Pamiętała jak została wysłana na antropologiczną misję przez Królową, ale to był całkiem inny statek, całkiem inna załoga, całkiem inne życie. Później w pamięci miała czarną dziurę i nagle łup! Jest piratem! Lub raczej pojmaną przez piratów niewolnicą, która musiała wykonywac czarną robotę. Dokręcić śrubę tu i tam? Moa zrobi. Pozbycie się trupa? Zawołajcie Moę. Naprawienie klimatyzacji? Gotowanie? Udrażnianie kanalizacji? Moa, Moa, Moa. Nie rozumiała tego, ale się podporządkowała. Badanie antropologiczne nie ograniczało się przecież tylko do badania elit, więc dokładnie przyglądała się również tej załodze. Jednak przez cały czas starała się ustalić swoje położenie i znaleźć drogę do domu. Niestety ten kawałek wspólnej wiedzy, jaką była astronomia nie znajdował się zapisany w jej mózgu. Nie potrafiła rozpoznać obcych konstelacji, obcych galaktyk.
Wracała właśnie za kontuar, niosąc naręcze podzwaniających kufli, gdy przez drzwi wpadła kupka nieszczęść zebrana w osobie Ziemianina z najdziwniejszą fryzurą, jaką Moa widziała u przedstawicieli tej rasy. Na pierwszy rzut oka poznała "straceńca" - osobę, którą los rzucił w to niegościnne miejsce i nie miała już nic do stracenia. Biorąc pod uwagę ilość pakunków, którymi był objuczony to prawdopodobnie miał przy sobie swój cały dobytek. Rozglądał się zaszczutym wzrokiem trochę ze strachem, a trochę jednak z ciekawością, lustrując otaczających go kosmitów, a jednocześnie nie czaił się, ale wyprostowany i z uniesionym dumnie podbródkiem podszedł do najbliższego miejsca i opadł na nie bez sił. Może Moa pracowała w "Spadającej" od niedawna, ale był to bar znajdujący się najbliżej doków, więc wszyscy życiowi rozbitkowie trafiali najpierw tutaj - sama znalazła w ten sposób pracę.
Przez pierwsze dwie godziny gość oswajał się z otoczeniem. W tym czasie korozolijskie golemy trochę za bardzo popiły, bo zaczęły się sprzeczać i Moa musiała ich wywalić na zbity pysk, zanim dokonali poważnych zniszczeń. Nie wyglądała, ale swoimi cienkimi rączkami potrafiła unosić ogromne ciężary. Flor za każdym razem jak widział jej popisy to rechotał jak głupi, a inni goście znacząco cichli. Ze Straceńcem było podobnie, bo wybałuszył swoje małe oczka, gapiąc się na nią bezczelnie. Jakiś czas później podszedł do Flora, uznając go za tego mniej niebezpiecznego i próbując złożyć zamówienie. Jednak jego translator prawdopodobnie był uszkodzony i ni w ząb nie znał międzygwiezdnego, bo nie potrafili się dogadać. Klął pod nosem i gadał do siebie coraz bardziej poirytowany. Słysząc jego język, Moa uśmiechnęła się, co w jej wykonaniu oznaczało, że machała luźno rozwiniętą trąbką.
- Co tam słychać w Warszawie? - zapytała na rozluźnienie atmosfery, jej głos (Lady 15, najmilszy, ale nie przesłodzony z dostępnego pakietu) wydobył się z głośnika na szyi, a facet zdziwił się jeszcze bardziej, bo jej translator przemówił płynną polszczyzną. Przez stację przewijały się całe rzesze Polaków, więc naturalnie kiedy kupowała nowe urządzenie (poprzednie jej telepatię potrafiło przesyłać jedynie do innych odbiorników podobnego rodzaju, więc nie mogła dogadać się z połową gości) oczywiście kupiła taki z dostępną tą wersją językową. - Dawno temu byliście na Ziemi? Czy może jesteście z Nowej Polski? Tyskie? - zaproponowała, a oczka Straceńca zrobiły się jakieś takie szkliste i półpłynne. Pokiwał głową w górę i dół, a jego "włosy" zachwiały się, jakby miały spaść z głowy. Nie bardzo wiedziała, co to oznacza, ale odbierała od niego pozytywne odczucia, więc uznała to za zgodę. Musiałby mieć jakiś telepatyczny nadajnik, by rozumiała go lepiej, bo ludzie mieli to do siebie, że ich zdolności pod tym względem były dość marne. Odkapslowała butelkę i fachowo nalała do szklanki z pianą na dwa palce. Facet nadal milczał, więc kontynuowała barmańską gadkę: - Schabowych nie ma, ale menu 3 cieszy się popularnością... - znów pokiwał głową, więc wydała dyspozycje Florowi.
Koleś nadal milczał, więc zostawiła go samego z piwem. Wróciła do niego dopiero, gdy menu 3 - zielonkawe mięso z toreopusa z sałatką i pieczonymi bulwami było gotowe. Postawiła przed nim talerz, a wtedy w jego włosach pojawiła się para ciemnych, łagodnych oczu. Trochę zaskoczyło to Moę, bo pierwszy raz widziała pasożyta na Ziemianinie, ale już dawno nauczyła się niczemu nie dziwić. Człowiek zdjął swojego włochatego towarzysza i posadził go sobie na kolanach. Stworzenie sięgnęło bez strachu po warzywa i wpakowało sobie do pyszczka. Przerzuło je powoli i połknęło. Dopiero wtedy Straceniec zdecydował się na zjedzenie podanego posiłku.
- Dolewka? - ponownie spróbowała zagaić, gdy podeszła, sprzątnąć pustą szklankę.
- Nie, dzięki - odparł, siląc się na nonszalncję. Przerażała go. To było widać na pierwszy rzut oka, bo starał się na nią nie patrzeć, gdy była blisko. Gapił się dopiero jak znajdowała się w bezpiecznej odległości. Tymczasem jego paso żyt nie miał podobnych oporów i chyba bawiło go patrzenie ja jej kolyszącą się trąbkę, bo utkwił w niej swoje ślepka jak zahipnotyzowany.
- Pierwszy raz w kosmosie? - zaśmiała się, wkładając brudne naczynie do zmywarki. Nastroszył się cały.
- Cooooo? Oczywiście, że nie! Ba! Gdzie ja nie byłem! Phi! Pierwszy raz! - nagle dostał słowotoku i zaczął rzucać nazwami miejsc, które nic jej nie mowiły. Na pewno nie znajdowały się ani w tej, ani w sąsiedniej galaktyce.
- Ja jestem z Oza. Byłeś tam kiedyś? - zapytała, mając nadzieję, że może tak wielki podróżnik będzie potrafił naprowadzić ją na drogę powrotną do domu.
- Nie. To musi być jakaś maleńka planetka skoro nigdy o niej nawet nie słyszałem - zauwa żył trochę wyniośle. Dziwne to było stworzenie, ten Ziemianin. Musiało zdarzyć się coś bardzo złego skoro wyglądal na tak przestraszonego na początku, bo teraz całkowicie zmienił swój sposób zachowania, a jego słowa dowodziły, że zjeździł pół wszechświata.
- Ale na stacji wcześniej cię nie widziałam, więc tu chyba pierwszy raz?
- Awaryjne lądowanie - odparł niechętnie. - Wiesz, gdzie tu można znaleźć tani nocleg? I statek, który leci w stronę Ziemi?
- O statki to musisz przy dokach pytać, ale Ziemianie pojawiają się tu od czasu do czasu. Ekipa Enter.Prices ma być w przyszłym miesiącu, ale nie wiem, czy będą wracać na Ziemię. Chyba są tam poszukiwani listem gończym - zastanowiła się. Jedną parą odnóży polerowała szklaneczkę, drugą kroiła pieczywo do nowego zamówienia dla innego gościa. - Co do noclegu to ma być bardziej tani, czy bardziej bezpieczny?
- Tani - odpowiedział obojętnie, jakby potrafił sobie poradzić z każdym niebezpieczeństwem. Jedną ręką, samym małym palcem u lewej stopy.
- To możesz pójść do BaBy. W sektorze piątym. BaBę zna każdy, więc łatwo trafisz. Tylko uważaj na siebie. Załatwi ci tani nocleg za każde pieniądze. BaBa handluje wszystkim - od rzeczy za jedno astro po towar luksusowy za grube kosmosy. Tylko jeśli będzie miała zlecenie na Ziemianina to może sprzedać i ciebie - powiedziała ponuro. Sama kiedyś miała z BaBą kłopoty, bo ta świruska ubzdurała sobie, że Moa jest samicą i co za tym idzie - posiada zdolność do składania jaj. Bardzo, ale to bardzo zale żało jej, aby Moa je złożyła, bo na czarnym rynku uchodziły za ekstremalnie rzadkie i cenne. Nikt jej nie wyjaśnił, że jaja składa tylko Królowa i są największą świętością na Oza, a nie składnikiem w restauracyjnym menu. Długo Ozjanka musiała się z nią użerać nim BaBa odpuściła.
Ziemianin zmienił kolor, słysząc jej słowa, ale nijak tego nie skomentował. Przez sekundę myślała, że to mo że ze strachu, ale potem zrobił się na twarzy intensywnie zielony i przypomniała sobie, że na niektórych gatunkach mięso toreopusa ma taki wpływ. Ostatni ludzie, jakich widziała mieli skórę ciemną jak heban, więc zupełnie nie było tego po nich widać, ale ten tu był bladziutki, więc efekt był niesamowity.
- Powinno minąć za jakąś godzinę czy trzy - uprzedziła go, wskazując na lustro za barem.
- O żesz kurrrrrwa - wyrwało mu się ulubione słowo Polaków. Do tej pory jej słownik nie potrafił go zakwalifikować, bo miało zbyt wiele znaczeń.
Miała go za to przeprosić, ale w następnej chwili zdarzyło się zbyt wiele na raz.
Po pierwsze wybuch, który po barze rozszedł się falą, która wprawiła w drżenie szklanki i butelki, a niektóre nawet pospadały z półek i blatów. Niektórzy goście od razu włączyli swoje hejmy i wyciągnęli zza pasów spluwy, inni schowali się pod stołami.
Po drugie przez drzwi wpadła zdyszana para - kolejny człowiek w towarzystwie grzybowatego Suocanianina.
- Zaplecze?! - zapytał Suoca.
Moa odruchowo wskazała odpowiednie drzwi. Obaj natychmiast rzucili się w ich kierunku.
- To był człowiek Stello! - wrzasnął Straceniec i zerwał się ze swojego miejsca.
Na końcu w drzwiach wejściowych pojawiły się Doblety. Cholerne cyngle od BaBy. Mordercze różowe pluszaki z taką ilością broni, że wyposażenia na pewno mogła im pozazdrościć Gwardia Sojuszu.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Coffee » 05 maja 2018, 15:37

APARAJITA

Dioda awaryjnego autopilota migała jej czerwonym światłem prosto w półotwarte, nieruchome oko. Drugie zakrywał powoli nabrzmiewający krwiak, ale jej samej – rozciągniętej bezwładnie na nawigatorskim kokpicie – nie robiło to w tej chwili szczególnej różnicy. Były pilniejsze problemy, ale sama zdawała sobie sprawę jedynie z ich części.
Był też hałas, w tej chwili rozwleczony w bełkotliwe, głębokie basy, ale wiercił jej podstawę czaszki i uparcie nie dawał zasnąć.
Zdołała przechylić głowę i odkaszleć. To chwilę trwało; diodę, panel i jej własne ręce pokryła gęsta różowawa plwocina, na którą – przysięgłaby – nie powinno być miejsca w jej gardle.
Ile była nieprzytomna?
Gdzie była?
Odpowiedź na to drugie pytanie sugerował widok za przesłoną kokpitu głównego pilota – zimna ciemność sporadycznie poprzetykana pojedynczymi jasnymi punktami. A zatem kosmos, świetnie, tylko że z wystarczająco szerokiej perspektywy w przestrzeni kosmicznej był każdy, wszędzie, zawsze. Co to za statek?
Spróbowała usiąść, na razie bez powodzenia. Coś było bardzo, bardzo nie tak. Tak bardzo, że nie wiedziała, na czym skupić się w pierwszej kolejności. Na sobie miała jednoczęściowy prosty skafander z wyszytym na piersi imieniem „Aparajita Mukherjee”, ale pod nim wyczuwała obecność wielu ran i jeszcze więcej pączkujących siniaków; coś nią cisnęło o ścianę.
Co?
Kolejne pytanie dołączyło do wystarczająco długiej listy, a im dłużej prawdopodobnie–Aparajita była przytomna i im staranniej próbowała jakoś poustawiać w rzędzie własne myśli i wspomnienia, tym bardziej rozumiała, jak niewiele jest do ustawienia. Przerażenie rosło w niej jak nudności.
I w końcu coś kliknęło, a to, co dotychczas stanowiło jedynie szumiący bełkot, wyrównało się w jeden monotonny komunikat.
– …sukcesem. Zatwierdź ostateczną destynację. Faza trzecia zakończona sukcesem. Zatwierdź ostateczną destynację. Faza…
Zsunęła się w końcu z kokpitu, a fale uderzeniowe po zetknięciu stóp z podłogą posłały pioruny wzdłuż jej kręgosłupa i całego lewego boku. Zaklęła i w jakiś dziwny sposób poczuła ulgę, że pamięta, jak to robić.
– Faza trzecia czego?
Głos wyszedł z niej niczym wampir z krypty, ale na autopilocie statku nie zrobiło to wrażenia.
– Zatwierdź ostateczną destynację.
– Co tu się stało?
– Podaj hasło, by uzyskać dostęp do logów LWSS Starbuck.
– Nie znam hasła.
– Kapitan zna hasło.
Nie przyszło jej do głowy, że na statku mogą być inni ludzie, czy chociaż inne osoby. I miała rację – nie byli.
Doliczyła się czterech trupów na tym pokładzie statku, a nie czuła się na siłach, żeby sprawdzać całość. Nie poznawała ich twarzy, ale nie ulegało wątpliwościom, że wszyscy byli ludźmi. Jarl Wyndham, Lakshmi Philips, Marika Van Buren i w końcu Chibueze Engman z kapitańskimi insygniami wyszytymi tuż nad nazwiskiem na skafandrze identycznym jak jej samej. Spojrzała bezradnie na wykrzywioną w pośmiertnym grymasie twarz kapitana i powstrzymała chęć, by go zrugać z góry na dół za opuszczenie stanowiska.
Żadnych kul, żadnych widocznych przyczyn śmierci. Ale wszyscy leżeli blisko siebie, w podobnych, powykręcanych pozach zmiecionych przez eksplozję manekinów.
– Starbuck – powiedziała – Nie znam hasła, ale nikt inny ci go nie poda. Może zresztą nawet je znałam, nazywam się… nazywam się Aparajita Mukherjee.
– Potrzebuję hasła.
– Admin. 12345. QWERTY. Chibueze. Hasło. 00000.
– Nie.
Ścisnęła nasadę nosa i zaraz tego pożałowała. Musiała się napić wody. Musiała opatrzyć swoje rany. Musiała rozwikłać tę wielką zagadkę, w której środku nagle się znalazła. Musiała sobie przypomnieć… Przede wszystkim musiała…
– Czy statek jest uszkodzony?
– Nie.
– Czy jeśli nie znam hasła, mogę wybrać, gdzie wylądujemy?
– Nie. Ale możesz zatwierdzić ostateczną destynację.
Trudno. Może ktoś z nich, kiedyś, wcześniej, może nawet ona sama – może ktoś miał w tym wszystkim plan i ten plan zakładał wylądowanie właśnie tam, gdzie statek chciał ją zabrać. Musiała się pozbyć trupów i wymyślić jakieś naprawdę dobre kłamstwo, a to mogło okazać się dużo trudniejsze w sytuacji, w której nie miała bladego pojęcia, jak wygląda prawda.
– Zatwierdzam – powiedziała zrezygnowanym głosem.
Znalazła racje żywieniowe i apteczkę, opatrzyła rany, odpoczęła, a potem zaczęła taszczyć trupy w kierunku górnej śluzy.

*

Stacja 000786 przyjęła ją ze słuszną podejrzliwością zarezerwowaną dla niewielkich statków lekkiej wagi obsadzonych przez jedną osobę, w dodatku poobijaną starszą panią. Przed wyjściem do portu zgrała logi komputera na niewielką kość i głęboko ją ukryła; może na stacji znajdzie się sposób, żeby je odszyfrować bez hasła.
– Coś do oclenia?
– Nie.
– A może jednak?
Aparajita posłała mu nierozumiejące spojrzenie poobijanej starszej pani i celnik dał jej spokój, machnięciem czułka sygnalizując, żeby przeszła przez bramki. Zapiekło, gdy laser dezynfekujący przebiegł po jej ciele. Gdzieś tam na stacji czekały na nią odpowiedzi; miała nadzieję, że zdoła zadać odpowiednie pytania.
Druga bramka zapiszczała, błysnęła czerwienią, ale zanim ktokolwiek, włącznie z samą Aparajitą, zdążył zareagować, system zmienił zdanie i zapaliły się zielone diody.
Nie biegnij, pomyślała. Nie biegnij. Zrób zaskoczoną minę. Nawiąż kontakt wzrokowy. Będziesz tu musiała jeszcze wrócić, pamiętasz?
– Coś nie tak?
Na ile to potrafiła ocenić, celnik wpatrywał się w wyświetlane na szerokim ekranie jej dane osobiste, które wszczepy przesłały systemowi celnemu.
– Nazwisko?
– Mukherjee.
– Skąd pani przyleciała, pani Mukherjee?
Ukryta kość z logami statku zapiekła ją jak rozgrzana.
– Po co te pytania?
– Dziwne rzeczy się dzieją w rejonie – powiedział enigmatycznie. – Planety tracą ludzi. Po koloniach zostają tylko puste budynki. Ta stacja już dawno powinna smażyć się na słońcu, a jednak prowadzimy teraz tę rozmowę. – Co? – Dostaliśmy polecenie, by pilniej monitorować przepływ populacji. Jak również – odwłok celnika zadrżał, ale nie miała pojęcia, co to oznacza – jestem ciekaw, dlaczego ma pani wypalone linie papilarne i rany na ciele.
Milczała. Wpatrywała się we własne dłonie, w gładką skórę na opuszkach i wpół zagojone rany na obu nadgarstkach. Wyglądały jak zrobione nożem.
– Wie pan co – powiedziała w końcu – proszę wybaczyć słabą pamięć osobie w moim wieku, ale teraz sobie przypomniałam, że jednak mam coś do oclenia.
Czułki wyprostowały się. Uznała milczenie za zachętę.
– W lewym luku bagażowym mojego statku znajdziecie ćwierć tony czystego atlantydzkiego orichalcum.
Wiedziała to, ponieważ przed lądowaniem wyciągnęła od Starbuck wszystko, co statek był skłonny powiedzieć. Nie miała pojęcia, skąd minerał się tam wziął, ale teraz miała już pewność, że ta informacja nie zainteresuje celnika.
– No to się rozumiemy – powiedział celnik. – Witamy na stacji 000786, pani Mukherjee.
Aparajita skinęła głową i nieco utykając, poszła cieszyć się spokojem.
Trwało to jakieś piętnaście minut, aż do pierwszego wybuchu.

It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1784
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 05 maja 2018, 17:53

Emrys

Dzień dobry, mam na imię Emrys i skończyłem niedawno siedemnaście lat, chociaż podobno nie widać. Jak moje siostry, bracia, rodzice, dziadkowie i pewnie dziadkowie moich dziadków pracuję na stacji uzdatniania wody na Tantalosie. To znaczy - pracowałem.
Pracuję.
To skomplikowane. Bo chwilowo trochę nie mogę pracować, bo jestem daleko, ale jakbym był u siebie, tobym pracował.
Jakoś tak.
Jestem niski i chudy, więc czyszczę rury specjalnymi chemikaliami, bo się do tych rur mieszczę. Mam taki zajebisty kombinezon z czujnikami, żeby z daleka było widać, gdzie pracuję, i żeby ktoś nie przesterował grodzi, bo wtedy bym się utopił. Czasem dostaję też uprząż i zwisam w szybach, kiedy kąt nachylenia się zwiększa. Jest fajnie, bo liny są elastyczne i można się na nich bujać, tylko nie za długo, bo budzi się Dozorca i można upuścić narzędzia. Mniej lubię, jak zwisam głową w dół, no ale trudno. Babcia mówi, że jak tak powiszę jeszcze, to może mi wreszcie rozum z pięt do głowy spłynie. Babcia mnie kocha, tylko chciałaby, żebym był mądrzejszy. I może przystojniejszy. Czasem klepie mnie po plecach i mówi, że jak na takiego ojca łamagę (jej syna), to i tak nieźle wyszło i pewnie wszystko zawdzięczam tej mojej nieszczęsnej matce. A jak byłem mały, to dużo mi opowiadała i uszyła specjalnie dla mnie pompę-przytulankę. Nikomu się nie przyznaję, ale chociaż jest bardzo zniszczona i dawno się już nie bawię zabawkami, zawsze trzymam ją na dnie plecaka. To mój talizman.
Mam wielu kolegów, chociaż większość pracujących przy czyszczeniu robotników jest młodsza ode mnie - w moim oddziale wszyscy są młodsi. Jako brygadzista trochę się nimi opiekuję i uczę, żeby nie bali się kanałów. Czasem przychodzą nowi i opowiadają straszne bzdury o duchach rur, a ja tłumaczę im, że to wycie i jęki, to tylko kurczący się i rozprężający metal albo luźne elementy instalacji. Echo potrafi zrobić z dźwiękami śmieszne rzeczy. To wszystko jest tak naprawdę bardzo proste, tylko trzeba dobrze słuchać, którędy leci woda i czy coś do niej nie wpadło, i w razie czego osłaniać głowę i zaciskać powieki. Najgorzej to spanikować, bo w rurach jest ciemno i masz tylko siebie - swoje narzędzia, swoją czołówkę i swój mózg. Poza tym w takiej wąskiej przestrzeni jeśli utkniesz albo coś sobie zrobisz, nikt cię nie wyciągnie. Trzeba mieć wyczucie, żeby wiedzieć, jak daleko można się wcisnąć, i trzeba się nauczyć, że ciało jest bardziej spuchnięte po śnie i po zmęczeniu, więc nie zawsze obręcz, przez którą się dało wejść, będzie też tą, przez którą da się wyjść. Wszystko zależy od tego, która to godzina zmiany.
Mam też koleżankę. Taką wiecie, że się lubimy. Ale nie mamy dla siebie czasu i tylko się do mnie uśmiechnęła dwa razy, jak się mijaliśmy na korytarzu - chyba jest brygadzistką w drugiej zmianie, bo ma naszywkę na kurtce. Kiedyś zdążę zapytać ją o imię, a jak będę miał szczęście, to wylosują ją na moją żonę. Chyba że się stąd nie wydostanę, wtedy przewalone.
Lubię tę pracę. Jest ważna. Chcę kiedyś do niej wrócić.
Tymczasem jednak wylądowałem w trochę nieciekawej sytuacji. Dzień był akurat bardzo męczący i jak wyszedłem z kanałów, to było już po końcu zmiany i prawie wszyscy poszli do Klatek. Zostało nas może jakieś dwieście osób, w większości dorośli pracujący na sitach i przy rozdzielaczu. Oddałem kombinezon, wyszorowałem się dokładnie szczotką (babcia nie wpuściłaby mnie do Klatki brudnego; mówi, że i bez tego mamy gówniane życie i nie muszę dokładać więcej), założyłem zwykłe ubranie i wziąłem plecak z przydziałem proteinowych i witaminowych batonów, bo akurat przypadł dzień wypłaty. Chciałem pobiec do naszej Klatki - włączyło się nocne oświetlenie i bałem się, że nadeszła Godzina Snu. Wtedy musimy leżeć w swoich łóżkach, aż nie przyjdzie Godzina Pobudki. To dlatego, że żeby dobrze pracować, musimy jeść po dwa tysiące kalorii, pić dwa litry wody i spać po sześć godzin - wiem, że to ważne i wszyscy bardzo tego pilnujemy. Pilnowalibyśmy nawet gdyby nie było Dozorców w naszych rękach i Strażników z ich pałkami, bo przecież od tego, czy będziemy dobrze i wydajnie pracować, zależy efektywność całej stacji. Zaopatrujemy w czystą wodę aż trzy układy planetarne i jesteśmy z tego bardzo dumni. Już miałem opuścić platformę, kiedy nagle zaczęły wyć alarmy i mrugać wszystkie światła. Dobrze wiemy, co robić w takich sytuacjach, więc wziąłem kilka głębokich oddechów, żeby się nie bać, i zacząłem iść w stronę ścieżki ewakuacji. Ale wtedy wpadli strażnicy. Krzyczeli rzeczy, z których niczego nie rozumiałem, chcieli nas zawrócić na platformę. Słyszałem syk zamykających się grodzi i miałem już pewność, że stało się coś naprawdę poważnego.
Pierwszy wybuch zatrząsł chodnikiem dosłownie chwilę później. Był stosunkowo daleko, ale nie wszyscy utrzymali się na nogach. Wiedzieliśmy, jak to działa, bo uczyli nas na szkoleniach. Reakcja łańcuchowa. Łatwopalne odpady i gazy, rozprzestrzeniające się pożary. Jeśli wybuchły w jednym miejscu, trzeba było to miejsce zupełnie odciąć i wyprowadzić stamtąd cały tlen. Czasu na ucieczkę było niewiele, a jeśli komuś się nie udało, po prostu ginął dla dobra sprawy i czasem odczytywano jego imię na apelu.
Oczywiście, że wolałem uciec. Strażnicy zmuszali nas jednak do cofania się. Byli czymś rozzłoszczeni, uderzyli parę osób. Parę innych upadło, trzymając się za ramiona, i wiedziałem, że to Dozorcy. Ktoś powiedział, że to specjalnie - że specjalnie wysadzono zbiornik - ale to musi być kłamstwo. Dlaczego ktoś miałby chcieć to robić? Przecież jedyne, co mogło się stać, to zniszczenie instalacji i śmierć uwięzionych tam ludzi. A mimo to Strażnicy ciągle na nas krzyczeli, ciągle wyzywali nas od przegniłych zdradzieckich chujów i gówna. Często mówili na nas po prostu "gówno", ale wtedy brzmiało to inaczej. Wszystko brzmi inaczej, gdy trzymasz w ręku paralizator.
Tłum spychał mnie i nie byłem w stanie niczego na to poradzić, aż w końcu zacząłem skupiać się po prostu na tym, żeby nie upaść i nie dać się zdeptać w wąskim korytarzu. Drugi wybuch był już znacznie bliżej i przez dłuższą chwilę słyszałem tylko pisk. Światło zamrugało i zgasło, a ludzie wpadli w panikę. Ciemność rozbłyskiwała od zimnych świateł paralizatorów, ludzie tłoczyli się i napierali na siebie, a kiedy znów zacząłem słyszeć, głowę wypełnił mi jeden wielki wrzask. Ryk właściwie.
Z drugiej strony korytarza nadbiegła kolejna grupa, ale to nie byli Strażnicy. To oni krzyczeli. Coś o wolności i walce.
I wtedy nadszedł trzeci wybuch. Nie usłyszałem go - był za blisko. Poczułem tylko gorąco i nagle zrobiło się jasno. A potem już spadałem i paliła mi się kurtka.
Tata zawsze mówił, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Pewnie dlatego wpadłem do wody. I pewnie dlatego nie była na tyle głęboka, żebym się w niej utopił, za to ugasiła płonące ubranie i schłodziła skórę. Przeze mnie automatyczna waga uznała jednak, że cysterna jest wypełniona i ramię zapakowało ją na zbiornikowiec. Kiedy się ocknąłem, byłem już w przestrzeni kosmicznej.
Nigdy nigdzie nie leciałem. Słyszałem, że my robotnicy w ogóle umieramy od kosmosu na jakąś kosmiczną chorobę.
Od trzech dni kicham i boli mnie gardło. Mam nadzieję, że to nie to.
Chociaż jak byłem mały, babcia brała mnie czasem na kolana i mówiła, że może kiedyś sam polecę w kosmos i zobaczę te gwiazdy, ale przestała, bo tata zawsze się potem na nią złościł i strasznie wrzeszczał. Trochę mi smutno, że kiedy już wrócę, nie będę jej za bardzo mógł opowiedzieć o niczym ciekawym, bo środek statku to taka metalowa puszka i właściwie niewiele różni się od Klatek - poza tym, że jest tu więcej niepotrzebnej przestrzeni, którą można by zagospodarować czymś pożytecznym. I oczywiście więcej wody.
Ja babcię w ogóle bardzo kocham, ale czasem zachowuje się dziwnie i może to ze starości się jej tak porobiło - jest jedną z najstarszych osób w naszym kwadracie. Na przykład kiedy przyjeżdża pan Sullivan na kontrolę. Wszyscy wtedy wiwatujemy i śpiewamy hymny, a babcia stoi z założonymi rękami i milczy. Nie rozumiem tego, bo pan Sullivan to bardzo ciekawy człowiek. Jest zupełnie inny niż my i nosi jasne ubrania, na których nie ma brudu. Lubię na nie patrzeć - za każdym razem wyglądają inaczej. A poza tym też ma dwie nogi i dwie ręce, i jedną głowę jak my, ale przy tym wygląda, jakby bardzo mocno spuchł. Ma wielki brzuch i tak naprawdę myślę, że jest mu bardzo ciężko i dlatego podpiera się na lasce. Na pewno nie wcisnąłby się w rury, więc dobrze, że ma nas.
Trochę się martwię, że zachowanie babci może uruchomić jej Dozorcę, więc kiedyś poprosiłem, żeby śpiewała z nami. Popatrzyła na mnie bardzo smutno i powiedziała, że jestem durnowaty jak to gówno pod naszymi butami, ale trochę podobny do dziadka, a nie do tego tchórzliwego chuja, mojego ojca, więc kiedyś może sam zrozumiem. Wtedy po raz ostatni o nim wspomniała. O dziadku w ogóle się nie rozmawia, bo tata zaczyna krzyczeć, mama zaczyna krzyczeć, a babcia najpierw krzyczy, a potem płacze.
Mam nadzieję, że nic im nie jest i nasz sektor z Klatkami został w porę odcięty.
Nie wiem, jak długo już lecę, ale powoli kończą mi się proteinowe batony przewidziane na dwadzieścia dni (część się spaliła), więc bardzo dużo piję, żeby wypełnić żołądek. Wody mam akurat pod dostatkiem, ale jest jakaś dziwna. Tak przeźroczysta, że gdyby nie odbijały się w niej czerwone i niebieskie lampki z sufitu, mógłbym pomyśleć, że wcale jej nie ma. I ma śmieszny smak, prawie słodki. Myślę, że tak naprawdę ta woda od nas ląduje potem na jakiejś innej stacji, gdzie jest przygotowywana do picia, dostaje normalny kolor i kwaśny smak. Mam nadzieję, że od takiej surowej nic mi nie będzie.
Poza tym czuję się już trochę lepiej. Plecy i ramię tak nie palą, bąble zaczynają schodzić i dużo ćwiczę, żeby rozruszać bok i łopatkę. Za parę dni spróbuję coś na siebie założyć i może nie będzie już bolało. Plecak pospinałem i jakoś się trzyma.
Chyba jestem tu sam - poza robotami od napraw i sztuczną inteligencją pilotującą statek. Bardzo mi się nudzi, więc zajrzałem już chyba wszędzie i nigdzie nie znalazłem drugiego człowieka. Są tylko jakieś nagrania z serwisów. Puszczam je sobie czasem, żeby posłuchać ludzkich głosów i wtedy mi trochę lepiej. Nie wszystko rozumiem, ale jak się dobrze wsłucham, to kiedyś zrozumiem. Zresztą to tylko pięć i pół godziny logów, więc nie mam za dużego wyboru. Trochę się nauczyłem. A jak mnie boli gardło mniej, to sobie śpiewam. Babcia mnie uczyła i mówiła, że śpiewali w pracy, zanim tego zakazano.
Śpię zawsze w maszynowni, bo jest najcieplejsza i najbardziej przytulna, i odpowiednio w niej szumi. Znalazłem puszki ze smarami i lakierem. Wziąłem sobie jedną i otworzyłem. Kiedy idę spać, uchylam wieczko, żeby pachniało jak w domu.
Trochę się boję, a trochę martwię, bo nie mam komu wytłumaczyć, że to wszystko przez przypadek i wcale nie jestem uciekinierem. Uciekinierzy to w końcu zdrajcy Tantalosa sabotujący produktywność naszej oczyszczalni. Nie chcę być taki. Chcę dobrze pracować, żeby ludzie mieli wodę. Dozorca w moim lewym ramieniu odzywa się raz na jakiś czas i wtedy nie jestem w stanie utrzymać niczego w ręce, tak bardzo boli. Czasem myślę tylko o tym, żeby ktoś go w końcu ze mnie wyciągnął. To pewnie kara za opuszczenie planety. Próbuję wtedy spać, ale nie zawsze mi się udaje. Dwa razy płakałem, ale nikt się nie dowie.
Chcę tylko do domu. Jestem tam potrzebny. Babci, żeby nie robiła głupich rzeczy, rodzicom, rodzeństwu i kolegom z pracy. Jestem potrzebny, bo jako brygadzista i najstarszy chłopak w oddziale najlepiej znam układ kanałów, wiem, gdzie rdzewieją, gdzie są dziurawe sita, przez które wpadają groźne śmieci i gdzie trzeba bardzo uważać. Technicy nie naprawili jeszcze wszystkich moich zgłoszeń, mają za dużo pracy, i boję się, że beze mnie dojdzie do tragedii, a przez nowe leje może być teraz trudniej.

*

Zostałem aresztowany, zanim zdążyłem pisnąć chociaż słowo. Zdradził mnie fakt, że przeze mnie na statku bezzałogowym aktywowały się systemy podtrzymywania życia, ale oczywiście przyszło mi to do głowy za późno, chociaż doskonale wiem, czym są i jak działają, i że roboty do niczego ich nie potrzebują, więc w sferach, gdzie aktualnie nie pracuje żaden człowiek, są wyłączane.
I teraz siedzę na krześle skuty kajdankami, a po drugiej stronie siedzi pani porucznik Nneka Okafor i przygląda mi się bardzo uważnie. Nie jest wrogo nastawiona i nawet spytała mnie, czy dobrze się czuję, więc powiedziałem, że tak. Chociaż katar mi nie minął, gardło ciągle mnie boli, mam takie łupanie w głowie i trochę się boję, że jednak umrę na tę kosmiczną chorobę, zanim powiem babci o podróży i żeby już nie tęskniła za gwiazdami. Wszystko jest tu dużo większe i kręci mi się w głowie od nadmiaru wrażeń. Powietrze jest bardzo suche, światło bardzo jasne. Policjanci, którzy mnie wyciągnęli z cysterny i zabrali mi rzeczy, nie wglądali ani jak my, ani nawet jak pan Sullivan. Mieli więcej rąk i dziwną skórę, a ich twarze były jak potwory z koszmarów.
- I co ja mam z tobą zrobić, smarku...? - pyta porucznik Okafor. - To nie jest dobre miejsce dla zaginionych nastolatków. Od lat mówią, że ta stacja ma rąbnąć w słońce, więc kto miał minimum mózgu, ten dawno stąd się wyniósł. Zostali idioci i ci, którzy i tak nie mają czego szukać w innych miejscach. Ogólnie... męty społeczne. Zjedzą cię żywcem.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Wyjaśniłem już wszystko, co mogłem, że wcale nie chciałem i to tylko przypadek. Poprosiłem też o zwrot rzeczy, ale na to muszę podobno jeszcze poczekać, aż sprawdzą, czy nie przemycam czegoś niebezpiecznego. Nie przemycam. Zostały mi dwa batony i pompa od babci. Może jakiś śrubokręt, bo czasem biorę zapasowy z pracy, żeby coś poodkręcać w Klatce, a potem przez parę dni zapominam oddać. Ale zawsze oddaję.
No, oddawałem.
- W sumie to chciałbym po prostu wrócić do domu - przyznaję.
Zapada cisza i zupełnie nie wiem, co o tym myśleć.
- ...nie da się? - próbuję ostrożnie.
Kobieta wzdycha i zerkam na nią, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiej ciemnej skóry i takich włosów. Wyglądają jak szklana wata, tylko są czarne. Chciałbym ich dotknąć i zobaczyć, czy też tak kłują.
- Pozwól, że się upewnię. Chcesz wrócić na Tantalosa. Na planetę-szambo.
Kiwam głową, ale pani porucznik patrzy, jakby mi nie wierzyła.
- Nie - mówi znów. - Nie da się.
Robi mi się przykro. W jednej chwili jakby coś wypełniło żołądek, a potem chciało z niego wyjść.
- Sytuacja jest teraz... napięta - kontynuuje porucznik Okafor. - Twój zbiornikowiec był ostatnim statkiem na tej linii na jakiś czas.
Kobieta milknie znowu i wstaje ze swojego krzesła. Chwilę krąży po pokoju z zaplecionymi na lędźwiach dłońmi i bardzo nad czymś myśli. Ma ładny chód. Tak się kołysze, jakby tańczyła. Kobiety u nas tak nie chodzą i nie mogę oderwać wzroku od jej bioder.
- Dobra - mówi w końcu, pocierając skroń - spadaj. Po prostu spadaj, nie mów nikomu, skąd jesteś, i spróbuj jakoś ogarnąć.
*
Tak oto wylądowałem w przystani kosmicznej numer 00786 i mieszkam na niej już jakieś kilka miesięcy. Statki na Tantalosa nadal nie kursują. Od czasu do czasu idę pokręcić się przy posterunku policji, ale porucznik Okafor zawsze odprawia mnie z daleka smutną miną i kręceniem głowy. Więc próbuję coś ze sobą zrobić.
Takie kręcenie się z kąta w kąt trochę mnie dobija, ale nikt mnie nie chce zatrudnić, chociaż mówię, że nie boję się niczego i szybko się nauczę, czego trzeba. Jeśli nie oczekują, żebym kradł, to albo mi mówią, że jestem za młody, albo że za wiotki, albo że w ogóle bez sensu, bo nie mam ani dokumentów, ani nawet chipa bankowego, żeby móc mi przelać wypłatę i lepiej, żebym spadał, zanim wezwą siły porządkowe. Z tym chipem to jest problem, przyznaję. To takie śmieszne coś, co ludzie mają w ręce (tam, gdzie ja Dozorcę, tylko niżej) i jak przykładają do terminala to pika i pobiera samo opłatę. Z tego względu, jak gram, ludzie kupują mi różne rzeczy - jedzenie, ubrania, kostkę mydła. Różnie. Alkohol też i dobrze, bo nadaje się do czyszczenia.
Resztę rzeczy po prostu znajduję. Nigdy nie zabrałbym czegoś świadomie, ale ludzie zostawiają na śmietnikach całą masę dobrych rzeczy. Ostatnio znalazłem taką zajebistą czapkę w kolorowe pasy, z pomponem i dwoma sznurkami. I teraz jest mi ciepło w głowę, jak śpię. A śpię w nieczynnym kanale wentylacyjnym. Tam akurat nikt nie zagląda i nie sięga żadna z kamer, bo kąt jest zupełnie pusty, a jak się wcisnę i zamknę za sobą kratkę, to mnie zupełnie nie widać. Nie widać też moich rzeczy, które trzymam tuż za zakrętem. Zbieram trochę pamiątek dla babci.
Na śmietniku znalazłem też moją harmonijkę. Wyczyściłem ją porządnie, bo wiem, jak czyścić rzeczy, żeby ich nie uszkodzić, i uczę się grać na niej piosenki babci, a ludzie częściej proponują mi, że coś kupią. Jest nawet nieźle i powoli przyzwyczajam się do tutejszego jedzenia, chociaż na początku albo byłem ciągle głodny, albo miałem za bardzo napchany brzuch i nie mogłem się ruszyć. Batony są wygodniejsze, bo zajmują mniej miejsca - i w plecaku, i w człowieku.
Stosuję się też do zaleceń porucznik Okafor i staram się mówić tak, jak mówią ludzie z innych planet. Nikomu nie opowiadam o Tantalosie. Jestem trochę samotny. Pogadałbym z panią porucznik, ale chyba moja obecność na posterunku mogłaby sprawić jej kłopoty. Trochę już rozumiem i wiem, że brak dokumentów i pieniędzy sprawa, że jestem tutaj poza społeczeństwem, a za to się wsadza do aresztu. Nazywają to "włóczęgostwem". I gdybym za często bywał u porucznik Okafor, ktoś w końcu zapytałby, dlaczego jeszcze mnie nie przymknęła, skoro jestem przestępcą. Przesrane.
Stacja wydaje mi się z dnia na dzień coraz dziwniejszym miejscem. Nie jest tu przyjemnie - przestrzenie są jeszcze większe niż na statku, a na pewno bardziej oświetlone. I wszędzie kręcą się jakieś istoty. Za każdym razem, kiedy myślę, że nic mnie już nie zaskoczy, to jednak zaskakuje. Ciekawe, co powiedziałaby babcia na to wszystko. To znaczy, to jest tak naprawdę bardzo ciekawe, ale jest tego tak dużo... I chyba wolałbym oglądać to na obrazkach. Słucham też plotek i one są złe. O tym, że znaleziono kolejną stację widmo na przykład (nie wiem, ile znaleziono wcześniej) albo statek bez oznak życia w kursie na czarną dziurę. Albo że buntują się kolejne kolonie robotnicze i to szczególnie mnie martwi. Nie rozumiem tego, ale wobec wszystkich poszlak, nie mogę dłużej odsuwać od siebie myśli, że...
W każdym razie na stacji pojawiły się hologramy nawołujące do oszczędzania wody.
Wygląd ludzi i obcych tutaj to pół biedy. Ale dźwięki. Wszystko tu szumi, ale inaczej niż u nas. Dziesiątki różnych języków, setki głosów i trudno za tym wszystkim nadążyć. Kiedy gram, jest lepiej. Zmieniam babcine piosenki, przeplatam je ze sobą, powtarzam usłyszane tutaj melodie (mają takie miejsce, gdzie spotyka się dużo pijanych ludzi i jest muzyka), próbuję to wszystko jakoś wmieszać w ten hałas i wtedy jest lepiej. Jest harmonia i dźwięki znajdują swoje miejsce. Do grania też zakładam czapkę, bo wtedy dobrze się słyszę nawet mimo gwaru. Zamykam oczy i zostaję sam z dźwiękami. Nawet sobie niczego nie wyobrażam. Czasem wodę.
- Hej, chłopcze - niski, dudniący głos rozlega się, ledwie kończę ostatnią nutę. Podoba mi się. Ładnie się zgrało i następnym razem to wykorzystam.
- Tak? - Podnoszę wzrok i na moment mnie zatyka.
Przede mną stoi istota z ogromnym czymś na głowie. To coś przypomina trochę talerz, ale nie do końca. Istotę okrywa ciemny płaszcz i chyba jest mężczyzną, bo ma brodę. Mimowolnie zaczynam się zastanawiać, czy jak facet biegnie, to mu ten spadochron na głowie nie łapie powietrza.
- Ktoś powiedział mi, że szukasz pracy.
Naprawdę lubię głos tego pana. Przytakuję szybko, chowam harmonijkę do kieszeni i poprawiam czapkę.
- Ale nie mam...
- Wiem - przerywa mi. - Wiesz, gdzie jest Plac Czerwonego Karła? Potrzebuję, żeby ktoś się tam pokręcił i zrobił zamieszanie, kiedy będę załatwiał swoje sprawy.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Alrune » 08 maja 2018, 15:48

Stacja kosmiczna numer 00786 – kolejny cel wędrówki Arii. Nie do końca zamierzony, ale tak a nie inaczej wyszło. Siedziała spokojnie z pozostałymi pasażerami w kabinie dokującego statku. Nie interesowali jej, a na ich próby nawiązania jakiekolwiek konwersacji nie zwracała uwagi, albo ostatecznie rzucała im zirytowane spojrzenie. Nie szukała przyjaciół, nie potrzebowała ich.

Tam, skąd pochodziła nawet na rodzinę nie można było liczyć. W końcu młodzi, zdolni byli tylko towarem, za który Ketesh dobrze płacili. Uciekając ze stacji nie obejrzała się za siebie. Nie miała nikogo i nic jej nie trzymało. Wspomnienia – posiadała, ale starała się je tłumić. Nostalgia mogłaby tylko jej zaszkodzić, albo nawet doprowadzić do chęci zemsty czyli ostatecznie do śmierci. Sama i tak nie byłaby w stanie im pomóc. Co innego kiedy uciekała – nie mieli doświadczenia z takimi osobnikami i wykorzystała efekt zaskoczenia. Czyli ogólnie to miała ogromne, bardzo ogromne szczęście.

Od pięciu lat Aria podróżowała po kosmosie. Szybko zorientowała się, że bez pieniędzy daleko nie zajdzie. Chwytała się różnych zajęć, od kelnerowania w jakiś podrzędnych pubach po zbieranie różnych, czasami wydawałoby się niepotrzebnych, przedmiotów i sprzedawaniu ich. Wielokrotnie, ze względu na swój dość nietypowy wygląd i bycie ciągle małolatą, dostawała dość niemoralne propozycje od bogatych osób. Nie przyjmowała jednak ich. To była jedna z tych zasad, które sobie sama wprowadziła i nie zamierzała jej łamać. Nie ważne co by się stało. Poza tym prostytucja w niektórych regionach Galaktyki Andromedy była nielegalna.

Spojrzała na swoją dłoń. Uśmiechnęła się nieznacznie. Chip niedaleko nadgarstka pozwalał jej na swobodne płacenie w obszarze całej Drogi Mlecznej, a poza tym miał zapisane wszystkie dane o niej, więc kontrole celne były o wiele łatwiejsze. Zanim zdecydował się na niego miała pewne obawy. Teoretycznie była uciekinierką, ale najwidoczniej tutaj nikt nie zawracał sobie głowy statusem prawnym osoby przybywającej z innej galaktyki. Troszkę skłamała podczas rejestracji, a to miejsce pochodzenia troszkę inne, a to znów rasa, czy imiona rodziców. Nie mogła po prostu powiedzieć prawdy.

Poczuła charakterystyczne lekkie szarpnięcie.

- Jesteśmy na miejscu. – pomyślała, nierozpinająca jeszcze pasów.

Małe dziecko obok kobiety(założyła, że to jest jego matka) z nieznanej Arii rasy, wyglądającej bardzo zbliżenie do ludzi ale z dwiema parami oczu, jak u muchy, zaczęło głośno wrzeszczeć. Nie mogła tego znieść. Miała gdzieś względy, jak to ładnie nazywano, bezpieczeństwa podczas lądowania. Rozpięła pasy, szybko wstając. Współpasażerowi patrzyli na nią dziwnie, ale żaden nie próbował powiedzieć choćby słówka, po tym jak rzuciła wszystkim mordercze spojrzenie. Założyła porządnie plecak.

- Proszę usiąść. – koło drzwi wyjściowych zatrzymała ją kobieta – owad z obsługi.

Aria spięła się w sobie. Poczuła strach. Wszelkie owady, muchy, mrówki czy inne robactwo wywoływało u niej napad paniki. Starała się nad tym panować, ale równie dobrze można by próbować przenieść górę albo nabierać wodę do wiadra sitkiem. Po prostu było to niemożliwie. Stojące na półce przedmioty zaczęły drgać. Dziewczyna spojrzała na nią, a później na kobietę – owada.

- Procedura dokowania jeszcze się nie zakończyła. Proszę poczekać jeszcze moment. Proszę… - nie zdążyła dokończyć.
Aria dostała napadu paniki i odrzuciła kobietę na drzwi wejściowe, połączone ze śluzą. Nie panowała nad sobą, patrząc na zaatakowaną z nienawiścią i lękiem w oczach, póki ta, wraz z drzwiami nie wleciała do śluzy.

Procedura nie została jeszcze dokończona, poziom tlenu w kabinie zaczął spadać. Aria jakby we śnie szła przed siebie, nie słysząc krzyków współpasażerów, próbujących się uwolnić z pasów. Udało się jej przejść korytarzem i wejść na stacje. Upadła na posadzkę łapiąc oddech. Celnicy dziwnie na nią spojrzeli. Mocno nieufnie.

- Nic pani nie jest? Co się stało? – zapytali. Statek „oderwał się” od korytarza na stacje. Wstała powoli.

- Coś zrobiło dziurę. – skłamała. Nie mogła powiedzieć „No wiecie, miałam napad paniki i rozwaliłam drzwi.” – Mi udało się wyjść.

- Rozumiem. – Celnik zaczął coś mówić w swoim języku do konsoli przed sobą. Chyba wzywał posiłki, aby uratować jeszcze kogoś z promu. Kiedy skończył zwrócił się do Arii. – Mogę prosić o pani chip? Proszę tutaj. – wskazał na skaner. Aria przyłożyła dłoń. – Aria Heike Shaw z Hazy w Attyce Tau, Galaktyka Andromedy, tak? – skinęła głową. Przyjrzał się jej i zdjęciu wyświetlonemu na monitorze. – Ma pani coś do oclenia?

- Nie. Nic poza bagażem podręcznym z rzeczami osobistymi. – odpowiedziała.

- Dobrze, dobrze. – zamyślił się. – Możemy być może panią wzywać do wyjaśnienia tego incydentu co zaszedł moment temu, ale wątpię w to. Mamy tyle innych spraw na głowie, a sama stacja powinna już nie istnieć, więc zapewne zostanie ustalone, że to wina stacji. – uśmiechnął się. – Życzę miłego pobytu.

***

Szła powoli szukając miejsca na nocleg. Nie znała tu nikogo i na ślepo podążyła do Drogi Mlecznej, mając niejasne przesłanki, że Pradawni tutaj byli.

Rozglądała się dookoła patrząc na jaskrawe bilbordy. Ten hałas lekko ją irytował. Na rodzinnej stacji go nie było, a przynajmniej nie w takim natężeniu. Spojrzała na mały bazarek z jakimiś przekąskami, zastanawiając się czy oferowane przysmaki jej nie zaszkodzą. Wszystko jest jadalne, nawet trucizny. Tylko, że niektóre rzeczy będzie nam dane zjeść raz w życiu i pamiętać je do samego końca, który nastąpi dość szybko. Nawet nie zdążymy zapomnieć smaku.
Nagle wpadła na kogoś odbijając się od niego. Klapnęła mocno na tyłek, cicho przy tym sycząc z bólu.

- Patrz jak chodzić. – warknął mężczyzna, patrząc na Arię jak na małego kundelka, który pałętał się akurat koło nóg.

- Nie zauważyłam. – powiedziała, powoli wstając i dodała, aby się nie czepiał przypadkiem, że nie daj boże zniszczyła mienie czy coś: - Przepraszam.

Przyjrzała się uważnie mężczyźnie przed sobą. Szczupły, wyglądający na trochę starszego od niej i mający, co bardzo ucieszyło Arię, białe włosy. To mogło oznaczać, że albo jest Pradawnym albo ma przodka wśród nich. Nie zauważyła w swoim zamyśleniu, że on też jej się przyglądał, ściągając przy tym okulary przeciwsłoneczne. I w tym momencie wiedziała, że jednak się pomyliła. Westchnęła smutno.
Mężczyzna mruknął coś pod nosem, ale nie zrozumiała go. Najwidoczniej mówił w nieznanym Arii języku.

- Wybacz, ale nie rozumiem co powiedziałeś. Jeśli chcesz przeprosin, to już to zrobiłam. – powiedziała chłodno. Sama starała się używać wspólnego języka i nie stosować rodzimej mowy. - Jeśli nic ode mnie nie potrzebujesz pójdę już. Miłego dnia. – odwróciła się idąc alejką, z której dopiero co przyszła.

***

Po kilku dniach przebywania na stacji Aria jako tako odnajdywała się na niej. Tak jak mówił celnik – nie wzywano jej, za co była wdzięczna losowi. Wyciągnęła się na łóżku myśląc o wszystkim i o niczym. Dopiero głośne burczenie brzucha zmusiło ją do wstania i udania się na poszukiwanie czegoś do zjedzenia.

Poszła na pobliski targ. Nie chciała jeść w barze, poza tym mogła tam trafić na jakieś owady, więc tym samym zmuszona była sama sobie szykować posiłki. Już z oddali słychać było gwar. Sprzedawcy zachwalali swoje produkty, wymachując nimi niekiedy. Inni siedzieli spokojnie, od czasu do czasu wykrzykując, że u nich najtaniej. Podeszła do straganu z warzywami. Miała ochotę na zupkę jarzynową, albo jakiś gulasz. Oglądała je, wąchała. Na stacji nie mieli czegoś takiego. Tylu różnych warzyw i owoców. Już zwykła przeciętna pomarańcza uchodziła za dobro luksusowe. Dużą ilość produktów widziała po raz pierwszy w życiu.

- Co to jest? – zapytała biorąc długie ciemnofioletowe warzywo.

- Bakłażan. – odpowiedział sprzedawca. – Nigdy ich nie widziałaś? – pokręciła głową. – Są bardzo smaczne i można je przyrządzić na milion sposobów. Sałatki, pieczone, grillowane, pasty, nadziewane. – uśmiechnął się. - A najlepsze okazy znajdziesz u mnie. Nigdzie nie ma lepszych. W całej Drodze Mlecznej wszyscy wiedzą, że jak chce się bakłażany najwyższej jakości to tylko u Abda al-Wali Ammara. [nie wiem czy dobrze odmieniłam imię i nazwisko; proszę o poprawienie mnie jak coś]

- Nigdy nie widziałam takiego warzywa. – przyjrzała się jeszcze raz bakłażanowi, myśląc co z nim zrobić i jak. - Zaufam panu. Proszę mi dać dwie sztuki. Spróbuję coś z nich zrobić. – podał jej zapakowane bakłażany. – Ile płacę? – zapytała myśląc, czy zbytnio nie uszczupli swoich zaskórniaków. A pracy póki co nie miała.

- Tysiąc Oort. – odpowiedział. Aria już wyciągała swoją dłoń, żeby zeskanować chip w celu zapłaty. Sprzedawca lekko się skrzywił, ale podał terminal i zeskanował dłoń dziewczyny. – Miłego dnia. – mruknął, wracając do przerwanej lektury i popijając coś ze szklanki stojącej na stoliczku obok.

Poszła spokojnie uliczką do hotelu, kiedy nagle usłyszała dość głośne pokrzykiwanie i zamieszanie. Kilkanaście osób biegło, wykrzykując jakieś niezrozumiałe komendy. Przypatrywał się im, póki nie zniknęli w pobliskim barze. Nazywał się „Spadająca Gwiazda”.

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 73
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Xanttis » 08 maja 2018, 21:40

Planeta Gemmen, układ Lilloc. Trzy lata świetlne od granicy ziemskich posiadłości.
- Panowie, chyba mamy problem – odparł jeden z suockich naukowców w białym kitlu odchylając się od mikroskopu z zatroskaną miną. Jego wielkie oczy nie były jednak efektem strachu, a bardziej fizycznym zjawiskiem wywołanym przez grube szkła okularów osadzonych na jego małym nosie. Pozostali naukowcy obecni w dużym laboratorium oderwali się od swoich stanowisk pracy i w napięciu czekali na ciąg dalszy.
- W czym problem doktorze Ghleen? – nie wytrzymał ktoś przerywając w końcu ciszę. Doktor tkwił w nienazwanej pozie szukając słów. Podrapał się po kapeluszowatej formie tkwiącej na jego suockiej głowie.
- Wygląda na to, że znalazłem właśnie potwierdzenie naszych najsmutniejszych prognoz.
Obecni w pomieszczeniu pod szklanym dachem naukowcy, wysyłali sobie szybkie spojrzenia wzajemnie proszące o zdementowanie wypowiedzianych słów. Od kilku miesięcy na Gemmen trwało wielkie poruszenie oraz gorączkowe badania próbek z układu Jolsteen. Na ciałach niebieskich tegoż układu znaleziono przesłanki pozwalające sądzić, że coś z regularnością pulsara nawiedza ich część galaktyki.
I to coś nie przychodziło z kawą, ani herbatą w odwiedziny.
Wysuwano różne hipotezy na temat pochodzenia tych dziwnych śladów, które znajdywano już lokalnie w kilku sąsiednich układach, jednak dopiero w Jolsteen były one tak dobrze zachowane. Różne także były próby ich interpretacji. Teoria o tzw. „kosmicznej szarańczy” była bezlitośnie wyśmiewana. Z czasem jednak, kiedy kolejne poszlaki eliminowały inne teorie, a na tą jedną nie znajdowano żadnego zaprzeczenia, śmiech przerodził się w krzepiące niepewność remedium. Coraz więcej wskazywało na to, że katastrofy jakie spotykały planety, ich księżyce, a nawet asteroidy, że to coś zbierało swoje żniwo z rozmysłem, nie przypadkowo. Dla zwolenników tej teorii fakt, że mogły to byś istoty żywe, a nawet myślące, potwierdzało choćby to, że gwiazdy zdawały się pozostawać poza dietą tej hipotetycznej szarańczy.
- Co w takim razie możemy zrobić?
- Potrzebujemy jednej rzeczy, o której wspominał już ostatnio nasz drogi profesor Caterloon, podczas konferencji w Monderyan. Paradoksalnie to właśnie to może nam pomóc uzyskać odpowiedzi na nasze pytania, a kto wie, może i nawet będzie w stanie temu zapobiec.
- Ale przecież… jeśli to w ogóle istnieje – z całym szacunkiem i podziwem oczywiście dla nieodżałowanego profesora i jego geniuszu – to może być dla nas nieosiągalnie daleko stąd. I jeśli w ogóle ta teoria jest prawdziwa. Zbyt wiele niewiadomych. Czy możemy sobie pozwolić na takie ryzyko i tracić tyle czasu?
- Ależ doktorze Flangherick, nic nie stoi na przeszkodzie, by wysłać kogoś z misją przechwycenia tego przedmiotu, a w tak zwanym międzyczasie my tutaj kontynuowalibyśmy swoje badania. Coraz trudniej jest odrzucić tą teorię. Obawiam się, że nie mamy wyjścia, czas nie jest naszym sprzymierzeńcem i musimy podjąć się tej misji, tak czy inaczej. Nie oznacza to jednak, że mamy tutaj tkwić z założonymi rękami w oczekiwaniu na to, aż ktoś nam dostarczy tą rzecz – zaakcentował ostanie słowo.
- Rozumiem. Jedna kwestia jednak mnie bardzo trapi, panie doktorze.
- Słuchamy?
Przytknął wskazujący palec do organicznego kapelusza, jakby chciał uruchomić wszystkie synapsy w swoim ciele do wypowiedzenia tego jednego fundamentalnego pytania w najodpowiedniejszy sposób podświadomie czując, że jest to historycznie ważne pytanie, o którym będą uczyć kiedyś na lekcjach historii. Jeśli oczywiście będzie komu to przekazać.
- Kto podejmie się tej straceńczej misji? – zadał pytanie siejąc głuche milczenie pośród swoich towarzyszy.
- Może powinniśmy poprosić o to jednego z Bliktów? Te owady wzorowo radzą sobie w przestrzeni kosmicznej, zarówno w trasie, jak i stacjonarnie.
Na sali nadal trwała jednak konsternacja. Choć pomysł miał wiele sensu, to jednak w głowie każdego z naukowców tkwiła już gotowa odmowna odpowiedź, której nie trzeba było wypowiadać.
Jeden z młodszych adiunktów uniósł tryumfalnie palec i zwrócił się w stronę publiki z uśmiechem oświecenia na twarzy.
- Ja chyba wiem, kto może nam to dostarczyć.

Okolice stacji 00786, przeciwległa strona galaktyki. Około cztery ziemskie lata później.
- Znajdziesz mnie po drugiej stronie słońca
Gdzie wszystko inne traci sens,
Lecz ty pamiętaj, mała, o mnie
Bo ja czekać tam będę.
Hm-hm-hm
– nucił dalej przycinając starannie swoją siwiejącą brodę.
- Rozpoczynam hamowanie – odparł komputerowy głos w holu.
- Super – rzucił niewzruszenie Suoca nie odrywając się od swojej czynności.
- Cały personel proszony jest o zajęcie miejsc i zapięcie…
- Spokojnie, już kończę – burczał do siebie.
Komputer pokładowy oznajmiał kolejne etapy podchodzenia do lądowania podczas, gdy Suoca nie przerywał swojego zajęcia. Przecierał ręcznikiem swój przystrzyżony zarost i spokojnie przyglądał się sobie w lustrze, po czym skierował się w stronę holu i dalej do kokpitu, zapinając po drodze koszulę. Podchodząc do siedzenia pilota, podniósł jeszcze swoją czarną pelerynę i zwinnym, zamaszystym ruchem włożył ją na siebie. Usiadł i zapiął się pasami. Spojrzał na zegarek i pokiwał głową do siebie.
- Nawet przed czasem. Ani trochę się nie starzejesz, Logaire.
Autopilot połączył się z jednym z automatycznych pokładów i statek osadził się na płycie lądowiska. Suoca wyszedł z walizką ze statku kierując się wąskim mostem w stronę bramy. Standardowa procedura trwała kilka chwil.
- Wszystko gra, panie Eneko Puneet Logaire – mówił celnik nie odrywając oczu od kosmicznego identyfikatora – witam na 00786.
Eneko nachylił się nieznacznie i wskazującym palcem prawej dłoni stuknął w swój biologiczny kapelusz, gestem podziękowania i ruszył dalej w głąb stacji, do hotelu Girona, który znajdował się w najlepiej strzeżonym sektorze stacji. Hotel swoje złote czasy miał już dawno za sobą, ale odwlekająca się katastrofa i przednie widoki wielkiej gwiazdy z hotelowych okien nadal przyciągały rozmaitych gości, zapewniając rentowność hotelowi. Nie przybył tutaj jednak, by wylegiwać się w świetle lokalnej gwiazdy. Przynajmniej nie tylko, biologii jednak oszukać się nie da, co uświadomił sobie po wejściu do swojego lokum i zażyciu pierwszych od dawna naturalnych promieni słonecznych. Te sztuczne lampy nasłoneczniające w statkach były nędzną imitacją natury.
- No dobra, chyba jednak pięć minut małą wskazówką dobrze mi zrobi… albo trochę dłużej…

***
Wyczuwał, że na stacji działo się w ostatnim czasie więcej, niż dzieło się normalnie. Różni kosmici z poruszeniem opowiadali sobie jakieś rzeczy o ginących kolonistach, monitory mówiły o jeszcze dziwniejszych błądzących statkach. Na tapecie znalazł się świeży nius – opuszczona jednostka w niedalekim układzie, która zmierzała w stronę najbliższej czarnej dziury. Zdecydowanie wkradały się na stację jakieś niedobre prądy.
Szukał jednego ze stacyjnych targowisk. Okoliczne spojrzenia przywiały mu jednak myśl, że zbyt bardzo skupia na sobie uwagę. Sądził, że w obecnych czasach w kosmosie niewiele powinno już dziwić jego mieszkańców nawet, jeśli ktoś przybył z tak daleka i nie jest przedstawicielem rasy, która pojawia się w okolicach zbyt często. Fakty jednak były inne, więc musiał coś wykombinować.
Przy jednym z traktów, dostrzegł siedzącego po turecku młodego chłopaka rasy ludzkiej grającego w skupieniu na harmonijce. Nie wyglądał na tutejszego. Miał wzrok osoby, która ma dużo zmartwień i jest zagubiona. Dzięki podwiniętym rękawom dostrzegł, że najprawdopodobniej nie ma on nawet chipa bankowego, choć nieco wyżej miał jakieś inne, nieznane mu urządzenie. Możliwe, że pochodził z jednej z ludzkich kolonii. Był dobrym celem dla przykucia uwagi.
- Hej, chłopcze – chłopak uśmiechnął się dziwnie, zanim podniósł wzrok ku niemu.
- Tak? – zdębiał na widok Suocina.
- Ktoś powiedział mi, że szukasz pracy.
Kiwał głową, chowając harmonijkę.
- Ale nie mam...
- Wiem – wtrącił Eneko – Wiesz, gdzie jest Plac Czerwonego Karła? Potrzebuję, żeby ktoś się tam pokręcił i zrobił zamieszanie, kiedy będę załatwiał swoje sprawy.
- Tak, wiem gdzie to jest! – odparł entuzjastycznie.
- Świetnie – uśmiechnął się z satysfakcją – Odpalę ci parę astro jak już załatwię co potrzebuję. Prowadź.
Wyglądali co najmniej zabawnie. Był wyższy od ziemskiego chłopaczka o ponad głowę. Jego organiczny kapelusz był na tyle duży, że spokojnie chłopak mógłby znaleźć pod nim cień lub schronić się przed deszczem.
Dotarli na rzeczony plac będący wielkim targowiskiem. Eneko był gotów się założyć, że gwar słychać w przestrzeni kosmicznej wokół stacji. Jeden jegomość od razu przykuwał uwagę. Żywo gestykulował i melodyjnie coś opowiadał. Albo śpiewał. Suoca od razu poznał ten charakterystyczny sposób wypowiedzi oraz ubioru, i rozpoznał w tym przygrubawym niziołku Araba. Zdawał się sprzedawać ichnie warzywa. Przeszli nieopodal i jakimś cudem bakłażanowy handlarz ich nie zaczepił.
Logaire szedł tuż za młodzieńcem trzymając wynurzającą się spod peleryny prawą rękę na jego ramieniu. Świdrował wzrokiem otoczenie szukając punktu, do którego mógłby uderzyć i wydobyć trochę informacji. Ostatecznie nawet ten Arab mógłby mu coś powiedzieć, ale obawiał się, że ten przybysz nie zna słowa dyskrecja.
- Ok – przystanął – Jak ci na imię, chłopcze?
- Emrys – odwrócił się w jego stronę.
- Super. Więc słuchaj, Emrys. Zacznij grać na harmonijce i przechadzaj się trzymając się kilka kroków obok mnie. Graj cały czas. Przerwij tylko w razie kłopotów. Jasne?
- Tak – zawahał się lekko.
- To zaczynamy.
Eneko będąc w połowie drogi do upatrzonego straganu z wyposażeniem usłyszał dźwięki wydobywające się z harmonijki. Złapał kontakt wzrokowy z obcym, którego włosie opuściło czubek głowy i przeszło na twarz tworząc szczecinę, przypominającą zaniedbany żywopłot. Wyprostował się, gdy ten podszedł do niego. Eneko od początku wyczuwał w nim niepewność i strach. To był dobry cel.
- Co tutaj masz ciekawego – chwycił po najbliżej leżący karabin i zaczął mu się przyglądać.
- To zależy od oczekiwań klienta.
- Moje oczekiwania są duże – przeniósł wzrok z karabinu na handlarza. Ten rozejrzał się maskując zakłopotanie. Pochylił się w jego stronę.
- Jak duże?
- Mimika twojej twarzy oraz powiększone źrenice demaskują twoją niepewność. Jesteś małą płotką, a ja z takimi jak ty nie rozmawiam, więc zapytam grzecznie – powoli odłożył karabin na miejsce patrząc mu w oczy – gdzie znajdę twojego opiekuna?
- Dlaczego miałbym tobie powiedzieć, obcy? Kim ty w ogóle jesteś?
- Gdzie. Znajdę. Kendara. – nie podnosił nadal głosu. Kosmita złagodniał. Opuścił wzrok i skrzywił minę. Kendar Bellen był obecnie władcą przestępczego półświatka na tej degenerującej się stacji. Byle przybysz nie miał prawa poznać jego personaliów.
- Idź do BaBy. Sektor piąty.
- Dziękuję – odchodząc podrzucił palcami monetę, która była równowartością pięciu astro.
Muzyka ucichła, a chłopak zniknął mu z pola widzenia. Starał się jednak, by nikt nie spostrzegł, że on zwrócił na to uwagę. Rozglądał się ukradkiem chodząc po placu.
- Te, kapelutnik! Jego szukasz? – grubym, szorstkim głosem odparł ktoś kilka metrów od niego.
Dwie trzymetrowe postaci z głowami koni o ciemnoróżowym futrze i jaskrawo różowych włosach, obwieszone karabinami, maczetami i granatami, trzymali bez wysiłku przestraszonego Emrysa. Cisnęli go w jego stronę i obaj padli na ziemię. Eneko złożył swój kapelusz, by się nie uszkodził przy upadku.
- Szukasz BaBy? To ją znalazłeś – wyciągnął rękę w jego stronę.
Eneko wyciągnął spod peleryny maczetę i pchnął w serce napastnika dla pewności poprawiając raz jeszcze. Odbezpieczył parę jego granatów i z całych sił pchnął wielkoluda nogą w stronę drugiego, zabierając mu przy okazji zgrabnym ruchem karabin i bandolier, które przewiesił przez swoje ramię.
- Ty skurw... – nie dokończył tamten, gdyż granat uruchomił pozostałe i przez Plac rozszedł się głośny huk. Wybuch był tak mocny, że aż pchnął ich do przodu, a Emrys o mało co się nie przewrócił. Suoca szybko wyrachował, że nie tylko granaty musieli mieć pod pazuchami. Obaj biegli już w stronę gęstniejących zabudowań wparowując do dużego baru, który był po drodze.
- Zaplecze?! – cała sala gapiła się na niego ze spluwami w łapach.
Owadzia barmanka prędko wskazała na drzwi po drugiej stronie baru. Bez chwili namysłu wparowali przez nie szukając kolejnych. Wąski korytarz ciągnął się w lewo. Na końcu był zakręt w prawo i wyjście. Wybiegli z impetem skręcając w osiedle prowizorycznych zabudowań. Nie zatrzymywali się jednak i biegli dalej.
- Biegniemy tam! – Logaire wskazał na jakiś przypadkowy blaszak.
Wpadli do środka. Dwunogi i czteroręczny lokator podszedł do niego i zaczął coś krzyczeć. Eneko bez mrugnięcia okiem przekręcił mu kark i upuścił na podłogę. Zasłonił firanki i coś, co spełniało funkcję żaluzji i ukradkiem wyglądał na sytuację na zewnątrz.
- Chyba się udało. Masz szczęście, młody – spojrzał na dyszącego młodzieńca, z którego oczu biło niedowierzanie i przerażenie – Wygląda na to, że chwilowo jesteśmy na siebie skazani.
- Kim pan jest?
- Mów mi Logaire. Ucz się szybko, bo to był dopiero wstępniak do tego, co nas tutaj czeka.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Awatar użytkownika
Prophet
Straż! Straż!
Posty: 151
Rejestracja: 28 czerwca 2013, 18:30
Lokalizacja: Wrocław

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Prophet » 23 maja 2018, 20:37

- Niechby to jasny… - westchnął, rezygnując ostatecznie z próby znalezienia odpowiedniej pozycji na łóżku. Skoro nie udało się to w ciągu ostatnich czterech godzin, równie dobrze mógł nie kłaść się wcale.
Trzy tygodnie. Tyle czasu już spędził na tym zadupiu pośrodku niczego i jakoś nie zapowiadało się na zmiany. Zwłaszcza po tym jak rozwalił system rejestracji przylotów samym przyłożeniem czipu do czytnika. Mogło to mieć też związek z tym, że wszczep był jak najbardziej bez homologacji i wykonany na jednej z galaktycznych pipidówek mniejszych, jednej z tych, które stanowią bazę przerzutową dla przemytu, ale kto by tam zawracał sobie głowę szczegółami. Wprawdzie po godzinie uruchomili system na nowo, ale informacja poszła w obieg i nikt o zdrowych zmysłach nie chciał z nim współpracować. Na szczęście na stacji mieszkało więcej tych drugich.
Odsunął zasłony w oknach i spojrzał na jeszcze całkiem żywą stację. Cóż. W końcu nic dziwnego, skoro było putain południe! Sam fakt, że o tej porze był całkiem rześki był dla Siergieya dziwny, a że ten stan powtarzał się już od kilkunastu dni, zaczynał też trochę niepokoić. W końcu westchnął i stwierdził, że lepiej już zaryzykować i przejść się niż walczyć z samym sobą.
No i był trochę głodny, więc warto chyba zejść do zaprzyjaźnionej lekarki po trochę paczkowanej krwi. W porządku, poinformowanie tej maleńkiej kobiety, że albo będzie mu załatwiać ludzką krew albo sobie weźmie jej własną bez znieczulenia nie powinno być nazwane przyjaźnią. Raczej transakcją biznesową. Tatuś byłby dumny.

***

Spacerując po uliczkach 00786 dość szybko przypomniał sobie, dlaczego nie lubił stacji za dnia. Wszędzie pełno było niekoniecznie ludzkich istot, podrzędnych kreatur z krańców galaktyki, okropny tłok, hałas i smród. Tak właśnie musiało wyglądać piekło, gdyby tylko Sang wierzył w jego istnienie.
Nic dziwnego, że był nieco podminowany kiedy jakaś smarkula postanowiła się od niego odbić. Serio, przecież nie był niewidzialny, wręcz przeciwnie, większość mieszkających tu dłużej niż dwa tygodnie znała jego imię. Może dlatego, że przez ten czas nie spotkał tu drugiej białowłosej istoty i zaczynał być przez to rozpoznawalny. A to zawsze oznaczało kłopoty. No, przynajmniej smark przeprosił, więc łaskawie Siergiey łaskawie postanowił nie rozwalać jej łba o najbliższą ścianę, jak miał pierwotnie w zamiarze. W dodatku pachniała całkiem smacznie. Warto zapamiętać tę buźkę.
- Un chiot humain, pas étonnant que ce soit stupide - podsumował jej zachowanie. Czemu ludzie wychowują swoje dzieciaki na takie sieroty, tego nigdy nie zrozumie. Albo po prostu ten egzemplarz był wybrakowany. Na pewno nie było to coś, czym powinien się zajmować ktoś o jego statusie, nawet jeśli ten status mógł sobie w chwili obecnej o kant zadnitsy rozbić.

*około tygodnia później*

A jednak los się do niego w końcu uśmiechnął. Czy może raczej - nie było wolnego mechanika, a załodze się spieszyło, więc zatrudnili pierwszego wolnego speca on napędów. I to wcale nie dlatego, że Sang jeśli nie złapał fuchy, to szwendał się po dokach tak długo aż jakąś dorwał, ani trochę. Po prostu… przechodził i usłyszał, że szukają załoganta, więc zaoferował swoje skromne usługi, ot co. Oczywiście nie byłby synem swego ojca, gdyby nie udało mu się wytargować podwózki na najbliższą bardziej cywilizowaną planetę. A skoro to już ustalili, zabrał się do roboty.
Po krótkich oględzinach Siergiey stwierdził, że usterka była prozaiczna - poluzowały się styki na trzecim węźle centralnego sterownika napędu nadświetlnego tuż koło czujnika przegrzania i dlatego komputer świrował. Tylko żeby się do tego miejsca dostać trzeba było rozebrać całkiem sporą część poszycia, a to zajmuje kilka godzin. Tym bardziej cieszył się, kiedy już montował na powrót przedostatni panel.
I w tym momencie ktoś szturchnął drabinę.
- Blyat... - warknął, obserwując jak śrubokręt malowniczo opadał w głąb… wróć, po prostu spadł prosto na świeżo naprawione styki, po drodze potrącając kilkanaście innych elementów. No i {i]foutre[/i], trzeba rozebrać poszycie od nowa wyjąć narzędzie i sprawdzić wszystko po kolei, bo jeszcze odpalą napęd i wszystko wyleci w powietrze...
A propo ostatniego, chyba coś wybuchło w okolicach targowiska, ale w dokach był tak duży hałas, że Sang widząc brak reakcji w otoczeniu uznał, iż zamieszki znajdują się na tyle daleko, by nie musiał zawracać sobie głowy kolejnym idiotą zadzierającym ze służbami.
No nic. Drugi śrubokręt i rozkręcamy…

*ten sam dzień, wieczór*

Nareszcie koniec. Kto by pomyślał, że jedna pierdoła może narobić tyle szkód…
Patrząc na szalejący w dokach pożar Sang stwierdził, że może jednak powinien był poczekać aż ktoś z załogi wróci z baru i uruchomi sekwencje testowe, ale bądźmy szczerzy, nigdy nie był zbyt dobry w czekaniu na innych. W końcu nie mógł przewidzieć, że komputer pokładowy nie zna francuskiego i przez komendę “expérimentation” zrozumie “extermination”. Tymczasem pożar zaczął zajmować trzecie stanowisko i znajdujący się tam wahadłowiec. Trochę szkoda, to jeden z nowszych i droższych modeli, miał nawet uchwyty na kubki przy fotelach pilotów.
Cóż. Na razie nikt się nim ze stacji raczej nie ruszy… Za to on sam powinien ruszyć tyłek zanim ktoś go z tym powiąże. Zwłaszcza, że robiło się nieco tłoczno odkąd przyjechały służby gaśnicze.
Wracając do dzielnicy mieszkalnej Sang zahaczył o plac, z którego wcześniej usłyszał odgłosy eksplozji. W powietrzu wciąż unosił się zapach krwi i trochę różowych kłaków. Czyli ktoś postanowił zadrzeć z ludźmi BaBy. Oby ten ktoś był religijny, bo raczej głupio trafić do któregoś piekła, bo zabił cię wielki kucyponek. Swoją drogą, musiał to być ktoś całkiem nowy na 00876, skoro się odważył. A to znaczyło, że warto zajrzeć do “Spadającej Gwiazdy” i posłuchać nieco plotek. W końcu gdzie jak nie tam znajdowało się centrum życiowe największych plotkarzy, nie wliczając oczywiście placu targowego...
Obrazek

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze...
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...

KLIK

Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 24 maja 2018, 11:57

GRILLBAR "SPADAJĄCA GWIAZDA", TUŻ PO WYBUCHU

Moa była przyzwyczajona do wybuchów, mafii i nieuczciwych klientów, ale wolała, gdy rzeczy działy się w odstępach czasowych pozwalających jej na opanowanie sytuacji, a nie tak wszystko na raz.
Zaledwie Suoca i człowiek zniknęli za drzwiami, frontowym wejściem wpadły do środka cztery Doblety. Różowe, puchate kucyki trzymały w łapach dezintegratory Benchester 0.21 zdolne nawet Korolizyjczyka obrócić w kupkę pyłu. W większości układów ta broń była zakazana, ale oczywiście nie na 00786, przez którą przechodziły wielkie dostawy do wszystkich sąsiednich galaktyk. Zakazać na tej stacji dezintegratora to jak zakazać sprzedawania lodów w lodziarniach. Oczywiście oficjalnie 00786 znajdowała się na terenach jurysdykcji Sojuszu, gdzie takie przepisy istniały, lecz wedle aktów założycielskich stacja była jedynie stacją przeładunkową, na której podróżni mogli zaopatrzyć się w wodę, pożywienie i paliwo. I nic więcej. A zatem po co zakazywać czegoś, czego nie było?
- Gdzie Suoca?! - wrzasnęły Doblety chóralnie.
W tej samej chwili Polak-Straceniec chwycił swojego pasożyta pod łapkami i wybiegł drzwiami na zaplecze - tak jak wcześniej Suoca i Ziemianin. Doblety nie myśląc wiele - a najprawdopodobniej nie myśląc wcale - nacisnęły spusty, dezintegrując drzwi i wielki kawał ściany. Moa jedynie dzięki błyskawicznemu refleksowi uniknęła zniknięcia. W powietrzu uniosła się chmura pyłu, przez którą większość kosmitów w barze zaczęła kasłać i smużka dymu, która aktywowała naprawiony przez Moę alarm przeciwpożarowy. Cyngle BaBy nie przejęły się dokonanymi zniszczeniami i również wybiegli przez już nie drzwi, a ogromny otwór w ścianie.
- Stać! - krzyknął za nimi głośnik Moi, ale głos Lady 15, który świetnie sprawdzał się barmance, nie brzmiał nazbyt przekonująco, bo nawet się nie obejrzeli. - Flor! Pilnuj baru i zadzwoń do Szefu! - rozkazała jeszcze, zanim sama przeleciała przez dziurę.
Niestety gdy wyszła na wąski korytarz za barem, tam już było pusto. Oceniła rozkład okolicznych uliczek i uznała, że ma jeszcze szansę odciąć uciekinierowi drogę - oczywiście chodziło jej o Polaka, a nie sługusów BaBy - jeśli wróci się na Plac Czerwonego Karła, później minie stragan z bakłażanami, wskoczy na dach naleśnikarni i zeskoczy obok "Czerwonej Rozpusty". To był jakiś plan. Wymyśliła go w ciągu sekundy. Zawróciła się do wnętrza baru.
- Dlaczego jeszcze nie dzwonisz do Szefu?! - skarciła Flora, który nie zdążył w tym czasie nawet dojść do komu.
- Wooooouuunnnaaaauooo! - odparł, a ona bzyknęła rozłoszczona.
Ta! Pewnie! Bo mu potrzebne dodatkowe dwa odnóża do wykręcenia numeru! To żadna wymówka!
- I pamiętajcie, żeby zawiadomić ubezpieczyciela - przypomniała, a on posłał jej zaskoczone spojrzenie pt "to ta buda jest ubezpieczona?" - Numer jest w zielonej teczce. W biurku w biurze. Wszystko posegregowałyśmy kolorystycznie, więc na pewno znajdziecie.
Nie czekała już na odpowiedź, bo gdyby zwlekała chwilę dłużej to na pewno rozminęłaby się z Straceńcem, a wtedy nigdy nie odzyskałaby tych kilkanastu marnych astro. Może to nie było wiele, ale nie zamierzała prowadzić wolonatriatu na rzecz wszystkich biednych rozbitków lądujących na 00786, bo nigdy nie udałoby się jej zebrać funduszy wystarczających na powrotną drogę do domu.
Dotarła do Placu, potem do straganu, gdzie warzywa sprzedawał zabawny człowiek cały owinięty w białe prześcieradła, a potem...
Znowu coś do jasnej cholery wybuchło.
Moa stanęła twarzą w twarz z białowłosą dziewczyną. Od nieznajomej biły fale panicznego strachu, które nawet pomimo braku zdolności telepatycznych były łatwe do wyczucia. Nastolatka otworzyła usta, a potem zaczęła krzyczeć i śmiesznie machać rękoma.
- Nie podchodź! Nie poooooodchodź! - piszczała dziewczyna, a Moa kołysała się w powietrzu, próbując ją ominąć. Nie było to takie proste, bo nieznajoma strzelała z dłoni na oślep falami wstrząsowymi. Machnęła prawą dłonią i łup! po straganie z bakłażanami pozostało tylko wspomnienie. Machnęła lewą dłonią i bach! w powietrzu zaczęły latać parówki z budki z hot-dogami. Prawa, jeb! Bele wenelazyjskich aksamitów rozwinęły się niczym wojenne sztandary. Lewa, bum! Kociołek z zupą zrobił fikołka, oblewając wrzątkiem przechodniów.
Ozjanka szybko oceniła, że przy tej skali zniszczeń to tylko kwestia czasu, aż przerażona dziewczyna w końcu trafi w "Spadającą Gwiazdę", powiększając zakres strat, który tego dnia przekroczył wszelkie dopuszczalne limity. Stukrotnie. Nie daj Nadkrólowo, trafi w wyremontowany niedawno neon i Moę szlag by trafił. Spędziła mnóstwo czasu, bawiąc się kabelkami, aby wszystkie literki były podświetlone...
Nie mogła ryzykować i sama krzykneła, rozwijając trąbkę, a jej do krzyku nie powinno się doprowadzać.
Dziewczyna tworząca wstrząsy, widocznie była znacznie bardziej uczulona na wibracje głosu Milczącej Obecności, bo niemal od razu padła nieprzytomna. Kosmici dookoła chwytali się za uszy, jęczeli z bólu, padali na kolana. Owadoidka zwinęła trąbkę i zanim ktokolwiek otrząsnąłby się z szoku, wskoczyła na dach naleśnikarni.
I tak już była tragicznie spóźniona.
Trzepotała skrzydełkami tak szybko jak potrafiła i z każdą sekundą nabierała prędkości, bo błyskawicznie traciła na wadze. Lot szybko pożerał rezerwy energii. Odbiła się nogami od ostatniego dachu i zeskoczyła na ulicę 77 tuż przed "Czerwoną Rozpustą". Sektor 5.
Uciekinierzy w ogóle nie znali stacji, skoro wybrali tą drogę ucieczki.
Moa rozejrzała się i wydawało jej się, że się spóźniła, bo nie widziała ani Suoca, ani Ziemianina, ani Straceńca z pasożytem, czy nawet Dobletów. Już miała zrezygnowana wracać do baru, gdy Polak z futrzakiem wybiegli zza węgła.
- Mamy cię! - ucieszyła się, chwyciła go dwoma odnóżami w pół i skoczyła z powrotem na dach. Od razu zatkała mu usta trzecią ręką, a czwartą chwyciła pasożyta, który prawie spadł. Straceniec szarpał się, dopóki nie przypatatajały Doblety. Na widok uzbrojonych gangsterów stracił nieco wigoru. - Cicho! - rozkazała Moa najciszej jak umiała. - Nie damy ci nawiać bez płacenia rachunku!
Ziemianin wytrzeszczył oczy zdziwiony, ale przestał walczyć. Ozjanka puściła go, gdy grupa najemników zniknęła w kolejnej uliczce.
- Nie rób krzywdy Stelli - powiedział Polak, patrząc nie na Moę, a na swojego futrzastego pasożyta. Bardziej brzmiało to jak rozkaz, niż prośba.
Nadkrólowo, ześlij jej cierpliwość. Milcząca Obecność tęskniła za Ozem, gdzie takie zachowanie było nie do przyjęcia. Ograbić społeczność, w której się żyło? Przecież to jak okradanie samego siebie. A ten nie dość, że bezczelnie okradł "Spadającą" to nawet zwykłego "przepraszam" nie potrafił wydukać.
- Stella zostanie daniem dnia, jeśli nie wrócisz grzenie do baru i nie zapłacisz za wyrządzone szkody... - powiedziała, przytulając zwierzaka wszystkimi czterema odnóżami. Futrzakowi to raczej nie przeszkadzało. Zamknął czarne ślepka i całkiem zwiotczał. Chyba zasnął.
- Szkody?! Przecież ja nie wyrządziłem żadnych szkód! Jak chcesz kasę za tego zgiłego kotleta to już ci mogę oddać! - złościł się, wyciągając rękę z czipem bankowym.
- Wcale nie był zgniły! - oburzyła się owadoidka, bzykając skrzydełkami. Nie wiedziała, czy uda jej się dogadać z BaBą w sprawie szkód, ani czy ubezpieczyciel coś wypłaci. A tu miała tanią siłę roboczą i nie zamierzała tak łatwo jej wypuścić. Jakby nie było sztuki biznesu uczyła się od najlepszych najpierw na "Złotym Strzale", później w "Spadajacej" od Szefu. - A ty jeśli nie chcesz zobaczyć kotletów ze Stelli, a potem pozwiedzać wnętrz komendy to grzecznie wrócisz z nami!
Jak nic musiała mieć w genach pozostałości po klasie Wojowników. Do zwykłej Robotnicy to zachowanie całkiem nie pasowało.
Człowiek zapowietrzył się. Otworzył usta. Zamknął. Znowu otworzył, ale ze środka nie dobywały się żadne słowa.
- Kurwa - zakończył, wbił w Moę złe spojrzenie, a w kieszenie skafandra dłonie. - Wredny robal.
- Łysa małpa.
I tak już zostało. Nawet nie próbowali się sobie przedstawiać.
Milcząca Obecność ciągnęła Ziemianina za sobą, nerwowo zerkając przez ramię na migający, szkarłatny neon klubu, od którego się oddalali.
Naprawdę niewiele brakowało.

TYMCZASEM, W KLUBIE "CZERWONA ROZPUSTA"

Sektor 5 niemal w całości należał do BaBy i był obecnie dzielnicą czerwonych latarni. W samym środku jej królestwa stał klub, jej oczko w głowie i główna siedziba - "Czerwona Rozpusta". Rozciągał się na osiem pięter wzwyż, pięć stref wzdłuż. Każdy mógł znaleźć tu to czego szukał.
Klub dla dżentelmenów i aukcje najpiękniejszych niewolników? Oczywiście, prosimy kierować się na poziom -4 do loży dla specjalnych gości. Zapewniamy anonimość i dyskrecję.
Szybki numerek za półprzeźroczystą ścianką z androidem dla marynarza przed kolejnym rejsem do odległej galaktyki? Pewnie. Ostatnie piętro, płacisz w automacie, przechodzisz przez bramkę do boksu z odpowiednim numerem, gdzie czeka dostosowany do twoich potrzeb cyborg. Prosimy pamiętać, że za uszkodzenia może zostać doliczona dodatkowa opłata.
Tak, BaBa dla każdego miała coś miłego.
Na środkowych piętrach był główny klub. Od kopuły sufitu odbijała się dudniąca muzyka. Tancerki i tancerze wili się ekstatycznie na lewitujących platformach. Migały stroboskopowe światła.
Ponad tym wszystkim znajdowało się biuro właścicielki. Jedno, panoramiczne okno wychodziło na słońce, a drugie na salę.
BaBa jak zwykle siedziała w swojej luksusowej donicy i popijała przez słomkę różową odżywkę z najlepszych kompostów. Wszystkie czerwone płatki miała zaczesane do tyłu, eksponując otwarty dziób. Była głucha i ślepa, ale doskonale wszystko widziała i słyszała za pomocą kamerki i słuchawki z translatora. Oczywiście najnowszego modelu. Gałązki i pień miała wybielone wapnem, na pnączach zawiesiła sobie dla ozdoby bąbki i łańcuchy.
Z pochodzenia była Veganką z galaktyki Lutni. Z planety, gdzie to rośliny stały się inteligentnymi bytami i wszystkie były dwupłciowe. No, prawie wszystkie. Niewielki odsetek niedorobów był jednopłciowy i albo pylił, albo czekał na zapylenie. Takim właśnie wybrykiem natury była BaBa, dlatego zdecydowała się opuścić Vegę i szukała szczęścia gdzie indziej. Żegnała się tym samym z możliwością posiadania własnych owocków, bo wątpiła, żeby z pyłków kosmicznych roślin wyszło dobre potomstwo, ale cóż. Coś za coś.
Veganka zaciągnęła się dymem z fajki, spowił ją owadobójczy dym. Nie posiadała płuc, oddychała fotosyntezą prze liście - dlatego zresztą wybrała stację tak blisko słońca. Jej dziób łączył się z żołądkiem, potrafiła zasysać pokarmy, więc dym też jakoś się udawało.
Jej rozmówca położył na stoliku małe, niepozorne pudełeczko. BaBa pogładziła wieko pnączem, potem owinęła je wokół skrzyneczki i schowała ją do szuflady w biurku.
- To tego szuka? - upewniła się BaBa.
- I lepiej, żeby nie znalazł - przytaknął jej rozmówca skryty w cieniu.
- Moim ludziom nie ucieknie. Przede mną nic się na tej stacji nie ukryje - zapewniła klienta burdelmama.
- Właśnie, dlatego robimy razem interesy.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1784
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 25 maja 2018, 12:52

To nie tak, że nigdy nie widziałem, jak umierają ludzie. Widziałem. Niektórych znajdowałem też wiele miesięcy później w rurach, gdy już prawie nie przypominali człowieka. Poza tym na Tantalosie wypadki zdarzały się często. Nie tylko wybuchy wodoru. Pod ludźmi zapadały się przerdzewiałe platformy, spadały na nich części konstrukcji. Raz czy dwa sam cudem uniknąłem śmierci.
Ale jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak po prostu zabił kogoś innego. Za nic. By go chwycił za głowę i zwyczajnie złamał kark.
Chyba jest mi niedobrze.
Nie, na pewno jest mi niedobrze, ale przecież nie mogę zwymiotować, więc na moment bardzo mocno zaciskam powieki i próbuję sobie wmówić, że tego nie było. Tak bardzo trzęsą mi się ręce. Chowam je w kieszenie kurtki, żeby nie było widać.
Pan Logaire stoi z nogą opartą o łóżko i ściągniętą z poduszki poszwą czyści ostrze maczety z krwi.
– Jaką bronią się posługujesz? – rzuca w moim kierunku, zerkając na mnie spod swojego kapelusza. Oczy ma ciemne, wąskie, poważne. Gdyby nie to, co widziałem, budziłyby we mnie zaufanie. Tak to ja się chyba jednak głównie ich boję. Nie mogę przestać myśleć o tym, że jeśli zrobię coś źle, mnie też tak po prostu zabije.
To jest bardziej skomplikowane niż rury.
– Żadną – odpowiadam zgodnie z prawdą i widzę skrzywienie niezadowolenia na jego ustach.
Znowu mam dreszcze.
– A bić się chociaż potrafisz?
Szukam w pamięci tych paru bójek, w których zdarzyło mi się wziąć udział, ale żadna z nich nie była na śmierć i życie. Tylko takie sprzeczki, jak to między kolegami. Zresztą zawsze byłem najmniejszy w towarzystwie i jeśli nie udało mi się skorzystać z tego faktu w odpowiednim momencie, to zwykle leżałem na łopatkach dość szybko. Nie trzeba dużo siły, żeby mnie przewrócić, ani bardzo długich rąk, żeby mnie dosięgnąć.
– Raczej słabo – burczę więc zawstydzony.
Pan Logaire kręci głową.
– No to mam przynajmniej nadzieję, że szybko biegasz.
– Też nie – przyznaję.
Co gorsze, po tym ostatnim biegu bolą mnie nogi w kolanach, stopy i biodra, ale się nie przyznaję, bo jeszcze skończę ze złamanym karkiem.
Naszą rozmowę przerywa jakiś dziwny odgłos – ni to wybuch, ni to ślurpnięcie, ni to coś takiego, jak słychać, kiedy się wyciąga but z czegoś lepkiego. Pan Logaire w ułamku sekundy jest już przy oknie. Wcześniej zaciągnął wszystkie... takie do zaciągania, żeby nie wpadało światło i teraz unosi jedną z nich ostrożnie, żeby zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz.
– Kurwa – mruczy. – Dezintegratory.
Marszczy czoło, szybko analizując sytuację, a ja wiem, że nie jest dobrze. Ale są kratki wentylacyjne i zaczynam pełznąć ku jednej z nich (tak, żeby nie dotknąć trupa).
– A ty dokąd?! – ciemne oczy pana Logaire są już na mnie.
– Mógłbym...
Chciałem powiedzieć, że mógłbym wydostać się stąd i sprowadzić pomoc, ale dłoń z dwoma kciukami zaciska się na moim kołnierzu i odciąga od ściany.
– Nie bądź głupi – słyszę syk. – Wiesz, jak działają dezintegratory? Nie chcesz się przekonać.
Przełykam ślinę.
– Zrobimy to po mojemu – oświadcza jeszcze pan Logaire. – Tylko musisz mi zaufać i robić, co ci każę, OK? Wtedy nic złego się nie stanie – mówi to spokojnie, jakby był moim przyjacielem, ale mój wzrok utkwił w trupie, nie mogę go oderwać od niewinnej ofiary i mimowolnie zastanawiam się, czy nic złego nie stanie mi się ze strony tych, którzy nas gonili, czy mojego nowego znajomego. – Rozumiemy się?
Jaki mam jednak wybór?
– Hej. – Dłoń o dwóch kciukach chwyta mnie za podbródek i obraca. Wreszcie odrywam wzrok od trupa i nagle patrzę w ciemne oczy pana Logaire. – Rozumiemy się?
W jego twarzy nie ma wrogości. To twarz o ostrych rysach, ale dojrzałych, a nie rysach zbira. Próbuję mu zaufać. Bardzo próbuję mu zaufać i uwierzyć, że wszystko, co zrobił, było konieczne.
Przytakuję.
Pan Logaire zdejmuje mi z głowy czapkę i wichrzy włosy, a potem znika na chwilę w sąsiednim pomieszczeniu i wraca z puszką czerwonego sosu.
– Zamknij oczy – komenderuje.
Ledwie spełniam polecenie i czuję, że sos cieknie mi po twarzy na klatkę piersiową. Pan Logaire rozsmarowuje go paroma ruchami, po czym chwyta za ubranie i rozrywa. Nie wiem, co powiedzieć, więc milczę.
– Musisz wyglądać, jakbyś walczył – wyjaśnia. – Zwiążę tak, żeby nie bolało. W porządku?
– W porządku... – ledwie chrypię.
W co ja się wpakowałem...?
– Dobra, idziemy. Skoro nie wpuszczono mnie do BaBy jednymi drzwiami, to znajdę inne.
– A te... no, oni...? – pytam niepewnie.
– Rozpoznają innych głównie po zapachu – wyjaśnia pan Logaire. – Ty teraz pachniesz sosem. Ja... – zabiera z szafki jakąś kolorową kostkę, obraca w dłoni i marszczy brwi – etykieta twierdzi, że arrakańskim drzewem wodnym i bryzą znad Urmy. Bywało gorzej. – Roztrzaskuje odświeżacz o rękojeść maczety i wylewa zawartość na ubranie. Od intensywnego zapachu aż zbierają mi się łzy w oczach. – Bardzo dobrze! – Pan Logaire komentuje moje zaczerwienione oczy. – Widzę, że łapiesz rolę.
Wychodzimy z blaszaka. Pan Logaire prowadzi mnie przed sobą, jakbym był jego więźniem.
– O, udawanie kulawego to też dobry pomysł – chwali mnie szeptem, a ja nie mówię, że wcale nie udaję.
Ledwie wychodzimy zza załomu, naszym oczom ukazuje się plac Czerwonego Karła. A raczej to, co z niego zostało. W ułamku sekundy robi mi się sucho w ustach i żołądek znowu zaczyna protestować. Wszędzie walają się rozwalone sprzęty i towary ze stoisk – materiały, broń, warzywa – w powietrzu unosi się pył. Zza jego siwej zasłony wyłaniają się sylwetki najróżniejszych kształtów i rozmiarów. Istoty próbują wstawać na nogi, chwieją się, panuje dezorientacja. Wyglądają, jakby wszyscy zostali czymś ogłuszeni.
Może znowu jakaś bomba? Mam dosyć bomb. Mam dosyć wybuchów. Coraz bardziej tęsknię za zwykłym, spokojnym życiem na Tantalosie, a przecież naprawdę próbuję polubić to miejsce.
Mój wzrok zatrzymuje się nagle na jednej sylwetce. Jest ludzka – taka jak moja, chociaż oczywiście inna, bo to dziewczyna. Z pyłu podnosi ją człowiek spuchnięty jak pan Sullivan, też w jasnych ubraniach, ale takich luźnych. I ma na głowie taką czapkę jakby ze zwiniętych prześcieradeł. Ale to na widok tej dziewczyny serce mi staje i robi się duszno. Nigdy nie widziałem podobnej. U nas nie noszą takich ubrań. I nie mają takich długich, takich jasnych, że aż białych włosów. I takiej jasnej cery bez krost. Ona jest... jest...
Chyba mi brakuje słowa.
Nie wiem, to jak całe życie męczyć się z zardzewiałymi narzędziami, a potem zobaczyć u kogoś takie całkiem nowe.
– Nie rozglądaj się za dużo młody, głowa w dół – poucza mnie półgłosem pan Logaire.
Miejsce, do którego idziemy, wcale nie wygląda dużo lepiej niż plac Czerwonego Karła. Mijamy to miejsce, gdzie pijani ludzie dużo śpiewają. Część gości wygląda z wnętrza ciekawie, ale nikt nie wychodzi na zewnątrz. Tylko ktoś wchodzi – zwraca moją uwagę, bo ma włosy białe jak tamta dziewczyna.
Jakaś rodzina? Starszy brat? Tata?
Idziemy dalej za wymalowaną na podłodze żółtą ścieżką, o której wiem, że prowadzi do doków. Windy nie działają, więc schodzimy po schodach i to boli. Pan Logaire mnie nie popędza. Chyba już wie, że po prostu ten bieg to było dla mnie za dużo. Na Tantalosie dużo nie biegaliśmy, bo nie ma gdzie. Jest za dużo drabin, szybów i zakrętów.
Na dole jest pełno dymu i ciągle gęstnieje. Słychać jakieś nawoływania i wycie alarmów.
– Co tu się wyrabia, do cholery...? – mruczy pan Logaire chyba bardziej do siebie niż do mnie, ale ja też chciałbym wiedzieć.
– Dokąd idziemy? – pytam wreszcie cicho, bo w tym dymie nikt nie zauważy, że rozmawiamy, a zaraz się rozkaszlę i tyle z tego będzie.
– Do łowiska BaBy – odpowiada pan Logaire. – Przy dokach zawsze są jakieś łowiska, żeby łapać desperatów i uciekinierów na łatwy zarobek.
– Co? – Nic mi to nie mówi.
Ale nie dostaję odpowiedzi, bo po chwili kaszlemy już obaj.
Może przez chwilę dziwi mnie, że nie zatrzymują nas ludzie porucznik Okafor, na co może trochę liczyłem, ale potem uświadamiam sobie, że w tym całym zamieszaniu mają pewnie ręce pełne roboty.
Kiedy mijamy kolejną gródź, dymu jest już znacznie mniej, ale za to coś strasznie cuchnie. Zupełnie nie znam tego zapachu, ale może mieć jakiś związek z fajką, którą trzyma w zębach stojąca tuż za progiem postać. Nie widać jej twarzy pod dziwną drapowaną konstrukcją, ale raczej nie jest to człowiek – ma zbyt pochyloną sylwetkę i dziwne dłonie, które wyglądają trochę bardziej jak... nie wiem... chwytaki do beczek?
– Rekruter? – pyta zdawkowo pan Logaire, a obcy wskazuje fajką głębię korytarza. – Dobra, młody – rzuca mój towarzysz parę kroków dalej. – Teraz ani słówka, żadnych numerów, bo wszystko zależy od ciebie, jasne?
– Jasne – szepcę.
– Mamy szczęście, skoro za łowisko odpowiadają Salkidzi. To gnojki, ale przesądne. Zwłaszcza jak na inteligentną rdzę żerującą na starych robotach.
Sala, do której wchodzimy, jest zupełnie pozbawiona światła gwiazdy i przyznaję, że to dla mnie ulga. Ten blask jest trudny do zniesienia, naprawdę. Tu wreszcie czuję, że mogę przestać mrużyć oczy.
– Czego – zgrzyta nieprzyjemny głos chyba raczej z translatora niż faktycznie z gardła.
Przed nami jest stół, a za stołem siedzą w obstawie uzbrojonych po zęby zbirów różnej maści trzy podobne do siebie istoty. Nie mają głów tylko... Jejku, znowu brakuje mi słowa. Ale coś jakby hydrauliczne kolanko, tylko takie mocno przerdzewiałe i sklepane. Ręce, które wystają z obszernych rękawów jednego z nich, też wydają się raczej mechaniczne, tylko jakby czymś porośnięte tu i ówdzie. To coś faktycznie wygląda trochę jak rdza.
– Mam prezent. – Pan Logaire pcha mnie lekko w stronę stołów. Ledwie utrzymuję równowagę.
Mimo to, że istoty nie mają głów, czuję, jakby wlepiały we mnie spojrzenia.
– Prezent – syczy jeden z translatorów. – Nie wygląda imponująco.
Pan Logaire prycha.
– A widzieliście, co się stało w dokach i na placu Czerwonego Karła? – pyta. – Mały może nie wygląda imponująco, ale to mieszaniec Pradawnych.
Na moment zapada absolutna cisza. Słyszę bicie własnego serca.
– Pradawny? – pyta podejrzliwie głos z jednego translatora. – Myślałem, że oni mają białe futro.
Pan Logaire znowu prycha, tym razem głośniej i bardziej pogardliwie.
– Naprawdę? – śmieje się. – Wam też to wmówili? Z tymi włosami to kłamstwo, plotka, którą rozprzestrzeniają dla własnego bezpieczeństwa. Potomkowie Pradawnych zdarzają się co ile? A zwłaszcza na takich zawszonych stacjach. Tymczasem ja jednego dnia tutaj widziałem aż dwoje białowłosych. A ten tu – pcha mnie znowu i upadam na stolik. – Przyjrzyjcie się jego oczom. Widzicie? Każde jest inne. To jest ich prawdziwy znak rozpoznawczy.
Trzy istoty pochylają się nade mną, żeby przyjrzeć się moim tęczówkom – faktycznie innym, ale z pewnością nie dlatego, że mam jakiekolwiek nadprzyrodzone zdolności. Jestem tylko kanalarzem!, krzyczy we mnie wszystko, ale staram się trzymać rolę do końca, więc robię groźną minę, a potem wywracam oczyma i zaczynam mówić jakieś głupoty o konserwowaniu pomp, ale od końca i z akcentem, który słyszałem tu tylko raz.
Istoty odsuwają się natychmiast.
– Spokojnie – mówi pan Logaire. – Poskromiłem do specjalnym włóknem w więzach na rękach. Dopóki ich nie rozetniecie, nie użyje mocy. Ale jeśli uznam, że sam powinienem je rozciąć...
– Ile za niego chcecie? – pyta wreszcie jedna z istot.
– Pięćdziesiąt tysięcy kosmosów i angaż.
– Angaż?
– Nie sądzicie, że BaBie przyda się ktoś, kto zdołał schwytać Pradawnego? Poza tym ktoś powinien mieć na niego oko.
Dalsze negocjacje przerywa hałas za naszymi plecami. Odwracam głowę i widzę trzech uzbrojonych osiłków wciągających przez próg ledwie przytomną kobietę o skórze ciemniejszej niż moja, ale jaśniejszej niż porucznik Okafor. Jest stara. Może tylko nieco młodsza od mojej babci i coś mi się ściska w żołądku.
– Co to ma być, Vank? – syczy jeden z translatorów.
Nazwany Vankiem osiłek wzrusza ramionami.
– A bo ja wiem? – pyta. – Znaleźliśmy w dokach.
– I po co żeście przywlekli taki złom?
Zbir mierzy kobietę wzrokiem. Ona tymczasem, wciąż trzymana przez dwóch pozostałych, jęczy cicho, próbując podnieść się na kolana.
– Bo to pokiereszowana babcia, a mimo to, zanim ją złapaliśmy, spinką do włosów położyła pięciu naszych – wyjaśnia.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Coffee
Posty: 177
Rejestracja: 28 marca 2013, 12:45

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Coffee » 31 maja 2018, 13:09

Rzęsy, pomyślała Aparajita. Rzęsy mnie jeszcze nie bolą. I to chyba koniec listy.
– Stój tu i się nie ruszaj – warknął jeden z ocalałych osiłków. Byli wielcy, pokryci gęstym, zakręconym futrem i lekko pachniali piżmem, a także, w tej konkretnej chwili, spalenizną. Kiedy wzruszali ramionami, łapy wielkie jak łopaty stukały im o podłogę.
– Bo co? – odparła.
Na to nie znaleźli riposty, ale Aparajita zdążyła już zrozumieć, że nawet w najlepszych warunkach kombinowanie nie przychodziło im naturalnie. To dobrze. Prawdopodobnie uratowało jej to życie.
Z drugiej strony, gdyby byli chociaż trochę inteligentniejsi, to by jej nie zaczepili.
Jeszcze nie wymyśliła, jak przekuć ten nieoczekiwany dar od losu na oględziny u lekarza lub chociaż dostęp do apteczki pierwszej pomocy. Po widoku sali oceniała, że raczej nie trafiła do szpitala. Gdzieś jeszcze za oddalającym się Vankiem mgliła się wizja dwóch mniej więcej humanoidalnych kształtów – jeden z oczami rozszerzonymi jak talerzyki, a drugi w pretensjonalnym kapeluszu. Ten drugi miał zimny, zaciekawiony, szacujący wzrok.
Nawet nie próbowała sobie wyobrażać, co oni widzieli.
– Idziemy. Wisisz BaBie pięć… – powiedział Vank, machając łapskiem, ale zanim przebrzmiał syntetyzowany przez translator głos, podłoga pod ich stopami zadrżała. Gdzieś brzdęknęło spadające szkło i zamigotały zimne światła. Nie była to eksplozja, w niczym nie przypominało ryku masakry, która zaledwie kilka godzin wcześniej miała miejsce na stacji. Bardziej przypominało wstrząs.
Tąpnięcie, powiedziało coś w głowie Aparajity i uciekło, zanim zdążyła złapać za to skojarzenie i przypomnieć sobie cokolwiek więcej.
– Cholera – powiedziała istota, która do tej pory rozmawiała z tamtą dwójką. Był to dziwaczny, mechaniczny stwór i jak większość rzeczy, teraz nie kojarzył się Aparajicie z niczym konkretnym. – Myślisz, że…
Było oczywiste, że wiedzieli lub podejrzewali, co się dzieje. Vank wzruszył ramionami – znowu to ciche stuknięcie kostek o podłogę – ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć odezwał się ten szacujący, w kapeluszu.
– Tracę cierpliwość, panowie – rzucił. Wyglądał, jakby coś wpadło mu do głowy. – I panie, być może. Być może ktoś inny będzie bardziej zainteresowany moją ofertą niż BaBa, więc jeśli tracę tutaj czas…
– Tracisz – powiedziała Aparajita, siadając ze zrezygnowaniem na podłodze. Wszystko ją bolało. Niczego nie rozumiała. Perspektywa odczytania danych z logów Starbuck oddaliła się tak daleko, że była bardziej fantazją. Potrzebowała posiłku, snu i może szklaneczki czegoś mocniejszego, a nie poniewierania ze strony lokalnych gangów. – Gdzieś w okolicy właśnie zapadły się tunele, podejrzewam, że przez ten pieprznik o, tam… – machnęła ręką w stronę, w którą, jak zgadywała, leżało centrum.
– Zamknij ryj, stara prukwo! Twoje życie należy do BaBy!
– To bardzo ciekawe – zapewniła.
Była w zasadzie gotowa spędzić w tej pozycji resztę dnia; ilekolwiek trwały dni na tej stacji. Kątem oka obserwowała, jak Vank i jego kosmate osiłki naradzają się z przerdzewiałymi botami. Nie dostrzegła, jak podszedł do niej ten młody z wytrzeszczonymi oczami, z wysokim w kapeluszu niedaleko w orbicie.
Na ile mogła stwierdzić – człowiek.
– Przepraszam panią… – powiedział nieśmiało. Miał skrępowane ręce, oglądał się za ramię i pachniał…
Pachniał jedzeniem.
– Dobra bogini – zdziwiła się Aparajita. – Chłopcze, czy oni cię zamierzają upiec i zjeść? To jedna z tych stacji?
– Co? Nie, to jest… Ja… – W różnokolorowych oczach coś się szybko przewinęło. – Pan Logaire mnie pokonał. To ślady walki.
Łaskawie zmilczała.
– Bardzo przepraszam, ja tylko chciałem zapytać, czy to prawda?
– Co prawda?
– Że zabiła pani pięciu wojowników?
– Tak.
– Spinką do włosów?
Sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej krótką, metalową i podłużną rzecz, która faktycznie z odpowiedniej odległości i przy nieznajomości ludzkich zwyczajów mogła uchodzić za spinkę do włosów.
– Co to jest?
– Zawleczka od granatu.

*

Uznano, że razem stanowią problem droższy niż Selkidom płacono, i Vank z resztą przeprowadzili ich do innej części stacji, równie zasyfionej i rozklekotanej jak wszystko, co do tej pory widziała Aparajita. Gdziekolwiek nie spojrzeli, ludzie – w najszerszym tego słowa znaczeniu – rozmawiali ze sobą z przyciszonymi translatorami, chowali się za zasłonkami i parawanami z najtańszego pleksu. Tu i tam leżały rozrzucone pakunki, drogę blokowały przesunięte wózki, pod ich nogami chrzęściło rozbite szkło.
Efekt wstrząsów. Albo Pradawnego.
Aparajita skosiła wzrokiem niedorostka, który szedł ze związanymi rękoma pod grubą gwardią i przede wszystkim w cieniu osoby, której kapelusz – jak w końcu zrozumiała – ani trochę nie był normalny.
Dalej nie pamiętała, kim sama jest ani po co leciała na stację, co się stało z jej załogą i czy powinno być jej smutno z powodu ich śmierci, ale niektóre fakty wypływały na wierzch jej umysłu, kiedy było to potrzebne. Wiedza, która czekała uśpiona na wezwanie. Języki, dwa na dobrym poziomie i trzeci w stopniu komunikatywnym, których zapewne używała na co dzień. Wątłe skojarzenia i całkiem mocne definicje. Jakby po tym, co zaszło na statku, zostało jej tylko pół umysłu.
A to, co wiedziała o Pradawnych, w jej oczach nijak nie pokrywało się z niedożywionym, zastraszonym chłopcem, który kuśtykał obok niej.
I dobrze, bo w jakiś absurdalny sposób budził jej sympatię.
Doprowadzono ich do kolejnego baraku, o wiele bardziej zatłoczonego – to tam Aparajita straciła z oczu człowieka–grzyba i młodego, bo Vank silnym szarpnięciem zatrzymał ją w miejscu, podczas gdy tamtych poprowadzono dalej. Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać.
– Aha, tu jest! Najbardziej tajemnicza babcia na stacji! – Niby przyjacielski kuksaniec dźgnął ją prosto w raniony bok; nie wierzyła, że niezamierzenie. – Kwoka znosząca złote jaja! Powiedz mi, kwoko, bo mówi o tym cała stacja: skąd wzięłaś ćwierć tony orichalcum i dlaczego ze wszystkich możliwych opcji oddałaś je byle celnikowi w dokach?
Aha. Zaczynało być interesująco.
Ten, który ją przesłuchiwał, krążył wokół niej niczym wyjątkowo natrętny księżyc i przez to nie miała szans zbyt dobrze się przyjrzeć. Kończyny o zbyt dużej ilości stawów, dwuczłonowe ciało – nieważne, nie tak naprawdę.
– Z ćwierci tony i tak niczego nie wyprodukuje.
– Co? Do produkcji trzeba mieć sprzęt, miejsce i ludzi! Teraz ten nędznik jedynie podbije cenę i sprzeda BaBie to, co mu tak beztrosko oddałaś!
– Ach – powiedziała Aparajita. Poweselała. Perspektywa jakichś proszków na ból i miękkiej poduszki znowu się przybliżyła. – BaBa oczywiście wolałaby dostać prezent sama.
– Trzeba było przyjść do nas od razu.
– Ale po co? Mój sposób okazał się lepszy: sami po mnie przyszliście i nigdzie nie musiałam się fatygować. W moim wieku długie spacery są męczące. A straty, które ponieśliście po drodze to… wasz problem.
Tamten się w końcu zatrzymał.
– Reklamowałaś – powiedział, a translator na jego szyi nie poradził sobie z zaznaczeniem, czy było to pytanie, czy odpowiedź.
– Co BaBie po jednokrotnym prezencie – odparła Aparajita – kiedy zamiast tego może mieć intratny, zaufany, a przede wszystkim stały kontakt handlowy?
Jeśli mieli gdzieś zainstalowane interpretatory ludzkiej mimiki albo nawet bardziej uniwersalny wykrywacz kłamstw, to w zasadzie już była martwa.
– Oczywiście – dodała przy wydłużającym się milczeniu – przy założeniu, że BaBa nie boi się konsekwencji handlowania orichalcum.
Przy czym „handlowanie” nie było tak naprawdę dobrym określeniem; minerał się przerzucało, chowało, oddawało lub przerabiało, ale to, co można było uzyskać w zamian, znacznie przekraczało możliwości zwykłej waluty. Ta stacja zapewne najlepiej nadawała się na punkt przerzutowy lub magazyn, bo wszyscy główni gracze mieli tu tak samo daleko.
– Możemy po prostu zabrać twój statek i po logach dotrzeć do miejsca wydobycia.
– Tylko ktoś z moimi danymi biometrycznymi uruchomi statek. A logi są zaszyfrowane.
Co stanowiło problem, nad którego rozwiązaniem ciągle myślała.
Ten drugi też myślał. Intensywnie.
– Ile możesz dostarczyć?
– Synku – westchnęła Aparajita – masz oczywiście świadomość, że nie będę tego omawiać z tobą.
– A czego oczekujesz w zamian?
Uśmiechnęła się.

*

Bezczelny blef dał jej w końcu to, czego potrzebowała – to znaczy opatrzenie ran i posiłek, niestety bez wymarzonej szklaneczki pełnej procentów. BaBa miała na stanie trochę przestarzałe, ale za to świetnie utrzymane medboty, które stwierdziły u niej rozliczne obrażenia; efekt zajścia na statku i późniejszego spotkania z oddziałem Vanka. O jej starszych ranach, tych na rękach, powiedziały jednak tylko tyle, że zostały zrobione nożem. Na amnezję się botom nie skarżyła z przyczyn oczywistych, natomiast z jakichś przyczyn próbowały ją zeskanować w poszukiwaniu chorób przenoszonych drogą płciową.
Teraz próbowała wypracować, jak i kiedy stąd uciec. Ciągle nie wiedziała, czemu miała przylecieć właśnie na tę stację, co tu mieli znaleźć albo przed czym ukryć, ale wątpiła, by BaBa miała pomóc jej z odpowiedziami na te pytania.
Może chcieli tu tylko zatankować.
A może odpowiedzi gdzieś na nią czekały i zaczynały się denerwować, że jeszcze nie przybyła.
– Wychodzę – poinformowała Vanka. Ten spojrzał na nią zaalarmowany.
– Nie możesz.
– A jak myślisz, co się stanie z naszą umową handlową, jeśli mnie spróbujesz zatrzymać?
Niemal widziała przetaczające się w jego głowie wnioski.
– To ja pójdę z tobą.
To było akceptowalne ryzyko, więc pozwoliła wielkiemu… wielkiemu…
– Vank, czym jesteś?
– Mówią na nas Do–Harrin.
Pozwoliła wielkiemu Don–Harrinowi iść za nią krok za krokiem. Teraz to ona prowadziła jego, chociaż nie miała bladego pojęcia, dokąd iść. Jednak ten problem rozwiązał się sam: zanim przeszła sto kroków, natknęła się na interesującą awanturę.
– O co chodzi? – mówił ten sam typ, który wcześniej wypytywał ją o dostawy orichalcum. – Przecież byłeś i tak gotowy sprzedać dzieciaka.
– To się nie zrozumieliśmy – wycedził człowiek–kapelusz, zaciskając dłoń na ramieniu niby–Pradawnego. – To umowa wiązana. Pięćdziesiąt tysięcy ORAZ angaż. Nie jedno albo drugie.
– Mówię ci, jak jest – stwierdził człowiek BaBy, absolutnie nieporuszony. – Dzieciaka weźmiemy już teraz. Dostaniesz swoje pieniądze od razu, tyle ile chciałeś. Ba! Dorzucimy nawet coś ekstra. Ale zanim BaBa cię zatrudni, musi na żywo sprawdzić twoje zdolności.
Wokół zbierało się coraz więcej różnych postaci i wszystkie niby przypadkiem akurat z dłońmi w pobliżu kabur czy pochew na noże. Ciągle byli w siedlisku BaBy; rozpoczynanie walki z jej ludźmi nie byłoby najlepszym ruchem.
– Jedna wyprawa w podziemia. Odzyskasz coś, co należy do Szefowej i czemu mogły zaszkodzić wstrząsy, a angaż będzie twój. A chłopak w tym czasie zostaje u nas. Kupiony uczciwie, zgodnie z propozycją.
Aha, pomyślała Aparajita. Muszą działać szybko. „Podziemia”, „wstrząsy” i „skarb” zapewne już poruszały wyobraźnię całej stacji.
– No, panie Logaire? – uśmiechnął się człowiek BaBy. – To robimy interes czy nie?

It's not the end of the world, but you can see it from here.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Alrune » 31 maja 2018, 23:41

Spoglądał zirytowany przez okno kokpitu. Przeleciał przeszło 2,5 miliona lat świetlnych, aby ostatecznie wylądować na totalnym zadupiu tej zacofanej galaktyki. Nie mieli nawet dobrego napitku. Nie mówiąc już o tym, że byli słabi, mierni i tępi. Westchnął.

Zadokował swój statek. Wziął bagaż i skierował się do kontroli celnej. Nie miał nic do oclenia, ale jak mus to mus. Spojrzał wzrokiem zabójcy na celnika miotającego mu się koło nóg, ten tylko pisnął przerażony.

- Proszę przyłożyć chip. – powiedział cicho, starając się nie patrzeć na przybysza. – Pan Ras’er de Kel z Hatak, tak?

- A widzisz coś innego na swoim ekraniku? - zapytał zirytowany. – Skoro się to wyświetla to znaczy, że tak jest.

Po kilku minutach w końcu celnik przepuścił go. Rozluźniony wciągnął powietrze i uśmiechnął się pod nosem.

- No to teraz zacznie się zabawa. He he. – uśmiechnął się jak sadysta wyczuwający masochistę w pobliżu.

Powoli skierował swoje kroki do Czerwonej Rozpusty. Wszedł do lokalu. Kilka panienek różnych ras wiło się zachęcająco w tańcu. Miały za zadanie zachęcić klientów do innych czynności w lokalu, a co za tym idzie do zostawienia kilku Grubych Kosmosów. Jednak Ras’er nie zwracał uwagi na jakieś tam prostytutki. Nie to było jego zadaniem. Zobaczył kilku napakowanych koksów, stojących nieopodal wejścia do loży VIP. Skierował się do nich, jednak po jakiś dwóch metrach drogę zastąpił mu napakowany gość wyglądający jak połączenie Arnolda Schwarzeneggera z Angeliną Jolie.

- A ty dokąd? Lepiej zmykaj jak nie chcesz mieć kłopotów. – powiedział głosem chłopczyka śpiewającego w Poznańskich Słowikach.

- Do Baby. – odpowiedział, powstrzymując się od śmiechu. Zastanawiał się jak taki twór, który samym faktem, że istnieje jest porażką na wstępie. – Idź i powiedz, że Ras’er przybył.

Mężczyzna odwrócił się i po chwili wrócił, wskazując przybyszowi, że ma iść za nim. Powoli skierowali się do loży. „Arnold - Angelina” wskazał mu, że dalej, po schodkach, ma iść sam. Wszedł na górę, lekko pochylając głowę i spoglądając pod nogi. To był tylko pretekst. Ras’er chciał ocenić, jak przystało na wojownika Ketesh, siłę innych, potencjalnych wrogów. Jak to mawiano mu kiedyś w domu rodzinnym – przyjaciel to też wróg, tylko jeszcze się nie ujawnił. Owszem, ufał do pewnego stopnia swoim pobratymcom, ale nie było niczym nienormalnym walki między swojakami. I nie było mowy, żeby przestano gdy pojawiła się krew. Walki na śmierć i życie nie były niczym nienormalnym. Bo jakże piękna i podniosła jest śmierć w walce, a nie ze starości.

Wszedł do pomieszczenia. Cicha, nastrojowa muzyka rozlegała się. Światło miało ciepły, lekko różowawy odcień. Taki przyjemny jak w najlepszym burdelu, a takim był lokal Czerwona Rozpusta. W ekskluzywnej, bogato zdobionej i modnej donicy siedziała BaBa. Na stoliku obok stał kieliszek z drinkiem z odżywek różnego rodzaju, a w jednym z pędów trzymała długą lufkę a w niej papieros.

- Ras’er de Kel. – powiedziała BaBa spokojnie zaciągając się środkiem owadobójczym w seksowny, jak na roślinę sposób. Powoli wypuściła dym. – Czyli jednak Kas’iu się zgodził na układ ze mną?

- Tak proszę pani. Inaczej by mnie tutaj nie było. – usiadł po tym, jak pozwolono mu na to.

- Przynieście coś panu komandorowi do picia. Przebył daleką drogę z Galaktyki Andromedy. Mamy wiele do omówienia. – upiła łyk drinka.


***


Kilka dni po tym jak Ras’er przybył na stację został wezwany przez Babę. Jeden z jej osiłków przybył do hotelu, aby przekazać, że „Madame BaBa pragnie pana widzieć. Ma pewną malutką prośbę i tylko pan byłby w stanie ją spełnić.”. Wziął płaszcz i wyszedł z pokoju. Skierował się od razu do Czerwonej Rozpusty, nie zatrzymując się nawet aby zobaczyć co się stało, że ludzie zrobili zbiegowisko.

Wszedł do lokalu i tym razem nikt go nie zatrzymywał. Skierował się od razu do BaBy, która na dzisiaj postanowiła „wdziać” szmaragdową donicę ozdobioną diamentami.

- Chciała mnie pani widzieć, madame BaBo. – powiedział z szacunkiem. – Podobno sprawa pilna i potrzebuje pani mojej pomocy.

- Tak. Mam problem, który możesz pomóc mi rozwiązać. – uniosła kieliszek z napitkiem. – Jestem kobietą interesu i nie lubię przepłacać. Mam zamiar dokonać pewnej transakcji. Dla zysku sprzedałabym własną matkę. – kolejny łyk. – Ty, Ras’er, powiesz mi czy będzie to dobry interes. A jeśli tak to i panu Kas’iusowi się opłaci. – sięgnęła po shishę i pociągnęła z niej.

- Zamieniam się w słuch, madame. Postaram się jak najlepiej wykonać zlecone zadanie.

- Przyszedł do mnie pewien człowiek i przyprowadził ze sobą Pradawnego. – Ras’er drgnął na te słowa podekscytowany. – Ten Pradawny z tego co wnioskuję i mi przekazano jest dość potężny. Spowodował eksplozje w dokach i wybuch na Placu Czerwonego Karła. Myślę, że pan Kas’ius zrobiłby z niego dobry użytek i gotowa byłabym go odsprzedać. Oczywiście za odpowiednią cenę i wcześniejsze obejrzenie towaru. Wszystko w cenie. Również transport do pana Kas'iusa. – upiła łyczek drinka i zaciągnęła się środkiem owadobójczym. – Oczywiście biorę pod uwagę, że chłopak nie musi być Pradawnym i być może jest tylko wybitnie uzdolnionym człowiekiem. Ostatecznie mogą też blefować. Nie jestem tego pewna, więc pan, panie Ras’erze mógłby sprawdzić młodego. Zbadać jego DNA. Macie specjalne urządzenie do tego z tego co mi wiadomo.

- Tak zrobię, madame BaBo.

- Świetnie. Możesz odejść.

Ras’er skierował się do wyjścia. Był niezmiernie podekscytowany. Nie spodziewał się, że już w pierwszych dniach pobytu stanie się takie cudowne wydarzenie.
Wyruszył w kierunku podanym przez BaBę. Musiał sprawdzić chłopaka.


***


Aria obudziła się z bólem głowy. Tuż koło jej twarzy znajdowało się dziwne stworzenie, którego nigdy wcześniej nie spotkała w życiu. Wiedziona pewnym doświadczeniem stwierdziła, że lepiej nie prowokować. Zwierzę mrugnęło. Aria mrugnęła. Zwierzak pokręcił nosem, Aria mrugnęła. Patrzyli na siebie i mrugali. Po chwili wzajemnego mierzenia i mrugania, dziewczyna stwierdziła, że zwierzak nie ma złych zamiarów ani nie czeka, aż ofiara zacznie uciekać by na nią zapolować. Podniosła się i rozejrzała dookoła. Była w jakimś barze. Nie potrafiła powiedzieć jak do niego trafiła, ostatnią rzeczą jaką pamiętała był jakiś owad, a później ciemność. I ten dźwięk. Ogłuszający dźwięk.

Zwierzak wskoczył jej na kolana i domagał się pogłaskania za uchem. Doszła do wniosku, że musi być przymiluchem pozbawionym krwiożerczych zamiarów. Głaskała go, rozglądając się. Pełno było różnego rodzaju ras osobników w pomieszczeniu. Nagle Aria drgnęła. Zobaczyła znowu tego owada. Poczuła, że zaczyna panikować. Szklanki na stoliku obok zadrżały.

- Uspokój się. – powiedziała głosem z modulatora. – Nic ci nie zrobię i nie chcę zniszczeń w moim barze. Jeśli nie chcesz, to nie będę się zbytnio zbliżać. – owadoidalna istota podniosła dwie ręce, żeby pokazać, że nie ma złych zamiarów. Pozostałymi dwoma trzymałą mężczyznę koło trzydziestki. – Myślę, że się dogadamy co do zapłaty. – powiedziała spokojnie do mężczyzny obok, wyglądającego na dość wymęczonego i zirytowanego. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok spoczął na zwierzątku na kolanach Arii.

- Stello! – wyrwał się z objęć Ozjanki. Chciał podbiec do niej, ale Moa zastąpiła mu drogę. – Już się bałem, że się zgubiłaś, kiedy pobiegłaś przodem. – wombat chciał podreptać do właściciela, ale Moa chwyciła go w swoje ręce, unosząc ją wysoko poza zasięg Brzózki. – Znalazłaś ją? – zapytał dziewczynę, próbując wyjrzeć Moi przez ramię. – Nic ci nie jest Stello? – zignorował wcześniejsze pytanie. Teraz liczyła się tylko Stella i to, że się odnalazła.

- Najpierw kasa, później Stella. Inaczej będą steki. – odpowiedziała Ozjanka. – Flow łap wombata na kotlety. – chciała rzucić zwierzaka grillowemu.

- Nie tylko nie to. Oddam. Przecież mówiłem, że zapłacę. – panikował Stefan. – Już moment, już ci daję. Momencik.

Aria siadła na małej kanapie. Lekko podskoczyła, kiedy Moa zrobiła krok. Starała się jednak zbytnio nie denerwować. Nabrała powietrza i powolutku je wypuściła. Przymknęła oczy i zaczęła liczyć uderzenia swojego serca, aby się uspokoić.

- Smeshnoy. – usłyszała głos nieopodal. Odwróciła się i od razu poznała chłopaka z uliczki. Oparł się o stolik, patrząc na Arię.

- O! – wskazała na mężczyznę. – Gościu co mówi dziwnym językiem!

- Jesteś za głośna. I chyba rodzice cię nie nauczyli formes. – westchnął. – Jesteś niewychowana dla kogoś kto cię przyniósł, a mógł zostawić tam w tym pagaille.

- Przepraszam. – odpowiedziała. – I dziękuję. - Spojrzała na ekran niedaleko baru. Leciały akurat wiadomości.

Spikerka, najwyraźniej pochodząca z rasy bardzo zbliżonej do ludzi, ale z lekko żółto-zielonym zabarwieniem skóry i źrenicami oczu, jak u kotów. Uśmiechała się nieznacznie, poprawiając tablet leżący na blacie przed nią.

- Tu Amy Bass, wiadomości codzienne kanał 5. – zaczęła spokojnie. – Najświeższe wiadomości ze stacji. – za jej plecami wyświetlił się jakiś spalony wahadłowiec. – W dokach, w godzinach popołudniowych doszło do silnej eksplozji . – przez ekran przewijały się obrazy z miejsca wybuchu, a także ofiary, które wtedy zostały poszkodowane. – Nieznane są przyczyny tego wydarzenia. Jak mówił rzecznik policji, aspirant Kasia Cezary, cała sprawa jest na razie badana, ale nie wykluczone, że to był zamach lub porachunki gangów. – na ekranie wyświetliło się zdjęcie ładnej blondynki, uśmiechającej się. Będziemy do tego tematu jeszcze wracać i na bieżąco państwa informować o wydarzeniach.

Przesunęła dłonią po tablecie.

- Do nietypowej sytuacji doszło niedawno na stacji. – za Amy wyświetliło się targowisko. – Z niewiadomych przyczyn stragany i stoika na targowisku zaczęły w niekontrolowany sposób przewracać się i niszczyć. Świadkowie twierdzą, że we wszystko był zamieszana owadoidalna istota, która ogłuszyła ludzi w pobliżu. – wyświetliło się zdjęcie jednego ze sprzedawców. – Pan Salih twierdzi, że wszystko zaczęło się kiedy na plac targowy wleciała ta istota i zaatakowała młodą dziewczynę, która w panice zaczęła krzyczeć, aby ją zostawić i nie zbliżać się do niej. A następnie stoiska i stragany zostały zniszczone.

Aria patrzyła na ekran zdumiona i zarazem też szczęśliwa. Z ulgą westchnęła.

- Czyli nikt się nie dowiedział? Jaka ulga.- szepnęła sama do siebie, odgarniając włosy.


***


Ras’er wszedł zirytowany do BaBy. Był nieźle wkurzony. Ktoś śmiał z niego zakpić. A nie lubił jak ktoś z niego kpił. Takie osoby zabijał bez chwili zawahania, albo jak miał okazje to je torturował tak długo, że ofiara sama prosiła o śmierć.

- Ras’er. – powiedziała spokojnie Baba. – I jak? Pradawny?

- Madame BaBo – zaczął niepewnie, musiał mówić spokojnie, a w środku czuł niesamowitą wściekłość – nie wiem jak to mam powiedzieć. To dość trudne.

- Najlepiej normalnie po ludzku i od początku. – odpowiedziała zirytowana, odstawiając szklaneczkę z drinkiem. – Czekam. Mów mi wszystko po kolei.

- Nie chciałem oceniać chłopaka po wyglądzie, bo jak na moje oko nie wyglądał ani na mieszańca, ani na Pradawnego. – powiedział w miarę spokojnie. – Faktycznie, posiadał jedną z cech występujących u tej rasy, to jest dwukolorowe oczy. – nabrał powietrza. – Założyłem, że w takim razie musi być potomkiem kogoś z niższej warstwy społecznej albo osoby z wadą genetyczną, gdyż częściej występowały u nich oczy w kolorze fioletowym i w jego odcieniach. Znacznie rzadziej i najczęściej u emek, pospólstwa, były dwukolorowe. Albo u osób z wadami genetycznymi. Dwukolorowe oczy były uznawane za wadę. – wyprostował się. – Innych cech mogących wskazywać na pokrewieństwo z Pradawnymi nie wykazywał. Niski, cały w krostach, chuderlawy, włosy bliżej nieokreślonego koloru, który określiłbym ostatecznie jako mysi. Ogólnie można by przypuszczać, że dzieciak stanowi zupełne ich przeciwieństwo. – wyciągnął urządzenie. – Pobrałem próbkę krwi.

- Jaki był wynik? – zapytała z niepokojem BaBa.

- Z przykrością to pani mówię ale – nabrał powietrza i wypuścił je – negatywny. Chłopak nie ma w sobie ani śladu, choćby najmniejszego genów po Pradawnych. Co więcej nie posiada żadnych mocy.

- Co?! – szklanka z drinkiem spadła na podłogę. – Oszukano mnie?!

- Niestety tak, madame BaBo. Jednak nie posiada on chipa, więc...

Awatar użytkownika
Xanttis
Posty: 73
Rejestracja: 23 października 2017, 23:41

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Xanttis » 02 czerwca 2018, 18:55


Eneko wodził uważnie wzrokiem spod kapelusza. Jego adwersarz stał z szyderczym uśmiechem na wprost niego.
- Zabawne, po co BaBa wysyłałaby mnie do królestwa Kendara? Już mu nie ufa? – oczywiście wiedział, że to nie kwestia zaufania tych dwoje do siebie.
Zgromadzeni patrzeli na siebie z niepokojem. Szybkie spojrzenia i szepty wypełniły przestrzeń dookoła.
- Zna Kendara… – wypowiedział jakiś Salkid z tyłu. – Nie powinniśmy go zatrzymywać.
Tłum zaczął sobie przytakiwać. Uśmiechnął się kącikiem ust. Zabobonne złomy.
- Cieszę się, że się rozumiemy. Chłopak idzie ze mną – odwrócił się zarzucając peleryną.
- I ja również – zgromadzeni spojrzeli na podstarzałą kobietę. Eneko przystanął, lecz w pierwszym momencie nie odwrócił się.
- O nie! – uniósł się Do-Harrin który przywlókł ją wtedy do łowiska – chcesz mi zwiać!
- Za dodatkowe 50 tysięcy przejmę jego zadanie. Połowa płatna z góry – wystawił rękę z przestarzałym modelem chipa do transakcji. Ten chip przypominał zegarek, nie był instalowany pod skórą, jak u większości mieszkańców stacji.
Tłum, złożony głównie z botów Salkidów krzątał się w niewymówionej konsternacji.
- Chyba cię…
- Zgoda – wtrącił Salkid, z którym wcześniej rozmawiał w łowisku. Wyjął terminal, poklikał trochę i przyłożył do ręki Suocina. Do-Harrin patrzył z niedowierzaniem na bota.
- Ale… oszaleli… - machnął rękami. – Niech się BaBa dowie, co ty wyprawiasz, to zobaczysz. Przecież dajesz jej uciec!
Z baraku wylegli kolejni Do-Harrinowie słysząc wrzawę. Eneko przywołał gestem Aparajitę i szybszym krokiem opuścili we trójkę centrum wydarzeń, które zaczynało wrzeć.
- Tak po prostu przelał ci 25 kafli? – zapytała kobieta.
- To Salkidzi, są przesądni – odparł Emrys.
- Szybko się uczysz młody – uśmiechnął się Eneko.
- Co to ma do rzeczy?
- Nie zbliżają się do Podziemi na długość dziesięciu ramion. Królestwo Kendara jest dla nich jak zesłanie. W sumie dla każdego wiedzącego o jego istnieniu tak się powinno kojarzyć… ale nie każdy wie o nim i Podziemiu.
- Więc po co tam idziemy? – łamiącym głosem odezwał się Emrys.
Eneko spojrzał na babcię. Nie, to nie była babcia. To była wojowniczka u progu emerytury. Ciekawiło go kim jest i dlaczego idzie z nim, ale to otwierało dla niego nowe możliwości. Mogła okazać się bardzo przydatna. Wygląda na twardą babkę. Założyłby się, że z bronią jest na „ty”, w przeciwieństwie do cherlawego chłopaczka.
- Na twoim miejscu nie obawiałbym się o nic. Jeśli będziesz trzymał się blisko mnie i będziesz mówił i robił to, co ci każę, wszystko pójdzie gładko – poklepał go po ramieniu.
- A pani dlaczego z nami idzie?
Aparajita spojrzała na młodego.
- Też mam sprawę do załatwienia w Podziemiu – odparła tajemniczo. Eneko obejrzał się na nią kątem oka.
Blefowała. Z resztą on też blefował z tym Pradawnym. Już szykował dla niej rachunek za pomoc w rozpłynięciu się. Nie pozwoliłby jej przecież tak po prostu odejść. Jeśli dobrze usłyszał, przyleciała tutaj z pokaźną ilością orichalcum. To musiała być grubsza sprawa. Byle kto nie lata z takim ładunkiem.
Tak, na pewno okaże się przydatną osobą.
***
Kierując się do niższych partii 00786 stopniowo zmieniał się wystrój wnętrz. Różne segmenty stacji były budowane w różnych czasach, na dodatek często przez różne firmy i różne rasy. Sektor 12 wyglądał na dosyć spokojny. Tłum żył swoim życiem i tempem, nie wyglądał na zakłopotany tym, co działo się w jego sąsiedztwie.
- Zaczekajcie tu na moment. Muszę tutaj wejść – powiedział Eneko i rozglądając się skierował kroki do niewielkiego sklepiku z ciemnymi szybami.
Wrócił po chwili zapinając torbę, popularnie nazywaną nerką, schowaną za peleryną. Aparajita patrzyła podejrzliwie.
- Możemy ruszać. Zatrzymamy się w sektorze 9 na jakiś posiłek. Potem idziemy prosto do 17-tki, do wrót Podziemi. Pasuje?
- Będzie tam można czymś się wzmocnić? – wykonała międzygalaktyczny gest ręką. Szyderczy uśmieszek zdawał się ją satysfakcjonować.
***
- Mogę pana o coś zapytać?
- Śmiało.
- Ten… to coś na pana głowie…
- Kapelusz? Wymysł natury. Zapewnia ochronę przed ciągłym słońcem i daje energię do życia.
- Ale jak?
- Hah. My Suocini, żywimy się trochę inaczej niż wy, ludzie. A ten „kapelusz” to efekt dostosowania się do stopniowo zmieniających się warunków na macierzystej planecie. Na mojej planecie słońce świeci cały dzień, nigdy nie zachodzi.
- Ciekawe. Ja na przykład w ogóle nie widziałem słońca.
- Więzień? – zdziwiła się Aparajita.
- Nie… mieszkałem w takim kompleksie zabudowań. Nie wychodziliśmy na zewnątrz.
- Rozumiem. A jak tu trafiłeś? – zainteresowała się.
- Chyba zrządzenie losu – uciął. - Spotkałem później pana Logaire’a, wywołało się zamieszanie na Placu Czerwonego Karła…
- I musiałem go złapać, bo narobiłby więcej szkód – wtrącił Eneko. Spojrzał w oczy Aparajicie dla podkreślenia, że mówi szczerą prawdę. – A później spotkaliśmy się przy łowisku u Salkidów.
- Tak – potwierdził młodzieniec.
- Zabawne.
- Prawda? Nigdy nie wiadomo, z kim ma się do czynienia – znów popatrzył na nią badawczo.
- Dokładnie tak – pokiwała głową odwracając wzrok.
***
W sektorze 9 zatrzymali się przy barze „Spadająca Gwiazda”, ten sam przez który przebiegali jakiś czas wcześniej uciekając przed Dobletami. „Najciemniej pod latarnią”, pomyślał. Miejsce zaczynało wracać do pierwotnego wyglądu, Doblety narobiły trochę bałaganu.
Weszli do środka. Teraz miał okazję lepiej się przyjrzeć temu miejscu. Z jakiegoś powodu, część wystroju przypominała mu ciepło wspominaną deszczową planetę Maht’sen. Spędził tam parędziesiąt lat swojego suockiego życia. Chyba najlepszych lat. Ze wszystkich kosmicznych konszachtów, w jakie przyszło mu wchodzić, Maht’seni mieli u niego szczególne miejsce w pamięci. Zapach i dźwięk laserów, przegrzanych silników, słońce, plaże, gorące dni i gorące dziewczyny, kumple z którymi szedł na zabój.
Kiedyś to było.
- Ludzkie dania też tutaj są! Ale jakieś dziwne… gdzie są batony proteinowe? – pochylił się nad panelem z menu. – Co to jest „pierogi”?
- Na twoim miejscu zjadłabym coś porządniejszego – powiedziała protekcjonalnie Aparajita świdrując w menu zakładkę „ziemskie jedzenie”. – Placek po węgiersku, będzie odpowiedni.
Suoca w tym czasie rozejrzał się po barze i usiadł przy jednym z wolnych stolików. Kiedy Aparajita i Emrys zamawiali jedzenie, on zaaplikował sobie do ustnie błękitny płyn odżywczy. Zakupił ich mały zapas razem ze specjalnym żelem, zawierającym substytut energii świetlnej. Całkiem niezła alternatywa dla diety słonecznej.
Zamówili i usiedli obok niego.
- Pan nic tutaj nie je?
- Już zjadłem – puścił mu oko.
- Dobra, a teraz szczerze – zaczęła Aparajita i nachyliła się bliżej Suoci, żeby młody nie słyszał za dużo. – Jaki masz plan?
- O mój plan się nie martw. Raczej martw się o swój. Nie radzę tobie trzymać się mnie zbyt długo.
- Nawet bym na to nie wpadła. Ulotnię się i nawet nie będziesz wiedział kiedy.
Eneko przetarł usta gdy poczuł, że resztki płynu pozostały na wargach. Pogładził się po brodzie.
- Ulotnisz się dopiero wtedy, kiedy spłacisz u mnie dług za wyciagnięcie cię spod rąk Do-Harrinów.
Kątem oka dostrzegł, że Emrys choć udawał, że jest zamyślony, słuchał ich rozmowy.
- Wrócimy do tego – ucięła.
Grubawa barmanka z gatunku przypominającego wielką wiewiórkę, przyniosła zamówione jedzenie.
- Rany! Jak ja mam to zjeść?
- Jedz, jedz. Wzmocnisz się – odparł Eneko. Barmanka podała Aparajicie dodatkowo dwie szklanki – jedna z lodem, druga z – jak zakładał – alkoholem. Aparajita bez zbędnej zwłoki wypiła zawartość i wypuściła powietrze.
- Jeszcze raz! Właśnie tego mi było trzeba – rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie było zbyt tłoczno, ale nadal duszno. Cicha muzyka w operetkowym stylu pobrzmiewała z głośników. Nad Eneko wisiał obraz w szpetnej, kiczowatej ramce. Obraz przedstawiał kawałek statku w hangarze z załogą obcej rasy pozującą do zdjęcia. Jej uwagę przykuło oznaczenie i stylizowany napis pod nim, które mieściły się przy dziobie galaktycznego statku. Widząc zawieszenie Aparajity, Eneko postanowił sprawdzić, w czym rzecz.
- O co chodzi? – zapytał podejrzliwie.
- Nie, nic… - przystąpiła do konsumpcji.
"Wszyscy muszą być podobni jeden do drugiego. Każdy człowiek wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachu i porównywać się z nimi" ~ 451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

ODPOWIEDZ