Drodzy Literkowicze!

Trwa głosowanie na PROZĘ MAJA! Zapraszamy do udziału w ankiecie.

Nie mów hop przed zachodem słońca

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
MononokeGirl
Posty: 209
Rejestracja: 07 stycznia 2017, 17:46
Lokalizacja: Światełko w ciemnościach
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: MononokeGirl » 03 czerwca 2018, 18:33

KLUB "CZERWONA ROZPUSTA"

Do gabinetu BaBy wpadało migające stroboskowe światło. Poważna twarz Ras'era de Kel Hatak raz pokryta była czerwienią i wyglądał, jakby umazał się we krwi, a raz upiorną niebieską poświatą, co nadawało mu wyglądu wygłodniałego ducha. Żądnego zemsty i śmierci. Od momentu, gdy spotkali się pierwszy raz miał typową gębę bandyty, który nie marzy o niczym innym jak o podcięciu komuś gardła - to teraz było gorzej. Nie po to BaBa zainwestowała w najlepsze translatory obsługujące opcję mimiki, gestów, tonów i akcentów, aby teraz ominąć taki drobny, ale ważny szczegół. Lud Ketesh był jej stałym zleceniodawcą - lubili dobrą broń, a jeszcze bardziej sprawdzone informacje. Kiedy dowiedziała się, że Ras'er przybył na stację w poszukiwaniu Pradawnego, a zaraz potem jej ludzie zakomunikowali jej, że jednego dorwali - sądziła, że to nie może być pomyłka i zbieg okoliczności. Zapomniała o ostrożności i się głupio pośpieszyła.
Odpaliła interkom, aby połączył ją z jej asystentem... asystentką... Hermafrodytą zajmującym się asystowaniem z rasy Hermio.
- Billao?
- Tak, madame? - odezwało się Billao cienkim, chłopięcym głosikiem.
- Chce wiedzieć, kto zajmował się tym Pradawnym. Imiona i logi z kamer. Na wczoraj - powiedziała, a jej głos z translatora automatycznie zmienił się z kuszącego, seksownego Lady 8 na Bussiness Woman 3. Jak w obsługę wchodził BW 3 to nie było bata, żeby komuś się nie oberwało.
- Tak jest! - pisnęło przerażone Hermio.
Interkom zasyczał, rozłączając połączenie, a BaBa złożyła przed sobą swoje pnącza i skierowała się w kierunku Ras'era. Wpatrywał się w nią z intensywnością i... radością? Jego oczy iskrzyły się, odsłonił zęby w triumfującym uśmiechu. I nie, podpowiadał translator, nie patrzył się na BaBę, a na to co znajdowało się za nią. Veganka natychmiast skupiła się na kamerze numer 2, która obejmowała w 90 stopniach to co znajdowało się za jej "plecami".
Patrzył na ekran wiadomości. BaBa lubiła wiedzieć. Najlepiej wiedzieć wszystko - to co było na stacji, poza stacją, wszędzie we wszechświecie, bo informacje były czasami cenniejsze niż złoto, diamenty czy samo ochrynium. Ściana za jej plecami pokryta była ekranami, na których leciały wszystkie dostępne programy z wiadomościami. Na kanale 5 leciały akurat Wiadomości Codzienne z tą idiotką Amy Bass, ale cóż - gdyby nie to to nie nadawałaby z takiej zapadłej dziury jak ta stacja. Jednak BaBa wątpiła, by to widok spikerki tak wstrząsnął Keteshem. Bass relacjonowała jakieś zamieszanie na Placu Czerwonego Karła. Nagranie z kamery ulicznej w słabej jakości pokazywało Ozjankę, która latała wahadłowo przed jakąś białowłosą dziewczyną, a dookoła nich trwało isntne pandemonium - stragany bez zupełnie żadnego powodu nagle wywracały się, jakby uderzone huraganowym wiatrem.
-... Świadkowie twierdzą, że we wszytko była zamieszana owadoidalna istota, która ogłuszyła ludzi w pobliżu...
Co za czasy, żeby w wiadomościach informacyjnych puszczano fake news'y w telewizji publicznej! Gdyby nagranie pokazano jakiemukolwiek ksenologowi... a nie, wróć... co szacowany profesor z tytułem ksenologii miałby robić w takim pipidówku? Ale każdy restaurator z pięciogwiazdkowej restauracji poznałby Ozjańską robotnicę, bo ich jaja na czarnym rynku osiagały kosmiczne ceny. Rarytas klasy SS. Na planetach Sojuszu zakazany prawnie, u tych z Kompani Handlowej nie. Jednak gdyby to wszystko wiedzieli w Wiadomościach Codziennych to nie potrzebowaliby byle restauratora, żeby im to wytłumaczył. I znowu wszystko sprowadzało się do wiedzy i jej braku. Ozjanka mogła ogłuszyć tych kosmitów, ale na pewno nie dokonała takich zniszczeń, a to oznaczało...
- Madame BaBo, dziękuję za wszystko. Twoje usługi okazały się nad wyraz przydatne - powiedział Ketesh, wstając ze swojego miejsca.
- Zawsze chętnie współpracuję z Kas'iusem - odparła, mając już pnącze na przycisku interkomu. Nacisnęła go ledwo Ras'er przestąpił próg i zatrzasnęły się za nim drzwi.
- Już wysyłam logi z kamer! Posłałem też Doblety po Salkidów! Idzie sam Podkuti, ma znaleźć kogo trzeba! - zapiszczało Billao.
- Zapomnij o tym! Skoro nie ma Podkutiego to wyślij resztę... każdego, kogo tylko się da... na Plac Czerwonego Karła i do Spadającej Gwiazdy! Wysyłam ci film. Mają dorwać tą białowłosą. Najlepiej po cichu. Tak, żeby tego nie pokazywali potem w cholernych Wiadomościach Codziennych! - piekliła się głosem Bussiness Woman 3, a Billao modlił się, żeby nie zeszła na BW2.
-Dostałem, już wysyłam dalej! - odpowiedział hermafrodyta. Słyszała jak w tle stukają klawisze klawiatury. Brzmiały jak ten staromodny karabin maszynowy.
- I przyprowadźcie mi Moę! Tą z Spadającej! Jak się da to po dobroci, ale tak naprawdę to potrzebna mi jest tylko przytomna i mówiąca.
- Tak jest!
W tej samej chwili na prywatnym ekranie BaBy pojawiła się wiadomość z logami z bazy Salkidów przy dokach. Odruchowo odtworzyła nagranie. Twarz, którą zobaczyła na ekranie i charakterystyczny kapelusz sprawiły, że natychmiast nacisnęła znowu interkom.
- Tak?!
- Wszyscy Salkidzi do kwasu! W próżnię! Mają zdechnąć w mękach! Bezużyteczne graty! Podwójnie się dzisiaj przez nich ośmieszyłam!
- Tak jest!
"W co ty kurwa Logaire pogrywasz?" BaBa zapytała w myślach postać Suocanina z ekranu.

GRILLBAR SPADAJĄCA GWIAZDA

TRANSAKCJA ODRZUCONA
UWAGA! TO NIE JEST RACHUNEK
Terminal po tym jak Ziemienin przeciągnął nad nim ręką z chipem wyświetlił komunikat na czerwono i zapiszczał cicho. Moa posłała człowiekowi długie spojrzenie.
- Przykro mi, ale mam odmowę... - powiedziała, a w jej głosie wcale nie było słychać, aby to była prawda. Raczej pobrzmiewały w nim groźne nutki, a to był wyczyn przy tak przymilnym głosiku jak Lady 15.
- Ach - "łysa małpa" westchnął i przeczesał dłonią siano, które miał na głowie. Jego wzrok uciekał ciągle do siedzących przy barze białowłosej dziewczyny i jej towarzysza, tak jakby bał się stracić ich z oka. Dwójka ludzi. Możliwe, że stanowili bilet do jego powrotu do domu. Rozmarzył się trochę, ale niestety barmanka przypomniała mu o swoim istnieniu chrząknięciem. Moa nie wiedziała, czego Straceniec mógłby chcieć od Terentowicza, ale nie wróżyła tej znajomości dobrze. Siergiey zwany Sangiem był częstym gościem Spadającej. Zjawiał się w barze, gdy tylko na stacji działo się coś złego i w dodatku nic nie zamawiał. Wątpiła by Straceniec go znał od tej strony. Tymczasem Ziemianin podniósł jeden pale i z mądrą miną oznajmił: - Momencik. Już. - W tym czasie ze swojego plecaka wyciągnął tablet i zalogował się jakimś strasznie skomplikowanym ciągiem cyfr. - Macie hasło do WIFI? A zresztą nieważne... Już ogarnąłem. Hasło 12345. Serio?
Zaczął odpalać programy i setkę okien na raz. Jedno z nich było z wiadomościami, ale nie z Kanału 5. Jęknął cierpiętniczo na widok informacji tam zamieszczonych, ale Milcząca Obecność nie zdążyła podejrzeć, o co w tym chodziło, bo zbyt szybko przeleciał po nim wzrokiem i zamknął. To co zadziało się później wyglądało jak scena z filmu o hakerach. Dla Moi prawdziwa magia, bo ona wszelkie urządzenia komputerowe traktowała zawsze z dozą nieufności. Patrzyła na niego z podziwem. Poklikał, poklikał i...
- Jeszcze raz - zakomunikował nagle, ale zamiast spojrzeć na Ozjankę - zerknął przez ramię na białowłosą parę. Siergiey rozmawiał z Florem, a dziewczyna oglądała wiadomości, w których puścili na chwilę filmik z nią i Moą. Tarantowicz zauważył ich obecność na nagraniu, więc zagadał o to do nowej znajomej.
- Wzięli mnie za martwego i zamknęli mi dostęp do konta - tymczasem Polak wyjaśnił Ozjance nonszalancko, ale nijak nie rozjaśniło to dla niej sprawy.
Moa ponownie wprowadziła odpowiednią kwotę na terminalu.
- Co to jest?! - oburzył się i wskazał na sumę wyświetlającą się na urządzeniu płatniczym.
- Koszt menu 3 wraz z częścią odszkodowania za szkody wyrządzone przez twoich znajomych...
- Moich znaj... Co? Ja nie znam żadnego z nich! Posłuchaj... - Chciał jej coś wyjaśnić, ale chyba nie bardzo potrafił znaleźć odpowiednie słowa. Kiwał głową raz przecząco, raz przytakująco, burczał coś pod nosem. W końcu usiadł na stołku barowym i walnął głową o blat. - Ja tylko chce odzyskać mojego wombata! I wrócić na Ziemię... - jęknął.
Milczaca Obecność akurat to potrafiła zrozumieć. Nawet trochę było jej go żal. Ona też marzyła o powrocie na Oza. Teraz układało jej się na stacji jako tako, ale czasami jeszcze łapały ją lekkie napady lęku i samotności. Czuła się jak więzień zamknięty wśród potworów, które nie rozumiały tego co myśli, czuje i mówi. Które zachowywały się barbarzyńsko i całkiem irracjonalnie.
- Awaryjne lądowanie zostawiło cię bez środków, co? - spytała, ale uniósł tylko na nią wściekłe spojrzenie tak jakby to ona stała za wszystkimi nieszczęściami, które go ostatnio spotykały. Przywołała wspomnienie sympatii, którą czuła do niego zaledwie sekundę wcześniej, a które zostało natychmiast zabite przez jego wrogą minę. - To ty posłuchaj łysa małpo... - zaczęła stanowczo: - ...możemy zrobić inaczej. Zapłacisz tylko za menu 3 i piwo. Pomożesz mi posprzątać ten pył... - Straceniec skrzywił się niezadowolony. - A potem albo odpracujesz na zmywaku, albo usiądziesz do komputera na zapleczu i ogarniesz mi program rachunkowy, co? Właściciel średnio dbał o księgowość wcześniej. Ten, którego używam teraz do niczego się nie nadaje i tak naprawdę wszystko prowadzę ręcznie w tabelkach. Wybór należy od cie...
- Dawaj ten komputer. Takiego programu jeszcze ta stacja nie widziała! - wszedł jej w słowo. Wydawało jej się, że gdy teraz wstał to urósł o kilka centymetrów. - Ale chcę, aby Stella była ze mną - powiedział, patrząc tęsknie na swojego pasożyta, który spał sobie smacznie w kołysce z dwóch dolnych rąk Ozjanki.
- Nie będzie ci potrzebna do sprzątania, a w biurze możecie siedzieć razem. To jak? Zgadzasz się? - zapytała, a on przytaknął niezbyt entuzjastycznie. Zostawiła go na chwilę, wróciła z zaplecza bez wombata, ale za to z małym odkurzaczem i workiem. - To powodzenia - powiedziała, wręczając mu oba przedmioty. W zamian odebrała od niego jego bagaże i schowała w szatni na tyłach.
Wreszcie miała chwilę oddechu, ale nie mogła spocząć. Zbyt wiele rzeczy czekało na zrobienie. Po pierwsze zająć się niepłacącym klientem - odhaczone. Po drugie - sprawdzić dokumentację dla ubezpieczyciela. Po trzecie kontrolować pracę Bashki, którą Szefu wezwał do pomocy Florowi, gdy Moa opuściła bar. Od czasu do czasu im pomagała, pracując na zlecenie, ale Ozjanka nigdy się do niej nie przekonała. Za często goście skarżyli się na rude włosy w napojach i jedzeniu. Po czwarte... Wyliczała sobie w myślach Moa, gdy nagle usłyszała rzężenie i strzał. Odwróciła się wystraszona, a przez jej gwałtowny ruch - białowłosa dziewczyna wzdrygnęła się gwałtownie, prawie spadając z krzesła i w całym barze zaczęły drżeć szklane naczynia.
- O. C'est bien, Aria. A potrafiłabyś w ten sposób wymasować plecy? - zagadnął Siergiey z zaciekawioną miną. Gdyby Moa była tą Arią to uciekałaby od niego jak najdalej. Patrzył na nią głodnym wzrokiem, jakby miał ochotę ją ugryźć. Ozjanka zastygła w bezruchu, jednocześnie przeczesując salę w poszukiwaniu źródłą tamtego dźwięku.
- Nigdy nie próbowałam. To mogłoby być niebezpieczne... - odpowiedziała Aria Tarantowiczowi. Siedziała spięta na swoim krześle, obiema dłońmi kurczowo trzymając się siedzenia. Wzrok miała wlepiony w Milczącą Obecność, jakby spodziewała się, że Ozjanka nagle rzuci się na nią i odgryzie jej głowę. Na szczęście wyglądało na to, że znacznie lepiej radziła sobie z kontrolą, bo drżenie niemal całkiem ustało. Moa odważyła się odetchnąć z ulgą.
- Wiesz, zawsze warto próbować nowych doświadczeń - Sang kontynuował swój marny podryw i podsunął Arii szklankę z alkoholem. - A najważniejsze to się rozluźnić, devushka - dodał. Zademostrował to opierajac się łokciem na blacie i wyciągając przed siebie wygodnie długie nogi.
- Łatwo mówić - odparła cicho, ale odwróciła wzrok od owadoidki i posłusznie sięgnęła po szklankę. Pociągnęła spory łyk na raz i odstawiła naczynie z trzaskiem. Uparcie i z wielkim wysiłkiem nie patrzyła w stronę Ozjanki. Wyglądało na to, że najgorsze już minęło.
W tym samym czasie barmanka znalazła pochodzenie wcześniejszego hałasu. Polak udowodnił, że niemożliwe stało się możliwe. Zatkał w jakiś sposób odkurzacz, zdołał przełączyć go z wciągania na wydmuchiwanie, odłupał przez przypadek duży kawałek ściany, a potem sprawił, że urządzenie się przegrzało i zapaliło. I to wszystko w ciągu kilku sekund, gdy spuściła go tylko z oczu. Moa szybko wyciągnęła zza lady małą gaśnicę i ugasiła zarzewie pożaru.
- Czy ten sprzęt miał atest? - zapytał łysa małpa, a ona miała ochotę go zadusić. Stał jak uosobienie samych nieszczęść z rękami spuszczonymi po bokach. Nawet nie próbował jej pomagać, mimo że to przecież on zawinił. Właśnie, dlatego Moa nie lubiła oddawać jakichkolwiek zadań innym. Nawet najprostsze potrafili spartolić. Już maleńkie larwy na Ozie radziły sobie z takimi łatwymi czynnościami, na łaskę Nadkrólowej! Ziemianin musiał wyczytać to z jej oczu, bo wzruszył ramionami i dodał mentorskim tonem: - Tak to jest jak się zleca pracownikom zadania, do których nie zostali przeszkoleni.
- Z oddychania też musiałeś dostać szkolenie jak się urodziłeś? - zapytała poirytowana, a on się skrzywił. - Oddaj to. Jazda na zmywak. Prostsza praca chyba nie istnieje - powiedziała, wskazując mu nowe stanowisko.
Po siedemnastej zbitej szklance w ciągu dziesięciu minut kazała mu spieprzać do biura i jej więcej nie wkurwiać. Spełnił tą prośbę więcej, niż szczęśliwy.
Moa wciągnęła powietrze, wypuściła ze świstem i wróciła do swojej listy. Po pierwsze zająć się niepłacącym klientem - odhaczone. Po drugie - sprawdzić dokumentację dla ubezpieczyciela. Po trzecie kontrolować pracę Bashki. Po czwarte... Moa znowu nie dokończyła wyliczanki, bo akurat ze swoich miejsc wstali dwaj rośli Elefanci. Okazało się, że w samym rogu pokoju pomiędzy ścianami a palmą w doniczce siedzi tamta dwójka - Suoca i ziemski niedorostek. Dwójka, która wpadła do baru i od nich zaczęły się kłopoty. Przez nich Doblety zdezintegrowały jej duży kawał ściany - nie, żeby Spadającej nie przydał się remont, ale Moa wolała planować tego typu wydatki z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Już miała do nich iść i wyegzekwować płatność za szkody, ale zobaczyła, że przy ich stoliku siedzi również starsza kobieta i Ozjanka straciła pewność, czy aby na pewno te same osoby. Przykazała szeptem Florowi, aby ich obserwował, a sama poszła do biura.
Łysa małpa szalał. Po wytężonej minie człowieka owadoidka poznawała, że nie ma zielonego pojęcia o tym jak działało używane w barze oprogramowanie, co wcale nie przeszkadzało mu w waleniu w klawiaturę z szybkością stu uderzeń na sekundę. Wyglądał na tym faktem sfrustrowanego, więc jednocześnie zajmował się mizianiem gołą stopą wombata leżącego pod blatem, aby nieco się odprężyć.
- Posuń się na chwilę - rozkazała mu Moa i sama pochyliła się nad monitorem. Nieporadnie chwyciła za myszkę i powolutku nakierowała ją na odpowiednie okienko. Minutę przyglądała się otwartemu programowi zarządzania kamerami, zanim znalazła odpowiedni przycisk. Wybrała interesującą ją kamerę i zaczęła przewijać nagranie z niej. Godzina, druga, aż dotarła do wydarzeń z Suocaninem, chłopaczkiem i Dobletami. - Gdzieś tu się robiło tak... Jak to... - mruczała, próbując znaleźć opcję powiększania obrazu.
- Tu kliknij - podpowiedział jej zniecierpliwiony Ziemianin, który zdążył rozgryźć działanie tego programu, zaledwie przyglądajac się, co robi Ozjanka.
- O, działa - ucieszyła się.
Na nagraniu niestety nie widać było twarzy, ale to wcale nie było jej potrzebne. Peleryna, w którą ubrany był Suoca i pomarańczowy kombinezon z odblaskami człowieka były identyczne jak u gości baru. Innych dowodów Moa nie potrzebowała. Sekundę ważyła za i przeciw, zanim podniosła słuchawkę komu i wybrała numer do Hermio asystującego BaBie. Nie wiedziała, czy tamta trójka będzie wypłacalna. Veganka była na pewno i dobrze płaciła za istotne informacje.
Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię – niemożliwe, dla nieśmiałych – nieznane, dla myślących i walczących – ideał.
Victor Hugo :heart2:

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1784
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Kruffachi » 06 czerwca 2018, 19:03

Nieco wcześniej

Salkidzi są przesądni, myślę sobie, próbując przyjąć jakąś znośną pozycję na twardym krzesełku, na którym usadził mnie pan Ras'er, ale to pan Logaire jest zbyt pewny siebie.
Nie wiem, trudno mi ocenić, czy naprawdę wierzył w powodzenie swojego planu, czy tylko wciskał mi pakuły, żebym za nim szedł i robił, co mi każe. To zresztą bez znaczenia, bo i tak bym robił – nie miałem przecież wyjścia.
To znaczy, nie tak całkiem bez znaczenia, bo zdaje się, ze jestem na niego skazany na nieco dłużej. No, z tajemnic to ja się mu raczej zwierzać nie powinienem...
Nie lubię mieć tajemnic. Są głupie i niepotrzebne. Moje siostry miały wiecznie jakieś tajemnice. Tata i babcia mieli tajemnice.
Kiedy nas rozdzielili – najpierw z panią Aparajitą, a potem mnie i pana Logaire – pomyślałem o ucieczce, to oczywiste. Gdybym tylko zdołał się wywinąć, zwiałbym do kanałów wentylacyjnych i nikt by mnie nie sięgnął. Znam je dobrze, wiem, gdzie się ukryć. Mógłbym odpocząć, mógłbym pomyśleć, może miałbym chwilę na poukładanie sobie tych wszystkich niezrozumiałych rzeczy. Ale właśnie, najpierw musiałbym się wywinąć, co ma małe szanse powodzenia. Więc dalej robię, co mi każą, a każą mi właśnie siedzieć na stołku. To zdecydowanie nie jest najgorsza z opcji.
Najpierw oglądali mnie ze wszystkich stron, sprawdzili nawet zęby, zmierzyli, a teraz chcą pobrać krew.
– Zaboli – ostrzega pan Ras'er.
Kiwam głową i na wszelki wypadek zaciskam szczęki, kiedy przykłada jakieś niewielkie urządzenie do ramienia, ale wcale nie boli tak bardzo. Właściwie to wcale.
Mała skrzynka pika, a potem pika jeszcze raz i pan Ras'er chwilę przygląda się jej ze zmarszczonymi brwiami. Potem uśmiecha się krzywo – o ile to jest uśmiech, bo nie jestem pewien. Odkłada przedmiot na jakiś kanister i odwraca się do mnie.
– Obaj wiemy, co zobaczyłem, prawda? – mówi tonem niby rozbawionym, ale słyszę wyraźnie, że głos drży mu ze złości. Z tym "obaj wiemy" to przesadził, ale przecież się domyślam, że po prostu oblałem test na Pradawnego. – Długo się znacie z Pieczarą?
– Co...? – wymyka mi się, zanim zdążę pokojarzyć fakty.
– Z Suocą.
Nie wiem, w co gramy, nie wiem, który z nich jest moim nieprzyjacielem bardziej. Nie wiem więc, czy z kłamstwa cokolwiek mi przyjdzie, choć pewnie z mówienia prawdy też nie za dużo.
Na Tantalosie się nie okłamywaliśmy. Tam przez kłamstwo mógł zginąć ktoś niewinny. Niewinny to znaczy taki, który po prostu wykonywał swoją pracę i nie chciał więcej, niż mu się należało.
Jak babcię kocham, tu chyba nie ma takich ludzi.
– Nie, właściwie to od kilku godzin – przyznaję ostatecznie.
Słyszę niezadowolone cmoknięcie.
– Szkoda.
Nie wiem, co chodziło po głowie temu mężczyźnie i chyba nie chcę wiedzieć. W każdym razie – cieszę się, że z tego zrezygnował. Odwraca się do mnie plecami, znów bierze do ręki skrzyneczkę i przez chwilę jeszcze patrzy na wynik.
– Ale nie chciałbyś, żeby stało się mu coś złego, prawda, szczurku? – Zerka na mnie kątem oka.
– Wolałbym... – Mam tak sucho w ustach. – Wolałbym, żeby nikomu nic się nie działo.
– No, to będzie trudne, bo twoja Pieczara mocno podpadła BaBie. Kiedy pokażę to – pan Ra'ser macha urządzeniem niedbale – odpowiednim ludziom, ludzie ci bardzo, ale to bardzo się wkurwią. I dobrze, bo sam też jestem wkurwiony, więc chętnie obejrzę efekty.
Przygryzam wargę. Wygląda na to, że pan Logaire ma talent do ściągania na siebie kłopotów, ale w sumie się nie dziwię. Nie da się ukryć, że sam je prowokuje i jeśli całe jego dotychczasowe życie upływało w takim tempie jak te parę ostatnich godzin, to zastanawiam się, jakim cudem jeszcze w ogóle żyje. Na Tantalosie już dawno sprawę załatwiłby Dozorca, a jeśli nie Dozorca, to strażnicy z paralizatorami.
– Do ciężkiej kurwy, czekam, aż zapytasz, co możesz w tej sprawie zrobić – niecierpliwi się Ras'er.
Mrugam ciężko.
– Ja...?
Mężczyzna przewraca oczami.
– A już zaczynałem wierzyć, że jesteś bystrym szczurkiem – mówi. Podchodzi bliżej i kuca przede mną. Teraz patrzy mi w oczy z dołu i mogę lepiej przyjrzeć się jego szerokiemu czołu przeciętemu blizną i wydatnym brwiom. – Posłuchaj mnie uważnie. Pieczara mocno sobie nagrzebał, a ty z nim. Obaj wiemy, że prawdopodobnie nie masz bladego pojęcia, z kim zadarłeś i dlaczego, ale twój kumpel ciągnął cię w to po same uszy. Wiesz, co byłoby, gdyby transakcja doszła do skutku i gdyby BaBa dopiero potem odkryła, że jesteś nędzną podróbką? – Zanim zdążę odpowiedzieć, pan Ras'er przeciąga palcem po gardle. – To w optymistycznej wersji. W mniej optymistycznej trafiłbyś na któreś piętro Czerwonej Rozpusty jako opcja dla bardzo zdesperowanych albo bardzo zboczonych.
Nie muszę rozumieć wszystkiego, żeby wiedzieć, jak źle to brzmi.
– Podsumowując, Pieczara grała bardzo ostro – mówi dalej Ras'er. – Ale ja nie jestem ani pierdolonym Dobletem, ani Do-Harrinem, żeby myśleć tylko połową mózgu. Nie muszę dostać nagrody od razu, co daje wam obu szansę, o ile dobijesz ze mną pewnego targu.
Przełykam ślinę, kiedy wstaje i łapie mnie za ramię.
– ST-89, prawda? – unosi brew.
Przełykam ślinę ponownie.
– Wnoszę, że w twoim wypadku w ustawieniach dozorcy, ale ten wszczep łatwo przerobić, jeśli się wie jak, a ja wiem. Z tym spojrzeniem szczeniaka nikt nie będzie cię podejrzewał.
– Co pan... – nie kończę, słowa grzęzną w jęku, kiedy palce pana Ras'era zaciskają się na mojej ręce z siłą maszyny. Druga dłoń chwyta mnie za głowę. Jeden zły ruch i będę miał skręcony kark.
– Robisz to, żeby nikomu nie stała się krzywda – przypomina. – Ty jesteś podróbą, ale ja ścigam potomków Pradawnych nie od wczoraj. Wiem, że jakiś tu jest, widziałem ślady. Znajdziesz go i przyprowadzisz, a ja daruję życie Pieczarce, tobie, nieszczęsnej babci i wszystkim, którzy przypadkiem będą w pobliżu.
Odruchowo próbuję się wyrwać, ale mężczyzna trzyma za mocno. Nacina skórę, żeby dostać się do panelu, którego nie wolno nam było tykać pod groźbą śmierci, i wprowadza tam cienką jak nić sondę.
– Od teraz wiem, gdzie jesteś i co robisz. Słyszę, co mówisz, więc bez numerów. – Przymyka oczy na ułamek sekundy i uśmiecha się drapieżnie. – Serce ci wali jak przerażonemu gryzoniowi, szczurku. Ostrzegam, że zejście na zawał nie uratuje nikogo. Więc dwa głębokie wdechy i słuchaj uważnie. Powiem ci, na co zwracać uwagę i kogo masz mi przyprowadzić.

Teraz

Pożar, który chudy pan wywołał maszyną do sprzątania, na szczęście szybko udało się ugasić i nic tym razem nie wybuchło. Potem zniknął na zapleczu i nadal nic nie wybucha, więc uznaję, że jest dobrze.
No, prawie.
Wcale nie chcę o niej myśleć, wolałbym myśleć tylko o placku Powęgiersku, kimkolwiek był Powięgiersku. Ale jakoś tak, kiedy udaje mi się na moment zapomnieć o tym, gdzie jestem i w jak potworne kłopoty się wpakowałem, zawsze w końcu łapię się na tym, że znowu odtwarzam w głowie tamtą scenę. Znowu widzę nieznajomą dziewczynę w pyle i wśród śmieci z rozwalonych straganów, taką inną, taką niepasującą do tego obrazka.
Miała białe włosy (ona i ten mężczyzna, który wchodził do baru, gdzie właśnie siedzimy) i teraz wiem, że to oznacza kłopoty tak dla mnie, jak i dla niej. Ale to tylko jedna rzecz z listy, jaką wymienił pan Ras'er, uspokajam się. Tylko jedna. Wcale nie najbardziej znacząca. To na pewno pomyłka, jakiś przypadek. U nas wszyscy mieli włosy w podobnym kolorze, ale tutaj widzę ich mnóstwo. Więc może biały wcale nie jest taki rzadki? Pani Aparajita ma białe pasma i wiem, że to ze starości, bo babcia też ma. A jak się niektórym takie włosy robią od dziecka.
Muszę przestać o niej myśleć.
Przecież ja niczego o niej nie wiem! Prócz tego, że na pewno nie jest z Tantalosa, bo wszystkie dziewczyny wyglądały tam tak samo w kombinezonach i obciętych krótko włosach w tym samym burym kolorze, co moje. Jedne były ładniejsze, inne brzydsze, z każdą dało się pogadać o rurach. Z nią pewnie o rurach bym nie pogadał. Ale... Ale wcale bym nie musiał. Nie musiałbym niczego mówić. Mógłbym tylko siedzieć i słuchać. Albo patrzeć.
Prycham zły na siebie i pakuję sobie kawałek placka Powęgiersku do ust, żeby wyrzucić obraz nieznajomej z głowy. To nie jest w porządku. Pewnie nawet nie ma pojęcia, że jakiś knypek ją wypatrzył i teraz ciągle o niej myśli. Pewnie uznałaby mnie za natrętnego idiotę. Uciekłaby albo wyśmiała.
To nie jest tak, że do końca nie wiem, co jest grane, bo nie jestem już małym chłopcem. Tata wziął mnie na stronę jakieś dwa lata temu i wytłumaczył co i jak, dlaczego czasem dzieją się dziwne rzeczy. Jednocześnie obiecał lanie, jeśli coś odwalę i będę zbyt ciekawski. Ale to nigdy nie działało w taki sposób. Nigdy nie dotyczyło jednej osoby i nigdy nie było mi z tego powodu aż tak wstyd.
– W dawnych czasach w prymitywnych społecznościach nie było losowania żon – opowiadał mi ojciec. – Kobiety i mężczyźni łączyli się w pary wedle własnego uznania, a potem wynikały z tego same problemy. Walczyli między sobą, zdradzali się, rozstawali. Tak działają popędy, synu. Losowanie trzyma nas z dala od tych pułapek, ale niestety, nasze organizmy muszą się zmagać pozostałościami po starych czasach, kiedy samce w niekontrolowany sposób zapładniały samice. Nauczysz się, a jeśli nie, strażnicy dadzą ci tabletki i nie założysz rodziny, ale będziesz miał spokój.
Pan Piecza... Logaire i pani Aparajita rozmawiają nad moją głową o interesach, a ja przeżuwam jedzenie, którego jest zdecydowanie za dużo, jest za tłuste i zbyt słone. Co nie zmienia faktu, że jestem już bardzo głodny i nie powinienem kręcić nosem.
Przynajmniej wreszcie mam pełną buzię i nie paplam już jak najęty, sypiąc głupimi pytaniami. To chyba z nerwów.
Powinienem im powiedzieć o Dozorcy? Tylko jak, żeby pan Ras'er się nie dowiedział, skoro mnie słyszy? Powinienem w ogóle to rozważać? Jeśli coś zepsuję, to za to zapłacą. Wszyscy zapłacimy. Ale nie mam pojęcia, czy chcieliby pomóc i co by zrobili, gdyby się dowiedzieli. Najprościej pewnie mnie zabić, wrzucić do zsypu na śmieci i uciec, a ja jednak wolałbym się z tego jakoś wyplątać. Tymczasem chyba nie powinienem się spodziewać skrupułów po dwójce wojowników, którzy ciągle rozmawiają ze sobą półsłówkami, wymieniają znaczące spojrzenia i z całą pewnością prowadzą jakąś grę pozorów.
A może powinienem opowiedzieć o wszystkim pani porucznik Okafor? To mógłby nie być taki głupi pomysł, gdybym oczywiście znalazł sposób na to, żeby nikt tej rozmowy nie podsłuchiwał.
Może znajdę inne rozwiązanie. Może teraz jestem po prostu zbyt zdenerwowany.
Próbuję się nie rozglądać, a jeśli już, to patrzeć tylko na nich, to znaczy na panią Aparajitę i pana Logaire. Na wszelki wypadek. Gdyby miał mi wpaść w oko ktoś, kto odpowiadałby wytycznym pana Ras'era. Jest tu trochę istot, nie jakoś bardzo dużo, ale wszystko brzęczy od ich głosów, trzeszczą translatory i boję się na kogoś natknąć. Szczęśliwie ani porośnięta rudym włosiem barmanka, ani właścicielka klubu – taka kolorowa, ze skrzydłami, bardzo ładna – zupełnie nie odpowiadają rysopisowi. Trzeci obcy, którego ta pani ze skrzydłami trzyma w łapkach, też raczej się nie nadaje. To taka futrzasta kulka i chyba śpi.
Pani Aparajita kończy pogawędkę z Piecza… panem Logaire, wychyla kolejnego drinka, wyciąga nogi pod stołem i składa dłonie na brzuchu. Wygląda, jakby wreszcie przestało ją trochę boleć. Zastanawiam się, czy to jest ten moment, w którym mówię, że właściwie to zmyłbym z siebie ten cały sos.
Nie, jednak nie.
Zamieram z kolejnym kęsem nadzianym na widelec, kiedy drzwi do baru otwierają się i wchodzi przez nie jakaś grupa. Kolorowa właścicielka baru zmierza do nich i pewnie przestałbym się nimi interesować, gdyby nie to, że jeden z nich wykonuje gest w okolicach głowy, jakby rysował wokół niej kapelusz.
Niech to szlam...!
– Panie Logaire...? – chrypię, przerywając mu jakiś wywód. – Panie Logaire! – powtarzam głośniej, kiedy mnie ignoruje, i wskazuję głową wejście.
W tym samym niemal momencie pani z kolorowymi skrzydłami wskazuje nasz stolik.
Proszę, żadnych więcej wybuchów!
Nie zastanawiam się. Po prostu zdzieram z siebie tę jaskrawą kurtkę, zostawiam ją na oparciu i nim ktokolwiek zdąży mnie zatrzymać, nurkuję między krzesła. Wiem, że pan Logaire pomyśli, że jestem tchórzem i uciekam na widok kłopotów, ale to nie tak. Jeśli mnie złapią, nie będę mógł szukać Pradawnego, a wtedy i jego, i panią Aparajitę dorwie Ras'er. To tylko dlatego.
Słyszę zamieszanie za swoimi plecami, ale nie odwracam się. Nie mam czasu, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Pełznę między stolikami i krzesłami, ostrożnie, by nikogo nie zaalarmować, choć to powoli i tak bez znaczenia, bo zamieszanie zaczyna się wzmagać. Cal po calu, byle dalej, byle nie dać się złapać... Serce mi wali, pot spływa po ciele i wbrew rozsądkowi czuję się jak zdrajca. A przecież nawet gdyby to było tak, że ratuję tylko siebie, to nie miałbym prawa się tak czuć. To miało być tylko proste zadanie, tylko połazić po placu i odciągnąć uwagę. Tymczasem nie tylko nie dostałem obiecanej zapłaty, ale pan Logaire wciągnął mnie w potworne kłopoty. Nie jestem mu niczego winien.
Nie jestem. Tylko nie chcę, żeby komuś stała się krzywda, nawet jemu.
Tłumię krzyk, kiedy moje palce wchodzą w nagły kontakt z czyimś obcasem.
– Och, pardon!
Jakaś wysoka postać pochyla się nade mną i marszczy brwi, a potem pociąga nosem.
– Niemożliwe! – komentuje. – Doprawiony!
Ledwie to słyszę, bo w głowie mam huk.
Ten mężczyzna ma białe włosy.
Białe... włosy...
Podnoszę się powoli na kolana, ręce drżą mi z przejęcia, a potem jest jeszcze gorzej.
– Proszę, niech pan nie mówi, że tu jestem… To ważne…
Bo obok niego jest ta dziewczyna.
To tylko kolor włosów, powtarzam sobie uparcie, tylko jedna rzecz z listy. Nie mam pewności.
Nie mam pewności, a pan Ras’er powiedział wyraźnie, że każdy fałszywy trop uzna za próbę wymigania się i ktoś za to zapłaci.
Nie, to na pewno nie żaden z nich.
Proszę, niech to nie będzie żaden z nich, a zwłaszcza ona.
To niemożliwe, uspokajam się, pan Ras’er mówił, że potomkowie Pradawnych to groźne potwory.

Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 106
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Nie mów hop przed zachodem słońca

Post autor: Alrune » 09 czerwca 2018, 09:58

Biegł przed siebie niemal w podskokach, ciesząc się jak „Murzyn z blaszki”. Czuł niesamowitą euforię. Nie potrafił powiedzieć, kiedy ostatnio miał do czynienia z Pradawnym, a tym bardziej takim. Oglądając tylko krótki filmik zdążył się zorientować, że będzie niezła zabawa. Tak, Ras’er uwielbiał takie zabawy.
Wyszedł niedaleko Spadającej Gwiazdy. Nie chciał robić zamieszania wśród postronnych osób. Zaciągnie dziewczynę w ustronne miejsce, a potem się zabawi.

- Tsk, tsk. Buahahahaha! – zaśmiał się głośno.

Przysiadł w miejscu, z którego wszystko widział. Po dłuższej chwili do grillbaru weszły Doblety.

- BaBa w co ty pogrywasz, co? Życie ci niemiłe? – uśmiechnął się krzywo. Zastanawiał się w co pogrywa ta miernota. Ta pseudoroślinka z kompleksem niższości.

***

Aria siedziała obok Sanga. Czuła się lekko niepewnie. Miała niejasne przeczucia, że mężczyzna coś kombinuje, ale nie potrafiła powiedzieć co i dlaczego. Ponadto z całych sił starała się nie narobić szkód w barze, mimo że co chwila migała jej gdzieś tam w tle Ozjanka. To nie tak, że Aria nie potrafiła panować nad swoją fobią i zawsze kończyło się to atakiem paniki oraz masą zniszczeń dookoła. Potrafiła powstrzymać się, ale tylko przy pomocy wielkiego wysiłku wkładanego w uspokojenie się, skupieniu na mniej istotnych sprawach. Ot, na przykład na biciu serca albo oddechach. Ewentualnie innych osobach. Z jednej strony dobrze, że nie była w barze sama. Obecność Sanga trochę jej pomagała. Taki „odwracacz uwagi”. Nie skupiała się na Moi i tym, że jest w pobliżu.

Ozjanka ponownie pojawiła się w zasięgu wzroku dziewczyny. A ponieważ zrobiła to zbyt szybko i gwałtownie, szklanki ponownie zadrżały. Jedna, do połowy pełna alkoholu, spadła, rozbijając się z głośnym brzdękiem.

- Trzeba się relaxion. – powiedział, opierając się o oparcie. – Widzisz? Nie narobisz przynajmniej jeszcze więcej szkód.

- Łatwo ci powiedzieć. – odpowiedziała, odwracając głowę od Ozjanki. – Idę o zakład, że nie wychowałeś się w miejscu, w którym najgorszą śmiercią dla ludzi było rozszarpanie przez robaki. Więc co możesz o tym wiedzieć. – uśmiechnęła się smutno, wspominając przeszłość.

Pamiętała, jak osoby stanowiące zagrożenie dla ładu stacji, albo buntujące się w jakikolwiek sposób, lub rodziny ukrywające młodzież tuż przed Ceremonią, były wysyłane do robali. Nie patrzono, że być może ktoś by się przydał z pośród nich na stacji, ewentualnie jego przyszli potomkowie by się przydali. „Zawinili, więc idą do robaków. Stacja da sobie radę bez nich. Znajdzie się ktoś inny na ich miejsce.” – tak mówiono.

Wiedziała też, że tortury, jakim poddawano jej matkę miały za zadanie wyciągnąć Arię z ukrycia. Ketesh już wcześniej mieli podejrzenia co do niej, ale nie mieli dowodów (wbrew powszechnej opinii starali się przestrzegać prawa, które sami narzucili, a ono stanowiło, że osoby poniżej trzynastego roku życia nie mogą być poddawane jakimkolwiek testom i egzaminom, czy mieć pobieraną krew; w ten sposób chciano pokazać Ludowi Ori, że niby nie zniewolili ich tylko uratowali, są jego wybawcami po tragicznej katastrofie). Poza tym na stacji było sporo osób z jasnymi włosami i nie było niczym dziwnym posiadanie też białych, ale one były ekstremalnie rzadkie. W czasie, kiedy tam przebywała, takie włosy jakie miała Aria, posiadały oprócz niej jeszcze dwie osoby, w tym jedna starsza pani. Drugą osobą była jej matka, ale u niej nie wykryto dostatecznie dużo genów Pradawnych, żeby uznać ją za potomka. Ilość była tak szczątkowa, że uznawano ją za zwyczajną osobę. Poza tym jej przetestowany talent był nędzny, niewarty zainteresowania. Dlatego pozostała na stacji, zamiast trafić na którąś z kolonii Ketesh, stając się dla nich wartościową jednostką, ich wojownikiem.
Co do starszej pani – nie miała ciekawego talentu, więc pozostała na stacji. Miano nadzieję, ze jej dzieci albo wnuki będą bardziej interesujące. Nie były. Zwykli ludzie. Talent poniżej przeciętnej.

- Niemożliwe! Doprawiony! – głos obok wyrwał ją z zamyślenia.

Spojrzała na Sanga, a później na chłopaka pod stołem. Wyglądał jak „trzy ćwierci od śmierci”. Chudy, zabiedowany i wystraszony. Patrzył to na nią, to na Sanga. Można by usłyszeć niemal jak chodzą mu trybiki w głowie, jakby się gorączkowo nad czymś zastanawiał. Powoli podniósł się z kolan, ciągle drżał, jakby z zimna. Aria jednak zorientowała się, że nie jest to drżenie z wychłodzenia. Chłopak był ewidentnie wystraszony.

- Proszę, niech pan nie mówi, że tu jestem… To ważne! – spojrzał z oczami zbitego psa na Sanga. Spoglądnął na Arię na ułamek sekundy, po czym odwrócił głowę jakby speszony albo zdenerwowany.

- Nic ci nie zrobi, prawda? – zapytała, opierając się na łokciu. Siergiey spojrzał dziwnie na Arię. – No przecież chyba go nie pogryziesz? - zapytała przypominając sobie, jak przez ułamek sekundy błysnęły jej przed oczami jego zęby.

- To się okażę. – powiedział poważnie. Zastanawiała się, czy by go pogryzł albo ewentualnie nie gryzł, tylko miotnął o ścianę. Tyle o ile zdążyła go poznać, to wiedziała, że Siergiey jest dosłowny. Jeśli mówił, że coś zrobi to, to na pewno wykona. Skoro rozważa jakąś opcje to istnieje spora szansa, że z niej skorzysta.

- Ja szybko zniknę, tylko niech pan nie mówi, że tu jestem. Proszę. – chudzinka lekko panikował.

Aria spojrzała na Doblety. Jeden z nich rozmawiał przez radio z kimś, a następnie rozejrzał się po barze. Jego wzrok spoczął na Arii i Siergieyu. Dziwnie się uśmiechnął i popatatał w ich kierunku. Chudy chłopak bardziej skulił się pod stołem, tak, że nie było go prawie widać.

- Ty! – wskazał na mężczyznę i dziewczynę. Aria lekko się spięła. Skupiła się na tym, aby nie zdradzić się przypadkiem. Wiedziała, że te różowe istoty są najemnikami BaBy.

- Ja? – zapytała, wskazując na siebie.

- To mój szczęśliwy dzień. – uśmiechnął się głupio. – Madame BaBa kazała przyprowadzić jednego Pradawnego, a ja znalazłem dwóch. Ha ha ha. Dwójka białowłosych.

Aria spojrzała na Sanga, a on na nią. Trochę się bała. Delikatnie uniosła dłoń pod stołem. Chciała wytworzyć taką falę, aby drgała z częstotliwością serca Dobleta. Bo jak niby inaczej miała sobie poradzić? Rozejrzała się i szybko obliczyła szanse. Kilka puchatych kucyków, postronni świadkowi. Spojrzała przez okno. Nie zauważyła, żeby ktoś był tam i czekał na swoich kompanów.

Powietrze lekko zadrgało. I kiedy już znalazła częstotliwość bicia Dobleta, Sanga złapał ją za dłoń i szarpnął, aby przestała.

- Jacy Pradawni? – zapytał. – Ani ja, ani moja kuzynka nie jesteśmy nimi. Jeśli nie wierzysz to sprawdź nasze chipy. Zobaczysz, że to nie nasza rasa. – wyszczerzył lekko kły.

Aria spojrzała na mężczyznę z miną pod tytułem „co ty pierdolisz?”. Ale postanowiła grać w jego grę. Uśmiechnęła się słodko do Dobleta. Ten chwilkę kminił, coś mu się nie zgadzało, ale nie wiedział co. Postanowił nie przeciążać swojego i tak już danego dnia nadwyrężonego mózgu.

- Skoro pan tak twierdzi. – powiedział zrezygnowany, jakby mu z przed nosa ukradziono coś.

Zaczął się oddalać, a później wyszedł razem z jakimś grzybem i starszą panią.

Kiedy drzwi trzasnęły z pod stołu wyłonił się chłopak.

- Poszli już? – rozejrzał się po sali. – O nie! Zabrali pana Longaire’a i panią Aparajitę. – usiadł zmartwiony między Arią, a Sangiem. Dziewczyna patrzyła na niego z politowaniem, a mężczyzna z irytacją.

- Chodzi o tamtą dwójkę? To twoi znajomi? – zapytała Aria od niechcenia.

- Taak. – odpowiedział spokojnie, lekko przeciągając, jakby się w tym samym momencie zastanawiał, czy aby na pewno są znajomymi. Przez moment wyglądał jakby chciał o coś zapytać, ale nie zdążył.

- Aha. – powoli wstała, wygładzając ubranie. – Dziękuję za pomoc i za drinka. Muszę już iść. Do zobaczenia.

Aria szybko wyszła z baru, jakby ją ścigało stado dzikich psów, albo sam diabeł. Coś jej mówiło, że musi zniknąć. I to szybko.

Szła między budynkami, jakby chciała kogoś zgubić. Wyczuła, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się dookoła lekko spanikowana. Pobiegła w ślepą uliczkę, wiedziała, że prześladowca zrobi to samo.
Odwróciła się, gotowa do obrony.

- Brawo, brawo. – usłyszał kpiący głos, a następnie zza winkla wyłoniła się sylwetka mężczyzny. W pierwszej chwili nie bardzo widziała kto to, gdyż stał pod światło. Jednak po ułamku sekundy zorientowała się kto stoi przed nią. Stała oszołomiona.

- Ketesh. – szepnęła, przełykając głośno ślinę. – Ras’er Oprawca. – wyjąkała.

Nigdy nie walczyła, a przynajmniej nie z kimś z tej rasy. A stojący przed nią osobnik na pewno nie był pierwszym lepszym. Widać było, że to wojownik z krwi i kości. W jego oczach widać było żądzę mordu. Wiedziała, że nie będzie w stanie udawać. Zbyt dobrze znali Pradawnych. Wystarczył im jedno spojrzenie, aby zorientować się w sytuacji. Aria nie chciała skończyć jako niewolnica. Nie chciała walczyć za nich, za te plugastwo i zginąć dla ich uciechy. Uniosła dłoń, gotowa w dowolnym momencie odepchnąć napastnika.

- Miło, że się już znamy. Czyli wszelkie konwenanse są obecnie zbędne. – zaśmiał się na postawę Arii. - Cóż za charyzma. Idealny wojownik. – zaśmiał się złośliwie. – Będę miał przyjemność złapać cię. Ha ha ha!

- Lepiej nie podchodź, jeśli chcesz żyć! – warknęła. Nie blefowała. Zabiłaby tą niebieską kreaturę bez chwili zawahania. Zbyt wiele wycierpiała przez jego lud.

Mężczyzna wyciągnął nóż. Rzucił nim szybko, zanim Aria zdążyła zareagować. Przeciął jej skórę na ramieniu, tworząc ranę, z której po chwili wypłynęła krew. W tym samym momencie Ras’er natarł na dziewczynę, atakując drugim sztyletem. Działając instynktownie spróbowała go odepchnąć, wyciągając dłoń przed siebie. Jednak szybko uniknął jej ataku. Nie od wczoraj walczył z Pradawnymi i ich pomiotami. Taka młoda i niedoświadczona dziewczynka, za jaką uważał Arię, nie stanowiła dla niego problemu. Ot, przyjemna rozrywka. Nie zdążyła zareagować na czas. Złapał ją za szyję i przycisnął do ściany. Próbował wijąc się uwolnić z uścisku, łapiąc każdy oddech powietrza spazmatycznie.

- I co, mały bezwartościowy człowieczku? Jesteś nikim, jak ci wszyscy Pradawni. Słabe miernoty, że nawet nie walczyły tylko uciekły. Tchórze! I ich pomioty są takie same. Tylko uciekacie jak słabe kanalarskie szczury! – syczał. – A nie, przepraszam. Pradawni ascendowali. Żałosne. – ściskał coraz mocniej jej szyję, uśmiechając się szeroko. – Buahahahahaha!

W tym momencie Aria spojrzała w twarz Ras’era. Przestała się wyrywać, wyglądało jakby się poddawała, aby ocalić życie. Spojrzał na nią uradowany, jednak kiedy ujrzał jej oczy zdał sobie sprawę, że to być może koniec. Jego koniec. Zimne, puste fioletowe oczy patrzyły na niego bez żadnych emocji. Choćby grama nienawiści albo złości. Od lat takich nie widział. A kiedy ostatnio miał do czynienia z osobnikiem o podobnym wyrazie oczu, stracił lewę ramię (obecnie miał idealnie dopasowaną cybernetyczną protezę, że nie sposób było ją odróżnić od prawdziwego ramienia) i miał szramę przez całą twarz. Patrzyła na niego, lekko się uśmiechając.

- To koniec! – powiedziała spokojnie.

W tym samym momencie poczuł, że coś szarpnęło go w dół. Wylądował na ziemi, puszczając Arię. Upadła na kolana, łapiąc oddech. Delikatnie manipulowała dłonią, a z ust Ras’era powoli zaczęła wyciekać krew, a jego prawa dłoń i noga wygięły się pod dziwnym kątem. Powoli wstała i spojrzała na Ketesha. Nie stanowił w tym momencie dla niej zagrożenia, a jeśli teraz go zostawi tutaj to i tak umrze, a ona będzie miała jedno życie mniej na sumieniu. Szybko przekalkulowała wszystko w myślach, po czym zrezygnowała. Opuściła dłoń.

– Znaj łaskę pana, śmieciu! – powiedziała spokojnie, odchodząc. Zostawiła Ras’era na pewną śmierć.

Wyszła zza zakrętu i chciała szybko zniknąć w tłumie. Jednak nie było jej to dane. Rozejrzała się i postanowiła wskoczyć na niewysoki budynek. Tam mogła w spokoju odpocząć i nikt jej nie znajdzie przez moment. Przynajmniej zajmie się swoją raną, zatamuje krew, która delikatnie sączyła się, ściekając po ramieniu i skapując na ziemię.
Wskazała dłońmi na podłożę, wytworzyła wibrację i wskoczyła na budynek obok. Usiadła na dachu, oddychając z ulgą. Nie miała z Keteshami do czynienia od przeszło pięciu lat. Czuła zmęczenie i to potworne. Dodatkowo, mimo że nie pozwalała sobie na to, przypomniała sobie wszystkie szczęśliwe lata spędzone na stacji, kiedy mama była obok. Kiedy miała kogoś na kim może polegać, kto ją ochroni. Teraz nie miała nawet osoby, która by jej głupi bandaż założyła albo cokolwiek. Nie wiedziała nawet kiedy schowała twarz w dłoniach i cicho zapłakała. Bolała ją samotność, bolało ją wszystko i bolało to, że ciągle musiała uciekać.

Nawet nie zorientowała się kiedy obok niej ktoś stanął. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że nie jest sama. Odepchnęła intruza falą uderzeniową, nie patrząc kim on jest. Taki odruch. Po ułamku sekundy zorientowała się co i komu zrobiła.

- Siergiey. – powiedziała cicho, podchodząc. – Przepraszam. Nie widziałam, że to ty. Myślałam, ż to ktoś inny. – przyklękła przy nim. Czuła się mocno zakłopotana, że potraktowała tak kogoś, kto ją uratował. Dwukrotnie na dodatek.

- Wariatka! – warknął ze złością. – Gdyby to był ktoś inny, nie ja, to byś już była mort. – podniósł się, patrząc na nią z lekkim mordem w oczach. – Ciebie naprawdę rodzice nie nauczyli niczego. A już na pewno jak traktować starsze osoby! – warknął zły. Miała wrażenie, że miał ochotę ją pogryźć.

- Przecież przeprosiłam. – odpowiedziała hardo. – Ile razy mam jeszcze to zrobić? To nie ja, tylko ty się zakradłeś.

- Kto niby? Ja się niby voler?! – odpowiedział, otrzepując spodnie. – Jak matkę kocham, przysięgam, że mam ochotę ci rozwalić ten głupi, pusty łeb!

- Że co? – stała zdezorientowana. Jeszcze nikt nie był w stosunku do niej tak niemiły.

- To niemożliwe! – usłyszeli głos obok. – To nie może być prawda! Ona nie może być Pradawną, prawda? Przecież to niemożliwe. – oboje spojrzeli w tym samym kierunku. Emerys stał zdezorientowany. Wyglądało, że stosunkowo niedawno się pojawił, ale dostatecznie długo tam przebywał. – Powiedzcie, że to nie prawda!

ODPOWIEDZ