Szczęśliwego nowego roku 2020!!!

Na każdego wiedźmina przyjdzie jego sku*wielonek [OZ tekst]

Słuchaj, jest śliczny, piekielnie dobry Wszechświat tuż obok; chodź z nami ~E. E. Cummings
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1869
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Na każdego wiedźmina przyjdzie jego sku*wielonek [OZ tekst]

Post autor: Kruffachi » 01 stycznia 2020, 00:46

Na każdego wiedźmina przyjdzie jego skurwielonek albo dziecki niespodzianki w czasach pogardy



BLITZ


Komnata jest mała, zaaranżowana naprędce. To i tak jedno z bardziej luksusowych pomieszczeń w górskiej twierdzy Bronen. Szybko wstawiono tu jeden kandelabr na długiej nodze, w który wetknięto jednak tylko jedną świeczkę mimo kilku ramion, skołowano skądś biurko i dwa krzesła. Polana w kominku żarzą się niechętnie i nieco za bardzo dymią, co może wskazywać na nieszczelny komin. Nagich ścian nie zdobią żadne gobeliny, posadzkę przykrywa tylko słoma, więc jest zimno jak w psiarni. Na wiedźminach zgromadzonych pod salą nie robi to chyba większego wrażenia i kanclerz Uldrik, chwilowo namiestnik samego wielkiego księcia, mimo całego wstrętu, jaki czuje wobec tych wynaturzeń, trochę im teraz zazdrości. Jemu samemu palce poodmarzały już w pantoflach, a wyjący w korytarzach przeciąg i hulający na zewnątrz wiatr zdają się wyciągać pazury mrozu wprost ku niemu i zanurzać je za futrzany kołnierz szuby.
Okolice Bronen i całe księstwo toną w śniegu.
– Blitz Fredrikson – odczytuje powoli Uldrik z listu polecającego, a potem, gdy jego wzrok przesuwa się linijkę niżej, unosi płową brew w wyrazie ni to rozbawienia, ni to zaskoczenia. – Uschnięty Węgorz? – pyta z niedowierzaniem.
Wielki jaszczurzy łeb pokryty połyskującą srebrzyście łuską i jasną, spękaną jak kora dębu skórą skłania się powoli. Różowe blizny przecinające pysk błyskają na mgnienie oka w świetle pojedynczej świecy.
– Tak mnie zwą – odpowiada tubalny bas.
W basie tym jest absolutna powaga i absolutne niezrozumienie, co mogło tak kanclerza rozbawić, że aż podkręcił słomianego wąsa.
Prawdę powiedziawszy, siedzący na zbyt małym krzesełku dla petentów humanoidalny jaszczur cały wygląda jak niezrozumienie wielu kluczowych aspektów nie tylko widźmińskiego fachu, ale też ogólnej egzystencji, ale zważywszy na jego okazałe pazury, wzrost zmuszający do pochylania głowy w przejściach i szerokość w barach równą szerokości wozu z sianem, cherlawy kanclerz woli nie zauważać tego zbyt głośno, nawet wobec obecności dwóch zakutych w blachy strażników za jego plecami. Zwłaszcza że za drzwiami czeka jeszcze paru mutantów wyznaczonych do misji eskortowej, a jeden dziwniejszy od drugiego. Uldrik nie jest pewien, jak to wygląda wśród wiedźminów i czy przybiegliby koledze na pomoc, ale woli nie sprawdzać.
Guten Morgen zwykle nie wysyła swoich podopiecznych na tego typu misje, ale ta sprawa jest na tyle szczególna, że komtur w końcu się ugiął. Zważywszy na szczególny… charakter magiczny eskortowanego. Uldrik nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że cech wysłał mu jakieś odpady, choć przyznaje też, że są to odpady uzbrojone w całkiem imponujące miecze.
– Próba drzewa, jak widzę – odczytuje z mądrą miną, choć nie ma pojęcia, co oznacza takie sformułowanie.
Znów powolne skinienie. Jasne oczy jaszczura zwężają się nieco, jakby sobie coś przypominał. Pazur bezwiednie trąca zwisający na piersi medalion cechu pingwina.

***

O próbie drzewa mówiono, że młodzi adepci wiedźmiństwa umierają na niej z nudów. Polegała w dużej mierze na tym, żeby siedzieć i patrzeć jak rośnie drzewo, a te – jak powszechnie wiadomo – rosną bardzo powoli. Wysyłano na nią głównie nierokujących osłów, żeby nie plątali się pod nogami, ale jednak w odpowiednim momencie stwierdzali, że pierdolą takie wiedźminowanie i wolą sadzić rzepę na dziadkowej ziemi.
Blitza to jednak nie obchodziło, tak jak nie obchodziło go tak naprawdę, czy zostanie wiedźminem, czy nie. Posłusznie wypił wszystkie przypisane dekokty, usiadł naprzeciw drzewa i zaczął obserwować, a godziny i dni mijały za jego plecami zupełnie niepostrzeżenie.
W medytowanie Blitz był akurat dobry. Wcześniej, zanim trafił do Guten Morgen, spędził długie, długie lata pod postacią węgorza w magicznym jeziorku, gdzie służył za przewodnik, a o życiu ryby potrafił powiedzieć głównie to, że jest niemożliwie wręcz monotonne. Zwłaszcza kiedy ma się do dyspozycji tylko ograniczony akwen w podziemiach akademii czarodziejek i czarodziejów, a jedyna rozrywką są zdziwione gęby nowych węgorzy w stawie. Przed południem pływało się bardziej w prawo, po południu bardziej w lewo, czasem można było wypłynąć brzuchem do góry i poudawać trupa. I tyle. Patrzenie na drzewo nie mogło więc zrobić na jaszczurze wrażenia. Jeśli zgłodniał, łapał okoliczne muchy językiem i pozyskiwał z nich niezbędne do przetrwania białko, a smocza łuska trzymała wilgoć o wiele lepiej niż ludzka skóra.
W efekcie to nie Blitz się znudził, tylko jego nauczyciele.
Zanim został wiedźminem, a wcześniej magicznym węgorzem, prowadził spokojne życie. W bliżej nieokreślonych okolicznościach jego jajo znalazło się w posiadaniu pewnej bezdzietnej pary, która początkowo zamierzała zrobić z niego jajecznicę. Kiedy jednak bednarzowa zostawiła jajo na noc, Blitz zdołał wreszcie wydrapać się ze skorupki na zewnątrz.
Wkrótce potem wypowiedział swoje pierwsze słowa: „mama”, „tata” i „wiadro”.
Zwłaszcza to ostatnie urzekło panią bednarzową i pana bednarza i tak jaszczurze dziecko zamieszkało między nimi, ucząc się fachu.
Blitz od najmłodszych lat przykładał się do roboty. Czasem wyobrażał sobie, że ma jakieś zdolności artystyczne, ale tak naprawdę solidne wiadra i beczki stanowiły jego powołanie. Jeszcze trochę później zaczął zauważać u siebie pewne przejawy magii, ale kiedy powiedział o tym przybranym rodzicom, ci zabronili mu wspominać o tym komukolwiek innemu. Pokusa była jednak zbyt silna i jaszczur próbował ćwiczyć swoje umiejętności, zaklinając wiadra i beczki.
Najbardziej dumny był z cebra, z którego magicznie wyciekało wszystko, ale jakoś nikt nie chciał mu uwierzyć, że to kwestia zaklęcia, a nie niedostatecznej ilości dziegciu.
Tym niemniej plotki o czarującym jaszczurze dotarły do nieodpowiednich uszu i tak Blitz znalazł się w akademii. Nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei, usłyszał, że najlepsze, co może zrobić, to uschnąć, a potem został zamieniony w węgorza i zrzucony do magicznego stawku wraz z resztą magicznych tłumoków.
Gdyby mógł, spadając ze skalnej półki zepchnięty do jeziorka szuflą, wzruszyłby ramionami, ale węgorze nie mają ramion.
Cóż, Blitz nie był może aż tak głupi, jak czasem sprawiał wrażenie, ale z pewnością był bardzo flegmatyczny i nie lubił tłoku. To pierwsze pozwoliło mu wytrwać w rybnej postaci kilkadziesiąt lat, to drugie sprawiło, że kiedy stawek zaczął się zapełniać, przyszły wiedźmin wpadł w tak wielki gniew, że aż odzyskał dawną postać. Nie wiedząc, co ze sobą począć, ruszył z powrotem do domu rodziców, ale ci już dawno nie żyli i zakład bednarski prowadził ktoś inny. W starych śmieciach jednak odnalazł list z Guten Morgen, który rodzice ukryli przed nim wiele lat temu, i postanowił odpowiedzieć na wezwanie.

***

Biało-srebrny jaszczur o niebieskich oczach odwiesza się wreszcie i z jego nozdrzy wychodzi niskie pufnięcie.
– Coś jeszcze? – pyta i brzmi to jak groźba.
Uldrik mierzy go krytycznie, ale kiedy jego wzrok pada na wiedźmiński medalion, jakiś zmęczony głos w jego głowie podpowiada, żeby dał sobie spokój, bo jeśli ktoś przeszedł szkolenie w Guten Morgen, to się musi znać na fachu i już.
– Nie – mówi więc. – Możecie odejść, Uschnięty Węgorzu. Następny!
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1487
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Na każdego wiedźmina przyjdzie jego sku*wielonek [OZ tekst]

Post autor: Kanterial » 07 stycznia 2020, 17:31

Na dźwięk słowa "następny" każdy z mięśni Grunwalda zareagował osobno i gwałtownie, jakby to był wyczekany i najważniejszy w świecie sygnał, szansa, wezwanie nieodzownego przeznaczenia.
Gdyby nie fakt, że Grunwald reagował tak na każdą możliwość znalezienia się w centrum uwagi, reszta wiedźminów siedzących w lodowatym korytarzu pewnie by się zdziwiła. Tymczasem nikt, nawet Fanfi, nie mrugnął choćby powieką, gdy Grunwald zerwał się jak lawina ze szczytów gór nad Bronen, staranował sąsiednią ławę wraz z opartymi o nią mieczami, przeleciał przez przedsionek, pędem zdmuchując płomienie pochodni, i w ostatniej sekundzie uniknął zderzenia z Blitzem, który dopiero co zrozumiał, że ma sobie iść i dotarł do drzwi komnaty.
Wielka łapa jaszczura ze znajomym spowolnieniem uniosła się, by Grunwalda wyhamować, ale Grunwalda już wtedy nie było, bo pędząc wygiął się w pałąk i musnąwszy posadzkę włosami wjechał do komnat kanclerza Uldrika niczym wielka, zmysłowa, umięśniona, zmutowana i białowłosa egzotyczna tancerka. Czubkami palców w ćwiekowanych rękawicach, które ciągnął za sobą przy widowiskowym mostku i odgięciu łokci, odepchnął się od kamieni i tracąc rozpęd powrócił do pozycji pionowej; bez najmniejszego wysiłku wstał i wraz z opóźnionym podmuchem przyjął reprezentacyjną pozę wiedźmińską.
- Jestem - zameldował i spojrzał na konclerza tak, jak przystojni wiedźmini zwykle na wszystkich patrzą.
Namiestnik wielkiego księcia zamrugał, czy może raczej mrugnął raz, z wysiłkiem zaciskając i rozwierając powieki, zanim na jego wyszarzoną zmęczeniem twarz wypłynął wyraz bardzo Grunwaldowi znajomy - te uniesione brwi, wygięte w dół kąciki zaciśniętych ust, oczy zwężone w szparki, drżące z wysiłku mięśnie pod policzkami zmuszające zęby do tarcia o siebie ze słyszalnym zgrzytem - był to wyraz szacunku i podziwu dla Grunwalda.
- Usiąść - zazgrzytał kanclerz i wreszcie odkleił wzrok od grunwaldowej fizjonomii, głośno wydychając powietrze. Rękę wyciągnął przy tym w wyczekującym geście, więc siadając, Grunwald wręczył mu wyciągnięty zza napierśnika list.
Było cicho, a cisza była dziwnie napięta, jakby kanclerz Uldrik się nieco obecnością wiedźmina denerwował. Choć to zapewne Blitz zdenerwował go wcześniej - uznał Grunwald słusznie - jak zawsze, Blitz to po prostu chodząca zaczepka i konflikt. Pewnie znowu udawał, że się nad czymś zastanawia albo myśli.
- Grunwald Bjorn - wyczytały z trudnością spierzchnięte i popękane od chłodu wargi kanclerza. - Zrodzony ze strach... Zaraz...
Grunwald wychylił się nieco, by zerknąć na swój skreślony i nadpisany tytuł.
- ...zrodzony z delikatnego podmuchu malin i poziomków - niemalże wysapał kanclerz, wytrzeszczając oczy.
- Tak, to o mnie - autentycznie ucieszył się Grunwald.
- Pierwszy raz widzę przekreślenia na tak ważnych dokumentach!
- Zwiesimir często się myli przy moim tytule - wyjaśnił wiedźmin. - Potem poprawia.
- Tak? Innym pismem? - Zjadliwie upewnił się Uldrik. Znad pergaminu posłał Grunwaldowi krótkie i palące spojrzenie. - Jestem pewny, że powinno być "poziomek" - wymówił ciszej i raczej nieuprzejmie, poprawiając list między grubymi palcami rękawic.
Grunwald pomyślał, że chyba lepiej wie, jak sam pachnie, ale uśmiechnął się tylko, na tyle ciepło i jowialnie, na ile mu pozwalały blizny.
- Zaczynam mieć poważne wątpliwości, uzasadnione wątpliwości - mamrotał tymczasem starszy mężczyzna i niezadowolony przesuwał wzrokiem po kolejnych linijkach listu polecającego. - A transport musi być bezwzględnie bezpieczny, bo... moment, próba "każda"? Każda?! Skreślone i dopisane "wszystkie"! - Zakrztusił się z oburzenia. - Co to ma znaczyć?!
- "Wszystkie" podług instynktu wskazuje na więcej niż "każda" - pośpieszył uprzejmie wyjaśnić Grunwald.
Chyba nie wyjaśnił wystarczająco, sądząc po reakcji. Kanclerz oblizał wargi, zebrał się jak do mówienia, zmełł coś w ustach, oklapł i potarł łuki brwiowe w geście bezradnej złości. Grunwald zerknął na boki, ku ginącym w mroku gołym ścianom, nieprzyjaznym kamieniom i innym (nielicznym) elementom wystroju ponurej twierdzy Bronen. Za oknami dudnił wiatr i wyła przejmująco kolejna śnieżna zamieć.
Tak po prawdzie, między "każdą" i "wszystkimi" Grunwald sam nie widział specjalnej różnicy, ale jakoś mu lepiej pasowało, zresztą próby robił już tak długo i w kółko, bez końca, że czuł potrzebę choć minimalnego zaznaczenia wielokrotności. Powinien już dawno skończyć szkolenie w Guten Morgen, wiedział to, wiedział, że jest gotowy, ale Zwiesimir trzymał go w twierdzy uparcie, wałkując wszystkie zasady cechu Pingwina i wpajając wpojoną już wiedzę z uporem godnym szaleńca. Grunwald podejrzewał czasem, że nie zostanie z Guten Morgen wypuszczony nigdy, bo gdyby wreszcie wyruszł w świat, zabiłby wszystkie potwory od razu i bez wahania, za darmo i dla przyjemności, a wtedy wszyscy inni wiedźmini straciliby pracę i jedyne źródło zarobku.
Wiedzony nagłym impulsem Grunwald odchrząknął i poinformował kanclerza Uldrika, że ten nie musi się martwić o powodzenie misji, a jeśli ma jakiekolwiek wątpliwości co do składu, może za misję w ogóle nie płacić, bo właśnie, za zabijanie potworów i wykonywanie wiedźmińskich zadań nie powinno się płacić. Jeśli tylko podczas transportu osoby lub obiektu pojawi się magiczne zagrożenie, to za zapłatę i nagrodę Grunwald uzna możliwość zwalczenia tego zagrożenia, najlepiej wielkiego i groźnego, legendarnego. I wszyscy będą zadowoleni i bezpieczni.
Kanclerz po raz pierwszy zaszczycił go czymś na kształt zaskoczonego uśmiechu.
- Tak? - rzucił z powątpiewaniem.
- Tak - objaśnił Grunwald z dokładnością co do stanu swojej wiedzy, skromnie acz nie bez dumy poprawiając wisior z pingwinem.
- Cóż, ciekawe. Tak... Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć powodzenia - uznał mężczyzna, nadal brzmiąc raczej na nieprzekonanego. Chyba chciał już, żeby Grunwald zwolnił miejsce kolejnemu wiedźminowi, ale Grunwald nie chciał go zwalniać, więc dalej siedział. - Noc jest ciemna i długa, a droga niebezpieczna. I to zimno wokół Bronen, uhm, jak z innego świata...
- Nie ma czegoś takiego jak zimno - poinformował Grunwald uczynnie. - Jest tylko ciepło i brak ciepła.
Byłby perorował dalej o tym, co mu o świecie i cieple powiedziała babcia, ale kanclerz Uldrik tak sugestywnie wskazał drzwi, że po kilkunastu sekundach wiedźmin dał za wygraną. Urażona duma kazała mu wstać i wyjść, uprzednio kłaniając się lekko namiestnikowi księcia.
За поворотом, в глубине
Лесного лога,
Готово будущее мне
Верней залога.


"Nie twierdzę, że było lepiej, kiedy miałem dwadzieścia lat, ale kiedy mam pięćdziesiąt, to też nie jest dobrze i to jest moje postanowienie noworoczne, postanowiłem, że nie jest dobrze."

ODPOWIEDZ