TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Gryfonka. Dziedzictwo.

"Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku." ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
ever.more

Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: ever.more » 30 maja 2010, 20:57

Jako, że to ja prosiłam o ten dział, czuję się zobowiązana do dodania czegoś zaraz, teraz, już.
Słowem wstępu: jest to efef na podstawie cyklu o Harrym Potterze, akcja opowiadania trwa od lipca roku 2018 do czerwca roku 2019. Główną bohaterką jest Emily Coldwater, piętnastoletnia Gryfonka.
W świecie czarodziejów znowu rozkwita zło - zniknięcia, niewyjaśnione śmierci... tymczasem Emily i jej przyjaciele dzielą czas pomiędzy szkolną niesielankę i tajemnicze odkrycie.

Tymczasem prolog....


- Oxford Street to nie jest, bez dwóch zdań - piskliwy głos odbił się echem od żelaznych przęseł.
Dwie zakapturzone postacie stały pod mostem w dzielnicy na przedmieściach Londynu. Dzielnicy tak zaniedbanej, że człowieka aż mdliło i nie był do tego potrzebny zapach, wydzielany przez brudną, małą rzeczkę przepływającą nieopodal. Ot, pogłębiała ona tylko wrażenie, że wszystko tutaj rozkłada się i gnije.
Na owej rzeczce zbudowano most. Z praktycznego punktu widzenia, był on tam potrzebny, jak przysłowiowemu zającowi dzwonek, jednak kiedy rząd chce być dobrotliwy, zazwyczaj robi rzeczy niepotrzebne.
Lata świetności mostu musiały minąć już dawno - przęsła przeżerała rdza, podmurowanie ozdabiały liczne, niezbyt cenzuralne graffiti, a w niektórych miejscach i zanieczyszczona woda pozostawiła swój oślizgły ślad.
Jedna z ciemnych postaci niecierpliwie przestąpiła z nogi na nogę, wywołując przy tym charakterystyczny chlupot.
- Możemy już iść?- jęknął ten sam jazgotliwy głos. - Zamoczyłam buty w tym świństwie!
-Myślałam, że pijawki przywykły do mieszkania w ściekach - odparł jej opanowany głos. Głos, który wywołałby dreszcze u niejednego odważnego człowieka. Przywodził na myśl głos samej Śmierci.
Nie dziw, że jazgotliwa kobieta wzdrygnęła się na jego dźwięk.
Obydwie ruszyły dalej bez słowa. Czarne peleryny, które miały na sobie, szeleściły przy każdym kroku. Buty głucho uderzały o kamienne płyty chodnikowe.
Nad niskimi, kamiennymi domkami unosiła się mgła. Światło z ulicznych latarni nadawało jej nieco zielonkawego odblasku, w którym połyskiwały złowrogo czarne od brudu, odrapane ściany budynków.
Dziwna to była noc. Groźna, nieprzejednana noc. Wszystko w tej brudnej uliczce zdawało się pulsować i drgać w rytm kroków dwóch kobiet, jakby zwiastując przełom.
Zły przełom.
Wyższa z nich, ta o głosie Kostuchy, najwyraźniej prowadziła. Kiedy niespodziewanie skręciła w zaułek między dwoma ceglanymi budynkami, jej towarzyszka przez chwilę stała zdezorientowana, gwałtownie kręcąc zakapturzoną głową. Ponagliło ją wymowne westchnienie.
Przewodniczka zatrzymała się przed drewnianymi drzwiami, wciśniętymi w kamienną ścianę budynku po lewej. Zaułek był tak wąski, że stojąc niemal z nosem na drzwiach domku po lewej, plecy opierało się na ścianie domku naprzeciwko. Ścianie, na której widniała bardzo nieciekawa i w dodatku lepka plama. Zapach też nie wzbudzał przyjemnych skojarzeń.
Kobieta czekała na swoją jazgotliwą towarzyszkę z uniesioną dłonią, gotowa by zapukać. Dziewczyna podeszła, przełykając głośno ślinę. Pewnie, gdyby była człowiekiem, można byłoby teraz usłyszeć łomot jej serca. Bała się.
Starucha zapukała. Drewniane drzwi wydały nieprzyjemny odgłos. Z całą pewnością były zbutwiałe. Kilka płatków złuszczonej, ciemnozielonej farby odkleiło się od nich i wirowało leniwie, żeby po chwili wtopić się w inne brudy leżące na chodniku.
Przez chwilę zdawało się, że nikogo nie ma w domu, a potem zbutwiałe drzwi odskoczyły do środka z taką siłą że, zgodnie z zasadami fizyki, powinny wylecieć z zawiasów. Przerażona dziewczyna instynktownie zrobiła krok do tyłu i dość mocno uderzyła plecami w ścianę drugiego domu.
W progu mieszkania stał młody mężczyzna, przewyższający wzrostem nawet tykowatą przewodniczkę-kostuchę. W przytłumionym świetle z wewnątrz, które oświetlało go od tyłu, dało się dostrzec, że ma śniadą karnacje, czarne faliste włosy i równie czarne błyszczące oczy. Spojrzenie miał nieprzyjemne, przenikliwe i podejrzliwe.
- Nie wpuścisz nas, Isaacu? – zapytała przewodniczka, kiedy minęła minuta, a mężczyzna ani drgnął. - Byłyśmy umówione. Wiesz, że twój pan nie lubi czekać, a ty niepotrzebnie opóźniasz nasze spotkanie.
Na dźwięk zwrotu „twój pan”, Isaac drgnął i syknął przez zęby, jasno dając do zrozumienia, co sądzi o traktowaniu go jak lokaja. Wsunął się jednak do środka, aby mogły wejść.
Mały przedpokój nie był oświetlony - jedyne źródło światła pochodziło z niewielkiego kominka, który widać było w drugim pokoju.
- Issacu, gdzie twoje maniery? Nie pomożesz damom z tymi niewygodnymi płaszczami? - Rozległ się cichy głos. Na jego dźwięk wszystkich przeszedł dreszcz, jakby to był podmuch listopadowego wiatru.
Właściciela tego głosu nie było widać, ale być może siedział w wysokim fotelu przy kominku, odwróconym do gości oparciem. Isaac czym prędzej ruszył do pomocy, choć widać było po jego minie, że robi to niechętnie.
A potem wprowadził je do pokoju, nie zdając sobie sprawy z tego, co pośrednio rozpoczął.
- Kogóż to mi przyprowadziłaś, Amelio, moja niezawodna Przewodniczko?- Cichy głos odezwał się znowu, zmrażając krew w żyłach.
Starucha drgnęła, a na jej groźnej twarzy zatańczyły cienie. Nie tylko głos miała przerażający, cała jej aparycja i emanująca z wewnątrz energia napawały strachem. I słusznie. Mimo że coś, jakaś logika, podpowiadała człowiekowi, że Amelia jest kobietą wiekową, jej twarz temu zaprzeczała. Skórę miała gładką, brzoskwiniową; włosy natomiast szare niczym jesienne chmury. Chociaż i tak największą grozę stanowiły oczy - dwa przenikliwie błękitne, śmiertelne ostrza. Gdyby ktoś dał radę zmierzyć się z jej postawą i przeżyłby jej tembr głosu, musiałby umrzeć spojrzawszy w te oczy.
A jednak teraz starucha się bała. Zniknęła jej wyniosłość, chłód z jakim traktowała wszystkich i wszystko. Przerażał ją bezimienny głos, który na dobrą sprawę mógłby należeć do dobrotliwego psychoanalityka. Oczywiście, gdyby zignorować instynktowne reakcje ciała.
Kim był Głos?
- Panie… - Amelia przemówiła, głos jej drżał. - Przyprowadziłam ją. Nazywa siebie Nocnym Jasnowidzem - jej wargi drgnęły, układając się w wyraz pogardy. - Złapałam ją, kiedy rozpowiadała te swoje… przepowiednie - wypowiedziała ostatnie słowo, jakby było robakiem, którego nieopatrznie wzięła do ust i teraz go wypluwała. - Jestem przekonana, że to stek bzdur! Na Czarnego Pana, przecież to niemożliwe!
-Wiem, co widziałam! - Dziewczyna zaoponowała gwałtownie swoim piskliwym głosikiem. Pod wpływem emocji zapomniała o strachu i odkleiła się od ściany, pod którą stała. Wyciągnęła przed siebie ręce i rozcapierzyła drapieżnie palce.
Ciepłe światło kominka padało na jej nienaturalnie bladą skórę. Zdawało się od niej odbijać i nadawać sylwetce srebrzystego blasku. Usta miała krwistoczerwone, oczy onyksowe. Nie była to czerń taka jak u Isaaca. Była to martwa czerń.
Nocny Jasnowidz była wampirem.
- Dość! - rzucił krótko Głos. Jego właściciel podniósł się powoli, majestatycznie z fotela. W oświetlających go płomieniach zdawał się być tylko cieniem - bardzo ciemnym cieniem.
- Twierdzisz, że twoje widzenia są prawdziwe? - Słowo „widzenia” powiedział tak ironicznym tonem, że zdawało się być tylko plugawym strzępkiem, niegodnym, by mógł leżeć przy jego stopach.
-T-tak - wampirzyca zająknęła się, z powrotem zlękniona.
- Cóż, będziesz musiała mi to udowodnić. Hrabia Souffrance nikomu nie wierzy na słowo.
Dziewczyna uniosła dumnie podbródek, jakby chciała zakomunikować, że nikt jej nie może rozkazywać. Człowiek nazywający się hrabią zachichotał, jakby zobaczył ten niewerbalny sygnał, mimo iż stał odwrócony plecami.
- Oczywiście, mógłbym sprawdzić twoją wiarygodność w inny sposób - ciągnął spokojnie. - Bardziej skuteczny sposób. Jednakże jestem nieco wyczerpany pewnymi… zabiegami - Głos zadrżał mu, jakby znowu miał zachichotać. - Tak więc, nie odmówię sobie trochę rozrywki.
Nocny Jasnowidz zrozumiała z całej tej wypowiedzi tylko tyle, że uważają ją za kłamczuchę. I wydedukowała, że ten człowiek przy kominku to wariat, w dodatku pewnie jak każdy z tych, co nazywają się czarodziejami - niebezpieczny.
Oczywiście, „hrabia” nie zdradził jej, że jest jednym z nich, ale wąski przedmiot, który obracał w palcach, mógł być tylko tym, co czarownicy nazywają różdżką, a wampiry pogrzebaczem.
- Liczę, że chętnie podzielisz się ze mną swoimi wizjami - kontynuował mężczyzna. - Zwłaszcza, że dotyczą one mojej osoby. - Nocny Jasnowidz wzdrygnęła się.- Czy też źle mnie poinformowano?
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza, tylko szczapy w kominku strzelały miarowo.
-Milczysz? - Tym razem głos Hrabiego Souffrance przypominał syk. Odwrócił się nieco i wycelował różdżkę w wampirzycę, która wrzasnęła przeraźliwie i krztusząc się, upadła na podłogę. Isaac, nie kryjąc pogardy, poczęstował ją mocnym kopniakiem.
Dziewczę skuliło się i cicho kwiliło. Amelia skrzywiła się z niesmakiem.
- Na Boga, rusz się i czyńże swoją powinność.
- Jaką, do licha, pow…- zaczęła, ale nie dane jej było skończyć, bo po raz drugi w całym jej ciele eksplodował ból, jakby przypiekano ją żywcem.
- Nic. Nie. Powiem - wydyszała. W tym momencie przeklinała swoją ciekawość, która przyprowadziła ją tutaj, prosto do piekła. Wolała oglądać hrabię w swoich Nawiedzeniach niż na żywo.
-Oczywiście, że powiesz - zaśmiał się cicho czarodziej, a czubki jego eleganckich butów pojawiły się przed jej twarzą. - Zaklęcie Cruciatus to była taka… zachęta. Ale skoro wciąż oponujesz, będę musiał przypomnieć ci o twoim głodzie. Isaacu?
Wampirzyca wciąż nie podnosiła się z podłogi, wbijając ciemne oczy w zakurzoną podłogę. Wsłuchiwała się uważnie: skrzypienie drzwi, trzeszczenie starej podłogi, ciężkie kroki, jęk.
Zapach.
Z sąsiedniego pokoju dobiegała do nozdrzy dziewczyny delikatna, metaliczno-waniliowa woń krwi. Mimo odległości, gardło zapłonęło na samo doznanie zapachowe.
Instynktownie zerwała się na równe nogi i skoczyła w stronę drzwi. Po chwili znowu leżała na podłodze, odrzucona do tyłu zaklęciem.
-E-e - powiedział Hrabia.- Najpierw informacje, potem nagroda.
Isaac wrócił do pokoju, trzymając w ręce szklaną fiolkę, wypełnioną do połowy jasnoczerwoną posoką. Trzymał ją prowokująco wyciągniętą przed siebie.
Wargi Nocnej Jasnowidz rozchyliły się, ale kiedy podniosła się i odwróciła w kierunku czarnoksiężnika, słowa zamarły jej na ustach.
To już nie był człowiek - jego cera błyszczała, jakby pokryta śluzem i miała kolor pergaminu. Usta były wąską szparą bez warg, a oczy bez źrenic błyszczały intensywnym szafirowym odcieniem. Nie miał włosów, a czaszka była dziwnie zdeformowana. Dłonie, które wystawały z rękawów wyglądały, jakby były spalone.
Wampirzyca gwałtownie pochyliła się do przodu, kierowana instynktem. Wiedziała, z czym miała do czynienia, choć istota ta znana jej była tylko z legend jej plemienia. Cofnęła się o krok, obnażając zęby.
- Nie bądź głupia, pijawko - prychnęła Amelia.- Nie miałabyś szans z Panem.
-Mów! - rozkazał Hrabia Souffrance.
Nie patrz mu w oczy, rozkazała sobie w myślach Nocny Jasnowidz, jednak szafir przyciągał jej spojrzenie z taką siłą, że nie wystarczyło jej woli. Została zahipnotyzowana.
Opowiedziała wszystko, co chciał wiedzieć. W ten sposób nadała wiarygodności swoim wizjom, ponieważ teraz MUSIAŁY się spełnić. Takie były zasady Przeznaczenia.

Awatar użytkownika
KamoFreak

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: KamoFreak » 31 maja 2010, 02:18

Ponieważ jest już trochę późno, błędami technicznymi zajmę się innym razem. Mam kilka uwag co do samej treści. Powiem Ci, że jest dobra, nawet bardzo dobra, chociaż nie ustrzegłaś się kilku wpadek. Po pierwsze zbyt dużo ozdobników, po prostu tekst jest zbyt nimi naszpikowany np:
Na jego dźwięk wszystkich przeszedł dreszcz, jakby to był podmuch listopadowego wiatru.
- Twierdzisz, że twoje widzenia są prawdziwe? - Słowo „widzenia” powiedział tak ironicznym tonem, że zdawało się być tylko plugawym strzępkiem, niegodnym, by mógł leżeć przy jego stopach.
Złapałam ją, kiedy rozpowiadała te swoje… przepowiednie - wypowiedziała ostatnie słowo, jakby było robakiem, którego nieopatrznie wzięła do ust i teraz go wypluwała.
Nie jest to duży błąd, zwłaszcza, że są one dość ciekawe, mimo wszystko utrudniają skupienie się na samej akcji. Rozpraszasz czytelnika co chwilę porównaniami i opisami. Delikatne zmniejszenie ich ilości powinno sprawić, że całość będzie bardziej przejrzysta.

Hehe, czytałem Pottera więc zapewne teraz po prologu wprowadzającym trochę niepewności, przejdziesz do opisu sielankowego życia głównej bohaterki. Jeśli mam rację, to przewidywalność działa na niekorzyść tekstu, ale to da się przeżyć ;)

Spodobała mi się postać Nocny Jasnowidz. Będzie występowała w dalszych częściach? ;p

Czytało mi się to przyjemnie i czekam z niecierpliwością na kontynuację.

Awatar użytkownika
Amor

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: Amor » 01 czerwca 2010, 14:24

Jako że tekst wrzucony został na forum, jednoznaczne dość jest, że autorka krytyki i wszelakich wskazówek oczekuje, toteż pozwolimy sobie wyrazić naszą opinię. Zastrzegamy, że niekoniecznie wszystko, do czego się przyczepimy jest błędem, ale czasem też tylko naszą uwagą.
(W nawiasy wrzuciłam rzeczy do usunięcia, czerwonym kolorem poprawiłam błędy, zaznaczyłam sklejki oraz dodałam znaki interpunkcyjne).
Dwie zakapturzone postacie stały pod mostem w dzielnicy na przedmieściach Londynu.
Brakuje określenia do "dzielnicy", bez niego wyraz owy należy wyrzucić, jako że istnienie jej oczywistą oczywistością jest, a przecież nie bawimy się w robienie z czytelnika idioty, prawda?
Dzielnicy tak zaniedbanej, że człowieka aż mdliło i nie był do tego potrzebny zapach, wydzielany przez brudną, małą rzeczkę przepływającą nieopodal.
Naplątałaś bardzo, nielogiczne zdanie wyszło, ciężkie do odszyfrowania i zaburzające płynność.
Ot, pogłębiała ona tylko wrażenie, że wszystko tutaj rozkłada się i gnije.
"Ot" kompletnie nie na miejscu, zbyteczne i przeszkadzające.
Na owej rzeczce zbudowano most. Z praktycznego punktu widzenia, był on tam potrzebny, jak przysłowiowemu zającowi dzwonek, jednak kiedy rząd chce być dobrotliwy, zazwyczaj robi rzeczy niepotrzebne.
Okeeej, to teraz mi powiedz, co jest z tym mostem czy też miejscem, gdzie go wzniesiono, nie tak? Utwierdzana w przekonaniu wiecznie byłam, że mosty nad rzekami zbudowane dość przydatnym mechanizmem są, dają możliwość przemieszczania się, ale możliwe, iż nas okłamywano, zatem prosimy o wytłumaczenie.
przęsła przeżerała rdza
pożerała
- Możemy już iść?- jęknął ten sam jazgotliwy głos. - Zamoczyłam buty w tym świństwie!
-Myślałam, że pijawki przywykły do mieszkania w ściekach - odparł jej opanowany głos. Głos, który wywołałby dreszcze u niejednego odważnego człowieka. Przywodził na myśl głos samej Śmierci.
Nie dziw, że jazgotliwa kobieta wzdrygnęła się na jego dźwięk.
Zły przełom.
Przełom nie może być ani dobry, ani zły, przełom po prostu jest przełomem i tyle.
wciśniętymi w kamienną ścianę budynku po lewej. Zaułek był tak wąski, że stojąc niemal z nosem na drzwiach domku po lewej
z nosem przy drzwiach
Kobieta czekała na swoją jazgotliwą towarzyszkę z uniesioną dłonią, gotowa, by zapukać.
Starucha zapukała.
To znaczy kto? Jeszcze jakaś inna osoba dotąd nieobecna? Przyjmuje się, że przed momentem, w którym zaczynamy nazywać jakąś postać rzeczownikiem bardziej hm, sprecyzowanym, wypada najpierw poinformować czytelnika, do kogo ono się odnosi. Szczególnie w momencie, gdy postaci w danym fragmencie jest więcej niż jedna. To samo się zresztą dziewczyny tyczy, noale, to jeszcze możemy zrozumieć.
Z całą pewnością były zbutwiałe. Kilka płatków złuszczonej, ciemnozielonej farby odkleiło się od nich i wirowało leniwie, żeby po chwili wtopić się w inne brudy leżące na chodniku.
Przez chwilę zdawało się, że nikogo nie ma w domu, a potem zbutwiałe drzwi odskoczyły do środka
Czy to, w którą stronę odskoczyły nasze wspaniałe, zbutwiałe drzwi naprawdę ma znaczenie dla fabuły? Zresztą, tak w ogóle to nie da się odskakiwać do środka, odskakuje się na bok.
A potem wprowadził je do pokoju, nie zdając sobie sprawy z tego, co pośrednio rozpoczął.
Ogólnie, jak sama nazwa wskazuje, spójniki służą do spajania dwóch części w jednym zdaniu, toteż dość ciężko sensownie wytłumaczyć jest nam sobie obecność "a" w miejscu, w którym je umieściłaś. Okej, początek zdania jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć, ale akapitu?!
Kogóż to mi przyprowadziłaś, Amelio, moja niezawodna Przewodniczko?- Cichy głos odezwał się znowu, zmrażając krew w żyłach.
przewodniczką, z małej
Nie ma takiego słowa jak "zmrażając", mrożąc.
Kim był Głos?
Okeeej, przemilczę to.
Nazywa siebie Nocnym Jasnowidzem.[/color] - Jej wargi drgnęły, układając się w wyraz pogardy.

wypowiedziała ostatnie słowo, jakby było robakiem, którego nieopatrznie wzięła do ust i teraz go wypluwała

...

-W[/c]iem, co widziałam!

W oświetlających go płomieniach zdawał się być tylko cieniem - bardzo ciemnym cieniem.

Trafiłaś na wybitnie głupią i niedomyślną czytelniczkę, ale powiedz mi, w jaki sposób jeden cień może być ciemniejszy, no w jaki?

- Twierdzisz, że twoje widzenia są prawdziwe? - Słowo „widzenia” powiedział tak ironicznym tonem, że zdawało się być tylko plugawym strzępkiem, niegodnym, by mógł leżeć przy jego stopach.

Po pierwsze, to już jest naprawdę przesada. Po drugie: zastosowaniu zabiegu o jakim mówisz po myślniku służy kursywa bądź też (ekstremalnie) przeliterowanie wyrazu w t a k i s p o s ó b.

-T-tak - wampirzyca zająknęła się, z powrotem zlękniona.

Eee... dlaczego niby z powrotem?

- Oczywiście, mógłbym sprawdzić twoją wiarygodność w inny sposób - ciągnął spokojnie(.) - bardziej skuteczny sposób.

Skoro, jak sama napisałaś, ciągnął, zatem nie zaczynał kolejnego zdania, lecz kontynuował poprzednie.

Bardziej skuteczny sposób. Jednakże jestem nieco wyczerpany pewnymi… zabiegami .[/u- Głos zadrżał mu, jakby znowu miał zachichotać.

- Tak więc, nie odmówię sobie trochę rozrywki.

Trochę to złe słowo, ze względu na swą nieodmienność. Odrobiny.

Nocny Jasnowidz zrozumiała z całej tej wypowiedzi tylko tyle, że uważają za kłamczuchę. I wydedukowała, że ten człowiek przy kominku to wariat, w dodatku pewnie jak każdy z tych, co nazywają się czarodziejami - niebezpieczny.

Nie "co", ale którzy, bo jak z treści wnioskuję, Głos, mimo tego jak go nazywasz, przedmiotem nie jest.

Oczywiście, „hrabia” nie zdradził jej, że jest jednym z nich

Zbędny cudzysłów.
I w ogóle, radziłabym się zdecydować, bo raz "hrabia" piszesz małą, a raz wielką literą, a to raczej na pozytywny odbiór tekstu nie wypływa.

Nocny Jasnowidz wzdrygnęła się.- Czy też źle mnie poinformowano?

-Milczysz?

Odwrócił się nieco i wycelował różdżkę w wampirzycę

wycelował różdżką

- Jaką, do licha, pow…-zaczęła

Zabawna sytuacja, zaiste, dziewczyna leży, wije się z bólu, jęczy, a w międzyczasie zwyczajnie odpowiada na zadawane jej pytania.

- Nic. Nie. Powiem - wydyszała.

Nic... nie... powiem... - wydyszała. O wiele bardziej przekonywająco, nie sądzisz?

Wolała oglądać hrabię w swoich Nawiedzeniach niż na żywo.

A to ci dopiero ciekawy zabieg, wielka litera w środku zdania, pewnie.

-Oczywiście, że powiesz - zaśmiał się cicho czarodziej

Mimo odległości, gardło zapłonęło na samo doznanie zapachowe.

Gasz, co to jest?

Instynktownie zerwała się na równe nogi i skoczyła w stronę drzwi.

W sumie... fajnie tak, pół minuty po oberwaniu najmocniejszym i sprawiającym największy ból w czarodziejskim świecie, swobodnie biegać sobie po pokoju.

-E-e - powiedział Hrabia.

oczy bez źrenic błyszczały intensywnym, szafirowym odcieniem

Wiedziała, z czym miała do czynienia, choć istota ta znana jej była tylko z legend jej plemienia.

- Nie bądź głupia, pijawko - prychnęła Amelia.- Nie miałabyś szans z Panem.

-Mów! - rozkazał Hrabia Souffrance.



Masz problem z narracją. Wybrałaś sobie narratora wszystkowiedzącego i wypowiadającego się w trzeciej osobie. Uznawanego za najłatwiejszego swoją drogą, ale nie o tym mieliśmy mówić. Narrator wszystkowiedzący, jak sama nazwa wskazuje, wie wszystko, toteż umieszczanie w opisach czasowników w trybie przypuszczającym bądź też słów typu: może, najwyraźniej, możliwe że etc. jest bardzo niedobrym zwyczajem, którego należy się wyzbyć. Żeby nie być gołosłowną:

Lata świetności mostu musiały minąć już dawno
Pewnie, gdyby była człowiekiem, można byłoby teraz usłyszeć łomot jej serca.
Wyższa z nich, ta o głosie Kostuchy, najwyraźniej prowadziła
Właściciela tego głosu nie było widać, ale być może siedział w wysokim fotelu przy kominku
musiałby umrzeć spojrzawszy w te oczy
wąski przedmiot, który obracał w palcach, mógł być tylko tym, co czarownicy nazywają różdżką, a wampiry pogrzebaczem


Jeśli o styl chodzi, to mam nadzieję, że nie musimy się powtarzać.
Scena tortur naszym zdaniem niekoniecznie udana. Z którejkolwiek strony by na to nie spojrzeć, opisanie tego typu wydarzeń w sposób odpowiedni, płynny i nieprzesadny jest naprawdę trudną sztukę,

Ciekawi nas... czytałaś to w ogóle przed publikacją?

W jednym się w kolegą wyżej zgadzamy, przewidywalność bardzo negatywnie wpływa na obiór tekstu. Żywimy nadzieję, że rozdział pierwszy przedstawieniem sielskiego życia głównej bohaterki nie będzie.

Och, tak, tak, my również czekamy na kolejną część. I pozdrawiamy.

//Koloru czerwonego może używać tylko Administracja. Tym razem bez warna.
//Sindbad

Awatar użytkownika
ever.more

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: ever.more » 01 czerwca 2010, 20:07

Ciekawi nas... czytałaś to w ogóle przed publikacją?
Liz... rozumiem, że wschodzącą gwiazdą nie jestem (mówiąc bardzo delikatnie), ale nie jestem również autorką z przypadku.
Masz problem z narracją. Wybrałaś sobie narratora wszystkowiedzącego i wypowiadającego się w trzeciej osobie. Uznawanego za najłatwiejszego swoją drogą, ale nie o tym mieliśmy mówić
Zdaję sobie sprawę, że ten typ narracji jest najłatwiejszy, uwierz. Zresztą, sama widzisz, że nawet ten kuleje, więc wydaje mi się, że nie byłoby zbyt roztropnym (w moim przypadku) brać się za poziomy wyższe. Dlatego też komentarz pod tytułem "najłatwiejszy"... powiedzmy, że byłabym wdzięczna, gdybyś uwierzyła choć trochę, że nie jestem tak głupia, jak można wnioskować z moich prac ;)

Awatar użytkownika
Amor

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: Amor » 01 czerwca 2010, 21:35

Bynajmniej wzmianka o poziomie trudności narracji nie miała ci uwłaczać, uwierz. Zaskakujące, jak często ludzie odbierają nasze słowa w opaczny sposób.

W sumie, to spodziewałam się odrobinę dłuższego komentarza podsumowującego moją, niekrótką zresztą, pracę, ale. Nie można mieć wszystkiego.

Drogi, Sindbadzie, rozumiem, iż zmuszony byłeś nas poprawić, ale naprawdę, nie podejrzewałam, że zrobienie tego w dokładny sposób mogłoby okazać się zbyt dużym wyzwaniem. I teraz mamy dylemat... poprawiać po Administratorze czy też pozwalać ranić moje oczy, ach.

Awatar użytkownika
ever.more

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: ever.more » 01 czerwca 2010, 21:44

Krótki komentarz spowodowany jest brakiem czasu. Poza tym, praca niekrótka, ale co ja mam komentować? Mam usiąść i poprawiać.
Oczywiście, stosowny komentarz do poświęconego czasu i ZDROWIA jest tylko jeden: że bardzo serdecznie dziękuję i jesteś numerem jeden, jeżeli chodzi o sprowadzanie mnie w realia mojego poziomu. Którego nie ma. No to wyszedł chyba więcej niż jeden komentarz, choć i tak nieproporcjonalny do Twojej pracy. Wybacz.

Awatar użytkownika
Amor

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: Amor » 01 czerwca 2010, 21:57

Skąd, ten nas satysfakcjonuje w stu procentach ^^.

//W tym temacie piszemy swoje opinie i spostrzeżenia. Ostatnie ostrzeżenie słowne.
//Sindbad

Awatar użytkownika
ever.more

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: ever.more » 01 czerwca 2010, 22:04

To mnie ogromnie cieszy, stwierdzam, że zrobiło się sympatycznie, a ja zrobiłam makabryczną ilość powtórzeń i nie zauważyłam tego ze cztery razy, co jest nie dość że karygodne, to jeszcze załamujące, ot co! I Twoje "noale" weszło mi do słownika. Oj.

Awatar użytkownika
Michal93ns

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: Michal93ns » 04 czerwca 2010, 17:09

"niesielanka"
Nie ma takiego słowa, może lepiej pasowało by "beztroskie życie" ?

Awatar użytkownika
ever.more

RE: Gryfonka. Dziedzictwo.

Post autor: ever.more » 04 czerwca 2010, 18:26

Jest takie słowo.
A gdyby faktycznie było niepoprawne, to odpowiednią formą wcale nie byłoby "beztroskie życie". Sama "sielanka" oznacza spokojne, niczym niezmącone życie. Tak więc "niesielanka" oznacza, że wcale nie jest tak spokojnie i cudownie, jak można by sobie tego życzyć. Mam nadzieję, że jest to zrozumiałe.

Zablokowany