TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Księżycowa opowieść [Sailor Moon]

"Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku." ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Lillith

Księżycowa opowieść [Sailor Moon]

Post autor: Lillith » 30 sierpnia 2010, 11:08

Jak zaznaczyłam w tytule fanfic zainspirowany serialem anime Sailor Moon [z polskiego Czarodziejka z Księżyca] Wersja wg mnie bardziej dla dorosłych niż dla dzieci. Niestety niedokończona z braku czasu. Życzę miłej lektury :yellowstar:
____________________________________

- Przypomnij sobie … Przypomnij sobie kim naprawdę jesteś…
Głos w jego głowie rozbrzmiewał coraz bardziej rozpaczliwie, dopóki nie przerodził się w krzyk, by potem gwałtownie się załamać i zgasnąć. Usiadł na łóżku. Czuł jak zimny pot spływa mu w dół kręgosłupa cienkimi strużkami. Na zegarku mijała trzecia. Długo stał na balkonie, zaciskając rozgorączkowane dłonie na metalowej poręczy. Ogromna tarcza srebrzystego Księżyca wznosiła się ponuro nad zaspanym Tokio. Ten dziwny sen dręczył go już od tygodni. Wciąż ten sam głos. Te same złote, długie włosy rozwiane na wietrze i ten melancholijny księżycowy blask. Kim była dziewczyna, która płakała w jego snach?

Wysokie płomienie muskały powietrze w świątyni na obrzeżach miasta. Chram, w którym służyła wypełniała jej monotonna mantra. Kapłanka o czarnych włosach rozsypanych na ziemi, klęczała przy świętym ogniu. Widziała Strażniczki Planet, które walczyły z Cieniem i Chaosem, widziała jak Tokio rozsypuje się w pył, a rozszarpane ludzkie szczątki leżą na zniszczonych ulicach. Krew Strażniczek spływała po ruinach miasta. Cień pokrywał wyspy, powoli wpełzał do każdego zakamarka, zabijał, mordował, niszczył. Chaos podążał tuż za nim, wzburzał morze, zrywał olbrzymi wiatr, dudnił pod ziemią. Świat ginął na jej oczach, a ona nie mogła nic zrobić…

Światło monitora odbijało się w jej okularach. Dawno już przestała się uczyć. Od jakiegoś czasu bezmyślnie wpatrywała się w komputer, wsłuchując się w krople deszczu uderzające o szybę. Ich miarowe dudnienie wypełniało ją spokojem. Odetchnęła głęboko odchylając się w fotelu. Czekało ją jeszcze tyle nauki, a mimo to nie miała głowy by wrócić do notatek. Jakiś dziwny niepokój wpełzał do jej duszy. I ten sen… Sen o wielkich balach, w kryształowych komnatach, wśród kryształowych arkad i białych lilii. Tyle razy już widziała marmurowe posadzki, posągi i płaskorzeźby, iż wydawało jej się, że każdy ich szczegół zna już na pamięć. Ona sama była wśród tych roześmianych ludzi wirujących w tańcu. Czyjeś silne ramiona obejmowały ją i tuliły do siebie. A ona czuła się jak nigdy dotąd spełniona i szczęśliwa…

Stała na dachu wieżowca. Wiatr szarpał jej długimi złotymi włosami. Ubrana była w lekką, wygodną zbroję. Na jej czole pod gęstą grzywką błyszczał jasnym światłem symbol planety Wenus. Coś w głębi jej duszy ponaglało ją do odszukania tych, w których rękach ważyć się będą niedługo losy Ziemi. Nie miała już czasu. Niebezpieczeństwo było blisko. Jednak jak miała ich odnaleźć w tym wielkim mieście? Gdzie miała szukać tych, w których ciałach błyszczały światła Planet?
- Gdzie jesteście? – wyszeptała prosto w pochmurną noc – Pomóżcie mi…

Po raz kolejny przewróciła się z boku na bok. Nie umiała zasnąć. Niesforne kasztanowe kosmyki rozsypały się na poduszce. Wstała i zaparzywszy herbatę, włączyła magnetofon, z głośników posoczyła się wolna muzyka. Powoli wdychała słodkawą woń kwiatów, które rosnąc w kolorowych donicach stały na parapetach, szafkach i podłodze. Dzisiaj nawet one nie były w stanie pozwolić jej usnąć. Nerwowym ruchem rozsunęła zasłony w oknie. Pełnia. To nie wróżyło niczego dobrego…

Gorąca woda spływała wąskimi strużkami po jej miękkiej skórze. Ze snu wyrwał ją obraz rozszarpanej na strzępy kobiety. Jej białe, długie włosy przemoczone były purpurą krwi. W dłoniach wciąż jeszcze bezradnie zaciskała królewskie berło. Wokół niej w tumanach kurzu leżały roztrzaskane kolumny arkad. Kryształowy pałac osuwał jej się do stóp, rozsypując naokoło deszcz ostrych, błyszczących odprysków. Gdzieś w oddali słyszała rozpaczliwe krzyki konających ludzi. Widziała wojska, którym przewodzili czterej Wielcy Generałowie, ścierające się ze sobą w walce, która i tak była z góry przegrana...

Kopała przed sobą mały, biały kamyk. Im dłużej szła tym mocniej jej noga uderzała w jego chropowatą powierzchnię. Musiała się spieszyć, a nie wiedziała od czego zacząć. Poczucie bezsilności doprowadzało ją na skraj rozpaczy. Dopiero głośny klakson samochodu wyrwał ją z rozmyślań. W ostatniej sekundzie zrozumiała, że idzie środkiem ulicy, a prosto na nią jedzie rozpędzony samochód. Kiedy oprzytomniała, klęczała już na gorącej masce auta, a zza kierownicy przyglądał jej się zaskoczony mężczyzna o białych włosach. Długo nie umiała oderwać od niego oczu. Zsunęła się z maski i ruszyła biegiem w dół ulicy.
- Poczekaj! – auto z piskiem opon ruszyło za nią – Zaczekaj!
W tłumie ludzi idących chodnikiem zniknęła mu z oczu...

Energicznie czesała gęste włosy, przeglądając się w lustrze. Nagle zamarła w bezruchu. Tafla lustra zafalowała niczym woda, a z jej głębi gwałtownie buchnęło oślepiające purpurowe światło. Przestraszona upadła na ziemię. Z wnętrza lustra prosto ku niej zaczął wypełzać czarny stwór o dwóch parach czerwonych ślepi. Jego ostre, wykrzywione szpony wbiły się w udo dziewczyny, zalewając dywan ciepłą krwią. Oniemiała z bólu. Nie była w stanie nawet się bronić. Tymczasem postać o czerwonych ślepiach zawisła nad nią, przyglądając się jej uważnie.
- Zdążyłem – mruknął gardłowym, chrypliwym głosem – Jeszcze nie wiesz…
Nie dokończył, bo niemalże w tym samym momencie z okien pokoju posypał się migotliwy deszcz stłuczonego szkła. Pośród roztańczonych na wietrze firanek stanęła przepiękna dziewczyna o złotych włosach.
- A więc to prawda… - jęknął stwór, wyszarpując szpony z nogi dziewczyny.
- Nie waż się jej więcej tknąć – wykrzyknęła Strażniczka, wyciągając przed siebie otwartą dłoń. Z jej środka wydobyło się na początku jasne, żółte światło, a w chwilę potem trzymała już w obu rękach długi, kryształowy miecz.
- Już i tak jest za późno – wyskrzeczał stwór, cofając się gwałtownie w stronę lustra – Zawiodłaś Strażniczko…!
Dziewczyna nie czekała dłużej, błyskawicznie podskoczyła niemalże pod sam sufit, by potem ze świstem opaść prosto na potwora przewiercając go na wylot błyszczącym mieczem…

- Stało się - wyszeptała pobladłymi wargami.
Światło świętego ognia rozjaśniało naokoło mrok starego chramu. Od pewnego czasu zdecydowanie za długo medytowała. Klasnęła w dłonie i pokłoniła się nisko. Powoli wyszła na zewnątrz świątyni. Nogi uginały się pod nią, ale nie ze zmęczenia, tylko z emocji, które nagle wlały się w jej serce. Dwa czarne, duże kruki zatoczyły nad jej głową krąg by potem przycupnąć przy niej. Uśmiechnęła się do nich z wdzięcznością.
- Dziękuję, że czekałyście. Poczułam wielką moc burzy, która przebudziła się w tym mieście, ale blisko niej było jeszcze coś innego… Coś, co znam z moich snów…

Przypatrywała się dziewczynie, która z zabandażowaną nogą leżała na łóżku, nie umiejąc wydobyć z siebie słowa.
- Demon miał rację. Nie zdążyłam cię odnaleźć i ochronić – odezwała się w końcu, wstając. Jej kocie ruchy wprawiały w oszołomienie wysoką brunetkę o kolczykach w kształcie róż.
- Uratowałaś mi życie – powiedziała cicho.
Złotowłosa odwróciła ku niej twarz. W jej oczach odnalazła smutek i zwątpienie.
- Wciąż mam do odnalezienia trzy Strażniczki…
- Ja niczego nie rozumiem… - wyjąkała – Kim jesteś? Czym był ten stwór, którego nazywasz Demonem? Co się tu stało…? Wytłumacz mi… Co się tu dzieje?!
- Mam na imię Minako. Jestem Strażniczką Planety Wenus. Przebudziłam się na Ziemi, by odnaleźć swoje towarzyszki, pozostałe Strażniczki Układu Słonecznego. Ludzi, którzy w swych sercach noszą prastare światło Planet…
- A co ja… Co ja mam z tym wspólnego?
- Ty również jesteś Strażniczką – Minako przykucnęła przy łóżku, biorąc w obie dłonie jej twarz – W tobie dziś obudziła się moc największej planety Układu Słonecznego, Jowisza.
- To niemożliwe! – przerwała histerycznie, wyszarpując się z jej objęcia – Kłamiesz! … Oszalałaś!
- Pokażę ci coś – złotowłosa dziewczyna wyciągnęła skrzyżowane dłonie na wysokość swojego czoła. W tej samej chwili oślepiający, ciepły blask otoczył jej ciało unosząc jej długie włosy ku górze. Kiedy w pokoju znów zapanował półmrok stała w nim Strażniczka Planety Wenus.
- Czy teraz mi wierzysz, Strażniczko? – spytała łagodnie – Czy to wystarczy?

Zamówiła sobie gorącą czekoladę. Uwielbiała tu przesiadywać w długich przerwach między zajęciami. Mogła odpocząć od zgiełku przepełnionych korytarzy i w spokoju wczytać się w książki. Od pewnego czasu bardzo zainteresowała ją symbolika, mitologia i astrologia. Godzinami czytała stare, opasłe tomy przepełnione różnymi bóstwami, Demonami, Nimfami i Magami. Powoli poznawała nie tylko japońskie mity, ale także bogate mity z Europy. Z wypiekami na twarzy wczytywała się w historie mądrego Boga Merkurego, przepięknej Bogini Wenus, czy silnego Boga Jowisza. Płakała i cieszyła się z nimi, nie wierząc, że tak mocno zamknie ich w swym sercu. Przyjemne ciepło rozpływało się w jej ciele, kiedy czytała o Olimpie i o wspaniałościach tamtego dworu i za każdym razem, kiedy przymykała oczy pod powiekami widziała wspaniałe komnaty wypełnione cudowną wonią białych lilii i kadzideł…

- Wszystko w porządku? – chłopak w okularach pochylał się nad nią, wyraźnie zaniepokojony jej zachowaniem.
- T- tak… - mruknęła – Zamyśliłam się. Nic takiego.
- Ostatnio dość często ci się to zdarza. Czy coś się stało? Mogę ci jakoś pomóc?
- Dziękuję – uśmiechnęła się do niego tak słodko, jak tylko potrafiła – Poradzę sobie. To tylko głupie sny na jawie.
- Jakie sny?
- Sny o… - zawahała się. On i tak by tego nie zrozumiał. Umino wiele rozumiał, zawsze mogła na niego liczyć, ale to, co działo się z nią od pewnego czasu nawet on nie potrafiłby pojąć. Ciągle powracające sny o krwi, śmierci, walce… Co mogły znaczyć? Co miały jej przekazać? Nie zrozumiałby tego. – Nieważne. Muszę już lecieć. Do zobaczenia jutro.
Bezsilnie przypatrywał się jak znika za rogiem szkoły, zostawiając go samego na dziedzińcu. Biegła tak szybko jak tylko potrafiła, łzy spływały jej po policzkach. Wierzchem dłoni wycierała je, nie patrząc gdzie biegnie. Kiedy w końcu wyczerpana przystanęła odnalazła się w parku miejskim nad wielkim jeziorem. O tej porze dnia nie było tu nikogo. Pochlipując jeszcze usiadła na betonowym murku otaczającym wodę. Jej słone łzy roztrzaskiwały się o zimną taflę jeziora. Straciła poczucie czasu. Zupełnie zapomniała gdzie jest i dlaczego właśnie tu przyszła. Kiedy zobaczyła w odbiciu wody na swoim czole lśniący diadem, zamarła w bezruchu. Jak to możliwe? Przestraszona chciała się cofnąć i wstać, ale w tym samym momencie ciemność przysłoniła jej oczy. Tracąc przytomność powoli osunęła się w ramiona jeziora.

- Dziadku – szepnęła kapłanka o czarnych włosach – Już niebawem stanie się coś niedobrego. Widzę to w płomieniach świętego ognia…
Starzec o długiej, białej brodzie siedzący w postawie lotosu naprzeciwko złotego, wielkiego pomnika Buddy, otworzył powoli oczy. Otaczały go płonące świece i gęsty dym kadzideł, który dziewczyna głęboko wdychała. Mnich podniósł się powoli i usiadł naprzeciwko niej biorąc jej blade dłonie w swoje pomarszczone ręce.
- Nadszedł czas, moje dziecko- szepnął, wpatrując się w jej czarne oczy – Musisz otworzyć swoje serce na to, co widzisz w świętym ogniu.
- Widziałam Strażniczki Planet Układu Słonecznego, walczyły z Cieniem i Chaosem, które przejęły władzę nad światem, zniszczyły go i pochłonęły ludzkość. To cała moc płynąca ze świętego ognia, której nie rozumiem…
- Już od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. Rei, w twej duszy płonie wielka moc, która od niedawna burzy się w tobie i kotłuje, gdyż czas, który rozstrzygnie o losach tego świata jest już bliski.
- Ale dziadku! – po jej bladych policzkach popłynęły łzy – Jak ja mogę mieć na to wpływ? Jak mogę walczyć? Nie umiem, nie wiem jak!
- Nie martw się, Rei, nie będziesz sama...

Wpatrywał się w zachód Słońca. Tutaj nad morzem to oszałamiające widowisko było mu szczególnie bliskie. Między palcami prawej dłoni prześlizgiwały mu się ziarenka piasku. Wciąż jeszcze słyszał dźwięk klaksonu, kiedy wyrwany z rozmyślań w ostatniej chwili zobaczył ją na środku ulicy. Jak ona to zrobiła, że z taką łatwością udało jej się podskoczyć i bezpiecznie wylądować na masce samochodu? Do tej pory w nozdrzach miał subtelny zapach jej perfum, wciąż jeszcze pod powiekami miał połysk jej przecudnych, długich włosów. Ile by tylko dał, by jeszcze raz móc ją zobaczyć! W tej dziewczynie było coś niepowtarzalnego, coś co obudziło w nim dawno zapomnianą tęsknotę. Kamień, który cisnął w fale z pluskiem utonął w morskiej pianie. Nie pamiętał wielu rzeczy w swoim życiu, nigdy nie czuł się z nikim, ani niczym związany, wciąż zmieniał mieszkania i dziewczyny. Do niczego nie tęsknił, nigdy specjalnie się nie starał. W ludziach wzbudzał zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, kolejne sukcesy zawodowe przychodziły mu z łatwością, ale nie dawały mu satysfakcji. Dziś przez ten ułamek sekundy, w jakiś przedziwny sposób ona dała mu punkt zaczepienia, punkt, dzięki któremu mógł odbić się od dna.
- Tu jesteś, Kunzite! - mężczyzna o kręconych, brązowych włosach za ramiona usiadł koło niego na piasku – Znowu rozmyślasz?
- Dzisiaj spotkałem dziewczynę o złotych włosach… Jeszcze nigdy, nie pragnąłem kogoś tak bardzo, jak jej wtedy... a widziałem ją przecież przez chwilę… Neflite – westchnął ciężko – Pamiętasz nasze dzieciństwo? Cokolwiek z niego? Choć mały szczegół?
- Sam wiesz przecież, że straciliśmy pamięć. Obudziliśmy się na tej plaży, bez wspomnień, ani drogowskazów, zupełnie wycieńczeni i bezradni. Nigdy nie natrafiliśmy na ślady naszych przyjaciół, rodziny czy przodków.
- Kim my jesteśmy, Neflite? Kim byliśmy kiedyś?

Przeraźliwy krzyk. Wokół gorąco buchających ku niebu płomieni. Trzask pękających arkad, ogłuszający grzmot walących się świątyń i krużganków. Gdzieś w oddali okrzyki walczących i chrzęst krzyżujących się mieczy. Kobieta o rudych czerwonych włosach na czele jakiegoś małego oddziału z wysoko uniesionym ku górze mieczem biegła prosto na wysunięte do przodu szpady wojowników. W ostatniej chwili zanim potężnym uderzeniem połamała miecz jednego z rycerzy, spojrzała w jej kierunku, a w jej oczach odnalazła determinację zmieszaną z przerażającą rozpaczą…
W tej samej chwili jeszcze mokra od wody z jeziora, rozebrana do naga, z włosami rozrzuconymi na poduszkach obudziła się w czyimś miękkim łóżku. Niepewnie otuliwszy się prześcieradłem wstała. Za wysokim oknem rozciągało się u jej stóp Tokio pogrążone we śnie. Tylko wielka tarcza Księżyca rozjaśniała miasto nieświadome zbliżającego się niebezpieczeństwa. Drzwi pokoju, w którym stała uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Przestraszona odwróciła się, by spojrzeć prosto w błękitne oczy wysokiego mężczyzny. Serce w jej piersi zabiło niespokojnie, kiedy zbliżył się do niej. Przez chwilę wpatrywał się w nią, by potem delikatnie odgarnąć jej grzywkę z oczu. Znała te oczy. Kiedyś już się w nie wpatrywała. Były jej takie bliskie, takie znajome…

Wpatrywał się w nią z intensywnością, która jego samego zadziwiała. Czuł jak od tej drobnej dziewczyny bije niesamowita siła. Moc pełna ciepła, niczym jasne światło Księżyca w bezchmurną noc. Gdy zobaczył ją osuwającą się do wody jeziora bez zastanowienia wskoczył za nią. Na rękach zaniósł ją do swojego mieszkania. Czuł, że musi jej pomóc, że nie może zostawić ją tak po prostu w szpitalu. Musi z nią porozmawiać, musi ją zrozumieć, a ona może stanie się kluczem do jego przeszłości. Kiedy dotknął jej włosów przez jego ciało przebiegł przyjemny dreszcz, a ciepło wypełniło jego duszę i miał ochotę ją do siebie przytulić i już nigdy więcej nie wypuścić ze swoich ramion…

- Weź mnie za rękę. Teraz, kiedy już wiem kim jesteś może nam się udać.
- Obiecaj mi tylko – Makoto mocno uścisnęła jej dłoń – że cokolwiek się stanie, ty mnie nie puścisz …
- Nie martw się. Jestem tu, by cię poprowadzić – Minako zamknęła oczy – Moja patronko, uzdrowicielko dusz zbłąkanych i słabych, wlej we mnie swą moc!
W tym samym momencie Makoto zobaczyła, jak ciało jej towarzyszki oplata ciepły, żółty wiatr. Symbol na czole Minako błyszczał tak jasnym światłem, że musiała zamknąć powieki. Kiedy odważyła się otworzyć oczy obydwie szybowały we mgle. Strażniczka Planety Wenus ubrana była w przepiękną zbroję, u jej ramion wyrosły wielkie, anielskie skrzydła. Była taka piękna! Mgła gęstniała z każdą chwilą.
- Gdzie my lecimy? – wyszeptała, bojąc się powiedzieć coś głośniej.
- Zamknij oczy, Makoto. Pozwól się nieść energii, która zaprowadzi nas do tych, którzy z nami dzielą los.

Kiedy zobaczył ją wśród wzburzonych fal morza oniemiał z przerażenia. Z mokrymi włosami opadającymi do kolan broczyła w wodzie, słaniając się na nogach. Bez zastanowienia wbiegł prosto w morze. Słyszał za sobą Neflite, on też wskoczył do wody, bo ze złotowłosą dziewczyną szedł ktoś jeszcze, z trudem walcząc przeciwko falom. W ostatniej chwili pochwycił ją w ramiona. Dziewczyna o lśniącym znaku na czole była zupełnie wyczerpana. Ufnie oparła mu głowę na ramieniu.
- Kunzite – wyszeptała załamującym się głosem zanim straciła przytomność.

- Ami? Ami Mizuno? – jakiś nieznajomy napisał do niej na komunikatorze internetowym.
Przetarła zmęczone oczy wierzchem dłoni. Było już późno w nocy, nie spodziewała się, że jeszcze ktokolwiek do niej napisze. Mozart rozbrzmiewał w jej słuchawkach, ona sama była zaś pogrążona w mitologii celtyckiej.
- Skąd wiesz jak mam na imię? Znamy się? – zapytała.
- Musimy się spotkać – dostała tylko w odpowiedzi – To ważne.
- Przepraszam, ale nie rozumiem o co chodzi.
- Nie bez powodu wczytujesz się w mitologię i szukasz odpowiedzi na pytanie kim naprawdę jesteś…
Ami zamarła w bezruchu. Skąd on wiedział? Kim on był?
- Czujesz już, że zbliża się wielkie niebezpieczeństwo. Dręczy nas ten sam niepokój.
- Kim jesteś?
- Ja też jeszcze tego nie wiem. Spotkajmy się pod twoją szkołą. Nie czekajmy z tym do rana.

Położył ją delikatnie na łóżku. Jej ciało było całe skostniałe od lodowatej morskiej wody. Niecierpliwie wycierał ją ręcznikiem. Kiedy jej dotykał przechodził przez niego ciepły prąd. Wędrował prosto do mózgu oszałamiając go przyjemnością i rozkoszą. Była niespotykanie piękna i promieniowała od niej taka dobra energia… Pochylił się nad nią, by zetrzeć jej z czoła krople wody. Na chwilę zawisł nad nią wahając się, czy nie dotknąć jej miękkich warg, skosztować zakazanego owocu… Jednakże niemal w tym samym momencie weszła do pokoju tamta dziewczyna, która razem ze złotowłosą broczyła w morzu. Była zupełnie naga. Rozpuściła kasztanowe włosy na ramiona, a sine z zimna ciało opatuliła długim kocem. Z oczu ciekły jej łzy.
- Jak ona się czuje? – głos jej się załamał – Czy coś się jej stało?
- Poradzi sobie…- Kunzite wyprostował się i wyszedł z pokoju zostawiając Minako pod ciepła kołdrą.
W pokoju obok siedział Neflite. W dłoniach trzymał kubek z gorącą herbatą. Podał go dziewczynie. Kunzite jeszcze nigdy nie widział, żeby jego brat w taki przedziwny sposób przyglądał się jakiejkolwiek dziewczynie. Pierwszy raz w jego oczach widział taki niesamowity spokój, a jednocześnie tęsknotę. W pokoju panował półmrok. Na wysokim świeczniku w kącie płonęły świece.
- Co się stało? – zapytał w końcu, kiedy milczenie przeciągało się w nieskończoność.
Makoto popatrzyła na niego, przytrzymując kubek przy pobladłych ustach.
- Jesteśmy Strażniczkami – wyszeptała nagle z pewnością, która sama ją zadziwiła – Naszym zadaniem jest ochrona Kryształowego Milenium i Księżniczki…
- Strażniczki? – powtórzył bezgłośnie Neflite.
- To dlatego na jej czole błyszczał ten jasny znak?
- Jest Strażniczką Planety Wenus. Powiedziała mi, że odnajdziemy tych, którzy dzielą z nami to samo przeznaczenie. Czy wy jesteście tymi, których szukałyśmy?

Co ją tu przygnało? Dlaczego przyszła pod opustoszały budynek szkoły, żeby się spotkać z kimś z kim wymieniła zaledwie kilka słów? Było jej zimno. Niecierpliwie ocierała o siebie ramiona. Skąd wiedział o niepokoju, który trawił ją od środka? Skąd wiedział, że nie wie kim jest naprawdę? Zamarła w bezruchu, kiedy nagle z ciemności wyłoniła się sylwetka wysokiego mężczyzny o blond włosach, spiętych w luźny koński ogon. Oszołomiona cofnęła się pod ścianę szkoły. W nagłych błyskach jasnego światła widziała obrazy pełne białych lilii, płonących świec i dymu kadzideł. Widziała kryształowy pałac pełen arkad, kolumn i opadających do ziemi kaskadami bluszczy. Bezsilnie złapała się za głowę. Nie rozumiała skąd brały się te obrazy w jej umyśle i dlaczego właśnie on uwolnił je z jej serca. Nagle ziemia pod jej stopami zatrzęsła się i popękała. W chwilę potem rozpruła się na środku dziedzińca oddzielając ją od tajemniczego mężczyzny. Pisnęła przerażona. Strach sparaliżował jej ciało. Nie potrafiła nic zrobić kiedy smolisty demon o czerwonych ślepiach błyskawicznie wypełznął ze szczeliny i z wyciągniętymi w jej kierunku szponami rzucił się na nią. Ami zdążyła już tylko zasłonić twarz ramionami, a gdy szpony wbiły się w jej ręce przeraźliwy krzyk wyrwał się z jej gardła. Jakaś przedziwna moc, niczym rwący strumień wypełzła z jej serca, wypełniając jej duszę uderzeniem silniejszym niż morska fala. Demon wycofał się gwałtownie skrzecząc niczym zraniony zwierz, a kiedy odważyła się uchylić powieki zobaczyła nad sobą już tylko nieznajomego mężczyznę.
- Co się stało? – wyjąkała.
- Demon nie żyje – uśmiechnął się, mrużąc oczy przed błękitnym światłem wydobywającym się ze znaku na jej czole – Tak bardzo się cieszę…

Poderwała się na łóżku, łapiąc łapczywie zimne powietrze zbliżającego się poranka w płuca. Coś się stało… Coś czego nie umiała sobie wyobrazić, bo było jej zupełnie obce, a jednak tak bardzo bliskie i znajome. Nagła ulewa spadła na miasto. Uderzała miarowo wielkimi kroplami o szyby mieszkania nieznajomego mężczyzny, który uratował ją przed utonięciem.
- Czujesz to samo co ja? Energię wody, która zbudziła się tej nocy mieście? – spytał, otwierając powoli oczy.
Dziewczyna kiwnęła głową, a po jej policzkach popłynęły łzy. Zakryła twarz dłońmi, a on przytulił ją mocno do siebie.
- Nie jestem w stanie dać ci odpowiedzi na dręczące cię pytania. Sam mam sny, których nie umiem sobie wytłumaczyć. Od dawna szukam wyjaśnień, ale dopiero od niedawna wizje stały się wręcz nie do zniesienia.
- Niebezpieczeństwo czai się w tym mieście – wyszeptała, ocierając wierzchem dłoni łzy – I jeśli łączą nas te same sny to…
Ogłuszający grzmot przerwał jej w połowie zdania. Skuliła się, chowając się w jego ramionach. Było jej tu z nim tak dobrze. Tak dobrze, że nie musiała znać nawet jego imienia…

Neflite i Makoto już dawno spali. Za oknami szum ulewy mieszał się z grzmotami piorunów. Wyłączył lampkę nocną i zapalił kilka świeczek na nocnym stoliku. Sen nie nadchodził. Dręczyły go dziwne myśli. Niepokój nie pozwalał mu spokojnie usiąść w fotelu. Długo stał w oknie, wpatrując się w błyskawice rozpruwające niebo. Coś ty ze mną zrobiła? - pomyślał rozpaczliwie, siadając koło niej na łóżku – Coś ty uczyniła, że nie mogę spać i myśleć? Skąd wzięłaś sobie prawo, by wtargnąć do mojego życia i przewrócić je do góry nogami? Nie znam cię. Nie wiem kim jesteś. A jeszcze nikt nie poruszał tak mocno wszystkimi strunami mej duszy. Obudź się. Wróć do mnie i powiedz kim jesteś! Obudź się, moja Minako... Proszę obudź się! Niespodziewanie symbol Wenus na czole dziewczyny zabłysnął żółtym światłem. Kunzite uśmiechnął się do siebie. Powolnym ruchem pochylił się nad nią i złożył na nim pocałunek.

Szedł pośród gęstej mgły. Wokół niego szarobłękitne chmury rozmywały się, to znów wyłaniały się z niczego. Miał przeraźliwe poczucie zupełnego osamotnienia i zagubienia. Bez celu błądził w tym przedziwnym pustkowiu, nie wiedząc którędy iść, ani jak długo już tak kręci się w kółko. Kiedy nagle z tej kompletnej ciszy wyrwał go dźwięczny śmiech dziewczyny, nie zastanawiał się długo i ruszył biegiem w kierunku, z którego dochodził. Nagle mgły pod jego stopami rozstąpiły się gwałtownie, ukazując jego oczom przepiękny pałac osnuty gęstymi niebieskimi chmurami. Jego wysokie strzeliste wieże błyszczały migotliwie w smugach promieni słonecznych. Zapach czerwonych róż, które otaczały cały zamek unosił się w powietrzu. Powoli wszedł na trakt, wzdłuż którego ciągnęły się wysokie arkady porośnięte ciemnozielonym bluszczem. Wejście na dziedziniec zagradzali dwaj rycerze. Przestraszył się, że go nie przepuszczą, ale ku swojemu zdziwieniu uklękli przed nim, przykładając prawą dłoń do serca. Kiedy przeszedł przez bramę w jego twarz buchnęła przepiękna woń róż. Jego oczom ukazał się wielki plac pełen marmurowych arkad i kwitnących krzewów róż. W sercu dziedzińca stała marmurowa fontanna. Woda szumiała przyjemnie, zlewając się ze śmiechem dziewczyny, która nagle wybiegła mu naprzeciw. Jej długie złote włosy falowały na wietrze. Błękitny diadem spinał je na czole, w misterne warkocze. Miała na sobie niemal przeźroczystą suknię, podobną do rzymskich tunik.
- Kunzite! – wykrzyknęła, wyciągając ku niemu ramiona – Nareszcie wróciłeś!

Rei skostniały już nogi. Bez wytchnienia recytowała mantrę, która burzyła ciszę starego chramu. Jej dwa czarne kruki przycupnęły na gałęziach kwitnących wiśni, wyczekując końca ulewy. Płomienie świętego ognia z trzaskiem wzbijały się ku niebu. Wyczuwała niebezpieczeństwo, coś miało się stać, już niebawem… Zanim zrozumiała co się dzieje ogień buchnął nową siłą, a z jego wnętrza wyszedł wysoki blondyn o ciemnych oczach. Rei pisnęła, upadając na plecy.
- Nareszcie. Nareszcie cię znalazłem.
- Kim jesteś? - krzyknęła, składając palce do buddyjskiego znaku odpędzającego złe Demony – Co tutaj robisz?
- Nie pamiętasz mnie? Przypomnij sobie wizje, w których upada Księżycowe Królestwo. Przypomnij sobie wojska ścierające się w śmiertelnej walce. Jestem jednym z tych, którzy stali po twojej stronie…

- Już niebawem spotkasz się z tymi, którzy towarzyszyli ci od pradawnych czasów – szedł obok niej wzdłuż wzburzonego morza – Teraz, kiedy już jesteś tak bliska poznania prawdy o sobie czas apokalipsy musi być niedaleki.
Ami wpatrywała się w swoje otwarte dłonie, o które roztrzaskiwał się deszcz. Moc wody, która się w niej obudziła kotłowała się w niej żądając ujścia z ciasnego ciała dziewczyny. Tymczasem rozszarpane ramię mimo opatrunku bolało ją coraz bardziej.
- Nie rozumiem, Zoisite – wyjąkała – Nie mam mocy, by władać nad wodą. Przecież z naukowego punktu widzenia to zupełnie niemożliwe.
- Musisz w to uwierzyć, Ami. Wyczuwam w tobie ogromną moc. Wierzę, że zgodnie z przepowiednią jesteś jedną ze Strażniczek Układu Słonecznego. Wierzę, że jesteś Strażniczką Planety Merkury.
Dziewczyna przystanęła na środku plaży pośród wysokich kamieni grubo ociosanych przez fale. Przymknęła oczy, czując jak drży każdy skrawek jej ciała. Z całej siły zacisnęła dłonie w pięści, tak że paznokcie przebiły jej skórę, a krew pociekła wąską strużką na piasek. Jeśli to prawda – pomyślała rozpaczliwie – Jeśli ta moc we mnie naprawdę istnieje, muszę mieć na to dowód, muszę to zobaczyć… Coś w głębi jej duszy podpowiedziało jej, że ma skrzyżować wyprostowane dłonie na wysokości czoła, a kiedy to zrobiła, wirująca kula wody otoczyła jej ciało, sprawiając, że na chwilę zniknęła Zoisite z oczu. W chwilę potem stała przed nim ubrana w lekką zbroję koloru błękitnego nieba. Na jej czole mienił się symbol planety Merkury.
- Mocy we mnie zrodzona – wyszeptała, wyciągając przed siebie otwarte dłonie –Pozwól mi zobaczyć twą potęgę…
Nagle morze zamarło. Fale ucichły, szum fal zginął w szumie wiatru. A kiedy tafla morza stała się równiejsza niż tafla lustra z jej głębi wydobył się potworny grzmot, który sprawił, że Zoisite z zapartym tchem wbił paznokcie w kamień, przy którym stał. Ami zatoczyła krąg otwartymi dłońmi, a potem uniosła je ku niebu. Gigantyczny słup rozszalałej wody wzbił się niczym świder w niebo. Wir, który stworzył cofnął morze spod stóp Strażniczki o kilkadziesiąt metrów, a huk tego widowiska zagłuszył nawet grzmot potężnych błyskawic.
- Zoisite – łzy na jej policzkach mieszały się z kroplami deszczu – Więc to prawda… Jestem Strażniczką…

Neflite zbiegał po schodach tak szybko jak tylko pozwalało mu na to zmęczenie. Obok niego biegła Makoto. Kiedy wybiegli przed betonowy blok stojący tuż przy plaży, chwycił ją za dłoń, by potem razem pognać prosto w stronę morza, gdzie ku niebu wzbijała się kolumna lodowatej wody.
- To musi być dzieło Strażniczki – wykrzyknęła, by usłyszał choć część z tego co mówi.
Wiatr, który się zerwał szarpał jej włosami. Piasek, który ze świstem wirował w powietrzu ranił jej twarz i dłonie. Musieli ją odnaleźć. Ich towarzyszka była tak blisko. Nagle woda opadła z łomotem w morze. Ogłuszający huk ustał tak gwałtownie, że cisza wydawała im się teraz nieprawdopodobna. Kiedy wpadli między strzeliste kamienie ich oczom ukazał się mężczyzna o długich blond włosach, trzymający w objęciach omdlałą dziewczynę.
- Neflite? – jęknął – Neflite to naprawdę ty?!

Pałac płonął. Kolumny z trzaskiem pod naporem tajemniczej ciemnej energii pękały i roztrzaskiwały się w pył. Srebrzyste witraże w wysokich oknach niczym deszcz sypały się na zakrwawioną ziemię. Zapach krwi i rozpaczliwe krzyki wypełniały powietrze tamtej przeraźliwej nocy. Biegła krużgankami pełnymi rozszarpanych ciał. Z jej licznych ran ciekła gorąca krew. Musiała się spieszyć. Koniec Księżycowego Królestwa był bliski i jeśli szybko niczego nie zrobi, księżycowe milenium obróci się w zapomnienie i niebyt. Jeszcze tylko chwila, a znajdzie się w świątyni. Nagle drogę zagrodził jej olbrzymi czarny stwór o czerwonych ślepiach. Cofnęła się z cichym jękiem. Stwór ryknął i z łomotem rzucił się na nią. Czuła, że nie ma najmniejszych szans.
- Królowo Selenity! – usłyszała tylko zanim żółty strumień energii wwiercił się w bok czarnego Demona.
- Wenus! – wyjąkała, podnosząc się z ziemi.
Nie oglądając się już za siebie ruszyła biegiem w stronę świątyni. Widziała poszarpane ciało Strażniczki, widziała jak słabnie jej moc i gaśnie. Musiała się spieszyć, jeśli miała jeszcze uratować tych, którzy resztkami sił bronili tego, co było dla nich najważniejsze. Świątynia trzęsła się w posadach. Kryształ znajdujący się w jej sercu popękał już i stracił swój dawny blask. Selenity upadła przed nim na kolana, podnosząc zakrwawione dłonie ku niebu.
- Wysłuchaj mą modlitwę, gdy klęcząc przed twym ołtarzem wznoszę mój krzyk o pomoc do ciebie. Duszo Księżyca przebudź się i dodaj nam sił byśmy mogli pokonać zło Ziemi! Obudź się nasz opiekunie, obudź się nasz ojcze, obudź się nasz przewodniku, obudź się Strażniku prastarych rytuałów! – w tym samym momencie popękany kryształ znów zaczął lśnić srebrzystym blaskiem.
Po policzkach Selenity popłynęły krwawe łzy. Coraz bardziej rozpaczliwie wzywała moce Księżyca o pomoc, kiedy nagle wysokie wrota prowadzące do świątyni rozwarły się z łomotem. W zakrwawionej sukni, z potarganymi rudymi włosami oparła się o jedną z wielu kolumn.
- Nehelenia? - wyjąkała Selenity.
- Nadszedł koniec starego Księżycowego Królestwa… - Nehelenia powoli szła w kierunku kryształu – Muszę zniszczyć to, co stare, by móc wybudować nowe.
- Czyli to ty? – łzy Selenity opadały na kryształową posadzkę – To ty sprowadziłaś na nas zagładę?
- Z oczyszczającej kąpieli krwi wyjdzie nowa moc Srebrnego Globu – zanim zrozumiała co robi uniosła nad głowę ciężki miecz.
- Nie! – Selenity w ostatniej chwili zasłoniła własnym ciałem kryształ.
Miecz Neheleni wwiercił się w Królową, rozbryzgując jej krew na ścianach świątyni. Selenity bezwładnie osunęła się na ziemię. Królowa wielkiego Księżycowego Królestwa nie żyła…

Gorzkie łzy spływały po policzkach Rei. Jedite klęczał przy niej, a światło płomieni bawiło się cieniami na jego męskiej twarzy.
- Przepraszam. Musiałem ci to pokazać, byś mi uwierzyła. Nie mamy czasu, Strażniczko. Musimy odnaleźć naszych towarzyszy. Musisz być teraz dzielna, bo tylko z tobą będę mógł wyruszyć na poszukiwanie.
Powoli docierało do niej znaczenie tych wszystkich wizji, które widziała w świętym ogniu. Otarła łzy. Jedite przytulił ją do siebie opiekuńczo.
- Musisz mi teraz zaufać – szepnął – Zamknij oczy i skup się na biciu mojego serca. Zapomnij o wszystkim innym. Teraz przy tobie jestem już tylko ja…
Wydawało jej się, że się unosi w powietrzu, że oboje z Jedite wznoszą się ku sufitowi, a potem w jakimś przedziwnym wirze energii znikają z oczu czarnych kruków. Kiedy się obudziła Jedite trzymał ją mocno w ramionach. Miarowe uderzenia jego wielkich skrzydeł wydawały jej się takie nieprawdopodobne. Przepłynęli przez sufit przytulnego mieszkania i stanęli pośrodku dużego salonu oświeconego światłem świec. Niemal w tym samym momencie drzwi pokoju otworzyły się gwałtownie, a do środka wbiegł mężczyzna o ciemnych włosach i błękitnych oczach. Jedite postawił delikatnie Rei na ziemi i ukląkł na jedno kolano, dotykając prawą dłonią serca.
- Bądź pozdrowiony, Książe Endymionie…

- Nie chcę wracać – szeptał, tuląc ją do siebie i całując jej złote włosy – Nie możemy tu po prostu zostać?
Wenus uśmiechnęła się do niego łagodnie. Podniosła się lekko i pocałowała go w czoło.
- Najdroższy jeśli nie wrócimy na Ziemię pozwolimy, by Chaos i Cień ją zniszczyły.
- Co nas to obchodzi? Nie troszczmy się o Ziemię. Ona jest tak daleko!
- Zabawne, że mówisz to akurat ty. Przywódca Czterech Wielkich Generałów Ziemi.
- Nie chcę żebyś cierpiała. Nie chcę żebyś musiała walczyć.
- To moje zadanie, Kunzite. Ty chronisz Księcia Endymiona, ja muszę ochraniać Księżniczkę Selenity. Wiesz, że nie ma ucieczki przed przeznaczeniem…

- Nareszcie! – Makoto ze łzami w oczach wpatrywała się w twarz Minako – Nareszcie się obudziłaś!
- Jowiszu – Minako podniosła się na łóżku – Jak dobrze was widzieć.
Kunzite przyglądał się z niedowierzaniem Zoisite i Ami, którzy również stali przy nich. Zebrali się więc już niemal wszyscy. Minako naprawdę udało się ich odnaleźć. Teraz została im już do odszukania tylko Strażniczka Planety Mars. Kiedy o tym myślał ziemia nagle zatrzęsła się potężnie.
- Co się dzieje? – Ami kurczowo uchwyciła się framugi drzwi.
- Minako! Popatrz! – Makoto drżącą dłonią pokazała na czarnego olbrzymiego Demona, który brocząc we wzburzonym morzu szedł prosto w stronę plaży.
- Zostańcie tu – Wenus skrzyżowała dłonie na wysokości czoła, przemieniając się w Strażniczkę – Poradzę sobie sama.
- Nie zostawię cię, Minako! – wykrzyknęła Makoto, przytrzymując ją – Musimy trzymać się razem. Tylko razem go pokonamy.
- Wiesz doskonale, że ani ty ani Ami nie umiecie opanować jeszcze mocy, którą posiadacie. Nie chcę narażać was na niebezpieczeństwo.
- Makoto ma rację – Kunzite wstał – Ten potwór jest zbyt potężny, ty też jeszcze nie walczyłaś z tak ogromnym Demonem.
- Nie mogę ryzykować, tym bardziej teraz kiedy was odnalazłam – przerwała mu – Neflite, proszę, zatrzymaj ich!
Zanim ktokolwiek mógł zaprotestować Minako otworzyła drzwi balkonowe i ze świstem zeskoczyła z piątego piętra. Kiedy przykucnęła na jednym kolanie owinęła ją jaskrawa żółta aura. Gigantyczny Demon ruszył na nią z rykiem. W ostatniej chwili udało jej się odskoczyć i odciągnąć go od bloku mieszkalnego. Ludzie nie mogli go co prawda zobaczyć, podobnie było ze Strażniczkami, jednak odczuwali teraz potężne trzęsienie ziemi. W końcu zatrzymała się na ogromnej skarpie skalnej wychodzącej głęboko w morze. Wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, z której wysunął się długi, kryształowy miecz. Demon nie kazał długo na siebie czekać. Z impetem uderzył swoją wielką łapą w skarpę, jednak Wenus zdążyła odskoczyć. Ze świstem spadała prosto na niego, by błyszczącym mieczem rozpruć jego ramię. Czarna maź buchnęła z wnętrza potwora.
- Mocy Wenus! – wykrzyknęła, unosząc miecz ku niebu.
Jasny słup świetlistej energii owinął dziewczynę. Demon zamachnął się wściekle szponiastą łapą, chcąc ją strącić w kotłujące się w dole fale. Minako z całej siły zaparła się o kamienie i wyciągniętym przed siebie w obu dłoniach rozżarzonym ostrzem rozcięła twardą skórę stwora. Siła uderzenia była jednak tak duża, że kamienie pod jej stopami zaczęły kruszeć i zapadać się. Wenus z krzykiem zaczęła spadać w otchłań wody. Kiedy przemknęło jej przez głowę, że to już koniec nagle poczuła pod sobą morskie fale, które niczym podest uniosły ją ku górze.
- Merkury!
Ami stała na brzegu, przemieniona w Strażniczkę, trzymając obie dłonie ku niebu. Oszalały z bólu Demon szamotał się dalej, roztrzaskując wokół siebie skały. Nagle zauważył Minako stojącą na szczycie wodnego słupa. Uniósł wielką szponiastą łapę, by ją zmiażdżyć, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, wielki lodowy smok wwiercił mu się w brzuch. To Kunzite! Kunzite ją obronił. Demon ryknął przeraźliwie i tracąc równowagę runął prosto w morze, w ostatnim odruchu wściekłości pociągając za sobą Wenus.
- Minako! – Kunzite ruszył biegiem na skraj skarpy – Minako!
- Minako… - szepnęła Makoto – Minako…
Kiedy pierwsze łzy popłynęły po jej policzkach zielony znak planety Jowisz rozbłysnął na jej czole, a jej ciało owinął kulisty piorun. Wielka błyskawica rozbłysła na niebie, kiedy Strażniczka Planety Jowisz uniosła nad głowę obie dłonie, na które spadł gigantyczny piorun. Makoto gniewnie odwróciła się w stronę szamoczącego się w morzu Demona. Słyszała krzyk Ami i Kunzite, którzy wołali Minako. Tymczasem Neflite zamachnął się swoim mieczem, z którego wydostał się wielki tygrys utworzony z rozżarzonej lawy. Tygrys z rykiem roztrzaskał się Demonowi na brzuchu, sprawiając, że morska woda z sykiem zaczęła parować.
- Mocy Jowisza! Potęgo piorunów i błyskawic, zaklinam was i wzywam! – krzyknęła, wyciągając otwarte dłonie w stronę potwora. Niemal w tym samym momencie gigantyczna błyskawica wwierciła się w czaszkę Demona, rozłupując ją na pół. Czarny, galaretowaty mózg bestii rozbryzgał się na plaży, tonąc częściowo w morzu. Stwór runął w fale morskie, znikając im z oczu. Wyczerpana Strażniczka Jowisza osunęła się na kolana.
- Pokonałam go… - szeptała do siebie, trzęsąc się jeszcze ze strachu – Naprawdę jestem Strażniczką…

- Usagi! – wykrzyknęła Rei, biegnąc w jej kierunku – Usagi!
Dziewczyna o złotych włosach spiętych w dwa koki, upadła na kolana, zanosząc się szlochem. Jej ciałem raz po raz wstrząsały konwulsje.
- Usagi! – mężczyzna o błękitnych oczach pochwycił ją w ramiona, a oczy dziewczyny zaszły przedziwną mgłą.
- Koniec tego świata jest bliski – z jej gardła wydobył się chrypliwy, powielony głos Demona – Gdy zginą Strażniczki, a Wielcy Generałowie połączą się na nowo z Ziemią, która ich wydała nadejdzie i koniec tej Białogłowy…
- Zamknij się! – Mamoru sam nie poznał własnego głosu – Zamilcz nędzna pokrako!
- Nic nie możesz uczynić, Władco Ziemi – głos ironicznie zadrgał – Strażniczki zginą, a razem z nimi zgaśnie światło planet Układu Słonecznego…
- Nie pozwolę wam na to! Słyszysz? Nie pozwolę!!!
W tym samym momencie jego ciało owinęła śnieżnobiała aura potężnej energii. Rei cofnęła się prosto w opiekuńcze ramiona Jedite. Zakrył ją swoją peleryną.
- Nie bój się tej mocy. To czysta siła naszej rodzimej planety – szepnął do niej – Zamknij oczy, Rei. Wsłuchaj się w jej śpiew…
Niepewnie przymknęła powieki, a kiedy usłyszała łagodny śpiew ptaków, szum drzew i szmer potoków górskich, jej cała podświadomość zatonęła w tym śnieżnobiałym, potężnym świetle. Z ciepła, które ją otoczyło wyrwała ją zimna fala morskiej wody. Huk, który ją ogłuszył sprawił, że na chwilę zatonęła w odmętach rozhukanych fal morskich. W ostatniej chwili ciepła dłoń Jedite pociągnęła ją w stronę powierzchni, w stronę powietrza. Zanosząc się kaszlem, przytrzymała się jego kurczowo.
- Walka dopiero się zaczyna – Jedite próbował przekrzyczeć fale – Przelana krew jednego z Generałów Ciemności na pewno ściągnie tu wielu jego towarzyszy…
Oszołomiona rozglądała się wkoło. W ciemnościach nocy dostrzegła tylko walczące z Demonami postacie otoczone jasnymi aurami pełnymi wyraźnej energii. Zimna fala omiotła ich i pchnęła na skałę. Rei pisnęła.
- Nadchodzą! – usłyszała tylko krzyk mężczyzny, który z nadludzką siłą wcisnął czarnemu, smolistemu Demonowi błyszczący miecz między oczy.
Niebo pociemniało jeszcze bardziej. W świetle błyskawic rozcinających horyzont, czarne watahy Demonów pędziły w ich kierunku.
- To koniec – wyjąkała histerycznie – To koniec!
- Nie! – przerwał jej Jedite – Rei, nadszedł czas. Musisz poznać moc, która w tobie płonie. Nie możesz dłużej zwlekać!
Dziewczyna o kruczoczarnych włosach patrzyła na niego nierozumiejącymi oczami. Jak miała to uczynić? Całe życie była Kapłanką. Służyła w chramie na obrzeżu miasta. Prowadziła zupełnie normalne życie. Jak on mógł oczekiwać teraz od niej, że stanie do walki z rozwścieczonymi Demonami z Podziemia?
- Nie mogę! – wyjąkała – Nie mogę!
- Musisz! – Jedite pomagał jej wyjść na brzeg – Nie masz wyboru! Już za późno na ucieczkę!
- Nie chcę mieć z tym nic do czynienia! Rozumiesz!?
- One też nie chciały! – chwycił ją za ramiona – Te Strażniczki, które tam walczą też nie chcą cierpieć!
- To dlaczego…? – płakała, kuląc się z bólu i zimna – Dlaczego to robią?
- Bo chcą obronić to, co kochają.

- Wenus! – w jej głowie ten głos wydawał się taki znajomy i bliski – Wenus!
Powoli otworzyła mocno zaciśnięte powieki. Jej ciało zawieszone było w nieruchomej gęstwinie wody, jakby rozszalałe u góry fale morskie jej nie dotyczyły.
- Jeszcze nie czas Wenus! – głos był teraz blisko niej i towarzyszyło mu srebrne światło błędnego ognika – Musisz wrócić i pomóc, Księżniczce. Ty jedna znajdziesz w sobie na tyle siły by doprowadzić ją do samego serca Cienia i Chaosu.
- Nie każ mi wracać – załkała cicho – Pozwól mi odejść. Zebrałam je wszystkie, by były gotowe do ostatecznej walki. Wypełniłam mą misję.
- Proszę cię, Wenus! Błagam! Pomóż im! Pomóż Kunzite…!

Makoto z hukiem osunęła się na mokry piasek plaży. Z jej rozciętego czoła płynęła ciemna krew. Demony kotłowały się wkoło miotając się i skrzecząc. Z coraz większą rozpaczą przyglądała się walce jej towarzyszy. W ostatniej chwili wyciągnęła przed siebie otwarte dłonie, z których buchnęły kuliste pioruny. Rozszarpane mięso Demonów z plaskiem rozbijało się o skały. Musiała bronić Ami, która nadchodzące Demony zamykała w lodowatym potrzasku wzburzonych fal morskich. Obydwie jednak wiedziały, że rozpaczliwie potrzebują pomocy. Zostały odcięte od trzech wielkich generałów i musiały dać sobie radę same.
- Ami! Ami!
Strażniczka Merkurego osunęła się twarzą w morskie fale. Makoto chwyciła ją w ramiona.
- Obudź się! Błagam! – wykrzyknęła zrozpaczona – Potrzebuję cię!
Jakby spod ziemi wyrósł przed nią rozwścieczony Demon o czerwonych okrągłych ślepiach. Zanim jednak zdążył wbić w nią szponiastą łapę gorący ogień owinął go i strawił jego ciało. Przestraszona Strażniczka Jowisza w bezruchu przyglądała się biegnącej do nich Rei.
- Mars! – wyjąkała pobladłymi wargami – Mars!
- Pośpieszmy się! Nie mamy czasu. Musimy zabrać Ami w bezpieczne miejsce!
- Ale Demony…
- Zoisite obiecał mi, że je powstrzymają…

Raz po raz potykała się o kamienie. Łzy spływały cienkimi strużkami po jej policzkach. Gdzie była? Co się stało? Śnieżnobiała moc mężczyzny zamknęła ją w kuli i oślepiła jej oczy. W ostatniej chwili przytrzymała się ściany, by nie upaść. Otaczała ją nieprzebyta ciemność i głucha cisza mącona tylko jej ostrożnymi krokami.
- Jest tu ktoś? – załkała przestraszona.
Odpowiedział jej tylko wiatr, który szarpał jej włosami i unosił ku niebu tumany kurzu.
- Proszę… Niech się ktoś odezwie… Proszę…
Nagle zrozumiała, że ciemność wokół niej rozmywa się. Powoli, zupełnie niezauważalnie rozjaśniało się. Z ciemności wyłaniały się potrzaskane arkady, zakurzone posadzki, zasuszone kwiaty. Rozłupane ściany, o które się podpierała otaczały ją niemal ze wszystkich stron, jednakże wszystko wokół niej było tylko cieniem dawnego pałacu. Usagi zamarła w bezruchu. Czy to ruiny Księżycowego Pałacu? Pełnego przepychu pałacu z jej snów? Bezgłośny szloch wyrwał się z jej gardła, kiedy nerwowo ruszyła przed siebie. Drżącymi palcami dotykała popękanych ścian i arkad. Potykając się o roztrzaskane posągi biegła coraz szybciej i szybciej, aż wbiegła do ogromnej sali, na której środku sterczał ku niebu przepiękny kryształ. Nic tutaj już nie przypominało jej dawnego piękna. Wszystkie misterne witraże teraz roztrzaskane raniły jej stopy. Usagi osunęła się przed kryształem na kolana, drżąc na całym ciele. Dziwna moc wypełniła jej serce, które niczym zraniony ptak uderzało rozpaczliwie o jej pierś.
- Przypominam sobie – łkała rozdzierająco, dotykając popękanego kryształu – Już pamiętam kim byłam… kim jestem…

Ból wydzierający się z głębi jego serca sprawił, że bezradnie uchwycił się ściany by nie upaść. Pociemniało mu przed oczami, kiedy zachłysnął się własną krwią. Zakaszlał i wypluł ciemną, ciepłą ciecz na dywan. W jego mieszkaniu wszystkie okna pootwierane były na oścież a i tak miał wrażenie, że brakuje mu powietrza i że zaraz się udusi. Bezradnie zacisnął dłonie w pięści. Od kiedy wyratował złotowłosą dziewczynę z wody ból, który dokuczał mu przez całe życie stał się nie do zniesienia. Żadne tabletki już nie pomagały. Co się stało przed chwilą? Myślał rozpaczliwie. Co się stało, kiedy biała kula owinęła tamtą dziewczynę i znikła w nagłym błysku światła. Czy to ta moc, która na moment zakotłowała się w nim? Moc pełna śpiewu ptaków, szumu morza, szmeru drzew na wietrze…? Niespodziewanie czarny kruk wleciał do jego mieszkania. Niczym oszalały obijał się o ściany i meble, jakby nie umiejąc znaleźć wyjścia. Jego pióra sypały się na podłogę, a krew z jego poszarpanego ciała spływała po ścianach. Mamoru przyglądał mu się w niemym przerażeniu. Ten kruk zachowywał się tak jakby coś go śmiertelnie przestraszyło, ale dlaczego? Co takiego mogło się stać…?

Zimne morskie fale zlewały się z ciemną krwią Demonów rozlaną na plaży. Kunzite klęczał na piasku z głową zwieszoną nisko na piersi. Zakrwawione dłonie zaciskał w pięści raz po raz uderzając nimi bezsilnie w ziemię. Wygrali bitwę, ale co dalej? Coś mu mówiło, że to dopiero początek, a Demony, z którymi dziś walczyli miały tylko pokazać na ile ich stać. Minako... Minako zginęła. Pozwolił jej odejść! Nie był w stanie nic zrobić!
- Kunzite! – ktoś wołał go, a jego głos zlewał się z szumem morskich fal – Kunzite!
Niczym oszalały wbiegł prosto w morze. Brnął między odmęt zimnych wód, dopóki jego oczom nie ukazał się wysoki mężczyzna o błękitnych oczach. Kunzite brakło powietrza w płucach. Znał tą zbroję! Znał ten pełen powagi i autorytetu wyraz twarzy! To on! To ich przywódca ściskał w ramionach drobne ciało Strażniczki Wenus...

Dopiero kiedy usiadł w głębokim fotelu, a jego nozdrza wypełnił zapach zielonej herbaty poczuł jak bardzo jest zmęczony. Za ścianą spała Minako. Żyła, a przecież tak bardzo bał się, że stracił ją na zawsze. Neflite otulił ramieniem Makoto, która blada i zmęczona przysnęła. Zoisite i Ami przygotowywali kanapki w kuchni, a Jedite z Rei szykowali się do snu. Instynktownie odszukał wzrokiem Endymiona. Stał na balkonie, wpatrując się w morze. Kunzite podszedł do niego, kładąc mu rękę na ramieniu.
- W porządku? – zapytał, stając koło niego.
- Niczego nie rozumiem... Nie pojmuję tego! – wyjąkał, zaciskając dłonie na poręczy.
- Przyjdzie czas, że wspomnienia wrócą do ciebie.
- Jak znalazłem się pośrodku morza? Skąd wzięła się tamta dziewczyna? Kim jesteś?
- Wiesz kim jestem, Endymionie. Gdzieś w głębi serca, wiesz kim jesteśmy i kim jest dziewczyna o złotych włosach.
- Ale jej nie ma! Znikła! Nie wiem co się z nią stało! To ja ... To moja wina!
- Ty nie mogłeś wyrządzić jej żadnej krzywdy. Nie ty...
- Kunzite! – Ami przybiegła do nich na balkon.
- Wenus?
Mężczyzna wbiegł do pokoju i ukląkł przy jej łóżku. Uśmiechnęła się do niego blado. Była bardzo zmęczona. Przytrzymał jej dłoń przy swoich ustach.
- Nie mamy czasu do stracenia – wyszeptała pobladłymi wargami – Musimy jak najszybciej udać się na biegun północny. To tam ukrył się Chaos i Cień. Musimy ich uprzedzić zanim nazbierają wystarczająco sił, by zaatakować Ziemię.
- Musisz odpocząć. Masz gorączkę.
- Przecież wiesz, że nie mamy czasu!
- Dopóki nie odzyskasz sił, nigdzie się nie ruszymy.
- Proszę... Nie możemy czekać.
- Oni też potrzebują czasu. To wszystko zbyt szybko zwaliło im się na głowę.
- Wybaczcie mi. – twarz Minako ściągnął nagły wyraz bólu – Musiałam was odnaleźć. Tylko wy możecie pomóc Królewskiej Parze w odzyskaniu Księżycowego Królestwa... Ja musiałam...

Krzyk Endymiona wyrwał Rei z ciężkiego snu. Razem z Zoisite wybiegli na balkon gdzie Mamoru właśnie osuwał się na ziemię. Przyklękli przy nim.
- Rei popatrz – wyszeptał Zoisite – Zaćmienie.
Wielką tarczę Księżyca w pełni bardzo powoli, niemalże niezauważalnie zakrywała czarna, ciemna poświata.
- Ale to niemożliwe! Przecież najbliższe zaćmienie ma być dopiero za ...
- Już czas – powiedziała Minako, którą Kunzite wspierał na ramieniu.

Ulewny deszcz spływał strumieniami na miasto pogrążone we śnie. Nogi drżały pod nią, kiedy wspierając się na ramieniu Neflite szła ciemnymi ulicami Tokio. Makoto myślała o swoich kwiatkach. Paradoksalnie przypomniało jej się, że miała je dzisiaj podlać. Westchnęła, kiwając ironicznie głową. Obok niej szła Ami. Wypytywała Zoisite o ich przeszłość i o swoje sny o Księżycowym Królestwie. Wielki Generał odpowiadał jej niechętnie. Wspomnienia wiązały się z bólem porażki i straty tego, co wcześniej potrafili ochronić. Im dłużej przebywali ze sobą tym intensywniejsze stawały się ich sny, wraz z wizjami o przeszłości. W nagłych przebłyskach białego światła dostrzegał zmasakrowane ciała mieszkańców Księżyca. Widział wojska ścierające się ze sobą w śmiertelnej walce. I rudowłosą kobietę biegnącą do pałacu. To ona, ona ich zdradziła! Zazdrość zaślepiła ją. Tak bardzo pragnęła Księżycowego Królestwa, że gotowa była sprzedać za nie własną duszę i skazać na śmierć niewinnych ludzi. Napędzała ją zazdrość i wściekłość, które otworzyły wrota jej serca na Chaos i Cień. Powoli wpełzały do jej ciała, przejmując władzę nad światłem jej serca… Tamtego wieczora nikt nie spodziewał się ataku. Przyszli tak niespostrzeżenie jak odeszli. Pozostawiając po sobie jedynie śmierć i zniszczenie.
- Neflite? – Makoto wpatrywała się w niego swoimi zielonymi oczami.
- Wszystko w porządku – pokręcił głową – To już niedaleko, prawda?
Wspinali się po kamiennych schodach chramu. Suche liście szeleściły im pod nogami. Jeszcze tylko chwila i staną na kamiennym dziedzińcu świątyni. Srebrzyste strumienie księżycowego światła przecinały ciemność. Minako pierwsza uklękła. Zaraz koło niej ukląkł Kunzite, a w ich ślady poszli pozostali. Po policzkach Strażniczki Wenus popłynęły łzy.
- Wybaczcie mi – wybuchła – Proszę was…
- Minako…- wzruszenie zasznurowało Makoto gardło.
- Nie mamy ci czego wybaczać – Neflite przyglądał im się uważnie – Teraz kiedy nasze sny i wizje łączą się w jedną i sensowną całość w końcu wiemy kim naprawdę jesteśmy!
- Gdyby nie ty, wciąż błądzilibyśmy w mroku.
- To nasze przeznaczenie – Rei zacisnęła dłoń na ręce Jedite – Razem z tobą ochronimy Księżniczkę Selenity i odbudujemy Księżycowe Królestwo.
Minako uśmiechnęła się nieśmiało.
- Chwyćcie się za ręce. Odnajdźcie w waszych sercach światło planet, które poprowadzi was w czasoprzestrzeni i niech moc Świętego Kryształu będzie z nami…
W tym samym momencie kiedy ich dłonie połączyły się w kręgu owinęła ich oślepiająca jasność. Ami poczuła jak kamienie pod jej kolanami kruszeją i zapadają się w ziemię. Bała się jednak otworzyć oczy. Silna dłoń Zoisite dodawała jej otuchy. Czarne kruki Rei z głośnym krakaniem wzbiły się w niebo gubiąc pióra. Na placu przed chramem znów zapanowała ciemność…

Przeraźliwe zimno wyrwało ją z omdlenia. Uniosła się na łokciu i poczuła jak ostry wiatr zmieszany ze śniegiem smaga jej ciało.
- Neflite? – wyjąkała szukając go wśród śnieżnych zasp i pagórków.
Spomiędzy śniegu wystawały tu niczym stalagmity lodowe sople. Niebo z każdą chwilą ciemniało pędząc przed siebie burzowe chmury. Z niedowierzaniem wspinała się na szczyt najbliższego wzgórza. Jej nogi i dłonie zatapiały się w śnieżnej pokrywie. Byli więc na biegunie! Naprawdę im się udało! Ale gdzie była reszta? Kiedy w końcu udało jej się stanąć na szczycie jej oczom ukazała się bezkresna śnieżna równina pełna lodowych stalagmitów.
- Jowisz! – Neflite podbiegł do niej i czule zamknął ją w ramionach.
- Gdzie reszta? Co się z nimi stało?
- Nie wiem. Zdaje się, że jesteśmy tu sami. Pójdziemy tam skąd wydobywa się ta łuna czarnej energii – wskazał palcem na horyzont – Jeśli innym też się udało, spotkamy się przy bramach Królestwa Ciemności. Boisz się?
Makoto popatrzyła mu w oczy. Były takie pięknie głębokie i mądre. To w nich dawno temu zakochała się bez pamięci. Mimo zimna uśmiechnęła się do niego.
- Już nie, bo ty jesteś ze mną.

Było jej zimno. Tak przeraźliwie zimno, że nie mogła się skupić na niczym innym. Zoisite szedł tuż koło niej i pomagał jej kiedy traciła równowagę, zapadając się w śnieżnych zaspach.
- Pamiętasz ten bal, na którym się poznaliśmy? – zapytał ją nagle.
Ami popatrzyła na niego zdziwiona. Jak mógł teraz ją o to pytać? Nie miała siły mu odpowiedzieć, kiedy każdy ruch sprawiał jej ból. Wspomnienia wróciły jednak do niej wraz ze snami, które nawiedzały ją niemal każdej nocy. Wielka sala balowa pełna kwiatów i płaskorzeźb. Ulotna muzyka harf, skrzypiec i fletów wypełniała ją całą i niosła wśród roztańczonych par. Tamtego wieczoru wpatrywała się w deszcz spadających gwiazd. Całe niebo lśniło w ich szybko niknącym świetle. Przysiadła na kamiennej ławeczce, tuż przy sadzawce wodnej, których całe kompleksy otaczały kryształowy pałac. Białe róże i lilie wypełniały powietrze swoją słodką wonią. Wyciągnęła przed siebie obie dłonie. Woda pod nimi zaszumiała i uniosła się w powietrze tworząc galopującego konia. Ami uśmiechała się do siebie, podnosząc obie dłonie na wysokość oczu. Migotliwe gwiazdy odbijały się wewnątrz wierzchowca sprawiając, że cały się skrzył.
- Pięknie – usłyszała za sobą czyjś męski głos.
Pędzący rumak rozpadł się i runął w sadzawkę.
- Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć – jego zielone oczy uśmiechały się do niej przyjaźnie.
Bez pytania usiadł przy niej. Sypnął sobie na dłoń garść ziemi. W chwilę potem w powietrzu galopował już ziemisty koń. Spojrzał na nią zawadiacko.
- Zmierzysz się? – spytał.
Zimno wyrwało ją ze wspomnień. Wiatr smagał jej bladą twarz. Wstała z klęczek. Raz po raz zapadała się w zimnej pokrywie śniegu. Zoisite brnął przed nią, by ułatwić jej drogę. Byli już niedaleko.

- Rei! Rei! – Jedite miał wrażenie, że w poszukiwaniu Strażniczki chodzi bez przerwy w kółko.
Śnieg przysłaniał mu oczy. Zimno odbierało zdolność logicznego myślenia. Kiedy już tracił nadzieję na to, że ją odnajdzie usłyszał nagle krzyk dziewczyny. Niczym oszalały ruszył w kierunku, z którego dobiegał jej głos. Zanim zdążył pojąć co się dzieje, został powalony przez ogromnego czarnego wilka na łopatki. Ostre pazury rozerwały mu ramię. Cuchnący oddech wilka, niebezpiecznie blisko jego szyi ostudził jego emocje. Zacisnął obie dłonie na śniegu. Nagle lodowa płyta pod nimi pękła z hukiem. Poczuł jak zdezorientowany wilk o szczeciniastej sierści odsuwa się od niego. W tym samym momencie potężne, zielone kłącza wzbiły się ku górze, by zaraz potem z ogromną szybkością opaść w dół i owinąć się w śmiertelnym uścisku wokół bestii. Przeraźliwy skowyt niósł się jeszcze długo wśród śnieżnej krainy, a czerwona krew powoli wsiąkała w lód. Jedite klęczał obok Rei. Ten nagły atak wilka zmęczył go. Tak dawno temu po raz ostatni używał swej mocy. Zapomniał jak szybko przejmuje nad nim kontrolę, pochłania jego rozum w szale bitewnym. To od tej siły, kiedyś wśród walk stoczonych w obronie Księżycowego Królestwa, uzależnił się podporządkowując jej całe życie. Patrzył na Rei, która powoli wstawała z kolan, rozglądając się wkoło. Zimny wiatr szarpał jej włosami. Kiedy pierwszy raz ją zobaczył wyglądała niemalże tak samo. Dumna, silna i piękna. Wśród gorących płomieni ognia. Zaimponowała mu swoją determinacją i chęcią zwycięstwa. Kiedy bitwa się skończyła, a oni zmęczeni i obolali usiedli na schodach Kryształowego Pałacu podszedł do niej, podając jej kubek z gorącą herbatą. Serce w jego piersi biło szybko. Po raz pierwszy od wielu lat miał z kimś porozmawiać. Popatrzyła wtedy na niego tymi swoimi czarnymi, głębokimi oczami, w których wciąż wydawał się płonąć ogień.
- Jesteś jednym z Czterech Wielkich Generałów Ziemi, prawda?
- Zobaczyłem cię w walce. Nigdy jeszcze nie widziałem kogoś równie dobrze władającego ogniem!
Rei uśmiechnęła się, a w kącikach jej ust zadrżała duma.
- Potrzebowałam lat, by osiągnąć ten poziom magii. Poświęciłam wiele, by mieć ten żywioł pod kontrolą tak jak teraz...
To wtedy po raz pierwszy po wielu latach samotnego treningu i wyrzeczeń uwierzył, że w końcu znalazł kogoś kto go zrozumie i skończy jego samotność.

c.d.n

Awatar użytkownika
Afro

RE: Księżycowa opowieść [Sailor Moon]

Post autor: Afro » 04 września 2010, 10:34

otoczył jej ciało unosząc jej długie włosy ku górze.
jedno z "jej" niepotrzebne raczej.
Kiedy w końcu wyczerpana przystanęła odnalazła się w parku miejskim nad wielkim jeziorem.
Przecinek po 'przystanęła'

W niektórych momentach zbyt często używasz słowa "jej", zarówno na początku, jak i gdzieś pod koniec, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Czarodziejki z księżyca nigdy nie widziałem, dlatego nie wiem, czy tam się wszystko zgadza :D
Długie, ale dałem radę, choć kilka razy miałem ochotę dać sobie spokój. To co mi się podoba najbardziej to opisy. Są bardzo dobre. Szanuję długie, dobre napisane teksty, a jeszcze bardziej ich autorów. Więc - odczucia mam pozytywne.
Pozdrawiam

Awatar użytkownika
van Tesse

RE: Księżycowa opowieść [Sailor Moon]

Post autor: van Tesse » 11 grudnia 2010, 16:21

moi poprzednicy wytknęli błędy.... więc powiem tylko, ze bardzo ciekawie napisane. Fajny styl.

Zablokowany