TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Nieśmiertelny/Immortal [wulgaryzmy]

"Fanfiki to literatura, która może wyglądać jakby została wynaleziona na nowo po katastrofie jądrowej przez grupę cudownych pop-kulturowych ćpunów uwięzionych w zamkniętym bunkrze. [...] Kultura mówi do nich, a oni jej odpowiadają w jej własnym języku." ~ Lev Grossman
Awatar użytkownika
Gorgonzol

Nieśmiertelny/Immortal [wulgaryzmy]

Post autor: Gorgonzol » 07 września 2011, 22:02

Więc skończyłem dzisiaj, pisałem 2 godzinki ten tekst. Nie uważam go za jakiś ponad przeciętny, ale wydaje się dobry. Mimo iż przekleństwa nie są częste, ale są. Dlatego daje +18. Późniaj planuję... inne, ostrze sceny, jeśli znajdę czas. Więc czytajcie i cieszcie się :)

PROLOG – ŚWIT

Blade światło zalewało ziemię. Trupy zalegały na czerwonym gruncie, wzbogacając jego naturalną zieleń i brąz, o nową barwę. Ruiny, rozerwanych na kawałki, budynków wyglądały jak zęby, wielkiej bestii planety. Obserwatorzy wszystko zapisali. Przesłali do pamięci podręcznych, a następnie do ogólnej bazy danych. Nic im nie umknęło. Żaden martwy potwór, nie został pominięty, żaden martwy wojownik, zapomniany. Każdy miał swoje miejsce i historię. Blask Słońca przyodział resztki obrońców w nadzieję, ale też zalał ich strachem. Nowe zastępy krwiożerczych straszydeł nadeszły, a ich posiłki ciągle były w drodze. Sanitariuszki nie nadążały z opatrywaniem ran Ludzi, jak i Obcych. Egzoszkielety roboczo-konstrukcyjne łatały dziury w tylu miejscach, ilu się dało. Pancerze robotów i innych maszyn kroczących, sterowanych przez ich gospodarzy, wymagały napraw. Wszystko było stracone. Nie zależnie od tego, ile tych potworów ubili, zawsze nadciągały następne. Nawet ich najnowsze nabytki technologiczne, nie mogły zniwelować ich przewagi masowej. Wielkie kratery, powstałe po wybuchach, mogły znaczący spowolnić marsz wroga. Jednak te poczwary mogą poruszać się pod ziemią i w powietrzu. Nic nie mogło ich zatrzymać.
Obcy rozmawiali miedzy sobą, w swoich umysłach. Potrafili porozumiewać się jedynie w myślach, ale na bardzo wielkie odległości. W oddali, powiewały chorągwie, które miały wyznaczać pozycję do bombardowań orbitalnych. Między nimi, przeskakiwały wiązki energetyczne, widoczne z orbity. Ostrzał był bardzo celny, ale nie skuteczny na tyle, żeby zabić wszystkich. Ptaki i inne, lotne, zwierzęta umykały, na tym osobliwym świecie. Kakaru, bo tak nazywały się te stwory, podobne do Pterodaktyli. Obrońcy dzielnie wypatrywali kolejnej fali, zauważonej kilkanaście kilometrów dalej. Idąca w setki tysięcy armia najeźdźców, nie mogła zostać pokonana, przez kilka tysięcy obrońców.
Nawet ta wiekowa twierdza, odpierająca tysiące ataków, musiała ulec. Miała zbyt wiele wyłomów i zniszczonych dział samostrzelnych, które mogły im pomóc. Wszystkie, strategicznie ważne, lokacje zostały zajęte. Chmury, które zebrały się nad nimi, zapłakały nad ich losem, krzepiąc ich, słodkimi łzami. Naboje które im zostały, to nawet nad to. Nie zdążą wystrzelić wszystkich. Nawet jeśli, to zawsze mają ten jeden. Ukryty w małym rewolwerze, przy prawym udzie. Nikt nie chciał być ich niewolnikiem. Każdy wiedział, że lepiej odstrzelić się, niż dać im pole do popisu, pozwalając na użycie kłów, pazurów i innych, naturalnych narzędzi śmierci. Mała grupa ludzi, rozpaliła ogień. Tymczasem, stary Protoss, przechadzał się wśród swoich braci. Tak wielu Khala, nie powróci. Są dzielni i odważni. Nie znają strachu, nie znają bólu i litości. Kilka kamieni poruszyło się, gdy przeleciał nad nimi. Kilkoro ludzkich kobiet siedziało przy Templariuszach, łatając ich rany. Zadziwiające, że te prymitywne istoty, są w stanie leczyć się w czasie walk. No tak, są tak słabi, że nie wytrzymaliby do końca. Poruszył ramionami i sprawdził kryształ. Khaydarian, lśnił lekkim błękitem. Nie był pełen mocy, nigdy nie będzie. Te parszywe kolce, uszkodziły go, przez co część mocy ucieka. Zasiadł na skale, przy swoim bracie. Torklor, potężny templariusz, był opatrywany przez sanitariuszkę. Wiązała mu bandaż, dookoła zszytego ramienia. Niebieski płyn, spływał powoli, po zaschniętym szlaku. Złoty pancerz, poplamiony czerwienią i fioletem, miał spore ubytki, ale wciąż chronił najważniejsze organy. Gdy tylko Shirdril, podszedł do niego, odsunął kobietę od siebie i wyprostował się.
- Wielki Templariuszu Shiril. - Pokiwał głową i przyklęknął. - Miło widzieć cię, w dobrym stanie. - Usiadł na skale i posadził kobietę obok.
Miły dzieciak. Stanowczy, tradycyjny i ciągle taki dumny. Mimo tego, że stracił tylu znajomych, ciągle zachowywał zimną krew. Chociaż się starał. Wielki Templariusz, miał bowiem swoje sposoby, na sprawdzenie stanu wojowników. Sięgnął w stronę jego umysłu, szukając emocji. Szare, pełne obojętności, ostępy jego umysłu, zdradzały to, że już się poddaje. Nie liczy na dalsze życie, a przecież, nie dalej jak dwa dni temu, gdy zaczynało się to piekło, był taki podekscytowany. Jego głowa, wręcz tryskała wolą walki i chęcią wykazania się. Ale wtedy, wciąż miał z kim rozmawiać. Jego przyjaciele, znajomi, wszyscy zostali rozszarpani. Shiril schylił się.
- Młody bracie, to nie koniec świata. Pamiętaj, że mimo naszej śmierci, przetrwamy w pamięci innych. - Podniósł jego głowę. - To trudne czasy, ale przetrwamy je, tak jak wszystko inne. - Czół, że nie dowierza mu. Zapomniał wycofać się z jego umysłu. - En taro Adun, młody bracie.
Cofnął się i odszedł. Nie może dawać mu nadziei na coś, czego sam nie jest pewien. Już i tak, za bardzo mu nazmyślał. Gdyby, tylko ich flota mogła tu przybyć. Nawet z Kolosami i Ravierami, nie mieli dużych szans. Niebo, wprost zaniosło się płaczem, teraz, ulewa utworzyła spore kałuże. Gdyby nie to, że mógł lewitować, zapewne zmoczyłby się nie raz. Podszedł do panelu komunikacyjnego. Spory obelisk, pełen znaków i przycisków. Ociekał wodą i świecił jasnym światłem, tak bardzo kontrastującym, z jego naturalną czernią. Kilka paneli przesunął i wcisnął kilka skał. Czekał na efekt. Po chwili, pomnik wydał głośny trzask i zalał wszystkich pyłem. Mimo tego, że padał deszcz, ciągle pozostawał na nim osad. Po chwili, osłony zsunęły się, a oczom Shirila, ukazał się panel komunikacyjny. W małym zagłębieniu, spoczywał kryształ. Źródło energii w każdym, nawet najmniejszym, urządzeniu. Ten jednak, był popękany i do tego, kilka kawałków, spadło na ziemię. Templariusz wydał z siebie jęk, nie będzie posiłków.
- Pamiętacie, jak jeszcze takie cudeńka, przygotowywała nam mamuśka? Myślę, że niedługo będą dobre. – Wskazał małe kawałki mięsa Kakaru. - Nie wykrzywiajcie się, jest bardzo smaczne i smakuje prawie jak kurczak. Tyle, że jest naturalnie przyprawione.
Nazywał się Mad. W Dyrektorium był Kapralem. Z pochodzenia był Amerykaninem i cieszył się z tego. Wykształcili go na historyka i wiedział, jak wyglądało życie ludzi wiele wieków temu. Wyglądał jak każdy przeciętny facet: krótkie, lekko przystrzyżone włosy, kilka blizn na twarzy, średnio-białe uzębienie, brązowe oczy i garbaty nos. Wszystko, okryte czarną skórą, przyozdobioną wojennymi bliznami. Wszyscy mówili na niego Maruder Mad. Jego uzbrojenie właśnie, było takie jak u marudera. Bardzo ciężka zbroja, którą nosił cały czas. Twierdził, że jest lekka i chyba tak było. Ale jego mięśnie, które pokazywał, gdy szedł pod prysznic, były imponujące. Do walki używał dwóch granatników, dwulufowych, które miał na rękawicach. Jego plecy przyozdabiał mały zbiornik substancji wspomagających jego reakcję. Ostatnia bitwa, uświadomiła go, że już pewnie nie wróci na Ziemię, albo chociaż Amerykę.
- Ładnie się rumieni. - Dotknął kilkakrotnie mięso patykiem. - To bardzo dobre mięsko, jadłem je kilka razy, palce lizać. Mówię wam, pyszności. Jakbyście stołowali się na Ziemi, albo chociaż w Europie, lub Azji... Takiego specjału, jeszcze nie próbowaliście. - Spojrzał w niebo, jakby coś odliczał. - Wiecie, że teraz, mimo tego, że jest takie samo, wszystko dookoła, wydaje się inne? Tak... Ostatnia Wieczerza. - Przekręcił kij.
Podniósł się Grigori. Rosjanin, który przybył tu, jako specjalista od broni krótkozasięgowej. Miał na składzie miotacz ognia. Nazywał go pieszczotliwie ,,Smoczuś” co wywoływało u nas śmiech. Nie przedstawił się, nie mówił po co tu przybył. Jego pancerz, był cały czerwony, z czarnym popiołem, pozostałym po jego przeciwnikach. U pasa zwisała strzelba, pełna pocisków rozrywających wszystko, w co trafią. Wycelował miotacz, zamontowany na przedramieniu, w ognisko i mięso, a po chwili wystrzelił słupem ognia. Cała piątka odskoczyła w tył, aby uniknąć poparzeń. Czerwone oczy Ruskiego świeciły się, kontrastując z jego białym wąsem i włosem. Wyglądał, na zimnego drania, ale każdy wiedział, że jest czuły na poezję. Odłożył broń i usiadł.
- No ładnie – skomentował Mad. - spaliłeś ten obiadek. Nic innego nie usmażę, bo nie mam co. Mogę jedynie życzyć smacznego. - Rozłożył czarne mięso na talerzach i podał wszystkim. - Proponuję, żeby każdy wziął trochę wody, bo tego na sucho jeść się nie da.
Cherry skrzywił się, na widok takiego mięska. Anglik, mimo że nie był wybredny, spoglądał na to mięso, jak na najgorszą torturę na świecie. Był ważny. Nie podlegał stopniowaniu, jak reszta załogi. Był osobą, która miała prawo przejąć dowództwo w każdej chwili. Wszyscy nazywali go korsarzem. Jego pancerz, mógł samą masą złamać człowieka, jednak specyficzna technologia obcych, wspomogła go. Dzięki temu już nie garbił się. Zawsze nosił przy sobie B.E.T.S.Y. Bardzo, elegancki, trój-strzałowy, karabin maszynowy. Często wyciągał ich z kłopotów, gdy jego tchnienie rozrywało wszystko i wszystkich na swojej linii strzału, skutecznego do siedmiuset metrów.
- Kurwo spalona! - Trącił Grigorego w ramię. – To, że ty wpierdalasz popiół, to nie znaczy, że wszyscy inni też muszą, siwa pało!
- Pięknie, kurwa, pięknie. - skomentował Józef. - Jestem raczej osobą tolerancyjną i wierzącą, ale to, już mnie przerasta. - Wskazał mięso. - Takiego świństwa, nawet moja świętej pamięci mateczka, nie serwowała. Mad, jesteś dla mnie najbardziej pojebanym kucharzem, jakiego nosiła ziemia. - Rzucił w niego mięsem, które odbiło się od niego. - Wiem dlaczego ten chuj, który jest za mną, nie wsadził twojej czarnej dupy do garów. Zabiłbyś nas na samym początku.
Józef był Niemcem, który wychował się na Ziemi. Jako jedyny, mógł się poszczycić, że tam żyje jego rodzina. Żona Margareth, w zaawansowanej, siedmioraczej ciąży, z trójką dorosłych dzieci. Zawsze nosił ich zdjęcie na sercu, myśląc o nich. Sprawował posługi kapłańskie, uprawniony przez papieża, Jana Pawła XVI. Był jednym z niekonwencjonalnych księży, który wyruszył z ekspedycją. Nosił na sobie lekki pancerz i hełm, z celownikiem, który wykorzystywał namierzanie cząsteczkowe. Dzięki takiemu cacku, wspomaganym przez karabinek snajperski, z celownikiem laserowym i nabojami kalibru trzydziestu centymetrów, był w stanie, rozstrzelać jednego człowieka na pół, z odległości czterech kilometrów. Nikt nie chciał walczyć z nim sam na sam, nawet w ręcz. Miał ze sobą półtorametrową katanę, której nigdy nie chował do pochwy. Zawsze na kolanach, albo w dłoni. Błękitne oczy spoglądały na zachód, wyszukując wroga. Blond włosy falowały na wietrze. Kilka liści, przeleciało smutno, niosąc wieść, o nadchodzącej zgubie.
- No, ale mniejsza z tym. Widział ktoś naszego kalekę? Znowu obcuje z predatorami? Czy flirtuje z nimi? - westchnął cicho. - nigdy nie sądziłem, że tak nisko upadnę. Zawsze, stawiałem sprawy jasno i wszystkich traktowałem równo. Czy to pies, czy człowiek. Ale teraz nie mogę tego przeboleć, że tak się wozi. - Zademonstrował chód zapaśnika sumo i wrócił na miejsce.
- Już uspokój się i ty. - Podniosła się Rose. - Nie zamierzam wysłuchiwać dwójki samców, którzy nie są w stanie zrozumieć, że to nie ma sensu? Jak możecie się kłócić, gdy zostały wam ostatnie godziny życia? - Zasiadła na przyniesionych noszach. - Jesteście jebnięci i to zdrowo. Jako lekarz wiem to. Powiem nawet więcej! Pierdolnięci i zjebani, z zakładu psychiatrycznego, są bardziej zdrowi od was. Takie zjeby jak wy, trafiają do ekspedycji kolonialnych i zastępów, - Złapała się, teatralnie, za głowę. - Naszych kochanych oddziałów mięsa armatniego. - Położyła się i pozwoliła, żeby dwójka obcych zabrała ją ze sobą. Zniknęła wśród niebieskich skór i złotych pancerzy. Jednak jeszcze coś powiedziała. - Chuje moje i dzikie węże. Nie dajcie się zabić. Jak ty Mad, pierdolniesz gdzieś tutaj, to wierz mi, że znajdę twoje pierdolone zwłoki i tak im przykurwię, że wrócisz do życia! - Wysilała się coraz mocniej. - Nawet jeśli będziesz pierdoloną plamką krwi, to masz moje słowo, że wyjebę ci za wszystko. Nasze bliźniaki nazwę Mad i Mud, specjalnie dla ciebie. Zjebie pierdolony.
Wszyscy spoglądali, jak w potoku przekleństw, znika wraz z pozostałymi obcymi. Wycofywali się w kierunku wrót czasoprzestrzennych. Planowali odwrót, bo tutaj, już nic dla nich nie zostało. Proponowali ludziom to samo, ale nie przyjęli go. Ktoś musiał zabezpieczyć ich ucieczkę. Zostawili im kilkanaście Robali i Olbrzymów. Załoga nie miała pojęcia, jak się te maszyny nazywają, więc nadali im własne nazwy. Śmiali się z tego, że nawet glisty, są po ich stronie. Jednak siło ognia tych stworków, była znaczna. Jednym strzałem, taki robaczek, mógł zniszczyć cały oddział pancerny. Natomiast ci wielcy, mogli spalić cały pluton marines, w kilka sekund. Te ich promienie, wypełniały kształty, uzyskane przez odpowiednie zwężenia luf wylotowych. Ludzie, dopiero teraz, zrozumieli. Już więcej się nie zobaczą, bo nadchodzi ich koniec.
- Sądziłem, że jesteście ograniczeni i głupi. Zaślepieni żądzą mordu i chwały, jak wielu moich braci. Teraz jednak widzę, że się myliłem.
Wszyscy obrócili się, w stronę, z której drapała ich czaszka. Normalny objaw, gdy Protoss przemawiał do nich. Shiril opierał się o drzewo i spoglądał na jeden z liści, który wpadł w jego dłoń. Jego wielkie, żółte oczy, wprost przewiercały wszystko na wylot. Grube liny, które były jego włosami, spokojnie dryfowały na wietrze, zwolnione, ze smyczy. Jego popękany pancerz, ciągle się trzymał i mógł zatrzymać cios, lub dwa. Nie patrzył na nich, tylko z nich.
- Wiedziałem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym ten sekretny świat upadnie. Jednak nie sądziłem, że stanie się to w takich okolicznościach. - Sięgnął do kryształu, wbitego w czaszkę. - Zawsze wiedziałem, że umrę, walcząc z Rojem. Jednak nie spodziewałem się tak doborowego towarzystwa. - Ukłonił się, pierwszy raz, w całym życiu.
Szanowny, Obcy. - Cherry wstał. - Dlaczego nie idziesz wraz z innymi? Przecież każda chwila się liczy! - Starał się jak mógł, budować dramatyczny nastrój, ale usłyszał śmiech w swojej czaszce.
- Człowiek, a dba o innych. Zaiste, jesteście zaskakującymi istotami. - Przeleciał, kilka metrów dalej. - Zostaję z wami, z własnego wyboru. - Uniósł rękę. - Ale nie zostaję sam. - Uderzył w powietrze.
Wszyscy zdziwili się, gdy jego ręka zatrzymała się tuż przed korą drzewa i wydała dźwięk, jakby uderzył o metal. Po chwili, trawa zgięła się pod pniem. Nagle, z cieni słonecznych, wyłonił się kształt. Powoli, oswobadzał się, z objęć ciemności. Zielone oczy, jako pierwsze, odcięły się od reszty ciała. Po chwili, pojawił się zarys głowy, następnie, cała czaszka. Wielką głowę Protosa, przyozdabiała czaszka Hydraliska. Oczyszczona z mięsa i krwi. Biała, aż do bólu, jednak bardziej bolesny, był widok twarzy, tego Obcego. Pocięte oblicze, odcięty fragment głowy, zastąpiony metalowym implantem. Wyrwane oko, ziejące pustką i mrokiem. Masował swoją twarz, po spotkaniu z rękawicą Shirila. Jego ciało, przyozdabiała zwiewna szata, której spód, był poszarpany. Na klatce piersiowej i lędźwiach, miał czarny pancerz, który ozdabiało siedem zielonych klejnotów. Podniósł się i wyprostował. Wielki Templariusz założył ręce na klatce piersiowej i z żałością patrzył, jak jego towarzysz się podnosi. Pokręcił głową.
- Panowie, przedstawiam wam moją freghennę, Firro. - Przemknął, po zdezorientowanych twarzach ludzi. - Zapomniałem, że nasz język, nie przypomina waszego. Więc przedstawiam wam, moją siostrę, Firro. - Poklepał ją po ramieniu. - Wypadłaś z wprawy, dawniej, nie mógłby wypatrzeć cię nawet obserwator.
Ludzie, Odruchowo się obrócili. Ta kobieta, była pół-naga i nie wypadało, żeby się na nią gapili. Poza tym, coś nie coś wiedzieli, o takich jak ona. Przełknęli nerwowo ślinę i się przedstawili. Kobieta nawet na nich nie spojrzała. Jakby od dawna się nie widzieli, ale nie okazywali tego w żaden sposób. Wyglądali, jak dwoje pokłóconych kochanków, którzy czekają na przeprosiny z drugiej strony. Nagle, ludzie usłyszeli głos w głowie. To kobieta, żaden inny Protoss, nie miał tak wyraźnego i obcego kontaktu myślowego. To nie były słowa, nawet nie uczucia, czysty odruch. ,, Patrzcie, na nasz dom.” Niewielu zrozumiało, o co jej chodzi.
Józef wypuścił z rąk swój miecz. Nigdy, przenigdy tego nie zrobił. Spoglądał na zgliszcza ich pierwszej linii obrony. Starego miasta, które ewakuowano w połowie. Druga połowa poległa w jego obronie. Teraz, ten niegdyś piękny cud architektury, stanowiły spalone drogi i ruiny domów. Jako pierwszy zrozumiał to, co przekazała im ta osoba. Nie pozostał kryształ przy krysztale i kamień na kamieniu. Trupy zaścielały ulicę. Nie było widać nic szczególnego. Dym, ciągle się unosił. Jednak Niemiec, widział wszystko wyraźnie. Setki, tysiące bestii, nadciągało w ich kierunku. Żądne krwi potwory, nie znające strachu, ani bólu. Żyły tylko w jednym celu. Zabij wszystko, co nie przypomina ciebie. Wiele Zergów, pędziło szybciej niż wiatr, ale niektóre startowały ze zgliszczy, przysłaniając niebo. Wielkie chmary podniebnych agresorów, były widoczne, nawet dla zwykłego człowieka. Wszyscy chwycili broń, ale coś ich sparaliżowało. Długie odnóża Olbrzyma, wbiły się dookoła nich, tworząc między sobą barierę. Protosi stanęli przy nich, przechodząc przez osłonę, gdy jedna z jej ścian zniknęła. Dopóki ta jednostka była sprawna, nie musieli się niczego obawiać. Jednak ciągle czuli niepokój. Nie zabiją wszystkich. Nawet połowy. Wiedzieli to, nawet szeptali po cichu do siebie. Nagle, powietrze przeszył ogromny huk. Wszyscy Ludzie, padli na ziemię, zakrywając uszy. Po chwili, usłyszeli brzdęk metalu i odgłos unoszenia wrót. Obrócili się i zobaczyli dowódcę. Ciężko ranny, w pierwszym starciu na planecie. Nie miał nóg, od kolan w dół. Nie posiadał również własnego, prawego oka. Miał tam wstawiony implant, umożliwiający widzenie w trójwymiarze. Kapitan, spoczywał w wielkim korpusie. Użyczyli mu go obcy po tym, jak ocalił jednego z nich, tracąc właśnie nogi i oko. W środku tego korpusu, miał wielką bańkę, w której pływał. Płyn sprawił, że nie czół bólu i mógł działać szybciej. Jego naturalne zdolności, parapsychiczne, pozwalały mu na komunikację z Protosami, za pomocą myśli. Dzięki temu, szybko opanował obsługę tego potwora. Przynajmniej dwie tony metalu i kabli. Siła ognia, zdolna do zniszczenia trzech czołgów oblężniczych, naraz. Tarcze plazmowe, zdolne znieść ostrzał tego Robaczka. Sam pancerz, dawał możliwość walki z czterema przeciwnikami jednocześnie. Templariusz i jego siostra, spoglądali na korpus, pełni podziwu. Tylko ci, którzy zostali śmiertelnie ranni, mogli korzystać, z tego sprzętu. Jednak teraz, gdy Aiur już upadło, nie ma więcej błogosławionych ołtarzy. Nie będzie więcej, tych potężnych maszyn. Kapitan otrzymał nowe przezwisko, które nawet mu nie przeszkadzało. Mówili na niego ,,P.N.CH.” Tłumaczyli to: Pierdolony, nieśmiertelny chuj.
Odepchnął karabin snajperski na bok i podłączył ręce do dział. Następnie polecił reszcie wstać i zająć pozycje. Nie patyczkował się i nie dawał taryfy ulgowej. Przełączył kilka przycisków w kabinie i obrócił się na czterech odnóżach. Następnie wbił je mocno w ziemię i wykonał obrót o 720 stopni w prawo. Nie ruszał nóg, jedynie korpus kręcił się. Strzelił w tarczę. Potężna kula energii przeleciała na wylot i pomknęła w kierunku miasta. Po chwili nastąpił drugi wystrzał. Chwalił się tym, że może strzelać szybciej, niż inni, w tej maszynie. Jednak po chwili, kamyki zaczęły podskakiwać, a ziemia drżała. Nadchodzili ich przeciwnicy i nie chcieli tego odwlekać.
- Dobra panienki. – Zamknął kabinę i włączył głośnik. - To już nie są ćwiczenia. Każdy z was mnie zna. Dla was, dalej będę starym i dobrym Gabrielem, Polakiem. Teraz, nie jestem waszym dowódcą, ale bratem. Nie zmuszam was do pozostania. Sami, z tymi maszynami, zatrzymamy ich na tyle długo, że zdążycie odejść wraz z nimi. - Obrócił się w stronę Protosów. - Teraz, jeszcze zdążycie, dostać się na prom i przez portal, razem zresztą odejść. Jeśli jednak nie chcecie odejść, nie będę nalegał. - Odczekał chwilę, aż ktoś się zdecyduje na odejście. -
W głębi ducha chciał, żeby wszyscy odeszli, ale nikt się nie ruszył. Wszyscy zajęli pozycje i czekali na atak. Nieśmiertelny westchnął.
- Więc słuchajcie uważnie. Dzisiaj, nie walczymy dla siebie. Nie walczymy nawet dla naszych rodzin. Walczymy dla obcej rasy, którą pobiliśmy i wielu rozstrzelaliśmy, biorąc ich za wrogów. Teraz, jak widzicie, są przyjaciółmi, których nie wolno nam tknąć. Robimy to, co trzeba zrobić. Jeśli zginiemy, nie zostaniemy zapomniani, bowiem oni, przekazują wspomnienia z pokolenia na pokolenie. Wpierdolimy się w historię, do kurwy nędzy! Żaden zjebany obcy, nie będzie nam pluł w twarz! Takiego chuja! - Wystrzelił kilka razy przed siebie. - Wpierdolmy im kilogramy naszej amunicji, w ich pojebane gęby! Te złamane pały, rozpierdolimy ich pod naszymi drzwiami. Jeśli będą głodni, damy im nasze kule, jeśli będą spragnieni, napoimy ich naszym ogniem! Kurwa, to nie brzmi najlepiej. - Opuścił działa. - Mniejsza. Nigdy nie byłem dobrym mówcą. Zajebcie tylu ilu możecie, a reszta, niech zapierdoli się wzajemnie, gdy zjedzą nasze ciała. Tej chujowej trucizny, nawet oni nie wytępią. Panowie, zaszczytem była, wspólna podróż z wami. Za Zjednoczony Dyrektoriat Ziemi! - Sięgnął po fiolkę z gęstą cieczą. Przystawił ją sobie do ust i zakomunikował wszystkim, żeby też się napili. - Teraz panowie, oraz droga pani. - Ukłonił się, jak najniżej mógł. - Proponuję, rozerwać się trochę, a ich bardzo.
Cała gromadka zakrzyknęła donośnie i rozbiegła na stanowiska. Gabriel ruszył na przód i dostrzegł mały ruch. Wycentrował obraz i poprawił jakość. Przełączył na termowizję i zobaczył, że te bestie są blisko. Ledwie kilometr dalej. Józef już strzelał, a Grigori trzymał w dłoniach zapalnik. Rozstawili wcześniej mini na tym terenie i czekali na moment, w którym zabiją najwięcej tych skurwysynków. Po chwili, nastąpił wybuch. Sześćset metrów od nich, ładnych siedemset kilogramów ładunków wybuchowych, zrobiło spory krater w ziemi. Bestie wojny rozerwały się, a po kotlinie przeszedł przerażający wrzask. Chór szczękających zębów i trzeszczących kończyn, zatańczył w powietrzu i przebiegł obok każdego w tej dolinie. Olbrzymy wystrzeliły, a płomienne ostrza, cięły wszystko po swojej drodze. Niemiec już nie wytrzymywał i po każdym strzale coś krzyczał. Cherry siedział niespokojnie i ściskał w dłoni różaniec. Modlił się, póki jeszcze mógł. Po chwili, jego B.E.T.S.Y. Wyrzeźbiła krwawą miazgę, wśród nacierających. Mad stał obok Grigoriego i mówił do niego. Rosjanin tylko kiwał głową i trząsł dłońmi. Nie mówił nic, spoglądał przed siebie. Nagle, niedaleko nich, wybuchły snopy ognia, spalając i rozcinając flankujących Zerglingów. Polak przeszedł kilka kroków i wiedział, że nie ma wiele czasu. Szybko otworzył panel komunikacyjny i wyłączył głośniki. To mogła usłyszeć tylko jego rodzina. Wbił adres w klawiaturę i czekał. Po chwili, połączył się z ogólnoświatową siecią i napisał tylko kilka słów. ,,Miałem nadzieję, że wrócę. Wierzyłem, że zdarzy się cud. Kocham cię”. Rozłączył się i obrócił w stronę wroga. Strzelił, a po chwili trupy, zaścielały ziemię. Na workach ziemi, zaległo kilka pustych korpusów Roachy, które pozostały po strzałach Mada. Grigori, bez emocji i jakiegokolwiek znaku życia, spalał wszystko, co było przed nim. Z nieba spadał deszcz, płonących bestii, które wpadły pod ostrzał ich wielkich maszyn. Kobieta Protos, gdzieś zniknęła, a jej brat, wytwarzał burze swego gniewu, rozrywając przeciwników, na poziomie molekularnym. Nie można było nic wyczytać, z jego twarzy. Czysta rutyna i spokój, emanowały z jego umysłu, ale ciągle coś zakłócało całość. Jakaś mała cząstka jego umysłu, zakryta wieloma warstwami bólu i mordu, szeptała cicho do niego. Gabrielowi, zajęło chwilę rozszyfrowanie tego, ale wreszcie mu się udało. ,, Firro, uważaj na siebie, nie chcę znowu cię stracić”.
Mad cofnął się do obozowiska, po magazynek granatów toksycznych. Rozpylały trujący gaz, który wprost rozpuszczał, wszystkich od środka. Jednak działał jedynie kilka sekund. Więc musiał strzelać precyzyjnie, w największe skupiska wrogów. Gdy wrócił, Rosjanin korzystał już ze strzelby, do której miał radioaktywną amunicję. Poruszał się z gracją, która nie pasowała do jego gabarytów. Cherry cofnął się do trzeciej linii, którą upatrzył sobie na początku. Rozłożył się, a po chwili dołączyła do niego reszta. Mieli zbyt dużą przestrzeń do obrony. Więc musieli się cofać. Jeśli jednak, pozwoliliby sobie na wstrzymanie ostrzału, skazaliby się na śmierć. Czteronoga machina nie nadążała ze strzelaniem i wkrótce, wielkie odnóża, jak wykałaczka nagie mięso, nadziewały na siebie kolejne stwory. Gdy linia ataku przypominała trójkąt, Anglik przeładował swoją broń. Nagle, rozległ się alarm. Templariusz wskoczył za nich i upadł na ziemię, nad nim, przeleciało wiele kolców, które wystrzelały Hydraliski. Firra ściskała go za głowę. Po chwili, postawiła go i wyciągnęła swoją kosę. Długi, metalowy kij, z którego końców, wystawały zakrzywione ostrza energetyczne. Broń ociekała posoką, a jej oczy, emanowały gniewem. Dopiero po chwili, przypomnieli sobie o alarmie. Specyficzny dźwięk syreny, alarmował wszystkich, że zbliżają się zakopani wrogowie. Cała ekipa rozglądała się, w poszukiwaniu lekko rozkopanej gleby. Wtem, tuż przed nimi, wyskoczyło osiem potworów. Wszystkie były większe od nich i bardzo do siebie podobne. Mocno opancerzone, z morderczym spojrzeniem i ociekającym fioletową masą, pancerzem. Polak, po dwóch seriach zastrzelił jednego, ale reszta już prawie strzeliła. Te stare stwory, mogły atakować na dystans. Grigori, znalazł jeszcze trochę ognia w swoim ,,Smoczku” i dosłownie, zwęglił tego karalucha. A następnie wpakował trzy pociski, pokryte uranową warstwą, w oko następnego stwora. Mad oberwał od tych trzech, które wyskoczyły wcześniej i wstrzelił dwóm granaty w trzewia. Po chwili, położyły się, a następnie nieprzyjemny zapach, uleciał z ich mord. Józef Wpakował dwa pociski w jednego, tuż przed sobą, a następnego zaczął ciąć na drobne kawałki. Ostatniego, Cherry nauczył pokory, dziurawiąc go jak sito.
- Cholerne kwasowce! Niech no tylko dorwę tę sukę, które je wypuściła z łona! Zajebie jak psa! Spójrzcie tylko! - Wskazał swoją prawą rękę. - Rozpierdoliły mi cały granatnik. Lewa ręka, zaraz mi odpadnie!
- Amerykaninie. - Grigori, po raz pierwszy, od ich wybudzenia, odezwał się, czyniąc spory wstrząs. - Dziękuję ci, że mnie wspomagałeś i dotrzymywałeś boku, podczas walk. Niech sobie mówią, że się nie lubimy, ale dzisiaj, nie ma Ruskiego i Amerykańskiego. Jest Ludzkie.
Wszyscy, wprost się zatrzymali, nie przerwali ostrzału, ale co chwilę zerkali, na tych dwóch, jak podawali sobie dłonie. Cherry zabrał głos.
- Panienki, nie rozczulajcie się, bo na dziewictwo, będziecie mogły złapać tylko tych, po drugiej stronie. - Kilka serii, podziurawiło Tępicieli, którzy oblali kwasem swoich wojowników. Kolos, nie nadążał z ostrzałem. - Więc, może natychmiast, wrócilibyście do rozwałki?
Nagle, Olbrzym, który zwęglił tylu wrogów, padł na ziemię, powalony ich masą. Wiele innych spotkał podobny los, jednak nie zaprzestały ostrzału. Maszyny dzielnie wycinały wzory w szeregach najeźdźców, jednak nie więcej niż troje strzałów, opuściło ich korpusy. Gdy tylko zostały otoczone, błyskawicznie je rozmontowano, na części różnej wielkości. Larwy również kończyły swą błyskotliwą karierę. Mimo tego, że bardzo potężne, ulegały masie przeciwnika, który poruszał się z zawrotną prędkością, której brakowało tym robaczkom. Jednak siedemnaście maszyn stało za nimi, nie przerywając ognia. Nagle, tuż przed Madem wyskoczyła opasła bestia, która przypominała gigantycznego robala, z wieloma wyrzutniami. Jego kolec, zaczepiony na długim języku, wystrzelił z mackowatej gęby. Minął Grigorego i wbił się bezpośrednio w Amerykanina. Jego wrzasku, nie zapomni żaden z wojowników. Templariusz spojrzał w tą stronę i wiedział, co się stanie. Jego siostra, skakała od jednego rozpłatanego stwora, do drugiego, kontynuując, taniec śmierci. Józef błyskawicznie przeciął ten narząd, a Rosjanin złapał, przewracającego się Amerykanina. Obrócił go, ale nie zobaczył Mada. Zobaczył wypaczoną jego wersję, w której połowę jego twarzy zajmowały macki, zakrywające lewe oko i wszystko poniżej. Zainfekowany podniósł Rosjanina i rzucił nim w dal. Cherry przeładował karabin i rozstrzelał tego potwora, który pozbawił go przyjaciela. Grigori chciał wstać, ale pazury, które w międzyczasie jego podnoszenia, pojawiły się na dłoniach zainfekowanego, przebiły go na wylot. Ruski poczuł, że coś mu wdrożono, w jego ciało. Rozerwało mu nogi, a z ran wyskoczyły łapy, uzbrojone w łuski i pazury. Krzyczał i wrzeszczał, gdy wszystko w nim pękało, a z jego trzewi, wyskoczyły dodatkowe, dwie ręce. Nie miał wyboru. Odepchnął Józefa, który w międzyczasie, lekko zranił Mada. Ten zainfekowany, nie dawał za wygraną, mimo tego, że nie miał nóg i połowy czaszki, ciągle pełzł ku nim. Shiril, rozerwał go, gołymi rękami i rzucił w stronę Grigoriego, który przystawiał sobie rewolwer do głowy.
- Wypierdalaj! To nie miejsce dla ciebie! Spierdalaj do Portalu!
Rzucił Niemcem w dal i wpadł na Zerga. W ustach trzymał granat. Eksplozja zatrzymała ostrzał Gabriela, który nie mógł na to patrzeć. Był tak silnym dowódcą, ale to... Przerastało go. Musiał to zakończyć sam. Dosyć już śmierci i poświęceń.
- Wycofać się do wrót. - Zakomunikował i uderzył Protoskę tak, że wpadła wprost w ramiona swojego brata.
Wszyscy patrzyli na niego, jak na kogoś, kto wybiegł nagi, do centrum miasta. Polak strzelił i zakorzenił się w ziemi. Nie miał czasu na ich sprzeciw, który może zaraz się podnieść.
- To jest rozkaz, nie prośba! Cherry, miętka pało, spierdalaj jak najdalej, póki jeszcze możesz. Józef. – Obejrzał się na prawo, ciągle strzelając.
Coś wpadło mu na kamerę. Coś lepkiego i długiego. Przetarł ją automatycznie, po czym żałował. Niemiec stał jak wryty, z rozerwanym pancerzem, kilkoma kolcami, które sterczały mu w plecach i zerwaną skórą brzucha. Trzewia wylały się na zewnątrz, a jelita oderwano. Właśnie ściekały po pancerzu Polaka. Stał tam Fillip, Francuz, który był szefem taktycznym na ich statku. Ściskał w ręku serce snajpera. Ciągle Biło, a Niemiec, wytrzeszczał na nie oczy. Ciężko łapał powietrze, ale płuca ześlizgnęły się do miednicy, którą było widać. Po chwili, zainfekowany, zgniótł je i odciął głowę swojej ofierze. Polak nie wytrzymał. Emocje przejęły nad nim kontrolę, nawet udzielając się Templariuszowi. Rozdeptując po drodze kilku mniejszych przeciwników, dopadł go. Uważał go za brata, ale już nie mógł. Ten potwór nie miał prawa istnieć, ani nawet kiedykolwiek powstać. Wbił mu w czaszkę lufę swojego działa i wypalił. Krew spryskała jego żółty pancerz, a truchło odleciało kilka metrów dalej. Cherry nie czekał i zostawił wszystko. Puścił się pędem przed siebie, z podręcznym karabinem gausa, którego nigdzie nie zostawiał. Jednak Protosi go zatrzymali. Rozkaz brzmiał wyraźnie, a życzenie Nieśmiertelnego, jest dla nich, czymś świętym. Anglik wierzgał i wrzeszczał.
- Kapitanie! Kapitanie! - Uderzył oboje swoich tragarzy, którzy wzięli go nad swoje głowy. - Niech pan mi tego nie robi! Nie chcę być okryty hańbą! Jak ja wrócę na Anglię?! Bez pana, nie dam rady! - Reszty nie mógł powiedzieć, zalały go łzy.
,,Miły dzieciak” Pomyślał sobie Polak, strzelając dalej. Gabriel musiał chociaż jego ocalić. Chociaż jemu, dać szansę na przeżycie. Agresorzy cofnęli się, zbierając siły na ostateczny atak. Mimo tego, że tak wielu padło martwych, Ciągle nadchodzili nowi. Maszyny rozstawiły się w linii, przepuszczając P.N.CH. Gdy tylko przeszedł kilkanaście kroków na przód, zatrzymał się. Coś wpadło na jego monitor. Jakieś zdjęcie, wyostrzył obraz. Znieruchomiał i przestał oddychać. Ciężko mu było się do tego przyzwyczaić, ale nie musiał oddychać. W tej bańce, miał wszystko, co potrzebne do przeżycia. Na zdjęciu, widział to, co było odległe, tak daleko. Widział Port Kosmiczny Einstein. Na tle statku badawczego, stali wszyscy. On, jeszcze sprawny, Cherry, leżał na ziemi, obok niego, klęczała Lucy, jego dziewczyna, dobrze, że została na statku, westchnął Gabriel. W linii, stał kolejno od lewej, Józef, Grigori, Mad, Fillip, Sam, John, Patryk, Max i Klaudiusz. Wszyscy, obejmowali się za ramiona i uśmiechali się. Na głowach, mieli butelki wina. Nad nimi, stała trójka kapitanów. Między innymi on, obok niego Sandman i Jefrey. Pamiętał ten moment, gdy robili to zdjęcie. Pamiętał nawet słowa, które wypowiedział. ,, Serdecznie witam”. Zachichotał i spojrzał w dół kabiny. Na dnie bańki, leżało inne zdjęcie. Przedstawiało wszystkie kobiety, które odeszły z obcymi i pozostały na statku. Było to dziwne, ale tylko Irys i Chilly, zginęły, gdy uciekaliśmy z platformy nad Char. Wydawało mu się, że minęły wieko od tego momentu, a tak naprawdę, to tylko kilka miesięcy temu, rozpoczął się ten koszmar. Wziął głęboki oddech i Przewód z tlenem. Otworzył pancerz. Obcy rzucili się na przód, w szaleńczym pędzie po krew, rozrywając powietrze swymi wrzaskami. Gabriel przemieścił kilkanaście fragmentów pancerza do góry, by mieć lepszy widok. Wycelował przed siebie, czekając na wroga. Jego karabin, którego nie opuszczał na krok, był głody. Ta broń, nigdy go nie zawiodła. Nigdy nie pozwoliła zbliżyć się przeciwnikowi bliżej, niż na dziesięć metrów od siebie. Przypomniał sobie twarze wszystkich zabitych, którzy byli pod jego rozkazami. Irys i jej ciemne loki, Chilly, ze swoimi niebieskimi oczami, Grzesiek, zawsze poważny i zdyscyplinowany, John, dusza towarzystwa, dowcipny, teraz już wie, jak kończy się żart, w którym Ultralisk zastaje samotnego Marines, Gustaw i jego ponura osobowość, Ferdynand, ze swoimi bliznami i dziwnymi obrzędami, Francis, wierny tradycji, że wszystko co piękne, jest wieczne, Waculberry ze swoimi czerwonymi oczami, które wypełniał sztucznie, Otton, którego przeczucia zawsze się sprawdzały, nawet to, że zginie, Morrid tchórzliwy szczurek, z przebłyskami inteligencji, Sztefan zawsze był zaopatrzony, we właściwe wody ogniste, Kingslay, którego nie mógł sobie przypomnieć i ci, którzy dzisiaj, zostali zamordowani. Ich twarze, pełne życia i chęci walki, stanęły mu przed oczami. Widział ich, jakby stali przed nim. Uśmiechali się i kiwali głowami.
Był już gotowy. Odsłonił celownik laserowy i wskazał punkt. Czerwona kropeczka stała nieruchomo na ziemi, jak kwiat w bezwietrzny dzień. Rój Zerglingów zbliżał się, a Gabriel nie zamierzał ruszyć w żadną stronę. Maszyny strzelały jak szybko mogły, by chronić tego człowieka. Kapitan, usłyszał znajomy dźwięk. Tyle razy był przy nim, ale ten, jest już ostatni. Spojrzał w górę i zobaczył rakietę, która pędziła wprost w czerwony punkt. Była coraz bliżej, już nie musiał namierzać. Zaczął zamykać pancerz, ale coś się zacięło, bo nawet nie drgnął. Teraz wiedział, że to już na pewno koniec. Zacisnął zęby i strzelił. Nagle, z lewej strony, mały stworek skoczył na niego. Odruchowo zasłonił się, ale nie dane mu było tak łatwo umrzeć. Głowica jądrowa uderzyła w ziemię, tworząc potężny grzyb atomowy i falę uderzeniową. Pchnęła tych, którzy nie znaleźli się w zasięgu bezpośrednim, w dal. Gabriel leciał chwilę, mając przed sobą obraz palonego napastnika, który rozpadł się w powietrzu. Po chwili, zatrzymał się na czymś. Nie wiedział co to, ale jego oko odmawiało posłuszeństwa. Obraz rozmył się, ale Polak, ateista i kapitan statku Driwgien XXV, uwierzył w Anioły. Zobaczył wielką, błękitną postać, która sięga ku niemu. Płonąca błękitem twarz, metalowe dłonie, zimno, straszne zimno i ból. Ból głowy i rąk. Dołączył się do bólu brzuch i kręgosłup. Zobaczył na niebie wiele ogromnych, czarnych plam. Na krótką chwilę, wzrok mu się wyostrzył i przez płomienie swego Anioła zobaczył, że niebo spada. Niebo martwych bestii spada, a na błękicie pozostaje wiele czarnych statków. Jego głowa opadła na ramiona i po chwili zemdlał.


Edit
Siemka, poprawiłem co nieco i trochę objętośc tekstu się zwiększyła... Więc czytajcie i komentujcie

Awatar użytkownika
zołza

RE: Nieśmiertelny/Immortla 18+

Post autor: zołza » 08 września 2011, 11:11

Powiem tak: Tego się czytać nie da. Za mało akapitów. Tekst jest za mocno zbity. Zdania są niekiedy wyrwane z kontekstu, a niektórych nie da się zrozumieć. Poza tym, co takiego zrobił ci język polski, że go tak kaleczysz? Gdyby nie te wszystkie błędy tekst dałoby się jeszcze przeczytać, ale tak dobrnęłam tylko do połowy. Musisz jeszcze mocno popracować nad budową zdań, by przekazywać czytelnikowi to co chcesz w sposób jasny i przejrzysty.

Awatar użytkownika
Gorgonzol

RE: Nieśmiertelny/Immortla 18+

Post autor: Gorgonzol » 08 września 2011, 16:55

Wiesz, ja nie miałem problemów z czytaniem, myślę, że żadne słowo tutaj, nie znalazło się bez potrzeby. Tak ja sądzę. A język polski, ma to do siebie, że posiada dużą bazę wulgaryzmów.
Jak wygospodaruję wolny czas, to zajmę się poprawą i poinformuję was o tym.
Dzięki za opinie. :)

Awatar użytkownika
Dolar

RE: Nieśmiertelny/Immortla 18+

Post autor: Dolar » 08 września 2011, 21:05

Trochę dużo szczegółów technicznych, które dominują tekst. Ale podobało się.

Awatar użytkownika
hekate20

RE: Nieśmiertelny/Immortla 18+

Post autor: hekate20 » 12 września 2011, 11:56

Pierwsze dwa zdania sprawiły, że opmyślałam "Hej to może być fajne" Niestety czytając dalej zauważyłam sporo powtórzeń. Jak zołza zauważyła lekkiego pióra to ty nie masz, ale każdy ma swój własny styl :)

Ogólnie nie przepadam na SF, ale najgorzej nie było.
Jak dla mnie za dużo opisów, a za mało dialogów. Domyślam się, że to początek historii i potem będzie ich więcej. :)

Pisz dalej.

Awatar użytkownika
Gorgonzol

RE: Nieśmiertelny/Immortla 18+

Post autor: Gorgonzol » 12 września 2011, 19:15

Teraz, gdy zakończył się piękny okres letni, a zaczął równie piękny, jesienny, ciężko wygospodarowac czas, na miłą zabawę z pisarstwem. Do północy nie będę siedział, gdy muszę wstac o 6:30... Postaram się zrobic wszystko, jak najszybciej. Możliwe, że w sobotę, pojawi się kolejna częśc i poprawka do tego...
A tak jeszcze was zapytam, wiecie może, co to za uniwersum?

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

RE: Nieśmiertelny/Immortal 18+

Post autor: pierdoła saska » 12 marca 2012, 17:41

Nie zaglądam do ficów na tym forum... ale wklikałam się tu z zupełnie innej strony internetowej i oprzeć się nie mogłam xD Pojęcia nie mam, do czego to jest fanfik, więc nie mogę robić odwołań do kanonu, ale co tam. I tak będzie ciekawie, bo zaczyna się fenomenalnie.
Odcinek sponsoruje literka C jak CZASZKA... całe centyliony czaszek*. Cytaty

Późniaj planuję... inne, ostrze sceny, jeśli znajdę czas. Więc czytajcie i cieszcie się” Hurra! *cieszy się... stara się cieszyć...? *

„Trupy zalegały na czerwonym gruncie, wzbogacając jego naturalną zieleń i brąz, o nową barwę.”
Grunt to ziemia. W sensie to brązowe. Ziemia jako taka zielona nie jest. Zatem mamy czerwony grunt, który jest zielono-brązowy i jest wzbogacany przez kolor trupów - jaki ten jest, tego nie wiem. Słodko.

„budynków wyglądały jak zęby, wielkiej bestii planety.”
Ostatni człon się ni kupy, ni zadka nie trzyma.

„Nowe zastępy krwiożerczych straszydeł nadeszły, a ich posiłki ciągle były w drodze”
Catering nawalił? Dobra wiem, że miało chodzić o wsparcie, ale...

„Egzoszkielety roboczo-konstrukcyjne łatały dziury w tylu miejscach, ilu się dało.”
Czy mi się wydaje czy egzoszkielet to nie jest coś samobieżnego. Wymaga wyposażenia tego w coś biologicznego...

„Nawet ich najnowsze nabytki technologiczne, nie mogły zniwelować ich przewagi masowej.”
Zmieniłabym firmę od cateringu. A tak na serio. Jakiej u licha przewagi masowej!? Od kiedy przewagę w starciach liczy się na kilogramy czy megagramy?!

„Wielkie kratery, powstałe po wybuchach, mogły znaczący spowolnić marsz wroga.”
Ale co było znaczące? Marsz? Kratery? Chociaż ja bym tam obstawiała, że znaczący był brak literki „o”, która zastąpiłaby to „y” w słowie „znaczący” i znacząco przyczyniła się do podniesienia sensowności tego zdania.

„W oddali, powiewały chorągwie, które miały wyznaczać pozycję do bombardowań orbitalnych.”
Może nie jestem ekspertem jeśli chodzi o wojskowość, ale że jak? Ktoś wylądował, wbił chorągiewkę w środek celu i się ulotnił, a na orbicie ktoś z lornetką potem ich wypatrywał i w nie celował? I nikt nie próbował ich wcześniej zniszczyć? To się nazywa zaawansowany system celowniczy.

„Między nimi, przeskakiwały wiązki energetyczne”
Czyli co przeskakiwało? Pioruny strzelały między nimi? Mrugały do siebie laserami? Błyskały promieniami gamma? Może podczerwień albo ultrafiolet?

„Ptaki i inne, lotne, zwierzęta umykały, na tym osobliwym świecie.”
Umykały czemu?

„Kakaru, bo tak nazywały się te stwory, podobne do Pterodaktyli. ”
1. a to przepraszam przerwa na krótką audycję o florze i faunie planety się zaczęła?
2. czemu ten pterodaktyl jest napisany duża literą?

„Obrońcy dzielnie wypatrywali kolejnej fali, zauważonej kilkanaście kilometrów dalej.”
Skoro ją już zauważyli, to jak mogli jej wypatrywać? (wypatrywanie z zasady poprzedza zauważenie, potem to już się można przyglądać)

„Wszystkie, strategicznie ważne, lokacje zostały zajęte.”
Przepraszam, ale jeśli ktoś ci zajmie strategiczne punkty TWIERDZY to znaczy, że wszedł do niej i ją zajął, więc... eee Czego ci obrońcy wypatrują jak mają wroga już u ciebie na podwórku?!

„Chmury, które zebrały się nad nimi, zapłakały nad ich losem, krzepiąc ich, słodkimi łzami.”
Nie wiem jak moknięcie może kogoś pokrzepić.

„Naboje które im zostały, to nawet nad to.”
Logiko ty nad to coś wylatuj, bo cię tu gwałcą niemiłosiernie. Nad co?! Chyba że to miało znaczyć, że mieli za dużo naboi... jeśli tak, to ci nie wyszło.

„Naboje które im zostały, to nawet nad to. Nie zdążą wystrzelić wszystkich. Nawet jeśli, to zawsze mają ten jeden. ”
W...! Te! te! Wróć! Mają za dużo naboi i nie zdąża ich wystrzelić, a jakby zdążyli, to mają jeszcze jakiś jeden w rewolwerze...


„Nikt nie chciał być ich niewolnikiem.”
czyim? Ud? Rewolwerów? Kul? Ja rozumiem budowanie pełnego dramatyzmu napięcia, ale może nie róbmy tego kosztem Logiki?

„Kilka kamieni poruszyło się, gdy przeleciał nad nimi.”
To on się przechadzał, czy sobie przefruwał?

„Kilkoro ludzkich kobiet siedziało przy Templariuszach, łatając ich rany. ”
Jedna przyszywała łatkę w kształcie gwiazdki, a druga zwykłą kwadratową za to robiła to bardzo fikuśnym ściegiem.

„Niebieski płyn, spływał powoli, po zaschniętym szlaku.”
Szlaki to masz w górach.

Czół, że nie dowierza mu.”
A ja poczułam jak moje czoło zderza si z moją dłonią...

„Gdyby, tylko ich flota mogła tu przybyć. Nawet z Kolosami i Ravierami, nie mieli dużych szans.”
To tak, z jednej strony wygląda na to, ze gdyby flota mogła tu przybyć, to by było lepiej. A z drugiej strony, a raczej zdania, wynika, że nawet flota by nie pomogła. Jak ten facet jest taki zdecydowany w czasie walki, to ja współczuję jego podkomendnym.

„Gdyby nie to, że mógł lewitować, zapewne zmoczyłby się nie raz. ”
Nie mam skojarzeń, nie mam skojarzeń, niemamskojarzeń... Chrzanić. Mam. To brzmi co najmniej jak zmoczenie się w łóżku. x]

„Po chwili, pomnik wydał głośny trzask i zalał wszystkich pyłem. Mimo tego, że padał deszcz, ciągle pozostawał na nim osad. ”
Osad sobie mógł być, ale jakim cudem mógł cokolwiek zalać, to już nie wiem. Pył anty-higroskopijny czy co?

„Nie wykrzywiajcie się, jest bardzo smaczne i smakuje prawie jak kurczak. ”
Czy to miało być zabawne? Bo jak tak, to nie wyszło... Swoją drogą co ma panel KOMUNIKACYJNY bo dystrybutora żywności? Nawet o'Braien nigdy nie próbował zrobić komunikatora z replikatora, a jeśli komuś miałoby się udać, to jemu (że tak zjadę na inne realia, ale co tam)

„krótkie, lekko przystrzyżone włosy, kilka blizn na twarzy, średnio-białe uzębienie, brązowe oczy i garbaty nos. Wszystko, okryte czarną skórą, przyozdobioną wojennymi bliznami”
Dobrze rozumiem, ze skóra okrywała także włosy, zęby, oczy... ugh, chyba sobie póki co daruję robienie obiadu. Bleeee
Przerywnik: nawet nie dobrnęłam do końca pierwszej z pięciu stron. ;_;
„który przybył tu, jako specjalista od broni krótkozasięgowej.”
O ile się nie mylę to w wojsku mówi się „krótkiego zasięgu”.


„Nazywał go pieszczotliwie ,,Smoczuś” co wywoływało u nas śmiech.”
!@#$%^&*()*&^%$#$%^&*( TU: http://literka.info/watek-Interpunkcja? ... 9#pid31939 no!!!

„Jego pancerz, był cały czerwony, z czarnym popiołem, pozostałym po jego przeciwnikach.”
Tego popiołu też deszcz nie ruszył? Co to za deszcz >.>

„Zawsze nosił przy sobie B.E.T.S.Y. Bardzo, elegancki, trój-strzałowy, karabin maszynowy”
B - jest, E - jest, T i S - są... ale Y to już jakaś zagwozdka. I teraz tak, może ono miało nie być częścią akronimu tylko takim ozdobnikiem, ale wtedy ten akronim nie ma sensu. >.>


„- Kurwo spalona! - Trącił Grigorego w ramię. – To, że ty wpierdalasz popiół, to nie znaczy, że wszyscy inni też muszą, siwa pało!”
Gwoli ścisłości, to on to mięso zwęglił czy spalił na popiół?

„kurwa, pięknie. - skomentował ”
A ta kropka, to tu co?

„Żona Margareth, w zaawansowanej, siedmioraczej ciąży, z trójką dorosłych dzieci. ”
Ręka do góry ci, którym wyszło z tego zdania, że Margareth zaszła w ciążę na skutek uprawiania seksu z trójką dorosłych dzieci... *podnosi rękę*

„Zawsze nosił ich zdjęcie na sercu, myśląc o nich. ”
Jak nie myślał, to już nie nosił?

„Sprawował posługi kapłańskie”
Posługę.

Sprawował posługi kapłańskie
Można jakieś wyjaśnienie? Jakieś tam podstawy fizyki mam, a i tak nie umiem sobie wyobrazić na czym takie namierzanie by polegało.

„rozstrzelać jednego człowieka na pół”
To on strzelał wirującymi piłami tarczowymi?

„- westchnął cicho. - nigdy nie sądziłem, że tak nisko upadnę. ”


„Proponowali ludziom to samo, ale nie przyjęli go.”
Jakiego „go” x___X o kogo u diabła chodzi?!

„Te ich promienie, wypełniały kształty, uzyskane przez odpowiednie zwężenia luf wylotowych. ”
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.

Że co?! Jak promienie wypełniały kształty, boru to nawet nie brzmi po polskiemu. x_________________X


„Wszyscy obrócili się, w stronę, z której drapała ich czaszka.”
Skąd się tam wzięła jakaś wielka pazurzasta czaszka drapiąca ludzi?

Chyba że chodziło o swędzenie głowy....

„Grube liny, które były jego włosami, spokojnie dryfowały na wietrze, zwolnione, ze smyczy. ”
Smyczy x_______X
Dryfowanie na wietrze?! jakoś dryfowanie chodzi w parze raczej z wodą a nie wiatrem. Swoją drogą jak one gdzieśtam dryfowały, to on był już chyba łysy.

„Nie patrzył na nich, tylko z nich.”
x______X creeeeeeeeeeepyyyyyy

„Sięgnął do kryształu, wbitego w czaszkę.”
Jeszcze jedna czaszka? Kaplica czaszek niedługo będzie zazdrosna o tę kolekcję tutaj.

„Zielone oczy, jako pierwsze, odcięły się od reszty ciała. ”
Oczy widać miały dość tego czaszkowego towarzystwa i postanowiły zwiać. Słuszna decyzja.

„Jego ciało, przyozdabiała zwiewna szata, której spód, był poszarpany”
A nie przypadkiem dół?

„Przemknął, po zdezorientowanych twarzach ludzi. ”
To musiało boleć ;_;

„Ludzie, Odruchowo się obrócili. ”


„Ta kobieta, była pół-naga i nie wypadało, żeby się na nią gapili”
Co by boroczki zrobiły na plaży latem xD Zwłaszcza, że z opisu wynikało, że to co ważne, przynajmniej z ludzkiego punktu widzenia, miała zakryte.

„Przełknęli nerwowo ślinę i się przedstawili. Kobieta nawet na nich nie spojrzała. Jakby od dawna się nie widzieli, ale nie okazywali tego w żaden sposób. ”
Ale, że kto, co jak i gdzie i w ogóle o co w tym kawałku chodzi. Zżerasz podmioty w zdaniach tak, że zorientowanie się o kim akurat piszesz wymaga chyba co najmniej posiadania doktoratu! >.>

«,, Patrzcie, na nasz dom.”»
1. te przecinki... link już dałam wcześniej. Agrghg.
2. i jeszcze ta spacja po nich. >.>

„Józef wypuścił z rąk swój miecz. Nigdy, przenigdy tego nie zrobił.”
Rili?
„Miał ze sobą półtorametrową katanę, której nigdy nie chował do pochwy. Zawsze na kolanach, albo w dłoni.”
Zakładając, że w drugim zdaniu chodziło o to, że miał go w dłoni albo trzymał go na kolanach to mamy dowód, ze czasami nie miał go w ręku tylko właśnie kładł go sobie na kolanach i dłonie miał wolne. Koniec.

„Nie było widać nic szczególnego.”
Chyba chodziło ci, że nie widać było żadnych szczegółów. To spora różnica. Z drugiej strony...:
„Nie było widać nic szczególnego. Dym, ciągle się unosił. Jednak Niemiec, widział wszystko wyraźnie.”
To było widać czy nie było? Czy on jeden miał niefart widzieć... @______@


„Żądne krwi potwory, nie znające strachu, ani bólu. ”
Łącznie ^__^

„Wiedzieli to, nawet szeptali po cichu do siebie.”
Masło maślane.

„Wszyscy Ludzie, padli na ziemię, zakrywając uszy.”

„Miał tam wstawiony implant, umożliwiający widzenie w trójwymiarze.”
Nie brzmi to „w trójwymiarze”, cały myk polega na widzeniu głębi. Niektóre zwierzęta kręcą głową, aby to osiągnąć (znaczy chyba ptaki tak robią, bo mają oczy z boku głowy, jak ma się oczy z przodu głowy, to będzie się widziało także głębię). Więc o ile by mu tego oka nie przełożyli gdzieś za ucho, to by było ok. Nie trzeba niczego specjalnego.

„Płyn sprawił, że nie czół bólu ”
Ja za to czuję ból przy czytaniu tego. Ból głowy konkretnie.

„Przynajmniej dwie tony metalu i kabli.”
Taki Ford Transit i to względnie pusty.

„Sam pancerz, dawał możliwość walki z czterema przeciwnikami jednocześnie.”
Eeee. Przez pancerz referujesz cały pojazd? bo w sumie pancerz to część pojazdu. x]

„Templariusz i jego siostra, spoglądali na korpus, pełni podziwu. Tylko ci, którzy zostali śmiertelnie ranni, mogli korzystać, z tego sprzętu.”
Wnioskuję z tego podziwu, że korzystanie z tego cosia było godne pozazdroszczenia, więc wszyscy śnili o tym, aby zostać śmiertelnie rannymi. Co prawda rany śmiertelne, jak nazwa wskazuje, są śmiertelne, więc... eeeeeeeee. y... Samo-redukująca się populacja <3 Po cholerę im jacyś wrogowie xD

„Jednak teraz, gdy Aiur już upadło, nie ma więcej błogosławionych ołtarzy. Nie będzie więcej, tych potężnych maszyn.”
Tak się zastanawiam, czy umyka mi tu jakiś element kanonu, czy to naprawdę nie ma sensu...

„Mówili na niego ,,P.N.CH.” Tłumaczyli to: Pierdolony, nieśmiertelny chuj.”
Świetne przezwisko... Jak to czytać? PeeNHa? A z angielska PeeNejcz? lub zupełnie: FaID czy FiID?

„Następnie wbił je mocno w ziemię i wykonał obrót o 720 stopni w prawo.”
720? 720?! Nie można było napisać, że zrobił piruecik, obrócił się dwa razy wokół własnej osi (co musiało wyglądać dość dziwacznie, ale czemu by nie)?!


„Nadchodzili ich przeciwnicy i nie chcieli tego odwlekać.”
Ale że kto nie chciał i czego?

„Zamknął kabinę i włączył głośnik. - To już nie są ćwiczenia. Każdy z was mnie zna. Dla was, dalej będę starym i dobrym Gabrielem, Polakiem.”
Czy oni tam używają narodowości jak nazwiska?

„Walczymy dla obcej rasy, którą pobiliśmy i wielu rozstrzelaliśmy, biorąc ich za wrogów.”
Zgubiłam się kto kogo podbijał i miał lepszą technologię. Może to wymaga znajomości pierwowzoru, a może to po prostu narracja tak leży i kwiczy.

„Jeśli zginiemy, nie zostaniemy zapomniani, bowiem oni, przekazują wspomnienia z pokolenia na pokolenie.”
Jakby to powiedzieć? Ludzie również. Mętnie domyślam się, że chodziło tu o pamięć genetyczną. Oczywiście, aby ktoś przekazał w ten sposób to, jak przebiegła ta bitwa, to musiałby
1. ją przeżyć
2. dorobić się potem dziecka.
Jeśli chociaż jeden z tych warunków niezostanie spełniony, to sorry misiu. Nie uda się.


„Za Zjednoczony Dyrektoriat Ziemi!”
Dyrektoriat to zwykle nazwa organu rządu. Ten okrzyk, to jakby krzyczeć, ze się walczy za sejm x) Że jednak sięgnę do źródeł, ale czy tam nie powinno być jakiś „za Konfederację Terran"?

„Sięgnął po fiolkę z gęstą cieczą. Przystawił ją sobie do ust i zakomunikował wszystkim, żeby też się napili.”
Czy on nie był przypadkiem zanurzony w jakimś płynie? Bo jak tak, to spróbuj kiedyś zanurkować ze szklanką soku i ją wypić. x] Chyba że pływał od szyi w dół, ale to już taka moja zgadywanka i sensu szukanie.

„Rozstawili wcześniej mini na tym terenie i czekali na moment”
Tu Mini Morris, tam Mini Cooper.

„ Bestie wojny rozerwały się”
Brzmi, jakby zrobili sobie imprezkę.

„ Chór szczękających zębów i trzeszczących kończyn, zatańczył w powietrzu i przebiegł obok każdego w tej dolinie.”
Znaczy się że jak? Pogubili sztuczne szczęki i te rzuciły się biegiem przed siebie, a za nimi pognały pordzewiałe kończyny?

„cięły wszystko po swojej drodze. ”
Na.

„Wyrzeźbiła krwawą miazgę, wśród nacierających.”
Wyrzeźbiła miazgę? Bełkot.

„wytwarzał burze swego gniewu, rozrywając przeciwników, na poziomie molekularnym.”
Fatal Error.
Imagination.exe encountered serious problem while trying to process your request. Please try again or conntact with your administrator.


«,, Firro, uważaj na siebie, nie chcę znowu cię stracić”.»
. . .
no ale przynajmniej jesteś w tym konsekwentny x]

„Mieli zbyt dużą przestrzeń do obrony. Więc musieli się cofać.”
Zwykle zbyt duża przestrzeń do obrony związana jest ze zbytnim rozciągnięciem frontu. Cofanie się nie pomaga, chyba że wojsko ustawione jest w łuk. Tylko wtedy cofanie się może i zacieśnia szeregi, ale może się szybko skończyć zupełnym otoczeniem. W innej sytuacji cofanie jest skutkiem ataku i to „więc” nie ma racji bytu.

„Gdy linia ataku przypominała trójkąt, Anglik przeładował swoją broń.”
Specjalnie na to czekał czy do tej pory nie musiał przeładowywać? Swoja droga trójkąt, zatem ich już otoczono, tak? Czy chodziło o to, że ich szyk przypominał klin?

„Te stare stwory, mogły atakować na dystans.”
Czyt.: strzelały. >.> w ogóle gramatycznie to zdanie leży, ale nie jest ono w tym osamotnione.

„Grigori, znalazł jeszcze trochę ognia w swoim ,,Smoczku” i dosłownie, zwęglił tego karalucha.”
Dobra, nie wiem jak są zbudowane profesjonalne miotacze ognia, ale ognia jako takiego w ich środku nie ma. Jest płomyk na wylocie i gaz w środku. To jak zapalniczka i dezodorant.

„A następnie wpakował trzy pociski, pokryte uranową warstwą, w oko następnego stwora.”
Uran jako powłoka pocisku? Ale że dlaczego? x________X

„Józef Wpakował dwa pociski w jednego”
Wpakował to mało niemieckie nazwisko.

„Ruski poczuł, że coś mu wdrożono, ”
Wdrażanie to nie drążenie, a już tym bardziej nie wbijanie. Za to można jeszcze coś wrazić, ale to takie rzadko używane słowo.

„Krzyczał i wrzeszczał”
Mówił i gadał a masło jest maślane.

„Trzewia wylały się na zewnątrz, a jelita oderwano.”
masło maślane

trzewia = wnętrzności
wnętrzności = jelita + wiele innych rzeczy
=>
jelita = trzewia

Q.E.D.

Plus od czego te jelita się miały oderwać?

„Ciągle Biło, a Niemiec, wytrzeszczał na nie oczy.”

„Jak ja wrócę na Anglię?!”
Czy Anglia to w tym uniwersum jakaś planeta, czy miał na myśli wyspę i kraj, czyli miało być „do Anglii”?

Mimo tego, że tak wielu padło martwych, Ciągle nadchodzili nowi.


«,, Serdecznie witam”. »


„że minęły wieko od tego momentu”
Wieko, to ma skrzynia.

„Wziął głęboki oddech i Przewód z tlenem”


Koniec cytatów. Normalnie unglaublich aber wahr. I to nie są wszystkie błędy i pseudo błędy. Cytowałam tylko te co dziwniejsze. Jakbym miała cytować każdą źle wstawioną wielką literę i tym podobne, to ta lista byłaby jeszcze dłuższa.



Refleksja zamykająca

Na pewno miałeś wizję tego, jak to ma wyglądać. Tylko że rzeczone "to" było u ciebie nie opowiadaniem, ale kawałkiem filmu/gry/jakiegokolwiek-obrazkowego-medium. Przełożenie tego na tekst ci totalnie nie wyszło Zżerasz podmioty w zdaniach tak, że zorientowanie się o kim akurat piszesz wymaga chyba co najmniej posiadania doktoratu! >.> W medium obrazkowym byłoby pewnikiem widać o kim teraz narrator mówi. W tekście tego nie widać i zrozumieć kto i co robi to wyższa filozofia. W dodatku apokaliptyczno-batalistyczny klimat armii na froncie tworzysz w sumie jedynie w oparciu o to jak bohaterowie sobie klną, co daje kiepskie rezultaty, zwłaszcza, że są w tym swoim rzucaniu mięskiem średnio kreatywni. Ilość słów budowanych na bazie rzeczownika „chuj” oraz czasowników „jebać” i „pierdolić” w ich wypowiedziach lub w mowie motywującej dowódcy sprawia, że zaczynam się zastanawiać, czy to historyjka o bitwie czy porno.
Miejscami technobełkot nie miał dla mnie sensu i odniosłam wrażenie, że chwilami składałeś ze sobą fajnie brzmiące słowa, nie zastanawiając się przy tym czy ich połączenie ma jakiś sens. x]
Motyw: mamy dostateczną siłę ognia, aby tych tu zatrzymać i osłaniać wasz odwrót, ale jak chcecie możecie dać się zabić z nami (bo, na ile zrozumiałam, opcji „zwyciężyć” nie ma) – mi nie leży. To nie jest jakieś cholerne bohaterstwo, a głupota. Zwłaszcza z czysto wojskowego punktu widzenia. Żołnierz, który żyje, może potem walczyć dalej. Żołnierz, który zginie... no cóż, jest trupem o którym ktoś czasami wspomni.
Zatem miało być dramatycznie i z akcją, a jest chaotycznie, nie wiadomo co kto robi, nie wiadomo po co, próbujesz przekazać jakieś emocje, ale się to kupy nie chce trzymać i trudno się przejąć czyjąś tam śmiercią. Najlepiej wyszła chyba końcówka, jak kapitan został sam i przez chwilę sobie wspominał. To miało sens, nawet oddziaływało na moją wyobraźnię i sprawiło, że w ogóle pozostał mi cień pozytywnego wrażenia po przeczytaniu tego tekstu.

Podsumowując:
chaotyczne, niezrozumiałe i nieprzemawiające do wyobraźni. :/


a to dla twórczej interpunkcji. Moja własna też jest denna, ale zaczynam widzieć dla siebie światełko w tunelu. Ja przynajmniej kropki stawiam we właściwych miejscach, a u ciebie to one walczą o palmę pierwszeństwa z przecinkami i próbują je wyprzeć.




* OK. jest ich tylko 7 czy 8, ale w pewnym momencie pojawiają cię w co drugim zdaniu i tym zasłużyły sobie na wejście do nagłówka.

EDIT: poprawiałam tagowanie, bo mi się jedno pogrubienie nie domknęło.
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

RE: Nieśmiertelny/Immortal 18+

Post autor: pierdoła saska » 12 marca 2012, 18:51

xD *skłon* cieszę się, że się miło czytało ten komentarz. Wszak komentarze nie są tylko dla komentowanego, kie, kie, kie, kie
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

RE: Nieśmiertelny/Immortal 18+

Post autor: pierdoła saska » 12 marca 2012, 19:04

Przyznaję, zaczęłam w piątek, w weekend była u mnie koleżanka z Katowic to miałam przerwę i skończyłam dzisiaj. Na jedno posiedzenie bym nie zmogła. Że przegrałaś z przecinkami, to się nie dziwię. Jak pisałam, moje talenta interpunkcyjne są słabe, ale tu nawet ja widziałam błędy interpunkcyjne, a to oznacza, że jest źle. Kolega autor powinien to przejrzeć choć trochę :/
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Zablokowany