TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Kroniki Równowagi

"W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną." ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Gołębica
Posty: 40
Rejestracja: 09 listopada 2012, 20:09

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Gołębica » 30 grudnia 2012, 22:28

Ponieważ lubię pozostawić czasem bardziej kreatywny komentarz, spróbuję go napisać trochę inaczej. :)

Wyobraź sobie, że siedzimy w małym, ciepłym pokoju, w którym panuje cisza i spokój. W pomieszczeniu znajduje się kominek, przy którym stoją dwa fotele i stolik. Na stoliku umieściłam misę z owocami i coś do picia. Jedynym oświetleniem zagraconego pokoju jest ogień w kominku. Za oknem pada deszcz. A teraz usiądź wygodnie i spójrz na kartkę przed sobą. Przypatrz się uważnie...

SpoilerShow
-Andy! Andy, wstawaj dziecko! Jeszcze chwila i zaśpisz! Już więcej cię budzić nie będę! – Usłyszałam potworny tupot. Hałas, przypominający stąpanie żelaznej bestii, nie pozwolił mi na dłuższe lenistwo. Pomału mój mózg zaczynał samodzielnie myśleć. Wysiliłam więc wszystkie zmysły i...

To chyba wyraz potoczny, chociaż nie jestem pewna. Fakt, faktem, że ładnie w tekście nie wygląda, oj nieładnie. Może lepiej zamienić go na wyraz : Powoli? Lepiej to wtedy brzmi...

- O nie, przecież to dziś – dotarło w końcu do mnie. Niechętnie podniosłam z łóżka ociężałą głowę. – Jak to jest, że czym dłużej śpię, tym trudniej jest mi wstać rano? – po raz kolejny zadałam sobie pytanie, frapujące mnie od dłuższego czasu.

No i składnia Ci tu poległa. Myślę, że poprawniej brzmiałoby: (...) dotarło do mnie w końcu. No właśnie... Co dotarło? To, że jest dzień czy to, że jest spóźniona? Jako autor, zapewne wiesz co, ale czytelnik nie jest w stanie przeniknąć twojego umysłu. No chyba, że jest czarodziejem... ;)

Nigdy nie byłam zwolenniczka zasad feng-shui.

Ekhem..."ą"
- Mamo, spokojnie, już wstaję. – Pozbierałam na powrót moje myśli.
Z powrotem wygląda ładniej. :)

- Spokojnie... – Szybko przeanalizowałam całą sytuację. – O dziewiątej leci następny, szybko się pozbieram i zdążę. – Odetchnęłam z ulgą. Nie jest jeszcze tak źle. Na szczęście nie byłam nigdzie umówiona na określoną godzinę.
Rzeczywiście Ci się spieszy... Tylko, że teksty nie lubią pośpiechu, a już na pewno powtarzania wyrazów tak blisko siebie. Spróbuj jeden z nich zastąpić synonimem.
- Dobrze kochaniem, ale pospiesz się.
"M" sio, sio mi stąd ale już! Niedobre "m", nie wolno tak psuć wyrazów, sio!
Były czyste, zadbane, fakt, faktem używane, ale jednak w miarę przyzwoite.
Smacznego. :)
Ja zauważyłam jednak duszę machiny.
Niezły masz wzrok, nie ma co. Chodziło Ci jednak o to, że ją wyczuła, mam rację? :)
Kilka owalnych okien, przeszywała żelazna siatka,(...)

Proponuję, żeby je raczej zakrywała. :) Będzie jej wygodniej. ;)

Podsunęłam więc mój Magnetyczny Identyfikator dla Nieletnich Obywateli pod laser, by po chwili zapaliła się zielona lampka i bym swobodnie mogła wejść do wnętrza machiny.
Podsunęłam więc mój Magnetyczny Identyfikator dla Nieletnich Obywateli pod laser. Po chwili zapaliła się zielona lampka, co oznaczało, że mogę swobodnie wejść do wnętrza machiny. Może lepiej wyglądałoby to tak, nie uważasz? :)

Nie lubiłam towarzystwa innych, więc zajęłam miejsce w samym tyle pojazdu. Na wygodnym, szerokim fotelu, tuż przy oknie.
Nie wiem czy rzeczywiście jest tu potrzebne rozdzielanie tych zdań. :)
Jedynym sposobem na przemieszczanie się sprawnie po kondygnacjach był lot.
To zdanie trochę dziwnie wygląda. Jedynym sposobem na sprawne przemieszczanie się po kondygnacjach był lot. Może lepiej tak? :)
Jednak na taki luksu pozwolić sobie mogli tylko nieliczni.
luksus
Razem z moją nową magnetyczną kartą, udałam się promem do kolejnego punktu podróż.
podróży.
Więcej błędów nie znalazłam. Ale to nie oznacza, że ich nie ma, pamiętaj...

A teraz treść... Podobało mi się. Przyznam nawet, że mnie wciągnęło, co już jest dużym plusem. I najważniejsze, udało mi się wyobrazić przedstawiony przez Ciebie świat, co w wielu opowiadaniach nie jest łatwe do zrobienia. :) Możesz mi wierzyć. Ale błędy popraw, bo będzie kęsim. ;)

A że ze mnie hetera, która opowiadaniami się raczej nie para... <patrz podpis>

Przeczytałeś? Więc miłego poprawiania i dalszego pisania...

<Wraz z wybrzmieniem ostatnich słów wszystko znika i Sakrex wraca do swojego pokoju>
Przed zastosowaniem się do poprawek zapoznaj się treścią pozostałych komentarzy lub skonsultuj się z pisarzem lub polonistą, gdyż każdy źle poprawiony tekst może zagrażać twojej reputacji, chęci pisania lub zdrowiu.

Awatar użytkownika
Sakrex

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Sakrex » 30 grudnia 2012, 23:13

Dziękuję Gołąbku za wspaniały komentarz :heart:. Poczyniłem już zmiany do tych poprawek, które wydały mi się logiczne i oczywiste. Śpieszę jednak z wyjaśnieniem do kilku punktów, a mianowicie:

1.
Mamo, spokojnie, już wstaję. – Pozbierałam na powrót moje myśli.
To zdanie wydaje mi się całkiem poprawne i nie sądzę, że konieczna jest tu poprawka ;P Ale jeszcze to przeanalizuje.

2.
Były czyste, zadbane, fakt faktem używane, ale jednak w miarę przyzwoite.
Dziękuję za smacznego, ale obawiam się że nie było konieczne. Jeśli chodziło ci o sformułowanie "fakt faktem" to jest to taki frazeologizm.

3.
Kilka owalnych okien, przeszywała żelazna siatka,(...)
Tutaj może trochę złego słowa użyłem, jednakże chodzi właśnie o to, że ta siatka była wtopiona w szkło, więc przeszywała szybę...

To by było na tyle;P Dziękuję jeszcze raz serdecznie za komentarzyk. A i dzięki za nie użycie na mnie paska;P

Awatar użytkownika
Gołębica
Posty: 40
Rejestracja: 09 listopada 2012, 20:09

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Gołębica » 31 grudnia 2012, 14:17

Tak jak mówiłam, nie do końca param się opowiadaniami, więc też mogę popełniać błędy. :) Proszę więc o konsultację w tej sprawie bardziej doświadczonych nauczycieli. ;) A co do paska... No cóż, nie było Cię w pobliżu, a za co miałeś dostać to już wiesz. Życzę miłego dalszego pisania. :)
Przed zastosowaniem się do poprawek zapoznaj się treścią pozostałych komentarzy lub skonsultuj się z pisarzem lub polonistą, gdyż każdy źle poprawiony tekst może zagrażać twojej reputacji, chęci pisania lub zdrowiu.

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: pierdoła saska » 06 stycznia 2013, 17:01

ad. Prolog
Za dużo w tym prologu dla mnie siły/mocy. Ale ogólnie wizja ciekawa, choć nie jestem przekonana do sposobu jej zapodania. Z jednej strony ten dystans przekazującego treść jest wskazany, ma swój klimat. Z drugiej strony miałam chwilami wrażenie, że to w piętkę goni. Jakby nie było, od strony pomysłu mi się podobało. Już w pierwszej wersji koncepcja przeciwstawienia sobie magii i logiki przypadła mi do gustu. Zmiana formy jej egzekwowania tyż ma swoje plusy :) W starym podobało mi się takie oderwanie go od historii. Był, stwarzał wrażenie, że jego treść będzie ważna dla historii, która ma się rozegrać i tyle. Nie narzucał się fabule. Ten tu w ostatnim akapicie wyraźnie nakreśla czego historia będzie dotyczyła i zaznacza rolę bohaterki w tym. W poprzednim jej rola była jasna, ale jednak brała się ona z treści rozdziałów. Tutaj jak dla mnie sprzedajesz za szybko sprawę.
SpoilerShow
colour-code:
— luuuubię
— takie moje gdybanie

Prolog
Klęska


Na początku był chaos... Zaraz, zaraz, gdzieś to już chyba słyszałam... A może tak mi się tylko wydaje? Bo to tylko część prawdy. Owszem na początku był chaos, ale była też logika. Tak, czysta, racjonalna, uporządkowana i zimna logika. Mało kto już o tym pamięta – jedni zapomnieli, inni być może w ogóle nie chcieli zajmować sobie głowy takimi błahostkami. Prościej było mówić, że wszystko jest dziełem chaosu, że początek był zbiegiem okoliczności i nic innego, jak tylko czysty przypadek, stanowił o powstaniu tak wspaniałej wszechrzeczy.

To nie była jednak prawda, potrzebna była bowiem siła, która zebrałaby wszystko razem, nadała sens materii, tworzyła skomplikowane algorytmy... ale przede wszystkim równoważyła dzieło chaosu i wspólnie z nim kreowała cudowną rzeczywistość. Tylko te dwie potęgi – porządek i nieporządek, splatające swe ramiona, działające razem, tak odrębne, a jednak tworzące jedność, mogły dać początek światu. [ ♥ ] Proporcje między mocami miały być idealnie wyważone, żadna nie mogła dominować, a władzą miały dzielić się po połowie.

Powstał bóg, choć nikt tak naprawdę nie wie z czyjej inicjatywy został on zrodzony. Wiadomo jedynie, że jego zadaniem było strzeżenie nieposkromionych sił. Miał bowiem wielką władzę i tylko on mógł opanować tak niespokojne i nieokiełznane moce.

Czas płynął, a wraz z nim powstawały coraz to nowe twory – dzieło finezji chaosu i twardych reguł logiki. Rośliny, zwierzęta, ludzie i inne istoty osiedlały się w świecie stworzonym dla nich. W świecie, który był niczym więcej jak kaprysem porządku i nieporządku. W świecie z jednej strony idealnym, z drugiej pełnym niedociągnięć i uchybień, nadających mu, właściwe tylko jemu, piękno.

Wraz z powstaniem pierwszych cywilizacji stworzenia rozumne próbowały uszczknąć coś z logiki, podkraść część wiedzy chaosowi. Tak rozwijała się technika i magia. Dwie dziedziny, równie niebezpieczne, co stwarzające wiele udogodnień [zastanawiałabym się czy to słowo pasuje do klimatu tego fragmentu. Zwłaszcza, że udogodnienia nie są przeciwieństwem niebezpieczeństwa, a właśnie na opozycję dwóch skutków zgłębiania magii i techniki wskazuje mi tu konstrukcja akapitu :)] dla tych, którzy umieli właściwie się nimi posługiwać.

Czarna plama pojawiła się jednak w historii. W głowach ludzi zaświtała myśl: „A czemu by tak nie podporządkować sobie świata? A czemu by nie zostać bogiem?” – szeptali między sobą. Tak w ich umysłach zrodził się iście szatański plan.

Najwięksi z magów połączyli swe siły z najwytrawniejszymi technikami by wspólnie stworzyć broń przeciw bogu i zająć jego miejsce. Poznawali najskrytsze arkana swych kunsztów. Zgłębiali się w odwieczne siły, by dzięki nim, zdobyć władze. I tak, stało się. Stworzyli Nicość.

Nicość była czymś całkiem odrębnym od tego, co do tej pory było znane na świecie. Opierała się regułom, wygrywała z nieporządkiem. Była bowiem całkowitym antonimem chaosu i logiki – antymaterią, przeciwsiłą. Dzięki pradawnej magii, ludzie byli zdolni sterować Nicością. Jednak w rękach istoty tak kruchej jak człowiek, była ona niewyobrażalnie niebezpieczną bronią.

Ludzie skierowali ją przeciw bogu. Nawet jego siła nie mogła się równać z siłą Pustki. Dlatego bóg uczynił ostatnią rzecz, jaką w tej chwili mógł uczynić. Wypowiedział słowa, w których zawarł całą swą moc - „Rozdzielcie się!” - zabrzmiał jego rozkaz. I tak oto rozdzieliły się. Logika i chaos nigdy już nie miały być razem.

Stworzyły swoje własne, odrębne światy – nie tak doskonałe jak poprzedni, ale wystarczająco stabilne, aby trwać. Jednocześnie Nicość rozproszyła się w bezświecie, by nigdy już nie powrócić, a ludzie stracili swą dawną moc. Rozpoczęła się Era Odrodzenia. Zapanował od dawna upragniony spokój.

Tak przynajmniej sądzili ci, którzy przetrwali, swoją drogą, naiwne istoty. W końcu coś, co potrafi obalić boga, musi pozostawić po sobie jakiś ślad. Ślad, który w ukryciu tylko czekał będzie na właściwy moment. I tu rodzi się pytanie: czemu w wir wydarzeń zostałam wciągnięta akurat ja? Czemu to mi przyszło brać udział w wydarzeniach, które z pewnością na długo zostaną zapamiętane? Mogę tylko snuć przypuszczenia, w końcu czas nie ma teraz dla mnie żadnego znaczenia... [rymuje się xD]
ad. Rozdział pierwszy
Ja rozumiem, że narratorka chce pokazać komuś swój świat i z takim zamysłem zamieszcza tam te wszystkie szczegóły, które pozwalają poznać jakiż to ten świat jes. Przyznać jednak muszę, że jak na moje wątłe siły tekst jest momentami zbyt statyczny. Jestem osobą, która jednak lubi akcję i od czytania przewodników po miastach, wolę po tych miastach łazić ^^” Skutkiem czego chwilami się nudziłam.
Należy jednak zaznaczyć, że doceniam rozbudowanie twojego świata. Dość dużo było tu szczegółów, które znałam już z poprzedniej wersji. Takie drobnostki jak czułość głośników na przykład dodaję takiego smaczku przy czytaniu. :)
Plusik wpada też za cliffhanger. Nie lubię ich, acz doceniam takie prowadzenie akcji :)
Podsumowując wiele się nie wydarzyło. Malo samej bohaterki, dużo świata wokół niej - to też coś :) Jeśli nie dasz się złapać w pułapkę podawania zbyt wielu szczegółów, które tu i teraz akurat nie są niezbędne, to czuję, że nbądzie ciekawie.
SpoilerShow
colour-code:
— luuuubię
— takie moje gdybanie
— coś nie wyszło
Rozdział I
We mgle


Mogłabym się rozpisywać, tworząc zmyślne historie. Mogłabym snuć długie opowiadania, pełne fantastycznych zjawisk i niezapomnianych przygód. Pragnę jednak, by świat poznał prawdę, dlatego zacznę od samego początku... [snucie długich opowieści o fantastycznych zjawiskach nie wyklucza zaczynania od początku. Tobie chyba chodziło, że bohaterka mogłaby od razu przejść, do tych najbardziej niesamowitych wydarzeń ze swojej historii, ale jednak chce zacząć opowiadać ją od chwili, którą sama postrzega za początek, nawet jeśli słuchaczowi może się on wydawać mdły i nie tak porywający jak te dalsze wydarzenia :) Ale to mi się jedynie wydaje, bo nie do końca to z tekstu wynika :)]

...

-Andy! Andy, wstawaj dziecko! Jeszcze chwila i zaśpisz! Już więcej cię budzić nie będę! – Usłyszałam potworny tupot. Hałas, przypominający stąpanie żelaznej bestii, nie pozwolił mi na dłuższe lenistwo. Powoli mój mózg zaczynał samodzielnie myśleć [wcześniej myślał niesamodzielnie?]. Wysiliłam więc wszystkie zmysły i...

- O nie, przecież to dziś – dotarło w końcu do mnie. Niechętnie podniosłam z łóżka ociężałą głowę. – Jak to jest, że czym ["im" to "czym" mi tu zupełnie nie gra] dłużej śpię, tym trudniej jest mi wstać rano? – po raz kolejny zadałam sobie pytanie, frapujące mnie od dłuższego czasu.

Hałas na schodach nasilił się i powoli zbliżał do drzwi pokoju. Była to dla mnie pewna nowość – moją sypialnię nie często odwiedzali goście. Można by rzec, że odwiedziny, stanowiły dla mnie niezwykłą rzadkość. Moja rodzina składała się z czterech, bardzo leniwych osób, a że nie mieliśmy zbyt wiele pieniędzy, nie mogliśmy sobie pozwolić na podnośnik osobowy, który znajdował się już w niemal każdym mieszkaniu w sąsiedztwie. A komu chciałoby się wspinać po stromych schodach aż tu, na poddasze?

Ceniłam jednak tę zaletę mojego pokoju [zalety w sumie zwykle się ceni, więc wyszło masło maślane. Chyba że miało być "cechę" a nie "zaletę"] – owszem, był mały, oszczędnie urządzony, potrafił przytłoczyć zimnymi kolorami ścian – których to nie rozjaśniały najróżniejsze plakaty, [zimne a ciemne kolory to dwie bajki. Niebieski jest zimnym kolorem, który nie jest ciemny - załóżmy, że mówimy o odcieniu jakim pisany jest ten tekst. Nie trzeba go rozjaśniać. Można go ożywiać kolorowymi plakatami, ale to inna bajka. Biały też jest w sumie kolorem zimnym, jeśli uznamy go za kolor, bo obiło mi się o uszy w pewnych szkołach czarny i biały kolorami nie są. Jakby nie było "rozjaśnianie" wg mnie nie pasuje tutaj] porozwieszane niemal na każdym skrawku wolnej przestrzeni. [podwójna spacja ^^"] Znajdował się jednak na tyle wysoko, że mogłam liczyć na pewnego rodzaju prywatność. Posiadałam swoją własną, niezbędną do życia, intymną sferę, której naruszenie wiązało się z obnażeniem moich tajemnic przed całą rodziną. Miałam niewiele sekretów, jednak tych kilka, które pielęgnowałam od jakiegoś czasu, nie mogło tak po prostu wyjść na światło dzienne.

Na poddaszu żyłam swoim własnym życiem. Śmieci zagracały podłogę, a ubrania walały się niemal wszędzie. Jednak podobał mi się tak urządzony pokój. Nigdy nie byłam zwolenniczką zasad feng-shui. Chaos – to jedyna rzecz, która sprawiała, że mogłam poczuć się sobą, w tym uporządkowanym świecie.

Mama w końcu dotarła na górę. Niepewnie uchyliła drzwi. Od razu uderzył mnie zapach jej delikatnych, za to szybko rozprzestrzeniających się perfum [miały nóżki? przyjemny i wyraźny zapach to by się tak dało poczuć... ale pisanie o zapachu perfum, którymi się ktoś spryskał, że się szybko rozprzestrzeniał... eeee i to tak, jakby to była cecha perfumy a nie dajmy na to przeciągu w pokoju? Nie pasuje mi to]. Zapach, który nieodłącznie kojarzył mi się z moim domem, miłością i dzieciństwem.

Victoria wyglądała na jeszcze bardziej podekscytowaną cała [całą] sytuacją niż ja. Już od kilku dni rozsadzał ją nadmiar energii, jednak dzisiaj przeszła samą siebie i wspięła się, by odwiedzić mnie na poddaszu.

Uzmysłowiłam sobie, że minęły wieki, od kiedy ostatni raz gościła w mojej sypialni. Byłam wtedy mała, naprawdę mała. Pamiętam jak opowiadała mi bajki na dobranoc. „Królewna śnieżka i jej siedmiu robo-służących” – kawał dobrej lektury, a nie te straszydła, które dziś bez problemu można oglądać w elektronicznych wizualizatorach. Ogłupiają tylko umysły naiwnych dzieci, ot co.

Mama nic nie zmieniła się od czasów mojego dzieciństwa. To samo spojrzenie brązowych oczu, wymierzone wprost we mnie, jak za dawnych dni. Wzrok Victorii dało się bez problemu rozszyfrować – wiedziałam, że targają nią silne uczucia. Zdenerwowanie biło wyraźnie z jej twarzy. Wprawne oko dojrzałoby też odrobinę zakłopotania i głębokiego żalu za popełnione w przeszłości czyny.

- Andy! – Jej idealnie owalna, wręcz elfia twarz, wykrzywiła się w delikatnym grymasie, gdy zaczęła rozglądać się po moim pokoju. Zapewne zauważyła wielką stertę brudnych ubrań. Popatrzyła na mnie groźnie, ale wiedząc chyba, iż mam na głowie ważniejsze sprawy, zreflektowała [sprzeczałabym się z użyciem tego słowa w tym konkretnym kontekście, ale to takie bardzo moje przemyślenie chyba] się szybko udając, że tak naprawdę nie przeszkadza jej bałagan szalejący wokół.

- Mamo, spokojnie, już wstaję. – Pozbierałam na powrót moje myśli. Skupiłam się na chwili obecnej. - Widzę, że pofatygowałaś się aż tu. Wow, jestem pozytywnie [dobra mamusia zasłużyła na cukierka? naprawdę ten zwrot tutaj jest taki, znaczy się może i bohaterka patrzy na matkę z góry, czemu nie, ale jakoś mi to tu nie pasuje] zaskoczona. – Mój wzrok potoczył się po pokoju i na chwilę zatrzymał na budziku, który po raz kolejny się zepsuł. - O nie, to okropne – pomyślałam. [czy tylko dla mnie zabrzmiało to sztucznie? ^^"] – Znowu to samo, gdyby nie był prezentem od Angusa, już dawno wyrzuciłabym ten szmelc! – zezłościłam się. Miałam nadzieję, że Victoria tego nie zauważyła. Nie chciałam, by źle zinterpretowała moje negatywne odczucia.

- Która godzina? – zapytałam.

- Wpół do dziewiątej. Czekam na ciebie już od trzech kwadransów. Twój prom na pewno dawno odleciał.

- Spokojnie... – W jednej chwili przeanalizowałam całą sytuację. – O dziewiątej leci następny, szybko się pozbieram i zdążę. – Odetchnęłam z ulgą. Nie jest jeszcze tak źle. Na szczęście nie byłam nigdzie umówiona na określoną godzinę.

- Dobrze kochanie, ale pospiesz się. – Kiedy Victoria usiadła na skraju łóżka, jej ręka bezwiednie powędrowała w stronę ciemnobrązowych włosów. Często tak robiła, gdy była zaniepokojona. Poprawiała fryzurę, chociaż ta sama układała się, falując i dając zdumiewająco dobry efekt. Praktycznie nie musiała czesać włosów, by te wyglądały, jakby dopiero co wyszła z salonu kosmetycznego.

W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Starając się przerwać impas, wstałam nagle na równe nogi.

- No dobra, koniec leniuchowania, czas się zbierać, w końcu mam dzisiaj sporo zajęć. – Mama kiwnęła potakująco głową i wyszła. Usłyszałam tupot na schodach i ponownie cisza zawisła w powietrzu.

Podeszłam do okna. Na zewnątrz rozpościerała [daję na niebiesko, ale po prawdzie mam poważne zastrzeżenia, co do określenia "rozpościerać się" tutaj. Rozpościera się widok, a mgła raczej po prostu jest :/] się niezwykle gęsta mgła. Odsunęłam szerzej zasłony, pragnąc wpuścić więcej światła do środka smętnego pokoju, jednak mokre powietrze doskonale pochłonęło promienie słoneczne. W gruncie rzeczy, przyzwyczaiłam się do tego widoku. Od dłuższego czasu była to niemal codzienność. – Żałosne – pomyślałam. Człowiek, w całej swojej doskonałości, zapanował już niemal nad wszystkim, o czym tylko marzył. Siły natury nadal przerastały jego możliwości. No oczywiście, ludzie potrafili powodować ulewne deszcze, umieli sprawić, by dany dzień był słoneczny lub pogrążył się w chmurach. Jednak nieprzewidywalność złożonej struktury świata sprawiała, że często pojawiał się jakiś błąd, wypadek, czy anomalia – niespodziewana i niemożliwa do powstrzymania, niczym skutek uboczny zażywania jakiegoś leku.

Poszłam do naszej niewielkiej łazienki. Spojrzałam w lustro i przestraszyłam się trochę. Długie włosy były okropnie poplątane. Mieniły się różnymi odcieniami rdzawego i kasztanowego koloru, tworząc nieuporządkowany zbitek [zbitek kojarzy mi się z czymś bardziej, eee zbitym niż splątanym, nie lepiej napisać kołtun?], przypominający miedziane druciki.

Po szybkiej, porannej toalecie i uporaniu się z fryzurą, wróciłam do pokoju. Wyciągnęłam z szafy moje znoszone, choć najelegantsze ciuchy i ubrałam je szybko. No cóż, wyglądałam w nich dość schludne. Były czyste, zadbane, fakt faktem używane, ale jednak w miarę przyzwoite.

- Pora na śniadanie – pomyślałam i czym prędzej udałam się na dół. W kuchni krzątała się mama. Chodziła z jednego kąta w drugi, bez bliżej określonego celu [krzątać się: «poruszać się energicznie, zajmując się jakąś pracą» czyli albo się krzątała, albo łaziła bez celu]. Zauważyłam gorący napój na stole. Para wesoło ulatywała z jego wnętrza, zachęcając do upicia chociaż łyczka płynu. Z pewnością był przygotowany specjalnie dla mnie, więc bez wahania, wlałam do gardła kilka kropel. Victoria najwyraźniej dopiero po chwili zauważyła moją obecność, lecz nie była skora do poprowadzenia rozmowy. Wobec tego, odezwałam się pierwsza:

- Alan śpi? – spytałam. – Już dawno nie widziałam mojego małego braciszka – ostatnie słowa wypowiedziałam z silnym akcentem, gdyż nazywanie tego chłopca „małym”, było lekką przesadą. Mierzył prawie dwa metry, chociaż był ode mnie o trzy lata młodszy. Ta dzisiejsza młodzież rośnie strasznie szybko...

- Tak , poszedł spać naprawdę późno... – w głosie mamy wyczułam zmartwienie.

- Moim skromnym zdaniem, powinniście się bardziej przyjrzeć poczynaniom tego urwisa – znów wyraziłam się o nim dużo łagodniej niż wymagała tego sytuacja. – Mówiąc wy, mam na myśli ciebie i Konrada. Powinien w końcu pokazać swoją ciężką, ojcowską dłoń. [bez tego entera]
– Spojrzałam wymownie na Victorię. Moje stwierdzenie było jak najbardziej uzasadnione. Alan włóczył się już od jakiegoś czasu z grupą podejrzanych znajomych. Wracał nad ranem i wstawał popołudniami w bardzo kiepskim stanie. Ale niedługo się to skończy, a przynajmniej taką mam nadzieję. To już ostatnie dni wakacji - szkoła nie pozwoli mu na hulanki. Chociaż znając jego kreatywność... na pewno znajdzie sposób, na spędzanie czasu ze swoją zgrają.

- Znasz przecież Alana, on i tak zawsze postawi na swoim. – No tak. Najlepsze wyjście z każdej złej sytuacji – odpuścić. Mogłam się tego spodziewać. Wygląda na to, że będę musiała uciąć sobie małą pogawędkę z Konradem, bo rozmowa z mamą nie przynosiła nigdy żadnych rezultatów.

Po chwili opuściłam dom. Wychodząc, omal nie potknęłam się na nierównych schodach. Pobiegłam, używając wszystkich zapasów siły [te dwa zdania trochu nie mają związku ze sobą, a zdałoby się, żeby miały. Jakieś kilka słów przejścia między nimi y nie zaszkodziło wg mnie]. Na szczęście zdążyłam na przystań, nim jeszcze pojawił się prom.

Statek powietrzny jak zwykle zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wielka sterta żelastwa, pomyślałby ktoś, patrzący ogólnikowo [wywaliłabym to], nie wgłębiający się w szczegóły. Ja zauważyłam jednak duszę machiny. Kolos kształtem przypominał duże, poziomo ułożone jajo. Zaopatrzono go w parę jasnych reflektorów. Połyskliwy metal, z którego zrobiony był prom, mienił się lekkim błękitem – to zapewne za sprawą chromowania powierzchni statku. Kilka owalnych okien przeszywała [chyba "przesłaniała"] żelazna siatka, mająca zabezpieczyć pasażerów przed zbłąkanymi obiektami niewiadomego pochodzenia, często trafiającymi w którąś burtę. Z tyłu umieszczono niewielkie silniki odrzutowe sprawiające, że pojazd mógł wykonywać dowolne manewry w powietrzu. Dość pokaźne drzwi, znajdujące się wprost przede mną, dopełniały dzieła. Wykonane były bowiem z wielką dokładnością. Wygrawerowane obrazki przedstawiały krótką instrukcję obsługi, niezbędną dla osób, pierwszy raz korzystających z promu. Obok wejścia na statek znajdowało się miejsce przygotowane specjalnie do skanowania dyskietek [jesteś pewien tej nazwy... bo mi przed oczami stanęło to: Obrazek a potem to Obrazek ^^"]. Podsunęłam więc mój Magnetyczny Identyfikator dla Nieletnich Obywateli pod laser. Po chwili zapaliła się zielona lampka, co oznaczało, że mogę swobodnie wejść do wnętrza machiny.

Na promie nie było wiele osób. Ot, jakaś starsza pani kuliła się na przednim siedzeniu. Niedaleko niej siedział młody chłopak, zafascynowany śledzeniem jakiś obrazków na swoim fotowizjerze. Nie lubiłam towarzystwa innych, więc zajęłam miejsce w samym tyle pojazdu, na wygodnym, szerokim fotelu, tuż przy oknie. Automat, wiszący nad moją głową, natychmiast obniżył się lekko. Z głośnika wydobył się syntetyczny głos, pytający, gdzie chciałabym się udać. Wiedząc, że odbiornik w aparaturze nie jest zbyt czuły na fale dźwiękowe, prawie krzyknęłam:

- POZIOM ÓSMY, PRZYSTAŃ NUMER TRZY – dokładnie zaakcentowałam każdą głoskę. Miałam nadzieję, że zostałam dobrze zrozumiana. Potwierdzeniem odebrania komendy, było wysunięcie się specjalnego monitorka z otworem. Na ekranie wyświetlił się napis: „Poziom ósmy; Przytań III”, a pod nim kwota do zapłaty. Bilet kosztował trzy aury, niby nie wiele [łącznie], ale jednak zawsze coś. Była również opcja zapłacenia kartą, lecz jako niepełnoletnia osoba, nie posiadałam swojego konta w banku. Wrzuciłam więc małą, połyskliwą monetę do wnętrza automatu. Na koniec wyświetlił się napis: „Transakcja zakończona powodzeniem. Linie PromCity życzą przyjemnej podróży”.

Wygodnie ułożyłam się więc w fotelu. Błądziłam wzrokiem po mijanych za oknem budynkach. Platformy rozmywały się w smugach przymglonego światła. Poziomy i przystanie przelatywały tak szybko, że nie mogłam zorientować się, gdzie tak naprawdę teraz jestem. - Fascynujące konstrukcje – pomyślałam. Poziomy istnieją tu, odkąd tylko sięgam pamięcią, a nawet o wiele dłużej. Najbogatsi zamieszkiwali te najwyżej położone, biedniejsi środkowe. Ten oznaczony cyferką zero był zawładnięty przez groźne mafie i ugrupowania. Nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczałby się tam. Wszędzie tylko narkotyki, broń i przemoc.

Poziomy wyglądały jak zawieszone w przestrzeni, jednak wspierały się na silnych, stalowych i żelaznych konstrukcjach. Na twardym gruncie nie dało się już żyć. Ziemia była zbyt skażona, by móc się tam pojawić bez odpowiedniego skafandra ochronnego. Taki stan rzeczy dawał [eeee "miał"?] jeszcze jedną zaletę. Na kilometrze kwadratowym ziemi można było postawić nie więcej, niż kilometr kwadratowy zabudowań. Jednak stosując poziomy, z jednostki powierzchni, otrzymywaliśmy obszar dziesiątki razy rozleglejszy.

Jedynym sposobem na sprawne przemieszczanie się po kondygnacjach był lot. Kogo nie było stać na własny pojazd, korzystał najczęściej z linii PromCity. Nasza rodzina nie miała statku, więc jedynym wyjściem, były niezastąpione promy.

Usłyszałam wyraźny głos robota, oznajmującego koniec trasy:

- Poziom ósmy, przystań numer trzy, drzwi po lewej. – Bezzwłocznie udałam się do wyjścia. Zauważyłam, że starsza pani dalej zajmuje swoje miejsce i w ogóle się nie porusza. Podeszłam bliżej i nagle... chrapnęła. Biedna starowinka ucięła sobie tylko małą drzemkę.

Mgła była znaczne mniej gęsta, ale i tak czułam się odrobinę zagubiona. Podróż tutaj nie należała do łatwych zadań. Vimontcity było jednym z większych miast-kondygnacji. Rozpościerało się na trzech poziomach – od siódmego (zajętego przez sieci sklepów, firmy, fabryki i dział rozrywki), poprzez ósmy (sektory administracji i zarządzania), kończąc na dziewiątym (strefa mieszkalna z siedzibami uczelni, małymi pubami oraz restauracjami). Przeraził mnie odrobinę ogrom aglomeracji. Wszędzie tylko góry żelastwa. Mgła rozchodząca się aż po widnokrąg i ni to cienie, ni duchy, przemykające gdzieniegdzie, napełniły mnie nieuzasadnionym lękiem. Żółte światło, rozlewające się niczym mleko na chodniki, przywodziło na myśl złote wysepki. Latające pojazdy, przypominające żyjątka nieśmiało poruszające się w toni wodnej sprawiały, że całość nabierała wyrazu smutku i samotności. Niewiele ludzi przemieszczało się po ulicach. Miasto funkcjonowało jak trybiki w zegarku, wolno odmierzające każdą minutę.

Po pewnym czasie dotarłam do Biura Kontroli Obywateli – pierwszego punktu na mojej dzisiejszej liście. Budynek z zewnątrz prezentował się nie najlepiej. Konstrukcja wyglądała na chwiejną, tynk dawno odleciał z ogromnych ścian. Przez olbrzymie okna sączył się nieśmiały blask. Obok drzwi znajdowała się tablica, w dużej części nieczytelna z powodu martwych pikseli. Dało się jednak odczytać na którym piętrze i w którym okienku mogę załatwić mój interes.

Wewnątrz czekało mnie miłe zaskoczenie. Przestronne atrium, zachęcało do wejścia dalej, w głąb budynku. Lśniąca posadzka była tak wypolerowana, że niemal dostrzegałam w niej swoje odbicie. W centrum sali znajdowały się... nie, wzrok mnie chyba nie mylił. - Żywe kwiaty - pomyślałam w pierwszej chwili. Podeszłam bliżej i z rozczarowaniem stwierdziłam, że to imitacje. Niezwykle realne, z dopracowanymi szczegółami, jednak tylko hologramowe duplikaty. Były naprawdę piękne. Rośliny znałam tylko ze starych obrazów, jednak nic nie zastąpi prawdziwej natury. Gdybym miała dość pieniędzy, stworzyłabym swój własny ogród. Jednak na taki luksus pozwolić sobie mogli tylko nieliczni.

- Dzień dobry, pani w jakiej sprawie – odezwał się żeński głos z okienka. Android popatrzył na mnie szklanymi oczami.

- No tak – pomyślałam – Andy, chyba nie spodziewałaś się zobaczyć żywego człowieka? – Od ostatniej ustawy pozwalającej istotom, posiadającym prawie ludzką inteligencję, zajmować stanowiska w dziale administracji, urzędy z pewnością zyskały dużo pieniędzy. Jednak nikt nie przewidział fali bezrobocia, która ogarnęła społeczeństwo. Pensja androida jest znacząco mniejsza, ale jakość świadczonych usług też jakby odrobinę spadła.

- Dzień dobry! – nachalnym głosem powtórzył robot.

- Witam, ja w sprawie nowego Magnetycznego Identyfikatora dla Pełnoletnich Obywateli – wysapałam do okienka, prawie jednym tchem.

- Proszę okazać stary egzemplarz. – Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać swoją torebkę. Kiedy wsiadałam do promu jeszcze tu był. Włożyłam rękę do kieszeni i nareszcie się odnalazł.

- O jest, to znaczy... proszę bardzo! – Podałam kartę do okienka.

- Dziękuję, proszę odebrać MIPO w kolejnym okienku, do widzenia.

- Strasznie bezosobowa była ta rozmowa – pomyślałam. - Nie lubię androidów...

Razem z moją nową magnetyczną kartą, udałam się promem do kolejnego punktu podróży. MIPO – rzecz, bez której szary obywatel nie mógł się obejść. Ten dokument był naprawdę bardzo potrzebny. Wymagali go niemal wszędzie – w urzędzie, pracy, szkole, czy nawet głupiej komunikacji międzypoziomowej. Podejrzewałam, że dzięki tej zmyślnej karcie, władze mogły monitorować każdy nasz ruch. Jednak nie przeszkadzało mi to za bardzo. W końcu nie miałam nic do ukrycia.

Na miejsce dotarłam w kilkanaście minut. Blok wydał mi się niezwykle obskurnym i ponurym miejscem. Gdy już uporałam się z audiofonem, weszłam na klatkę schodową. Uderzył mnie tam ostry zapach stęchlizny. Zapukałam do drzwi numer jeden. Otworzył mi starszy jegomość. Kiedy ujrzał mnie u swego progu, jego twarz złagodził delikatny uśmiech.

- Witaj, ty musisz być Andy? – Od razu rozpoznałam ten głęboki, tubalny głos. Kilka dni wcześniej szukałam ogłoszenia dotyczącego wynajmu małego mieszkanka. Trafiłam na anons pana Clarka. Oferta wydała mi się kusząca, więc zadzwoniłam do niego i oto teraz stałam przed jego drzwiami.

Lokal nie był może zbyt duży, ale wystarczająco wszechstronny dla dwóch osób. Poza tym Angusowi również oferta przypadła do gustu. Nie zastanawialiśmy się długo, w obawie, że ktoś sprzątnie nam ten ciepły kąsek sprzed nosa.

- Dzień dobry, panie Clark. – Mój rozmówca lekko drgnął, na dźwięk swojego imienia [w zasadzie to nazwiska, ale to tak tylko mamroczę, bo wiadomo o co chodziło :)]. – Mogłabym obejrzeć mieszkanie? – spytałam nieśmiało. Staruszka moje słowa jakby nagle obudziły z odrętwienia. Pokiwał twierdząco głową.

- Oczywiście. – Mężczyzna zachowywał się, jakby był lekko zaniepokojony. Zaprosił mnie jednak do środka.
Niepewnie przekroczyłam próg. Powietrze wreszcie nie drażniło nozdrzy okropnym zapachem. Wręcz przeciwnie. Wokół unosił się przyjemny aromat świeżego mentolu i syntetycznych przypraw.

Mieszkanko było urządzone naprawdę uroczo. Wszystko utrzymane w klimatach lat pięćdziesiątych, trzydziestego czwartego wieku. Każda rzecz miała tu swoje miejsce – malutka szafeczka tuż obok drzwi, automatyczny wieszak na ubrania, stylowa, imitująca drewno podłoga, geometryczne kształty i jasne kolory sprawiały, że lokal nabierał specyficznego wyrazu. Dwa pozostałe pokoje, kuchnia i łazienka, również przypadły mi do gustu.

- Wiele wspomnień? – spróbowałam odkryć obawy staruszka.

- Oj tak dziecko. Ale nie czas na ckliwe historie. Po prostu, tu się urodziłem i wychowałem, a trudno rozstać się z przeszłością. Jej nigdy nie zmienisz – zapamiętaj kochanie. Można o niej zapomnieć, ale ona i tak wróci, niczym natarczywa wiedźma, będzie cię prześladować do końca twych dni. Trzeba mieć wiele odwagi by się z nią zmierzyć, ale szanse na wygraną są raczej nikłe. Pamiętaj o tym, oj tak, pamiętaj. – Oczy mężczyzny zaszkliły się od łez, jednak żadna nie spadła na podłogę. Postanowiłam wziąć sobie jego radę do serca. Nie rozumiałam jeszcze tego co powiedział, ale wydawało mi się to, w pewien sposób, ważne. Stanowczo znaczyło to coś dla pana Clarka. Nie mogłam więc całkowicie zignorować jego słów, choć był to dla mnie całkowicie obcy człowiek.

- Zapamiętam, proszę pana – podsumowałam obojętnym tonem.

Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zatwierdzić umowy. MIPO okazał się znów niezbędny, gdyż wszystko odbywało się drogą elektroniczną i tylko moją magnetyczną kartą, mogłam potwierdzić wynajem mieszkania. Dokument był dość prosto sformułowany, więc stwierdziłam brak jakichkolwiek pułapek, czy kruczków prawnych.

Opuściłam dom pana Clarka z mieszanymi uczuciami. Zdawało mi się, że przed chwilą byłam świadkiem niecodziennego wydarzenia. Przytłoczyła mnie też odpowiedzialność za pierwszą, poważną transakcję w moim życiu. Pełna różnego rodzaju myśli pędziłam na stację, gdyż za niedługo miał się pojawić mój prom.

Gdy byłam już blisko, zdarzyło się coś całkowicie przeze mnie niespodziewanego. Mężczyzna pędzący w przeciwnym kierunku potrącił mnie. Z jego rąk wypadł jakiś neseser, a ja rozłożyłam się plackiem na chodniku.

- Najmocniej przepraszam – wysapał przechodzeń, potykając się jeszcze raz, tym razem o studzienkę ściekową. Szybko jednak pozbierał się z upadku. – Nic się panience nie stało? – zapytał uprzejmie. W tym momencie, zepsuta latarnia nade mną, rozbłysnęła jasnym światłem, ukazując sylwetkę i odkrywając każdą, nawet najdrobniejszą rysę mojej twarzy.

Młody mężczyzna na chwilę zaniemówił. Poprawił okulary i po chwili milczenia usłyszałam tylko jego ciche, ledwo docierające do moich uszu, słowa – To nie może być... zaraz, zaraz... To... podobieństwo. Tak, to musi być... Nie to niemożliwe. – Obrócił się szybko i pognał w swoją stronę, zostawiając neseser na ulicy. - Zachował się wyjątkowo niegrzecznie – pomyślałam. Podniosłam walizeczkę. Postanowiłam zaopiekować się nią w nadziei, że chłopak kiedyś znów mnie spotka, a cała sprawa się wyjaśni.

Ostatni raz popatrzyłam w stronę, w którą pobiegł podejrzany przechodzeń. Zobaczyłam tylko ciemną sylwetkę, rozpływającą się w mlecznobiałej, gęstej mgle...
[/quote]
Weny do dalszego pisania życzę :)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Sakrex

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Sakrex » 08 stycznia 2013, 17:55

Dziękuję Marszo za wspaniały komentarz. :D Postaram się w trzecim rozdziale skupić bardziej na głównej bohaterce, prowadzić żywsze rozmowy i dodać więcej akcji. Pierwszy rozdział wypadało poświęcić światu, gdyż jest on całkowicie abstrakcyjny dla kogoś kto czyta kroniki. Przynajmniej tak myślę ;P Ale za to obiecuje że mam już pomysł na kolejne rozdziały i akcja nabierze w nich rozpędu.

Wszystkich poprawek dokonam jak najszybciej, niestety mam małe urwanie głowy w tym momencie, koniec semestru w szkole i miliony sprawdzianów... W każdym razie jeszcze raz dziękuje, jestem niezmiernie wdzięczny :heart:

P.S. Poprawki już dokonane;P Dzięki za zainteresowanie.

Awatar użytkownika
Sakrex

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Sakrex » 21 lutego 2013, 01:10

„Można zamknąć oczy na rzeczywistość,
ale nie na wspomnienia”.


Stanisław Jerzy Lec



Rozdział II
Cień przeszłości


Kap, kap, kap... Burza rozszalała się na dobre. Szare krople jedna po drugiej uderzały o przyrdzewiały chodnik. Mgła nie przysłaniała dziś na szczęście krajobrazu na zewnątrz, więc doskonale można było dostrzec horyzont i krawędź naszego poziomu. Taka pogoda nie była zbyt przyjemna. Odnosiłam wrażenie, że to wszystko za sprawą zepsutego meteoregulatora – maszyny odpowiedzialnej za ustalanie pogody. Gdy jest zbyt pochmurnie wystarczy rozpylić odpowiednią ilość spreparowanych jonów jakiegoś pierwiastka w atmosferze, by chmury szybko się rozproszyły. Naukowcy wykorzystują też fale elektromagnetyczne. Wszystkie te sposoby często jednak zawodzą, czego najlepszym przykładem może być dzisiejsza awaria maszyny.

Siedziałam samotna w kafejce popijając napój kofeinowy. Nie smakował zbyt przyjemnie, ale pobudzał i szybko powodował, że ze stanu ogromnej senności wracałam do realnego życia. Chociaż czy sny nie są rzeczywistością? Tą lepszą, w której trwa się, wystrzegając ciągłych przerw pełnych niewygody? Czy jawa nie jest tylko złośliwym, boskim kaprysem? Po tym co przeżyłam, te na pozór proste pytania, sprawiają mi nie lada problem.

Smętnie przyglądałam się wszystkim meblom w pomieszczeniu. Były dosyć ładne, a szczególną uwagę zwracał duży zegar wiszący nad ladą. Miał on kształt brązowego nasionka. Ciekawe co to mogło być? Nietypowy gadżet przykuł moją uwagę, gdyż w naszym świecie nieczęsto spotyka się takie interesujące, fantastyczne przedmioty. Resztę mebli stanowiły już raczej przeciętne elementy. Mleczno-brązowe sofy, hebanowe stoliki i niezwykle urocze lampki sprawiały, że czułam się tu wyjątkowo dobrze. Przepraszam, czułabym się gdyby nie fakt, że od dłuższego czasu czekałam tu na Angusa...

Cwaniaczek. Obiecał że się tu zjawi. A ja, głupia, naiwna, łatwowierna... A szkoda gadać. Niby był przyjacielem, jednym z najbliższych, ale czułam, że to ja bardziej staram się by nasze relacje zachować na jak najlepszej stopie. Nie, to niemożliwe żeby o mnie zapomniał. Choć z drugiej strony to nie byłoby w gruncie rzeczy takie dziwne. Wiecznie szalony i zabiegany. Cały czas gdzieś pędzi. Nawet fryzury nie umie utrzymać w należytym porządku. Gdyby mógł prowadziłby koczowniczy tryb życia, zmieniając ciągle miejsce zamieszkania. To nie jest typ, który zakłada rodzinę, wynajmuje domek na dość zamożnym poziomie i codziennie wraca z pracy opowiadając, jak też wspaniale lutuje się układy scalone. Co to, to nie. TEN TYP musi ciągle szperać, drążyć, pytać... Być w ciągłym ruchu. Nieuchwytny niczym Pablo Escopub – właściciel imperium dragowego. Może to jest to? Kariera przestępcy? Nie, przecież Angus ma już swoją pasję. Historię – matkę wszystkich nauk.

Wreszcie się zjawił. Wpadł do kafejki niczym torpeda. Przystanął i rozglądnął się, otrzepując włosy z nadmiaru wody. Nawet stąd można było dostrzec jego wyraźne piegi. Wyglądał jak typowy urwis. Mimo tego, że sprawiał wrażenie zmarnowanego, postanowiłam mu dziś nie odpuścić.

- Angus! Jak mogłeś, czekam od ponad trzech kwadransów!? Czekam i marznę! – Robot-sprzedawca popatrzył na mnie przymrużonym spojrzeniem fotoodbiorników, jakbym właśnie powiedziała coś obraźliwego. Wyszedł na zaplecze, ja tymczasem kontynuowałam. – Zawsze mi to robisz, jesteś jak...

- Duże dziecko? Wiem laska, nie wpieniaj się. Ja naprawdę bardzo się spieszyłem. Co ja mówię, gnałem najszybciej jak się tylko dało. Przebaczysz? – Spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami, wzrokiem zaszczutego szczeniaka. W jednej chwili cały gniew ustąpił. Och czemu? Powinnam być bardziej konsekwentna, bardziej...

- Dziękuję. Milczenie traktuję jako zgodę. Bo widzisz, miałem dzisiaj ważną rozmowę. Rozmowę o pracę i... no rozumiesz. Ważna rzecz. Teraz o robotę ciężko, więc człowiek lata z wywieszonym językiem i mało brakuje żeby nie zaczął butów lizać szefowi pierwszej lepszej firmy.

- Ach. Angus, rozumiem, nawet nie wiesz jak dobrze. Mówią, że żadna nie hańbi... Ale daj spokój, czasami takie coś można nazwać tylko... To nie prawdziwa praca, a wykańczanie człowieka. I dostaje się za to jakiś marny ochłap. – Ulżyło mi trochę, choć nie rozładowałam wszystkich negatywnych emocji, ale wyżalenie się komuś naprawdę pomaga. – No i co z tą rozmową?

- Wyobraź sobie na początku wszystko wyglądało okej. Spodobało się im moje CV, ucieszyli się, że „przyszły student” (pewnie liczyli, że zgodzę się na niższą pensję). Umówiliśmy się na rozmowę kwalifikacyjną. Udałem się więc w wyznaczonego miejsca, a tam robot! Rozumiesz, zwykły robot! – Uff... odetchnęłam w duchu, gdyż obsługujący kawiarenkę automat jeszcze nie wrócił. Ale zrobiło się jakby cieplej.

- To wygląda tak jakby...

-Tak jakby totalnie olali moją propozycję! Jakbym ich wcale nie interesował jako pracownik!

- Spokojnie nie ta, będzie inna.

- Wiem... Wiem kurcze, każdy mi to mówi, nawet ojciec. Powtarza, że „wszystko będzie dobrze, pomożemy ci”. Nie rozumie, że jedyne, czego pragnę, to nareszcie się usamodzielnić. – Nerwy wzięły nad nim górę, wstał i zaczął chodzić. Nie przeszkadzały mu spojrzenia rzucane ukradkiem przez parę siedzącą przy okienku. Po prostu krążył w kółko i oddychał - głośno i miarowo, mrucząc coś pod nosem. – ...dwa, jeden... Już mi przeszło.

- Aż tak cie to denerwuje?

- Odrobinę.

- Odrobinę?

- Tak, cholerną odrobinę. Ale już jest spoko. No więc nie przyszliśmy tu chyba gadać o pracy, co nie?

- Nie chciałam ci przerywać... A więc dostałeś się? Mi powiadomienie przyszło wczoraj. A ty nie odpowiadasz na moje smsy.

- Przepraszam, po raz kolejny. Powtarzam się, wiem. Ale znasz mnie.

- Tak znam, nie owijaj już w polietylen tylko gadaj!

- A więc... dostałem się! – oświadczył dumnym tonem.

- Ach, no to gratulacje. A więc zdrowie nowych studentów Akademii Historycznej w Vimontcity – Wychyliłam ciepły jeszcze kubek z napojem kofeinowym. Twarz Angusa stała się jakby trochę bardziej pogodna.

- Zdrowie! – Popatrzył po stole jakby czegoś szukał.

- Przepraszam Angus. Z resztą i tak byłby już zimny – powiedziałam szybko, trochę chłodnym tonem. W końcu znowu wspomniałam o jego spóźnieniu, nie oczekiwał chyba, że jeszcze będę mu kupowała napój...

- Nie spoko. Jakoś sobie poradzimy – porwał mój kubek, który dopiero co dotknął blatu stolika i wypił prawie do dna. – Przypomnij, że jestem ci winien porcje kofeinki. – Ach ta jego bezpośredniość i brak jakichkolwiek zahamowań.

- Choć z drugiej strony nie spodziewałam się niczego innego. – Wróciłam do poprzedniego tematu.

- Co masz na myśli?

- Musieliśmy się dostać. Nie oszukujmy się, kandydatów na tego rodzaju uczelnie nie ma zbyt wielu. Przecież sam wiesz. Matematyka stosowana, fizyka molekularna, technika kontroli antymaterii, studium cząstki Higgsa i inne ścisłe bzdury. Kto normalny interesuje się historią w dzisiejszych czasach?

- Czy to jakaś sugestia? – szybko zripostował Angus, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

- Nie powiesz chyba, że jesteśmy całkiem normalni?

- Masz rację. Zdrowie za nienormalność. – Jego spojrzenie padło na mój kubek. Delikatnie nachylił się nad stołem. We wnętrzu było odrobinę płynu. Po momencie zawahania i rzuceniu okiem w moją stronę, porwał kubek do ręki i upił ostatnią kroplę. Zrobiłam ponurą minę, choć wiedziałam, że takie zabiegi niewiele dają w jego przypadku. Po chwili milczenia Angus sprytnie mnie zagadał i sprawił, iż moja uwaga płynnie przeszła z ostatnio zaistniałej sytuacji, na całkowicie odmienne sprawy.

- A co tam z naszym mieszkankiem? – Pomysł wspólnego wynajmowania lokum może i nie był najlepszy, ale z powodu braku innych i poważnej dziurze w moim budżecie, której nie sposób załatać, przystałam na to ryzykowne rozwiązanie. A no i oczywiście, załatwienie wszystkich spraw też spadło na moją głowę. Teraz pozostawało mi wyjaśnić wszystko Angusowi.

- Nie było żadnych problemów. Nasz nowy gospodarz to bardzo miły człowiek. Trochę sentymentalny, ale wyjątkowo sympatyczny. Podpisałam dokumenty i pozostaje nam tylko regularnie wpłacać czynsz. Możemy się wprowadzić już w piątek – poinformowałam, nie wgłębiając się w szczegóły niecodziennego spotkania.

- Super. Powinno nam być dobrze razem.

- Ale pamiętasz?

- Tak. Żadnych szalonych imprez, budzenia cię w nocy, słuchania głośnej muzyki i bałaganiarstwa – wyrecytował udając grzecznego chłopca.

- Zapamiętałeś! – odparłam zadowolona, mając nadzieję, że wpłynę, choć odrobinę, na jego zachowanie. – A co tam u twojej siostry? Podobno też szuka pracy?

- Masz przedawnione informacje. Kilka tygodni temu znalazła i trafiła naprawdę nieźle. Chociaż przyjęli ją do najbardziej podejrzanej korporacji, o jakiej słyszałem. Agencja – prosta nazwa, ale w ogóle nie sugeruje, czym się tak naprawdę zajmują.

- A więc Bety pracuje w Agencji... Nazwa obiła mi się o uszy, ale niewiele wiem o tej firmie. I czym się u nich zajmuje? – zapytałam szczerze zaciekawiona. Zagadkowe sprawy zawsze mnie intrygowały.

- Myślisz, że wiem? Coś ty, nie powiedziała nawet rodzicom. Przypuszczam, że jej chłopak też o niczym nie wie. Napomknęła tylko o jakimś bardzo ważnym projekcie, a ja nie wścibiam nosa w nie swoje sprawy - rzuciłam w jego stronę przeszywające spojrzenie. - No dobra, dobra... Wszedłem jej na komputer, ale nie znalazłem wielu ciekawych informacji. Wszystko pozabezpieczane jakimiś długimi hasłami. By wejść do niektórych plików trzeba nawet oddać próbkę DNA i zeskanować tęczówkę. Ale wiem, że to poważna sprawa. Najbardziej zabezpieczony folder był podpisany „Projekt Stapuk”. Nie mam pojęcia co to oznacza, ale brzmiało na tyle dziwnie, że zapamiętałem nazwę.

- Hmm... też nie wiem co to może być, ale warto zapisać sobie w pamięci. Może jeszcze coś o nim usłyszymy, chociażby w telewizualizatorze. – To co usłyszałam było trochę niepokojące. Siostra Angusa nie była jednak osobą lekkomyślną, więc uznałam, że doskonale zdawała sobie sprawę w co się pakuje. – Zapomniałam ci powiedzieć, że załatwiłam sobie prace. To znaczy taką dorywczą, a właściwie dopiero mają do mnie zadzwonić, ale zapowiada się, że będę miała nowe źródło dochodu.

- To super laska. Nie mogę się doczekać przeprowadzki. To trochę tak jakby zaczynać życie od początku, co nie?

- Nie, to tak jakby zaczął się dla nas nowy rozdział długiej opowieści.



CDN...

Awatar użytkownika
Gołębica
Posty: 40
Rejestracja: 09 listopada 2012, 20:09

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Gołębica » 22 lutego 2013, 20:57

Przeglądnęłam pana pracę, panie Sakrex i niestety muszę stwierdzić, że znalazłam w niej kilka błędów. :) A mianowicie:
Cwaniaczek. Obiecał że się tu z jawi. A ja, głupia, naiwna, łatwowierna...
"Zjawi" pisze się razem.
-A co tam z naszym mieszkankiem? – Pomysł wspólnego wynajmowania lokum z Angusem może i nie był najlepszy, ale z powodu braku innych i poważnej dziurze w moim budżecie, której nie sposób niczym załatać, przystałam na to ryzykowne rozwiązanie. A no i oczywiście, załatwienie wszystkich spraw też spadło na moją głowę. Teraz pozostawało mi wyjaśnić wszystko Angusowi.
Zgubiła się, pauzunia maleńka. :)

- Hmm... też nie wiem co to może być, ale warto zapisać sobie w pamięci. Może jeszcze coś o nim usłyszymy, chociażby w telewizualizatorze. – To co usłyszałam było trochę niepokojące. Siostra Angusa nie była jednak osobą lekkomyślną, więc uznała, że doskonale zdawała sobie sprawę w co się pakuje. – Zapomniałam ci powiedzieć, że załatwiłam sobie pracę. To znaczy taką dorywczą, a właściwie dopiero mają do mnie zadzwonić, ale zapowiada się, że będę miała nowe źródło dochodu.

Trochę to nielogicznie brzmi (przynajmniej dla mnie :roll: ).



A teraz ocena ogólna. :) Podobało mi się. Miałam tylko problem z wyobrażeniem sobie miejsc i denerwowały mnie odstępu między kolejnymi wypowiedziami bohaterów (hetera ze mnie), ale reszta była ok. Lubię takie historie z humorystycznym akcentem, tylko chłopaka mi żal. :D

Podsumowując, mogę panu dać za to -5 do dziennika. ;) Myślę, że to będzie uczciwa ocena. Czekam na dalszą część.:)
Przed zastosowaniem się do poprawek zapoznaj się treścią pozostałych komentarzy lub skonsultuj się z pisarzem lub polonistą, gdyż każdy źle poprawiony tekst może zagrażać twojej reputacji, chęci pisania lub zdrowiu.

Awatar użytkownika
Sakrex

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Sakrex » 22 lutego 2013, 22:33

O jakie głupie błędy, jak zwykle:P Dziękuje :D

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: pierdoła saska » 25 lutego 2013, 18:41

Mała litania:
SpoilerShow
Rozdział II
Cień przeszłości


Kap, kap, kap... Burza rozszalała się na dobre. Szare krople jedna po drugiej padały na przyrdzewiały chodnik. {Raczej „spadały” lub „uderzały o”, ale nie „padały”} Mgła nie przysłaniała dziś na szczęście krajobrazu na zewnątrz, więc doskonale można było dostrzec horyzont i krawędź naszego poziomu. Taka pogoda nie była zbyt przyjemna. Odnosiłam wrażenie, że to wszystko za sprawą zepsutego meteoregulatora – maszyny odpowiedzialnej za ustalanie pogody. Gdy jest zbyt pochmurnie wystarczy rozpylić odpowiednią ilość spreparowanych jonów jakiegoś pierwiastka w atmosferze, by chmury szybko się rozproszyły. Naukowcy wykorzystują też fale elektromagnetyczne. Wszystkie te sposoby często jednak zawodzą.{Tak generalnie to jest pewna różnica miedzy czymś, co dzieje się z winy czegoś, a czymś, co dzieje się samo z siebie, a coś innego tego nie powstrzymało. Poza tym piszesz z jednej strony, że pogoda jest do kitu, bo się maszyna zepsuła, a potem stwierdzasz, że w ogóle to ona jest taka, że niby coś robi, ale to często nie wystarcza, więc nasuwa się mi pytanie, czy to, że niby jest zepsuta w ogóle coś zmienia? To taka moja gdybologia na Tel tego, że chcesz dużo o swoim świecie powiedzieć, ale zrobić to szybko :lalala: }
Siedziałam samotna w kafejce popijając napój kofeinowy. Nie smakował zbyt przyjemnie, ale pobudzał i szybko powodował, że ze stanu ogromnej senności wracałam do realnego życia. Chociaż czy sny nie są rzeczywistością? Tą lepszą, do której nie ucieka się na krótkie chwile odpoczynku, a w której trwa się, wystrzegając ciągłych przerw pełnych niewygody - przymusu przebudzenia? {eeee chyba się w tym zdaniu zgubiłam. Było ok. do „odpoczynku” ale tego dalej już troszkę nie czaję i nie wiem o co ci chodziło}
Smętnie przyglądałam się wszystkim meblom w pomieszczeniu. Były dosyć ładne, a szczególną uwagę zwracał duży zegar wiszący nad ladą, w kształcie brązowego nasionka. {wyszło mi, że lada ma kształt nasionka ^^”} Ciekawe co to mogło być? {trochę brutalne to przejście tu}Mleczno-brązowe sofy, hebanowe stoliki i niezwykle urocze lampki sprawiały, że czułam się tu wyjątkowo dobrze. Przepraszam, czułabym się gdyby nie fakt, że od dłuższego czasu czekałam tu na Angusa...
Cwaniaczek. Obiecał że się tu zjawi. A ja, głupia, naiwna, łatwowierna... A szkoda gadać. Niby był przyjacielem, jednym z najbliższych, ale czułam, że to ja bardziej angażuje się by nasze relacje zachować na jak najlepszej stopie {z jakiś powodów angażowanie kojarzy mi się z konstrukcją „angażowania się w coś”, a nie „angażowania się aby”. Zwykłe „starać się” zabrzmiałoby tu lepiej, wg mnie}. Nie, to niemożliwe żeby o mnie zapomniał. Choć z drugiej strony to nie byłoby w gruncie rzeczy takie dziwne. Wiecznie szalony i zabiegany. Cały czas gdzieś pędzi. Nawet fryzury nie umie utrzymać w należytym porządku. Gdyby mógł prowadziłby koczowniczy tryb życia, zmieniając ciągle miejsce zamieszkania. To nie jest typ, który zakłada rodzinę, wynajmuje domek na dość zamożnym poziomie i codziennie wraca z pracy opowiadając, jak też wspaniale lutuje się układy scalone. Co to, to nie. TEN TYP musi ciągle szperać, drążyć, pytać... Być w ciągłym ruchu. Nieuchwytny niczym Pablo Escopub – właściciel imperium dragowego. Może to jest to? Kariera przestępcy? Nie, przecież Angus ma już swoją pasję. Historię – matkę wszystkich nauk.
Wreszcie się zjawił. Wpadł do kafejki niczym torpeda. Przystanął i rozglądnął się, otrzepując włosy z nadmiaru wody. Nawet stąd można było dostrzec jego wyraźne piegi. Wyglądał jak typowy urwis. Mimo tego, że sprawiał wrażenie zmarnowanego, postanowiłam mu dziś nie odpuścić.

- Angus! Jak mogłeś, czekam już od ponad {dałabym albo „już od” albo „od ponad” ale nie wszystko na raz} trzech kwadransów!? Czekam i marznę! {co to za lokal O.o i jak obecność kogoś jeszcze może znacząco ten stan poprawić?} – Robot-sprzedawca popatrzył na mnie przymrużonym spojrzeniem fotoodbiorników, jakbym właśnie powiedziała coś obraźliwego. Wyszedł na zaplecze, ja tymczasem kontynuowałam. – Zawsze mi to robisz, jesteś jak...
- Duże dziecko? Wiem laska, nie wpieniaj się. Ja naprawdę bardzo się spieszyłem. Co ja mówię, gnałem najszybciej jak się tylko dało. Przebaczysz? – Spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami, ze spojrzeniem zaszczutego szczeniaka {spojrzał ze spojrzeniem… ije?}. W jednej chwili cały gniew ustąpił. Och czemu, {zmieniłabym kropkę na pytajnik} powinnam być bardziej konsekwentna, bardziej...
- Dziękuje{ę}. Milczenie traktuje{ę} jako zgodę. Bo widzisz, miałem dzisiaj ważną rozmowę. Rozmowę o pracę i... no rozumiesz. Ważna rzecz. Teraz o robotę ciężko{,} więc człowiek lata z wywieszonym językiem i mało brakuje żeby nie zaczął butów lizać szefowi pierwszej lepszej firmy.
- Ach. Angus, rozumiem, nawet nie wiesz jak dobrze. Mówią, że żadna nie hańbi... Ale daj spokój, czasami takie coś można nazwać tylko... To nie prawdziwa praca, a wykańczanie człowieka. I dostaje się za to jakiś marny ochłap. – Ulżyło mi trochę, choć nie rozładowałam wszystkich negatywnych emocji, ale wyżalenie się komuś naprawdę pomaga. – No i co z tą rozmową?
- Wyobraź sobie na początku wszystko wyglądało okej. Spodobało się im moje CV, ucieszyli się, że „przyszły student” (pewnie liczyli, że zgodzę się na niższą pensje {pensję}). Umówiliśmy się na rozmowę kwalifikacyjną. Udałem się więc do wyznaczonego miejsca {„na wyznaczone miejsce” lub „w wyznaczone miejsce” brzmi eg mnie lepiej}, a tam robot! Rozumiesz, zwykły robot! – Uff... odetchnęłam w duchu, gdyż obsługujący kawiarenkę automat jeszcze nie wrócił. Ale zrobiło się jakby cieplej.
- To wygląda tak jakby...
-Tak jakby totalnie olali moją 1propozycje {propozycję}! Jakbym ich wcale nie interesował jako pracownik!
- Spokojnie nie ta, będzie inna.
- Wiem... Wiem kurcze, każdy mi to mówi, nawet ojciec. Powtarza, że „wszystko będzie dobrze, pomożemy ci”. Nie rozumie, że jedyne{przecinek} czego pragnę, to nareszcie się usamodzielnić. – Nerwy wzięły nad nim górę, wstał i zaczął chodzić. Nie przeszkadzały mu spojrzenia rzucane ukradkiem przez parę siedzącą przy okienku. Po prostu krążył w kółko {to tu to nie bląd, ale brzmi zabawnie xD} i oddychał. Głośno i miarowo {nie podoba mi się rozbicie tego tutaj na dwa zdania}, mrucząc coś pod nosem. – ...dwa, jeden... Już mi przeszło.
- Aż tak cie to denerwuje?
- Odrobinę.
- Odrobinę?
- Tak, cholerną odrobinę. Ale już jest spoko. No więc nie przyszliśmy tu chyba gadać o pracy, co nie?
- Nie chciałam ci przerywać... A więc dostałeś się? Mi powiadomienie przyszło wczoraj. A ty nie odpowiadasz na moje smsy.
- Przepraszam, po raz kolejny. Powtarzam się, wiem. Ale znasz mnie.
- Tak znam, nie owijaj już w polietylen tylko gadaj { :heart: }!
- A więc... dostałem się! – oświadczył dumnym tonem.
- Ach, no to gratulacje. A wiec {więc} zdrowie nowych studentów Akademii Historycznej w Vimontcity – i wychyliłam {tu „. – Wychyliłam…”} ciepły jeszcze kubek z napojem kofeinowym. Twarz Angusa stała się jakby trochę bardziej pogodna.
- Zdrowie! – popatrzył {Popatrzył} po stole jakby czegoś szukał.
- Przepraszam Angus. Z resztą i tak byłby już zimny – powiedziałam szybko, trochę chłodnym tonem. W końcu znowu wspomniałam o jego spóźnieniu, nie oczekiwał chyba, że jeszcze będę mu kupowała napój...
- Nie spoko. Jakoś sobie poradzimy – porwał mój kubek, który dopiero co dotknął blatu stolika i wypił prawie do dna. – Przypomnij, że jestem ci winien porcje kofeinki. – Ach ta jego bezpośredniość i brak jakichkolwiek granic {chyba „zahamowań” pasowałaby lepiej i pozbyłabym się przeniesienia do kolejnej linii zaraz za tym dopiskiem}.
- Choć z drugiej strony nie spodziewałam się niczego innego. – Wróciłam do poprzedniego tematu.
- Co masz na myśli?
- Musieliśmy się dostać. Nie oszukujmy się, kandydatów na tego rodzaju uczelnie nie ma zbyt wielu. Przecież sam wiesz. Matematyka stosowana, fizyka molekularna, technika kontroli antymaterii, studium cząstki Higgsa i inne ścisłe bzdury. Kto normalny interesuje się historią w dzisiejszych czasach?
- Czy to jakaś sugestia{dałabym tu pytajnik} – szybko zripostował Angus, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
- Nie powiesz chyba, że jesteśmy całkiem normalni?
- Masz racje {rację}. Zdrowie za nienormalność{.}jego {Jego}spojrzenie padło na mój kubek. Delikatnie nachylił się nad stołem. We wnętrzu było odrobinę płynu. Po momencie wahania {zawahania} i rzuceniu okiem w moją stronę, porwał kubek do ręki i upił nawet {wywaliłabym to} ostatnią kroplę. Zrobiłam ponurą minę, choć wiedziałam, że takie zabiegi niewiele dają w jego przypadku. [/color]Po chwili milczenia Angus sprytnie mnie zagadał i sprawił, iż moja uwaga płynnie przeszła z ostatnio zaistniałej sytuacji, na całkowicie odmienne sprawy.
{to jest pewien problem z narracją w pierwszej osobie; twoja bohaterka mówi nam, że ją kolega przechytrzył, co oznacza, ze to zauważyła, więc pytanie jak dała się przechytrzyć? O.o Ratuje cię tu trochę prolog, który sugeruje, że ona to wszystko opowiada dużo później, że tak powiem :)}[/color]
- A co tam z naszym mieszkankiem? – Pomysł wspólnego wynajmowania lokum z Angusem {jak dla mnie możesz to wywalić, rozumie się samo przez się} może i nie był najlepszy, ale z powodu braku innych i poważnej dziurze w moim budżecie, której nie sposób niczym {to też}| załatać, przystałam na to ryzykowne rozwiązanie. A no i oczywiście, załatwienie wszystkich spraw też spadło na moją głowę. Teraz pozostawało mi wyjaśnić wszystko Angusowi.
- Nie było żadnych problemów. Nasz nowy gospodarz to bardzo miły człowiek. Trochę sentymentalny, ale wyjątkowo sympatyczny. Podpisałam dokumenty i pozostaje nam tylko regularnie wpłacać czynsz. Możemy się wprowadzić już w piątek – poinformowałam, nie wgłębiając się w szczegóły niecodziennego spotkania. {ładna wypowiedź. Bardzo :)}
- Super. Powinno nam być dobrze razem.
- Ale pamiętasz?
- Tak. Żadnych szalonych imprez, budzenia cię w nocy, słuchania głośnej muzyki i bałaganiarstwa – wyrecytował udając grzecznego chłopca.
- Zapamiętałeś! – odparłam zadowolona, mając nadzieję, że wpłynę{przecinek} choć odrobinę{i tu też przecinek} na jego zachowanie. – A co tam u twojej siostry? Podobno też szuka pracy?
- Masz przedawnione informacje. Kilka tygodni temu znalazła i trafiła naprawdę nieźle. Chociaż przyjęli ją do najbardziej podejrzanej korporacji, o jakiej słyszałem. Agencja – prosta nazwa, ale w ogóle nie sugeruje, czym się tak naprawdę zajmują.
- A więc Bety pracuje w Agencji... Nazwa obiła mi się o uszy, ale niewiele wiem {nagle zmieniłeś czas narracji} o tej firmie. I czym się u nich zajmuje? – zapytałam szczerze zaciekawiona. Zagadkowe sprawy zawsze mnie intrygowały.
- Myślisz, że wiem? Coś ty, nie powiedziała nawet rodzicom. Przypuszczam, że jej chłopak też o niczym nie wie. Napomknęła tylko o jakimś bardzo ważnym projekcie, a ja nie wścibiam nosa w nie swoje sprawy - rzuciłam w jego stronę przeszywające spojrzenie. - No dobra, dobra... Wszedłem jej na komputer, ale nie znalazłem wielu ciekawych informacji. Wszystko pozabezpieczane jakimiś długimi hasłami. By wejść do niektórych plików trzeba nawet oddać próbkę DNA i zeskanować tęczówkę. Ale wiem, że to poważna sprawa. Najbardziej zabezpieczony folder był podpisany „Projekt Stapuk”. Nie mam pojęcia co to oznacza, ale brzmiało na tyle dziwnie, że zapamiętałem nazwę.
- Hmm... też nie wiem co to może być, ale warto zapisać sobie w pamięci. Może jeszcze coś o nim usłyszymy, chociażby w telewizualizatorze. – To co usłyszałam było trochę niepokojące. Siostra Angusa nie była jednak osobą lekkomyślną, więc uznałam, że doskonale zdawała sobie sprawę w co się pakuje. – Zapomniałam ci powiedzieć, że załatwiłam sobie prace. To znaczy taką dorywczą, a właściwie dopiero mają do mnie zadzwonić, ale zapowiada się, że będę miała nowe źródło dochodu.
- To super laska. Nie mogę się doczekać przeprowadzki. To trochę tak jakby zaczynać życie od początku, co nie?
- Nie, to tak jakby zaczął się dla nas nowy rozdział długiej opowieści.


Ok. Trochę mi to zajęło, ale ostatnio czytanie na forum idzie mi jak po grudzie, nieważne za co się zabiorę. Zatem dalej konsekwentnie realizujesz pewną wizję, a mi coraz trudniej rozstrzygnąć, która wersję wolę. Ta tu miała sporo plusów w stosunku do poprzedniej. Nadal, wg mnie, chwilami chcesz za bardzo doprecyzować, ale zaczynam się zastanawiać, czy problem nie jest odwrotny. Już tłumaczę o co mi biega. Narracja pierwszoosobowa kojarzy się z bezpośrednią relacją, a w tej pewne detale oczywiste dla osoby niepopadającej powinny być przemilczane. Z drugiej strony twój prolog sugeruje, że bohaterka opowiada wszystko dużo po fakcie i adresuje to do kogoś, kto może nie wiedzieć. To jest ciekawa koncepcja i w tym przypadku mógłbyś, wg mnie, pokusić się o trochę gry z czytelnikiem. Trochę zwrotów do czytelnika. Nie opisywania ogólnie, a wręcz podkreślania, że czytelnik może o tym nie wiedzieć, ale pogoda była wówczas sterowana; posiadaliśmy taką technologię i choć była ona zawodna, to jednaki tak dalej. Nie wiem czy dobrze przekazuję o co mi biega ^^" Chwilami nieco za bardzo twoja bohaterka mi raportuje a za mało opowiada, a jej wykształcenie sugeruje, że winna opowiadać. :) Zwykle nie zachęcam ludzi do zabaw narracją pierwszoosobową, a do apostrof zwłaszcza, ale myślę, że tu by się one sprawdziły :) Właśnie przez prolog. :) Dzięki niemu możesz sobie nawet pozwolić na sugerowanie wydarzeń z "przyszłości" :) Świetny wytrych :D Zwłaszcza że przedstawiony przez ciebie świat nadal mnie ciekawi, a tu zawiązałeś pewną intrygę, której w starej wersji nie było :)

Weny życzę :D
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo na starą pannę to się nie zachowujesz

Obrazek

CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Sakrex

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Sakrex » 27 lutego 2013, 19:27

Dziękuje bardzo:D Pozmieniałem trochę idąc za Twoimi radami. Jestem niezmiernie wdzięczny za tak rzeczowy komentarz, no i całą pracę włożoną by go napisać i zanalizować mój marny tekst. Wskazówki bardzo ciekawe, postaram się wdrożyć kilka pomysłów, jeśli tylko znajdę chwilę by napisać kolejny kawałek.Dzięki.

Awatar użytkownika
Szary Wilk
Posty: 23
Rejestracja: 15 grudnia 2012, 21:35

Re: Kroniki Równowagi

Post autor: Szary Wilk » 31 grudnia 2013, 22:20

Witaj,
Na wstępie chciałem zaznaczyć, że nie miałem okazji przeczytać wcześniej wersji Kronik.
Opowiadanie podoba mi się, jak również pomysł, aby naukę wywodzić od logiki, a magię od chaosu. Nie mam znaczących uwag, chciałem tylko poruszy dwie kwestie fabularne i zachęcić do kontynuacji.

Andy płaci za bilet gotówką, ponieważ nie może płacić kartą. Wtedy płaci 3 aury. Ciekawi mnie, że akurat tam są monety posiadające 3 jednostki pieniężne :P, bo nigdzie indziej takiej się nie spotkałem.
Niektóre pliki były zabezpieczone przez oddanie próbek DNA. Rodzi się pytanie w jaki sposób się to odbywa. Znam cztery sposoby. Każdy z nich wygląda bardziej lub mniej komicznie, w tym wypadku, wg mnie. Obstawiam, ze chodzi tu o oddanie próbki włosów?

Pozdrawiam i liczę na kontynuację.

Zablokowany