Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Ileil [kontynuowane, +16]

"W odróżnieniu od literatury realistycznej, fantastyka jest literaturą bardzo aktualną." ~ Kir Bułyczow
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Kruffachi » 01 października 2014, 09:00

Będzie wstępniak - niestety ;) Po pierwsze, to NaNo z 2011, więc tekst, który trochę sobie w szufladzie poleżał, z jedną spontaniczną wycieczką w niezredagowanej wersji. Temat zakładam, bo redakcję tę kiedyś trzeba zrobić, dopisać to, co straciłam przy awarii sprzętu, i odhaczyć tytuł. Po drugie, bo zbliża się listopad, czyli właśnie czas NaNo i z tego powodu poczułam nagłą, a potem trawioną jakiś czas (bo nieszczęsne mosty...) potrzebę podzielenia się którymś z tekstów powstałych w ramach akcji. Padło na pierwszą próbę.

Druga rzecz jest taka, że od razu mogę ostrzec i przeprosić osoby, które mają alergię na czytelne i jawne analogie do historii. To tutaj powstało z tej prostej przyczyny, że za cienka się w uszach czułam na powieść historyczną (i nadal się czuję), więc fantastyka i autorskie wątki mieszają się z czasem naprawdę niesubtelnymi nawiązaniami. To taka trochę wypadkowa, ot, dałam upust pewnym swoim fascynacjom - jeśli komuś taki zabieg ma utrudniać czytanie, szczerze odradzam.

Niemniej, za wszelkie uwagi będę bardzo wdzięczna, jak zwykle :D Z góry przeogromnie dziękuję :D


Ileil* I

Śmierć przyszła cicho, stawiając kroki powoli i ostrożnie. Miękkie poduszki na łapach tłumiły najlżejszy szelest.
Śmierć czekała tu od dawna – wiedziała, że ofiary przyjdą, a teraz czuła ich krew i słyszała bicie serc. Jeszcze trochę… Już blisko…
Przycupnęła na szczycie parowu, skąd miała doskonały widok. Rozpadlina zaraz zapełnić się miała mięsem i świeżą krwią, a ona zaspokoić niewyobrażalny, comiesięczny głód.
Chmury zasłoniły księżyc, ale nie potrzebowała światła. Potrzebowała ciepła. A puszcza była nocą taka zimna…
Ciała ofiar rozjarzyły się u wejścia do wąwozu gorącem swej krwi i dziką feerią obcych zapachów. Najpierw pojedyncze punkty. Potem całe plamy. Strumień woni i pulsującego ciepła. Rozmawiali, śmiali się. Chwalili te lasy za brak bandytów, podobno pospolitych tam, skąd pochodzili. Mówili, że w rodzinnych stronach nie odważyliby się wejść nocą do parowu, z którego nie ma ucieczki.
Jeszcze chwila… Jeszcze jedna, krótka chwila…
Śmierć skoczyła. A raczej skoczył. Bezszelestnie, precyzyjnie.
Było zbyt ciemno, by którakolwiek z ofiar mogła go zobaczyć. Kiedy stłoczeni między ścianami parowu ludzie zorientowali się, że coś ich zaatakowało, olbrzymie i ostre jak noże z zamorskiej stali pazury darły już ich skórę, w starciu z nimi kruchą jak welin. Krew wytryskiwała z kolejnych ran, a bestia z lubością nurzała w nich pysk. Wgryzała się w ciała, chcąc jak najszybciej dotrzeć do tego, co najbardziej wartościowe – do wnętrzności.
Owszem, ofiary próbowały się bronić. Wymachiwały tymi swoimi śmiesznymi kozikami, które nie były w stanie nawet drasnąć wytrzymałej, rogowej skóry. Ludzie nie widzieli tego w ciemnościach, ledwie odróżniając w nich sylwetkę potwora od sylwetek towarzyszy, ale nie zadali mu żadnej rany. Cała pokrywająca gęste futro krew wyciekła z ich ciał.
Bestia zawyła dziko i radośnie, sycąc się ciepłem i zapachem posoki. Uderzenia olbrzymich łap łamały kręgosłupy i roztrzaskiwały kości na małe kawałeczki. Nikt nie mógł wyjść stąd żywy.
W końcu śmierć to śmierć.
Ostatni cios spadł na głowę próbującego uciekać śmiesznego człowieczka – jak oni wszyscy ubranego i uzbrojonego dziwnie, tak, jak bestia nigdy jeszcze nie widziała. Jego głowa eksplodowała, gdy bezlitosne pazury wepchnęły do środka skroń wraz z płatem czołowym. Mężczyzna nawet nie krzyknął, choć ułamek sekundy wcześniej jego usta złożyły się do wrzasku.
Bestia dopełniła dzieła. Teraz mogła się już posilić w spokoju, nie – jak w czasie walki – porywając tylko pojedyncze kęsy dla zaspokojenia najbardziej dokuczliwego głodu. Powarkując z rozkoszą, żerowała na swych ofiarach, łapami i nosem odgarniając elementy dziwnego pancerza. Zaskakująco tłuste mięso… Często jedli zwierzęta. Musieli być z dalekich stron. Dużo dalszych, niż bestia byłaby w stanie sobie wyobrazić.
A cicha, spokojna puszcza beznamiętnie przyglądała się wypełnianiu praw rządzących nią od zarania dziejów.
Bestia wreszcie skończyła swą ucztę. Oblizała na poły ludzki, na poły wilczy pysk szerokim jęzorem. Odeszła powoli, nasycona na następny miesiąc.

*

Ten las nawet nie szumiał normalnie. Wydawało się początkowo, że w ogóle nie szumi, a raczej chichocze, by potem ryknąć niepohamowanym śmiechem i tak trząść się cały, rozbawiony małością istot próbujących stawić mu czoła.
Na południu nie było już takich puszcz. Zresztą tam roślinność chyba nigdy nie władała ziemią aż do tego stopnia. Nie zagarniała każdego dosłownie skrawka ziemi, łącznie z kamieniami. Nie porastała swych obumierających poprzedników, wpijając się w nich chciwymi mackami korzeni i wysysając ostatnie, przedśmiertne soki. Liście nie uzyskiwały koloru, który swą intensywnością kłuł oczy intruzów. Zieleń zbliżała się do granic boskiej doskonałości – bluźnierczej, bo na pogańskiej ziemi, czerń zdawała się nie mieć dna, a kwiaty perliły się bezczelnie, bardziej żółte od samego słońca i czerwieńsze od krwi.
Lasy na południu też nie pożerały ludzi.
A ten – owszem. Nie należało wchodzić do niego samemu za dnia, a nocą nawet zbrojny towarzysz mógł nie uratować życia nierozważnego śmiałka. Znajdowano potem rozszarpane ciała, czasami z jelitami rozciągniętymi na wiele metrów, odgryzionymi głowami, zdartą skórą i wyssaną do cna krwią. Często nie dało się już rozpoznać, kto padł ofiarą lasu. Czasami trudno było określić, ile właściwie trupów się odnalazło.
Szkaradne bestie miały się tu czaić dosłownie za każdym drzewem, nie tylko w ciemnej, gęstej kniei, ale też wzdłuż ścieżek, wydeptanych już gdzieniegdzie przez końskie kopyta. Tam czatowało ich może najwięcej. Szczerzyły głodne, paskudne paszcze pełne ostrych zębów, wysuwały śmiercionośne pazury, mrużyły żółte oczy i strzelały ogonami jak biczem. A kiedy indziej spadały z nieba, godząc szponami wprost w szyje rycerzy i rwąc na strzępy ich tętnice. Nakarczki nie stanowiły dla nich żadnego problemu. Czasem tylko czyniły agonię ofiar bardziej bolesną, gdy pogięte blachy wżynały się w ciało. Jego miłość Fryderyk – graf Anhion – wyśmiał tutejszych barbarzyńców, że oddają cześć tej przeklętej puszczy, ale sam nigdy do niej nie zawitał. Wysłani przez niego rycerze wiedzieli już, że lekceważenie lasu kończy się okrutną śmiercią w potwornej paszczy cuchnącej zgniłym mięsem.
Puszcza potrafiła też mamić. Niektóre ze straszydeł przybierały piękne kształty, przemykając nad migotliwymi ruczajami, otulając się mgłą jak szalem i tańcząc z gracją wśród pióropuszy paproci. Wabiły nieostrożnych coraz głębiej i głębiej w knieję, by wreszcie ukazać swe prawdziwe, upiorne oblicze.
I to chyba właśnie one najlepiej oddawały naturę samej puszczy, którą łatwo było zlekceważyć, patrząc na żywe kolory i światło słoneczne przedzierające się przez splątane konary. Urzekająca mozaika jego plam oraz głębokich cieni potrafiła odebrać i słowa, i rozum.
Sunący jedną z leśnych ścieżek orszak – a przynajmniej najznaczniejsza i najpiękniejsza jego część – również dał się uwieść żywej kolorystyce, podsycanej jeszcze przez wspaniałą tego dnia pogodę.
– Spójrz, najsłodszy Fryderyku, jak tu pięknie! – Jej miłość Gertruda z Daimehoffu zwróciła twarz ku swemu pięcioletniemu synowi, noszącemu dumnie imię po dziadku od strony ojca.
Chłopiec – odczytując w słowach matki pozwolenie na zmianę sztywnej pozycji – wspiął się na siedzenie i wychylił kędzierzawą głowę przez okno powozu.
– Tamen! – Pani zwróciła się do siedzącej obok mamki. – Uważaj, żeby panicz nie wypadł!
Nie było to tylko czcze ostrzeżenie nadopiekuńczej matki. Mały Fryderyk nieraz już zaskakiwał obie kobiety szalonymi pomysłami. Pomna żywiołowości chłopca mamka przyjęła uwagę pokornym skinieniem głowy. Była co prawda kuzynką damy, ale nie tak dobrze wydaną za mąż, więc uznawała wyższość krewnej bez szemrania. W końcu to Gertruda miała – choćby nawet topniejące – szanse na zostanie księżną Ainhion, nie ona. Choć, co Tamen musiała przyznać, gospodarstwo jej męża zapewniało niezłe dochody i w rezultacie mamka musiała uważać, by przypadkiem nie pokazać się w stroju bardziej kosztownym niż te, w jakich zwykle paradowała jej miłość Gertruda, zwłaszcza że nie pozostawiłaby ona podobnej potwarzy bez odwetu. Słynęła ze swej zawziętości i mściwości, tak bardzo nielicującej z pobożnością jej męża.
– Tamen! – zwróciła się do kuzynki protekcjonalnym tonem. – Każ już Fryderykowi schować głowę. Nie chcę, żeby się przeziębił. Wiesz, jakie ma delikatne zdrowie.
– Paniczu? – Mamka dotknęła ramienia chłopca.
Fryderyk – najwyraźniej nie podzielając zachwytu matki nad okoliczną przyrodą – posłusznie usiadł i wrócił do zabawy drewnianym, pomalowanym na czerwono konikiem – może jedyną zabawką, jaką otrzymał od ojca. Gertruda posłała mu ciepły uśmiech pełen matczynej miłości i pogłaskała jego miękkie jak puch, jasne loki. Potem zwróciła swą piękną twarz z powrotem ku niewiarygodnej zieleni za oknem powozu i odetchnęła głęboko, wyrażając cały swój zachwyt i wszelkie obawy związane z tą podróżą. Nie wiedziała wszak, jak zostanie przywitana przez brata męża oraz – a może przede wszystkim – jego przebiegłą, rozpustną i podłą żonę.
Tamen mogła zazdrościć swej kuzynce nie tylko zdobytej na drodze małżeństwa pozycji, ale też urody. Gertruda słynęła w całym królestwie ze swej smukłej kibici, wspaniałego, złotego warkocza i cudownej, promieniejącej cery, której nie zaszkodziły nawet ostatnie mrozy. Wielu już rycerzy uczyniło ją damą swych serc, wielu poprzysięgło wierność w tajemnicy. Truwenerzy układali dla niej kunsztowne wersy i okraszali najsłodszymi, najśliczniejszymi melodiami, wychwalając jej niezrównane cnoty i nieziemski powab.
Tamen – ze swoją tuszą i paskudną cerą upstrzoną jeszcze okropniejszymi piegami – wydawała się całkowitym przeciwieństwem krewniaczki. Nie potrafiła się też tak godnie śmiać, tak wzdychać, spoglądać i nigdy nie została królową turnieju. Nawet tego zorganizowanego przez jej własnego ojca. Przygryzła jasną wargę, obserwując spod rzęs posągowy profil kuzynki. Pomyślała z goryczą, że obie pasują do swych ról. Gdyby było odwrotnie – gdyby to Tamen urodziła się pięknością – coś zostałoby zachwiane.
Jedyne, czego kobieta nie zazdrościła Gertrudzie ani odrobinę, to mąż. Nie dość, że był nudny i ponury, to jeszcze niewiarygodnie skąpy. Chociaż… skąpy to nie najlepsze słowo, gdyż jego miłość Robert wydawał dużo i ochoczo. Z tym, że na sprawy Świątyni. Łożył na budowę kościoła, odnowę innego, przytułek dla żebraków, szpital dla sierot i tysiące podobnych spraw. Owszem, Tamen wiedziała, że to ważne i wielu panów postępuje podobnie, chcąc zapewnić sobie przychylność boga, kapłanów i ludu, ale jego miłość Robert najwyraźniej nie znał umiaru. Płacił na Świątynię tak wiele i tak ochoczo, że nie starczało już na jego żonę i rodzinną posiadłość. Tak zatem zapierające dech w piersi piękno Gertrudy pozostawało samotne. Nie podkreślały go ani klejnoty, ani wykwintne stroje. Zresztą Robert był zdania, że wystrojone damy jedynie odciągają uwagę wiernych od tego, co naprawdę istotne, kierując ich wzrok ku ziemi, zamiast pozwalać im wrastać ku niebiosom. Powtarzał, że dbanie o urodę i nadmierne jej podkreślanie to praktyki grzeszne i godne kary. Dlatego też błękitną suknię Gertrudy zdobiły jedynie złote lamówki i pasek z poprzyszywanymi z rzadka perłami. We włosach nie miała niczego, prócz materiałowej wstążki pod kolor reszty stroju. Ilekroć piękniej mogłaby wyglądać w godnym swej pozycji stroju! W modnych rozciętych rękawach, haftowanych w najwymyślniejsze wzory trzewikach z noskami i henimie? W perłowej siatce na włosach, wysadzanym lazurami diademie i przepysznych zausznicach? Zanim wyszła za mąż, potrafiła przyodziać się tak, że sam rąbek jej sukni wystarczył jako materiał do plotek na następne kilka miesięcy, nie wspominając już o gustownych dodatkach i najmodniejszych fryzurach. Tamen pamiętała ją taką – jeszcze jako dziewczynę, stawianą przez ojca na stole, by wszyscy rycerze mogli podziwiać ten wspaniały klejnot, roześmianą, tańczącą do dźwięków kantele i cytry.
Jakże spoważniała od tamtego czasu!
Nagle powóz stanął. Zaskoczona i zirytowana tym faktem Gertruda wystawiła piękną głowę zza zasłonki. Żołnierze nawoływali się nerwowo, konie tańczyły, ktoś głośno się modlił. Coś było nie tak.
– Kapitanie? – kobieta zwróciła się do dowódcy eskorty. – Co ma znaczyć ten nagły postój?
– Pani. – Żołnierz ukłonił się w siodle, oddając jej cześć. – Zostańcie na razie w powozie i nie pozwalajcie wychodzić paniczowi.
– Ale co się dzieje? – Gertruda zmarszczyła gniewnie brwi. Nie lubiła, gdy zbywano jej pytania.
– Pani, musicie mi wybaczyć, jednakże nie potrafię odpowiedzieć.
– Co to ma znaczyć?! – dama, coraz bardziej poirytowana, uniosła głos. – Czy mojemu synowi grozi niebezpieczeństwo?
– Pani…
– Ale przecież straż przednia miała sprawdzić teren i w razie konieczności powiadomić nas o kłopotach! Mój mąż z pewnością dopilnowałby wysłania sygnału!
– Pani… – Kapitan odchrząknął w pięść. Zawahał się.
– Tak?
– My właśnie… natknęliśmy się na straż przednią. – Żołnierz spuścił wzrok. – Wygląda na to, że zostali zaatakowani.
– Są ranni? – zaniepokoiła się Gertruda. – Co z moim mężem?
– Obawiam się, że poległ wraz ze swymi ludźmi.
Kobieta omal nie krzyknęła, pomiarkowawszy się w ostatniej chwili i zasłoniwszy usta ręką.
– Zatrzymaj Fryderyka w powozie! – rzuciła do Tamen. – I zasuń zasłony!
Mamka skinęła głową i wykonała polecenie. Sama Gertruda wyszła z karety, nim ktokolwiek zdołał jej pomóc. Omal nie rozdarła spódnicy błękitnej sukni, ale teraz jej to w ogóle nie obchodziło. Jej mąż! Jej mąż mógł już nie żyć!
– Pani! Wracajcie do powozu! – zawołał za nią kapitan.
– Zostaw mnie! – okrzyk damy przeszedł w rozpaczliwy pisk.
Chwyciła spódnicę w garść, by nie plątała się jej pod nogami, i wyminęła żołnierzy. To nie był czas na dostojne sunięcie i ciągnięcie za sobą i tak niezbyt długiego trenu.
Gdy Gertruda ujrzała pobojowisko, nie zdołała już powstrzymać krzyku. Wyrwał się z jej piersi rozpaczliwy wibrujący, a do oczu cisnęły się łzy.
– Pani! – Kapitan w ostatniej chwili zeskoczył z konia i podbiegł, chroniąc ją przed upadkiem. – Wody! – krzyknął do swoich ludzi. – Jej miłość mdleje!
Damę pochwycono i odprowadzono, by nie musiała oglądać dłużej krwawych scen. Tam obstąpiła ją świta złożona z kilku dziewcząt i chłopców. Ułożyli Gertrudę na posłaniu z pledu rozciągniętego na mchu, wachlując ją rękoma i skrapiając wodą. Usta jej drżały, kiedy żarliwie powtarzała modlitwę.
– Mój syn…! – wyszeptała, przerywając na chwilę. – Niech pod żadnym pozorem nie opuszcza powozu…!
Żołnierze tymczasem przetrząsali pobojowisko, kręcąc głowami z niedowierzaniem. Nigdy jeszcze nie widzieli czegoś podobnego. Z trudem rozpoznawali w krwawej masie ludzkie sylwetki i twarze, a przecież leżeli tam ich towarzysze, ci, których znali od lat. Tymczasem ciała wiązano z imionami często tylko dzięki przedmiotom osobistym – sztyletom, pierścieniom, broszom spinającym płaszcze.
– Jego miłość! – pieklił się kapitan. – Szukajcie jego miłości Roberta! Nie powinniśmy tu zostawać, nie ma czasu na szukanie przyjaciół!
Nie znaleziono jednak niczego, co mogłoby świadczyć o śmierci grafa. Nie było to jednak niczego dziwnego. Nie nosił biżuterii i nie posiadał cennej broni. Nawet jeśli leżał teraz martwy wśród swoich ludzi, żołnierze mogli nigdy nie odnaleźć czegoś, co pozwoliłoby na jego identyfikację.
Kapitan, czując się tu coraz mniej pewnie, przerwał więc poszukiwania. Patrząc, jak jego ludzie zgarniają zmasakrowane szczątki, by je podpalić, oddał się modlitwie za zmarłych, myśląc zwłaszcza o swym biednym panu.
I o jej miłości – półleżącej teraz na mchu, omdlałej wdowy – tak pięknej w swoim nieszczęściu…
Kapitan skarcił się w duchu. Nie powinien pozwalać sobie na tak grzeszne myśli, zwłaszcza wobec świeżej tragedii.
Podpalono ułożony naprędce stos. Jasne płomienie objęły gałęzie i trupy, przynosząc wieczny spokój zmasakrowanym ciałom i chroniąc je przed zbezczeszczeniem przez zwierzęta.
– Pani. – kapitan podszedł do Gertrudy. – Powinniśmy jechać dalej. To miejsce jest opanowane przez złe duchy…
– Mój mąż?… – spytała słabo Gertruda.
– Nie znaleźliśmy jego przedmiotów, pani.
Kobieta pozwoliła się podnieść swoim dworzanom.
– A ciało?
– Pani… Nie rozpoznaliśmy go. Ale nie możemy mieć pewności.
Gertruda wciągnęła powietrze w płuca. Jej cudowną twarz wykrzywił grymas powstrzymywanych łez. Nie rozpłakała się jednak. Stanęła o własnych siłach, poprawiła suknię i dumnie uniosła głowę.
– Jedźmy zatem – rozkazała. – Wierzę, że pobożność ocaliła mego męża. Jeśli zginął, jest szczęśliwy, jeśli żyje, odnajdzie drogę, więc to nie czas, by go opłakiwać.

*

Nie miał już sił. Z trudem wyciągał przed siebie skostniałe ręce, sunąc na czworakach przez pióropusze paproci i kobierce mchów. Ranił dłonie o wystające podstępnie z roślinności kamienie i gałęzie, zdzierał skórę z kolan i łokci, ciągnąc niemal bezwładne kończyny. Zimno i ból drapały jego zgnębione ciało, przyciskając do ziemi. A w głowie wciąż kołatała jedna myśl…
Odejść stąd. Odejść jak najdalej i jak najszybciej. Nie odwracać się. Przecież nie ma na co. Żywi tak nie skowyczą.
Jeszcze trochę – do tamtego pnia. Do tamtej kępki paproci…
Padł twarzą w zimną wodę płytkiego potoku. Czuł, jak koszula na piersi staje się chłodna i wilgotna. Łagodziła ból, ale też utrudniała oddychanie, ściskając płuca mrozem jak żelazną obręczą.
Zachłysnął się.
Podnieść głowę. Nie utopić się. Wycofać…
Pociemniało mu przed oczyma, kiedy jego ciałem wstrząsnął spazmatyczny kaszel. Ale być może to właśnie on uratował mu życie.
Wczołgał się wyżej, tam gdzie woda nie docierała. To byłby szczyt ironii, gdyby – umknąwszy przed śmierdzącą paszczą bestii – utopił się w tak niewielkiej strudze, ledwie widocznej w morzu zabójczej zieleni.
Zabójcza zieleń… Zabójcza puszcza. Zabójcze, zwodnicze piękno. Fałszywy spokój, roztaczany tylko po to, by uśpić zmysły ofiary, uczynić ją całkowicie bezbronną wobec nadciągającej śmierci.
Resztką sił przewrócił się na plecy. Miał przynajmniej pewność, że, leżąc w ten sposób, się nie utopi.
Powinien iść dalej – wiedział o tym. Tu zza każdego krzaka mogła wyskoczyć kolejna bestia – może nawet ta sama, która dokonała masakry w parowie, roznosząc jego ludzi w strzępy uderzeniami potężnych łap. Z każdego drzewa mógł spaść śmiertelny cios. Ale on nie miał już sił iść. Chciał tu spocząć – choćby na wieki.
Zamknął oczy, wsłuchując się w odgłosy lasu. To prawda, co mówili – sprawiał wrażenie, jakby się śmiał. Wiatr trącał lekko gęste listowie nad jego głową, szeleszcząc tym przedziwnym sklepieniem.
Jak w świątyni. Kolumny, łuki, maswerki i witraże – odsłonięty przez chmury księżyc w pełni.
Modlitwa sama spłynęła na jego usta, jak w objawieniu. Zaczął drżeć – nie wiedział, czy z zimna, ze zmęczenia, z bólu, czy z jakiegoś pozazmysłowego, mistycznego powodu.
Marzył wielokrotnie, by zasłużyć sobie na taką śmierć – by wysłannicy Jedynego przybyli po niego i zabrali jego ducha tak, jak zabierali duchy wielkich rycerzy i błogosławionych mężów oraz niewiast. Chciał, by do wieczności odprowadził go orszak.
Tak, gorzko pokutował potem za swoją straszliwą dumę. Wiedział, że w głębi serca jest próżny i to jego największa wada, jak młyński kamień ciągnąca go wciąż w dół, nie pozwalająca wzbić się ku prawdziwej pobożności.
Dopadła go podstępnie nawet teraz, w chwili śmierci.
Otworzył oczy.
A zatem musiał przeżyć. Musiał przeżyć, by zwalczyć w sobie i tę wadę.
Drżał nie dlatego, że niebiosa dotknęły go łaską, a dlatego, iż dostał gorączki. Nagle stało się to dla niego oczywiste. Całe ciało bolało go i wydawało się ciężkie jak odlane ze spiżu, ale zebrał w sobie całą wolę i obrócił się na bok. Potem na brzuch. Wreszcie zdołał dźwignąć się na rękach. Pełzł jak robak, na brzuchu, ciągnąc za sobą bezwładne nogi. Sunął w poprzek strumienia, błocąc ubranie i poranione ciało. Wiedział, że brak sił to pokuta za kolejny atak pychy. A raczej za to, że go nie odparł. Dał się pokonać swoim słabościom, a teraz musiał ponieść za to karę. Tylko ona mogła go wybawić i oczyścić, więc przyjmował ją bez szemrania. Przyjmował ból, strach, zimno i upokorzenie.
Może cała ta puszcza była po prostu pokutą dla jego pobratymców? Może byli nią dziwni, nieokrzesani ludzie mieszkający za nią? Czy dlatego Jedyny uczynił ich ostatnią nadzieją dla Marchii, by upokorzyć swych niewdzięcznych wyznawców?
Jeśli tak, musieli to po prostu znieść w milczeniu. Przeczekać.
Ręka za ręką. Jeszcze raz. I jeszcze jeden.
Trafił dłonią na coś śliskiego, nie zdążył zareagować. Zsunął się ze zbocza w morderczą, czarną przepaść.

*

Bestia patrzyła.
Widziała wyraźnie, co sunie wśród paproci, coraz słabsze i bardziej bezbronne. Czuła zapach krwi i strachu.
Ale nie była już głodna. Nie zamierzała atakować.
Olbrzymie cielsko przysiadło na mchu tak cicho i delikatnie, jakby nie ważyło więcej niż powietrze. Pokryty srebrno-burym futrem ogon zwinął się obok potężnych łap, a żółte ślepia zmrużyły drapieżnie.
Potwór nie polował. Teraz tylko obserwował tę kruchą, śmieszną istotkę w dole, która tak niespodziewanie stała się częścią puszczy.
Pierwszy obcy, którego sięgnęła łaska – albo przekleństwo. Pierwszy przybysz, który miał szansę naprawdę zrozumieć, z czym zadarł jego lud.
Bestia posłała mu ciche warknięcie, a potem odeszła w ciemność wiedząc, że ani ona ani żadne inne stworzenie lasu nie może go tknąć.
Był napiętnowany.

II

– Błękitna wstążka czy fioletowa?
– Fioletowa. Ślicznie wygląda w twoich włosach, pani.
Brunhilda roześmiała się wdzięcznie i podała taśmę dwórce.
– Zapleć ją jakoś ładnie – poleciła. – Błękitną możesz wziąć sama.
– Dziękuję, pani! – Hildebranda uradowała się szczerze i natychmiast wzięła się do przyozdabiania warkocza Brunhildy.
Faktycznie – fiolet doskonale wyglądał na tle jej kasztanowych włosów i ładnie współgrał z jasną cerą i fiołkowymi oczyma. Uwypuklił też nowe rubinowe kolczyki – prezent od Abelarda – i naszyjnik ze wspaniałym nefrytem.
– Doskonale! – stwierdziła Hildebranda i z radości aż klasnęła. – Pani, olśnisz wszystkich!
Brunhilda znów się roześmiała – perliście i nieskrępowanie, jak to miała w zwyczaju.
– Tak naprawdę zależy mi na tym, by olśnić tylko jedną osobę – przyznała z rozbrajającą szczerością. – A raczej na tym, żeby gały wylazły jej z zazdrości, kiedy mnie zobaczy.
Oczywiście chodziło jej o Gertrudę – poważną, śmiertelnie nudną i zadufaną w sobie żonę Roberta. Oboje mieli przybyć wraz z orszakiem do Bahendheim jeszcze w przeciągu tygodnia. Na razie przedzierali się przez tę przeklętą puszczę otaczającą twierdzę – jakby przyczółek na nowej, niegościnnej ziemi.
Oficjalne powody wizyty były czysto kurtuazyjne – oto książę Ainehion, ojciec Abelarda, posyłał także swego starszego syna do Bahendheim, by ten odwiedził brata i zatroszczył się o jego ewentualne potrzeby. Wszyscy wiedzieli jednak, że jest inaczej. Robert miał tu zostać, a Abelard wrócić tam, gdzie było jego miejsce – na dwór ojca. To w końcu właśnie on, choć młodszy, miał odziedziczyć tytuł, majątek i związane z nim dochody.
Tym bardziej Brunhilda nie mogła doczekać się przybycia tej pary, mimo że obojga szczerze i dogłębnie nie znosiła. Z Robertem nie dało porozmawiać się o niczym, poza sprawami Świątyni, a Gertruda była jego warta. A w dodatku wścibska, wredna i przekonana o swojej urodzie, która – zdaniem Brunhildy oraz przynajmniej części towarzyszących jej dwórek – nie była wcale aż tak porażająca, jak twierdzili truwenerzy. I jeszcze ten rozwrzeszczany bachor, Fryderyk.
Cała Marchia powinna świętować fakt, że ta walnięta rodzina zostaje na tym pustkowiu, gdzie ma szansę szybko zaginąć bez wieści.
Brunhilda okręciła się radośnie wokół własnej osi, zadowolona jak dziecko ze wspaniałej, najmodniejszej sukni. Nie było mowy, by Gertruda zjawiła się w czymś podobnym. Pewnie będzie miała na sobie jeden z tych swoich żałosnych habitów, w które stroił ją Robert, a tymczasem Brunhilda będzie paradowała przed nią we wspaniałej malinowej kreacji z długim trenem i rozciętymi rękawami, z których wystawała śliwkowa materia, złotych trzewikach i w wyszywanym berłami czepcu.
I jeszcze ze swoimi bujnymi kształtami.
Owszem, Gertruda była wysoka i szczupła, ale też niemal zupełnie płaska. Maskowała to, jak mogła, ale uważne oko Brunhildy wyśledziło szybko ten sekret. Ona sama musiała się może mocno sznurować w gorsecie, ale za to posiadała rozkoszne piersi i kuszącą pupę, którą Abelard trącał, ilekroć miał okazję to zrobić, nie gorsząc gości, wyżej postawionych dworzan albo urzędników. Wprost uwielbiał jej ciało, czego z pewnością nie dało się powiedzieć o stosunku Roberta do Gertrudy, choć pewnie Robert nie wielbił żadnego ciała, a słowo „rozkosz” brzmiało przy jego imieniu zupełnie obco.
Jakim cudem spłodził tego dzieciaka?
– Jestem próżna, prawda? – Brunhilda przekrzywiła głowę, spoglądając w zwierciadło.
– Jesteś piękna, pani – odparła Hildebranda z pełnym przekonaniem. – Nic w tym złego, że podkreśla się jedynie naturalne dary od niebios.
Brunhilda pocałowała ją z wdzięczności w czoło. To właśnie chciała usłyszeć.
– No! – Klepnęła się po pełnych udach. – Dość tych przebieranek! Nie chcę ubrudzić sukni przed przyjazdem tego kościstego maszkarona.
– Tak, pani.
Hildebranda – trochę zawiedziona, że ona też nie może przymierzyć swojej sukni i nowej wstążki – przysunęła sobie stołek i wdrapała się na niego, chcąc rozbroić skomplikowaną fryzurę damy. Sama ją przed chwilą ułożyła, więc wiedziała, jak się do tego zabrać.

*

Gertruda wzięła głęboki oddech i przygryzła wargę. Wiedziała, że musi zadecydować. Zabrakło Roberta, a to oznaczało, że tylko ona ma tutaj świadomość doniosłości całego wydarzenia i na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za powodzenie misji.
W dodatku powinna uczynić to tak, by szlachetni rycerze nie poczuli się zakłopotani czy obrażeni jej rolą. Miejsce damy było w końcu gdzie indziej – nie na czele orszaku.
– Pani! Co teraz z nami będzie?! Co będzie?! – jęczała Tamen, tuląc do piersi kędzierzawą główkę małego Fryderyka.
Gertruda uciszyła ją gniewnym sykiem, ale nie na długo.
Tak, ją też zdejmował strach na myśl, że Robert mógł naprawdę zginąć. Łudziła się, powtarzała sobie, że nie znaleziono żadnego przedmiotu, który mógłby o tym świadczyć, ale w istocie wiedziała, jak krucha jest w tym przypadku nadzieja. Pobojowisko nie wyglądało na takie, z jakiego można by uciec. Gertruda oglądała już egzekucje, wieszania, ścinanie głów, palenie na stosach, a nawet rwanie końmi. Oglądała już straszne rzeczy, kiedy jej pierwszy mąż umierał w wyniku dziwnej choroby, która otwierała cuchnące rany na całym ciele, powodowała wypadanie zębów i drgawki. Ale widoku z parowu nie mogła przyrównać do niczego.
Kapitan Rodryg również nie potrafił wytłumaczyć jej, co zaszło.
– Ja także, jako i wy, pani, oglądam takie sceny po raz pierwszy – wyznał. – I mnie także napawają głębokim niepokojem. Nie słyszałem bowiem o broni, która mogłaby uczynić z ciałem podobne rzeczy. Jest to doprawdy niepojęte.
– Nawet gdyby na straż napadła naprawdę duża grupa ludzi? – dopytywała się Gertruda, wychyliwszy głowę z powozu i, swoim zwyczajem, głaszcząc się w zamyśleniu po policzku.
– Pani! To musiałaby być cała armia! A i tak nie widzę sensu zadawania aż tak okrutnych ran. Lżejsze z nich były już przecież śmiertelne.
– Nie znam się na tym, kapitanie.
– Pani, jednako wiecie, że odgryzienia głowy żaden człowiek nie przeżyje, a to właśnie miałem na myśli, mówiąc o lżejszych ranach.
Gertruda ucieszyła się w duchu, że nie podeszła wtedy bliżej. Zwały trupów oglądała tylko z daleka i nie zdołała zauważyć wszystkich szczegółów.
– A gdyby byli to wyjątkowo okrutni ludzie? – ciągnęła.
– Może wtedy…? – Kapitan zadumał się. – Ale musieliby być chyba opętani przez złe duchy, bo żaden człowiek nie łaknie krwi do tego stopnia.
– Mówisz tak, bo jesteś wyznawcą Jedynego – oceniła dama, wzruszając lekko ramionami. – Zapominasz, że są na świecie ludzie, którzy nie poznali jeszcze jego mądrości i oddają się grzesznym praktykom.
– Pani!
Rodryg wyraźnie przestraszył się sugestii, więc Gertruda postanowiła nie kontynuować tematu. Przynajmniej nie teraz. Schowała głowę z powrotem do powozu, gdyż z wnętrza zaczęły dochodzić niepokojące odgłosy. To Fryderyk znudził się nagłym atakiem czułości ze strony Tamen do tego stopnia, że zaczął ją gryźć, kopać i okładać piąstkami.
– Synku! – upomniała go Gertruda. – Zostaw mamkę.
Pod jej zimnym spojrzeniem i głosem zwykle sztywniał, ale tym razem naprawdę był zły. Kobieta musiała go chwycić za kołnierz i uderzyć.
– Spokój, powiedziałam! A ty, Tamen, przestań go tak miętosić! To nie szczeniak, tylko dziecko! Panicz!
Tamen rozpłakała się spazmatycznie i skuliła na swoim siedzeniu. Biedna kobieta, była taka przerażona, a przecież nie miała nawet w połowie pojęcia, jak poważna jest sytuacja.
Czasami, kiedy las urywał się i powóz wjeżdżał na łąkę lub nawet pola otaczające osady, dało się już zobaczyć Bahendheim. Jego ciemna bryła odcinała się kanciastym konturem na tle błękitnego, jakby złośliwie pogodnego nieba i przypominała Gertrudzie o nadchodzącej próbie.
Z Robertem czy bez niego, musiała wymyślić, jak utrzymać siebie i małego Fryderyka na powierzchni. I to szybko, zanim staną na zamkowym dziedzińcu przed Abelardem, jego żoną i całą świtą.
Jego żoną… Brunhildą.
Sam Abelard nie stanowił może aż takiego problemu, bo pozostawał przychylny tak swemu bratu, jak i jego rodzinie. Nie miał wszak powodu, by działać na ich szkodę, odkąd stało się jasne, że ojciec to właśnie jemu udzieli błogosławieństwa do przejęcia po sobie tronu.
Ale Brunhilda była przebiegła. Pochodziła z Terapolu – kraju, w którym intrygi i zdrady wypełniały każdy kąt, wślizgiwały się pod barwne kobierce i bogate stroje, zatruwając serca oraz umysły. Ktoś, kto przybył stamtąd nie mógł posiadać czystej duszy. Został już od początku skażony kłamstwem.
A także próżnością. Powszechnie mówiło się, że ludzie chadzają tam obwieszeni złotem i innymi kosztownościami, skropieni pachnidłami i z wymalowanymi twarzami. Brunhilda też stroiła się bez umiaru, niejednokrotnie ocierając się wręcz o granicę śmieszności.
Gertruda nie znała jej co prawda osobiście, ale ktoś taki nie mógł być dobrym wyznawcą Jedynego.
Ale dość już czczych rozmyślań - uznała. Najwyższy czas, by wysłać kogoś do Bahendheim, by zawiadomił księcia Abelarda o zbliżającym się orszaku i nieszczęściu, jakie dotknęło prawdopodobnie jego brata. Gertruda gestem wezwała do siebie kapitana Rodryga. Zmusił masywnego kasztana, by znów jechał przez chwilę przy oknie karety.
– Kapitanie – odezwała się dama. – Pchnij posłańca do Bahendheim. Już najwyższy czas.
Rodryg skinął głową posłusznie i odjechał, by wykonać rozkaz.
Gertruda chwilę patrzyła za nim.
Wiedziała, że jeśli chce ocalić syna, musi być teraz mężna i bezwzględna. Choćby miała stracić duszę.


*

Zalaną księżycowym blaskiem komnatę wypełniały śmiechy i chichoty, gdy jego miłość Abelard – tymczasowy zarządca Bahendheim i dziedzic Ainehion – zupełnie już nagi, gonił swą żonę wokół małżeńskiego łoża, a ona uciekała mu rozbawiona, ciskając za siebie puchowymi poduszkami i elementami garderoby. Rumiana, z rozwianym włosem, to kryła się za filarami, to znów ponętnie potrząsała krągłościami, zachęcając męża do dalszej zabawy. Wreszcie dogonił ją i chwycił w pasie, obwieszczając zwycięstwo tryumfalnym okrzykiem. Prowadzona do łoża Brunhilda udawała, że się broni i znów chce uciec. Wyrywała się z objęć i kąsała lekko jego ręce, ale tak naprawdę nie mogła się już doczekać. Abelard jeszcze przed samym stosunkiem potrafił uczynić z ciałem kobiety takie rzeczy, że wydawało się ono za małe, by pomieścić całą rozkosz. Legli na pościeli. Brunhilda obróciła się na wznak. Jej ponętne piersi falujące w skutek przyspieszonego oddechu musiały na niego działać. Mogła sobie jedynie wyobrażać jak bardzo.
– Och, najdroższy! – westchnęła, gdy poczuła jego usta i dłonie.
Przymknęła oczy, chciała rozkoszować się każdym pocałunkiem i każdym dreszczem.
Tak bardzo pragnęła dać mu syna! Nie marzyła już o niczym innym. Tak naprawdę wszelkie jej zachcianki – z których zresztą słynęła – były właśnie zachciankami. Gdyby ich nie spełniano, nie stałoby się nic złego, ziemia by się nie rozstąpiła, a ona nie zalewałaby się łzami i nie darłaby szat. Miała je, bo każda dama powinna czasem wyrażać takie życzenia, ale tak naprawdę wypełniało ją już tylko to jedno marzenie.
Tym boleśniejsze, że bez szans na spełnienie.
Abelard miał jeszcze nadzieję. W końcu pobrali się ledwie dwa lata temu. Uważał, że Jedyny po prostu wystawia go na próbę cierpliwości oraz pokory, znając jego krewkość i dumę – Brunhilda słyszała kiedyś, jak próbował w ten sposób tłumaczyć swoją sytuację w rozmowie z kapłanem.
Ona wiedziała jednak, że to nie próba. Nigdy nie będą mieli dziecka.
Nigdy.
Jęknęła, gdy Abelard przeszedł wreszcie do rzeczy, pełen wiary w to, że tym razem się uda. W końcu ofiarował błagalną modlitwę. Żarliwie i pobożnie jak nigdy dotąd, naprawdę licząc na łaskę Jedynego.
Zmęczeni, lśniący od potu leżeli obok siebie – ona z zamkniętymi oczyma, wtulona w jego szeroką pierś, on – gładząc czule jej kasztanowe włosy. Nie rozmawiali o dziecku, które mogło się przed chwilą począć. Nie robili tego od wielu miesięcy, czując, że takie jałowe dyskusje wcale im nie pomagają.
– Kocham cię, najdroższy – szepnęła Brunhilda, jakby chcąc wynagrodzić mu płonne nadzieje, jakie pewnie wypełniały teraz jego myśli.
Odpowiedział jej pocałunkiem w głowę. Jej kasztanowe, tak wspaniale lśniące włosy też uwielbiał. Mówił czasem, że szkoda dla nich klejnotów i Brunhilda powinna unikać wpinania w nie ozdób. Nie powodowało nim jednak skąpstwo ani – jak u jego brata – fanatyzm. Naprawdę tak uważał. Naprawdę uważał, że jego żona najpiękniejsza jest naga, nawet bez trzymającego na wodzy jej brzuszek gorsetu.
Taka jak teraz – z rozpuszczonymi włosami, zaróżowioną gładką skórą i błyszczącymi fiołkowymi oczyma. Z pewnością nadal uważał pojawienie się dziedzica za kwestię czasu i miał się za najszczęśliwszego mężczyznę na świecie.
Nie był nim.

*

Jego miłość Abelard, zarządca Bahendheim, wstawał przed świtem. Nigdy nie pozwalał sobie na długi sen, na który zresztą nie miał czasu. Odpowiadał za trudny rejon. Być może najtrudniejszy w całej Marchii, choć kłopoty, jakie przysparzał nie podniecały możnych tak jak ekscesy zbuntowanych książąt na południu. Bo też nie do wszystkich jeszcze docierała doniosłość zdarzeń, jakie mogły w tych stronach lada chwila nastąpić. Abelard żałował nawet, że ojciec postanowił przysłać tu Roberta, a jego wzywał do Ainehion, bo czuł, że przełom jest tuż tuż. Ledwie na wyciągnięcie ręki. No, może odrobinę więcej. Ale blisko. Tak blisko, jak jeszcze nigdy przedtem.
Abelard – jakkolwiek miał świadomość, że wezwanie go do domeny ojca to nagroda i ogromna szansa – bał się oddawać Bahendheim w ręce Roberta. Podejrzewał, że refleksyjny, spokojny charakter starszego z braci wcale nie ułatwi mu zadania. Wypracowane z trudem porozumienie mogłoby zostać zaprzepaszczone.
Robert od początku widział w tym przedsięwzięcie bardziej misyjne niż polityczne. Nie krył, że brzydzi się argumentacją wysnuwającą na plan pierwszy ten drugi aspekt, a sprawa ludu zza puszczy łączyła je oba – ostatecznie i nierozerwalnie. Nie można było walczyć tylko o dusze pogan. Należało mieć też na uwadze bezpieczeństwo Marchii.
Abelard doskonale to rozumiał i dlatego to on zastąpił tu swego zmarłego przed rokiem stryja, całkowicie pochłoniętego kontaktami z ludem zza puszczy. Ta decyzja wywołała początkowo zdziwienie wśród możnych, bo odebrali ją jako odsunięcie od dworu młodzieńca i faworyzowanie jego starszego brata. Sytuacja w Bahendheim zdawała się jednak wracać do względnej normy, więc książę Fryderyk postanowił pokazać, że wcale nie zmienił zdania w kwestii dziedziczenia Aienhion.
Abelard pozwolił się ubrać i zapiąć sobie rycerski pas, po czym zasiadł za stołem w oczekiwaniu na śniadanie. Raczej proste, złożone z tutejszych składników, bo szlaki do Bahendheim nadal uchodziły za skrajnie niebezpieczne i – z powodu braku miast – kupcom nie opłacało się transportować tu bezcennych towarów.
Wreszcie drzwi otworzyły się. Wraz z posiłkiem do komnaty przybył Nimhard – wysoki kapłan, odpowiedzialny za działalność misyjną wśród ludzi puszczy.
– Wasza świątobliwość! – Abelard powitał go uśmiechem i wskazał mu krzesło naprzeciw siebie.
– Panie. – Kapłan skłonił się pokornie.
Był to mężczyzna w sile wieku, postawny, ale szczupły, co uwydatniał szeroki pas oplatający jego kościste biodra. Poważną twarz naznaczyły troski, ale dało się też zauważyć na niej znamiona uśmiechu – nawet jeśli wyważonego i raczej refleksyjnego. Wysokie kości policzkowe i wydatne czoło – wraz z orlim nosem i krzaczastymi brwiami – nadawały mu jeszcze więcej dostojeństwa.
Służba, bijąc pokłony, odsunęła krzesło dla kapłana, a kiedy usiadł, wycofała się pod ścianę, gotowa w każdej chwili usługiwać mu, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
– Nie wiem, czy wasza świątobliwość dziś pości, ale jeśli nie, zapraszam do częstowania się – zachęcił Abelard, dłonią wskazując wino, placki z mięsem oraz ser.
– Wasza miłość wybaczy, ale podziękuję. – Nimhard skłonił lekko głowę i splótł palce na brzuchu. – Umartwiam się.
– Znowu?
– Wasza miłość sam prosił mnie o modlitwę.
– Ale nie o głodzenie się! – Abelard wskazał, by nalano mu wina do kielicha. – Wasza dostojność i tak jest już wystarczająco szczupły.
– Powściąganie cielesnych pokus to najgłębszy rodzaj modlitwy, mój panie – odparł pokornie kapłan.
Graf uniósł brew na te słowa. Zamyślił się nad nimi, wspomniawszy ledwie minioną noc spędzoną na igraszkach z Brunhildą. Igraszkach, które kapłan z pewnością uznałby za bezecne.
Zdecydowanie nie był stworzony do postów. Całe szczęście, że w okolicy kręcili się ludzie gotowi umartwiać się w jego imieniu i wypraszać łaski u Jedynego swym chwalebnym poświęceniem. On wolał troszczyć się o praktyczną stronę całego przedsięwzięcia. W końcu każdy powinien zajmować się tym, w czym jest dobry.
– Skoro tak wasza świątobliwość mówi – rozłożył bezradnie ręce – nie wypada mi dłużej namawiać waszej świątobliwości do złamania postu. Zresztą nie ma specjalnego powodu. Te placki są doprawdy kamienne. Pewnie za długo trzymano je w piecu, bo wyschły na wiór.
– Zawsze powtarzam, że Jedyny obdarzył waszą miłość prawdziwą mądrością. – Nimhard uśmiechnął się łagodnie, może z odrobiną życzliwej ironii.
– Wybaczysz jednak, że ja będę jadł?
– Nie śmiałbym przeszkodzić.
– W takim razie, zdrowie! – Młodzieniec uniósł kielich z winem.
Kapłan odpowiedział mu skinieniem głowy.
– Właściwie przybyłem mój panie, by dowiedzieć się czy nie ma jakichś wieści o jego miłości Robercie, jego szanownej małżonce oraz orszaku – odezwał się po chwili, patrząc, jak Abelard pochłania z apetytem suche podobno placki. Uśmiechnął się w duchu, wspomniawszy, że jeszcze kilka dni temu ten człowiek ze łzami w oczach zarzekał się, że jest w stanie uczynić wszystko, byleby wyprosić u Jedynego łaskę potomka. Trudno było jednak wyobrazić go sobie w pokutnym worze, samego w celi, żyjącego o chlebie i wodzie, więc Nimhard zalecił po prostu żarliwą modlitwę.
– Niestety nie. – Abelard otarł z ust okruchy. – Od czasu wizyty gońca, o którym ci wiadomo, wasza dostojność, nikt tu nie przybył. Myślę jednak, że możemy spodziewać się ich w każdej chwili. Wszak goniec twierdził, że są tydzień drogi stąd.
– Tak, słyszałem. Wasza miłość… – Nimhard zawahał się.
– Tak? – Abelard odkroił spory plaster zgliwiałego sera.
– To prawda, że jego miłość Robert ma przejąć polityczne dowództwo nad misją? Moje własne, kościelne źródła potwierdzają tę informację, ale wolę się upewnić, jeśli to nie ubliża majestatowi grafa.
Abelard westchnął ciężko i wbił nóż w gomółkę sera.
– To prawda, wasza świątobliwość – powiedział, przypominając sobie w porę, że nie powinien obnosić się ze swoimi obawami. – Jego książęca mość, mój ojciec, planował to przecież od początku. Wasza świątobliwość wie…
– Nie sądziłem jednak, że wymiana nastąpi tak szybko.
– Och! – Graf przywołał na twarz promienny uśmiech. – Jestem absolutnie przekonany, że wasza świątobliwość znajdzie drogę porozumienia z moim szanownym bratem. To bardzo pobożny człowiek. Z pewnością bardziej pobożny niż ja. I na pewno spokojniejszy. Łoży spore sumy na sprawy Świątyni i surowo przestrzega praw, a w doktrynie jest obeznany lepiej niż niejeden uczony. Za jego gorliwość mogę ręczyć choćby życiem.
– Panie, przestrzegałem cię już przed takimi pochopnymi deklaracjami – upomniał go kapłan.
– Wasza świątobliwość sam widzi! – Abelard roześmiał się pozornie beztrosko. – Sprawy jego duszy z pewnością nie będą nastręczały aż tylu trosk, co mojej.
Nimhard pokręcił głową z dezaprobatą i wzniósł oczy ku niebu. Po jego twarzy błąkał się jednak łagodny, ojcowski niemal uśmiech.
Pomyślał, że bez tego nicponia będzie w Bahendheim straszliwie nudno.
Bał się tej zamiany, a słowa młodego grafa nie uspokoiły go do końca. To była trudna ziemia i trudna misja. Potrzebowała kogoś tak żywiołowego jak Abelard, którego decyzje graniczyły niekiedy z brawurą i przyprawiały jego podwładnych o trupią bladość, ale w rezultacie przecież służyły sprawie i przyczyniały się do umacniania pozycji Marchii – a w związku z tym także Świątyni – w tych niełatwych negocjacjach. A przecież gra toczyła się o setki dusz, które mogły nie dostąpić pośmiertnego szczęścia.
Roberta Nimhard nie znał tak dobrze jak młodszego z braci. Widywał go tylko czasami przy okazji oficjalnych uroczystości. Faktycznie, pamiętał, że panicz ten zachowywał się godnie, z przestrzeganiem wszelkich dworskich zasad. Sprawiał wrażenie człowieka poważnego i ostrożnego tak w słowach, jak i w czynach. Na skromnym, ciemnym wamsie nosił zwykle dobrze widoczny łańcuch z religijnymi symbolami i to była – jak się zdawało – cała biżuteria, jaką posiadał.
Nie oznaczało to jednak jeszcze, że graf jest dobrym przywódcą, a takiego właśnie było tu potrzeba. Nie kapłana – sprawy religii pozostawały w rękach Nimharda – a przejmującego inicjatywę polityka. Abelard spełniał ten warunek. Robert, wolący modlitwę od działania, mógł nie podołać zadaniu. Owszem, kapłan pochwalał pobożność starszego braci i wiele by dał, żeby także młodszy rozmiłował się w poście i medytacjach – przynajmniej raz na jakiś czas – ale skłonność do refleksji mogła okazać się tu kulą u nogi.
Zwyczajnie bowiem nie pozostawało na nie zbyt wiele czasu, choć ostatnio nastały mniej intensywne dni.
– Modlę się za duszę waszej miłości – rzekł Nimhard, wciąż z tym samym łagodnym uśmiechem na ustach – i nie będę ukrywał, że jest ona jednym z głównych powodów mych trosk. Jest to jednak ciężar, który niosę z życzliwością i pełną wiarę w skuteczność modlitw.
Abelard roześmiał się i odkroił sobie jeszcze kawałek sera.
– Wasza dostojność jest najwyraźniej człowiekiem wielkiej wiary – odparł.
Kapłan nie odpowiedział. Spuścił jedynie pokornie głowę, uznawszy te słowa za pochwałę, której nie był godzien.
– Gdziekolwiek wasza miłość się uda, moje modlitwy będą szły krok w krok za nim.
– Och, przydadzą się, wasza dostojność! Z pewnością się przydadzą.
– Panie. – Drzwi znów się otworzyły i zza progu wyjrzała twarz pazia. – Jej miłość.
– Niech wejdzie! – Twarz Abelarda rozpromieniła się w szerokim uśmiechu. Ponaglił jeszcze chłopaka zamaszystym ruchem dłoni, chcąc jak najszybciej ujrzeć ukochaną żonę.
Kiedy ukazała się w drzwiach w zielonej, wyciętej pod szyją i zdobionej złotymi haftami sukni, Nimhard nie zdołał ukryć grymasu dezaprobaty. Dla jej miłości Brunhildy nie miał tyle serca, co dla młodego grafa. Od początku był zdania, że ta kobieta nie wpłynie korzystnie na jego charakter, jedynie wzmagając jego pociąg do ziemskich uciech, a z czasem miał o niej coraz gorsze zdanie, którego z pewnością nie poprawiła dzisiejsza kreacja.
– Wasza dostojność. – Brunhilda zmieszała się na jego widok, na jej twarzy wykwitł szkarłatny rumieniec. I bardzo dobrze.
Przynajmniej wstydziła się jeszcze swoich grzechów przed osobą duchowną.
– Pani. – Nimhard wstał z krzesła i skinął głową na jej powitanie. Wzrok miał zimny jak sama śmierć. – W takim razie ja będę już cię opuszczał, mój panie – zwrócił się do Abelarda.
– Ależ wasza dostojność. – Graf machnął kawałkiem sera z przyjacielskim oburzeniem. – Ledwie rozpoczęliśmy rozmowę!
– Wasza miłość wybaczy. – Nimhard odszedł od stołu, ustępując miejsca Brunhildzie. – Obowiązki, jakie na mnie nałożono i jakie dźwigam każdego dnia z pokorą i miłością, wymagają natychmiastowego wypełnienia.
Nimhard westchnął ciężko, spojrzał na kapłana żałośnie i również podniósł się z siedzenia, by godnie pożegnać gościa.
– Niech zatem Jedyny błogosławi waszej dostojności w tym ciężkim dniu pracy – rzekł szczerze.
– I nawzajem, mój panie. – Surową twarz Nimharda rozświetlił kolejny dobrotliwy uśmiech.
– Wiesz, najdroższy, że chodziło o mnie – stwierdziła Brunhilda, kiedy wyszedł.
Usiadła na krześle, które przed chwilą zajmował i rozparła się wygodnie, prezentując cały urok zielonej sukni. Służbie wskazała, by natychmiast nalano jej wina.
– Wiem – przyznał Abelard. – Ale cóż mam zrobić?
– Cóż masz zrobić?! – Brwi Brunhildy ściągnęły się w gniewnym grymasie. – On traktuje mnie niemal jak jawnogrzesznicę! Sugeruje, że potajemnie czczę pogańskich bogów! Obraża! A ty nie wiesz, co zrobić?!
– Moja miła – odezwał się graf łagodnym tonem. Dłonie złożył jednak w daszek, a to oznaczało zazwyczaj, że wewnątrz wcale nie jest spokojny. – Jego dostojność Nimhard to bardzo pobożny i bardzo mądry człowiek. Jestem przekonany, że wkrótce sam spostrzeże swą pomyłkę. A mogę cię zapewnić, że ilekroć słyszę z jego ust niesprawiedliwy sąd, napominam go.
– Ale on…!
Brunhilda urwała. Nagle jej twarz spąsowiała, a ramiona zaczęły drżeć. Po komnacie rozniósł się jej szloch.
– Najdroższa! – Zaskoczony Abelard dopadł do niej i chwycił jej dłonie.
W odpowiedzi, po chwili oporu jednak, wtuliła się w niego, a gdy ją objął, przywarła do niego cała, jakby szukając obrony przed całym okrutnym i niesprawiedliwym światem.
– Jego świątobliwość z pewnością to mnie o wszystko obwinia! – załkała.
– Jakie „wszystko”? – Abelard, lekko skonsternowany, gładził uspokajająco kasztanowe włosy żony.
– O to, że nie ma dziedzica!
– Absurd!
Brrunhilda nie słuchała jednak zapewnień męża. Wybuchła rozpaczliwym płaczem, coraz mocniej przyciągając go do siebie i coraz silniej wtulając policzek w jego pierś.
– Najdroższa… – Nawet nie miał pomysłu, jak ją uspokoić. – To niemożliwe. Skąd w twoim sercu takie sądy?
– Na pewno tak jest! – upierała się Brunhilda. – Na pewno!
Abelard westchnął i spojrzał w okno ponad kosztownym czepcem żony. Wyglądało na to, że musi po prostu przeczekać ten niespodziewany atak histerii.
Martwił się, bo to nie było do niej podobne. Odznaczała się raczej pogodnym charakterem i niezwykle rzadko okazywała smutek. W takim stanie nie widział jej jeszcze nigdy.
Ją też z pewnością bolała ta cała sytuacja. Dwa lata bez potomka to jeszcze co prawda nie wieczność, ale wystarczająco długi okres, by wywoływać plotki i szeptane po kątach uwagi. Brunhilda znosiła je jednak z godnością. Zachowała spokój nawet wtedy, gdy kłamliwie oskarżano ją o to, że spędziła swoje dziecko.
Dlaczego tak bardzo godziła w nią więc niechęć Nimharda?
– Najdroższa… – Abelard chciał czule pogładzić ją po policzku, ale wybuchła nową, jeszcze żałośniejszą falą płaczu. Obiecał więc sobie, że nie będzie robił niczego więcej.

*

Nimhard czym prędzej zszedł do kaplicy i rzucił się na kolana przed ołtarzem Jedynego.
Zgrzeszył.
Zgrzeszył nienawiścią do tej kobiety. Ale tak trudno było miłować kogoś, kto przyczyniał się do upadku jego miłości.
– Daj mi siłę – szeptał rozedrganymi ustami. – Daj mi wiarę…
Sam – jako człowiek, a zatem istota krucha i słaba – nie był w stanie udźwignąć tego ciężaru. Wiedział, że powinien po prostu modlić się i pościć w intencji Abelarda, ale trudno było mu tak bezczynnie patrzeć na bezeceństwa tej kobiety.
Przysiadł na piętach i dotknął czołem podłogi. Musiał oczyścić serce z gniewu. Niósł przecież nawrócenie poganom – powinien być jak łza, nieskazitelny, by jego prośby trafiały do uszu Jedynego. A tym czasem czuł, że grzech przygniata go i bezustannie ciągnie ku ziemi.
Kiedy trzydzieści prawie lat temu oddawał swój rycerski pas i kładł go na ołtarzu, nigdy nie przypuszczał, że Jedyny pośle go w takie miejsce. Myślał raczej, że dane mu będzie spędzić resztę życia w jakimś cichym klasztorze i w ten sposób odpokutować wszelkie winy, jakie splamiły jego serce. Tymczasem był teraz tu – w Bahendheim, stał na czele najważniejszej może misji, jaką kiedykolwiek prowadziła Marchia. W dodatku jako wysłannik samego Najwyższego Sługi.
Od początku bał się, że nie podoła, choć skrywał wszystkie swoje lęki głęboko na dnie duszy, podejrzewając, że mogą być jedynie podszeptem Złego, który nie chciał nawrócenia pogan i tym samym wyrwania ich z jego mocy. Modlił się więc po prostu żarliwie, starał się kontemplować przed podjęciem każdej znaczącej decyzji i uważnie słuchał docierających doń rad – tak udzielanych przez uczonych kapłanów, jak i polityków. Sam Nimhard nigdy politykiem nie był i nigdy nie chciał nim być, ale rozumiał, że to przedsięwzięcie ma wiele wymiarów i wszystkie one w jakiś sposób przenikają się i wzajemnie wspierają. Nie mógł tak do końca odrzucić tych kwestii.
W dodatku naprawdę widział w księciu Abelardzie mądrego zarządcę. Był to jeszcze bardzo młody człowiek, trochę płochy, zbyt krewki i niepozbawiony innych wad, ale miał zadatki na wspaniałego władcę. Nimhard święcie wierzył w to, że kiedy mężczyzna trochę poużywa świata, wyciszy się i sam zacznie poszukiwać tego, co naprawdę w życiu ważne. Należało mieć go jedynie na oku, czasami temperować, by nie popełnił błędów, których konsekwencje musiałby ponosić do końca życia.
Istniała też przecież szansa, że z wiekiem książę Abelard stanie się bardziej odporny na wpływ swojej żony. Była od niego starsza, wydawała się doświadczona, więc pewnie w jakiś sposób stanowiła dla niego autorytet. W rzeczywistości ta niedojrzała kobieta podsycała jedynie jego młodzieńcze zachcianki, utwierdzając go w przekonaniu, że folgowanie sobie i swemu ciału to dobra droga do osiągnięcia celu.
Nimhard wiedział jednak, jak sromotnie można się na niej zawieść, kiedy nagle zaczyna meandrować, a marsz utrudniają coraz gęstsze zarośla i dzikie zwierzęta. Miał nadzieję, że jego książęca mość opamięta się, nim doświadczy tych okropności na własnej skórze.
Kapłan ukrył twarz w dłoniach. Miał się modlić, a tymczasem jego myśli znów rozbiegały się w przeróżne strony i nie mógł ich ogarnąć.
Czuł się tak słaby… Tak bardzo słaby…
C. d. n.
*Ileil (łado, jasza, tyja, lado, yeli, tya, yssa) - właściwie nie ma pewności, czym był Ileil: niektórzy chcieliby dopatrywać się w tym imienia słowiańskiego bóstwa, ale wersja powszechniej chyba przyjmowana zakłada, że to słowiański okrzyk radości i refren pieśni świątecznych.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Posty: 135
Rejestracja: 04 września 2014, 07:39

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Gorgiasz » 01 października 2014, 12:16

Przeczytałem z przyjemnością, choć nie jest to mój ulubiony gatunek. Forma właściwie bezbłędna, więc nie ma o czym mówić. O treści również trudno coś powiedzieć – gdyż jest to dopiero początek – ale zapowiada się ciekawie, choć przyznam, że w tego rodzaju opowieściach, bardziej delektuję się formą niż treścią. W każdym razie oczekuję z zainteresowaniem dalszego ciągu. Kilka drobnych uwag:
Śmierć przyszła cicho, stawiając kroki powoli i ostrożnie. Miękkie poduszki na łapach tłumiły najlżejszy szelest.
Śmierć czekała tu od dawna – wiedziała, że ofiary przyjdą, a teraz czuła ich krew i słyszała bicie serc. Jeszcze trochę… Już blisko…
Coś mi się nie zgadza. Skoro „przyszła”, to nie „czekała tu”.
Zresztą tam roślinność chyba nigdy nie władała ziemią aż do tego stopnia. Nie zagarniała każdego dosłownie skrawka ziemi, łącznie z kamieniami.
Powtórzona „ziemia”.
Wielu już rycerzy uczyniło ją damą swych serc, wielu poprzysięgło wierność w tajemnicy.
Nie wiem, czy nie lepiej by było „damą swego serca”.
Truwenerzy układali dla niej kunsztowne wersy i okraszali najsłodszymi, najśliczniejszymi melodiami, wychwalając jej niezrównane cnoty i nieziemski powab.
Ja rozumiem, że to nie jest dokument historyczny i licentia poetica ma w pełni zastosowanie, ale formalnie powinno być chyba „truwerzy”.
Płacił na Świątynię tak wiele i tak ochoczo, że nie starczało już na jego żonę i rodzinną posiadłość.
„jego” - zbędne
Wyrwał się z jej piersi rozpaczliwy wibrujący, a do oczu cisnęły się łzy.
Przecinek po „rozpaczliwy" chyba by się przydał.
Nie było to jednak niczego dziwnego.
Zdanie do przeredagowania.
Miał przynajmniej pewność, że, leżąc w ten sposób, się nie utopi.
Trochę niezgrabnie sformułowane.
Z Robertem nie dało porozmawiać się o niczym,
Z Robertem nie dało się porozmawiać o niczym,

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Krin » 05 października 2014, 10:49

Z przykrością muszę stwierdzić, że pierwszą rzeczą jaką pomyślałam po przeczytaniu, było - "śpieszyło jej się". Takie odniosłam wrażenie. Reakcja Tamen wydała mi się zupełnie nienaturalna. Poszła, trochę popłakała i odjechali. Nikt nie poszedł go szukać. Czy naprawdę można liczyć na to, że sam odnajdzie drogę pośród puszczy i przybędzie do zamku? Sądząc z opisu to raczej nie.
Zwróciły moją uwagę również dialogi. Jestem jedną z osób, która nie wierzy, że w średniowieczu (czy tam jakiejkolwiek innej epoce, na którą jest ów świat stylizowany) ludzie nie wyrażali się w sposób, jaki występuję w kronikach i relacjach. Tam się opisuje sytuacje oficjalne. Trudno mi uwierzyć, żeby matka zwracała się nawet do dziecka w taki sposób. Nie wierzę i już.

To teraz ta lepsza strona.

Rozbawiły mnie "symbole religijne". Może niech to będzie koło? Zagramy w kółko i krzyżyk... :P (Musiałam to napisać.) To samo się tyczy "Świątyni". Faktycznie, bardzo niedelikatne nawiązania do historii. Nie wiem, czy były jakieś inne, bo ja bardzo dobrze znam historię, ale z pewnych względów niestety tylko tą szkolną.
Zaciekawiło mnie też, co dalej zrobisz z tym tekstem. Czy potoczy się to wszystko w stronę walki z lasem czy bardziej polityki? Znając ciebie, to prędzej tego pierwszego. Kojarzy się mi to z Mostami. Nie doczytałam tego w całości, ale tam też na granicy kraju czaiło się coś groźnego z czym trzeba było walczyć. Mhm... po dłuższym zastanowieniu to bardziej niż z mostami kojarzy mi się to z kolonizacją Nowego Świata. W końcu jacyś poganie i wielkie, tajemnicze lasy z nieznanymi istotami.

Czekam na rozwój wypadków.
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Kruffachi » 05 października 2014, 16:02

Gorgiaszu, Krin, bardzo Wam dziękuję za komentarze :D

Kwestia spieszenia się - myślę, że wrażenie to może częściowo, choć pewnie nie całkiem, wynikać z pewnych założeń względem motywacji Gertrudy, ale jeszcze nie wszystko o niej i o całej sytuacji wiadomo, więc istnieje szansa, że nieco się to uwiarygodni ;)

A jeśli chodzi o sposób mówienia - tak, nie wiemy, jak mówili, bo przeca żadnych nagrań nie ma ;) Ale wiemy, że na pewno nie mówili jak my, i wiemy, że język był bardzo zróżnicowany względem warstw społecznych. Na razie pojawiali się jedynie arystokraci najwyższego sortu, potem pojawią się przedstawiciele innych środowisk i jakoś muszę różnicować ich sposób wysławiania się. Poza problemem warstw społecznych jest też inny, dotyczący stopnia rozwoju języków. To na razie trudno było zrekonstruować, ale świat Ileila leży na wysokości naszego X wieku, więc w czasach zamierzchłych, jeśli chodzi o języki narodowe (polskiego w ogóle nie było), a zatem punktem silnych odniesień pozostaje łacina z całą swoją retoryką. Więc to, co uprawiam, to oczywiście tylko imitacja, ale bliższa temu, co chciałam osiągnąć, niż polski potoczny, a zwłaszcza potoczny współczesny.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Kruffachi » 22 października 2014, 17:35

Nie dość, że zrobiłam długą przerwę, to jeszcze wrzucam ciężki i pewnie niestrawny kawał tekstu :bag:

II
– Panie! Paaanie!
Zza rogu wypadł w biegu Rod, czternastoletni giermek. Abelard niemal w locie chwycił chłopaka, który trząsł się jak w gorączce, miał rozbiegane oczy i rumieńce na policzkach. Cała jego żałosna postać mówiła o tym, że stało się coś złego. Coś bardzo, bardzo złego.
– Co jest?! – Graf chwycił go za ramiona i potrząsnął nim, usiłując wydusić jakieś składne słowa.
– Panie! Nieszczęście! – zawył chłopak, zalewając się łzami. – Jego miłość Robert napadnięty! Jego straż pobita!
– Jak to?! – Abelard ścisnął Roda jeszcze mocniej, niemal łamiąc mu kości. Chwyt miał bowiem żelazny.
Giermek nie był jednak w stanie odpowiedzieć. Wstrząsnął nim rozpaczliwy szloch, a brzuchem targnął spazm jak u damy, a to mogło mocno niepokoić. Rodrygowi może wiele jeszcze brakowało, by pasowano go na rycerza, ale z pewnością nieuczciwym byłoby stwierdzenie, że jest tchórzliwy i skory do płaczu. Odznaczał się wytrzymałością i nie panikował z byle powodu.
Abelard poczuł, że krew tężeje mu w żyłach. Nagle zrozumiał, co właściwie usłyszał.
– Robert…? – spytał słabo.
– Nie wiem, panie…! – załkał Rod. – Mówią, że mógł zginąć…
Graf poczuł, jak wielka, lodowata pięść trafia w jego żołądek. Aż się zachwiał i puścił giermka. Nie wierzył… Po prostu w to nie wierzył.
– A jej miłość? – próbował wydusić z Roda coś jeszcze.
– Nic więcej nie wiem, panie!
– W porządku. – Abelard przegonił go gestem. – Idź już. Przekaż wieści wielkiemu kapłanowi. Biegiem!
Chłopak – tonąc we łzach – puścił się w głąb zamku, a młody graf ukrył twarz w dłoniach. Też chciałby się rozpłakać. Nie mógł – musiał działaś i to natychmiast.
Zresztą po chwili zjawił się posłaniec noszący barwy jego starszego brata. Abelard wiedział już, jakie wieści przynosi, ale i tak ścisnęło mu się serce. Cieszył się na ten dzień. Kochał Roberta mimo wszystkiego, co powinno ich dzielić i tęsknił za nim. W najczarniejszych snach nie ukazała mu się wizja dorównująca okrucieństwem temu, co właśnie się działo.
– Wasza miłość. – Posłaniec padł mu do stóp i oddał wszelkie honory, całując ze czcią kolano. – Jedyny świadkiem bólu, jaki targa mną wobec straszliwych wieści, które kazano mi powtórzyć.
– Wiem już, chłopcze – odparł Abelard, wzdychając. – Doniesiono mi ledwie chwilę temu. Opowiedz dokładnie, co się stało?
Posłaniec drżał. Książę czuł to wyraźnie, opierając dłonie o jego ramiona.
– Jego miłość Robert – mówił młodzieniec rwącym się głosem – postanowił wybrać się wraz ze strażą przednią, by sprawdzić bezpieczeństwo ścieżki, którą obrał. Chciał mieć pewność, że jego rodzina będzie bezpieczna i chociaż z miłości odradzano mu tę wyprawę, pojechał na czele oddziału. Nikt nie wrócił, wasza miłość… Zupełnie nikt… A kiedy następnego dnia dotarliśmy do wąwozu, okazało się, że jest on usłany ciałami rycerzy… Te ciała… – Chłopak zadrżał jeszcze silniej.
– Tak? – Abelard, chcąc go pokrzepić, zacisnął palce na jego barkach. Nie zamierzał jednak odpuszczać.
– Były w bardzo złym stanie… Właściwie… płaty mięsa rozniesione po całej okolicy. Wasza miłość wybaczy, że mówię tak o szlachetnych rycerzach, ale…
– Rozumiem – zapewnił książę, chcąc jak najszybciej usłyszeć ciąg dalszy relacji.
– Bez głów, bez rąk, nóg… Czasami trudno było odgadnąć, która to część człowieka… Szukaliśmy jakichś przedmiotów, spinek, broni, czegokolwiek. Niczego nie znaleźliśmy. Niczego, co należałoby do jego miłości. Jej miłość kazała więc ułożyć stos i spalić ciała.
– Dobrze zrobiła – powiedział Abelard spokojnie, choć pierś pękała mu od tamowanych łez. – Nie zbezczeszczą ich leśne zwierzęta.
– Panie! – Chłopak wreszcie się rozpłakał. – Panie, ja jeszcze nigdy…
– Wiem, dziecko, wiem… – Książę uspokajająco poklepał go po ramieniu.
Ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie wie. I chyba nie chce wiedzieć.
– Weźcie go – zwrócił się do stojących nieopodal, osłupiałych giermków. – Dajcie mu wody i strawy. Niech odpocznie.
– Tak jest, panie!
Chłopak został podniesiony z ziemi – roztrzęsiony, sam nie byłby w stanie się dźwignąć – i zniknął między giermkami, którzy powiedli go do izby. Zapewne dadzą mu mięsa i piwa, a on upije się do nieprzytomności i prześpi kilka najbliższych dni. Temu to dobrze. Abelard o niczym innym teraz nie marzył, tylko o takim luksusie.

*

Straszne wieści szybko dotarły także do jego świątobliwości Nimharda. Natychmiast przerwał więc pracę i wybiegł ze swej kancelarii. Wkrótce jednak złapał zadyszkę, więc zwolnił, choć zaniepokojone serce poganiało go bezlitośnie.
Książę Abelard wraz z małżonką stali już na dziedzińcu, a za nimi zbierali się rycerze z jego drużyny oraz ich giermkowie i paziowie. Wszyscy wydawali się jednakowo poruszeni, nawet jeśli nie znali osobiście jego miłości Roberta. Wraz z nim zginęło wszakże kilkudziesięciu doskonałych wojowników, a okrucieństwo wyłaniające się z relacji zbrodni przyprawiało o ciarki nawet najmężniejszych i najbardziej doświadczonych. Trąciło też jakąś mroczną tajemnicą.
– Wasza książęca mość! – Nimhard podszedł do Abelarda.
– Wasza świątobliwość! Dobrze, że już jesteście.
Abelard był blady, przestraszony, a jego wesołe oczy jakby przygasły. Nimhard, nim przemyślał ten krok, chwycił go za ramiona i po ojcowsku objął. Poczuł, że młodzieniec zaczął drżeć, najwyraźniej z trudem powstrzymując łzy żalu. Puścił go więc.
Sprawa była politycznie skomplikowana. Jeśli Robert rzeczywiście nie żył, oznaczało to nie tylko śmierć osoby bliskiej grafowi, ale też jednego z kandydatów na tron. To zmieniłoby wszytsko – pozycję całych rodów.
Problem polegał na tym, że Robert był jedynie pasierbem jego wysokości Fryderyka. Ale pasierbem nie byle jakim, bo pochodzącym z rodu, który władał Marchią wcześniej. Rodu z południa, jednego z tych spędzających sen z oczu wszystkim, którym zależało na względnej przynajmniej jedności kraju. Robert naturalnie więc cieszył się poparciem tamtych książąt, choć sam Fryderyk nigdy nie ukrywał, że na tronie zamierza posadzić raczej drugiego z kandydatów – swego własnego syna. To oznaczałoby zresztą ostateczną zmianę dynastii i przeniesienie decyzyjnego środka ciężkości na północ. To książęta z tego obszaru zyskaliby teraz na znaczeniu i stanowili o kształcie polityki całego kraju.
To, co wydarzyło się z Robertem i jego strażą przednią, musiało zostać jak najszybciej wyjaśnione. Abelard nie mógł pozwolić sobie na to, by padł na niego chociaż cień podejrzeń. Oczywiście wszyscy, którzy znali go bliżej, wiedzieli, że nigdy nie dopuściłby się podobnej podłości, a brata kochał szczerze, ale nie należało zapominać o południu tylko czyhającym, by podważyć uczciwość intencji Fryderyka i jego syna. Cały szkopuł polegał na tym, że publiczne okazywanie żalu przez Abelarda mogłoby zostać nieopatrznie zinterpretowane. Na przykład jako czcza demonstracja. Albo blef. Albo – w najgorszym przypadku – prowokacja.
Trudno było mówić o śmierci kogoś tak ważnego, jako o błahostce, ale i tak wydawało się, że to pozornie nieistotne zdarzenie, skoro i tak od dawna wiadomo było, kto sięgnie po schedę po Fryderyku. Ale prawda była taka, że jeśli Abelard straci choć na chwilę czujność i potknie się, on i jego ojciec mogą stanąć wobec otwartego buntu.
– Dotarły do mnie przed chwilą straszliwe wieści – rzekł Nimhard, bardziej dbając już o oficjalny ton. Starał się zawsze trzymać możliwie daleko od polityki, ale to nie oznaczało przecież, że przez swoją niefrasobliwość ma kogoś pogrążyć. Zwłaszcza jeśli tego kogoś cenił i najzwyczajniej w świecie lubił. – Nie mogłem tak po prostu zamknąć się w swojej kancelarii. Moim obowiązkiem i niewątpliwą potrzebą serca jest towarzyszyć ci, panie, w tak okrutnej godzinie.
– Tak naprawdę nie wiadomo jeszcze, co dokładnie się stało. – Książę zdobywał już panowanie nad swoim ciałem. Powstrzymał łzy i drżenie. – Pchnęli gońca, ale był przerażony i nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, co z jego miłością. Wciąż mam więc nadzieję.
– Będę dzielił ją z tobą, wasza książęca mość – odparł kapłan, chowając dłonie w szerokich rękawach.

*

Jej miłość Gertruda wysiadła z powozu. Powoli, dostojnie, wysoko unosząc głowę. Oblicze miała jeszcze bledsze niż zwykle – znać było po niej troski ostatnich dni – ale poza tym zachowywała się niezwykle mężnie. A ze smutkiem było jej wyjątkowo do twarzy. Tylko podkreślał jej chłodną, sławną w całej Marchii i pewnie też poza nią urodę. Piękną głowę okryła skromnym czepcem, spod którego tylko gdzieniegdzie wystawały pasma złotych włosów. Uwydatniło to owalny, regularny kształt twarzy oraz oczy – błękitne, błyszczące, patrzące na zgromadzonych wokoło rycerzy dumnie i nieustępliwie. Jakby mówiły: ciała mojego męża nie znaleziono. Nie płaczcie po nim. Póki nie będzie dowodów, nie należy go chować, bo można pochować żywego.
Miała na sobie bardzo skromną morwową suknię, zasłaniającą wszystko, co się dało. Wąskie rękawy przylegały do ramion, a tren nie był dłuższy niż na ćwierć łokcia. Cała jej garderoba tak wyglądała – zachłannie kryła wdzięki przesławnej piękności, czyniąc je przez to może jeszcze bardziej kuszącymi. Toteż rycerze chciwie ścigali wzrokiem ukazujące się ich oczom linie. Im bardziej pobożny Robert chciał odciągnąć ich grzeszną uwagę od małżonki, tym bardziej rozbudzał ich wyobraźnię.
Za Gertrudą podążała niska, pulchna Tamen, prowadząca za rękę małego Fryderyka. Chłopiec rozglądał się ciekawie dookoła, pierwszy raz będąc w takim miejscu – nie w pałacu czy choćby zamieszkanym na co dzień zamku, a w prawdziwej, surowej twierdzy, której mieszkańcy jedynie udawali, że jest wygodna. Pierwszy raz widział tylu żołnierzy i rycerzy ubranych nie barwnie jak na turniejach, a praktycznie i nieciekawie – za to uzbrojonych po zęby. Oczy świeciły mu się z ciekawości, a na policzki wystąpił rumieniec.
Tamen odruchowo poprawiła płową czuprynę na jego głowie, odgarniając z czoła kilka niesfornych kosmyków. Patrzyła na niego z czułością i współczuciem. On jednak wyraźnie nie rozumiał, co właściwie się stało. Nikt nie wyjaśnił mu jeszcze, że być może jego ojciec poległ w tajemniczych okolicznościach na dnie wąwozu wraz z całą strażą przednią i spłoną wraz z nią, nierozpoznany. Na to przyjdzie czas.
Zresztą Fryderyk ledwie wiedział, jak wyglądał jego ojciec. Roberta pochłaniały ważniejsze sprawy niż syn – zbyt mały jeszcze, by objaśniać mu doktrynę. Wątpliwe więc, by tragiczne wieści zrobiły na tym dziecku jakiekolwiek wrażenie. Zwłaszcza że idea śmierci była mu jeszcze całkowicie obca.
– Wasza miłość – Abelard oddał hołd bratowej, kłaniając się.
Dygnęła w odpowiedzi, nie spuszczając z niego wzroku. W jej oczach błyszczało coś dziwnego. Jakby wyzwanie i błaganie o pomoc jednocześnie.
– Panie. – Jej głos zabrzmiał jednak dumnie i zimno jak zwykle. – Widzisz oto, jak wielkie nieszczęście nas spotkało. – Usta jej zadrżały. Zamilkła na chwilę. – Widzisz, jak okrutnie nas pobito – podjęła znowu – i jak straszliwe zadano nam rany. Nie pozostało nam nieszczęsnym nic więcej, jak tylko paść do twych stóp i błagać cię o litość! – Klęknęła i ucałowała jego kolano. – Przyjmij mnie jako swą wierną służebnicę, a orszak mój niech znajdzie miejsce do spoczynku na progu twego domu! Zaklinam cię w imię Jedynego!
Abelard spojrzał na nią zdziwiony. Bała się odmowy? Inaczej nie potrafił wytłumaczyć, dlaczego miałaby uciekać się do tak drastycznych środków.
Nie mając innego wyjścia, przyjął narzuconą przez nią rolę. Położył dłonie na jej głowie w geście błogosławieństwa.
– Jedyny mi świadkiem – odparł – że ani z mej strony, ani ze strony mych dworzan nie spotka was żadna krzywda. Ani ciebie, pani, ani twego syna, ani żadnego z członków świty. A spać będziecie nie na progu czy w przedsionku, a w najlepszych komnatach, jakimi dysponuje mój dom. Otoczę was opieką i ochronię przed wszelkim niebezpieczeństwem. Miecz mój będzie przeciwko twym wrogom.
– Panie! – Objęła jego nogi.
– Wstań!… – szepnął niemal nie poruszając ustami. Bał się, że dalszym korzeniem się przed nim jest gotowa wymusić obietnice, jakich nie chciałby teraz składać.
Podniosła się posłusznie, całując jeszcze jego dłonie. Powoli, ze czcią. Tak przynajmniej wyglądało to z daleka. Abelard poczuł za to, że Gertruda delikatnie ugryzła go w palec.
Wiedział dlaczego. A wolałby nie wiedzieć.
Chcąc jakoś przerwać tę niezręczną sytuację wyciągnął rękę i w ten sposób przywołał do siebie Brunhildę. Stanęła u boku męża i dygnęła przed Gertrudą, prezentując swój wspaniały, mieniący się strój. Nie miała w związku z tym takiej satysfakcji, jak to sobie wyobrażała – prawdopodobna tragedia tej kobiety gasiła w niej radość. Właściwie czuła się nawet trochę niezręcznie. Mimo to uniosła dumnie głowę, nie chcąc wyglądać mniej dostojnie niż Gertruda z Daimenhoffu, urodzona przecież niżej, zaledwie jako córka margrabi.
– Pani – żona Roberta zwróciła się także do niej. – I ciebie proszę o łaskę oraz modlitwę przez wzgląd na twe sławne miłościwe serce.
Brunhilda dygnęła w odpowiedzi. Uśmiechnęła się w nadziei, że udawana życzliwość nie będzie wyglądała na jej twarzy aż tak groteskowo, jak się jej wydawało.
– Będzie to dla mnie radością gościć tak znamienitą damę i jej orszak – odparła. – A gdyby waszej miłości zabrakło pod mym dachem czegokolwiek, niechaj Jedyny poczyta mi to za ciężką winę.
– Pani, jesteś nadto łaskawa. – Gertruda ucałowała jej dłonie. – Jedyny mi świadkiem, że nie śmiałabym zarzucić mym dobrodziejom jakiegokolwiek uchybienia.
Brunhilda klęła w duchu zapamiętale i nad wyraz obrazowo. Wszyscy patrzyli na tę scenę – zarówno rycerze Abelarda, jak i ci, których przywlokła ze sobą ta jędza. Perfidnie to wykorzystała, zmuszając grafa do deklaracji gościny i życzliwości. Oraz – co grosze – zmuszając do tego samą Brunhildę. Jakiekolwiek uchybienie damie rzeczywiście byłoby teraz odczytane jako ciężka obraza i mogłoby stać się przyczynkiem do afery. Bahendheim nie potrzebowało więcej afer. Ba! – nie mogło sobie na nie pozwolić.
A przecież Abelard udzieliłby jej gościny z wszelkimi wygodami i bez tych żałosnych scen. Wiedziała o tym. Brunhilda założyła więc natychmiast, że w całym przedstawieniu chodziło właśnie o nią – o to, by zamknąć jej usta i wytrącić z ręki wszelką broń.
O, nie! Nie będzie tak łatwo!
– Wasza miłość. – Abelard podał ramię Gertrudzie.
Ujęła je ochoczo, zachowując jedynie pozory dystyngowania. Z daleka oczywiście nie było to widoczne, ale Brunhilda stała obok. Odebrała to jako kolejny policzek wymierzony w nią. Jakby Gertruda chciała jej powiedzieć, że przejmuje to miejsce w posiadanie i prawdopodobna śmierć jej męża nie ma tu niczego do rzeczy. Skomentowała to jednak uprzejmym uśmiechem. Cóż innego mogła zrobić?
Prowadząca małego Fryderyka Tamen ruszyła za nimi. Chłopiec coś mówił, dopytywał się – był ciekawy nowego miejsca. Mamka uciszała go jednak bez przerwy, powtarzając, że jest niegrzeczny. Brunhilda – chcąc odwrócić myśli od Gertrudy i jej bezustannych prowokacji – spojrzała na niego ze smutkiem. Obecność tego dziecka bolała ją podwójnie. Z jednej strony, przypominała o dziedzicu, którego tak pragnął jej mąż, a którego ona nie mogła mu dać. Z drugiej – to po prostu było straszne. Fryderyk być może właśnie stracił ojca, a nie zdawał sobie nawet z tego sprawy.
Brunhilda nigdy nie lubiła tego dzieciaka – uważała, że jest hałaśliwy, rozwydrzony i kapryśny – ale teraz naprawdę go żałowała. Został sierotą, a ich los zawsze w jakiś sposób był okrutny. Nawet jeśli otaczano je bogactwem i pozorną życzliwością, zawsze pozostawały niechciane i niekochane. Nikt nie wiedział, co tak właściwie z nimi począć.
To zakrawało na jakąś okrutną ironię losu – z jednej strony była ona, Brunilda, kobieta, która z całego serca pragnęła dać swemu mężczyźnie potomka, ale nie mogła tego uczynić, a z drugiej Gertruda prowadząca za rączkę małą sierotę, która tylko wszystkim zawadzała, bo jej status nie został jednoznacznie określony i być może nigdy już nie zostanie. Wszak nawet status Roberta nie był nigdy do końca jasny. W jego syna mogło to uderzyć z podwójną siłą, zwłaszcza że nie ostał się nikt, kto mógłby go ochraniać. Pozycja jej miłości Gertrudy z Daimenhoffu była – owszem – dość wysoka, ale również opierała się głównie na jej małżeństwie z Robertem. Kobieta mogła więc teraz sama znaleźć się w potrzasku. Wszystko zależało prawdopodobnie od tego, jak na zaistniałą sytuację zareaguje jej ród. I od tego, jak szybko uda jej się ponownie wyjść za mąż.
Brunhilda nie wierzyła bowiem w cudowne ocalenie Roberta. W nadziei, jaką karmili się Abelard, Gertruda i część wielmożów, widziała raczej efekt działania paniki i zaskoczenia niż chłodną ocenę sytuacji. Skoro wszyscy zginęli, to dlaczego cudem uratować miałby się właśnie on? To zakrawałoby na cud. Albo na wyjątkowego pecha – w zależności od dalszego rozwoju wypadków.
Westchnęła smutno. To ją w jakiś sposób przytłaczało. Wiedziała, że powinna po prostu żałować losu jej miłości Gertrudy i jej syna, ale chcąc czy nie, zaczęła rozpatrywać tę sytuację pod kątem politycznym. Dlaczego – jak inne damy – nie mogła po prostu oddać się łkaniom? Wychowano ją inaczej – na ambasadora swego kraju, tak, by dokądkolwiek nie pojedzie, zawsze miała oczy szeroko otwarte, szukała uchylonych drzwi i potrafiła wciskać się w każdą szczelinę. To działało w niej już zupełnie bez udziału woli. Po prostu – analizowała położenie niemal bezwiednie, jednocześnie rozpatrując kilka kolejnych możliwych ruchów. Abelard cenił ją za to, bo miał w niej doradcę i krytyka własnych posunięć. Ona jednak czasami nie mogła wybaczyć sobie, że tak łatwo ulega tym mechanizmom, nie pozwalając swobodnie wybuchnąć uczuciom.
A przecież była kobietą! Damą! Wspomożycielką i obrazem miłosierdzia!
Nie była. Pragnęła być, ale nie była.
*
Żył.
Stwierdził to z niejaką konsternacją, ale dowody wydawały się niepodważalne. Najważniejszy i najbardziej oczywisty był ból. Dziwaczny, bo prócz rozsadzającego pulsowania w czaszce, Robert czuł jakby coś pełzało pod jego skórą, ślizgając się po mięśniach i kościach. Nie potrafił jednak odnaleźć w sobie źródła tego wrażenia, nasilającego się zresztą przy każdej podjętej próbie ruchu. Jakby całe ciało zostało w ten sposób porażone. Całe – łącznie z twarzą.
Prócz tego rwało go we wszystkich skaleczeniach i zadrapaniach, ale wydawało się, że nie jest poważnie ranny. Kiedy wszystko się zaczęło, jeden z rycerzy przewrócił go na ziemię i zasłonił własnym ciałem. Temu prawdopodobnie Robert zawdzięczał ocalenie. W duchu zmówił modlitwę za duszę dzielnego żołnierza. Nie sądził bowiem, by ktokolwiek poza nim przeżył spotkanie z bestią. On – rzecz jasna – też mógł jeszcze zginąć. W każdej chwili.
Owszem, najrozsądniej było wrócić do wąwozu i tam poczekać na resztę orszaku. Ale tamtej nocy Robert myślał tylko o tym, by znaleźć się jak najdalej od miejsca okrutnej kaźni i cuchnącej paszczy potwora, a potem nie miał już sił, by jasno myśleć. Sunął po prostu przed siebie, gnany tylko i wyłącznie wolą życia. Zresztą nie wiedział, gdzie jest. Po raz pierwszy widział ten las, a nawet, gdyby go znał, nocą wyglądał przecież jak plątanina ciemnych i jeszcze ciemniejszych plam.
Drugi dowód na to, że śmierć nie nadeszła, stanowiło zimno. I związana z nim gorączka. Trzęsła całym ciałem i wzmagała jeszcze uciążliwy szum za oczami, upodabniając go do brzęczenia chmary komarów.
A zatem Robert żył. Ale to, co pozwalało mu to stwierdzić, sugerowało również, że śmierć jest już blisko.
Próbował się dźwignąć, ale ramiona odmówiły posłuszeństwa. Osłabione i drżące załamały się akurat w najmniej odpowiednim momencie. Robert upadł twarzą w mech.
Nie zamierzał się poddawać. Dźwignął się znowu. I znów poniósł porażkę. Zaczynało docierać do niego, jak jest źle. Organizm nie poddawał się już rozkazom umysłu. Wydawał się wręcz zbędnym balastem, trudnym do opanowania zbiorem kości i mięsa. Tak nędzne… Tak kruche… Nic dobitniej nie świadczyło o jego ziemskim, grzesznym charakterze, jak to upokorzenie.
Ale Robert wciąż je miał i musiał sobie z nim poradzić. Zacisnął zęby i podjął jeszcze jedną próbę. Również nieudaną.
Zaczynał tracić nadzieję. Wiedział, że drzemka w niczym mu nie pomoże, bo głód i gorączka będą go trawić nadal. Mogło być już tylko gorzej. Czas, jaki darowano mu na ocalenie, dramatycznie się kurczył. Niebawem czające się w gąszczu zwierzęta wyczują jego słabość i zaatakują, nim jeszcze jego duszę zabierze śmierć. Albo z mroku nocy wyłoni się kolejna bestia, by dopełnić dzieła poprzedniej.
Robert nie mógł się poddać. Jeszcze nie teraz. Gdzieś tam przecież czekała na niego Gertruda – tak krucha i delikatna. Czekał Fryderyk. I Abelard, który potrzebował, by u jego boku znalazł się ktoś o mniejszym temperamencie, za to z większą wiarą. Czekali na niego ukryci za tymi drzewami poganie, całe rzesze ludzi, podążających na zatracenie. Należało ich ocalić, ukazując ścieżkę prawdziwej mądrości. Musiał przeżyć. Musiał wydostać się z tego piekielnego gąszczu i odnaleźć drogę do Bahendheim.
Spróbował raz jeszcze. Ramiona wytrzymały. Ciało dygotało jak szalone, a rany paliły jak posypane solą, ale Robert nie upadł. Mógł iść po czworakach. Jak na początku, choć teraz każdy krok kosztował go stokroć więcej wysiłku. Ale też był stokroć bardziej świadom tego, co dzieje się wokół niego. Możliwe przecież, że właśnie toczył bitwę o dusze tych biednych, zaślepionych przez gusła pogan.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Krin » 25 października 2014, 20:45

Abelard wiedział już, jakie wieści przynosi, ale i tak ścisnęło mu się serce. Cieszył się na ten dzień. Kochał Roberta mimo wszystkiego, co powinno ich dzielić i tęsknił za nim.
Brat, którego kochał, umarł, a on "cieszył się na ten dzień"?

Fragment wcale nie wydał mi się ciężki i niestrawny. Mam nawet wrażenie, że poszło mi z nim dużo lżej niż z poprzednim. Choć może wtedy poraziło mnie strasznie zachowanie Gertrudy i w mym sercu zrodził się sprzeciw.
Ale wróćmy do tematu.
To jest, jak rozumiem, początek powieści. Więc jak na dobry początek powieści przystało, nie wiadomo jeszcze, o co będzie chodzić. Jeśli już by było wiadomo, znaczyłoby to, że akcja dzieje się zbyt szybko. To dobrze dla ciebie, ale gorzej dla mnie, bo trudno mi coś napisać. :D

Zacznę może od tego, że w scenie z posłańcami coś ci się chyba pomieszało. Na koniec posłaniec wybucha łzami. Piszesz o nim tak, jakby dalej był to ten poprzedni posłaniec - wyprowadzony z równowagi, młody giermek. To mi się tu zdecydowanie nie zgadza.

Trudno powiedzieć, czy akcja mi się podoba, czy nie. Napiszę więc, którzy bohaterowie mi się podobają.
Lubiani: Abelard, Nimhard, Robert
Nielubiani: Gertruda, Brunhilda, Fryderyk, Tamen
Wiem, że wygląda to dość niepokojąco, ale niechęć do Gertrudy wynika z mojej oceny jej zachowania na samym początku, a niechęci do Fryderyka nie potrafię wytłumaczyć. Tych (moim zdaniem) istotniejszych bohaterów lubię. Szczególnie Roberta, choć to dla kogoś z moją niechęcią do ludzi religijnych dość dziwne. Chyba po prostu lubię osoby (nie tylko postacie), które mają w życiu jakiś cel i cały czas do niego dążą, kiedy przyjmują jakąś doktrynę i je się trzymają, a nie próbują się wymigać od obowiązków za wszelką cenę. Może inaczej - nie są to cechy lubiane, lecz budzące podziw, a w przypadku postaci literackich budzą sympatię. Nie liczę tu naturalnie celów typu - zniszczyć świat, wymordować pogan, być najfajniejszym dresem na dzielni i podobnych.

Dalej czekam na rozwój wypadków. :)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Joa » 11 sierpnia 2016, 16:02

Wiesz jak to jest ze mną i z fantastyką - lubię, ale niekoniecznie jara mnie tak jak obyczaj. Nie będę udawać - nie inaczej jest z "Ileil" (pięknie brzmi ten tytuł i na pewno zaciekawia, także dobry wybór) - mogę czytać z zainteresowaniem, ale nie podjarałam się fabułą lub bohaterami. Poza tym - 2014? Halo, Kili, tylko dwie wstawki w dodatku? I gdzie ta telenowela, którą zapowiadasz w wątku w Ewidencji? :D
Bohaterzy to nie jest najlepsza strona tego tekstu, Kruffachi.
Gertruda piękna, blada, jasnowłosa, niebieskie oczy, wąska kibić. Po przeciwnej stronie barykady Brunhilda - bardziej kobieca w kształtach i męska, jeśli chodzi o umysł. Ale pomimo dość długich fragmentów o obu, wielu informacji, to niestety są one bardzo dla mnie nudne. Nie przeszkadza mi to właściwie póki co, ale jeśli chciałabyś wrzucić więcej tekstu, to obawiam się, że coraz bardziej by mnie to zaczęło irytować. Ale wiesz jak to jest z kobiecymi postaciami - ciężko o dobrą, interesującą. Zazwyczaj albo wzbudzają niechęć, irytację, złość lub są czytelnikowi obojętne.
Robert - ma zadatki. Naprawdę. Mogłabym go polubić (czołga się w mchu, no stara!), ale te kilka fragmentów (dwa?) z jego perspektywy to za mało, żeby powiedzieć, że to sympatia. O - zasiałaś ziarno, zaciekawiłaś, ale musisz podlać, żeby to proso zgniło lub wyrosło (brawo, Joa, self five!).
I Abelard. Z nim jest jak z Robertem - jest ziarenko, które póki co nie kiełkuje - dzięki temu fragmentowi:
SpoilerShow
Zmęczeni, lśniący od potu leżeli obok siebie – ona z zamkniętymi oczyma, wtulona w jego szeroką pierś, on – gładząc czule jej kasztanowe włosy. Nie rozmawiali o dziecku, które mogło się przed chwilą począć. Nie robili tego od wielu miesięcy, czując, że takie jałowe dyskusje wcale im nie pomagają.
– Kocham cię, najdroższy – szepnęła Brunhilda, jakby chcąc wynagrodzić mu płonne nadzieje, jakie pewnie wypełniały teraz jego myśli.
Odpowiedział jej pocałunkiem w głowę. Jej kasztanowe, tak wspaniale lśniące włosy też uwielbiał. Mówił czasem, że szkoda dla nich klejnotów i Brunhilda powinna unikać wpinania w nie ozdób. Nie powodowało nim jednak skąpstwo ani – jak u jego brata – fanatyzm. Naprawdę tak uważał. Naprawdę uważał, że jego żona najpiękniejsza jest naga, nawet bez trzymającego na wodzy jej brzuszek gorsetu.
Taka jak teraz – z rozpuszczonymi włosami, zaróżowioną gładką skórą i błyszczącymi fiołkowymi oczyma. Z pewnością nadal uważał pojawienie się dziedzica za kwestię czasu i miał się za najszczęśliwszego mężczyznę na świecie.
Nie był nim.
Resztę bohaterów jakoś ominęłam, nie mam za wiele o nich do powiedzenia, więc nie będę lać wody, bo to bez sensu, wiesz sama.
Sam świat - ja skupiam się zazwyczaj na nim najmniej. Te polityczne zagrywki, jakieś niesnaski pomiędzy rodami, krajami i tak dalej - mnie to najmniej interesuje zawsze i musiałabym się skupić, żeby to sobie usystematyzować, więc nawet nigdy nie próbuję - straciłabym całą przyjemność z czytania. Z tego względu wybacz, ale ogarniam tylko baaardzo ogólny zarys. Nie było tego dużo (chwała Ci, Kili, bo ja nie lubię, nieważne jak dobrze to jest opisane, takie spaczenie). Podobają mi się wątki ze Śmiercią. Przyznam szczerze - zaczęłam Ileil już dawno i nie mogłam wyjść poza kilka pierwszych akapitów. Trochę się zmusiłam teraz, bo obiecałam Ci komentarz, ale nie żałuję. Lubię czasami przeczytać coś innego, bo mogę się wiele nauczyć. A od Ciebie, sama wiesz, nauczyć można się wiele. Jesteś tak dobra konstrukcyjnie, odnajdujesz się w wielu gatunkach, stylach, świetnie radzisz sobie ze stylizacją. Umiesz wchodzić do głowy bohaterom. Nie silisz się na coś, co Ci nie gra - a jeśli silisz, to tego nie widać.
Nie wiem, co jeszcze mogę napisać. Może podsumuję - ciekawa jestem Roberta, Abelarda, wątku ze Śmiercią.
Oczekiwałabym więcej od Ciebie pod względem postaci.

No. Czekam. Może jeszcze wrzucisz ciąg dalszy. Albo może Ci się ta opinia przyda.
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Ileil [kontynuowane, +16]

Post autor: Kruffachi » 28 października 2017, 11:38

Przenoszę - mam nadzieję - tymczasowo, bo falstart i nie wiem, kiedy wrócę do tego tekstu.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Zablokowany