Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Arystokracja i inni

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Arystokracja i inni

Post autor: szczepantrzeszcz » 19 marca 2017, 21:17

Za każdym razem, kiedy słowo "arystokracja" pojawia się pośród tematów, dwa aspekty "bycia arystokratą" dominują w rozmowach. Pierwszy, to hierarchia osób, drugi — hierarchia wartości. Hierarchia osób wydaje się dobrze zrozumiała i ugruntowana. Nie ma znaczenia czy dyskutują dżentelmeni w angielskim klubie, czy profesorowie na uniwersytecie, czy też trwają typowe nocne-Polaków-rozmowy. Przyjmuje się powszechnie, że bardziej-arystokrata stawiany jest wyżej niż mniej-arystokrata. Hierarchia wartości traktowana jest po macoszemu, stąd też moja próba napisania tekstu, w którym ów aspekt, pomijany nader często, zajmie należną pozycję.


Arystokracja i inni.

Określenie "arystokrata" nieodmiennie, niezależnie od epoki i obowiązujących mód, zawiera silnie pozytywny ładunek. Pomijając postawy socjalistyczno-jakobińskie, których ani naśladować nie warto, ani o których nie warto pisać, określenia "arystokrata" używamy w stosunku do kogoś, kto budzi w nas podziw lub uznanie. Używamy, często nieświadomie, wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że dana osoba coś ku pożytkowi wspólnemu wniosła. Większość pragnie przynależeć do arystokracji, przy czym większa część owej większości nie zadaje sobie trudu, aby się zastanowić, co owo pojęcie, monumentalne jak piramida Cheopsa i słodkie jak landrynki, oznacza.

Ipsa historia repetit mawiali starożytni. Dzisiaj powiadamy, że historia lubi się powtarzać. Cykliczność z jaką w ludzkich umysłach ewoluowały pojęcia, odnoszące się do lepiej urodzonych, dobrze regułę potwierdza. Znaczenie arystokracji rosło zawsze wtedy, kiedy poziom życia spadał, kiedy przetrwać było trudniej. Skoki cywilizacyjne (mam na myśli skoki ku wyższym standardom życia) zawsze skutkowały umniejszeniem znaczenia błękitnokrwistej części populacji, a co za tym idzie tarciami, konfliktami... w konsekwencji rozlewaniem krwi i atramentu, niekiedy w odwrotnej kolejności, jednak zawsze na znaczną skalę.

Arystokraci byli od zawsze. Wiąże się to ze zjawiskiem zmienności osobniczej. Przez kilkadziesiąt tysięcy lat swojej prehistorii, a potem w ciągu kilku historycznych tysiącleci, człowiek przerobił na własnej i cudzej skórze wszystkie możliwe do życia warunki. Przetestował również bardzo wiele warunków, które można zgodnie uznać za niemożliwe do życia, niekiedy z powodzeniem, a za każdym razem dało się zauważyć naturalny podział na osobniki, które radziły sobie gorzej, na takich, co radzili sobie lepiej i na nieliczną grupę jednostek wybitnych — arystokratów. Arystokraci nie tylko radzili sobie świetnie, ale również umożliwiali (lub częściej ułatwiali) przetrwanie całej zbiorowości. Wybitność w jednakowym stopniu mogła polegać na umiejętności zdobywania pożywienia, zorganizowania obrony wobec śmiertelnego zagrożenia, zdolności do spłodzenia licznego, zdrowego potomstwa, czy stworzeniu, albo przyczynieniu się do powstania dzieła sztuki, kiedy żołądek był już pełny, kobieta zaspokojona i ludkość zaczynała zauważać, że do życia potrzeba czegoś jeszcze. Wybitność wiele imion posiada.

Nie jest moją intencją deprecjonowanie arystokracji (porównanie z dzikusami może łatwo takie skojarzenia wywołać), ale podkreślenie owej immanentności elity w każdym ludzkim zbiorowisku. Arystokraci nie istnieją, jak to się zwykło przyjmować (zwłaszcza pośród tych, co kwiczą przy żłobie) "z łaski bożej", ale istnieją, bo są potrzebni. Niezbędni. Arystokratą jest ten, co coś wnosi. Człowiek, który bycie arystokratą sprowadza do dyskretnego i zróżnicowanego demonstrowania swojej wyższości, arystokratą nie jest. Jest dupkiem.

Kształtowanie szlacheckiego etosu zdominowały dwa czynniki. Pierwszy, to podniesienie żądzy przetrwania do rangi idei. Głupio jest sprowadzać arystokratyczność do kwestii jurności, czy umiejętności zbierania orzeszków. Znacznie lepiej używać określeń "dobro publiczne" albo "interes wspólny". Drugim czynnikiem, tak samo istotnym, było i jest głębokie przekonanie o dziedziczeniu pewnych cech (również tych pożądanych) przez potomstwo. Obie determinanty można nie tyle łatwo zakwestionować, co ująć zupełnie innymi słowy. Nic dziwnego, że koryfeusze egalitaryzmu potrafią brzmieć przekonywująco, potrafią gładko uzasadnić, że równość winna być powszechna i obejmować nie tylko równość obywatela wobec prawa (o tym koryfeusze bardzo chętnie zapominają), ale jakąś wydumaną "równość powszechną", gdzie wszyscy są absolutnie równi, a koryfeusze jeszcze równiejsi. Piszę w tonie ironicznym. Do ironii skłaniają zarówno bardzo częste postawy demonstrowania "arystokratyczności własnej", jak równie powszechne "arystokratyczności cudzej" deprecjonowanie. Nader rzadko można zetknąć się z refleksją, czy choćby pytaniem, co owa "arystokratyczność" oznacza, co oznaczać może.

W europejskiej kulturze stan szlachecki kojarzy się z własnością ziemską. Słusznie. W wielu trzecim naszej ery, kiedy arystokrata był obowiązkowo obywatelem polis, instytucje Imperium zaczęły funkcjonować na wzór i podobieństwo bardzo cienkich rajstop noszonych przez panienkę przyodzianą w spódniczkę mini i buszującą w jeżynach. Miasta, w szczególności urzędy, pragnęły kontrolować wszystko i wszystkich. Pozycja w hierarchii przestała zależeć od jakichkolwiek cech, które uważano (i dalej się uważa) za przymioty ciała oraz ducha. Wartościowanie sprowadzono wyłącznie do połączenia umiejętności poruszania się w gąszczu absurdalnych reguł i przepisów z umiejętnością fizycznej likwidacji konkurentów. Co gorsza, taką postawę uznano za dobrą i naśladowania godną... coś mi to przypomina, ale nie będę zbaczał z tematu. Z powszechnej świadomości wyparowało przekonanie, że od ludzi, którzy mają przywileje, należy wymagać. Nikt niczego nie wymagał... sorry obywatele Rzymianie, taki mamy klimat... wystarczyło być.

Wszyscy, którzy charakteryzowali się niezależnym myśleniem zaczęli uciekać z miast i tworzyć własne światy i własne hierarchie. Duży ziemski areał, zarządzany bezpośrednio przez właściciela, pozwalał wyżywić liczną klientelę, co więcej umożliwiał wytwarzanie na miejscu dóbr codziennego użytku. Mieszkańcy takiego feudum uniezależniali się od świata zewnętrznego i w głębokim poważaniu (czytaj: w dupie) mieli wydarzenia w metropoliach. Można się zastanowić, dlaczego taki, a nie inny sposób na życie przyciągał rzesze wolnych obywateli, głównie tych, którzy cenili sobie niezależność myśli. Można ów fenomen tłumaczyć, używając zawiłych ekonomicznych terminów, powołując się na złożone historyczne procesy. Ja myślę, że wyjaśnienie jest znacznie prostsze. Zależność od patrona zapewniała minimum wolności, zależność od instytucji państwa już nie.

Pod koniec wieku trzeciego koło historii zataczało akurat ten fragment łuku, na którym przetrwać było trudniej. Świat metropolii nie nadawał się do życia. Własne światy i własne hierarchie były po prostu lepsze.

Pamięć wieku dziewiętnastego, z jednej strony wieku "pary i normalności", a z drugiej okresu, który pozornie wyznaczył kres arystokracji, jest ciągle żywa i dobrze w źródłach udokumentowana. To prawda, że zanikały rozbudowane semi-feudalne struktury, że zmieniająca się gwałtownie obyczajowość w coraz mniejszym stopniu uwzględniała istnienie "dobrze urodzonych", ale prawdą jest również, że z powszechnej świadomości wyparowało przekonanie o istnieniu ludzi zdolnych do działań, do jakich nie każdy jest zdolny, depozytariuszy wartości powszechnie cenionych, tych którzy potrafią więcej i od których więcej się wymaga.

Pamięć wieku dwudziestego zaakceptowała taki stan rzeczy. Zaakceptowała cichą przystań, non-iron..., zaakceptowała pełną michę. Mało kto zauważył, że coś zniknęło. Telewizor, samochód, domek nad jeziorem, rodzinna fotka na tle piramid odwróciły uwagę człowieka. Pozostały, jak śpiewał Bułat Okudżawa, cokoły, na których nie stoi już nikt.

Pamięć wieku dwudziestego pierwszego... tęsknie spoglądam za siebie, ale przecież patrzeć w przyszłość należy. Patrzę zatem w przyszłość, w jesień czasów. Liście zdarzeń zawirowały na wietrze, tak samo jak wczoraj, tak samo jak przed wiekami. Historia kolejne zatacza koło.

Awatar użytkownika
kreSka
Posty: 10
Rejestracja: 01 marca 2018, 20:50

Re: Arystokracja i inni

Post autor: kreSka » 26 marca 2018, 18:38

Bale - arystokracja miała bale. Te tańce i ta muza....
Piękne stroje panie ... ech :)
https://www.youtube.com/watch?v=BWA81rxJoRE

Ghost edit:
A co robił chłop - żarł łapami , był brudny, niewychowany. taki " typowy robol " :D.\ A arystokarcji potem narodziła się dzisiejsza inteleigencja również przez mezalianse.
Z~

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Arystokracja i inni

Post autor: szczepantrzeszcz » 26 marca 2018, 22:11

Bardzo zacny klip. O'kudżawa rzekłby, że twórca owego klipu jest arystokratą ducha. Mi się wydaje, że prościej powiedzieć jest arystokratą.

kreSka pisze:
26 marca 2018, 18:38
Bale - arystokracja miała bale. Te tańce i ta muza....
To nie była arystokracja. To byli po prostu bogaci ludzie.

kreSka pisze:
26 marca 2018, 18:38
Piękne stroje panie ... ech :)
Sorry, dla mnie, męskiej szowinistycznej świni, ważniejsze to, co można wewnatrz takiego stroju znaleźć.

kreSka pisze:
26 marca 2018, 18:38
A co robił chłop - żarł łapami , był brudny, niewychowany. taki " typowy robol "
...przy okazji stworzył cywilizację :)

kreSka pisze:
26 marca 2018, 18:38
A arystokarcji potem narodziła się dzisiejsza inteleigencja również przez mezalianse.
To nie jest prawda.

Dzięki za wizytę. Dawno mnie na Literce nie było.

ODPOWIEDZ