Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Mierności raj - w to mi graj

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Mierności raj - w to mi graj

Post autor: Nazareth » 21 stycznia 2017, 12:07

Parę dni temu w ringu zmierzył się siłacz z raperem. Wydarzenie dnia, tygodnia, miesiąca. Długo oczekiwane, a teraz długo będzie przeżuwane, jak miało to już miejsce wiele razy wcześniej. Żeby daleko nie szukać przykładów, można się powołać na Gołotę czy, Najmana – wcześniejszych minutowych wojowników. Od razu ruszyła kawalkada memów, demotywatorów i innych internetowych złośliwości. Zastanawiam się jednak: dlaczego? Tego samego wieczora, na tym samym ringu, w godzinie mniej więcej zbliżonej odbyły się dwie inne walki. Ciekawsze, lepsze technicznie i na pewno dłuższe. Co prawda nie były to wiekopomne starcia tytanów, jak pojedynek Mohameda Ali z Joe Fraizerem czy Gentelmena Jima z Boston Strong Boyem. Niemniej były to walki na poziomie – w przeciwieństwie do tej, która stała się atrakcją wieczoru i medialnym hitem.
Zaraz, zaraz! Ktoś w tym momencie przerwie mi wywód, mówiąc, że zarówno raper jak i siłacz to pełnoprawni zawodnicy KSW a nie żadni amatorzy. Czy aby na pewno? Pudzian jako „najsilniejszy człowiek świata” został zaproszony do MMA dawno temu i stoczył wiele pojedynków, udowadniając swoją wartość w tej dyscyplinie. Zgoda – mimo że przyczyną jego zaproszenia była właśnie nadludzka siła, a nie doświadczenie w ringu i niejako został on adaptowany w to środowisko, ponieważ – uwaga – cieszył się już sławą i dokonaniami w dyscyplinie, która ma wielu wspólnych widzów.
„A Popek? On przecież w MMA zaczynał!”. No tak, prawda. Pan Rak w 2008r. stoczył trzy walki, przebywając na ringu łącznie w całej karierze dwanaście minut i dwanaście sekund (sic!), czyli mniej niż jeden pełnowymiarowy mecz tej dyscypliny. Oto całe jego doświadczenie, po którym stwierdził, że lepiej jest wyglądać na groźnego i o tym mówić, pardon śpiewać, niż faktycznie udowadniać to w staromodnym fizycznym starciu. Jego walka z Pudzianem zakończyła się w osiemdziesiątej sekundzie, kiedy to muzyk został zmiażdżony przez siłacza. Właściwie, można się było tego spodziewać.
Internet zawrzał, media wykipiały, temat pojedynku KSW zagościł w domach i na ulicach, i wszyscy zaczęli sobie robić z Popka, kolokwialnie rzecz ujmując, jaja. Dlaczego? Według nieoficjalnych danych, chłop na tej walce zarobił milion (!) złotych – nowych polskich, dodam dla uściślenia i rozwiania wszelkich wątpliwości. Trzydzieści lat pracy przeciętnego obywatela RP (jeśli wierzyć statystykom mówiącym o średniej krajowej, które według mej skromnej opinii nie warte są funta kłaków), w osiemdziesiąt sekund. Chrystusie Nazareński! Przecież gdyby przedstawiono mi podobną propozycję, bym miał się mierzyć z naszym współczesnym Heraklesem – nawet za połowę tego królewskiego okupu – dziś już zacząłbym w worku pokutnym czołgać się do Warszawy (czy gdziekolwiek indziej), co kilometr przystając i dziękując za tę łaskę Najwyższemu. Dramatyzuje piekielnie, ale chyba każdy rozumie, o co mi chodzi. Zdarzało mi się wcześniej dostać po pysku zupełnie charytatywnie, więc perspektywa, by ktoś zapłacił mi nawet ułomek kwoty, która przypadła samozwańczemu królowi Albanii, jest bardzo kusząca, szczególnie biorąc pod uwagę czas, w którym można się tego majątku dorobić. Założę się, że mnie zajęłoby to jeszcze krócej niż Panu Rakowi i przełknąłbym wstyd płynący z porażki z większą godnością niż on.
Oczywiście nie jestem pierwszym, który doszedł do podobnych wniosków, widać to po memach i artykułach wyskakujących jak grzyby po deszczu w ciągu ostatnich kilku dni. Po co więc o tym piszę? Już tłumaczę: problem sięga o wiele głębiej. Pytanie, które stawiam w tym tekście, jest następujące: dlaczego spośród trzech walk, największą uwagę zbiera ta najgorsza? Odpowiedź jest dość prosta. Obniżenie standardów. Społeczna degrengolada. Lenistwo odbiorców. Kompleksy.
Pozwólcie, że wyłuszczę o co mi chodzi. Kiedy Dominator odniósł swe miażdżące zwycięstwo, udowadniając, że swój pseudonim nosi nie bez kozery, sprawił, że demonicznie wyglądający Popek przestał być jakimkolwiek zagrożeniem. Został cieniasem i frajerem, który przegrał walkę w mniej niż półtorej minuty. Teraz zadowoleni Janusz z Sebkiem mogą docinać mu bez końca. Poczuć się lepszymi od przegranego. Oni również nie mieliby szansy w takiej walce, ale właśnie dzięki temu mogą postawić się na równi z „medialnym bogiem Popkiem”. To jest właśnie to, co podoba się nam w podobnych walkach, w obniżeniu standardów – stajemy na tej samej półce z „wielkimi tego świata”. I jedyne, co musimy zrobić, by sami poczuć się przez chwilę jak legendarni herosi ekranów większych i mniejszych, to złożyć się na milion dla rapera i drugi dla siłacza – betka.
Gdyby to zjawisko kończyło się na telewizyjnym mordobiciu, pewnie nie zawracałbym sobie głowy, by siąść do klawiatury i o nim pisać, ono jednak sięga głębiej, dużo głębiej. Pozwól, że zapytam Cię, drogi czytelniku, kiedy ostatnio oglądałeś hollywoodzki film nakręcony na podstawie oryginalnego scenariusza? Wyłączając, być może, ostatnie podrygi ekscentrycznego Tarantino. Nie wiesz? Ja też. Ponieważ w Krainie Marzeń oryginalne filmy już nie powstają. Każdy obraz, którym jesteśmy raczeni, realizowany jest na podstawie książki, komiksu, gry komputerowej, starszego filmu, ewentualnie o żywocie, kogoś już znanego, który to profanuje się i ufantastycznia dość mocno, by jak najbardziej ociekać krwią i dramatyzmem. W bólach tych zabiegów powstają potworki łamiące rekordy w kinowych kasach. Jak potworna „Zjawa”, nad którą rozpływali się krytycy ze wszystkich stron świata, a która była jednym z najgorszych filmów, które zdarzyło mi się w życiu oglądać. Dlaczego tak się dzieje? Otóż dlatego, że jeżeli pomysł już raz został sprzedany, to sprzeda się ponownie, zmniejsza to ryzyko finansowej straty. Hollywoodzki świat finansjery ostatecznie zamknął drzwi przed artystami, z prostego powodu – są ryzykownie nierentowni.
Co takiego, czytelniku? To tylko Hollywood? Tylko parę filmów? Pójdźmy więc dalej i przenieśmy się do muzyki, w której linie melodyczne układane miesiącami, na instrumentach, w których grze muzycy szkolili się przez lata, i teksty będące niczym innym jak poezją zostały zastąpione przez komputerowe syntezatory i monosylabowe wyrazy wyjękiwane przez kogoś, kto fanów zyskuje ekscentryczną prezencją zamiast kunsztem. Czemu więc cieszy się popularnością? Ponieważ jest niewymagająca. To muzyka, której nie trzeba słuchać, która nie absorbuje uwagi. Stanowi tło jazdy samochodem, wizyty w salonie kosmetycznym, supermarkecie i tak dalej, i tak dalej. Nie trzeba... co ja mówię? Nie można zatrzymać się i nią zachwycić, gdyż zwyczajnie nie ma czym. Nie ma w niej nic, a więc nie rozprasza, nie odciąga naszej uwagi, nie musimy się w niej „zatopić”, by ją zrozumieć. Więc nie musimy marnować na nią czasu. Jest idealna dla odbiorcy leniwego, który muzyki chce słuchać, ale której nie ma czasu usłyszeć. Strach pomyśleć bowiem, co by było bez muzyki – ktoś mógłby zostać sam w ciszy własnych myśli.
Film i muzyka, tak? Główne, najbardziej rentowne nurty współczesnej, szeroko pojętej sztuki. Ale przecież ambicja nie umarła wszędzie, tylko w popkulturze, tylko na tej szerokiej, rozlanej tłustą plamą mierności powierzchni, tak? Nie. Nowoczesne nurty malarstwa i rzeźby są na poziomie małpich bazgrołów, co zresztą udowodnił już w latach sześćdziesiątych szwedzki dziennikarz Åke „Dacke” Axelsson. A dokonał tego tym prostym sposobem, że zaczął wystawiać „dzieła” malarza o pseudonimie Pierre Brassau, który w istocie był wypożyczonym przez niego z zoo... szympansem. Nim mistyfikacja wyszła na jaw, małpa Peter zjednała sobie praktycznie wszystkich szwedzkich i wielu światowych krytyków, jak również sprzedała kilka obrazów za bardzo dobre pieniądze.
Akurat artystów znam osobiście całkiem sporo. Malarzy, rzeźbiarzy, fotografów i innych kapłanów sztuk wizualnych. Większość z nich, nawet tych w mojej opinii świetnych, tworzy w weekendy i po pracy. Nie w atelier, a w garażach i zagraconych mieszkankach. Wielu z nich ma doskonałe przygotowanie merytoryczne, wyższe wykształcenie w kierunku sztuk pięknych, dorobki artystyczne ale tworzą hobbystycznie, bo ze sztuki nie można wyżyć. Bo łatwiej kupić w Ikei albo Jysku zdjęcie powielane milion razy na plakatowym papierze niż takie, w które ktoś włożył serce, duszę i lata doświadczenia. Łatwiej niż obraz namalowany własnoręcznie przez artystę na płótnie. Artyści przegrywają z pseudo oryginalnymi bohomazami szympansa, ze swoimi kolegami po fachu, którzy obrali komercyjną drogę portretów i tanich landshaftów ( nie raz i nie dwa, z kroplą krwi, jak w piosence Jacka Kaczmarskiego). Przegrywają z publiką, która sztukę chce kupować tanią i niezbyt wybitną, w razie gdyby gość odwiedzający ich dom zapytał niegrzecznie o obraz czy rzeźbę w ich pokoju, nie będą przeżywać wstydu ignorancji i niewiedzy. Sztuka ma wypełniać tło wizualne, tak jak muzyka dźwiękowe, tak jak książki mają być jedynie grzbietami okładek insynuującymi mądrość właściciela półek, na których są ustawione.
Upadek słowa pisanego zostawiłem specjalnie na koniec mojego wywodu, jako gałąź kreatywności najbliższą mojemu sercu. Ilu znam pisarzy aspirujących, próbujących i kształcących – nie muszę chyba mówić. Znam takich z talentem i ikrą, z potencjałem, którego prawie im zazdroszczę. Nie znam żadnego, który pisaniem zarabia na życie. Bo bycie dobrym i zapalonym jest w dzisiejszych czasach niebezpieczne. Rozbija taflę społecznej mierności i konsumpcyjnego lenistwa. Człowiek czytając książkę czy artykuł w gazecie nie chce być nim przytłoczony, zdominowany. Chce przeczytać tekst z wiadomością, że sam mógłby coś takiego napisać. Nie chce się odwoływać do źródeł i sięgać do słownika w poszukiwaniu terminów wcześniej mu nieznanych. Przeczytać i zapomnieć. Posłuchać i zapomnieć. Obejrzeć i zapomnieć. A przede wszystkim zapomnieć, że można aspirować wyżej. Zapomnieć o własnej niekompetencji i mierności. Zapomnieć, że są lepsi od nas.
Zarówno książki, jak i to, co współcześnie uznaje się za dziennikarstwo, woła o pomstę do nieba. Co takiego? Drukuje się ambitnych twórców? Macie rację! Jest nadzieja. Tyle że słaba, jeśli popatrzeć na nakłady i zyski. Jeśli porównać sprzedaż – weźmy pierwszego z brzegu Umberto Eco i autorkę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, jakkolwiek by się ona nie nazywała. Albo Neila Gaimana i kobietę odpowiedzialną za sagę „Zmierzch”. Umyślnie nie podaję ich imion i nazwisk, bo nie są one godne zapamiętania. A ty, Czytelniku, znasz godność tych pań, bez przypominania o niej? Czy jedynie rozreklamowaną nazwę ich produktów? Osobiście próbowałem czytać te maszkarony i nie będę nawet mówił o tym, jak banalna i odpychająca jest ich treść. Mógłbym natomiast poopowiadać o źle skonstruowanych zdaniach, błędach logicznych, dziurach fabularnych. Mógłbym rozwodzić się nad tym, że te powieści są zwyczajnie źle napisane i skonstruowane z punktu widzenia technicznego. Tylko po co? Szkoda twojego i mojego czasu, drogi Czytelniku.
Wydawałoby się, że dziennikarstwo będzie się miało lepiej, jako słowo żywe, aktualne, zmieniające się z dnia na dzień. Nic bardziej mylnego. Mój przyjaciel przed około rokiem zaczął pracować w gazecie. Nigdy nie był pisarzem, nie zdradzał zapędów w tym kierunku, zdziwił mnie więc ten obrót spraw, ale zaoferowałem pomoc. Sprawdziłem jakiś jego wywiad, kilka artykułów, porozmawialiśmy sobie o technice i stwierdziłem, że Przyjaciel radzi sobie nieźle i pewnie kiedyś będą z niego ludzie. Dopóki nie przeczytałem tekstów jego redakcyjnych kolegów. Dobry Jezu... trzy razy musiałem się swego druha pytać, czy wysłał mi faktyczne linki do ich strony internetowej czy jakiegoś ogólno-redakcyjnego brulionu. To, co czytałem, przypominało wykonane w pośpiechu notatki do artykułów. Błędy wszelkiej maści, koślawe zdania, skróty myślowe. W kilku z nich zupełnie nie umiałem się domyślić, o co może chodzić. Parafrazując Józefa Piłsudskiego: takim „dziennikarzom” kury szczać prowadzać, a nie artykuły robić! Z nadzieją rzuciłem się, by przeglądać dalej inne strony, inne gazety. Nic. Gdzie się podziali Wańkowicze i Kapuścińscy, u których każde zdanie rozpływało się w ustach jak szwajcarska czekolada?
Gdzie mistrzowie słowa, ciętych komentarzy, narratorzy rzeczywistości? Na cholernym Sybirze prawdziwej sztuki i ambicji, wraz z braćmi filmowcami, malarzami, muzykami, rzeźbiarzami. Musieli się tam znaleźć, by społeczeństwo mogło odetchnąć od wszechobecnej groźby wyższych aspiracji. Musieli zostać zabici przez społeczną manię małości, dzięki której każdy może być Wielkim Miernotą.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Mierności raj - w to mi graj

Post autor: Joa » 21 stycznia 2017, 18:34

Z góry przepraszam za chaos.

Pro tip na początek - w przyciskach formatowania istnieje jeden, który tworzy cięcia (pierwszy w trzeciej linijce). Tekst stanie się czytelniejszy i wizualnie ciekawszy; brak wcięć okropnie męczy oko i odrzuca. Polecam, szczególnie że piszesz o dziennikarstwie, a forma tekstu jest tak samo ważna jak treść.

Jestem ogromną fanką dziennikarstwa i większość czytanych przeze mnie tekstów, zahacza o felieton/reportaż/wywiad. Również, tak jak i Ty, mam styczność z artystami wszelakiej maści. Wspominam o tym, bo w kontekście mojego dalszego komentarza, te informacje są dość istotne. Chcę byś wiedział, że jakiekolwiek rozeznanie i podstawy mam, by choć trochę podważać, drążyć, poddawać w wątpliwość stawiane przez Ciebie tezy.
Najmniej najpewniej będę miała do powiedzenia w temacie muzyki, ale cóż...

:zaslonka:
Pytanie, które stawiam w tym tekście, jest następujące: dlaczego spośród trzech walk, największą uwagę zbiera ta najgorsza? Odpowiedź jest dość prosta. Obniżenie standardów. Społeczna degrengolada. Lenistwo odbiorców. Kompleksy.
...i kochanie sensacji. Przecież ludzie uwielbiają głośne wydarzenia, gdy się coś dzieje. Czekają na zaskoczenie, fajerwerki, głośne nazwiska. Lubimy dziwaków.
Pójdźmy więc dalej i przenieśmy się do muzyki, w której linie melodyczne układane miesiącami, na instrumentach, w których grze muzycy szkolili się przez lata, i teksty będące niczym innym jak poezją zostały zastąpione przez komputerowe syntezatory i monosylabowe wyrazy wyjękiwane przez kogoś, kto fanów zyskuje ekscentryczną prezencją zamiast kunsztem. Czemu więc cieszy się popularnością?
To jest o tyle dla mnie trudne zagadnienie, że słucham i muzyki uważanej przez ogół za dno, i nieco ambitniejszej, z głębokim, poważnym tekstem. Nie samą górnolotną sztuką człowiek żyje i uważanie czegoś za lepsze, bardziej unikalne jest dość ryzykowne. Ja nie lubię. Nie lubię też mówienia, co sztuką jest, a co nie jest, co jest wartością, a co nie. Sztuka nigdy nie miała i nie będzie mieć jednej definicji, każdy z nas tworzy ją sam, ale nie oznacza to, że mamy prawo swój gust narzucać innym. Pojękiwania mogą na kogoś działać tak samo mocno jak na mnie akordeon w pierwszych singlach Tune. O, Krupski jest znakomitym przykładem, bo ma za sobą utwór typowo radiowy (Hejty - YU) i nienadające się do radia piosenki nagrane z zespołem Tune. Oba lubię, słucham, momentami wolę słuchać jednego bardziej niż drugiego. Popularność nie ma dla mnie znaczenia, a nawet tak "sztuczny"" twór jak wspomniane Hejty skłania do refleksji. Może to zależy od człowieka?
Nowoczesne nurty malarstwa i rzeźby są na poziomie małpich bazgrołów, co zresztą udowodnił już w latach sześćdziesiątych szwedzki dziennikarz Åke „Dacke” Axelsson
Teraz sztuka (malarstwo, rzeźba) funkcjonuje głównie w Internecie. Więc ja absolutnie się nie zgadzam, a natykam się z takim stwierdzeniem tak często i tak często boli mnie życie, że to słyszę, że brak mi słów. Tyle jest wspaniałych artystów naokoło i dobrze sobie radzą. Nie zawsze tworzą obrazy na płótnach, częściej drukowane w kilkunastu/kilkudziesięciu sztukach wydruki swoich prac, sprzedają grafiki na koszulki/kubki/naklejki. Zależy od człowieka.
Wiem że, dajmy na to, mój wujek, artysta urodzony w latach 60', nie czułby się dobrze, próbując złapać potencjalnych kupców w Internecie. Jego sztuka nie jest ani piękna (abstrakcja), ani nie jest rozumiana przez typowego użytkownika Internetu, ale nie znaczy to, że by się jego obrazy "nie sprzedały" lub że nie mają żadnej wartości.
bo ze sztuki nie można wyżyć.
Istnieje takie przekonanie, ale Internet i "otworzenie się" na świat, stworzyło nam nowe możliwości i po prostu należałoby się dostosować. Mało kto chodzi teraz do galerii, mało kto ma pieniądze na kupienie obrazu za kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt tysięcy. Sztuka musi stać się bardziej przystępna, docierać do odbiorcy kanałami innymi niż niegdyś.
ALE.
Ale nie oznacza to, że się nie da. Da. Trzeba mieć tylko pomysł na "sprzedanie się", zaprezentowanie. Kupcy się znajdą.
Bo łatwiej kupić w Ikei albo Jysku zdjęcie powielane milion razy na plakatowym papierze niż takie, w które ktoś włożył serce, duszę i lata doświadczenia.
Łatwiej, ale to się nie wyklucza. Chyba.
Łatwiej niż obraz namalowany własnoręcznie przez artystę na płótnie.
Łatwiej, bo i ciężko jest wydać, jak już wcześniej wspomniałam, zawrotne sumy na sztukę. Ale nie oznacza to też, że nie można natrafić na perełki za cenę zupełnie nieadekwatną do wysiłku włożonego w tworzenie.


Z technicznych rzeczy mogę wymienić niedbałość przy poprawianiu. Jeśli nie sprawdzałeś ponownie tego felietonu przed wrzuceniem, następnym razem, proszę, zrób to uważnie albo zaznacz, że nie trzeba uwzględniać w komentarzu takich pierdółek. Na co zwróć uwagę:
Zbędne lub brakujące przecinki na przykład, powtórzenia, niepoprawne (według mnie) i bezzasadne w niektórych miejscach stosowanie akapitów.
SpoilerShow
na Gołotę czy, Najmana
w 2008r.
Dramatyzuje piekielnie,
zawodnicy KSW a nie żadni amatorzy.
Mohameda Ali
Optowałabym przy "Muhammada Alego" (fenomenalny felietonista sportowy, Zbigniew Ambroziak opisywał niekiedy walki tego boksera i ja trzymam się jego wersji, przyzwyczajenie).
Czy aby na pewno? Pudzian jako „najsilniejszy człowiek świata” został zaproszony do MMA dawno temu i stoczył wiele pojedynków, udowadniając swoją wartość w tej dyscyplinie. Zgoda – mimo że przyczyną jego zaproszenia była właśnie nadludzka siła, a nie doświadczenie w ringu i niejako został on adaptowany w to środowisko, ponieważ – uwaga – cieszył się już sławą i dokonaniami w dyscyplinie, która ma wielu wspólnych widzów.
Pozwól, że zapytam Cię, drogi czytelniku,
Nie lubię, i zapewne nie tylko ja, zwrotu do czytelnika. Wbrew pozorom więcej z tego może wyniknąć problemów niż korzyści (budowanie więzi z czytającym itd.) - dlaczego? Pokazuję Ci na przykładzie.
Pozwól, że zapytam Cię, drogi czytelniku, kiedy ostatnio oglądałeś hollywoodzki film nakręcony na podstawie oryginalnego scenariusza? Wyłączając, być może, ostatnie podrygi ekscentrycznego Tarantino. Nie wiesz? Ja też.
Zadajesz pytanie i po chwili sam odpowiadasz, stawiając się w miejscu tego "wiedzącego". Heh, może właśnie w myśli wymieniłam kilka tytułów, a nie, jak zakładasz z pełną świadomością, nie wiem jak i Ty.
Co takiego, czytelniku? To tylko Hollywood? Tylko parę filmów?
Hej, halo, nie pomyślałam tak.
Tu mnie już trochę osoba pisząca irytuje. To jak słuchanie wykładowcy na studiach, który nie daje Ci dojść do słowa, ma swoje wyobrażenie na Twój temat i próbuje je wtłoczyć, stawiając Cię w sytuacji, w której to on jest lepszy i mądrzejszy.
Ja też. Ponieważ w Krainie Marzeń oryginalne filmy już nie powstają.
Użycie "ponieważ" w takim kontekście wymusza wprowadzenie przecinka i jakiejś dodatkowej informacji, a nie zakończenia zdania kropką.
Jak potworna „Zjawa”, nad którą rozpływali się krytycy ze wszystkich stron świata, a która była jednym z najgorszych filmów, które zdarzyło mi się w życiu oglądać.

Chyba Cię trochę pogryzłam, Niedźwiedziu...
Jeśli brzmię jak pierdoła, to wybacz. Po prostu poruszyłeś tematy, które mnie drażnią w jakiś sposób, bo nie ma się na nie żadnego wpływu i należą do kategorii "subiektywne". Jeśli coś rozpatrujemy w takiej kategorii, to wychodzę z założenia, że lepiej nie poruszać tematu, nie wkładać kija w mrowisko, bo nie ma to większego sensu. I, według mnie, poruszyłeś pobieżnie zbyt wiele kwestii. Co tu mamy; MMA, więc sport, malarstwo/rzeźbę/rysunek, muzykę, książki, w tym dziennikarstwo. To ogrom tematów. Za dużo.
Największy plus tego felietonu - no, kurde, ja się poczułam wciągnięta w dyskusję. Sztuką jest wymieniać sprzeczne poglądy, dyskutować i podważać czyjeś zdanie (oczywiście na zasadzie wymieniania argumentów, a nie bezzasadnego mówienie "nie, bo nie"), dlatego mam nadzieję, że docenisz to, co dobrego zawrę w tym komentarzu, a moje dywagacje weźmiesz pod uwagę.
Co jeszcze mogę powiedzieć? Widać, że masz lekkie pióro. Nie jest to styl, po którym mogłabym Cię rozpoznać, warsztat reportera z kilkunastoma latami doświadczenia, ale zgaduję, że wszystko przed Tobą. Felieton, pomimo charakteru tej formy, jest cholernie trudny.
No.
Masz piwo.
Zasłużyłeś. :c[]:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Mierności raj - w to mi graj

Post autor: Nazareth » 21 stycznia 2017, 19:38

Bardzo mi miło, że zajrzałaś. Pro tip przyjmuję, dziękuję, muszę ogarnąć edycję na tej stronie (technologicznie jestem jak dziecko we mgle).

Wybacz ale wpadłaś w moją pułapkę. W tekście nie piszę o wszystkich, piszę o ogóle, pewnej społecznej większości o Januszu i Sebku. Ale tego nie zaznaczyłem odpowiednio - specjalnie. Miałem zamiar wszystkie swoje "górnolotne" tezy wygłaszać w formie aksjomatów, żeby uzyskać reakcję taką jak twoja. Chciałem sprowokować dyskusję, kogoś wkurzyć, żeby usłyszeć prawdziwą opinię tej osoby. Widzisz, na portalu na którym zazwyczaj publikuję, wszystko uchodzi mi na sucho, nikt nie skrytykuje, nie zjedzie, nie "pogryzie" tak jak ty. Łykają wszystko co im podaje, nawet moje żałosne "wierszotwory" a przecież nie o to chodzi. Ten tekst też tam właśnie zaczął swój żywot publiczny i... nie doczekał się dyskursu. Wybacz mi prowokację, ale posługuję się nią często, chcąc zerknąć na czyjeś prawdziwe oblicze. Mówi się, że aby kogoś poznać trzeba z nim zjeść beczkę soli. Ja mówię, że warto tej osobie najpierw wywrócić solniczkę na kolana, by dowiedzieć się czy w ogóle warto siadać z nią do stołu. Z Tobą bym usiadł ;)

Mimo że, jak się rzekło demonizowałem i chlastałem hiperbolami, częściowo obstaję za swoim. Sztuce jest w dzisiejszych czasach ciężko. O gustach się niby nie dyskutuje, sam mam rozległe. Wiele rzeczy mi się podoba, z wielu gatunków i gałęzi sztuki, są takie które nie podobają mi się ale potrafię docenić pracę kunszt artysty. Są też "popierdółki (to chyba nie wulgaryzm) pseudoartystyczne" która podobają mi się, mimo że nie utożsamiam ich do końca ze sztuką i "dzieła" których nie potrafię polubić ani docenić - chodziło mi o te dwa ostatnie, które w moim odczuciu biją dwie pierwsze kategorie na łeb na szyję pod względem popularności we współczesnym społeczeństwie. Nie twierdzę przy tym, że absolutnie wszyscy artyści głodują a sprzedaje się wyłącznie kicz. Sztuka szeroko pojęta, tak jak ja ją odbieram to pewien zbiór imponderabiliów, który nie musi być identyczny dla każdego człowieka, ale osobę która w jednym zdaniu wymieni Edvarda Griega i "Britnej" jako artystów-muzyków uduszę własnoręcznie. Czy oni się komuś podobają czy nie, to jedna sprawa. Kto był muzykiem a kto jest "szołmenką" można stwierdzić na pierwszy rzut oka.

Wiem, że nie jestem felietonistą i do takowego dużo mi brakuje. Te kilka felietoników, która zdarzyło mi się naskrobać nie są właściwie niczym innym jak elokwentnym bólem zadu. Piszę je na emocjach, by by szydzić, wyśmiewać prowokować. Lepiej mi od tego. Powyższy jest z nich wszystkich najbardziej cywilizowany, reszta jest naszpikowana przekleństwami i obscenicznościami, które nie byłyby dobrą metodą by się wśród was zaanonsować.

Dzięki za piwo i komentarz, mam nadzieję, że zajrzysz mnie jeszcze kiedyś troszkę pogryźć ;)

P.S. Jeśli chodzi o błędy przecinki, dywizy, myślniki i resztę tego inwentarza, to nie mam dobrej wymówki. Nie widzę tego, nie czuję, instynktownie nie jestem w stanie za tym nadążyć. Wszelkie próby powrotu do tekstu w celu jego poprawy, według zasad poprawnej pisowni, to droga przez mękę. Piszę dla przyjemności, jest to rozrywka, tymczasem prowadząc korektę, zmieniam to w pracę i zaczynam nienawidzić własny tekst. Od razu przypominają mi się czasy studiów, których serdecznie nie cierpiałem, i które na długi czas zabiły we mnie miłość do literatury. Będę zatem pamiętał o zamieszczaniu adnotacji o pominięciu tej części oceny a przynajmniej jej szczegółów, by nikomu nie przysparzać niepotrzebnie pracy.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Mierności raj - w to mi graj

Post autor: Siemomysła » 22 stycznia 2017, 10:18

Hmm... I wziąłeś i szybko wyjaśniłeś, jakiż to był Twój zamiar przewrotny i teraz pisać cokolwiek, czy nie pisać? ;)

Tekst jest dobrze napisany - Rolf ma rację, masz dar, wciągasz do dyskusji. Dyskutuje się z Tobą w głowie już podczas czytania. Podoba mi się też ten przeskok - od walki do szerokiego spojrzenia. Niezłe skoki skojarzeń tu widzę. Natomiast Twoje zwroty do czytelnika mnie irytują na poziomie - "nie mów mi, co myślę, a czego nie!" I jeśli o to Ci chodziło - to masz efekt. Ale to może być jednorazowy efekt, bo z mniejszą ochotą podchodziłabym do kolejnego Twego tekstu.

Przyznam, że ja nie poświęcam ogromu myśli rozważaniom w temacie co jest sztuką, a co nie. Nie w takim obiektywnym, globalnym sensie. Ot, patrzę, słucham, czytam i albo mi się coś podoba albo nie. Istnieją rzeczy, które ktoś inny nazwał dla mnie sztuką - gdzieś tam dawno w szkole - i które zwyczajnie do mnie nie mówiły. Nie rozumiałam ich, nie widziałam powodu, bym koniecznie musiała je poznawać. A są rzeczy, na które patrzę teraz - taki "Grand Budapest Hotel" na przykład i wszystko we mnie mówi: "o matko, to JEST sztuka właśnie!"

A do Twojego Taratnino dołożę Jima Jarmuscha. Może zresztą być, że nie wymieniłeś go, bo nie jest związany z Hollywood? W takich sprawach się nie wyznaję, przyznam. Wszystko, co zza wielkiej wody to dla mnie Hollywood.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Nazareth
Posty: 65
Rejestracja: 20 stycznia 2017, 13:06

Re: Mierności raj - w to mi graj

Post autor: Nazareth » 23 stycznia 2017, 13:05

Hej, dziękuję za komentarz.
Tę walkę umieściłem tutaj, ponieważ faktycznie był to impuls, który sprawił, że zacząłem rozmyślać na temat standardów i marności, ale ja tak już mam. Ktoś rzuci w mnie rzepą a ja zaczynam myśleć o funkcji poetyckiej czy zasadach bon tonu na dworze Katarzyny Wielkiej. Chory mózg, co zrobisz?

Ja też z reguły nie myślę o sztuce ale tu mnie jakoś tak opadło nagle. Jarmuscha definitywnie bym tu dodał, uwielbiam go! Chociaż nie wiem mówiąc szczerze czy jest związany z Hollywoodem. Jego filmy utrzymane są w zupełnie innej estetyce ale przecież grają w nich znani ludzie, Johny Deep, Tom Waits, Iggy Pop. Jeśli mam odnośnie czegoś wątpliwości to wolę nie posługiwać się tym w tekście i tak się stało też tutaj.
Z mroku zabobonu wyszliście i w mrok zabobonu powrócicie, ażeby tarzać się w grzechu i bujnie obrastać diabelstwem!

ODPOWIEDZ