Znamy zdobywcę tytułu Prozy Marca! To Heidenhainstraße 13 pierdoły saskiej. Serdecznie gratulujemy i zachęcamy do lektury!

Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: Kruffachi » 03 grudnia 2016, 20:22

Moje pisanie jest mojsze niż twojsze
Tak, wiem – „Dzień świra”, z którego cytat parafrazuję w tytule, to film, który nie do wszystkich trafia, i może już z tej okazji stawiam się pod pręgierzem. Trudno. Nie pierwszy i nie ostatni raz, a wtykanie kija w mrowisko to niekiedy odświeżające doświadczenie.
Środowisko pisarskie jest oczywiście bardzo zróżnicowane. Sami piszący są – niejako – wewnętrznie zróżnicowani, przechodząc na swojej twórczej drodze niejedną fazę i eksperymentując z niejednym układem aksjomatów i paradygmatów. Zapewne nie wszystkim, ale wielu z nich zdarza się w pewnym momencie trafić na tereny uświęcone i emanujące oświeceniem, kiedy to pisanie postrzega się jako mąk pełną krwawicę, u kresu której czeka twórcza epifania (albo i nie czeka, ale kiedyś czekała będzie). Nikomu niczego nie bronię. Jeśli ktoś widzi w tym sens, jeśli uważa, że świat obchodzą łzy jego i pot rzęsisty, proszę bardzo.
Byleby nie mówił mi, że jeśli dobrze się bawię, nie mogę również dobrze pisać.
Żeby było jasne i żeby uczciwie postawić sprawę – to oczywiście tekst osobisty, więc w dużej mierze o mnie. I warunek początkowy jest taki, że, przyznaję to, wyzbywszy się fałszywej skromności, widzę siebie jako osobę pisząca nie wybitnie, ale całkiem przyzwoicie, a nawet powyżej przeciętnej. Z solidnością bywa tak lub inaczej, wiem, natomiast zdarza mi się sięgać do różnych środków wyrazu i tym sposobem trafiać do różnych czytelników. A czasem do tych samych, tylko inaczej. Jasne, nie mam na koncie wydanej powieści (też niezbyt intensywnie na tym polu działam tak naprawdę) i zaledwie kilka opublikowanych w czasopismach i antologiach opowiadań. Jestem w pełni świadoma, że to nie jest imponujący dorobek i dla wielu – zwłaszcza oceniających umiejętności pisarskie po księgarskiej półce – mogę brzmieć śmiesznie.
Śmiesznie będę brzmieć także dla tych, którzy są ponad wszelkie zabawy w „wydawanie się”, zwłaszcza w darmowych i pokonkursowych publikacjach.
Ale zabrzmieć chcę, bo wydaje mi się, że łączę dwie cechy, które przynajmniej część Oświeconych Pisarzy uważa za niemożliwe do połączenia – niezłą jakość wielu tekstów i czerpanie radości z ich pisania.
Naprawdę strzela mnie, kiedy po raz kolejny czytam o tym, że PRAWDZIWA sztuka wymaga poświęceń, że PRAWDZIWY pisarz nienawidzi swojego tekstu, a PRAWDZIWIE dobre utwory powstają tylko wówczas, gdy klawiatura spływa potem, łzami i żółcią, natomiast cała reszta to chałtura, komercja lub wyrobnictwo. Oczywiście nie wykluczam, że są ludzie, dla których to właśnie jest odpowiednia droga, ale – powtórzę – nie jest to droga jedyna. Tymczasem używanie wyrazów spokrewnionych z PRAWDĄ czy podobnych to właśnie sugeruje. Tu, moim zdaniem, tkwi błąd w rozumowaniu Oświeconych Pisarzy; w takim oto ciągu: skoro ja tworzę prawdziwą sztukę i przy tym krwawię, rzeźbiąc jedno zdanie miesięcznie, to znaczy, że tylko w ten sposób może ona powstawać.
Ale dlaczego?
Tego jednego nie potrafię zrozumieć – niemożności przyjęcia do świadomości, że są różni ludzie, różne umysły, różne typy wyobraźni i różne sposoby pracy. Jedni potrzebują ciszy, a inni wręcz przeciwnie – natłoku bodźców. Jednym dobrze robi swoboda, innym narzucone ramy i wyśrubowany termin. Ot, choćby dlatego, że nie każdy jest urodzonym organizatorem i czasem potrzebuje, by pewne sprawy oddać w cudze ręce, lub dlatego, że istnieją tacy, których stres oraz presja motywują i w których uwalniają dodatkowe pokłady kreatywności. A zatem tego typu ludzie – zamknięci w czterech ścianach li tylko ze swoim bólem – nie stworzą opowiadania przez okrągły rok albo i dwa. Czy to musi oznaczać, że piszą źle? Że jeśli w zamian napiszą tekstów dwanaście, bo założyli sobie na przykład jeden miesięcznie z taką a taką objętością, to wszystkie je należy z automatu uznać za fuszerkę?
Jeśli o mnie chodzi, dawno już powiedziałam sobie, że kiedy pisanie przestanie mnie bawić lub kiedy zacznę je traktować jako pole rywalizacji, zwyczajnie zajmę się czymś innym. Uprawą pomidorów chociażby – rzeczywistość daje sporo możliwości.
Warto bowiem zadać sobie jedno zasadnicze pytanie: co tak naprawdę oznacza dla świata to, czy piszę, czy tego nie robię?
Najpierw dla świata w ogólności, tego dużego. Wyrzucam pióro, długopis, odinstalowuję klawiaturę i kasuję wszystkie pliki tekstowe oraz palę notatki. I co? Wybuchną wojny? Pogorszeniu ulegnie problem głodu w Afryce albo skażenie środowiska naturalnego w Europie? Wymrą pszczoły? Skończy się woda pitna? No nie. Pod tym względem naprawdę, ale to naprawdę przegrywamy z plantatorami kukurydzy choćby. Nie ma co wynosić się na piedestał i wciskać sobie na skronie wieszczowego lauru. Wszyscy jesteśmy gryzipiórkami – przynajmniej przez ten procent naszego życia, które spędzamy nad tekstami – i jeśli zapewniamy zaspokojenie jakichś potrzeb, to tylko tych z najwyższego pięterka piramidy Maslowa. Stąd oczywisty wniosek, że bez nas się ona nie zawali.
Niewiele zmieni się też w naszym życiu codziennym. Może wręcz nowe hobby poskutkuje nowymi perspektywami oraz znajomościami i wyjdzie nam na dobre. Nikt naprawdę cenny nie odwróci się od nas, bo nie piszemy (sądzę, że nikt mniej cenny także). Nikt nie zamknie się w pokoju na żałosne chlipanie i nie będzie nosił żałoby przez tydzień. Spójrzmy wreszcie tej okrutnej prawdzie w oczy, bo zwyczajnie wyzwala – to, że piszemy, to tylko dodatek. Wtyczka, jeśli ktoś woli. Ludzie mogą nawet przez moment żałować, że cię więcej nie przeczytają, ale to tylko moment. Przyzwyczają się bardzo szybko, bo mają setki ważniejszych spraw na głowie niż twój angst.
Te dwie rzeczy można powiedzieć tak o nas, maluczkich, jak i o wielkich – ranga pisarza nie ma tu znaczenia, bo nawet noblista Rwandy swoim pisaniem nie wyżywi i bomby jądrowej nie rozbroi. W dobroczynny wpływ inspiracji też jakoś szczególnie nie wierzę. Gdyby istniał, żylibyśmy w pluszu i tęczy.
Z tego wynika dla mnie następne pytanie: jeśli to, czy piszę, nie ma de facto żadnego obiektywnego znaczenia, to po co mam się tym katować? Nie widzę w takim cierpieniu niczego szlachetnego czy uszlachetniającego, przepraszam najmocniej. Nie zaspokaja żadnej mojej potrzeby – choć oczywiście nie wykluczam, że są tacy, których potrzeby zaspokaja. Nie wykluczam, że są tacy, którzy w misję pisarza wierzą, bo są nastawieni do świata bardziej idealistycznie i chwała im za to. Ja patrzę na swoje teksty jak na wartość naddaną, redundantną tak w moim życiu, jak i w życiu każdego czytelnika. To tak naprawdę systemowe śmieci. Lepsza lub gorsza rozrywka.
A jednak moje poglądy nie mają bezpośredniego przełożenia na jakość tekstów. Wiem o tym, bo etap artysty mam za sobą. I tu znów gwoli wyjaśnienia, gdyż mogę zostać źle zrozumiana – nie postrzegam zmiany stanowiska jako ewolucji. Nie wartościuję postaw. Może za rok lub dwa znów mi się odmieni. A może nie. To tak naprawdę bez znaczenia, bo liczy się zdobywane doświadczenie i nabywane umiejętności w operowaniu słowem, rozwijanie wyobraźni, a także poszerzanie warsztatowych możliwości, a nie ilość łez, które skropiły klawiaturę.
Chciałabym swoje wynurzenia jakoś ładnie podsumować. Podsumuję cytatem z Mickiewicza, nomen omen wieszcza narodowego: "Trudniej jest dzień dobrze przeżyć, aniżeli spisać księgę” ("Zdania i uwagi z dzieł Jakóba Boehme, Anioła Szlązaka").
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Kanterial
Człowiek Kompromitacja
Posty: 1449
Rejestracja: 26 listopada 2011, 00:36
Lokalizacja: Torgau

Re: Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: Kanterial » 03 grudnia 2016, 22:43

Słowem wstępu - jara mnie fakt, że po raz pierwszy od dłuższego czasu mogę przeczytać cokolwiek w tym dziale.
I że nie przypłacam tego stanem graniczącym z załamaniem nerwowym, trafiona szlagiem, bo i tak bywało przez tych kilka lat na forum. Dzięki, że wrzuciłaś. Mimo fatalnego poziomu mojej świadomości i spowolnionych procesów myślowych
SpoilerShow
tak, Stojke, słuszna uwaga, u mnie to jest constans
przeczytałam z przyjemnością.

Dyskusji wszczynać nie będę z zasady - bo zgadzam się z twoją wypowiedzią - więc może wspomnę tylko o tym, co mi się nasunęło w trakcie. Zaskoczył mnie temat, który poruszyłaś, nie spotkałam się bowiem z (aż tak!) spaczonym poglądem na proces pisarski i wartościowanie go systemem bólu i męki. Najszczerzej oznajmiam, że to jest jeden z tych momentów, w których unoszę brwi i pytam sama siebie - serio? Ktokolwiek może myśleć w ten sposób? Ulga mnie wzięła nie do opisania, że uniknęłam takich rozmów, takich wypowiedzi i poglądów - miałam szczęście o nich nie wiedzieć. Zwłaszcza w takim natężeniu, bo wydźwięk twojej wypowiedzi ewidentnie wskazuje na pewien przesyt.
SpoilerShow
przyjmij kondolencje, nie zazdroszczę konfrontacji z czymś takim XD
Stąd - z mojego zaskoczenia i prób odpowiedzenia sobie na pytanie "Jakim cudem? Z czego takie zdanie może wynikać? Pisanie definiowane cierpieniem?" - wyszły pewne wnioski: sądzę, że spotkałaś się z taką dość stężoną wersją poglądów motywowanych faktami, które nas wszystkich dotykają w równym stopniu (nas, piszących). Rozwijam:
- mogę zgodzić się z poglądem, że w niektóre teksty wkłada się serce i duszę, a w niektóre wyłącznie warsztat i trochę czasu,
- wiem, że cenię wyżej swoje własne prace, przy których czułam, przeżywałam, płakałam, pisząc, aniżeli te, które mi przyszły szybko i łatwo, bo akurat trzeba było (można było?) je napisać,
- zdarzają się prawie wszystkim różne okresy, różne potrzeby twórcze - czasami po prostu chcemy pisać cokolwiek, więc siadamy i piszemy, a czasami zabieramy się do tekstu lata, planujemy go, znamy go, mamy go w głowie i tak naprawdę jest częścią nas, jest czymś, co stanowi pewien cel i wyzwanie od samego początku, może nawet kwintesencję nas samych (tu już mówię zupełnie osobiście - mogę pisać wszystko, wyjdzie lub nie, ale wiem, że ten jeden, jedyny tekst jest odległy o lata świetlne, że to wciąż nie to, że czekam, nie jestem gotowa i nie jestem na tyle sobą, by zacząć),
- znam dobrze różnicę między "Bólem Pisania numer Jeden", czyli problemami przy tworzeniu, przerwami, wściekłością, kasowaniem, rzucaniem kurwami przez tydzień i załamywaniem się a "Bólem Pisania numer Dwa", czyli tak potężnym zżyciem z bohaterem czy tematem, że wstukiwanie literek w Worda zaczyna przerastać, emocje ciążą, a chęć oddania tego, co się czuje, sama w sobie męczy.

Myślę, Kili, choć mogę się mylić
SpoilerShow
jestem w tym naprawdę niezła uwierz na słowo mylę się bez pudła i doskonale
że brak rozgraniczenia między "wkładem emocjonalnym" w tekst oraz "bólem dupy podczas technicznego procesu pisania" uniemożliwia tak naprawdę sprecyzowanie sprawy. Nie wiem, czy ci ludzie, wartościujący prace przez wzgląd na ilość bólu w trakcie, mają na myśli jedno czy drugie. Czy obydwa. Osobiście nie uważam, by różnica była jakakolwiek między dobrym tekstem, w którym jest czyjaś dusza, a dobrym tekstem, w którym nie ma niczego poza rzemiosłem autora.
Tu już pojawia się znienawidzony czynnik ludzki - to może mieć znaczenie, gdy jest konkretny odbiorca, gdy są relacje, powiązania, miliony różnych spraw.
Cały mój wywód sprowadza się do tego, że gdyby istotnie rozchodziło się o ten "wartościowy" ból, o wkład serca w pracę, to byłabym trochę bardziej skłonna zrozumieć ludzi głoszących krytykowane przez ciebie poglądy.
No.


Elokwentnie jak cholera, brawo ja, chyba nie będę czytać, bo się załamię poziomem, pozdrawiam serdecznie
SpoilerShow
elo eks sam ***
Raz jeszcze dzięki za wrzucenie.
Du warst das Abbild der Vollkommenheit

Awatar użytkownika
Joa
Chlor
Posty: 716
Rejestracja: 18 marca 2012, 21:12
Kontaktowanie:

Re: Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: Joa » 04 grudnia 2016, 14:24

SpoilerShow
Kruffachi pisze:Tak, wiem – „Dzień świra”, z którego cytat parafrazuję w tytule
:bag: Muszę powiedzieć, że strasznie nie lubię tego tytułu. Od zawsze nie przepadałam za tym sformułowaniem
SpoilerShow
Kruffachi pisze:Jasne, nie mam na koncie wydanej powieści (też niezbyt intensywnie na tym polu działam tak naprawdę) i zaledwie kilka opublikowanych w czasopismach i antologiach opowiadań. Jestem w pełni świadoma, że to nie jest imponujący dorobek i dla wielu – zwłaszcza oceniających umiejętności pisarskie po księgarskiej półce – mogę brzmieć śmiesznie.
Brzmij. Najważniejsze jest to, co piszesz i jak, a nie to, czy jesteś gdzieś na półce. :c[]:
Kruffachi pisze:Ale zabrzmieć chcę, bo wydaje mi się, że łączę dwie cechy, które przynajmniej część Oświeconych Pisarzy uważa za niemożliwe do połączenia – niezłą jakość wielu tekstów i czerpanie radości z ich pisania.
:c[]: :c[]:
SpoilerShow
Kruffachi pisze:Nie wartościuję postaw.
:c[]: :c[]:
Och, jak ja czekałam na publicystykę na tym forum! Taką naprawdę dającą się przeczytać, ciekawą, odpowiednią tematycznie. Bez sztucznego nadęcia. I właśnie - nie ma w tym felietonie nadęcia, tego nienormalnego poczucia wyższości nad czytelnikiem, którego ja nienawidzę. Publicystyka ma być dla mnie przyczynkiem do rozmowy, myślenia, a Tobie się to udało.
Na początku wspomnę, że moja opinia może pokrywać się ze zdaniem Kanterial (niestety :roll:), więc niedużo nowych rzeczy przeczytasz, niemniej jednak co dwa komentarze, to nie jeden, co nie (co dwie idiotki, to nie jedna)?
Już na samym początku pomyślałam, że cieszę się, że nie środowisko pisarskie ogranicza się tylko do tego forum i nie zdarzyło mi się, by kiedykolwiek słyszeć, że twór, powstały przy bólu i pocie, jest lepszy niż taki, który powstał na fajerze. Dobra, jak miałam z osiem lat, usłyszałam podobną rzecz w kreskówce, laska dawała sobie gryźć pięty psu, żeby tworzyć lepsze obrazy (pozdrawiam). Niemniej jednak nie uważam, tak samo jak Ty, że istnieje jedna słuszna droga. Ba, dokładnie tak jak mówisz - raz możemy uważać, że to, co piszemy na fajerze jest lepsze, a za jakiś czas docenić siebie w bólu i krwi. To zupełnie normalne.
SpoilerShow
Kruffachi pisze:Nikomu niczego nie bronię. Jeśli ktoś widzi w tym sens, jeśli uważa, że świat obchodzą łzy jego i pot rzęsisty, proszę bardzo.
Byleby nie mówił mi, że jeśli dobrze się bawię, nie mogę również dobrze pisać.
:c[]:
Kruffachi pisze:Naprawdę strzela mnie, kiedy po raz kolejny czytam o tym, że PRAWDZIWA sztuka wymaga poświęceń, że PRAWDZIWY pisarz nienawidzi swojego tekstu, a PRAWDZIWIE dobre utwory powstają tylko wówczas, gdy klawiatura spływa potem, łzami i żółcią, natomiast cała reszta to chałtura, komercja lub wyrobnictwo.
Kruffachi pisze:Oczywiście nie wykluczam, że są ludzie, dla których to właśnie jest odpowiednia droga, ale – powtórzę – nie jest to droga jedyna. Tymczasem używanie wyrazów spokrewnionych z PRAWDĄ czy podobnych to właśnie sugeruje. Tu, moim zdaniem, tkwi błąd w rozumowaniu Oświeconych Pisarzy; w takim oto ciągu: skoro ja tworzę prawdziwą sztukę i przy tym krwawię, rzeźbiąc jedno zdanie miesięcznie, to znaczy, że tylko w ten sposób może ona powstawać.
Problem w tym, że świat, mam na myśli ludzi, z reguły narzuca swoją drogę innym. Nie zgadzasz się - idealnie, nie będziemy o tym dyskutować, nie zauważymy plusów i minusów, a później nie pójdziemy razem w stronę zachodzącego słońca; pokłócimy się, bo coś nie jest takie jak chcemy (mimo że kłótnia nie ma sensu). Wynika to właśnie z tego, o czym piszesz dalej.
SpoilerShow
Kruffachi pisze:Tego jednego nie potrafię zrozumieć – niemożności przyjęcia do świadomości, że są różni ludzie, różne umysły, różne typy wyobraźni i różne sposoby pracy. Jedni potrzebują ciszy, a inni wręcz przeciwnie – natłoku bodźców. Jednym dobrze robi swoboda, innym narzucone ramy i wyśrubowany termin. Ot, choćby dlatego, że nie każdy jest urodzonym organizatorem i czasem potrzebuje, by pewne sprawy oddać w cudze ręce, lub dlatego, że istnieją tacy, których stres oraz presja motywują i w których uwalniają dodatkowe pokłady kreatywności.
Kruffachi pisze:A zatem tego typu ludzie – zamknięci w czterech ścianach li tylko ze swoim bólem – nie stworzą opowiadania przez okrągły rok albo i dwa. Czy to musi oznaczać, że piszą źle? Że jeśli w zamian napiszą tekstów dwanaście, bo założyli sobie na przykład jeden miesięcznie z taką a taką objętością, to wszystkie je należy z automatu uznać za fuszerkę?
Nie przepadamy za ludźmi, którzy podchodzą do świata inaczej. Może dlatego, że automatycznie widzimy, np. tak jak w tym przypadku, że ktoś może być lepszy, bo pisze i jednocześnie jest szczęśliwy, czyli zupełnie odmiennie niż u nas? Wynika z tego, że ktoś z nas robi to źle; znamy swój wynik pracy w bólach, więc zakładamy, że skoro u nas się to sprawdza, to wszelkie inne drogi są gorsze? To nie ma sensu, niemniej jednak wydaje mi się, że wynika jednak z jakiegoś głęboko skrytego niskiego poczucia własnej wartości. Szczęśliwi ludzie na ogół nie zwracają uwagi na takie sprawy; piszesz? Świetnie!
Sposób i osiągnięcia, w postaci wydanych książek, publikacji lub wygranych konkursów nie mają znaczenia. Czytelnik ocenia efekt finalny, nie to, czy tekst znajduje się w czasopiśmie, na forum czy może jest wydany w formie książki. Docenia posunięcia autora w sferze typowo pisarskiej, bo przecież który wie, w jaki sposób powstał tekst? Nie ma obok adnotacji: "Hej, czytelniku, doceń ten fragment bardziej - pisałem go, siedząc zapijaczony w czterech ścianach, pisząc jedno zdanie na dziesięć minut, szlifując i poprawiając przez dwa lata. Ból, piwo i łzy". Nie obchodzi nas to.
Jako autorzy piszemy różne teksty, oba, o których wspominasz. Piszemy te, które powstawały, jakbyśmy spisywali myśli, ale też te, przy których ciekły łzy (tak jak mówi Kanterial - ale ona płacze zawsze, srlsly), wkurzaliśmy się przy każdym słowie, bo nie było wystarczająco dobre. Osobiście też wolę tworzone w bólu, ale wiem, że to nie jedyna droga, pomimo że jedynie ją znam. Jakoś tak się po prostu utarło, że cierpienie uszlachetnia, z czym ja absolutnie się nie zgadzam. Nie ma niczego szlachetnego w cierpieniu, ale też nie ustępuje przed banią.

Podsumowując. Celnie napisane, naprawdę. Dość lakonicznie, bo temat jest szeroki i niewyczerpalny, ale pointy w odpowiednich momentach są trafione w punkt. :c[]:
Językowo, jeśli taki felieton znalazłabym w jakiejś gazecie, myślę, że bym się zainteresowała (heh, tu czytałam podjarana, że publicystyka i nie oderwałam się zupełnie). Wspominam o języku, bo to dość ważny dla mnie aspekt - nieważne jak ciekawy jest temat, jeśli język i forma jest niestrawna, nie jestem w stanie ruszyć dalej.
:c[]: :c[]: Jestem tak bardzo podjarana, że zdarzy mi się pewnie ten komentarz podszlifować w wolnej chwili i dopisać jakąś opinię, bo jednak ujęłam to wszystko chaotycznie. Niemniej jednak zrobiłaś to, co najważniejsze w publicystyce - zmusiłaś mnie do myślenia i wyrażenia opinii. :jupi:
یکی بود و یكی نبود كل شي له بدايه ونهايه

Awatar użytkownika
pierdoła saska
Posty: 1406
Rejestracja: 08 listopada 2011, 13:09
Kontaktowanie:

Re: Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: pierdoła saska » 05 grudnia 2016, 10:27

Generalnie zgadzając się z twoim, opisanym tu, podejściem, czytając nie mogłam się nie zastanawiać nad prostym DLACZEGO?

Chciałabym wiedzieć czy na przykład w reżysersko-scenarzystowskim (...ok, to słowo nie działa) grajdołku też tak to wygląda? I w kompozytorskim? Czy to "hobby specific" – pisarskie.
Często gęsto mam wrażenie, że literaturę gloryfikuje się i wynosi ponad poziomy, definiuje nią obycie człowieka z kulturą. Jak dużo czyta - to ok. Jak czyta sporadycznie, ale raz w miesiącu jest w teatrze, dwa razy w filharmonii, co jakiś czas szarpnie się na operę, a do kina nie tylko na blockbustery chodzi tydzień w tydzień, w dodatku obskakuje eventy artystyczne... ale nie, nie czyta, no sorry, nie da rady, jakby czytał, to by coś z niego było, a tak to ani chybi ma wąskie horyzonty i w ogóle, no bo KSIĄŻKI *krztusi się kawą i zdycha od przewracania oczami*
I tak się dalej zastanawiam czy z zatchnięcia się "bo ja czytam, CZYTAM!" przechodzi się niekiedy na "bo ja PISZĘ". Skoro już w głowie siedzi ziarno, że to coś wielkiego, wyjątkowego i w ogóle, to jak padnie ono na grunt perfekcjonisty czy kogoś, komu w charakterze leży robienie rzeczy od razu najlepiej jak możliwe, a nie iterowanie, to powstaje to co mamy - zatchnięcie, widzenie świata w jeden sposób.


A może po prostu chodzi o ludzkie poczucie niesprawiedliwości, bo skoro ja potrzebuję trzech miesięcy, żeby napisać przyzwoity tekst na 4k słów, a żeby był to tekst naprawdę dobry, to zazwyczaj schodzi mi tych miesięcy sześć... to jakim prawem komuś ma niby wystarczyć tylko miesiąc? Nope, niemożliwe...
...poza tym jestę pisarzę i wiem i nikt mnie tu podkopywał nie będzie, że niby wolno piszę. O! Nope, nope, nope... i do boju ;)

A może jeszcze co innego? Nie wiem, może dlatego, żem klepak pospolity x)
Marša: właśnie mnie naszło, że mam świat pełen singli
Søren: tak to jest jak za pisanie się bierze stary kawaler xD bo
na starą pannę to się nie zachowujesz
CARPE SCHABOWY! twitter ° instagram ° facebook ° marszowickie pola

Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1770
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

Re: Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: Kruffachi » 06 grudnia 2016, 10:07

Z tymi emocjami to jest jeszcze tak, że czym innym jest odczuwać je silnie i nawet negatywnie w stosunku do fragmentu, który z jakiegoś powodu powinien je wywoływać, a czym innym twierdzenie, że nienawidzi się pisania i całego procesu twórczego (może to jest kluczowe, bo przecież samo pisanie można rozumieć tylko jako sam moment technicznego stawiania liter) lub przynajmniej odczuwa z tego powodu niechęć. Ta pierwsza rzecz zdarza się przecież nawet w tekstach pisanych z największym entuzjazmem i tak po prostu trzeba. To drugie zaczyna rodzić pytania z gatunku "ale po co ci to?"

A odpowiadając na pytanie - niestety taka postawa się pojawia, a nawet jest dość widoczna przez to, że artyści cierpią często bynajmniej nie w ciszy i samotności. Do napisania tego krótkiego tekstu skłoniły mnie trzy różne sytuacje - trzy różne wypowiedzi osób, które nie mają ze sobą niczego wspólnego ponad to, że piszą. Stąd też taka zdawkowość, ale pomyślałam sobie, że może warto się od czasu do czasu w ten sposób odzywać. Wszak mi też układają się przy okazji w głowie różne rzeczy, a formuła może być żywsza niż dyskusje w wątkach.

Dziękuję wszystkim za przeczytanie i wyrażenie swojego zdania :D Bardzo żałuję, że nie nie mam ostatnio bardziej swobodnej głowy i wyciągnęłam tylko to, co - jak mi się wydaje - domagało się doprecyzowania.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Alrune
Posty: 105
Rejestracja: 29 czerwca 2013, 13:02

Re: Moje pisanie jest mojsze niż twojsze

Post autor: Alrune » 07 czerwca 2017, 18:17

Tak mocno ogólnie powiem, że przeczytałam i się mi podoba. Mam refleksje i przemyślenia - a to dla mnie najważniejsze podczas czytania. Nie mam w zwyczaju poprawiać w publicystyce błędów, tutaj ich nie widziałam (chyba, albo jestem już tak ślepa), więc tego nie robię.

A teraz bardziej szczegółowo i być może jakoś refleksyjnie (wybacz odnoszenie się do własnych przeżyć czy doświadczeń, ale same po przeczytaniu "wypłynęły").
Czytając Twój tekst przypominałam sobie pewne sytuacje ze swojej "przygody z pisaniem".
Pamiętam jak kiedyś dla zwykłej zabawy w szkole z dwójką znajomych napisaliśmy sztukę teatralną (brzmi bardzo hmm... dumnie, ale ogólnie to był scenariusz sztuki lub coś w ten deseń). Daliśmy ją później do przeczytania naszym polonistom (nie mieliśmy pomysłu komu innemu dać, a o forach literackich wtedy raczej nie słyszeliśmy, a oni wydali nam się dobrymi źródłami opinii) - obu się spodobało i nie chcieli uwierzyć, że to tylko zabawa i powstała spontanicznie podczas dwóch dni szkolnych (w tym jeden na wygładzenie i przepisanie na czysto). To chyba, ci poloniści, byli tym typem uważającym, że cokolwiek dobrego napisanego powstaje ociekając krwią, potem i łzami.

Niejednokrotnie w późniejszym czasie często spotykałam się z takim poglądem, że cokolwiek dobrego się napisze, choćby króciutki wierszyk rymowany, to trzeba cierpieć (opinie niektórych znajomych też piszących, ale z typu "moje jest najmojsze, bo flaki sobie wypruwałem/wypruwałam pisząc"). Uwierzysz, że niektóre z nich nazywały mnie głupią i beztalenciem tylko z tego powodu? Plus ogólne wyśmiewanie samego faktu, że ośmieliłam się pisać, bo "ty nie potrafisz pisać, to nie jest pisanie". Sama nie rozumiałam tego, bo dla mnie pisanie to przyjemność.

Spora grupa ludzi widzi tylko takie pisanie, być może niekiedy jest nam to wpajane w trakcie nauki w szkole (te cierpienie pisarzy/poetów, ich ciężkie życie itd. itp. plus niekiedy, moim zdaniem, głupie interpretowanie tekstów tych pisarzy/poetów przez wszechwiedzących nauczycieli). Do dzisiaj pamiętam jak interpretacja moja i koleżanki z klasy nie spodobała się polonistce, bo całkowicie odbiegała od książkowej interpretacji (chodziło o jeden obraz, coś o haremie, teraz dokładnie nie pamiętam, była tam nałożnica odpoczywająca na łożu czy coś w ten deseń).

Owszem, zgadzam się, że taki typ pisania niektórym osobom odpowiada i nie wtrącam się do nich. Niech robią co i jak chcą. Nie można przecież kogoś zmusić do pisania inaczej niż mu odpowiada, bo nic z tego nie wyjdzie (co zauważyłaś w swoim tekście). To bardziej by przypominało pracę w jakimś obozie pracy czy kołchozie niż pisanie, przynajmniej z ich perspektywy.

Sama mam największy problem podczas redagowania tekstu, wygładzania i korekty. Wręcz tego nienawidzę i wtedy mogę śmiało powiedzieć, że, jeśli zmuszę się do poprawiania i ślęczenia nad każdą literówką, to "piszę krwią" (więc może jednak jest nadzieja dla mnie :lol: bo "piszę krwią"). Samo spisanie pomysłu, opisanie sceny na szybko czy popisaniu czegoś nie jest bardzo trudne ale... temat musi mi się podobać i odpowiadać, albo przynajmniej nie wadzić.

Zdaję sobie też sprawę z tego, że to czy piszę czy nie to dla innych "rybka". Nie jestem i zapewne nie będę, chyba już za stara jestem, znaną pisarką. Obecnie wystarczy mi, że ktoś przeczyta, spodoba mu się i przez tą chwile czytania będzie miał przyjemność. Plus własna satysfakcja z samego faktu tworzenia (ktoś kiedyś mi powiedział, że są osoby, które nie mogą żyć normalnie jeśli czegoś nie tworzą - wierszy, prozy, origami, serwetek na szydełku czy obrazów, szkiców, schematów itd. taką mają potrzebę). I być może jakościowo moje teksty nie są wybitne, albo bardzo dobre, ale patrząc na siebie z perspektywy czasu - poprawiłam się i to bez nadmiernego "wylewania krwi".

ODPOWIEDZ