Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

Grafomania dla księgowych

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Grafomania dla księgowych

Post autor: szczepantrzeszcz » 06 września 2015, 19:43

Rzeźbiarz właściwą formę dać rzeczy pragnie, poeta — słowo właściwe. Księgowy, to osoba, która będzie dążyć, aby właściwe dać rzeczy miejsce. Plany kont popłoch budzą we mnie, zawiłości stron winien-ma wydają się nie do przeskoczenia... no, chyba, że o moją własną kieszeń chodzi, jednak skłonności do klasyfikowania i szufladkowania zwalczyć nie jestem w stanie... właściwie, to nawet nie próbuję, śmiało zatem powiedzieć mogę, że dusza kontysty we mnie tkwi, serce buchaltera w piersi bije.
Do napisania artykułu skłoniła mnie dyskusja na Weryfikatorium. Pan Marcin Dolecki podał taki oto odnośnik:

https://repozytorium.amu.edu.pl/jspui/b ... 43_160.pdf

i otworzył dyskurs "Grafomania a kicz". Tekst pana Dariusza Śnieżki, zapodany przez autora wątku, wymaga, przynajmniej z mojego punktu widzenia, myślowej fatygi, ale wart jest wysiłku. Czytałem, szło dość mozolnie i bardzo się ucieszyłem, kiedy na zakończenie rozważań trafiłem na fragment o Kajetanie Jaksie-Marcinkowskim — wierszopisie, super-grafomanie Kongresówki. Postać ta budzi moją sympatię i w znaczący sposób dodaje kolorytu czasom, kiedy Polacy pokonywali trudno dostrzegalną granicę między młodymi a dawnymi laty. Na zakończenie moich własnych wywodów przybliżę nieco postać Poety.
Kwestie odnoszące się do kiczu pomijam, choć na Weryf dyskutanci co nieco wnieśli do tematu. Dlaczego? A, bo tak. Niewiele mam do powiedzenia. Miast wyjaśnień pozwolę sobie przytoczyć pewną historię.

Pieniny, koniec września, późne słoneczne popołudnie. Na przełęczy Szopczańskiej rewia nieprawdopodobnych kolorów. Po prostu szczęka opada. Moja żona (jeszcze wówczas nie żona) mówi:
— Piękne, a gdyby zrobić zdjęcie...
Patrzymy w milczeniu. Czerwień buków idzie w zawody ze złotem samotnej brzozy, wszystko na tle ciemnej zieleni świerków. Niebo o głębokiej niebieskiej barwie, czyste, jak czysta może być radość świata szalonego kolorem, pijanego swobodą, dostojnego zapachem jesiennego lasu. W oddali biel śniegu w tatrzańskich żlebach — marzenie dalekiej wędrówki, teraz zdawałoby się na wyciągnięcie ręki.
Aparat, niestety został w domu. Wyobraziłem sobie kadr: trochę dalej i trochę bardziej w prawo, tak żeby cała brzoza się zmieściła i żeby Tatry od góry ograniczone gałązką jedli, a od lewej krzakiem jałowca... I jeszcze pstryknąć to wszystko nie na Orwo, tylko na zakupionym w Peweksie Kodaku. Kolory wyszłyby o wiele bardziej zbliżone do tych, które było nam dane podziwiać. "Ale kicz" pomyślałem.
— Gdyby tak zrobić zdjęcie... ale byłby kicz — moja Piękna wyartykułowała to, co chyba każdemu na naszym miejscu przyszłoby do głowy.
Do dzisiaj żałuję, że nie miałem aparatu. Kicz wisiałby na ścianie. Trzy lata później, w Bieszczadach, podchodząc na Łopiennik, oglądałem jelenia w świetle księżyca. Tym razem aparat miałem, tyle że przy moich ówczesnych możliwościach technicznych, na zdjęcie było zbyt ciemno. Szkoda. Na ścianie wisiałyby dwa kicze.


Pytanie, czy to, co wytwarza grafoman należy z automatu kwalifikować jako kicz, wydaje mi się dyskusji warte, ale sami rozumiecie: w kwestii kiczu nie mam ani wiedzy, ani chęci, aby wnieść coś do rozważań. W kwestii grafomanii wiedzy również nie staje, jednak grafomańskie parcie na podzielenie się swymi przemyśleniami jest.





Grafomania i ja

Jeżeli coś piszę, to znaczy, że jestem świetny i co najważniejsze wybijam się ponad innych. Skoro jestem świetny, mogę zabrać głos w dyskusji i stwierdzić, że mój interlokutor nie ma pojęcia, o czym mówi. Ogólność stwierdzenia sprawia, że nie muszę już niczego więcej dowodzić. Mogę pójść dalej, się intelektualnie sprężyć i wykazać, że oponent etycznie stoi w hierarchii niżej, albo w ogóle (i obiektywnie) nisko. W ostateczności mogę użyć broni masowej zagłady i po prostu nazwać go grafomanem.
Przedstawiłem postawę tyleż powszechną, co skrajną. Dyskusja w takiej formie, lepiej powiedzieć pyskówka, odrzuca istnienie problemu, na czoło wysuwając ego tych, którzy rozpoczęli niefortunną rozmowę. Konflikt w wersji złagodzonej pojawia się, kiedy grono współdyskutantów, najczęściej osób piszących jakieś teksty, poruszy kwestię grafomanii (ot tak, dla przedłużenia rozmowy) i ktoś zacznie odnosić przemyślenia, ewentualnie wnioski, do swojej osoby.
Trudno mi niekiedy powstrzymać żal za czymś utraconym, kiedy miłość własna okazuje się tym uczuciem, które dominuje i przytłacza zarówno chęć wyrażenia siebie, jak i pragnienie tworzenia, tworzenia i tworzenia... bez końca, choćby za cenę łatki grafomana.


Percepcja grafomanii

"Grafomania" grecki rodowód posiada. Powstała z połączenia "gráphein" – pisać i "mania" – szaleństwo. Pragnę podkreślić ową arystokratyczną greckość pochodzenia. Miłośnicy antyku z pewnością docenią fakt, że z wulgarnym łacińskim językiem plebsu nasze, jakże pożyteczne, słówko nie ma nic wspólnego. Wszak to greka była językiem ludzi wykształconych, ludzi potrafiących docenić piękno słowa i potrafiących się owym pięknem posługiwać.
Określenie ma wydźwięk pejoratywny. Trochę dziwne, prawda? Kiedy pisanie i szaleństwo pod rękę ze sobą chodzą, powinno zaiskrzyć. Nawet, jeżeli powstanie gniot, odrobina szaleństwa pomiędzy wierszami sprawia, że czytelnik znudzony od lektury nie wstaje. No, ale świat się po raz kolejny pomylił, nazwanie kogoś grafomanem oznacza to, co oznacza i mało kto skojarzy ów akt z manifestacją przyjaznych uczuć. Mocne, bo arystokratyczne, słowo boleśnie godzi w ego, pozostawia paskudne rany, które goją się długo, a u niektórych goić się nie chcą wcale. Znacznie bezpieczniej jest zwyzywać od grafomanów kogoś, kto niczego nie napisał, ewentualnie ma głęboko gdzieś to, co napisał, ewentualnie ma dystans do tego, co napisał, ewentualnie... ma na głowie poważniejsze sprawy. Że co? Nie można nazwać grafomanem kogoś, kto niczego nie napisał? Ależ można. My nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku robili... jednak w stosunku do ludzi przekonanych, że piszą Literaturę (przez wielkie "L"), trzeba uważać. Mądre słowo na literę "g" przybiera wówczas wydźwięk skrajnie pejoratywny. Już chyba mniej prowokujące, mniej okrutne, jest powiedzenie facetowi wprost, że nie zna się na samochodach. W euroatlantyckiej kulturze obelga równoznaczna z zakwestionowaniem pierwszorzędnych cech płciowych, innymi słowy werbalna kastracja towarzyska, ale niech tam... Lepiej powiedzieć, że gość nie zna się na samochodach, niż nazwać grafomanem.
A przecież grafomania jest jedynie kompulsywnym pragnieniem pisania czegoś, co autor uważa za utwory literackie.
Ciocia Wikipedia jątrzy, podgrzewa nastroje.
[quote]W większości wypadków pojęcie to dotyczy natręctwa pisarskiego występującego u osób, o których sądzi się, że nie mają odpowiedniego talentu. Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.[/quote]
Dostrzegam wprawdzie światło w tunelu: "grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich", ale spróbujcie powiedzieć tak komuś, kogo nazwano grafomanem... Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to powszechność. Jeżeli zostałeś nazwany grafomanem, nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż wszyscy twierdzą, że nie masz "odpowiedniego talentu" a "negatywna ocena poziomu artystycznego" ma zakres ogólnogalaktyczny. Jedynie ci najwytrwalsi, ci o prawdziwym charakterze, potrafią sobie powiedzieć, że "rozmijają się z percepcją sztuki i literatury właściwą dla danej epoki"... i niech się dana epoka martwi, co z tym fantem zrobić.
Po raz kolejny światło w tunelu okazuje się światłem nadjeżdżającego pociągu. Nazwijmy rzecz po imieniu: określenie jednostki mianem "grafoman" jest równoznaczne z wykluczeniem tejże jednostki ze struktur społecznych, z dyskryminacją, z segregacją jak również z masturbacją. Wnoszę, o ustanowienie (przynajmniej na terenie Wspólnoty Europejskiej) zakazu używania słowa "grafoman" w stosunku do osób fizycznych, podmiotów prawnych i... ryb lądowych. Skoro karalne jest zwrócenie się do kogoś na przykład "ty pedale" albo "ty czarnuchu", tym bardziej karalny powinien być zwrot "ty grafomanie".

Ufff!

Nie, to jeszcze nie koniec. Teraz spróbujemy po chłopsku. Pilipiuk, a podejdź do płota!
Za ocenę czegoś, na przykład dzieła literackiego, ludzie zwykli uważać ustawienie tego, co się ocenia, w jakiejś hierarchii. Jak wyżej, to lepsze, jak niżej, to gorsze. Milcząca większość stawia sprawę nieco inaczej: jak moje wyżej, to ja jestem lepszy, jak niżej to, niestety, jestem gorszy i koniecznie trzeba ów stan rzeczy zmienić.
Uzbrojony w taką metodologię, inną niestety nie dysponuję, postaram się przeanalizować przydatność grafomanii na terenie jednego z krajów Zjednoczonej Europy... konkretnie Polski (niewielki typowy kraj, dobry przykład do rozważań). Za oczywiste uważam, że materiałem mogą być wyłącznie książki Andrzeja Pilipiuka, który korzystając z faktu, że zakaz używania zwrotu "grafoman" nie został jeszcze ustanowiony, sam siebie grafomanem nazwał.
Archaiczna wrażliwość — cecha naszych praprzodków, zepchnięta w najgłębsze zakamarki umysłu — jest czymś, co dostrzegam, co sobie cenię. Stary miły mojemu sercu fotograficzny statyw, kupiony na dzikim wschodzie za trzy ruble, pięćdziesiąt kopiejek, do nowego aparatu już nie pasuje, ale po prostu lubię, kiedy jest w plecaku. Robert Storm pracowicie odnawia znalezioną na strychu figurkę. Warto czy nie warto? Znakomita większość ludzi (wiek człowieka nie gra chyba roli) rzuciłoby ją w ogień — w opowiadaniu rzeczy mają inną wartość niż ta, wyznaczona przez specjalistów od marketingu. Przyjemne uczucie, kiedy ktoś zauważy oczywistość, o której inni już dawno zapomnieli.
Dom — pojęcie "dom" w kategoriach atawizmu. Nie rezydencja, nie siedziba, ale schronienie. Miejsce, gdzie jest dobrze i bezpiecznie. Ech, zatrzymać się w bieszczadzkiej bazie namiotowej. Ech, przemokniętego, śmierdzącego NS'a przerobić na lokum dobre i bezpieczne. A jak dziewczyny się potem fajnie przytulały przy ognisku... Weźmy na warsztat czteroksiąg o pannach Kruszewskich. Księżniczka Monika buduje sobie chałupkę z desek. Skromną, jednak przyjazną. Dziedziczki wznoszą okazałe dworzyszcze. Skala przedsięwzięcia inna, ale potrzeba posiadania domu w obu przypadkach wydaje się identyczna. Czy taka sama, jak potrzeba praprzodka, który ze skór i kości mamutów wznosił swój pierwszy szałas? Wierzę, że taka sama. Dobrze mi z moją wiarą.
Można by pisać o przyjaźni, o poświęceniu, które z odwiecznego pragnienia, aby człowieczy gatunek przetrwał, wyrasta. Można by pisać o poczuciu sprawiedliwości, które się nijak ma do tego, o czym mówią paragrafy i regulaminy. Nie, nie zamierzam tworzyć peanów na cześć Autora wojsławickich kronik. Zakładając, że ilość idzie w parze z potrzebą, której źródła w głębi duszy szukać należy, twórczość Andrzeja Pilipiuka spełnia rygory grafomanii. No chyba, że założymy wariant pesymistyczny, że praprzyczyny poszukamy w relacji Klient-BankKlienta-StanPosiadania. W wariancie pesymistycznym, owej twórczości grafomanią nazywać nie można. To jest po prostu codzienność — nic więcej.
Gdzie kończy się granica pisarstwa, a zaczyna grafomania? W przyrodzie stany skrajne mają charakter asymptotyczny. Nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być bardziej... nawet czarną dziurę postrzegamy jedynie, jako horyzont zdarzeń. Na szarą strefę kategorii estetycznych patrzę podobnie, jak na horyzont zdarzeń — wiem, że i tak nie zobaczę, co jest po drugiej stronie, ale mimo wszystko podskakuję jak mysikrólik, zaglądam tym wyższym przez ramię, zobaczyć próbuję. Czytam więc Pilipiukową grafomanię i łatwo odróżniam miejsca, gdzie wewnętrzną potrzebę pisania determinował stan bankowego konta od miejsc, gdzie wewnętrzną potrzebę determinował... determinowało... Co determinowało? Dobrze byłoby nazwać, jednak nie potrafię. Kilka książek odrzuciłem po pierwszym rozdziale. Kilka przeczytałem i stwierdziłem, że kiepskie. Ale facet bardzo dużo napisał i przynajmniej miałem w czym wybierać. Dobrze mi pośród Pilipiukowych okruchów normalności. Grafoman czy nie — sprawa drugorzędna, nad którą się nie zastanawiam i zastanawiać nie zamierzam.

Grafomania i "Dawni autorzy..."

Słowo "grafomania" należy rzecz jasna odnosić do kwestii poruszanych w artykule "Dawni autorzy o grafomanii", nie do samego artykułu ani tym bardziej Autora, Boże broń. Ponieważ nie każdy będzie skłonny przeczytać pracę obszerną i formalnym językiem napisaną, pozwolę sobie wyartykułować kilka przemyśleń, okraszając tekst cytatami.
Tytułowi "dawni autorzy" pojawiają się w drugiej części opracowania. Na samym początku w oczy się rzucają trudności w precyzyjnym określeniu, co jest grafomanią.
[quote]...grafomania jest zjawiskiem, które nie da się adekwatnie opisać w języku analizy tekstu. Paradoksalnie - jej precyzyjne narzędzia, jeśli nie współpracują z innymi, są w stanie uzasadnić jedynie potoczne użycia terminu, jak to się dzieje wówczas, gdy po lekturze czegoś słabego parskniemy z irytacją „toż to grafomania”.[/quote]
Na podobne problemy natrafiają próby określenia, co grafomanią nie jest. Kryzys pojęciowy będzie głębszy, jeżeli zaczniemy się zastanawiać, czy łatkę grafomanii (pozwolicie, że będę używać sformułowania "łatka" zamiast "piętno") przyklejać należy do utworu, czy do twórcy.
Rozważania prowadzone są z rozmachem jednak w dużym przybliżeniu można je sprowadzić do pytania: co decyduje o byciu grafomanią, artystyczny poziom dzieła, czy motywacja autora? Ja, na własny użytek, doszedłem do wniosku, że "artystyczna mizeria" wydaje się kryterium bardziej subiektywnym, zależnym i od metodologii, i od gustu oraz wiedzy oceniającego, podczas gdy wewnętrzny przymus, owo "pisarskie natręctwo", określa postawę w sposób w miarę jednoznaczny, a na pewno bardziej obiektywny. Ciekawa wydała mi się uwaga zaczerpnięta z Platońskich Dialogów, konkretnie z Iona (Uwaga! Potrzebna wypowiedź Gorgiasza). Twórczość artystyczną, zwłaszcza tę z górnej półki, Filozof uważa za jakąś postacią dewiacji. Nie tylko Platon łączył działalność pisarską z szaleństwem. Jest to pogląd dość powszechny w każdych czasach. Czy w takim razie grafomanię należy interpretować jako dewiację dewiacji? Problem do rozważenia po kilku głębszych.
Jeszcze bardziej łaskawy dla twórców jest Milan Kundera. Poniżej dwa cytaty z Księgi śmiechu i zapomnienia:
[quote]Kobieta, która pisze do swego kochanka cztery listy w ciągu dnia, nie jest grafomanką, lecz zakochaną kobietą.

Nie jest grafomanią pragnienie pisania listów, dzienników, kronik rodzinnych (a więc dla siebie lub swych najbliższych), lecz jest nią pragnienie pisania książki (czyli posiadania publiczności, nieznanych czytelników). Pod tym względem namiętność taksówkarza i Goethego jest identyczna. To, co odróżnia Goethego od taksówkarza, nie jest inną namiętnością, lecz tylko innym skutkiem tej namiętności.[/quote]
Dlaczego akurat taksówkarza, a nie księgowego? Nic to, przyjmijmy, że pod hasłem "taksówkarz" kryje się platońska idea twórcy niższych lotów. "Mój kolega Goethe" powie sobie roznamiętniony pasją tworzenia taksówkarz. Pocieszające, prawda?
Jeszcze bardziej pocieszająca może sie nam wydać postawa autorów dawnych.
[quote]Polski „grafoman” (jako skrót od grafomaniak) wchodzi do obiegu w 1899 r., (w „Tygodniku Ilustrowanym”, ale już Sienkiewicz w r. 1901 obdarzył nim Wyspiańskiego po premierze Wesela).[/quote]
Wyspiański grafomanem... i to jeszcze nazwany przez człowieka, który sprzedał największą jak dotąd liczbę książek. Mocne.
Rekapitulując: to, co napisano powyżej, skłania mnie ku twierdzeniu, że pojęcie grafomanii odnosimy w znacznie większym stopniu do autorów niż do ich dzieł. Chyba słusznie. Teraz drugi początek kija (każdy kij, jak wiadomo, ma dwa początki) czyli Uniwersum, w którym grafomania istnieje, ewentualnie, bez którego zaistnieć by nie mogła.
[quote]...grafomania, po to, by zaistnieć jako zjawisko społeczne, potrzebuje właśnie salonu, czyli aktu oceny i gestu wykluczenia.[/quote]
Akt oceny i gest wykluczenia wydają się oczywiste. Znacznie większy problem jest z owym salonem. Co może być wyróżnikiem takiego salonu? Powszechna akceptacja? Wyrażenie brzmi równie głupio jak "prezydent wszystkich Polaków". Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że każdy periodyk mniej lub bardziej ze sztuką powiązany (nie tylko w Polsce) usiłuje pełnić rolę owego salonu, oczywiście negując prawo konkurencji do bycia takim salonem. Taki salon odpada. Co zatem? Internet? Fora literackie?
[quote]Nie jest też chyba „bastionem grafomanii” internet i cała ta blogowa pisanina. Sfera, w której każdy może publikować, jest dla grafomana rajem tylko na pozór, zaś w istocie rzeczy - piekłem anonimowości. Pozostać jednym z setek tysięcy blogerów - to dla grafomana raczej ponura perspektywa. Internet jest egalitarny, grafomania nie może żyć bez hierarchii; internet zaciera granice pomiędzy pismem i głosem, grafomania już w samej swojej nazwie wyróżnia piśmienne utrwalenie. Prawdziwy grafoman nie bloguje (i nie umieszcza wierszy na stronie domowej) po to, żeby się wypisać, tylko jeśli już się pojawia, to z nadzieją na zaproszenie do prawdziwego salonu („może mnie zauważą”?), bo przecież krytycy, badacze literatury także do sieci zaglądają.[/quote]
Dla mnie uwaga o tyle cenna, że sam nigdy nie doszedłem do podobnych wniosków, a te wydają mi się godne wzięcia pod rozwagę. Z jednej strony pisać i publikować może każdy, z drugiej — egalitarność zabija grafomanię. Czy tak jest? Czy tak było przed kilkuset laty? Mam jedno, ale z mojego punktu widzenia poważne zastrzeżenie. Internetu nie uważam za uniwersum na tyle charakterystyczne dla czasów współczesnych, aby bez zastrzeżenia przyjmować powyższe tezy. Znamiennie brzmią podane w tym samym opracowaniu liczne opinie autorów dawnych. Stanisław Herakliusz Lubomirski, czy biskup Ignac (Krasicki) w podobnym tonie kwękają, że za sprawą ksiąg drukowanych powszechność literatury niskich lotów staje się nie do zniesienia. Zastanawiam się, czy owo "piekło anonimowości" nie jest sformułowaniem nieco na wyrost?


Kajetan Jaxa-Marcinkowski

Na zakończenie pozwolę sobie zaprezentować osobę wspomnianego przeze mnie grafomana-nad-grafomany Kajetana Jaxę-Marcinkowskiego. Współcześni postrzegali go mniej więcej tak:

obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Obrazek namalował tuszem pan Jakub Kajetan Sokołowski, nadworny grafik Krasińskiego (Wincentego, ojca Zygmunta). Dla mnie rewelacja! Więcej w nim informacji na temat grafomanii, niż w niejednej mądrej książce.
Pan Kajetan Jaksa-Marcinkowski nie pozostawił po sobie dzieł na miarę wieszcza. Nie oznacza to, że pisał jakoś szczególnie kiepsko. Spotkałem się nawet z opinią, że prezentowany przez niego poziom artystyczny nie odbiegał od średniej epoki (epoki klasycystycznej rzecz jasna). W cyklu napisanym przez Mariana Brandysa "Koniec świata szwoleżerów" ów bywalec salonów zajmuje poczesne miejsce. Wydaje mi się, że to raczej megalomania Poety, a nie artystyczny dorobek, stała się przyczyną tego, jak postrzegali go współcześni... swoją drogą, czy to jedyny taki przypadek w historii literatury?
Kpili z niego wszyscy. Wincenty Krasiński, z właściwą sobie gracją słonia w składzie porcelany, szczuł na siebie nawzajem wszystkich, którzy przewinęli się przez jego literacki salon. Dziwne nie jest, że pan Kajetan stawał się raz za razem obiektem niewybrednych dowcipów. Nieporównanie lepszej próby były numery, które wywijał artyście pan Generał Franciszek Morawski, wydaje się, że bliski przyjaciel grafomana. W ramach swoich żartów potrafił sfinansować i szumnie wystawić sztukę "Pszonka", ale jako człowiek dużej inteligencji i ostrego języka miał też znaczny udział w kpinach z nieszczęsnego Jaxy. Poniżej cytuję generalski wiersz, którym był łaskaw otworzyć list do swego przełożonego Wincentego Krasińskiego:
[quote]Kochany Jenerale
Niepiękney, chociaż modney uległszy chorobie,
Siedzę na urynale i zgadniesz, co robię,
Czyli raczey w klasycznym przemawiaiąc tonie
Nadymam się iak Iowisz, siedzący na tronie.
Marszczę brew, gniewnie w koło rzucaiąc zrzenice
I okropną pod sobą tworzę nawałnicę
Tysiąc wichrów z Eola iaskini wypada
Ryczy burza i Echo Echu odpowiada
Leci deszcz! Lecą gromy! A Jaxa zdumiały
Pędzi swoią Naiadę w nowe pole chwały
I mieszcząc nocną urnę w ręku tey biedaczki
Dodaie do rzek swoich wielki potop sraczki.[/quote]
Dla tych, co nie załapali wszystkich subtelności, owe "rzeki" w ostatnim wersie są aluzją do sztandarowego Jaxowego utworu "Rzeki polskie". Gdyby komuś było mało, polecam utworek nieco większej wartości, tego samego autora, zamieszczony na końcu artykułu. Tytuł wiersza "Do milczącego Jaksy". Oba wierszyki urokliwe, dobrze oddają stosunek otoczenia do poety. Ech, lepiej nie uchodzić za grafomana, niezależnie od czasów w jakich przyjdzie człowiekowi żyć.


Konkluzja

Na zakończenie grzechem byłoby jeszcze raz nie zacytować Autora artykułu:
[quote]...grafomania sprawia wrażenie rodzinnego problemu samej literatury. Teraz można dodać: to zadawniona waśń i często - jak to domowy konflikt - bezwzględna.[/quote]
Nic dodać, nic ująć. Pomimo arystokratycznego rodowodu, określenia "grafoman", "grafomański" o wiele lepiej sprawdzają się w proletariackich przepychankach niż na literackim parnasie. Tak to już ten świat urządzony. Arystokratą się po prostu jest lub nie jest — rodowód nie zawsze ma znaczenie, a proletariusze wszystkich krajów... no i mamy to, co mamy. Swój grafomański ponad wszelką wątpliwość tekst zakończę pytaniem: czy pojęcie grafomanii jest na tyle jednoznaczne i precyzyjne, aby w dyskusjach o literaturze warto było się nim posługiwać?



PS.
Pisząc artykuł nie używałem emotikonów. Wynika to z faktu, że musiałbym wstawić znaczną liczbę uśmiechów i mrugnięć, zaciemniając tekst. Na Artefaktach krew się nie polała, mam nadzieję, że na Literce również nie zrozumiecie mnie opatrznie.

Awatar użytkownika
R. Bates
Posty: 432
Rejestracja: 21 grudnia 2013, 13:10
Lokalizacja: Wrocław, Poland
Kontaktowanie:

Re: Grafomania dla księgowych

Post autor: R. Bates » 06 września 2015, 21:52

No to żeś wybrał, mocium panie, wspaniałe miejsce na publikację takiego artykułu :). Forum literackie, miejsce spotkań amatorów i początkujących, którzy, jak przypuszczam, często zadają sobie pytanie, czy pisanie ma sens, czy nie jestem przypadkiem grafomanem? Sam miewam takie wątpliwości...
Ale prawda jest taka, że tego tupu wątpliwości nie dotyczą tylko pisania. Wszystkiego. W firmie, czasem zastanawiam się, czy ja naprawdę jestem dobrym pracownikiem, czy oni tylko trzymają mnie z braku lepszych kandydatów, bo rynek akurat nie oferuje świetnych specjalistów na moim stanowisku. Że ten samochód firmowy i premie dają mi tylko po to, abym dalej żył świadomością, że jestem cokolwiek wart i zarzynał się jak wół dla korporacji. Mimo tych wątpliwości pracuję ciężko, bo wiem, że bez względu na moje ego, ja i moja dziewczyna (plus 2 koty) musimy mieć dach nad głową i kasę na jedzenie i godne życie.
W przypadku treningów też mam wątpliwości - mistrz jest nie do prześcignięcia, ma tak świetne predyspozycje fizyczne, że nie ma szans nawet zbliżyć się do jego poziomu. Pozostaje rywalizacja z dużo słabszymi kolegami z grupy, pośród których mam możliwość od czasu do czasu poczuć się dobry. Ale bez względu na to, czy ktoś kiedyś uzna mnie za mistrza, będę trenował, bo dzięki temu nie jestem otyły, dobrze sypiam i daje swojemu ciału pozytywnego kopa do walki z przeciwnościami.
I piszę. Prozę, poezję, czasem recenzje, czasem proste rymowanki, gdy ktoś z rodziny lub znajomych ma urodziny. Pisanie mnie odpręża i daje intelektualnego kopa. Zmusza do poszukiwań i zgłębiania nowych horyzontów. Gdzieś tam, na widnokręgu przyświeca mi nawet ostatnio cel, że może kiedyś coś uda się wydać. A może się nie uda. Ale bez względu na wynik moich ambicji artystycznych (lub też ich braku) będę pisał, nawet jeśli jakaś grupka "salonowej elity" zechce mnie nazwać grafomanem i zdyskredytować. Bo uważam, że dyskusja na temat grafomanii to zwykła próżność ew. zabawa dla doktorantów-językoznawców (bez obrazy, Szczepan, twój artykuł jest naprawdę dobry i jestem pod wrażeniem profesjonalizmu jego wykonania - mówię bardziej ogólnie).
Myślę, że powiedzieć o kimś piszącym, że jest grafomanem i że powinien dać sobie spokój z pisaniem, to jak powiedzieć o kobiecie, że jest brzydka i nigdy nie znajdzie faceta. Nawet jeśli to prawda, to co? Ma się powiesić i zrobić miejsce dla tych piękniejszych? Czy może jednak spróbować szczęścia?
Tak więc dziękuję, mocium panie, za przypomnienie mi o własnych słabościach i wątpliwościach - nie ma lepszej motywacji ;).
Pozdrawiam.
Veni, Vidi, Komci

Awatar użytkownika
Siemomysła
Posty: 900
Rejestracja: 25 listopada 2013, 18:37
Lokalizacja: Druga gwiazda na prawo i prosto aż do rana
Kontaktowanie:

Re: Grafomania dla księgowych

Post autor: Siemomysła » 14 września 2015, 07:38

Dzień dobry :)

Przeczytałam sobie tekst Twój, Szczepanie, w zeszłym tygodniu. Miałam nadzieję, że uda mi się przeczytać także tekst źródłowy, ale poradziłam tylko dwóm stronom do tej pory. Nie zniechęcam się jeszcze, może kiedyś doczytam. Tymczasem rozmyślam nad tym, co piszesz, nad znaczeniem słowa grafoman i uświadamiam sobie, że dla mnie grafoman to ktoś, kto pisze dużo i sprawia mu to radość. Sama siebie określam "grafomanem z odzysku", bo pisać zaczęłam późno. I bynajmniej nie chodzi mi aby ktokolwiek zaprzeczał. Zresztą ostatnio już dużo nie piszę, a i radości jakoś mało mi pisanie sprawia. Fajnie było być grafomanem, bo to stan radosny. Teraz nie wiem kim jestem.
Próbuję też wyobrazić sobie, że ktoś mnie od grafomanów wyzywa. Czy byłoby mi przykro? Czy przestałabym pisać z powodu słowa? Wątpię. Nie z powodu tego słowa, bo nie umiem w sobie znaleźć kodowania jego negatywnego wydźwięku.
Nawet kiedy ostatnio w dyskusji na fejsowej grupie Fantastyka Polska ktoś określił Dukaja mianem grafomana (dosłownie było o tym, że momentami w swoich powieściach popada w grafomanię), to odebrałam to dokładnie tak, że zdaniem tego akurat dyskutanta zbytnio rozdmuchuje niektóre miejsca w tekstach, używając nadmiernej i zbędnej ilości słów. Dla mnie akurat ta ilość Dukajowych słów w Dukajowych tekstach jest jak najbardziej na miejscu. Każde jego słowo sprawia mi radość, uwielbiam go czytać.
Strasznie zatem indywidualna sprawa ta grafomania. Nie wyobrażam sobie, by móc ją zdefiniować jednoznacznie.

PS. To naprawdę dobry tekst jest. Ciekawy, frapujący, każący myśleć. Cieszę się, że się tu pojawił.
Trudno zainteresować żonatego mężczyznę i znaleźć czas na czytanie książek
[Stokrota]
Ale jest za późno, zawsze było, zawsze będzie za późno.
[Dr Manhattan]
I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony!
[Red Shoehart]

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: Grafomania dla księgowych

Post autor: Krin » 19 września 2015, 20:46

Początkowo zupełnie przegapiła ten tekst. Teksty w publicystyce pojawiają się raczej rzadko, toteż się zupełnie nie spodziewałam. Dopiero komentarz Siem mnie uświadomił. Przeczytałam jakiś czas temu, a potem przeczytałam jeszcze wiele rzeczy, więc tak średnio pamiętam, ale postaram się pisać na temat.

To może zacznę od wypowiedzenia się w temacie, kim dla mnie jest grafoman. Często zdarza mi się tak nazywać samą siebie, lecz raczej w chwilach rozpaczy, kiedy słów mi brak na określenie tego, co czytam, a co sama (podobno) popełniłam. W rzeczywistości jednak osoba, którą ja bym tak nazwała, nigdy nie nazwałaby tak samej siebie. Grafoman to dla mnie osoba wiecznie zadowolona z tego, co pisze, choć jest to, delikatnie mówiąc, literatura bardzo wątpliwej jakości, albo nawet coś, czego literaturą nazwać nie sposób. Na dodatek grafoman nie jest w stanie pojąć, że komuś jego "dzieło" mogło nie przypaść do gustu albo, że wedle zasad języka polskiego istnieje coś takiego jak np. interpunkcja i tym podobne bzdury. Każdy, kto śmie podważać niezmienność "dzieła" związaną z tym, iż jest ona tworem idealnym i nie możliwym do udoskonalenia, obowiązkowo mianowany zostaje hejterem, zazdrośnikiem, życiowym zerem, ignorantem niepotrafiącym ujrzeć prawdziwej jakości "dzieła" itd. Niestety nie potrafię wystarczająco popuścić wodzy wyobraźni, by wczuć się w rolę i zrozumieć, co tam jeszcze w umyśle grafomana się kotłuje. Najśmieszniejszy grafoman z jakim się spotkałam był tu kiedyś na forum i zdaję się, że krzyczał coś o tym, że warszawska mafia językoznawców nie może dyktować narodowi, jak ma mówić, a wszystkie błędy wcale nie były błędami, lecz zamierzonym działaniem jednostki niepodporządkowującej się językowej tyranii. No, coś w tym stylu. Nie będę szukać dokładnie, bo mogłoby to okazać się, że tak powiem niepoprawne politycznie. Wszak brzydko się tak na forum wyzywać od grafomanów.

Hmm... Trochę się rozpisałam i mam wrażenie, że nie do końca z sensem, ale trudno. Może ja sama jestem gatunkiem opisywanego przez siebie grafomana i o tym nie wiem?

Chciałam jeszcze dodać, że w pewnym momencie nieco pogubiłam się w tekście. może to było zamierzone, ale w każdym razie nieprzyjemne i chyba nie takie, jakie powinno być. Czułam się miejscami, jakby to, co czytam, miało być jakimś nawiązaniem i tylko ja nie wiem do czego. Czasem wydało mi się też zbyt poetycko na publicystykę. Wiem, że wygląda, że znów się powtarzam ze swoją opinią na temat twojego stylu, ale to inna sytuacja. Po prostu miałam takie wrażenie w paru miejscach, bo ogólnie to tekst mi się podoba, choć nie był prosty do czytania. Musiałam się skupić, zastanowić. To z reguły dobrze, oprócz tych wypadków, w których się jednak zgubiłam.

Aż sama mam ochotę popełnić coś w tym dziale, ale mogłoby to okazać się grafomanią. ;)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
szczepantrzeszcz
Posty: 213
Rejestracja: 07 lutego 2014, 12:52

Re: Grafomania dla księgowych

Post autor: szczepantrzeszcz » 21 września 2015, 22:25

Siem, Krin, Bates wielkie dzięki za komcie.

Prośbę mam wielką do Krin: napisz gdzie się zgubiłaś, może coś zmienić warto, może choć odrobinę rozwiniemy język polski ;)

Awatar użytkownika
Padraig
Posty: 38
Rejestracja: 18 października 2015, 22:33

Re: Grafomania dla księgowych

Post autor: Padraig » 15 listopada 2015, 13:01

Bardzo ciekawy esej. Miejscami styl mi przeszkadał, są tam takie wstawki, w których coś mi zgrzytało. Za to sam temat bardzo ciekawy i warty uwagi. Kilka osób w komentarzach napisało tutaj, że czasami są skłonni nazywać siebie grafomanami. Mnie się wydaje, że samo twierdzenie o sobie, że jest się grafomanem (nie w sensie radosnego obwieszczania tego światu, w nadziei, że świat nas gorliwie przekona, że jednak jesteśmy genialni, ale w sensie krytycznego spojrzenia na własną twórczość), oddala nas od bycia tymże. Zapytałeś, Szczepanie, czy pojęcie grafomanii jest na tyle precyzyjne, by warto byłoby się nim posługiwać w naukach o literaturze. Nie jestem pewien. I choć dla mnie definicja grafomana jest do pewnego stopnia klarowna - to osoba ślepo zapatrzona w siebie, niezmiennie przekonana o swojej artystycznej genialności, radośnie tworząca rzeczy o znikomej wartości artystycznej, ale nie poddająca się żadnej krytyce, to wydaje mi się, że w takiej poważnej, akademickiej powiedzmy, dyskusji, można jedynie rozprawiać o większej lub mniejszej wartości artystycznej dzieła i wartości jego i autora dla reszty literatury. I tyle. Dla mnie pojęcie grafomanii jest jak na razie przynajmniej, powiedzmy, określeniem dosyć "slangowym", typowym np. dla środowiska internetu. Tak jak napisałeś, niby wszyscy wiedzą o co chodzi z tą grafomanią, ale gdyby chciałoby się stworzyć jakąś słownikową, ścisłą definicję tego pojęcia, to byłoby ciężko. Może kiedyś.

ODPOWIEDZ