Tytuł Tekstu maja zdobył "Bestiariusz" MononokeGirl.

Serdecznie gratulujemy! :D

I oczywiście zachęcamy użytkowników do lektury i komentowania.

O szlachetnym odruchu wspierania debiutantów

PUBLICYSTYKA
A kto powiedział, że publicystyka ma być nudna? Nudną robią ci, którzy nie potrafią robić interesującej. ~ Irena Dziedzic
Awatar użytkownika
Kruffachi
sekretarz generalny
Posty: 1790
Rejestracja: 05 grudnia 2013, 21:42
Lokalizacja: Drugie Lewo
Kontaktowanie:

O szlachetnym odruchu wspierania debiutantów

Post autor: Kruffachi » 28 grudnia 2014, 19:45

Bo recenzja to też publicystyka ;) Owszem, tekst (a właściwie dwa) odświeżany, poprawiony. Wszystkie zamieszczone cytaty: D. Sokołowski, Kwiat paproci, Poznań: Rebis 2012.


O szlachetnym odruchu wspierania debiutantów oraz tym, co z tego wynikło


Kiedy usłyszałam, że Rebis po raz pierwszy wydaje debiutanta fantasy, a potem przeczytałam, że autor to fan średniowiecza, antyfan renesansu i historyk, oczki mi się zapaliły z entuzjazmu i już wiedziałam, że jego książkę przeczytam, a nawet zakupię. Wkrótce trafiła w moje łapki. I tu skończyło się rumakowanie, jak rzecze klasyk.
Właściwie powinno mnie zaniepokoić to, że obok informacji o uwielbieniu Dominika Sokołowskiego dla średniowiecza, znalazła się także ta o jego pasjach RPG-owych i tym, że universum "Kwiatu paproci" z tej pasji właśnie wyrasta. Ale kiedy swego czasu wyraziłam opinię o tym, że myślenie RPG-owe fantastyce szkodzi, zostałam uświadomiona, że to nie tak, że to wina ludzi, a nie samych gier. Stwierdziłam zatem, że wyzbędę się uprzedzeń i zobaczę, co z takiej fuzji może dobrego wyniknąć.
Cóż, znowu - niestety - miałam rację.

Prolog, czyli nowa nadzieja
Razem podeszli do łóżka cesarza. Bazyleus oddychał miarowo i lekko uśmiechał się przez sen. Kobieta delikatnie potrząsnęła jego ramieniem.
- Panie, zbudź się - szepnęła mu do ucha. - Matka cię wzywa.


Kwestia objawia się już w prologu, który - mimo wszystko - zrobił na mnie nie najgorsze wrażenie. Owszem, napisany został koszmarnie, obfitował w brzydkie, banalne zdania i szkolne błędy w budowaniu napięcia, ale jednocześnie oferował sugestię fajnego świata w klimacie bizantyjskim i politykę. Szkoda, że ta druga tak szybko zniknęła z pola widzenia, a zastąpiło ją kanonicznie dla fantasy bieganie po lesie.
Zaczynało się klasycznie, ale przyjemnie - oto zwycięski wódz wraca z wyprawy i zamierza wykorzystać poparcie armii do dokonania przewrotu w państwie i objęcia władzy, a dodatkowo dostałam - znowu tylko sugestię - niezłego bohatera, któremu zależy nie tylko na koronie cesarskiej, ale też pomszczeniu zamordowanego poprzednika. Czyli w sumie zapowiadała się postać z potencjałem niejednoznaczności, zwłaszcza że prolog obserwujemy z perspektywy zamieszanej w morderstwo cesarzowej - najwyraźniej "tej dobrej". Widząc, co się święci, każe ona wynieść z pałacu i ukryć swego syna.
Potem oglądamy jeszcze dwójkę innych dzieci, którym przydarzają się analogiczne rzeczy. Jeden z nich ma wyraźnie jakiś problem z Mhrocznymi Mocami Zua (a jakże!), a drugim jest piękne, głodujące dziewczę, kradnące - jakież to oryginalne - jabłka ze straganu i wybawione z opresji przez swego przyszłego nauczyciela. Nietrudno się domyślić, że zbiera nam się ekipa.

Jakby jednak drużyna
Rozgorzała zacięta walka. Koczownicy byli nie więcej niż średniego wzrostu, smagli, o oczach w kształcie migdała. Vindlandczycy, górujący nad nimi siłą i liczbą, spadli na nich z furią.


Po chwili - gdy dzięki mocy pióra na przestrzeni kilku stron mijają lata i brzdące z Prologu podrastają - dołącza do czeredy bohaterów rycerz Ilias, który - tu znów powalająca na kolana oryginalność - zastaje swój zamek spalony przez barbarzyńców z północy, a ciężarną żonę zamordowaną. Zabiera więc giermka i wyrusza się mścić.
Cóż, to nie jest tak, że teraz nasi bohaterowie stworzą drużynę i pójdą zdobywać magiczny miecz, ale jednak zestaw, jaki tworzą, jest dość, no... Sami oceńcie: zaginiony dziedzic tronu i jego wierny przydupas, rycerz-mściciel, piękna a niebezpieczna agentka, do tego z biegiem, khem, fabuły dochodzi mag miotający ognistymi kulami (do systemu magii jeszcze wrócę) i młody giermek rozkochujący w sobie panny. Mnie się czerwona lampka zapaliła. Jeśli losy tych bohaterów się splotą - pomyślałam sobie - a splotą się na pewno, będę miała dość klasyczną drużynę z jasnym podziałem ról.

Nieoryginalność czy nawiązania?
Rozległy się dzwonki i do osady wjechały duże sanie zaprzężone w renifery. Siedziała w nich urodziwa kobieta w futrze z gronostajów i białych lisów, a obok niej mężczyzna okutany grubym futrem z polarnego niedźwiedzia, w rogatym hełmie z żelaznych obręczy obciągniętych utwardzoną skórą.


Momentami się zastanawiałam. Owszem, nawiązania intertekstualne są. Tylko że dość łopatologiczne, jak choćby do "Piekła" Dantego czy do Andersenowskiej "Królowej śniegu". Przyznam zresztą, że przy tym drugim zatrzymałam się nieco dłużej, spoglądając podejrzliwie. Zaraz, zaraz - powiedziałam sobie - czy ja czegoś nie pamiętam? Czy w baśni naprawdę było coś o rogatym hełmie? Sprawdziłam - nie, nie było. Mamy więc do czynienia ze Starbuckiem a la Vinge, tak? To już nie wygląda na nawiązanie, kiedy przywołuje się nie oryginał, a trawestację, w dodatku nie jakoś powszechnie zakorzenioną w świadomości czytelników.
Takich momentów zawahania miałam zresztą więcej. Ot, choćby przy systemie religijnym. Jest dość czytelny, skoro mamy Theosa i jego awatara Sotera, którego zdradził jeden z uczniów i tak dalej, i tak dalej... Mało tego, siłami zła dowodzi Satan. No bardziej subtelnie się nie dało. Ale umówmy się, że subtelność cechą pisarstwa Sokołowskiego nie jest. Niemniej natychmiast otworzyła mi się szufladka z tytułami, gdzie problem rozwiązany został niemal identycznie.
W ogóle te wszystkie nawiązania - a nawiązania na ogół lubię - zaczęły mnie mocno irytować. Po pierwsze - bo brak wyczucia. Po drugie - bo zwalone ze wszelkich możliwych stron i wymieszane razem. O ile w pastiszu czy książce pisanej z humorem miałoby to szansę zagrać i to nawet ładnie, tak w powieści teoretycznie serio wyprowadza z równowagi. To już nie jest intelektualna zabawa, a slalom między spadającymi na głowę głazami. Bardzo męczące i dla rzeczonej głowy niebezpieczne. Aż doszło do tego, że zaczęłam zastanawiać się, czy nie mam przypadkiem do czynienia z pastiszem, jeno tak drętwo napisanym, że mi to umknęło.

Styyyl...!
Puk! puk! stukały palce Magnusa. Chlast, chlast, mlaskała pałka w dłoniach krążącego dookoła Physkona.


A raczej brak stylu. Przykro mi to stwierdzać, ale Sokołowski popełnia wszelkie możliwe błędy nowicjusza i wpasowuje się niestety w najgorszy stereotyp fantasty-pisarza. Rusty Angel pisała kiedyś o tym problemie i o braku wyczucia kadencji. "Kwiat paproci" to doskonałe pole do badań tej kwestii. Serio - dobre akapity mogłabym policzyć na palcach jednej ręki.
Na czym polega problem dokładnie? Oj, złożony jest. Po pierwsze, Sokołowski ma chyba nie najlepszy słuch albo ktoś mu bardzo dawno temu powiedział, że pisząc krótsze zdania uzyska dynamizm i jeszcze wystrzeże się błędów, a on nadal nie zauważył, jak bardzo mija to się z prawdą. W każdym razie długością wypowiedzeń i interpunkcją operować nie potrafi. Nie zaprzęgł do swych celów ani przecinków, ani półpauz, ani nawet kropek czy akapitów. Wszystkie one służą jedynie wypełnieniu zasad słownikowych paragraf po paragrafie. Szczytem interpunkcyjnych szaleństw jest potrojenie pytajnika.
O operowaniu szykiem czy instrumentacją głoskową nie ma w ogóle co marzyć. Jak skończyła się próba wykorzystania dźwiękonaśladownictwa widać w cytacie powyżej.

Dialogi - potworki
- Hojnie cię wynagrodzę za takie informacje.
- Nie będę dla ciebie szpiegował. Honor mi na to nie pozwala - odparł zdecydowanie Basarab.
- Zdrajco! Wypierasz się ojczyzny? Co z ciebie za Arkadyjczyk?
- Ostatni Arkadyjczyk, jakiego spotkałem, chciał mnie sprzedać w niewolę.
- To twoje ostatnie słowo?
- Tak.
- Pożałujesz tego jeszcze. Nie wiesz, z kim zadarłeś, chłopcze.



Jeden z większych problemów Sokołowskiego to dialogi. Ten powyżej nie jest jeszcze najgorszy, ale z jakiegoś powodu (nie pamiętam jakiego) właśnie to sobie podczas lektury zaznaczyłam specjalną zakładką. W każdym razie mam żal do Sokołowskiego nie tylko o drętwość wypowiedzi i miałkość rozwinięć dialogowych. Pojawia się tu inny, poważniejszy problem, tak powszechny u początkujących twórców: aż roi się od scen spod znaku "aha, to teraz porozmawiamy o rzeczach całkowicie dla nas oczywistych, ale nieoczywistych dla tej ślicznej pani, która próbuje nas podsłuchać" i tym podobnych.
Co więcej - mogę powtórzyć tu ten sam zarzut, którym często posługuję się wobec autorów jeszcze przed debiutem: za mało miejsca dano narratorowi. To, że nie ma on w ogóle jaj, nie jest ani auktorialny, ani spersonalizowany, to jedna sprawa. Inna jest taka, że do jego zadań należy często jedynie relacjonowanie tego, co akurat robią bohaterowie. Uwagi ogólne na temat świata pojawiły się może ze trzy, cztery razy. Czytelnik dostaje tylko to, co jest mu akurat niezbędnie potrzebne.
Tak, tak - ZA MAŁO PRZESTRZENI!!! Nie mam żadnej frajdy z poznawania świata, jego struktur, polityki, kultury, niczego. A przecież zagłębianie się w alternatywną rzeczywistość to jedna z rozrywek, jakich czytanie fantastyki powinno mi dostarczać, prawda? Dziwiłam się, że powieść fantasy jest tak krótka i szybko uzyskałam odpowiedź na pytanie dlaczego? Bo jest naga. Po prostu.
To znaczy, nie wątpię, że świat jest dopracowany. Gdzieś tam na dziesiątym planie pojawiają się sugestie mogące na to wskazywać, ale wolałabym mocniej tego doświadczyć, zamiast walczyć ze smokami i biegać po lesie.

Ale miało być o dialogach w tej części...

Wspominałam o tym, że są drętwe. Bohaterowie mówią pełnymi zdaniami, tak grzecznie i poprawnie, że nawet najlżejszy wulgaryzm w ich ustach - zamiast dodawać krwistości - zwyczajnie bawi. Lepiej byłoby już, gdyby Sokołowski zupełnie z nich zrezygnował.

No to może postaci...?
Silnoręki zastanowił się. Jego dawny dowódca, mówiąc "dyskretnie", miał z pewnością na myśli: bez wiedzy władz i unikając straży. Jeśli zaś władze zdecydowały się naruszyć nietykalność bądź co bądź posłów, to musi być grubsza afera, sprawa gardłowa. Z drugiej strony byli towarzyszami broni i nieraz ratowali się nawzajem z opresji. Nie mógł zawieść starego przyjaciela.


Niestety - postaci też nie. Była aż jedna, która wzbudziła we mnie jakieś emocje, ale - jak się okazało - epizodyczna, więc zmilczę. A cała reszta? Typy dość klasyczne dla fantasy, o czym wspominałam już wcześniej, w dodatku niemal całkowicie pozbawione psychologicznych portretów. Rozważania o głębokości przeciętnej kałuży, życiowe decyzje podejmowane na przestrzeni jednego akapitu, rozterki (o ile się takie pojawiają) streszczane w kilku zdaniach. Wszystko to sprawiło, że nie przywiązałam się do nikogo. Początkowo sądziłam, że zwiążę się z Iliasem, bo wydawało się, że jakoś tam wpasowuje się w mój ulubiony typ, ale dość szybko mnie zawiódł. Potem dałam szansę Basarabowi, ale nadal nie za wiele o nim wiem. Generalnie ich losy spływają po mnie jak po kaczce. Przejęłam się tylko jednym (wspominałam na początku akapitu) i miałam nawet nadzieję, że Sokołowski mnie tu zaskoczy, pozwalając mu włączyć się do akcji, bo tak intensywnie od początku sugerował, że go zabije... No i zabił.
A ja nie mam niczego do dodania.

...albo konstrukcja świata?
Jak już mówiłem, pochodzę z Ariany i param się magią ognistą. Jak wiecie, są czary czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i właśnie ognia, który jest szczególnie popularny wśród moich krajan. Istnieje jeszcze piąty żywioł, psyche, ale jest on bardzo tajemniczy, a praktykowanie magii psychicznej często prowadzi na manowce.


Cóż, konstrukcja świata jest prosta jak budowa cepa. Zresztą wystarczy spojrzeć na mapkę, stanowiącą właściwie przerysowaną Europę. I tak mniej więcej wygląda rozkład kultur i nazewnictwa. Czy dlatego Sokołowski zrezygnował z głębszego wchodzenia w szczegóły? Uznał, że wszystko jest jasne?
I nie, to nie wypada dobrze. Lepiej byłoby, gdyby został przy tym Bizancjum, bo to temat słabo przez fantasy eksploatowany. Miałby szansę stworzyć coś oryginalnego i barwnego, a tak jest kapusta z grochem.
No i magia. Za wiele o niej nie wiadomo - znowu - ale myślę, że powyższy cytat daje pewne wyobrażenie o problemie. Jasne, to też można było ciekawie rozwinąć, nawet oklepane tematy. Twórcom "Avatara" (mowa o serialu animowanym, nie filmie Camerona) się w końcu udało. Tu na razie wygląda to bardzo marnie.

Uwagi końcowe
- Moja historia jest krótka i smutna - odrzekł mag, przełykając kolejny kęs.


Czy coś mi ta lektura dała? Tak, dała. Pewność, że buszowanie po Internecie ma sens, bo już teraz część powieści, jakie objęłam swymi puchatymi kopytkami, jest lepsza niż to, co można nabyć w księgarniach, a będzie przecież - gorąco w to wierzę - jeszcze piekniej. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i silniej optować za tym, by rzeczone powieści kiedyś się ukazały.
Czy można zatem znaleźć w przypadku tej pozycji jakieś pozytywy? Tak - sposób wydania. Tu nie mam większych zastrzeżeń, choć okładka jest... no, raczej standardowa i zupełnie nie rzuca się w oczy na księgarskich półkach. Poza tym jednak całość sprawia estetyczne wrażenie, zrobiono to zwyczajnie starannie. Dostrzegłam bodaj jeden błąd edytorski i kilka powtórzeń. Poza tym jest ładnie i jeśli coś sprawiło, że czytałam "Kawiat paproci" tyle czasu, to bynajmniej nie skład.
I coś jeszcze?... Może wiedza szczegółowa? Bo tego akurat Sokołowskiemu odmówić nie można - w końcu jest wykształcony w tym kierunku. Co z tego jednak, skoro ten fakt ginie pośród ogólnego niesmaku?
A to dopiero początek trylogii... I teraz się zastanawiam - dać jeszcze szansę? Kupić już nie kupię, ale czy w ogóle sięgać...?

A zatem... czego oczekiwać od fantastyki?

To między innymi doświadczenie lekturowe, ostatnie i mniej ostatnie rozmowy, przeczytane recenzje - wszystko to złożyło się na powyższe pytanie. Mam przy tym świadomość, że niczego nowego nie odkryję.
Sprawa nie jest taka jasna, niemożliwa do wyczerpania w kilku akapitach i rozwarstwia się tym bardziej, im bliżej się jej przyjrzeć. Wiadomo przecież, że potrzeby częściowo są kreowane, częściowo sterowane, a częściowo w ogóle niezauważalne, bo niemające swojej materialnej realizacji. I może jest to dzielenie włosa na czworo, takie moje marudzenie, ale powstrzymać się nie mogę.
Ciągle nurtuje mnie myśl, że większość czytelników fantastyki to tacy "zjadacze fabuł". Ot, śledzą historię i całą swoją ocenę opierają na odpowiedzi na pytania o zaskoczenia, stopień "fajności", oryginalności. Oczywiście nikt im tego nie zabroni. Mnie samej włącza się czasem taki tryb, zwłaszcza gdy zorientuję się, że mam do czynienia z produkcją czysto rozrywkową. Ale przykładanie jednej miarki do wszystkiego jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też szkodliwe dla samego czytającego. Swego czasu na jednym z for literackich starałam się wywołać dyskusję o zmuszaniu czytelnika do myślenia, ale szybko podryfowała ona w kierunku tak zwanych hintów, a nie do końca o to mi chodziło. Jako myślenie przy czytaniu rozumiem bowiem właśnie próbę wniknięcia w tekst głębiej, poza samą fabułę (a hinty należą jednak do spraw fabuły). Ot, choćby dostrzeganie konwencji, nawiązań, szukanie myśli przewodnich, osadzanie danej pozycji wśród innych. Takie czytanie jednocześnie "wewnątrz" (śledzenie losów bohaterów, ich psychologii, poznawanie świata) i "z zewnątrz" (szukanie tradycji, konstrukcji, szeroko pojętych bebechów).
A wszystko to dlatego, że mam w zwyczaju szukać kontr-opinii dotyczących książek, które recenzuję. Robię to z różnych powodów, choć zwykle nie wpływa na kształt moich tekstów - sprawdzam, na ile oczywiste są moje własne wnioski, na ile podryfowałam za daleko. I widzę, jak rozjeżdżam się z innymi odbiorcami danej pozycji. Żeby nie było - nader często czytam teksty, przy których jest mi wstyd za własne, ale jednak raczej spotykam się z bardzo powierzchownymi opiniami. Jakby wygłaszający je ludzie odruchowo zakładali, że od fantastyki nie należy wymagać niczego więcej ponad ciekawą fabułę i świat. Dziwi mnie to szczególnie, zważywszy na bogatą historię, z której ta konwencja (i kilka pokrewnych) wyrasta. Zdarzyło mi się pisać kiedyś o powieści gotyckiej, ale przecież to nie wszystko. Zaledwie wierzchołek góry lodowej. A baśnie? A mitologie, legendy, romans rycerski, opowieści wschodu?
Oczywiście wiem, że wina leży nie tylko po stronie czytelników. Wielu wydawanych autorów nie pamięta o wadze dziedzictwa, którego piórem dotyka. Utarło się bowiem, że fantastyka jest łatwa - tak w tworzeniu (Sokołowski po raz kolejny uświadamia, że nie...), jak i w odbiorze - a koło się zamyka. Bo przyzwyczajeni do prostych, jednowymiarowych przekazów odbiorcy nie szukają niczego w pozycjach bardziej ambitnych, z kolei autorzy bardziej ambitni - rozbijając się o mur niechęci odbiorców - nierzadko obniżają loty lub są zastępowani przez innych. W akcję włączają się jeszcze wydawcy. Jak - chyba nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy wejść do losowo wybranej księgarni i zbliżyć się do odpowiedniej półki. Choć tu akurat światełko w tunelu widać i zdarza się niekiedy, że wydawcy podchodzą do tego typu literatury poważnie. Sama mam na półce rebisowe Diuny i Dicki z ilustracjami Siudmaka czy "Peanathemę" Sephensona z MAG-a (choć ta akurat była absurdalnie droga i pewnie bym jej nie kupiła, gdyby nie specjalna okazja). Podobało mi się też to, co zrobiło Wydawnictwo Literackie z "Pannami z Grace Adieu" Clarke. Nieliczne pozytywne przykłady nie zmieniają jednak konkluzji - na pierwszy rzut oka widać, za jakiego rodzaju odbiorcę mają wydawcy czytelników fantastyki.
Bardzo się boję zabrzmieć apodyktycznie, bo gdzieś tam mam świadomość, że jestem czytelnikiem zmanierowanym. Studia, zainteresowania, częściowo też praca, wszystko to uruchamia się, kiedy tylko zaczynam przewracać kartki. Ba! - kiedy wchodzę do księgarni lub biblioteki. Nie ukrywam też, że jako przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki (taaak...), jestem osobiście zainteresowana poziomem czytania tej konwencji nie tylko ilościowo, ale też jakościowo. Wiem wreszcie, że większości produkcji nie da się czytać na wielu poziomach, choćby się człowiek dwoił i troił, ale jakoś tak żal...
Nurtująca jest też pozycja takiej hipotetycznej książki, czerpiącej z konwencji fantastycznej, ale jednocześnie sięgającej po jakąś inną. Chyba z góry przegrana przy takim powierzchownym czytaniu. Bo często nie daje przecież tego rodzaju rozrywki, do jakiej odbiorca jest przyzwyczajony i jakiej oczekuje od fantasy, SF czy wszelkich punków, a jednocześnie pozostaje dyskryminowana przez "target" drugiej konwencji - bo przecież to fantastyka, niepoważna i kiczowata.
Tak źle i tak niedobrze. Tak boli i tak smutno. A efektem jest bardzo nieudany debiut - tak autora, jak i dużego skądinąd wydawnictwa, popisującego się w tym wypadku dość lekceważącym podejściem do fantastyki i - tak to wygląda z zewnątrz - przykrą nieznajomością materii.
Jestem konfundującą fajerą w stuporze.

Dzień z życia admina (dziękuję)

Skrót do Regulaminu
Po dłuższym namyśle wszystko jest jak kiełbaska.

Awatar użytkownika
Krin
Posty: 479
Rejestracja: 17 marca 2014, 16:03
Lokalizacja: nekromanckie pustkowie
Kontaktowanie:

Re: O szlachetnym odruchu wspierania debiutantów

Post autor: Krin » 30 grudnia 2014, 11:44

Tak sobie myślę, że to bardzo zły przykład debiutu. Z twojej wypowiedzi można by wywnioskować, że debiutanci to coś potwornego, a przecież każdy wielki pisarz od czegoś musiał zacząć. Hmm... Przychodzi mi kilka pomysłów na uzasadnienie, dlaczego postanowiono wydać takiego potworka i prawie wszystkie mnie przerażają:
1. Wydawnictwo zajmuje się głównie pożeraczami fabuł, którzy zjedzą wszystko, co im się podsunie.
2. (To o czym wspomniałaś.) Redaktor w życiu nie widział porządnego fantasy i żyje w przekonaniu, że tak to powinno wyglądać. Z resztą prawdopodobnie nie tylko on. Kiedy parę lat temu powiedziałam mojej matce o tym, że bardzo lubię ten gatunek, spojrzała na mnie pobłażliwie i spytała mniej więcej tak: "Znaczy co? Smoki i księżniczki?" Warto przy tym zaznaczyć, iż jest to osoba, która miała styczność z tym gatunkiem, choć wiele lat temu. Chyba nic dobrego z tej styczności nie wyszło.
Mało tego! Jak teraz mówię komuś, że piszę opowiadanie fantasy, to od razu widzę biegające mu pod czaszką elfy z łukami i krasnoludy z toporami, więc na ogół się do gatunku nie przyznaję.
3. (Mniej prawdopodobne.) Redaktor nigdy nie wdział porządnego debiutu i jest przekonany, że tak to powinno wyglądać. Wiadomo przecież, że nieprofesjonalni autorzy muszą być zupełnie pozbawieni umiejętności! Ludzie przecież rodzą się z gotowym egzemplarzem pierwszej książki i jeśli już wtedy ich talent nie zostaje rozpoznany, czeka ich wiele lat ćwiczeń na niewinnych czytelnikach... Może wydaje mu się, że nie istnieje nic poza blogaskami nastolatek o yaoi i dlatego musi mu dać szansę? Kto wie?
4. Autor jest krewnym/znajomym kogoś wysoko w wydawnictwie postawionego, kto mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, twierdzi, że to genialne. W taki sposób wydano przecież również "Eragona" Paoliniego, który też arcydziełem nie był. (Choć po opisie sądząc, był lepszy od tego opisanego przez Kruff.)
5. Ktoś się uparł, że pokaże całemu światu, iż debiuty muszą być beznadziejne.

Jaką reklamę daje to tym spośród nas, którzy opublikowali lub zamierzają opublikować swoją twórczość w przyszłości? Zapewne słabą. Pozostaje jedynie cieszyć się faktem, iż nie była to jakaś szczególnie mocno reklamowana książka, bo porażka czegoś takiego mogłaby uniemożliwić start wielu bardzo obiecujących twórców.

Na koniec życzę wszystkim takim własnie początkującym twórcom, by nikomu ich twórczość ze spisaniem RPG-a na kartce się nie skojarzyła. :)
" Człowiek ten, którego nazywano Kruczarzem, nadszedł od północy, od Białej Równiny. I to on powiedział nam w końcu, że tę nieprzyjazną ziemię stworzyli reptilianie - po to abyśmy nie zobaczyli podtrzymującej niebo kopuły i nie dowiedzieli się, że nasza planeta jest płaska, a nie okrągła, jak twierdziło NASA."
- Marszus, "Cała prawda o Białej Równinie"

Awatar użytkownika
Aprics

Re: O szlachetnym odruchu wspierania debiutantów

Post autor: Aprics » 30 grudnia 2014, 18:15

Och, publicystyka :heart:

Zniechęcasz tak strasznie, że aż postanowiłam trochę zgłębić temat. Ale tylko trochę. Bo zniechęcasz tak skutecznie, że nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby zgłębiać przez czytanie samej książki. Chociaż może powinnam, bo wtedy można by było uczciwie prowadzić dyskusję na ten temat.
Ale że na uczciwą dyskusję nie ma co liczyć, to będę trochę oszukiwać, a co!
W większości recenzenci - czy może bardziej opiniujący - nie zostawiają na "Kwiecie paproci" suchej nitki (z małymi wyjątkami, ale złośliwie zakładam, że krewni i znajomi królika też muszą się w jakiś sposób tu i ówdzie udzielać).
I tak sobie myślę, że może dobrze się stało. Skoro książka ma otwierać trylogię, to są jeszcze szanse na to, że autor będzie miał choć odrobinę samokrytyki i opinie weźmie sobie do serca. Oczywiście, zakładając, że nie jest jeszcze na tyle zmanierowany, żeby spłynęły po nim jak po kaczce tak jak fabuła i losy bohaterów po Tobie. A skoro to debiut, to można takie założenie przyjąć.
Jasne, każdy chciałby, żeby po pierwszym wydanym tekście dobre opinie wysypały się jak grzyby po deszczu, na skrzynce mailowej zaczęły pojawiać się miliony ofert (najlepiej od razu ekranizacji, jak szaleć to szaleć), a nasze imię zostało zapisane złotą nicią w historii tego czy innego gatunku.
Tylko z drugiej jak się tak dostanie ostro po du... tyłku, to znak, że czas brać się do roboty, bo jedna wydana książka - jak widać - wiosny nie czyni.
Szkoda tylko, że takie eksperymenty rozgrywają się na księgarnianych półkach, w końcu ćwiczyć, szlifować i pracować można też w inny sposób.
Kruffachi pisze:Kiedy usłyszałam, że Rebis po raz pierwszy wydaje debiutanta fantasy, a potem przeczytałam, że autor to fan średniowiecza, antyfan renesansu i historyk, oczki mi się zapaliły z entuzjazmu i już wiedziałam, że jego książkę przeczytam, a nawet zakupię. Wkrótce trafiła w moje łapki. I tu skończyło się rumakowanie, jak rzecze klasyk.
Przykra sprawa, właśnie. Kilka takich nacięć i przestałam kupować książki w ciemno. A po kilku delikatnych sugestiach rodzina i znajomi przestali też kupować w ciemno na prezenty.
Kruffachi pisze: Nie ukrywam też, że jako przyszła autorka bestsellerów i kamieni milowych w rozwoju fantastyki (taaak...), jestem osobiście zainteresowana poziomem czytania tej konwencji nie tylko ilościowo, ale też jakościowo.
Jak już tak puszczasz, to odpuszczam to oczko - ;)

ODPOWIEDZ