TEKSTEM ROKU 2018 zostało ZAWSZE NA ZACHÓD autorstwa Coffee :D Serdecznie gratulujemy i zapraszamy do lektury!

Krwawe dłonie

Awatar użytkownika
Eranor

Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 04 lipca 2010, 10:51

Witam się na początku jako, że to mój pierwszy post :P
Zapraszam do czytania i komentowania :) Póki co wrzucam tylko kawałek, jeśli się spodoba to dodam pozostałą część ;)

EDIT: Powoli wymieniam stare fragmenty na wersję, nazwijmy ją, drugą.
v2.11.11.14



Czekała z klientem na powrót wspólnika w jedynej tawernie w mieście. Uzgodniła już wszystkie szczegóły oraz wynagrodzenie i pozostało jej tylko oczekiwanie na informacje o celu. Tak naprawdę nie miała na co się skarżyć. Jako asasynka niskiej rangi znalazła dobrze płatne zlecenie, z niewielkim ryzykiem w odseparowanym miasteczku pośród gór. Za swoje wynagrodzenie zapłaci bractwu za dwa następne lata. Korciła ją od pewnego czasu myśl, żeby spłacić bractwo na kilka lat i zacząć prowadzić normalne życie. Myślała o tym odkąd poznała byłego asasyna, który w ten sposób resztę czekających go lat może przeżyć w spokoju.
W końcu drzwi otworzyły się i do środka wszedł, w towarzystwie sypiącego śniegu, mężczyzna w czarnym płaszczu i kapturze zasłaniającym twarz. Spojrzał na klienta, po chwili przeniósł wzrok na dziewczynę i ruszył w jej stronę. Nie ściągając kapuzy, nachylił się i szepnął jej coś do ucha. Jej usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
– Idziemy. Jutro koło południa zgłosimy się po honorarium – poinformowała petenta obojętnym tonem, wstała i ruszyła za towarzyszem.
W drodze do wyjścia jeden z podpitych klientów zamachnął się ręką z zamiarem klepnięcia jej. Zauważyła go kątem oka i nie odwracając głowy, chwyciła za nadgarstek natychmiast łamiąc mu go. Gdy tylko wyszli usłyszeli wrzask, kiedy do mężczyzny doszedł ból złamanego nadgarstka.
– Musiałaś to zrobić? – westchnął jej towarzysz.
– Czego się obawiasz Colio? – odpowiedziała, obserwując spadające płatki śniegu. – W tej dziurze i tak nic nam nie grozi.
– Po prostu współczuję biedakowi, bo go rozumiem – odpowiedział Colio, patrząc wymownie na jej pośladki.
– Zamknij się! Idziemy, szkoda czasu – warknęła na niego.
Wzruszył ramionami i ruszył przodem.
Śnieg skrzypiał pod ich stopami, gdy szli główną ulicą. Nie starali się iść cicho. Jeszcze nie. Po kilkudziesięciu krokach mężczyzna rozejrzał się ostrożnie i skręcił w mniejszą, ciemniejszą uliczkę. Dziewczyna sprawnie podążyła za nim. Wchodzili w coraz mniej uczęszczane miejsca, gdzie śnieg przestał być już biały i przybierał szarawą barwę na brudnych, tylnych zaułkach. Oboje przystanęli i zaczęli rozmawiać przyciszonymi głosami.
– Ten uzdrowiciel, czy kim on tam do cholery jest, mieszka w dwupiętrowym budynku dwie ulice stąd. Powinien akurat kończyć leczenie chorego na tę zarazę, gdy tam dojdziemy – powiedział Colio.
– Wejdę przez drzwi, a ty wślizgnij się przez okno na piętrze – odpowiedziała asasynka.
– Łatwa robota. Pójdzie raz, dwa i zostanie nam cała, długa noc na inne rzeczy. – Spojrzał pożądliwie na swoją towarzyszkę.
– Ruszamy – zakomenderowała dziewczyna, ignorując propozycję.
Poruszali się bezgłośnie w cieniach uliczki w stronę domu, który asasyn wskazał. Pozostawały po nich tylko płytkie ślady na śniegu. Po chwili rozdzielili się. Kobieta ruszyła, starając się pozostawać niezauważoną, w stronę drzwi wejściowych, podczas gdy jej towarzysz zaczął wspinać się po ścianie budynku, aby wejść przez okno na piętrze. Szybko straciła go z oczu. Podeszła cicho do drzwi, rozejrzała się wokół i nie widząc nikogo w okolicy, zaczęła grzebać przy zamku. Po krótkiej chwili mechanizm poddał się. Powoli, deliktanie uchyliła drzwi na tyle, aby móc się wślizgnąć do środka, po czym cicho je zamknęła. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Jedyne źródło światła pochodziło z następnego pokoju. Podeszła ostrożnie i oparła się o ścianę, nasłuchując przez chwilę. Usłyszała czyjeś kroki. Wyjęła małe lusterko na druciku i wysuwając je powoli pod odpowiednim kątem, obserwowała, co się dzieje za ścianą.
W pokoju stał rząd łóżek, na których spali i pojękiwali chorzy. Pomieszczenie oświetlało tylko kilka dogasających świec, rozmieszczonych w różnych miejscach pokoju i latarnia trzymana przez mężczyznę, nachylającego się nad jednym z łóżek. Widziała jak się wyprostował i odwrócił, idąc w jej stronę. Schowała lusterko i szybko rozejrzała się po otoczeniu. Schody na piętro były parę kroków od niej. Colio powinien już się przekonać, że na górze nikogo nie ma. Zaczęła nasłuchiwać kroków i czekać na odpowiedni moment, wtapiając się w cienie. Odgłos butów na drewnie stawał się coraz głośniejszy. Zobaczyła wychodzącego mężczyznę, całkowicie nieświadomego jej obecności. Był trochę wyższy od niej. Poczekała aż zamknął za sobą drzwi i zrobił kilka kroków w stronę schodów, po czym skoczyła ku niemu, wyciągając sztylet z pochwy na przedramieniu. Zamierzała podciąć mu gardło, gdy będzie się odwracał. Zdziwiła się, gdy nieznajomy tego nie zrobił. Była pewna, że ją usłyszał, w końcu specjalnie mocniej tupnęła nogą o podłogę. No nic, pomyślała. Będzie musiała zrobić większy zamach ręką, aby przejechać ostrzem po krtani ofiary. Zbliżyła się na krok od swojego celu, gdy nagle stało się coś niespodziewanego. Poczuła jednocześnie ból wykręcanego nadgarstka i uderzenie w brzuch. W następnej chwili leciała w powietrzu do góry nogami, po czym wylądowała twardo na drewnianej podłodze. Ból w nadgarstku i czyjaś ingerencja zmusiły ją do obrotu na brzuch. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co się właściwie wydarzyło, leżała już twarzą na deskach z wykręconą ręką, czując przygniatający ją do podłogi ciężar oraz ostrze jej własnego sztyletu na skórze karku.
– Kto cię przysłał? – spytał mężczyzna.
Doznała kolejnego szoku. Znała ten głos! Ale przecież to niemożliwe, pomyślała. Musiała kupić sobie trochę czasu, Colio lada chwila zaatakuje ze schodów. Poczuła ukłucie naglące ją do odpowiedzi. Już otworzyła usta, gdy nagle przestała czuć ostrze sztyletu, ciężar na jej plecach również zniknął. Usłyszała szczęk metalu, a po chwili okrzyk bólu. Ryzykując, obróciła się szybko na plecy, sięgając ręką do małego noża umieszczonego w pasku. Nie spodziewała się tego co zobaczyła. Mężczyzna, który jeszcze niedawno miał być ofiarą, stał teraz w połowie drogi między nią, a Colio’em, jak łowca. Asasyn stał, a raczej został przyszpilony senbonami do ściany, mając wbity w bok jej sztylet i ciężko dyszał, plując przy tym krwią.
– Lepiej się nie ruszaj, chyba że nie dbasz o życie towarzysza – ostrzegł nieznajomy, spoglądając na nią z jednym okiem przysłoniętym włosami. I wtedy go poznała.
– R… R… Rivet! – wydyszała oniemiała z zaskoczenia. – Ale to niemożliwe… Jakim cudem… To naprawdę ty?!
– Tak, Karia. To ja. – odpowiedział.
– Karia! O co tu chodzi? Jakim cudem go znasz?! Karia, do cholery, mówię do ciebie! – zarzęził Colio, wypluwając krew.
Rivet odwrócił się w jego kierunku i podszedł parę kroków bliżej. Uspokój się, pomyślała. Uspokój się, uspokój, do diaska uspokój się! Nie miała czasu zastanawiać się nad tym niezwykłym spotkaniem. Musiała szybko podjąć decyzję. Jej palce ostrożnie zaczęły wędrować do igły z trucizną wszytej w rękaw.
– Karia, jeśli drgną ci jeszcze dwa mięśnie to zginiesz – Usłyszała. –No, teraz to jeszcze jeden.
Spojrzała na niego, próbując ukryć przerażenie i zdziwienie.
– A mogę wykonać chociaż ruch powrotny? – spytała z przekąsem.
– Możesz nawet dokończyć ten ruch. Przecież niczego ci nie zabroniłem – odpowiedział, odwracając głowę i uśmiechając się do niej. Jego włosy na chwilę odsłoniły lewe oko.
– Rivet… – Nie potrafiła już dłużej ukrywać strachu. – Ty… t y… masz krwawe oko!
– Ano mam – odparł, uśmiechając się do niej jeszcze szerzej. Od tego uśmiechu ciarki przeszły jej wzdłuż całego kręgosłupa.

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 04 lipca 2010, 12:28

Za przecinki już mi się dostawało nie raz :P Na równi co za szyk zdania :P
Czy nieliczne... chyba nie uwzględniłaś przecinków :P
W sumie wyłapałaś parę rzeczy, których sam się dziwie... czyżby znów word coś sabotował?

Później rozejrzę się więcej po forum i dorzucę dalszą część skoro początek zainteresował ;)
(Pewnie mi się oberwie za pewną rzecz w dalszej części, no ale :P)

Awatar użytkownika
Vipera

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Vipera » 04 lipca 2010, 13:59

A mówiłam o przecinkach, mówiłam!
Powiedzmy, że jedną część masz już chociaż sprawdzoną :D
Aż się zabiorę za sprawdzanie swojego opowiadania...

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 04 lipca 2010, 14:15

@up

I wielu nie wyłapałaś też jak widać i o :P

@Soba

Chodzi raczej o kwestie zapisu, aczkolwiek widziałem podobny sposób w kilku książkach więc... napisałem jak napisałem :P


Sprawdzę jeszcze i wieczorem wrzucę kolejny fragment.

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 04 lipca 2010, 22:58

Będę czekał aż wyłapiesz to coś :P

Żeby nie przedobrzyć to wrzucam kolejny fragment.
I tak, wiem :P Straszna sprawa u mnie z interpunkcją :P
Kursywe pogrubiłem, bo średnio się wyróżniała.




Cztery lata wcześniej…



Nie był pewien ile czasu minęło odkąd został zamknięty w izolatce. Gdyby nie zadziwił mistrzów sprawnością w przemyceniu dla niej posiłku nie daliby mu wyboru między tak łaskawymi karami. Zwiększenie do dziesięciu dni pobytu w izolatce dla niej oraz tyle samo dni dla niego lub wypuszczenie jej w połowie kary, którą odsiadywała i piętnaście dni izolatki dla niego. Wiedział, że ona nie przetrwa długo będąc w zamknięciu w kompletnych ciemnościach. Miał wrażenie, że już minęło jakieś dwanaście…może trzynaście dni odkąd tu siedzi zamknięty. Oczy już dawno przyzwyczaiły się do mroku i widział całkiem wyraźnie. Czuł, że schudł. Karani dostawali tylko tyle żywności i wody by mieć szanse na przeżycie. Nic ponadto. Siedział na kamiennej podłodze na środku pomieszczenia. Podciągnął nogi i objął kolana rękoma próbując się ogrzać.
Brrr zimno! Nie mogło cię wziąć na dobre uczynki w lecie albo chociaż na wiosnę?
Heh…temperatura nie jest wcale taka zła…gorzej jeśli chodzi o towarzystwo.
Oj, przepraszam, że nie jestem jakąś seksowną brunetką. Taką Mistrzynią Silvą dajmy na to albo tą małą...
Czy ty się kiedyś zamykasz?!
O ile mi wiadomo to tylko jeśli mi się zachce. Zresztą nie narzekaj, próbowałeś kiedyś słuchać samego siebie? To jest dopiero męczarnia.
A teraz co niby robie?
Ops…wpadka. Z technicznego punktu widzenia masz rację, aczkolwiek...
Aczkolwiek jednocześnie nie mam racji…ech...

Powtarzali tą rozmowę już nieskończoną ilość razy odkąd został zamknięty. Wstał i zaczął chodzić żeby się rozgrzać. Przy okazji miał się czym zająć zamiast bezczynnie siedzieć i prowadzić bezowocne kłótnie.
Swoją drogą…czemu jej jeszcze tego nie powiedziałeś?
No tak, musiał wspomnieć o tym akurat teraz. Tak naprawdę sam nie był do końca pewny czemu tego nie zrobił. Od roku już zna prawdę o tym miejscu, o gildii asasynów. Nie jest to miejsce, za które do pewnego wieku się uważa. Zabijają wszelkie więzi, które budowano przez tych kilka lat życia bez wiecznego strachu. Szkolenie jest tak urządzone aby w najmłodszych latach zakorzenić w adeptach śmiertelny strach przed mistrzami, następnie zostawia się ich w wolnych chwilach samym sobie, aby nauczyli się zachowywać wśród ludzi i nie wyróżniać się. W końcu, gdy osiągną odpowiedni wiek, zostają oświeceni co ich czeka od teraz. Wzbudza się w nich poczucie zagrożenia, narasta podejrzliwość do wszystkich wokół, wzrasta czujność i wyostrza się instynkt przetrwania za wszelką cenę.
Czemu? Odpowiedział. Nie potrafię. Nie potrafię się zmusić by zrobić jej to co nam wszystkim zrobiono. Zniszczyć wszystko.
I tak się dowie za rok. Wiesz przecież, że im o to chodzi. Nie uważasz, że lepiej byłoby ją do tego przygotować wcześniej?
Wiem o tym! Ale nie chcę tego robić…jeszcze. Poza tym od kiedy dbasz o dobro innych?
O! Podchwytliwe pytanie. Dbam o nasze dobro, jeśli będzie trzeba przy tym zrobić coś dla kogoś, no to trudno, niech stracę.
Przydałbyś się choć raz zamiast tylko przeszkadzać.
O wypraszam sobie. Przydałbym się już wielokrotnie gdybyś choć raz zechciał mnie posłuchać.
Wysłuchuję cię codziennie od kilku lat. Dziwne, że jeszcze nie…

Jego uwagę przykuł nagły zgrzyt zamka. Drzwi się otworzyły wpuszczając do środka światło, które go oślepiło. Przesłonił oczy ręką.
-Co Rivet, po piętnastu dniach w ciemnościach zacząłeś sam do siebie mówić?- usłyszał głos asasyna.
-Już czas minął?- spytał zdziwiony podchodząc do wyjścia.
-Minął, minął. Wyłaź i doprowadź się do porządku. Popołudniu macie ważne spotkanie z mistrzami.
Wyszedł cały czas mrużąc i przesłaniając oczy od oślepiającego światła. Ruszył w stronę kuchni. Asasyn coś jeszcze do niego powiedział po czym się zaśmiał. Rivet szedł na wpół oślepiony trzymając jedną rękę na ścianie, a drugą przysłaniając oczy. Trochę zajmie nim na nowo przyzwyczają się do światła. Doszedł w końcu do schodów. Ostrożnie zszedł po nich na dół po czym ruszył dalej korytarzem prowadzącym do kwater sypialnych. Starał się iść tak by nikt z młodszych adeptów go nie zobaczył. Oni mieli jeszcze skłonności do rozsiewania informacji nie biorąc niczego w zamian w przeciwieństwie do starszych adeptów. Dotarł niezauważony do swojej kwatery. Pospiesznie się przemył oraz przebrał w czyste ubranie i wyszedł udając się do kuchni. Było już po śniadaniu, więc musiał się zakraść i zabrać trochę jedzenia. Zjadł pospiesznie po drodze do sali zebrań. Im był bliżej tym więcej ludzi kręciło się po korytarzach.
-O! Rivet! Wypuścili cię na czas jak widzę.- zaczepił go uśmiechając się szeroko Lerkin.
-Jak widać. Tęskniliście za mną?- odpowiedział.
-Żartujesz? Zawsze to miejsce wyżej na testach zdobyła spora część z nas- poklepał go po ramieniu i odszedł w przeciwnym kierunku.
Ten to wie jak się przystosować. Doskonały nieszczery uśmiech serdeczności.
Stłumił westchnienie. Niestety taka była prawda co do jego znajomych. Wszyscy obecnie byli bardziej lub mniej fałszywi, lecz Lerkin przebijał wszystkich. Każdy wiedział jak lubuje się w przelewaniu krwi i zabijaniu, a mimo to nawiązywał dość bliskie stosunki z innymi. I później gotów był ich zabić bez chwili zawahania. Tonąc w ponurych myślach nie zauważył nawet kiedy wszedł do wielkiej sali, do której prowadziło dziesięcioro drzwi. Znajdowała się ona w centralnej części zamku, o kształcie koła, odchodziły od niej korytarze prowadzące do wszystkich części zamku. Bez żadnych okien czy ozdób. Tylko gołe ściany, w których wyróżniał się jedynie balkon. Stamtąd zazwyczaj mistrzowie przemawiali do uczniów.
-Riiivet!- odwrócił się w kierunku skąd go zawołano i zobaczył Karię rzucającą mu się na szyję- Gdzie się podziewałeś tyle czasu?
O nic takiego. Odsiadywał tylko kare za ciebie.
-Męczące szkolenie. Wracałem do kwatery i od razu zapadałem w sen- skłamał.
-Ojj mogłeś mi powiedzieć. Pomogłabym ci jakoś. Przyniosłabym ci posiłek na przykład. Strasznie schudłeś w ciągu paru dni- powiedziała dźgając go palcem w brzuch.
-Jakoś przeżyłem i mam to już za sobą- uśmiechnął się do niej.
-Rivet! Rivet! Rivet wrócił!- doszły go nagle krzyki. Podniósł wzrok i za Karią zobaczył część uczniów z jej grupy. Kilkoro chłopców i parę dziewcząt w wieku Karii szło w ich kierunku. Uśmiechnął się do nich szeroko.
-Oo zapuszczasz włosy?- spytał ktoś z grupki.
-Chciałabym mieć takie czarne włosy. Blond są za bardzo widoczne w ciemnościach- rzuciła jedyna dziewczyna z jasnymi włosami.
Oni jeszcze byli szczerzy z serdecznością. Mógł przez chwile nie udawać i poczuć się spokojnie i szczerze. Śmiał się z nimi wysłuchując opowieści co się komu wydarzyło przez ostatnich kilka dni. Kto się potknął i wpadł na stojaki z bronią na szkoleniu, kto przysnął ze zmęczenia i obudził się z twarzą w talerzu z zupą. Rzucił im kilka pomysłów na psikusy. Te same, które on i jego grupa robili jeszcze rok temu. Później zaczęły się zwyczajowe prośby typu: jak wykonać takie a takie pchnięcie mieczem, jak rzucić senbon czy shuriken w taki a taki sposób, jakie zioła wymieszać aby zrobić truciznę powodującą swędzenie całego ciała.
-Riiiveet- Karia zwróciła się do niego słodkim głosem, takim którego zawsze używała prosząc go o coś poważniejszego- Pokażesz mi dziś jak używać rękawicy?
Rękawica, czyli urządzenie miotające w zależności od rodzaju: senbonami, shurikenami czy nożami. Umieszczana na nadgarstku i przedramieniu asasyna ze skomplikowanym systemem wypustowym.
-Proooszęęę, chyba nie odmówisz damie?- naciskała Karia.
-Damie nigdy nie odmówię- odpowiedział. Zobaczył jak się uśmiecha ucieszona. Po chwili ciszy ciągnął dalej-No więc?
-Co więc?- odparła zdziwiona.
-Gdzie jest ta dama o której mówisz?
-O ty!- zamachnęła się chcąc go uderzyć w ramię.
Zrobił krok do tyłu unikając uderzenia jednocześnie chwytając jej dłoń w swoją i pociągnąwszy w tył wytrącił ją z równowagi. Zrobiła krok do przodu aby nie upaść. Złapał ją w pasie obrócił udając jakby tańczyli, po czym podniósł i skierował się w kierunku wyjścia niosąc ją w niezbyt wygodnej pozycji. Grupka wybuchnęła śmiechem.
-Ej gdzie mnie niesiesz, puszczaj- krzyczała Karia wyrywając się.
-Chciałaś zobaczyć jak się używa rękawicy nieprawdaż?- odpowiedział śmiejąc się.
-Ale to później, zobacz, już się mistrzowie zbierają.
Spojrzał w kierunku balkonu. Miała rację. Postawił ją na ziemię i wrócili do grupki. Po drodze zmierzwił jej brązowe włosy. Pomimo dość krótko ściętych włosów Karia nie przypominała ani trochę chłopczycy. Zapatrzył się na chwilę w jej oczy. Zawsze lubił na nie patrzeć. Jej duże, brązowe oczy były dla niego najcieplejszym miejscem gdzie mógł się schować w całej tej ponurej rzeczywistości.
-Co tak patrzysz? Mam coś na twarzy?- wyrwało go z zamyślenia pytanie Karii.
-Tak- odpowiedział i pstryknął ją w nos jak małego brzdąca co ją na powrót zdenerwowało.
Stał tak z tą grupką młodszych uczniów i czekał aż wszyscy mistrzowie się zbiorą. Nie chciał wracać do swojej grupy. Chciał się na chwilę odprężyć i odpocząć od tej aury ciągłej podejrzliwości i fałszu.
-Oho Rivet i jego podopieczni- usłyszał nagle za plecami.
-Ojoj jeszcze nam go naprawdę zabiorą i nudno się zrobi- powiedział damski głos.
-No Rivet chyba byś nam tego nie zrobił?- spytał pierwszy głos należący do Mido. Chłopak przewiesił mu rękę przez ramie i uwiesił się na nim własnym ciężarem spoglądając z góry na młodszych uczni. Kobiecy głos należał do Carie. Od razu poczuł trującą atmosferę jaką ze sobą przynieśli. Oczywiście cała grupka zareagowała śmiechem i żartami. Część chłopców zaczęła się wdzięczyć do Carie. Odetchnął z ulgą, gdy po chwili odeszli. Znów zaczęły się pytania, prośby o opowieści lub pokazanie czegoś. Wzajemne dokuczania i szczery śmiech. W końcu jednak musieli się uciszyć. Zjawili się już wszyscy mistrzowie na balkonie. Trzy kobiety i ośmiu mężczyzn w ciemnych strojach asasynów. Niektórzy z nich mieli narzucone jeszcze czarne płaszcze na ramiona. Jeden z mężczyzn wyszedł na przód i zabrał głos. Zaczął luźno, udając nadal fałszywie uczciwy świat jaki widzieli go młodsi.
Przyznaj, uwielbiasz to.
Hmm? Ach! A kto by nie uwielbiał? Lepsze to niż pławić się w fałszu. Można się rozluźnić.
Nie o tym mówię imbecylu. Uwielbiasz jak cię podziwiają.
Podziwiają?
Nie udawaj idioty większego niż już jesteś. Lubisz być podziwiany, stanowić wzór i dawać przykład. A cała ta grupka wraz ze śliczną Karią na czele jest w ciebie zapatrzona. Cokolwiek powiesz dla nich jest to święte.

Zastanowił się chwilę nad tym. Po części miał rację. Ale czy jest to coś złego?
Może trochę i tak. Ale komu by to nie sprawiało przyjemności? Przecież to nic złego. Nie wykorzystuję tego faktu dla własnych korzyści.
Nie? Jesteś tego pewien? A odpowiedzialność? Wiesz, że w końcu będziesz zmuszony ich zdradzić.
Znajdę sposób! Coś wymyślę. Stąd można też uciec. Dam rade coś zorganizować.
Ha! Marzyciel się obudził. Uważaj, zaczynasz się dziwnie zachowywać, piękna na ciebie podejrzliwie patrzy.

Spojrzał w bok i zobaczył wpatrującą się w niego Karię. Widział na jej twarzy wyraz niepokoju. Puścił do niej oko i uszczypnął ją w bok po czym skupił się na powrót na tym co ogłaszali mistrzowie.
-Tak więc skoro w tym roku mamy przepełnienie w kilku rocznikach studentów, postanowiliśmy zorganizować specjalną Próbę Krwi. Odbędzie się ona za 2 tygodnie, a uczestniczyć w niej będą wszyscy zebrani na tej sali- poinformował mistrz asasyn Salzar.
No, no. Zapowiada się całkiem ciekawa rzeź…to znaczy rozrywka. He He!
Zbladł natychmiast po usłyszeniu słów mistrza. Próba Krwi. Tak szybko i to z młodymi, nieświadomymi tak naprawdę co ta próba oznacza, uczniami. Spojrzał z przerażeniem na grupkę wokół niego. Wszyscy byli od niego dwa lata młodsi, a jednak wydawali mu się dziećmi. Całkowicie nieświadomymi, bezbronnymi dziećmi. Przeniósł znów wzrok na balkon, na którym stali mistrzowie, gdy wyczytali jego imię wśród kilku innych. Wszyscy byli kandydatami z potencjałem na wysokie rangi asasynów w przyszłości.
-Wymienionych przeze mnie kandydatów obowiązywać będzie specjalna reguła. Nie wolno wam uniemożliwić sobie nawzajem zdania próby.- powiedział mistrz, odwrócił się i wyszedł. Zanim znikała w wejściu na balkon po kolei reszta asasynów.
Hmm czyli nie możesz zabić ani Lerkina ani Remusa ani Alix ani nikogo z tych, którzy dorównują ci umiejętnościami. Oni ciebie również. Dziwne ułatwienie.
To nie jest ułatwienie. Nie powiedział, że nie możemy nawzajem się poważnie zranić. Po za tym…w takim razie nie wiem jak mam ich obronić przed nimi. Szczególnie przed Alix i Lerkinem.
Oh! No tak. Dylemat rycerza w białej zbroi. Ochrona biednych i niewinnych tylko wiesz co? Nie jesteś żadnym cholernym rycerzem w żadnej cholernie białej cholernej zbroi! Jesteś asasynem i nie obchodzi ciebie los innych jeśli nie są niezbędni.
Czy ty się kiedyś zamykasz do cholery?!
Zamknę się jeśli w końcu przestaniesz udawać osła i postąpisz jak należy.

Postąpić jak należy. Zagryzł wargę. Co powinien teraz zrobić? Myślał gorączkowo nad rozwiązaniem tej fatalnej sytuacji. W końcu odpowiedział:
Czas aby poznali prawdę…
Yh zastanawiam się czy nie osiągnąłbym lepszych efektów mówiąc do kapcia.






* * *

Kolejnych kilka dni minęło bardzo szybko. Dzień próby zbliżał się nieubłaganie. Rivet podobnie jak inni z jego grupy dowiedział się już gdzie odbędzie się Próba Krwi. Sprawdził teren oraz sporządził niezdarną, lecz praktyczną mapę. Większość asasynów prawdopodobnie miała również opracowany plan działania, jednak oni ograniczyli się do samych siebie. Rivet musiał opracować plan dla swoich przyjaciół, co było dalece trudniejsze i bardziej czasochłonne. Siedział na łóżku zastanawiając się co jeszcze spakować do worka. Zbierał wszelkie przydatne przedmioty, które dałyby jakieś szanse dla młodszych. Musiał im dziś wieczorem wszystko wyjawić. Zostało już niewiele czasu, raptem kilka dni. Nie mógł już dłużej zwlekać. Zastanawiał się czego zdołałby ich nauczyć jeszcze. Westchnął zrezygnowany. Nie przychodziło mu już nic więcej do głowy, więc wstał z łóżka i zajął się związywaniem worka.
Koniecznie musisz im pomóc?
Nie odpowiedział.
Wiesz, że to nie ma sensu. Lerkin lub Alix dla samej przyjemności zajmą się młodziakami, nie wspominając o reszcie. A ty im nic nie możesz zrobić tak naprawdę.
Alix się zajmę w drodze do sali treningowej, a reszta…coś wymyślę.
Zginiesz, wiesz o tym.

Nastała chwila ciszy. Rzeczywiście jeśli się zaangażuje tak jak planował w dniu próby to najprawdopodobniej zginie lub, jeśli będzie miał szczęście, będzie bardzo poważnie ranny.
Zapewne. Przynajmniej nie będę musiał dłużej wysłuchiwać pewnego irytującego głosu.
To sobie radź beze mnie. Ja mam dość.
Oh marzyłem o tym prezencie od tak dawna. Nie sądziłem już, że się kiedykolwiek doczekam.

Cisza. Czyżby naprawdę zniknął czy tylko postanowił się nie odzywać? Wzruszył ramionami. Tak czy inaczej efekt jest taki sam. Nareszcie ma spokój. Zarzucił sobie worek na plecy i wyszedł z pokoju.
Z reguły na korytarzach o tej porze można spotkać całkiem sporo ludzi, lecz teraz wszyscy szykowali się na Próbę Krwi. Doszedł do schodów i ruszył w górę. Najpierw musiał udać się do Alix. Kwatery mieszkalne w gildii nie były podzielone. Każdy kandydat na asasyna dostawał własną kwaterę, lecz równie dobrze mógł mieć sąsiada jak i sąsiadkę w pokoju obok. Pokój asasynki znajdował się dwa piętra wyżej niż jego. Starał się iść cicho. Nie chciał aby ktoś go zauważył i pomyślał, że zmówił się z nią co do próby. W końcu znalazł się na właściwym piętrze. Wiatr na tej wysokości był znacznie silniejszy i robił dużo hałasu przez okna. Na tyle aby zagłuszyć nawet rozmowę. Szedł szukając właściwych drzwi. Przeszedł prawie cały korytarz nim znalazł te właściwe. Zapukał. Otworzyła mu dziewczyna podobnego wzrostu, czerwone kosmyki nierówno ściętych włosów opadały jej na czoło. Zielone oczy zabłyszczały na moment ze zdziwienia, gdy rozpoznała kto ją odwiedził.
-Rivet- przywitała go.-Nie mów, że poczułeś krew asasyna i przyszedłeś się mnie pozbyć przed próbą, a może w innym celu tu przyszedłeś o tej porze?
-Alix, wyszłabyś kiedyś na słońce. Wiesz jak widoczna jesteś w ciemności z powodu swojej cery?- odparł z kpiącym uśmieszkiem.
-Nie wszyscy mają tak dobrze jak ty Południku- jej oczy zwęziły się groźnie ze złości.
-Starczy komplementów. Mam dla ciebie propozycje.
-Propozycje?- uniosła brwi w zaciekawieniu.
-Kojarzysz tą grupkę młodziaków, z którą się zadaję?
-Tak.
-Chcę żebyś na nich nie polowała w trakcie próby.
-Albo?
-Żadne albo. Po prostu podaj swoją cenę.-odpowiedział wzruszając ramionami.
Asasynka milczała przez chwilę zastanawiając się nad jego słowami. Obserwował ją uważnie. Skróciła włosy. Już nawet do ramion jej nie sięgają. Pewnie żeby nie przeszkadzały podczas próby. Ubrana jak na co dzień w czarnym stroju asasynów. Próbował zajrzeć do wnętrza jej pokoju jednocześnie uważnie obserwując jej twarz przez cały czas, jednak w pomieszczeniu panował całkowity mrok. Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie i uśmiechnęła się. Nie spodobał mu się ten uśmiech.
-Zgoda. Jeden warunek. Pewnego dnia czegoś od ciebie będę chciała i będziesz musiał mi to dać lub spełnić.- powiedziała przestępując przez próg i zbliżając się do niego.
-Skąd ta pewność, że dotrzymam umowy po czasie?- to mu się nie podobało. Nikt z jego grupy nie miał zaufania do nikogo. Skąd się brała ta pewność, zastanawiał się.
-Mam swoje sposoby- nachyliła się ku niemu i dokończyła już szeptem- mogę się później na kimś innym odwdzięczyć za ciebie.
Odwróciła się i zamknęła drzwi za sobą. Tego się nie spodziewał. A może powinien jednak? Ruszył w kierunku schodów. W końcu uznał, że nie było wcale źle. Będzie się martwił, gdy będzie chciała od niego czegoś. O ile przeżyję próbę, pomyślał i ruszył w dół po schodach do sali treningowej, gdzie już jego podopieczni powinni na niego czekać.
Idiota.





@down

Taki styl mówienia co jakiś czas z tym "ta" na koniec :P Zabieg celowy :P Zdziwiłbym się jakby istniało takie słowo :P

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 06 lipca 2010, 01:20

Dokładnie. Taka wewnątrz głowy :P Dlatego nie dałem myślników. Właśnie o to mi chodziło pisząc wcześniej, że nie jestem pewien czy dobry zapis.

Przecinki to wiem, że tragedia. Jak zacząłem kapować z nimi to się gimnazjum skończyło, a w liceum wychowawca...no cóż :P gramatyki nic. W sumie to nawet zacząłem robić coraz więcej błędów.

Jutro dorzucę dalszą część. Postaram się wyłapać wszystkie przecinki i inne błędy. Od dopisywania muszę po wczoraj i dziś odpocząć odrobinę, bo już średnio wychodzi ubieranie pomysłów w słowa.

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 06 lipca 2010, 15:38

Miało być tyle powtórzeń tej cholerności :P

Co do...wewnętrznej rozmowy. Pisałem już w którymś poście, że trochę sposób zapisu zgapiłem z paru książek, które przeczytałem. Jakoś, szczerze powiedziawszy, nie bardzo mi pasuje użycie myślników. Sugerowałoby to rozmowę na głos zbytnio.

Co do próby...ajajajaj :P Nie chcę rozczarować...jednakże...będziesz nią rozczarowany oczekując czegoś nadzwyczajnego. Ona robi tylko jako otoczka do innego wydarzenia. Sprawdzę, poprawię co wyłapię i wrzucę to sami ocenicie ;)

Awatar użytkownika
Vipera

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Vipera » 06 lipca 2010, 15:58

Opowiadasz. Mnie się podobała, więc im pewnie też się spodoba ;) Mimo wszystko.

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 06 lipca 2010, 16:07

Dlatego ostudzam oczekiwania, aby nie było zbyt wielkiego rozczarowania :P

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 06 lipca 2010, 16:14

;) Zajrzę tylko oczy odpoczną od czytania na monitorze. I nie wale żadnych ściem :P Sęk w tym, że to już jest. No i jak mowiłem... można było to bardziej rozbudować jednakże... sama próba nie ma takiego znaczenia jak jej końcówka... ale o tym się przekonasz później ;)

Awatar użytkownika
Eranor

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Eranor » 07 lipca 2010, 14:21

Pewnie będzie mnóstwo błędów ale co tam...tak to jest jak się człowiek kłóci z Morfim...ech


Nadszedł oczekiwany dzień. Próba Krwi rozpoczynała się późnym wieczorem. Podzieleni na grupy kandydaci na asasynów zostali zaprowadzeni w stronę gór, głęboko w las otaczający cytadelę gildii zabójców. Rivet stał wśród swojej grupy próbując się uspokoić. Jeden z mistrzów tłumaczył to co każdy z nich wiedział już od dawna. Zasady próby były bardzo proste. Ukończyć ją można popołudniu następnego dnia zjawiając się na wyznaczone miejsce. Wcześniejsze zjawienie się tam nie miało sensu. Chyba, że ktoś chciał zostać łatwym celem. Każdy z uczniów dostał zadanie oraz szeroki, płaski rzemień przywiązywany do nadgarstka ze swoim numerem. Aby zaliczyć próbę należało wykonać zadanie lub zdobyć dwadzieścia rzemieni i nie stracić swojego. Liczba mogących zdać była bardzo ograniczona. Młodzieniec zastanawiał się właśnie nad zadaniami, jakie mogą dostać jego podopieczni. Zdecydował, że musi ich znaleźć jak najszybciej. Zatopiony w myślach nie zauważył, że mistrz już od dłuższego czasu stoi w ciszy wypatrując znaku rozpoczęcia próby. Nagle na niebie coś rozbłysło. Asasyn dał znak rozpoczęcia. Część jego grupy ruszyła biegiem w przód, inni natomiast oddalali się ostrożnie pilnując siebie nawzajem. Rivet ruszył biegiem w stronę, gdzie powinna znajdować się Karia i reszta. Usłyszał krzyk za sobą i obrócił się na chwilę. Alix już znalazła pierwszą ofiarę. Uchylił się przed rzuconym w jego stronę nożem i biegł dalej nie zwracając uwagi na innych. Sami się pozabijają, nie muszę przykładać do tego ręki, pomyślał.

Był już środek nocy. Postępowali tak jak im powiedział. Trzymali się całą grupą razem. Wzajemnie wyjawili sobie zadania i jeśli byli w stanie łatwo je wykonać, zajmowali się nimi. Teraz pozostało im tylko ukryć się w jednym z miejsc, które im wskazał i przeczekać noc.
-Lumi, nie siedź przy wyjściu. Twoje blond włosy są zbyt wyraźne w nocy.-odparł Kin.
-Zamknij się albo zrób mi tam miejsce!- odpowiedziała dziewczyna wstając by zamienić się miejscami z chłopcem.
-Cii! Nie tak głośno! Rivet mówił, że mamy siedzieć w absolutnej ciszy.-zganił ich Rob.
Grupka zaczęła sobie robić docinki i kłócić się szepcąc. To ich trochę uspokoiło. Wszyscy byli bardzo nerwowi odkąd Rivet powiedział im tamtego wieczoru, że będą wkrótce musieli wybrać własne życie za cenę życia przyjaciół. Nie mogli uwierzyć ani w to, ani w to, że naprawdę mogą zostać zabici podczas próby.
-Karia? Karia, słyszysz mnie?- Lumi trąciła przyjaciółkę łokciem.
-Słyszę.-odpowiedziała.
-Co się dzieje? Nad czym się tak zamyśliłaś?
-Nad innymi z naszej grupy. Co się z nimi stanie?
Ponownie zastanowiła się czemu nie mogli trzymać się wszyscy razem. Czemu wszyscy nie mogli sobie pomóc by przeżyć tę próbę. Było jeszcze tyle osób, którym można było zwiększyć szanse na przeżycie. Dlaczego tylko ich garstka miała pomoc? Przyciągnęła kolana jeszcze bardziej do siebie próbując ukryć się przed światem, który jej ostatnio pokazano.

Znalazł ich dopiero nad ranem, w czwartej kryjówce do której się udał. Uspokoił się widząc, że jako tako dostosowali się do jego wytycznych i są wszyscy bezpieczni. Gdy tylko wyszedł z ukrycia, od razu go zauważyli i na ich twarzach odmalowało się widoczne odprężenie. Jego obecność uspokoiła ich, lecz szybkie przywołanie do porządku na nowo przypomniało sytuację w jakiej się znajdują. Szybko sprawdził ile zadań im pozostało. Nie wykonali tylko zadań ze zdobyciem określonych rzemieni. Wskazał im miejsce, w którym się spotkają dzięki czemu szybko zdobył odpowiednie numery rzemieni do zadań i czekał na nich przy wyznaczonym miejscu, tuż obok rzadko używanej drogi. Teren był gęsto zarośnięty. Bawił się zdobycznymi rzemieniami w ręce i zastanawiał się co dalej. Jak dotąd wszystko szło bardzo dobrze ale jak długo to jeszcze potrwa tego nie wiedział. Usłyszał nagle kroki kilku osób. Przeklął pod nosem z powodu hałasu, który robili.
-Ciszej bądźcie na litość- powiedział pojawiając się nagle przed nimi, co w pierwszej chwili wywołało jeszcze większy hałas.-Trzymajcie sznurki i idziemy.
Słońce było już wysoko, gdy ujrzeli ścieżkę wzdłuż skał, prowadzącą do miejsca zakończenia próby. Byli już blisko, lecz im bliżej tym niebezpieczeństwo się zwiększało. Rivet widział po drodze sporo śladów walki, połamane gałęzie, ślady krwi na liściach, pozostałości po pułapkach robiły się coraz częstsze. Jego myśli były tak zaprzątnięte niepokojem o przyjaciół jak i zaniepokojeniem dziwnym zachowaniem Karii od samego rana, że o mało sam nie wszedł w pułapkę. W ostatniej chwili zorientował się i dał znak innym, by się zatrzymali.
-No no, któż by się spodziewał. Jednak proste pułapki są najlepsze- powiedział wychodzący z ukrycia Lerkin. Jego usta wykrzywiał tradycyjny, szeroki uśmiech.
-O! Lerkin!- zawołali młodsi adepci. Odetchnąwszy z ulgą ruszyli w jego stronę.
-Ani kroku dalej!- wrzasnął na nich Rivet- zapomnieliście co wam mówiłem?
-Ale to Lerkin- odpowiedział mu jeden z chłopców.
-Tym gorzej. Zróbcie jeszcze dwa nieostrożne kroki w przód, a wejdziecie w jego pułapkę, która jak widać, zebrała już całkiem spore żniwo- Rivet zmierzył wzrokiem nogawkę Lerkina oraz nieliczne ślady krwi na ziemi i roślinności.
-Rivet nie bądź tak okrutny- odpowiedział z żalem Lerkin, szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy- miałbym skrzywdzić nasze pociechy?
-Nie udawaj. Widzę krew, którą tu przelałeś – odpowiedział i odwrócił się do grupy- zajmę go a wy omińcie tą pułapkę i pędźcie przed siebie. Dogonię was później.
Wyciągnął sztylet, którego ostrze skierował wprost w Lerkina.
-Czyżby to wyzwanie? Skoro tak…- asasyn rzucił się nagle na Riveta. W powietrzu błysnął rzucony nóż, który został odbity w bok sztyletem. Po chwili było słychać odgłos uderzenia sztyletów i radosny śmiech Lerkina. Grupka korzystając z tego zaczęła szybko uciekać pomimo początkowego wahania. Rivet widząc, że są już w bezpiecznej odległości odskoczył od asasyna na odległość umożliwiającą użycie rękawicy zabójców. Jego przeciwnik pomyślał jednak o tym samym. Oboje wystrzelili i natychmiast skoczyli za drzewa jednak jedno z ostrzy zraniło czarnowłosego w ramię. Wybiegł nagle zza pnia i ruszył w stronę pułapki. Kilka ostrzy wystrzelonych w jego stronę pozostawiło na nim lekkie lub trochę głębsze zadrapania. Wbiegł w sam środek pułapki nie uruchamiając jej. Wyciągnął z kieszeni płaszcza niewielki przedmiot zawinięty w kulkę papieru. Potarł odstający kawałek kartki obklejony siarką o spodnie i rzucił między siebie a przeciwnika. W momencie gdy bomba dymna wybuchła asasyn, odbiegając w stronę gdzie uciekli jego przyjaciele, umyślnie uruchomił pułapkę. Usłyszał za sobą przekleństwa Lerkina zmuszonego do unikania własnych pułapek i pobiegł w stronę górskiej ścieżki.

Dostrzegł ich dopiero na samym końcu ścieżki. Najwyraźniej zabłądzili i poszli trudniejszą i wolniejszą trasą. Widział jak wspinali się na płaskowyż po drugiej stronie którego znajdował się ich cel. Mógłby bez problemu ich uprzedzić. Od wyznaczonego miejsca dzieliła go już tylko przepaść, którą można było pokonać jednym długim skokiem. Stanął u wyjścia z wąskiego przejścia plecami do przepaści i wyciągnął sztylet oraz krótki miecz z zamiarem zatrzymania bądź spowolnienia idących za nim. Karia i reszta wspinając się po skałach byli dziecinnie łatwymi celami.
Wiedziałem, że mózg masz nie większy od komara a zdolności myślowe jego są przyćmiewane przez te fistaszka! Kończ to zadanie zamiast się bawić w skretyniałego bohatera!
Do diaska wiedziałem, że ta cisza była zbyt piękna aby trwała zbyt długo. I pomyśleć, że o mało nie zacząłem uważać brzęczenia muchy za irytujące.
Jednorogi cielaku może tobie się śpieszy na ruszt ale mi nie! Rusz się!
Dopiero jak zakończą Próbę!
Nie dajesz mi wyboru…

Poczuł nagle jak jego noga zaczyna się przesuwać w kierunku przepaści. Po chwili przerażenia i dezorientacji domyślił się powodu utraty kontroli nad własnym ciałem.
Co ty wyrabiasz? Jakim cudem?
Co żeś myślał? Nie jestem jakimś przybłąkanym kundlem!
Ale do tej pory…
Do tej pory nie musiałem się do tego uciekać!
Nie musiałeś… czy nie mogłeś z jakichś powodów?
O patrzcie go jaki robi się cwany jak nie trzeba. Cholera zbierają się już przy wyjściu. Oddawaj mi kontrole i wynosimy się stąd!
Upadłeś na głowę jeśli sądzisz, że to zrobię!
Ja nie tylko ty…znaczy my…nieważne. Rób co mówię! Myślisz, że dasz sobie radę w obecnym stanie z jakimkolwiek asasynem?
To ty nie chcesz iść na ruszt.
A niech ci zalegną pchły tysiąca reniferów!

Poczuł jak odzyskuje władzę nad własnym ciałem. W ostatniej chwili uchylił się przed rzuconym w jego stronę nożem po czym odparował sztyletem cięcie. Niestety cofnął się już wystarczająco daleko aby w bezpośredniej walce z nim mogło stanąć kilku przeciwników w tym samym czasie. Czuł pieczenie w poprzednich ranach. Starał się nie zabijać przeciwników jednak, pomimo iż nie byli nazbyt uzdolnieni, to jednak walka z kilkoma naraz i dodatkowo unikanie ataków z dystansu zmuszały go aby się nie powstrzymywał. Dodatkowej motywacji dostarczały mu co chwile odnoszone świeże rany. Większość z nich była nie większa od zwykłych skaleczeń, jednakże było ich już sporo na ciele Riveta. Odskoczył w bok przechylając się w tył i kładąc na plecy uniknął kolejnych ostrzy wystrzelonych w jego kierunku. Nim jeszcze łopatki dotknęły ziemi przetoczył się na bok. Odgłos zderzenia metalu z twardą skałą rozniósł się echem wśród szczytów. Natychmiast po tym wykonał salto w tył stając na nogi, sparował kolejne ciosy i obracając się w bok zadał pchnięcia dwóm przeciwnikom. Jednocześnie szybkim zerknięciem stwierdził, że już prawie wszyscy jego przyjaciele są na płaskim terenie. Nad urwiskiem stała Karia pomagając kilkorgu osobom. Osobom, których nie znał. Uznał, iż musiał być to ktoś z ich grupy kogo spotkali po drodze. Wykonał jeszcze kilka akrobatycznych uników i kilka wymachów ostrzami kiedy uznał, że czas uciekać.
Teraz przystępujemy do twojego planu. Powiedział pod nosem.
Odwracając się i odbiegając poczuł ostrze zatapiające się głęboko w jego ramię. Wypuścił z rąk miecz oraz sztylet i nie odwracając się nie zwolnił biegu w kierunku przepaści. Rozwiązał ręką grubą pelerynę, którą miał na sobie aby zatrzymała przez krótką chwile lecące w jego kierunku noże. Stawiając ostatni krok i wyskakując w powietrze spojrzał w tył gotów odparować cokolwiek tylko mogło lecieć w jego stronę. Odetchnął z ulgą widząc iż reszta adeptów zajęła się sobą nawzajem widząc, że on nie ma zamiaru już ich zatrzymywać. Spojrzał w przód aby bezpiecznie wylądować i nagle poczuł początkowo pieczenie, a następnie niewymowny ból. Instynktownie przyłożył jedną rękę do palącego oka, drugą próbując się chwycić krawędzi urwiska. Nie utrzymał się. Spadając nie towarzyszyły mu żadne myśli tylko okrzyk bólu i potworne palenie wewnątrz oka.

Obudziły go urywki cichej rozmowy. Tak przynajmniej sądził. Nie był w stanie powiedzieć czy były to słowa czy odgłos zwierząt bądź coś jeszcze innego.
Nareszcie się ocknąłeś.
Co się stało?
Spadliśmy.
Czy my…
Zostań głupcem na zawsze. Jeszcze jakbyś się słuchał takiego inteligentnego osobnika jak ja to bylibyśmy idealną mieszanką. Ty ze swojej strony dodawałbyś monstrualne szczęście.
Żyję? Jak? Gdzie jestem? Co się stało?
Naprawdę nie widziałeś co się stało?
Nie.
A więc uroczyście oficjalnie ci oświadczę iż…czekaj… coś się dzieje.

-…lutnie pewien?- doleciał do jego uszu urywek zdania wypowiedzianego przez męski głos.
-…najbardziej. To…materiał…wdziwego…tym…wydarzyło- odpowiedział drugi głos najwyraźniej się zbliżając gdyż słyszał coraz wyraźniej.
-Przecież spiskował! Próbował się przeciwstawić naszej doktrynie! Całej gildii i jej prawom!
-Właśnie dlatego jest doskonały.
-Nie rozumiem.
-Dlatego jesteś kim jesteś. Popatrz! Ocknął się. No Rivet jak to się czujesz po swym pierwszym locie?- głos drugiego mężczyzny zdawał się zwracać do niego choć nie był tego całkiem pewien- To był jad Shakathy. W twoim lewym oku. Musieliśmy się go całego pozbyć inaczej wżarłby się znacznie głębiej- To by wyjaśniało to dziwne uczucie, którego nie był w stanie zidentyfikować- Powiedz mi młody asasynie… wiesz czym są części Shakathy, prawda?- nieznajomy wciąż ciągnął swój monolog- Chciałbyś nowe oko? Oko Shakathy? Z pewnością kojarzysz co mogłoby ci ono umożliwić, prawda? Więc? Wystarczy, że powiesz iż je chcesz… że chcesz żyć. Nie wiem jak długo uda nam się ciebie jeszcze utrzymać przy życiu w tym stanie, więc radziłbym ci podjąć szybką decyzję. Zgadzasz się?- zamglonym wzrokiem wydało mu się, iż widzi siwego mężczyznę. Nie miał sił odpowiedzieć mu na pytanie.
Wyręczę cię. Kto wie, jeszcze byś odrzucił taką okazję i poszedł do piachu. Dyskutowałem o tym kiedyś z twoim butem. Stwierdził, że jesteś nieobliczalny w sensownych wyborach.
Kpił z niego. Lecz słychać było w jego głosie coś jeszcze. Uczucie triumfu.
Pomyśl tylko jaką moc posiądziemy mając cząstkę Shakathy! Poza tym będziemy nadal żyć! Ja co prawda w tej niezbyt wygodnej formie…
Głowa mu pękała. Dałby wszystko aby choć w tym momencie dał mu spokój zamiast prowadzić takie długie wywody.
…ale myślę, że renegocjujemy kwestie kontroli, nieprawdaż? Co prawda mógłbym sobie ją przywłaszczyć ale niestety za wiele mnie kosztuje walka z tobą za każdym razem. Ale teraz nie będziesz raczej mi utrudniał odpowiedzi, prawda? Później opowiem ci co przegapiłeś. O tym jakim błaznem się okazałeś nie słuchając mnie.
Poczuł, że jego ciało bierze kilka płytkich wdechów, a usta otwierają się z wysiłkiem.
-Tak- usłyszał własną odpowiedź.

Awatar użytkownika
Vipera

RE: Krwawe dłonie

Post autor: Vipera » 07 lipca 2010, 21:58

Oj Eroś... coś ty zrobił z tymi przecinkami, które dodałam?
Zamoruję cię kiedyś chłopcze!

ODPOWIEDZ